Pamiętniki cesarzowej Katarzyny

„czyli ujawnione zapiski bezwzględnej carycy Katarzyny II (dotyczące lat 1744-1759)

– w zapieczętowanej kopercie znalazł je po śmierci cesarzowej jej syn, Paweł.  Po raz pierwszy zostały wydane drukiem przez Aleksandra Hercena w Londynie w 1858 roku.”

Czasem lektura przed snem może zaszkodzić. Kilkunastoletnia przyszła cesarzowa, wydana za mąż za wielkiego księcia Piotra III Romanowa słucha, jak w przyległej komnacie nastoletni mąż wiesza szczury. Może trochę jej to przeszkadza, ale dla władzy da się znieść bardzo wiele. W moich snach igram z nimi, ich dworakami, jestem leczona piciem wody selcerskiej (to już  moje autentyczne, obrzydliwe wspomnienie), puszczaniem krwi, gdy chce mi się płakać. Jestem równie wesoła, jak oni; bawię się w wojsko musztrując sługi, wywiercam dziurki w drzwiach, żeby podpatrywać cesarzową, tresuję psy, które trzymam w naszej komnacie, godząc się z ich odchodami i smrodem i jego okrucieństwem; bawię się, jak mój małżonek, lalkami. Płaczę, dopóki mi na to pozwalają, kiedy zabraniają, przestaję. Jednocześnie jestem myśląca, przytomna, rejestruję polityczne intrygi, liczę swoje długi i przyjaznych zwolenników, których pozbyto się bez pytanie mnie o zdanie. Jednym słowem – kształcę się na władczynię imperium. Nie ma różnicy między dziecinnym, a poważnym odbiorem świata, wszystko jest równie ważne i intensywne.

Zacznę od tego, skąd się wzięło moje zainteresowanie Katarzyną. Bynajmniej nie z tego powodu, że jestem jej imienniczką. W mojej rodzinie tłumaczono dziwaczne i kłopotliwe z punktu widzenia ortografii moje panieńskie nazwisko faktem, że praprapraprzodek był jednym z licznych kochanków cesarzowej Katarzyny i sprzeniewierzył się jej, przystępując do spisku na jej życie. Tak powszechnie potępiana władczyni, była jednak dość litościwa w stosunku do swoich „byłych”, ograniczyła się więc do pozbawienia go majątku, uwięzienia i wygnania z warunkiem, że ma porzucić szlacheckie nazwisko i zmienić go na inne, nieznane. Ów przodek był żonaty i miał córkę, która wyszła za mąż za rosyjskiego oficera, nowego właściciela majątku, a ojciec dożywał swoich dni na łasce zięcia. Ironiczną ocenę swojej życiowej sytuacji zawarł w nowo wymyślonym nazwisku.

W tym czasie wchodziły przepisy nakazujące przyjęcie nazwisk przez wszystkich zamieszkujących tereny po rozbiorach i przodek ten przybrał nazwisko (potwierdzone w r.1875), zawierające ó kreskowane i rz, które stało się zmorą przyszłych pokoleń i w niektórych gałęziach rodziny uległo zmianie na łatwiejszą ortograficznie wersję (u zwykłe i ż z kropką). Poprzednie nazwisko zostało wymazane i moi już nieżyjący dziadek oraz jego bracia i siostry usiłowali dokopać się bezskutecznie do poprzedniego nazwiska.  To zaciekawienie odziedziczyłam też ja i gdy tylko trafię na materiały o Katarzynie, pilnie je studiuję, szukając pośród jej kochanków tego, który dał początek mojej rodzinie i jej legendzie.

Ciekawe, że nie był to dobry człowiek. Szlachcic zadufany w sobie, wyniosły, okrutny i korzystający ze swojej przewagi. Inna wersja tej rodzinnej legendy głosi, że zanim stał się kochankiem Katarzyny, zabił pańszczyźnianą chłopkę na polowaniu, bo mu w czymś przeszkodziła. Ponieważ było zimno, odarł ją z ciepłej odzieży i owinął sobie nią nogi. Pewna, już nieżyjąca osoba z mojej rodziny twierdziła, że uczynił coś o wiele gorszego, rozciął jej brzuch i wsunął doń zziębnięte stopy. Jak było, tak było, w każdym razie jako banita musiał uchodzić i udał się na dwór Katarzyny, gdzie otrzymał glejt, stanowisko i bezkarność, czego jednak niewdzięcznik nie docenił.

Pewnie ciekawi Was, ile w tym może być prawdy. Nie mam pojęcia. Mój ojciec, który uśmiechał się podobnie krzywo, jak nasz premier Morawiecki (tylko z przeciwnej strony ust)  i lekceważył głupszych od niego, jak b. minister Sienkiewicz, tłumaczył mi, że pochodzi od Krzywoustego i do pewnego czasu mu wierzyłam (dopóki w IV klasie szkoły podstawowej nie zaczęto mnie uczyć historii). W ogóle męska część mojej rodziny chętnie serwowała dzieciom różne opowieści, ku pożytkowi wychowawczemu – jak go rozumieli – bez szczególnego przejmowania się prawdą.  Ale moja wyobraźnia została kiedyś pobudzona i posuwa się nadal dziecinnymi tropami, chociaż od dawna czuję się postawiona w opozycji do rodzinnych postaw pedagogicznych.

Kiedy wiec czytam o czternastoletnim mężu siedemnastoletniej przyszłej cesarzowej, wieszającym z uciechą dla zabawy w swojej sypialni szczury (z całym ceremoniałem wojskowym, przeznaczonym dla nieszczęśników, przekraczających wbrew rozkazom kartonowe mury twierdzy) i tresującego, jak zwierzęta, swoje sługi, przestaję się (odrobinę) dziwić. Świat nigdy nie był przyjaznym miejscem dla zwierząt i mało znaczących ludzi. Co słusznie zauważyła przyszła cesarzowa, szczury nie dostały ani obrońcy, ani nawet możliwości wypowiedzenia słów na swoją obronę. Dla uporządkowania poglądów puszczono jej krew. Dzisiejsza troska o dzieci, o ich bezpieczeństwo, rozwój i kształtowanie własnego zdania nijak się ma do traktowania ich w tamtych czasach, gdy przestrzegano, żeby się do nich nie przywiązywać, ponieważ bardzo często wcześniej umierają. Sądzono, że szkoda zachodu na niepewne prognozy dla ich przyszłości.

Ówczesne pojęcie dobrego człowieka skupiało się na przestrzeganiu postów, modlitw i mszy. Lekarstwa na depresję były bardziej restrykcyjne, niż sama depresja. Kiedy Katarzyna płakała po śmierci ojca, przywołano ją do porządku stwierdzeniem, że nie był wszak królem i nie ma powodu do tak długiej żałoby i kilkanaście razy upuszczano jej krew. Tak lekceważona dziś odra i ospa wietrzna kładła cały dwór na kilka miesięcy i izolowała go od reszty świata.Chorzy na ospę prawdziwą niknęli z pola widzenia pamiętnikarzy. Kiedy Katarzyna pluła krwią po podróży w niesprzyjających warunkach, dodatkowo jeszcze upuszczano jej tę krew.

Śmierć była czymś codziennym, pozbawionym znaczenia, chyba że niszczyła polityczne kalkulacje. Miłość i pożądanie nie miało nic wspólnego z rozsądkiem – wszelkie kalkulacje były bez sensu. Należało chwytać chwile, dopóki się dało i póki się żyło. Przyszła cesarzowa miała kilka ładnych sukienek, otrzymanych przed wyjazdem do Rosji w prezencie, ale gdy była bliska śmierci (odra!!!), jej matka zażądała najdroższej i najpiękniejszej w nadziei, że córka nie będzie już jej potrzebowała. Nie wiedzieć tylko czemu kazała jej ją sobie podarować…

W oparciu o tę wiedzę sądzę, że mój ewentualny prapraprzodek nie był jakimś straszliwym zbrodniarzem, którego nie mogłaby zaakceptować całkiem niebrzydka (sądząc z młodzieńczych portretów) cesarzowa mimo, że ja bym tego nie potrafiła. Lud i poddani w tamtych czasach nie istnieli dla władców, jako przedmiot troski i starań, choć Katarzyna potrafiła zapłakać na widok torturowanego przez męża psa. Ale zdarzało się też, że płakała z nudów.

Ostatnio moja rodzina rozpływa się w rozważaniach, co sprawiło, iż niektórzy z jej członków postępują, jak postępują i mają odmienne życiowe priorytety, niż inni, aktualnie żyjący. Wszelkie rozmowy prowadzą na manowce, bowiem sprowadzają się do ubolewań nad aberracjami poprzednich pokoleń i poszukiwaniem winnych, wśród kandydatów, do których ja, jako jedyna najstarsza żyjąca, prawdopodobnie zajmuję pierwsze miejsce.

To prawda, nigdy nie płynęłam razem z ławicą. Może właśnie we mnie jest to źródło, które ustawicznie bijąc wbrew standardom, nie pozwala przedrzeć się naturze dobrego człowieka – modlącego się, przestrzegającego postów i posłusznego okolicznościom. Zazwyczaj znosiłam łatwo posłuszeństwo okolicznościom (bez modlitw i postów, choć z wyrzeczeniami), ale u schyłku życia coś powoduje, że z bólem przedzieram się przez liczne zasłony słuszności, ignorując uwarunkowania i poszukując własnej prawdy.

Boli mnie czasem to, że jestem w tym sama, że ci, którzy mogliby być ze mną, wracają na wytyczone koleiny i akceptują ich wygodę, jako słuszność poza wszelką dyskusją, nie rozumiejąc niczego, co jawi się czasem w moich snach. Od dawna zresztą mawiano bezmyślnie w mojej rodzinie: „sen mara, Bóg wiara”, dlatego bezmyślnie, że ceniono wyłącznie własne sny.

Nie akceptując samej Katarzyny, rozumiem jej życiową drogę i boleję razem z nią ponad przekazem historii. Zdaję sobie jednak sprawę, że współczesność, preferująca bezpieczeństwo i wygodę ponad wszystko, równie wypacza ludzkie charaktery i generalnie prowadzi nas w kierunku, który w przyszłości także odbije się nam czkawką. Zaczynamy już widzieć złe skutki dla środowiska, na ostatku odkryjemy te, dotykające nas osobiście.

Wieści spod celi 2 (c.d. biuletynów)

Psychiczny narkotyk dla osadzonych ( wypis z biuletynu nr. 3). W Korei Południowej otwarto więzienie dla… zmęczonych!!! Wygląda jak więzienie. Wyposażenie: drzwi zamykane od zewnątrz, przycisk paniki (u naszych polskich osadzonych też tak jest, do wzywania oddziałowego, a w przypadku pilnej potrzeby, żeby zadziałał, wzmocnione waleniem pięścią w drzwi), okno, umywalka, sedes, stolik, a ponadto zestaw do ceremonialnego picia herbaty, mata do jogi i inne wschodnie ezoteryczne wymysły. Według współzałożycielki „więzienie jest postrzegane jako ucieczka do wolności. Zamknięcie w izolatce nie jest prawdziwym więzieniem, prawdziwym więzieniem jest świat na zewnątrz”

Tu dygresja: Ta konstatacja jest niesłychanie bliska mojemu osobniczemu doświadczeniu z PRL, okraszonemu modną wówczas filozofią egzystencjonalną, której przedstawicielami byli J.P. Sartre i inne „francuskie pieski”, ich żony, córki i kochanki (czasem 2 lub 3 w jednym). Ich filozoficzne dylematy prowadziły zawsze do  objawionej prawdy, iż wolność jest do czegoś, a nie od czegoś, co zweryfikowałam u schyłku mojego życia uznając, że wszelkie podrygi zmierzające do… przynoszą jedynie poczucie klęski, podczas, gdy wygrywają ci, którzy zawsze uwalniali się od zobowiązań, nie zaś ci, którzy chcieli naprawiać świat, nawet uprawiając tylko swoje małe ogródki (to już inny prąd filozoficzny).

