Jak się w Polsce remontuje

IMG_6516

Umówiono mnie z firmą instalującą szafki i wyposażenie w wyremontowanej przez inną firmę kuchni. Oba remonty dzielił czas ponad miesiąca – tyle bowiem firma „szafkowa” potrzebowała na realizację zamówienia. Dlatego też w kuchni zostało jej stare wyposażenie (poza wiszącymi szafkami, które zostały zdjęte). Zgodnie z panującą modą gniazdka elektryczne zostały ukryte za stojącą lodówką, tak więc wyłączenia prądu i wyskoczenie korków z niewiadomych przyczyn uniemożliwiało mi przeciągnięcie kabla od lodówki do innego gniazdka, w którym był prąd. Trochę kontestowałam to rozwiązanie, ale moja przyjaciółka Maria z Holandii, u której właśnie przebywałam, oprowadziwszy mnie po swoim mieszkaniu spytała retorycznie: czy ty widzisz tu gdzieś odkryte gniazdka?! Ogarnij się, to dwudziesty pierwszy wiek!. Jasne. Tyle że w Holandii, a nie w Polsce.

Nadmieniam, że skrzynka z bezpiecznikami umieszczona została pod sufitem, iż jedynie mój wnuk (ponad 2 m wzrostu), jest w stanie jej dosięgnąć bez stołka lub drabiny, a na pewno jest to poza moim zasięgiem (dopóki wózki inwalidzkie nie będą miały specjalnych podnośników dla babć albo elektrycy nie zaczną instalować skrzynek w bardziej dogodnych miejscach). Ponieważ jednak wnuk odwiedza mnie niezbyt często, ucieszyłam się, kiedy przyszedł i zawołałam od drzwi:

– Dobrze, że jesteś dziecko, włączysz mi korki.

Dziecko (16 lat) otworzyło drzwiczki i spytało: jak się je włącza? Mój wzrok nie pozwalał mi ich dojrzeć, ale umysł babci spekulował: Skoro wywaliło mi korek sprzęgający elektryczny piekarnik kuchni gazowej z lodówką, to widać ten jeden korek jest inaczej ustawiony, niż reszta z siedmiu. Niestety zdroworozsądkowe wnioskowania na nic się nie przydają w wypadku nowoczesnej techniki. Wnuk stwierdził, że cztery wajchy są skierowane w górę, a trzy w dół. Które więc oznaczają, że prąd dopływa, a które nie? Czy te skierowane w górę, opuścić w dół, czy te ustawione do dołu, podnieść do góry? Oto jest pytanie.

Nie obejdzie się tu od dygresji. Pierwszym, najważniejszym zarzutem mojej mamy wobec swojego męża, a mojego taty, występującego o rozwód, na sprawie sądowej było to, że nie potrafi gwoździa wbić, ani naprawić korków. Kolejne dopiero dotyczyły niezgodności charakterów oraz istnienia innej pani… Dlatego też w moim wychowaniu wbijanie gwoździ i naprawa wysadzonych korków zajmowała poczesne miejsce. Tyle, że świat od tamtego czasu postąpił naprzód, pojawiła się telewizja i komputery, chociaż młotki do wbijania gwoździ zostały. Drzewiej korki to było coś porcelanowego z metalową końcówką, podobną do tej od żarówek, co się wkręcało w gniazdko. Wywalony korek teoretycznie do niczego się nie nadawał, i trzeba było kupić nowy, więc uzdatniano go poprzez okręcanie miedzianym drutem i ponownym wkręceniu. Tak uzdatnianego korka nic już nie wywalało, chyba, że na pobliskim słupie, co wymagało wizyty pana z elektrowni z takimi fajnymi ostrogami na butach, co mnie, jako dziecko fascynowało. Do słupa podłączono kilku sąsiadów, więc przestępcę trudno było zidentyfikować. Postęp techniczny od lat sześćdziesiątych przyspieszył i najpierw wprowadzono tzw. korki automatyczne, gdy wystarczyło wcisnąć, znajdujący się w środku guzik, aż do teraz, gdy nowa skrzynka rozdzielcza prądu, zawiera maciupkie wajchy, podnoszone lub opuszczane, których wcześniej nie zdołałam obejrzeć, a więc nie byłam mądrzejsza od mojego wnuka. Przy okazji poszukiwania pomocy w wymienionej sprawie, powstała wątpliwość, czy istotnie w czasie remontu właściwie przeprowadzono przewody elektryczne, ale to zupełnie inne zagadnienie. Wszystko zakryły kafelki. Wracam zatem do firmy „szafkowej”.

Wieczorem dnia poprzedniego miałam chwile załamania nerwowego, gdy okazało się, iż mimo całodziennej pracy i wynoszenia zawartości kuchni padłam na nos, a zostało jeszcze 2/3 sprzętu do wyniesienia. Na swoim balkoniku wprawdzie zainstalowałam koszyk do umieszczania różnych rzeczy, ale ma on wymiary niezbyt przystające do potrzeb, tak więc nie udało mi się wykonać zadania. Na szczęście Tatiana, moja pani sprzątająca, miała chwilkę wolnego czasu w nocy i dokończyła pracę za mnie. Panowie od firmy „szafkowej” mieli wynieść stare meble i teoretycznie rzecz biorąc babcia powinna słodko spać nie martwiąc się niczym. Ja zaś miałam zmartwienie i to z mojego punktu widzenia poważne. Z korespondencji mailowej wywnioskowałam, że firma „szafkowa” nie instaluje zlewozmywaka, kuchni (zamiana gazowej na indukcyjną), zmywarki, wody itp. Firma „remontowa” oświadczyła mi, że swojego pracownika nie przyśle, bo aktualnie ich nie ma; są na urlopach albo pracują gdzieś indziej. No i właśnie wówczas rozpłakałam się. Moja wyobraźnia poszybowała, kreśląc scenariusze nie do ogarnięcia. Rodzina zamiast pocieszyć mnie, zwymyślała głupią babcię, która histeryzuje i szuka dziury w całym. Otarłam więc łzy i przestałam się rozczulać, szykując na to, co przyniesie mi następny dzień. Wszak światowa sytuacja polityczna jest mocno niepewna, czas więc potrenować dawne umiejętności z czasów zimnej wojny. Co ma być na wierzchu, co pod spodem, co ważne, a co nie, przetrwać należy przynajmniej kilka dni. Wszystko trzeba rozsądnie zaplanować.

No i nie spałam pół nocy. Ciśnienie mi niebezpiecznie wzrosło, a sny oscylowały nieustannie wokół różnych katastrof. Oczywiście, żadna z nich nie przydarzyła się, za to pojawiły się trudności, na które nie byłam przygotowana.

Panowie „szafkowi” przyjechali z niewielkim opóźnieniem i przystąpili do wynoszenia mebli z kuchni. Nową kuchnię do instalacji i resztę przedmiotów ustawili „na 5 minut” w wejściu do mojego pokoju, odcinając mnie całkowicie od telefonu, komputera tudzież czajnika elektrycznego. Poproszeni, aby postawili te przedmioty w innym, wskazanym im miejscu, oświadczyli, że zaraz to zrobią. Lodówkę i zamrażarkę wyłączyli w gniazdka i wysunęli na środek kuchni zapominając ją podłączyć do innego gniazdka w zasięgu. Zrobiłabym to za nich, niestety, dostęp był dla mnie, z moim balkonikiem, niemożliwy. W dodatku dosunęli lodówkę drzwiczkami do ściany. Odłączyli instalację wodną powodując kałużę. Poprosili o mopa, ale nie użyli go, bowiem okazało się, że nie wzięli klucza do odkręcania instalacji wodnej. Po czym oświadczyli, że do wyłączenia kuchni gazowej potrzebny jest gazownik. Przystąpiłam do szukania tegoż i znalazłam go, ale zgodził się przyjść dopiero za godzinę. Zanim się obejrzałam, panowie „szafkowi” znikli na ponad dwie godziny. Na szczęście pojawił się gazownik, a ponieważ jest pracownikiem naszego osiedla od lat i znamy się, oprócz czynności, po które został posłany, odkręcił lodówkę drzwiami od ściany, włączył ją do kontaktu, przesunął graty stojące w drzwiach czym umożliwił mi poruszanie się po mieszkaniu, skorzystanie z toalety oraz ugotowanie herbaty. Na zwróconą uwagę panom „szafkowym” po ich powrocie, że mogli włączyć lodówkę odrzekli, że lodówo-zamrażarka powinna trzymać temperaturę przez 12 godzin, po czym wypełnili korytarz innymi przedmiotami, wprowadzając się jednocześnie do pozostałych pokojów, rozrzucając kartony, folię i inne śmiecie i ciągnąc kable z uporem maniaka samym środkiem pomieszczeń i unieruchamiając mnie, jako więźnia, tym razem w moim pokoju.

Potem było coraz gorzej. Budownictwo z czasów PRL okazało się łamaczem wierteł, na co panowie skarżyli się nieustannie, oświadczając wieczorem, że nie dadzą rady tego dnia (w środę) skończyć. Mieli przyjść następnego dnia, ale zdradzieckie siły w ich szeregach powiadomiły mnie, że owo „jutro” oznacza poniedziałek.

Wyciągnęłam więc zachomikowaną przed synami (wszystko chcą wyrzucać, co ich zdaniem babci już niepotrzebne) maszynkę elektryczną ze spiralą i na labiryncie z szamotki (ciekawe ile osób dziś wie, co to była cegła szamotowa lub szamotka pod spiralę?). Za moich czasów jedno i drugie w maszynkach elektrycznych można było wymieniać, gdy spirala się przepaliła albo szamotka potłukła). Mój tata tego nie umiał, ale mama nas nauczyła. Znalazłszy maszynkę, przystąpiłam do gotowania zupy, ponieważ tę, którą wcześniej przygotowałam na cały dzień, do podgrzania w mikrofali, zjadłam wcześniej, a zdenerwowanie sprawiło, że mogłam bez obaw jeść wyłącznie potrawy płynne.

Udrożnienie dostępu do komputera okazało się błędem, jako że odbierałam kolejne maile od bliskich osób, nie zaangażowanych w ten remont, mające mi udowodnić, że instalacja elektryczna została sknocona (wystający kabel nie ma tyle żyłek ile powinien mieć, a coś tam coś tam powinno/nie powinno wywalać korków, a skoro wywala to świadczy, że… I że jeszcze pogodzę się z kuchnią gazową, więc może powinnam była uprzedzić gazownika, że jeszcze będzie potrzebny, więc żeby nie demontował wszystkiego. Pocieszałam się, że skoro jedna część rodziny, zaangażowana w remont łazienki, musiała znosić krytyczne uwagi drugiej części, zaangażowanej w remont kuchni, istnieje prawdopodobieństwo chęci udowodnienia stronie przeciwnej niedoróbek, co nie musi skutkować ponownym wołaniem gazownika. Na wszelki jednak wypadek kuchni nie wyniosłam do pomieszczenia na śmiecie wielkogabarytowe – jak to teraz ładnie się nazywa.

Podobno nie należy podsłuchiwać, ale niestety, już się stało. Z naglących telefonów panów szafkowych wynikało, że coś tam powinno mieć jakiś kołnierz albo zaślepkę, a nie ma ich w zestawie, więc kupiony nie daje się zamontować. Nie chcę już dociekać jakiej części wyposażenia to dotyczy…

Ale zmartwień nigdy nie zabraknie. Okazało się, że opleciono rusztowaniami mój balkon i przystąpiono do jego remontu. Potrzeba mi gwałtownie płachty folii i człowieka do wejścia na drabinę i otulenia klimatyzatora przed pyłem. Póki co, wciska się mimo zamkniętych okien do mieszkania.

