Zatrzymane w ruchu

Mój przyjaciel fotografik, Mark Zürn, napisał ostatnio w komentaru do ulicznej scenki:

„Lubie klasyczna fotografie uliczna w ktorej na pierwszym planie jest portretowany czlowiek w relacji do innych ludzi i otoczenia. To jest centrum miasteczka ale brak tu wielopoziomowych skrzyzowan, przeszklonych albo obdrapanych elewacji, lsniacej pod swiatlo kostki brukowej czy dramatycznych kontrastow i ”wyzartej” czerni bez szczegolow – czyli scenerii tak lubianej przez wielu street photographers, dla ktorych takie tlo jest wazniejsze od pokazania fotografowanych ludzi a malenka sylwetka czlowieka jest co najwyzej drugorzednym znakiem graficznym w kadrze, anonimowa postacia bez wlasciwosci i indywidualnych cech. Na ponizszym zdjeciu dominuje chaos kolorystyczny, ludziom sie nie spieszy i wlasciwie niewiele tu sie dzieje. Wspolczesni street photographers nie maja tu szans na zrobienie spektakularnego zdjecia. Albo moze maja, o ile czlowiek interesuje ich bardziej niz efektowna sceneria no i nie lekaja sie ludzi by moc otwarcie robic im zdjecia z bliska.
Chetnie przeczytam komentarze tych, co lubia zdjecia uliczne.”

Odpisałam: Urokiem takich fotografii jest możliwość snucia rozmaitych teorii, co do wymowy obrazu, gdy jesteśmy przyzwyczajeni, że ogladany obraz musi coś oznaczać. Ja na przykład (lubiac rozmaite uogólnienia – nie zawsze uprawnione, ale często pociągające) od razu widzę na tym zdjęciu przeciwstawienia świata starych i młodych. Starzy są czynni, dokądś idą (choć nawet z trudem jak ten pan z dalekiego planu), a młodzi mogą sobie pozwolić na nicnierobienie, choć od nich właśnie należałoby oczekiwać czynnego udziału w życiu codziennym. Wymowę tego zdjęcia podkreśla stojacy na pierwszym planie rower. Wyobrażam sobie że taka przeciętna ulica dziewiętnastowieczna pokazywałaby obraz odwrócony: – młodzi pracują, starzy się gapią. Tak czy inaczej wniosek ogólny mój jest taki: starzy i młodzi to są dwa światy, nie przystające do siebie.

Tak się złożyło, że ostatnio wypożyczyłam album malarstwa  Bruegela, pełen setek postaci ujętych w scenach ludowego życia Holendrów (niezależnie od idei jaką miały obrazować dzieła). Z powodu słabego wzroku musiałam posłużyć się lupą, żeby to i tamto obejrzeć. Złościły mnie te obrazy, a jednak przyciągały tym, że nie potrafiłam od razu zrozumieć ich przesłania. Nauczono mnie szukać przesłania w dziełach sztuki, zarówno literackich jak i malarskich i posłuszna temu wpojonemu obowiązkowi uważałam za dowód niedostatku mojego intelektu sytuację, gdy nie mogłam go odgadnąć.

Oczywiście po krótkim czasie odkryłam pewne prawidła ( o których milczeli komentatorzy obrazów), pozostawiający mnie w niepewności spostrzeżeń. Album, który wypożyczyłam, bronił się przed jednoznacznoscią. Zresztą najsłynniejsze obrazy szkoły holenderskiej u profanów budzą takie zawirowania symboliczne, które u każdego powodują obawę przed jednoznacznym wypowiadaniam własnej opinii. Ten problem nie występuje przy ulicznych fotografiach, bowiem nawet ich autor ( w przeciwieństwie do malarza) nie posiadł wiedzy na temat pokazywanych postaci, wszelkie interpretacje, poza zupełnie odjechanymi, są równouprawnione.

Poniżej: By Pieter Bruegel Starszy – 1. The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. ISBN: 3936122202. 2. Christian Vöhringer – Pieter Bruegel. 1525/30–1569, Tandem Verlag 2007 S.70 ISBN 978-3-8331-3852-2, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=148430

ze strony:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_krzy%C5%BCowa_(obraz_Pietera_Bruegla_starszego)

Aktualna tematyka wielkopiątkowa : obraz „Droga Krzyżowa”. Tłum postaci, każdą oglądam pod lupą. W albumie widnieje też fragment obrazujący upadek Chrystusa pod krzyżem, ale w całej (pomnejszonej) przestrzeni obrazu nie sposób go odnależć. Na obrazie setki postaci, wykonujących różne ruchy i czynności, wszystko się myli i mogocze w oczach. Notuję w pamięci: biały koń w tle, układ lin na jego ciele, podwójna postać w czerwonej szacie i ciapciatej przepasce na włosach. Poniżej trójka postaci reagujących emocjonallnie. Ale gdzież u diabła jet ten Chrystus!

Nie widać go w ogóle w całym zamieszaniu. Jedna z wielu scenek, ani mniej ani więcej ważna. Malarz umieścił ją w ścisłym centrum obrazu, ale na dalekim planie, a owo ścisłe centrum zaowocowało zszytym środkiem książki, dopiero w internecie lepiej widać. Ale i tak długo szukałam, zanim znalazłam fragment od którego pochodzi tytuł.

Nie Chrystus jest więc ważny w obrazie p.t. „Droga Krzyżowa” On jest pretekstem, gdyby ktoś się przyczepił, jest w samym centrum, ale kogo on w ogóle obchodzi?

