Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /index.php:3) in /wp-includes/feed-rss2.php on line 8
Babcia Ezoteryczna http://babciaezoteryczna.pl Sun, 12 Aug 2018 12:28:01 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 http://babciaezoteryczna.pl/wp-content/uploads/2015/11/cropped-P11203031-32x32.jpg Babcia Ezoteryczna http://babciaezoteryczna.pl 32 32 Jak żyć http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/12/jak-zyc/ http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/12/jak-zyc/#respond Sun, 12 Aug 2018 12:19:21 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1619 Czytaj dalej ]]> Za oknami mojego mieszkania rozciąga się stary cmentarz. W panujących upałach przekraczających 30 stopni C wieczorami po wyłączeniu klimatyzacji napływają do mnie cmentarne zapachy. Ziemi nasączonej gnijącymi szczątkami ludzi, stearyny z cmentarnych lampek, kwiatów więdnących i tracacych swoją barwę. Teoretycznie cmentarz jest zamknięty, ale stale trwają na nim pochówki i rozbrzmiewają tony adagio i marszu Szopena.

Paradoksalnie, w tej atmosferze gorących nocy znaczenia nabiera pytanie „jak żyć” a nie „jak umierać”.

 

W poprzednim odcinku wspomniałam książkę Agnieszki Drotkiewicz, poświęconą temu pytaniu, zadawanemu ludziom kultury. Właściwie nikt z nich nie odpowiada na nie w pełni, raczej czyniąc uniki. Przedstawiają swoje przemyślenia i doświadczenia, unikając generalizowania i łatwych recept. Jest to z gruntu uczciwe i zasługuje na poparcie. Prostej odpowiedzi oczekiwał chyba tylko ów plantator papryki, dzięki któremu pytanie stało się znane.

Jednocześnie moja koleżanka, od dawna rozgryzająca ten problem, pożyczyła mi książkę, ponoć stanowiącą rewelacyjną odpowiedź na zadane pytanie. Jest to pozycja Aleksandra Lowena „Zdrada ciała” zaopatrzona podtytułem: „Dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją”, wydaną przez Centrum pracy z ciałem Joanny Olchowik.  Z dedykacji do pacjentów dowiadujemy się, że inspiracją do napisania książki stała się ich odwaga mierzenia się z trwogą i rozpaczą. Ciekawi mnie więc, jakie rady autor ma dla swoich pacjentów.

Niestety, nie mogę zgodzić się z autorem w większości jego twierdzeń. W rozdziale pierwszym przedstawia swoją pacjentkę, mającą rzekomo problem z tożsamością. Długo i zawile opisuje jej problemy, definiując jej rozczepienie, jako zaburzenie schizoidalne, które ponoć leży u każdego podłoża problemu tożsamości. Twierdzi on, że poczucie tożsamości wyrasta z poczucia kontaktu z własnym ciałem, bowiem „bez świadomości czucia w ciele osoba rozszczepia się na bezcielesnego ducha i rozczarowane ciało”. Opisuje pacjentkę imieniem Barbara, której problemem, jego zdaniem jest konflikt ze służącą i poczucie jej bezradności w tej relacji. Zagłębiając się w teorie, przedstawiając, jak Barbara rysuje obraz swojego ciała i jak widzi ciało mężczyzny, zapomina jednak, że Barbara jest matką czworga dzieci (w tym niemowlęcia) i jej fizyczny odpływ sił może być całkowicie uzasadniony wykonywaną przy nich pracą (i małą pomocą leniwej służącej).

Innego pacjenta, mężczyznę, znanego artystę i jego problemy z tożsamością, autor ocenia już inaczej, zda się pobłaża jego chwilowemu brakowi kontaktu z ciałem (nie uzasadniając zmiany swojego podejścia).

Ale pomińmy detale i brak obiektywizmu autora. W warstwie teoretycznej twierdzi on, że „człowiek doświadcza rzeczywistości świata wyłącznie poprzez ciało. Jeżeli ciało jest stosunkowo mało żywotne, wrażenia i reakcje osoby są ograniczone. Człowiek emocjonalnie martwy zwrócony jest do wewnątrz: myśli i fantazje zastępują czucie i działanie. Przesadna aktywność umysłowa jest substytutem kontaktu ze światem rzeczywistym„. Przywołuje tu przykład deprywacji sensorycznej.

Mierzi mnie takie uproszczenie.

Czucie i działanie nie muszą iść ze sobą w parze, a żywotność nie oznacza bynajmniej warunku posiadania zdolności do czucia. Podam prosty przykład: sparaliżowany człowiek, doświadczający bólu, mimo pozornego bezruchu i małej żywotności (braku aktywności), nie musi porzucać rzeczywistości na rzecz urojeń właściwych deprywacji sensorycznej. Wszak deprywacja polega na braku bodźców, a sparaliżowane ciało dostarcza ich czasem zbyt wielu. Aktywność umysłowa, aczkolwiek bardzo pożądana, nie przyniesie dochodu guru nastawionego na dopieszczenie ciała. Chyba że sparaliżowany człowiek jest na przykład genialnym astrofizykiem, Stephenem Hawkingiem, lub innym tego rodzaju myślicielem, umysłem uwięzionym w chorym ciele.

Zdemaskowanie błędnego myślenia autora nie jest łatwe, ponieważ wielu terminów i określeń używa zamiennie i nieostro. Nie jest moim zamiarem obnażanie braków warsztatowych autora książki, zwłaszcza, że jestem tylko dyletantką, sugeruję jednak, że stawia on pewną tezę i wszystko inne nagina do jej uzasadnienia, żonglując znanymi nazwiskami i teoriami. Sięga także po terminy spoza warsztatu naukowca. Twierdzi na przykład, że „Gdy kobieta przyjmuje męskie ego, rodzi się w niej wiedźma. Wiedźma wyznaje pogląd męskiego ego, że ciało kobiety to obiekt przeznaczony do wykorzystania seksualnego.” Wracając do Barbary, jego zdaniem owa przepracowana trzydziestopięciolatka i matka to w istocie ucieleśnienie problemu: „Seksualna uległość Barbary jest odbiciem jej pogardy dla mężczyzny. Mówi ona w istocie: jestem niczym, a skoro mnie pragniesz, to jesteś głupi”.

Bzdura! Już moja matka, wychowanka sierocińca, powtarzała, że małżeństwo i macierzyństwo, to ciężkie i trudne spełnianie obowiązku, wziętego na siebie, a ja dodam z własnego doświadczenia, że gdy niemowlęta płaczą całą noc, nawet perspektywa seksu z ukochanym mężczyzną nie jest pociągająca. Nie chce się jeść, ani pić, nie chce się seksu, ani miłości lub czułości, jedyne, czego się chce – to spać. Ale widać panu Lowenowi brakuje doświadczenia i empatii, dlatego też sięga po dywagacje na temat przyswajania sobie przez pacjentkę ojcowskiego wizerunku kobiety. Takie dywagacje nie prowadzą jednak do rozwiązania problemu, choć można go zmniejszyć poprzez wspomożenie owych „wiedźm” w ich codziennym trudzie. To jednak wymaga wydatków a nie przysporzy autorowi dochodów ze szkoleń i diagnoz „leczniczych”.

Inny pacjent, przepracowany Henry (nie mający problemów finansowych), poprawił swoją kondycję psychiczną zwracając większą uwagę na swoje ciało. Jasne, miał czas i pieniądze i na pewno dobrze mu zrobiło odwrócenie uwagi od nowych obowiązków i wyzwań zawodowych. Oczywistym jest, że jego ciało wysoko cenionego menadżera było w lepszym stanie, niż ciało Barbary. Przepracowanie fizyczno/psychiczne i tylko psychiczne, to całkiem coś innego. Trochę gimnastyki, dobre kosmetyki, siłownia, masażysta, fryzjer i zakupy wg najświeższej mody, rozwiążą (przynajmniej tymczasowo), problem kontaktu z własnym ciałem.

Nie chcę zagłębiać się w ciąg dalszy dywagacji autora, próbuję odgadnąć tylko skutki jego teorii dla mojej koleżanki, która pożyczyła mi książkę, pracowicie podkreślaną i zaopatrzoną miejscami w wykrzykniki.

Otóż jej zdarza się także ( jak każdemu z nas) tracić kontakt ze swoim ciałem, gdy jest zmęczona, zestresowana, zadumana, lub gdy po prostu na dworze za oknami skierowanymi na południe lub wschód, panuje temperatura przekraczająca 30 stopni C. A tutaj trzeba wstać, umyć się, wygoniwszy przedtem niepracującą matkę, okupującą łazienkę i dopieszczającą lakierem swoje kosmyki, co nie obywa się bez awantury; jechać przepełnionym autobusem do pracy, by przejąć rozkapryszonego bachora z rąk skłóconych rodziców, ze świadomością, że wykręcona poprzedniego dnia ręka, bardziej boli niż powinna, a dzieciak chce „na rączki„. Jeżeli uwierzy ona, że jest osobowością schizoidalną, bowiem straciła kontakt ze swoim ciałem, to prosta droga do utraty wiary w siebie (zwłaszcza, że jako niania pracuje na czarno, bez ubezpieczenia i lekarskiej pomocy, a czas nie jest już dla niej tak łaskawy, jak w młodości przed pięćdziesiątką, gdy wychowywała samotnie własne dzieci).

Paradoksalnie książka pana  Lowena nie pomoże jej w niczym, a wręcz przeciwnie, zaszkodzi. Zadane w podtytule pytanie ” dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją” ma prostą odpowiedź: Bo świat nie jest przyjazny ludziom, ba, staje się coraz mniej przyjaznym, w każdym razie tym, którzy nie zarabiają na doradzaniu biednym kobietom, dla których ich ciało staje się ciężarem, a nie radością.

Wracam jeszcze na chwilę do pierwszego wywiadu Agnieszki Drotkiewicz – „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” z Bellą Szwarcman- Czarnotą, autorką, redaktorką i tłumaczką o szeroko rozumianej kulturze żydowskiej pt. „Tak pamiętać, żeby iść do przodu”. W drugiej części wywiadu, poświęconej rytuałom i gotowaniu, przywołuje słowa swojej ciotki, które stały się tytułem całej książki, wynikające zdaniem rozmówczyni z żydowskiej zasady bycia pożytecznym i poważnego traktowania dzieci.

Nie do końca się z tym zgadzam. W mojej i wielu znajomych rodzin, nie mających nic wspólnego z kulturą żydowską, też panowała taka zasada. Siostra mojej teściowej, moja imienniczka, Katarzyna, zamieszkała w podlaskiej wsi Wólka Plebańska i prowadząca tam gospodarstwo rolne, będąc już starą kobietą po siedemdziesiątce, z podobnym nawykiem pracy bez odpoczynku, miała łóżko, jak to na tamtych ziemiach, pokryte piękną narzutą ze stertą ułożonych poduszek i lalką na ich szczycie. Nigdy w ciągu dnia nie kładła się i bardzo rzadko przysiadała, a jeśli już, to półgębkiem, z brzegu krzesła przy stole, z rękami stale czymś zajętymi. Kiedy doznała zawału serca, po powrocie ze szpitala lekarz kazał jej położyć się codziennie na minimum 2 godziny. Ona po prostu tego nie umiała. Jak to jest położyć się w ciągu dnia? Dlatego też stawiała na stole budzik i siadała na krześle, żeby „odpoczywać” zalecone 2 godziny. Nic dziwnego, że w parę miesięcy później zabił ją kolejny zawał.

Moja mama także mawiała: „jeszcze dzisiaj nie usiadłam” i była z tego dumna.

Przypomina mi się taka śpiewka z czasu studiów nad literaturą słowiańską:

Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić,

bo nas nogi bolą po tym polu chodzić./bis

Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić,

zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić./bis

Żebyś ty, słoneczko, na zarobku było,

to byś ty, słoneczko, prędzej zachodziło./bis

Niewiele się zmieniło od tamtych czasów. Przybyło tylko diagnostów.

