Żal wyrzucić

Porządkuję swoją młodość, odkrytą wskutek awarii gniazdka elektrycznego. Ujawniły się wstydliwie pochowane pamiątki, za każdym kolejnym sprzątaniem krytykowane przez rodzinę tym bardziej im częściej wzorcem stawał się hotelowy pokój pozbawiony osobowości  przebywającego w nim człowieka. Zasłonięte komodami gniazdko odmówiło w 1/2 posłuszeństwa, a naprawiacz, prychając z niesmakiem na różne pamiątki wstydliwie przechowywane przez Babcię w zakamarkach szuflad tychże, skłonił mnie do trzeźwego spojrzenia i podjęcia decyzji o pozbyciu się ich. Żal mi wyrzucić do śmietnika pamiątki z lat przynależności do Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki (poniżej prezentowanych modnych wówczas znaczków identyfikujących zainteresowania) tudzież mnóstwa  dokumentów z tamtych czasów, jednak nie mam już w domu na nie miejsca, a i nie chcę dawać pożywienia molom książkowym i innym (które z samozaparciem wytrułam). Apeluję więc do reaktywowanego „Fenixa” – jeśli wam się na coś przydadzą – dysponuję mnóstwem pamiątek z lat osiemdziesiątych. Poniżej – znaczki.

 

O wojnie c.d.

Z trzecim głosem o wojnie najtrudniej jest dyskutować.  Zawiera go strona

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-glos-trzeci/

Autorka, Justyna Karolak, znakomicie przerobiła lekcję historii (choć może zbyt wiele czerpiąc od jej interpretatorów zamiast obiektywnych kronikarzy), ale nikt z nas nie jest w stanie być pełnym i obiektywnym, beznamiętnym obserwatorem. Z częścią jej poglądów się zgadzam, z dużą jednak przykrością odnotowuję, że osobiste uprzedzenia, zaciemniają jej pełnię obrazu i tępią osobistą przenikliwość.

Tak już jest, że dyskutując współcześnie, nie zauważa się błędów logicznych, które się popełnia. Jest to wada wychowania szkolnego, niechęć decydentów do nauki logiki i matematyki. Moje pokolenie tego uczono. Zresztą w internecie pełno jest list błędów wraz z ich łacińskimi nazwami (które brzmią bardzo mądrze), choć opisują całkiem zwyczajne zjawiska – podobnie jak w dowcipie, w którym ktoś ze zdziwieniem stwierdza, że niedawno dowiedział się, iż wypowiada się prozą.

Już na wstępie autorka popełnia dwa z owych szkolnych błędów, fałszywej przesłanki i błędnej analogii –  Pisze ona:

„I wojna może być zupełnie nieagresywna – niebrutalna w swym przebiegu, a wręcz nieuchwytna dla naszego percypowania codzienności. Wojna ekonomiczna toczy się przez cały czas, jest dziełem kręgów bankierów i bogatych rodów, osób w garniturach sączących ekskluzywną herbatę albo trunek , obradujących przy eleganckich stołach. I nie sądźcie, że w środowiskach tych nie uczestniczą kobiety – właśnie dlatego napisałam: osoby, a nie panowie.”

Twierdzenie: Wojna nie równa się agresji. Nie wszyscy biorący udział w wojnie muszą być agresywni. Może nim nie być planista, konstruktor broni, operator uzbrojonego drona, siejącego seriami w bezbronną ludność, W każdym razie agresja nie jest nieodłączną cechą jego działań. Tak, jak ja, siedząc przy komputerze i zerkając w otwarte, wiosenne okno, rozkoszując się płynącym stamtąd ciepłem, piszę ten tekst, tak wymieniony wyżej strateg, może planować wojenne działania zupełnie oderwany od agresywnych emocji, a operator uzbrojonego drona kosić ludzkie mrówki bez agresji, jedynie z uciechą dziecka, ćwiczącego swoją celność. Pojęć tych nie należy utożsamiać, jednak suma działań podstawowych, odróżniających wojnę od innych poczynań, to właśnie agresywność. Pod względem skutków, a nie przyczyn. Rozerwane ludzkie ciała, zburzona infrastruktura, zniewolenie. Nie części składowe są ważne – a całość. W postawionym pytaniu chodzi najprawdopodobniej o wojnę ze wszystkimi tymi skutkami, które ze sobą niesie, w dodatku toczącą się na terytorium Polski, chociaż pytania nie postawiono niejednoznacznie.

Twierdzenie: Wojna ekonomiczna równa się wojnie. Agresja ekonomiczna nie ma wiele wspólnego z emocjonalną agresją, może być, a zazwyczaj jest całkowicie beznamiętna.  Pojęcie „wojna ekonomiczna” jest tylko literacką przenośnią, przybliżeniem, a nie terminem o ścisłym znaczeniu. Działania „bankierów w garniturach sączących ekskluzywne drinki” , mimo swej obrazowości, bynajmniej nie są żadną wojną. Jest to działanie w istocie zbliżone do gry, w której planuje się zyski i straty, czegoś w rodzaju bridża na przykład. Brakuje mu dosłowności prawdziwej wojny, chociaż katalog strategii od dawna jest przedmiotem nauk ekonomicznych. Działania takie mogą być przyczyną prawdziwej wojny, ale bynajmniej nią nie są. Obrazek z drinkami oczywiście jest populistyczny.

Podobnie jest z walką, które to pojęcie jako nieuprawnione rozszerzenie, stosuje się do machinacji ekonomicznych i wszelkiego rodzaju konfliktów. Tak wrosło ono w nasz odbiór świata, że nie widzimy nawet śmieszności określenia „Walka o pokój„.

Dalej autorka pisze:

„Gdyby to zależało ode mnie, wprowadziłabym do szkół podstawowych lekcje szachów i przysposobienia obronnego. Nie po to, żeby kształcić dzieci w kierunku obsługi wojny czy zanurzać je w aurze strachu, tylko po to, by uczyć je myślenia logicznego (matematycznego), opatrywania ran, ratowania ludzkiego życia (pierwszej pomocy), a także umiejętności panowania nad emocjami histerii, zachowania się w rozpędzonym tłumie ogarniętym paniką, czy też bezpiecznego i efektywnego rozpalania ogniska. Uważam, że za dużo i nazbyt napastliwie rozmawia się o emocjach i uczuciach, upycha się emocje i uczucia do każdej przestrzeni i szczeliny życia, popierając to pławienie się w emocjonalności ludzkiej złotymi radami tabuna psycholożek z telewizji śniadaniowej, a prawie nikt nie podejmuje rzeczowego dyskursu zogniskowanego na zagadnieniach życia i śmierci – w sposób pilny, chłodny, bezemocjonalny, odnoszący się choćby do podstaw socjologii, ekonomii i politologii.”

W tym przypadku całkowicie się z nią zgadzam. Tylko czy istotnie, takie kształcenie wymaga przekonania o nieuchronności wojny na naszym terytorium, jak w domyśle zakładają wszystkie trzy głosy? Zupełnie nie. Mnie samą przeraża myśl, że w razie jakiegoś większego zawirowania politycznego (nie koniecznie wojny) pokolenie moich wnuków mogłoby zupełnie okazać się niezdolne do przeżycia. Jak można bowiem przeżyć, kiedy dzieciak żywi się wyłącznie jednym rodzajem potraw (bo tak lubi), jest kompletnie niezorganizowany, nie umie zadbać o siebie, brak mu umiejętności przewidywania itp – a takich dzieciaków dziś, w czasach gdy rodzice zdmuchują im pyłki spod nóg, jest całe mnóstwo. Owszem, postawienie mu przed oczami perspektywy nieuchronności wojny może zachęcić go (jeśli przedtem nie zniechęci) do zmiany zachowań – o ile nie potraktuje jej jako kolejny nudny przedmiot szkolny. I inne zagadnienie wychowawcze: czy brak emocji w wychowaniu jest be czy cacy? Za mojej młodości uważano, że beznamiętność w wymierzaniu kary cielesnej jest dobra, emocjonalność zła. Dziś sądzimy, że kary cielesne w ogóle nie powinny istnieć w katalogu oddziaływań. To źle czy dobrze?

Dalej jednak podejrzewam, że autorka pije do mojej krytyki poprzednich dwóch głosów, choć oczywiście wolałabym, żeby zrobiła to z otwartą przyłbicą, dyskutując po rycersku. Jednak łatwiej postawić zarzut pokoleniu, niż konkretnej osobie. Poniżej ten fragment:

Pokolenie mojej babci umie zwierzać się ze swoich przeżyć wojennych, opowiadać o strachu i tęsknocie, te opowieści są naturalnie bardzo wartościowe, ale już nie rozumie dzisiejszych potrzeb w zakresie edukacji oraz prowadzenia dyskursów społecznych. Pokolenie to wypiera się prawdy – nie lubi jej, bo życie nauczyło je maskowania się, dopasowywania, służenia. Upatruje zatem zagrożenia duchowe tam, gdzie ich nie ma, natomiast nie chce, by dzieci uczyły się o wojnie, by były na to niebezpieczeństwo przygotowywane, bo w tym procesie przygotowawczym widzi wyłącznie albo zachęcanie do agresji, albo wychowywanie młodych ludzi w atmosferze strachu. Zbyt dobrze zakodowało sobie tę atmosferę z własnego dzieciństwa i młodości, czemu nie ma się co dziwić, i teraz przenosi ten kod na współczesność. Niemniej nie rozumie wielu aspektów dzisiejszej polityki i obyczajowości, nie akceptuje koniecznych wydatków na obronność i inwestycji w armię, poza tym uważa, że zakaz posiadania broni palnej przez obywateli jest słuszny oraz w dobrym tonie, gdyż wszelką broń intuicyjnie kojarzy jedynie z amokiem, obłędem, dzikością i prymitywizmem (w negatywnym ujęciu tego słowa), a ani trochę nie kojarzy jej z potrzebą normalnej samoobrony.