Ktoś ucieka z workiem na plecach, ktoś takie worki sobie wyrywa, inna grupa z podobnymi workami przygląda się, co z tego wyniknie, dwójka chłopaków z towarzyszeniem malca poddusza trzeciego, ktoś spieszy z dzieckiem na barana, aby nie umknęło mu widowisko, dzbanek się przewrócił, a ktoś zbiera końskie g…no na opał albo do użyźnienia ziemi, mnóstwo ludzi zajętych jest nie wiadomo czym. Podobnie jak przez nas obchodzone święta. Rzadko kogo przejmuje cała ogromna ich symbolika, naciekająca przez wieki na kształt uroczystości, nie ograniczona do wypoczynku i jedzenia, poprzedzonych porządkami przedświątecznymi.

Wracam do ulicznej scenki Marka Zürna. Ja tam widzę kilkoro młodych, obijających się ludzi i starszą kobietę w czerwonej kurtce z wysiłkiem pokonującą drogę. Oni sterczą bezproduktywnie pod sklepami, mimo że mają rower (na pierwszym planie), po prostu olewają pomysły o tym, aby wykazać się jakąkolwiek czynnością. Po co, wszak lepiej sterczeć bezmyślnie, czyż nie?

Jak patrzył na świat malarz ze szkoły holenderskiej? Czemu umierając polecił zniszczyć żonie obrazy, które uznał za kontrowersyjne? Czego się obawiał i jak jeszcze w sposób przeze mnie niedostrzegalny szyfrował swój przekaz. Co chciał nam pozostawić jako refleksję? Wszak i wówczas i obecnie  obowiązują nas określone kody kultury i nie każdy jest w stanie im się sprzeciwić.

Na szczęście oglądając utrwalone przez fotografa sceny uliczne nie czuję tak wielkiej odpowiedzialności, jak w przypadku oglądania dzieł malarstwa o wielkiej i uznanej wartości.

Znakomitym ćwiczeniem w tym zakresie jest oglądanie galerii zdjęć z ulicznych demonstracji. Pozornie ludzie związani są jednym celem, ale nie zawsze cel ten wydaje się najważniejszy. Czasami odnosi się wrażenie iż zgromadzonym chodzi całkiem o coś innego – tak jak na przywołanym obrazie Piotra Bruegla

 

Co dzieci zapamiętują ze świąt Wielkanocy

Kolejny rok, kiedy święta Wielkanocy wprawiają mnie w pomieszanie i obawy. Nigdy nie wiem, co będzie, czy wyjadę gdzieś czy nie, tyle spraw przed nimi wymaga zastanowienia, rozwiązań i podjęcia decyzji – jak zwykło bywać wówczas, gdy człowiek nie jest w pełni samodzielny. Plan wyjazdu jest, ale są obawy. Czy tego roku dam radę pokonać trzy schodki prowadzące dodomu, wprawdzie jest zamontowana poręcz, ale boli mnie prawa ręka, a zazwyczaj trzymam się poręczy oburącz, a więc… Co ze sobą zabrać, żeby ci, co mnie odwiozą, nie wyrażali obaw, że nie pomieszczą się z moim oprzyrządowaniem (i tak wyrażają obawy, a ja mam zgryz z podjęciem decyzji, co zostawić).

Aspekty duchowe Świąt Wielkanocy dawno już umykają mojej świadomosci. Pozostały (bynajmniej nie puste) rytuały, jak dzielenie się jajkiem i inne, które mają utrwalać moje więzi z bliskimi przed ostatecznym odejściem. Zwłaszcza, że w gazecie, choć nie czytuję nigdy nekrologów i pomijam je wzrokiem, tym razem zauważyłam, że odszedł ktoś, kogo wieki temu, jako młoda dziewczyna kochałam i ze zdziwieniem poczułam żal, że kilkadziesiąt lat temu, z tej niewyznanej miłości nic nie wyszło.

Sięgnęłam pamiecią jak najdalej wstecz, do dzieciństwa, próbujac sobie uświadomić, jak wówczas przeżywałam Wielkanoc. Wspomniałam już kiedyś, że dla mnie była bardzo miłym świętem w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy mama ustawiała przy stole krzesło „dla tego, który odszedł” zamiast dla zagubionego wędrowca.

Cała moja ówczesna radość kręciła się koło możliwości najedzenia się do syta. To były czasy po II wojnie, biedne, gdy każdy cukierek był oglądany 10 razy, zanim dało się go dziecku. Na Boże Narodzenie cukierki wisiały na gałązkach choinki i dopiero po Trzech Królach, gdy zwyczajowo choinkę rozbierano, można było ich skosztować, a jadło się je jeszcze przez miesiąc. Na Wielkanoc dziecko oczekiwało wędlin, a podczas święcenia potraw mogło obejrzeć koszyczki innych osób, chociaż święconki nie były takie, jak dziś: tylko jajka, sól, chleb w towarzystwie gałązki krzaczka borówki, a kawałek kiełbasy lub pieczeni i chrzan dodano już później, w latach 50-tych).

Przed moim drewnianym kościółkiem na Bielanach, pośród zeschłych traw i badyli, wystawiano długi stół, nakryty śnieżno białym obrusem i przychodzący ludzie ustawiali tam swoje talerzyki w związanej na supeł serwetce (rzadziej koszyczki), rozwiązywano supełki i odsłaniano nęcącą zawartość, nęcącą przez ilość, a nie jakość święconki. Cały, długi stół zastawiony jedzeniem!

