Spełnione przepowiednie

IMG_2904

Wiele lat temu, gdy byłam jeszcze studentką polonistyki, wakacje spędzałam jako przedszkolanka na koloniach, co pozwalało mi jednocześnie na pobyt w pięknych miejscach naszego kraju, najedzenie się gotowanych potraw oraz przygotowywanie do zawodu nauczyciela (który porzuciłam po 5 latach pracy).

Lubiłam zawsze rozmawiać z ludźmi, bez wyboru i wcześniejszych założeń, a zwłaszcza z wiejskimi kobietami, możliwe, że dlatego, iż w ich towarzystwie nie czułam własnej niższości doznawanej na co dzień. Te rozmowy po latach zaowocowały moją powieścią „Sierotka”, gdzie chciałam dać głos wszystkim poniżanym dziewczynom w czasach, gdy kobiety były traktowane jak nic warte statystki męskich losów. Mój bardzo dobry znajomy, doktor filologii, ówczesny intelektualny autorytet, późniejszy naczelny redaktor literackiego czasopisma, zdający się (w moim przekonaniu) rozumieć wszelkie drgnienia ludzkiej duszy, kształtujący mój ogląd literackiego przetworzenia świata, w jakimś poważnym artykule kilka lat później określił kobiece pisanie jako „literaturę majtkową”. Dla niego i jemu podobnych, opowieści z babskiego punktu widzenia były żenujące, krążyły wokół porodów, miłości i nienawiści do świeżo urodzonych dzieci, rozmemłanej psychiki, rozpiętej między uczuciami a żałosną codziennością, z jej prymitywną cielesnością, niezrozumiałymi wymaganiami wobec świata, problemem akceptacji ludzkiej zwierzęcości, nawet zgłaszanym w postaci nie dosłownej, a przetworzonej w poezji. To nie były tematy godne jej doniosłości. Z jego punktu widzenia miałam podstawową wadę – nie byłam w stanie się zaszufladkować do określonej kategorii twórczej (co pokutuje do dziś mimo mojej starości). Ja zaś ubolewałam nad tym, że nie potrafię wyrwać się poza swój stan i w gruncie rzeczy niczego nie jestem pewna. Wiele lat wierzyłam jego oglądowi świata, co oczywiście jest świadectwem mojej życiowej naiwności, do czasu, gdy nie trafiłam na piękne teksty Jeana Geneta. Wszystko przemawiało przeciwko niemu, a zwłaszcza jego życiorys, jednak było to piękno i wzniosłość w pogardzanej odmianie miłości, nieakceptowane przez literackie lobby. Moim zdaniem czytałam wówczas najpiękniejsze teksty o miłości (choć całkiem nieprawomyślne). Cała reszta wpojonych mi literackich zastrzeżeń stanęła dużo później pod znakiem zapytania, ale to był dopiero początek.

Wracając jednak do czasów kolonii w podlaskiej scenerii (wieś Tokary): zgłosiła się do mnie pewna starsza kobieta w czasie, gdy pełniłam funkcję kierowniczki, z prośbą o sprzedaż zlewek dla jej świń. Takich próśb było kilka, ona jedna miała argumenty, które mnie przekonały. W zamian za to powróżyła mi moje losy aż do śmierci – co wówczas wydawało mi się śmieszne i głupie. Co mi ta kobieta wróżyła?

Po pierwsze męża bruneta i rówieśnika – podczas gdy ja zazwyczaj kochałam się w blondynach, nawet typie tzw. świńskich blondynów, uważanych za zrównoważonych intelektualistów i stanowiących całkowite przeciwieństwo do dziewczyn mojego rodzaju, o których rodzina mawiała, że nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Mój ideał męskości musiał być starszy ode mnie i być bardziej doświadczony – taki archetyp ojca, którego naprawdę nie miałam, ponieważ mój tata, nawet gdy był z nami, nigdy nie był dojrzałym facetem. Ewentualnie mógłby też być kimś o wiele młodszym ode mnie, na początku drogi zrozumienia między kobietą a mężczyzną, z którym odnajdywalibyśmy własne, niestandardowe ścieżki. W każdym razie nie oczekiwałam, że będzie moim rówieśnikiem, skądże znowu! Ci byli już ukształtowani w sposób nierokujący dla mnie nadziei.

Po drugie wróżyła mi dwóch synów, gdy ja pragnęłam posiadania córek. Nie będąc przekonania o tym, iż jakikolwiek mężczyzna może mnie zrozumieć, uznałam, że takiego zrozumienia mogę jedynie oczekiwać od ewentualnej córki. Miałam dla niej nawet gotowe imię – Ludmiła. Miała miłować ludzkość i każdą jej cząstkę, miała być dziewczyną silną i niezależną z właściwą dozą bezlitosności, której mnie brakowało. Mówiąc o dwóch synach, na początku wahała się. Jeden, dwóch – wreszcie zdecydowała się na dwóch. Okazało się, że miałam bliźnięta.

Po trzecie – kobieta owa oświadczyła mi, iż na starość wprawdzie nie zdobędę jakiegoś znaczącego majątku, ale nie będę miała problemów materialnych, co wydawało mi się zupełną bzdurą. Ja, która potrafiłam ukraść dziecku w parku bułkę z wędliną, nie miałabym problemów materialnych? Niemożliwe`! Lata całe brakowało mi pieniędzy do pierwszego, a tu taki luksus nie do wyobrażenia!

Przepowiedziała mi też inne wydarzenia w moim życiu, nie określając ich tak dokładnie, ale na przykład moment zagrożenia życia w drugiej jego połowie, co sprawdziło się w związku z wypadkiem komunikacyjnym.

Przepowiednie owej kobiety utkwiły mi w pamięci na wiele lat, ponieważ takie były nieprawdopodobne. A jednak spełniły się co do joty.

Dzisiaj, na starość wiem, że wiele kobiet ma talent przepowiadania przyszłości, choć im jest on większy, tym mniej mu wierzą. Czasami mówią sobie: będzie tak, i tak, i ku swojemu zdziwieniu trafiają w sedno. Nie są im potrzebne karty, astrologia i inne wspomagacze, same nie mają pojęcia, skąd ich talent się bierze i nazywają go niegroźnie intuicją. Niestety, talent ten rzadko trafia się wśród zawodowych przepowiadaczy, trudno więc na kogoś takiego natrafić.

Charakterystyczne jest także, że z im starszą osobą mamy do czynienia, tym mniej jest zainteresowana odgadywaniem i obnażaniem przyszłości. Większość z nich nie wierzy w zaskoczenia, sądzą więc, że nie warto się upewniać co do tego, co raczej powinno nastąpić. Odgadywanie rodzaju choroby, na którą się umrze, nie jest zabawne, ani do czegokolwiek potrzebne. Do zajęcia się przyszłością mogą jedynie skłonić sprawy życiowe jak na przykład ową kobietę chęć uzyskania stołówkowych zlewek dla swoich świń.

Ta kobieta, która nie wychodzi mi z pamięci, nie potrzebowała niczego do swoich wróżb, ani kart, ani patrzenia w rękę. Siedziała na kuchennym stołku, trzymając między nogami wiadro porzeczek, które przyniosła w prezencie i mówiła.

Wiele lat później zastanawiam się, jaki mechanizm odpowiada za przewidywanie przyszłości. Czy bierze się on z własnego wnętrza, własnej intuicji czy stanowi podpowiedź nieznanych sił, dających sygnały pozwalające wybrańcowi na wyczucie jakości czasu i atmosfery otaczającej danego człowieka. Może bierze się też ze sprzężenia dwóch osób, powodującego, iż rozumieją swoje losy bez słów, ponieważ istnieją między nimi wewnętrzne podobieństwa i nieświadomy kontakt. Dlaczego jednak rzadziej umieją przewidzieć własne losy? Czy brakuje do tego drugiej osoby?

Jan Witold Suliga na którymś ze swoich kursów Tarota demonstrował proces wróżenia na podstawie jednego z układów. Snuł swoją fikcyjną opowieść serwowaną hipotetycznemu klientowi ze swadą i bez wahania, jako ćwiczenie wyobraźni i umiejętności budowania fabuły. Wśród nas były osoby dość naiwne, skłonne do rozważań, jak w ogóle można wróżyć komuś, kto nie istnieje. Sądziły, że aby komuś wróżyć, trzeba świadomie i dokładnie wiedzieć, co się za chwilę powie. Potem ćwiczyliśmy w parach (które dobierały się same). Nie było łatwo: pytania do zadania ustalono dla wszystkich jednakowe i były one jak najbardziej konkretne. Nie można było lać wody, należało w odpowiedzi podać rok, miesiąc (w określonym zaokrągleniu) jakiegoś wydarzenia z życia, np. ślubu, urodzenia dziecka, jego płci itp. Pytań było dość dużo, tak żeby trudno było prawidłowo odpowiedzieć na większość, licząc na los szczęścia. Par było z dziesięć i wyraźnie dawało się dostrzec, że niektóre z nich odpowiadały bardzo dobrze, inne zaś za każdym razem trafiały kulą w płot. Powtórzenie ćwiczenia z odwróceniem ról w tych samych parach nie zmieniło trafności. Niestety, nie przeprowadzono ćwiczeń z innym układem par.

Do czego zmierzam? Mamy mnóstwo wróżek i wróżów, ale nie mamy żadnego systemu weryfikującego ich zdolności. Gdyby taki system istniał, jakieś zawody na przykład w trafności przewidywań, może udałoby się wyodrębnić i odkryć pewne prawidłowości. Z oczywistych względów nikt jednak taką rywalizacją nie jest zainteresowany.

I jeszcze jedno spostrzeżenie. Z moich obserwacji wynika, że we wróżeniu w zwykłych sprawach zwykłych ludzi znacznie lepsze są kobiety. Nie mają takich wpadek jak wróżący wydarzenia polityczne mężczyźni, których prognozy, z pozoru łatwo przewidywalne, nie sprawdzają się. Owszem, łatwo przewidzieć tendencje, ale trudno rzeczy niespodziewane. Co jest przyczyną tej przewagi kobiet? Zepchnięte zwykle do pogardliwie określanych „majtkowych spraw” tkwią w nich od wieków, a prawdziwe wróżby właśnie ich dotyczą. Dobry mąż, zły mąż, brunet, blondyn, dzieci, córki, synowie, druga kobieta, blondynka, brunetka, fałszywa przyjaciółka, pieniądze, zdrowie, życie, śmierć. Tylko na pytanie: „czy on kiedyś do mnie wróci?” litościwe wróżki odpowiadają dwuznacznie, choć wiadomo, że ten, kto odszedł, nigdy nie wraca, a jeśli nawet wraca, to nie jest ten sam.

