Moda i uroda

Moja znajoma zamieściła na facebooku zdjęcie z dawnych lat pewnego pana, byłego więźnia obozu koncentracyjnego, przyjaciela jej ojca. Jak wiemy doskonale, fotografie potrafią kłamać, ale jak wszystko co kłamliwe, raczej ograniczają się do pierwszego planu. Można zamalować w photoszopie znaczek serduszka, odchudzić talię, pozbyć się fałdek na brzuchu, ale można też nic nie zrobić, aby godną szcunku starszą kobietę przedstawić ze spojrzeniem Bazyliszka, czy też wycieczkę ważnych polityków w góry we mgle ukazać tak jakby rzeczywiście ich działania odpowiadały standardom „pianego dziecka we mgle” – tylko z powodu śmiuesznych przeciwdeszczowych płaszczy, które założyli. Zresztą słowa też mogą kłamać, mimo braku przekłamań. Ostatnio słyszałam, że jakaś doiewczyna ma nominację (?!) do usunięcia z Big Brothera z tego powodu, że jest „zanadto otwarta”. Doskonały powód, czyż nie?

Ale wracając do mojej znajomej. Na fotografii temu przyjacielowi jej ojca towarzyszyła mała dziewczynka, słabo widoczna w promieniach słońca; właściwie ograniczona do loka na czubku głowy, rozwianych włosów, obciętych „na pazia” i krótkich spodenek.

Sięgnęłam do swojego zdjęcia z roku 1947 i tam zobaczyłam identyczną fryzurę. Mogłabym być tą dziewczynką w słońcu.

Zresztą nie tylko ja i nie tylko na tym zdjęciu. Mamy tamtych lat same czesały się z lokiem na czubku głowy i uważały, że córkom też się on należy, jak psu miska (która w tamtych czasach wcale psu się nie należała) i choć odmawiały tymże córkom statusu wyższego od zwierzęcia. Wszak powtarzały nam zawsze, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Dziewczynki miały być ładne jak laleczki, posłuszne i mieć loki, najlepiej bujne. Wzorcem była dziecinna aktorka – Shirley Temple, nazywania piesczotliwie Szirlejką. Jeśli dziewczynki miały objawy tego, co dziś nazywamy ADHD (np biegały, wrzeszczały i nie umiały usiedzieć na miejscu, brudziły i gniotły sukienki oraz potrącaly przedmioty) leczono je polewaniem naprzemiennym zimną i gorącą wodą wierząc, że pobudzeniem leczy się pobudzenie. Czysta magia kierowała naszymi matkami!

Dyskutowałam ostatnio z moim przyjacielem, filmowcem i fotografem, ściśle przestrzegającym zasady nieingerencji w przedmiot zdjęcia, na temat kłamstw mimowolnych, spowodowanych nie przez fotografującego, a przez odbiorcę konkretnego zdjęcia. Uważał, że przedstawienie dowodów, choć niewątpliwie interesujące, jest bardzo trudne i oczywiście miał rację. Ja na przykład zarzut „zbytniej otwartości” dziewczęcia z big Brothera, przedstawiony w dodatku przez ogolonego na łyso mięśniaka, jej konkurenta w dodatku, traktuję nie jako wadę dziewczęcia, a wadę percepcji tego faceta. Podobnie i w fotografiach – kłamstwo może leżeć nie po stronie przedstawionej sytuacji, a po stronie odbiorcy, nie dopuszczającego na przykład faktu, iż  sfotografowana ceremonia kościelna nie przedstawia konfirmacji, a chrzest i nie niemowlęcia na rękach pani, a stojącego obok nastolatka.

Ale wracam do mody i urody. Zawsze, a szczgólnie dziś, moda była kłamliwym kształtowaniem przekonań o istnieniu bądź nie, urody kobiet. To nie podkreślanie istniejących zalet, a produkcja fałszywek. Sięgając do lat, gdy dominowały dziewczynki z lokiem nad czołem, ich mamy nosiły sukienki z grubymi poduszkami na ramionach. Miały te przedmioty wywołać złudzenie szerszych ramion, niż w rzeczywistosci, a więc sylwetki bardziej energicznej, sprężystej, chłopiecej poniekąd. Wysokie obcasy wysmuklały nogi i dodawały wzrostu, a grube podeszwy butów tworzyły złudzenie stabilności i pewnosci siebie. Biada tym licznym kobietom, które nie mogły (choć czasem chciały) wpasować się w kanon mody! Za szerokie biodra, za wąskie ramiona, wystający brzuch czy krótkie nogi nie były bynajmniej równoważone szczupłą talią. Mogły najwyżej pocieszyć się, że w takiej Turcji byłyby gwiazdą haremu, zwłaszcza gdyby umiały tańczyć taniec brzucha, a w Afryce uroda ich łydek mogłaby zostać podkreślona licznymi bransoletami.

Nic więc dziwnego iż święte przykazania mody z tamtych czasów wydają się dziś głupie. Zakaz łączenia różnych wzorów np. pasków i kropek czy niektórych kolorów ze sobą, wysokich obcasów ze spodniami czy skarpetkami, unikanie jaskrawości, rezerwacja jednej barwy dla kobiecej bielizny – różowego z brudnymi odcieniami, pozwalającymi ukryć zużycie desous albo halki, odeszły już dawno do lamusa. Przyszły na ich miejsce nowe zakazy, choć jest ich już z reguły dużo mniej, bywają równie głupie.

Coś tam ostatnio słyszałam, że duchowni czepiali się skarpetek, podobnie jak za mojego dzieciństwa nadmiernie kobiecych ubrań (wówczas chodziło o to, że dziewczynki miały mieć KRÓTKIE spódniczki, a kobietom przysługiwały DŁUGIE). Paranoja, nieprawdaż? W 1967 roku na uroczystości w technikum w Gdańsku zrobiono mi zdjęcie, które mój pracodawca, dyrektor szkoły, uznał za skandaliczne, ponieważ miałam zbyt krótka spódnicę (to były pierwsze lata tzw. mini spódniczek), więcej niż dopuszczalne 5 cm nad kolano. W Warsza\wie tak chodziły ubrane wszystkie studentki, którą jeszcze niedawno byłam, w Gdańsku dawałam niemoralny przykład uczennicom, zwłaszcza że byłam już matką dwójki dzieci, której takie nowinki nie przystoją! Nikt nie rozumiał argumentu, że miałam tylko tę jedną wizytową sukienkę, w dodatku odziedziczoną po mojej mamie, z czasów Międzywojnia.

W modzie różnych lat zawsze jest element, który we mnie zamiast zachwytu budzi odrazę. Do takich elementów mody lat pięćdziesiątych oprócz loka na czubku głowy i wałka z drutu którym kształtowano kiełbaskę z włosów w tyle głowy, właściwie na szyi (jak czesała się moja mama) należą poduszki na ramionach, buty do kostki, grube i ciężkie z wygladu podeszwy. Lubiłam i lubię od zawsze zawsze baleriny (które kiedyś były z płótna i nazywano trumniakami, a od tenisówek różniły się głębokim wycięciem i brakiem sznurowania). Lubiłam też koronkowe sztywne halki pod szerokimi spódnicami i czarne elastyczne bluzki z dekoltem „w łódkę”.

Wychodzi na to, że nie znosiłam mody moich lat dziecinnych, a lubiłam modę młodych miejskich dziewcząt lat sześćdziesiątych. Może więc moda należy do części  swojej wolności oddawanej innym – dobrowolną znosi się doskonale, przymus rodzi odrazę. Potwierdzeniem byłby jeszcze jeden fakt z mojego życiorysu. W latach dziewięćdziesiątych zajmowałam stanowiska dyrektorskie i stosownie do tego musiałam ubierać się w kostiumy z dopasowanymi spódnicami i żakietami o długich rękawach. Do dziś ich nie znoszę. Na szczęście jako stara kobieta robię, co chcę, mogę więc paradować po własnym mieszkaniu w spłowiałych kieckach szerszych ode mnie, z rąbkiem gdzieniegdzie obszarpanym kółkami balkonika, za to uykanymi z indyjskiej bawełny. Sądzę, że czas rozkładu i recyklingu owych szmat jest porównywalny z czasem rozkładu ich nosicielki.

Sny wszelakie – sen o wędrujących wieżach

Swego czasu zapisywałam sny, które arbitralnie uważałam za ważne w moim życiu. Czasami były to sny prekognicyjne, czasami diagnozowały problem, który za dnia wydawał się nie do rozwiązania. Zbiór ten zapisywałam w folderze „sny wszelakie” nie w pełni im ufając, (ale mając nadzieję) że są ważne. Dopiero po czasie (czasem po latach) ujawniał się ich właściwy charakter. Ostatnie dwa lata pozbawione były snów tego rodzaju, albo nie zapisały się one w mojej pamięci. Przypisywałam ich brak temu, że dolegliwości fizyczne zaciemniały obraz wewnętrznej ciemności, a także spokojnemu trybowi życia, jaki prowadziłam. Ktoś, kto w wyprawy udaje się na własny balkon ( pod warunkiem, że nie jest pokryty śniegiem i że świeci słońce), nie może liczyć na olśnienia prekognicji.  Świat przeszkód praktycznych (jak sięgnąć do papierka, który upadł na podłogę albo jak dostać się do przedłużacza, który komuś przeszkadzał na kanapie i niefrasobliwie cisnął go w kąt, albo jak sięgnąć do słoika z marynowaną dynią, umieszczonego w głębi niedostępnej przestrzeni poza babcinym fotelem) zdominował wynalazczość umysłu ciągle jeszcze dość sprawnego, żeby nie poddawał się prozaicznym przeszkodom.

Mimo tego to choroba przywiała do mnie znowu ważkie sny.