Co zostało mi z tamtych lat? Zamiłowanie do czarnych bluzek z dekoltem i sentyment do szerokich spódnic na halce, tudzież tzw. trumniaków, to jest malowanych na czarno pastą do butów białych tenisówek z wyciętą, sznurowaną częścią. Och, jakże lekko się biegło z tym zasobem modnej wówczas filozofii i włosami spiętymi w tzw. „koński ogon”, gdy ważyło się czterdzieści parę kilogramów, a nie przynajmniej dwa razy tyle, (a nie da się obecnie zrobić zdjęcia w lustrze bez podpórki kręgosłupa w postaci chodzika lub inwalidzkiego wózka). Ale oczywiście południowi Koreańczycy tego nie wiedzą, no bo niby skąd?

Złośliwy mój korespondent twierdzi, iż hotel ten wymyślił prokurator, który pracował 100 godzin tygodniowo i leczył w nim pracoholizm. Ja dodałabym, że prokuratorka, która po powrocie z pracy gotowała dzieciom obiady i sprzątała mieszkanie do błysku, aż ryzykując zgon zasypiała w wannie, miałaby jeszcze lepsze pomysły. Chociaż czytałam gdzieś, że w Polsce istnieje odrębna wersja „więzienia dla zmęczonych” w postaci klasztornej celi, wynajmowanej za spore pieniądze w czasie wakacji. Ale u nas wszystko musi być posypane wiarą, jak tanią przyprawą w rodzaju pieprzu ziołowego.

W klasztornej celi i w koreańskim „więzieniu dla zmęczonych” obowiązuje zakaz posiadania  komputerów, laptopów, telefonów, tabletów i wszystkiego, do czego potrzeba ładowarki i choć podejrzewam, że w prawdziwym też, w Polsce obowiązkowo dostępny jest program oficjalnej telewizji z jej propagandą i serialami. Osadzeni nieźle znają się na prawie i wyczaili, że niejaka Marysia Domańska z serialu „Pierwsza miłość” za spowodowanie wypadku dostała 12 lat z art. 197par.1 kodeksu karnego, który przewiduje karę do 3 lat. Sugerowaną przyczyną takiego wyroku był stresujący rozwód sędziego.

Internetowa wieść niesie, że skoro jedna z piosenkarek twierdziła, iż ponoć ktoś napisał Biblię pod wpływem ziół, możliwa jest delikatna sugestia polityczna, iż wyrok także spowodowało użycie zioła przez sędziego, a tym samym uzasadnienie konieczności reformy sądownictwa, celem wyeliminowania  ryb, które psują się od głowy i zasiadają w TK i SN. Wydaje mi się to jednak zbyt daleko posuniętą teorią spiskową, choć przymus ogladania takich seriali, moim zdaniem, nie ma walorów wychowawczych.

Jednakowoż  za pośrednictwem jeszcze marniejszej telewizji można wysłać osadzonym gryps. Kosztuje to raptem 1,40 zł, a więc jest tanie bardzo, a polega na wysłanie sms z hasłem LIKE  lub LOVE w określonych godzinach doby. Ponoć, jak twierdzi mój korespondent, można w ten sposób się rozwieść, to znaczy poinformować osadzonego że się go porzuca i nie trzeba czekać, aż tekst wyświetli się trzykrotnie, jak żądają tego wyznawcy Koranu.

Świat rzeczy możliwych i niemożliwych w areszcie nie przystaje do przyzwyczajeń zwykłego człowieka. Mój korespondent napisał podanie o pozwolenie na dostarczenie mu butów i wyrzucenie dziurawych. Nowe przywiozła mu rodzina, pozwolenie na zniszczenie zostało udzielone i wyglądało podobno, jak obiegówka na granicy, upstrzona pieczątkami z najważniejszą z nich: Dyrektora Aresztu. Jednak na wyrzucenie starych potrzebna jest jeszcze zgoda Prokuratury Okręgowej, więc trzeba by rozpocząć procedurę od nowa, co się nie opłaci, bowiem przy wyjściu lub przeniesieniu można wyrzucić je bez żadnej biurokracji.

Moje przerażenie budzi fakt, że jak dzieci w krajach ogarniętych wojną, preferują zabawę w strzelanie, tak osadzeni próbują we własnym zakresie stosować jakieś kary za nie dotrzymanie wymyślonych przez nich samych, często bezsensownych reguł. Ponieważ zakres swobodnego postępowania jest w takich wypadkach wąski, kodyfikacja (i kary) dotyczą najczęściej jedzenia i wydalania. Podobno proponowane są do zatwierdzenia w demokratycznym głosowaniu następujące kary: picie wody z solą lub proszkiem do prania, używanie papieru toaletowego posypanego pieprzem lub ostrą papryką. Mój korespondent twierdzi, że poczuł się jak na kolonii letniej w Broku, gdzie przebywał w II klasie szkoły podstawowej w wieku 9 lat – tyle, że savoir vivre stawiał nieco inne słownikowe wymagania przy wypowiadaniu nakazanych zaklęć. Mnie zaś cierpnie skóra na myśl, jak bardzo ludzie uczestniczący w życiu społecznym, bezkrytycznie uzależniają się od reguł panujących w tym życiu i widzę już przymus maszerowania w jakichś marszach wolności, czy niepodległości, czy czegoś tam, raz w tygodniu lub miesiącu, obowiązkowo z petardami i fajerwerkami.

Ciekawe, że za PRL uznawałam pochody 1-majowe tylko za średnio dolegliwe i to raczej z tego wzgledu, że maszerowało się wśród osób z własnego zakładu pracy (inaczej uczestnictwo nie było odnotowane), a tym samym pochód nie pozwalał na zawrcie nowych, być może ciekawych znajomości. Obecnie reguły są nieco inne, choć jakże bezpiecznie podrywać chłopaków z artykułami wybuchowymi?

Na zakończenie w biuletynie opisana została sprawa pewnego Wietnamczyka, aresztowanego za uprawę krzaków w doniczkach. Wietnamczyk ów wyraził zgodę przez telefon (zwykły, nie wideo) na ugodę w jego sprawie, a jako nie znający polskiego machnął przyzwalająco ręką, co przetłumaczył powołany tłumacz, nie znający wietnamskiego, ale znający gest machnięcia ręką. Otrzymał wymiar kary 3 lat więzienia i ucieszył się bardzo, bo w jego kraju otrzymałby za to samo karę śmierci. W ten sposób nasz minister Ziobro zyskał nowego dozgonnego wielbiciela i zdaniem owego Wietnamczyka, powinien objąć swoją funkcję w jego kraju, gdzie zyskałby opinię nadzwyczajnej łagodności funkcjonariusza.

Co do Ministerstwa Sprawiedliwości, to podobno były plany (chwilowo zarzucone) zwolnienia adwokatów z tajemnicy adwokackiej, aby mozna było ich przesłuchać na okoliczność tego, co dowiedzieliby się od swoich klientów. Redakcja Biuletynu uznała, iż powinna podpowiedzieć adwokatom, aby przyjęli dodatkowo święcenia kapłańskie (tajemnicy spowiedzi nikt nie zamierza znosić), co pomogłoby zażegnać kryzys wiary w Polsce i podniosło dochody przedstawicieli palestry. Można by dodać nakaz udania się do spowiedzi przed demonstracją i byłoby sugerowane (modne jak szampony czy ostrza do golenia) 3 albo nawet 4, czy 5, w jednym.

Przeraziłam się tego, co napisałam. Rozmaite moje żartobliwe pomysły w zamyśle satyryczne, po roku lub dwóch zyskiwały rangę ustaw. Kończę więc, żeby nie posunąć się zbyt daleko w antyproroctwach.

Wieści spod celi

Osadzony w areszcie, z którym koresponduję, wysyła taki biuletyn „Wieści spod celi”, który rozsyłany jest w postaci skanów lub fotografii bliskim i znajomym. Jest to osoba wykształcona, zrównoważona, starająca się dostrzec wszystkie aspekty, negatywne i pozytywne aresztowania. On sam podchodzi do swojej sytuacji filozoficznie – widząc w niej i dobre strony: uregulowanie stanu zdrowia, na które nigdy nie miał czasu, czas na refleksję, przemyślenia, oderwanie się od różnych bieżączych konieczności, fakt, że wiele spraw się rozwiązuje samoistnie bez potrzeby angażowania się w nie. Pozwala mu to traktować wiele spraw z humorem, ale nie sprawia, że osoba czytająca poszczególne numery tego biuletynu, uznaje sytuację aresztowanych w Polsce za normalną, pożąaną i optymalną. O, co to, to nie.

W naszym społeczeństwie funkcjonuje stereotyp PRZESTĘPCY. Jest to szerokokarki, ogolony na łyso, wytatuowany drab, którego pięści albo narzędzia służą do zadawania krzywdy otoczeniu, bez wyboru. Ktoś, kto odwiedza osadzonych w areszcie , przeżywa zdziwienie. Nie ma tam takich osób! No, może gdzieś jeden, w jakimś kącie, ale i tak nie do końca typowy.

Na widzeniach pełno jest wątłych tatusiów licznych, drobnych dzieci, brzuchatych starszych panów i nie zwracających niczyich uwagów szaraczków. O takich mówiono mi zawsze w domu, że są to „ofiary losu” – za mało znaczą i umieją, żeby nie podpaść. Czytam o nich w w/w. Biuletynie.

Ot, starszy gospodarz ze wsi, oskarżony przez rodzinę, chcącą zawładnąć jego majątkiem, zanim jeszcze dziadek umrze, oskarżająca go przed prokuratorem, że dręczył swego psa, poprzez obcięcie mu uszu i ogona. Materiał dowodowy (zebrany przez zwolenników) ukazuje, że rzeczony pies ma uszy i ogon, tyle, że słabo widoczne, bowiem cwana rodzina goni domorosłych fotografów sprzed posesji. Zabawne, nie?  Ale człowiek siedzi już 10 miesięcy, jak by nie było. Młyny sprawiedliwości mielą powoli; żaden minister sprawiedliwości nie zmusi prokuratora, żeby, zanim oskarży biedaka, udał się i dowodnie obejrzał rzeczonego psa. Koledzy z celi żartują z każdej przysłanej człowiekowi fotki, że wprawdzie pies ma uszy i ogon, (możliwe, że doczepione plastrem na potrzeby materiału dowodowego), ale za to nie ma innej ważniejszej części, czyli organów rozrodczych… Adwokat nieszczęśnika oświadczył, iż nie może stawić się w Sądzie 26 października, ponieważ musi zapalić świeczki na grobie, a poza tym w terminie owym jest duży ruch na drogach. Alternatywny termin listopadowy – 13-go, też nie jest pewny z racji określkonych narodowych przesądów dotyczących 13-tki, co powoduje, że nieszczęśnik od psa bez uszu i ogona może posiedzieć jeszcze dłużej… Obrońcy nie przyszło na myśl, że chłopina też miałby ochotę postawić jakieś świeczki na czyimś grobie i wypić krzynkę za duszę nieboszczyka…

Ot, wewnętrznoaresztowe spory. Trwa intensywna walka ze zbyt ciężkimi paczkami na wypisce (dla niezorientowanych: rodzina przekazuje pewne kwoty na konto, z których część środków jest przechowana do wyjścia z aresztu, a część obdarowany może przeznaczyć na zakup w kantynie, zwłaszcza art. spożywczych). Ponieważ nie można przesyłać paczek spożywczych, jest to jedyna droga dla zapewnienia art. dietecznych np.cukrzykom, nietolerującym glukozy, cholesterolu, laktozy, glutenu  i innym uczuleniowcom, tudzież wegeterianom i  „francuskim pieskom” – wg terminologii mojej mamy – (bez wegan, jako że kantyna więzienna nie zapewnia świeżyzny). Nie można zakupić suschi, ale też ogórków, pomidorów i takich tam fanaberii, jak: szczypiorki, czy koperki. Wracając jednak do paczek. Ponieważ w areszcie nie ma windy, delegowani do tej pracy muszą nosić paczki na 4 piętro po schodach. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w biuletynie napisano, że wprawdzie paczki będą lżejsze, za to w zamian muszą nosić na górę wagę i że bilans wychodzi na zero. Nie byłabym tego tak pewna, jak wskazuje prosta rachunkowość, bilans musi uwzględnić ilość zaopatrywanych, kwoty im przysługujące i aktualne widzimisię właścicieli kantyn. Takoż zapewne warunki przetargu na ich prowadzenie. O tym traktuje kolejne doniesienie.