Co pół godziny wychodził ksiądz z kropidłem i święcił  przygotowane potrawy. Ci, którzy przyszli bezpośrednio po porzedniej turze święcenia, ustawiali swoje talerzyki jak najbliżej księdza, ci, którzy przyszli później, musieli zadowolić się dalszą odległością. Moja mama nie należała do ludzi, którzy lubią się tłoczyć i przepychać i dlatego zazwyczaj nasza święconka stała daleko od księdza i jego kropidła. Męczyłam wówczas mamę pytaniami, czy napewno święcona woda z kropidła padnie choć kropelką na naszą święconkę. Nie pamietam już co mama mi odpowiadała, ale na pewno nie była to odpowiedź zadowalająca. Kiedyś, gdy ksiądz machał kropidłem zbyt mało energicznie, jak na mój gust, podsunęłam dłonie nad święconkę aby czuć odrobinę święconej wody i rozczarowałam się. Wbrew mętnym tłumaczeniom mamy uważałam, że nasze potrawy nie zostały skutecznie poświęcone.

Innym problemem, któremu poświęcałam dużą uwagę i na który nie uzyskałam odpowiedzi od dorosłych, był odstęp czasowy między Wielkim Piątkiem a Niedzielą Wielkanocną. Pokarmy święciliśmy w sobotę, ale wolno było je jeść dopiero w niedzielę. Wiedziałam z lekcji religii (w tym czasie też była w szkole, zanim ją usunieto na lata), że Chrystus został ukrzyżowany, a po trzech dniach zmartwychwstał, w związku z tym, jeśli ukrzyżowanie odbyło się w piątek, to zmartwychwstanie powinno nastąpić najwcześniej w poniedziałek (licząc od dnia następnego po piątku). I tutaj nie uzyskałam odpowiedzi, a kiedy zadałam pytanie na lekcji religii, dlaczego zaczynamy świętowanie za wcześnie, dostałam od katechetki – pierwszy i ostatni raz drewnianą linijką po łapach.

Do tamtej pory nie miałam starć z katechetka, choć inne dzieci często obrywały. Właściwie wcześniej nie rozumiałam dlaczego, przecież lekcje religii polegały głównie na kolorowaniu ładnych obrazków i zapisywaniu tego, co katechetka nam podyktowała. Moje doświadczenie było bardzo bolesne, bowiem nasza katechetka, wbrew temu co później ogladałam w licznych filmach, biła nie po stronie wewnętrznej dłoni, a po stronie zewnętrznej. W dodatku tak naprawdę nikt nie wiedział, za co obrywał. Zazdrościłyśmy bardzo dwum koleżankom innego wyznania, które mogły spędzać lekcje na korytarzu bez obaw o oberwanie linijką i oczywiście dokuczałyśmy im z tego powodu.

Wspomnienia ze Świąt Wielkanocy zlewają mi się ze sobą. To, co zapamiętałam najlepiej, to był fakt, że kiedyś Wielkanoc wypadła 2 marca i było tak ciepło, że do kościoła poszłam w krótkich skarpetkach i samej sukience, konfrontuję jednak swoje wspomnienie z kalendarzem i albo chodzi o rok 1950, gdy Wielkanoc wypadała 2 kwietnia, albo o inną, marcową niedzielę, nie Wielkanoc.

Nad duchowym wymiarem świąt, ich symboliką zaczęłam zastanawiać się dużo później, gdy już przeżwszy w wieku 14 lat kryzys wiary, na długie lata przestałam w ogóle myśleć o religii. Dziś wiem i rozumiem o wiele wiecej, ale choć bardzo chciałabym wierzyć, nie potrafię. Choć byłoby miło, gdyby okazało się, że po latach spotkam w jakimś miejscu mężczyznę, którego nekrolog dziś przeczytałam. Oczywiście jest jeden warunek – musielibyśmy wszystko pamietać z naszego życia.  I móc porozmawiać o tym, nie tylko głupio siedzieć na chmurce, machajac zieloną gałazką – jak opowiadała nam katechetka.

 

Czego uczono w przedwojennych szkołach

Pisząc w roku 1916 w Tarace blog pt. ” Z szuflad starego biurka” nadałam numer 20 odcinkowi o powyższym tytule. Chciałam wrócić do spraw nauczycieli w Polsce dwudziestolecia Międzywojnia, jako, że prawie wszyscy z mojej rodziny z linii męskiej (tylko z wyjątkiem mojego ojca), a więc dziadek, babcia, ciotka, dziesięcioro rodzeństwa dziadka i siostra babci, tudzież rodzice i dziadkowie dziadka byli nauczycielami. Nawet ja, w czasie studiów polonistycznych i później miałam kilkuletni epizod uczenia w szkole podstawowej na zastępstwach za nauczycieli wykwalifikowanych. Wydaje się więc, że nauczycielskość można mieć w genach. Dziś nie rozumiem, jak bardzo silne wyzwanie stanowi potrzeba przekazywania młodym swoich doświadczeń wbrew wszystkiemu i jak bardzo jest to znienawidzone przez polityków. Wszak wszyscy mamy jedno życie i każdy poszukuje jego sensu, cóż mu sens i wyzwania innych ludzi. Po tym poznaję, że moja młodość odeszła.

Po śmierci ostatniego mojego kuzyna, mieszkającego w mieszkaniu nieżyjących już dziadka, babci i ciotki, po odsunięciu ciężkiego, starego biurka, przystawionego szufladami do ściany otrzymałam całą jego zawartość – czyli dokumenty rodzinne oraz rękopisy powieści dziadka.

Wśród dokumentów wiele miejsca zawierały papiery związane z pracą nauczycielską, fotografie uczniów licznych szkół, w których uczyli, ich świadectwa szkolne i zaświadczenia opisujące karierę zawodową. Wsdzystko to swego czasu zeskanowałam, a oryginały, zapakowane w pudła spoczywają na najwyższych półkach regału w moim mieszkaniu.