Oto jestem w licznym towarzystwie na jakiejś stacji naukowej, badającej coś tam, co niezbyt mnie obchodzi. Poruszam się na wózku, nie oczekując niczego nadzwyczajnego, ale ciesząc się z tego, że wokół mnie poruszają się ludzie, a towarzyszy mi przyroda. Zdaję sobie sprawę, że rano oglądałam na Travel Planet  film z wyprawy do Kambodży, nakręcony przez młodego człowieka pracującego jako wolontariusz opiekujący się słoniami i wiem, że dżungla nakręcona jego, (a raczej jego fotografa) kamerą, nieco przypomina zakamarki podlaskich okolic mojej działki (sprzed lat). W skrócie: przewrócone konary, zarośla, mech i błoto – tam gdzie rosły najpiękniejsze grzyby, jeśli udało się mojemu mężowi wjechać samochodem w pobliże niedostępnych na oko zakątków.

Ten senny krajobraz różni się od rzeczywistych jego wersji – działkowej i dżunglowej. Z wzgórza, znad drzew,  widoczne są kopuły kilkunastu wież, tworzących jakąś sieć. Impreza, w której uczestniczę, jest przyjęciem z okazji ważnej dla owej stacji naukowej – uwieńczeniem jej sukcesu.

Popijamy drinki i rozmawiamy o niczym. Część z moich rozmówców, to osoby już nieżyjące, więc nie mamy możliwości uzgodnienia stanów aktualnych. Oni wszyscy się boją, tego co nadejdzie, ja jestem w nastroju rozrywkowym.

W pewnym momencie zauważam, że kopuły (które wieńczą wieże) podnoszę się na moment i opadają na ich podstawy. Towarzyszy temu lekkie drżenie ziemi, ale i przesuwanie się ich obrazu ruchem wahadłowym, na boki.  Nie odczuwam lęku, raczej euforię „że coś się dzieje”. Ładnie to wygląda; poszczególne pozycje wież nakładają się na siebie i przenikają, jak na wyrafinowanej grafice, przezroczystością pozwalającą jednak odgadnąć ich ruchy w czasie.

Nagle nad najbliższą z wież przeleciało stado czarnych ptaków. Czyniły mnóstwo hałasu i znowu, zmieniły się w obrazy jak z grafiki, mnóstwo czarnych strzał, niczym sporządzonych przez dzieci z papieru, ale barwa ich szybko zmieniła się w mieniące się różnokolorowe, jaskrawe przedmioty. Ptaki nie są ptakami, ani strzałami, ani świecidełkami, lecz zawsze coś zostaje z ich poprzednich wersji.

Rozejrzałam się dookoła i dżungla wokół mnie stała się równie nienaturalna, jak wcześniej wieże i ptaki. Również ludzie, zgromadzeni na przyjęciu stali się podobni swoim wersjom w czasie, zastygłymi na pozór, ale jednak poruszającymi się skokowo.

Uświadomiołam sobie, że to odwzorowanie czasoprzestrzeni tylko z pozoru porusza się ruchem prostym. Nie, ono po prostu drgało; zawsze wracało na swoje miejsce; żywi i zmarli uczestnicy przyjęcia w którymś momencie powracali do tego samego błysku  w szkle kieliszka, do tych samych słów. Cała reszta była atrakcyjną dekoracją, zaciemniającą istotę przedstawionych wydarzeń. Ale co nimi było? Jaki był ich sens?

Wydało mi się wówczas, że wieże to ogromnie powiększone węzły jakiejś siatki, zaciskającej się wokół wszystkiego, w czym uczestniczyłam. Nie bylismy nawet rybkami w tej sieci; gdyby ktoś wyciągał ją w inne miejsce, bez trudu prześlizgnęlibyśmy się między nim i pozostali na miejscu.

Czym jednak byłoby to miejsce po zniknieciu wież? Światem bez kręgosłupa? Przestrzenią porzuconą na pastwę losu? I co oznaczały drgania węzłów? Przygotowanie do przemieszczenia sieci, do jej odejścia, opuszczenia nas, czy przeciwnie, zacieśnienia, relokacji i zmiany rodzaju drgań.

Odczułam, że nie jest źle być u schyłku życia, w miejscu gdzie są żywi i zmarli towarzysze przyjęcia. Tych bardziej żywych czekają nowe traumy i wyzwania, tym zmarłym pozwala się zastygnąć bez zmartwień, w dobrym nastroju.

Obudziłam się z przekonaniem, że nikt po mnie już niczego nie oczekuje i dla nikogo nie jest ważne, czy buntuję się, czy chwalę swój los. Jestem zbyt drobnym żyjątkiem, nieskończenie małą mrówką wśód ziarenek przestrzeni, a na jej zachowania wpływ mają tylko ruchy wielkich mas mrówek. To złudzenie, że w pojedynkę mamy na cokolwiek wpływ poza własnym samopoczuciem, zwłaszcza jeśli jesteśmy mrówką buntowniczą.  Tak czy siak, sieć wież ma własne zadania, kalkulacje i zamiary, i jako żywo, nic nam do nich. Czy gdy skończy się świętowanie, zmieni się wszystko i jak?

Czy właśnie to ludzie biorą za Boga?

 

 

Ciemność wewnętrzna i zewnętrzna

Lektura noblistów (niektórych), choć ciężka i pełna czytelniczych załamań, wolt i pomstowań, zwłaszcza gdy zobowiązani regulaminem wypożyczalni, musimy zmieścić się w określonym czasie, dotyka nas osobiście w chwilach, gdy najmniej tego chcemy:

…” Człowieku, nie bój się przecież ciemności, które cię otaczają, wcale nie są gorsze od tych, jakie masz wewnątrz ciała, to są po prostu dwie ciemności oddzielone skórą, założę się, że nigdy o tym nie pomyślałeś, cały czas nosisz w sobie ciemność i wcale cię to nie przeraża, przed chwilą mało brakowało, a zacząłbyś krzyczeć tylko dlatego, że wyobraziłeś sobie jakieś niebezpieczeństwo, że przypomniał ci się koszmarny sen z dziecinnych lat, mój drogi musisz nauczyć się żyć z zewnętrzną ciemnością tak jak nauczyłeś się żyć z wewnętrzną…”

Unieruchomiona przez nerw kluszowy, zdana w pozycji leżącej na lekturę książek z biblioteki, przyjmuję senny tok narracji, uciążliwie drobiazgowej i z pozoru pozbawionej polotu, jako współgrający z lekarstwami na dolegliwości nadmiernie podrażnionego nerwu, przerywając czytanie, zamyślając się i pozwalając błądzić myślom, które na chwilę odrywają się od jednego, najbardziej bolesnego punktu w mojej wewnętrznej ciemności.

Bohater powieści, starzejący się, samotny urzędnik, Josè (także imię autora, Josè Saramago), pracownik Archiwum Głównego  Akt Stanu Cywilnego, ograniczony nudną pracą i nienaruszalną hierarchią zadań i służbowej podległości, rozciągającej się także na jego życie prywatne, bez żadnego sensownego powodu wdaje się w poszukiwania, które prowadzą go w labirynt własnego umysłu, w jego zastałe przekonania i ograniczenia wyobraźni… Nie da się tego streścić. Powieść musi być nudna jak flaki z olejem, najeżona stwierdzeniami banalnymi i pojawiającymi się jak na zawołanie, po to, żeby, jak to u Saramago, błysnął gdzieś diament czegoś niezwykłego.

Tak myślami docieram do Kafki, mojej młodzieńczej literackiej fascynacji. Inaczej jednak czyta Kafkę człowiek młody, jak ja wówczas, studentka polonistyki, pracownica Biblioteki Narodowej w randze pomocy bibliotekarza, jednej z najniższych szarż (była jeszcze niższa: pomoc magazyniera – nie musiała mieć żadnego wykształcenia), inaczej stary, który w swoim życiu doznał ucisku wielu szarż i wiele z nich spenetrował osobiście.

Jednak wewnętrzne echo odbija dziwne podobieństwa i emocje.Opisywane w powieści Archiwum Główne Akt Stanu Cywilnego, zawierające akta żyjących i zmarłych (wszystkie imiona), m.in. autora Josè, podobnie jak Biblioteka Narodowa zawierała wszystkie dzieła napisane, ważne i nieważne, a kto wie, może i nienapisane, a przede wszystkim, w tej czy innej postaci, zwykłej i symbolicznej, wszystkie możliwe życiorysy i katalog zawirowań losu. Poszukiwania wśród nich odmiennych, niezwykłych, unikatowych, po to, by odnaleźć w sobie losy nie opisane przez nikogo… Zadanie prawie jak dla bohatera Saramago, zwłaszcza gdy nie wie się, jaki jest skutek poszukiwań.

Ciemność zewnętrzna, wciągająca nas, a ciemność wewnętrzna.

Ta druga nie jest całkiem ciemna, wbrew pozorom mamy w niej drogowskazy (jak Josè miał sznurek prowadzący go między regałami) – atlasy anatomiczne, atlasy naszego bólu, opisy schorzeń i leczenia, dywagacje w sprawie przyczyn chorób, liczne propozycje nieusprawiedliwione niczym na temat, co nam w życiu tak zaszkodziło, że mamy jak mamy. Nie mówiąc już o ciemności, kryjącej się wewnątrz naszej czaszki, serca albo wątroby – to jest tej najbardziej wewnętrznej przestrzeni wśród wszystkich wewnętrznych.

Ciemność wewnątrz nas i jej niesprawiedliwość, omyłki, błędy, oszustwa, fetysze, ciągnące za sobą skutki przez kolejne pokolenia

Fetysz: sprawiedliwość.