W wyniku jesiennej ofensywy mającej na celu zdyscyplinowanie niezdyscyplinowanych (z definicji) więżniów ograniczono asortyment towarów w kantynie. Akurat mojemu korespondentowi nie ciążył koperek albo szczypiorek, czy nawet kminek (bez którego ja żyć nie mogę, a który zapewne poprawiłby znacząco jakość powietrza w celach), a wyrzucenie ze zbioru dostępnych towarów kiełbasy wiejskiej, podobno jedynej, składającej się z mięsa, jako że pozostałe składają się tłuszczu. Wśród osadzonych szerzą się teorie spiskowe, a jedna z nich głosi, że owe pokłosie „dobrej zmiany” należy łączyć z osobą minister Zalewskiej, co dowodnie widać, gdy zmienia się słowo „tornister” na słowo „kiełbasa”, a słowo „szkoła” na słowo „więzienie”.

Podobno w areszcie zwiększyła się populacja taksówkarzy. Jest to wynikiem zmiany stausu zamówień na dowóz świeżej pizzy na „białą pizzę”. Nie tłumaczę, o co chodzi, bowiem w moim mieszkaniu jest mi wygodnie, nawet gdy nachodzą mnie monterzy anten zbiorczych, mogąch przy okazji montować podsłuchy. Jak nie wiecie, poszukajcie w internecie.

Mój korespondent donosi mi, że sukcesem aresztu jest spadek jego wagi o 34 kg i że nieprawdą jest iż zawdzięcza to codziennemu spożywaniu mortadeli.

W numerze 3 „biuletynu” tematem przewodnim stała się sprawa przezroczystej taśmy klejącej. W tym przedszkolu uznano ją za artykuł zakazany, jako że wychowawczynie zaklejały dzieciom gębusie, a więc więźniowie mogą tym bardziej. Ponadto taśma owa służy cenzurze do zaklejania odklejonych listów (chwała jej za przepuszczenie tych numerów biuletynu – kuda jej do cenzury PRL-u!), możliwe że ktoś podrobiłby ocenzurowanie wieści za pomocą gotowanego jajka odbijając pieczątkę, a potem zaklejając rzekomo odklejony list. Biuletyn donosi, że trwają negocjacje z wychowawczynią w kwestii zmiany tego stanowiska. Mój korespondent twierdzi, że pani Wychowawczyni reprezentuje pogląd iż ona też jest  „kryminalistką” zapominając o tym. ze tylko przez 8 godzin i że chętnie z nią by się zamienił i mataczył przez pozostałe 16 godzin, wychowując w prawdzie i słuszności ludzkość przez 8 godzin. Tu dodam od siebie: Czyż wynik ok 30% zwolenników PiS nie odzwierciedla tego podziału doby na 3 sekwencje narodowego światopoglądu? W 1/3 doby Bóg, honor i ojczyzna, w 2/3 moje życie prywatne, wolność Tomku od szczepionki!

c.d.n

Dla rozrywki :

http://kartkawkratke.eu/kategoria/pocztowki

 

 

Bez pardonu

Zmagania przedwyborcze przyzwyczaiły nas już do tego, że przeciwnicy obrzucają się wyzwiskami, kłamliwie obwieszczają przywary innych polityków, że w powietrzu latają różne zdradzieckie mordy, insekty, szczury i inne obelgi, których nie powtórzę z obawy o swoją wygodną egzystencję. Wszystko to spowszedniało już na tyle, że nawet niektóre sądy oddalają protesty przedwyborcze tłumacząc je prawem do oceny przeciwnika. Chyba że ktoś jest kobietą nie zajmującą się polityką, a na przykład obrończynią zwierząt. O, wtedy przestaje być wesoło. Sąd potrafi pokazać takiej pani, co może grozić za nazwanie kogoś „oszustką”. Wiadomo, w Polsce cykliści, wegetarianie, obrońcy drzew i zwierząt mają przechlapane.

Ludowe poczucie sprawiedliwości wymaga, żeby zarzucając komuś oszustwo, udowodnić prawdziwość takiego twierdzenia, ale nie dotyczy to naszego wymiaru sprawiedliwości. Użył brzydkiego wyrazu, więc jest winny. Należy go ukarać i to surowo.

Czytam więc na stronie pewnej kobiety:

W dniu 24.08.2018 r. Agnieszka Lechowicz (prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt z Jędrzejowa, pomysłodawczyni i…

Opublikowany przez Free Agnieszka Lechowicz Sobota, 25 sierpnia 2018

„W dniu 24.08.2018 r. Agnieszka Lechowicz (prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt z Jędrzejowa, pomysłodawczyni i koordynator projektu „Nadjeżdża sterylkobus – mobilna sterylizacja psów i kotów https://www.obrona-zwierzat.pl/…/1639-projekt-nadjezdza-ste…) stawiła się w Areszcie Śledczym w Kielcach, celem odbycia kary pozbawienia wolności, orzeczonej przez Sąd Rejonowy w Gdyni (SSR Krzysztof Więckowski, sprawa sygn. akt II K 939/15, art. 212 k.k.) za to, że w styczniu 2015 r., w mailu zatytułowanym „Uwaga na oszusta”, skierowanym do licznych osób, pomówiła Katarzynę Śliwę-Łobacz stwierdzeniem że ta jest oszustem. Razem z Agnieszką Lechowicz skazano za to samo także Jolantę Racką i Tadeusza Wypycha. Apelacje oskarżonych nie zostały uwzględnione przez Sąd Okręgowy w Gdańsku.”

Moja zdroworozsądkowa wyobraźnia podpowiada mi, że gdyby nawet okazało się iż kobieta owa winna jest nieuzasadnionego szkalowania innej kobiety, wyrok powinien opiewać na jakąś grzywnę, odszkodowanie dla niesłusznie pomówionej, bądź prace społeczne (które może nawet dla obwinionej nie byłyby karą, a powołaniem). Nie mówiąc już o tym, że powinno się zbadać prawdziwość jej twierdzeń.  Może więc Wysoki Sąd nakazać jej grabić trawniki, kopać rowy lub zakładać pieluchy umierającym w hospicjum – co pozwoli zrozumieć, jak miałkim jest opinia o człowieku i jak bardzo się należy nad nią zastanowić, zanim się wypowie słowo (chociażby druga strona kłamała na potęgę).

Ja już tak mam, że gdy coś wydaje mi się nieusprawiedliwionym niczym okrucieństwem, stawiam się w położeniu tej osoby, to znaczy widzę siebie ukaraną za to, że nazwałam na przykład jakiegoś premiera kłamcą (lub delikatniej kłamczuszkiem) a jakiegoś prezesa oszustem (oszusteczkiem). Skądinąd wiem, że w jakimś areszcie siedzi pani w moim wieku (76 lat) więc łatwo wyobrazić sobie, jak bym ja się czuła i co by mnie przeraziło.

Czytam więc na stronie pani Agnieszki Lechowicz jej opowieść w kilku częściach o warunkach odbywania kary więzienia i cierpnie mi skóra. Ostatnie doniesienia są dramatyczne.

Kilka dni temu zdarzyła się katastrofa. Od jakiegoś czasu jest źle, ale okazuje się, że zawsze może być jeszcze gorzej… Oddział XIII (żeński zamek jest przepełniony). W związku z tym, kilka tygodni temu na równoległym oddziale męskim jedną z cel przeznaczono dla kobiet i przeniesiono tam 2, dosyć kłopotliwe więźniarki. Otóż nikt nie chce z nimi mieszkać w jednej celi, a ponieważ przebywają w kryminale już po kilka lat, więc wszystkie pozostałe kobiety zdążyły zgłosić z nimi tzw. „konflikt”. Jest to instytucja więziennego prawa obyczajowego nigdzie nieskodyfikowana. Osoby „skonfliktowane” nie mogą być nigdy więcej umieszczone w jednej celi, niemniej zgłoszenie „konfliktu” musi być dobrze umotywowane. Najczęściej jest to kradzież pod celą, długotrwałe świrowanie (częste u więźniów na detoksie), albo sprawy światopoglądowe (chodzi głównie o tzw. „oślizgłe”, czyli dzieciobójczynie, z którymi raczej mało kto chce dzielić celę). No i trzeba ze sobą trochę pomieszkać (przynajmniej kilka tygodni), aby „konflikt” był potraktowany poważnie. Zresztą wychowawcy rękami i nogami bronią się przed przyjmowaniem „konfliktów”, gdyż dobrze wiedzą, jak to im utrudnia pracę. W każdym razie ja z obiema paniami jeszcze nie miałam przyjemności mieszkać, a więc i możliwości zgłoszenia „konfliktu”. Jak łatwo się domyślić byłam więc najoczywistszą, bo jedyną kandydatką do dokwaterowania. Dlatego kiedy kilka dni temu kazano mi pakować mandżur, a potem skierowano na oddział męski, to nogi się pode mną ugięły. Od razu przypomniałam sobie wszystkie dotychczas zasłyszane historie, o tym jak to jedna z nich (narkomanka na detoksie) lubi udawać omdlenia albo pić płyn do mycia naczyń, z kolei druga od 5 lat chodzi w tych samych, niepranych ciuchach. W to ostatnie akurat uwierzyłam natychmiast, gdy tylko smród powalił mnie już na progu celi, zaraz po otwarciu klapy.”

Wspomniałam wcześniej, że koresponduję z inną osobą, osadzoną w areszcie śledczym, mężczyzną. Pisze on:

Pojawiła się nowa metoda na puszczanie śmierdzących bąków. Zgodnie z nowo przyjętym obyczajem wystarczy powiedzieć słowo „butla” aby usankcjonować tę wstydliwą czynność i pozbawić ją jednocześnie przykrych efektów zapachowych. Jakież to tanie i praktyczne! Już teraz na celi leci „butla” za „butlą”, a nam pachnie tylko fijołkami. Lub kapustą, jeśli jest środa”

W obu przypadkach aresztów są problemy z wietrzeniem cel.

Nie zależy mi na przytaczaniu opowieści o realiach osób uwięzionych w Polsce, choć czytającemu czasem chce się śmiać i płakać jednocześnie, tak bardzo wszelkie standardy uwięzienia sięgają dalej niż międzywojnie, może nawet do XVI wieku i lochów pod wieżą z wiązką śmierdzącej słomy na klepisku.

Wiem doskonale, jak bardzo zapachy potrafią namącić w umyśle człowieka. Są bowiem takie rejony mózgu, które przywołują wspomnienia sprzężone z woniami, nadają im sens i wydźwięk, sprawiają, że wspomnienia bywają jednoznaczne. Potrafią one wracać w najmniej oczekiwanej chwili, na granicy snu, w razie wahnięcia ciśnienia lub pobudzenia synaps.

Młoda kobieta, której nie pozwolono zabrać do celi dezodorantu czy perfum, może śmieszyć. Może śmieszyć fakt, że przyzwyczajona do codziennej zmiany majtek, czuje się źle, kiedy śpi na zasikanym i zakrwawionym materacu, przechowującym DNA kilkunastu wcześniejszych użytkowniczek, a jej własne DNA gromadzi się przez kilka dni, skoro nie dysponuje środkami do prania, a przede wszystkim skutecznym mydłem. Wzdycha wówczas do tary, na której ja jeszcze prałam dziecinne pieluchy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i leczyłam tygodniami obłażące ze skóry palce.

Wracam do własnych wspomnień ze szpitala kardiologicznego z lat osiemdziesiątych (zarządzanego przez zakonnice). Na balkonach wysmradzały się stale materace po zmarłych nieszczęśnikach,  a nikt nawet nie mył łóżek pokrytych śluzem i płynami ustrojowymi umierających. Między zdjęciem z łóżka trupa a położeniem na nim nowego przybysza mijało czasem 15-20 minut. Łóżko było jeszcze ciepłe od ciała umierającego, chyba że wyciekło z niego zbyt wiele płynów przy umieraniu, wówczas materac wędrował na balkon, a na łóżko kładziono ten ze zbioru „wysmradzających się”. Cóż zresztą mówić więcej, skoro w listopadzie ubiegłego roku w warszawskim renomowanym szpitalu leżałam 3 tygodnie w zakrwawionej pościeli, bowiem pękła mi żyłka, do której się niewprawnie wkłuto, obserwując jak z biegiem dni krwista plama zmienia kolor i zapach. Ale to była moja krew, akurat.

