Malowanie

skanowanie0005 skanowanie0006

Pisząc odcinek bloga „Ja też” (#MeToo), we wspomnieniach swoich dotknęłam całkiem innego zagadnienia – roli sztuki w radzeniu sobie ze stresem.  Nie mam pojęcia, skąd to się u mnie wzięło, ale po wielu latach jestem pewna, że twórczość, a przynajmniej przeżywanie sztuki, stanowi najprostszą metodę oswajania klęsk, przeciwności losu i ludzkiej nienawiści. Warunek jest jeden – należy traktować ją poważnie i szukać nie tylko zapomnienia (co zapewni byle jaka, głupawa komedia), ale i wsparcia oraz odpowiedzi na nurtujące pytania. Jeżeli podejdziemy do niej poważnie, nie ma znaczenia, że może czasem wydać nam się okrutna i dołująca, że doraźnie nie rozwesela; jednak po jakimś czasie skanalizuje naszą traumę i pozwoli odczuć, iż nie jesteśmy sami na tym, nie wiadomo, czy Bożym, świecie. Możliwe, że bez leków oswoimy napady depresji, pod warunkiem, że jest to depresja obawiająca się śmierci, a nie dążąca do niej.

Muszę zaznaczyć, że byłam dzieckiem chowanym „pod kloszem”. Nie wypuszczano mnie na podwórko (ulicę) ponieważ mieszkałam w domu z ogródkiem, a dzieci z ulicy były brudne i źle wychowane. Często miały wszy, świerzb i były cwańsze niż takie panienki, jak ja. Nie odwiedzałam koleżanek, ani koleżanki nie przychodziły do mnie. Moja mama, wychowana w sierocińcu u zakonnic, zamężna z „panem inżynierem”, jako osoba obdarzona ogromną wrażliwością i zdolnościami intuicyjnymi, odczuwała niechęć otoczenia, związanego z rodziną i przyjaciółmi ojca. Sądziła zatem, że izolacja pozwoli jej córkom nie doznawać upokorzeń, jakich ona doznawała.  Sądziła, że gdyby miała synów, jej sytuacja wyglądała by inaczej. Niestety miała tylko dwie córki. A i one nie dawały jej satysfakcji.

We fragmencie powieści wspomniałam o korepetycjach, w sprawie których moja bohaterka, Baśka, nie miała czystego sumienia. Chodziło o to, że ja uczyłam się na tyle dobrze, że nie potrzebowałam korepetycji. Ale wykorzystałam nabożną wręcz atencję do nauki moich rodziców po to, żeby wmówić im, że potrzebuję korepetycji z matematyki. A zależało mi na nich z powodu obecności koleżanek i kolegi, w którym po raz pierwszy się zakochałam. Miałam wyrzuty sumienia, że narażam ich na wydatek, ale nad moralnością przeważyła chęć bycia z rówieśnikami, wręcz tęsknota za kontaktem z innymi ludźmi. (Zresztą ta nić bezustannie przewija się w moim życiorysie, można by więc uznać, że taka moja karma, poszukiwać bliskości i zrozumienia i rzadko je znajdować, nigdy w pełni).

Moi rodzice nie rozumieli sztuki, uważali ją za zbędny ozdobnik życia, chociaż mama odznaczała się naturalną umiejętnością ozdabiania przedmiotów codziennego użytku. Czytanie książek marnowało oczy i wypaczało umysły, obrazy miały wisieć w muzeum, a nie na ścianach dogorywającego domu (ponieważ nikogo z naszych znajomych nie było na nie stać), jedyne, co było warte uznania, to muzyka klasyczna, ale ta dostępna była posiadaczom radia, nie wymagała zachodu ani kosztów. Dlatego rodzice, choć niechętnie, wyrazili zgodę na uczestniczenie w koncertach dla młodzieży szkolnej w Filharmonii Narodowej, Niestety, jak zawsze dobór utworów z palety klasyki nie ekscytował młodych ludzi, woleliby utwory bardziej energetyzujące, niż refleksyjne. Te doceniam dopiero dziś.

Moim pierwszym zafascynowaniem sztuką był rysunek. Od dziecka rysowałam setki głów, początkowo konwencjonalnych, stopniowo uzyskujących swoją indywidualność i piękno, nawet w szpetocie. Kończąc szkołę średnią byłam przekonana, że zostanę malarzem twarzy, choć nie miałam wielkiego pojęcia o malarstwie, głównie z braku środków na farby. Zadowalałam się rysunkiem piórkiem i pociągnięciami resztkami tuszu, pozostałymi po pracach z geometrii. Operowanie plamami koloru stało się moją namiętnością i ucieczką od prozy życia, chociaż uczestniczenie w zajęciach malarstwa dla młodzieży w Pałacu Kultury było wielkim rozczarowaniem. Po pierwsze, zawierało wiele konwencjonalności, która mierziła mnie, po drugie, zanim się z nią uporałam, jako młodzież pochodzenia inteligenckiego (to od taty!), a więc gorszego sortu, mimo zdobycia jednej z nagród na  Wystawie Światowej Ekspo 58 w Brukseli za obraz „Niepokój”) zostałam skreślona z listy uczestników z braku miejsc, ponieważ pierwszeństwo miała młodzież robotniczo-chłopska. Wydaje się też, że nasze ówczesne władze uniemożliwiły mi odebranie świadectwa nagrody, ponieważ była ona jedynie informacją prowadzących zajęcia, a mnie, bardzo jeszcze dziecinnej, wystarczała sama satysfakcja. Papierek zostawiono w dokumentach Pałacu, zresztą był on w obcym języku. Ja otrzymałam album malarstwa.

Nie udało mi się także studiować na ASP, bowiem rodzice (a zwłaszcza mama) uważali, że uczelnia ta jest siedliskiem rozpusty i dziewczyny tam studiujące źle się prowadzą, a co za tym idzie, nie mają szans na szczęśliwe małżeństwo. Zdając maturę miałam 16 lat i nie byłam jeszcze gotowa do przeciwstawienia się planom rodziców. Nie wyrazili też zgody na studiowanie archeologii (ciężka, fizyczna praca), geologii (nie dla dziewczyny). Z kolei mnie nie interesowała historia – sugerowana przez rodziców (uważałam ją za najnudniejszy kierunek pod słońcem – same ruchy robotnicze i partie, różnice między programami których trudno zapamiętać, bowiem wszystkie postulowały 8-godzinny czas pracy), ani kierunki ścisłe, po myśli ojca. Krakowskim targiem stanęło na polonistyce. W ten sposób moja przygoda z malowaniem zakończyła się.

Pisząc odcinek „Ja też” wróciłam pamięcią do tamtego roku szkolnego (1956/1957) uczestnictwa w zajęciach w Pałacu Kultury – klubu filatelistycznego i malarskiego. W trakcie pisania „Tańca Kury” ( po blisko 30 latach) starałam się jak najdokładniej przywołać pamięć i odtworzyć wydarzenia dzieciństwa i wczesnej młodości. Dlatego też umknął mi sens niektórych moich poczynań i wydarzeń. Dziś dopiero widzę, jakim wołaniem o pomoc było malarstwo i jak bardzo wiele opóźnienia w wyborze mojej drogi życia kosztowało mnie usunięcie z klubu malarskiego z głupiego powodu: pierwszeństwa udzielanego przez państwo dzieciom pochodzenia robotniczego i chłopskiego. W myśl panujących ówcześnie zasad miało to wyrównać krzywdy społeczne, jakich doznawały „gorsze klasy” drogą zamiany miejsc. „Inteligencja pracująca” stawała się tą gorszą klasą (nie mówiąc już  o innych rodzajach inteligencji czy przedsiębiorcach, tzw „burżujach” lub wolnych zawodach. Nikomu wówczas nie przyszło do głowy, że zaburzanie, nawet niesprawiedliwego „porządku dziobania” w hierarchii społecznej, przenosi się falami na sprawy ważne dla jednostek. Tak, jak nikt nie dostrzegał krzywdy molestowanych dzieci (mówiono: czy mu/jej coś ubyło?), tak nie dostrzegano krzywd wyrządzonych pokoleniu dzieci „gorszej klasy” i tego, że jedne niesprawiedliwości beztrosko zastąpiono innymi niesprawiedliwościami. Zwłaszcza, że zaklasyfikowanie do którejś z klas, opierało się na osobie głowy rodziny – czyli męża, ignorując rzeczywisty status zawodowy żon.

Zanim zacznę nawiązywać do aktualności, gryzę się w język (klawiaturę) i przytoczę fragmenty „Tańca kury” związane z epizodem malarskim w moim życiu. Przedtem jednak wyjaśnię, skąd się wziął tytuł mojej powieści. Bohaterka, a właściwie jedna z bohaterek (jest ich kilka, każda prezentuje inny etap życia, a ich imiona stanowią kolejne litery alfabetu: Aneczka, Baśka, Celina itp. do starości), będąc dzieckiem, obserwuje odrąbanie głowy kurze, która ze związanymi łapkami spada z pieńka i miota się w przedśmiertnym „tańcu”.  Poniżej kolejny fragment części „Baśka”

skanowanie0009

„6.

Pan od malarstwa podał dwa tematy do wyboru: Cyrk i Dworzec kolejowy. To było nareszcie coś dla Baśki. Pałała niechęcią do martwych natur, dzbanków i tac z jabłkami, stojących na udrapowanym aksamicie, przyborów do mycia na pasiastym ręczniku i tym podobnych tematów, dopóki jednak nie potrafiła ich namalować tak, aby pan był zadowolony, uważała, że ma obowiązek zmuszać się do pracy nad tymi nudziarstwami. Mimo wysiłków i marnotrawienia stert papieru doskonale wiedziała, że jej martwe natury były płaskie i bez życia. Kolory dobierała zbyt ciemne i zbyt silnie akcentowała kontury, a jej cienie nosiły piętno pracowitych poprawek. Spierała się z panem, że martwa natura wcale nie musi być żywa i wesoła, że dla niej przynajmniej zawsze będzie płaska, nudna i beznadziejna, ale zdawała sobie sprawę, że to tylko brak umiejętności i wiedzy. Wstyd powiedzieć, ale dopiero teraz dowiedziała się, że coś żółtego będzie rzucać cień o odcieniu fioletowym, a czerwonego o zielonym i na odwrót. Dla niej cienie były zawsze czarne. Nie wiedziała nic przedtem o kolorach ciepłych i zimnych, o kontrastach i dopełnieniach, o tym, że z niebieskiego i żółtego można zrobić zielony i dlatego wśród innych nie stało nigdy wiadro z farbą zieloną. Nie lubiła też kwiatów, jej bukiety w wazonach nie były wesołe, choć używała jaskrawych barw, żeby je ożywić, zatuszować swoją do nich niechęć. Nawet nowo nabyte umiejętności doboru barw nic tu nie były w stanie poprawić. Czerwony mak rzucał prawidłowy, zielonkawy cień i był przez to jeszcze wstrętniejszy i jeszcze bardziej ordynarny, niż gdyby zachował swój nieprawidłowy fioletowy. Marzyła o namalowaniu portretu, cóż, kiedy tylko jeden i to węglem, naprawdę jej się udał. Nikt zresztą poza nią nie widział podobieństwa do twarzy nauczycielki, nawet sama zainteresowana skrzywiła się z niechęcią, ale Baśka nie umiała jej i koleżankom wytłumaczyć, że gdy pisały klasówkę, a pani spacerowała w przejściach między rzędami lub stawała w oknie wyglądając na brzydkie podwórko z nieobecną miną, gdy wyraz jej oczu zaprzeczał skrzywieniu ust — podobieństwo portretu było uderzające, jeśli oczywiście pominąć kok, który się nie udał, a którego nie umiała poprawić, bo w międzyczasie pani ścięła włosy.

Na zajęciach jednak nie zajmowali się portretami, z wyjątkiem tych, którzy chodzili do pana od rzeźby, ci zaś pewnie mieli głów tak samo dosyć, jak ona martwych natur, zawsze z tym samym wazonem, obtłuczonym talerzem i porysowaną tacą.

Baśka od razu zdecydowała się na dworzec kolejowy. Widziała wyraźnie ten dworzec, który chciała namalować, ale okazało się to wcale nie takie proste. Zaczynała i przerywała, darła i wyrzucała arkusze, dworzec ciągle nie był tym dworcem, który widziała. Co gorsza, po kolejnej, nieudanej próbie stwierdziła, że właściwie już nie pamięta, jak miał wyglądać ten dworzec. Czuła jednak, że choć zmienia się on w niej bez przerwy, domaga się po prostu, aby go wydobyć na dzienne światło. Pomyślała, że nie nadąża za tym, co się w niej krystalizowało, zostawiła więc w końcu ołówek i tylko kładła barwne plamy na pakowy papier. Spieszyła się. Niecierpliwość powodowała, że zaczynała po kilka arkuszy i gdy ostatnie schły, poprawiała pierwsze, aby za chwilę je zniszczyć. Stos mokrego papieru rósł obok niej, bluzkę i ręce po łokcie umazała farbami, bo w pośpiechu nabierała je z wiadra słoikiem, nie chcąc tracić czasu na mycie wazowej łyżki — wszystko to było jednak nieudane, niedokończone, brakowało najważniejszego. Dworzec męczył ją. Może wskutek intensywności prób, może z innych powodów, zaczynał wyglądać całkiem inaczej, niż na początku. Na pierwszych rysunkach były wagony, perony z ludźmi, zabudowania szpetnej, nie wiadomo skąd zapamiętanej, obskurnej stacyjki, semafory i linie torów. Na ostatnich nie było już żadnego człowieka. Właściwie była tylko noc i z powodu tej nocy znikały kolejne sylwetki ludzkie, wagony, budynki. Zostały tory i światła sygnalizacyjne. Zmieniła się też perspektywa; niektóre ze świateł stały się tak ogromne, że przesłoniły resztki torów i semafory. Zmieniły się i kolory świateł. Na koniec semafor na pierwszym planie pluł już wszystkimi możliwymi kolorami, złośliwie i natrętnie, tak, że żaden pociąg naprawdę nie mógłby tędy przejechać. Inna była też perspektywa torów. Nie ginęły łagodnie w oddali, zbiegając się w połowie arkusza, wyglądały, jakby oglądano je z poziomu ziemi, zmieniły się w rozwartą paszczę szczerzącą zęby z czarnych podkładów lśniących smoliście, ginęły tak szybko w oddali, jakby obłąkańczy pęd hipotetycznego pociągu zaprzeczył w pewnej chwili ich istnieniu, jakby zanim zostały dostrzeżone, umknęły pozostawiając w oczach migotanie niepotrzebnego już, ostrzegawczego światła, o którym tak naprawdę trudno orzec, czy jest ostrzegawczym, czy zmyłkowym, bowiem jego żółci towarzyszą inne, równouprawnione barwy: zielone, czerwone, fioletowe.

Potem dworzec zaczął zmieniać się w cyrk. Na linie przeciągniętej między semaforami stąpała sztywno tancerka, zamalowana jednak natychmiast, gdy z kolei semafor stał się tańczącą dziewczyną, a jego światła zmieniły się w oczy lokomotywy, przed którą uciekała tancerka wrośnięta w ziemię i zabetonowana wraz ze słupkiem.

Baśka zamalowała tło wraz z cyrkową dziewczyną, linią i semaforem i wróciła do świateł. Przerażały ją, ale i fascynowały. Chciała uczynić je jednocześnie światłami ostrzegawczymi i oczami lokomotywy, obwarować szeregiem zastrzeżeń usprawiedliwiających ewentualną pomyłkę, zmuszających tych ludzi, którzy patrzyli, do porzucenia pewnego siebie przekonania, że widzą, to co widzą; oślepić ich, omamić, skłonić do rozterki. Dworzec zaczynał żyć własnym życiem, ale Baśka czuła, że niewiele jego i ją dzieli od wzajemnego zrozumienia.

Od dłuższej chwili stał nad nią pan, bardziej przyglądając się Baśce, niż temu, co namalowała.

— Myślisz, że to jeszcze jest dworzec?

— A co mogłoby być?

— Na dworcu powinni być ludzie, a ty przecież lubisz malować ludzi. Dworzec bez ludzi nie jest już dworcem. Nikt stąd nie odjedzie i nikt tu nie przyjedzie. Dlaczego ich wyrzuciłaś?

— A muszą  tu koniecznie być?

— Jeżeli to jest dworzec…

— To znaczy, że źle maluję?

— Nie, nie znaczy, że źle, ale dziwnie… Czy wiesz, dlaczego twój dworzec nie jest takim miejscem, gdzie ktokolwiek chciałby przyjść? Przyjdzie, popatrzy i ucieknie. Czy po to są dworce?

— Bo ja wiem…Może za dużo tu świateł?

— Pewnie tak… Drażnią i sensu w nich niewiele… Czy może palić się jednocześnie czerwone, zielone i żółte? Zakazywać, zezwalać i ostrzegać jednocześnie? Ale to nie tylko to… Te światła są irytujące, sam nie wiem zresztą czemu.

— Mnie tam wszystkie ostrzegają, kolor jest nieważny. Po prostu palą się. Ktoś je postawił, widać miał w tym jakiś cel, ale mnie on nie obchodzi…

— A ty nie wiesz jaki i wolisz na wszelki wypadek traktować je jednakowo? Więc czemu nie jesteś konsekwentna i nie przyjmiesz, że wszystkie są żółte. Możesz przecież dać im inne, delikatne odcienie, gwoli dania świadectwa prawdzie.

— Gdybym namalowała wszystkie żółte, skłamałabym. A czy to nie wszystko jedno, skoro wszystkie ostrzegają?

— Nawet zielone nie pozwala ci jechać naprzód?

— Skąd pan wie, że to jest prawdziwe zielone? Może tak wygląda aby wszystkich zmylić…Wtedy lepiej, że nie ma w pobliżu ludzi; mniej będzie oszukanych.

— Twoje światła przesłoniły ci dworzec — powiedział pan.

Tak, to prawda. Jej światła są wszystkie ostrzegawcze. Dlatego są tak duże. Chciałaby, żeby ostrzegały w sposób jednoznaczny i oczywisty. Nie jej wina, że tyle jest kolorów, a każdy co innego znaczy i jeżeli nawet wiemy, co on znaczy, to i tak nigdy nie możemy być tego w stu procentach pewni. Lepiej więc wystrzegać się wszystkich. Ale dlaczego podświadomie chciała innych oszukać co do ich sensu i znaczenia? Była przekonana, że oni doskonale wiedzą, odróżniają jedne od drugich z łatwością, więc próby oszustwa muszą spalić na panewce, niemniej taki sformułowanie zadania, żeby żadna ze stron nie miała przewagi, wydawało się jej jedynym sposobem dorównania ich wiedzy i pewności siebie. To było tak oczywiste i dlatego przykre, że pan, choć tak dużo rozumiał, tego pomysłu nie pochwalił. A już sądziła, że znalazła wyjście!

Baśka chciała zniszczyć wszystkie rysunki, ale pan jej nie pozwolił.