W czasach PRL obowiązywało prawo dotyczące dziedziczenia dóbr lub uprawnień, które nie były własnością danej osoby, na przykład były własnością państw, urzędu bądź  wspólną. Przykładem może być prawo do mieszkania kwaterunkowego lub spółdzielczego na prawie członkowskim. Kiedy umarła samotnie mieszkająca babcia, jej kwaterunkowe mieszkanie wracało do zasobu miasta, a spółdzielcze – do spółdzielni. Ponieważ obowiązywał meldunek, jako wynik uprawnień do mieszkania, owa babcia nie mogła przez lata zameldować nikogo u siebie „na stałe”. Potem wymyślono obejście prawne, wymuszone problemem opieki nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi, W zamian za opiekę, osoby te mogły zameldować u siebie kogoś z rodziny (ściśle określono stopień pokrewieństwa, np. najczęściej wnuki – pod warunkiem ich pełnoletności), które po kilku latach opieki (chyba 4 czy 5) nabywały prawa do zamieszkania w lokalu po śmierci babci.

Pewna babcia miała 2 wnuków – bruneta i blondyna, Blondyn był spokojny, cichy, grzeczny; brunet żywy, nieposłuszny, stale zainteresowany czymś innym. Kiedy chłopcy skończyli 18, lat ich rodzice przeprowadzili konferencję z babcią na temat, którego z nich zamelduje w swoim mieszkaniu. Babcia była osobą praktyczną i sama nalegała na szybkie załatwienie tej sprawy. Problem miała z wyborem: obu wnuków kochała i miała w stosunku do nich nadzieje, których nie żywiła wobec własnych dzieci, uznawanych za średnio udane.  Zdaniem jej dzieci faworyzowała bruneta, widać lepiej harmonizował z jej niespokojną, choć utemperowaną ciężkim życiem naturą. Podobno zresztą, jako była przedszkolanka zawsze lepiej czuła się wśród trudnych dzieci, niż dobrych i grzecznych. Jednak w momencie meldunku babcia nie wymagała dużej opieki, była samodzielna, a w razie potrzeby pomagali jej wszyscy członkowie rodziny – rodzice i obaj chłopcy. Babcia więc, jako osoba dążąca do sprawiedliwości, uznała iż sprawiedliwsze będzie zameldowanie blondyna, który jest „lepszym” dzieckiem, jako że w owych czasach lepszy oznaczało bardziej posłuszny, cichy i grzeczny, a taki był blondyn. Brunet był gorszy bez wątpienia i należało go naprawiać, chociażby przez to, że stawia się przed nim przeszkody, jakich nie wymagał pozytywnie z natury ukształtowany blondyn.

Takie było myślenie ciemności wewnątrz babcinego umysłu.

Minęło kilkadziesiąt lat. Zmienił się ustrój, prawo, sprawiedliwość, zmieniły się fetysze. Rozumienie natury ludzkiej poszło daleko do przodu dzięki rozwojowi nauki, a także przywiązywaniu większej wagi do praw człowieka. Dodam tylko, iż zasady sprawiedliwości, rządzące ciemnością wewnątrz babci, także uległy zmianie. Zresztą przyszłe losy blondyna i bruneta całkowicie odbiegły od oczekiwań i przewidywań babci. Został do niej żal, choć Bogiem a prawdą, należało mieć żal do ówczesnej sprawiedliwości, która nie pozwoliła babci na przykład zameldować obu wnuków, czy na inne rozwiązanie, mogące w przyszłości skorygować błędy jej pojmowania sprawiedliwości.

Niesprawiedliwa decyzja miała wpływ na następne pokolenia, ale czy odebrać tamtej kobiecie jej prawo poruszania się we własnej ciemności, do jej własnych przesądów? Do zarządzania własnymi fetyszami i własną ciemnością?

Ile fetyszy tkwi w mojej ciemności i czy mogę być pewna, że nie zaważą na losach tych, którzy powstali z mojej ciemności?

Nieuprzejmość czy perfidia

Pewna moja koleżanka, znacznie młodsza ode mnie, miała przed świętami dylemat. Otóż jej syn, niedawno wkraczający w dorosłość, pół roku wcześniej wyporowadził się z domu, od matki i babki (zresztą skonfliktowany z obiema) i zamieszkał z dziewczyną i jej matką. Na poczatku bardzo chwalił rodzinę dziewczyny jako prostą, naturalną i szczerą, ponoć w przeciwieństwie do atmosfery jego domu rodzinnego, (z ojcem zamieszkałym oddzielnie i pojawiającym się tylko od czasu do czasu).

Moja koleżanka była zadowolona, że wreszcie on przestał szukać dziury w całym i z czegoś jest zadowolony. Miała nadzieję, że z czasem stosunki w rodzinie się naprawią. Przed świętami Bożego Narodzenia syn zadzwonił do niej z życzeniami i zaprosił ją na wyjazd do rodziny tej dziewczyny na wieś, gdzie wszyscy mieli spędzać kilka świątecznych dni. Moja koleżanka uważała, że z takim zaproszeniem powinna wystąpić dziewczyna lub jej matka, zwłaszcza, że do tej pory ich nie znała. No, a przynajmniej dziewczyna powinna zadzwonić z życzeniami, żeby ta moja koleżanka mogła się upewnić, iż nie był to jednostronny wyskok jej syna, nie uzgodniony z tamtą rodziną. W dodatku owa trójka (dziewczyna, matka i jej syn) udawali się na wieś samochodem, a jej nikt nie zaproponował podwózki, musiałaby sama szukać dojazdu, dość zresztą skomplikowanego, pociągiem autobusem i kawałek pieszo, wieczorem, w nieznanej okolicy.

Moja koleżanka bardzo chciała nawiązać dobre stosunki z otoczeniem swojego syna, ale nie była pewna, czy owe zaproszenie, w takiej formie i bez wcześniejszego zapoznania się matek, było wynikiem braku wychowania w tamtej rodzinie, czy też pokazaniu jej, że jest traktowana jako piate koło u wozu, bowiem w międzyczasie zorientowała się, że na poznanie matek nalegał jej syn.

Czas na podjęcie decyzji był krótki, ale sam los przyszedł mojej koleżance z pomocą, ponieważ złapała grypę.

Kiedy opowiadała mi całą historię, zadałam sobie pytanie, czy podobne dylematy (brak wychowania czy lekceważenie), występowały równie często w mojej młodości przed ćwierćwieczem. Częściej rozwiązywano je w pokoleniu rodziców w średnim wieku, jako brak wychowania i niewłaściwe pochodzenie, rzadziej jako zamiar celowego okazania lekceważenia. O drugiej stronie tej interakcji na ogół wiedziało się, z jakiej rodziny pochodzi i to determinowało odpowiedź. Upadła arystokracja okazywała lekceważenie, chłopi, robotnicy i chłoporobotnicy nie byli właściwie wychowywani. Tym drugim należało trochę „odpuścić” z wymagań, tym pierwszym należało okazać dumę i niezależność.

Chyba… Chyba, że było się młodą, naiwną dziewczyną i z góry wierzyło się wszystkim, w myśl zasady: kto nie jest moim zdeklarowanym wrogiem, jest mi życzliwy.

Tylko raz ta zasada mnie zawiodła i to w środowisku, które obdarzałam nadmiernym zaufaniem – studentów i instruktorów harcerskich. Zaproszono mnie do udziału w prywatnym rajdzie koleżeńskim po górach, po oficjalnym zimowisku dla dzieci. W tej grupce byłam jedyną pracującą osobą i nie przyszło mi do głowy, że to o moją kasę chodziło.

Jeden z kolegów zbierał pieniądze za udział i dopiero dużo później dowiedziałam się, że w istocie mój wkład był jedynym, który wyegzekwowano. Ale jako „jelenia” traktowano mnie gorzej, niż na to zasługiwałam. Moje imię brzydko przekręcano, choć koledzy wiedzieli, ze tego nie lubię. Jednak zakończenie rajdu było dla mnie bardzo przykre. Kiedy powódź zablokowała wiele szlaków, a ja wpadłam do strumienia i zwichnęłam nogę na śliskich kamieniach, koledzy zostawili mnie przy szosie, żebym łapała auto-stop, a sami udali się rzekomo w pieszą wędrówkę do końca planowanego etapu, gdzie mieli na mnie czekać w punkcie noclegowym. Przemoknięta, z gorączką,czekałam kilka godzin, aż wreszcie udało mi się częścowo przejechać, a częściowo dobrnąć przy pomocy kija, do miejscowości z noclegiem. Była już noc, a na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, spotkanie samochodu w Bieszczadach nie było łatwe. Dobrnąwszy ostatkiem sił do hoteliku, dowiedziałam się, że moich rajdowców nigdy tam nie było, a ja nie miałam pieniędzy na opłacenie noclegu. Z litosci pozwolono mi przenocować w holu na fotelu i suszyć odzież przy kaloryrferze. Rano wsiadłam w pociąg i „na gapę” dojechałam do Warszawy. Jakiś czas potem dowiedziałam się, że kolegom starczyło pieniędzy tylko na pociąg i nie dla wszystkich, więc nie zawracali sobie głowy dojściem do miejscowości, w której mieliśmy rzekomo nocować.

Kilka lat później jeden z tych kolegów zasłużył na pochwalny artykuł w gazecie, jaki to on był wspaniałym instruktorem.

Gdybym była mniej naiwna, i nie wierzyła w to, że każdy instruktor harcerski jest kryształowym człowiekiem, oszczędziłabym sobie niemiłych przeżyć i zapalenia płuc tudzież upokorzenia kogoś bez grosza przy duszy. Przynajmniej nie oddałabym całej posiadanej kasy innym, zostawiłabym sobie rezerwę.