Nie sądziłam, że te standardy higieniczne dotrwają do XXI wieku. Wszak astrologia nie czyni różnicy między zamknięciem w szpitalu czy w więzieniu, ale wiadomo, że to ostanie nie dysponuje balkonami do wysmradzania materacy. Agnieszka pisze na ten tema po przeniesieniu jej do innej celi:

Od razu przypomniałam sobie wszystkie dotychczas zasłyszane historie, o tym jak to jedna z nich (narkomanka na detoksie) lubi udawać omdlenia albo pić płyn do mycia naczyń, z kolei druga od 5 lat chodzi w tych samych, niepranych ciuchach. W to ostatnie akurat uwierzyłam natychmiast, gdy tylko smród powalił mnie już na progu celi, zaraz po otwarciu klapy. Od razu poczułam, że jestem w wiezieniu do kwadratu. Dotychczas przebywałam w smutnych, szarych celach, ale jednak na żeńskich więc względnie czystych, względnie zadbanych, noszących rozpaczliwe ślady ich ozdobienia, ocieplenia. Tutaj nagie, brudne ściany, wszystkie sprzęty zniszczone, popękane, drzwi kącika zdemolowane – wszędzie dowody na działalność testosteronu. Oprócz tego brud niespotykany nawet na przejściówce… Do wieczora udało mi się doszorować kuwetę i moje półeczki oraz kawałek stołu (aby nie brzydzić się postawić tam talerzy). Pościelenie łózka okazało się prawdziwą traumą – podobno mojej poprzedniczce zdarzało się robić pod siebie, czego dowodne ślady zostawiła na materacach. Jak już opisywałam wymiana tego asortymentu w magazynie nie wchodzi w grę.”

Mój korespondent pisał mi o wypadku, gdy do aresztu trafił człowiek, jakiś urzędnik liczący ponad 2 m wzrostu, a materac i łóżko liczą sobie 180 cm długości Podpuszczony przez kogoś, kto nie lubi „białych kołnierzyków” wystąpił z prośbą o wymianę na dostosowane do jego wzrostu, na co w odpowiedzi przenieśli go do celi wspólnej z sadystycznym mordercą. Pokazuje to tendencje obecne w całym życiu publicznym Polski: Jak komuś można dokuczyć, to należy to zrobić.

Mam więc taki apel do wszystkich miłośników zwierząt (i nie tylko). Może trochę więcej uwagi trzeba by poświęcić ludziom: chorym, zamkniętym w aresztach i więzieniach, szpitalach i domach opieki. Tam też standardy sięgają nieraz dwóch wieków wstecz…

I na koniec dobra wiadomość: sprawa pani Agnieszki Lechowicz znalazła uznanie Trybunału Europejskiego, który zaproponował stronie polskiej ugodę. Cóż… To wszystko trwa i trwa…

 

 

 

 

 

 

Związki

Dziwnymi drogami chodzą różne związki między ludźmi. Sprzątająca u mnie pani z Ukrainy napotkała w domu innej pani, u której też sprząta, moją książkę. Pani ta opowiedziała jej, że bardzo się spłakała przy lekturze, a kiedy dowiedziała się, że Ukrainka mnie zna  i czytała moją książkę, była bardzo zdziwiona. Przy okazji ja dowiedziałam się, że egzemplarz pani sprzątającej jest już na Ukrainie i służy grupce młodych ludzi do nauki języka polskiego. Nie mogę wyjść z podziwu, że przy tak małym nakładzie  i braku reklamy książka dotarła już do następujących krajów: Niemcy, Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Ukraina i że ktoś się uczy z niej języka.

Nasze  życie zdominowanie jest przez związki. Im jesteś starsza, tym bardziej inni zaprzeczają twoim wspomnieniom, bowiem aktualność widzi zdarzenia całkiem inaczej; wszystkie związki, jakie miałaś kiedyś z kimś, z czasem tracą swój sens i znaczenie, a dla innych nigdy go nie miały.

Czytałam kiedyś pamiętniki człowieka, który dzielił się ze mną  swoimi wspomnieniami w nadziei, że zrozumiem te aspekty, które chciał udostępnić otoczeniu, a których ono nie doceniało. Miał on niesłychany dar zapamiętywania i zapisywania szczegółów. Potrafił opisać dokładnie ustawienie mebli w mieszkaniu jego rodziców ok 1900 r. Opisywał Bródno w Międzywojniu i pewną kobietę, pokutującą za nieznany nikomu grzech w taki sposób, że chodziła do kościoła boso po śniegu, a w powrotnej drodze jej ślady były już krwawe. Opisywał rytuały związane z kiszeniem kapusty na zimę, w tym „okrzykiwanie beczki”, celem wypędzenia z niej demonów zepsucia i zgnilizny, wigilijne spożywanie głowy karpia i omawianie każdej najdrobniejszej ości, jako mającej związek z kaźnią Chrystusa, co oczywiście dawało świętom Bożego Narodzenia zupełnie inną perspektywę niż obecnie przyjmowana. Omawiając Ukrzyżowanie przy obchodzch Narodzenia, dawało się świadectwo kolistości biegu rzeczy. Pamiętniki te nie miały wielkiej wartości literackiej, choć były napisane poprawnią polszczyzną, ale niesłychaną wartość jako świadectwo czasów, które minęły. O wielu szczegółach, w nich zawartych nigdy wcześniej nie wiedziałam.

Pan Karol w swoich pamiętnikach opisywał wiele spostrzeżeń poczynionych w swoim długim życiu i pożyczył mi do przeczytania ich 3 tomy. Kończyły się one wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Początkowo pisał na maszynie, potem (jak zapamiętałam) dostał w prezencie od któregoś z wnuków laptop i przystąpił do pisania na nim. Miał mi udostępnić na płycie teksty, kiedy skończy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie z pytaniem: kim jestem i skąd się znamy? Wyjaśnił, że sprawdzał telefony w swoim aparacie, że miał zapisane tylko moje imię i że zapomniał kim jestem. Wytłumaczyłam mu skąd się znamy i jakie były nasze wcześniejsze kontakty, obiecał zapisać sobie, żeby na drugi raz nie zapomnieć.

Okazało się, że gdy niedługo zmarł, nie znając nikogo z rodziny, nie miałam  nadziei dostępu do reszty pamiętników. Tak upłynęło kilka lat, aż natrafiłam na FB na stronę osoby, która moim zdaniem była spokrewniona z panem Karolem, choć nie wiedziałam w jaki sposób. W najlepszej wierze wystąpiłam o zaliczenie do grona znajomych opisując naszą znajomość, ale po krótkiej korespondencji odmówiono mi jej, a tym samym dostępu do informacji o budowie pewnego mostu.

Zaczęły pracować mrówki przesypujące piasek, bowiem czując się wyrzuconą poza zasięg osób uprawnionych do informacji, ale znając innych, wiedzących dużo o tej budowie, odkryłam, że  powodem tego odrzucenia jest najprawdopodobniej naciąganie rzeczywistości, jak przykrótkiej kołdry. Zapytuję siebie czy mam prawo myśleć o rzeczywistości jak myślię, czy jestem powołana, aby wracać pamięcią do człowieka, z którym łączyła mnie kiedyś chęć zrozumienia czasów, które minęły. Może ta jego rodzina jest upoważniona bardziej do strzeżenia jego pamięci i modyfikowania jej według własnego uznania? Takiej polityki historycznej uprawianej na małą skalę? Muszę upewnić się, że pan Karol naprawdę istniał i znajduję nasze fotografie z maja 2007 roku. Oddycham z ulgą, nie wymyśliłam go sobie. Nie jest tak, że jak pan Karol, nie pamietam przeszłości lub pamiętam ją mgliście, ale jestem wobec niej nastawiona bardzo rygorystycznie, zakładam, że inni mogą pamiętać ją lepiej, więc upewniam się i sprawdzam.

Jednocześnie w jakimś odległym mieście, w jakimś zapomnianym areszcie, nieznany mi człowiek, czytający moje teksty, które trafiły do niego przypadkiem, wzdycha: tak było i dobrze że ktoś o tym napisał, a ja się dziwię, że choć nie jest dziewczyną i pochodzi z innych stron kraju, to trafiają do niego moje słowa, które nie zawsze trafiają do bliskich. Czy jego obchodzi to, co jest prawdą, czy tylko śledzi moje emocje? Czy trafiłam swoim słowem w jakieś jego realia i czy to moja zasługa, czy obciążenie? Grzech pamięci jego czy mój? Czy między nami powstał jakiś związek i dla kogo z nas jest ważniejszy? Książka trafiła do więziennej biblioteki, a mnie szkoda, że nigdy nie poznam żadnego z jej czytelników.

Moi bliscy źle znoszą chwilę mojego odprężenia, czasem wydaje się, że moim powołaniem jest wieczna walka o prawo do własnego widzenia świata i równouprawnionego traktowania MOJEGO spojrzenia. A ja chciałabym już odpocząć… Nie chcę niczego udowadniać. Chciałabym odpocząć od udowadniania, argumentowania, przekonywania. Są nudne i jałowe. Potrzebuję odrobiny zaufania. Niech mi zawierzą ci, od których tego oczekuję. Niech nie udowadniają mi, jaka jestem naiwna, niech nie próbują otworzyć moich zlepionych porannym snem powiek. Niech dadzą mi moment wytchnienia od ICH świata.

Były czasy, kiedy pragnąłam miłości, były i minęły. Mijają czasy kiedy potrzebowałam zaufania. Ostatnie, co się ostało, to potrzeba złudzeń. Nie chcę, żeby ktoś mnie wytrącał z moich ułud, z moich snów. Komu to zaszkodzi, jeśli znajdę odrobinę pocieszenia we własnym wewnętrznym świecie własnych złudzeń. Dlaczego uważają, że muszę być trzeźwa do swoich dni ostatnich? Dlaczego chcą mnie przerobić na własną modłę, skoro świat przez nich stworzony nie okazał się wiele lepszy niż mój? Dlaczego moje poszukiwania wydają się im niegodne mojej osoby, moje myśli i moje fascynacje uważają za zbędne w nowoczesnym świecie? Nawet jeśli nie płynę z ławicą.

Wszak to dobrze jest poszukiwać, a każde poszukiwania muszą wiązać się z klęskami i blędnymi ścieżkami. Niektóre z nich z czasem okażą się wcale nie błędne… Tego nie wiesz, ale nie chcesz zamykania ścieżek.

Pisze do mnie przed chwilą moja wieloletnia przyjaciółka, pisarka, Mirka Sędzikowska:

„…bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie ukraińska historia Sierotki. Dobra książka przebija się w najdziwniejszych miejscach. Czy przypuszczałaś kiedyś, że młodzi Ukraińcy będą wzruszali się, czytając Sierotkę i uczyli się z niej języka polskiego? Może też, decydując się na imigracje zarobkową, poczuli się, jakby już kogoś w pewnym sensie znali w nieprzewidywalnej dla imigrantów, Polsce. Miałaś okazje pomóc nieznanym ludziom, a to także dar. Twoja gwiazda, świeci, Kasiu kochana. Wyobrażasz sobie tych młodych ludzi, przekazujących sobie książkę ze słowami zachęty i entuzjazmu? Kiedy ja to sobie wyobrażam, czuje ciarki, biegnące po plecach. To też znak od losu: pisz!”

Jeśli istnieje Kronika Akaszy, nic nie idzie na marne, Moje związki z nieznanymi ludźmi są o wiele bardziej owocne niż z bliskimi. Czemu tak?