Byłam pewna, że odcinek ten napisałam, niestety, gdy otworzyłam dokument, widniała pusta strona. Kiedy wróciłam do dokumentów przypomniałam sobie, co mnie zatrzymało. Otóż skany świadectw szkolnych były składane z kilku części, tak wiele figurowało na nich przedmiotów, że nie mieściły się na formacie A3, nie mówiąc już o A4. Kończący seminarium nauczycielskie młodzi musieli znać 3 języki (w których nauczali dzieci na Podolu – polski, rusiński, niemiecki), uczono ich gry na 3 instrumentach plus wszystkkie i dziś obowiązujące przedmioty ścisłe. Jako że kończyli seminarium nauczycielskie w Zaleszczykach, u zbiegu 3 granic, często znali także rumuński. Format tych świadectw nie mieścił się w moim skanerze.

Potem wysyłano ich na rozmaite zabite deskami wsie, gdzie uczyli dzieci w liczbie kilkunastu, bose, obdarte, nie umiejące się posługiwać jakimkolwiek językiem, przetwarzając te stworzenia w osoby, niejednokrotnie szokujące uzdolnieniami i robiące w przyszłości karierę.

Co skłaniało tych moich przodków do trudnej i niewdzięcznej pracy, do życia w biedzie i niedostatku? Zapewne poczucie, że mogą spowodować, iż takie czy inne dziecko, osiągnie wyżyny, których nikt się po nim nie spodziewał.

Zapewne i dziś nauczycielami kieruje ten sam pęd – uczynienie z jakieś bezkształtnej intelektualnie istoty, kogoś świadomego, pewnego siebie, myślącego.

Tyle, że… Ani w dwudziestoleciu międzywojennym, ani dziś, nikomu z politycznych tuzów nie podobają się ludzie myślący i świadomi. To leży u podstaw sekowania nauczycieli.

To jest walka: światłości z ciemnotą, świadomości z bezkształtnym trwaniem lub poddawaniem się prymitywnym emocjom. I to nas gubi, wówczas i dziś.

Cóż mogę podpowiedzieć nauczycielom? Jeśli macie coś takiego w genach – przetrwacie, mimo śmiesznych pensji i braku szacunku dla Waszego zawodu. Jesteście niczym ten grecki półbóg, dżwigający na głowie Wszechświat; biada nam wszystkim, gdy zegniecie karku i upuścicie kulę ziemską na zbocze góry. Wówczas nikt jej już nie podniesie… Choć tak mało zarabiacie i tak ciężko godzić wam wyzwania zawodowe z życiem prywatnym, na własnych barkach utrzymujecie ciężary przekraczające Wasze siły.

Mam nadzieję, że kiedyś doznacie sprawiedliwości za Wasze wysiłki.

Wojna, pokój i nienawiść

Od zawsze przeciwstawiano wojnę pokojowi nie bacząc, że jest to właściwie jedno zjawisko. W cywilizacji człowieka nie są to sprawy przeciwstawne, a jedynie oscylacyjne ruchy na osi. Dlatego też wezwanie z czasów słusznie minionych „walka o pokój” brzmi głupio, a wszelkie, zwłaszcza poetyckie wezwania do zerwania z wojennym zapałem, trafiają kulą w płot. Zawsze są jakieś wojny, a nasza akceptacja dla nich waha się gdzieś pomiędzy nimi, a stanem nudnego podobno, pokoju.

Trafiłam na wideoklip pięknej piosenki Dimasha Kudaibergena, młodego człowieka o niespotykanych możliwościach wokalnych (6 oktaw od barytonu do sopranu), kompozytora i instrumentalisty,  „Wojna i Mir”,  ilustrowany scenami filmowymi z seroialu „Gra o tron” i pani Annie Popławskiej zawdzięczam go i tłumaczenie tekstu. Nie przez przypadek przytaczam najpierw tekst, zanim udostępnię link do wideoklipu. Tekst bowiem i melodia piosenki wyraża zadumę nad tym, jak uchronić pokój, podczas gdy towarzyszą jej obrazy krwawej  walki na polu bitwy, gdzie trup ściele się gęsto, a przeciwstawni bohaterowie reprezentują siły dobra i zła, jakby w ogóle krwawa walka zawierała w sobie jakiekolwiek dobro.

Oto tekst:

Kto jest gotów zrobić pierwszy krok?
Kto jest gotów otworzyć ramiona?
Lecz nienawiść niszczy niezliczone nadzieje
I odrzuca miłość za horyzont.

Ach, ta wojna i pokój…
Ach, nienawiść i współczucie…
Ile smutku jest w stanie wytrzymać serce?
Ile cierpienia jest w stanie pomieścić?

Jak uchronić ten pokój?
Jak utrzymać równowagę między dobrem a złem?
Jak przetrwać między ogniem a lodem?
Lecz dobro i zło nadal prowadzą bitwę…

Ach, ta wojna i pokój….
Ach, nienawiść i współczucie…
Nawet łzy z czasem mogą zamienić się w kamień.
Czy pozostanie ktokolwiek, kto jeszcze będzie pamiętał o miłości i nienawiści?

Ach, ta wojna i pokój…
Ach, nienawiść i współczucie…
Ile smutku jest w stanie wytrzymać nasze serce?
Ile cierpienia jest w stanie pomieścić?
Ile smutku jest w stanie wytrzymać nasze serce?
Ile cierpienia jest w stanie pomieścić?

A teraz proszę, oto link do wideoklipu:

 

Ogladając klip i słuchając towarzyszącej mu piosenki, opieram się emocjom, próbując patrzeć obiektywnie (na ile to możliwe dla osoby, u której piękna muzyka i wspaniałe głosy przedostają się głębiej, niż zechciałyby dopuścić jakąkolwiek świadomą refleksję, tak że zapomina i 6-ciu oktawach wyszkolonego głosu, operującego świadomie ze znajomością efektów), zapominając na chwilę, że ukochany, przystojny bohater serialu, zabijający w amoku wrogów, w ostateczności jest po prostu zabójcą, niczym innym.