Dlatego gotowa byłam rzec mojej koleżance, że powinna traktować całą sytuację jako lekceważenie, ale ugryzłam się w język. Czasy się zmienily i więcej jest ludzi źle wychowanych, niż dawniej. Ale wierzę w jej intuicję (ja w swoją nie wierzyłam, jako dziecko, które starano się wychowywać super racjonalnie) i na starość przekonałam się iż to był mój podstawowy, życiowy błąd.

Co do syna mojej koleżanki: okazało się, że wszystkie afronty (opisane i inne) były zamierzone. Prawdopodobnie dziś łatwiej zrobić takie założenie, niż złe wychowanie. Ale to gdzieś tkwi wewnątrz człowieka – chciałoby się wierzyć innym ludziom, ale na chwilę, gdy wyłączy się zimny rozsądek, dostaje się natychmiast w d… Może stąd bierze się wszechogarniająca nienawiść, bowiem łatwiej o nią, niż o wyekstrahowanie pozytywnych wyjątków.

Trudno zostawić

Trudno zostawić pewne sprawy bez komentarza. Tak jakoś się porobiło, że uznano powszechnie, iż koniecznie WE WSZYSTKIM musimy opowiedzieć się po jakiejś stronie. W dodatku nie stronie osób o politycznej mocy sprawczej, a raczej takich, które lubią głośno wypowiadać się na wiele tematów. Brak zaufania do jednej celebrytki (Martyny Wojciechowskiej, ale nie tej od NBP) pozbawił mnie części moich znajomych, zaś obrona innej, Magdaleny Ogórek drugiej części. Wiadomo powszechnie, że jeśli jesteś za całoscią, nie możesz być przeciw w szczegółach. Świat jest czarny albo biały. Ktoś jest be – wobec niego można wszystko, ktoś jest cacy – nie wolno palcem go tknąć. Tak już mamy i żadne wykształcenie nie uchroni nas przed uproszczeniami. Czy profesor czy sprzątaczka, gdy już do kogoś się dorwiemy, najchętniej byśmy go zlinczowali, a potem przekonywali, że sama tego chciała.

Wszak pani Ogórek miała, zdaniem niektórych, minę triumfującą, gdy ją opluwali. W samochodzie pstrykała fotki tym, którzy machali kartkami, wrzeszczeli i bili dłońmi w szyby. Nie robiła wrażenia przestraszonej, jak relacjuje pewna pani. Rok czy dwa wcześniej, w podobnych okolicznościach pewien polityk (jednak bardziej winny) podobno złosliwie się uśmiechał i robił głupie miny. Swego czasu ja też zapewne miałam głupią minę, gdy pokazywali mi kawałek sznura i drzewo, na którym zawisnę – za niewinność zresztą i z powodu omyłki, która zaszła w ciemności i pośpiechu, gdy otworzyłam niewłaściwą szafę. Grożący też mieli rację, przyznaną im przez historię, ale akurat w tej sprawie, nie. Słuszność sprawy bowiem nie rozgrzesza ze wszystkiego, co się w jej imię robi. Ciekawa jestem miny tej pani w analogicznej sytuacji. Widziałam, jak kiedyś przewrócono samochód z ludzką zawartoscią, w wybuchu  pogardy, nawet nie dla ludzi w środku, a dla logo na drzwiach.

Gdzieś zatraciliśmy swoją moralność. Wobec jednych wolno, wobec innych nie. To przykre i bardzo smutne, kiedy za przemocą opowiadają się ci, którzy deklarują, że ich ona mierzi. Potem jak dzieci w piaskownicy, wrzeszczą, kto zaczął i jak dzieci są pewni, że to ten drugi, bo sprowokował.

Jeszcze smutniejsze jednak są uzasadnienie, które łykają ci ludzie albo ci, którzy je tworzą na użytek mniej bystrych.

Jako osoba pisząca postaram się zanalizować pewien tekst, a nie człowieka (jeśli ktoś jeszcze widzi jakąkolwiek różnicę w dzisiejszych czasach), bowiem wierzę w ludzką dobroć i  że chwila zastanowienia mogłaby otrzeźwić zaczadziały umysł.

Pani Ewa Borguńska w publicznie udostępnionym na facebooku tekście  „Wstydźcie się”

Opublikowany przez Ewa Borguńska Niedziela, 3 lutego 2019

tłumaczy najpierw z kim chce, a z kim nie chce mieć do czynienia. To początek, najważniejszy, tego wpisu. Lista tych, z którymi się nie zgadza, bowiem: „bo kilkanaście osób wykrzyczało” to i tamto. Oczywiście doskonale wie, że nie za to, że coś sobie pokrzyczeli, mają do nich pretensje politycy, dziennikarze i Rzecznik Praw Obywatelskich. Krzyki, choć niemiłe, nikomu nie zagrażają, Do pewnego momentu oczywiście. Jeżeli ktoś wrzeszczy, Ogórek, ogórek, kiełbasa i sznurek, „kłamczucha”, „sprzedałaś się”, „wstyd”, „hańba”, „zatrudnijcie dziennikarzy” itp. – wolno im. Choć to niemiłe, to w tym wypadku zasłużone i dopuszczalne. Problem w tym, co dzieje się dalej. A to już najwygodniej pominąć.

Pani EB odnosi się tych, co publikowali na ten temat. To nieuczciwe, może by najpierw dokończyła relację o tym, co naprawdę dalej się działo. Ale to znana taktyka. Gadaniem o przeciwnikach rozpraszamy uwagę czytelników, odwracamy ją od wydarzeń, na korzyść naszych dywagacji (bardziej lub mniej uzasadnionych) w myśl zasady: „Zanim wam opowiem, jak było, posłuchajcie mnie ludzie, co mam w tej sprawie do powiedzenia. A zacznę od wymieniania moich wrogów”. Jeżeli do tego doda się analizę zasięgu ogladalności zajmujących omawiane stanowisko, stworzymy wrażenie, że wypowiada się w sprawach najwyższej wagi, chociażby chodziło wyłącznie o odchody słonia. Słoń jest wielki, więc jego odchody są ważne. Można je zważyć, zmierzyć i tak dalej, tworząc pozór poważnych rozważań. Rozumiecie, nie oni grozili, tylko odpowiadali na grożby i wskutek tego grożono im, biednym niewiniątkom. Póki co, jeszcze ani słowa o tym, co naprawdę zaszło.

Potem pani EB opisuje jak kilkoro protestujących otrzymuje groźby, a kilkoro z nich nawiedzają w domach policjanci. Nadgorliwość władzy, zasługi protestujących. To już inna historia, możliwe, że druga strona nie ma racji. Ale ciągle nie wiemy, co zrobiła pierwsza!

Pani EB deklaruje, że zacznie od początku. I zaczyna od Remusa i Romulusa czyli jak prezesem telewizji został pan Kurski. Jak psuł telewizję. Jak dostał niesłusznie dotację (dla większego wrażenia wymienioną liczbowo i słownie). I nadal twierdzę, że z tego, że A jest prawdziwe, nie wynika, że prawdą jest B jako  wymienione tylko w następnej kolejności. Z historii przejęcia mediów publicznych nie wynika, że protestujący przeciwko pani Ogórek używali dopuszczalnych form nacisku. Zarzucając komuś kłamstwa, manipulacje, półprawdy itp, wymieniając je z lubością, należy chyba pilnować także siebie, żeby podobnej manipulacji nie mozna było zarzucić. Ale my dalej nie dostajemy informacji co zaszło. Jakieś nieskładne gadki nadziewane gęsto pytaniami retorycznymi, wezwaniami i kazaniami i do końca wezwania aby wszyscy wstydzili się, a zwłaszcza ci, którzy myślą inaczej, nawet w szczegółach.

Powiem, co ja widziałam na filmikach. I pewnie widział każdy, kto chciał być obiektywny. Widziałam, że komuś zamkniętemu w samochodzie grożono. Było conajmniej kilkanaście osób na przeciw jednej kobiety. Nienajmądrzejszej, skoro wychodząc machała ręką tłumowi niesłusznie sądząc, że ją pozdrawia. Potem, gdy wsiadła do samochodu, zaczęło być groźnie. Nie mogła odjechać nie rozjeżdżając coraz bardziej nakręcającego się, podnieconego tłumku. I właśnie to zachowanie ludzi uważam za naganne. Nie całą tę zamydlającą wydarzenia opowieść pani EB, która w wielu wątkach jest prawdziwa, ale fakt, że prawdziwą narracją przykrywa niewygodną część prawdy.

To, co napiszę nie jest miłe. Niestety, jak ludzie w tłumie zachowujemy się nieobliczalnie. Jednak gdzieś, podświadomie, wybieramy swoje ofiary. Nie tych, za którymi stoi system i  którzy go aktywnie tworzą podejmując decyzje, a celebrytki, które na nic nie mają wpływu ani żadnej władzy, nie dysponują profesjonalną ochroną, za to lubią promować siebie. Jest to wada niewątpliwie, ale czy zasługuje na coś, co łatwo może przerodzić się w lincz? Inną sprawą, której chwilowo nie chcę komentować, jest wybór ofiar naszego gniewu – równie nieracjonalny jak bywają jego uzasadnienia.

I do pani EB: Czy to nie komuniści rozpowszechniali hasło „kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam”? Czy z nich mamy brać przykład?