„Straszny był świat, gdym susa dał”

Niektórzy astrolodzy prezentują taką teorię, że dziecko przychodzące na świat w pewnym sensie „wybiera” ten moment czasoprzestrzeni, w którym pojawienie się będzie miało największe szanse realizacji jego życiowego zadania. Tym m.in. uzasadniają fakt, iż nie ma sensu badać horoskopu czasu poczęcia, nawet gdy dziecko urodzi się przy pomocy cesarskiego cięcia (co w dzisiejszych czasach jest coraz częstsze), ponieważ i tak moment ten został przez jego duszę uznany za najwłaściwszy. Ma to oczywiście związek z teorią karmy i z przekonaniem, że istnieją dusze, a wolna wola już urodzonego człowieka, poza szczegółami, jest tylko iluzją. Jak jest w istocie – przekonamy się sami w stosownym czasie.

Jeśli miałoby to być prawdą, trudno zrozumieć, dlaczego człowiek wszechstronnie uzdolniony potrafi tak bardzo zagmatwać swoje życie, mimo iż jest tego świadom, a co więcej, potrafi o tym mówić i pisać. To nie jedyny przykład; w moim życiu pojawiło się i pojawia wielu takich ludzi. Odznaczają się rozumem, inteligencją, przenikliwością, ale nie potrafią z tego wyciągnąć praktycznych wniosków. Żyją wbrew swojej świadomości, tak jakby naciągali czasoprzestrzeń niczym tkaninę, badając jej wytrzymałość. Mnie ich bardzo żal, ale muszę gwoli prawdzie dodać, że poniekąd im zazdroszczę. Sama chciałabym coś takiego robić; postępować jak chcę, kierować się czymś innym, niż nudny i przewidywalny rozsądek; cóż jestem na to zbyt wielkim tchórzem.

Młody, tragicznie zmarły poeta, Błażej Sędzikowski kilkanaście lat temu napisał taki wiersz:

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał
William Blake

kiedy pękła ciepła matnia matki
zgubiwszy perłę, której nie skradłem
wyrzucony z domu po raz pierwszy
zachłysnąłem się bólem i światłem

potem czułości, na śmierć zagłaskane
potem ubranka szyte uśmiechem
i wszystkie dzieciństwa strupki zdrapane
co będą przeklinać młodego poetę

dziadek poeta i dziadek powstaniec
ojciec zaszyty kłębkiem milczenia
a ja już wtedy, maleńki wygnaniec
zdrajca i oszust bez przeznaczenia

sprzedałem wszystko co mi zostawili
zdjęcia, ordery, maleńkie mieszkanie
łzy dla nich nawet nie mam w tej chwili
za wszystkie wspomnienia, za całe kochanie

o żonie nie wspomnę, bo po co wspominać
obiad spalony gdy już po musztardzie
wpierw ją uczyłem jak wianki się ścina
potem jak posag zastawia w lombardzie

złym dzieckiem będąc i synem zatraty
takimż i ojcem dokładnie
– powiedz chłopczyku co słychać u taty
„tatuś mój pije i kradnie”

cóż kiedy sensu nie czułem w tym wszystkim
gdy czarny ogień mi serce przewiercił
kamieniem będąc i sobie i bliskim
życia nie ceniąc wciąż bałem się śmierci

rzuciłem więc wszystko, ruszyłem za słońcem
plecak wypchałem najczystszą urazą
plecy sparzyły mi mosty płonące
w sercu bił diament ze skazą

ilu przyjaciół zawiodłem po drodze
ilu nabrałem na swe zagubienie
ilu już na mnie zawiodło się srodze
oddając pieniądze za czyste spojrzenie

oczy marzące miałem to prawda
twarz jasną i miłą po przodkach
i śmiała się skrycie ma siostra pogarda
kupował to każdy kto tylko mnie spotkał

dawno opluwszy najczulsze świętości
Boga szukałem na ciężkim kacu
wierzywszy czemuś w swej bezczelności
że świeci mi gwiazda natchnionych pariasów

szukałem tej gwiazdy z nadzieją wariata
choć oczy mi dawno oślepły od wódki
zmyliłem kierunek na każdej z dróg świata
i szedłem dalej nie bacząc na skutki

(…)

a ty skoro czytasz tą spowiedź żałosną
nie lituj nade mną się wcale
tej perły zgubionej gdy rodziłem się wiosną
nie skradłem więc mogłem ją znaleźć

Ta wersja wiersza była tylko przymiarką. Autor pracował nad nim jeszcze wiele wieczorów, wręcz ślęczał, cóż, możliwe, że ostateczna wersja jeszcze tkwi w nie sprawdzonych papierach.

Kiedy go czytam, zdaje mi się, jakbym rozmawiała z człowiekiem, przed którym nie ma żadnej przyszłości. Starcem osiemdziesięcioparoletnim, podsumowującym swoje  niezbyt udane życie. A przecież, pamiętam, gdy go poznałam, był jeszcze dzieckiem, bystrym, żywym, rozwiniętym intelektualnie nad wiek. Wraz z mamą, pisarką Mirką Sędzikowską i starszym bratem, gościli u mnie na działce. Któregoś dnia chłopcy wybrali się do lasu po susz na ognisko. Zaszli bardzo daleko i natrafili na uschnięte drzewko, na które załadowali całą górę gałęzi, zebranych wcześniej. W którymś momencie okazało się, że miejskie życie nie daje kondycji potrzebnej do przyciągnięcia tego ładunku. Zastanawiali się czy nie zredukować ilości ciągniętego suszu, ale było im żal. Uważali, że zanim obrócą drugi raz, ktoś im może zabrać zebrany opał. Wówczas na ich drodze pojawił się miejscowy dziadek, który pomógł im dociągnąć drzewo i nawet nie chciał słuchać podziękowań. Błażej nie mógł nadziwić się, jak to jest, że ktoś pomaga zupełnie bezinteresownie. Opowiadał jak zachowaliby się w podobnych przypadkach wobec nieważnych dzieciaków ludzie  spotkani w jego okolicy zamieszkania i snuł swoją opowieść, ubarwiając ją coraz większą liczbą szczegółów. Już wtedy widać było jego zdziwienie światem i zaczątki tego, że stawiał się w pozycji obserwatora punktującego wszystkie tego świata braki.

Czy pomogła mu znajomość filozofii, literatury, umiejętność samodzielnego myślenia? Całymi nocami dyskutowali z matką, opozycjonistką, nauczycielką pozostającą z przyczyn politycznych długo bez pracy, polonistką, autorką opowiadań i powieści, a poziom tej dyskusji często przekraczał nie tylko dywagacje stosowne do wieku chłopców, ale także moje rozumienie i mój poziom wykształcenia i erudycji. Czy już wówczas Błażej odkrył w zawirowaniach losu rodziny, że myślenie boli  i że tego bólu istnienia nie wytrzymuje, dopóki nie sięgnął po wspomagacze? Tak przynajmniej sądzę.

Kiedy pisał ten wiersz, jego syn, Julek, był wtedy mały, ok. dwuletni. Jak pisze matka – Mirka, Błażej powracał myślą do swoich wczesnych lat. Przymierzał się do książki, którą, istotnie, napisał kilka lat później.Pracował na jakiejś śmieciowej umowie, bardzo się starał, żeby żona była zadowolona. Ja pamiętam, że nawet kończył kurs spawania, organizowany dla bezrobotnych, w nadziei, że zdobędzie dobry i pewny zawód. Wyobraźcie sobie: drobny, szczuplutki chłopak w ciężkiej odzieży ochronnej z aparaturą w smukłych dłoniach i wierszami w głowie! Moim zdaniem to nie miało sensu.

Pewnego dnia Błażej zniknął. Żona powiedziała rodzinie, że uciekł z cyrkiem, ale nikt nie wiedział, czy to była  prawda. Zostawił kartkę, że jedzie zarobić dużo pieniędzy. Wrócił po tygodniu. Bez pieniędzy, za to z wierszem. O ile matka pamięta, nikt go nie pochwalił. Czy ta pierwsza próba przerwania pępowiny, łączącej z bliskimi wrzuciła go na ruchomy chodnik, który niósł go dalej i dalej, podczas gdy mijane krajobrazy zbyt krótko zostawały w pamięci, poza wrażeniem, że jest źle, źle i jeszcze raz źle…

Za moich młodzieńczych, studenckich lat, 60-tych dwudziestego wieku śpiewano taką piosenkę (często złośliwie) na pochodach pierwszomajowych „Źle było, źle będzie, w Polsce zawsze i wszędzie…” Oczywiście my, dzieci PRL, nie spodziewaliśmy się niczego dobrego w przyszłych latach – przez lat co najmniej trzydzieści parę.

Czyżby podobną piosenkę przywiały Błażejowi nadchodzące nowe czasy, rozbudzające nadzieje, ale nie dające wystarczającej siły i odporności, żeby z nich skorzystać?  Czy to on wybrał sobie niewłaściwy moment czasoprzestrzeni, żeby przyjść na ten świat? 

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał

Mam serce po lewej stronie

Mam serce po lewej stronie, jednak nie poznaję polskiej lewicy. Pal diabli, że jest skłócona, że nie do końca rozumie, na czym owa lewicowość polega, że jej liderzy zapatrzeni są w siebie niczym Narcyz przeglądający się w źródełku.

To, co mnie najbardziej razi, to owa zajadłość  rodem z epoki bolszewików (dziś cechująca raczej prawicę, ale lewicy dotykająca też). Media społecznościowe są pełne tego czegoś, co budzi we mnie odruch wymiotny, niezależnie od kierunku. Tak, jakby 73 lata bez wojny wyzwoliło w ludziach głęboką potrzebę mentalnego walenia po mordach wszystkiego, co żyje i co się sprzeciwia. Także lewicowe nakierowanie uwagi na człowieka w niewiarygodny sposób  wywraca koziołki. Czytam oto w opiniotwórczej gazecie, że dla kogoś z klasy pracującej, nazwanie pielęgniarki „siostrą” jest obraźliwe! Lewica zawsze podkreślała swoje nastawienie służenia społeczeństwu, a tu takie lewicowe pielęgniarki oburzają się na „siostrę”! Że nie z jednej matki pochodzimy i nie wypadłyśmy sroce spod ogona i należy zwracać się do nas „pani” a może nawet „szanowna pani”. Za dawnych lat, powojennych jeszcze, i z historycznych tradycji nazwanie kogoś „siostrą” było zawsze  aprobujące i oddające jej honor. Służba była zaszczytem, a nie poniżeniem. Przynajmniej dla lewicowców. Dla tych zresztą czapkowanie było raczej obrzydliwym zajęciem. Tytułomanię wyśmiewano w tysiącach dowcipów.

Przypomina mi się taka anegdota z moich młodych lat (sześćdziesiątych XX wieku): pewien facet w autobusie miał mi za złe, że swoją torbą na ramieniu ( a były to czasy kolejkowych maratonów) zawadzam o jego aktówkę z imitacji jaszczurczej skóry z podwarszawskiego bazaru i mogę ją porysować wystającą z torby kiełbasą, plus podręcznikiem  studentki zaocznych studiów (w twardych okładkach). Moje podejrzenia szły jednak w kierunku takim, że natrafiłam na zazdrośnika, który w kolejce nie wystał swojego przydziału kiełbasy, a jej aromat nie dawał mu spokoju. Rzekłam więc z poczuciem wyższości: „Myślałby ktoś, że z pana taka mimoza!”

Nie wzięłam pod uwagę, że dla kogoś określenia „mimoza” może być szczytem obrazy. Oglądam teraz libański serial Netfliksu i rozumiem wreszcie, na czym polega pojęcie honoru na syryjsko-libańskim pograniczu. Dokładnie na tym samym, co w Polsce wówczas i obecnie. Jeśli jakiegoś słowa nie rozumiesz – zasłużyłeś na  śmierć. Czasem może uratować cię to, że jako kobieta i istota postawiona niżej, nie masz zdolności honorowej (co nie oznacza, że matka rodu nie może manipulować całą resztą dzieci i wnuków). Dlatego wówczas, w tym autobusie, ostatecznie uniknęłam przykrych konsekwencji nieznajomości kulturowych kodów i biologicznych cech niektórych  roślin, przez przeciętnego, niedouczonego Polaka. A już się brał do mnie z pięściami:

– Od mimoz mnie wyzywasz taka, siaka, owaka – ryczał

Wracając do nieszczęsnych pielęgniarek, które obraża nazwanie ich „siostrą”. Naszą polską lewicę obraża wszystko, co zmierza w kierunku dawniej lewicowych standardów.  Obrażanie się na cały świat jest starą strategią kobiet, które nieustannie czuły się zmuszane do potwierdzenia swojego statusu, niepewne jego aktualnej wartości, któż więc nie jak ja, pozbawiona tej umiejętności, zazdrośnie ją rozpoznaję?