— Spróbuj opisać słowami, jak zmieniał się twój dworzec — powiedział. — I zastanów się, dlaczego się zmieniał. To ci pomoże malować — dodał .— A jak skończysz  pisać, rozłóż te wszystkie rysunki na podłodze, przyjrzyj się im, przeanalizuj je i to, co napisałaś. Potem spokojnie namaluj nowy dworzec.

7.

Ze sterty dworców pan wybrał jeden; ten, który najbardziej przedtem krytykował i wysłał na eliminacje. Nie mogła tego wyboru zrozumieć. Opisała wszystko, jak kazał, przemyślała, namalowała wersję ostateczną, a pan wybrał coś zupełnie innego. Po jakimś czasie otrzymała pocztą album malarstwa i zawiadomienie o wyróżnieniu w konkursie za pracę pod tytułem Niepokój.

Poczuła się oszukana. Pan już nie pracował, na jego miejsce przyszła pani, nie mogła więc mu okazać swojej goryczy. Bo na tym obrazie wcale nie było niepokoju, nie mogło go tam być; kto jak kto, ale ona wiedziała już najlepiej. Mógł zostawić po prostu nazwę Dworzec , jeżeli wszystko musi zostać nazwane, ale czemu zmienił tytuł na inny, kłamliwy, choć więcej już byłoby sensu w Ostrzeżeniu .

Pani nie podzielała wątpliwości Baśki.

Dworzec, Cyrk, Ostrzeżenie czy Niepokój , wszystko jedno jak się obraz nazwie. On musi mówić sam za siebie  i przekazywać konstruktywną treść — powiedziała. — Czasami jego wymowę trzeba wzmocnić tytułem, żeby uniknąć nieprawidłowego rozumienia ze strony niektórych ludzi, mogącego prowadzić do wypaczenia intencji malarza, ale to drobiazg. Dlaczego nie podoba ci się Niepokój , jeżeli pan nie miał zastrzeżeń do treści?

— Niepokój zupełnie inaczej wygląda. Żeby zobaczyć niepokój, trzeba iść na nowe osiedle nie otynkowanych jeszcze domów, między sterty gruzu i piasku, zobaczyć żelastwo wystające z ziemi, usłyszeć szum samolotu na porannym niebie, jeszcze zamglonym, ale słonecznym. Tylko jak usłyszeć go na obrazie?

— To przecież bardzo spokojny krajobraz, choć jeszcze nieuporządkowany — odrzekła pani. — Nowe budownictwo jest czerwone, wesołe, choć może trochę monotonne, ale niepokojące? Coś ci się pokręciło… Zawsze to, co nowe, jest optymistyczne, choć nie zawsze najładniejsze; jest miarą sukcesu i osiągnięć ludzkiej myśli, miarą postępu. Nawet brzydki dom, wybudowany w trudzie ludzkich rąk świadczy o tym, że buduje się go, bo jest pokój i to cieszy… Co masz do zarzucenia takiemu krajobrazowi?

— Jest za spokojny — pomyślała Baśka — jakby był tylko on, nic więcej. W czymś takim czuć od razu kłamstwo. Nie ma nigdy tak, żeby była tylko jedna rzecz, a za nią nie ukrywały się inne. Jeżeli ogarnia mnie nagle strach, to powód zawsze się objawi, wcześniej czy później. Nie umiała jednak tego wytłumaczyć pani. To okropne, że ona mówi o jednym, a dorośli słyszą coś zupełnie innego, że nie jest w stanie objaśnić swoich myśli, żeby były tak oczywiste i słuszne, jak to, co mówią wszyscy. Chciała jeszcze spytać  panią, czy komuś udało się namalować dźwięk, ale pytanie było strasznie głupie, więc zrezygnowała. Wierzyła jednak, że każdy dźwięk pozostawia swój ślad w krajobrazie i że musi znaleźć się ktoś tak bardzo spostrzegawczy, że go dostrzeże i dlatego nie mogło jej z głowy wyjść pytanie: Jak namalować dźwięk samolotu na bezchmurnym porannym niebie, moment po tym, jak się przebudzono i jak sprawić, żeby taki obraz oznaczał niepokój a nie świeżość poranka lub pokojowe budownictwo?

Praktyczne próby nie udawały się; szkoda mówić, wszystko warte tylko wrzucenia do kosza. Za każdym razem odstręczał banalny krajobraz, jak na plakatach Budujemy nowy dom . Może oglądając tyle tych plakatów, zapomniała jak wygląda naprawdę takie osiedle? Może patrząc, nie widziała prawdziwych domów, prawdziwego piasku, prawdziwego nieba? I dalej idąc — może dlatego, że dorośli tyle mówią o różnych rzeczach łatwo, bez wahań i zawsze stosownie do okoliczności, nie pozwalają jej dostrzec innego oblicza tych spraw? Miota się więc między ich poglądami, często odmiennymi, choć jednakowo przekonywującymi, sądami, które bezwiednie przyjęła, bo im wszystkim na raz wierzy, choć zupełnie co innego czuje. Jest wpływowa. Nie. Myśl taka była nielojalna i bez sensu. Muszą być rzeczy stałe i oczywiste, drogowskazy i semafory, żeby takie niedorajdy, jak ona, nie zginęły w gąszczu różnych niezrozumiałych wielkich spraw i małych, głupich szczególików.

Nie umiała jednak wypowiedzieć tego, co myślała. Jak zwykle, jej myśli były niejasne i poplątane. Ale to się musi zmienić. Na razie jest zbyt głupia, ale zacznie usilnie pracować nad sobą. Tylko nie wierzyła, że uda jej się to kiedykolwiek namalować lub wyrazić w inny sposób, jeśli nawet zrozumie, na czym to wszystko polega.”

Poniżej: ja w wakacje 1956 r.

kasia góry 1956

Pożegnanie „Taraki”

Czasem bywa tak, że stajesz naprzeciwko kogoś i już to wiesz. Widzicie się po raz ostatni, nie spotkacie się już więcej. Taka właśnie chwila przyszła na mnie.

To pożegnalny odcinek Prababci mniej ezoterycznej w TARACE. Zaczęłam od Babci ezoterycznej we wrześniu 2012 roku odcinkiem „Jak zostać jasnowidzką”. Na przełomie kwietnia i maja 2013 roku rozpoczęłam „Babcię ezoteryczną sezon drugi”, a gdy zostałam prababcią, zastąpiłam go w styczniu 1914 roku „Prababcią ezoteryczną” i wreszcie w sierpniu 2015 roku powstała „Prababcia mniej ezoteryczna”, który to blog piszę (pisałam) do dziś. Nazwy te mają znaczenie, bowiem oddają moją ewolucję z ostatnich pięciu lat. Pięć lat to związek silny, jednak czasem kończy się rozwodem, choć bez orzekania o winie.

Ezoteryka (w najszerszym tego słowa rozumieniu, pojmowanym dość luźno i ogólnikowo) kiedyś wydała mi się bramą szeroko otwartą na nowe doświadczania świata, które wcześniej lekceważyłam, pomijałam i których, przyznam to, bałam się. Nauczona przez całe życie panowania nad swoimi doznaniami, źle się czułam w sytuacji, w której o niczym nie mogłam decydować, gdy odczucia pojawiały się bez mojego udziału i nawet nie wiedziałam, czy i jaki mogę na nie mieć wpływ. Sny, które uznawałam za prorocze, przejawy prekognicji i inne zjawiska których doznawałam, a wśród nich dywinacje za pośrednictwem kart Tarota  stawały się zrozumiałe dopiero, gdy zapowiadane wydarzenia nadeszły i minęły, nigdy wcześniej. Pragnęłam wówczas ten świat zrozumieć i oswoić. Jednak doświadczanie świata przy oczekiwaniu ich pomocy straciło swoje walory. Nie dało mi żadnych odpowiedzi, których poszukiwałam, nie pomogło w życiu duchowym i praktycznym.

Nie miałam nigdy naukowego zacięcia, byłam raczej opisywaczem, rejestratorem wydarzeń i refleksji. Te opisy rzeczywistości jednak wskazywały na istnienie ogromnej góry mierzwy, odpadów zamiast obiecującego tworzywa. Lektury zniechęcały, wartości niczego nie byłam w stanie ocenić, jeśli nie posługiwałam się filtrem językowym, demaskującym manipulacje.

Od Prababci ezoterycznej zaczęłam popadać w ton lekceważenia i krytyki tej materii, co zaowocowało przejściem na „Prababcię mniej ezoteryczną” i stało się więc zaprzeczeniem początkowej idei mojego bloga. Szeroko otwarta brama stała się furtką pokrytą licznymi ozdobami różnej wartości artystycznej, ale nie wiodącą do niczego. W powodzi bzdur i wszelkiego g…na nie miałam siły, nawet na własny użytek odróżniać ziarna od plew i szczerze mówiąc, znudziło mnie to, ponieważ najczęściej było wyważaniem drzwi otwartych. Wierzę poszczególnym osobom w ich opisy doświadczenia, ale nie wierzę w możliwość ich uogólnienia. Wszelkie klasyfikacje zatem (np. enneagram) wydały mi się materią sztuczną i naciągniętą – sztuką dla sztuki, nie niosącą niczego dla mnie przydatnego. Może to źle brzmi w świetle poprzedniego odcinka, ale kojarzyło mi się zawsze z klaserami wypełnionymi znaczkami pocztowymi, obrastającymi kurzem. Nudne i niepotrzebne mi hobby. Jednocześnie moje teksty zaczęły w większej mierze odzwierciedlać moje doświadczenia z innej sfery, emocje i przemyślenia z dziedzin zupełnie nie powiązanych z ezoteryką, co powodowało uczucia z lekka schizofreniczne.

Sprawą czasu było tylko to, kiedy przyjdzie mi porzucić tę formę wypowiedzi. Tutaj na przeciwko wyszły mi plany Wojtka Jóźwiaka przebudowy Taraki, w której to formule nie byłoby dla mnie miejsca. Jakoś tak przypadek chce, że stało się to kilkanaście dni przed moimi urodzinami, jakby sygnalizując, że czas na nowy początek, a w każdym razie na koniec starego.

Nie powiem, że łatwo mi to przychodzi, ale mus to mus. Jeszcze nie wiem, gdzie będę pisać, na pewno na swoim blogu http://babciaezoteryczna.pl/ i publikować inne teksty na autorskiej stronie http://kasiaurbanowicz.pl/ . Ostatnio też moje teksty zaczęły publikować „Spółki miejskie”, https://spolkimiejskie.wordpress.com  — może i tam się bardziej zadomowię, a może gdzieś indziej. Pisanie jest jednym z gorszych nałogów, więc chyba nie zamilknę.

Czas na fotkę podsumowującą moje pożegnanie. Właśnie zastanawiałam się, co wybrać, kiedy w swoim iphonie znalazłam stosowny obrazek. Ostatnio pani sprzątająca wyrzuciła do śmieci pustą butelkę po jednym z płynów, a ja, dla zapamiętania, że muszę kupić przy okazji nową, sfotografowałam ją. Przyjrzałam się temu zdjęciu świeżym okiem i doszłam do wniosku, że będzie dobrym podsumowaniem. Zabija zarazki, zapobiega kamieniowi ale i przedłuża moc. I obiecuje jakiś gratis.

IMG_6549

Pozdrawiam serdecznie moich wszystkich bywszych czytelników w Tarace, dziękuję im za wsparcie i zrozumienie i mam nadzieję, że nie rozstajemy się tak zupełnie i nieodwołalnie… Nowe oblicze Taraki bardzo mnie ciekawi i jako czytelnik, zostanę z nią na dłużej, choć rozstaję się jako autor.

Ja też

MeToo

Jak większość (ponoć 87%) narratorek opowieści opatrzonych hasztagiem MeToo, ja też niejeden raz w swoim życiu zetknęłam się z molestowaniem, a nawet z próbą gwałtu. Moja relacja nie odbiegałaby w żadnej mierze od stereotypu i niczego nowego na ten temat nie mogłabym wysnuć ze swoich doświadczeń, poza pewną oczywistością, iż 50 lat temu czasy były inne i poprzeczka aprobowanych zachowań dla dziewczyn, ustawiona była daleko wyżej niż dziś. To, co dziś uznajemy za próbę gwałtu, wówczas nie było za gwałt uważane, jeśli dziewczyna się obroniła. Sądzono powszechnie, że „prawdziwy” gwałt różni się od molestowania tym, że obronić się przed nim nie sposób (wiąże się na przykład z pobiciem, zagrożeniem życia, nieprzytomnością). Zastraszenie lub szantaż nie było w istocie niczym specjalnym, skoro można było kogoś czymś zastraszyć lub zaszantażować. Obciążało raczej ofiarę niż sprawcę. Dziewczyna/kobieta się obroniła – nie było o czym mówić.

Historyjka, którą mam zamiar dziś opowiedzieć, świadczy nie tyle o mężczyznach, co o świadomości kobiet, wychowywanych wg ówczesnego standardu. W końcówce lat pięćdziesiątych, jeszcze przed ukończeniem 17 roku życia, zostałam studentką Uniwersytetu Warszawskiego. Z powodu wychowania, izolującego mnie od rówieśników i młodego wieku, miałam problemy z okazywaniem swojej woli w rozmaitych życiowych tarapatach, także w wypadku molestowania. Dziś mamy na to piękną nazwę: asertywność. Ponieważ nienazwane ponoć nie istnieje – trudno oczekiwać po dziewczynach tamtych czasów – dziś babciach 70-80 letnich – używania obecnych modnych tekstów i zagrywek. Nasze sposoby obrony były inne – spryt, oszustwo, wymyślanie historyjek i przekonywanie. Nie da się ukryć, iż ówczesny dar przekonywania mężczyzn, że nie powinni robić tego, co robią wbrew naszej woli, był wyznacznikiem siły i sprytu ówczesnych dziewczyn. Ja na przykład, otoczona kiedyś w odludnym miejscu przez zgraję poborowych, przekonałam ich, że mam chłopaka w wojsku i nie byłoby honorowo robić takie rzeczy koledze, również poborowemu. Ale powściągam swoją gadatliwość i wracam do zamierzonej opowieści.

W trolejbusie dowożącej studentki pod bramę UW (chyba 53) grasowali mężczyźni, wpychający łapy pod spódnice dziewcząt, studentek, w porannym tłoku. Pewna moja koleżanka z polonistyki zawołała kiedyś:

— Niech pan weźmie swe łapy stamtąd!

Byłyśmy oburzone. Porządna dziewczyna w obronie swojej integralności powinna wymykać się facetowi, nawet wysiąść wcześniej, na niewłaściwym przystanku, ale żeby tak zaraz, bez osłonek, zawołać publicznie i wulgarnie: STAMTĄD?! PRZYWOŁAĆ WSTYDLIWE MIEJSCE? O nie! porządna dziewczyna tak nie robi. Naszą koleżankę dotknął nasz ostracyzm. Nie byłą naszym zdaniem dziewczyną na właściwym poziomie. Prymityw, taki jak napastnik. i tyle.

Wcześnie (bo w wieku 14 lat)  przekonałam się, że rodzice mi nie wierzą i długo uważałam, że to ja jestem przeczulona i robię z igły widły. Dlatego też reagowałam, często nieadekwatnie do zagrożenia, albo usiłowałam sobie wmówić, że sytuacja jeszcze nie jest jednoznaczna na tyle, aby reagować, i dlatego przystępowałam do obrony czasem zbyt późno więc nadmiernie i histerycznie. W opinii chłopców, kolegów byłam kimś nieprzewidywalnym. Nie odzywa się, nie protestuje, a nagle rzuca się niespodziewanie z pięściami.

Moje pierwsze zetknięcie się z molestowaniem seksualnym, to pan doktor z rejonowej przychodni. Przekonał moich rodziców, że taka dziewczyna, ze swojej natury histeryczna (jak mu się jawiłam, jako wcielenie z opowieści o problemach macierzyńskich mojej mamy) wymaga specjalnej, prywatnej diagnostyki. Namówił moich rodziców, aby zapisali mnie do Pałacu Kultury na zajęcia z filatelistyki, które prowadził (a które mnie wcale nie obchodziły, pragnęłam zapisać się na malarstwo), a potem przekonał mnie, że rodzice zlecili mu, aby mnie zbadał. Zrobił to na zsuniętych krzesłach po zajęciach.

Uciekłam mu wówczas, gdy w wyniku „badania” odczułam ból i zaczęłam krwawić. Dziś wiem, że pozbawił mnie tak ważnej cechy identyfikującej porządną dziewczynę – dziewictwa. Opisałam to doświadczenie w powieści o dojrzewaniu, nagrodzonej główną nagrodą w konkursie literackim, ogłoszonym pod patronem Ministerstwa Kultury. Jednak historia kroczy swoją drogą, odmienną od doświadczeń ludzi (a zwłaszcza kobiet) Ich czasy się nie imają, baby to zawsze powód podśmiewania się – socjologiczny, polityczny i medyczny. Podówczas zmienił się prąd z lewicowego na prawicowy i wydawnictwo, wypłaciwszy mi stosunkowo wysokie odszkodowanie, odstąpiło od publikacji, Wszak był rok 1989. Osiągaliśmy wolność ( oczywiście rozumianą na swój, potem obowiązujący sposób). Mój świat zmienił się z lewoskrętnego na prawoskrętny i podobno tak powinno było być.

Tak, jak zapamiętałam tę historię dziś – najważniejsze znaczenie miał brak zaufania rodziców do mojej opowieści. To znaczy nie jest tak. iż uważali, że kłamię, ale usiłowali siebie samych przekonać, że coś tam konfabuluję, aby uniknąć obowiązku interweniowania i narażenia się władzy. Przeżyli II wojnę światową i chcieli żyć nadal. Warunkiem ich przeżycia było dostosowanie się. Lekarz z państwowej przychodni był taką samą władzą, jak każda inna władza komunistów. Własne dziecko lepiej było zakneblować, niż narazić się władzy. Pamiętam przeczytaną w dzieciństwie powieść o ludziach pierwotnych, brnących przez bagno, w ucieczce przed napastniczym, silniejszym plemieniem, gdy płaczące niemowlę mogło zdradzić pozycję uciekinierów. Matka dziecka po prostu zdjęła je z pleców i utopiła w bagiennej wodzie, żeby przestało płakać. Przeżycie plemienia było ważniejsze niż los jakiegoś niemowlaka.

Przeżycie w ówczesnych warunkach rodziny było ważniejsze niż odczucia nieważnej jedenastolatki, której pan doktor włożył ręce w majtki, pchając do oporu. Potem życie już mnie nauczyło, że sprawą przeżycia jest stosowanie uników, a nie otwarte przeciwstawienie się, co zrobiła w trolejbusie moja koleżanka.