Hydraulik i stara, brzydka Gertruda

Kiedy samotnemu człowiekowi pęknie grzejnik i cieknąca woda tworzy kałuże, pochłaniające z każdą chwilą zasoby czystych ręczników, w oczekiwaniu na przybycie pana hydraulika, pozostaje jedynie czytanie (ze zrozumieniem) wywiadu Johna Hydea Prestona z Gertrudą Stein w sierpniu 1935 roku. Poniekąd wszystko było tak jak dziś, jedynie cztery lata dzieliło rozmówców od czasów, gdy nie tylko pan hydraulik ale i wszelkie inne dywagacje przestały mieć sens. Musiało upłynąc  84 lata, aby zblakły problemy nurtujące ludzi ( z tymi, których przedstawicielem jest osobnik usuwający wszelkiego rodzaju prywatne awarie) i żebyśmy poczuli potrzebę oderwania się od codzienności skrzeczącej i powrócenia do rozważań o tym, co wydobywa się z jądra człowieka. Jak mówi Ewa Seydlitz, znawczyni symboli tebańskich – czym rzyga człowiek, gdy nie jest już w stanie utrzymać swej świadomości wewnątrz siebie. Dla Tebańczyków pojęcie rzygania miało inne znaczenie niż dla nas (to uwaga w kierunku tych którzy skrzywią się na moje porównania z niesmakiem). Ale posłuchajmy, co mówi o twórczości Gertruda Stein ( w antologii „Wywiady prasowe wszech czasów” wyboru i opracowania Christophera Silvestera, wyd. „Iskry” 2005. ):

„Myśl o pisaniu w kategoriach odkrywczych, co oznacza, że akt tworzenia musi się dokonywać między piórem a papierem, nie wcześniej w myślach ani potem przy przeróbkach. Tak, w myślach, a nie podczas starannego namysłu. Wynik pojawi się na papierze, jeśli w ogóle coś ma się pojawić i jeśli ty na to pozwolisz, bo jeżeli masz w sobie cokolwiek, doznasz nagłego twórczego poznania. Nie będziesz wiedział, jak się to stało, a nawet czym było, ale to będzie twórczość, która spłynie z pióra. wyłoni się z ciebie, a nie z architektonicznego rysunku rzeczy, której dokonujesz. Technika nie tyle jest kwestią formy czy stylu, ile sposobem, dzięki któremu powstaje forma lub styl, i metodą na ich powtarzanie. Kiedy zamrozisz fontannę, zawsze będziesz miał lodową strugę, strzelającą najpierw w powietrze, a potem opuszczającą się łukiem – co do tego nie ma wątpliwości – ale więcej już z niej się nie poleje. Jestem w stanie powiedzieć, jak ważne jest dysponowanie twórczym poznaniem. Nie możesz przeniknąć do lędźwi i uformować dziecka; ono tam jest, same się rozwija i wydobywa na zewnątrz jako całość”

(portret Gertrudy Stein pędzla Picassa)

Nieco dziwne jest dyskutowanie ze słowami dawno nieżyjących osób, które padły blisko wiek temu, jednak czytając je odkrywam, jak bardzo odeszliśmy od rozumienia literatury (i innych sztuk także) jako twórczości, a zaczęliśmy pojmować ją podobnie do zawodu hydraulika, rzemiosła potrzebnego w codzienności, twórczość odstawiając do przegródki psychologicznej. Błąka się tam gdzieś w kategorii podświadomosci i jest zupełnie zbędna współczesnemu pisarzowi, chcącemu żyć z pisania. Współczesna literatura coraz rzadziej jest twórczością, a coraz częściej sprowadza się wyłącznie do tego, co ongiś pisarze uznawali za kolejny etap, czyli obróbkę tekstu, dostosowanie go do wymogów ortografii, stylu i jasności przekazu, uzupełniona oczywiście o trendy aktualnej mody. Znajomość tych ostatnich zawdzięczam subskrybcji wskazówek dla pisarzy hojnie rozsyłanych przez pewne wydawnictwo.  Ostatnio informuje ono, że mile widziane na odwrocie książki jest publikowanie profesjonalnej galerii zdjęć. Brzydka, stara Gertruda, z całym swoim intelektem i osobowością nie miałaby szans.

Smutne to, ale prawdziwe. Jednak w świetle wpisów czytelników książek na jednej z grup zainteresowań na facebooku trudno się dziwić pisarzom, że nie kierują się wewnętrzną pasją, a ekonomicznymi prawidłami popytu i podaży. Kiedy wiedzą, czego domagają się czytelnicy, na przykład:

  • Chętnie przeczytam książkę, w której są co najmniej 3 osoby zamordowane. Co możecie polecić?
  • Kupiłam po taniości na czas sesji.
  • Szukam książek w których starszy facet zakochuje się w młodszej dziewczynie.
  • Mi chodzi o zagadki z religią w tle w stylu w jakim pisze Dan Brown.
  • Może ktoś mi poleci jakąś straszną książkę o nawiedzeniach, duchach tak by się mega wystraszyć.
  • Poszukiwana książka z soczystą akcją i romansem w tle. Pytanie: Jak wygląda soczysta akcja? Odpowiedź: Zabijanie czy coś. Ktoś przytomny polecił „Wielką księgę soków”.

Cóż, hydraulicy literatury są na czasie, jak nigdy wcześniej.

 

Kilka miłych słów o mężczyznach

Zobligowano mnie do napisania tego tekstu celem zachowania równowagi, która w przyrodzie niewątpliwie ma miejsce. Mając za mało przykładów pozytywnych z doświadczenia własnego, udałam się po wsparcie do literatury oraz moich znajomych.

Pierwsza z zagadniętych kobiet opowiedziała mi, że mężczyźni mają wiele tajemnic i znakomicie je ukrywają. Dopytywana o szczegóły opowiedziała mi o człowieku, który nigdy z niczego się nie wywiązywał, ponieważ rządził nim alkohol. Zawsze jednak znakomicie udawał, że jest w stanie wszystko zrobić, tylko napotyka na rozmaite niespodziewane przeszkody. Spytałam, czy ukrywał swój stan przed nią skutecznie.

– Ależ nie – zawołała. Wprawdzie zawsze był świeży, pachnący, w garniturze i pod krawatem, ale w jego domu można było napotkać w różnych dziwnych miejscach puste butelki.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że kobietom też to się trafia, tyle że bywają skuteczniejsze i zapewne butelki lepiej chowają albo częściej wyrzucają. Czasem też dla kamuflażu trzymają alkohol w słoikach.

Pewien mężczyzna w oczach swojej rodziny był super przykładnym i wiernym mężem, bo jego dorosły syn twierdził iż jest on jednym z niewielu znanych mu mężczyzn, którzy nie zdradzili żony. Nie wydawało mi się to prawdopodobne, jako że brał udział w wojnie, był wojskowym, a w czasach pokoju chętnie podróżował (bez żony) po licznych krewnych. Oczywiście wszystko wyszło na jaw, gdy zmarł i krewne zaczęły (jak to w rodzinie) dzielić się wspomnieniami. Nie uważam więc, że ukrywał swoje romanse skutecznie, tyle że nikt nie dociekał i go nie sprawdzał. No i po wsiach krążyły opowieści o eleganckim mężczyźnie, który miał zawsze wyczyszczone do połysku buty i przed wejściem do izby pucował je chusteczką do nosa.

Inna znajoma opowiada mi o mężczyźnie, który rozrzucał po całym mieszkaniu brudne majtki i skarpetki, a strofowany udawał, że nie wie o co chodzi. – Wszak twoje dzieci rozrzucają klocki po podłodze, a nie upominasz ich, choć prędzej przez taki klocek można się zabić, niż przez moje skarpetki. Czasami w celach wychowawczych kładł ową bieliznę na stole, między talerzem z zupą, a sztućcami i szklanką z kompotem, wymawiając żonie, że w kawiarniach kobiety kładą swoje torebki, czasem znacznie większe, także na stole. Ponadto są nierozsądnie przesądne, bojąc się stawiać torebki na podłodze.

Zarzucicie mi zaraz (całkiem słusznie), że powołuję się na przykłady banalne, trywialne i przyziemne, a świat jest i był pełen mężczyzn rozwiniętych intelektualnie, myślacych i refleksyjnych, innych niż specjalista od porównywania majtek i torebek.

Sięgnę więc do lektury antologii „Wywiady prasowe wszech czasów” wyboru i opracowania Christophera Silvestera, wyd. „Iskry” 2005. Mocnym początkiem antologii jest wywiad z Brighamem Youngiem z 1859 r. (tak, tak, tym słynnym przywódcą mormonów!). Na pytanie dziennikarza „Czy system panujący w waszym Kościele jest akceptowany przez większość należących do niego kobiet?” odpowiada w sposób nie dający się podważyć: „Nie mogą być bardziej temu przeciwne, niż ja byłem, kiedy po raz pierwszy zostało to nam objawione, jako wola boża. Wydaje mi się, że na ogół pogodziły się z tym, podobnie jak ja, jako z wolą Boga”.

Kolejne wywiady, którego idee mnie zafrapowały to wywiad z Thomasem Edisonem, słynnym wynalazcą, Otto Leopoldem von Bismarckiem i Theodore Roosveltem. Ilość bzdur, które wypowiadali ci panowie, nie mieści się w głowie. Pytani o różne sprawy w swoich dziedzinach zainteresowań, wypowiadają się o nich, jakby w ogóle nie myśleli nad wygłaszanymi twierdzeniami; kierują się logiką pana od majtek i skarpetek oraz damskich torebek.Roosvelt pytany o perspektywy uprawianie sportów w Stanach, utożsamiał go z polowaniami na grubego zwierza i dostępnością przestrzeni dla myśliwych.