Głosowanie przestało mieć wartość potwierdzania czyichś poglądów, a stało się kalkulacją, kogo warto popierać, bo ma szanse. Kalkulacja ta jednak może zawodzić, bowiem silniejsi funduszami dbają o to aby przekonać tych co „za miskę ryżu”, na kogo warto, a na kogo nie warto. Jeśli w dodatku chcą uwierzyć, że z tym, a nie tamtym będzie mu lepiej (bo sami też kalkulowali) całe przedstawienie p.t. kampania wyborcza nie ma najmniejszego sensu.

Bardzo daleko mi było do światopoglądu Hanny Gronkiewicz Waltz, raziła mnie jej kościółkowa przyjaciółka, denerwowała wymowa „r” odkąd w dzieciństwie ktoś mi powiedział, że tak mówią „lepsi”, arystokracja i światowcy, a ja nie miałam szans zaliczyć się ani do jednych ani do drugich – a jednak uważam, że była bardzo dobrym prezydentem Warszawy. Przez ten krótki czas, kiedy jeszcze korzystałam z komunikacji miejskiej odkryłam, że mogę szybko i łatwo dojechać właściwie wszędzie i była to zdecydowana poprawa od czasów, gdy tłoczyłam się z setkami innych nieszczęśników na ciasnej przestrzeni autobusu lub tramwaju i wychodząc rano w Śródmieściu, byłam tak zmęczona i zniechęcona, jakbym właśnie skończyła pracę.

Ważne okazały się nie poglądy polityczne HGW, a fakt, że była wykształcona, poukładana, inteligentna, myśląca i wiedziała, czego chce. Nie ustrzegła się błędów, ale i tak przerosła poprzedników.

W kampanii wyborczej kandydaci właściwie konkurują stylem, urodą i sympatycznością. Co do wypowiedzi i obietnic: im więcej tym lepiej, im bardziej mgliste i ogólnie rzecz biorąc słuszne, tym ponoć mają większą moc wabienia.

Czytam program wyborczy lewicowej kandydatki do mojej dzielnicy, z mojego osiedla, który powinien mnie zadowolić i po raz kolejny (jak wiele osób) stwierdzam, że właściwie nie mam na kogo głosować. No bo poczytajcie:

Wypełniac Państwa wolę będę zabiegała o:

  • zgodne z oczekiwaniami mieszkańców rozwzania
    parkingo
    we i architektoniczne,
  • bezpłatne udostępnienie boisk, miejsce rekreacji oraintegracji
  • wsparcie ob niepełnosprawnych i starszych,
  • szeroką ofertę edukacyjną i kulturalną,
  • ochronę terenów zielonych przed zabudową. 

Mowa trawa, jak dawniej mówiono.

Zgodne z oczekiwaniem mieszkańców rozwiązania. Jakich mieszkańców? Pieszych, rowerzystów, dzieci, posiadaczy aut, niepełnosprawnych staruszków, posiadaczy psów? Kogo w szczególności chce reprezentować ta lewicowa z deklaracji kandydatka? Chce ogrodzić nowo budowane bloki, szumnie nazywane teraz apartamentowcami, czy przeciwnie, je rozgrodzić? Likwidować podjazdy dla niepełnosprawnych celem uzyskania miejsc parkingowych, czy przeciwnie, budować podjazdy tam, gdzie ich brak. Ona reprezentuje moje osiedle. Może najpierw zechce zlikwidować schody prowadzące do przychodni uniemożliwiające niepełnosprawnym uzyskanie porady lekarskiej albo spowoduje naprawienie nieczynnego od trzech lat podnośnika? Ale to już przesada, żądać takiej szczegółowości, nieprawdaż? A jak jej się nie uda?

Mnie także interesuje, co kandydatka ta rozumie pod pojęciem bezpłatnego udostępnienia miejsc integracji i jakich miejsc, na przykład, na naszym osiedlu: deptaka, placów zabaw, skwerka, fontann? A może konkretniej: sprawienie żeby ławki na osiedlu miały taką wysokość aby nadawały się do siedzenia także dla dorosłych, powiedzmy mniej sprawnych? Czy sklep jest miejscem integracji? Pewnie jest. To może spowodować, aby mogły do niego wjechać także osoby na wózkach czy z balkonikami?  Przynajmniej do połowy z nich. Od kogo oczekiwać takich interwencji, jak nie od samorządowców?

Czytam o wsparciu osób niepełnosprawnych i starszych. Jakim wsparciu? Czy kandydatka w ogóle ma jakiś pogląd na ten temat, czego one potrzebują? Na ogół uważa się, że potrzebują potańcówek, wycieczek, towarzystwa. Kto w ogóle pyta takie osoby, co byłoby dla nich wsparciem? Co jest najważniejsze, a nie najłatwiejsze w realizacji. Bez potańcówki można się obyć, bez dostępu do przychodni już nie.

I do tego wszystkiego szeroka oferta edukacyjna i kulturalna. Co mianowicie?

Kandydatka chwali się realizacją kilku projektów budżetu partycypacyjnego. Niepotrzebnie, moim zdaniem te akurat były  nakierowane na zupełnie inną kategorię odbiorców.

Na szczęście różne dobre rzeczy, które pojawiają się w przestrzeni publicznej nie wiążą się z takimi obietnicami, powstają samorzutnie, poza nimi.

Przyznaję się

Przyznaję się, koresponduję z osadzonym w areszcie, osobą mi bliską. Nie obchodzą mnie zarzuty, jakie mu postawiono, nie komentuję tego, iż moim zdaniem jest to sprawa polityczna, sięgam pamięcią do ciemnych lat czterdziestych PRL, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, któremu wdrukowano lęk przed Urzędem Bezpieczeństwa, przestępcami i kontaktem z nimi i ich rodzinami. Lęk ten obudził się we mnie po wielu już latach, wypełnionych pracą nad sobą i swoimi fobiami. Opanowałam nawet i przepracowałam pamięć ciała (drżenie, pot, sztywnienie mięśni, zaciskanie szczęki itp), związaną z bombami i wybuchami Powstania Warszawskiego, uruchamianymi podczas noworocznych fajerwerków, przeżywanymi razem z pieskami i innymi domowymi stworzeniami.

To był ostatni lęk, który miał się już w moim życiu nie powtórzyć, więc w ogóle nad nim nie pracowałam. I mam za swoje. Wszak mądrzy ludzie mówili, że historia kołem się toczy.

Wszyscy się boimy. Ja też. Ale moje nocne zawroty głowy informują mnie, że mój czas jest krótki. Tak czy siak, to, co napiszę, może być ostatnim słowem, które wypowiem. Lęk więc nie jest już na miejscu, nikt nie jest w stanie mi nic zrobić. Czy jednak opłaca się znowu zmieniać siebie, zamiast innych? Może już dość! Czas na podniesienie głowy.

Odeszli wszyscy rówieśnicy i starsi, których kochałam i ci, którzy nie zdecydowali się mnie kochać. Jestem sama w pokoleniu najstarszych bliskich. We snach stąpam po lodowych koleinach i dyskutuję, bronię się, tłumaczę z tego, dlaczego jestem taka, jaka jestem. Ale ich już nie ma.Moje tłumaczenia to najwyżej Kronika Akaszy – o ile jest.

Opowiadając o moich emocjach innym, muszę zacząć od Adama i Ewy lub starożytnych Rzymian. Już w ich świadomości pojawił się archetyp przestępcy i od tamtych czasów, mimo licznych ewolucji, trzyma się mocno i niewzruszenie.

Pierwszą próbą mojego dziecinnego zrozumienia pojęcia zbrodni, była podsłuchana rozmowa rodziców o wykonanych wyrokach Trybunału Norymberskiego na zbrodniarzach hitlerowskich. Z ich rozmowy, niedokładnie usłyszanej, zrozumiałam, że się ich wywiesza. Sądziłam, że za okno, na mróz. Brzmi to wprawdzie jak anegdota, ale jest najprawdziwszą prawdą. Kiedy czterolatek, mój rówieśnik, w czasie zabawy w pogrzeby (tak się wówczas dzieci bawiły po ogródkach, robiąc groby dla martwych ptaszków, żuczków i innych żyjątek) zaczął sypać ziemię do wózka, w którym spała na dworze moja siostra, będąca wówczas niemowlęciem, uznałam, że ją zabił i urządza jej pogrzeb. Wzięłam wówczas duży kamień i uderzyłam go w czoło, po którym to ciosie, zakrwawiony, przewrócił się na ziemię. Świadoma, że popełniłam zbrodnię, uciekłam z domu do pobliskiego lasku i tam schowałam się w jakimś wykrocie po bombie, zarośniętym gęstymi krzakami. Wolałam tam umrzeć, niż zostać wywieszona. Znaleziono mnie dopiero po dwudniowych poszukiwaniach, a znalazca, milicjant, moim zdaniem miał na mnie wykonać wyrok. Zanim sprostowałam swoje mylne przekonanie, zdążyłam pożegnać się już  z życiem.

Nie były to czasy szczególnego pietyzmu dla życia. Pisałam o tym wcześniej w kilku odcinkach Babci, publikowanych jeszcze na łamach „Taraki”. Wspominałam wtedy, że w 1945 i 46 roku na mojej ulicy, nocą napadano na niektóre domy i budziły nas regularne strzelaniny. Opowiadałam też, jak mój ojciec symulował groźbę strzelania przez okno,  z wieszaka na ubranie, do napastników.

Ale wracam do archetypu przestępcy, wdrukowanego mi wówczas, w latach dziecinnych .

Miałam koleżankę szkolną Ewę P. Łączą mnie z nią mnóstwo zdjęć  i wspomnienia, choć nigdy potem jej nie spotkałam. Kiedy w naszym domu zimą zamarzały rury, musiałyśmy nosić wiadrami wodę z kranów sąsiadów. Na naszej ulicy, Lesznowolskiej, było kilkunastu sąsiadów, wszyscy zamieszkali o wiele bliżej,  niż rodzice Ewy, z końca ulicy. Jednak tylko oni pozwalali nam czerpać wodę ze swojego  kranu, a także wchodzili z nami w jakiś kontakt. Bliżej położeni sąsiedzi, z nieznanych mi względów,  byli naszymi wrogami, co podkreślała nasza mama. Byliśmy biedni i nie stać nas było na stałe ogrzewanie węglem mieszkania i dlatego nasze rury z wodą zimą zamarzały. Spałyśmy w paltach i czapkach, nie myłyśmy się, bowiem miski z wodą ustawione przed naszymi łóżkami zamarzały. Woda przyniesiona w wiadrach od rodziców Ewy P. służyła do picia i gotowania. Ubikacja była nieczynna, korzystałyśmy z tej w szkole i u dobrych ludzi. Nasze kiszki i żołądki przystosowały się do cudzych warunków i obcych ludzi. Raz w tygodniu, w czwartki, jeździłam do łaźni na Krakowskim Przedmieściu, w sąsiedztwie Uniwerku, gdy była ona dostępna dla kobiet.

Rodziną Ewy P zarządzała jej babcia, teściowa ojca, z rodziny arystokratycznej „Cz.”. Tata Ewy miał warsztat tkacki,  w którym produkował prześliczne chusteczki ( wszystkie kobiety wówczas chodziły w chustkach na głowie) ale tkane przez tatę Ewy nie były jednobarwne, tylko dwukolorowe, przezroczyste jak mgiełka, biało-czerwone, przechodzące kolorami płynnie. Ich surowcem był nylon, ściśle wówczas reglamentowany, bo nie wytwarzany w Polsce. W sieni rodziców Ewy P stała beczka z kwaszoną kapustą , a pani Cz., babcia Ewy, za każdą moją wizytą, dawała mi jabłka z beczki. Smak tamtej kwaszonej kapusty i kwaszonych jabłek pamiętam do dziś. I do dziś kocham kiszoną kapustę i inne kiszonki. Pani Cz była osobą celebrującą swoją arystokratyczną rodzinę, ale nie mam pojęcia dlaczego faworyzowała Kasię, przeciętną dziewczyninę, córkę mamy wychowanej w sierocińcu, ale taty z pogardzanej inteligencji. Za sprawą pani Cz., złośliwej i niemiłej dla innych kobiety, nigdy nie odczuwałam w tej rodzinie swojej niższości.Do dziś nie mam pojęcia, za co mnie lubiła. Wszak zawsze byłam zbuntowana, nigdy pokorna. I nigdy nie obchodziły mnie hierarchie i porządki dziobania. Byłam maniaczką równości ludzi, a pani Cz. podkreślała swoje arystokratyczne pochodzenie. No i mieli służącą. Nie pomoc domową, a służącą.