]]>
http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/12/jak-zyc/feed/ 0
Ania Od Polnych Kwiatów i inni dobrzy ludzie http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/05/ania-od-polnych-kwiatow-i-inni-dobrzy-ludzie/ http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/05/ania-od-polnych-kwiatow-i-inni-dobrzy-ludzie/#respond Sun, 05 Aug 2018 12:04:14 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1601 Czytaj dalej ]]> Takie kategorie, jak dobro, zło, sprawiedliwość, uczciwość, odwołują się do odwiecznej formy myślenia przez wartości. Kiedyś były ugruntowane moralnie. Dzisiaj język wartości bądź zanika, bądź przez zaliczanie do sfery banalnej banalności, albo wynaturza się,  wkraczając do politycznych nazw, reklam, lub pośledniejszej literatury rozrywkowej, albo przybiera postać piłeczki do żonglowania, pustą, skostniałą atrapą; nie niesie ze sobą niczego rzeczywistego, często staje się satyrą lub drwiną. Czy Prawo i Sprawiedliwość to istotnie dobre prawo i rzeczywista sprawiedliwość? Czy dobra zmiana ma rzeczywiście w sobie coś dobrego? Czy nadciągające zło, to raczej kategoria z gry internetowej, niż przewidywanie przyszłości? Czy „chodząca uczciwość”, to przypadkiem nie określenie jednej z wielu form ludzkiego dziwactwa?

Możemy to łatwo sprawdzić, przyglądając się używaniu słów z tych kategorii w życiu codziennym. Jeśli ktoś powie do ciebie „dobry człowieku” albo, jeszcze gorzej, „dobra kobieto”, możemy być pewni, że nie darzy cię szacunkiem. Raczej uważa cię za kogoś niskiego intelektu lub gorszej kondycji społecznej, kogoś sobie poddanego, komu wydaje się polecenia, z grzeczności noszące pozór prośby. W istocie uważa cię za kogoś zgoła nieważnego, komu wystarczy machnąć przed oczami świecidełkiem pozornej aprobaty, aby zapewnić sobie bezkolizyjne spełnienie życzenia.

Osoby prawdziwie dobre najczęściej , przynajmniej na którymś etapie życia, bywają nieszczęśliwe. Tak jakoś bywa, że dobroć skłania ludzi mniej lub niezbyt dobrych do wykorzystywania nadarzającej się okazji, a więc kogoś, kto z definicji uważany jest za niezdolnego do wyrządzenia zła. Dobry człowiek nie pobije cię, nie zwymyśla, nie okradnie; nie jest zdolny do wyrządzania zła, więc nie trzeba się z nim specjalnie liczyć, można go bezkarnie wykorzystać, wycisnąć i zostawić w jego samotnej, niedocenianej drodze przez życie.

Są dwie drogi na, chwilową przynajmniej, odmianę naszego, jako społeczeństwa, stosunku do kategorii moralnych – przypominanie znaczeń i pokazywanie przykładów. Ta pierwsza skazana raczej na niepowodzenie; język tak bardzo posuwa się naprzód, że powracanie do dawnych znaczeń, potęguje tylko wrażenie tłumaczenia trudnych do przyswojenia archaizmów  „z polskiego na nasze” ; ta druga może czasem przywołać, właściwą dla naszej chrześcijańskiej kultury myślenia przypowieściami, refleksję, odwołującą się do jakichś szczątków tkwiącego w nas sumienia, opartego na wartościach.

W odcinku ” Traktat przy mieleniu pasztetu i drylowaniu wiśni” pisałam o swoich wątpliwościach w zaliczaniu ludzi do określonych kategorii, zwłaszcza moralnych; teraz jednak chciałabym na chwilę zapomnieć o swoich zastrzeżeniach i poddać się orzeźwiającej mocy prawd starych i uznanych, przedstawiając sylwetkę Ani, jako przykład. Anię pokazywałam w poprzednim odcinku, jako przewodniczką po świecie filmików z pewnej, nie mojej wycieczki, teraz chcę napisać o niej. Ania należy do jednego z niewielu ludzi, których spotkałam i o których mogę orzec, że są prawdziwie dobrzy. Zazwyczaj spotykałam „wystarczająco dobrych” albo ‚”mało dobrych”.

Późno ją poznałam, nie wiem zbyt wiele o jej wcześniejszych latach (Ania jest moją rówieśnicą), mogę tylko odgadywać z niejasnych wskazówek, z czym przez całe życie się borykała. Nie znosi alkoholu, jest osobą głęboko wierzącą, ale w sposób, który ogromnie szanuję – nie narzuca nikomu swoich poglądów w żadnej, także w tej sferze, do tego stopnia, że długo miałam trudność w zorientowaniu się co myśli o współczesności. Trudności w osobistym życiu wykorzystała do działań społecznych. Była harcerką i do dziś kultywuje młodzieńcze zasady, prowadzi działania związane z historią harcerstwa, zbiera fotografie i wspomnienia z tamtych lat. Czynnie działa w hospicjum, zajmuje się także bezdomnymi. W ogóle pomaga każdemu, kogo napotka na swojej drodze, przede wszystkim załatwia sprawy tym, którzy mają trudności z wyjściem z domu (także mnie). Sama nie najlepszego zdrowia, mieszkająca w wysoko położonym mieszkaniu bez windy, gdy każde wyjście z domu jest problemem, mimo tego nie ustaje w swoich zajęciach. Jest tym rodzajem dobrego człowieka, którego dobroci należy się domyślić, bowiem wcale nie próbuje jej pokazywać na zewnątrz. Czasem wydaje się, że w interakcji z innymi, pomija swoją osobę.

Może dlatego wydaje mi się czasem, że ludzie prawdziwie dobrzy napotykali w swoim życiu proste wyzwania, gdy nie trzeba było wybierać między mniejszym, a większym złem – choć przecież takie wybory często są konieczne i nie zależą od nas. Dokonywanie wyborów między sprawami moralnie dwuznacznymi albo w warunkach, gdy nie dostrzega się wszystkich implikacji, może prowadzić do postaw moralnie nieakceptowanych nawet przez siebie samego. A to już prosta droga, żeby stać się mało dobrym albo mniej dobrym (jak w przysłowiu: od rzemyczka do koniczka). Nie wiem czy mam rację, ale najczęściej takich ludzi spotykałam. Sama też nigdy bym nie określiła siebie, jako dobrego człowieka – za dużo jest we mnie mroku, niespójności, niepewności przekonań, wątpliwości, sceptycyzmu, goryczy i zwyczajnie, żalu wobec świata. I, co gorsza, nie usiłuję ich przezwyciężyć, czasami traktując ich komplet, jako zasób, a nie obciążenie. Ot, człowieczeństwo i tyle.

Sądzę, że także pisarstwo ma z tym związek. Ostatnio czytając książkę Agnieszki Dorotkiewicz  „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”, stanowiącą zbiór wywiadów z ludźmi kultury, przeczytawszy wywiad z Dorotą Masłowską, zrozumiałam, dlaczego nigdy nie umiałam i nie udało mi się nauczyć medytować. Na str.175 przeczytałam wypowiedź pisarki: „…wszystkie te sugerowane czynności, zabiegi – czy nazwiesz to różańcem, czy medytacją, czy relaksacją – służą eliminacji myślenia dyskursywnego, myślenia słowami, nazywania. To ma cię uwolnić od nazywania. Po to jest medytacja. Bo myśląc, oceniasz, nie dajesz być rzeczom takimi, jakie są.”

Medytacja zabija słowa.

A ja żyję słowami.

Modlitwa własnymi słowami nie jest modlitwą; prawdziwa, to taka, która posługuje się cudzymi, tradycyjnymi słowami, wypolerowanymi od częstego używania, jak kamienie otoczaki; dopiero one mają moc przeobrażania człowieka wewnątrz. Dobry człowiek ma piękne wnętrze, uporządkowane, widne i czyste, bez pajęczyn po kątach i strużyn z niedobrych przeżyć w ciemnych miejscach za piecem. Dla takich jak ja, dobry człowiek jest jedynie myślokształtem, ideałem nie do spełnienia. Możliwe, że stanęłam na rozstajnych drogach gdzieś w trzecim roku życia, a możliwe, że nigdy nie miałam takiej możliwości, nie przyniosłam jej ze sobą na świat, poczęta i urodzona wśród chaosu najgorszego zła i pomniejszych jego odnóg.

Nie oznacza to, że ci niezbyt dobrzy ludzie, nawet gorsi ode mnie, nigdy nie mającej złych zamiarów, nie mieli dobrego wpływu na moje życie, przekonania i kondycję moralną, choć mogli zastosować perfidną „terapię szokową”. Doceniam tym bardziej tych, którzy swoje wątpliwości i swój mrok przełamali, pominęli, uznali za nieważny i wybrali drogę prostą, jasną i uczciwą, zgodną z własnymi przekonaniami moralnymi i pełni wiary w ich moc sprawczą.
Na koniec Ania w obiektywie Marka Zurna na obozie 121 druzyny harcerskiej z Zoliborza w Podtyniu w 1958 roku. Ania to ta dziewczyna z lokami:

 

]]>
http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/05/ania-od-polnych-kwiatow-i-inni-dobrzy-ludzie/feed/ 0
Filmy z pewnej imprezy http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/02/filmy-z-pewnej-imprezy/ http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/02/filmy-z-pewnej-imprezy/#comments Thu, 02 Aug 2018 14:03:02 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1584 Czytaj dalej ]]> Obejrzałam filmy z pewnej imprezy, w której nie uczestniczyłam. I poczułam nagle, że żyję cudzym życiem, choć nie własnym, emocjonalnym (jedne osoby interesowały mnie bardziej, niż inne), ale intelektualnym życiem kogoś, kto tak naprawdę nie istnieje. Z autorem filmów nieco wcześniej rozmawiałam o rodzinnej karmie, o hipotetycznych poprzednich egzystencjach i popełnianiu wcześniejszych błędów, neutralnie moralnych, przynoszących jednak przekonanie, że nieprawdą jest, iż można przerobić jakieś lekcje. Jak  można je przerobić, jeśli się nie zapamiętało w kolejnym wcieleniu nic? Popełniasz stale te same błędy, ale czy to w istocie są błędy? Czy to nie świat przypadkiem błądzi, zawłaszczając wszystko i wszystkich, domagający się korzyści z podjętych kroków? Czy najbardziej nieszczęśliwi nie są ci, którzy oczekują od życia satysfakcji, a dostają coś o wiele bardziej dwuznacznego i dołującego przy okazji? I czy w ogóle chcemy wiedzieć, co takiego nas czeka? może lepiej i ciekawiej żyć bez tej wiedzy? A może jej ziarno przekazywane jest w rodzinnych genach, bez naszej wiedzy i woli?

Uważałam i uważam religię za sprawę prywatną i dlatego nie chcę o niej mówić, czy pisać. Jednak istnienie sanktuariów, jako miejsc mających udostępnić słusznie moralną rozrywkę niezbyt wymagającej ludności, już dawno przestało być sprawą religijną. Ostatnio zaś obserwujemy postępujący upadek nawet tej, rozrywkowej części wiary, niezbyt wiele wymagającej od uczestników.

Moim przewodnikiem była Ania, siedemdziesięcioparolatka, działaczka hospicjum i schroniska dla bezdomnych, była harcerka; na filmach wyglądająca jak dawna nastolatka (oprócz bujnych loków, jakie kiedyś miała). Chodziła swoimi drogami i patrzyła swoimi oczami, a ja, choć nie znałam jej, gdy była młodą dziewczyną, nie wiedzieć czemu, zwłaszcza gdy obejrzałam fotkę z naręczem polnych kwiatów, przestałam oglądać rówieśnicę, a zobaczyłam młodą, wrażliwą dziewczynę, która nie zatraciła swojej empatii mimo lat…

Kilka filmików z weekendowej, letniej wycieczki. Misterium Męki Pańskiej w jakiejś świętokrzyskiej miejscowości: Kałków (albo Kolków) Godów – jeśli dobrze usłyszałam. Reklamowanej w internecie, jako Golgota Wschodu. W tle przez głośniki coś homiliowym tonem prawi niezrozumiale ksiądz, a moja sympatia, Ania, kobieta głęboko wierząca, dowiadywała się o hospicjum, choć reszta wycieczki sądziła, że rozszyfruje okazję i sens uroczystości. Puste placyki, zero ludzi, oprócz kilkorga moich znajomych; jedno biegające dziecko + jedna mamusia + wiele krzesełek i kilka stolików pod złożonym (w deszczu) parasolem, nasuwającym skojarzenie z ogródkiem piwnym. Więcej kontestatorów niż uczestników, i hospicjum, które jest gdzieś nad rzeką, choć w istocie nikogo nie obchodzi. Budynek Misterium ozdobiony twarzą Chrystusa w cierniowej koronie, wypasiony niczym pijalnia piwa, ale uczestników brak. Może dlatego, że pogoda niezbyt sprzyja. I że ksiądz nawija księżowskim tonem przez megafony, słyszane w każdym najmarniejszym zakątku miejscowości, na terenie dawnymi czasy znanym ze sporej populacji czarownic.