Wszystkim miłośnikiem „Gry o tron” (w wersji filmowej przynajmniej, gdzie życiowe postawy są spolaryzowane i nie zawierają specjalnych niuansów) rzuca się w oczy przeciwstawienie bohaterów. Ten, który reprezentuje dobro, walczy z mieczem do ostatka, sam przeciwko zastępom wrogów, ten który reprezentuje zło, mając za sobą multum wojsk, reaguje krzywym uśmieszkiem. Co oczywiście nie do końca jest prawdą, bowiem po obu stronach stały liczne wojska. Z klipu zostaje nam w pamieci ów krzywy uśmieszek okrutnika i podlca i zapominamy, że do  niego doprowadziło go wiele doznanych krzywd od własnej rodziny i innych – tylko dlatego iż swego czasu nie był odpowiednio stanowczy i jednoznaczny i że poddawał się licznym zawirowaniom emocjonalnym, przez co nieustannie  był wystawiany na cudze ciosy. Zwłaszcza tych, którzy byli mu najbliżsi.

Przypomina mi się inny bohater kultowej opowieści, mianowicie trylogii Tolkena. Ów potworek, Smeagol zwany potem Gollumem, równie rozdarty między sprzecznymi emocjami, przegrywa własną grę ze światem i pragnieniami, ponieważ nie udało mu się zachować etycznej homeostazy. Nawet opierając się na historiach filmowych, czy powieściowych bohaterów, łatwo odgadujemy, iż tzw. „dobrzy ludzie”, stworzeni są przez okolicznosci mniej okrutne, niż te, które stworzyły „złych ludzi”. W tym zakresie przeszliśmy długą drogę od dziewiętnastowiecznego dydaktyzmu i moralizatorstwa do pogłębionej akceptacji odstępstw od umoralniającego wzorca.

Tak jakoś się składa, że motywy, którymi się w danym czasie zajmuję, nakładają się niespostrzeżenie na siebie, a informacje ich dotyczące płyną do mnie z różnych żródeł. Na problem nienawiści i jej przejawów podczas wojnen zwróciłam uwagę  w czasie ostatniej lektury. Zawsze pomijałam książki, których tematem były bitwy, ponieważ sam problem bitewnych strategii i okrucieństw (konieczne czy nie?) nużył mnie. Ostatnio postanowiłam zerwać z pójściem na łatwiznę i korzystając z wypożyczalni przeczytałam trylogię powieści o Hanniballu i jego inwazji na Rzym („Hannibal – wróg Rzymu”, „Hannibal – pola krwi”, „Hannibal – chmury wojny” Bena Kane). W powieściach tych wyraźnie widać zmianę spojrzenia na zmagania wojenne. Główni bohaterowie są przyjaciółmi, choć walczą po obu stronach i nieustannie zmagają się ze sprzecznymi uczuciami: patriotyzmem, lojalnoscią wobec wodzów i towarzyszy, poczuciem braterstwa ale i z przyjaźnią łączącą z wrogami, których narzucił los.

Pani Annie Popławskiej dziękuję za inspirację i tłumaczenie tekstu piosenki.

 

 

 

Moda i uroda

Moja znajoma zamieściła na facebooku zdjęcie z dawnych lat pewnego pana, byłego więźnia obozu koncentracyjnego, przyjaciela jej ojca. Jak wiemy doskonale, fotografie potrafią kłamać, ale jak wszystko co kłamliwe, raczej ograniczają się do pierwszego planu. Można zamalować w photoszopie znaczek serduszka, odchudzić talię, pozbyć się fałdek na brzuchu, ale można też nic nie zrobić, aby godną szcunku starszą kobietę przedstawić ze spojrzeniem Bazyliszka, czy też wycieczkę ważnych polityków w góry we mgle ukazać tak jakby rzeczywiście ich działania odpowiadały standardom „pianego dziecka we mgle” – tylko z powodu śmiuesznych przeciwdeszczowych płaszczy, które założyli. Zresztą słowa też mogą kłamać, mimo braku przekłamań. Ostatnio słyszałam, że jakaś doiewczyna ma nominację (?!) do usunięcia z Big Brothera z tego powodu, że jest „zanadto otwarta”. Doskonały powód, czyż nie?

Ale wracając do mojej znajomej. Na fotografii temu przyjacielowi jej ojca towarzyszyła mała dziewczynka, słabo widoczna w promieniach słońca; właściwie ograniczona do loka na czubku głowy, rozwianych włosów, obciętych „na pazia” i krótkich spodenek.

Sięgnęłam do swojego zdjęcia z roku 1947 i tam zobaczyłam identyczną fryzurę. Mogłabym być tą dziewczynką w słońcu.

Zresztą nie tylko ja i nie tylko na tym zdjęciu. Mamy tamtych lat same czesały się z lokiem na czubku głowy i uważały, że córkom też się on należy, jak psu miska (która w tamtych czasach wcale psu się nie należała) i choć odmawiały tymże córkom statusu wyższego od zwierzęcia. Wszak powtarzały nam zawsze, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Dziewczynki miały być ładne jak laleczki, posłuszne i mieć loki, najlepiej bujne. Wzorcem była dziecinna aktorka – Shirley Temple, nazywania piesczotliwie Szirlejką. Jeśli dziewczynki miały objawy tego, co dziś nazywamy ADHD (np biegały, wrzeszczały i nie umiały usiedzieć na miejscu, brudziły i gniotły sukienki oraz potrącaly przedmioty) leczono je polewaniem naprzemiennym zimną i gorącą wodą wierząc, że pobudzeniem leczy się pobudzenie. Czysta magia kierowała naszymi matkami!