Z niepokojem w sercu czekałam na elektryka od kuchni. Wpadł późnym wieczorem i wypadł natychmiast, stwierdziwszy, że w kablu nie ma prądu. Oczywiście nikt mnie wcześniej nie słuchał, gdy mówiłam to samo, bo podobno przed położeniem kafelków konsultował to wszystko ten elektryk uznając, że można założyć u mnie kuchnię indukcyjną. Ale co to za elektryk, który nie sprawdził, że w mieszkaniu nie ma siły, bo czekamy aż założą ją w bloku, a żeby później nie pruć ścian, przy okazji remontu łazienki, dociągnięto jeszcze nieczynny kabel do kuchni. Dobrze, że nie wyrzuciłam kuchni gazowej, bo może jeszcze będę się musiała z nią przeprosić, chociaż zainstalowane w jej miejscu szafki musiałyby zostać rozebrane, rujnując całą konstrukcję… Podobno pan elektryk będzie miał czas albo w sobotę albo w poniedziałek. Na moje żale zasugerowano mi, żebym poszukała innego.

c.d.n.

Zaginiony pamiętnik z PRL

Dawno dawno temu przeczytałam na stronie

http://olecko.com/zurowski/rodc.htm

czyjś pamiętnik z okresu PRL. Tekstu tego już dawno nie ma w internecie, autor pamiętnika zapewne nie żyje, a rodzina zlikwidowała adres. Tym, co skłoniło mnie do przeczytania, a potem skopiowania i rozszyfrowywania tekstu (dziś zawiera więcej „robaczków” niż liter), były fotografie, przedstawiające jakąś świetlicę z tamtych czasów, jak wynika z napisów z lat 1958-1959. Fotografie te uderzyły mnie swoją brzydotą, ale brzydotą tak bliską, że wręcz wrosłą w moje odbieranie świata.

W roku 1958 miałam 16 lat i podobna estetyka towarzyszyła mi od dzieciństwa w szkole, na koloniach letnich, wszędzie tam, gdzie przebywały dzieci. Ani w domu, ani w innych miejscach (poza muzeami, odwiedzanymi w ramach wycieczek szkolnych) nie miałam do czynienia z „prawdziwą”,. dobrą sztuką. Jeden jedyny obraz oglądałam wiszący na ścianie u mojego dziadka, przedstawiający roztopy przedwiośnia i był on dla mnie dosłownie wspaniały, choć przedstawiał wąwóz, brzydkie błoto i połamane krzaki. Oglądałam go wystarczająco często, żeby utkwił mi w pamięci, stanowiąc kontrastowe przedstawienie brzydoty w stosunku do brzydoty afirmującej, podobnej rysunkom w świetlicy. Niestety, w zawirowaniu serii pogrzebów w rodzinie tajemniczo zaginął, zanim zdążyłam nawet go sfotografować, nie mówiąc już o odczytaniu parafki artysty malarza). Ale wracam do „sztuki” prezentowanej we wspomnianym pamiętniku.

świetlica

Potem, gdy czytałam ów pamiętnik, zaczęłam lepiej rozumieć ten rodzaj brzydoty. Uznałam, że powstała ona (i powstaje nadal) w dążeniu do piękna w środowisku, które nie widziało prawdziwie pięknie przedstawionej w sztuce brzydoty; stawiało więc swoje nieudolne wyobrażenia piękna za wzór, nie mając żadnego pojęcia, jak bardzo nieudolne są te usiłowania. Teraz, po latach, coś z tych wyobrażeń nadal uparcie trwa, choć staje się może bardziej wyrafinowane. Wyraźnie widać to w ewolucji disco polo, gdzie warsztatowa sprawność nie podważyła i nawet nie poprawiła samej podstawy wyobrażenia muzycznego i poetyckiego piękna. Fakt, że można oglądać perfekcyjnie wykonaną bieliznę majteczek w kropeczki budzi tak wielki entuzjazm i tyle miłych skojarzeń, związanych z domniemanym luksusem, że staje się wart piosenki, a wręcz nawet zostaje przebojem.

Autor opowieści budzi szacunek swoją drogą życiową i stawianie mu zarzutu prymitywizmu wydaje się jakoś niestosowne. A jednak…

Jedno z dziesiątki dzieci rolnika mającego 15 ha, urodzony tuż przed I wojną światową w 1914 r. na Wileńszczyźnie, z których połowa była analfabetami, od wczesnego dzieciństwa pracujące na roli, wychowane w archaicznych obyczajach i tradycjach, gdy warunki życia są trudne do wyobrażenia dzisiejszego człowieka, odznacza się doskonałą pamięcią do szczegółów życia codziennego i opisuje je dokładnie i drobiazgowo, jak np. wygląd domu.

Przy dłuższej ścianie, naprzeciwko okien od ulicy, stały dwa drewniane łóżka wymoszczone słomą i przykryte lnianymi prześcieradłami, a w dzień kolorowymi dywanami z kilkoma wysoko ułożonymi, jedna na drugiej, poduszkami. Służyły one do spania ośmiu osobom. Ktoś może zapytać, w jaki sposób może zmieścić się osiem osób na dwóch łóżkach? Otóż muszę stwierdzić, że jest to możliwe. Na jednym łóżku spał ojciec z matką i dwójką dzieci w nogach, na drugim zaś czwórka dzieci.

Ciotka Antonina i wzięta na dożywocie staruszka miały swoje miejsce na chlebowym piecu. Pod piecem podczas zimy znajdował się kurnik. Potem, od wiosny, kury gnieździły się w podwórkowym kurniku.

         Czwórka najstarszych, dwie siostry i dwóch braci, w izbie po drugiej stronie sieni. Tam pod podłogą jest piwnica na ziemniaki i trochę ciągnie zimnem lecz jeśli siostry i bracia ułożą się po dwoje, okrywając się kożuchami, to nie zmarzną. Muszą dobrze napalić drzewem brzozowym w piecu, a wtedy mogą zrzucić kożuchy, a przykryć się dywanami, których dobra mama natkała własnoręcznie na krosnach stojących przez całą zimę w izbie od ulicy.

         A gdzie śpi niemowlak opisujący swoje dzieje? Naturalnie w kołysce w kształcie niecki uczepionej do sufitu.

         W pierwszej izbie pokrytej drewnianą podłogą oczyszczoną dwa razy do roku, przed największymi świętami żelazną łopatą jest niezbyt czysto.”

Autor opisuje też, że dzieci całą zimę biegały na bosaka i prawie nigdy nie chorowały. Szczegółowo pisze o ubraniach chłopców i dziewczynek, potrawach i sposobach ich przyrządzania, wymaganiach religijnych przy uczestnictwie w niedzielnych nabożeństwach, dziecinnych zabawach i rozrywkach, (także nazwanych „umysłowymi” jak słuchanie bajek, śpiewanie, wyliczanki polskie rosyjskie i białoruskie) walce z wszawicą, kąpielach w bani, itp.

Tego rodzaju teksty zasługują na publikację, poprzez ilustrowanie drogi, jaką przebył zwyczajny człowiek w zawirowaniu dziejów, jak doszedł do szczebla kultury codziennej, nieco wyższej niż czworaki z klepiskiem zamiast podłogi i zagrodą dla kóz w izbie – widoku zupełnie zwyczajnego  na idealizowanym, przedwojennym Wołyniu (co niewątpliwie zawdzięcza tak odsądzanemu od czci i wiary PRL), i wydawałoby się, że powinniśmy nadal iść dalej. Pokazywać takim ludziom, ich dzieciom i wnukom perspektywę życia bardziej świadomego i wyrafinowanego – także w rozumieniu piękna.

Nic z tego. Chętnie wracamy do tamtych lat, jako do czasów, które nie wymagały od ludzi zbyt wiele. Mieli być posłuszni tym, którzy lepiej wiedzieli od nich. Co nam, jako społeczeństwu, dziś się w tym podoba, że staramy się do tamtych czasów wrócić? Może zamiast muzeów i dzieł sztuki powinniśmy wrócić do prymitywnych fresków na ścianach stołówek, a nawet murali nowych domów? Po co się wysilać w rozumieniu świata, może starczy nam parkiet z tanich paneli podłogowych za 15,98 zł i tani tablet za rzekomo, złotówkę, z dostępem do internetu? A dobry I Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w naszej fabryce, w uznaniu naszych zasług dla budowy nowej, piękniejszej rzeczywistości, poleci kadrowym wystawić nam skierowanie na „lepsze” wczasy lub wręczy talon na pralkę albo, daj Boże samochód. Tfu, przepraszam, dziś mamy inne zachęty…

Odchudzanie z precyzją lasera

W „Wysokich obcasach”. dodatku do Gazety Wyborczej, w rozmowie dziennikarki, Bożeny Aksamit, z profesor Barbarą Józefik, przeczytałam stwierdzenie, które zmusiło mnie do myślenia i spowodowało pewien przebłysk zrozumienia życiowej drogi wielu kobiet (w tym i mnie). Nie mam na myśli tylko anoreksji i bulimii, które są jaskrawym przykładem skrajnym, ale inne, poboczne wątki tego braku akceptacji dla swojego wyglądu..Rozmówczyni dziennikarki stwierdziła, że „od zawsze” występowały różne formy dyscyplinowania ciała – ciało nie mogło być naturalne, musiało być „jakieś”. „Z jednej strony mówi się, że powinniśmy być naturalni i akceptować to, jacy jesteśmy, z drugiej ta „naturalność” powinna być produktem „naszej pracy nad ciałem”. Dziennikarka stwierdza, że większość kobiet na pewnym etapie nie znosi swego ciała. I ma rację. Ale to teoria.

Postaram się w praktyce pokazać doświadczenia, które zdobywa każda młoda dziewczyna od momentu, gdy uświadamia sobie, że nie jest jednością ze swoim ciałem. To, co widzi w lustrze – jest jej ciałem, a to, co czuje wewnątrz siebie – nią samą. Tu po raz pierwszy pojawia się dualizm, rozczepienie. Wskutek tego dziewczyna nabiera przekonania, że powinna sterować swoim ciałem i wszystko, co w tym przeszkadza, jest złe i należy to opanować.

W Średniowieczu umartwiano ciało pod dyktando ducha i boskich oczekiwań wobec człowieka, potem siła boskości malała stopniowo, zastępowana zostawała nauką, estetyką, względami prozdrowotnymi lub pseudozdrowotnymi, żeby dojść do wygórowanych wymagań, dotyczących estetyki (przemijającej!), szczupłej i zgrabnej figury.

Karen Horney w swojej, klasycznej już książce „Neurotyczna osobowość naszych czasów” (lub w innym dziele – niezbyt dobrze pamiętam), postawiła tezę, obrazującą ludzkie, a zwłaszcza kobiece oczekiwania: „Nie chcesz mnie kochać – musisz mnie podziwiać”. Trudno o prawdziwsze podsumowanie dążeń przeważającej liczby młodych kobiet. To one powodują, że do każdego bezpłatnego adresu mailowego Interii czy Onetu podczepiane są pęczki reklam obiecujące schudnięcie mierzone w kilogramach (boć trudno obiecać wyładnienie delikwentek – część z nich po schudnięciu wygląda znacznie gorzej). „Naturalny likwidator tłuszczu: odchudza intensywnie niezależnie od wieku”, „Uwolnij się od wystającego brzucha i boczków szybko i skutecznie”, „Marzysz o szczupłej sylwetce? Podejmij wyzwanie: strać wagę w 30 dni”, to tylko garść reklam preparatów podobno odchudzających z jednego dnia (28.08) otrzymywanych z pocztą w Onet.pl. 90% wszystkich!

Tak czy inaczej, istnieje wyraźny przymus odchudzania, jeżeli kobieta nie chce się „zapuścić”.

Moja koleżanka, Aga, na pewnym rysunku, stanowiącym załącznik do jej pracy naukowej, zestawiła mnie z moim balkonikiem, o „puszystej” figurze, z brzuchatym lekarzem, każącym się odchudzić, mimo, że, jak twierdził „młodsza pani nie będzie”. Po jednej stronie przedstawiła moje walory, po przeciwnej właśnie taką ocenę. Niestety, rysunku nie mogę udostępnić, ktoś inny ma do niego prawa.