Nie będę przekonywać kogokolwiek ani przepraszać za  fakt, że mam tyle lat ile mam.  Błędne jest jednak przekonanie, że ktoś kto żył dłużej i osobiście coś przeżył, wypiera się prawdy, nie rozumie danego zagadnienia lub rozumie gorzej niż ten, kto nie miał z nim nic do czynienia w praktyce, bowiem został zainfekowany tym czy tamtym (tu już można dowolnie czerpać ze zbioru ułożonego przez polityków określonego kierunku). Bardziej logiczne jest to, że poszukuje on prawdy, chociażby na przekór tym młodziankom, co wiedzą lepiej. W dodatku do kategorii tego, co ów stary człowiek nie rozumie, można upchnąć wszystko, co się da: zakodowane służalstwo, ocena wydatków na zbrojenia, zakaz posiadania broni palnej itp, bez zapytania adwersarza, co w ogóle na te tematy sądzi. Nieładnie, pani Justyno, oj nieładnie. Cała lista błędów logicznych (nawet ta skrócona, z Wikipedii). Po pierwsze: że argumenty ad personam, po drugie, nieuprawnione uogólnienie, po trzecie, fałszywe argumenty, po czwarte błąd niepełnego dowodu i tak dalej… Same domniemania, w dodatku wygodne mentalne wytrychy.

W ten sposób przemyślany i dość jasno wyłożony stosunek do sprawy Pani Justyny Karolak, zmienia się w emocjonalną przemowę mieszającą wszystko ze wszystkim, zastępującą własny tekst, sloganami polityków, populistów i demagogów: (np. „w kierunku fałszywie pojmowanego liberalizmu, duchowość pacyfistyczna, agresywny weganizm”).  Jest to dowód pewnej niedojrzałości emocjonalnej, dopuszczalny u bardzo młodego człowieka, ale grzech główny kogoś, kto chce być pisarzem. Ten bowiem zawsze powinien wypowiadać się własnym tekstem. Czy takim jest poniższy fragment?

„Dziś modnie, to znaczy „po europejsku”, jest brzydzić się polityką oraz oczywiście wojną – przede wszystkim wskazane jest reagowanie odruchowym, w zasadzie alergicznym obrzydzeniem do własnego narodu, do naszych narodowych doświadczeń wojennych, w których należy dłubać z zaangażowaniem i metodycznością szaleńca tak długo i uporczywie, aż znajdzie się na kartach historii jakiś szczegół, który dostarczy nam odpowiednich alergenów, a więc powie, że to Polacy w czasie wojny z lubością mordowali Żydów i że obozy śmierci na terenie Polski są polskie, mimo że instrukcje obsługi przy piecach do palenia ciał napisano w języku niemieckim. Właśnie do tego typu ojkofobicznych postaw prowadzi nowoczesna, proeuropejska „duchowość pacyfistyczna”, która wszędzie, na każdym kroku dopatruje się srogiego ciosania w rozkoszną i zupełnie nieagresywną matkę naturę i która świetnie, bo z ogromnym entuzjazmem odnajduje się w kontekstach złorzeczenia i pogardzania. W formie dygresji dodam, iż ta sama „duchowość pacyfistyczna”, która postuluje opresywny weganizm (np. dieta z surowych owoców i warzyw stosowana na malutkich, ledwie odstawionych od piersi dzieciach), uwielbia hodować wykastrowanego kota – bo pacyfizm ten oraz miłość do matki natury sięgają tylko do kocich jąder, tam przemieniają się w lodowate kleszcze i robią swoje…”

No i co do cholery ma wspólnego kastrowanie kota z nieuchronnością wojny? Albo dieta malutkich dzieci odstawionych od piersi z pacyfizmem? To już nie dygresja, to emocjonalny fajerwerk i manifest na temat zjawisk współczesności, którą rzekomo autorka lepiej rozumie od leciwej babci. Właśnie te przywołane ad hoc zjawiska są osadzone w prawdziwej współczesności, a nie jakieś teoretyzowanie podkreślanych przez autorkę rozumienia dzisiejszych potrzeb w zakresie edukacji oraz prowadzenia dyskursów społecznych. Istnieją oczywiście mody na rozumienie czegoś, zwłaszcza pojęcia współczesności i postępu są na te mody silnie wrażliwe. Na ton dyskursów społecznych też.

Bardzo cenię „Toster Pandory” i odwagę poruszanych w nim problemów, jednak mam wątpliwości co do bezstronności mierzenia się z rzeczywistością. Może należałoby zacząć od problemów najprostszych, to je, zamiast problemów globalnych, rozbierać na czynniki pierwsze i samodzielnie diagnozować. To nie krytyka – to refleksja pod adresem pani Justyny Karolak i nadzieja jednocześnie. W końcu nikt z nas nie jest wolny od wad – dobrze jest tylko je dostrzegać.

Lodowate kleszcze emocjonalności zbiorowej robiące swoje – być może ta diagnoza jest słuszniejsza niż autorce się wydaje.

O wojnie

Dyskusja o nieuchronności wojny – to całe spektrum problemów. Od astrologów, wizjonerów, historyków, statystyków, po nas, zwyczajnych ludzi. Oczywiście, nie bierzemy pod uwagę, iż wiele z tych głosów ma na celu po prostu kasę, kompromitując problem jako taki. O to chodzi. Mój przyjaciel – fotografik, dokumentuje zbiorowe emocje, więc najlepiej wie, że najłatwiej jest zarzucić bezpośrednim świadkom wydarzeń emocjonalność, z nadzieją, iż znajdzie się podstawę do ich zdyskredytowania. Moherowy beret, biały goździk, siwe włosy, niestosowny wiek. Brzydkie zmarszczki w czasie krzyku, jakieś wąsy czy niemodna kurtka… Niewłaściwe, nieprawomyślne skojarzenie.

W tej, jak i w innych dyskusjach tego typu, lekceważy się głos starców, którzy czegoś doznali na własnej skórze. Niedawno w TVN24 pewien polityk najwyższego szczebla oświadczył, że musi wymrzeć pokolenie bezpośrednich świadków, żeby historycy byli w stanie ocenić sens wydarzeń. O sensie wojen mają dyskutować nie ci, co je przeżyli i co ich doznali na własnej skórze. Kilka tomów ich relacji kupiłam po 5 zł za sztukę na bazarze, jako dziadkowe bredzenie z odzysku (po likwidacji czyjegoś mieszkania). Cena świadczy sama za siebie, choć książki są kopalnią wiadomości o realiach tamtych czasów.

Nie dajmy się zwieść tej manipulacji. Nie mogę pogodzić się z tym, że ktoś lekceważy moje zdanie, bowiem w jego przekonaniu jestem za stara, żeby mierzyć się ze współczesnością. Dlatego ciągle dyskutuję z młodymi. Ale chciałabym też przeczytać o własnych przemyśleniach osób ubezwłasnowolnionych medialnie z powodu ich wieku, nie pasującego do politycznych założeń. Może powinniśmy wreszcie zabrać głos, jak naprawdę było, a nie jak imputują nam młodzi!

Kochani! To ostatnie nasze podrygi! Co nam szkodzi opowiedzieć, jaka naprawdę jest wojna? I jakie traumy na całe życie niesie?

Odkąd byłam dzieckiem, pamiętam szepty dorosłych: „jak myślicie, będzie wojna czy nie?”. Tego rodzaju dywagacje należały do grupy spraw, skrzętnie ukrywanych przed dziećmi, podobnie jak sprawy płci i polityki. Były ku temu powody. Zimna wojna, to co zrobiono z Żydami (nie używano wówczas terminu holocaust), obozy koncentracyjne, wieszanie zbrodniarzy plus rodzinne historie. I panujący strach przed czymś, co tylko najbardziej pewni siebie i zajadli odważali się nazywać „reżimem”, „sowietami”, „UBe” (lista nazw także była odmienna od dzisiejszej).

Mało które dziecko w moim wieku (rocznik 1942) nie zaznało na własnej skórze wojny: wygnania, głodu, niebezpieczeństwa, widoku trupów ludzi i zwierząt. Opowieści o czekającej nas wojnie mogłyby pogorszyć jeszcze psychiczny stan dzieciaków, zwiększyć listę ich nocnych koszmarów. A jednak wszyscy z mojego otoczenia byli pewni, że wojna nadejdzie, rzecz tylko w tym, jak długo da nam jeszcze pooddychać. Wszystko za tym przemawiało. Kiedy wiatr wybił szybę w oknie naszego domu, rodzice zatkali dziurę kawałkiem dykty ze starej szafy, bowiem nie opłacało się wstawić nowej szyby. „Przyjdzie wojna i wszystkie szyby wytłucze” – tłumaczyła się mama. Ślady kul na tynku naszego domu przetrwały do późnych lat sześćdziesiątych i zniknęły razem z domem. Po co bowiem było go tynkować, skoro zaraz pojawią się nowe dziury? Jeśli były na przestrzał – starczyło zatkać czymś. Mama kupowała chleb, suszyła piętki, w kącie stał cały ich worek. Nikt nie kupował mieszkań, remontowano je tylko na aby aby (wbrew propagandzie mówiącej o tym, jak radośnie odbudowujemy swój kraj), a jeżeli już, to bynajmniej nie dawni mieszkańcy Warszawy; ci woleli zadowolić się kwaterunkowym przydziałem i przygodnym łataniem dziur. Gromadzono zapasy żywności. Każde zawirowanie w polityce, to były kolejki i kupowanie cukru, soli, mąki. Ubrania musiały być solidne, żeby wytrzymać w nich wygnania i inne przeciwności losu, meble niekoniecznie, starczyły doraźnie reperowane stare graty. Wiele lat spałyśmy z siostrą na łóżkach, których podstawę dla stelaża stanowiły pięciokilogramowe puszki po darach UNRA, wypełnione piaskiem (plus jedna pełna, zapomniana, otwarta w latach sześćdziesiątych, zawierająca papierosy).

Życie odbudowywano powolutku, raczej skokami, w miarę gdy pojawiała się nieuchronna konieczność, na przykład rodziło się dziecko. Jestem w posiadaniu oryginału pamiętnika, spisywanego przez młodego człowieka, studenta seminarium, którego naukę przerwała wojna. Podróżował po całej Polsce, zatrzymywał się u jakichś znajomych znajomych; wyjeżdżał, gdy czuł, że staje się dla nich zbytnim ciężarem; raczej nie próbował znaleźć stałej pracy i nie robił żadnych planów na przyszłość. Wiele osób tak żyło z dnia na dzień. Przepadły ich domy, majątki, zginęła, zaginęła lub wyemigrowała rodzina, a oni nastawieni byli wyłącznie na doraźne przetrwanie.