Jeszcze raz przeżyłam traumę próby „dobierania się” do mnie (jak to nazywano wówczas), gdy w mojej pierwszej pracy, w Bibliotece Narodowej szef, docent doktor habilitowany, przewrócił mnie, pomoc bibliotekarza, na stertę książek przygotowanych do oprawy. Pierwszym, co nawinęło mi się wówczas pod rękę był ciężki, metalowy dziurkacz, którego użyłam. Nie zdziwicie się pewnie, że zwolniono mnie, a nie docenta doktora habilitowanego, przekonując, iż tylko mojej młodości i głupocie mogę zawdzięczać, że nie zawiadomiono prokuratora. W dodatku „dla mojego dobra” skłoniono mnie abym to ja wystąpiła z wypowiedzeniem. Mogłam przecież zabić tym człowieka!

Z tamtych, studenckich czasów zapamiętałam, że ogromne powodzenie wśród koleżanek mieli chłopcy – geje. Z takim można było porozmawiać, iść na tańce bez obawy. Mówiono: gej najlepszym przyjacielem dziewczyny.

Poniżej fragment mojej niewydanej powieści „Taniec kury”, opowiadający o molestowaniu bohaterki i podejściu do niego rodziców.

MeToo2

 

— Byłam w przychodni — powiedziała któregoś dnia matka — i poznałam bardzo sympatycznego lekarza. Kiedy dowiedział się, że mam córkę w twoim wieku, zaproponował, żebym zapisała ciebie do klubu filatelistycznego.

— Co ma lekarz do filatelistyki?

— Jest tam instruktorem czy kierownikiem, coś w tym rodzaju. Bardzo mnie namawiał.

— Mamo, po co mi filatelistyka? To zajęcie dla chłopców, zresztą nigdy mnie to nie interesowało. To nudne…

— Ty zawsze wybrzydzasz na wszystko. To jest nudne, tamto głupie… Jak można powiedzieć o czymś, czego się nie zna, że jest nudne? Powinnaś tam chodzić, młodzież musi mieć jakieś zajęcie, a nie łazić z kąta w kąt bez celu. Nie stać nas, żeby cię posyłać na języki, to zajmij się czymś innym, a nie głupstwami! Znowu nauczycielka skarżyła się, że nie uważasz na lekcji, bazgrzesz coś na kartkach pod ławką, a gdy ciebie pyta, to nie wiesz nawet o co chodzi. To wszystko z braku odpowiedniego zajęcia.

— Mamo, przesadzasz… Czy dostałam dwóję?

— Jeszcze by tego brakowało. Widać podpowiedzieli ci, o co pani pytała.

— To nieważne. Grunt, że odpowiedziałam.

— Z tobą są zawsze takie historie. Wszystko jest nieważne, wszystko głupie, a potem trzeba wydawać pieniądze na korepetycje.

Baśka zamilkła. Nie miała czystego sumienia w sprawie korepetycji. One zresztą też niedługo się skończą i będzie musiała całymi popołudniami siedzieć w domu. Z dwojga złego, już filatelistyka lepsza, chociaż można przejechać się do śródmieścia i z powrotem…

Ale to był beznadziejny pomysł. Znaczki i katalogi nudziły Baśkę, nie lubiła też lekarza, który prowadził kółko. Podchodził do niej zaglądając przez ramię w karteczki, na których bazgrała, stale o coś wypytywał, pokazywał trójkątne rarytasy, które wypadało oglądać z uwagą lub demonstrował zatarte stemple na kopertach, przystawione przy jakichś bzdurnych okazjach; po prostu jej przeszkadzał.

Na szczęście uważała, że nie musi się tu kryć z rysowaniem, jak w szkole lub w domu. Główki księżniczek, wróżek i czarownic dzięki temu zyskiwały swobodę i indywidualność, choć nie da się ukryć, że traciły na urodzie. Trochę przejmowała się jednak tym, że stawały się coraz brzydsze, choć nieudane księżniczki mogły zostać zamienione w czarownice, a zbyt piękne i dobre czarownice powędrować do innej bajki. Kilkoma pociągnięciami ołówka pragnęła zmienić dobrego człowieka w złego, nie odbierając mu urody, ale to czasem było ponad jej siły. Po sobie wiedziała, że brzydota idzie w parze ze złem, tylko ładne może być dobre, nie chciała więc o tym zbyt długo rozmyślać, tym bardziej, że miała także i pewne sukcesy. Ostatnio zaczęły udawać się jej przestraszone księżniczki, a jedna z nich bardziej udawała przestrach, niż naprawdę się bała. W każdym razie to było już coś.

Tylko lekarz przeszkadzał, no i reszta klubowiczów też. Dla Baśki mogliby sobie wszyscy gadać i oglądać swoje skarby, byleby jej tylko dali spokój. Teraz znowu przyczepił się jakiś chłopak:

— Nie lubisz znaczków?

— Co ci do tego?

— Głupia jesteś. Jeśli ci się to nie podoba, to po co przyłazisz?

— Widać muszę. Nie twoja sprawa.

— Wcale nie musisz tu siedzieć. Możesz sobie obejrzeć ogród zimowy.

— A warto?

— Jak komu. Tobie powinno się podobać.

Podobać się — to było mało! Niczego takiego do tej pory nie oglądała. Niech się schowają wszystkie oranżerie, o których czytała w książkach! Po środku sali  wyłożonej cielistymi kafelkami, z owalnego basenu tryskała fontanna, zwilżając wodną mgiełką palmy, oleandry i inne nieznane rośliny w wielkich donicach. Po kafelkach płużyły się fioletowe pnącza o włochatych, nabrzmiałych liściach, okręcały zwojami donice, wspinały się na trzeszczące jak w domu drewniane stopnie podestu okalającego basen i sunęły w skrętach wzdłuż filarów podtrzymujących galeryjkę biegnącą dookoła sali. Przez szklane szybki sufitu prześwitywała noc, ale w ogrodzie, dzięki ukrytym świetlówkom, był dzień.

W jednym z rogów sali i na balkoniku, do którego prowadziły drewniane, wąskie schodki, siedziało kilkoro chłopców i dziewcząt rysując węglem lub malując farbami czerpanymi wazową łyżką z wiader stojących nad brzegiem basenu. Stos arkuszy grubego, pakowego papieru leżał obok.

Inaczej wyobrażała sobie malowanie. Paleta, tubki, wachlarze pędzli — wszystko drogie i dla niej niedostępne — tutaj nie były potrzebne. W domu biały brystol wydzielali rodzice tylko na potrzeby szkolne z aptekarską dokładnością. Szarego papieru używała matka do wykładania półek w szafie, a gdy Baśka musiała obłożyć książkę czy zeszyt, dostawała już odmierzony i ucięty kawałek. Zeszytów nie wyrzucało się, jeśli nie były zapisane do końca; nawet gdy zaczynał się nowy rok szkolny trzeba było pisać w starych. Zostawało jej tylko ukradkowe wyrywanie kartek ze środków wszystkich szkolnych zeszytów, najpierw własnych, a potem, gdy matka zaczęła numerować strony, z ukradzionych koleżankom; wyciąganie korków z butelek stojących w spiżarce i przypalanie ich płomieniem — tyle zabiegów by mógł powstać przelotny rysunek.

Tu było wszystkiego w nadmiarze. Farba w wiadrach była zwyczajną, groszową farbą do malowania ścian, może dlatego nikt jej nikomu nie wydzielał; szary papier, gruby i szorstki leżał w stertach; każdy brał ile potrzebował, a gdy zmarnował, po prostu ciskał do kosza.

Odwiedzała ogród zimowy coraz częściej. Zaglądała do wiader z farbą, sprawdzając czy nie rozrobiono nowego koloru, zerkała w arkusze rozpięte na sztalugach. Potem wracała do znaczków, kopert i lekarza, choć przestała już rysować czarownice i uwięzione królewny, zbyt śmiesznie bowiem wyglądały na małych karteluszkach. Stale obiecywała sobie, że poprosi kogoś, aby pozwolił jej nabrać do słoiczka trochę farby i wyciągnąć ze sterty ogromny, szorstki arkusz, ale bała się, nie tego może, że jej odmówią, ale że na tej ogromnej płaszczyźnie, której nikt nie podzieli na mniejsze kawałki, nie powstanie nic poza bezsensowną plątaniną kolorów i zacieków. Nie wiedziała też, co chciałaby namalować i to ją przerażało. Wszyscy dookoła zdawali się wiedzieć, do czego zmierzają — wszyscy, z wyjątkiem niej.

Kiedyś pan od malarstwa sam zaproponował, żeby spróbowała. Tak zaczęła przychodzić do malarzy . Chodziła raz w tygodniu, tylko w te dni, gdy miała zajęcia w klubie filatelistycznym, ale żałowała, że nie może przychodzić co drugi dzień, jak wszyscy. Niestety matka sprzeciwiła się:

— Stanowczo zbyt dużo czasu zajmuje jeżdżenie do śródmieścia, poza tym zapisałaś się do klubu filatelistycznego i powinnaś tam przede wszystkim chodzić. Pan mówił, ze uciekasz stale na malarstwo. To nieuczciwe. Możesz czasem pójść porysować, jeśli się skończą wcześniej zajęcia, ale przyjęte zobowiązania są najważniejsze.

— Mamo, filatelistyka mnie nudzi…

— Musisz wytrzymać choćby do końca roku. Wykupiłam ci abonament, a to kosztuje. Jakby to zresztą wyglądało, gdybyś nie doczekała do końca roku i wypisała się! Dziecinne i niepoważne!

— Oj, mamo, to są zajęcia nieobowiązkowe, to nie szkoła, że muszę i koniec.

— Całe życie jest szkołą. Charakter trzeba ćwiczyć w sobie od dziecka. W przyszłym roku zobaczymy, na razie niech będzie tak, jak jest. Pamiętaj, że życie nie składa się z samych przyjemności.

*

         Lekarz powiedział Baśce, aby pozostała w sali chwilę po zajęciach.

— Twoja mama chciała, żebym cię zbadał — oznajmił. — Rozbierz się, a ja za chwilę wrócę.

Baśka czuła się niezręcznie zdejmując ubranie w dużej sali, między  rzędami stołów o blatach pokrytych zielonym suknem, ustawionych w podkowę i wyściełanymi, urzędowymi krzesłami, z orłem i dwoma portretami po boku na ścianie, a nie w małym, lakierowanym na biało gabinecie lekarskim. Uważała jednak, że jej opory są śmieszne i dziecinne, choć świadomość ta nie zmniejszała wcale niechęci do badania. Jednak to mama prosiła pana doktora, nie może więc wygłupiać się jak małe dziecko. Zdjęła bluzkę i halkę, pozostając tylko w staniku i spódniczce, w nadziei, że to wystarczy.

Lekarz wszedł do sali pośpiesznie, nie zwracając prawie na nią uwagi i powiedział:

— No, panienko, spódniczkę i stanik też, szybciutko, bo już późno!

Lekarz — filatelista (jak trudno oddzielić od siebie te dwa zajęcia i filatelistę zacząć traktować jak lekarza) nasłuchiwał przykładając ucho i kawałek drapiącej, rudej brody do jej pleców i piersi, jak lekarze na starych filmach, nie posługujący się słuchawkami. Pomyślała, że musiał być niedawno na obiedzie, do brody bowiem przylgnęło mu kilka ziarenek ryżu, budzących podobny wstręt, jak widok białych gnid na ciemnych włosach jednej z koleżanek.

Tymczasem rudobrody zajrzał jej do gardła, obmacał zimnymi, nieprzyjemnymi palcami głowę za uszami, ugniatał sutki piersi i kazał powiedzieć, gdy zaboli. Baśce coraz mniej podobało się to badanie, było w nim coś niepokojącego, czekała więc niecierpliwie, żeby jak najprędzej się skończyło, jakby niejasne obawy mogły stracić swoją moc, gdyby czas przyspieszył biegu.

Myślała, że już po wszystkim, ale lekarz kazał zdjąć jej majtki (dolną bieliznę — uczyła ją mówić matka, więc nie przyzwyczajona do nazywania tak bez osłonek dziewczęcej garderoby czuła się jeszcze bardziej nieswojo) i położyć się na zsuniętych w rząd krzesłach. Obmacywał jej brzuch i obejrzał bliznę po wyciętym wyrostku, mrucząc coś o rozstępach, ugiął jedną, a potem drugą nogę w kolanie, przyciągając ją silnie do bioder i pytając, czy nie boli z boku lub w krzyżu. Tak badali ją w szpitalu przed operacją, ale majtek nie kazali zdejmować — a to coraz bardziej ją niepokoiło. Tymczasem lekarz uniósł jej nogi pionowo w górę, jak przy świecy lub nożycach i kazał rozsunąć je możliwie najbardziej na boki, nie uginając ich w kolanach.

Nagły, ostry ból między nogami poderwał Baśkę. Spadła z krzeseł, ale poderwała się natychmiast, schwyciła swoje rzeczy i półnaga pobiegła przez pusty o tej porze korytarz do łazienki. Trzęsła się cała ubierając, ze zdenerwowania, z bólu i ze strachu, co powie matka, że uciekając lekarzowi, tak okropnie się zachowała. Nawet nie mogła płakać. Pełna była wątpliwości i wstrętu do siebie, a także niewytłumaczonej urazy do matki. Nabierała w dłonie zimnej wody z kranu, ochlapywała bolące miejsce i czekała, aż przestanie krwawić. Pomyślała, że badanie nie powinno powodować krwawienia, nawet gdyby była dorosła, też by chyba się wystraszyła, ale jak wytłumaczy to wszystko matce, skoro sama nic nie rozumie? Pragnęła umieć mówić tak jak matka — wszystko było proste, jasne i oczywiste; przy każdej okazji znajdowały się pasujące do niej słowa jak: życie nie składa się z samych rozkoszy , człowiek uczy się przez całe życie , najlepszą szkoła jest bieda , dziewczynę do czasu pilnuje matka, a potem mąż i tak dalej. Wszyscy dorośli tak mówią i myślą: tego nie wolno, tamto należy pochwalić, to jest godne potępienia; to jest dobre, a to złe, to nieprzyzwoite a tamto dziecinne.

U niej myśli były zawsze poplątane, nigdy niczego nie była pewna, nawet gdy do czegoś już się przekonała, gdy zaczynała o tym mówić, w myśli pojawiały się coraz nowe wątpliwości. Jak nazwać to, co powinno się potępić, a chce się pochwalić? Jak określić coś innego, co wszyscy chwalą, a w niej budzi sprzeciw? Ciągłe pytania i pytania, mnożą się jak muchy w upale, a tylko matka zna na nie odpowiedzi. Ona sama, bez jej pomocy, plącze się natychmiast w swoich myślach, na żadne pytanie nie potrafi znaleźć odpowiedzi właściwej, w kilku słowach zawartej. Jeżeli nawet znajdzie — okazuje się, że nie jest prawidłowa, co matka i inni dorośli bez trudu potrafią wykazać. Nie może więc liczyć na swoje rozeznanie w jakiejkolwiek sytuacji w życiu. Powinna się słuchać bezwzględnie matki, ale jest nieopanowana i zbyt trudno jej to przychodzi.

Tak jest i teraz: czy postąpiła  właściwie, czy uciekła; czy okazała się dziecinną idiotką i co z dwojga złego jest gorsze; powiedzieć o wszystkim mamie, czy to ukryć, czy lekarz oskarży ją przed matką — wtedy lepiej powiedzieć samej — czy może nie będzie taki wredny i nic jej nie powie — a wtedy lepiej wszystko ukryć. Jeżeli jej jednak wszystko opowie, jak wytłumaczy, że kilka ziarenek ryżu w rudej brodzie wywołało to wszystko?  — Ludzi nie ocenia się po wyglądzie — mówi matka. Co prawda gani niechlujstwo, ale także powiada: — Co wolno wojewodzie, to nie tobie kasztelanie (było: smrodzie, ale matka smroda przerobiła na kasztelana, bardziej strawnego dla uszu panienki). Zresztą nie o niechlujstwo tu chodzi, ale o co, tego sam diabeł nie wie. Cokolwiek powie matce na swoje usprawiedliwienie, będzie bez sensu, ponieważ pewna była, że jest winna, nie wiedziała tylko, czym zawiniła, ale jakkolwiek by się nie starała, najczęściej postępowała źle. Nie trzeba było wyrzutów matki, żeby to rozumieć, lepiej więc ich uniknąć.

Kafelki posadzki przejmowały chłodem, zimna woda ściekająca po nogach wywoływała gęsią skórkę, tylko twarz paliła, a w gardle zasychało, jak w gorączce.

Tramwaj zakręcał na pustej pętli z przeraźliwym zgrzytem. Tego zgrzytu słuchała zawsze leżąc w łóżku; przejmował ją nieprzyjemnym dreszczem, teraz jednak dźwięk ten był jej bliski, choć stała dopiero na przystanku, przenosił ją do domu, pod kołdrę, gdzie wszystko nieprzyjemne jest poza nią, gdzie można odpływać powoli do swojej jaskini pewnym siebie i otaczającego świata, gdzie każde dotknięcie trafia na znajomą przestrzeń wyłożoną niedźwiedzim futrem, na drewniany zydel i pryczę pokrytą szorstką narzutą, jeżeli tylko tak daleko chciałaby wyciągnąć rękę, by wysunąć ją spod rzeczywistej kołdry.

Po cichutku weszła do mieszkania i przytuliła się całym ciałem do pieca. Najgorsze dopiero ją czeka. Marzyła, żeby wejść zaraz pod kołdrę, ale nie byłoby to naturalne; matka zawsze przed  snem musiała ją o wszystko wypytać: co się zdarzyło, ważne czy nieważne, kogo widziała, z kim rozmawiała i o czym, czy był tłok w tramwaju — taki miała już zwyczaj i choć uciążliwy, dotąd w Baśce nie budził sprzeciwu. Tym bardziej dzisiaj, wszystko powinno być jak zwykle.

— Coś taka czerwona ? — spytała matka.

— Biegłam od tramwaju i zgrzałam się — odpowiedziała.

— Nie jesteś wcale zdyszana. Popatrz mi w oczy! Czerwienisz się. Musiałaś coś zbroić. Natychmiast masz mi powiedzieć!

Baśka próbowała wykręcić się, ale nie umiała wymyślić nic sensownego, uparła się więc, że to są jej osobiste sprawy i nic nie powie. Matka krzyczała na nią, ojciec sięgnął po pas. Przeklinała swoje tchórzostwo, ale ustąpiła, gdy w końcu matka zmieniła ton.

— Jeśli nic złego nie robiłaś, jak twierdzisz, czemu nie chcesz mi powiedzieć? Czy warto za nic wziąć w skórę? Rodzice są starsi, rozsądniejsi od ciebie i przede wszystkim twoje dobro mają na uwadze. Chcemy dla ciebie jak najlepiej, bardzo cię kochamy, jesteś naszym pierwszym dzieckiem i aż wstyd się przyznać, kochamy cię bardziej, niż twoją siostrę. Śmiało możesz nam o wszystkim powiedzieć; to, co dla ciebie jest wielkim problemem, może być błahą sprawą, z której każdy dorosły znajdzie wyjście natychmiast i bez trudu. Proszę, powiedz, uspokoisz się, a my już coś wymyślimy, żeby pomóc ci wybrnąć z kłopotu.