Żądanie panowania nad swoim wyglądem w przeważającej mierze dotyczy bardziej kobiet, niż mężczyzn. To one głównie są nakłaniane do opanowania swojego ciała, a w ślad za nim i zdyscyplinowanie swojej osobowości, pozbawienia jej spontaniczności, wtłoczenie w ramy obowiązujących standardów: – wyglądu, zachowania, postępowania.

Nie twierdzę oczywiście, że medycyna nie ma racji, mówiąc o związku nadwagi z dolegliwościami stawów, tyle że podobne stereotypowe myślenie uniemożliwiało przez lata znalezienia przyczyn mojej choroby, chociaż od dawna miałabym kontrargument zdroworozsądkowy – czy ciężar mojego umysłu tak zwiększył ciężar głowy, że i ona jest zbyta ciężka dla mojej szyi?

Ale dość teorii. Na stare lata mogę kpić sobie z usiłowań otoczenia, aby dopasować moje ciało i mój umysł do wzorca, uznanego za pożądany, przez moją rodzinę i ówczesne społeczeństwo, lat czterdziestych i pięćdziesiątych, (choć mogłoby się wydawać, że ludzie doświadczeni wojną, biedą i wygnaniem, powinni raczej folgować swojemu ciału, niż je dyscyplinować). W dzieciństwie jednak był to dla mnie problem, z którym nie dawałam sobie rady i który zaciążył na poważnej części mojego życia. I sądzę, że wbrew pozorom, niewiele się do dziś nie zmieniło (co do zasady zwłaszcza).

Zacznę od lat mojego dojrzewania. Dojrzałam wcześnie, w wieku nie całych 12 lat, w bardzo stresujących okolicznościach. Pierwszą miesiączkę dostałam w szpitalu, w nocy przed oczekującą mnie operacją wyrostka robaczkowego. Nie uświadomiona przez matkę, uznałam, że jest to objaw „wyrostka, który się oberwał” i bardzo byłam zdziwiona, że lekarz oraz pielęgniarka, do których pobiegłam z płaczem, śmiali się do rozpuku z mojej naiwności. Wysłali mnie zresztą do zakonnicy, która proces uświadomienia zaczęła od zaprowadzenia mnie do kaplicy. Od zarania mojej kariery jako kobiety, kpiono ze mnie i moich dziecinnych problemów, kierując do autorytetu, zakonnicy, która kazała udać mi się do kaplicy i podziękować Bogu. Za co? „Że stałam się kobietą”  Za to, że stałam się pośmiewiskiem?

Potem było już coraz gorzej. Moja mama uznawała, że kobieta musi być zahartowania, ponieważ czeka ją w życiu wiele przeciwności losu. Wszak trzy wojny, które przeżyła, mężczyznom odbierała tylko życie, ale kobietom nakazywała żyć dalej i dźwigać ciężar tego życia – własnego, dzieci i rodziny, nawet nieprzychylnych teściów. Czasem niedołężnych mężów.

Skoro już dojrzałam, nie ma powodu, aby dalej mnie chronić przed wyzwaniami. Do tresury zachowania dobrze wychowanej panienki ,dołączyła się tresura ciała – naprzemienne polewanie zimną i gorącą wodą, które dziś uznano by raczej za tortury, co miało spowodować poprawę stanu nerwów nastolatki, rozchwianych dojrzewaniem; noszenie wkładek ortopedycznych i zabudowanych, wysoko sznurowanych butów z piekącej, świńskiej skóry, także w letnie upały, mające wysklepić wysoko podbicia moich stóp. Zastąpiły one dotkliwe kary cielesne, dziś uznawane za niedopuszczalne wobec dzieci. Lanie pasem, pozostawiające ślady na skórze i duszy, z pozoru były już za dziewczyną. Teraz dziewczyna była już kobietą, ale wcale nie miała łatwiej.

Wszystko to miało wpłynąć na przełamanie mojej buntowniczej natury, a spowodowało tylko nadwrażliwość dotykową. Nie znoszę prysznica, wykraczającego poza wąską skalę dopuszczalnych przeze mnie temperatur; czuję obrzydzenie wobec konieczności rozcierania maści, kremów, mleczek i innych kosmetyków; wolę już łuszczącą się suchą skórę; źle znoszę intensywne zapachy; jakiekolwiek zabiegi na moim ciele, na przykład manicure, pedicure czy fryzjerskie, a już wizyta u dentysty jest porównywalna z lataniem samolotami – obie te rzeczy powodują kilkudniową niezdolność do kontaktu z ludźmi. Moje stopy mają zbyt wysokie podbicie, co powoduje trudność doboru odpowiednich butów i skazuje właściwie mnie wyłącznie na bazarki – gdzie moje pokolenie babć znajduje odpowiednie dla siebie kłapciate czółenka, czy klapki, tanie i tandetne, ale wygodne. Kiedy jednak stanę na balkonie i spojrzę w dół (cierpię na lęk przestrzeni), bolą mnie i mrowią podeszwy stóp. Może szykują się na uderzenie, które, jak wskazuje rozsądek, nigdy nie nadejdzie.

Próby intensywnego odchudzania się za pomocą metod psychologiczno-perswazyjnych zazwyczaj źle się kończyły, powodując nowe, nieoczekiwane problemy (o czym pisałam w odcinku Babci ezoterycznej już dawno temu – nie pamiętam odcinka)

Dziś już wiem, że to syndrom krótkiej kołdry – naciągana w jednym miejscu, odsłania słabe punkty w innym, a często intensyfikuje problemy, do tej pory niedostrzegalne. Od zawsze wychowywano mnie w kulcie silnej woli, pozwalającej znosić dolegliwości losu, ćwiczyłam ją więc i nigdy nie potrafiłam się odnaleźć w obliczu sukcesu. Nie wierzyłam, że możliwe jest osiąganie czegoś drogą przypadku i nie umiałam tego wykorzystać.

Jednocześnie jednak, jako społeczeństwo, przegięliśmy obecnie w drugą stronę. Wychowywanie w kulcie sukcesu i nacisku na zewnętrzne walory (kiedyś lekceważone), powoduje nieumiejętność znoszenia przejściowych i niewielkich trudności, które stają się barierą nie do pokonania. Świat nastawiony na odnoszenie sukcesów za wszelką cenę, nie sprzyja osobom refleksyjnym, delikatnym, poszukującym równowagi w wewnętrznym i zewnętrznym życiu. ADHD, autyzm i inne tego rodzaju schorzenia, to po prostu multifikacja tego, co wiele z nas odczuwa, ale w natężeniu nie kwalifikującym do leczenia. Podobnie jest z anoreksją, bulimią i innymi schorzeniami, rozwijającymi się doskonale w świecie wytycznych, co należy jeść albo czego nie.

„Jesteś tym co jesz” – to obrzydliwa formuła, łamiąca niejedno życie. Świadomość, że grzeszysz, spożywając zwłoki (nawet zwierzęce) potrafi zniszczyć życie mniej odpornych, niepomnych na to, że żywienie jest tylko jednym z aspektów naszego życia, nie koniecznie najważniejszym. Ktoś o bujnej wyobraźni, wizualizując sobie przesuwanie owych zwłok przez swój system trawienny, może popaść w obsesję, z którą jego umysł (np, analityczny) nie da sobie rady. A przecież bez tego zafiksowania mógł być wspaniałym naukowcem, czy wynalazcą (choć niektórzy z nich w owej fiksacji znajdują pożywkę dla intelektu – co należy obiektywnie przyznać.)

I wracam do cytatu z Karen Horney: „Nie chcesz mnie kochać – musisz mnie podziwiać”. Ta,  jakże bijąca po oczach formuła, zawiera w sobie kłamstwo główne, że miłość uzależniona jest od zasług.

Jeżeli się kocha, to nie za coś, ale mimo wszystko – to moje spostrzeżenie życia. Niestety, jest ono niewygodne dla wszelkich reklamodawców i dlatego niepopularne, ba, wręcz potępiane. Ale ja swoje wiem.

(Kasia 1943 – jeszcze nie wiem, co mnie w życiu czeka)

Scan Kasia 1943

Ps. Pewna moja znajoma wykrzyknęła z oburzeniem: Ty nadajesz się na terapię! Nie, po stokroć nie! Jestem, jaka jestem, godzę się z tym. Terapie zaburzają tylko to, co prawdziwe i naturalne w nas. Wielka zdobycz naszych czasów: akceptacja odmienności. Nie zaprzepaśćmy jej!

Cała(?) prawda o babciach

Pewnemu mojemu, dość kontrowersyjnemu znajomemu, zawdzięczam 6-minutowy filmik „Cała prawda o babciach”.  Filmik spotkał się z jego aprobatą, ba, na jego tle snuł dalsze domysły, już dość luźno związane z jego treścią: „Bezpieczeństwo, więź rodzinna i co sobie dajemy? Kontra społeczne naciski i miłość celem irracjonalnym. To z jakich kręgów się wywodzisz? Raz jeszcze społeczna hydra, o której można by napisać tomy książek. Czy infantylnych?”

Jak zwykle ten mój znajomy stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi i pisząc do mnie, nie wchodzi w dalsze interakcje. Moje odpowiedzi na jego korespondencję ignoruje, a ja nieustannie zmagam się z myślą, czy zresetować tę znajomość, czy jeszcze poczekać. Nie lubię twierdzeń jednostronnych, na które odpowiadając, nie uzyskuję możliwości dyskusji, niemniej ta znajomość daje mi wgląd w myślenie osób bardzo odległych od stanu mojego umysłu, a więc inspirujących w pewien sposób. To coś takiego jak dyskusja z pewną bliską mi, już nieżyjącą osobą. Mówisz do kogoś takiego, a on nie odpowiada. Nie raczy? Uważa cię za głupią? Ma cię w nosie? czy może jest źle wychowany po prostu.

Ale wracając do filmu. W oczach jego autora, młodego zapewne człowieka, świat starych kobiet jest zagadkowy,  ale i pełen idiotyzmów, nie znajdujących uzasadnienia. Autor jest człowiekiem bardzo dowcipnym, trafnie podchwytującym pewne obserwowane prawidłowości, nie będącym jednak w stanie (albo nie mającym chęci) wniknąć głębiej w zjawiska, które obserwuje i z których szydzi. Jest więc w swojej satyrze powierzchowny i infantylny, podobnie jak pewien nastolatek z angielskiego dowcipu, któremu w prywatnej szkole polecono opisać los biednych ludzi. Chłopiec ten napisał, że pewna rodzina, którą ten znał, była tak biedna, że ich lokaj miał od pięciu lat niezmienianą liberię, kucharka jeździła na targ starym samochodem, a trzy pokojówki świeciły dziurami w pończochach.