We mnie sam ten ton kazania budzi niechęć, bowiem odwołuje się nie do mnie, jako do osoby, a do mnie, jako do słuchacza, pozbawionego prawa do własnej refleksji. Nie sugeruje on rozmowy, a bezwzględny nakaz, dla złagodzenia jego wymowy zaopatrzony w jęczącą nutę oszukańczej perswazji. Na szczęście film nie rejestruje sensu słów.

To nie jest moje miejsce i uczestnicy wycieczki chyba też robią dobrą minę do złej gry, komentując kilka samic i samców pawi w miejscowej klatce. Jeden miejscowy + jeden podrostek + opisana, kulturalna do przesady wycieczka. Nie wiem czy odnalazłabym się tam, w tej scenerii, Dobrze, że mnie nie zaproszono.

Kogut, struś emu, lama, daniel, owca i tu już więcej ludzi, przynajmniej kilka osób – po lewej stronie trasy. Wiadomo, zoo, odwiedzają rodzice z dziećmi najchętniej. Po prawej stacje Męki Pańskiej, które nikogo nie obchodzą. Przechodzący z trudnością je zauważają, choć przecież w sanktuarium to one powinny przyciągać ludzi, a nie jakieś średnio egzotyczne zwierzątka.

Dalej, na polanie,  jakiś pseudo wrak samolotu, odtworzony ponoć Smoleński, przed nim donica z czerwono-białymi kwiatami i kraczące bezustannie wrony w tle. Kraczą tak głośno, że przez chwilę zastanawiam się, czy ich głosy  nie są specjalnie emitowane z jakichś nadajników. Makabra. Wcześniej, jak opowiada ktoś, kto widział to na własne oczy, podobno w oknach wraku były twarze, ale już ich nie ma. Poczucie niestosowności, czy RODO – nowe prawo o ochronie wrażliwych danych osobowych? (Podobno, wg autora poniższej fotografii, – zdjęcia w tym cementowym samolocie są, choć zredukowane do najważniejszych twarzy).

Kolejny film. Moja siwowłosa Ania, która trzymała się z tyłu, wdrapuje się z trudem po schodach sanktuarium (bez poręczy). Przez skórę czuję, że uważa to za swój obowiązek. Piękna panorama na Święty Krzyż. Chciałabym wiedzieć, co myśli Ania. Ania Od Polnych Kwiatów. Czy dojrzała stamtąd hospicjum?

Świat widziany cudzymi oczami, z jednej strony jest smutny (mnie tam nie ma i nigdy nie było), z drugiej strony zaś uwalnia nas od obowiązku towarzyskiego odnoszenia się do oglądanej rzeczywistości. Wiem to, gdy porównuję filmy z wycieczek, w których uczestniczyłam, Na przykład, gdy ktoś odwiedził mnie w sanatorium w Gołdapi i obwiózł po okolicznych atrakcjach, zaprowadziwszy na koniec na wieżę widokową i pokrył koszty dojazdu windą na jej szczyt. Piękne to było wszystko, te widoki z wieży, ale jakieś nieważne, jak ładna pocztówka pozbawiona treści. Nie mogłabym jednak powiedzieć tego tym, którzy dołożyli wtedy starań, aby mnie zawieźć i pokazać; okazałabym bowiem im niewdzięczność.

Co do tej wycieczki, mogę wyrazić jedynie uznanie filmującemu, że z tych kilkunastu krótkich migawek, pozwolił mi na wyciągnięcie tak wielu wniosków. Ja sama, osobiście, bez towarzystwa, nie wybrałabym się nigdy na zwiedzanie jakiegokolwiek sanktuarium i mimo najszczerszych chęci, nie potrafiłabym nie uznać tego za stratę czasu. Zawsze byłam przekonana, że wiara to coś, co wymaga odosobnienia w sprzyjającym otoczeniu.

 

]]>
http://babciaezoteryczna.pl/2018/08/02/filmy-z-pewnej-imprezy/feed/ 1
Traktat przy mieleniu pasztetu i drylowaniu wiśni http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/21/traktat-przy-mieleniu-pasztetu-i-drylowaniu-wisni/ http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/21/traktat-przy-mieleniu-pasztetu-i-drylowaniu-wisni/#respond Sat, 21 Jul 2018 13:25:44 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1574 Czytaj dalej ]]> Powiedziano mi ostatnio, że w istocie nie mają sensu żadne podziały (to a propos teorii enneagramu, dociekań psychologicznych i moich ostatnich odcinków „Babci”) bowiem im człowiek jest starszy i więcej przeżył, tym bardziej skłania się ku przekonaniu, że ludzie są po prostu dobrzy albo źli i nic więcej, co o nich można by powiedzieć, nie ma znaczenia. Psychologia, jako nauka, nie sprawi, że źli staną się dobrymi, tylko pozwoli złym lepiej korzystać ze swojej przewagi. Byłam senna i nie potrafiłam w rozmowie znaleźć odpowiednich argumentów – zwłaszcza jak wtedy, gdy jądro problemu, wierci mi osobistą dziurę w brzuchu. A powszechne przekonanie o opozycji dobro/zło zawsze działa na mnie, jak płachta na byka. Uważałam bowiem i uważam, że między dobrem i złem jest nieciągłość, takie coś na wykresie osi, między minus jeden, a plus jeden, z neutralnym zerem po środku. Nie dane mi było w życiu poznać wielu prawdziwie dobrych, albo prawdziwie złych ludzi, choć doznałam wielu przykrości i upokorzeń od tych dobrych i tych najlepszych, a źli nauczyli mnie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Gospodarcze prace kulinarne mają to do siebie, że pozwalają nam, kobietom zwłaszcza, snuć rozważania bez poczucia odrywania się od realiów rzeczywistości i marnowania czasu, który mógłby być lepiej spożytkowany. Dzisiejszego dnia zbiegło się drylowanie wiśni i mielenie mięs na pasztet – zajęcia pozwalające mi na złudzenie pożyteczności w świecie tuczącej, niezdrowej żywności, wysoko przetworzonej i wzbogaconej oszukańczymi składnikami.

Adepci niektórych nauk wyrządzają zło, znacznie gorsze, niż innych dziedzin. Na czele kroczą, wiadomo – fizycy atomowi, matematycy, którzy ich wspomagali, filozofowie, którzy domagali się równowagi w niedoskonałym świecie. Ale ich wynalazek – bomba atomowa – która przerobiła na cienie cząsteczki mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki,  zatruła możliwością zagłady moją młodość, ucząc mnie, że nic nie jest dane na stałe i tylko swoim zaangażowaniem można coś zmienić, łącznie z biegiem Wszechświata. Może właśnie ona, paradoksalnie, zapewniła przez siedemdziesiąt sześć lat moją pokojową równowagę? Chwiejną, bo chwiejną, ale zawsze. Ba, egzystencjaliści, którym zawdzięczam młodzieńczą miłość do czarnych bluzek i czółenek trumniaków, uczyli mnie nieustannie, że egzystencja człowieka o tyle ma sens, o ile angażuje się on w sprawach istotnych dla naszego człowieczeństwa. Nie ważne, czy i jaki ma wpływ na cokolwiek, ważne, że jego zaangażowane życie nadaje sens jednostkowemu istnieniu. Człowiek (albo człowieczka) w teorii nadaje więc wagę swemu życiu, ale kiedyś budzi się on/ona z ręką w nocniku. Walczył/a o pokój i w tym czasie nic osobistego nie przedłożył/a ponad sprawy ogólne, utracił/a wiele możliwych orgazmów i wiele życiowych satysfakcji lub okazji do zaznania szczęścia. Inna sprawa, czy jego/jej pozycja społeczna, osobista i rodzinne uwikłanie, dałyby mu/jej możliwość tych satysfakcjonujących przeżyć (poza poczuciem, że walczy i cierpi za miliony – co robili już wcześniej bardziej utalentowani i lepiej pozycjonowani w kulturze przed nim/nią, np. narodowy wieszcz Adam Mickiewicz.

Ale wcześniej byli inni filozofowie, dający mentalną podbudowę faszyzmowi, arbitralnie dzielący ludzi na tych dobrych – naszych i tych złych – obcych. Mój dziadek, miłośnik filozofii Nietschego, tłumaczący jego pisma, dzielący ludzi na nadludzi i podludzi (choć tych ostatnich nie chciał niszczyć, a wychowywać – w tym też takie istoty podległe jak kobiety i dzieci –  twardą, patriarchalną ręką wyznawanej ideologii, trzymający w ryzach rodzinę, choć bez przemocy, dającej się zdefiniować.To dla kobiet i dzieci, tych żon i matek, szesnastoletnich, nie zepsutych przez świat, miała być religia, kościół, wiara, wierność, patriotyzm i poświęcenie. Ich wykształcenie miało zmierzać zawsze w tym kierunku (pod czujnym okiem ojca i męża).

Czy więc fizycy i filozofowie to jedyni ludzie wyrządzający zło? Co powiemy o ekonomistach, którzy swoimi teoriami przysparzają zmartwień biednym ludziom, a dobrobytu bogatym? Psychologach i ich dziesiątej wodzie po kisielu – coachach, wróżkach, astrologach, lekarzach, zainteresowanych jednostkami chorobowymi, a nie ludźmi, osobami, jak by nie było? Rehabilitantach, w przerwie swoich zajęć wzdychających przy kawie, że znowu będą musieli oglądać te paskudne starcze cielska, które tylko żrą i wydalają, zamiast uprawiać sporty, zdrowo się odżywiać i dążyć do sukcesu?

Co zrobić, jak dwoje dobrych ludzi nienawidzi się, bowiem jeden jest pryncypialnie zasadniczy, drugi średnio odpowiedzialny, a trzeci dobry człowiek, miażdżony przez oddzielające ich mury,  chce sam podejmować decyzje, nawet nietrafne, ale własne? I czasami staje przed nierozwiązanym dylematem, które z wartości, jakimi kierował się w życiu, mogą zwyciężyć, a które są idealistyczną mrzonką?

Co zrobić z człowiekiem, który dzieli ludzi na dobrych i złych, bowiem zaznał wiele zła od dobrych, choć pryncypialnych ludzi, a nie zaznał żadnego dobra od dobrych, choć chwiejnych osobników. Pocieszyć go przysłowiem, że piekło dobrymi chęciami wybrukowane?

Jaką przewagę może mieć ten, który nie jest niczego pewnym, nad tym, który wie czego chce i nie waha się przed niczym, żeby to osiągnąć? Czy ten pierwszy jest dobry, a ten drugi zły? Albo na odwrót? Nic bardziej złudnego. Pryncypialność i pewność, co do swoich dążeń zawsze może obrócić się na dobre lub złe, a niepewność stać się powodem uzasadnionych zarzutów o błądzenie w mroku nierzeczywistości.

Prawdą jest więc, że są ludzie skazani na porażkę, których zmełły młyńskie kamienie pewności, nawet jeśli nie zawieszono im ich na szyi, a tylko pokazano z bliska.

Na jakichś liściach w indiańskim, podziemnym świecie Tolteków ponoć jest zapisane życie każdego człowieka i wypunktowane wszystkie przeszkody, na jakie trafi. Taka sama dobra wiara, jak w oko zawieszone w trójkącie władzy, która jest jednością, jak istnienie Kroniki Akaszy i równoległych światów, w których wszystkie rozwiązania mogą zostać przetestowane ( w tym tylko problem, żeby uzyskać do nich dostęp) albo tego, że rządzą nami jaszczury. Prawdą jest, iż mamy mniej do powiedzenia w naszym życiu, niż nam się wydaje, a jeżeli ktoś za nas mówi, zazwyczaj są to upraszczające wszystko bzdury.