Jak ci powiem., to będziesz na mnie krzyczeć…

— Skądże! Popatrz, wcale nie jestem zdenerwowana, rozmawiam z tobą zupełnie spokojnie, daleka jestem od tego, żeby się złościć. Poza tym, nie krzyczę na ciebie, tylko mówię podniesionym głosem, wyrażaj się odpowiednio. Tylko kłamstwa wyprowadzają mnie z równowagi. Najgorsza prawda lepsza jest niż wykręty. Ze szczerym człowiekiem można szczerze porozmawiać, wszystko sobie wyjaśnić i dojść do porozumienia. Nie garb się! No, słucham cię…

Cała czerwona, plącząc się i jąkając, jak zawsze w chwilach, gdy zapomniała o wskazówkach pani z poradni leczenia wad wymowy, powiedziała, że lekarz ją badał, a ona mu uciekła.

— Jak to mu uciekłaś? Dlaczego? Czemu niegrzecznie się zachowałaś, coś ci powiedział?

— Nie… Zabolało mnie…

— G d z i e   cię zabolało?!

— Nnno… Tam…

Matka poderwała się z krzesła i krzyknęła do ojca:

— Natychmiast powinieneś pójść i zrobić mu awanturę. Jak on śmiał! Prosiłam go, żeby ją zbadał, ale nie   t a k !

Ojciec był zakłopotany i zły, jak zawsze, gdy czegoś od niego żądano.

— Uspokój się, nie wariuj! Skąd wiesz, czy wszystko, co ci mówi, jest prawdą? Ona ciągle coś zmyśla… Czy pamiętasz, jak opowiadała ci, gdy była mała, że zabiła siostrę, a potem ją uzdrowiła?

— Nie wykręcaj się! To było dawno. Teraz ma czternaście lat i chyba jest już na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że człowiek odpowiada za to, co mówi.

— Ja tylko mówię, że nie wolno się spieszyć. Każ jej opowiedzieć wszystko po kolei, dokładnie. Potem się zastanowimy.

— Mamo, ja nie mogę opowiedzieć wszystkiego dokładnie, nie pamiętam już, jak to było…

— Jak to nie pamiętasz? Nie kłam i nie zasłaniaj się krętactwem. Kazał ci się położyć, czy stać?

— Położyłam się.

— Sama, czy ci kazał?

— Nie pamiętam…

— Gdzie się położyłaś?

— Na krzesłach.

— Ubrana?

— Nie.

— To czemu nie opowiadasz, jak się rozebrałaś? Kazałam ci mówić wszystko dokładnie od początku! No, kazał ci rozebrać się i co dalej?

— Badał mnie.

— Jak?

— Normalnie.

— I co?

— Nic.

— Znowu kłamiesz! Widzę po twoich oczach, że coś ukrywasz. Mów natychmiast, co więcej z tobą robił!

— Naciskał.

— Gdzie naciskał?

— Na plecach, za uchem, piersi…

— A ty stałaś i nie protestowałaś?! Przecież wiesz, że lekarz nigdy tak nie bada, żeby naciskać piersi!

— Nnno… Wydawało mi się, że coś nie tak… Ale on powiedział, że prosiłaś go sama, żeby mnie zbadał…

— To swojego rozumu nie masz? A może to ci się podobało, takie badanie, przyznaj się! Jeszcze dzieckiem byłaś, gdy złapałam cię, jak kiedyś pod kołdrą…

Wtrącił się ojciec:

— Przejdź do rzeczy, to są dygresje.

— Ty mnie nie będziesz uczył, jak mam z własną córką rozmawiać! Czy ty się w ogóle interesujesz dziećmi? Nic cię nie obchodzi, tylko twoje rybki i twoi koledzy. I co dalej było? Wyprostuj się, patrz na mnie , a nie na podłogę!

— Kazał mi zdjąć wszystko z siebie…

Matka podniosła ręce do czoła.

— Ależ mamy idiotkę córkę!

— Mamo, przecież to lekarz, jak mogłam mu się sprzeciwić? Zawsze mówisz, żebym kierowała się nie odruchem, tylko rozsądkiem.

— Ale to jest internista! Czy jakiś internista kazał ci kiedyś zdejmować dolną bieliznę?

— No nie, ale naciskał brzuch. Myślałam, że to po to, by było wygodniej…

— Popatrz — zawołała matka do ojca — ta jeszcze się przejmuje, żeby mu było wygodniej! Tak, to  wszystkimi nieprzyzwoitościami się interesuje, książki z twojej biblioteki podkrada, a jak co do czego, to myślałby ktoś, że taka naiwna i niedoświadczona. No, moja droga, mnie już nie oszukasz!

Popatrzyła surowo na córkę, po czym ciągnęła:

— Wczoraj spotkałam pana Wielowskiego… Jak siedzisz, kolana ci widać! Mówił, że widział ciebie szepczącą z jakimś chłopakiem w bramie, a gdy go zobaczyłaś, zamiast się ukłonić, schowałaś się przed nim do środka.

— Mamo, to nieprawda. Byłyśmy z Jolką. Żegnałyśmy się po szkole, pod jej blokiem. Tam nie ma żadnej bramy, tylko od razu klatka schodowa… Przechodził pan Wielowski i wtedy go zauważyłam, ale odwrócił głowę, splunął i nie odezwał się. Może mnie nie zauważył?

— Jak to cię nie zauważył, kłamczucho jedna, skoro mi wszystko powiedział? No, wytłumacz mi tą sprzeczność! To poważny człowiek, żeby kłamać o jakiejś smarkuli. Musiało być tak, jak on powiedział, a nie jak ty mi usiłujesz wmówić!

— Może się pomylił, Jolka teraz nosi spodnie.

— Też pomysł, żeby dziewczynie pozwolić nosić spodnie! Za młoda jeszcze na to. Ma jeszcze czas. Zawsze zdąży zacząć. Ale jak ktoś ma ojca pijaka…

— Ale ona miała spodnie od dresu, nie marynarskie…

— Tym bardziej. Wszystko widać w takich spodniach.

— Nie wierzysz mi?!

— Jak mam komuś wierzyć, to człowiekowi poważnemu, na stanowisku, a nie takiej smarkuli kłamliwej!

Znowu wtrącił się ojciec.

— Nie odbiegaj od tematu…

— Słucham, mów — nalegała matka. — I co dalej?

— Nic.

— Jak to nic? Więc o co ta cała historia?! Leżałaś na krześle i co dalej?

— Uciekłam.

— Ale zanim uciekłaś, co on zrobił?

— Podniósł moje nogi do góry i…

— I co?

— No wiesz…

— Nic nie wiem, ty wstrętna kłamczucho!

— Nie powiem.

Koścista pięść matki wylądowała na głowie Baśki.

— Nie zmuszaj mnie do bicia ciebie, jesteś zbyt duża, a sprawa jest za poważna. Masz w tej chwili powiedzieć dokładnie, co zrobił!

— Wsadził palec…

— Palec, czy coś innego?

— Nie wiem.

— Ty głupia idiotko! Jak możesz nie wiedzieć, wstrętna hipokrytko? Ubrany był?

— Oczywiście, że był ubrany.

Rodzice popatrzyli na Baśkę. Ojciec powiedział:

— Takie rezultaty daje twoje wychowanie. Nie wiemy w końcu, czy mamy córkę głupią, czy nieuczciwą. Przyznam, że i jedno i drugie niezbyt miłe. — I zwracając się do Baśki, warknął:

— Wyjdź teraz. Zawołamy cię, kiedy porozmawiamy.

Baśka poszła wymiotować do łazienki. Żołądek miała już pusty, ale gdy tylko stanęły jej przed oczami ziarenka ryżu w rudej brodzie, skurcze zaczynały się na nowo, aż w końcu lał się z gardła wstrętny, zielonkawy śluz. Gdy rodzice zawołali ją, matka powiedziała:

— Teraz przysięgnij, że mówiłaś prawdę.

— Więc mi nie wierzysz?

— Chciałabym, ale sama powiedz, czy tobie można   z a w s z e   wierzyć? W zeszłym tygodniu dostałaś dwóję z łaciny i nie powiedziałaś mi. Jechałaś tramwajem na gapę i złapał cię kontroler. Dopiero mama Zosi powiedziała mi, że od jej córki pożyczyłaś na mandat. Czy takiemu człowiekowi można wierzyć? Ojciec pójdzie i zrobi lekarzowi awanturę, a on powie, że to wszystko sobie zmyśliłaś. Zresztą opowiadałam mu kiedyś, jakie mam kłopoty z tobą i że masz bujną fantazję. Na pewno to wykorzysta i od razu wypomni mi wszystkie twoje wady. A ja, czy mogę mu przysiąc z ręką na sercu., że nigdy nic nie zmyśliłaś? W jakiej sytuacji mnie stawiasz?

Ojciec dodał:

— To poważna sprawa; zniesławienie kogoś grozi więzieniem.

— Ja tego naprawdę nie wymyśliłam!

— Tak ci się wydaje. Ale czy jesteś tego pewna? Czy możesz przysiąc, ze nic nie dodałaś, że nic nie podbarwiłaś, że nie przestraszyłaś się bez powodu? Jeśli komuś coś się zarzuca, trzeba mu to udowodnić.

— Co ojciec mu odpowie — dodała matka — gdy oświadczy, że wszystko sobie zmyśliłaś? Zwymyśla ojca.

— Kto wie, czy nie będzie miał racji — oświadczył ojciec. Baśka powiedziała:

— Więcej nie pójdę na tę cholerną filatelistykę!

— Jak ty się wyrażasz! — krzyknęła matka. I dodała już spokojniej:

— Nikt ci nie każe, możesz chodzić na to swoje malarstwo. Tylko raz w tygodniu, nie częściej.

Ojciec zatrzymał ją w progu.

— A może o to ci chodziło, żeby nie chodzić na filatelistykę, tylko na malarstwo? Sama sobie odpowiedz na to w twoim sumieniu.

Baśka wybuchła płaczem i pobiegła wymiotować do łazienki. Słyszała przez drzwi, jak matka powiedziała:

— Daj jej spokój, taka wyrafinowana, to ona już chyba nie jest… Choć gdyby chciała coś wymyślić, lepiej by tego nie mogła zrobić…

— Idźcie sobie, muszę popracować, obie jesteście histeryczki!

Wieczorem matka spytała:

— Nie masz zakrwawionej dolnej bielizny?

— Nie — powiedziała Baśka odwracając głowę i modląc się, żeby matka nie odgadła z jej rumieńca, że kłamie.

 

Asymetria istnienia

Mam za zadanie, na czyjąś sugestię, napisać coś na temat asymetrii istnienia. Od razu zastrzegam, że jest to wyznanie osobiste, a nie teoretyczne. Wszelkie modne teorie duchowe jakoś nie przemawiają do mojej osoby. Czytam czasem, nie wywołujące większego odzewu w mojej głowie, prace popularnych teoretyków duchowości, i jedyne, co w nich odnajduję, to jakieś prymitywne echa teorii filozoficznych, na tyle znanych, że katowano nimi młodzież na studiach. Nie widzę żadnej oryginalności w pracach większości guru współczesności, nie tylko takich kontrowersyjnych autorytetów, jak Osho albo inni przekręciarze, ale nawet uznanych autorytetów, nad którymi pochylają się uznani, współcześni filozofowie. Zazwyczaj są to nowe, urokliwe klasyfikacje czegoś, odpowiadające niewątpliwie na ludzkie zapotrzebowanie porządkowania świata, ale jak wszystkie klasyfikacje, nie dające żadnych odpowiedzi na żadne, istotne pytania.

Postanowiłam więc ignorować wszelkie książkowe teorie i zająć się własnymi pomysłami. Pewnie nie są oryginalne, ale są przeżyte, odciśnięte na własnej skórze – jak się dawniej mówiło. Nie wiem, czy jestem już na nie gotowa, ale nie mam zbyt wiele czasu, żeby je przetrawiać, puszczę więc wśród ludzi niedopracowane, kulawe, jak ja sama zresztą. Zapraszam, może ktoś zrobi z nich coś bardziej sensownego.

Pierwsze i najważniejsze, co zauważam we wszystkich cudzych przekazach to fakt, że są płynne – nawet te najbardziej przed wiekami przemyślane i dopracowane, w naszych czasach zyskują nowe, niespodziewane oblicze. Wygląda na to, że oryginalność przebija sensowność i doświadczenie. W pewnej reklamie usłyszałam: jakiś produkt jest dobry, tobie z nim jest dobrze, więc jesteś dobry. Przeciwstawienie dobro/zło może więc ewoluować na wyżyny wzmożenia intelektualnej czkawki, aż igranie z jakąś myślą, przeobrazi się w pewnik. Podobnie, jak dla zwykłego zjadacza chleba, za sprawą bankowych reklam, przestają mieć znaczenie prawne różnice między pożyczeniem, a wypożyczeniem (gdzie trzeba oddać konkretną, identyfikowalną rzecz, a nie jej obliczoną — czasem dowolnie — wartość); tak i wkrótce łatwo będzie można udowodnić, iż dobro w tobie pochodzi wyłącznie z dobrych przedmiotów, które konsumujesz. Skutkiem takich umysłowych nagięć, pojęcie symetryczności przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, zwłaszcza jeśli dotyczy naszych stosunków i innymi ludźmi i innych ludzi z nami. Ty jesteś zły – powiemy wkrótce, bo masz złego kroju ubranie, używasz złego szamponu i ogólnie rzecz biorąc jesteś brzydki i źle zaprojektowany.

Moje poczucie asymetrii istnienia ma więc podbudowę w społecznym trendzie, choć gra odbywa się w moim wnętrzu, a nie w tyglu stosunków z innymi.

Piotr Jaczewski w swoim ostatnim tekście omawia teorie przekonujące nas, że mechanizmy ewolucyjne w naszych ocenach moralnych i powiązanych z nimi emocjach, wzięły się z ewolucji sześciu przeciwstawień: troska/krzywda, sprawiedliwość/oszustwo, lojalność/zdrada, autorytet/bunt, świętość/upodlenie, wolność/ucisk — mające moc skłaniania nas do wartościowania różnych obiektów; uznawania ich za pożądane bądź nie, co ma istotne znaczenie dla spójności grup. Wnioskuję więc z tego, iż dla zapewnienia tej spójności nie jest konieczne to, co uważamy za moralne, bądź nie, a nawet to, czy ma lub miało jakiś związek z naszą egzystencją, jako człowieka i jego dążeniem do przetrwania. W świetle powyższego, bezsensowne myślenie może podobnie silnie łączyć, jak wielowiekowe, spójne i sprawdzone przekonania. (co zresztą dzieje się każdego dnia na naszych oczach).

Może więc powinniśmy więcej myśleć o asymetrii naszego świata zewnętrznego i wewnętrznego, jako antidotum na coraz większe ławice zatapiających nas, rzekomo symetrycznych głupstw?

Po tym, nieco przydługim wstępie, tak usprawiedliwiona, zajmę się osobistym doświadczaniem asymetrii.

Taki człowiek, jak ja, cieleśnie dzieli się w swoim odczuciu na 4 ćwiartki – prawą przednią i tylną oraz lewą przednią i tylną. (Ktoś inny może dzielić się na górę i dół, ale ja poprzestanę na własnych odczuciach) Jestem leworęczna, więc wiem, że prawa strona mojego mózgu zawiaduje lewą stroną mojego ciała jak chce i potrafi. Skutkiem tego ta lewa strona jest lepsza, dokładniejsza, precyzyjniejsza, ale i bardziej wrażliwa; zaś prawa, stanowiąca jej wsparcie – silniejsza, bardziej stabilna i niezłomna. Kiedy jeszcze studiowałam i przeżywałam stresy egzaminacyjne, zdarzało mi się, że lewa noga popadała w jakieś drżenia i dygoty i tylko dzięki prawej nodze i prawej ręce udawało mi się wejść do pokoju i usiąść naprzeciwko egzaminatora. Potem już przejmowała władzę prawa strona mojego mózgu, z wirówki myśli, wiadomości i przekonań, wyławiająca i wyciągająca za uszy na wierzch autorskie kompozycje, mające stanowić odpowiedź na zadane pytanie.

Tak byłam przyzwyczajona uważać przez wiele lat, że stan ten traktowałam jako normalny i nie widziałam w nim żadnej asymetrii. Starość, oczywiście, zaczęła prostować moje błędne mniemania, jednocześnie pozwalając udowodnić rzeczywistość, na przykład za pomocą zdjęć rentgenowskich. Wykazały one, że moja prawa połowa jest bardziej zużyta, pokręcona, starta i wyświechtana, co świadczy dowodnie o tym, że wspieranie bardziej szkodzi, niż samodzielne, egoistyczne działanie.

Oczywiście zniosłam dzielnie tę wiedzę i wyciągnęłam z niej praktyczne wnioski, wspierając z kolei tę słabszą stronę, a ciężar egzystencji przekładając na silniejszą (np. zajmując się porannym pisaniem, a nie uprawianiem porannego biegania). Przez jakiś czas było to doskonałe, praktyczne wyjście z rozmaitych życiowych dylematów; jednak okazało się ślepą uliczką.

Wszystko skomplikowało się za sprawą leczenia. Wówczas okazało się, że większe obciążenie jednej strony, powoduje przeciwwagę w drugiej stronie. Tak więc za sprawą jakichś tam przyczepów mięśniowych w dwóch przednich ćwiartkach, powstawały dodatkowe ogniska bólu w ćwiartkach tylnych (niezależnie od bóli zlokalizowanych w środkach stawów). Ponieważ różne zastrzyki mają różny okres działania (od miesiąca do roku) i z uwagi na skutki uboczne ostrzykiwania bolących miejsc, iniekcje podzielone są na cztery etapy, dokonywane w tygodniowych odstępach, zaczęłam odczuwać swoje cztery ćwiartki, jako samodzielne twory natury. Ich związek z moim mózgiem i moim myśleniem okazał się jeszcze bardziej skomplikowany, niż oczekiwałam. I te odczucia zapoczątkowały moją refleksję o asymetrii istnienia.

Porzucam teraz sprawy fizjologii i przechodzę na etap wtórnych oddziaływań.