Pokrótce więc podsumuję świat babć w oczach autora filmu. Oto ich charakterystyczne cechy:

  1. spotykają się we własnym gronie prawdopodobnie spiskując i odprawiając dziwaczne obrzędy (jeszcze do nich wrócę) i wymyślając lecznicze mikstury.
  2.  Wstają ze świtem, a ich pobyt w łazience to nieustanna korekta wyglądu i dodawanie pikanterii swojemu wizerunkowi (pierścionki, pachnidła, korale itp) – co niewątpliwie jest bardzo śmieszne w aspekcie ich wieku. Młode dziewczyny  w podobnej sytuacji nie są śmieszne – one są ładniejsze, oczywiście.
  3. Skupienie się na bliskich (wnukach) i nietrafione prezenty. Własnoręcznie dziergane swetry, szale itp. W sumie to śmieszne: aspekt nieuzasadnionej życzliwości i chęci zrobienia przyjemności bliskim przy braku środków finansowych – łącznie niezrozumiałe.
  4.  Polowania na bazarach: moherowe berety, płaskie, tanie buty („kapciuszki zwykłe białe”), niezrozumienie dla gadżetów preferowanych przez wnuczków („nic dobrego z tego nie ma”). Świat wartości babć rozmija się ze zdrowym rozsądkiem wnusiów. Zauważmy jednak, że punkt widzenia jest zgodny z punktem siedzenia – co umyka, zdaje się, autorowi filmu. Babcia na starej emeryturze nie ma zdolności finansowej „młodego boga” wg Prudencialu.
  5. Dbanie o swoje zdrowie („kufer regeneracji”) jakieś zioła, nalewki, rosołki na ukatrupionych kurczakach zagrodowych (to pod adresem wiejskich babć) tudzież przedmioty dziwacznego kultu, a wśród nich portret Papieża Polaka. Bynajmniej, nie jestem osobą religijną, ale zawsze uważałam i uważam, że kpiny z czegoś, co stanowi dla kogoś największą wartość, zwłaszcza religijną, są w złym guście. Tylko prymitywy wyśmiewają się z cudzej wiary (także innych religii!) i kultu. Tymczasem tu wiara, słuchanie kazania i przekonanie, iż inne osoby powinny je szanować, jest wyśmiane. Górą wnuczek, słuchający w czasie mszy (prawdopodobnie) rapu! On jest racjonalny, babcia śmieszna. Zwłaszcza, że chwali pomnik papieża, który „w telewizji wydawał się wyższy”.
  6. Posiadanie domowych zwierzątek i przejmowanie się ich egzystencją, nawet przyziemną, jak wypróżnianie. Ha ha ha – jakie to śmieszne! Kogo to w ogóle obchodzi! Terroryzm, zagrożenia, polityka – to są problemy wspóczesności!
  7. Przewidywanie, a właściwie przejmowanie się pogodą. To bardzo śmieszne, kogo to może obchodzić, że przed deszczem bolą babcię stawy, więc lepiej z domu nie wychodzić (o czym oczywiście kontemplujący babcię wnuczek nie ma zielonego pojęcia). Jego stawy jeszcze nie bolą, nie tylko na zmianę pogody, ale w ogóle.
  8. Posługiwanie się wózeczkiem na zakupy („magiczny rydwan”). Takie i podobne kpiny powodują, że niektóre starsze panie wstydzą się używać odciążających kręgosłup wózeczków na zakupy – identyfikują je równie dosadnie jak moherowe berety – bynajmniej nie przez nie same wymyślone. Autor filmu zapomina że „emitujący ultradźwięki”, skrzypiący wózeczek,  to także walizki na kółkach, ludzi spieszących bladym świtem (4-5ta) na lotnisko, aby zdążyć na pierwszy samolot o 6-ej rano. One częściej mnie budzą, niż wózeczki babć i ekipy kosiarek spółdzielni mieszkaniowych, zaczynających w upalne dni dopiero o 7-ej. Ale babcie są lepszym celem.
  9. I wracamy do babcinych spisków. Są śmieszne, jakieś rozwiązywanie krzyżówek, plotki o cudzych, agresywnych pieskach, pomysły na zaszkodzenie komuś („podłóżmy mu trutki na szczury”), rozkładanie kart, rozkminianie przebrzmiałych już gadżetów, słuchanie radia ze starych, przedpotopowych aparatów. Rozrywki, gdy głupie babcie starają się dostosować do młodzieży i są szczęśliwe, gdy ktoś z nich jest akurat dla nich miły (gra w „Piłkarzyki”).
  10. Film kończy się sceną, gdy babcia naśladuje wnuczka, tańcząc jakiś współczesny kawałek, a wnuczek podrzuca jej moherowy beret. W ten sposób jego autor broni się przed posądzeniem, że w swoim dziele był nieobiektywny i stronniczy. „Więc jeżeli na świecie nie ma krwiożerczych smoków, jeżeli nigdy nie widzieliście na żywo rogatego diabła i jeżeli wasz brzuszek jest zawsze pełny, to już wiecie, dzięki komu” – podsumowuje wnuczek. Rozumiemy więc: babcia ma emeryturę, a wnuczek nie koniecznie może na nią liczyć. Uczucie wdzięczności, które przenika ostatnie sekundy filmu, jest czymś przemijającym i ulotnym, możliwie, że ostatnim satyrycznym spojrzeniem na przestępstwa „na wnuczka”.

Chętnie podyskutowałabym z autorem filmiku i pogłębiłabym jego płytkie widzenie realiów. Cóż, kiedy jego tak naprawdę nie obchodzi rzeczowa analiza opisywanych zjawisk, widzi ich śmieszność, ale nie chce mu się szukać prawdziwych przyczyn opisywanego zjawiska. Czasem nie trzeba ich daleko szukać, odkrywać nieznanych lądów, wystarczy bez wysiłku odnaleźć popularność wśród podobnych sobie. Ha ha ha – jesteśmy z tobą, kamracie!

To właśnie jest clou podobnych diagnoz z pozoru inteligentnych ludzi – w polityce, socjologii, kulturze. Wyśmiewamy to, co inne, niezrozumiałe. Cudzoziemcy, uchodźcy, terroryści, homoseksualiści, moherowe babcie – kto nam podpadnie. Ktoś kiedyś przyczepił nam łatkę – i już funkcjonujemy w zbiorowej świadomości, przetwarzanej bezrefleksyjnie przez ludzi podobnych autorowi filmu. Mnie osobiście tylko przykro, że swoje walory umysłowe i niewątpliwą inteligencję wykorzystał w kierunku wybranym przez ławice, a nie outsiderów. Gdyby to zrobił, możliwe, że stałby się odkrywcą, a tak został marnym potakiwaczem. Pozostaje mi wysłać jemu takie przesłanie: „Chłopie, kiedyś ty także będziesz stary. Będą cię bolały kolana na zmianę pogody, odkryjesz, że w sklepach z obuwiem nie ma butów stosowanych na swoje bolące stopy (a są takie na bazarkach), że przeciwbólowe leki, przepisane przez NFZ o kant d… potłuc i musisz szukać na własną rękę ich wzmacniaczy (wszak zgubnych narkotyków nie przepisze ci asekuracyjnie żaden lekarz), że na zimę potrzebna ci tania, ale ciepła czapka i że wreszcie w obliczu czekającej cię śmierci dobrze jest znajdować w czymś pociechę, w religii, w Papieżu, Ojcu Dyrektorze, posągu Papieża, czy czymś innym. I może, jak te wyśmiewane babcie, staniesz w łazience przed lustrem i zechcesz przypomnieć sobie jak wyglądałeś za młodu. Jeśli jesteś kobietą, wyciągniesz różową szminkę. Jeśli mężczyzną – sam wiesz czego użyjesz. Wszak duszą ciągle jesteś młody, tylko, w ślad za poetą stwierdzasz, że:

„Nóżki nie chcą chodzić

rączki nie chcą robić

Zachodźże słoneczko

skoro masz zachodzić”

No i właśnie: miłość. Czy ona już jest (była) całkiem bez sensu, skoro wydrwiona, uduszona, przeminęła? Może powinna trwać, już jako moje odczucie w stosunku do świata, przemienione, wysublimowane, śmieszne i publicznie wyśmiewane w podobnych filmikach, wypakowane wspomnieniami, urojeniami i niespełnionymi nadziejami, znajdującymi inne obiekty, zwierzątka, Ojca Dyrektora, rozmaitych guru-oszustów, ale zawsze nadające sens życiu, do końca, nawet ,gdy ono już przemija. Rozliczamy się z nią, z tą przepełniającą nas i wyśmianą miłością, i czasem, jako daniną złożoną nieznanemu bóstwu, spisujemy testament lub dajemy gotówkę wnusiowi (albo przestępcom pod niego podszywającym się) . Czy właśnie dlatego jesteśmy śmieszni? Rzućcie w nas kamieniem ci, którzy są pewni, że to ich nigdy nie będzie dotyczyć!

I może, podejmijcie dyskusję… Oto ja, Babcia mniej ezoteryczna, dziś, gdy stawy bolą bardziej niż zwykle:

iphone nowy 001

 

 

 

Zaćmienie Słońca

21 sierpnia Amerykanów czeka nowe przedstawienie – całkowite zaćmienie Słońca. W Polsce, niestety, nie będzie ono całkowite, prawdę mówiąc według mapy NASA nie będzie widoczne w żadnym stopniu. Całe szczęście (cieszą się różne portale) – żyjemy przecież w 21 wieku i możemy liczyć na zdjęcia i facebookowe relacje live od kolegów z zagranicy.

Zaćmienie będzie dla nas raczej wydarzeniem medialnym, na kanwie którego snują swoje opowieści astrolodzy, wizjonerzy, no i oczywiście tabloidy, tudzież tabloidyzujące stacje telewizyjne. W weekend była trąba powietrzna i kataklizm na Pomorzu (dająca pole do rozważań czy przypadkiem nie jest potrzebna Komisja Śledcza dla zbadania intencji Pana Boga – możliwe bowiem, że daje nam, Polakom , całe połacie obalonego lasu po to, byśmy odczepili się od Puszczy Białowieskiej i skierowali swoje harvestery w pożądanym przez Pana Boga kierunku). W tygodniu zamachy w Hiszpanii, dające podstawę do obaw, czy przypadkiem na deptaku w Ciechocinku (https://www.youtube.com/watch?v=ARHRk25r-gA ) lub w Zakopanym, zaludnionym oscypkami i białymi misiami, nie może się przytrafić podobny horror. Ale skoro się nie przytrafia, kujmy żelazo, póki gorące, oglądając w kinach i telewizji horrory oraz dramaty przestępcze, mafijne i terrorystyczne, gdzie wjeżdżanie ciężarówką w tłum jest zbyt banalne i powinno być zastąpione kradzieżą, przynajmniej dziesiątki głowic atomowych – wszakże końcowe zwycięstwo nie uzależnione jest od strzelanki, a od mordobicia (najlepiej na dachu pędzącego pociągu).

Przychodzi więc kolejny weekend bez dramatycznych wydarzeń, a ze śmiesznymi powtórzeniami (pani Premier powtórnie udaje się do zwalonego lasu, gdzie zapewne spożyje grochówkę z wojskowego kotła, a w TVN 24 jeden i ten sam transporter ryje nadrzeczne błoto, ciągając za sobą jedno i to samo chimeryczne drzewko, zaś nasza dzielna młodzież, zwarta i gotowa, maszeruje ze śpiewem asfaltem szos, (wcześniej porzuciwszy, będące przedmiotem zadumy,  swoje telefony i smartfony), co oczywiście nie umniejsza podjętych przez zwyczajnych ludzi, rzeczywistych działań, włożonych w opanowanie sytuacji – niestety mało medialnych. Jeśli nic innego się nie wydarzy, zaćmienie Słońca (choć daleko od nas) będzie zapchajdziurą telewizji i pożywką dla domorosłych proroków, przestrzegających przed podejmowaniem jakichkolwiek wiążących handlowych decyzji, poważniejszych niż kupno sznurowadeł. Mają oczywiście praktyczne uzasadnienie, jako że na przykład internetowy sklep Frisco,  nie tylko w niedzielę (jak ma w regulaminie), ale także w poniedziałek 21-go, ku mojemu zmartwieniu, nie dostarcza mięsa ani kości, uniemożliwiając mi ugotowanie rosołku, o którym marzę, po wakacjach spędzonych w obcych krajach, nie znających tego przysmaku.

Człowieka od zawsze nękała niespokojna myśl (obecna zwłaszcza w bezsenne noce),  co to będzie, gdy rano nie wstanie słońce. Wyobrażano sobie wówczas najgorsze kataklizmy i choć z biegiem czasu powinniśmy mniej wierzyć lękom, a bardziej nauce, niemniej w obliczu tego, że nauka jest jedną z teorii spiskowych, (najmniej atrakcyjną w przekonaniu tłumów) pewność ta słabnie. Zresztą chińscy naukowcy (amerykańscy także) zawsze znajdą jakiś jeszcze gorszy kataklizm, w rodzaju zderzenia z różnych rozmiarów ciałami niebieskimi. Dlatego też, słysząc o Zaćmieniu, powracam do swoich dziecinnych lęków, znacznie poważniejszych od tych dzisiejszych, że nie uda mi się ugotowanie rosołu.