Bismarck narzekał na nadmierną liczbę wykształconych biedaków z klas niższych, (zaliczając do nich synów pastorów); z tego, że nie spotkał bankiera zarabiającego miliony i zadowolonego ze swojej pozycji, wysnuwał wniosek, iż robotnicy z naury swej też nie będą nigdy zadowoleni, więc przejmowanie się ich niezadowoleniem jest bez sensu, co uważał w dodatku za bardzo życzliwe do nich podejście. „Narzucanie robotnikom ile godzin powinni lub nie powinni pracować, jak również odbieranie im należnej władzy nad dziećmi w związku z pracą, którą wykonują, by zarobić na chleb, uznaję za niepożądaną impertynencję” – perorował. On uznaje – rozumiecie, nie sami zainteresowani.

Edison uważał za optymalną liczbę godzin pracy 20, a snu 4, które jego zdaniem powinny każdemu wystarczyć. W ogóle nie pojmował, że Francuzi, spotkani na Wystawie Światowej w Paryżu, mogą zajmować się czymś innym, niż ciężką, fizyczną pracą. Uważał, że we Francji panuje wszechwładne lenistwo, a dowodem na to było, że inżynierowie, którzy go odwiedzili, „byli modnie ubrani, w rękach mieli laski”. Negatywnie wypowiadał się o ewentualnych wynalazkach, które dziś odmieniły świat, jak urządzenia do przenoszenia obrazu na odległość, czy aparatura medyczna. Za dobrodziejstwo zdrowotne uważał niesłychane ilości cygar, które wypalał.

Jedynym w tym towarzystwie, dość logicznie wypowiadającym się człowiekiem o przemyślanych opiniach (choć niewątpliwie bardzo przewrotnym), wydawał się Karol Marks.

Literaci i ludzie sztuki też nie wydają się w tym towarzystwie mądrzejsi. Oskar Wilde twierdził, że „starców nie powinno się ogladać ani słuchać”, a analizę porównawczą krytyki francuskiej i angielskiej sprowadza do postaci pojedynczych osób, z którymi wyraźnie ma na pieńku, co powoduje że jest (w tym wywiadzie przynajmniej), okropnym nudziarzem.

Henryk Ibsen w kwestii kobiecej w 1897 roku twierdził, że zrównanie pozycji kobiet z pozycją mężczyzn zajmie kilkaset lat i emancypacja będzie uzależnione od wzrostu siły fizycznej kobiet i „nie ma nic wspólnego z pojedynczą akcją kilku zwariowanych jednostek”.. Wygłasza też takie opinie: „Tam, gdzie społeczeństwo jest niemoralne do szpiku kości, jak to się dzieje w norweskich miastach, a zwłaszcza tutaj (w Christianii) , kobieta cieszy się większą swobodą, niż tam, gdzie cnotliwe życie jest bardziej przestrzegane”.

Wszystkie wymienione przykłady (a przeczytałam dopiero 115 stron książki z 411) wskazują na to, iż znani, cenieni i szanowani członkowie męscy społeczeństw odznaczali się nieusprawiedliwioną zupełnie pewnoscią siebie i dezynwolturą i nonszalancją. Możecie powiedzieć, że były to inne czasy i owe „autorytety” posługiwały się współczesnym stanem wiedzy ogólnej i szczegółówej, ale nie będziecie mieli racji. Nawet wówczas pewne rzeczy były dostępne ludziom z odrobiną pomyślunku. Taki Edison, gdyby trochę poobserwował otaczających go ludzi nie twierdziłby, że są leniwi, gdy nie są w stanie pracować po 20 godzin na dobę, wszak łatwo zauważyć, że on sam był pod tym wzgledem wyjątkiem.

W męskiej połowie ludnosci to nadal tkwi – to przekonanie, iż są pępkiem świata, który ma do nich się dostosować, a którego wcale nie potrzebują zrozumieć. Zagraża im wszelka odmienność, odstająca od standardu.

Jedyną dobrą rzeczą, którą mogę uczciwie napisać o panach (nawet o tym od majtek i skarpetek), jest fakt, że w skali mikro nie dbają o porządek wokół siebie. Niestety, świat kobiecy w tym względzie, kierując się fałszywymi ideami, przywiązuje nadmierną wagę do czystosci i poukładania swojego dobytku. Może to brać się z czasów, gdy przemieszczający się w pierwotnej hordzie mężczyźni nieśli ze sobą oszczepy, a kobiety na własnych plecach całą resztę, plus dzieci, musiały więc mieć dobrze rozmieszczone drobiazgi w swoich zawiniątkach. Niestety, ta dobra strona charakteru mężczyzn, pozwalająca im na odstępstwa od logiki porządkowania, nie rozciąga się na życie państw i przyrody, które pragną uporządkować. Dziki wystrzelać, puszczę wyciąć, ulice wybetonować, ludzi podzielić na zwolenników i przeciwników, tych zaś skupić w partiach, całą resztę zorganizować po swojemu, najlepiej umundurować, określić dopuszczalny kształt bananów i ogórków i tak dalej. A fe, panowie! Wstydźcie się, wszak nie jesteście kobietami, żeby zaprowadzać wokół siebie babskie porządki…

Matka nożownika ostrzegała przed swoim synem

Matka nożownika ostrzegała przed swoim synem – grzmią tytuły internetowych znawców matczynych turbulencji uczuciowych. Dobro pokonuje zło, tak się zachłystują media  – bo matce nożownika udzielono pomocy psychologicznej. W domyśle: tyle jest innych, którzy bardziej zasługujących na pomoc. Chyba… Że jest to matka niesłusznie skazanego Tomasza Komendy – ta oczywiście od dziś (choć nie przedtem, gdy najbardziej tego potrzebowała) zasługuje na wszelką pomoc, jako matka niewinnego. Matki winnych zasługują na potępienie, cokolwiek zrobią.

Wsadzam kij w mrowisko. Matka jest matka. Macierzyństwo jest stanem nigdy nieprzemijającym, wiecznym cierpieniem, zasłużonym lub nie. Czy aprobujemy swoje dzieci, czy nie; kochamy je biologicznie nieodpornie i nieprzemyślanie; zmagamy się z nimi i ze sobą; z nimi w nas, zwłaszcza. Nigdy nie jesteśmy pewne, czy mamy rację. Zawsze musimy wybierać: między sobą, nimi, zasadami etycznymi, naszym doświadczeniem i doświadczeniami, które kształtowały nasze dzieci, często wbrew nam.

Za czasów słusznie minionych dostawałyśmy kartki na buty dla rodziny. Jeśli naszym dzieciom nie podobały się oferowane przez reżim modele, przechodziły całą zimę w tenisówkach, a potem miały do nas, a nie do systemu kartkowego, pretensję o odmrożone palce. Pretensje owe zyskiwały wymiar uniwersalny, jako uzasadnienie walki pokoleń. Czasami nasze dzieci latami nie chciały nas z tego powodu znać, albo dlatego, że ich nie ochrzciłyśmy, albo nie kupiłyśmy butów (i kartki się zmarnowały), albo nie chciałyśmy ich, jako matki zrozumieć. Nie zadawali sobie pytań (oczywiście), czy umieli cośkolwiek z tego nam, matkom, wytłumaczyć. Mea culpa – byłyśmy równie głupie i zagubione, jak i oni.

Jeśli nasze dzieci miały odmienne od nas poglądy – szanowałyśmy je. Tak nas wychowywano. Pocieszałyśmy się, że wychowywałyśmy ich na wolnych ludzi, choć oni o tym nie mieli pojęcia. Wszak pojęcie „wolności” miało zawsze nieodłączny przymiotnik „socjalistyczna”.

Co spieprzyłyśmy po drodze? Może niepotrzebnie uzgadniałyśmy z ich ojcami, wbrew naszym odczuciom, jednolitą linię poglądów? Może dałyśmy ich ojcom zbyt wiele praw, a sobie zbyt mało? Może nie przekazałyśmy im swojej empatii, bowiem same wstydziłyśmy się jej. Człowiek jest racjonalny, a kobieta (zwłaszcza) musi być silna i odporna na krytykę, bo musi przeżyć. To jej podstawowe zadanie. Nie doznanie szczęścia, zadowolenia z życia, a przekazanie instynktu życia. Nasi rodzice przeżyli 3 wojny (1905,1914,1939) i uchronili nas przed śmiercią, nasze zadania były równie poważne.

Lekceważyłyśmy realia, stawiałyśmy na principia. Nigdy więcej wojny – to był mój priorytet. Jakim kosztem on działał? Ile refleksji stłumił w pokoleniu moich dzieci? Pragnęłyśmy dla nich szczęścia, wolności i braku ograniczeń. Wierzyłyśmy, że człowiek z natury swej jest dobry, trzeba mu tylko dać pole do popisu, umożliwić rozwój i postęp. Co zrobiłyśmy nie tak?

Ich pokolenie – dzieci lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Prezydent Gdańska. Wielu ze znanych polityków. Menadżerowie, biznesmeni, nauczyciele, wolne zawody. Dzieci koleżanek i kolegów, posłowie mojej i przeciwnej opcji, często bracia z jednej rodziny. To jest właśnie pokolenie naszych synów.  My, matki, patrzymy na to, co wykluło się ze skorupek i zawiązków. Czy i w jakim stopniu odpowiadamy za to, co dzieje się dziś? Gdzie leży nasza wina?