Moja prawa tylna ćwiartka pragnie aktywności, ale prawa przednia najchętniej zapadłaby w fotel. Obie lewe wolałyby się położyć na płasko, ale prawa półkula mózgu okres tego wypoczynku chciałaby wykorzystać na snucie pewnych dywagacji, które w danym momencie uważa za tak niesłychanie istotne, iż odwleczenie ich zapisania, może zburzyć całą myślową konstrukcję. Niestety, siedzenie przy komputerze, to nie leżenie; wszystkie ćwiartki protestują, woląc już poruszanie się, niż zastygnięcie w niekorzystnej pozycji. Moja osoba podejmuje więc wyprawę do kuchni. celem zrobienia sobie herbaty i tu napotyka na kolejne trudności. Dla utoczenia wody z baniaka należy pozbawić lewą ćwiartkę podparcia (wszak lewa ręka musi zająć się pompką, a nie wspieraniem prawej nogi za pośrednictwem chodzika). Za chwilę jednak, to prawa ręka musi sięgnąć po elektryczny czajnik, otworzyć przykrywkę , a prawa przybić jego zamknięcie uderzeniem pięści (taka już natura tego czajnika). Obie nogi protestują solidarnie, a ich protest znajduje odzew w zwojach mózgu. Jedna jego połowa pożąda życia oderwanego od rzeczywistości, druga zaś woła o trzymanie się realiów. Pojawienia się w otoczeniu jakiegoś gościa, a zwłaszcza gościa uważającego moje 4 ćwiartki za jedną osobę (zupełnie normalną, jak wszyscy wokół) prowokuje wybuch żalu i pretensji. Asymetria ciała przekłada się na asymetrię istnienia. Cieszę się z wizyty, ale płaczę wewnątrz, że nikt mnie nie rozumie. Rozczulam się nad sobą, ale nie okazuję tego, bowiem gość mógłby wziąć nogi za pas i któż zapewniłby mi dopływ nowych wrażeń?

Wynoszę się więc z herbatą na fotel, a moje myśli krążą wokół tego, co bym jeszcze zrobiła, gdybym nie musiała siedzieć w fotelu. Może herbata była za słabym wyzwaniem? Może należałoby spróbować zagnieść ciasto i zrobić pierogi? Ale protestuje ćwiartka lewa. Źle się czuje na stołku na kółkach, jeżdżącym po kuchni, zaś przeniesienie pracy na stół w jadalni, zasypie podłogę mąką, której sprzątnięcia odmawia każda z moich ćwiartek. Prawa połowa mojego mózgu kusi, że mogłabym, lepiąc te pierogi, osiągnąć kilka korzyści na raz: ćwiczyć palce, posłuchać nagrań wykładów z astrologii, na które nigdy nie mam czasu, zaś lewa część mózgu przywołuje ją do porządku.

— Zawsze, gdy czegoś słuchasz, masz jakieś przemyślenia i na ogół potem o nich zapominasz, bo nie zapisałaś na czas. Lepiej więc nie słuchaj, nie kombinuj, nie będziesz musiała zapisywać i brudzić paluchami po mące klawiatury komputera. Już jest wystarczająco zasyfiona, a do sklepu po nową przecież nie pójdziesz! W dodatku te twoje pierogi są coraz mniej foremne. Daj se spokój, kobieto!

Na tym polega moja asymetria istnienia.

Dlatego, moim zdaniem nie ma sensu dzielenie świata na jakiekolwiek symetryczne części; jest on zdecydowanie asymetryczny. Tylko nie wszyscy o tym jeszcze wiedzą.

http://www.rp.pl/artykul/75248-Rozebrana–rozlozona-na-lopatki-i–nozki.html

Późnopaździernikowe koszmary

T.S. Eliot napisał kiedyś w pewnym wierszu, prześladującym mnie od wczesnej młodości: „Najokrutniejszy miesiąc kwiecień, kojarzy pożądanie z pamięcią”. Dla mnie takim miesiącem od zawsze jest październik. Tak jakoś jest, że październik zawsze przynosił mi złe wieści. Na starość stawy w październiku zawsze bardziej bolą, odłączanie złudzeń, podobnież. Możliwe, że to sugestie dobrych ludzi, żebym wybrała się z nimi na cmentarz lub obejrzała nowe stroiki na grób (który kiedyś będzie moim) przywołują ten miesiąc przed czasem grobów. Na szczęście nie przyjdzie im do głowy, iż w listopadowe święto nie wpuszczają na cmentarz samochodów, więc mam łatwą wymówkę: poczekam aż mnie tam zaniosą. Wybór, czy mają w moim imieniu zanieść kwiaty żółte czy fioletowe, nie budzi we mnie chęci podejmowania decyzji. Z moim zmarłym mężem wiedzieliśmy, że żółty to kolor zazdrości, a fioletowy, umiarkowanego smutku. Czy po dziesięciu latach od czyjejś śmierci ma znaczenie fakt, że kiedyś nie życzyłam sobie na jego grobie żółtych kwiatów (których i on nie lubił), czy jeszcze wścieka mnie stawianie z uporem maniaka ich przez osoby, które i po jego śmierci miały roszczenia do jego pamięci? Czy ważne jest, że znicz jest taki czy inny, a kwiaty są w doniczce czy cięte? Śmierć po jakimś czasie wycisza żale i resentymenty, które nasza kultura usiłuje bezsensownie pielęgnować. Byłam dobrą żoną, więc pół emerytury spędzam na pielęgnowaniu jego grobu – tak sądzi wiele wdów. W snach mój zmarły mąż milczy poza tym, że niedawno przypomniał mi iż nadal jest moim mężem (zresztą nie słowami, a na piśmie, na wielkiej tablicy swoistego tabletu).Chyba mu nie chodziło zresztą o wystrój grobu. Jego prawo. Szkoda, że nie mogę przedyskutować z nim tego twierdzenia. Pamiętam opowiadanie Czechowa, w którym zmarli na cmentarzach rozmawiają ze sobą do czasu, aż ich funkcje życiowe całkowicie zamrą i rozmowy przekształcą się w niezrozumiałe mruczenie. Jeśli rozmawiają nadal, to ich rozmowy jednak nie są dostępne postronnym. Inna rzecz, czy są w stanie powiedzieć jeszcze coś nowego, czego byśmy nie wiedzieli po wieloletniej z nimi znajomości?

20161026_102430

Tej nocy śniły mi się najgorsze rzeczy, jakie mogłyby mi się aktualnie przytrafić. Firma dostarczająca nowe akumulatory do mojego jeździdła, (która wcześniej gdzieś je zasiała, a potem dostarczyła przed szóstą rano w dzień wolny od pracy, budząc mnie jazgotliwym dźwiękiem domofonu) wcisnęła mi akumulatory zbyt duże do istniejących gniazd (co okazało się prawdą, ale na szczęście dały się jakoś upchnąć), złośliwy sąsiad w nocy wyprowadził z korytarza mój wózek i chodzik, jako zbędnie tarasujące jego pusty karton po telewizorze, zostawiając podłej treści kartkę na mojej klamce, wsparte jakąś psychiatryczną diagnozą, wskazującą mi na konieczność zgromadzenia środków, przekraczających moje możliwości, na konieczne leczenie(co było urojeniem). Potem ktoś nieznany zakratował moje drzwi wejściowe, a osoba, uważana za przyjacielską, niebywałym sposobem uzyskała skośne oczy i paskudnie złośliwy uśmiech (zaczerpnięty z oglądanego wieczorem serialu), wypowiadając strumień insynuacji pod moim adresem.

W warstwie realnej te sny byłyby całkiem zrozumiałe, ponieważ kilka dni temu skończyły mi się „dobre” proszki przeciwbólowe i pozostało popularne badziewie, nie dające ulgi od bólu, nawet w nocy, gdyby nie fakt, że nagromadzenie złośliwości losu przekraczało zwykłe dostępne przeszkody, a we śnie nikt nie rozumuje logicznie i nie umie się logiką obronić. Połowy z tych paskudnych doznań już nie pamiętam, ale wszystkie były upierdliwe i dołujące dla mojego JA, poza tym dotyczyły jakiejś wojny, wygnania z Warszawy po Powstaniu, bomb i wybuchów. Jak zwykle w tych snach, jako reminiscencja dziecinnych wspomnień, jakaś kamienica została przepołowiona, a w powietrzu latały spalone skrawki materiału w biało-czerwoną kratkę i pierze z poduszek (możliwe, że z powodu wyciągnięcia nowej ścierki do naczyń, właśnie z w czerwono/białą kratkę). Tyle razy chciałam ją wyrzucić, ale zawsze zostawiałam w odruchu praktyczności – wyrzucę, gdy będzie już bardzo brudna, I ciągle, jakimś nieznanym sposobem trafia do pralki, a jako czystą, po prostu żal było wyrzucić…

W tym moim śnie bardzo chciało mi się płakać, ale nie mogłam tego uczynić, ponieważ szlochy wydostające się z mojego gardła, przeradzały się w ohydne chrypienie, ani żałosne, ani nawet możliwe do zidentyfikowania jako płacz. Otaczała mnie wszechogarniająca smrodliwa obrzydliwość spalenizny, a ja tej obrzydliwości byłam nieodłączną częścią, chrypiałam i plułam, rzęziłam dopóki nie uświadomiłam sobie, że muszę podnieść oparcie łóżka, ponieważ przydarza mi się coś, co czasem spotyka mnie wśród złych nocy – jakieś aberracje serca nie pozwalające zaczerpnąć oddechu i wyrównać jego bicia. (termin wizyty u kardiologa za 1,5 roku). Najlepiej się wówczas obudzić, wstać, wyjść na powietrze (na balkon na przykład), posłuchać pijanych wrzasków kibiców w dni meczów i w ten sposób przywołana do rzeczywistości, ocknąć się z koszmarów i podniósłszy oparcie do pozycji prawie siedzącej, ponownie zapaść w sen.

Może to przypadek, że pewne sny wracają w rocznice. Patrzę na dokument wysiedlenia mojej matki z Warszawy po upadku Powstania Warszawskiego i widzę datę. Dzień i miesiąc zgadzają się. Będąc dzieckiem właśnie widziałam te fruwające po bombie pierze i resztki pościeli w czerwoną kratkę. I zapewne czułam stres mojej mamy, ciężarnej zresztą, pieszo pokonującej drogę Warszawa-Kampinos.

Rzeczywiste życie codzienne (co potwierdza astrologia) odtwarza senne koszmary. Koleżanka, która zbyt długo nie odezwała się, chociaż obiecywała spotkanie na babskie plotki – właśnie chowa syna. Gniew i złość wylewa się z niej, a ja zazdroszczę tej umiejętności nie duszenia swoich klęsk w sobie, tylko ujawniania wściekłości. I jestem zła, że nie wiedziałam o tym wcześniej. A także, że gdy z nią rozmawiałam siadał mi nie dość naładowany akumulator telefonu. Powinien tkwić w gotowości, żeby udzielać innym wsparcia. Bo ja jestem już zrezygnowana, zastygła przed zimowym zrównaniem. Żyję nie swoim życiem. Podziwiam wszelkich wojowników, ale stopniowo coraz mniej do nich należę. Mój internet także zdycha… Coraz mniej rzeczy jest dostępnych. Zamarł Skype, jakiś Flasch do odtwarzania filmów i muzyki, poczta się nie synchronizuje, a moje dawne adresy mailowe przestają być bezpieczne (pewne za sprawą usiłowania zmuszenia adresatów do wysupłania kasy). Telefon domowy odbiera wyłącznie reklamy – sama nie wiem czemu go jeszcze trzymam. Niebacznie wzięłam udział w jakimś konkursie oceniając dostawę zamówionego AGD, gdzie można było wygrać garnek do gotowania na parze, nadający się do kuchni indukcyjnej (żaden z moich starych garnków się nie nadawał, więc musiałam się ich pozbyć) i teraz atakują mnie operatorzy telefonów obiecując najrozmaitsze komputeropodobne gadżety za pół ceny. Obserwuję to usiłując się nie złościć i patrząc, jak moje ręce, coraz mniej sprawne, upuszczają okruchy potraw na lśniącą podłogę. i mam coraz mniejszą chęć walki z wiatrakami. Cóż! Jest jak jest. Pora się przystosować, a nie walczyć… Zamknąć uszy i oczy, zapaść w zimowy sen.

Odchodzimy w niebyt nie z wrzaskiem, a ze skomleniem – parafrazując znowu T.S. Eliota. Póki co, skomlenie mi jest oszczędzone. Moja Spółdzielnia odpowiada iż nie ma możliwości przydzielenia mi miejsca do parkowania jeździdła, ponieważ pomieszczenia do tego celu stosowne (np. tzw. wózkownie czy przedsionki zsypów) wydzierżawiono kilkanaście kat temu. Także pewnej agencji towarzyskiej na moim piętrze). Te dzierżawy utraciły chyba prawną moc, jako że mieszkania kilkakrotnie zmieniały właścicieli. Ale komu się chce dochodzić stanu prawnego?

Moje jeździdło – ostatnia szansa samodzielności – jeździ po korytarzu w tył i przód. Udało się dorobić kluczyki do stacyjki, przepadłe gdzieś, zabrane nie wiadomo przez kogo i po co. Teraz okazuje się, że żeby wyjechać i dostać się na stację pompowania kół, z których po latach zeszło powietrze, brakuje jakiejś części, która też komuś się „przydała”. Jest nie do kupienia, trzeba ją odtworzyć z dostępnych materiałów. Inaczej trzeba by stale przytrzymywać dłonią punkt pod kierownicą, płynnie przestawiający jazdę na przód/tył. Ale nie mam trzeciej ręki do trzymania kierownicy. Syn żartuje ze mnie: Nasze państwo ma w nosie zmianę ustawienia biegu przód/tył, a tobie do czego to potrzebne?

Posiadanie rozwiniętych intelektualnie, myślących dzieci, ma swoje słabe strony. W nowej kuchni mam jeżdżący stołek, którego wysokość mogę regulować przyciśniętym pedałem. Pod warunkiem, że jestem w stanie podnieść stopę na wysokość pedału. (Podobnie jak wiadra do obrotowego MOP-u). Jeśli nie, muszę czekać na zlitowanie się przypadkowego odwiedzającego. Podobnie jest z inteligentnymi rozmówcami – czasami czeka się na jakiegoś głupka, jak na zbawienie, bowiem nie trzeba się w kontaktach z nim wysilać.

Złe sny, to tylko ucieleśnienie konkretów. Rankiem po nich nie chce się już nic. Parzy się szklankę herbaty, połyka przypisane do ranka proszki i zapada w stan niebytu. Tak łatwiej. Przeczekać.

Czuję się jak Leda samotna, rodząca dzieci na pustyni, wcześniej zapłodniona przez łabędzia (w postaci zakumuflowanego Zeusa), skazana na samodzielną walkę ze światem, który jej nie rozumie i którego ona nie rozumie. Czy mogła komukolwiek wytłumaczyć przebrzmiałe chwile uniesienia, tkwiąc samotnie, spragniona, w upalnym piasku? Sama czuła niedorzeczność własnych doświadczeń. Nie mogła jednak zapaść w niebyt z powodu szczątkowej odpowiedzialności. Póki mam jakąkolwiek siłę – mam i obowiązek. Dlaczego dziś nikt nigdy nie zastanawia się nad swoimi obowiązkami? Pal diabli jakieś indywidua, ale instytucje, firmy, zarządy, samorządy, spółdzielnie i inne takie. Wszak to podstawa ich działań. A czemu ja muszę?

Z ostatniej chwili: Jeździdło już gotowe, jeździ, buczy i trąbi; pręt od firanki z otworkami i śrubkami, wymierzonymi co do milimetra, choć nieco kostropatymi, robi za dźwignię biegu w tył/w przód,;problem w tym, że muszę ruszyć z nim sama do tyłu, pokonać drzwi korytarza, windy i bloku, na nowo rozeznać ścieżki i zaułki osiedla i pojechać za cmentarz, gdzie podobno jest jakaś stacja, na której mogę podpompować nieco kłapciowate koła. A co będzie, gdy zatrzyma się w połowie drogi? Jak wrócę do domu? Prawo jazdy robiłam równo pięćdziesiąt lat temu, dawno już nieaktualne, bo nie zmieniłam. Nie przeszłam badań lekarskich, nie ćwiczyłam jazdy samochodem, bowiem mojego męża trudno było oderwać od kierownicy, a gdy wreszcie łaskawie się zgodził, w okropnym stresie z powodu zakrętu 210 stopni, wjechałam naszą Syrenką w jedyne drzewo na polu.

W nocy śniły mi się czynności wykonywane przy odpaleniu i jeździe wózkiem, co spowodowało, że rano bolały mnie wszystkie palce obu rąk. Zamiast wycieczki wybrałam więc szatkowanie kapusty i jej kwaszenie – jako że bez kwaszonych ogórków, kapusty i buraków nie umiem żyć (mam to zresztą od dziecka). I można to robić na siedząco.

Póki co więc wyprawa na osiedlowy bazarek po świeże warzywa i jabłka się odwleka. Zwłaszcza, że Frisco udzieliło mi bonifikaty za zgniłe warzywa ostatnio dostarczone. Świat jest przyjazny pod warunkiem, że masz go w nosie.

IMG_6542

Gra o tron

Nie zawsze gramy o tron. Czasami gramy o coś, co inni lekceważą i nie sądzą, że do czegokolwiek jest komukolwiek potrzebne. Możemy jednak podejmując grę, wejść im w obszar, który uważają za swoje poletko, nieuprawiane, zachwaszczone, ale ich. Nie musi to zresztą być jakieś wielkie pole, czasem wystarczy zaśmiecony skrawek, zdeptany wieloma stopami obojętnych przechodniów, żeby obudzić w nich ducha posiadacza. Dlaczego przechodnie go nie obudzili? Bo byli obojętni. A ty nie jesteś.

Teraz kolej na przypowieść, ilustrującą powyższe spostrzeżenie. Było sobie małżeństwo. Ani gorsze ani lepsze niż wiele innych. Pan wykonywał kompetentnie i rzetelnie swój zawód, pani prowadziła mu dom i wychowywała dzieci, jednocześnie pracując w nieważnych miejscach na nieważnych stanowiskach. Pan dbał bardzo o to, żeby pani miała także w domu zajęcie, kontrolował ich wspólną kasę, a gdy przychodziło do kupna dla żony sukienki, wybierał kolor i wzór, jakie mu odpowiadały. I wszystko było dobrze, w każdym razie w domu nie brakowało jedzenia, a podstawowe potrzeby rodziny były zapewnione. Właśnie, podstawowe. Dlatego właśnie był to moment, kiedy pan przestał być wspomagacicielem i uruchomił własne ambicje. Wykraczające poza dobór zielonych „łączek” stosownych na kiecki dla pani.

Pewnego dnia pani, idąc z dzieckiem do wypożyczalni książek, zajrzała na półki dla dorosłych. Tam jej uwagę przyciągnęła powieść, której tytułu już nie pamięta, poza tym, że na okładce widniał dość sielski krajobraz. Pochylona w jedną stronę chata i podpierający ją kamień. Pani przyniosła książkę do domu i wpatrywała się w jej okładkę, która coś jej przypominała. Po chwili przypomniała sobie. Widziała w dzieciństwie taką chatę. Kamień podpierający węgieł był młyńskim kamieniem, pozostałym z rozwalonego młyna. Chata opierała się o niego skrajem, ale komuś zabrakło siły, by wepchnąć go głębiej. Został więc jako świadectwo niepotrzebnych, chybionych usiłowań człowieka. Ciężar młyńskiego kamienia sprzeciwił się woli człowieka.

Pani tego dnia przypaliła pieczeń, co uruchomiło całą kaskadę wydarzeń. Pani postanowiła zapisać swoje wspomnienia związane z połówką młyńskiego kamienia z jej pamięci. Sama nie miała pojęcia dlaczego. Położyła się spać z przekonaniem, że pojawią się ważne chwile w jej życiu i z obawą, że nic z nich nie zrozumie. Z tego snu i opowieści o młyńskim kamieniu oraz prób zrozumienia snu, powstała później powieść, ale to już inna bajka.