Jako młodą dziewczynę utrzymywano mnie w przekonaniu, że wojna jest nieuchronna, zresztą miała to być wojna atomowa, po której życie na Ziemi w najlepszym przypadku będzie się niemrawo tliło. Potem na szczęście ludzie uwierzyli, że pokój jest możliwy i mamy właśnie dzisiaj – czas gdy ludzie kupują domy i mieszkania (także na zarobek), odkładają pieniądze w bankach, podróżują po świecie, planują swoje życie i życie swoich dzieci. Rozpieszczają je czasem nadmiernie, dają im miłość i zrozumienie, zamiast zwierzęcej troski o przeżycie. Niektórym jednak ta stabilizacja przeszkadza, zbyt mało mają mocnych wrażeń albo brak im wyobraźni.

Tworzy się przestrzeń dla wieszczenia, że wojna jest nieuchronna (jest to oczywiście możliwe, ale póki co niesprawdzalne, co nie oznacza, że trzeba o niej nieustannie myśleć). Dobiegają nas echa tych dywagacji, w postaci rozmaitych tez i chwała  Tosterowi Pandory, że zajął się tym tematem. Boję się tylko, że głosy w dyskusji są głosem ludzi młodych, którzy osobiście żadnej wojny nie przeżyli, widzieli tylko mnóstwo filmów i kronik, a przecież mimo wszystko, oglądanie wojny jest czymś innym, niż jej doznawanie. Obejrzawszy nawet najbardziej makabryczną kronikę (a żadna nie zawiera katalogu wszystkich dolegliwości wojny) idziemy spać do własnego, suchego łóżka, a nie czaimy się głodni i zmarznięci w jakichś ruinach, w oczekiwaniu na wizg bomb. Ludzi, którzy wojnę poznali na własnej skórze, jest niewielu wśród Polaków, zaś uchodźcy nie są dla nas wiarygodni w żadnej sprawie i nikt ich nie słucha, nawet gdy są wymyci i nakarmieni, nie śmierdzą i zachowują się spokojnie. Babć i dziadków też się raczej nie słucha. A już na pewno nie czyta się nudnych wspomnień (jeśli w ogóle się czyta dłuższe teksty).

Cykl trzech artykułów o wojnie rozpoczyna:

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-czyli-roznica-pomiedzy-wyborem-jedno-i-obustronnym-glos-pierwszy/

Autor stawia w nim następujące tezy:

  • Pacyfiści są szkodliwi, bo nie widzą, że o wojnie decyduje nie jedna strona, a dwie.  Należy więc najpierw rozprawić się z nimi.
  • Jest tylko kwestią czasu, kiedy będziemy musieli z nią się zmierzyć. Zwłaszcza nie rozumieją tego kobiety, a to źle bo należy:
  • wzmóc wychowanie prowojenne, przygotować dzieci, nauczyć ich tego i tamtego, przydatnego w przyszłych walkach. Zapewne tutaj należy usytuować tzw. „wzmożenie patriotyczne”, często ostatnio dające się zauważyć wśród młodych.
  • Każda reprymenda dla przemocy jest szkodliwa. Świadczy o tym wprost poniższy cytat:

„Szanowne Kobiety, przecież tylko ta agresja sprawia, że chodzicie jeszcze po ulicach prawie zupełnie niezagrożone gwałtem. Polska jest prawie najbezpieczniejszym dla kobiet krajem na świecie, i ma to przecież tak pozostać. Świat się zmienia na niekorzyść. Wobec czego każda reprymenda w stosunku do przemocy męskiej osłabia Wasze naturalne siły odpornościowe, degradując facetów, którzy nadal mogą zrobić potencjalnemu napastnikowi krzywdę.”

Trochę to prostackie, ale logiczne, bo wynikające z całokształtu postawy samca alfa, który po prostu musi dla zdrowia psychicznego i fizycznego powojować: pięściami z kobietą,  sztachetą z sąsiadem, bejsbolowym kijem na ustawce z kumplami, uzbrojonym dronem z wrogiem. Trudno więc mi jako stara, nieprzydatna samica, dyskutować z takim mężnym mężem.

Głos nr. 2 w zasadzie podziela powyższe poglądy, choć czyni to nieco bardziej finezyjnie i inteligentniej.

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-glos-drugi/

Tezy:

  • „Wojna nie przychodzi dlatego, że jej chcemy, przychodzi niezależnie od tego, czy jesteśmy pacyfistami, czy wojownikami, czy jesteśmy wolni, czy zniewoleni. Wojna jest światem samym w sobie.”
  • Stoimy poza wyborem.
  • Wojna bierze się z napięcia globalnych interesów.
  • Cechą równoważenia sił jest nieustanne sprawdzanie. Czasem przekracza ono granice i dochodzi do konfliktu, którego nawet nie oczekiwano. Obecnie mamy w świecie rozchwiany układ sił „Właśnie odbywa się globalna rozgrywka o ustalenie zasad nowego porządku.”

Autor jednak w końcu obnaża swoje zafiksowanie i przestaje starać się o obiektywizm, co uzmysławia nam poniższy cytat:

„Hippisowska wizja tolerancyjnego i spełniającego się poprzez kontakt z naturą człowieka, wspierana przez kokon medialny poprawności politycznej, sprowadziła tegoż człowieka do roli zasobu ludzkiego, demoralizując społeczeństwo i kreując zamiast niego zbiór osób. To, co nazwano końcem historii, okazało się zupełnie nowym początkiem innej. Społeczeństwa odzyskują powoli podmiotowość, otrzepując się z haszyszu lewicowej wrażliwości. Jednak ten okres stagnacji i intelektualnej dezynwoltury na wiele lat zatrzymał postęp, zastępując go psychologizmem i pseudowiedzą. Wojna już jest”

Z zaciekawieniem czekam na trzeci głos, tymczasem jednak postaram się podyskutować ze stanowiskiem nr, 2. W zasadzie wszystko, co autor wyraził, a ja ujęłam w punktach, jest prawdą. Tylko, że z wymienionych argumentów wcale nie wynika przedstawiona teza o nieuchronności wojny. Owszem – o wysokim prawdopodobieństwie jej wybuchu, w miejscach zapalnych dla rozmaitych konfliktów, ale jednak tylko prawdopodobieństwie, bynajmniej nie nieuchronności. W dodatku Europa, w przeciwieństwie do lat poprzedzających I i II Wojnę Światową, jest dość stabilna i powiązana finansowo w sposób raczej utrudniający  niegodziwe zamiary. Uczestnicy tych powiązań więcej mogą stracić na konflikcie zbrojnym, niż zyskać.

Także niebezpieczeństwo rozlania się któregoś ze światowych konfliktów na tereny Europy nie jest zbyt wielkie. Widać to po sposobach reakcji politycznych, wielu osobom wydającymi się nadmiernie ostrożnymi i rozciągniętymi w czasie. Oni woleliby jak małe dzieci: „Spuścić bombę, zabić tę trąbę”.

Skąd więc to namaszczone wręcz przekonywanie otoczenia, że wojna jest nieuchronna i z tą nieuchronnością w pamięci należy nieustannie żyć? Czy jako ludziom odpowiedzialnym, zależy nam na tym, żebyśmy znowu żyli w niepewności losu, żebyśmy chcieli wyłącznie przetrwania, doczekania następnego dnia, miesiąca, roku?

Żaden z powyżej przedstawionych głosów nie przekonuje mnie. Głównie dlatego, że brak im obiektywizmu, pogłębionej analizy (np w postaci przedstawienia splotu interesów skłaniających Europejczyków do udziału w zbrojnym konflikcie), za to aż grają emocje, posługujące się określeniami i ocenami z katalogu myślenia wg jednej politycznej siły.  Dla ludzi tych „wrażliwość lewicowa”, „hipisowska wizja”, „poprawność polityczna”, są rodzajem płachty na byka do tego stopnia, że zgromadziwszy je wszystkie w jednym zdaniem, wyrzucane są z siłą wodospadu zamiast poważnych argumentów. Chcą wojny, więc ich zdaniem wojna jest nieuchronna.

Zanim zajmę się trzecim punktem widzenia – co z uwagi na objętość tekstu nastąpi w kolejnym odcinku – pragnę zachęcić do pobrania z mojej autorskiej strony,  http://kasiaurbanowicz.pl/ bezpłatnego PDF zawierającego jedną z części mojej niewydanej (choć nagrodzonej) powieści p.t. „Nić”. Fragment ten, jak pozostałe części powieści nosi imiona bohaterek, których pierwsze litery imion tworzą alfabet – w zamierzeniu była to droga od urodzin do śmierci kobiety. Część ta nosi tytuł  „CELINA” i opowiada o doświadczeniach dziewczyny, wierzącej w nieuchronność wojny atomowej. W dużej mierze jest ona zapisem nastrojów moich koleżanek, studentek z roku 1960-61. Zapraszam chętnych do lektury.

Naczynia krwionośne

Maria Borkowska zrobiła takie przepiękne zdjęcie i opatrzyła je powyższym tytułem:

Jest ona kimś, kto nieustannie zmusza mnie do zastanawiania się nad drogą naszych dywagujących umysłów, a także nad tym, czy istotnie nasza świadomość mieści się w głębi mózgu, czy może całkiem poza nim  (o czym pisał ostatnio Włodzimierz Zylbertal przytaczając link https://www.youtube.com/watch?v=I_V2n9VmB_g&feature=share do wykładu Ruperta Sheldrake, na tyle kontrowersyjnego, że został on zaliczony do grupy nauki urojonej, a jego rozpowszechnianie ograniczanie, chociaż z tego, co odsłuchałam, sprawa ograniczała się do praktycznej zmienności pewnych praw natury, uznanych za stałe. Polityka w nauce i tyle, jeśli to prawda.

Byłoby to bowiem kolejne skojarzenie Wielkanocy, jakie pojawia się we mnie ostatnio. Pierwsze to fotografia, kojarząca Chrystusa nie z barankiem w ramionach, a z jaszczurem, zmieszczona w poprzednim odcinku. Maria ma to do siebie, że kojarzy obraz z literaturą, co na mnie osobiście często działa jak uderzenie między oczy. Oglądając dzieła sztuki, często zastanawiam się nad związkiem tytułu z przesłaniem obrazu i zdarza się, że nie mogę pojąć takiego związku. Podam przykład.

Mój kuzyn, odnaleziony niedawno, Stanisław Wodyński, fascynat genealogii, zamieścił zdjęcie najsłynniejszego obrazu autorstwa spokrewnionego z nim malarza, Wojciecha Piechowskiego „Ukrzyżowanie” z roku 1889, znanego również pod odautorskim tytułem „Via et vita nostra” (nasza ostoja, droga naszego życia), wraz z notką biograficzną jego dotyczącą, o tematyce jak najbardziej pasującej do Wielkiego Piątku, a mianowicie pod angielskim tytułem „Lord Remember Me” (Wspomnij na mnie Panie).