Pod bardzo wieloma względami wróżenie jest literaturą.

Przykuci do czasu

Są ludzie zanurzeni w tym, co było i są też ludzie zatopieni w teraźniejszości, silnie z nią związani, ale związkiem negatywnym, pełnym żalu i pretensji, ocen sprawiedliwych lub nie, zawsze jednak bardzo subiektywnych, niczym zdradzeni kochankowie narzekający, jęczący, bezustannie sarkający i psioczący na wszystko.

Zastanawiam się, czy to nie jest ten sam gatunek ludzi — jednokierunkowych. Choć żyję dość długo, nie byłam w stanie obserwować rozwoju tego typu człowieka, ponieważ sama ewoluowałam i moje spojrzenie, jako nieobiektywne, nie może być wystarczające, Ze swojej ewolucji zauważyłam tylko to, że z krańcowego egotyzmu (nie mylić z egoizmem) w miarę upływu lat wyzwalałam się, przenosząc swoje zainteresowanie z siebie na innych ludzi. Jako młoda dziewczyna robiłam to z pewnego wewnętrznego przymusu (bo nie chciałam być zapatrzoną w siebie i patrzącą na świat jak koń z klapkami na oczach) i dopiero z biegiem czasu odnalazłam w takim oglądzie świata satysfakcję. Dlatego też moja obserwacja etapów przemiany ludzi jest wysoce niedoskonała. Mając jednak 75 lat, powinnam odznaczać się pewną przenikliwością umysłu, jeśli nie chcę być traktowana jako zdziecinniała staruszka. Muszę więc zabrać się do podsumowania swoich doświadczeń.

Wyrosłam w środowisku i w czasach, gdy podstawowym modelem społecznego zachowania było narzekanie. Ze zdziwieniem odkrywam, że pozostało ono nadal aktualne. Ostatnio przestałam obserwować pewnego wspaniałego astrologa, który marnował swój czas i zdolności na komentowanie bieżących wydarzeń (albo wypowiedzi) politycznych. Mimo zbieżnych często poglądów raziły mnie jego polityczne komentarze, nie tyle ze względów intelektualnych, ile z nieustannej permanentnej krytyki, bez różnicy czego dotyczyła, spraw ważnych czy dupereli. Nie chciałam tego czytać – z przyczyny nadmiaru złości wylewanej na świat, która dołowała mnie każdego rana, gdy odpalałam FB na swoim komputerze. Możliwe, że miał rację, ale ile negatywnych obrazów można znieść! Ile napaści na ludzi mających takie, a nie inne poglądy, postępujących tak czy inaczej, ba, wręcz myślących nie tak, jak my. Wszak mamy i własne, prywatne niemiłe sprawy i nie chcemy, żeby nasz wewnętrzny świat tracił równowagę za sprawą jakiegoś jęczyduszy (niezależnie od tego, ile miał racji). Nie chcemy też (przynajmniej ja) bawić się w ocenę i krytykę wszystkiego dosłownie, o czym usłyszymy lub przeczytamy, uważam bowiem taką reakcję jedynie za zaśmiecanie umysłu.

Dziś przeczytałam czyjś link do artykułu:

http://businessinsider.com.pl/technologie/nauka/narzekanie-wplyw-na-mozg-wedlug-psychologii/m8fzm18

skąd dowiedziałam się, że narzekanie niszczy mózg. Czułam to przez skórę!

Wydawało mi się zawsze, że człowiek narzekający, wpada w jakieś koleiny, które go niosą niczym samochód na wiejskiej drodze, a gdy staną się zbyt głębokie – co kiedyś widziałam – samochód zawiesza się i potrzeba dużo trudu i zewnętrznej siły, żeby go przestawić.

Podobne wrażenie jak z narzekaczami odnoszę przy spotkaniach z innymi jednostronnymi ludźmi, wspomnianymi na wstępie. Zanurzenie w tym, co było, jest czasem potrzebne, zwłaszcza osobom starszym. Pozwala wracać do niegdysiejszych spraw z bezpiecznej odległości czasowej, gdy wszystko, co się stało, już się stało i nic nie jest w stanie tego odmienić, bo paradoksalnie wpływa to w jakiś sposób na nasze poczucie bezpieczeństwa. Trzeba jednak mocno dbać o to, by nie wpaść w koleiny, w których łatwo się zawiesić, opowiadając na przykład co roku tę samą nudną historię o autokarowej wycieczce do Bułgarii za komuny lub powtarzając te same wielokrotnie przetrawione komunały.

I są też ludzie, którzy nie wyobrażają sobie, że kiedyś mogło być inaczej niż tu i teraz. Dla piszącego, występującego w roli czytelnika, jest to coś w rodzaju zgrzytu żelazem po szkle.

Czytuje się literackie gnioty, pisane bez żadnej dbałości o realia, ba, czyniące z tego niedbania zasługę, jako że „ludzie są zawsze tacy sami, w starożytności i dziś”. Kpi się na przykład z Sienkiewiczowskiej „Trylogii” i „Krzyżaków” z powodu stylizacji języka na archaiczną, co ponoć utrudnia czytanie. Mnie jednak razi, gdy dwaj rzymscy gladiatorzy przed walką rozmawiają, rzucając od czasu do czasu k…ami. W łacinie istniały zapewne przekleństwa, ale niekoniecznie były to typowo polskie odzywki.

Lekiem na takie książki jest lektura gazet sprzed stu albo więcej lat. Frapujące odmienności w sposobie zachowania, reakcjach i przyjmowania życiowych odmienności losu, są często zabawne, ale też dające do myślenia. To nieprawda, że jesteśmy tacy sami jak sto, czy dwieście, czy tysiąc lat temu. Z perspektywy czasu charakterystyka lat, które upłynęły, ujawnia pewne cechy, które możemy od razu zauważyć. Podstawową jest odczucie pewnej naiwności ludzi wcześniejszych generacji. Inną zauważalną cechą jest pozornie mniejsza komplikacja otaczającego ich świata. Wielu przedmiotów i problemów nie było wówczas albo dopiero się zaczynały, wiele zaś odchodziło w niepamięć i dziś już nie istnieją. Kto wie na przykład, co to są postoły, z czego je wyrabiano i do czego służyły? Owszem, przeczytałam gdzieś ostatnio, że powstała grupa reaktywująca ich wytwarzanie, ale to oczywiście tylko hobby. Inny wyraz: walansjenka – został zakwestionowany przez korektę mojej książki, jako niezrozumiały.

To mniejsze skomplikowanie świata, który odszedł, jest złudzeniem oczywiście, miał on bowiem także swoje specyficzne problemy, które dziś nie istnieją (jak i przedmioty i czynności oraz rytuały już zapomniane). Niegdysiejsza towarzyska etykieta, niezbędna do przebywania w grupie ludzkiej, odznaczała się z dzisiejszego punktu widzenia tak wysokim stopniem komplikacji, że obecnie stosowanie się do niej byłoby niemożliwe, jako że nasze czasy nie stawiają aż tak wysokich wymagań w tym zakresie, a i nikomu się nie chciałoby się męczyć. Przedmioty, których uczył się w seminarium nauczycielskim mój dziadek, powodowałyby przerażenie u dzisiejszego ucznia szkoły pomaturalnej. Nie dość, że łacina, greka i dwa języki nowożytne, to fortepian, skrzypce i trzeci wybrany instrument, dwa rodzaje rysunków plus inne znane nam przedmioty i inne specjalistyczne. Widać, chociażby z tego przykładu, że ówczesne życie nie było tak proste, jakby się wydawało. Nie było komputerów, telewizorów i współczesnej techniki, za to były rozbudowane umiejętności, dzisiaj popadające w niełaskę. Stosunki międzyludzkie nie były upraszczane z powodu ograniczania ich do jednego rodzaju, cząstkowych interakcji, swego rodzaju segmentacji (media społecznościowe, praca, związki towarzyskie, relacje biznesowe) tylko obejmowały całą możliwą gamę kontaktów.

Człowiek ma tendencję do upraszczania, lecz mimo niej, stopień komplikacji naszego życia nie staje się mniejszy. Uproszczenie w jednej dziedzinie nie pociąga za sobą uproszczeń w innych, przeciwnie, pozwala tamte bardziej komplikować.

Walka ze skomplikowaniem świata jest skazana na brak sukcesu. Mimo słownikowego ograniczania zjawisk (w myśl zasady, że co nie nazwane, nie istnieje) pojawiają się rzeczy nowe, dla których wymyśla się nowe nazwy, często zapominając już istniejące. Dlatego też śledzenie specyficznych cech dawnych lat pozwala nam wykryć trendy zmian i być może, przystosować się do nich. Prowadzenie dialogów i akcji w dziełach literackich i filmowych, których akcja toczy się w przeszłości, tak jak byśmy mieli do czynienia z współczesnością, jest pójściem na łatwiznę i niczego nie wnosi w nasz ogląd świata.