Swego czasu „Faraon” Bolesława Prusa stanowił szkolną lekturę obowiązkową i przyznam szczerze, był powieścią o wiele ciekawszą, niż jakaś tam smęcąca, nadmiernie realistyczna „Lalka”. Dla mnie i dla moich rówieśników dramat dobrze chcącego władcy, o którym traktuje książka, był doskonałym przykładem moralizującego nudziarstwa, które miało zasłonić atrakcyjniejsze wątki. Na przykład wizytę w Labiryncie, smutne losy Żydówki, kochanki faraona, tudzież perfidne wykorzystanie zaćmienia Słońca w grze o władzę.

Skoro więc trafiła mi się okazja obejrzenia prawdziwego, pełnego Zaćmienia (przypominam: nie było wówczas nie tylko internetu ale nawet telewizji) przeżywałam tę możliwość, jako konfrontację z wydarzeniami znanymi z powieści. W czerwcu 1954 w Warszawie zaćmienie nie było całkowite (to podobno widoczne było w Suwałkach) ale wystarczająco duże, żeby skonfrontować je z powieścią. Istotnie, umilkły wówczas ptaki i zrobiło się ciemno – i zimno – o ile pamiętam. I ludzie mieli przekonanie, że nadchodzi czas, do którego nie jesteśmy przygotowani. Niby to decydowała nauka, ale  podświadomość podpowiadała  straszliwe wydarzenia, dla oswajania których nie służyły dzisiejsze horrory. Dzień wcześniej mama wyczytała w prasie, że należy oglądać je przez przydymione kopciem szkło, stłukła więc zieloną, litrową butelkę i okopciwszy największe kawałki, kazała nimi się posłużyć. Ale my, dzieci, nie wierzyliśmy starszym. Oni ciągle kontemplowali wojnę i kataklizmy, a my byliśmy forpocztą przyszłości. Czy mogło spotkać nas jakiekolwiek zło?

1955

Wierzę astrologom, że po Zaćmieniu nigdy nic nie jest już takie jak przedtem. Zaćmiło Słońce w czerwcu, w lipcu były wakacje na Cyrli, przerwane nagłą depeszą sąsiadki, że na naszym tarasie opala się naga kobieta, uruchamiający cały mechanizm zmian. Ja, świeżo wówczas zmierzyłam się ze swoimi lękami, spędzając po kłótni z mamą samotną noc w lesie przy Suchej Wodzie; moją młodszą siostrę gonił żlebem piorun kulisty, a wydarzenia z powrotu, wobec wyzwań, którym sprostałyśmy, wydawały się malutkie, nieważne i głupiutkie.

Sucha Woda

Kiedy weszłyśmy do naszego domu, naszej ostoi bezpiecznego dzieciństwa, w przedsionku powitał nas dziwny widok. Stał tam od zawsze marmurowy posążek greckiej bogini, trzymającej opartą na ramieniu i szyi amforę i łapiącej równowagę drugą ręką. Przyglądałam się posążkowi od dziecka, a przedmiotem mojej kontemplacji były zwłaszcza fałdy jej szaty i palce bosych stóp (zmuszona do chodzenia w wysokich ortopedycznych butach, latem marzyłam o bieganiu boso po trawie). Tym razem grecka bogini miała na balansującej ręce niespodziewaną bransoletę – obrączkę mojego taty. Wydawało mi się to wyrazem jakiegoś lekceważenia nas i naszej mamy, a nie przejawem kataklizmu, który musiał nastąpić – i nastąpił.

Scan Troje

Ojciec wymeldował się, co spowodowało, że należny nam metraż zmienił się; dokwaterowano nam inną lokatorkę, która wkrótce okazała się spadkobierczynią poprzedniego, przedwojennego właściciela domu (była jego służącą, a on zaginał w zawierusze wojny) i po prawniczych zabiegach (znanych nam obecnie w ramach warszawskich sporów o zwroty przedwojennych gruntów,  jak fałszowanie testamentów i wykorzystanie ubytków Ksiąg Wieczystych) – wówczas stworzono możliwość zwrotu domów jednorodzinnych – usunęła nas z naszego domu drogą eksmisji. Perfidia jej działania polegała na tym, że pretekstem był remont kapitalny, w czasie którego eksmitowanym przysługiwało jedynie pomieszczenie zastępcze, a nie lokal zastępczy. Otrzymaliśmy zakwaterowanie w rozwalającej się ruinie na Młocinach (które wówczas były poza granicami Warszawy) bez bieżącej wody, innej toalety, niż sławojka na podwórku, wśród miejscowych meneli. Nasza schorowana mama wylądowała kilkakrotnie w szpitalach, a my z siostrą, choć nieletnie, musiałyśmy sobie radzić same. Walczyłyśmy z urzędami samotnie i wytrzymałyśmy tę walkę do czasu, gdy wydoroślałyśmy i znalazłyśmy oparcie w naszych mężach. Do dziś uważam, że wszystko, co najgorsze w życiu, spotkało mnie i siostrę przed 18-tym rokiem życia. I niewątpliwie, odgrywało w tym swoją rolę Zaćmienie. Ja zaś, jako nieposłuszna córka, oglądałam Zaćmienie gołym okiem, co zapewne przełożyło się także na moje późniejsze  kłopoty ze wzrokiem.

Lato 1954 stanowiło przełom między spokojnym, bezpiecznym życiem dobrze wychowanych panienek, z tatusiem inżynierem, konstruktorem i oblatywaczem samolotów, i mamusią, z zawodem „przy mężu” oraz starannie dobieranymi pomocami domowymi, a zawirowaniem losu, wsysającym naszą idealistycznie nastawioną młodość w tryby urzędowych zawiłości i korupcji.  Po latach, brak już satysfakcji, że ukarano więzieniem jakąś panią iksińską, naczelnika ówczesnej Rady Narodowej, choć nadal brzmią w moich uszach jej lekceważące słowa dotyczące kondycji dwóch głupich smarkul.

I jak tu nie wierzyć astrologom! Zaćmienie objawia się niewątpliwie w losach zupełnie nieważnych osób. Państw niekoniecznie. One zawsze wychodzą obronną ręką.

Urlop z laptopem na piasku

Pewien mój, o wiele młodszy znajomy, opowiadał mi o swoich planach urlopowych. Wynikało z nich, że w ciepłym kraju za granicą spędzi aż 3 tygodnie, ale w tym 1 tydzień „będzie w pracy”, czyli będzie wykonywał jakieś zadanie, wynikające z projektu, którym się zajmuje. Jest w tej firmie nowym pracownikiem i musi pokazać, że będzie przydatny. Uważał to za bardzo korzystne rozwiązanie i nie dał się przekonać, że urlop powinien być całkowicie odrębny od zajęć służbowych.

Troszkę się zaperzyłam w swojej argumentacji, mając na myśli własne wspomnienia, gdy problemy osobiste i rodzinne neutralizowałam wzmożoną gorączką służbową, a gdy uwolniłam się od wszystkiego, trafiając na dłuższy czas do szpitali, kiedy w pełni uzależniona byłam od dobrej woli salowych (gdy nie odpowiadała im moja postawa, odpuszczały sobie podcieranie mnie i basen zabierały dopiero po godzinie lub dwóch, gdy skorupa odchodów odpowiednio zgęstniała, piekąc i swędząc), uświadomiłam sobie, iż straciłam dobrych parę lat własnego życia zapominając, że nie powtórzę go nigdy już, a życie zawodowe i dobrze zapowiadająca się kariera, może w każdej chwili rozsypać się w proch, jakby nigdy nie było tych poświęconych jej lat.

Tak czy inaczej, sprawdzianem sensu mojego życia,  nie były sukcesy zawodowe, inteligencja, kreatywność, wiedza i znajomości, tudzież uznanie szefów, a widzimisię niedopłaconej, spracowanej kobiety, z własnymi,  jakże odległymi od moich problemami.  Potem, na groszowej (380 zł) rencie, musiałam czas jakiś oszczędzać na wszystkim, znosić upokorzenia, wykonując najprostsze prace biurowe, do których wówczas byłam tylko zdolna, i być odrzucana w staraniach się o inne, proste prace, dostępne z uwagi na mój stan zdrowia, tylko z powodu zbyt wysokiego wykształcenia, bądź braku mobilności (praca w nocy, na wyjazdach, w nielimitowanym czasie). Zaliczyłam też oszustwo, pracując miesiąc w firmie, która z dnia na dzień zwinęła się, pozostawiając niezapłacone rachunki i pensje pracowników. Pożądałam kiełbasy, a musiałam zadowalać się chlebem z margaryną i monitami z tytułu nie zapłaconych rachunków za czynsz (460 zł), światło, internet i wodę (ciepłą). Moja spółdzielnia mieszkaniowa założyła mi sprawę w sądzie o eksmisję.

Niestety, moja argumentacja nie trafiła do znajomego. Kiedy już wychodził, przy pożegnaniu, powiedział mi, że przeżywa trudny okres i musiał się komuś pożalić.

Przeraziłam się. Wszak opowiadał mi cały czas swojej wizyty o swoich sukcesach, wysokich zarobkach, ciekawej pracy, osiąganiu kolejnych etapów w samokształceniu i zagranicznych planach na przyszłość. Jednocześnie jest on człowiekiem o  bardzo wysokim poziomie umysłowym, dla którego – moim zdaniem – dostępna jest, przy sprzyjających okolicznościach, międzynarodowa kariera. Tylko mimochodem pożalił się, że odczuwa chwilową niemoc twórczą. Nie był pierwszą osobą, która z tego mi się zwierzała, a i ja, znam to uczucie, chociaż dysponuję mnóstwem czasu, niektóre moje rozpoczęte projekty muszę podsumować stwierdzeniem bliskiej mi osoby, która „poszukuje mało używanego zapału do pracy”.

Byłoby więc tak, że ja nie dostrzegłam w punktowaniu  sukcesów cichego wołania o zrozumienie, chęci wyżalenia się? On pozornie wcale się nie żalił, napomknął tylko o jakichś nieważnych trudnościach, prezentował zaś same osiągnięcia! Poczułam się bardzo głupio i zaczęłam się przed sobą tłumaczyć:, że parę godzin wcześniej wróciłam z podróży, że jeszcze się nie rozpakowałam, nie ogarnęłam, że nie zdążyłam wejść na stronę banku i popłacić rachunków, że wreszcie chciało mi się spać i oddałabym majątek za drzemkę. Kiedy zaś odczuwam dyskomfort, staję się agresywna i nieuważna i, być może, moja namiętna argumentacja zniechęciła go do prawdziwych zwierzeń, a rozmowa zakończyła się, jak zakończyła.

Potem jednak doszłam do wniosku, że przyczyny naszego nieporozumienia były głębsze.

Mój znajomy czas jakiś był tzw. „luzakiem”, wykonując zajęcie, które mu odpowiadało, pisząc parę książek i kontaktując się z dużym gronem nietuzinkowych ludzi. Potem pod wpływem rodziny ustatkował się, podjął pracę na etacie i rozpoczął wspinanie się po szczeblach finansowej i merytorycznej kariery. Uwierzył we własne siły, ale ciągle, w podtekście, musiał wracać do czasów, kiedy nieuregulowany tryb życia wypominało mu otoczenie. Wreszcie sprostał z naddatkiem ich oczekiwaniom i dlatego nie przyszło mu do głowy jakiekolwiek narzekanie. Ba, przeciwnie, wpadł w pułapkę ludzi od niego mniej świadomych, usiłując wszelkie trudności ( bo jeszcze nie klęski, broń Boże) przekuwać w pasmo pozytywnych doświadczeń i chcąc się wyżalić, nieświadomie podsumowywał sukcesy. Jeden tydzień zawodowej pracy w czasie urlopu, podejrzewam, tylko pogłębi jego stres, wykluczając pełny odpoczynek.