Oto ten obraz:

Przedstawia on spojrzenie na owe wydarzenie z pozycji pyłku pod stopami bohaterów, ważnych i mniej ważnych. Ja bym zaryzykowała twierdzenie, że patrzący, jest ukryty w niewidocznym naczyniu  poniżej tego, stojącego na palenisku z kamieni. Z tej perspektywy Chrystus i obaj łotrzy  są wysoko ponad nami, bliżej i niżej rozpaczające kobiety i inne postaci, których rozpaczy nie przeszkadza gotowanie (Wody? Potraw?) na kamiennym palenisku. Wszak trwanie w rozpaczy wymaga okresowego podtrzymywania sił. Czy te zwyczajne, praktyczne czynności, są właśnie naszą ostoją, naszą życiową drogą, w przeciwieństwie do spraw wielkich i powszechnie uznanych za najważniejsze? Żaden z tytułów pozornie nie pasuje do obrazu, chyba że spojrzeć na niego z podobnego, jak ja, poziomu. Zazwyczaj na Mękę Pańską artyści patrzą vis a vis, tutaj zaś, spojrzenie z boku sugeruje, że nie chodzi o to, co widzą wszyscy…

Dostrzegam też inne rekwizyty na obrazie. Wiele sznurów, być może podtrzymujących członki ukrzyżowanych dla pomniejszenia ich cierpień, ich ud i ramion, a zaczepienia tych lin biorą swój początek w wywyższonym krzyżu Zbawiciela, jako że on jest wszystkiego przyczyną i, prawdopodobnie, politycznym uzasadnieniem kaźni. Kto tak stara się zmniejszyć cierpienia drugiego człowieka, jak nie kobieta i ich dziecko? Nie pyta o sens wydarzeń, po prostu pomaga.

My, kobiety, mamy to do siebie, że zagospodarowujemy ziemie pomijane przez innych. Widzimy detale, fragmenty, odłamki; lekceważone, a jednak przemawiające do tych. którzy chcą słyszeć. Widzimy to wszystko, czego nie dostrzegają inni, zafascynowani sprawami wielkimi i ważnymi. Próbujemy naprawić to, co inni spieprzyli i nie oczekujemy uznania od otoczenia, chyba, że koniec naszej drogi za bardzo już się zbliża.

Wracam więc do „krwioobiegu” Marii Borkowskiej. Dla znawcy problemów medycznych, zespól naczyń krwionośnych obrazuje coś podobnego do drzewa – z jego pniem i rozgałęzieniami, wyodrębniającego jednostkę z otoczenia. Na fotografii Marii, naczynia krwionośne nie ograniczają się do jednego organizmu, stanowią gąszcz powiązań ze światem i wszystkim, co nas otacza. Mój krwioobieg łączy się z krwioobiegiem moich dzieci (dorosłych zresztą) ale także innych osób, nawet tych przygodnych znajomych z facebooka, nie mówiąc już o przyjaciołach i kontrowersyjnych znajomych. Stanowi siatkę połączeń nie do rozdzielenia i nie podatną na rzeczowe analizy.

Za pośrednictwem siostry mojego prapradziadka, ten zespół naczyń krwionośnych łączy mnie także ze Stanisławem Wodyńskim i z jego kuzynami i powinowatymi, a wśród nich z autorem obrazu  Wojciechem Piechowskim. Wprawdzie ja inaczej rozumiem genealogiczne połączenia, niż Stanisław i mój zmarły mąż, Leonard (szkoda że nie mieli okazji się poznać!) jednak pojęcie naczyń krwionośnych zespala nas z tak wieloma jednostkami, że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie od nikogo się odciąć i uwolnić.

Nie wierzę w Zmartwychwstanie.Wierzę w sens utrzymywania tych garnków na przygodnym, gorącym palenisku, w zapach zupy rozprzestrzeniający się wśród ludzi, którzy cierpią i którzy umierają i którym podtrzymanie życia niesie głupią nadzieję. Jeszcze godzina, jeszcze dzień, jeszcze żyjemy póki zapach się rozlega… Nie nauki, nie ideologie, nie dywagacje – Tylko gorący, podtrzymujący życie, zapach kapuśniaku z kminkiem.

Spisek przeciwko kobietom

Jeden z moich przyjaciół w dyskusji nad tekstem o tym co wypada albo nie, w sprawach publicznych, napisał:

„Ciekawe, ale czekam na felieton o tym, co leży u podstaw tej piramidy. Mam swoje podejrzenia, tylko strach je publicznie głosić.” Zakładam, że nie była to drwina z moich rozważań, mieszających wiele spraw z rozmaitych poziomów istotności, ani drwina z moich drwin w sprawie istnienia duszy i momencie zagnieżdżenia się jej w zlepku komórek i opuszczenia podobnego, choć nie identycznego zlepka. Odpowiem więc nieco ogólnikowo.

Możemy poruszać się na cienkiej granicy między kolejnymi stopniami teorii spiskowych, od prawie pewnych (za wszystkim stoi kler katolicki, niedouczeni księża, patriarchalnie nastawieni mężczyźni, zjednoczeni w niepisanym sojuszu itp.) poprzez prawdopodobne (ktoś opłaca jakąś brazylijską organizację, żeby buszowała  w naszych interesach wykorzystując nasze słabe strony m.i. wymienione wyżej pionki w grze), aż do całkiem schizoidalnych w rodzaju takich, że jest to spisek reptilian w interesie obalenia papieża i zastąpienia go kimś innym.

Nie mam żadnych możliwości wyboru jednego z  możliwych stopni spiskowości, a tym samym zidentyfikowania sił, które stoją za cyklicznymi próbami zaostrzenia prawa dotyczącego aborcji, chociaż raczej eliminuję jaszczury. Nie mam poufnych informacji, nie mam dowodów, a nawet, przyznam się, nie przeczytałam szczegółowo spisu organizacji z wykresu, bowiem nie tyle ich nazwy i połączenia są ważne, ile ich ilość i liczba rozgałęzień. Świadczy ona bowiem o zaangażowaniu w tę sprawę i inne, podobne, znacznych środków finansowych. Ważna jest wynikająca stąd świadomość, że my, kobiety, zaczynamy iść na wojnę z całym światem, a skoro to robimy, róbmy świadomie, odpowiedzialnie, rozważając kolejne kroki. Nie sądźmy, że wyjście na ulice, malowanie haseł, jakieś prywatne opowieści w prasie lub wręcz odwoływanie się do praw człowieka wystarczą. Ważne jest, że podobne schematy mogą stanowić jakąś drogę do rozeznania sytuacji i przemyśleń nad strategią. Za moich młodych lat uczono nas w szkole na PW (przysposobienie wojskowe, potem zastąpione przysposobieniem obronnym) że istnieje różnica między taktyką, a strategią. Ja widzę w kobiecych manifestacjach wyłącznie taktykę, strategii moim zdaniem brak.

Ale wracam do teorii spiskowych. Wszyscy mamy wobec nich odruch protestu – tak bardzo się rozmnożyły, tak wiele nimi się tłumaczy, tak często są absurdalne. Nie wypada wierzyć w żadne teorie, które chociażby zalatują spiskiem; świadczy to o infantylizmie i braku krytycyzmu osoby. W dodatku nie dysponujemy narzędziem, pozwalającym eliminować te nieprawdziwe. Absurdalność jest tylko wskazówką, która może zawodzić.

Chciałabym opowiedzieć jako ilustrację powyższego pewną historyjkę z mojego dzieciństwa.

Mój tata opuścił rodzinę, gdy miałam 12 lat i wówczas zaczęły się poważne kłopoty naszej mamy, moje i młodszej siostry, od zawirowań rodzinnych, do eksmisji z zajmowanego mieszkania. Moja mama urodziła nas w dość późnym wieku i ten trudny dla każdej kobiety czas osobistych klęsk nałożył się na okres przekwitania i załamania zdrowia fizycznego, a także psychicznego. Nie istniał dla niej świat, poza tym, że mąż ją opuścił, a otoczenie pełne jest wrogów, najczęściej nasłanych przez ojca. Mama leżała w szpitalu po zawale i uważano, że powinna zostać przeniesiona do szpitala psychiatrycznego. Jednak problem był w tym, że nie chciała się na to zgodzić, a nie było w rodzinie żadnej osoby pełnoletniej, która zgodę taką wyraziłaby. Po prostu rodzina, to było nas trzy.

Odwiedzałyśmy mamę w szpitalu i kiedyś powiedziała nam, że piętro niżej, na innym oddziale leży kobieta, związana w jakiś sposób z kochanką ojca i za jej podpuszczeniem próbuje nastawić lekarzy i pielęgniarki przeciwko niej, spowodować, żeby uznano ją za psychicznie chorą. Pacjentka ta próbuje także podmieniać jej lekarstwa, a możliwe że i otruć. Takie same opowieści mama serwowała nie tylko nam, ale i ordynatorowi oddziału, na którym leżała, tudzież innym lekarzom.

Rozumiecie sami, że tym postępowaniem tylko potwierdzała opinię o swojej psychicznej niestabilności, wymagającej specjalistycznego leczenia. My z siostrą byłyśmy pewne, że mama wymyśliła sobie to wszystko i drżałyśmy tylko, żeby nie wkroczyli w to urzędnicy z aparatem przymusu. Szczęśliwie jednak najgorszy okres minął, obyło się bez psychiatry, mamę wypuszczono ze szpitala i jakoś żyłyśmy przez kolejnych parę lat.

Minęły kolejne lata i poumierali wszyscy uczestnicy dramatu, a wraz z nimi i nasza mama.

Kiedy zmarł ojciec i później jego żona (wcześniejsza kochanka, z której powodu tak bardzo cierpiała nasza mama), likwidacją jej mieszkania (musiało zostać zwrócone spółdzielni) i jego zawartości zajął się syn jej przyjaciółki, bowiem nie miała ona rodziny. Okazało się, że żona ojca z pietyzmu nie wyrzuciła żadnego z jego ubrań, papierów, listów i przedmiotów osobistych. Nie żył także już nikt z bliskich ojca, poza mną i siostrą, chociaż nie chciał utrzymywać z nami kontaktu. Papierów było zbyt wiele, żeby je od razu przejrzeć, zostały wiec wtłoczone w trzy szafki kuchenne i wywiezione do mnie na działkę, ponieważ chłopak likwidujący mieszkanie uważał, że mamy do nich prawo.