Przypisy:

postoły — łapcie plecione z łyka lub kory, noszone przez mieszkańców wsi od czasów słowiańskich i jeszcze przed II wojną światową na kresach RP

RysunekPostoły

walansjenki — drogie, delikatne, wąskie koronki klockowe najczęściej przedstawiające wzór kwiatowy, rozpowszechnione w XVIII i XIX wieku. Nazwa pochodzi od miasta we Francji Valanciennes — słynącego z wyrobu koronek. W biedniejszych polskich rodzinach mieszczańskich międzywojnia wykorzystywano zaledwie skrawki dla ozdobienia sukienek.

walansjenka

 

 

Twarze

Jako młoda dziewczyna odbierałam twarze i sylwetki ludzkie instynktownie. Nie zastanawiałam się nad cechami, które czynią je sympatycznymi i przyjaznymi; po prostu ktoś mi się podobał lub nie. Generalnie rzecz biorąc, nie lubiłam ludzi o ostrych rysach twarzy, zbyt malej odległości końca nosa od ust (ale miałam bliską, bardzo lubianą koleżankę o takiej twarzy) i zastanawiało mnie też niemiło umykające w bok spojrzenie. Ale też bałam się przedłużonych spojrzeń prosto w oczy, ponieważ sama tak nigdy nie umiałam patrzeć. Moi rodzice byli wyznawcami poglądu, że ktoś, kto nie umie patrzeć prosto w oczy, jest kłamcą, a konia z rzędem temu, kto nie złapie dzieciaka na kłamstwie, nawet bardzo niezdarnym, ale kłamstwie. Stając więc pod bystrym spojrzeniem rodziców, a zwłaszcza mamy, zaprawionej w bojach z zakonnicami sierocińca, których była wychowanką, nigdy nie byłam w stanie wytrzymać jej wzroku, nawet gdy nie kłamałam. Zostało mi to na lata całe, aż do pewnej pamiętnej chwili.

Jako kobieta w średnim wieku, niejako zawodowo zmuszona do demaskowania nieszczerości i oszustw, zaczęłam bliżej się przyglądać twarzom, mimice i gestom. Często umiałam wcześniej rozpoznać oszukiwanie w kontakcie z oszustem, ale nie potrafiłam wyodrębnić cech nieszczerości. O swojej bezsilności przekonywałam się nieraz tylko po to, żeby stwierdzić, iż wskazówki zawodowych psychologów, tropiących nieszczerość wyglądu, gestów i mowy ciała oraz wskazujących na nie, są zwyczajną ściemą. Unaoczniła mi to pewna poważna rozmowa z moimi przełożonymi, wskazująca na to, iż pewne gesty obnażają moją nieszczerość. Najważniejszym z nich było pocieranie boku nosa w chwili zamyślenia lub precyzowania wypowiedzi. Oczywiście dostosowałam się do ich sugestii i zaprzestałam pocierania nosa, zaowocowało to jednak pewnym zaciskaniem zębów w tych chwilach, na szczęście mnie widocznym. Ciekawym ujawnię, że gest ten powstał z powodu rzucenia palenia. Paliłam trzy paczki papierosów dziennie aż kiedyś w chorobie, wskutek sugestywnego snu, z dnia na dzień porzuciłam ten nałóg. Zostały jednak nawyki ruchowe, m.in. podnoszenie dłoni z papierosem do ust. Nie mając jednak w dłoni papierosa, zatrzymywałam ruch w połowie jego trwania i aby nie był pustym gestem, pocierałam palcami nos. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z rzekomą kłamliwością moich oświadczeń, co podejrzewała moja dyrektor. Zwłaszcza że z powodu mojej niepewności, nie byłam w stanie wytrzymać długo jej potępiającego wzroku.

Jeżeli ktoś sądzi, że nie jestem podatna na manipulację mowy ciała, to się bardzo myli, Dziś czytając artykuł w GW o psychopatach, dowiedziałam się, iż potrafią oni patrzeć długo i sugestywnie w oczy. Dodam od siebie, że jeżeli są posiadaczami jasnych oczu, np. bladoniebieskich, przeciwnik zawsze przegra w tej grze na spojrzenia. Z góry oświadczam, że ja też przegrywam. Wychowana w otoczeniu ludzi o niebieskich, świdrujących oczach albo czarnych, pewnych siebie, obdarzona oczami zielono-brązowo-żółtymi w dodatku cętkowanymi, nienadającymi się do uporczywej penetracji cudzego JA, niejako organicznie skazana jestem na klęskę.

Wracam do twarzy. Coraz częściej dziwię się, że twarze przedstawiane w telewizyjnych reklamach nie wydają mi się sympatyczne. A przecież nie jest zbyt trudno (za niemałe pieniądze) wyszukać ludzi, którzy mogą się takimi wydać. Czy oznacza to, że mój gust się wypaczył, czy może gust telewidzów? Wszak ocena człowieka od pierwszego spojrzenia jest dorobkiem naszej ewolucji (podobnie jak ocena smaku pożywienia), a jednak współcześnie łatwo nas zwodzi. Osobiście lubię ludzi myślących i bystrych i zastanawia mnie często fakt, że bohaterowie reklam robią wrażenie bezmyślnych i głupawych. Czy to dlatego tak dobiera się ich twarze, że część ludzi nie znosi w reklamach ich intensywności, usiłuje się więc skorygować wyrazistość i nachalność przekazu, czy też dlatego, żeby nikt nie poczuł się przytłoczony wizerunkiem kogoś mądrzejszego od siebie?

W te rozważania wpadłam, obejrzawszy stronę internetową wileńskiej galerii malarstwa „PGA Znad Wilii” mojej wieloletniej znajomej Wandy Mieczkowskiej. Wśród wielu wystaw malarstwa przedstawianych przez tę galerię, Wanda prezentuje dzieła sztuki intrygujące i zagadkowe. Tylko z powodu kraju, w którym się ona mieści, ceny obrazów nie odzwierciedlają ich artystycznej wartości. Moim prywatnym zdaniem gust Wandy wykracza poza nasze czasy. Do czego zmierzam? Jakiś czas temu swoje, a właściwie swojej chrzestnej córki prace prezentował Henryk Natalewicz, opisane w katalogu wystawy jako „Art Vilnius 2014, 19.06.2014 Ekspozycja Henryka Natalewicza, warsztaty dziecięce z chrzestną córką, krótki przegląd wystaw. fot. M. Mieczkowski” https://www.facebook.com/135558432751/photos/a.10150694478597752.414234.135558432751/10154582820977752/?type=3

Poniżej ów zestaw twarzy z wystawy:

15107366_10154582820977752_638802934945209304_n

Kontynuując temat: Galeria Znad Wilii pokazała ostatnio inny zestaw twarzy:

Twarze

Ten wręcz mnie zaszokował. W moim mieszkaniu znajdują się wyprawowe meble z czeczoty (fornir z drewna gruszki) z 2005 roku, siostry mojej babci, sporządzone na zamówienie, gdy ta ukończywszy 18 lat, udawała się na swoją pierwszą posadę nauczycielki na Kresach. Meble te kompletnie zalane w latach dziewięćdziesiątych, przez pęknięcie rury u sąsiadów z wyższego piętra, lepiej zniosły katastrofę niż PRL-owskie paździerzowe sklejki, chociaż nie wyszły z tej katastrofy bez szwanku. Od tamtej pory w niepełnej ciemności osiedla, w drzwiach bez lustra, widuję kilka twarzy. Twarze te zazwyczaj mają ciemne, badawcze oczy i choć nie są wyraźnie nieżyczliwe, mogą w niedobrych chwilach budzić nieco lęku. Na szczęście nie jest ich tak wiele. One nie odwracają wzroku ode mnie, tylko ja odwracam go od nich. Wiem oczywiście, że dwa ciemne punkty i poniżej znajdujące się symetryczne zawirowanie sugerują oczy i usta (bądź nos), jednak rozsądek swoją drogą, a wyobraźnia swoją.

IMG_2900

Podobne skojarzenia z tajemną mową starych mebli miał zapewne artysta namiętnie malujący dość potworne twarze, Chris Mars. Oto co zobaczył na starych krzesłach:

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=581500225392288&set=p.581500225392288&type=3

15940995_581500225392288_2360179219304517111_n

Jednak jego obrazy, choć fascynują, są dla mnie zbyt dosłowne. Poniżej tego przykład:

https://www.facebook.com/ChrisMarsArt/photos/a.73498505838.74039.40886515838/10155384059090839/?type=3

15995020_10155384059090839_2107806260163707122_o

Więcej jego obrazów można zobaczyć na stronie: https://www.facebook.com/ChrisMarsArt/

 

Wracam jednak do owego długiego, niebieskiego spojrzenia, które mnie kiedyś uwiodło. Czytam, że to właśnie psychopaci tak patrzą. Mnie jednak przeraża spojrzenie pewnej kobiety o ciemnych, okrągłych oczach sowy, krytycznej i oceniającej, spojrzenia mojej ciotki i pewnej windziarki, której zawdzięczam opowiadanie „Imieninowe przyjęcie”. Innym, świetlistym spojrzeniem bladobłękitnych oczu obdarzyłam negatywnego bohatera mojego opowiadania SF „Córka Dwugębnej” – kogoś w rodzaju inkwizytora. Jednak badawcze spojrzenie niebieskich oczu nie przeraża mnie bynajmniej, jak i perspektywa kontaktu z psychopatą. Wierzę, że potrafię je odróżnić. Gdybym to jednak ja miała niebieskie oczy! To ho ho! Albo jeszcze lepiej fiołkowe…

Motyw różnokolorowych oczu u jednej osoby lub skazy na oku często pojawia się w opowieściach i literaturze, rzekomo znamionując zdolności paranormalne albo aberracje obce normalnym ludziom, a także ich dziwny los. Przykładem może tu być sprawa zaginionej dziewczynki, prawdopodobnie uprowadzonej i zamordowanej Madeleine McCann, której plamka na tęczówce dotyka zaledwie 0,007 proc. ludzi, a jednak znaleziono łudząco podobną dziewczynę z taką samą skazą, która nie jest zaginioną. Czasami można nawet uwierzyć, że istotnie, odmienność wyglądu współistnieje z odmiennością losu (co nie oznacza oczywiście, iż zwyczajny wygląd znamionuje zupełnie przeciętnego człowieka). Sztuka jednak, a w jej ślad i my nie lubimy przeciętności, a przynajmniej nie przyznajemy się do tego, że ją lubimy, ponieważ preferujemy symetrię, także w twarzach i sylwetkach.