Kiedy to zrozumie? Może lata całe później, bo tak jest, że cudze doświadczenia zazwyczaj wydają się nam nieadekwatne do własnej sytuacji. Każdemu, do czasu, wydaje się, że trudności, na które napotyka, są przypadkowe, przejściowe, że da sobie łatwo z nimi radę. Musi tylko więcej pracować, więcej starać się, poświęcać więcej uwagi drobiazgom. Po co czytać beletrystykę po polsku, skoro można to robić w obcym języku łącząc przyjemne z pożytecznym? Po co tracić czas, idąc gdzieś na piwo czy kawę, jeśli można na stoliku rozłożyć laptopa? W świetle tego rozłożenie się na jakimś piasku lub wsłuchiwanie w szum fal ,bez jednoczesnego wypełnienia czasu czymś pożytecznym, jest cofaniem się. A wszak myślący człowiek musi zawsze iść do przodu. Podobno. Ja zaś, ezoteryczna babcia, mogę być tylko ekranem, na których wyświetlają swoje problemy. Lubią ze mną rozmawiać, bo uważnie ich słucham, ale czy biorą pod uwagę to, co ja mam do powiedzenia?

Dawno, dawno temu znałam na pamięć wiele ustaw, rozporządzeń i przepisów wykonawczych. Dziś uświadamiam sobie, że nie potrafię sobie żadnego z nich przypomnieć. Choćby nagle stały się potrzebne, na przykład po to, żeby komuś coś doradzić, albo po prostu zrozumieć pewne zjawiska w gospodarce i polityce, wypunktować to, co się zmieniło i w jaki sposób – paradoksalnie czuję ulgę, że pozbyłam się tej wiedzy, jako balastu. który zmieniał mnie, w nie mnie. Był rakiem, drążącym mnie od wewnątrz, owocującym kamieniami w woreczku żółciowym i zapaleniem śluzówki żołądka, bólem stawów.  Kto wie, czy nie blokował dostępu do mojego poczucia szczęścia, które chyba nie potrzebowało wówczas zbyt wiele: czyjejś bliskości (nawet spoconego ciała), obecności (nawet niezbyt estetycznej figury) i myśli (nie do końca poukładanych i sensownych) ale dzielonych nad ranem i w bezsenne noce. To już było, minęło, bo minął czas na te doświadczenia stosowny, jestem samowystarczalna i dobrze mi z tym, choć może byłoby inaczej, lepiej?.

Kiedy to zrozumie mój znajomy? Może lata całe później, bo tak jest, że cudze doświadczenia zazwyczaj wydają się nam nieadekwatne do własnej sytuacji. I co mogę ja zrobić? Chciałabym mu pomóc, ale nie wiem jak. Każdy musi przeżyć swoje życie po swojemu, szkoda tylko, że dowiaduje się o tym na ogół zbyt późno.

biznesmena-laptopa-na-pla-y-4470009

https://pl.dreamstime.com/obrazy-royalty-free-biznesmena-laptopa-na-pla-y-image4470009

http://menstream.pl/wiadomosci/przelacz-sie-na-tryb-offline-terapia-dla-pracoholikow,0,1300079.html

Może on spróbować zrozumieć to, co właśnie piszę, z nadzieją że przeczyta i przemyśli, na co nie było czasu w chwilach osobistego spotkania, przy ginie z tonikiem. (żeby wiedział, że o niego tu chodzi). On ma (w przeciwieństwie do mnie) jeszcze wiele  lat czynnego życia przed sobą. Może trochę mu zazdroszczę. Zawsze wiemy wszystko, gdy jest już za późno…

 

Amsterdamska dzielnica rozrywek

Słyszałam o niej od wczesnej młodości. Kiedy byłam panienką, miał to być dowodny przykład na dekadencję Zachodu, gdzie w oknach, zamiast normalnych kobiet, w wolnych chwilach przyglądających się zza doniczek pelargonii światu – jeśli już wypełniły swoje domowe obowiązki: posprzątały, ugotowały, wyprawiły mężów do pracy, a dzieci do szkoły – tkwiły mocno wymalowane damulki w skąpym odzieniu, a co gorsza, rozbierały się na oczach przechodniów, zachęcając ich w ten sposób do wiadomo czego, za pieniądze oczywiście. W podtekście wyczuwało się dodatkową naganę, że ich klienci nie mieli co robić z pieniędzmi, co oczywiście nie groziło nam, mieszkańcom dążącego do komunizmu i powszechnego dobrobytu, kraju.

Wstydliwie przyznawano, że u nas, w najlepszym ze światów istnieje prostytucja, ale bierze się ona z braku uświadomienia i wykształcenia kobiet albo z perwersji niektórych z nich. W ten sposób Amsterdam urósł do rangi pewnego symbolu, na równi z instytucją japońskich gejszy, przy czym te ostatnie, grając, śpiewając, recytując poezję i parząc na wymyślne sposoby herbatę, zajmowały się raczej kulturalną rozrywką mężczyzn, niż wiadomo czym, pełniąc rolę pośrednią pomiędzy sekretarką a kaowcem.

Dziś już panie w dzielnicy rozkoszy nie rozbierają się w oknach i witrynach, chociaż kilka z nich dostrzegłam. Siedziały spokojnie, skąpo, ale ubrane, odwrócone do publiczności plecami i bokiem, zapewne nudząc się. Podobno prowokujące zachowanie wykluczają przepisy prawa i nakładane grzywny.

Te sprawy z upływem lat przestały być dla mnie jakąś tajemnicą, o której słucha się lub czyta z wypiekami na twarzy, a przy okazji odarte zostały z resztek romantyzmu, który ich legendzie towarzyszył. Przeżyłam więc chwile zdziwienia, kiedy świat amsterdamskiej dzielnicy okazał się światem wesołym, roześmianym, przyjaznym, pozbawionym polskiego zadęcia i agresji, towarzyszącej rodakom, gdy postanawiają się rozerwać. Ci, napiwszy się, rzucają k…mi do upadu, który zazwyczaj następuje nad ranem. Coś wiem o tym, bowiem takie weekendy w moim bloku nie są rzadkością. Tak jakby pijąc i spółkując, Polak musiał przezwyciężyć poczucie grzechu, agresywnymi zachowaniami wobec całego świata.

W Amsterdamie tłumy młodych i starszych przechadzają się w dobrym nastroju i nawet ci, którzy nadużyli marychy, czy alkoholu i zataczają się od krańca do krańca wąskich, śródmiejskich uliczek, są pogodni i przyjacielscy. Wielu z nich prowadzi ze sobą dzieci, bądź wiezie je w wózkach, nie odczuwając z tego powodu moralnego dyskomfortu. Podobne zachowania zresztą obserwowałam na statku wycieczkowym wzdłuż brzegu Norwegii, gdzie widok tatusia lub mamusi z dzieckiem w wózku, czy nosidełku w nocnym barze, na drinku, nie był czymś nadzwyczajnym. Tylko w Polsce, na ekranie TVN 24 piętnujemy babcię, opiekującą się wnuczkiem, która w osiedlowym spożywczaku zakupiła i niosła ulicą w prześwitującej siatce sześć piw. Pamiętam to doskonale, bowiem zostałam wówczas na weekend sama z wnuczkiem (rodzina pojechała na jakieś wesele) i obejrzawszy ów program, z przykrością zrezygnowałam z wieczornego piwa, które rodzina zostawiła mi w lodówce. Wszak wnuczek mógł w nocy wypaść ze swojego łóżeczka i babcia tłumaczyłaby się przed policją i prokuratorem ze swego 0,5 promila. A ja, jako wychowanka PRL, żywię głęboki respekt przed służbami (co nie przeszkadza mi kontestować ich działania teoretycznie).

Z przykrością muszę zauważyć, że towarzyszące mi osoby, równie jak ja ongiś, respektujące wychowanie w czasach PRL, nie zechciały babci umożliwić wizyty w coffe shopie i pierwszej w życiu próby zapalenia marihuany, bądź spożycia ciasteczka dla babć i dziadków. W Polsce, ponieważ nigdy tego nie próbowałam, boję się zacząć bez asysty doświadczonych osób. Zrobiłam jednak spory postęp, już rozpoznaję zapach zioła. Wydaje mi się bardzo miły i wyobrażam sobie (jako byłej palacze papierosów), że prawdziwemu szczęściu musi podobny zapach towarzyszyć.

Teraz czas na łyżkę dziegciu w beczce miodu. Następnego ranka, podczas deszczowego oczekiwania na samochód, który trzeba było przeprowadzić z parkingu ( w Amsterdamie podobno parkowanie jest udręką) w hotelowej kawiarni pod parasolami, na uczęszczanym deptaku, ukradziono, a właściwie porwano mi chodzik, który koleżanka pożyczyła specjalnie na czas mojego pobytu w Holandii. Ktoś po prostu podbiegł i zabrał go, nie przejmując się babcią, nawet ezoteryczną. Jak złośliwie opowiadają moi znajomi, babcia niewystarczająco intensywnie goniła rabusia i z powodu karygodnego braku znajomości holenderskiego, nie umiała wyartykułować ichniego łapaj złodzieja, czym okazała się znakomitym przykładem syndromu ofiary. Brak przewidywania, w postaci nie przykucia łańcuszkiem chodzika do przegubu dłoni, zaowocował zażenowaniem i problemami (wszak chodzik był wart coś tam w euro, i całkiem chyba niemało, skoro za poduszkę z gąbki podobną do takiej na krzesła, tyle że do wózka inwalidzkiego, kupionego po drodze w kriggloopie, zażyczono sobie aż 25 euro). Już drżę na myśl o tym czasie, kiedy przyjdzie się rozliczyć w złotówkach z mojej niefrasobliwości!.

I świat nie wydawał mi się już tak przyjazny, jak na początku. Prawdopodobnie komuś brakowało tej codziennej szczęśliwości, pozornie dostępnej bez ograniczeń i postanowił temu zaradzić na swój sposób. Co nie oznacza oczywiście, że istnieje miejsce, gdzie okazja nie czyni drapieżnika, chociażby przez chwilę naiwnym ofiarom mogło wydawać się inaczej… Tak czy inaczej, nasze złudzenia upośledzają naszą praktyczność, a Bóg mi świadkiem, że im ktoś starszy, tym bardziej potrzebuje dziesięciu par oczu dookoła głowy oraz łańcuszków i kłódek, choćby otoczenie twierdziło, że przesadzają z nieufnością. Żywiąc w latach młodzieńczych piękne złudzenia co do dzieci-kwiatów i ideałów nimi kierujących, na starość muszę także je rewidować, oglądając pewnego marszałka w sejmowych ławach. Aż zechce się westchnąć: co to z tych idei na starość pozostało!

A poniżej plon doświadczeń i widoków z inwalidzkiego wózka na uliczkach rozrywkowego Amsterdamu — galeria zdjęć zakończona wizerunkiem utraconego chodzika, na pamiątkę utraty złudzeń o przyjaznym świecie.

Tytułem wyjaśnienia muszę zaznaczyć, że na fotografiach najważniejsze są napisy, pokazujące mijane miejsca. Także wyjaśniam, że widoczna na jednym ze zdjęć ażurowa, metalowa budowla, to publiczna siusialnia, skąd widoczne są nogi i głowa delikwenta, posiadająca  otwór odpływowy w chodniku. Jest ich sporo w dzielnicy, niestety, dla kobiet są nieprzydatne. Trochę przypomina mi wynalazki z byłego ZSRR, gdzie publiczne toalety, także w luksusowych na tamtą miarę hotelach (armatura, nóżki do wanien, płaskorzeźby ozdobne pozłacane w Odessie), zawsze miały podobne do wejść w westernowych saloonach uchylane niewielkie dwuskrzydłowe drzwiczki, odsłaniające nogi i głowę. Mówiono nam wówczas, że to po to, by ludzie zachowywali się kulturalnie, co gwarantować miał nadzór kolektywów. Niekulturalne zachowania miały polegać także na niedozwolonej wymianie dewiz i rubli oraz zakupie złota. Jakie motywy kierowały holenderskimi władzami?