Pani, młoda jeszcze wówczas kobieta, mężatka z dwojgiem dzieci, z zapałem uprawiająca swoje pomidorowe i ogórkowe grządki na działce (rzodkiewki się nie udawały), została zaproszona wieczorem do sąsiadów  na bridża. Była ich czwórka, pani i jej mąż, sąsiadka i jej mąż tudzież drugi sąsiad, pan w podeszłym wieku chwilowo nie grający, oczekujący na trójkę swoich partnerów – żonę i córkę z zięciem.

Pani we wczesnej młodości, na studiach humanistycznych, nauczyła się grać w bridża, jako że inteligencki snobizm wczesnego PRL wymagał znajomości zasad bridża, pokera i takich tam gier, jak makao, kanasta, kierki,  wist i takie, gdy rzuca się kostką, a nazwa dawno została zapomniana – bez konieczności ich uprawiania. Pokera pani nie uprawiała z braku środków, ale bridż, traktowany sportowo – czemu nie? Jednak pani wówczas byłą perfekcjonistką z natury (na starość sobie odpuściła) i poznawała zasady w oparciu o podręczniki i mądre kalkulacje, tudzież modne wówczas schematy gry mistrzów, zamieszczane w ekskluzywnej na tamte czasy prasie (np. „Przekroju”). Wówczas (i obecnie) bridż był uważany za grę kalkulacyjną, wymagającą planowania kilku ruchów naprzód i znajomości matematyki, ale dla pani miał znaczenie zupełnie inne. Uważała bridż za grę, a więc rzecz z kategorii rozrywek, gdzie wszelkie zaskoczenia i nieprzewidziane meandry są clou rozrywki. Uznała więc, że nie ma sensu silić się na kalkulowanie posunięć, jak czynią to mistrzowie, a należy puścić wodze swojej wyobraźni i instynktowi.

Partner, jak z jego miny wynikało, z wysiłkiem umysłu liczący prawdopodobieństwa, miał podstawy, żeby wierzyć słuszność swoich przewidywań. Policzył więc zapewne dobrze. Dlaczego ja mam się wysilić i ponownie liczyć, starczy, że wyjdę mu na przeciwko i postąpię tak, jak oczekuje – sądziła pani.

Dopóki pani tak rozumowała, wszystko było w porządku, poza tym, że czasem pan oczekiwał całkiem innych posunięć, niż pani się wydawało. Wówczas wybuchał złością i karcił panią, wymyślając jej od idiotek i głupich bab. Takie postępowanie uruchamiało w pani bunt. – Czy mam obowiązek grać według zamiarów pana? – zapytywała siebie. Jestem partnerką, choć potem stolikiem (bo tak panu wygodniej) czy zawsze musimy zakładać, że moja rola, to rola stolika? Owszem, przydaję się. Kobiety często bywają stolikami – mogą podsunąć panom przekąski i nalać do kieliszków, rozprostować kości i odreagować uwagi na swój temat. Jednak – jak pomyślała wówczas pani – bridż to gra, rozrywka, społeczna, jakby nie było. Skoro mamy się rozrywać, rozrywajmy się wszyscy. Dla mnie rozrywką będą posunięcia losowe – ot, wist spod dużego palca, jak mówią bridżyści. Nikt nic nie wie i w tym jest sens gry, jako gry.

No więc, zawierzyła intuicji i wygrała szlemika. Ale pan planował szlema, całkiem w innej konfiguracji, więc się wściekł. Nawrzeszczał na panią, nawymyślał jej od idiotek. Pani spokojnie odłożyła karty na stół i oświadczyła – „Już nigdy więcej nie zagram w bridża. To ma być gra, rozrywka, a nie dobijanie ofiary po polowaniu”. Nie gramy o tron.

Oświadczenie pani nie wywołało specjalnych emocji. W zapasie był drugi gracz, który z marszu mógł przystąpić do rozgrywek, choć nie umykało nikomu, że z racji wieku i piastowanego w realu stanowiska, nikt nie będzie śmiał wymyślać mu od idiotów. Jednak starszy pan, który wkroczył na miejsce pani w rozgrywkach, będąc stolikiem, opowiedział historię, która pani wyjaśniła prawdziwe zasady gry. Opowiedział o próbach złamania przez UB pewnej rodziny, której rozebrano całą chałupę do fundamentów w oczekiwaniu ujawnienia osób, dziś nazwanych „żołnierzami wyklętymi”. Jedyną rzeczą, której UB-ekom nie udało się rozebrać, był właśnie kamień młyński pod węgłem ich chaty, który przyśnił się pani w chwilach jej stresu. (opowiadanie zawierające tę historię jest dostępne na stronie http://kasiaurbanowicz.pl/teksty  p.t. „Te drzwi”, a także było publikowane w „Tarace”.)

W tamtym czasie pani nie odkryła jeszcze dla prywatnych celów zjawiska synchroniczności – gdy rozmaite wydarzenia i zjawiska z różnych rodzajów i gatunków pojawiają się równocześnie – wyjaśniając swoje , wydawałoby się odległe konotacje.

Pani zrozumiała jednak, że kamień młyński u szyi – pojęcie kulturowo ugruntowane – ma znaczenie o wiele szersze. Jeśli masz u swojej szyi taki kamień – masz szansę stać się Prometeuszem. Oczywiście, możesz usiłować go zwalić, unicestwić, ale to jest skazane na klęskę. Powinnaś go wykorzystać na swoją rzecz – uczynić przykład i wykorzystać ideologicznie, Połączyć za jego sprawą rzeczy odległe i pozornie nieprzystawalne. Odmawiając gry w bridża do końca życia, pozostajesz w pamięci sąsiadów i sąsiadek o wiele bardziej, niż wszyscy ci, którzy z tobą grali wówczas w tę grę i usłyszeli jak cię poniżano i odmawiano ci rozumu. Ba, opowiada się o pani historie, niewiele mające wspólnego z rzeczywistością, a jednak oddające jej ogólnikowy sens.

Teraz wracając do początku – gra o tron jest w istocie grą o zrozumienie. Większość ma ją w tym rozumieniu za nic – wszak to ja powinienem zostać królem (królową) i władcą. Podstępem wedrę się w twoje serce (bowiem wiem co cię boli i uwiera) poddaństwem swoim zaspokoję twój głód uznania. Zawsze będę z tobą i przyjmę na siebie paroksyzmy twojej wściekłości. Jak pisze mój tarakowy znajomy na FB, Robert Palusiński, znawca snów i rojeń, odtwarzając mit o Pięknej i Bestii przywracając tym naturalny porządek rzeczy, gdy kobieta agresywna wobec mężczyzn odnalazła spokój i szczęście w małżeństwie tudzież wspaniałe dzieci w swoim poddaństwie – jeśli tylko przestała się go bać. I we śnie, gdy bez obaw pozwoliła sobie obciąć na gilotynie głowę.

Napisałam mu coś, czego w gruncie rzeczy nie jestem do końca pewna:

Ja inaczej interpretuję bajkę o Pięknej i Bestii. Piękna jest typowym przykładem istoty zbyt dobrej i przez to wykorzystywanej. Ojciec i siostry na niej oszczędzili, zamiast klejnotów, mogli dostarczyć kwiatek. Nie jej wina, że się przeliczyli i musieli ponieść konsekwencję dokonanej kradzieży. Także Bestia za cenę niewielkiego ustępstwa, uzyskała,co chciała – zgodę na małżeństwo, gdy wzięła Piękną na litość (umierając rzekomo z powodu jej dłuższej niż tydzień nieobecności). Końcowa przemiana Bestii w pięknego młodzieńca jest typową obiecanką/cacanką, rzekomą nagrodą za „dobroć”, a w istocie podporządkowanie stereotypom (Kobieta ma być piękna, a mężczyzna silny). I tyle. Potrzebuję ciebie aby być sobą. G… prawda. Potrzebuję ciebie, bo wolę wygodę niż samotność i problemy oraz obowiązki. Czasami potrzebuję ciebie, żeby zrozumieć odmienność. To przypadek pani.

Nie jestem przekonana, że patriarchalna część naszej, kobiet, osobowości mieści się akurat w głowie. Głowa to rozumowanie, świadome myślenie, a patriarchat wrósł w nas czasem tak głęboko, że nie jesteśmy jego w ogóle świadome. Większość kobiet nie ma nawet pojęcia, jak nazwać to, co im doskwiera, owa niepełnoprawność w codzienności, zwłaszcza w starszych pokoleniach. Czują, że coś nie tak ale długo, jeśli wcale nie potrafią tego nazwać. Ja uważam że ten patriarchalizm w nas to coś podobnego tresurze, a tresura nie przejawia się w głowie tresowanego. Wytresowany niedźwiedź porusza rękami i nogami, zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami, ale nie „tańczy” bynajmniej. Kobieta w patriarchacie jest podporządkowana, ale zewnętrznie, dla oka. Co sobie myśli i o czym rozmawia z sąsiadkami, gdy mężczyzn nie ma w pobliżu, co doradza swoim córkom albo co zachowuje dla siebie w swoim wnętrzu – dla patriarchalnego mężczyzny jest niedostępne. Widzi tylko zewnętrzność dostępną dla oka, reszta go nie interesuje, jak widzów tańczącego niedźwiedzia.

Jak wiele przez to traci, nie ma pojęcia. Skoro czegoś nie potrzebuje – nie żal mu straconego.

Pani jednak nie żal tego, że kiedyś z pełną odpowiedzialnością oświadczyła, że nie zagra więcej w życiu w bridża. Nie biorąc udziału w grze o tron, wpasowała się w inną symbolikę młyńskiego kamienia. Może kiedyś, lata naprzód, zostanie zrozumiana. Niestety, będą to raczej złe czasy, które, zda się, nadchodzą. W każdym razie otwieramy, jako społeczeństwo, ramiona na ich przywitanie, nie bacząc na to, że drzewa Puszczy Białowieskiej, roniące swoje soki płaczą, a wilki wyją, tudzież żubry reklamują jakieś piwa. Nie znalazłeś czasu dla mnie, poświęć go rzeczom wielkim i ulotnym – bez gwarancji że cokolwiek to zmieni i że masz na wydarzenia jakiś wpływ. Karm się złudzeniami, że twoje życie to właśnie twoje przekonania.

Tak czy inaczej, nasze prochy zostaną rozsiane nawet wbrew ustawom i uregulowaniom. Wszak z prochu jesteś i w proch się obrócisz…I nikt nie wie jakie cmentarze nas zaspokoją…

https://pl.wiktionary.org/wiki/kamie%C5%84#/media/File:Rocks_(5698304725).jpg

1280px-Rocks_(5698304725)

Smutek jesiennych wieczorów

W te jesienne wieczory, wyjące wiatrem w rozszczelnionych oknach, kiedy dopada nas wietrzna bezsenność, wyświetlająca na suficie moje niemożliwości, chciałoby się doznawać miłych i ciepłych uczuć. Niestety, nie w Polsce. Tutaj każdy, przychylny wspomagadziciel, zanim cośkolwiek Ci pomoże, nagada się, nawrzeszczy, zwali na Ciebie wszelkie niepowodzenia, spowodowane przez dostawcę towarów, wynikłe z warunków drukowanych drobnym druczkiem.

Załóżmy, że chcesz sprawić przyjemność swojej rodzicielce i wywozisz jej starą, zużytą pralkę, kupując w jej miejsce, nową, wypasioną, z wyświetlaczem zamiast skokowego przesuwania koła programatora, jak za króla Ćwieczka w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Swojsko trzeszczący i stawiający opór palcom krążek programatora nie stawiał przed użytkownikiem dylematów w rodzaju: czy można kręcąc tym samym kółkiem nastawić najpierw program, a potem temperaturę i ile czasu przetrzymać palce na kolejnych przystankach, żeby ustrojstwo ożyło? Moją wadą zawsze jest i była nadmierna szybkość reakcji i niecierpliwe klikanie. Prosta czynność opanowania nowego sprzętu przeradza się w ocean dywagacji i prowadzi przyziemne zagadnienia obsługi sprzętu na manowce. Ale to dopiero początek trudności, kiedy wszystkim wysiadają nerwy. Także darczyńcy.

Stara pralka wyjechała, ale komuś zbyt gwałtownie zsunęła się z samochodu, albo może nawet przewróciła, uszkadzając jakieś balansujące części. Stres darczyńcy! Kupujesz w internecie babci nową pralkę z bezpłatną dostawą, ale tu okazuje się, że bezpłatna dostawa, to wystawienie przed blok, a nie dowiezienie pod drzwi. Pojęcie „transport” zyskuje nowe oblicze – obejmuje wiezienie samochodem, a nie rozładunek i dowiezienie pod drzwi. Jest rzekome „wniesienie” chociaż nikt niczego nie wnosi z powodu nieistnienia schodków i schodów, a nawet z powodu windy bez progów. Takie oszukiwanie w majestacie niby-prawa w niby-kraju niby-konstytucji. Wszystko można zakwestionować, a zawsze cwaniactwo jest górą. Akurat ja, która całe życie zjadałam zęby na uregulowaniach prawnych i definicjach transportu, muszę mierzyć się z tym cwaniactwem i mając świadomość, że żadna znajomość prawa w niczym mi nie pomoże – płacę frycowe cwaniakom. Konkretnie – za „wniesienie” pralki 40 zł, skoro każdy lump na osiedlu zadowoliłby się piwem, zwłaszcza kiedy „wniesienie” oznacza jazdę wózkiem po równej powierzchni.

Tak czy inaczej, nie tylko spory kompetencyjne ze sprzedawcą kosztują mnie i darczyńcę, mnóstwo nerwów. Wcześniej zapłaty kartą nie akceptował bank, co opóźniło dostawę i zmusiło nas do intensywnego myślenia – dlaczego? No i wreszcie pralka stoi w przedpokoju czekając na podłączenie.

Denerwuję się – zanim wyrzucę opakowanie, chcę wiedzieć czy pralka działa należycie. Wirując skacze po całej łazience i zapewne to wina krzywo położonych płytek, które można by zminimalizować ustawieniami poziomu nóżek. W dodatku instrukcja pisana językiem niezrozumiałym dla normalnego człowieka, drobnym druczkiem, niedostrzegalnym dla kogoś z  początkami zaćmy, z rysunkami z innego modelu innego kraju… Cóż, wygodniej powrzeszczeć na babcię.

— Czytaj instrukcję — grzmi darczyńca.

— Gdzie ona?

— Leży na twoim biurku — mówi darczyńca, podtykając mi pod nos kolejne książeczki: gwarancję, instrukcję elektrycznego piekarnika, kuchni indukcyjnej, drukarki i wreszcie starej pralki. Cóż, babcia ma bałagan na biurku i jeszcze nie ogarnęła się ze swoim nowym sprzętem. Pada argument nie do pokonania :

— Ja wszystko robię, żeby ułatwić tobie życie, a ty… wydziwiasz, kontestujesz, marudzisz, nie doceniasz itp.

Doceniam wkład finansowy i osobisty włożony w zapewnienie babci lepszego życia, ale czasem wolałabym prać ręcznie i trzeć pranie na starodawnej tarze, niż wysłuchiwać uwag, imputujących mi zamiary, których wcale nie miałam.

Potem przychodzi wietrzna noc. Wychodzę na zalany deszczem balkon i wspominam robotnika, pana Pawła, który układał mi płytki na balkonie i cieszył się, że mi się podobają. Szary, nieważny człowieczek, z ambicją zrobienia czegoś dobrze i do końca. Bez pośpiechu układał te cztery metry na krzyż dwa dni. (To inny gatunek człowieka niż dostarczyciele pralek, biznesmeni i programiści). Serce boli, gdy patrzy się, jak nisko ceni się podobne cechy. Nie wspina się wystarczająco szybko po drabinkach, ma już swoje lata, umie tylko to jedno: układa kafelki, ale gdzie mu tam do młodych, sprawnych kolegów z firmy. Niech sobie więc dłubie, szkoda na niego słów i tak się nie zmieni.

Zawsze bolał mnie i boli do dziś los ludzi skazanych na lekceważenie. Teraz właśnie, po okresie dzieciństwa znowu dołączam do nich. Nie powinnam narzekać na swój los, rodzina dba o mnie, ale dbając, odbiera mi prawo do mojego własnego oglądu świata, do moich własnych problemów, także tych ze zrozumieniem współczesnych, niechlujnie napisanych bądź przetłumaczonych instrukcji, nie zawierających wskazówek naprawdę istotnych. Jestem na przegranej pozycji. Nie ma znaczenia moja znajomość poprawnej polszczyzny w kraju, gdzie jest ona piętnem, a nie standardem, gdzie instrukcje pisał ktoś nie znający naszego języka i posługujący się kalkami z obcych języków. Nie ma dla nich także znaczenia specyfika zajęcia osoby, której przedmiot ma służyć.

Jeżeli autor zestawu kuchennego, wbudowanego w meble, nie wpadnie na pomysł, że gotując można nacisnąć włącznik wilgotnym palcem  – chyba nigdy niczego nie gotował, nie nalewał wody do garnka i nie stawiał go potem na kuchni, skoro nie przyszło mu do głowy, żeby zaznaczyć w instrukcji, iż ustrojstwo nie działa, przyciskane wilgotnym palcem. W kuchni zawsze operuje się dłońmi wilgotnymi. Jeżeli tego nie przewidzi się – nie rozumie się procesu gotowania, jako połączenia ognia z wodą.. Jestem słonecznym Strzelcem i księżycowym Rakiem, rozumiem więc, jak nikt inny, gotowanie, jako współpracę dwóch odrębnych żywiołów, z których każdy jest równouprawniony Operujący smartfonami nie czują  tego problemu, bo nie muszą – siedzą na kanapie i najwyżej ktoś podtyka im pod nos kawę albo dostarczoną świeżo pizzę. Nie znają dotyku potraw, ich faktury (np. wyrabianego ciasta, którego gotowość do pieczenia poznaje się po konsystencji – nie do opisania, a do wyczucia).

Inny autor wypasionej osączarki do naczyń, kształtując przegródki do umieszczenia talerzy, nie wpadł na pomysł, że aby obciekły one z wody, powinny być pochylone w przeciwną stronę, a pręty do umieszczenia szklanek muszą swoim rozstawem być dostosowane do średniej ich wielkości i tak dalej.

Projektant stolika do łóżka pod laptop lub posiłki, projektując rozstaw nóżek powinien wziąć pod uwagę średnią szerokość zwyczajnego człowieka, a nie anorektycznej modelki oraz przewidzieć ciężar tegoż jaki jest możliwy do podniesienia jedną ręką.

I tak dalej i dalej…

Często dzieje się tak, że równocześnie pojawiają się inne przykłady w tej samej sprawie. Żali mi się koleżanka pracująca jako niania do dzieci.