Tam dokonywałam swoistej segregacji. Siedząc przed otwartym paleniskiem kuchni, na której stał gar z zupą, wyciągałam papierek po papierku i dokonywałam wstępnej selekcji  – papiery żony ojca do spalenia, papiery ojca i fotografie do powtórnego przejrzenia. Wówczas wpadły mi do ręki kartki pisane do żony ojca przez kogoś z jej rodziny lub znajomych, a właściwie sprawozdania z poczynań tej osoby w szpitalu. Z papierów tych wynikało, że w świetle zbliżającej się sprawy rozwodowej ojca, oboje uważali, iż powołanie się na chorobę psychiczną może ułatwić ojcu uzyskanie rozwodu. Podmienianie leków naszej mamie było już tylko własnym pomysłem piszącej. Ubolewała, że nie znalazła wystarczająco szkodliwych (podkradała je innym pacjentom). W każdym razie owe sprawozdania w pełni potwierdziły słowa naszej mamy, ba pokazały jeszcze więcej przedsięwzięć, o których nam nie mówiła albo nie wiedziała.

Kto tu więc nadawał się do psychiatry? Nasza mama, czy tamte spiskujące kobiety? Na szczęście nic z ich zamysłów nie wyszło, ale ja wyciągnęłam taki wniosek, iż zdarza się, że najbardziej nieprawdopodobna w danych okolicznościach spiskowa teoria, może okazać się prawdą, ponieważ życie tak komplikuje przebieg rozmaitych spraw, że mogło by się nie udać czegoś takiego komuś wymyślić. Teorii spiskowych nie należy odrzucać tylko dlatego, że są spiskowe.

Nawiasem mówiąc w literaturze sensacyjnej brakuje mi opowieści tego rodzaju, że pozorne absurdy okazują się prawdą, a statystycznie częste rozwiązania, fałszem. Aż tęsknię do opowieści, w których motywem zbrodni nie jest miłość, władza albo pieniądze, tylko coś nieprawdopodobnego, być może przypadkowego.

Wracając jednak do tematu spisku przeciwko kobietom. Oczywiście że jest to przykład na działającą sieć powiązań, stworzoną w nieznanym celu (lub w wielu celach) przez nieznane osoby, w przeważającej mierze nieświadome istnienia jakiegokolwiek spisku. Nie zmienia to faktu, że istnieje on i że mimo rozmaitych dywagacji, wciąż niewiele o nim wiemy. Przede wszystkim tego, co powoduje, że zupełnie nie poddaje się zmianom, widocznym w innych segmentach społecznych. Biologia, psychologia, ekonomia i inne nauki nie tłumaczą odporności tego spisku na zmiany światopoglądowe. Dlatego trochę rozumiem tych, którzy winą obarczają imperium jaszczurów, ba, nawet twierdzą, że ostatni papieże nie są już ludźmi, tylko reptilianami – https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/tag/reptilianie/

A czynią to z powodu, iż Watykan ponoć jest ich ekspozyturą okupującą Polskę, będącą kluczem do wyzwolenia nie tylko naszej planety czy Układu Słonecznego ale wielkiej części Galaktyki Drogi Mlecznej spod ich okupacji. Kluczem jest Łysa Góra i ukryte tam skarby Królewskich Krypt Starożytnych Władców Wielkiego Imperium Lechitów.

(zdjęcie ze strony http://damgrath.blogspot.com/2014/06/watykan-prawdziwe-oblicze.html)

Wracamy więc do romantycznych przekonań, iż Polska jest Chrystusem narodów.

Poniżej zdjęcie ze strony: http://cidadaozinhodeenxofre.blogspot.com/2010/06/meu-pequeno-dinossauro.html

 

Podkreślam jednak mocno, że ja osobiście w jaszczury nie wierzę, a Wielkanocne skojarzenia baranka z jaszczurem nie ja wymyśliłam, tylko nie wiem czemu właśnie przed Wielkanocą odkryłam. Wesołych i spokojnych Świąt wszystkim moim czytelnikom życzę!

Co jest stosowne, a co nie

Czasy wiktoriańskie dawno minęły, zresztą w Polsce ich nigdy nie było, chyba że nasze tzw. drobnomieszczaństwo epoki międzywojnia, utrwalone w literaturze przez Gabrielę Zapolską, zaliczać do zbliżonych tendencji. Na interesującym kobiety polu niemałe zasługi położył też lekarz i pisarz Tadeusz Boy-Żeleński. Od zarania jednak krytykowano ten zespół norm i świadomości, drwiono z niego i z nim walczono.  Aż do teraz. Na fali społecznych protestów, kobiecych i nie tylko, wyłania się pewien wzór tego, co dopuszczalne, a co nie. Wracają dziwaczne konstrukcje, całkowicie nielogiczne, z pogranicza rzeczywistości i psychicznych aberracji, mające uzasadnić przekonania niezgodne z wtłoczonymi od dziecka wzorcami.

Pewna kobieta na przykład usiłuje aprobująco wytłumaczyć przekonanie o konieczności prawnego dopuszczenia aborcji z poglądem, że życie zaczyna się od poczęcia i zabójstwo zarodka jest jednocześnie zabójstwem człowieka? Nie da się? Skądże! wszystko się da. Nawet metodą drapania się lewą nogą za prawym uchem, zwisając jednocześnie, zaczepionym prawą ręką o wartości religijne, a ogonem o duchowość karmiczną . Cytuję (po koniecznych poprawkach ortograficznych):

„Dusza wie, kiedy ciało będzie abortowane i nie wchodzi w nie z tego powodu, wiec to nie zabójstwo, jak poniektórzy, a szczególnie KK próbuje nam wciskać. Wara klechom i politykom od kobiecego ciała, niech się zajmą swoją pedofilią.”

Z wiadomych względów interesują mnie jednak bardziej ograniczenia mentalne dotyczące starszych osób, zwłaszcza kobiet, chociaż nie jest pewne, czy jeszcze mają duszę, czy już je ona opuściła. Jeżeli bowiem dusza wie, kiedy wstąpić w ciało dziecka, i wstępuje weń jedynie w razie potrzeby, powinna też wiedzieć, kiedy przestaje być potrzebna, a wręcz przeciwnie, staje się szkodliwa, skoro nie ma na nic wpływu.

W piątkowych marszach stanowiły one swoiste kuriozum. godne uwiecznienia w telewizji, zwłaszcza prywatnej. Dziennikarze wyławiali je jak rodzynki ze świątecznego ciasta z czasów słusznie minionych, gdy 10 deko musiało starczyć na kilka rodzajów ciast i wydawało się, że dwa grzybki w barszcz i rodzynki w serniku to już przesada.

Starsza pani, ubrana w piękne stonowane kolory czapki i szala (prawdziwe wizualne przeciwieństwo moherowego beretu), tłumacząca się nieśmiało, dlaczego obchodzi ją sprawa aborcji, chociaż ma już córki i wnuczki.  Ale co by było, gdyby miała synów? – tłumaczenie straciłoby swoją wagę? Może zresztą ma ich, tylko pominęła w rozważaniach jako czynniki nieistotne?  Pan w średnim wieku przekonujący, że wspiera swoje bliskie mu kobiety – wstydliwie, zapewne dlatego, że nie jest wystarczająco agresywny w wypowiedzi, a jednocześnie ma obawy czy przesłuchujący go dziennikarz nie zastanawia się nad jego zdolnością do spłodzenia zdolnego do życia zarodka. Tfu, przepraszam, życia poczętego.

I ta cała Kaja Godek – tak pewna siebie i słuszności swoich przekonań – nieprzemakalna dla innych, niezdolna do głębszej refleksji. Wydaje się sympatyczną dziewczyną, ale słuchając jej zastanawiam się, czy w ogóle jej stopień wrażliwości pozwala na przeżywanie lub tylko rozumienie jakichkolwiek  dylematów.

Moglibyśmy sądzić, że problem jest w sporze ideologicznym. G-prawda. Takie Kaje Godek stanowią mielone mięso garmażeryjne, traktowane jako półprodukt do prawdziwych kotletów. Gazeta Wyborcza ujawnia międzynarodowe powiązania prowadzące do organizacji w Polsce, sterujących nieświadomym tłumem obrońców życia poczętego.

Co więcej, ujawnia też mechanizmy zbierania podpisów pod kontrowersyjnymi projektami, a to już perfidne obrzydlistwo. Może nie obchodzi nas za bardzo, jak wygrał wybory w Stanach Zjednoczonych Trump, ale jak wygrywa w polskim sejmie określony projekt ustawy – to już nasza sprawa.

Młode dziewczyny, protestujące przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego nie mają zielonego pojęcia, że nie o aborcję tu chodzi. Czasami docierają do mnie strzępy informacji z innych dziedzin życia, stopniowo opanowywanych przez liderów Ordo Iuris, z wyższych uczelni, środowisk pozornie odległych od problemów religii i życia poczętego. Teorie spiskowe zdają się uzyskiwać potwierdzenie, podobnie jak dawna, nadal aktualna  zasada „cel uświęca środki”. Tyle, że nie na Wschodzie, a w Brazylii nasze polskie problemy światopoglądowe wydają się mieć początek. O ile w ogóle są problemami światopoglądowymi…

Nie czuję się w pełni kompetentna, żeby mierzyć się z tym światem. Jeśli nawet wytoczę armaty pełne swojego życiowego doświadczenia, podobnie jak pani w stonowanej czapce i szalu, ujawniam się podobnie jak naiwna nastolatka, nie mająca zielonego pojęcia jak funkcjonuje ten świat. Kogo to obchodzi co ja myślę i co przeżyłam?!

Jakie znaczenie mają osobiste doświadczenia i przemyślenia, znajomość co najmniej kilkunastu historii kobiecych dramatów, wobec tego jednego schematu i gadek kobiety nakręconej, niczym automat, do głoszenia prawd absolutnych, nie przeżytych, nie odczutych, ale przez innych przeżutych?

Nasze kobiece myślenie nie jest obiektywne, nie jest naukowo doświadczalnie, zgodnie z regułami badań sprawdzone i dlatego ma niewielkie znaczenie i nikt na serio się z nim nie liczy.