Pozostaje mi tylko przeprosić za złą jakość zdjęć, ale robiłam je z wózka inwalidzkiego, prowadzonego przez kogoś po bruku, co powodowało wstrząsy i brak możliwości ustawienia aparatu w dogodnej pozycji do fotografowania.

IMG_6127

IMG_6135 IMG_6141 IMG_6143 IMG_6147 IMG_6148 IMG_6150 IMG_6151 IMG_6154 IMG_6157 IMG_6159 IMG_6166 IMG_6168

IMG_6171

IMG_6176

Amsterdam z pokładu wycieczkowego statku

W roku 2009 zwiedzałam Paryż i w czasie tej wycieczki pływałam statkiem po Sekwanie. Rzeka ta i widoki z niej wydawały mi się wówczas najbardziej atrakcyjnym miejscem na wodzie. Powodem tej atrakcyjności była m.in. niewielka szerokość Sekwany, pozwalająca na duże zbliżenia i wyraźne oglądane detale. Mimo wszystko, statki pływają dość szybko, więc zastanowić się nad szczegółami można dopiero oglądając zdjęcia.

W tym roku miałam możliwość pływać statkiem po kanałach Amsterdamu. Wrażenia te przerosły jeszcze atrakcje paryskie. Amsterdamskie kanały są węższe niż Sekwana, a życie toczące się w pływających po nich łodziach, znacznie mniej stateczne, przynajmniej w weekend – bardziej rozrywkowe i luzackie. Piwo, wino, skręty i bardzo weseli, roześmiani ludzie. Plus oczywiście przyglądający się im turyści – już nie tak weseli i rozluźnieni. Niektórzy czują się nieswojo. Często słychać język polski.

Niestety, z powodu deszczu ta wycieczka była dość krótka. Wybraliśmy statki linii Lovers zarówno z powodu częstotliwości ich kursowania jak i dogodnego miejsca cumowania. Bałam się tego, czy dam radę zejść po kilku schodkach z nadbrzeża na łódź i potem czy uda mi się zejść na pokład po kilku innych stopniach. Okazało się to jednak niezbyt trudne, bowiem schodki były niewysokie, a poręcze stabilne. Nagrodą było znakomite miejsce z przodu łodzi, gdzie dodatkowo okazało się po raz pierwszy w czasie moich wycieczek, iż można słuchać komentarzy także w języku polskim – należało tylko wetknąć przewód słuchawki w gniazdko i ustawić język. Żałowałam tylko, że nie mam możliwości nagrywania słów przewodnika – tak wiele było ciekawych obiektów historii o nich, które szybko umknęły w natłoku wrażeń. Zapamiętałam tylko, że grunty nad kanałami były bardzo drogie i w związku z tym piękne kamienice, tam stojące, budowano przede wszystkim w celach zarobkowych. Ażeby nie spowodować całkowitego pokrycia murami terenów miasta, od podatków zwolniono grunt, znajdujący się za domami, na którym urządzano ogrody, a także zachęcano do ich zakładania innymi przepisami prawa. Właściciele za tymi ogrodami, na tańszej ziemi, budowali skromne domki dla siebie.

Na kanałach cumuje się łodzie: mieszkalne, remontowe, turystyczne. Niektóre z nich są bardzo zadbane, inne aż proszą się o jakiekolwiek uporządkowanie pokładu. Szczególnie interesujące jest zapełnianie niektórych z nich roślinami, nawet pokaźnymi drzewkami w donicach. Jednak w porównaniu z francuskimi łodziami na Sekwanie, na ogół bardziej „wypasionymi”, roślin tych jest zdecydowanie mniej. Możliwe, że jest to też sprawa opłat za zajęcie nadbrzeży. Inne łódki służą do transportu ludzi, często cumują przy łódkach mieszkalnych.

Poniżej panorama na niewielu załączonych fotografiach. Mam ich dość dużo, ale teraz będę je analizować w poszukiwaniu interesujących szczegółów, identyfikować poszczególne budynki i poszukiwać w internecie informacji o nich – a to niestety, może potrwać. Przedstawione zdjęcia wybrane są raczej na chybił trafił, dla oddania atmosfery tego miejsca, a nie ze względu na jakieś szczególnie ciekawe detale.

1 Bilet Lovers

IMG_5780

IMG_5782

IMG_5783a

IMG_5794

IMG_5828

IMG_5835

IMG_5852

IMG_5876

IMG_5895

IMG_5926

IMG_5988

IMG_6009

IMG_6057

IMG_6066

IMG_6081

IMG_6108

Dokąd mnie zaprowadziły pędzące skrzaty

Wydawałoby się, że jak na mój wiek i możliwości wystarczająco podróżowałam w tym roku. Tymczasem los za mnie wybrał kolejną podróż.

Jeszcze w Polsce. Śpiąc w obcym łóżku, patrzę na pędzące skrzaty. Dokąd mnie zaprowadzą tym razem? Holenderskie skrzaty, a więc kierunek – Holandia. Jak na potomków piratów przystało, wspinają się po sznurowych drabinkach, wiecznie w ruchu i gotowości. W tym świecie bierność jest grzechem i niedopuszczalnym, a aktywność cnotą. Holendrzy na wsiach jeszcze po cichu wierzą, że pracowitemu pomagają skrzaty; stąd pewnie bierze się znaczna liczba figurek przedstawiających pracowitych gospodarzy, rolników i rzemieślników. Będzie jeszcze o tym mowa przy okazji „Sprzątających”.

IMG_5491

Potem tysiąc dwieście kilometrów w ulewnym deszczu plus trzy godziny postoju w korku na autostradzie.

Mężczyźni mają lepiej. Stają na jezdni i sikają niefrasobliwie, niektórzy nawet nie opuszczając kabin tirów. Z jednego z busów wysypuje się cała czereda błaznujących i wrzeszczących przy tej okazji. Robią przedstawienie na użytek zachodniego, białego świata. Przewidujące kobiety muszą liczyć na pampersy, nieprzewidujące na czyszczenie tapicerki, co kosztuje. Ponieważ zbliża się noc, kolejne trzy parkingi z toaletami są zapchane tirami, szykującymi się na nocny postój; udaje się nam wcisnąć gdzieś dopiero na czwarty. Tam zaś kołowrót, odgradzający dostęp do toalety, skutecznie blokuje mnie z moim chodzikiem. Dopiero pojawienie się pracownika uświadamia nam, że toaleta dla niepełnosprawnych jest całkiem gdzieś indziej i że jest bezpłatna, choć zamykana na klucz. Na parkingach bez obsługi, toalety dla niepełnosprawnych też są zamykane, z tą tylko różnicą, że nie wiadomo, skąd wziąć klucz. Jest to jedna z tych tajemnic w obcych krajach, kiedy samodzielnie trzeba rozkminiać rzeczy dla tubylców oczywiste. Na przykład poręcze dla niepełnosprawnych: w polskich toaletach są uchylne, w holenderskich zaś należy najpierw podciągnąć je do góry, potem zaś można próbować je uchylić, choć czasem trzeba siły, przekraczającej moje możliwości. Inną trudność sprawiają krany i dziwne automaty. Kilka lat temu były inne, teraz trzeba na nowo ogarniać ubikacyjną armaturę. Nie ma sensu na przykład wozić ze sobą podkładek higienicznych na deski sedesowe, ponieważ ni stąd ni zowąd pojawia się automat czyszczący je, czasami tak szybko, że nie zdąży się wstać. Ale nie wszędzie, czasami automat wypluwa na przykład papier toaletowy lub papierowe ręczniki. Nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi; za to znakomicie to nas upokarza, jako niekumatych buraków. Tu także, jak w Polsce, projektantom czasem brakuje wyobraźni – kosze na odpadki w łazienkach otwierane są pedałem nożnym, co dla osób nie mogących stać na jednej nodze jest poważną przeszkodą, gdy zechcą wyrzucić jakiś śmieć.

Na szczęście, w przeciwieństwie do polskich parkingów nikt nie żąda posiadania karty parkingowej, wystarczy wózek lub chodzik albo nawet kule pasażerów samochodów i uruchamia się zawodowa uprzejmość.

IMG_5493

Wyjechawszy rano, na miejsce dojedziemy koło 3 w nocy. Widoczna na zdjęciu torebka z polskim, chrupiącym pieczywem, to jednocześnie pożegnanie się z nim. Tam, gdzie jedziemy, dostępny zwykłe chleb wygląda i smakuje jak nadmuchana, miękka, plastikowa, prostokątna masa, bez chrupiącej skórki, a raczej w ogóle bez skórki, składająca się z samych dziur. Smakuje tak samo, niezależnie od tego. czy jest jasna czy ciemna, ma czy nie ma w zawartości otręby albo jakieś ziarna. To dziwne, ale ziarna słonecznika w tym chlebie też są plastikowe i miękkie. Nic dziwnego, że koleżanka, z którą i do której jadę, wiezie pół bagażnika polskiego chleba, polskie ciastka do zamrażarki i inne polskie smakołyki. Nie oznacza to, że holenderski chleb, który jemy, to jedyny dostępny model. Jest tam też świetny chleb z suszonymi owocami i bakaliami, dość drogi i lepiszcze tego chleba jest tradycyjnie zgodne z naszymi upodobaniami, ale trzeba go specjalnie zamawiać. Tym razem nie udało mi się go kupić.

Miłośnikom budyniu można polecić budynie w kartonach o różnych smakach. Dzieci PRL wspominają budyń i kisiel jako podstawowe desery, niestety, produkty błyskawiczne nie mają tego tradycyjnego smaku, zaś inne trzeba przygotowywać gotując mleko i rozpuszczając w nim pracowicie różne proszki, dbając o to aby rozprowadzić dokładnie skawalenia. Tutaj mamy gotowy budyń o rozmaitych smakach w kartonie, do złudzenia smakiem przypominający wyrób z mojej młodości. Na marginesie: Holendrzy mają specjalnego kształtu łopatki, z jednej strony płaskie, z drugiej półokrągłe, do wyciągania resztek budyniów i innych produktów pozostałych na ściankach kartoników. Najpierw usuwa się górę kartonika, a potem grzebie w nim łopatką, aż wnętrze kartonika jest suche. Wówczas dopiero można kartonik wyrzucić, jako jeden z rodzajów segregowanych śmieci. Holenderskie skrzaty czuwają nad tym, aby jak najmniej produktów się marnowało.

Rano znad przebieranych porzeczek kontempluję sielski krajobraz.

IMG_5499

IMG_5505

W oknie wywieszona flaga informuje, że syn gospodarzy ukończył szkołę i uzyskał dyplom zawodowy. Nie ma zamiaru poprzestać na tym – wybiera się na studia. Ale póki co, z dumą prezentuje nie jeden arkusz, jak w Polsce, ale całą książeczkę, zawierającą opis dokonań, wykonanych projektów itp. tudzież zestaw fotografii kolegów i koleżanek oraz różę w hermetycznym opakowaniu, która stoi bez objawów więdnięcia przez kolejne dwa tygodnie.

IMG_5509

5509IMG_5510a

W nogach mojego łóżka, wstawionego do sanktuarium koleżanki, widzę dwie sprzątaczki.