Marzenia i rozczarowania

Rozczarowanie

Zgodnie z panującymi obecnie oczekiwaniami należy bezwzględnie unikać rozczarowań. Z czego się bowiem one biorą? Słyszymy, że nadmiernych oczekiwań. Z postawy roszczeniowej. Z wygórowanego poglądu na temat swoich możliwości. I tak dalej. Dzieje się tak oczywiście z punktu widzenia obserwatorów, a nie samego rozczarowanego. Ten zaś może zapytać: Jakie oczekiwania są nadmierne? I przytoczyć mnóstwo przykładów, kiedy to, co wydawało się mrzonką, okazało się rezultatem działań możliwych do osiągnięcia z pewną dozą sprzyjających okoliczności.

Tak więc o realizacji oczekiwań niekoniecznie decyduje ich wymiar, a często okoliczności uboczne, na które oczekujący nie ma wpływu.

Następna sprawa: kto jest powołany do oceniania oczekiwań? Jakie ma do tego kwalifikacje? Jak uczciwe są jego zamiary? Jak bardzo kompensuje on swoją oceną własne problemy i niedostatki? Jednak takich pytań na ogół nie zadaje się, próbując przede wszystkim szukać zabezpieczeń przed rozczarowaniami i nie prowokować następnych. Ale prawdą jest, że kto śpi, nie błądzi, choć i ten pogląd można kwestionować.

Nadmierne oczekiwania, czyli zazwyczaj marzenia nie spełniają się, chociaż czasami… Sądzę, że nie są one w ogóle po to, by się spełniały, ale po to, by wytyczyć nam jakąś perspektywę. I dlatego są nam niezbędne do życia, mimo że wiemy to dopiero wówczas, gdy ich już nie mamy. Bywa tak.

Pamiętam taki moment w swoim życiu, gdy zetknęłam się z dyskusją psychologów w prasie czy telewizji na temat konieczności posiadania marzeń. Zadałam sobie wówczas pytanie o moje marzenia i z przerażeniem zaczęłam wymieniać je wg hierarchii pilności: wyspać się, nie stać w kolejkach, mieć wygodne buty, nie marznąć, nie oglądać więcej narzekających ludzi, nie słuchać politycznych sporów… Większość na NIE. Uświadomiłam sobie, że to przecież nie są w ogóle marzenia, to tylko doraźne pragnienia. Rangę marzeń nadaje im intensywność, z jaką doznaję nieistnienie dobrostanu za przyczyną świadomości tych braków, nie zaś ranga spraw, których dotyczą. Uświadomiłam sobie wówczas, jak bardzo smutne i jałowe prowadzę życie, skoro nie stać mnie nawet na prawdziwe marzenia. Cokolwiek przychodziło mi wówczas na myśl, dotyczyło rzeczy pospolitych, trywialnych oraz tego, czego nie chcę, a nie tego, czego pragnęłabym, gdybym się odważyła.

Zrozumiałam, że dysponując wyłącznie specyficznym rodzajem pseudomarzeń, nie czuję w ogóle smaku życia. Jest ono dla mnie czymś w rodzaju nieprzyprawionego kleiku na wodzie, w dodatku nie najświeższego. Ani smaku, ani zapachu, mdła nuda po prostu. Wolałabym już doznać rozczarowań, niż zapychać się tym kleikiem. On nie dawał mi żadnego powodu, żeby przez połowę miesiąca rano wstawać, biec na pierwszy autobus o czwartej pięćdziesiąt, półtorej godziny jechać przez miasto na dworzec autobusowy, a tam marznąc ustawiać się w kolejce do stanowiska, gdzie miał podjechać zdezelowany i śmierdzący w środku pojazd, aby w końcu bez ładu i składu przeciskać się i jeśli się uda, zająć miejsce siedzące. Potem podróż, stresujące kontrole w terenie, ludzie, do których należało podejść z dystansem i nieufnością, jakaś zupa w barze mlecznym i powrót, po którym w domu czekała sterta brudnych naczyń i różnych niemiłych spraw do załatwienia. Naprawdę nie było żadnego powodu dla takiego życia, poza poczuciem obowiązku i szacunku dla własnych zobowiązań. Powtarzałam sobie: świadomie takie życie wybrałaś, zakładając rodzinę, i jak mawiała moja mama: Cierp ciało, skoroś chciało. Oraz: nie jesteś pierwsza i nie ostatnia, wszystkie baby tak mają.

Przypomniałam sobie wówczas, ile miałam marzeń, będąc młodą dziewczyną. Setki! Od wielkich do małych, pisałam na ich temat nawet wiersze. Zwiedzać świat – to po pierwsze. Oglądać rzeczy przez nikogo nie oglądane, rozumieć to, czego przede mną nikt nie był w stanie zrozumieć. Doznać wielkiej miłości, a właściwie takiej jej odmiany, żeby to ktoś bardziej mnie kochał, niż ja jego. Być sławna i ważna dla innych – choć nie marzyłam o bogactwie, a jedynie o tym, aby nie przejmować się pieniędzmi i nie czuć jak śmieć przeganiany cudzymi emocjami. Moja sytuacja życiowa wówczas nie była szczególnie dobra ani stabilna, a jednak nie przeszkadzało to marzeniu. Dlaczego więc je utraciłam?

Zrozumiałam wówczas, że grobem marzeń nie jest rozczarowanie, a coś z pozoru odmiennego, realizacja jednego z nich.

Ja zrealizowałam swoje największe, choć nieuświadomione marzenie – poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Wybrałam drogę, która wiodła do tego, choć marzyłam też o podróżach, sławie i odkryciach. Tamte marzenia w dostępnej rzeczywistości wydawały się nierealne, a kiedy jedno z nich, wyjazd na drugą stronę globu stał się możliwy, po prostu przestraszyłam się tego ryzyka i kosztów osobistych, jakie mogłabym ponieść. Rozczarowanie, którego doznałam, nie występowało jako rozczarowanie, ponieważ otrzymałam to, co w istocie chciałam, tyle że okupione czymś innym. Koszty marzeń uświadomionych czasem wydają się tak wielkie, że wolimy marzeń nie realizować. W ten sposób robimy miejsce na coś, co nie wydaje nam się marzeniem, tylko zdroworozsądkową decyzją i dlatego uważamy je za bezpieczniejsze.

Marząc, nie myślimy o kosztach wcielania marzeń w życie, a zwłaszcza o kosztach marzeń nieuświadomionych. Zakładamy, że to, co otrzymamy, przeważać będzie nad negatywami, o których nie chcemy specjalnie rozmyślać. Jeśli robimy to mimo wszystko, często właśnie grzebiemy marzenia.

Tak więc skoro marzenia nie są jednakowo ważne, tak i rozczarowania niejednakowo ważą. Niestety, widać to dopiero u schyłku życia, gdy możemy mieć przed oczami skutki podjętych decyzji, a doświadczenie życiowe pozwala oszacować przybliżone koszty decyzji niepodjętych. Taka zabawa, w co by było, gdyby było, bez możliwości sprawdzenia słuszności domysłów. Doświadczenie to pozwala nam także zidentyfikować marzenia wcześniej nieuświadamiane, chociażby po lekturach tamtych czasów, piosenkach, które nuciliśmy pod nosem, widokach, do których tęskniliśmy i krajobrazach ze snów, które zostawały w nas po przebudzeniu. Dlatego też nie uznajemy czegoś za rozczarowanie, bo już wiemy, że w istocie rzeczy dostaliśmy coś, do czego dążyliśmy, choć może zapłaciliśmy za to zbyt wysoką cenę.

Taką ceną może być także utrata marzeń. Kto wie, czy nie największą. Brak smaku życia to brak napędu do działań, wegetacja. Zapewne wielu starszych ludzi z tego powodu popada w depresję. Po latach jednak marzenia mogą wrócić. Są oczywiście zupełnie inne, nie biorą pod uwagę możliwości, ale i pożegnanie z nimi nie jest rozczarowaniem.

Tworzymy sobie w wyobraźni zestaw scen, zaspokajających nasze marzenia (nie szkodzi, że nierealne) i korzystamy z nich, jak z lektury najwspanialszej książki lub pięknego filmu. Poruszając się w realu z balkonikiem, w swoich marzeniach mogę biec przez piękny las w strugach deszczu lub położyć się na kamienistym szczycie, porosłym kępkami suchej trawy, wpatrując się w przesuwające się chmury. Mogę tańczyć na błyszczącym parkiecie w takt pięknej melodii. Mogę też przywołać do swoich marzeń towarzyszy, nie szkodzi, że dawno nieżyjących i kończyć z nimi rozmowy nigdy niezaczęte. Mogę próbować zrozumieć coś, czego nigdy zrozumieć nie umiałam, budować hipotezy nie całkiem prawdopodobne, ale zawsze zgodne z moimi chęciami. Mogę być władczynią świata i przyznam, że choć czasem muszę rezygnować z któregoś ze swych marzeń, szybko staram się zastąpić go jakimś innym. I nigdy, przenigdy nie czuć z tego powodu rozczarowania. Nawet kiedy ktoś poda nam na talerzu nie to, na co liczyliśmy.

Rysunek1rzodkiewki

 

 

Zaciskając zęby

Zaciśnięte zęby

Pewien jeszcze dość młody (z mojej perspektywy) człowiek w ostatniej rozmowie zwierzył mi się, że szykuje się do spędzenia emerytury za granicą. Do tego, że Polska nie jest krajem przyjaznym starym ludziom, dodał jeszcze jedno spostrzeżenie, to mianowicie, że u nas wszystko odbywa się z zaciśnięciem zębów. Zastanawiałam się nad tym, co powiedział i stwierdziłam, że istotnie, ma rację.

Wszędzie gdzie indziej (a także za moich młodych lat) wszystkie przyjemności, hobby i zainteresowania, jako sprawy wynikające z własnej chęci, a nie z narzucenia przez kogoś, były przeżywane na luzie i w odprężeniu. Nawet gdy ktoś mógł i poświęcał swojej prywatnej aktywności wiele czasu i gdy specjalnie mu na niej zależało, swoje własne rytuały związane z tą aktywnością odbywał bez specjalnego napięcia, choć z zaangażowaniem. Może z jednym wyjątkiem – narzekania. To hobby zawsze powodowało eskalację negatywnych odczuć, a więc zaciskanie zębów i gromadzenie wewnętrznej amunicji. W ślad za tym jednak nie szło ciskanie dzidą lub strzał z procy (do czego przygotowywała nas chemia naszego ciała) i nierozładowana do końca emocja (jak nie trafiony strzał) wymuszała dalsze gromadzenie wewnętrznej wściekłości. I następne narzekania. Odbywało się to jednak w obiegu zamkniętym (wewnętrznym) i wśród ludzi tego samego pokroju. Nadejście Solidarności i podział społeczeństwa – często w poprzek rodzin – upowszechniło ów szczękościsk, choć daleko mu było jeszcze do obecnych przejawów.