Schludne słoiczki z kompotem z wiśni stoją w szeregu pokrywkami do dołu (tak ponoć ma być, żeby lepiej się trzymały), foremki z pasztetem mrożą się na dolnej półce zamrażarki, dając mi oprócz zmęczenia satysfakcję z podjętych działań, jakiej nie dało i nigdy nie da mi rozważanie nad dobrem czy złem człowieka, świata i wszystkiego, co nas otacza. Właśnie ostatnio dobry, choć pryncypialnie nastawiony człowiek, odmówił zrozumienia dla podjętych przeze mnie działań, będących zresztą wypadkową okoliczności, moich i cudzych przekonań, oraz żądań ekonomistów. Jak każdy kompromis, ten też był niezadowalający, a co przyniesie przyszłość i tak się dopiero okaże, chociaż póki co winę podobno ponoszę ja

.Wieki całe temu, pewien bardzo zły człowiek, wyrządzonym mi złem, skłonił mnie do zastanowieniem się nad prawidłami świata i dał napęd do walki z uproszczeniami. Na szczęście był to jedyny prawdziwie zły człowiek, napotkany na drodze mojego życia. Resztę przykrości zawdzięczam dobrym ludziom.

 

 

 

]]>
http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/21/traktat-przy-mieleniu-pasztetu-i-drylowaniu-wisni/feed/ 0
Jeszcze jeden schemat http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/11/jeszcze-jeden-schemat/ http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/11/jeszcze-jeden-schemat/#comments Wed, 11 Jul 2018 08:58:04 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1455 Czytaj dalej ]]>

Centrum Zdrowego Stylu Życia – Qzdrowiu.org

zamieściło taki schemat

Jest to jeszcze jeden przykład radosnej twórczości miłośników upraszczania powszechnej wizji świata. Któż nie zada sobie pytania: czy jestem człowiekiem sukcesu, czy porażki i ustaliwszy to sobie na podstawie rysunku, nie poprawi swojego samopoczucia, jako kogoś, kto wpisuje się/nie wpisuje, w powszechnie uznane standardy? Reklamodawcy zaś, zacierając ręce, przystąpią do dzielenia na kategorie odbiorców reklam wśród osób aspirujących do ludzi sukcesu (bo raczej, jeśli uznamy się za ludzi porażki, to tylko uzyskamy tyle, że poczujemy się zwolnieni z wysiłków, a rekruterzy wykreślą nas ze swoich list). Choć może dodam po zastanowieniu – nie pójdą ich śladem reklamodawcy, oferując na przykład chusteczki do otarcia łez; ci bowiem, jak sępy, wykorzystają z chęcią cudze strapienie.

Analizując różnice, pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to: amatorzy sukcesu prowadzą dziennik i posiadają listy typu: „będę taki”, zaś ludzie porażki dziennika nie prowadzą (albo prowadzą na przykład coś innego, np. pamiętniki) albo, co gorzej, oszukują, (kogo?), że go prowadzą. Paskudne oszusty, chcą iść drogą na skróty! Chichot historii powoduje jednak, że czasem pamiętniki te odnoszą literacki sukces, choć w ogóle im nie w głowie rozważanie: jacy będą: jacy tacy?

Ludzie porażki ponoć krytykują, podczas gdy ludzie sukcesu komplementują. Wiadomo, źródłem sukcesu są: wiedzieć, gdzie się podczepić i umieć prawić komplementy: Jesteś taki mądry, jesteś taki wspaniały, sukces jest Ci pisany. W dodatku ludzie sukcesu są podobno wdzięczni, podczas gdy ludzie porażki – roszczeniowi. Taki roszczeniowy stary rodzic człowieka sukcesu woła: zmień mi pieluchę, a człowiek sukcesu odpowiada mu: dlaczegoś dziadku głupi, nie przekazał mi w czas majątku. Pomnożyłbym go i mógłbyś wynająć sobie tabun ludzi do zmieniana pieluchy, a tak jesteś roszczeniowy, więc zdaj się teraz na Opiekę Społeczną. Zwolennicy zdrowego stylu życia dodadzą do tego iż zazwyczaj ludzie roszczeniowi są toksyczni i należy ich unikać i że klęską można się zarazić.

Ludzie sukcesu przyznają udział innym ludziom (podobnie jak młodzi naukowcy dopisują do autorów prac swoich promotorów), ludzie porażki sukces przypisują tylko sobie. Ja sam napisałem swoją pracę, sam prowadziłem badania – twierdzą – dlaczego ktoś ma ciągnąć z tego zyski? Rozumują oczywiście logicznie, ale czyż logika nie jest ucieczką ludzi porażki, a nie ludzi sukcesu? Zresztą jakim cudem człowiek porażki odniósł sukces? – to nielogiczne.

Ludzie sukcesu czytają codziennie (tylko co? Może poradniki „Jak odnieść sukces”?), podczas gdy ludzie porażki oglądają telewizję. Zapisałam w pamięci, od dziś przestaję opłacać Netfliksa, bo może znajdę tam serial „Jak znosić porażki?”, który na zawsze skazi mój umysł wizją klęski. Słuszniej czytać poradniki i biografie celebrytów, którzy, jak wiadomo, odnieśli sukces, nie wiadomo czemu.

Ludzie sukcesu dzielą się informacją i danymi, ludzie porażki nie dzielą się (chyba). Zresztą po co mają się dzielić porażką, jak zadżumieni chorobą?

Ludzie sukcesu tryskają radością, a ludzie porażki rozmawiają o innych ludziach. Zatem precz z psychologami, psychiatrami, ratownikami medycznymi, lekarzami, nauczycielami, opiekunkami małych dzieci i innym tałatajstwem, podobnie jak  kimś takim, jak ja, którego inni ludzie zawsze fascynowali i fascynują z niewiadomych powodów. A także z kimś, kto tryska gniewem, bowiem jest potencjalnym rewolucjonistą, mogącym w przyszłości zmienić świat (czy na lepsze – to dopiero się okaże.) No ale bolszewików mamy gdzieś. Już ich żeśmy przezwyciężyli, nowi się nie pojawią, taka siaka ich…

No i ludzie sukcesu rzekomo wyznaczają cele i tworzą plany życiowe. Moim zdaniem to jest legenda, wymyślona post factum przez chwalących się swoim sukcesem. Zwyczajny, uczciwy wobec siebie i otoczenia człowiek sukcesu (jeżeli sukces mierzymy zyskiem finansowym lub innym), zazwyczaj opowiada, że robił to, co zawsze chciał robić i na początku kompletnie go nie obchodziło, co z tego wyjdzie. Do tego stopnia, że nawet bawił się swoim pomysłem, lub pomysł wynikł z jego potrzeby własnej, przy okazji realizacji której, chciał dodatkowo zarobić. To, że wyszło, często uznaje za przypadek, trafienie niechcący w zapotrzebowanie na produkt, wiedzę,czy coś innego w ulubionej dziedzinie. Czasami w ogóle nie myślał o zarobku, tylko tak wyszło.

Na przykładzie sukcesów literackich, które w dużej mierze są sprawą przypadku, mogę orzec, że spośród dobrych książek zwyciężają te, których autorzy nie poddają się i tkwią przy swoim pisaniu niezależnie od wszystkiego (a i to nie zawsze). Jedyną więc, prawdziwą cechą ludzi sukcesu, jest upór (chociaż ludziom klęski też go czasem nie brakuje). Prawdziwym autorem czyjegoś sukcesu jest przypadek, no ale co szkodzi zarobić na czyjejś naiwności. To tak, jak we wszystkich systemach gry, rzekomo zapewniających wygranie i oszukanie kasyna – pieniądze robią autorzy systemów, a nie gracze, którzy je stosowali. Gdyby choć jeden sposób był skuteczny – nie istniałyby kasyna. Gdyby wszyscy ludzie mieli odnosić sukcesy, nie byłoby ludzi porażki i Ziemia wyludniłaby się z braku tych, którzy zajmowaliby się czymś sensownym.

Czytam książkę okołopsychologiczną pewnego autora, opisującą problemy czterdziestoletniej kobiety, matki sześciorga dzieci. Cały rozdział poświęca temu, jak owa kobieta powinna pracować, żeby zgrać swoje ciało ze swoim umysłem, jakie ćwiczenia wykonywać, jak pracować nad swoim ego, żeby wyjść ze swoich problemów psychicznych. Moim skromnym zdaniem, powinno popracować się nad mężem tej kobiety, żeby odciążył ją od jej obowiązków, a uzyskana w ten sposób poprawa jej losu, znajdzie sama przełożenie na samopoczucie psychiczne i fizyczne. Z braku męża czy partnera, lub w trudnej sytuacji materialnej, postarać się o pomoc społeczną dla niej. Może zresztą wystarczyłyby dwutygodniowe wczasy w ładnej okolicy (bez dzieci oczywiście). Dla mnie miarą jej sukcesu jest to, że mimo wszystko ogarnia swoje gospodarstwo domowe.

Ponieważ jednak autor książki odnosi sukcesy, ucząc pracy nad sobą podobne do tej kobiety, niedługo nie będą one chciały rodzić dzieci, co zresztą i dziś czynią niechętnie, aż ludziom sukcesu zabraknie przestrzeni do ich odnoszenia i poszukają sobie innej grupy naiwnych.

Wracając zaś do autorki przytoczonej tabeli – Mary Ellen Tribby – podobno światowej specjalistki od sukcesu, nie mogę opędzić się od wspomnień jak lat temu pięćdziesiąt, tak samo patrzyliśmy z podziwem na specjalistów radzieckich, jak dziś patrzymy na specjalistów amerykańskich, bezkrytycznie spijając wszelkie mądrości z ich ust.

 

 

 

]]>
http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/11/jeszcze-jeden-schemat/feed/ 1
Tragiczny romantyk http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/07/tragiczny-romantyk/ Sat, 07 Jul 2018 17:25:43 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1447 Czytaj dalej ]]> Tragiczny romantyk jest kolejnym typem enneagramu, który mam ochotę zanalizować, z tej przyczyny, że jeśli jakiś fragment charakterystyki do mnie pasuje, to właśnie tej postaci. Przy czym od razu uprzedzam, że może reprezentowałam ten typ w wieku od 14 do 22 roku życia, obecnie przesuwam się raczej w kierunku innych postaci. Mam więc w sobie coś z 8 – Szefa, 5- Obserwatora, 9-Mediatora z elementami 2-Dawcy i 6- Adwokata diabła. Ponieważ zgodnie z teorią, mogę reprezentować tylko jeden typ na raz (chociaż zwolennicy enneagramu dwoją się i troją żeby zalegalizować odstępstwa w postaci tzw. skrzydeł, czy zmian postępowania typu w stresie i w komforcie), przyjmuję wygodną postawę krytykowania teorii (bez żadnej odpowiedzialności, jako że nie jestem jej znawcą), co nie zwalnia mnie jednak z pewnych przymiarek i analiz.

Jeśli Piątka-Obserwator prezentował enneagramowy typ lękowy, to Czwórka – Tragiczny romantyk jest typem podobno wstydowym, co oznacz,a że ten rodzaj emocji przeważa w jego osobowości. Tu moje pierwsze zastrzeżenie: zawsze byłam pewna że jestem człowiekiem bardzo tchórzliwym i do dziś nie zmieniłam zdania. Owszem, uważam, że mam odwagę cywilną, żeby stawić czoła okolicznościom, ale robię to raczej z rozsądku, choć silnie przeżywam lęk. Nie wydaje mi się, żebym była kiedykolwiek opanowana przez wstyd, poza krótkimi okresami dzieciństwa, gdy wstyd ten starano się we mnie wzbudzić. Jednak emocja wstydu nie jest istotna w moim życiu, chociaż często stawiam sobie przed samą sobą rozmaite zarzuty (co kieruje mnie w stronę Jedynki – Perfekcjonisty).  Za to lęk: wielu rzeczy się boję: mostów, zażywania nowego lekarstwa, lotu samolotem, braku zrozumienia, upokorzenia, nudy itd.

Nie jestem też ekstrawertykiem, czy introwertykiem – bywam taka i taka (jako słoneczny Strzelec i księżycowy Rak), bez wyraźnej przewagi w którymkolwiek kierunku.

„Dla Tragicznego Romantyka charakterystyczne jest odrzucenie tego, co pospolite, przeciętne i typowe, i skupianie się na tym, co odmienne, poza normą, elitarne, dziwne” pisze W. Jóźwiak nie do końca chyba rozumiejąc o co w tych poszukiwaniach „dziwności” chodzi. Rzecz w tym, że jestem przekonana iż wiele aspektów rzeczy rozumiem i ich zakres jest szerszy, niż rozumienie przeciętnego człowieka. Dla mnie nie jest dziwnym żaden przejaw egzystencji człowieka, choć dla wielu np. już homoseksualizm, to ponad ich rozumienie i wytrzymałość.