Napisałam kiedyś opowiadanie, „Imieninowe przyjęcie”, opisujące stereotypy tamtych czasów, zmagające się w swoistym tańcu szkieletów.  Takie imieninowe/urodzeniowe imprezy odbywały się w każdym z domów. Wódka na kartki, albo pędzony bimber, czy przemycane spirytusy niemieckie, rozrabiane miodem, karmelem, lub jak „mama z tatą”, sokiem wiśniowym, uwalniały polityczne emocje. Symbol symbolem poganiał. Mój szwagier wołał, że Solidarność jest naszą przyszłością, mnie tegoż poranka koledzy z pracy wskazali drzewo, na którym zawisnę, bowiem przypadkiem, poszukując czegoś w archiwum, trafiłam na skład broni. Mój przyjaciel ze studiów wskazywał na nowe, które się przed nami otwiera, ale ktoś tańczył tango przytulango z żoną przyjaciela. Oni zostawali na imprezie, a ja musiałam udać się na dyżur w przedsiębiorstwie zmilitaryzowanym, mając w głowie powiewne spódnice i koronkowe majtki mojej rywalki (co nie zmieniało faktu, że w biurze musiałam gościć  prywatną, kartkową kawą żołnierzy reżimu   – wszak oni mieli broń, a ja tylko kawę) podobnie zagubionych, jak ja. I musiałam w Sylwestrową noc, łomem tłuc lód na ulicy Komarowa (przydzielony prostokąt) pod groźbą postawienia pod mur i rozstrzelania (to były pierwsze dni stanu wojennego, gdy wierzono jeszcze we wszystkie groźby), zanim nauczyłam się, jak działa ten system i jak wystawiać go do wiatru.

Moje dzieci patrzyły na to i tworzyły sobie koncepcje  zupełnie niezależne od tego, co tkwiło w mojej głowie. Do dziś nie wiem, jaki obraz tamtych czasów wyrobiły sobie (poza tym co deklarują we wspomnieniach: „chuda, ruda i wściekła”). Osiwiałam wówczas po raz pierwszy i zaczęłam farbować się najtańszą farbą, ruską „chną” plus łupinki cebuli, dotychczas farbujące wielkanocne jajka. Chuda, bowiem kartkowych wyrobów dla mnie już nie starczało i mając w domu 3 mężczyzn z inteligencji, wartych tylko 2,5 kg mięsa miesięcznie (w tym większość z kością), chodziłam zawsze głodna.

My tonowałyśmy wojownicze nastroje naszych mężów. Oni skakali sobie do gardeł, idąc kopali napotkane kamienie, bowiem odruchy buntu tkwiły w nich nieczynne latami i teraz mogły znaleźć wyraz, podczepione pod polityczne nastroje. Nareszcie mogli okazać swoją męskość. My, żony i matki, łagodziłyśmy, nie zastanawiając się, co z tego rozumieją nasze dzieci. Oni przekrzykiwali się swoimi argumentami. Jeden z tych argumentów zapamiętałam do dziś. „Tak teraz opowiadasz, jaki z ciebie był opozycjonista, a zapominasz dodać, że jak przyszło co do czego (stan wojenny), to ubłagałeś księgową, żeby twoje składki na „Solidarność” fikcyjnie przeksięgowała na kasę zapomogowo-pożyczkową!” Pewien tatuś, w odruchu politycznego protestu, wyrzucił przez okno koszulki i buty nastoletniego syna, wystane przez matkę w kolejkach, z nieznanych mi bliżej powodów. Nie zważając na upokorzenie, grzebała bidula w poszukwaniach w krzakach  pod blokiem, ale część zdążono już ukraść.

My wycierałyśmy szklanki do blasku. Oni, źli na nas, podmieniali  szklanki ustawione dla gości, na stole, na musztardówki, wykpiwając dziewictwo Matki Boskiej i brak talentu do prasowania koszul. Każdy argument był dobry, aby nam dopiec i skompromitować nasze starania wobec innych. Zobaczcie, jakie mamy głupie żony! Świat woła o nasze przywództwo, a wam zależy na ładnych, drobnomieszczańskich nakryciach!

Nie narzekam. Moje dzieci i dzieci siostry, zrozumiały. Więcej niż nam się wydawało, choć niewątpliwie inaczej. Ale nasze wnuki? Dlaczego milczymy? Ile przed nimi ukrywamy? Może chcemy wreszcie żyć w spokoju, wybierać nie w plemiennym zacietrzewieniu albo biologicznej konieczności, ale może zniechęceni, nie potrafimy im wytłumaczyć, że pieniądz w ostatecznym rozrachunku z życiem, nie ma większego znaczenia, bowiem same się swego odstępstwa od prawd pospolitych wstydzimy? Może wstydzimy się swoich prawdziwych uczuć i fascynacji, bo  wdrukowano nam wierność zasadom i obowiązkom?

Wszystko to, co nie jest naszym bólem i wyrzutami sumienia, ma wymiar wstydu. Niewiele satysfakcji. Skąd mamy widzieć, czy nie wyhodowaliśmy małego Hitlerka na swoim łonie? Jak się z tym wszystkim pozbierać? Jak przestać być matkami?

Czy istotnie trzeba wojny, wrogów, niebezpieczeństw, żeby świat wrócił na swoje miejsce? Czy może upiory, jakoś ponownie same z siebie, schowają się za ubrania w szafach, jak schowały się wtedy, a nawiedzone kobiety i mężczyźni nadal będą głosić peany o urokach i rozkoszach macierzyństwa? O miłości do piesków i kotków i o szkodliwości glutenu, jako kontrze przed supremacją NARODU, dopóki ich zacietrzewienie nie znajdzie lepszego obiektu?

To nie jest rzeczony nożownik, tylko inne, zwyczajne dziecko urodzone w roku 1966. Ale zapewne tamten ma równie słodkie fotki, na których myśli krążą jak ptaki w jego głowie i nikt, nawet matka nie wie, co się z nich wykluje.

Radość o poranku

Nigdy nie jest nam dana radość bez otrzymania warunków. Dowiadujemy się czegoś miłego, ale (w obecnych czasach – podobno to co jest przed „ale” nie jest ważne) „oczekuję od ciebie, że się dołożysz”.  Gdyby nie to, że miewamy różne drogi uzyskiwania informacji, nie wiedziałabym, że ktoś robi mnie w bambuko. Ja też w odpowiedzi kłamię (choć lata temu obiecywałam, że będę zawsze mówiła prawdę i czuła z tego powodu satysfakcję). Nie mogę jednak dopuścić, żeby traktowano mnie, jako przygłupią staruszkę na wymarciu. Pojęczę trochę, naciągnę odrobinę i skłamię bezpiecznie – nie będę się wdawać w dyskusje z tymi, którzy chcą mnie przechytrzyć. Ja nie kłamię (jak się pocieszam) tylko bronię siebie przed oszustwem. Wiadomo, że babcie w przeciąganiu liny nie są najlepsze, za to w jęczeniu i narzekaniu, owszem. Znakomitą szkołę w tym wzgledzie nabyłam we wczesnym dzieciństwie, towarzysząc mojej mamie podczas wizyt w licznych urzędach, od których zależał nasz byt.

I tak ja, oraz moi adwersarze, nakręcamy spiralę kłamstw. – Tylko nie mów temu i tamtemu, że… -Tylko nie przyznawaj się…  -Tylko powiedz mi najpierw, a ja ci dobrze doradzę… – Wszak wiesz, że mam wyłącznie twoje dobro na względzie… Blablablabla. Kiedy słyszę owo „Tylko” w mojej głowie, świeżo ostrzyżonej, otwiera się nowa zapadka.

Przeliczanie wszystkiego na kasę nie jest złe. Rozumiem, że fryzjerka, czy pedicurzystka, która przychodzi do mnie do domu, zasługuje na wyższą wypłatę niż w lokalu. Wszak w śnieżycy i mrozie musi przejść do mnie,  tracąc cenny czas. Rozumiem, że sprzątająca Ukrainka się spieszy i czasem „zapomni” wyczyścić piekarnik czy mikrofalę i „nie zdąży” zajrzeć pod fotel, gdzie gromadzą się okruszki. Ja, gdy sama sprzątałam, też czasem opuszczałam miejsca, których sprzątania nie lubiłam.

Gdzie więc jest granica kłamstw, które aprobuję?

Niestety, przesuwa się ona w tak zawrotnym tempie, jak bieguny  pola magnetycznego ziemi w ostatnim roku. Podobno jest to wstęp przed przebiegunowaniem Ziemi.

Kiedy byłam dzieckiem, za największe dziecinne „przestępstwo” uznawano kłamstwo. — Powiedz prawdę, a nie zostaniesz ukarana – tak mawiali rodzice. Dzisiaj powszechnie uważamy, że kłamstwo jest niezbędne do życia. I nie tylko to, mające na celu ogólnie pojętą litość nad nieszczęśliwym, nie dodawanie mu niepotrzebnych zmartwień do kompletu nieszczęść, które go spotkały (nie mówimy dziewczynie, która straciła matkę, że ostatnio zbrzydła), ani nie oceniamy czegoś co nie jest niezbędne do cudzej egzystencji (Idź na potańcówkę, wiadomo, że każda potwora znajdzie swojego amatora). Uważamy, że kłamstwo jest usprawiedliwione okolicznościami, które uważamy za ważne. Skoro więc życzymy sobie, aby wygrał polityk X, a nie Y, to mamy prawo rozpowszechniać o nim kłamstwa, bowiem czynimy to w słusznym celu (to znaczy takim, który my uznaliśmy za słuszny).

Jeżeli trafi nam się po drodze głupia staruszka, mamy prawo ją okłamać, ponieważ potrzebujemy pieniędzy w „słusznym celu”. Nawet owa głupia staruszka akceptuje cel, więc o co chodzi? Czego się czepia?

Tu nie potrzeba jakiejś wydumanej mowy nienawiści! Chcemy, żeby było tak, jak my chcemy, więc wszystko co robimy, jest słuszne, nieprawdaż? Mamy prawo do dobrostanu. Jesteśmy go warci. Inni mają nam nie przeszkadzać, niczego więcej od nich nie chcemy.

Był kiedyś niejaki Machiawelli. Młodzi nawet nie wiedząc kim on był, uznaliby go za zgreda. Wszak on narzucał sobie jakieś ograniczenia. Coś tam bredził o uzasadnieniach, jakby trzeba było nad tym rozmyślać.