Obecnie jest inaczej. Wszystko, czy to narzucone z zewnątrz, czy wymyślone przez siebie, ważne czy mało istotne, robimy ze zaciskaniem zębów i pięści. Jak pasażerowie siedzący obok kierowcy wciskamy urojone hamulce w odruchu chęci uzyskania wpływu na sytuację na drodze. Szczególnie zauważalne jest to u osób, które mają jedno zainteresowanie, jedną manię, jeden utrwalony zespół własnych niewzruszonych przekonań. Doskonale widoczne jest to w mediach społecznościowych, zwłaszcza w sprawach polityki czy okołopolitycznych – chociaż u nas wszystko bywa polityczne – od pieska, kotka do smogu i filmu. Temperatura wewnętrzna rośnie, a rozładowanie w wypowiedzianych, a zwłaszcza zapisanych słowach jest niewystarczające; zaciskanie zębów przenosi się więc i na dziedziny tradycyjnie wolne od napięcia. Część osób od agresji werbalnej przenosi się do rękoczynów, a niemożność takich przenosin (z racji dobrego wychowania na przykład, lub nieposiadania wystarczającej siły lub wyposażenia albo braku fizycznego przeciwnika) powoduje dodatkowy szczękościsk. Czasami bywa to zabawne, choć najczęściej jednocześnie smutne.

Wczoraj dyskutowaliśmy na ten temat w innym gronie i padło stwierdzenie, że dzieje się tak wskutek skrócenia dystansu między ludźmi. Ongiś człowiek miał stałe interakcje z kilkoma osobami w otoczeniu, pozostałe, z racji odległości kontaktowały się z opóźnieniem wynikającym, chociażby z czasu otrzymania odpowiedzi na list. Dziś z powodu mediów społecznościowych i łatwiejszych interakcji powstaje złudzenie, że wszyscy i wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a ponieważ kontaktów tych jest znacząco więcej, ludzki umysł i psychika tego nie wytrzymują. Hmm…

Mnie jednak zawsze zastanawiało, jak to się dzieje, że jedne społeczeństwa żyjące w tłoku (np. Chińczycy i inne wschodnie nacje) wykształciły w sobie kulturę takiego poruszania się, żeby między nimi a otoczeniem było jak najmniej tarć – np. drogą uprzejmości, nawet konwencjonalnej i bezosobowej – inne zaś, jak Rosjanie i obecnie, choć w mniejszym stopniu Polacy – rozpychania się łokciami, arogancji i zniecierpliwienia. Nie tłumaczy nas tempo życia i ilość zajęć – wszak Chińczycy albo Japończycy są nacją równie, albo bardziej pracowitą. Czy wieki wszechobecnej dyktatury wykształciły genetyczną uprzejmość?

Śmietniki Polski

Zbliża się koniec roku, a dla mnie czas po Sylwestrze i Nowym Roku to wszechmocny smród przepełnionych śmietników i szperacze w nocnym poszukiwaniu skarbów, wyrzucający ich zawartość na ziemię, hałasujący zgniatanymi puszkami. Święta Bożego Narodzenia to głośne i monotonne trzepanie dywanów. Trzech Króli to wylatujące przez okna drapaki choinek, a Nowy Rok to właśnie Święto Śmietników.

cialo1

Kilkakrotnie pisałam o śmietnikach Europy i pokrótce przypomnę te teksty i spostrzeżenia, jakie mi towarzyszyły:
— Odcinek 97 Babci ezoterycznej „Holandia z okien samochodu i głowy własnej” http://www.taraka.pl/holandia_okien_samochodu_glowy

— Odcinek 2 Babci ezoterycznej sezon II „Graciarnie Europy — Gospodarze miejsc i czasów” http://www.taraka.pl/graciarnie_europy_1_gospodarze)

— Odcinek 4 Babci ezoterycznej sezon II „Graciarnie Europy — Wiosenne porządki” http://www.taraka.pl/graciarnie_europy_2_wiosenne

— Odcinek 7 Babci ezoterycznej sezon II „Graciarnie Europy — Dom i okno” http://www.taraka.pl/graciarnie_europy_3_dom

— Odcinek 8 Babci ezoterycznej sezon II „Graciarnie Europy — Praca” http://www.taraka.pl/graciarnie_europy_4_praca

— Odcinek 10 Babci ezoterycznej sezon II „Graciarnie Europy — Buty” http://www.taraka.pl/graciarnie_europy_5_buty

— Odcinek 13 Prababci mniej ezoterycznej „Piłeczki do sikania”

http://www.taraka.pl/pileczki_do_sikania

W Holandii przebywałam u małżeństwa, które skupowało, naprawiało i sprzedawało w Polsce używane meble i inne przedmioty, zwłaszcza naczynia oraz ozdoby domowe, w Polsce odwiedziłam kilka sklepów sprzedających te przedmioty. Na początek to, co mnie zaskoczyło w Holandii — stosunek do przedmiotów, a właściwie zupełnie inna hierarchia wartości tychże. Zaczynając od przedmiotów będących wytworem przyrody, na przykład kamieni: Holandia ma niewielki zasób tychże i są one ogromnie szanowane. Do tego stopnia, iż za ozdobę często służą kupki kamieni na trawnikach przed domami. Nie są one tym, czym np. w Polsce tzw. ogródki skalne, czyli sterty kamieni uzupełnione ziemią i posadzonymi roślinami, gdzie kamienie stanowią jedynie podbudowę, a główną ozdobą są posadzone rośliny o różnych wysokościach, przemyślanie skomponowanych kształtach i kolorach. Holenderskie kamienie same w sobie mają stanowić ozdobę i są sprzedawane w centrach handlowych typu nasz „dom i ogród”, a także na przygodnych imprezach handlowych.

kamienie1

kamienie2

Zupełnie inny stosunek do kamieni zaobserwowałam w Szwecji. Tam skał jest ogromna ilość i często architektura jest „wbudowana” w nie. Pod Sztokholmem zobaczyłam bardzo malowniczą ścianę skalistego pagórka, który niszczono, wydobywając i krusząc skały na żwir. Wyśmiano moje zastrzeżenia do likwidacji tak pięknego krajobrazu, twierdząc, że jestem chyba jedyną osobą, której żal szwedzkich kamieni.

To prawda, że lubię kamienie. Szczególny zaś sentyment mam do znalezionej po orce na jakimś polu wyszczerbionej skrobaczki pradawnej kobiety. Wstydliwie przechowuję swoją kolekcję, a każdy kamień z czymś albo kimś mi się kojarzy. Niech poświadczy to poniższe zdjęcie:

kamienie3

Wracając do tematu: sądzę, że przekłada się to także na stosunek do przedmiotów stanowiących wytwór rąk człowieka. Holenderskie meble są z litego drewna, ciężkie, bardzo trwałe. Wyrzucane łatwo naprawić i odsprzedać za granicę. Często przechodzą z pokolenia na pokolenie, opuszczają mieszkanie właściciela, gdy ten umiera lub jeśli jest samotny i przenosi się do domu starców.

meble3

Polskie meble wyrzucane na śmietniki to najczęściej pamiętające PRL meblościanki z płyt. Mebli z litego drewna prawie się nie spotyka, chyba że są to zagraniczne meble używane, których przydatność dobiegła kresu. Odnoszę wrażenie, że jest to odbiciem pewnego rodzaju tymczasowości panującej w świadomości Polaków.

meble4

Zauważalna bylejakość we wszystkich naszych poczynaniach także świadczy o braku stabilizacji i tradycji – szczególnie widocznych w przedmiotach, których funkcją jest ozdabianie. Eksplozja złego gustu zwłaszcza widoczna jest na śmietnikach i licytacjach drobiazgów na cele społecznie pożyteczne, np. na schroniska dla zwierząt. Zadziwiającą brzydotą odznaczają się także zabawki dziecięce, nie tylko te zużyte i wyrzucane, ale także nowe – w sklepach i na reklamach. Poniżej przedświąteczna reklama zabawek w Gazecie Wyborczej z dnia 19 grudnia b.r. Żadnej kolorystycznej subtelności, wszystkie barwy biją po oczach.

zabawki5

Obserwując holenderskie przedmioty pełniące funkcję ozdobną, także zabawki widoczne jest ich powiązanie z życiem codziennym. Przedstawiają ludzi zajętych pracą, życie rodzinne. Poniżej kilka zdjęć takich zabawek.

zabawki6

Oczywiście estetyka ich z biegiem czasu się zmienia, ale zawsze przedstawiane figurki obrazują ciepło rodzinne i codzienną pracę. Podobne tendencje widać w innych przedmiotach ozdabiających mieszkania starszych Holendrów.