„Enneagramowa Czwórka Tragiczny Romantyk – czuje się obcy „temu światu”, czuje się „skądinąd”, jakby był przybyszem z innej sfery, jakby nie jego matka go urodziła i świat w którym żyje nie był jego domem.” – pisze w innym miejscu WJ, kontynuując wątek „dziwności” Czwórki.

„4-Tragiczny Romantyk gra o prestiż odrzucając (pozornie) grę o prestiż. Demonstruje postawę: „nic mnie to nie obchodzi”. Zanegowawszy grę o prestiż, który jest zjawiskiem z gruntu społecznym, neguje też społeczeństwo, co przejawia się w zamiłowaniu Czwórek do sytuacji skrajnych, a więc takich, w których wychodzi się poza granice społeczeństwa, poza jego progi. Tu należy zamiłowanie Czwórek do zjawisk takich, jak śmierć, samobójstwo, porzucenie wszystkiego, zaczynanie od nowa, samotność, czyny pionierskie lub kryminalne, poświęcenie, hazard i ryzyko, a także seks, który ze swoją biologią zawsze wystaje poza próg tego, co społeczne. Romantyk wychodzi poza grę o prestiż, ponieważ stawia go to na wyróżnionej-lepszej pozycji w grze o prestiż.”

Nie byłabym tak pewna, czy istotnie Czwórka w ogóle interesuje się prestiżem i neguje społeczeństwo. Może widzi go inaczej i czego innego się po nim spodziewa, może chciałaby coś z nim zrobić, przekształcić jakoś, ale negacja? Także rozumienie prestiżu ma zapewne odmienne – bardziej interesuje ją „rząd dusz”, niż typowa pozycja w społeczności – polityczna czy materialna, lub wyróżniona w inny sposób (arystokracja, tytuły).

„Typ numer Cztery, czyli Tragiczny Romantyk albo: „Jestem inny niż wszyscy, więcej czuję i bardziej cierpię”

Tragiczni Romantycy już w dzieciństwie poczuli się porzuceni lub odrzuceni, a przez to inni niż wszyscy. Jako dzieci czuli, że nie mają czegoś, co inni dostali bez wysiłku: normalnej rodziny, troski rodziców, zwykłego, „zwierzęcego” szczęścia. Na ten stan odkryli szczególne lekarstwo: pogrążanie się w swoich uczuciach, najczęściej w przeżywaniu straty, smutku, żalu oraz tęsknoty za lepszym życiem, które musi kiedyś nadejść. Nie jest to jednak stabilny punkt oparcia i Czwórki z całego ennegramu przeżywają największe emocjonalne huśtawki, wahając się od szaleńczego entuzjazmu do obezwładniającej depresji.

Tragiczni Romantycy nie ufają pospolitemu szczęściu i sukcesom. Skupiają uwagę na ciemnych stronach tego, co jest realnie dostępne, i na najjaśniejszych stronach tego, co dalekie, wymarzone i nieosiągalne. Wciąż pożądają czegoś, czego nie mają, a jeżeli to już zdobędą, przeżywają zawód i frustrację z powodu wad tego, co dostały. Kiedy znajdą wymarzona pracę, zaczynają szukać idealnego partnera. Kiedy go znajdą, z reguły czują, że „to nie to” i ustawiają sobie kolejny przedmiot marzeń. Żyją tak, jakby nie całkiem należały do świata realnego.

Wrażliwość na uczuciowe poruszenia i poczucie własnej wyjątkowości czyni z Czwórek dusze artystyczne: właściwa jest im zarówno estetyczna wrażliwość jak i zamiłowanie do artystycznej, twórczej ekspresji. Czwórka czuje się oryginalna i świadomie pracuje nad tym, aby osiągnąć swój własny styl: w ubiorze, w zewnętrznym wyglądzie, w sposobie wyrażania się… często taki styl staje się przebraniem. Aby sprostać standardom, jakie sobie narzuca, gotowa jest nawet dręczyć swoje ciało. Tym bardziej, że Tragiczni Romantycy zwykle są na bakier z własnym ciałem: wydaje im się ono (zwykle niesłusznie) niezgrabne, niemodne, zbyt otyłe… Stąd już krok do częstej w tym typie anoreksji.

Czwórki instynktownie są przekonane, że nie należą do stada, że są ponadogólne normy obyczajowe, moralne, prawne. Przepisy usiłują obejść, z szefami wolą zaprzyjaźnić się aniżeli ich słuchać; w ich stylu są towarzyskie prowokacje, a nawet przekraczanie prawa. Przy tym uwielbiają, jak im się upiecze. Jak magnes przyciągają je wszelkie elity: zarówno te wysokie, jak arystokracja, jak i te niskie, jak mafie.

Czwórki, aby normalnie funkcjonować, potrzebują wciąż mocnych bodźców emocjonalnych, jakie rodzą się, kiedy człowiek stoi na krawędzi twarzą w twarz ze śmiercią, z pożądaniem, seksem; z ciemnymi stronami ludzkiej natury. Charakterystyczne jest dla nich obsesyjne wracanie do możliwości samobójstwa, jakby w takich myślach znajdywali oparcie. Z tej przyczyny Tragiczni Romantycy potrafią zrozumieć ludzi pogrążonych w rozpaczy, załamanych, szykujących się do samobójstwa — i potrafią udzielić im wsparcia.

Typ nr Cztery zrobił wielką karierę w literaturze: jako bohater, który zdobywa bogactwa, a mimo to ginie z niespełnionej miłości — jak Wokulski lub Wielki Gatsby.”

W charakterystyce poszczególnych typów w
http://www.taraka.pl/enneagram_przewodnik_B (strona 11) zamieszczono pewną tabelę, wskazująca na różnice miedzy poszczególnymi typami w zewnętrznych deklaracjach, a w warunkach wewnętrznych.. O ile Piątka Obserwator deklaruje „chcę wiedzieć” ale w istocie „nie chcę kochać” to Czwórka – Tragiczny romantyk w deklaracjach „chcę czuć” ale „nie chcę się cieszyć”.

Powyżej przytoczone cytaty pokazują niby obiektywne spojrzenie na poszczególne typy enneagramu, czego dowodem ma być ukazanie mocnych i słabych stron danego typu. Jednakże podstawą teorii jest wartościowanie i dlatego ani na jotę teoria ta nie przybliża nas do zrozumienia, o co właściwie chodzi w strategiach życia poszczególnych osób i ludzkości – jako całości i co wynika z tego, dla funkcjonowania w społeczeństwie i dla społeczeństwa, z ich istnienia.

Mnie osobiście uraziły i rozbawiły dywagacje, iż społecznie typ tragicznego romantyka reprezentowali … naziści, bowiem przywiązani byli do idei różnej wartości różnych ludzi i nacji i zaprzeczali pojęciu równości człowieka wobec człowieka.

Doskonale wiem, że wszelkiego rodzaju niby obiektywne klasyfikacje mogą być wykorzystywane w rozmaitych celach i tylko źdźbło we własnym oku może kogoś zatrzymać w tej radosnej twórczości. Istnieje jednak wielka belka, zazwyczaj nie dostrzegana, ale nie mnie ją wyciągać komuś przed oczy.

Moim, zupełnie osobistym zdaniem, ludzki intelekt lubi poruszać się po manowcach, upraszczając rzeczy skomplikowane tym bardziej, im jest mniej wydolny. Na to czekają już inne umysły, lepiej praktycznie wyszkolone i szybciutko znajdują zastosowanie dla takich dywagacji. Oczywiście niczego już cofnąć nie można (jak wynalazku bomby atomowej), ale dobrze sobie z tego zdawać sprawę. Ja na przykład potrafię sobie wyobrazić kampanie reklamowe, skierowane do poszczególnych typów ludzi, klasyfikowanych w różnych systemach, nie tylko enneagramu.

W charakterystyce postaci Tragicznego romantyka pominięto najważniejszą, moim zdaniem, cechę – przekonanie o możliwości współodczuwania ze światem i chęć (czy złudzenie) takiego współodczuwania. Jest to, moim zdaniem, napęd życia tych ludzi, ich twórczy wkład w społeczeństwo. Żeby to jednak zrozumieć, trzeba posunąć się dale,j poza  takie czy inne klasyfikacje ludzi, bowiem ukrywają one fakt, iż każdy wymyślony typ ma swój udział, niemniej cenny i potrzebny.

I na koniec moja beczka dziegciu:

Na stronie: http://porozmawiajmy.tv/wykorzystanie-enneagramu-w-praktyce-czesc-2-marcin-pienkowski/

możemy dowiedzieć się jak może być wykorzystana wiedza o człowieku sklasyfikowanym wg zasad enneagramu. Choć na pierwszym miejscu wymienia się go, jako narzędzie rozwoju osobistego i poprawienia relacji, w niedługim czasie okazuje się, iż wiedza ta wykorzystywana jest w szkoleniu kadry kierowniczej, gdzie można korygować źle przydzielone role (czytaj: nadajesz się, lub nie na określone stanowisko), kompetencje społeczne (może okazać się, że Twój typ ich nie ma), modyfikacja działań (raczej nie twoich, tylko wobec ciebie), usprawnienie działań zespołu (raczej poprzez zmianę jego składu), w dodatku podlane poważnym sosem budowy sztabów kryzysowych. Jesteśmy w domu. Przydatność klasyfikacji polega na zawoalowanym typowaniu jednostki do określonych celów. Mnie się to nie podoba, a wam? Na szczęście ja, jako emerytka, nie ubiegam się o pracę, chociaż wiem, że mój typ nie pasuje do założeń dotyczących walorów kadry kierowniczej, na przykład,. Ale wiem także, że byłam dobrym kierownikiem i dyrektorem zarządzającym dużą liczbą pracowników, cenionym i pomysłowym, a w dodatku lubianym – o co dziś, w epoce poganiaczy korporacyjnych niewolników  raczej trudno. Mimo, że jestem Tragicznym Romantykiem. Albo dzięki temu.

 

 

]]>
Obserwator http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/06/obserwator/ http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/06/obserwator/#comments Fri, 06 Jul 2018 07:30:05 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1438 Czytaj dalej ]]> Na pewnej serii zdjęć dzieci ze szkoły podstawowej, jeden z dzieciaków zawsze stoi z boku. Cokolwiek by grupa nie robiła, on zawsze stwarza wrażenie, że buduje między sobą, a resztą, dystans. Znam kilka takich osób, mam też takie w rodzinie i są one dla mnie trudne do rozgryzienia. Moja wiedza o nich nie bierze się ani z tego, co o sobie mówią (a mówią niewiele, w każdym razie nic istotnego), ani z obserwacji (bo nie umiem obserwować zimno, obiektywnie i z poświęceniem). Nie umiem też tworzyć teorii, skąd się ta ich postawa obserwatora bierze – jako osoba z przeciwnego bieguna, która całe życie opanowuje swoją żywiołowość.

Jednak zawsze fascynowały mnie takie postaci. Pierwszą z nich była moja koleżanka z pracy, Irmina. Doktor filozofii, piękna i zimna z pozoru kobieta, mistrzyni dystansu. Fascynowała mnie ta jej umiejętność. Nie do pomyślenia było, aby ktoś do Irminy odniósł się z brakiem szacunku, czy nadmierną familiarnością. Przy tym wszystkim wcale nie była wyniosła; lubiła śmiać się i żartować, zresztą musiała, bowiem tworzyłyśmy amatorski kabaret. Nasze role były ustalone. Ja byłam „Kaśką, wzorową traktorzystką”, Irmina odgrywała jakieś niegdysiejsze arystokratyczne damy. Było jeszcze w kabarecie kilka charakterystycznych postaci, ale w ogóle niechętnie ten okres swojego życia wspominam, ponieważ przypisane nam role jakoś przedostały się do prywatnego życia. Podczas gdy dama-Irmina, w prywatnym życiu, odrzucając zaloty pewnego mądrego i inteligentnego człowieka (w którym nieco się podkochiwałam), zgasiła papierosa na jego dłoni (czego bynajmniej nie miał jej za złe), Kasia-traktorzystka wychodziła na naiwną idiotkę, którą musiały mitygować osoby lepiej wykształcone i bardziej politycznie uświadomione (to był dość wczesny PRL, zdominowany ideologią sojuszu robotniczo-chłopskiego i kształceniem politycznym mas).