Tata Ewy P. podarował mi kiedyś taką śliczną chusteczkę i był to pierwszy prezent od obcej osoby, który otrzymałam. Rodzice i babcia Ewy chyba bardziej mnie lubili, niż sama Ewa, poukładana i realistyczna, nieco młodsza koleżanka. Zawsze chciałam być taka, ale wiedziałam, że jest to poza moją możliwością.

Byłam licealistką, kiedy aresztowano tatę Ewy pod zarzutem nazwanym „aferą włókienniczą”. To był czas afer: mięsnych i innych oraz kar śmierci dla ich bohaterów.

W wyniku  pospiesznego procesu, tata Ewy został skazany na śmierć i wyrok wykonano. Pani Cz. zdołała wcześniej załatwić rozwód córki i formalnie wyrok kary śmierci nie obciążał rodziny. Jednak Ewa P nigdy już nie była taką naszą koleżanką, jak dawniej. W dodatku moja mama, która miała drewnianą komórkę w ogródku, a w komórce tej przechowywała (odpłatnie) dla pana P worki z przędzą na owe dwukolorowe chusteczki, kilka kolejnych lat  spędziła w przerażeniu i stresie, nie wiedząc co robić i jak zlikwidować pozostały u niej trefny towar. Podziwiałyśmy Ewę, wyniosłą i poukładaną i nie odważyłyśmy się do niej przemówić.

Afera, o której piszę,  powstała w sposób nieprzewidywalny. Pewna kobieta, z nieszczęśliwej miłości, powiesiła się w schowku przy kuchni, a przy okazji śledztwa wyszło na jaw, że pośredniczyła w nielegalnym zakupie przędzy w łódzkich tkalniach, które za łapówki, odsprzedawały część przydziałów. Nie przyszło jej do głowy, że pociągnie za sobą innych.

Ten lęk mojej mamy przed niespodziewanymi obrotami losu latami tkwił we mnie i stał u źródła podziwu i dystansu wobec mojej koleżanki Ewy P oraz jej dystansu do świata, Stała się dla mnie trędowatą, ale trędowatą budzącą podziw. Chciałabym taka być, gdyby przyszedł na mnie podobny czas. Ja zawsze byłam realistką i nie rozumiałam, dlaczego, na przykład ludzie pod śledztwem inkwizycji, nie zaparli się swojej wiary. Ja bym to zrobiła w każdej chwili; życie było mi droższe, niż poglądy. W lęku przed śmiercią, obiecałabym wszystko (inna rzecz, czy dopełniłabym później obietnic). Jestem konstrukcją psychiczną opartą na lęku.

Mój stosunek do przestępców ukształtował obraz taty Ewy, małomównego, spokojnego, ciemnowłosego człowieka, z dobrymi odruchami, przyjaznego światu i pogubionemu dziewczęciu.. To, co go spotkało, w moich oczach, było krańcową niesprawiedliwością i wywyższyło  jego dobroć i zwyczajność. I przymusową odwagę. Już na zawsze sylwetka nakrytego i uwięzionego przestępcy budziła moje współczucie zamiast potępienia. Ale inne spotkania, gdy byłam zagrożona osobiście, wymuszały uzasadniony lęk. To było coś, jak schizofreniczne rozdwojenie jaźni, podobne dzisiejszym odczuciom wobec tygrysów z zoo. Za kratami budzą litość, na wolności chętnie by je profilaktycznie zastrzelono. Czy wobec piesków: – pokojowe hołubimy, rozczulamy się nad nimi, ale gdy dopadnie nas wataha bezpańskich psów, licząca kilkanaście osobników zmykamy co sił i oburzamy się, że nikt z nimi nie zrobił porządku, nawet gdyby jego skutkiem stało się Tzw. „psie sadło”, sprzedawane na niektórych targach na wschodzie Polski. I składamy się na naboje dla nieoficjalnych myśliwych, ponieważ psy wyłapane do schronisk w jednym rejonie, po cichu wypuszczane są w lasach innego rejonu (choć ich odstrzał jest zabroniony, a ich łupem pada leśna zwierzyna).

Źródłem jest wdrukowane pojęcie PRZESTĘPSTWA, bez rozróżnień, oszukańczo sugerujące zło, jednakie dla rzezimieszków i wyznawców innych poglądów, czy unikających czegoś, uznanego z opresję w majestacie prawa.

Także i teraz, mając okazję korespondować z osobą aresztowaną, bardziej otwieram się na jej potrzeby i odczucia, niż na stanowisko prokuratora. Staram się go nie dostrzegać, pomijać i nie wnikać weń, bowiem jako polska obywatelka, podchodzę ze sceptycyzmem do przewagi prokuratury nad obroną. Jeśli z tym kimś wiążą mnie więzy sympatii, tym bardziej podkreślam potrzebę wyważenia racji postępowania na wszystkich etapach tzw. sprawiedliwości. Ale jako osoba, która wiele przeżyła, nie łudziłam się i nie łudzę, że surowość kary czemukolwiek zaradzi. Nie łudzę się też, że zmieniamy sądownictwo na lepsze, wskazując palcem zaufanych ludzi, jako jego przedstawicieli. Człowiek zawsze kieruje się w pierwszym rzędzie lękiem i asekuracją, a także uprzedzeniami, co wiem po sobie. Odstąpienie od instytucjonalnych zasad zawsze rodzi NIESPRAWIEDLIWOŚĆ. Teoria zawsze mija się tu z praktyką. Władza deprawuje, ponieważ uzależnia, a normalny człowiek źle znosi uzależnienie, nawet gdy musi mu ulec. Zwłaszcza gdy decydują o tym inni, a nie my. Jedyne, co go może uwolnić, to realna niezależność. Kiedy może być sobą, jest lepszy i mądrzejszy.

Dziś wracam myślami do mojej koleżanki, Ewy P i do tego, co musiała przeżyć i czego doznać i jak bardzo na jej życiu i przyszłym zawodzie musiał się odcisnąć zapał prokuratorów i sędziów tropiących przestępców – prawdziwych i urojonych. Wszak nie tylko oni cierpią, a może nawet nie oni najbardziej. Do kamieni, którymi obrzucano Ewę P, jako córkę burżuja i wroga ludu, także ja dorzuciłam swój kamyczek niechęci i izolacji, kto wie, czy nie uwierający ją bardziej niż inne.

Poniżej: fotografia, która uwidacznia, jak pozornie beztroska młodość jest złudzeniem, gdy na starych fotografiach uśmiechają się dzieci, przeżywające dramat ich życia.. Od lewej: ja, Ewa P. i moja siostra na naszej werandzie domku na Lesznowolskiej. Podtrzymujący słup ogołociły z kafelków bomby Powstania.

Czy jesteśmy w stanie zrozumieć innych?

Wychodzę z siebie i staję obok. Słucham tego, co  z mojej wypowiedzi dociera do  rozmówców.

Niewątpliwie, są to tylko wybrane frazy. Te które brzmią mocniej, ładniej albo potwierdzają ich chęci usłyszenia konkretnej rzeczy. Przypadek czasem chce, że to, co oni podchwytują i z czym dyskutują, akurat nie jest tym, co ja uważam za najważniejsze. W dodatku o sprawach dla siebie ważnych mówię półgębkiem, wstydliwie i z zażenowaniem. To spadek po PRL-u gdy należało zawsze zastanowić się wcześniej, do kogo się mówi i jak zostanie odebrane to, co się mówi, zwłaszcza w przypadkowej rozmowie. Rozmówców dzieliło się na kategorie i wbrew dzisiejszym odczuciom (media społecznościowe na przykład!) ci, których nie było widać, byli mniej groźni niż ci, którzy cię znali. Bez większych problemów można było spowiadać się przypadkowym znajomym z jednej podróży pociągiem niż szkolnej przyjaciółce, czy niektórym członkom rodziny. Okazywało się czasem, iż ci ostatni mieli wiedzę na twój temat znacznie przekraczającą ich zwykłe możliwości, musieli więc czerpać z zatrutych źródeł..

Opowiadam na przykład o problemach dzieci i wnuków, o swoich problemach zdrowotnych. Mówię, że miałam w nocy zawrót głowy. Czynię to czasem z lampką migającą w głowie, ale nie mogę się powstrzymać. Wskutek mojej zwierzęcej natury jestem członkiem stada i długie powstrzymywanie się od stadnych odruchów zwyczajnie szkodzi mojemu zdrowiu.

Ale migająca lampka czyni, że wstydzę się omawiać to, czym najbardziej chciałabym się podzielić – iż przez kilka minut żegnałam się z życiem i że w czasie owych kilku ważnych minut, żaden z omawianych, konkretnych problemów nie był tym najważniejszym i że właśnie owe minuty są ważne, a nie aktualny stan mojego zdrowia. Wbrew odbiorowi moich słów nie narzekam, a usiłuję podzielić się swoimi myślami. Nocny zawrót głowy, to jeszcze nie śmierć, która czai się za załomem poduszki i kiedy skręcisz głowę pod niewłaściwym kątem, możesz ulecieć w przestrzeń, której bynajmniej nie oswoisz, kurczowo trzymając się ramy łóżka, chociaż logika podpowiada ci, że nie spadniesz, jeśli się nie będziesz ruszać.

Cóż, kiedy nie wybierałam członków swojego stada, a ono nie odznacza się szczególnym wyczuleniem na moje słowa wypowiedziane, nie mówiąc już o niewypowiedzianych. Moje stado żąda ode mnie konkretów, ale zanim zdążę powiedzieć przynajmniej o ich części (nie dotykając jeszcze spraw trudniejszych do zmierzenia), zaczyna udowadniać mi, że nie mam racji, bo to i tamto. Albo, co gorsza, niczego nie udowadnia, zakładając a priori, że dziwaczę i dlatego można mnie lekceważyć.

Napomknęłam, że poszukuję miejsca, gdzie można kupić papierowo-plastikową lupę, do włożenia komuś do listu, kto sam jej nie może kupić, a komu czasem wysyłam skany, dla oszczędzenia papieru pomniejszone do formatu A-4 i usłyszałam prawdziwą filipikę przeciwko stwarzaniu sobie niepotrzebnych problemów. Dla zasady: nie była to prośba o kupienie tej lupki, kupił mi ją kto inny, kto sam to zresztą wymyślił.

Kiedyś, zanim jeszcze zaczęłam pisać, uważałam że to  moja wina, bowiem nie umiem wytłumaczyć precyzyjnie rozmówcom, o co mi chodzi. Starałam się więc doskonalić mój kunszt słowa, ale gdy już uznałam, iż z grubsza nie dokonam na tym polu nowych odkryć, właśnie odkryłam, że moje wypowiedzi nie mają większego znaczenia. Dzieje się bowiem tak, że na jakimś pomyślanym liczniku interakcji w stadach, wskazówka przedtem pokazująca taki kontakt, zatrzymująca się w drugiej połowie skali (słuchamy rozmówcy, reagujemy na treści, które nam przekazuje), w przeważającej mierze zaczyna ustawiać się na obszarze pierwszej połowy (słucham siebie i reaguję na swoje nie zawsze wypowiedziane słowa), a nawet czasem stoi jak wryta na początku skali. Ludzie tacy, którzy czasem  nawet głoszą wszem i wobec (jak niektórzy politycy), że pragną rozmawiać z innymi, w gruncie rzeczy to, co mogliby ewentualnie oni powiedzieć, traktują jako imaginacje, a nawet otwarcie o tym mówią. Z niecierpliwości już nie dają nam do zrozumienia, że nie obchodzą ich nasze myśli, a wręcz żądają, abyśmy dla ich wygody zaniechali dywagacji nad sprawami, o których nie chcą wiedzieć. Świat ma być taki, jaki przedstawia się ich oczom, a nie naszym.