Zupełnie inne zabawki widzimy na śmietnikach Polski. Najczęściej są to samochody, samoloty i inne wytwory techniki tudzież gry i przedmioty. Są tam także rozmaite stwory i wymyślone postaci, ale żadna z nich nie zajmuje się niczym konstruktywnym. Pamiętam, kiedy mój wnuk oglądał filmy z serii „Bob budowniczy”, uderzyło mnie, że prezentowane w nich maszyny budowlane np. walce drogowe, dźwigi, samochody nie służyły do wykonywania jakiejś sensownej pracy, a raczej do płatania psikusów, rozjeżdżania i niszczenia innych maszyn. Wydaje się, że tak zauroczyła nas, jako społeczeństwo techniczna możliwość osiągania czystych i jasnych barw, że sztuka ich gustownego zestawiania całkowicie poszła w kąt. Dzieci wychowane na takich zabawkach, atakowane jaskrawymi kolorami i ostrymi, głośnymi dźwiękami, tudzież szybko zmieniającymi się obrazami kreskówek są nadmiernie stymulowane, co w przyszłości zaowocuje nieumiejętnością przeżywania sztuki i brakiem refleksji, na którą w natłoku wrażeń nie ma czasu. Powszechną podatność na utopijne wizje świata, teorie spiskowe i prymitywne osądy polityków także chyba można rozumieć jako jeden z bardziej dalekosiężnych skutków ogólnej bylejakości.

zabawki7

I na koniec sprawa utylizacji śmieci. Jest ona coraz większym problemem świata i naszym, chociaż Polska pod tym względem ciągnie się daleko w ogonie. U nas segregujemy śmiecie na frakcję suchą, szkło i zmieszane, moja koleżanka w Holandii na sześć frakcji, w tym plastik i papier oddzielnie. Podziwiałam jej pewność i zdecydowanie, bowiem w naszych śmieciach często nie wiadomo co jest plastikiem a co papierem (np. kartony po sokach czy mleku, etykiety butelek, opakowania batonów i cukierków itp.) W dodatku jako posiadaczka domku letniskowego widzę, że mimo przymusowej opłaty śmieciowej mnóstwo ludzi wyrzuca śmieci do lasu. Czasami im się nie dziwię, bo my nasze śmieci, zwłaszcza gdy jest ich mało, najczęściej wozimy do domu z tego powodu, że jednorazowa wywózka w sezonie jesienno zimowym jest stanowczo niewystarczająca. Także nie wszędzie docierają śmieciarki; dopiero bombardowanie gminy mailami czasem pomaga. Worki pozostawiane przed domami, a zabierane w sezonie raz w miesiącu, rozwłóczą zwierzęta albo uszkodzą zawieje czy deszcze. Jednak wiezienie śmieci przez parę godzin samochodem osobowym razem z bagażami nie jest zbyt miłe, w dodatku w mieście czepiają się tego przywożenia dozorcy. Oczywiście wynika to z faktu, że zastosowano rozwiązania jedynie „dla oka”, a nie z troski o środowisko. Wnosząc opłatę śmieciową w dwóch miejscach, jestem wykorzystywana jako źródło dodatkowego zarobku gminy. Zamykanie blokowych śmietników nie przeszkadza szperaczom, za to utrudnia życie ludziom, którzy akurat nie są dysponentami kluczy od śmietnika lub nie mają ich przy sobie.

Także więc i tu widoczna jest polska bylejakość i fasadowość przedsięwzięć.

Szkoła przetrwania

W połowie lat siedemdziesiątych pewien chłopiec pisał list z obozu harcerskiego do swojej babci.

rysunek1

Jako jednak był to głęboki PRL, listy dzieci z kolonii i obozów zawsze były poddawane cenzurze wychowawców lub innych osób, ponieważ dzieci głupoty piszą. Sama, jako nauczycielka pracująca w szkole kilka lat i wyjeżdżająca na obozy tudzież kolonie letnie, z obowiązku tego wywiązywałam się niechętnie, nie dlatego żebym uważała wówczas kontrolę korespondencji za coś złego. ale po prostu szkoda mi było na to czasu. (Dzisiaj patrzę na to inaczej, chociaż… Prawdą jest iż fantazja dzieci i ubarwianie rzeczywistości nie zna granic).

Dlatego też przepuściłam pewien list z zimowiska, co skutkowało wielką aferą. Sprawa miała się tak: Po względnie ciepłej pogodzie któregoś dnia nagle przyszedł silny mróz. Byłam z dziećmi na spacerze nad strumykiem, którego woda była znacznie cieplejsza niż powietrze i silnie parowała. Nie jest to często spotykane zjawisko, więc dzieciaki były podekscytowane. Wyjaśniłam im powody tego parowania, podobnie jak i parowania oddechów i dzieci chciały zamoczyć ręce, żeby sprawdzić temperaturę wody, a jedna z dziewczynek w zapale umyła sobie w wodzie ze strumyka buzię. Potem dzieci pisały listy do domu (to był akurat dzień pisania listów), a że grupa była spora, skontrolowałam je pobieżnie. Dwa dni później zjechała cała grupa mam i tatusiów stanowczo żądając zabrania dzieci do domu przed końcem zimowiska i surowego ukarania wychowawczyni, narażającej zdrowie albo nawet życie ich pociech.

Co się okazało? Jedna z dziewczynek napisała w liście, że był silny mróz ale woda w strumyku była tak ciepła, że dzieci się kąpały.

Ale wracam do ingerencji wychowawców do treści listów. Tutaj widać ją w nagłówku. Dzieciak piszący przytoczony list miał babcię ale nie miał już dziadka, który zmarł. Jednak ktoś wytłumaczył dzieciom, że listy pisze się do babci i dziadka lub taty i mamy razem, i chłopiec posłuchał.

Dalsza treść jest niemniej ciekawa. Obecnie podobny program mają obozy survivalowe dla młodzieży, organizowane zresztą za niemałe pieniądze.

Reklamują się na przykład tak:

„EKSPEDYCJA ADRENALINY- Całodzienna wyprawa w teren, budowanie obozowiska, gotowanie na ogniu, nocleg w lesie, zadania wyzwania i Adrenalina dla każdego„

albo:

„Survival Camp

pionierka – budowanie sprzętów codziennego użytku, organizacja obozowiska

węzły – nauka wiązania różnego rodzaju węzłów i splotów

ogień – dowiesz się jak i gdzie najlepiej rozpalić ognisko

żywność – techniki pozyskiwania pożywienia i wody, kuchnia naturalna

budowa schronienia – schronienie improwizowane

zielona kuchnia – własnoręczne zdobywanie i przygotowywanie survivalowych posiłków (m.in. własnoręczne oprawianie ryby)”

O tym, że to tylko udawanie, przekonuje c.d. reklamy

„Jedzenie podawane w klimatyzowanej sali jadalnej. Smaczna kuchnia europejska i polska uwzględnia dietę wegetariańską  obejmuje cztery posiłki dziennie : śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację oraz suchy prowiant na drogę (opcja z transportem)”

Nawet więc nie ma potrzeby pieszego wędrowania z plecakiem! Tymczasem harcerz musiał sam zbudować sobie pryczę tj. zbić z drążków stelaż i wypełnić go przeplatanką ze sznurka (dziesięciolatek z listu na szczęście miał polowe łóżka, które zapewne, podobnie jak ocieplane namioty udało się wypożyczyć od wojska), napełnić siennik słomą albo sianem, (prawdziwy siennik można obejrzeć pod linkiem: http://natule.pl/siennik-naturalny-materac/ — wyszukiwarka grafiki Google pokazała tylko jeden prawdziwy siennik – inne to były jakieś maty z prasowanej słomy albo materace po prostu), wybudować latrynę i kuchnię.. Naczynia i kotły od gotowania myło się w strumyku i szorowało piaskiem, oczywiście nie używając żadnych detergentów, co powodowało, że zawsze były tłuste. Poza przyjazdem nie było żadnego transportu rzeczy, wodę nosiło się wiadrami ze strumienia, a prowiant przywoziło ze sklepu ręcznym wózkiem, jeśli płaski teren na to pozwalał, jeśli nie, nosiło się w plecaku, a większe ładunki na drągach przez kilka zmieniających się dwójek „tragarzy”. Plecaki nie były to takie zabawki, jak dziś się nosi na plecach, tylko wielkie i ciężkie, prawdziwe toboły. Oplecione zrolowanym kocem, z przytroczonymi menażkami i metalowymi butelkami na wodę (nie było jeszcze plastikowych), z przywieszonymi za sznurowadła dodatkowym obuwiem ,schnącym w marszu, ważyły zazwyczaj bardzo dużo i brzęczały przy chodzeniu. Nikt nie słyszał o kuchni europejskiej ani wegetariańskiej kuchni, jak również o klimatyzowanej sali jadalnej. Jadło się to, co samemu ugotowało. Kartofle z zsiadłym mlekiem, jakąś zupę albo kluski, czy kaszę. Czasem gotowało się na ognisku, a czasem można było pożyczyć od wojska kuchnię polową. Poniżej zdjęcie takiej, na której ja kiedyś grzałam dzieciom wodę do mycia:

kuchnia-polowa001

Zachętą dla harcerzy było zdobywanie sprawności. Dodać muszę, że obozy te były dotowane i opłaty wnoszone przez rodziców na ogół bardzo skromne. Dziś taki obóz kosztuje drożej niż niejedne wczasy dla 1 osoby w ciepłych krajach. Jako wspomnienie rozczuliła mnie prawie freudowska pomyłka – brak „gumy do życia”. I te niewielkie wymagania: pasek i latarka. Ech, łza się w oku kręci…

Na zakończenie list, tym razem z kolonii letniej. Tutaj też wychowawczo – choć nieco w innym rodzaju. Swego rodzaju też szkoła przetrwania — tyle że psychicznego.

rysunek3

O miłości trochę przedpotopowo

Miłość jest tematem, który wszystkich interesuje. Pamiętam siebie jako czternastolatkę z wypiekami na twarzy i w tajemnicy przed rodzicami zgłębiającą lekturę powieści „o miłości”. Tym większym szokiem dla mej idealistycznej i naiwnej natury okazała się sprawa rozwodowa rodziców na której zmuszono mnie do występowania w roli świadka i zajmowania stanowiska w sprawach, o których nie miałam zielonego pojęcia – także w sprawie własnej przyszłości. Ostatnie podrygi naiwności przejawiłam tuż przed zamążpójściem i choć ogólnie biorąc moje małżeństwo było udane, odbiegało o całe lata świetlne od moich naiwnych wyobrażeń. Byłam pewna że małżeństwo to taka przedłużona randka, gdy siedzi się we własnych czterech kątach na wygodnej kanapie, trzyma się za rączki i zwierza z najtajniejszych spraw. Razem chce się zbawiać świat i naprawiać wszystko, co popsute.