Rodzina, u której opiekuję się niemowlakiem, każe mi przygotowywać kaszkę dla dziecka nie na kuchni, ale w termomixie. Wiem, sama go miałam, piekłam w nim i gotowałam, ale to był starszy model. Ten, z którym mam teraz do czynienia, to pełna automatyka. Wprowadza się przepis z internetu i nie ma zmiłuj, nie da rady go zmienić, a przynajmniej ja tego nie umiem. Dziecko leżakuje na piętrze na tarasie, a ja walczę z termomixem na parterze. Już nie daję rady. Starsze dzieci porozrzucały klocki lego, a mały pakuje wszystko do buzi, więc znoszę go na tę wojnę z termiomixem do kuchni po schodach, aż kręgosłup pod koniec dnia mam sztywny z bólu. Nie mogę zabrać go na spacer do parku, bo przedtem muszę zablokować poszczególne piętra, każde z innym hasłem i oddzielnie jeszcze garaż, a to wszystko w określonym czasie. Nie nadążam. Zanim przypomnę sobie hasło, zanim zniosę po schodach wózek i dziecko, zabawa z hasłami zaczyna się od nowa…

Koleżance płacą tygodniowo, a w każdym tygodniu jest inna liczba przepracowanych godzin, wychodzą więc ułamki, zaokrąglane przez państwa do pięciu złotych. Jednak przy wypłacie te pięć złotych jest potrącane, „bo nie opłaca się bawić w drobne”. Taki styl. I wszystko za najniższą krajową. Nic dziwnego, że moja znajoma niania chce zmienić pracę. W tym wszystkim zupełnie nie jest ważne, że dziecko ją lubi i przytula się do niej spontanicznie  Jest świetną, ciepłą kobietą, każdemu życzyć takiej opiekunki. Ale tu przeciwnie, rodzice raczej niechętnie widzą takie spodufalanie się z dzieckiem. Zazdrość czy może dziwaczne zasady wychowawcze?

Wszystkie te przykłady to dowód na to, jak przecenia szybkość, mobilność, umiejętność posługiwania się gadżetami, jednym słowem błyszczące fajerwerki. Nie mogę oprzeć się przekonaniu, że w dążeniu do wygodnego życia, czynimy je coraz mniej wygodnym. Przedmioty mające ułatwić życie, stają się wyznacznikiem, odróżniającym nas od innych, bardziej prymitywnych i prostych egzemplarzy sąsiada/człowieka, służą do pokazania, że jesteśmy od niego lepsi, mądrzejsi i bardziej wyrafinowani. Jak ta nieszczęsna kobieta nie wyobrażająca sobie, że kaszkę dla jej niemowlęcia można ugotować inaczej ,niż w termomixie. Wszak wydano już książkę https://thermomix.vorwerk.pl/shop/ksiazka-thermomix-najmlodszych-thermomix-tm31

zawierającą 43 przepisy dla niemowląt do 5 miesiąca życia. Zerknięcie na przykładowe przepisy pokazuje takie dania, jak papka z marchwi albo papka z warzyw. Z uciechą cytuję tu przepis, który dowodnie świadczy o tym, jak w swoim snobizmie utrudniamy sobie życie.

Składniki: 100g marchwi, 2,5 ml wody, 1 łyżeczka (5g) masła.

Wykonanie: Marchew obrać, umyć, pokroić w kawałki i zmiksować. Czas 15 s. Obroty poz.4 następnie przełożyć do koszyczka, do naczynia wlać wodę, włożyć koszyczek i gotować. Czas 15 min. Temp. 5 aroma Obr. poz 2. Ugotowaną marchew przełożyć do naczynia, dodać masło i wodę pozostałą po gotowaniu i miksować. Czas. 20 s, Obr. poz.6

Pamiętam tę marchwiankę, jaką gotowałam swoim dzieciom. Bierze się marchew, zalewa wodą gotuje aż będzie miękka i na koniec przeciera przez sito. I wszystko. Teraz mamy blendery i miksery, więc jest jeszcze łatwiej. Po co nam do zwykłej marchwianki ta skomplikowana maszyna z jej wszystkimi programami? Chyba żeby udręczyć moją koleżankę Małgosię. Po co te wyświetlacze zamiast solidnych pokręteł? Chyba żeby udręczyć gorzej widzących,

Wychodząc na smutny, jesienny balkon, po raz kolejny stwierdzam, że nawet gwiazdy nam odebrali. Możliwe, że dlatego, aby nie pomylić ich z tzw. „intuicyjną” obsługą wyświetlaczy. Nie naciśniesz, więc się nie zapalą. Tylko księżyc się ostał, pewnie pomylony z latarnią.

IMG_6454

Żeby była jasność – nie mam nic przeciwko technice pod warunkiem, że jest ułatwieniem i że jej stosowania wymaga rodzaj i skomplikowanie czynności do wykonania, bądź włożenie w wykonanie wysiłku fizycznego. Inaczej jest tylko tłuczeniem orzechów mikroskopem, co, jak wiadomo jest zajęciem przysłowiowych małp.

Kogo dziś wypada kochać i chronić?

Niedźwiedzie, rysie. słonie, małpy, kotki i bezdomne pieski! Ratujmy je! Zwłaszcza w tym ratowaniu celują piękne, młode dziewczyny, aktorki i celebrytki, występujące ramię w ramię ze starszym, eleganckimi paniami. Nigdy nie są ubrane w obciachowe kiecki, zawsze uwidaczniają swój biust. Kiedy zaś rzecznik praw człowieka, pan Adam Bodnar, opisuje los osób niepełnosprawnych, na sali sejmowej, wg wyliczeń Gazety Wyborczej było obecnych 11 posłów, wg mojej obserwacji z ekranu telewizji, w którymś momencie, zaledwie 3. Osoby niepełnosprawne nie pobudzają naszej empatii. Są mało medialne. Mało, obarcza się je odpowiedzialnością, jeżeli coś szwankuje w ich zobowiązaniach w sferze społecznej. Ostatnio moi sąsiedzi zastawili mi drzwi do mieszkania szafą „chwilowo” pozostawioną na korytarzu przez ekipę od montażu szafek kuchennych, spóźnioną do zakończenia prac kilka dni, a na moją pretensję, sąsiadka odrzekła, że ponadto nie wyniosłam kartonów po meblach i nie zamiotłam korytarza. Mogła odsunąć ją w inne miejsce, ale pomysł zastawienia moich drzwi wydawał jej się bardziej atrakcyjny. Na moją obronę, że panowie od szafek mieli przybyć i nie przybyli, prychnęła: „Kulturalne osoby sprzątają codziennie”. Jakby nie widziała, że osoba poruszająca się na balkoniku potrzebuje trzeciej ręki lub trzeciej osoby do zamiatania.

Jeżeli do tego dodać utarczki w sklepie, w którym manewrując swoim chodzikiem między ciasno ustawionymi półkami, zdarzy mi się przewrócić jakieś ustawione na podłodze butelki, mam doskonały obraz tego, jak w Polsce traktuje się tych, którzy nie są „piękni, młodzi i bogaci”, a przynajmniej nie są zwierzątkami, które można obdarzyć całym zasobem swojej czułostkowości.

Nie jestem w swojej obserwacji osamotniona. Moi przyjaciele z FB piszą mi o swoich doświadczeniach (jakże mi bliskich) lekceważenia babć z balkonikami i na wózkach. Jedna z moich fejsbukowych przyjaciółek napisała nawet pracę na studiach w AGH, ilustrowaną super rysunkami/portretami (niestety nie do udostępnienia z powodów prawnych) opartą na moich przeżyciach, jako świeżo upieczonej niepełnosprawnej. Inne przywołują doświadczenia rodziców i dziadków.

Na moim osiedlu coraz częściej babcie, poruszające się swoimi chodzikami, umyślnie rozwalają szeregi butelek, ustawionych wzdłuż regałów, (na co ja raczej się nie zdobywam), zmuszając panie sprzedawczynie do udrażniania dróg przejazdu. Czy jest nas więcej, czy może odzyskujemy swoje poczucie godności? Coś się wyraźnie zmienia, choć może zbyt wolno, jak na mój gust. I może zbyt chamsko i bezpardonowo… Jednak rewolucje nie są na ogół aksamitne. Przerabiamy przedszkole tego, co w Unii Europejskiej jest normą. Ale coraz więcej osób na osiedlu mówi mi dzień dobry, choć ich nie znam osobiście.

Życie rozczepia się jakby na dwie sfery: prezentowaną z zapałem optymistyczną, olukrowaną, a nawet jeśli nie, to z modną polewą tematów, którym należy się uwaga lub czułostkowość, i drugą, pomijaną, spychaną, niemodną i niewygodną, nazbyt skomplikowaną. Dotyczy to także literatury wszelkich gatunków, zarówno wyższego i niższego lotu, uczepionej jak rzep do psiego ogona tematów wcześniej przeżutych w prasie i opatrzonych jedynie słusznymi konkluzjami. Za albo przeciw. Jak dramat – to zabójstwo, morderstwo, przekręt, narkotyki i mafia. Jak miłość, to przynajmniej jeden z bohaterów musi koniecznie być homoseksualistą, ktoś ma problem z aborcją, a ktoś inny nie może mieć dziecka. Mogłabym wymienić listę 30 motywów występujących w polskiej literaturze współczesnej, poza którą na ogół pisarze nie wychylają się. Nawet sceny seksu robią wrażenie nie przeżytych, a żywcem ściągniętych z filmów Beaty Ushe, z czasów pornografii mało oryginalnej lat dziewięćdziesiątych, a sceny bitew, potyczek itp. — ściągniętych z gier komputerowych, najlepiej darmowych. Cechuje je dosłowność: wziął, rzucił, cisnął, chwycił się za (pierś, gardło, serce itp.), zalał się krwią i tak dalej. Dobrze, że choć współczesna polska proza nie zajmuje się opisami przyrody, już i tak zohydzonymi przez szkolne lektury, przeżułaby ich dosłowność ze szczętem na wsze czasy.

Młode pokolenie krytyków literackich, choć chwali, nie lubi mojej książki czytać. Ludzie, na których opinii mi zależało i zależy, odsyłają mnie do psychologa czy psychiatry. Pani Grażyna z Podlasia, której osobiście nie poznałam, jak również panie z pewnego DPS, uważają historię „Sierotki” za zupełnie zwyczajną i nie specjalnie okrutną. One znają połowę jej pierwowzorów, kupę dziewczyn takich jak Iwona. Kobiety mojego pokolenia. Dlaczego więc ci, na których opinii mi zależy, koneserzy świata literatury i kultury oraz gremium normalnych czytelników, odwracają się plecami do zwykłej historii dziewczyny, wcale nie specjalnie odmiennej od wiejskiej codzienności PRL? Wszak PRL jest modne! Tylko, jakie PRL? Może to mniej prawdziwe, więcej wydumane?

Właśnie wczoraj moja znajoma, bardzo mądra kobieta, pisarka i bywalczyni świata, w naszej dyskusji o współczesnej literaturze polskiej, znalazła rozwiązanie, które można ocenić mało finezyjnie: „ Nie chcemy być dołowani; w literaturze, jeśli, do niej sięgamy, chcemy odczuwać satysfakcję, radość i przyjemność”. Ona właśnie, jako jedna z kilku znajomych mi osób, nie dokończyła lektury „Sierotki”, i podała tego powody, stąd jej diagnoza jest dla mnie taka ważna. Jednocześnie opisała mi pewną historyczną postać, której swoją kolejną powieść chciałaby poświęcić. „Wszyscy uważali ją za idiotkę, jednak to ona byłą tą jedyną żoną, Henryka VIII, która przeżyła”.

Rozumiem; świat żon Henryka VIII jest o wiele bardziej oswojony, niż traumatyczne przeżycia naszych podlaskich dziewczyn… Nikt im wszakże głów nie obcinał, ale… Dodatkowo fakt, że bohaterce mojej powieści zależało na bliskości i zrozumieniu – nawet świta umarłych, jest poza zestawem obowiązujących motywów literackich.

Dopowiadając: Jeśli bardzo kogoś kochamy, nie do zniesienia w naszej kulturze. jest pomysł, że bez wzajemności. Tego nie chcemy widzieć. To jest wyznacznik naszej klęski, naszego poniżenia. Lepiej pasuje nam ktoś, kto zwycięża. Nasze życie oglądamy jako dualizm: klęska/zwycięstwo,. dobro/zło, słuszność/niesłuszność. Ale przecież, nawet miłość bez wzajemności niesie ze sobą szczęście. Ci, którzy doznali zmrożenia uczuciowego, trwającego miesiące i lata, potrafią odnaleźć szczęście w ocknięciu się z owego zamrożenia, a nawet w rozpoznaniu zjawiska, które opisywali kiedyś określeniem, że nie czują smaku życia.

Moje zmarłe przyjaciółki (wśród nich Wiesia Bubak, poetka i Krysia Szyngwelska, wiolonczelistka Filharmonii Narodowej, zmagająca się całe życie z chorobą), podobnie jak i ja, właśnie tak mówiłyśmy o swoim losie: „Już nie czujemy smaku życia.” I umierały, gdy przychodziła jesień. A ja wciąż żyję. Może odczuwam gorycz mojego losu, ale nareszcie żyję, czuję i do czegoś dążę, robię postępy w sferze międzyludzkiego zrozumienia. Nie pragnę osiągnąć niczego konkretnego, niczego zmienić; pragnę czuć i więcej rozumieć – po prostu. Miłość nie musi być ukierunkowana. Pieski, kotki i inne zwierzątka uważam za erzac.

Wstydzimy się swoich fascynacji, ale jednak potrzebujemy aprobaty otoczenia. Bez niej miękniemy, kurczymy się, stajemy się mniej ważni. Zastanawiamy się, czy mamy prawo zagracać wszechświat i jego Kronikę Akaszy swoją prywatnością. Nasze sny zyskują rangę wyroczni, choć nie do końca im wierzymy. I stale boimy się, że zakłócą moralny, z odpowiedzialnością budowany świat innych. Nie chcemy dołączyć do oszołomów, podniecających się byle teorią spiskową. Ale nasze marzenia są piękne i trudno się z nimi rozstawać. Może przezwyciężają naszą śmierć? Może przedostaną się w inne życie po życiu, wsiąkną w ziemię naszych grobów i wykiełkują pięknymi drzewami? (kto wie?). Wszak na naszych oczach załamują się niewzruszone naukowe teorie, pojawiają się nowe, zaskakujące konstatacje i w końcu nie możemy być niczego pewni. Są te odkrycia jak słoiczek pikantnej przyprawy, trzymany nad garnkiem z gotującą się, bezpłciową zupą jarzynową. Ile wsypać? I czy to już właściwy moment? A może poczekać, aż wrzenie ustanie? Coś dodać, czegoś ująć? Dosolić, lub przeciwnie, wrzucić kawałek ziemniaka, żeby zaabsorbował nadmiar soli?

Nie jesteśmy jednak wyobcowani z otaczającego nas świata. Myślimy konkretnie. Niedźwiedzie, słonie, małpy, kotki i bezdomne pieski, stworzenia w przeciwieństwie do człowieka, niewinne, godne jak nikt inny, miłości, choć to tylko erzac. Podobnie jak każda miłość bez wzajemności, której z tego powodu nie chcemy dostrzec. Znajdujemy wybieg: adoptujemy dzieci nienarodzone, śnieżne pantery i nasze, rodzime rysie. Łudzimy się, że zwierzątka odpowiedzą nam na nasze uczucia, że nas rozumieją. Mam na to jedną odpowiedź: — Jeśli sądzisz, że twój piesek cię rozumie, to masz bardzo ubogie życie wewnętrzne.

Ale trzeba z tego ograniczenia zdawać sobie sprawę, żeby zrozumieć naszą potrzebę odczuwania prościutkiego, prymitywnego smaku życia. I jej warunek: nie doszukiwanie się niczego innego, bardziej skomplikowanego w dążeniu do świata miękkiego i przyjaznego, jak pluszowe niedźwiadki, czy inne dziecięce zabawki. Smak tylko z odrobiną podrobionej, taniej przyprawy. Prawdziwa, nigdy nie jest jednoznaczna, pociąga za sobą koszty, może boleć, piec i uwierać, bowiem świat nie jest taki, jakim chcemy go widzieć i jakim wmawiają nam coache. To tylko reklama, nic więcej! Ma się podobać.

Kiedy czasem, w ciemności nocy ronimy łzy za światem naszych przebrzmiałych idei; w naszych snach dłonie zbliżają się do siebie (jak w słynnym obrazie z Kaplicy Sykstyńskiej), nasze ciało przebiega prąd, ogromnieją te dłonie i obejmują ciało bolesne drugiej istoty, ale roztapia się to wszystko w banalnej codzienności i wyrzutach sumienia — i pozostaje po nich płacz. I kuweta naszego kotka, którą trzeba opróżnić. Kupić bułki, mąkę i ser. Zadzwonić do administracji. Wypełnić formularz. Obejrzeć poranny dziennik w telewizji. Przytulić kota.

Na mojej działce winogrona dojrzewają ładniej, gdy w końcu lata oberwie się liście; wówczas słońce lepiej dociera do gron, wybarwiając je i zwiększając ich słodycz. Słodycz tę także powiększy przymrozek, tylko trzeba wówczas te przemrożone natychmiast zebrać i przetworzyć.

winogrona

Winogrona dojrzewają pod wyciętymi liśćmi. Co trzeba wyciąć z człowieka, żeby dojrzał?

Dyskusja na FB, która nawiązała się w wyniku tego mojego, niezbyt przemyślanego zapytania, przyniosła nowe wątki i nowe pytania. Niestety, świat nie jest zerojedynkowy – ku mojemu ubolewaniu. Ale taki właśnie jest i to my powinniśmy się do niego dostosować, a nie upraszczać w głupawej nadziei, że stanie się jasny i prosty, niczym sen pijanego informatyka. Kosztem tego podejścia jest cofanie się w naszym intelektualnym rozwoju i rozziew między nami, a otaczającą nas rzeczywistością. Co go może łagodzić?

Jak się w Polsce remontuje

IMG_6516

Umówiono mnie z firmą instalującą szafki i wyposażenie w wyremontowanej przez inną firmę kuchni. Oba remonty dzielił czas ponad miesiąca – tyle bowiem firma „szafkowa” potrzebowała na realizację zamówienia. Dlatego też w kuchni zostało jej stare wyposażenie (poza wiszącymi szafkami, które zostały zdjęte). Zgodnie z panującą modą gniazdka elektryczne zostały ukryte za stojącą lodówką, tak więc wyłączenia prądu i wyskoczenie korków z niewiadomych przyczyn uniemożliwiało mi przeciągnięcie kabla od lodówki do innego gniazdka, w którym był prąd. Trochę kontestowałam to rozwiązanie, ale moja przyjaciółka Maria z Holandii, u której właśnie przebywałam, oprowadziwszy mnie po swoim mieszkaniu spytała retorycznie: czy ty widzisz tu gdzieś odkryte gniazdka?! Ogarnij się, to dwudziesty pierwszy wiek!. Jasne. Tyle że w Holandii, a nie w Polsce.