A dlaczego „Radość o poranku”?

„Nie zmąci mej radości żadny cień… Obiecał mi poranek szczęście dziś…”

Złudzenie lat siedemdziesiątych, lat mojej kończącej się młodości. Dziś, zanim coś dostaniemy, musimy za to zapłacić, bez gwarancji otrzymania obiecanego. I musimy potargować się jak na bazarze. A przecież mamy prawo, zasługujemy na (tu wstawić odpowiednie słowo).

To nie mowa nienawiści jest początkiem złego, a mowa kłamstw. Nie możemy być szczęśliwi, gdy wszystko nastawione jest na wszechwładne oszustwo. Obiecano, a nie dotrzymano. Więc ja też nie dotrzymam, bo nie ja obiecywałam. Nie dotrzymuje się umów zapisanych na papierze i przypieczętowanych, a ktoś bredzi o niepisanych umowach społecznych!

W ogladanym ostanio serialu czyjeś ozdrowienie musiało być okupione czyjąś śmiercią. To chyba wyznacznik naszych czasów – Nie mamy prawa się z niczego cieszyć, bowiem nieznany jest nam koszt, który poniesiemy. Za wszystko nusimy płacić z góry I nie wiemy, czy nie opłacamy czyjejś zbrodni lub nieszczęścia. Tylko czasami możemy sobie ulżyć w mowie lub w piśmie. Na tyle – na ile nas nauczono.

Przesyłam do Twojej wiadomości

Urzędy, firmy i politycy uwielbiają przesyłać do Twojej wiadomości rozmaite infpormacje licząc na to, że w świątecznym zapale ich nie przeczytasz, a tym samym nie zadeklarujesz swojej zgody, bądź jej nie wyrazisz w króciutkim terminie ledwie kilku dni; a tym samym próbują cię oszukać i skłonić do niekorzystnego rozporządzenia swoimi prawami. Ongiś, dawnymi czasy czynili tak drobni cwaniaczkowie, dziś po metodę tę sięgają wielkie firmy i korporacje, nawet spółki Skarbu Państwa (podobnie jak Urzędy Skarbowe, Prokuratury, Sądy i inne instytucje rzekomo publicznego zaufania).

W mojej skrzynce pocztowej w okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem pełno takich pism, które udaja życzenia a nie są tymi, czym naprawdę są. Oto ich krótki przegląd:

„Innogy” pisze do mnie: „Gratuluję, dokonałaś dobrego wyboru! Z szerokiej gamy produktów  Innogy Polska wybrali Państwo ofertę, która gwarantuje niezmienność ceny przez cały okres obowiązywania Umowy” Rysunek z dłonią i kółkiem pośrodku niej, niczym odznaka Namiestnika z  serialu „Gra o tron”.

W serialu tym namiestnika nie wybierał lud, podobnie jak ja nie wybierałam Innogy, jako dostarczyciela energii. Gdybym miałą wybierać, nigdy bym nie postawiłą na firmę o takim mało przyjaznym mianie. Na moich rachunkach pojawiła się ona wskutek dziwnych zmian nagłówków i nazw (zapewno jako skutki przyjaznych lub wrogich przejęć, podobnie jak we wspomnianym serialu grały ze sobą różne rody). Abstrahując od historii, cóż pisze do mnie ów Namiestnik?

Informuje, że dokonałam dobrego wyboru, bowiem blablabla z dniem 1 stycznia 2019 roku  wpłynęłam na decyzję Innogy Polska SA o smianie stawek cen i stawek opłat określonych w taryfie blablabla i że (niby) taryfa dla  mnie osobiście pozostała bez zmian), dodając jednocześnie, że załączona taryfa (po cholerę ją załączają, skoro nas nie dotyczy!)  stanowi integralną część zawartej ze mną umowy. A taryfa, jak taryfa – kilka dalszych stron drobnym drukiem do przeczytania w Wigilię przy barszczu z uszkami lub pierogach z kapustą i grzybami. Z telewizji wiem, że oznacza podniesienie cen energii elektrycznej (które rzekomo dla odbiorców prywatnych miały zostać nie podniesione, a taż sama „Innogy” przysłała mi kilkanaście dni wcześniej prognozowany rachunek na rok 2019 ze starymi cenami. Który z tych dokumentów jest kłamliwy?

Ja, jako osoba o zamiłowaniach humanistycznych nie za bardzo mam ochotę rozważać przy świątecznym stole albo sylwestrowym szampanie prawidłowość wzorów,

obliczonych dowodnie na rozmycie mojej uwagi, podobnie jak system TEAD miał rozmywać uwagę odbiorców reklam proszków do prania..

Przechodzę więc do kolejnego pisemka, tym razem dostawcy  telefonii komórkwej, informującego mnie (jak zwykle z opóźnieniem), iż „…z dniem 12 grudnia 2018 roku zmianie ulegną postanowienia zawarte w Państwa umowie o świadczenie usług telekomunikacyjnych” i łaskawie powiadamiająją mnie/nas, iż nie musimy nic robić, podejmować żadnych działań ale (nie wiedzieć czemu) informują nas, co się zmieniło. Wszystko oczywiście, jak w Innogy drobniutkim, nieczytelnym drukiem. Z pomocą lupy dostrzegłam jedynie iż niektóre wyrazy zostały przekreślone, chociaż nadal nie rozumiem jakie zmiany dla mnie osobiście niesie przekreślenie wyrazu „jednego” w zestawieniu „jednego miesiąca” i nadal nie chce mi się męczyć przy użyciu lupy nad tekstem. Wolę tejże lupy użyć do wyciągania ości z leszcza w galarecie, bowiem treść poniższego zdania nadal pozostaje dla mnie niezrozumiałym bełkotem, wszak przecież nie musiałam nic robić, mogłam się oddać konsumpcji wigilijnej ryby, zamiast sprawdzać siłę swojego intelektu. Kiedy jednak dokładnie przeczytałam tekst po Nowym Roku (skanując go i powiększając na monitorze litery odkryłam, że minął termin wypowiedzenia umowy przeze mnie w razie braku akceptacji zmian. Tak naprawdę to minął już, zanim otrzymałam w/w pismo (28 grudnia 2018), a nawet zanim je wysłano (22 grudnia 2018 r), bowiem terminem wyznaczonym na akceptację był 12 grudnia 2018 roku

Kolejny druczek o frapijącej nazwie „Informacja dla mieszkańców posiadających spółdzielcze prawo do lokali mieszkalnych.” Dowiaduję się z niej, iż z dniem przekształcenia prawa wieczystego użytkowania we własność opłata z tytułu wieczystego użtkowania gruntu związanego z gruntem pod budynkiem stanie się opłatą przekształceniową, natomiast za tereny wspólnego korzystania (zapewne grunt pod budynkiem zgodnie z ową dziwaczną logiką nie jest do nich zaliczny), „…wnosić będą Państwo nadal opłatę z tytułu wieczystego użytkowania.” Tak więc tłumacząc z Polskiego na nasze, jeden podatek zostanie zamieniony na dwa o różnych nazwach. Ostatnie zdanie w/w informacji podaje nam do wiadomości, iż indywidualne naliczenie wysokości opłat dostana nam doręczone w terminie póżniejszym. Po cholerę więc zawracają nam głowę, żeby informować, iż nie mają dla nas informacji? Może po to, żeby świąteczny makowiec stanął nam ością w gardle?

Kolejny druczek przekonuje mnie iż koniec ze składaniem PIT-ów i że skarbówka nas rozliczy i że ja oczywiściue nie muszę nic robić, bo wszystko zostaje po staremu. G. prawda. Jak nic nie zrobię, starcę ok. 300 zł – sądząc po latach ubiegłych. Skąd niby skarbówka ma wiedzieć, ile wydałam na leczenie i rehabilitację?

I przedostatni druczek, ten, która spędza mi posylwestrowy sen z powiek – „jak bedziemy segregować śmieci”. Owszem – nowe pojemniki przywieźli i nazajutrz zabrali, segregacja miała obowiązywać od 1 stycznia, ale ponoć nie obowiązuje (chociaż w Warszawie obowiązuje?);  skoro sa tylko stare pojemniki (sprzed 2 ustaw wstecz, tylko nalepki się zmieniają), to co ja mam robić? Czy konstruktor architekt mojego bloku przewidział balkon, jako miejsce segregacji śmieci? Pal diabli w zimie, ale latem jak wytrzymam w smrodzie 6 pojemników? W dodatku każdy pojemnik muszę wyłożyć torbą foliową (bo nie chcę zmagać się z myciem i dezynfekcją pojemników), czyli zwiększę liczbę plastiku nie segregowanego w postaci worków. W moim bloku połowa staruszków nie wychodzi na dwór i czeka na dobrych ludzi, którzy wyniosą im śmieci w odruchu litości. Czy więc jestem już skazana na wszechwładny letni smród i stałe zamknięcie okien?

I ostani druczek kalendarz, z wyróżnionymi krateczką ważnymi datami . Patrzę na kwiecień: egzamin gimnazjalny, pierwszy w historii egzamin ósmoklasisty, Niedziela Palmowa,  wiosenna przerwa świąteczna w szkołach, triduum paschalne, Wielkanoc i dalej miesiąc w miesiąc na zmianę święta religijne, patriotyczne i samozwańcze. A kiedy dzień ważny dla mnie osobiście? Styczeń, luty, kwiecień, maj – zarezerwowane wszystkie dni. Na odwrocie kartki rady na bezsenność STOSUJ WIECZORNE RYTUAŁY. Wśród nich wymieniona KOLACJA, która powinna obfitować w aminokwas tryptofan. Nic nie napisano, czy powinna być przy świecach.