Z Irminą przyjaźniłyśmy się; wydaje się, że moja żywiołowość i naiwność podobnie fascynowała ją, jak mnie jej umiejętność podtrzymywania dystansu. Sprawa ta była tak bardzo ważna w moim życiu, że jedno z pierwszych opowiadań, które napisałam (ale nie przechowało się i nie pamiętam jego treści) zatytułowałam „Dystans”.O życiu prywatnym i rodzinie Irminy nie wiedziałam nic do czasu, aż zrozumiałam, dlaczego je ukrywała. Mieszkała pod Warszawą w rozwalającej się chałupie, otoczonej chwastami, a jej matka okazała się niechlujną, ordynarną, grubą kobietą, jakich pełno było w tamtych czasach na rozmaitego rodzaju zadupiach.

Potem spotkałam jeszcze kilka osób w rodzaju Irminy i zawsze odczuwałam wobec nich z trudem maskowane poczucie niższości, ale i fascynację. Nigdy jednak nie wiązałam poczucia dystansu z pozycją obserwatora, za bardzo może wobec tych ludzi wchodziłam w buty Kaśki-traktorzystki, pełnej podziwu, także wobec tych, którzy, jak się ostatnio mówi , kreatywnie zarządzali własną osobowością. Do głowy by mi nie przyszło, że ja mogłam stanowić dla nich obiekt obserwacji.

Pora jednak na odrobinę teorii. Pisząc felietony dla Taraki i uczestnicząc w życiu tej witryny, nie mogłam nie zetknąć się z koncepcją enneagramu. Popularyzatorką tej idei była Helen Palmer, i opisała ją w swojej książce „Enneagram” ( wyd. oryg. 1988, pol. 1992), potem twórczo rozwijana przez polskich autorów. W przybliżeniu teoria ta systematyzuje typy ludzkich charakterów wg kryteriów 1) Gniewu, wstydu i lęku – jako emocji leżących u podstaw ich stosunku do świata, 2) przejawiania się w sposobach obsługi tych emocji: prostym, ekstrawertycznym i introwertycznym, co daje łącznie 9 typów enneagramowych.  Jednym z owych 9 typów osobowości była tzw. Piątka, inaczej nazywana „Obserwatorem”.

Zgodnie z klasyfikacją Piątka – Obserwator jest wynikiem leżącej u podstaw głównej emocji – lęku, obsługiwanej przez postawę introwertyczną. Piątkę tak charakteryzuje w swoich artykułach Wojciech Jóźwiak:

„Piątka-Obserwator stosuje unikanie, ale unika nie tyle samego źródła zagrożenia, co własnych emocji. Odcinając emocje, zyskuje to, że wśród nich odcina także lęk. Odcięcie emocji łączy się z postawą wycofania i budowaniem dystansu. Obserwator w pierwszym rzędzie dystansuje się od tego, co czuje, więc w istocie od samego siebie; dystans i uczuciowy chłód wobec innych ludzi jest już tylko kontynuacją tej postawy. Dystans wiąże się z intelektualizmem, z braniem wszystkiego na rozum.”

„Obserwator, typ nr 5. Przyjmuje on zasadę, iż emocjonalne zaangażowanie jest bolesne, zatem należy się wycofać i nie angażować, zachowując odpowiedni dystans pomiędzy sobą a rzeczywistością. Ludzie z tego typu postrzegają świat niby przez grubą szybę i trzymają pokerowe miny. Są życiowymi minimalistami.”

Sama Helen Palmer jako podstawę takiego stosunku do życia bierze sytuację rodzinną:

„[Niektóre Piątki] do tego stopnia czuły się porzucone, że zaakceptowały swój los, ucząc się odrywać od uczuć, by móc przeżyć. Drugi typ […] to ten rodzaj rodzin, które tak bardzo narzucają się psychicznie dziecku, że [ono] zmuszone jest tłumić swoje emocje, by móc się od rodziny odizolować.”

Wojciech Jóźwiak, przeprowadzając analizę enneagramowych piątek podkreśla, że stosują one pewną formę wewnętrznej emigracji – co nie wydaje mi się dobrym określeniem. Zdystansowanie nie jest równoważne wewnętrznej emigracji, bowiem będąc zdystansowanym do niektórych tylko przejawów otaczającego świata, w stosunku do innych można zachowywać postawę zaangażowaną, choć najczęściej rozsądną i bez przesady. Nie byłabym też tak radykalna w twierdzeniu, że osoby te odcięły od świata tę cześć swojej osobowości, która może być źródłem ran i cierpień: swoje odczuwanie, swoje życie emocjonalne i że wybierają samotność. Mogą samotności w ogóle nie wybierać, ale poszukiwać jej namiastek czy specyficznych form w związkach. „Stawiać granice” – jak często się robi. Mogą też w inny sposób regulować swoje potrzeby związane z dystansem wobec innych. A już nie wierzę, że nieodmiennie towarzyszy im chłód, nawet tak radykalny, jak pisze Wiktor Rumocki, porównujący go do Niflheim, jako krainy Lodu, biorąc za przykład normańską mitologię w typologii charakterów.

Ja sama nie byłam nigdy zwolenniczką teorii enneagramów. Wydawało mi się, że trzymanie się z uporem maniaka poglądu, iż człowiek przez cale swoje życie reprezentuje tylko jeden typ, jest zbytnim uproszczeniem, podobnie jak ograniczenie różnorodności ludzkich charakterów do kilku (a nawet, jak w okresie późniejszym), kilkunastu typów, stanowiących mieszankę typów podstawowych. Uważałam też, że takie klasyfikacje nie prowadzą do niczego sensownego, wszak gdy studiowałam ekonomię, każdy przedmiot rozpoczynano od teorii klasyfikacji – z czego moim zdaniem nic nie wynikało. Nie podobały mi się też nazwy nadawane poszczególnym typom, moim zdaniem często dowolne, nie oddające ich cech i z tego powodu mylące  mylące. W ogóle mieszanie matematyki i geometrii z tarotem i astrologią oraz dopasowywanie tego wszystkiego do typów ludzkich charakterów, wydaje mi się zabiegiem sztucznym.

Kiedy w rozumieniu typów enneagramu mówi się o piątce-obserwatorze, ja widzę kogoś w rodzaju mędrca w okularach z długą siwą brodą, wyrywającego w skupieniu i na zimno, pod lupą, jakiemuś owadowi czułki czy odnóża, nie baczącego na to, że może powodować cierpienie. A przecież obserwatorzy nie muszą być tacy.

Kiedy rozmawiałam ze znajomymi o obserwatorach,  zwróciliśmy uwagę na fakt, iż ludzie niechętnie znoszą poddawanie ich obserwacji, zapewne spodziewając się, że jest ona poszukiwaniem ich słabych cech i raczej obserwacją nieżyczliwą, niż życzliwą. Wspomnieliśmy nawet o tym, że dawniejsi podróżnicy po słabo poznanych krajach, niejednokrotnie stykali się ze złą reakcją na fotografowanie („kradzież dusz”), podobno jednak, gdy pozwolono im samym wziąć aparat do ręki i parę razy pstryknąć, ta niechęć mijała.

Możliwe, że ta nieżyczliwa ocena obserwatorów, przeciskająca się bokiem do opisu enneagramowej piątki, w jakiejś mierze pochodzi z tego samego źródła. W dodatku dziecinny lęk, przeżywany przez introwertyka wobec nadmiernie emocjonalnego, rodzinnego domu, moim zdaniem może wykształcić osobowość krańcowo odmienną, nie odcinającą się od uczuć, a traktującą nadmierną emocjonalność jako normę i wzór. Innymi słowy, córka matki, ciskającej w dzieci ciężkimi przedmiotami, sama zostawszy matką, równie dobrze może wobec własnych dzieci powielać to zachowanie, nie chcąc nikomu niczego wyjaśniać.

Możliwe zresztą, że na obserwatorach za mało się znam.

Zdaję sobie sprawę, że zachowanie dystansu wobec otoczenia nie zawsze jest oczywiste i widoczne na pierwszy rzut oka. Są ludzie, w towarzyskim kontakcie mili, przyjaźni, nawet „przylepni” i dopiero po jakimś czasie orientujemy się, jak bardzo twarde jądro w nich tkwi. Także pozycja obserwatora nie musi się łączyć z odczuwaniem dystansu wobec świata. Są obserwatorzy bardzo głęboko zaangażowani w obserwowaną przez siebie przestrzeń , pragną jednak stworzyć wrażenie swojego chłodu i obiektywizmu wobec niej i nie zawsze to może być nieprawdą czy pozą. Ludzie są o wiele bardziej skomplikowani, niż przewiduje to kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt typów, na które z upodobaniem godnym lepszej sprawy dzielą zwolennicy ujmowania swojej wiedzy w schematy.

Możliwe, że nie trzeba zjeść beczki soli z kimś, żeby go poznać; może wystarczy tylko kilogram, a może w ogóle nie poznamy go nigdy, nie przebywając z nim na stałe; a może nawet i przebywając, nie uda nam się tego dokonać. Pewnie dlatego drugi człowiek może być dla nas taki fascynujący.

 

 

]]>
http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/06/obserwator/feed/ 1
Francuskie ciasteczka z nadzieniem http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/04/francuskie-ciasteczka-z-nadzieniem/ Wed, 04 Jul 2018 20:16:04 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1430 Czytaj dalej ]]> Na FB, w kopalni bzdur wszelakich, niepotwierdzonych teorii i nieuprawnionych przypuszczeń, pojawiają się czasem teksty, co do których aparat naszej krytyki zdaje się bezsilny. Niby brzmi nieprawdopodobnie, ale nie dość. Niby podejrzewamy, że coś w tym jest, ale zdajemy sobie sprawę, że gdyby chcieć wiadomość potwierdzić, wymagałoby to badań bardzo szeroko zakrojonych i bardzo kosztownych. Czy więc w tej, konkretnej sprawie, był ktokolwiek tak poważnie nią zainteresowany (bez perspektywy zarobienia na tym), żeby ponieść wszystkie ewentualne koszty, żeby wynik był miarodajny? A jeżeli taki by się znalazł, jak mogło się stać, że o tych badaniach nic wcześniej nie słyszałam? A może tylko sprawdzono teorię na chybcika, pi razy drzwi, trochę badań, trochę domniemań, reszta przeniesień zaczerpniętych z innych, podobnych na pozór spraw?

To w zasadzie kwestia zaufania. Jeśli przeczytam w Gazecie Wyborczej (jak w dzisiejszym numerze, w dziale „Nauka”), że nasz mózg w pierwszych 6 sekundach podejmuje decyzję aprobującą lub negatywną, dotyczącą kogoś świeżo poznanego, to wypada mi wierzyć. Bo czasopismo wydawane też drukiem (choć ja czytałam wersję internetową), bo gazeta opiniotwórcza, bo nazwisko dziennikarza, itp. Zakładam, że to raczej prawda.

Jeśli jednak to samo przeczytam na FB, gdzie info pochodzi z nieznanej mi witryny, udostępnionej przez nieznajomą mi bliżej znajomą, zafiksowaną na jakimś zagadnieniu, ale bez mojej wiedzy o jej kwalifikacjach – tę samą wiadomość potraktuję na wszelki wypadek, jako nieuprawnioną.

Tak też podeszłam do informacji z ubiegłego roku, na temat szkodliwości niektórych środków spożywczych i potraw, przygotowanych fabrycznie, w każdym razie tam, gdzie w ich produkcji brały udział duże zespoły ludzi. Otóż twierdzono, że na  dobre właściwości potraw mają wpływ nie tylko czynniki powszechnie znane, jak świeżość czy jakość produktów, z których potrawę przygotowano, ale także emocje i uczucia ludzi zaangażowanych w proces powstawania potrawy. Potraktowałam to jako kolejny bzdet, chociażby z tego powodu, że w dużym zakładzie produkcyjnym, zawsze kogoś na przykład coś boli; są ludzie niezadowoleni, źli i smutni, a więc przygotowane przez nich potrawy, z definicji powinny być szkodliwe.

Poza tym protestował mój zdrowy rozsądek (ale, jak wiadomo w sprawach nauki zdroworozsądkowy ogląd może przeszkadzać odkryciom), zwłaszcza że pachniało mi to trochę czymś w rodzaju „rzucania uroków” czy „złych spojrzeń”. Ale przecież, nawet jeśli w nie nie wierzymy, to łatwo odgadniemy, kiedy ktoś zbliżający się do nas ma nieprzyjazne intencje. Czujemy to po prostu przez skórę – najczęściej w tych, naukowo potwierdzonych, 6 sekundach. Pytanie: Czy to uczucie może dokonać takich zmian w strukturze przedmiotu, że będzie możliwe rozpoznanie tych zmian bez wiedzy o jego poprzednich kontaktach?