Nadmieniam, że skrzynka z bezpiecznikami umieszczona została pod sufitem, iż jedynie mój wnuk (ponad 2 m wzrostu), jest w stanie jej dosięgnąć bez stołka lub drabiny, a na pewno jest to poza moim zasięgiem (dopóki wózki inwalidzkie nie będą miały specjalnych podnośników dla babć albo elektrycy nie zaczną instalować skrzynek w bardziej dogodnych miejscach). Ponieważ jednak wnuk odwiedza mnie niezbyt często, ucieszyłam się, kiedy przyszedł i zawołałam od drzwi:

– Dobrze, że jesteś dziecko, włączysz mi korki.

Dziecko (16 lat) otworzyło drzwiczki i spytało: jak się je włącza? Mój wzrok nie pozwalał mi ich dojrzeć, ale umysł babci spekulował: Skoro wywaliło mi korek sprzęgający elektryczny piekarnik kuchni gazowej z lodówką, to widać ten jeden korek jest inaczej ustawiony, niż reszta z siedmiu. Niestety zdroworozsądkowe wnioskowania na nic się nie przydają w wypadku nowoczesnej techniki. Wnuk stwierdził, że cztery wajchy są skierowane w górę, a trzy w dół. Które więc oznaczają, że prąd dopływa, a które nie? Czy te skierowane w górę, opuścić w dół, czy te ustawione do dołu, podnieść do góry? Oto jest pytanie.

Nie obejdzie się tu od dygresji. Pierwszym, najważniejszym zarzutem mojej mamy wobec swojego męża, a mojego taty, występującego o rozwód, na sprawie sądowej było to, że nie potrafi gwoździa wbić, ani naprawić korków. Kolejne dopiero dotyczyły niezgodności charakterów oraz istnienia innej pani… Dlatego też w moim wychowaniu wbijanie gwoździ i naprawa wysadzonych korków zajmowała poczesne miejsce. Tyle, że świat od tamtego czasu postąpił naprzód, pojawiła się telewizja i komputery, chociaż młotki do wbijania gwoździ zostały. Drzewiej korki to było coś porcelanowego z metalową końcówką, podobną do tej od żarówek, co się wkręcało w gniazdko. Wywalony korek teoretycznie do niczego się nie nadawał, i trzeba było kupić nowy, więc uzdatniano go poprzez okręcanie miedzianym drutem i ponownym wkręceniu. Tak uzdatnianego korka nic już nie wywalało, chyba, że na pobliskim słupie, co wymagało wizyty pana z elektrowni z takimi fajnymi ostrogami na butach, co mnie, jako dziecko fascynowało. Do słupa podłączono kilku sąsiadów, więc przestępcę trudno było zidentyfikować. Postęp techniczny od lat sześćdziesiątych przyspieszył i najpierw wprowadzono tzw. korki automatyczne, gdy wystarczyło wcisnąć, znajdujący się w środku guzik, aż do teraz, gdy nowa skrzynka rozdzielcza prądu, zawiera maciupkie wajchy, podnoszone lub opuszczane, których wcześniej nie zdołałam obejrzeć, a więc nie byłam mądrzejsza od mojego wnuka. Przy okazji poszukiwania pomocy w wymienionej sprawie, powstała wątpliwość, czy istotnie w czasie remontu właściwie przeprowadzono przewody elektryczne, ale to zupełnie inne zagadnienie. Wszystko zakryły kafelki. Wracam zatem do firmy „szafkowej”.

Wieczorem dnia poprzedniego miałam chwile załamania nerwowego, gdy okazało się, iż mimo całodziennej pracy i wynoszenia zawartości kuchni padłam na nos, a zostało jeszcze 2/3 sprzętu do wyniesienia. Na swoim balkoniku wprawdzie zainstalowałam koszyk do umieszczania różnych rzeczy, ale ma on wymiary niezbyt przystające do potrzeb, tak więc nie udało mi się wykonać zadania. Na szczęście Tatiana, moja pani sprzątająca, miała chwilkę wolnego czasu w nocy i dokończyła pracę za mnie. Panowie od firmy „szafkowej” mieli wynieść stare meble i teoretycznie rzecz biorąc babcia powinna słodko spać nie martwiąc się niczym. Ja zaś miałam zmartwienie i to z mojego punktu widzenia poważne. Z korespondencji mailowej wywnioskowałam, że firma „szafkowa” nie instaluje zlewozmywaka, kuchni (zamiana gazowej na indukcyjną), zmywarki, wody itp. Firma „remontowa” oświadczyła mi, że swojego pracownika nie przyśle, bo aktualnie ich nie ma; są na urlopach albo pracują gdzieś indziej. No i właśnie wówczas rozpłakałam się. Moja wyobraźnia poszybowała, kreśląc scenariusze nie do ogarnięcia. Rodzina zamiast pocieszyć mnie, zwymyślała głupią babcię, która histeryzuje i szuka dziury w całym. Otarłam więc łzy i przestałam się rozczulać, szykując na to, co przyniesie mi następny dzień. Wszak światowa sytuacja polityczna jest mocno niepewna, czas więc potrenować dawne umiejętności z czasów zimnej wojny. Co ma być na wierzchu, co pod spodem, co ważne, a co nie, przetrwać należy przynajmniej kilka dni. Wszystko trzeba rozsądnie zaplanować.

No i nie spałam pół nocy. Ciśnienie mi niebezpiecznie wzrosło, a sny oscylowały nieustannie wokół różnych katastrof. Oczywiście, żadna z nich nie przydarzyła się, za to pojawiły się trudności, na które nie byłam przygotowana.

Panowie „szafkowi” przyjechali z niewielkim opóźnieniem i przystąpili do wynoszenia mebli z kuchni. Nową kuchnię do instalacji i resztę przedmiotów ustawili „na 5 minut” w wejściu do mojego pokoju, odcinając mnie całkowicie od telefonu, komputera tudzież czajnika elektrycznego. Poproszeni, aby postawili te przedmioty w innym, wskazanym im miejscu, oświadczyli, że zaraz to zrobią. Lodówkę i zamrażarkę wyłączyli w gniazdka i wysunęli na środek kuchni zapominając ją podłączyć do innego gniazdka w zasięgu. Zrobiłabym to za nich, niestety, dostęp był dla mnie, z moim balkonikiem, niemożliwy. W dodatku dosunęli lodówkę drzwiczkami do ściany. Odłączyli instalację wodną powodując kałużę. Poprosili o mopa, ale nie użyli go, bowiem okazało się, że nie wzięli klucza do odkręcania instalacji wodnej. Po czym oświadczyli, że do wyłączenia kuchni gazowej potrzebny jest gazownik. Przystąpiłam do szukania tegoż i znalazłam go, ale zgodził się przyjść dopiero za godzinę. Zanim się obejrzałam, panowie „szafkowi” znikli na ponad dwie godziny. Na szczęście pojawił się gazownik, a ponieważ jest pracownikiem naszego osiedla od lat i znamy się, oprócz czynności, po które został posłany, odkręcił lodówkę drzwiami od ściany, włączył ją do kontaktu, przesunął graty stojące w drzwiach czym umożliwił mi poruszanie się po mieszkaniu, skorzystanie z toalety oraz ugotowanie herbaty. Na zwróconą uwagę panom „szafkowym” po ich powrocie, że mogli włączyć lodówkę odrzekli, że lodówo-zamrażarka powinna trzymać temperaturę przez 12 godzin, po czym wypełnili korytarz innymi przedmiotami, wprowadzając się jednocześnie do pozostałych pokojów, rozrzucając kartony, folię i inne śmiecie i ciągnąc kable z uporem maniaka samym środkiem pomieszczeń i unieruchamiając mnie, jako więźnia, tym razem w moim pokoju.

Potem było coraz gorzej. Budownictwo z czasów PRL okazało się łamaczem wierteł, na co panowie skarżyli się nieustannie, oświadczając wieczorem, że nie dadzą rady tego dnia (w środę) skończyć. Mieli przyjść następnego dnia, ale zdradzieckie siły w ich szeregach powiadomiły mnie, że owo „jutro” oznacza poniedziałek.

Wyciągnęłam więc zachomikowaną przed synami (wszystko chcą wyrzucać, co ich zdaniem babci już niepotrzebne) maszynkę elektryczną ze spiralą i na labiryncie z szamotki (ciekawe ile osób dziś wie, co to była cegła szamotowa lub szamotka pod spiralę?). Za moich czasów jedno i drugie w maszynkach elektrycznych można było wymieniać, gdy spirala się przepaliła albo szamotka potłukła). Mój tata tego nie umiał, ale mama nas nauczyła. Znalazłszy maszynkę, przystąpiłam do gotowania zupy, ponieważ tę, którą wcześniej przygotowałam na cały dzień, do podgrzania w mikrofali, zjadłam wcześniej, a zdenerwowanie sprawiło, że mogłam bez obaw jeść wyłącznie potrawy płynne.

Udrożnienie dostępu do komputera okazało się błędem, jako że odbierałam kolejne maile od bliskich osób, nie zaangażowanych w ten remont, mające mi udowodnić, że instalacja elektryczna została sknocona (wystający kabel nie ma tyle żyłek ile powinien mieć, a coś tam coś tam powinno/nie powinno wywalać korków, a skoro wywala to świadczy, że… I że jeszcze pogodzę się z kuchnią gazową, więc może powinnam była uprzedzić gazownika, że jeszcze będzie potrzebny, więc żeby nie demontował wszystkiego. Pocieszałam się, że skoro jedna część rodziny, zaangażowana w remont łazienki, musiała znosić krytyczne uwagi drugiej części, zaangażowanej w remont kuchni, istnieje prawdopodobieństwo chęci udowodnienia stronie przeciwnej niedoróbek, co nie musi skutkować ponownym wołaniem gazownika. Na wszelki jednak wypadek kuchni nie wyniosłam do pomieszczenia na śmiecie wielkogabarytowe – jak to teraz ładnie się nazywa.

Podobno nie należy podsłuchiwać, ale niestety, już się stało. Z naglących telefonów panów szafkowych wynikało, że coś tam powinno mieć jakiś kołnierz albo zaślepkę, a nie ma ich w zestawie, więc kupiony nie daje się zamontować. Nie chcę już dociekać jakiej części wyposażenia to dotyczy…

Ale zmartwień nigdy nie zabraknie. Okazało się, że opleciono rusztowaniami mój balkon i przystąpiono do jego remontu. Potrzeba mi gwałtownie płachty folii i człowieka do wejścia na drabinę i otulenia klimatyzatora przed pyłem. Póki co, wciska się mimo zamkniętych okien do mieszkania.

Z niepokojem w sercu czekałam na elektryka od kuchni. Wpadł późnym wieczorem i wypadł natychmiast, stwierdziwszy, że w kablu nie ma prądu. Oczywiście nikt mnie wcześniej nie słuchał, gdy mówiłam to samo, bo podobno przed położeniem kafelków konsultował to wszystko ten elektryk uznając, że można założyć u mnie kuchnię indukcyjną. Ale co to za elektryk, który nie sprawdził, że w mieszkaniu nie ma siły, bo czekamy aż założą ją w bloku, a żeby później nie pruć ścian, przy okazji remontu łazienki, dociągnięto jeszcze nieczynny kabel do kuchni. Dobrze, że nie wyrzuciłam kuchni gazowej, bo może jeszcze będę się musiała z nią przeprosić, chociaż zainstalowane w jej miejscu szafki musiałyby zostać rozebrane, rujnując całą konstrukcję… Podobno pan elektryk będzie miał czas albo w sobotę albo w poniedziałek. Na moje żale zasugerowano mi, żebym poszukała innego.

c.d.n.

Zaginiony pamiętnik z PRL

Dawno dawno temu przeczytałam na stronie

http://olecko.com/zurowski/rodc.htm

czyjś pamiętnik z okresu PRL. Tekstu tego już dawno nie ma w internecie, autor pamiętnika zapewne nie żyje, a rodzina zlikwidowała adres. Tym, co skłoniło mnie do przeczytania, a potem skopiowania i rozszyfrowywania tekstu (dziś zawiera więcej „robaczków” niż liter), były fotografie, przedstawiające jakąś świetlicę z tamtych czasów, jak wynika z napisów z lat 1958-1959. Fotografie te uderzyły mnie swoją brzydotą, ale brzydotą tak bliską, że wręcz wrosłą w moje odbieranie świata.

W roku 1958 miałam 16 lat i podobna estetyka towarzyszyła mi od dzieciństwa w szkole, na koloniach letnich, wszędzie tam, gdzie przebywały dzieci. Ani w domu, ani w innych miejscach (poza muzeami, odwiedzanymi w ramach wycieczek szkolnych) nie miałam do czynienia z „prawdziwą”,. dobrą sztuką. Jeden jedyny obraz oglądałam wiszący na ścianie u mojego dziadka, przedstawiający roztopy przedwiośnia i był on dla mnie dosłownie wspaniały, choć przedstawiał wąwóz, brzydkie błoto i połamane krzaki. Oglądałam go wystarczająco często, żeby utkwił mi w pamięci, stanowiąc kontrastowe przedstawienie brzydoty w stosunku do brzydoty afirmującej, podobnej rysunkom w świetlicy. Niestety, w zawirowaniu serii pogrzebów w rodzinie tajemniczo zaginął, zanim zdążyłam nawet go sfotografować, nie mówiąc już o odczytaniu parafki artysty malarza). Ale wracam do „sztuki” prezentowanej we wspomnianym pamiętniku.

świetlica

Potem, gdy czytałam ów pamiętnik, zaczęłam lepiej rozumieć ten rodzaj brzydoty. Uznałam, że powstała ona (i powstaje nadal) w dążeniu do piękna w środowisku, które nie widziało prawdziwie pięknie przedstawionej w sztuce brzydoty; stawiało więc swoje nieudolne wyobrażenia piękna za wzór, nie mając żadnego pojęcia, jak bardzo nieudolne są te usiłowania. Teraz, po latach, coś z tych wyobrażeń nadal uparcie trwa, choć staje się może bardziej wyrafinowane. Wyraźnie widać to w ewolucji disco polo, gdzie warsztatowa sprawność nie podważyła i nawet nie poprawiła samej podstawy wyobrażenia muzycznego i poetyckiego piękna. Fakt, że można oglądać perfekcyjnie wykonaną bieliznę majteczek w kropeczki budzi tak wielki entuzjazm i tyle miłych skojarzeń, związanych z domniemanym luksusem, że staje się wart piosenki, a wręcz nawet zostaje przebojem.

Autor opowieści budzi szacunek swoją drogą życiową i stawianie mu zarzutu prymitywizmu wydaje się jakoś niestosowne. A jednak…

Jedno z dziesiątki dzieci rolnika mającego 15 ha, urodzony tuż przed I wojną światową w 1914 r. na Wileńszczyźnie, z których połowa była analfabetami, od wczesnego dzieciństwa pracujące na roli, wychowane w archaicznych obyczajach i tradycjach, gdy warunki życia są trudne do wyobrażenia dzisiejszego człowieka, odznacza się doskonałą pamięcią do szczegółów życia codziennego i opisuje je dokładnie i drobiazgowo, jak np. wygląd domu.

Przy dłuższej ścianie, naprzeciwko okien od ulicy, stały dwa drewniane łóżka wymoszczone słomą i przykryte lnianymi prześcieradłami, a w dzień kolorowymi dywanami z kilkoma wysoko ułożonymi, jedna na drugiej, poduszkami. Służyły one do spania ośmiu osobom. Ktoś może zapytać, w jaki sposób może zmieścić się osiem osób na dwóch łóżkach? Otóż muszę stwierdzić, że jest to możliwe. Na jednym łóżku spał ojciec z matką i dwójką dzieci w nogach, na drugim zaś czwórka dzieci.

Ciotka Antonina i wzięta na dożywocie staruszka miały swoje miejsce na chlebowym piecu. Pod piecem podczas zimy znajdował się kurnik. Potem, od wiosny, kury gnieździły się w podwórkowym kurniku.

         Czwórka najstarszych, dwie siostry i dwóch braci, w izbie po drugiej stronie sieni. Tam pod podłogą jest piwnica na ziemniaki i trochę ciągnie zimnem lecz jeśli siostry i bracia ułożą się po dwoje, okrywając się kożuchami, to nie zmarzną. Muszą dobrze napalić drzewem brzozowym w piecu, a wtedy mogą zrzucić kożuchy, a przykryć się dywanami, których dobra mama natkała własnoręcznie na krosnach stojących przez całą zimę w izbie od ulicy.

         A gdzie śpi niemowlak opisujący swoje dzieje? Naturalnie w kołysce w kształcie niecki uczepionej do sufitu.

         W pierwszej izbie pokrytej drewnianą podłogą oczyszczoną dwa razy do roku, przed największymi świętami żelazną łopatą jest niezbyt czysto.”

Autor opisuje też, że dzieci całą zimę biegały na bosaka i prawie nigdy nie chorowały. Szczegółowo pisze o ubraniach chłopców i dziewczynek, potrawach i sposobach ich przyrządzania, wymaganiach religijnych przy uczestnictwie w niedzielnych nabożeństwach, dziecinnych zabawach i rozrywkach, (także nazwanych „umysłowymi” jak słuchanie bajek, śpiewanie, wyliczanki polskie rosyjskie i białoruskie) walce z wszawicą, kąpielach w bani, itp.

Tego rodzaju teksty zasługują na publikację, poprzez ilustrowanie drogi, jaką przebył zwyczajny człowiek w zawirowaniu dziejów, jak doszedł do szczebla kultury codziennej, nieco wyższej niż czworaki z klepiskiem zamiast podłogi i zagrodą dla kóz w izbie – widoku zupełnie zwyczajnego  na idealizowanym, przedwojennym Wołyniu (co niewątpliwie zawdzięcza tak odsądzanemu od czci i wiary PRL), i wydawałoby się, że powinniśmy nadal iść dalej. Pokazywać takim ludziom, ich dzieciom i wnukom perspektywę życia bardziej świadomego i wyrafinowanego – także w rozumieniu piękna.

Nic z tego. Chętnie wracamy do tamtych lat, jako do czasów, które nie wymagały od ludzi zbyt wiele. Mieli być posłuszni tym, którzy lepiej wiedzieli od nich. Co nam, jako społeczeństwu, dziś się w tym podoba, że staramy się do tamtych czasów wrócić? Może zamiast muzeów i dzieł sztuki powinniśmy wrócić do prymitywnych fresków na ścianach stołówek, a nawet murali nowych domów? Po co się wysilać w rozumieniu świata, może starczy nam parkiet z tanich paneli podłogowych za 15,98 zł i tani tablet za rzekomo, złotówkę, z dostępem do internetu? A dobry I Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w naszej fabryce, w uznaniu naszych zasług dla budowy nowej, piękniejszej rzeczywistości, poleci kadrowym wystawić nam skierowanie na „lepsze” wczasy lub wręczy talon na pralkę albo, daj Boże samochód. Tfu, przepraszam, dziś mamy inne zachęty…