Za to powyższy schemat jest już klasyfikacją, przeprowadzoną wg określonych kryteriów i może być poddany sprawdzeniu prawda/fałsz.

 

Gdzie był ten początek?

 

Gdzie był ten początek, kiedy świat przestał być racjonalny i zmienił się w gniazdo bólu? A może nigdy nie był racjonalny? Czy miał kiedyś jakąś przeciwwagę, dla narracji społeczności młodych nawiedzonych, opanowanych przez wchłaniające niczym jamochłony, wszystko co nieprzemyślane, lub nadmiernie przemyślane i emocjonalnie wykorzystane?

Może od zarania był snem pijanego programisty, gaszącego swoje nieuctwo byle używką, także z wnętrza własnej psychiki pochodzącą, a swoją manię wielkości zaspokajającego milionami plastikowych figurek, malowanych przez podległych mu niewolników, najtańszym kosztem na jaskrawe, obrzydliwe barwy? Może wpadł na pomysł (za informacją z dzisiejszej prasy) zebrania 50 mln uczestników głupiej gry, których pełno na FB w rodzaju, „Kim byłeś w poprzednim życiu”, „Jak wyglądałbyś jako władca”, „Ile punktów uzyskałbyś w teście inteligencji”, a nawet pozornie nieszkodliwe quizy, w rodzaju: „Jaki pierwiastek kryje się pod tym symbolem”, „Czy rozpoznasz drzewa po ich liściach”,  itp., na podstawie których zbudowałby machinę oszustwa, wspartego milionami głosów.

Telewizja ostatnio prezentowała sondę uliczną dla kobiet  p.t. „czy przerwałabyś ciążę, gdybyś wiedziała, że urodzisz dziecko homo sapiens? Trudno zgadnąć, ale tylko dwie osoby na kilkadziesiąt, nie uznały tego stworzenia za dziecko dotknięte wrodzoną chorobą! To już jest konkret, na którym można budować charakterystykę danej społeczności i opracować plan wykorzystania jej dla dowolnych celów.

Może zresztą wystarczyło mu wybrać kolor identyfikacji wyznawców guru, jakiś pomarańczowy lub fiolet, biały, czarny czy jakiś inny, kwiatek dostępny powszechnie dla zwolenników, opaskę, wzór, rysunek, figurkę i słowa, najgroźniejsze z dostępnych broni.

Oglądam na Netfliksie film: „13 powodów”, opisujący losy dziewczyny, uczennicy liceum, popełniającej samobójstwo  i obawiam się, że amerykańska wizja problemów nastolatków słabo trafia do polskiego społeczeństwa, nieprzygotowanego mentalnie (choć społecznościowo jak najbardziej), jako że chłoniemy wszystko, co modne i popularne. Słyszałam takie zdania: „Gdyby u nas, w Polsce, były takie szafki w szkołach, takie samochody w dyspozycji dzieciaków, tacy nauczyciele z dobrą wolą… Poprzewracało się w głowach i tyle! Jakby to dzieciaki były w centrum świata! Nic dziwnego, że tak się kończy…” Nie cenimy wniosków, nawet widocznych na pierwszy rzut oka, skupiamy się na bezpiecznych dla nas duperelach. Nie mamy takich szkół, takich samochodów, takich szafek zamykanych na szyfr, takich wydumanych (jak sądzimy) problemów… Nasze dzieci dźwigają kilogramy książek w plecakach, nawet flaszki wody muszą targać ze sobą… Co tam oszukana przyjaźń i nadszarpnięte zaufanie!

Czasami najgorszą przeszkodą zrozumienia, jest przyziemna praktyczność, czasem zaś nieumiejętność ronienia łez, ale trudno ronić łzy, gdy mówi się najczęściej (jak moi rówieśnicy) o rozwydrzonej, egoistycznej młodzieży, o dominacji pieniądza, o zapatrzeniu w siebie. Ja w ich wieku…

Film skojarzył mi się z „Niebezpiecznymi związkami” – słynną powieścią Pierre Choderlos de Laclos. O całej intrydze zawartej w książce i filmie można przeczytać w Wikipedii https://pl.wikipedia.org/wiki/Niebezpieczne_związki

Wyrafinowany świat osiemnastowiecznej Francji różnił się tym od naszego, że zło, które sprowadzono na świat, było perfidnie i perfekcyjnie przemyślane. Dziś nikomu nie chce się już tak trudzić, choć środki techniczne mamy o niebo lepsze. W końcu media społecznościowe to nie to, co pisanie listów na papierze i oczekiwanie na ich rezultat, w który wkalkulowano czas działania poczty. Rezultaty są natychmiastowe dlatego nie potrzeba tak bardzo starannie planować intrygi, wystarczy pierwszy lepszy impuls.

W świecie osób śledzących przejawy duchowości, był taki guru – Osho, czyli Bhagwan Shree Rajneesh. Powyższy obraz ze strony:

https://mariannaeva.deviantart.com/art/Osho-179774984

Jego słowa cytuje się przy każdej możliwej i niemożliwej okazji jako głębię mądrości. Oglądam na wspomnianym Netfliksie dokumentalny film o jego sekcie: „Bardzo dziki kraj”. Moim zdaniem film obiektywnie przedstawia historię tej sekty. Wiele głosu dano ludziom, którzy działali w jej imieniu. Wypowiedzi przeciwników nie miały tej mocy intelektualnej, jaką miały słowa jego zwolenników, nawet tych, którzy zostali później jego wrogami, jednak wrażenie, które pozostaje z tego filmu mówi dobitnie: Jeżeli człowiek może coś spieprzyć – zrobi to zawsze. Podobnie brzmiało zresztą jedno z praw Parkinsona. W naukach Osho uderzała mnie ich nieprawdopodobna wręcz niepraktyczność – w końcu wykorzystana przez jego zwolenników, nie kogo innego. Nie jest tak, że można kochać się bez granic i wierzyć w świat pozbawiony zła i agresji – w końcu samemu tą agresją trzeba się posłużyć w walce o przetrwanie i wypaść z latami utrzymywanej roli.

Niejednokrotnie rozbiór logiczny zdań owego guru – prowadził mnie na ich rzeczywisty sens, mało widoczny wśród paradoksów i  fajerwerków intelektu,ale przeważnie, mimo mojego umiarkowania,  spotykałam się w dyskusjach o nim z agresją, zamiast argumentacji. Zwykły, szary człowiek, mówiący bez zażenowania o tym, że lęka się tego, co nowe i niesprawdzone, wcześniej czy później zwycięży. Nie w Polsce jednakowoż. Tu każdy guru jest mądrzejszy tym bardziej, im bardziej wymyślną i błyszczącą szatę nosi. Argumenty i uzasadnienia nic nie mają do rzeczy, nikt ich nie słucha i nie przejmuje się nimi.

Największa wyznawczyni prawa ręka Osho, zakochana w mistrzu, odstawiona dla innej grupy wpływów, jest autorką jego klęski. Nie przyjdzie jej do głowy, że to jej zaślepienie i korzystanie z niedozwolonych moralnie środków doprowadziło do klęski; winę zrzuca na innych, którzy opanowali dostęp do mistrza. A i mistrz chylił się już ku upadkowi, prawdopodobnie schorowany, lekko odleciały, bez wyzwań i chęci dalszego bycia bogiem, (chociaż silny wewnętrznym cwaniactwem). Na koniec zawiodła go i jego powszechnie wychwalana mądrość. Ona zaś przekroczyła granice moralne. Czasami jest mi żal tego, jak bardzo można się zatracić w kontrowersyjnej idei i jak bardzo pogrążyć siebie i innych.

I pomyśleć, jak wielu ludzi zwiodły jego świetliste oczy! Z własnego doświadczenia wiem, że są tacy ludzie, że chodzą po świecie i jeśli kogoś takiego spotkasz powinieneś (albo powinnaś) uciekać na drugi koniec świata. Sami może nie czynią zła, zawsze znajdą się inni, którzy zrobią to w ich imieniu. Jeśli po latach zastanowisz się, co z tego zostało – na swojej dłoni zobaczysz tylko resztkę miałkiego  pyłu.  Tylko w środku Twojej osoby zionie głęboka, nigdy nie zagojona rana.

Czy to oni, owi guru, powodują, że świat jest pulsującym bólem, czy może oni są tylko złudzeniem, że tego bólu da się uniknąć?

Czasem oczy nie muszą być świetliste, wystarczy sugestywny głos, przemówienie pełne spokojnej i pewnej siebie agresji, przekonanie że mamy do czynienia z kimś, kto się nie cofnie, kto stawia wszystko (łącznie z własnym życiem ) na jedną kartę. Bywa że i bez tego zdobywa się wyznawców.

Wiem doskonale, że nasi politycy są zaledwie cieniem Osho czy innych „mistrzów”, ale w końcu my, jako członkowie społeczeństwa, jesteśmy cieniami tamtych osobowości. Skoro homo sapiens oznacza chorobę, to może wszyscy nasi lekarze nie tę chorobę leczą, którą potrzeba?

Bezruch w zapachu krokusa

Wczoraj mój młody znajomy, z którym omawiam wiele problemów egzystencjalnych, ale zawsze teoretycznie, spierał się ze mną w sprawie jakiegoś serialu na Netfliksie. Akurat tu mamy odmienne gusty. On uwielbia mangi i SF, a ja nie mam nabożeństwa do tych gatunków. Przetrzepałam je ongiś jako autorka i nie zamierzam wracać do śmietniska gimbazy. Obejrzałam już wiele seriali, a witryna podsuwa mi złośliwie produkcje z gatunku „zabili mnie i uciekł,” czyli pan albo pani detektyw rozwiązuje zagadkę morderstwa… Dla utrudnienia mają albo zaniki pamięci albo inne deficyty emocjonalne czy intelektualne, Mnie już od samych tytułów zbiera się na wymioty. Dość mam morderstw, sądów, detektywów i prokuratorów oraz sędziów na zawołanie, tudzież procesów z powodu, że ktoś znał prywatnie kogoś, przeciwko komuś kieruje się wszystkie siły i środki. Wolę scenki rodzajowe z Karaibów, dziwne ceremonie wśród postaci w wielkich kapeluszach, seriale historyczne, koniecznie kostiumowe. Mam dosyć silnych kobiet, czarownic, prekursorek czegoś tam, pań detektywów z pogmatwanym życiorysem, wolę słabe kobieciątka, wsparte na męskiej piersi – śliczne oczywiście, jako że mężczyźnie należy się jakaś gratyfikacja za wspieranie podobnie bezbarwnych mentalnie osób.