Nie myślałabym o tym dłużej, gdyby nie osobiste doświadczenia z zajmowania się kuchnią. Należę do ludzi o smaku może nie specjalnie wyrafinowanym, ale zdecydowanym. Wyczuwam zawsze początki zepsucia (mimo nawet zabiegów usiłujących to ukryć), chemiczne posmaki, itp. – nawet w ulubionych potrawach. Nie zmylą mnie ostre przyprawy ani zabiegi uzdatniające przeterminowaną żywność.

Są jednak potrawy na przeciwnym biegunie. Ich smak jest wyjątkowo pociągający, choć z pozoru niczym specjalnym się nie różnią od tych, mniej pociągających. Podam przykład: ogórki kiszone, małosolne, kilkudniowe. To czy mi smakują, czy nie, zależy wyłącznie od konkretnego ogórka – gdzie i jak rósł, jak był nawożony, kiedy zebrany. Jestem w stanie przewidzieć, że dany słoik należy spożyć zaraz, bowiem nie będzie dłużej się dobrze przechowywał.

Kiedyś mówiono, że kobieca miesiączka nie sprzyja przygotowywaniu przetworów i mimo zachowania reżimu higieny, często się one psują. Z własnego doświadczenia mogę orzec, że to prawda. Jeśli więc moje ogórki, czy kapusta, czy dżemy lub soki, przechowały elementy otaczającej mnie atmosfery z określonej fazy kobiecej płodności, to czyż nie mogą przechować elementów mojego nastroju, w czasie ich przygotowywania? Jeśli jestem zła, kłócę się z kimś, czy po prostu odczuwam żal i frustrację, czyż nie może to odbić się na jakości potrawy?

Może więc potrawy przygotowywane z miłością, chęcią dogodzenia komuś, zostają na długo w pamięci z tego właśnie powodu? Znane są smaki dzieciństwa, zapamiętywane na całe życie. Czy to z powodu matczynej miłości?

Takie rozmyślania towarzyszyły mi dzisiejszemu pieczeniu   ciasteczek francuskich z nadzieniem z kapusty z kminkiem i cebulą. Chciałam włożyć w przygotowanie tej potrawy dużo dobrych uczuć, cóż, kiedy kapusta zasmażona na patelni i przyprawiona, sama w sobie była pyszna, ale we francuskim cieście nabrała dodatkowej kwaśności, nie złagodzonej dodatkiem pozytywnych intencji, choć wydawałoby się to teoretycznie niemożliwe.

Może więc pocieszy mnie ewentualność, że ciasto francuskie nie ja lepiłam, tylko kupiłam w markecie, podobnie jak kapustę, cebulę, pieprz, kminek i inne dodatki. Jajko, którym posmarowałam ciasteczka, też nie pochodziło od kury przeze mnie wyhodowanej i wykarmionej, której nastrój nie był mi znany. W zasadzie więc w nieudanych ciasteczkach nie ma mojej winy, skoro zawierają cały ogrom cudzych uczuć i nierozpoznanych emocji. Moja jednostkowa dobra wola może nie wystarczyć, żeby przeciwstawić się całemu osadowi zgromadzonych negatywów.

Niestety, siły już mi nie pozwalają tak gotować, jak robiłam to kiedyś, więc podpieranie się niesprawdzonymi teoriami jest jak najbardziej uprawnione.

]]>
Teoretycznie a praktycznie http://babciaezoteryczna.pl/2018/07/02/teoretycznie-a-praktycznie/ Mon, 02 Jul 2018 13:09:29 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1424 Czytaj dalej ]]> Z pewną przyjaciółką rozmawiałyśmy o młodej pisarce, która wydała dwie książki, świetnie opisujące i diagnozujące toksyczne związki, sama jednak od lat pozostającej w takim związku i nie potrafiącej się z niego wyzwolić.

Ja też należę do takich twórców. Całe życie poszukuję porozumienia z inną osobą i nigdy mi się to nie udaje. Teoretycznie przyjęłam, że jest to winą niewłaściwych wyborów, ale w dalszym ciągu wybieram niewłaściwych ludzi do takiego porozumienia, i, co gorsza, nie interesuje mnie porozumienie z osobami spoza określonego kręgu. Wiem jednak, że w tym kręgu, w którym poszukuję, nie znajdę go w żadnym wypadku. Perpetuum mobile, po raz kolejny, w historii świata, odtwarzane nie jako postęp, a jako wstecznictwo.

Panująca kultura patriarchalna nauczyła mnie oczekiwać sukcesów wyłącznie w wypadku dokonania ustępstw wobec oczekiwań społeczeństwa i w granicach przez to społeczeństwo wyraźnie zaznaczonych. Jako kobieta rocznik 1942, nie powinnam oczekiwać zrozumienia od mężczyzn ukierunkowanych intelektualnie, ponieważ partnerów w dociekaniu praw świata poszukiwali oni wyłącznie wśród mężczyzn. Jako dziewczyna rocznik 1942, nie mogłam poszukiwać zrozumienia wśród mężczyzn zwyczajnych, ponieważ z powodu licznych uczuleń na ówczesne kosmetyki, nie byłam w stanie poprawiać swojej urody. W dodatku nie wierzyłam w swoją atrakcyjność złośliwie do dziś określaną jako „soute”. W sosie własnym, czyli „Jakim mnie stworzyłeś Panie Boże – takim mnie masz”. Podstawowe składniki kosmetyków i leczniczych maści w PRL były tylko 2 – lanolina i alantoina (co ostało się do dziś). Nie mogąc poszukiwać zrozumienia na drodze znaczenia, znajomości, urody i nie mając zadatków na sukcesy w dziedzinie intelektualnej, wegetowałam gdzieś na obrzeżu aktywności dostępnej młodym dziewczynom, niepewnym co do własnej tożsamości i walorów. Po latach ocknęłam się z ówczesnego marazmu i wystrzeliłam w nieznany świat (za sprawą wiary w moje możliwości pewnego mężczyzny, zresztą nie budzącego zaufania u rozsądnych ludzi.) Jako staruszka rocznik 1942 nie spełniam wymogów współczesności co do wyglądów, zachowania i statusu, choć, dzięki Bogu, czytelnicy mojego bloga nie zawsze mają świadomość z kim mają do czynienia.

Jako tak bardzo doświadczona kobieta, życiowo oblatana w stereotypach, co najmniej z ubiegłych 50-ciu lat, nie powinnam była dalej, z uporem maniaka, poszukiwać zrozumienia. Powinnam, jak inne babcie, podziwiać pokolenie wnuków i prawnuków, poszukiwać w nich realizacji swoich najskrytszych marzeń (pozbawionemu atrybutów kobiecej  seksualności widzi się świat wyraźniej i trzeźwiej). Przykro mi, ale tak nie jest. Nie chcę być babcią czy ciocią, która siedzi na kanapie i ma wszystkim wszystko za złe, ale, mimo najszczerszych chęci mój sceptycyzm wobec świata woła o uwagę.

Moja zagraniczna przyjaciółka w trosce o moje samopoczucie w letniej grypie, wymyśliła rozwiązanie pozwalające mi uniknąć wypełniania trzydziestu paru stron ankiety i zwierzania się urzędowi państwowemu z wstydliwego statusu niektórych krewnych, dla uzyskania pełnopłatnej pomocy opiekunki MOPS-u w wymiarze 3 godzin tygodniowo/. Polegało ono na zakwaterowaniu młodej dziewczyny, poszukującej pracy w Warszawie, w zamian za niewielką pomoc w gospodarstwie domowym.

Od razu zaznaczam, że dziewczyna jest bardzo miłą i chętną do pomocy, cóż, kiedy wychowanie i społeczne jej przystosowanie, nijak się ma do oczekiwań starszej, niedzisiejszej pani.

Oczekuje ona zdefiniowania swoich obowiązków (choć swoje prawa uważa z góry za ustanowione wyższym przekazem). Jej obowiązki to rzeczy, które może wykonać w czasie wolnym od pracy, towarzyskich spotkań, zajęć sportowych i innych. Mnie zaś trudno definiować coś po północy, gdy wraca do domu, bądź gdy wpada doń na chwilę z buzią w telefonie. Żeby o coś poprosić, trzeba mieć do czynienia z kimś, kto chce z tobą rozmawiać, a nie z internetową chmurą. Szykuję się, że gdy wróci do domu, to poproszę ją o złożenie suszarki do prania, kupienie mi bułek czy może zaniesienie do przychodni wniosku o receptę – nie mówiąc już o wstydliwym pomyśle, żeby w czasie prysznica umyła mi plecy czy obcięła paznokcie albo podniosła parę rzeczy z podłogi, po które nie dam rady się schylić. Nic z tego – rozmowa trwa, gdy dziewczyna wchodzi i wychodzi z domu. Słysze tylko zgrzyt zamykanego zamka.

Jest w tym połowę mojej winy. Nie potrafię przerwać cudzej konwersacji, wstyd mi prosić o przysługi osobiste ( młode dziewczyny nie lubią oglądać  starych, pomarszczonych ciał – co dowodnie widać na wpisach  na FB). Z doświadczenia wiem, że moje przyjaciółki ani krewni nigdy nie podjęli się obcięcia moich paznokci u nóg, co skutkuje koniecznością wizyt pedicurzystki, raz na miesiąc, za odpowiednią opłatą. Kobiety mojego pokolenia, które pochowały mężów, umierających i złośliwie sikających na ścianę – nie uznawały by tego za szczególną uciążliwość. Ale teraz one same potrzebują pomocy. Kalendarz, niestety!

Jest jednak wina społeczeństwa jako takiego, lekceważącego potrzeby osób niepełnosprawnych. Czy naprawdę muszę szukać daleko, żeby ktoś umył mi (szczotką, nie dotykając ręką ciała) plecy, nasmarował kremem nogi, z których sucha skóra złuszcza się płatami, pomógł spłukać włosy, gdy z bólu nie mogę podnieść rąk w górę? Czy koniecznie muszę wcześniej wypełniać trzydzieści parę stron ankiety, ustalającej ewentualne prawa alimentacyjne do krewnych za granicą? Czy muszę spowiadać się z osobistych uzależnień? Z tego ile razy w tygodniu zdarza mi się wypić lampkę wina?  Ilu mam przyjaciół, odwiedzających przynajmniej raz w miesiącu!  A jeśli moi przyjaciele, to „frakcja intelektualna”, których nie chcę mieszać w swoje problemy cielesne? Czy muszę przerywać cudzą filozoficzną konwersację, może bardzo ważną, żeby wyartykułować swoje potrzeby?

Moja przyjaciółka ze Szwecji namawia mnie do wizyty u niej. Moje serce wyrywa się, ale mój rozsądek mówi mi: „kochana, nasze rozmowy, nasz kontakt, nasze porozumienie, nie powinno łączyć się z obowiązkami. Ja jestem z PRL-u i z Polski, gdy wszak PRL nie minął, wręcz przeciwnie. To pewnik: gdy nie jesteś w stanie panować nad swoim światem, nie jesteś nic warta. Żyjesz Ulu w innym świecie, nie znającym polskich ograniczeń. Ja muszę je opanować, zanim zdecyduję się Ciebie nimi obarczyć. Mój ból powinien obarczyć jedynie mnie. Wszelkie rozwiązania pośrednie nie sprawdzają się.

Przykro mi też Saro, jesteś przemiłą dziewczyną, ale nasze światy nie mają punktów wspólnych. Nie czuję na siłach objaśniać  Ci na nowo świat praw i obowiązków człowieka. Po prostu oczekuję na koniec moich zobowiązań wobec świata  poczucia wielkiej ulgi. Już nic nie muszę i nic nie potrzebuję.

Teoretycznie.