Dyskutowałam ostatnio z moim przyjacielem, filmowcem i fotografem, ściśle przestrzegającym zasady nieingerencji w przedmiot zdjęcia, na temat kłamstw mimowolnych, spowodowanych nie przez fotografującego, a przez odbiorcę konkretnego zdjęcia. Uważał, że przedstawienie dowodów, choć niewątpliwie interesujące, jest bardzo trudne i oczywiście miał rację. Ja na przykład zarzut „zbytniej otwartości” dziewczęcia z big Brothera, przedstawiony w dodatku przez ogolonego na łyso mięśniaka, jej konkurenta w dodatku, traktuję nie jako wadę dziewczęcia, a wadę percepcji tego faceta. Podobnie i w fotografiach – kłamstwo może leżeć nie po stronie przedstawionej sytuacji, a po stronie odbiorcy, nie dopuszczającego na przykład faktu, iż  sfotografowana ceremonia kościelna nie przedstawia konfirmacji, a chrzest i nie niemowlęcia na rękach pani, a stojącego obok nastolatka.

Ale wracam do mody i urody. Zawsze, a szczgólnie dziś, moda była kłamliwym kształtowaniem przekonań o istnieniu bądź nie, urody kobiet. To nie podkreślanie istniejących zalet, a produkcja fałszywek. Sięgając do lat, gdy dominowały dziewczynki z lokiem nad czołem, ich mamy nosiły sukienki z grubymi poduszkami na ramionach. Miały te przedmioty wywołać złudzenie szerszych ramion, niż w rzeczywistosci, a więc sylwetki bardziej energicznej, sprężystej, chłopiecej poniekąd. Wysokie obcasy wysmuklały nogi i dodawały wzrostu, a grube podeszwy butów tworzyły złudzenie stabilności i pewnosci siebie. Biada tym licznym kobietom, które nie mogły (choć czasem chciały) wpasować się w kanon mody! Za szerokie biodra, za wąskie ramiona, wystający brzuch czy krótkie nogi nie były bynajmniej równoważone szczupłą talią. Mogły najwyżej pocieszyć się, że w takiej Turcji byłyby gwiazdą haremu, zwłaszcza gdyby umiały tańczyć taniec brzucha, a w Afryce uroda ich łydek mogłaby zostać podkreślona licznymi bransoletami.

Nic więc dziwnego iż święte przykazania mody z tamtych czasów wydają się dziś głupie. Zakaz łączenia różnych wzorów np. pasków i kropek czy niektórych kolorów ze sobą, wysokich obcasów ze spodniami czy skarpetkami, unikanie jaskrawości, rezerwacja jednej barwy dla kobiecej bielizny – różowego z brudnymi odcieniami, pozwalającymi ukryć zużycie desous albo halki, odeszły już dawno do lamusa. Przyszły na ich miejsce nowe zakazy, choć jest ich już z reguły dużo mniej, bywają równie głupie.

Coś tam ostatnio słyszałam, że duchowni czepiali się skarpetek, podobnie jak za mojego dzieciństwa nadmiernie kobiecych ubrań (wówczas chodziło o to, że dziewczynki miały mieć KRÓTKIE spódniczki, a kobietom przysługiwały DŁUGIE). Paranoja, nieprawdaż? W 1967 roku na uroczystości w technikum w Gdańsku zrobiono mi zdjęcie, które mój pracodawca, dyrektor szkoły, uznał za skandaliczne, ponieważ miałam zbyt krótka spódnicę (to były pierwsze lata tzw. mini spódniczek), więcej niż dopuszczalne 5 cm nad kolano. W Warsza\wie tak chodziły ubrane wszystkie studentki, którą jeszcze niedawno byłam, w Gdańsku dawałam niemoralny przykład uczennicom, zwłaszcza że byłam już matką dwójki dzieci, której takie nowinki nie przystoją! Nikt nie rozumiał argumentu, że miałam tylko tę jedną wizytową sukienkę, w dodatku odziedziczoną po mojej mamie, z czasów Międzywojnia.

W modzie różnych lat zawsze jest element, który we mnie zamiast zachwytu budzi odrazę. Do takich elementów mody lat pięćdziesiątych oprócz loka na czubku głowy i wałka z drutu którym kształtowano kiełbaskę z włosów w tyle głowy, właściwie na szyi (jak czesała się moja mama) należą poduszki na ramionach, buty do kostki, grube i ciężkie z wygladu podeszwy. Lubiłam i lubię od zawsze zawsze baleriny (które kiedyś były z płótna i nazywano trumniakami, a od tenisówek różniły się głębokim wycięciem i brakiem sznurowania). Lubiłam też koronkowe sztywne halki pod szerokimi spódnicami i czarne elastyczne bluzki z dekoltem „w łódkę”.

Wychodzi na to, że nie znosiłam mody moich lat dziecinnych, a lubiłam modę młodych miejskich dziewcząt lat sześćdziesiątych. Może więc moda należy do części  swojej wolności oddawanej innym – dobrowolną znosi się doskonale, przymus rodzi odrazę. Potwierdzeniem byłby jeszcze jeden fakt z mojego życiorysu. W latach dziewięćdziesiątych zajmowałam stanowiska dyrektorskie i stosownie do tego musiałam ubierać się w kostiumy z dopasowanymi spódnicami i żakietami o długich rękawach. Do dziś ich nie znoszę. Na szczęście jako stara kobieta robię, co chcę, mogę więc paradować po własnym mieszkaniu w spłowiałych kieckach szerszych ode mnie, z rąbkiem gdzieniegdzie obszarpanym kółkami balkonika, za to uykanymi z indyjskiej bawełny. Sądzę, że czas rozkładu i recyklingu owych szmat jest porównywalny z czasem rozkładu ich nosicielki.