Mój młody znajomy usiłował mi wytłumaczyć, że serial p.t. „Babcia ezoteryczna siedzi w fotelu” trwający 4 godziny, znuży wszystkich, a ja przyznałam mu rację. Problem w tym, co dzieje się przez te 4 godziny w fotelu Babci Ezoterycznej, a właściwie w jej głowie i w jej mózgu, chociaż postać tkwi bez ruchu, a tło i oświetlenie nie zmienia się. Należałoby ją od razu zamordować w sposób szczególnie wymyślny, żeby coś się działo. Wszak kultura obrazkowa tylko nikłymi aluzjami, dostępnymi nie wszystkim, jest w stanie pokazać „że coś się dzieje”. Wszystko, co tkwi w bezruchu, jest nudziarstwem, chociażby, przykładowo w tym czasie wymyślono jakiś kieszonkowy odpowiednik broni masowej zagłady.

Chcąc przekonać go do tego, że obecny świat filmu (powieści zresztą też) jest tylko katalogiem wątków i scen odznaczających się popularnością wśród dość przeciętnej publiki, stawiałam mu przykłady wydarzeń  typu: wypadek komunikacyjny czy  inne zdarzenia medialne, próbując opisać historie nie zarejestrowane przez TVN 24 albo inne media, nie mające odzwierciedlenia w katalogu wykorzystywanych sytuacji – niewyjaśnionych i zagadkowych, ale nie trafiałam do niego. Świat młodych, mobilnych internetowo ludzi, rozmija się z moim światem. Akurat ten młody człowiek, próbuje mnie zrozumieć, ale chociaż należy moim zdaniem do osób o wspaniałym intelekcie, ja nie potrafię znaleźć do niego klucza. Żyjemy na innych planetach, jego, programistę, fascynują konstrukcje przetworzone w określony sposób, mnie wydarzenia nietypowe, zaskakujące, często nie poddające się wytłumaczeniu.

Zaczynam rozumieć czytelników, którzy preferują biografie, choć sama ich nigdy nie lubiłam, uważając opisywany życiorys za twórcze ograniczenie. Wydarzenia z autentycznego, ludzkiego życia, zawierają jednak wątki nie uwzględnione w fabularnych katalogach, nie poddane ocenie na skali popularności, choć zazwyczaj przetworzone na użytek mniej wymagającego czytelnika. Złudzeniem wszelkiego rodzaju biografii jest jednak przekonanie autora i czytelnika, że rozumieją wszystkie procesy, które odbywały się w głowach i w psychice opisywanej osoby.

W serialu „Babcia ezoteryczna siedzi w fotelu” nikt, nawet sama babcia nie byłby w stanie zrozumieć licznych wątków kłębiących się wewnątrz owej bryły, stosunkowo niewielkiej wobec dekoracji w tle, tkwiącej w bezruchu w jednolitym oświetleniu, zasłuchanej w wycie miotającego śniegiem wiatru za rozszczelnionym oknem, w smugach zapachu przekwitającego krokusa.

Duchowe przeszczepy

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy studiowałam jeszcze na Wydziale Filologicznym UW, wśród moich kolegów i koleżanek furorę robił pewien asystent o ksywie „Motorek”. Prezentował on pełen urok lewicowości, pozbawionej większości często spotykanych idiotyzmów. Nie przejmował się ciężką dolą chłopa pańszczyźnianego na przykład, która stanowiła podstawę omawiania średniowiecznej literatury. Wszystkie dziewczyny się w n im kochały, wśród nich oczywiście i ja, sentymentalna romantyczka, pozbawiona umiejętności sterowania swoimi emocjami, poza tym dziewczyna dość bezbarwna. Wybranka Motorka (albo dwie) były jeszcze mniej wyraziste niż ja, za to już u startu życiowego dające się zaszufladkować, której cechy ja nie posiadałam, więc moje uczucie podziwu, zderzone z realnością,  było usiane nieustannymi klęskami i śmiesznością, widoczną zwłaszcza na kolokwiach. Idąc na prowadzone przez niego egzaminy, wymiotowałam z lęku przed wejściem do sali, a raz zdarzyło mi się zrobić to  nawet w czasie egzaminu.

„Motorek” uwielbiał piosenkę „Murka”, a ja zrozumiałam, że ten wzór kobiety szpiega, ginącej z zemsty współtowarzyszy bandy był heroiczną historią , wzorcem niedoścignionym dla męskiej fascynacji. Murka była dostatecznie niezależna, żeby żyć jak chciała, co nie przeszkadzało jej poddać się zbiorowej, męskiej ocenie i przyjąć oraz zaakceptować karę z jej rąk. Potem kumple mogli ją szczerze opłakiwać, bo nie była już groźna.

Piosenki w wykonaniu Leszka Orkisza można posłuchać tu:  https://www.youtube.com/watch?v=cAIId67pQBI

Historia Motorka jest przykładem życiorysu człowieka przezwyciężającego wszelkie przeszkody, na zdrowy rozsądek nieprzezwyciężone. Karzeł ze wzrostu, niczym Tyrion Lannister z „Gry o tron”, powstaniec warszawski, potem więzień obozu, wychodzący ze wszelkich opresji bez szwanku, chłopak z najniższych sfer Czerniakowa, inteligentny bardziej niż ustawa przewiduje, skończył studia i został asystentem na polonistyce. Przyjaźnił się z wieloma twórcami tamtych czasów, zapraszał ich na nasze zajęcia. Czasami śpiewał nam „Bal na Gnojnej” sam Stanisław Grzesiuk. Motorek był człowiekiem napędzanym niesłychaną energią, co obrazowała zresztą jego ksywka. Już nigdy więcej nie spotkałam w życiu takiego wulkanu. Nie rozumiałam jednak dlaczego  wybierał i oświecał swoim intelektem dziewczyny z dobrych sfer, bardzo konwencjonalne, do których ja się nie mogłam, bynajmniej zaliczać.

Moja rodzina wychowała mnie w przekonaniu, że nad sobą należy pracować bezustannie, przycinać swoje ambicje, a windować umiejętności. Wspominałam o pewnym epizodzie aktorskim w moim życiorysie, gdzie nauczyłam się padać bez szwanku dla siebie – co przydało mi się na starość. Niestety, był to tylko epizod, bowiem obsadzano mnie nie w roli romantycznych div, a w rolach charakterystycznych (najczęściej traktorzystek, robotnic i zadziornych żołnierek), dla których nie miałam żadnego zrozumienia. Chciałam być subtelną, kochającą, romantyczną bohaterką, a kazano mi się brać pod boki i wrzeszczeć knajackim językiem baby z bazaru, albo gadać jak robotnica, murarka najbardziej zabawna, gdy szykowała się do uwodzenia kolegi murarza z budowy, który ją lekceważył, bowiem, jak wszyscy powinni wiedzieć,  ideologicznie była ona całkiem niedojrzała.

W ogóle źle się czułam w swojej skórze i nieustannie poszukiwałam wytycznych i wskazówek, co powinnam ze sobą zrobić. Na pierwszym roku studiów zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną.  Nasza „przyjaźń” była nieco dziwna – spędzałyśmy razem mnóstwo czasu (mieszkała niedaleko Uniwerku, więc zaciągała mnie zawsze do siebie w okienkach między wykładami), ale często odnosiłam wrażenie, że oczekuje ona po mnie czegoś innego, niż było to możliwe. Nie mam na myśli tu jakiś spraw seksualnych, chodziło całkiem o coś innego. Przepytywała mnie, niczym śledczy z moich poglądów, stosunku do rozmaitych rzeczy, wypytywała stale, czy to lub tamto podobało mi się czy nie. Tak była skupiona na moim stosunku do rzeczywistości, że aż było to nużące, mimo że wcześniej nikogo moja osoba tak nie interesowała.

Po jakimś czasie dowiedziałam się, o co chodziło. Od wczesnego dzieciństwa miała ona przyjaciółkę, która tuż po maturze wyemigrowała z rodzicami do Izraela. Pokazała mi mnóstwo jej zdjęć i zdjęcia te potwierdziły fakt, że byłam sobowtórem tamtej. Równie dobrze wszystkie jej fotografie mogłyby znaleźć się w moim albumie! Zapewne poszukiwała we mnie innych cech tamtej, ale chyba charaktery miałyśmy różne, choć temperament podobny. Dla mnie jednak to odkrycie było dramatem – przez parę lat czułam dziwny związek z kimś, kogo nie znałam. Wydawało mi się, jakby część mojej osoby osiadła w innej dziewczynie, a część jej – ta najmniej dla mnie zrozumiała, zagnieździła się we mnie. Oczywiście podjęcie jakiejś podróży w celu poznania tamtej – co zapewne trochę by mnie uzdrowiło – w tamtych czasach nie było możliwe.

Ale wracam do Motorka. Jemu zawdzięczam przekonanie, że to mężczyźni sterują karierą kobiet, co potwierdził inny mój przyjaciel, redaktor naczelny poetyckiego kwartalnika. Był moim prawdziwym przyjacielem, chciał dla mnie dobrze i to on zwrócił moją uwagę na fakt, że nie da się mnie zaszufladkować, co uznał za największą wadę. Miał on żonę (od rodzenia dzieci i pilnowania finansów), przyjaciółkę od dyskusji literackich i taka Kasia, która nie poddawała się segmentowaniu była skądinąd miłą dziewczyną, ale nie znała swojego miejsca. Powinna wiedzieć, że majtkowa poezja nie ma przyszłości, a literatura kobieca nie jest literaturą, tylko produktem dla kucharek.

Dlaczego wspominam z sentymentem tych moich mentorów, chociaż w dobrej wierze wyrządzili mi więcej zła niż pierwszy z brzegu wróg? Na stare lata nauczyli mnie rozpoznawać stereotypy, zresztą zapewne wbrew własnej woli. W tamtych czasach o stereotypach nie myślano w sposób podobny dzisiejszemu. Fetyszem był POSTĘP. Coś mogło być postępowe albo wsteczne. Postęp był dobry, wstecznictwo złe. To, co przed wojną, jako przebrzmiały produkt epigonów, zasługiwało na potępienie, poezja i literatura tamtych lat była wsteczna i ciągnęła za sobą ogon powtórzeń i naśladownictwa. Przedkładano formę nad treść, a przecież to ona miała stanowić wartościowe jądro każdej sztuki, Ważne było polityczne i społeczne zaangażowanie, a nie kunszt formalny.