]]>
Wypożyczalnia nr 140 http://babciaezoteryczna.pl/2018/06/27/wypozyczalnia-nr-140/ Wed, 27 Jun 2018 05:59:39 +0000 http://babciaezoteryczna.pl/?p=1409 Czytaj dalej ]]> Gdy byłam młodą dziewczyną, nie stać mnie było na kupowanie książek, byłam więc częstym gościem rozmaitych wypożyczalni. Jako „połykaczka słowa drukowanego” – jak złośliwie określała mnie rodzina, mająca wątpliwości, czy czytając tak szybko, można przyswoić sobie właściwe treści; znałam wszystkie żoliborskie wypożyczalnie i wszystkie zatrudnione tam panie. Na ogól były to starsze panie (dla mnie, młodej dziewczyny, kobiety po 40-tce), pracujące tam dla niewielkiej pensji i spokojnego zatrudnienia. Uwielbiały katalogowanie, spisywanie, wypełnianie bibliotecznych kart i szacunek, jakim darzyły je dzieci i młodzież; nie znosiły czytelników/czytelniczek, które prosiły o wybranie stosownej dla nich książki, ponieważ same nie znają się na literaturze, a czymś trzeba wypełnić czas. Dla informacji  młodzieży dodam, że w roku 1956, obejrzałam pierwszy program w telewizji na ekranie Belwedera wielkości pocztówki, w towarzystwie ze trzydziestu sąsiadów pewnej dyplomatycznej rodziny, której córka była moją szkolną koleżanką.

W tamtych latach, jak z powyższego wynika, wyłącznie książka była oknem na świat, odmienny od szarego i nudnego wyobrażenia o prawomyślnym środowisku komunistycznego,  szarego człowieka, który, nawet będąc kucharką, nadawał się do rządzenia. Bowiem kucharce potrzebna była jedynie wiara w słuszność naszej ideologii, a nie wiedza, czy fachowość (jak twierdził sam wielki towarzysz Lenin). Radio serwowało program naładowany wyłącznie polityczną propagandą, a jedynie literatura (poprzez tanie wydania klasyki walcząca z analfabetyzmem), udostępniała niewielkie odmienności i odchyłki od standardu  (tak, tak, znacząca liczba ludzi nie umiała wówczas czytać i pisać!). Ludzie nieco odmienni od reszty populacji mieli przechlapane (jak dziś w Korei Północnej, w którym to kraju odnajduję echa mojego dzieciństwa). Ja też, ku mojemu ubolewaniu, różniłam się nieco od wymogów – przede wszystkim nie byłam kucharką. I czytałam zbyt szybko, pomijając fragmenty których, nie uznawałam za istotne. Byłam leworęczna (to  ówczesne kalectw, raz) i nie umiałam sylabizować – (dwa), co było podstawą ówczesnej nauki czytania. Ale przeczytałam wówczas, jako kilkunastoletnia dziewczyna, w „Literaturze na Świecie” fragmenty tekstów Jeana Geneta i zrozumiałam wówczas, że miłość nie jest czymś ograniczającym się do jednej płci, a jej piękno i siła nie leży w stereotypach, tylko w literackim odwzorowaniu uniesień. Takich odkryć literackich było więcej i dotyczyły różnych sfer życia człowieka. Nie koiły mojego prywatnego bólu, ale pozwalały go oswoić i przetworzyć, początkowo niezdarnie i nieudolnie, z czasem coraz bardziej zgodnie z zamierzeniem.

Nic więc dziwnego, że kiedy ukończyłam szkołę i dostałam się na studia, pierwszej pracy szukałam w żoliborskiej wypożyczalni książek. Zarabiałam grosze, ale kochałam swoją pracę. Owe panie od katalogowania miały problem z polecaniem czytelnikom poszczególnych pozycji, bowiem generalnie same nie lubiły czytać. Najprzyjemniejszym zajęciem było dla nich siedzenie przy dużym stole i naklejanie ex-librysów klejem sporządzonym z wody i mąki i gadanie o dzieciach i wnukach. Gdy więc trafiła im się dziewczynina, która to lubiła i znała wszystkie nowości literackie, ba, była w stanie podyskutować o nich z upierdliwymi staruszkami, hołubiły ją, a nawet przygotowały mi w najdalszym kąciku stanowisko do czytania/przeglądania wszystkich nowości, a potem wpisywania na maszynie informacji o treści książki na karcie katalogowej (nie było wówczas zwyczaju drukowania na okładce informacji o o książce, czasem tylko na tzw skrzydełkach zamieszczano informacje o autorze, jeśli był ważny). Wszystkie upierdliwe babcie w poszukiwaniu czytelniczych miłości kierowano do mnie. Byłam w tym specem, choć osobiście powieści w rodzaju Rodziewiczówny „Między ustami a brzegiem pucharu” przyprawiały mnie o mdłości. Dopiero dziś, po latach, gdy jestem już starą kobietą, doceniam wiktoriańskie powieści i cały ich drobiazgowy opis kultury, która choć wyrafinowana, przeminęła wraz z epoką i została zastąpiona prostszymi symbolami.

Potem przeszłam do pracy w Bibliotece Narodowej, ale to już całkiem inna historia.

Była to najprzyjemniejsza praca, jaką w życiu wykonywałam, niestety nie dałam rady się z niej utrzymać. W tamtych czasach minimum pensji wynosiło netto (bez podatku – nie było ich) 1500 zł, ja zarabiałam 800 zł.

Potem moje życie i status materialny się zmienił, stać mnie już było na kupowanie książek i gromadzenie ich w mieszkaniu. Księgozbiory jednak nie były trwałe, pierwszego pozbyliśmy się z mężem po urodzeniu dzieci, sprzedawszy go za grosze, z powodu konieczności zakupu wielkiej ilości pieluch tetrowych i pralki Światowit, do ich prania, drugi wywędrował nie tak dawno w związku z przystosowaniem mieszkania dla osoby niepełnosprawnej. Kilka lat zamawiałam książki w księgarniach internetowych, dopóki nie odkryłam iż reklamują zwykły szajs, nie próbując nawet sugerować literatury wyższego lotu.

Tak doczekałam do dnia dzisiejszego, czytając po raz wtóry stare pozycje, które ocalały z pogromu (muszę dodać, że w zamierzeniu selekcja tytułów nie powiodła się i zapanował chaos, eliminując pozycje, na których mi zależało, a pozostawiając chłam, który nadawał się do wyłożenia na parapecie okna na parterze mojego bloku, w sąsiedztwie nakrętek na cele charytatywne.

I oto przeczytałam w gazetce osiedlowej, że nowo powstała wypożyczalnia dostarcza osobom niepełnosprawnym książki do domu, zmobilizowałam więc wnuka, żeby zawiózł mnie na wózku inwalidzkim do tejże wypożyczalni. To była bardzo owocna wyprawa (nie licząc wiatru we włosach  i innych rozkoszy przebywania na świeżym, powietrzu.)

Współczesna wypożyczalnia okazała się całkiem czymś innym niż ta sprzed lat. Możliwość szperania w księgozbiorze za pomocą internetu, dodawania tytułów do schowka i inne udogodnienia, zaćmiły trudy dostania się wózkiem na piąte piętro (z windą, ale i z ograniczoną możnością manewrowania wózkiem w skąpo zaplanowanej przestrzeni). Tak czy siak wypożyczalnia 140 to nie sąsiedni sklep Żabka, gdzie flaszki z napojami wypełniają wolną przestrzeń między regałami, nie pozwalając osobie na wózku dostać się gdziekolwiek, a senne sprzedawczynie, o buziach nie skażonych myślą i ustach, nie umiejących wypowiedzieć sensownego zdania, za to demonstrujące pogardę dla osób nie będących młodymi, umięśnionymi i wytatuowanymi mężczyznami, nie wyrażają najmniejszych chęci, żeby ruszyć tyłek i coś podać.

W wypożyczalni przemiła młoda i ładna kobieta (wiele uroku ludzie zawdzięczają jednak myślącym obliczom!) wprowadziła mnie z grubsza w tajniki współczesnej wypożyczalni, jakże odmiennej od tej, sprzed lat! Internetowy katalog, możliwość korzystania ze schowka, zdalna rezerwacja  i szeroka informacja o książce, a także poszukiwanie i rezerwacja w innych wypożyczalniach w dzielnicy! Wpadłam jak śliwka w kompot, zalogowałam się i utonęłam w księgozbiorze!

Niestety, cudowne wrażenia mijają, gdy zetkną się z prawdziwym życiem. To, co stanowi podstawę literatury – język – ulega przemianom dla niej niekorzystnym.  W „Tosterze Pandory” czytam artykuł o języku, napisany przez Leonarda Jaszczuka, reklamowany jako: „Nadzwyczajnie fascynujący artykuł pióra Leonarda Jaszczuka – podnoszący temat wolności słowa w Internecie oraz przemiany międzywiekowej (wiek XX i XXI), która przez cały czas dzieje się, odbywa, toczy, zazębia i postępuje, ponieważ jest ona… procesem. Bardzo polecamy tę zwartą lekturę publicystyczną.”

Nie do końca zgadzałam się z konstatacją artykułu, że współcześnie słowa odzyskują treść i znaczenie. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem ich znaczenie zostaje świadomie przesuwane w innym kierunku przez reklamę ale też i propagandę. Znaczenie słów zostaje spłycone, dopasowane do potrzeb nie odbiorców i posługujących się nimi rozmawiających ze sobą osób, a do potrzeb biznesu.

Moje dywagacje zostały przez autora artykułu podsumowane jak bredzenie głupiej kobiety. Napisał on „Obawiam się, iż takie postrzeganie świata wiąże się poniekąd z analizą zawartą w tekście, aby akceptować wyżej wymienioną konkluzję, trzeba być aktywnym udziałowcem interaktywności. System zero – jedynkowy. powoduje obcięcie aparatu krytycznego sprowadzając analizę na jeden tylko format postrzegania rzeczywistości jako powidoków telewizyjnego młynka do mielenia ,,czekolady””. Sam styl tej wypowiedzi dowodnie oznacza degradację języka, który zatraca swą melodię, zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, nie stając się w zamian precyzyjniejszym.

Nie wytrzymałam tego bleble i odpysknęłam: „Chyba wszyscy, tak czy inaczej jesteśmy „aktywnymi udziałowcami interaktywności” i zarzut „obcięcia aparatu krytycznego” wyraża poczucie wyższości w stosunku do jednostek mniej aktywnie zarządzających swoją osobowością, ba, nawet nie zarządzającą nią w pełni świadomie. Jednak uczestniczymy w kształtowaniu języka i czasem świadomie oceniamy zmiany, co bądź by o nas nie mówiono i czego nie zarzucano, a także bez względu na to, z jakiego rodzaju słowników korzystamy.”

Moglibyśmy tak dłużej toczyć naszą dyskusję, gdyby nie dzisiejsza rozmowa z pewną młodą dziewczyną. Powiedziała mi, że czuje się nieswojo, rozmawiając z kimś twarz w twarz, zwłaszcza, gdy ktoś na nią patrzy. Zapewne do tej pory patrzyła swoim rozmówcom ekran w ekran. Przypomniała mi jakieś staroświeckie porady, że polując na tygrysy, nie wolno patrzyć im w oczy i w ogóle dzikie zwierzęta nie znoszą walki na spojrzenia. Przypomniała mi także moje młodzieńcze problemy z wytrzymywaniem wzroku innych ludzi, co rzekomo dowodziło szczerości i uczciwości.

Nie tylko język zaczął wyrażać splątanie współczesności, popadł w obsesję nie określania bezpośrednio niczego, zwłaszcza ważnego; weszło to też na spojrzenia, na dotyk i na zrozumienie. Wszystko to stało się sygnałem, nie do końca zrozumiałym i rozmytym, jak język prawników, urzędników i polityków. Świat przestał wabić skomplikowanym szaradowym wyrafinowaniem, przeobraził się w prymitywny spektakl, o nie zdefiniowanych regułach, odnoszący swój największy triumf w imprezach sportowych.

W końcu jak napisałam w pewnej dyskusji o KK i piłce nożnej, jako religiach współczesności:  „A ja sądzę, że to przemyślana strategia. Gdyby kibole nie mogli się pobić po meczach, napadaliby na spokojnych ludzi na ulicach. Gdyby kibice i ich dziewczyny nie mogły rzewnie płakać po przegranym meczu, ludzie zapomnieliby, że można z jakiegoś powodu czuć smutek. Gdyby nie te flagi, szaliki itp., ludzie zapomnieliby skąd i po co są. Gdyby nie wściekli się na mistrza Nawałkę i swoich idoli, mogliby wściec się na takiego czy innego z rządzących i zrobić jakąś rewolucję. No i wreszcie, jest to rozrywka dostępna także dla najgłupszych debili – jaką drugą znajdziecie? Uważam, że w Polsce obecnie sport jest bardziej potrzebny niż religia. Rozumieli to już starożytni, domagający się chleba i igrzysk. Gdy ich brakło, imperia upadały.”

Przykro mi, ja nie pasuję do tego świata. Dobrze, że zanim umrę, mam dostęp do wypożyczalni nr.140.

 

 

]]>