Sny wszelakie – sen o wędrujących wieżach

Swego czasu zapisywałam sny, które arbitralnie uważałam za ważne w moim życiu. Czasami były to sny prekognicyjne, czasami diagnozowały problem, który za dnia wydawał się nie do rozwiązania. Zbiór ten zapisywałam w folderze „sny wszelakie” nie w pełni im ufając, (ale mając nadzieję) że są ważne. Dopiero po czasie (czasem po latach) ujawniał się ich właściwy charakter. Ostatnie dwa lata pozbawione były snów tego rodzaju, albo nie zapisały się one w mojej pamięci. Przypisywałam ich brak temu, że dolegliwości fizyczne zaciemniały obraz wewnętrznej ciemności, a także spokojnemu trybowi życia, jaki prowadziłam. Ktoś, kto w wyprawy udaje się na własny balkon ( pod warunkiem, że nie jest pokryty śniegiem i że świeci słońce), nie może liczyć na olśnienia prekognicji.  Świat przeszkód praktycznych (jak sięgnąć do papierka, który upadł na podłogę albo jak dostać się do przedłużacza, który komuś przeszkadzał na kanapie i niefrasobliwie cisnął go w kąt, albo jak sięgnąć do słoika z marynowaną dynią, umieszczonego w głębi niedostępnej przestrzeni poza babcinym fotelem) zdominował wynalazczość umysłu ciągle jeszcze dość sprawnego, żeby nie poddawał się prozaicznym przeszkodom.

Mimo tego to choroba przywiała do mnie znowu ważkie sny.

Oto jestem w licznym towarzystwie na jakiejś stacji naukowej, badającej coś tam, co niezbyt mnie obchodzi. Poruszam się na wózku, nie oczekując niczego nadzwyczajnego, ale ciesząc się z tego, że wokół mnie poruszają się ludzie, a towarzyszy mi przyroda. Zdaję sobie sprawę, że rano oglądałam na Travel Planet  film z wyprawy do Kambodży, nakręcony przez młodego człowieka pracującego jako wolontariusz opiekujący się słoniami i wiem, że dżungla nakręcona jego, (a raczej jego fotografa) kamerą, nieco przypomina zakamarki podlaskich okolic mojej działki (sprzed lat). W skrócie: przewrócone konary, zarośla, mech i błoto – tam gdzie rosły najpiękniejsze grzyby, jeśli udało się mojemu mężowi wjechać samochodem w pobliże niedostępnych na oko zakątków.

Ten senny krajobraz różni się od rzeczywistych jego wersji – działkowej i dżunglowej. Z wzgórza, znad drzew,  widoczne są kopuły kilkunastu wież, tworzących jakąś sieć. Impreza, w której uczestniczę, jest przyjęciem z okazji ważnej dla owej stacji naukowej – uwieńczeniem jej sukcesu.

Popijamy drinki i rozmawiamy o niczym. Część z moich rozmówców, to osoby już nieżyjące, więc nie mamy możliwości uzgodnienia stanów aktualnych. Oni wszyscy się boją, tego co nadejdzie, ja jestem w nastroju rozrywkowym.

W pewnym momencie zauważam, że kopuły (które wieńczą wieże) podnoszę się na moment i opadają na ich podstawy. Towarzyszy temu lekkie drżenie ziemi, ale i przesuwanie się ich obrazu ruchem wahadłowym, na boki.  Nie odczuwam lęku, raczej euforię „że coś się dzieje”. Ładnie to wygląda; poszczególne pozycje wież nakładają się na siebie i przenikają, jak na wyrafinowanej grafice, przezroczystością pozwalającą jednak odgadnąć ich ruchy w czasie.

Nagle nad najbliższą z wież przeleciało stado czarnych ptaków. Czyniły mnóstwo hałasu i znowu, zmieniły się w obrazy jak z grafiki, mnóstwo czarnych strzał, niczym sporządzonych przez dzieci z papieru, ale barwa ich szybko zmieniła się w mieniące się różnokolorowe, jaskrawe przedmioty. Ptaki nie są ptakami, ani strzałami, ani świecidełkami, lecz zawsze coś zostaje z ich poprzednich wersji.

Rozejrzałam się dookoła i dżungla wokół mnie stała się równie nienaturalna, jak wcześniej wieże i ptaki. Również ludzie, zgromadzeni na przyjęciu stali się podobni swoim wersjom w czasie, zastygłymi na pozór, ale jednak poruszającymi się skokowo.

Uświadomiołam sobie, że to odwzorowanie czasoprzestrzeni tylko z pozoru porusza się ruchem prostym. Nie, ono po prostu drgało; zawsze wracało na swoje miejsce; żywi i zmarli uczestnicy przyjęcia w którymś momencie powracali do tego samego błysku  w szkle kieliszka, do tych samych słów. Cała reszta była atrakcyjną dekoracją, zaciemniającą istotę przedstawionych wydarzeń. Ale co nimi było? Jaki był ich sens?

Wydało mi się wówczas, że wieże to ogromnie powiększone węzły jakiejś siatki, zaciskającej się wokół wszystkiego, w czym uczestniczyłam. Nie bylismy nawet rybkami w tej sieci; gdyby ktoś wyciągał ją w inne miejsce, bez trudu prześlizgnęlibyśmy się między nim i pozostali na miejscu.