Pozostaje mi wyjaśnić to, co miałam na myśli pisząc o „duchowych przeszczepach”

To wszystko, co wdrukowano w nasze osobowości z przyjaźni, podstępem czy przemocą, to wszystko, co jest obce naszym własnym doznaniom i przemyśleniem, jest właśnie takim duchowym przeszczepem.

Ayahuasca na przykład, powodująca wężowe wizje, omamy, inwazję obcych światów – czyż nie lepsza polska wódka z dojrzewającą szynką, ogórkiem kiszonym i greckimi czarnymi oliwkami wielkimi jak śliwki? Pozwalają dyskutować nad rolą greckiego chóru w dramacie, i spuścizną tych chórów w naszej kulturze, nad wyższością symboli tebańskich nad symbolami sabiańskimi i nad śmiercią w horoskopie, a także nad umiejętnością posługiwania się językiem polskim, który pozwala tropić treści zawarte w wypowiedziach na piśmie i ujawniać ich drugie lub trzecie dno.

Ceremonie szałasu potu są tradycją indiańską, nie polską. U nas, odnoszę wrażenie, jest zwykła zabawą dużych chłopców w Indian, chociaż ja uważam, że jest to właśnie duchowy przeszczep.Dzieci mają Halloween zamiast Zaduszek, dorośli kamienie grzane w ognisku zamiast w słowiańskiej bani, intencje zamiast modlitw. Reszta jest opowieścią przeplecioną niedomówieniami o wtajemniczeniu.

Tłumaczenie rozlicznych snów poziomami karmy i w oparciu o wschodnią tradycję działa tylko wśród ludzi, którzy w tej tradycji się wychowali. Dla mnie i podejrzewam wielu innych, to nic nie oznacza, bowiem nie mam wielkiego pojęcia o duchowości Wschodu. Nasze sny należy tłumaczyć inaczej, w przeciwnym razie staniemy się częścią swego rodzaju duchowego przeszczepu.

Duchowe przeszczepy trzeba stale podtrzymywać. Nie dają się wyeliminować, nie tylko bez strat, ale nawet mogą sprowadzić chorobę duszy, podobną temu, co przeżywałam, gdy dowiedziałam się, że jestem czyimś sobowtórem.

Spoglądam teraz szerzej. Jako narodowi i jako kobietom zaimplantowano nam taki obcy przeszczep – pewną ideologię i zespół poglądów pochodzących z cudzej tradycji duchowej, ze świata, gdzie ludzi było tak wielu, że pojedynczy człowiek się nie liczył, (z wyjątkiem tego jednego, najważniejszego), a teraz, my wszyscy i wszystkie, jesteśmy jak pacjenci, których organizm odrzuca ten przeszczep. Tym chyba należy tłumaczyć polityczne wstrząsy, które nas dotykają.

Siedzimy z moją koleżanką Marią i przy wódce z dojrzewającą szynką, ogórkiem kiszonym i greckimi czarnymi oliwkami, rozważamy dostępne nam lekarstwa. Niestety, na odrzucenie przeszczepu jest jedna tylko metoda – dokonanie nowego. Własny organ został wycięty i wyrzucony – pozostaje nam się ratować innym, cudzym organem. Ten odrzucony, był chory, nie dał się długo utrzymać. Jaki będzie ten nowy? Czy też dotknięty schorzeniem, którego wcześniej nie dostrzeżono?

Mój świat przemija i dobrze, Ale powinien on jeszcze na  trochę pozostać w świadomości młodych ludzi, żeby było wiadomo, jak badać nowe idee, gdzie szukać w nich zalążków choroby i przeciwko czemu należy się sprzeciwić. Oparcie może dać tylko wiedza, ale w pogoni za szybkością reakcji, na pewno gubimy ją po drodze. Zresztą solidna wiedza nie była i nie jest w cenie.

 

Kwiatki i motyle w brzuchu

Pewna kobieta kiedyś poczuła motyle w brzuchu, a ponieważ zdanie to ładnie brzmiało i medialnie sprzedawało się, powielono je tysiące razy i wreszcie uzyskało status prawdy objawionej. Stąd pewna moja znajoma, Maria, zapewne mając wątpliwości, zamieściwszy poniższy rysunek

zapytała:  Czy to tak działa?

Nie, to działa inaczej. Tam, gdzie narysowano kwiatki, jest wątroba i tam umiejscawiają się zmartwienia i duchowe ciężary. Pęknięte serce nie leży wcale tam, gdzie jest prawdziwe serce – odczuwamy je w gardle albo lekko poniżej. Deszcze i słoty wstrząsają ramionami, tym silniej, im mniej człowiek leje łez. Wielka radość także mieści się w gardle.

Wiem to wszystko. Długie życie rozwija przed człowiekiem całą paletę doznań i doświadczeń, w przeważającej części takich, których nie spodziewał się u schyłku życia. Miły obrazek emerytów, dożywających swoich dni na plaży, lub w otoczeniu pięknego ogrodu, pryska wraz z prozą życia. Nadal jesteśmy przecież zakorzenieni w normalności, mamy przyjaciół, dzieci, wnuki i wraz z nimi wsysamy wszystkie ich problemy, dodając je do własnych. Mamy też własne, wstydliwie skrywane emocje, wcale nie słabsze, niż te, oficjalnie uznane.

W tym dniu, zacieśniającej się koniunkcji Neptuna z Jowiszem, czuję silniej i zapytuję Losu o tego kogoś, kto jest TAM, gdzie jest. Jestem myślą z NIM.

Myślę intensywnie: jak się TAM obywa bez swoich leków, bez książek, bez filmów i bez czego tam jeszcze, muszą się ludzie obywać. Przyzwyczajony do czynnego życia, jak znosi przymusową bezczynność? Czy myśli o mnie? Czy mój sen nie przedostał się do jego snu? Wiem, że cierpiał na bezsenność, ostatniego maila dostałam od niego 22 lutego o godzinie 1, 24. Nic osobistego, tylko gazetka. Ale wówczas nie spał. A rano…

Czy ja mogę jeszcze coś zrobić? Jestem ostatnia w kolejce osób uprawnionych. Jestem ostatnia w kolejce tych, którzy jeszcze coś mogą. Prawdę mówiąc nawet nie ustawiam się w tej kolejce. Tej nocy przesiadłam się z balkonika na fotel. Księżyc ginie w powodzi miejskich świateł, a towarzyszy im błękitny błysk światełka nowego monitora od telewizora. Obudzona w środku nocy, odczytuję przesłanie, którego nie zamawiałam. Ja obudziłam się o czwartej rano z uczuciem, że pali mnie cała skóra. Pomyślałam: odleżyny i z przerażeniem przesiadłam się na fotel. W fotelu tym przespałam do rana. Piekła mnie lewa strona, obojczyk od serca, a na nadgarstku pojawił się wielki wylew. Ucieszyłam się. Lepiej na nadgarstku niż w mózgu. Głupio się cieszyć z czegoś takiego. Miałabym sprawę z głowy, niech inni się martwią! Ale to boli cudze ciało, nie własne.

Patrzę w gwiazdy, w horoskop. On wierzył weń bardziej nawet, niż ja. Niczego nie wskazuje, poza wielkim zamieszaniem i nieporozumieniem. Koniunkcja tranzytującego Jowisza do urodzeniowego Neptuna w opozycji do Księżyca, szczególnie wielkiego tamtej nocy. Poza tym NIC, co mogłoby wskazywać, przestrzec, dać do myślenia. WIELKA POMYŁKA – klasycznie. To, czego nie możemy zrozumieć, ani przewidzieć, jest właśnie pomyłką. Bronimy się.

Wszystko jest pomyłką, możliwe że także nasze życie. Poświęcamy komuś wszystko, co dla nas ważne, a on wygania nas, bosą na śnieg (w przenośni, oczywiście). Inni mówią: przestrzegaliśmy cię, że tak to się skończy. Jeszcze jedna wersja klasycznego „A nie mówiłem?”

Kilkanaście lat temu miałam taką przypadłość, że przewracałam się na ulicy, na równej drodze. Ni z tego, ni z owego, bez przyczyny. Po epizodzie aktorskim z wczesnej młodości, umiem tak upadać, żeby nie wyrządzić sobie krzywdy, więc nic specjalnego się nie działo. Zawsze jednak otaczający mnie ludzie zaczynali nie od pomagania we wstawaniu, a od wyrzutów: „trzeba uważać proszę pani” itp itd. Kochamy udowadniać przy każdej okazji, że mieliśmy rację.

Tymczasem wszystko jest pomyłką, i życie i śmierć, i obecność i odejście, a nasze wybory iluzją. Wrogowie stają się przyjaciółmi, gdy jesteśmy razem myślami TAM. Kto zapłacze razem ze mną, komu starczy odwagi? Kto pominie logiczne racje? Kto nie dołoży swojego „A nie mówiłem?!”

Wiem już jedno : Serce nie jest tam, gdzie się go rysuje. Motyle nie są w brzuchu, a w nadgarstkach i końcach palców. Drganie Wszechświata odczuwamy jako drętwienie, a zapowiedź nieszczęścia, jako senną żałość sprowokowaną byle czym, całkiem nie przystającym fabularnie do rzeczywistego dramatu. Świat posługuje się symbolami i nasza strata, gdy nie potrafimy ich odczytać. Problem w tym, że symbole wiążą się z każdym człowiekiem oddzielnie, za nic mając teorie i fascynacje Jungiem. Wydaje się, że Wszechświat kpi z nas, a zwłaszcza z naszego przekonania, że jesteśmy w stanie zrozumieć jego mowę.

Dlatego ja, Kasia, Ezoteryczna Babcia, zmagam się ze swoimi emocjami, żeby zrozumieć, czego ode mnie oczekiwałeś. Jaką rolę  i wyznaczyłeś, choć nie zdążyłeś mnie o niej poinformować.  Wracam więc do zarzuconej  przed laty osobowości, uruchamiam zapomniane umiejętności i zarządzam tym, co zrzuciłeś na moje barki. Jestem twardą bizneswoman z bolącą wątrobą i dzieckiem we mgle.

Niestety, nie oczekuję profitów w rodzaju motyli w brzuchu. Tak naprawdę to wyglądało całkiem inaczej…