Niestety nie było ani własnego kąta, ani wygodnej kanapy, ani przedłużonej randki; co więcej, nie było żadnych zwierzeń i rozmów o sprawach najistotniejszych, a w tym i uczuciach. Dopiero wówczas zorientowałam się, że rozmawianie z innymi ludźmi jest tylko wówczas owocne, gdy ci inni chcą z nami rozmawiać. Kulą w płot trafiają liczni psychologowie z ich poradami, nawołując do omawiania przez pary spraw, które ich dzielą. Jest całe mnóstwo ludzi, często dobrych i odpowiedzialnych, którzy nie chcą z nami rozmawiać i im bardziej trudna sprawa, im więcej mamy wątpliwości, tym mniej chcą o tym rozmawiać. Po jakimś czasie zrozumiałam, że ważne jest pochodzenie, nie w sensie oczywiście klasowym czy środowiskowym, chociaż i to rzutuje na przyszłość związku, ale tradycje rodzinne, a więc czy rodzice rozmawiali z dziećmi, czy tylko wydawali im polecenia i karali, nie wnikając w myśli dzieci. Dziecko wychowane w trudnych emocjonalnie warunkach, obserwujące nieraz wszechwładną przemoc, nie tylko we własnej rodzinie, dziecko z którym nikt nie rozmawiał, a które zmuszone było samemu dawać sobie radę nieraz i ze sprawami o wymiarze ostatecznym – nigdy nie będzie dobrym rozmówcą w żadnej sprawie. Może nauczyć się wygłaszać przemowy, ale nie rozmawiać. U takich ludzi ważne jest co robią, a nie to, co mówią. W moim i starszych pokoleniach, urodzonych w czasie II wojny światowej, a nawet tuż po wojnie, zanim nastał tzw. „pierwszy wyż demograficzny” – kiedy zaczęły się rodzić dzieci chciane – takich ludzi jest większość. Czy to oznacza, że w moich rocznikach nie było miłości? Że nie było związków szczęśliwych, że w nich nie było spraw ciemnych, skrywanych, emocji wypartych i nie przepracowanych? Oczywiście nie. Tylko ludzie inaczej sobie dawali z nimi radę. I inne mieli wymagania. Inne sprawy były dla nich ważne.

Temat ten nasunął mi się w związku z kilkoma artykułami w Tarace, których autorki prezentują idealistyczną wizję miłości, prawie że bezwarunkowej i pełnego porozumienia ciał i dusz. Obserwacje szczęśliwej pary prowadzą jedną z nich do wniosku, że „Dwoje autentycznie kochających się ludzi roztacza wokół siebie aurę prawdziwego, zdrowego uczucia i spokoju. W świecie, gdzie wokół ludzie wzajemnie się obrażają, niszczą, nie tolerują i zabijają, a przytulanki można kupić już za kilkadziesiąt dolarów, bliskość z drugim człowiekiem stała się dobrem nadzwyczajnym i już niedługo trudnym do zdobycia.”

Alicja Baba w artykule „Miłość w cieniu czarnej dziury”

http://www.taraka.pl/milosc_w_cieniu_czarnej_dziury

odpowiedzialną za niepowodzenia w dążeniu do miłości czyni jedną stronę —: bo nie poznała wystarczająco siebie, bo bała się odrzucenia, bo nie potrafiła się wyzwolić z doświadczeń przeszłości, broniła się przed przyznaniem, że potrzebuje bliskości i nie umiała rozmawiać o swoich uczuciach. Swoje uwagi do tego artykułu zamieściłam pod nim, teraz jednak chcę napisać o swojej wizji miłości. Skłania mnie do tego jedno zdanie tego artykułu: Pisząc o owej czarnej dziurze, autorka charakteryzuje ją: Ten czarny wir to wewnętrzna śmierć, a śmierć to coś większego i niewytłumaczalnego, a także coś, co najlepiej zostawić sobie na sam koniec życia.”

W ten sposób obnaża swój sposób myślenia – osoby młodej, która niejedno doświadczyła – na miarę doświadczeń siedemdziesięciu lat bez wojny – ale nie chce i nie zamierza myśleć o tym, co będzie u kresu życia. Jakby ten kres unieważniał wszystko i czynił zbędnym wszelkie badania, nawet czarnych dziur. To jest zasadnicza różnica między czasem obecnym, a tym, w którym śmierć, umieranie, rodzaj tego umierania i postawa wobec śmierci były czymś najważniejszym, określającym człowieka.

Ten sposób myślenia osób nie znających tamtych czasów wpisuje się w powszechny obecnie kanon szczęścia wskazujący na to, że wszelkie wartości, przemyślenia, wskazówki dotyczyć powinny ludzi młodych jeszcze, ponieważ na starość wszystkich nas czeka wegetacja, zarówno poznawcza jak i sprawcza, nie mają więc sensu żadne działania zaplanowane na ten czas i lepiej go w ogóle pominąć w rozważaniach.

Takie myślenie ma uwarunkowania historyczne, zwłaszcza w młodych i niedojrzałych społeczeństwach, nastawionych na rozwój fizyczności. Także tych, wojowniczych, w których starcy byli rzadkością z wiadomych względów. Jednym z wielu przykładów jest prawodawstwo Sparty, w którym ponoć upicie się karano śmiercią, ale starcy powyżej 60 lat mogli czynić to bezkarnie, co rozumiem jako postawę zbliżoną do tej w dowcipie o nowym kodeksie drogowym, który rzekomo ma zezwolić emerytom, rencistom i niepełnosprawnym na przechodzenie przez jezdnię przy czerwonym świetle. Oba rozwiązania prawne mają wyrażać brak zainteresowania losem tej grupy osób.

Niemniej my, stare osoby istniejemy i póki co jest nas za dużo, lepiej więc nie poszukiwać naszych doświadczeń, można bowiem natrafić na sprawy nudne i zdaniem młodych dawno przebrzmiałe. Rozwój techniki ich zdaniem unieważnia wszelkie doświadczenia, a nie wyobrażają sobie na przykład nowoczesnej wojny bez techniki. Nie przyjdzie im do głowy, że technika może paść pierwsza i wówczas od tego czy będziemy potrafili skrzesać ogień, podsycić go i ugotować coś z niczego, może zależeć nasze życie. W takim krajobrazie nie jest i nie będzie najważniejsze, co ktoś mówi i czy zwierza się sobie, czy miłość jest zdrowa czy niezdrowa, czy para promieniuje swoim uczuciem czy nie, za to sprawą pierwszoplanową jest troska o drugą osobę, bystrość, szybka orientacja w realiach, przemyślność, wiedza i instynkt. Milczenie nie jest przeszkodą, żeby ktoś był najlepszym partnerem na trudne czasy. Nie są też taką przeszkodą sprawy seksu, ponieważ aby seks był udany muszą najpierw być zaspokojone wszystkie inne potrzeby człowieka jak głód, pragnienie i wreszcie poczucie bezpieczeństwa. Takich związków nie rozwiązuje się pochopnie z powodu wad charakterów, nieudanego seksu czy wreszcie deficytu wyglądu. I nie czarne dziury wewnątrz człowieka są powodem przemyśleń i analizy, a realność stopniowana od spraw najważniejszych do mniej ważnych.

Oczywiście, jak wówczas tak i dziś zawsze istnieją miłości nieszczęśliwe, niespełnione lub z przeszkodami. I jak dziś są osoby, które mają pecha w związkach oraz te, którym wszystko zawsze się układało. I wówczas, jak i dziś istnieją niespełnione marzenia, z tą tylko różnicą, że odrębność marzeń i rzeczywistości zawsze była wyraźnie dostrzegalna. Obecnie natomiast wydaje się, że obie te kategorie zmieszały się, tak jak ongiś były pomieszane w umysłach nastolatek.

Jest pewien portal dla seniorów bardzo silnie reklamujący się na FB, pełen informacji dla ludzi starszych ale często serwowanych z punktu widzenia młodych. Nie zawsze czymś atrakcyjnym dla seniorów są tańcujące wieczorki lub specjalnie dla nich portale randkowe. W jednej z takich informacji przeczytałam, że nawet wydarzył się przypadek, że na randkę umówiła się pani po siedemdziesiątce. Nawet!

Nie oznacza to oczywiście, że ludzie starzy nie pragną towarzystwa i możliwości rozrywki. Myślę jednak, że mają inne wymagania niż nastolatki. Ja o sobie mogę powiedzieć, że mam przyjaciół w różnym wieku, od bardzo młodych do starych i jeśli czasem myślę o ich wieku, to w kontekście tego, w jakiej epoce przyszli na świat. Tak się jednak składa, że rozmawia mi się lepiej z ludźmi młodszymi, są bardziej otwarci i mniej mają tematów tabu, jednak prawdziwe zrozumienie odnajduję czasem wśród tych, którzy rozmawiać nie lubią i nie chcą. Chyba, że nadal zostałam naiwną siedemdziesieciopięcioletnią dziewczynką. Nie odróżniającą zdrowej od niezdrowej miłości.

Zresztą ciekawym zagadnieniem do przeanalizowania i porównań byłoby pojęcia zdrowej i niezdrowej miłości, powiedzmy sto lat wstecz i obecnie. Niestety, autorka artykułu uchyliła się od wypowiedzi w tej sprawie.

img_-serce2843

Gołębie s… na bank

Jest sobie taki pseudoapartamentowiec w jednej z nowych dzielnic Warszawy, a w nim bardzo wiele mieszkań. Były one stosunkowo tanie, więc zasiedliły je gromadnie młode rodziny. Mieszkania są na ogół niewielkie i podstawową ich tendencją jest udawanie czegoś lepszego. Za PRL budowano tak zwane ciemne kuchnie, teraz zrezygnowano ze ścianki dzielącej kuchnię od salonu z obowiązkowym, wpisującym się w estetykę stołówek okienkiem po środku, tworząc tym samym iluzję salonokuchni i odpierając tym samym niechęć do kuchni bez okna. Tych iluzji jest więcej i zapewne skojarzenia z nimi kierowały osobami nadającymi nazwę ulicy, przy której budynek się mieści.