IMG_5512

Wydają mi się dość pokracznymi figurami, ale gospodyni jest do nich bardzo przywiązana. Twierdzi, że ilekroć przestawia je z miejsca na miejsce (co musiała właśnie zrobić z tego powodu, że nie są dla mnie dostępne schody, wiodące do sypialń na poddaszu) zyskuje nowe zlecenie w swojej działalności albo dokonuje korzystnej sprzedaży. Sądzę, że przesiąkła wierzeniami sąsiadów, choć się do tego nie przyznaje. W każdym razie jej stosunek do pracy jest znacznie bliższy Holendrom niż Polakom. W czasie mojego pobytu „Sprzątające” chyba istotnie jej pomogły, ponieważ wywiodła logicznie zależność przyczynowo-skutkową między czynnością wstawiania łóżka do pokoju (i konieczności przestawienia figurek), a nowo otrzymanymi zleceniami.

Następnego dnia odwiedziłyśmy urząd gminy Denekamp, gdzie koleżanka odbierała odpowiednik naszego dowodu osobistego. Budynek robi imponujące wrażenie. Przy okazji dowiedziałam się, że we wszystkich budynkach użyteczności publicznej stoją przy wejściu wózki inwalidzkie dla potrzebujących, aby nie musieli wozić w bagażnikach samochodów swoich. Widziałam je także w kościele i w innych miejscach. Mnie gospodarze wypożyczyli taki z domu opieki. W przeciwieństwie do polskich wypożyczalni, pobierających nieraz spore opłaty, tam wypożyczenie jest darmowe do 3 miesięcy.

IMG_5513

IMG_5515

Przy okazji odwiedziłyśmy pobliski kościół i wysłuchałyśmy koncertu dzwonów. Uruchomiło je 3 starszych panów, przybyłych na rowerach, pociągając za grube liny. Zastanawiałam się jak to możliwe, że z pozoru bezładne pociąganie, a nawet zawieszanie się na tych linach, daje klarowną melodię. Przy bliższej obserwacji okazało się, że w starych murach umieszczono nowoczesny ekran, na którym widoczna była postać dyrygenta, a panowie pociągający liny stosowali się do jego ruchów.

IMG_5528

IMG_5543

IMG_5548

W przyjaznej panoramie miasteczka uwagę zwracał dziwny piecyk sporządzany ze starej butli gazowej. W jakim celu w nim palono? Ogrzania się w zimne dni? Podgrzania jakiejś potrawy?

IMG_5557

IMG_5558

W czasie mojego pobytu odwiedziłyśmy też Enschede, najbliższe większe miasto, a w nim pewne biuro i galerię handlową. Widoczny z okien biura pokaźny budynek w kształcie miski nie mieści, jakby się mogło wydawać, stadionu, a wielki zespół szkół technicznych.

IMG_5605

IMG_5624

Moją uwagę zwróciła para na wózkach inwalidzkich. Kobieta miała elektryczny wózek, sterowany przyciskami, mężczyzna zwykły, do którego odczepiał i doczepiał elektryczny silnik w rodzaju takich, jakie są stosowane przy łodziach tyle że na długim wysięgniku z kierownicą i małym kółkiem na końcu. Prawdopodobnie z tego powodu, że miał zbyt mało sprawne palce, żeby manewrować przyciskami.

W ogóle w Holandii widać o wiele więcej osób na wózkach niż w Polsce, prawdopodobnie z tego powodu iż wózkowicze polscy siedzą w domach, na piętrach bloków bez windy, a kiedy już wyjadą na ulice, rzadko trafią na sklep, do którego mogą się dostać, czy inne miejsce łatwo dostępne. Nawet pochylnie, pozornie dostosowane dla nich, są trudne do pokonania pod górę dla wózków z obsługą ręczną, których u nas jest większość. W Holandii raczej wszędzie są windy albo podnośniki i wielka rozmaitość wózków elektrycznych.

Jednym z miejsc, które bardzo lubię w Holandii, jest coś, co nazywam skrótowo „kringlop” ponieważ prawdziwa nazwa sprawia mi duże trudności w wymawianiu.

IMG_5655

IMG_5656

Jest to magazyn, w którym można kupić rzeczy używane, meble, sprzęt elektryczny, odzież, drobiazgi gospodarstwa domowego, rozmaitego rodzaju durnostojki, ale i rzeczy nowe, końcówki serii lub resztki niechodliwych towarów z różnych sklepów. Koleżanka opowiadała, że przed niektórymi z nich ludzie po prostu zostawiają kartony z przedmiotami. W kringlopach wiele towarów jest bardzo atrakcyjnych, pochodzących sprzed wielu lat i można je nabyć za okazyjną cenę. Koleżanka z kryształowych łez i kulek oraz innych elementów, nabywanych w kringlopach, tworzy piękne żyrandole. Niestety, zdjęcie jednego z takich żyrandoli nie udało mi się.

Różany łapacz snów

Nawet sny, manewrując między podróżami, starają się kotwiczyć tam, gdzie miejsce ich narodzin jest względnie stałe i sprawdzalne. Wczorajszej nocy, wróciwszy z jednej z podróży i szykując się do następnej, miałam taki zakotwiczony sen i odnalazłam w swoich zdjęciach miejsce, które mi się przyśniło. Oto ono:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bynajmniej, nie jest ono w Polsce. Zanim ujawnię, gdzie się ono znajduje, prześledzę drogę mojego sennego marzenia. Jest tylko miejscem docelowym mojego snu, nie jego źródłem. Tam sen się zatrzymał, ale zaczął się gdzie indziej. Ale dlaczego właśnie to miejsce? Skąd wziął ten sen swój początek? Sen był nieskomplikowany, nie miał żadnej akcji. Po prostu tam byłam i tyle.

Tłumacze snów wezmą na tapetę przede wszystkim przedstawioną na zdjęciu wieżę i traktując ją jako część zabytkowego zamku w romantycznym otoczeniu, będą snuć w tym kierunku swoje dywagacje. Znawcy Tarota potraktują ją jako kartę „Wieża” i zajmą się przesłaniem, jakie ze sobą niesie i odniesieniem do sytuacji życiowej śniącego. Sam śniciel zaś poszukując skondensowanego sensu, skierowanego doń przez jego podświadomość bądź siłę wyższą, może nawet zapędzić się o włos za daleko, usiłując nadać znaczenie wyższego rzędu temu prostemu w gruncie rzeczy przesłaniu. Sen ten ma wiele aspektów i wszystkie będą prawdziwe i istotne, które z nich są jednak najważniejsze?

Otóż z działki przywiozłam w małym słoiczku płatki dzikiej róży przesypane cukrem, jako wykwintny dodatek do herbaty, według przepisu mojej, nieżyjącej już, działkowej przyjaciółki, poetki Wiesławy Bubak. Róże posadzone wzdłuż płotu pochodzą z pewnej sadzonki, otrzymanej kiedyś od nieżyjącego już mojego kuzyna z nieistniejącego ogrodu, w którym jego matka sadziła je na konfiturę z płatków. Pozornie wyglądają one jak dzika róża, ale mają pewne odmienne cechy, jak podwójne płatki i silniejszy zapach. Posadziłam krzak na działce, rozrósł się, miał piękne odrosty, więc obsadziłam tymi różami płot. Róże nieco wyrodziły się, tracąc płatkową podwójność, a pierwotny krzak został wykarczowany, wskutek prac ziemnych przy nowym szambie.

Wypakowałam słoiczek i zauważyłam, że wycieka z niego słodki, pachnący płyn, a ponieważ byłam już zmęczona, wsunęłam go do foliowej torebki i wstawiłam do lodówki. Na dłoniach jednak został mi zapach, którego nie zmyło wieczorne mycie.

Tuż przed odjazdem zbierałam płatki, siedząc na swoim chodziku gdy odwiedził mnie pierwszy raz od jej śmierci mąż przyjaciółki, stawiając sobie plastikowe krzesełko tam, gdzie stał ów pierwszy krzak róży, obecnie wykarczowany i opowiadał o jej walce o życie. Ten fakt utkwił mi w pamięci, jako pewnego rodzaju synchroniczność: zbiór płatków – wspomnienie – pojawienie się osoby związanej z wspominaną przyjaciółką – uświadomienie przemijania czasu i miejsca. Przypomniała mi się jeszcze piosenka z mojej młodości – Urszuli Sipińskiej „Nim zakwitnie tysiąc róż” będąca zawsze dla mnie przykładem tego, jak młodości może się wydawać, że ma wpływ na rzeczywistość, może coś uprosić, wybłagać, sprowadzić, odmienić, zaczarować. I może jeszcze moje myśli zabłąkały się do innych kwiatów, na innym, cudzym zdjęciu, inną łąkę, inne miejsce, ale ten sam zapach rozgrzanej, upalnej trawy… zapach wzorcowy dla mnie, można powiedzieć…

Wszystko to rozegrało się tu:

S 019

Co łączy oba zdjęcia?. No właśnie, róże. Nie zamek/twierdza, a róże. A może właśnie zamek/twierdza i dom/twierdza, które przeminęły wraz z ludźmi, którzy tu mieszkali i którzy je budowali? Ściany i mury dalej stoją, ale z ich odejściem miejsca utraciły swój dawny status i pewność zakorzenienia. Ktoś inny nimi włada, ktoś inny ma własne skojarzenia i własne doświadczenia. Już nie mamy wpływu na te miejsca, choćbyśmy jak najbardziej żałośnie zaklinali rzeczywistość:

https://www.youtube.com/watch?v=dpJ1GP60R9k

Pozostaje jedno pytanie: Dlaczego właśnie sen przywołał tamte róże w obcym kraju, a nie moje własne, swojskie róże? Dlaczego towarzyszyła im Wieża? To akurat mogło by się wydawać jasne. Wybieram się do Holandii, do kraju – podobno – róż, tulipanów i kwiatów. Sięgam więc po zdjęcia zrobione tam w czasie mojego ostatniego pobytu, w 2013 roku, ale brak tam zdjęć róż, podobnie jak wcześniej, w 2010 r, kiedy byłam dwukrotnie.

Cóż, podróżowanie miesza czasy, miejsca i osoby, nie czyni różnicy między żyjącymi i zmarłymi, zabytkami i teraźniejszością.

Na koniec kwiaty na pewnym nabrzeżu, które dla mnie są ucieleśnieniem tęsknoty za podróżowaniem, ale także smutku opuszczanych miejsc, po których pozostaje chmurna pustka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

https://www.youtube.com/watch?v=fuH1IRyXS0M

oraz

https://www.youtube.com/watch?v=5DzIrJnr99Q

I obiecane zdjęcie identyfikujące miejsce snu:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PS:

9-go przypada pełnia Księżyca w Raku, w domu XII. Zalecenia Ewy Kornafel w tym względzie:

https://www.youtube.com/watch?v=JiuAfWKeQpY

Pełnia na osi Rak/Koziorożec, w której (niesłusznie) niczego się nie boimy. Księżyc + Pluton w znaku Koziorożca w  opozycji do Słońca + Mars w Raku. Naszym wrogiem niespełnione nadzieje. Przeciwwskazania do podróży (niestety, tak wyszło, nie mam wpływu na jej termin). Wycisz się, nie manifestuj niczego. (XII Dom – emocji nie powinno się wystawiać na pokaz – lepiej je ukryć). Nie mamy dobrego osądu, wraca niespełnione.

Wychodzi na to, że tego odcinka nie powinnam publikować, zwłaszcza, że mój Księżyc urodzeniowy jest w opozycji do Księżyca tranzytującego.

Zbliżająca się pełnia przejawia się także w snach. Pluton, to ci zmarli, którzy wracają, w zapachach i we wspomnieniach o płatkach róż. Mars w Raku nie myśli racjonalnie, a w snach pewnie gmatwa wszystko, zamiast wyjaśniać. I jak tu nie wierzyć astrologii! Zatykam nos i skaczę, publikując ten odcinek na dowód, jak podatni jesteśmy na zawirowania Kosmosu! Potrzeba racjonalizacji emocji zwyciężyła wbrew XII Domowi…