Przyspieszenie tempa życia i przesunięcie go w kierunku odbioru obrazkowego, emocjonalnie bardziej bezpośredniego i prymitywniejszego, kieruje nas z powrotem w stronę zwierzęcego stada, u którego porozumieniu członków, niuanse tylko przeszkadzają. Gdy drapieżne oczy spoglądają zza krzaków rozważanie ich koloru jest zbędne, a wręcz szkodliwe.

Nie wyobrażam sobie, jak wytrzymują ci ludzie, którzy nie mają nawyku mówienia o swoich sprawach i dysponują jedynie hipotetyczną możliwością ich głębokiego szyfrowania, jak uprawiający różne dziedziny sztuki takie jak: muzyka, malarstwo, rzeźba, fotografia. Nie wszyscy, nie zawsze i nie w każdych sprawach zdolni są do świadomego szyfrowania, a wówczas chyba się duszą wewnątrz siebie. Tylko prymitywny obrazek zaspokoi potrzeby stada, tymczasem wyrażając siebie własnym szyfrem osoby te zmuszają go do ujawnienia komplikacji. Tylko nieliczni są w stanie zrozumieć  przesłanie ich sztuki (jeśli oczywiście chce się im poświęcić nieco czasu na wgłębianie się w istotę przekazu).

Słyszałam ostatnio o kimś, kto pisze artykuł o sławnym malarzu, którego żona zrezygnowała ze swoich artystycznych ambicji (co nie jest dziwne, gdy się ma ósemkę dzieci), a po latach, gdy do nich wróciła, zaszyfrowała je jeszcze głębiej, projektując tkaniny i sprzęt codziennego użytku. Myślę, że klasyczne malarstwo było dla niej zbyt mało zaszyfrowane. Ale kto to zrozumie, kto nie jest kobietą z ośmiorgiem dzieci uprawiającą sztukę, z której kiedyś musiała zrezygnować.

Czy jest z tego jakieś dobre wyjście?

Śledząc różne możliwości i trendy, odkryłam pewną telewizję, która niewielkim kosztem jednego sms-a pozwala wysłać komuś zaszyfrowaną wiadomość, ale niestety, nie pozwala otrzymać odpowiedzi. O tym jednak napiszę w przyszłości. Jest to zresztą jeden z tych projektów, który budzi pogardliwe parskanie mojego stada.

 

Narzędzia do myślenia

(Daniel C. Dennett – amerykański filozof i kognitywista)

W poprzednim odcinku wspomniałam o błędach w myśleniu ( a w ślad za tym i w dyskusjach lub w tym, co za dyskusje uważamy) w kontekście książki Daniela C. Denneta „Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia”. Jego stosunek do błędów popełnianych przez człowieka znacząco różni się od popularnego podejścia, widocznego najczęściej w mediach społecznościowych, gdzie jakakolwiek wypowiedź, mogąca zostać uznana za krytykę, (nawet zwyczajne sprostowanie ewidentnego błędu ortograficznego), wywołuje falę złości i hejtu oraz próby udowodnienia, że nie masz racji, albowiem JA uważam, że jej nie masz. Podobnie jak pewien sześciolatek, który rozgniewał się na rodzinę, wściekał się i szalał, że usiłowała mu wytłumaczyć, iż 2+1 = 3, a nie 4 i zupełnie nie chciał zrozumieć spokojnych wyjaśnień; nie próbował ich nawet wysłuchać.

Najważniejsza sztuczka pozwalająca na popełnianie dobrych błędów to ich nieukrywanie – zwłaszcza przed samym  sobą. Zamiast się ich wypierać, powinieneś stać się ich koneserem, obracając je w swoim umyśle, tak jakby były dziełami
sztuki, którymi zresztą w pewnym sensie są, Podstawowa reakcja na każdy błąd powinna być taka: „No cóż:, nie zrobię tego ponownie!”. Dobór naturalny tak naprawdę nie myśli tej myśli; po pro stu usuwa głupków, zanim zdążą się rozmnożyć; dobór naturalny nie zrobi tego ponownie, a przynajmniej nie będzie tego robił tak często… My, ludzie… Możemy właśnie pomyśleć tę myśl, zastanawiając się nad tym, co właśnie zrobiliśmy: „No cóż, nie zrobię tego ponownie!”. A kiedy się zastanawiamy, bezpośrednio konfrontujemy się z problemem, który musi zostać rozwiązany przez każdego popełniacza błędów: co to dokładnie jest? Co takiego zrobiłem, ze wplątałem się w te kłopoty? Sztuczka polega na tym, aby wykorzystać konkretne aspekty bałaganu, w którym się znalazłeś, w taki sposób, aby twoja następna próba
była oparta na tej wiedzy i nie stała się tylko kolejnym strzałem na oślep.” (str 35-36)

Postaraj się nabyć osobliwej praktyki delektowania się swoimi błędami, ciesząc się odkrywaniem dziwactw, które spowodowały, że zbłądziłeś. Później, gdy zaczerpniesz z tych błędów wszystkie możliwe korzyści, będziesz mógł z radością zostawić je za sobą i przejść do następnej, wielkiej okazji. Ale to nie wystarczy: powinieneś aktywnie szukać okazji do popełniania wielkich błędów tylko po to, aby móc je później naprawić” (str.37)

Urzeka mnie w tym rozumowaniu jedno: traktowanie myślenia nie jako obowiązek, człowieczą powinność itp. ale jako hobby, zagadki do rozwiązania, które przywołuje nam wszystko co nas otacza. Chociaż autor posługuje się przykładami z nauki, nie trudno znaleźć ich mnóstwo w codziennych interakcjach z ludźmi, na przykład na facebooku. Tropienie błędów rozumowania cudzych i własnych może być znakomitą ale i pouczającą rozrywką, a także przynieść niewymierne korzyści. Jeżeli bowiem mamy do czynienia np z przemówieniami wyborczymi dwóch polityków, z których każdy obiecuje gruszki na wierzbie, możemy spróbować wybrać tego, który wydaje się rozsądniejszy mimo, że jest mniej elokwentny i przystojny (co jest jednak rzeczą gustu) i nie otacza się dziećmi, pieskami i staruszkami. Wierzcie mi, może to sprawić wiele niespodzianek!

Przystępując do opisów technik wykrywania błędów w swoim myśleniu autor zaczyna od najprostszych, jak ZGADYWANIE. Oznacza ono eliminację nietrafnych wyników i kolejne przybliżanie właściwego rozwiązania. Tak działa dobór naturalny automatycznie zachowując wszystko, co działało do tej pory. Najczęściej wszystkie zmiany jako nietrafne prowadzą do śmierci, ale niektóre z nich okazują się korzystne i te są powielane w kolejnych pokoleniach. Wśród przykładów tej taktyki wymieniane są także: nawigacja morska przed wynalezieniem GPS (gdzie kolejne etapy pomiarów przybliżały właściwe rozwiązanie poprzez wprowadzanie poprawek). Także urządzenie GPS używa strategii opartej na popełnianiu i naprawianiu błędów aby zlokalizować położenie wobec satelity. Na taktyce tej oparte są niektóre karciane sztuczki, ukrywające wszystkie błędy (podobnie jak dobór naturalny) a eksponujące sukcesy, gdzie, jak pisze autor „ponad 90% stworzeń, które kiedyś żyły, zmarła bezpotomnie, ale żaden z twoich przodków nie podzielił tego losu”(str.41).

Kolejną strategią wykrywania błędów jest „REDUCTIO AD ABSURDUM” czyli przez parodię rozumowania Polega ona na tym, że bierzesz twierdzenie lub przypuszczenie będące przedmiotem analizy i sprawdzasz, czy możesz wywieść z niego jakieś niedorzeczne konsekwencje. Można poćwiczyć na takim stwierdzeniu:

żadne z nich nie dzierży w dłoni flagi Polski, mimo że zależy im na wolnej Polsce'”. http://tosterpandory.pl/ide-prosto-europejskie-kregi-na-wodzie/

Inne reguły myślenia, o których pisze autor, jak reguły: Rapoporta, prawo Sturgeona (90% wszystkiego to bzdury), Brzytwa Ockhama (nie należy mnożyć bytów ponad konieczność) i Miotła Ockhama (zamiatanie niewygodnych faktów pod dywan), wykorzystanie niefachowej publiczności jako przynęty (błąd niedostatecznego wyjaśnienia), Jootsingowanie (wyskakiwanie z systemu, lekceważenie reguł), gouldowanie – trzy gatunki itp, mimo obcojęzycznych nazw mogą znaleźć mnóstwo przykładów – w reklamie, polityce, perswazji rodzinnej, szkolnych podstawach programowych, dyskusjach zwyczajnych ludzi. Ich identyfikacja i obnażenie sposobu myślenia może przynieść wiele satysfakcji. Mnie ostatnio zafascynowało obnażenie błędów myślenia w takiej reklamie zachęcającej do zakupu: „Chcesz zmiany? Zacznij od wnętrza swojego domu: wybierz z nowych kolekcji na Vivrehome.pl.” Jak również w nieznośnych dla normalnego człowieka, nie będącego fanem motoryzacji, dialogi pseudo-dziennikarza, Macieja Zientarskiego, na temat zalet Toyoty.

Ostatnio pewien człowiek napisał:

Istnieją dwa rodzaje przynależności.
Pierwszym jest przynależność formalna.
Ma ona miejsce wtedy gdy ktoś uczestniczy w przedsięwzięciu fizycznie, osobiście.
Np. jest członkiem partii politycznej lub określonego kościoła czy grupy duchowej.
Działa wtedy czynnie, angażuje się.
Jest to zawsze związane z posiadaniem określonych poglądów, z których wynika taka a nie inna przynależność.
Człowiek taki podejmując życiowe decyzje, podpiera się kanonem wartości, które reprezentowane jest przez środowisko z którym się utożsamia.
Istnieje też inny rodzaj przynależności.
To przynależność fizyczna, oparta na zaszczepionych, często nieuświadomionych kodach mentalnych.” itp

Kiedy skrytykowałam jego rozumowanie pisząc:, że

„Przynależność formalna nie jest przynależnością fizyczną. Można przynależeć formalnie (być na jakiejś liście) ale nie uczestniczyć fizycznie w działaniach grupy. Skoro wywodzimy jakieś prawdy z innych prawd, bądźmy przynajmniej precyzyjni.”

osobnik ów obrzucił mnie zarzutami in personam:

„Pani nie odnosi się do treści tylko fantazjuje w oparciu o własne widzimisię.Nie wylewam żali tylko łajam Pani nadwyrężony intelekt. Widzi Pani różnicę?”

Dowcip w tym, że zmienił w swoim pierwotnym wpisie słowo fizyczna na nieformalna. 

Nie zmienia to jednak faktu, że na przykładzie jego wywodów można omówić cały podręcznik D.C. Denneta, chociaż, niestety, omawiając błędy rozumowania, nie wpadł na pomysł, że można być z gruntu nieuczciwym, zaprzeczając w żywe oczy temu, co się kiedyś powiedziało czy napisało. Ale to właśnie jest Polska i  polski styl myślenia. Podstawowy błąd, z jakim mamy do czynienia. Nie tyle bezmyślność, ile nieuczciwość. Perfidne cwaniactwo drobnego oszusta także w skali państwa.

Polecam wszystkim lekturę tej książki. Mimo, że autor używa przykładów z dyskusji naukowych, można ubawić się do łez. Ja, zgodnie z regułami demaskuję tezę, że zapłodniona komórka to życie poczęte i ze zdziwieniem stwierdzam, że absurdalne wnioski z tego rozumowania wynikające, upowszechniane są jako prawdy niewzruszone. Czyżbyśmy doszli do tego punktu, kiedy zawołanie ze znanej baśni „król jest nagi” budzi obrzydzenie i powszechną niewiarę?