Ponieważ blok tylko udaje apartamentowiec, wiele rzeczy jest skonstruowanych jak najniższym kosztem; zwłaszcza te, które mają służyć osobom niepełnosprawnym są lekceważone, wszak mieszkają tu ludzie młodzi. Miedzy innymi schody prowadzące do oddziału pewnego banku nie są normalnymi schodami, tylko metalową kładką, podobną przeciwpożarowym konstrukcjom w dużych amerykańskich miastach. O ile jednak tam na co dzień nikt nie łazi po schodkach przeciwpożarowych, o tyle rzeczoną konstrukcję upodobały sobie dzieci skacząc po niej i tupiąc, jako że można tworzyć odrębne koncerty poruszając się po niej rytmicznie. Nawet małe pieski pod dyktando właścicieli wydają odpowiednie dźwięki, tak jest ona wrażliwa muzycznie. Wiem coś o tym, bo w mieszkaniu tym spędziłam kiedyś parę dni i z ulgą je opuściłam (wyłącznie z powodu tych schodków).

Ostatnio mieszkańcy otrzymali pismo od administracji:

snipimage

Eufeministycznie określony „lokal na parterze” to właśnie ów bank mieszczący się na półpietrze, któremu przeszkadzają odchody gołębi. Zapewne nie ma komu sprzątać tych metalowych, ażurowych schodków, którymi i tak nie chodzą pracownicy, bowiem oni mają do dyspozycji windę wewnątrz budynku. Oczywiście bank nie zwróci się po sąsiedzku do współlokatorów budynku, tylko dla większego posłuchu i „mocy urzędowej” posługuje się rzekomą „władzą”. Niemniej administracja budynku uważa, że gołębie w locie nie wypróżniają się i koniecznie musi ktoś im umożliwiać zagnieżdżenie się na balkonie, aby odchody pojawiły się na terenie szacownej zapewne instytucji, której jednak nie stać na regularne sprzątanie.

Działaniom teorii spiskowych ulegamy zapewne wszyscy w mniejszym lub większym stopniu. Częściej (jak owa administracja) nie próbujemy sobie jednak z nimi radzić w rozsądny sposób tylko w pierwszym rzędzie znajdujemy winnego. Wzbudzamy w nim (jeżeli takowy jest) wyrzuty sumienia, a dla większej pewności, że zadziałają, grozimy odpowiedzialnością karną powołując się na jakieś numery jakichś paragrafów, których i tak nikt nie będzie szukał, przyjmując ich treść na wiarę, podobnie jak przyjmuje się że system TEAEDE powoduje śnieżną biel pranych tkanin. Pozostaje wątpliwość – skąd wiadomo bez rewizji i oględzin rzekomego balkonu, że u kogoś jest gniazdo gołębi?

Tym, którzy mówią, że PRL słusznie przeminął odpowiadam, że jest to całkowita nieprawda. W mieszkalnictwie nie przeminął, jest ono ostatnia ostoją tego ustroju. Przypomina mi się akcja w pewnym budynku na Bródnie, gdy administracja doszła do wniosku iż smród panujący latem na klatce schodowej zawdzięcza się osobie hodującej na balkonie gołębie i dokarmiającej zimą koty. Ponieważ jednak teoria ta była zbyt mało spiskowa, rozszerzono ją o podejrzenie, iż właścicielka lokalu wykorzystując system centralnego ogrzewania w lecie nieczynny, pędzi bimber używając kaloryferów jako wężownicy schładzającej destylowany alkohol. Policja, która zrobiła nalot na rzekomą melinę pijacką niczego takiego nie stwierdziła poza obecnością właścicielki śpiącej od kilku tygodni we własnym łóżku, jednakowoż bez oznak życia.

Innym kwiatkiem PRL-owego mieszkalnictwa są moje własne doświadczenia. W czasach, gdy niewiele samochodów jeździło po ulicach Warszawy i nikt nie wyznaczał miejsc do parkowania, a na naszym osiedlu było samochodów zaledwie kilka, byliśmy szczęśliwymi posiadaczami samochodu marki Syrena. Mąż miał ulubione miejsce parkowania, bowiem miał widok z okna na naszą skarbonkę, ale miejsce to nie odpowiadało komuś z wszechwładnej administracji. Otrzymaliśmy więc oficjalne pismo, że mamy zmienić miejsce parkowania ponieważ samochód nasz zasłania widok na drzwi sklepu i nie widać czy jest on otwarty. Dodać muszę, że tylko w prostej linii zasłaniał komuś widok , bowiem samochód dostawczy bez przeszkód przed nim stawał, jak i inne pojazdy.

Tymczasem istnieje prosty sposób odstraszania gołębi od siedziby banku. Kosztuje ok. 10 zł za sztukę, jest odporny na deszcz i wiatr, nie wydala odchodów i tylko trzeba od czasu do czasu rekwizyt ten przestawić. Polecam!

img_kruk2834

Strategie

fridakahlo-1309075-h

Frida Kahlo

 

Wczoraj z moim wieloletnim przyjacielem rozmawialiśmy o bólu. Znamy się kilkadziesiąt lat i jego przewaga nad innymi moimi przyjaciółmi polega na tym, że możemy ze sobą rozmawiać o wszystkim nie unikając tematów i nie cedując odpowiedzi na innych. Problem tylko w tym, że czasem brakuje nam wspólnych pojęć. Kiedyś razem studiowaliśmy i opracowywaliśmy strategie radzenia sobie z ryzykiem i kryzysami, teraz przyszedł znowu na nas oboje czas wołający o strategie.

Mój przyjaciel opowiadał mi, jak radzi sobie ze swoim bólem. Opowiadał mi, że owija się wokół swego bólu.

– Jak to robisz? – pytałam, ale nie potrafił mi odpowiedzieć.

– Po prostu robię tak. Moje ciało staje się zaporą, przez którą ból nie wydostaje się na zewnątrz.

­ Ale on wtedy zostaje w tobie…

­ Jasne, że zostaje. Zawsze zostaje.

Już miałam nadzieję, że dowiedziałam się o nowym sposobie (nie walczyć, wchłonąć, stłumić samym sobą), a tu nic. Nawet nie byłam pewna, czy dobrze go zrozumiałam. Jak wspomniałam, nasze warsztaty pojęciowe od tamtych czasów rozjechały się.

Zastanowiłam się nad swoją strategią. Zaczynałam zawsze od uspokojenia bólu. Usiłowałam wniknąć do jego środka, ugłaskać go, prawić komplementy, że przecież nie będzie taki podły, wszak znamy się kilka lat i musimy jakoś pokojowo współżyć. Czasami odpowiadał na moje perswazje, czasami zaś perfidnie i złośliwie ignorował je. Możliwe zresztą, że przez moje błagania przebijało zniecierpliwienie, a on je wyczuwał i złośliwa strona jego natury brała górę, postanawiając udowodnić, kto tu rządzi.

Wówczas przystępowałam do innej akcji. Jak wojna to wojna, nie myśl sobie, że zdobędziesz mnie łatwo. Mój ból często zdawał mi się grubą liną, splecioną z cieńszych sznurków, a te z jeszcze cieńszych nici. Zwijanie liny z kłębek nie miało sensu, ból nie zmniejszał się, a zacieśniał i koncentrował o wiele silniejszy, za to w jednym punkcie. Należało go więc raczej rozluźniać. Kiedy kłębek powoli się rozplątywał zaczynałam do oddzielania od siebie poszczególnych sznurków, a potem rozczepiania ich na cienkie nici. I wówczas zabierałam się do likwidowania owych cienkich, niewiele na pozór znaczących nitek. Ich wrogość tkwiła w ilości, w pojedynkę wydawały się słabe i podatne na moją silną wolę. Istotnie, strategia sprawdzała się gdzieś do siódmej, ósmej nitki, potem nie wiadomo czemu przestawała działać. Czyżby moje naturalne zdolności ograniczały się do unicestwiania tylko kilku nitek, a reszta przekraczała moje możliwości, czy też brakowało mi wiedzy lub strategia nie była obliczona na moje autentyczne siły? Może nie byłam zbyt wytrwała albo wystarczająco zdeterminowana?

Nasze doświadczenia nie są i nie mogą być jednakowe, bo poza tym każde z nas doznaje innych rodzajów bólu. Mój ból zazwyczaj (poza pewnymi szczególnymi przypadkami z których jeden zaprowadził mnie ostatnio do szpitala) nie jest bólem ciągłym. To ból złośliwej, jak wspomniałam, natury. Łatwo mu zapobiec błyskawicznie – wystarczy zastygnąć w bezruchu. Tylko ile czasu można się nie rusza?. Nawet leżąc trzeba co jakiś czas przewrócić się na drugi bok, zmienić pozycję, a co więcej, wyszukać następną, wygodniejszą, w której dłużej można trwać. Ostry ból zginania nogi (nie zawsze tej samej) i znajdowania dla niej lepszego ułożenia lub niewłaściwy skręt kręgosłupa może skutecznie rozbudzić i przywołać bezsenność aż do rana. Ale w końcu nigdzie mi się nie spieszy, mogę sobie na nią pozwolić. W dzień zaś może zniechęcić do eksperymentów i w ogóle do czegokolwiek, zwłaszcza, gdy nie można się wspomóc lekami.

Najgorszy jest jednak ból wstawania po dłuższym siedzeniu, ból stawiania pierwszych kroków i ból chodzenia, gdy zdawać by się mogło, że już się rozchodziłam. Ograniczanie ruchu nie prowadzi do niczego dobrego – im dłuższa chwila komfortu – tym większa późniejsza kara.

Z takim bólem nie można wchodzić w układy. Trzeba się przemóc i mimo niego chodzić. Wstawać w nocy i chodzić, chociaż jest się sennym i przed chwilą przeżywało się miłe sny, w których wnętrzu pragnęłoby się pozostać jak najdłużej. Nie da się wokół takiego bólu zawinąć ani rozczepić go na sznurki i nitki. Właściwie nie wiadomo co z nim robić. Przeżyć i żyć dalej aż i tego się odechce.

Porozmawialiśmy sobie z moim przyjacielem o rodzajach bólu i różnych pomysłach do wypróbowania i od razu zrobiło nam się lżej. Chociaż na ogół ból nie lubi, żeby o nim rozmawiać, wzmaga się wówczas i dokucza bardziej. Tym razem jednak uspokoił się. Może czekał na to, co wymyślimy? Albo ponieważ był już późny wieczór sam się zmęczył?

1-hieronim-bosch-xvi-w

Hieronim Bosch