Czym jednak byłoby to miejsce po zniknieciu wież? Światem bez kręgosłupa? Przestrzenią porzuconą na pastwę losu? I co oznaczały drgania węzłów? Przygotowanie do przemieszczenia sieci, do jej odejścia, opuszczenia nas, czy przeciwnie, zacieśnienia, relokacji i zmiany rodzaju drgań.

Odczułam, że nie jest źle być u schyłku życia, w miejscu gdzie są żywi i zmarli towarzysze przyjęcia. Tych bardziej żywych czekają nowe traumy i wyzwania, tym zmarłym pozwala się zastygnąć bez zmartwień, w dobrym nastroju.

Obudziłam się z przekonaniem, że nikt po mnie już niczego nie oczekuje i dla nikogo nie jest ważne, czy buntuję się, czy chwalę swój los. Jestem zbyt drobnym żyjątkiem, nieskończenie małą mrówką wśód ziarenek przestrzeni, a na jej zachowania wpływ mają tylko ruchy wielkich mas mrówek. To złudzenie, że w pojedynkę mamy na cokolwiek wpływ poza własnym samopoczuciem, zwłaszcza jeśli jesteśmy mrówką buntowniczą.  Tak czy siak, sieć wież ma własne zadania, kalkulacje i zamiary, i jako żywo, nic nam do nich. Czy gdy skończy się świętowanie, zmieni się wszystko i jak?

Czy właśnie to ludzie biorą za Boga?

 

 

Ciemność wewnętrzna i zewnętrzna

Lektura noblistów (niektórych), choć ciężka i pełna czytelniczych załamań, wolt i pomstowań, zwłaszcza gdy zobowiązani regulaminem wypożyczalni, musimy zmieścić się w określonym czasie, dotyka nas osobiście w chwilach, gdy najmniej tego chcemy:

…” Człowieku, nie bój się przecież ciemności, które cię otaczają, wcale nie są gorsze od tych, jakie masz wewnątrz ciała, to są po prostu dwie ciemności oddzielone skórą, założę się, że nigdy o tym nie pomyślałeś, cały czas nosisz w sobie ciemność i wcale cię to nie przeraża, przed chwilą mało brakowało, a zacząłbyś krzyczeć tylko dlatego, że wyobraziłeś sobie jakieś niebezpieczeństwo, że przypomniał ci się koszmarny sen z dziecinnych lat, mój drogi musisz nauczyć się żyć z zewnętrzną ciemnością tak jak nauczyłeś się żyć z wewnętrzną…”

Unieruchomiona przez nerw kluszowy, zdana w pozycji leżącej na lekturę książek z biblioteki, przyjmuję senny tok narracji, uciążliwie drobiazgowej i z pozoru pozbawionej polotu, jako współgrający z lekarstwami na dolegliwości nadmiernie podrażnionego nerwu, przerywając czytanie, zamyślając się i pozwalając błądzić myślom, które na chwilę odrywają się od jednego, najbardziej bolesnego punktu w mojej wewnętrznej ciemności.

Bohater powieści, starzejący się, samotny urzędnik, Josè (także imię autora, Josè Saramago), pracownik Archiwum Głównego  Akt Stanu Cywilnego, ograniczony nudną pracą i nienaruszalną hierarchią zadań i służbowej podległości, rozciągającej się także na jego życie prywatne, bez żadnego sensownego powodu wdaje się w poszukiwania, które prowadzą go w labirynt własnego umysłu, w jego zastałe przekonania i ograniczenia wyobraźni… Nie da się tego streścić. Powieść musi być nudna jak flaki z olejem, najeżona stwierdzeniami banalnymi i pojawiającymi się jak na zawołanie, po to, żeby, jak to u Saramago, błysnął gdzieś diament czegoś niezwykłego.

Tak myślami docieram do Kafki, mojej młodzieńczej literackiej fascynacji. Inaczej jednak czyta Kafkę człowiek młody, jak ja wówczas, studentka polonistyki, pracownica Biblioteki Narodowej w randze pomocy bibliotekarza, jednej z najniższych szarż (była jeszcze niższa: pomoc magazyniera – nie musiała mieć żadnego wykształcenia), inaczej stary, który w swoim życiu doznał ucisku wielu szarż i wiele z nich spenetrował osobiście.

Jednak wewnętrzne echo odbija dziwne podobieństwa i emocje.Opisywane w powieści Archiwum Główne Akt Stanu Cywilnego, zawierające akta żyjących i zmarłych (wszystkie imiona), m.in. autora Josè, podobnie jak Biblioteka Narodowa zawierała wszystkie dzieła napisane, ważne i nieważne, a kto wie, może i nienapisane, a przede wszystkim, w tej czy innej postaci, zwykłej i symbolicznej, wszystkie możliwe życiorysy i katalog zawirowań losu. Poszukiwania wśród nich odmiennych, niezwykłych, unikatowych, po to, by odnaleźć w sobie losy nie opisane przez nikogo… Zadanie prawie jak dla bohatera Saramago, zwłaszcza gdy nie wie się, jaki jest skutek poszukiwań.

Ciemność zewnętrzna, wciągająca nas, a ciemność wewnętrzna.

Ta druga nie jest całkiem ciemna, wbrew pozorom mamy w niej drogowskazy (jak Josè miał sznurek prowadzący go między regałami) – atlasy anatomiczne, atlasy naszego bólu, opisy schorzeń i leczenia, dywagacje w sprawie przyczyn chorób, liczne propozycje nieusprawiedliwione niczym na temat, co nam w życiu tak zaszkodziło, że mamy jak mamy. Nie mówiąc już o ciemności, kryjącej się wewnątrz naszej czaszki, serca albo wątroby – to jest tej najbardziej wewnętrznej przestrzeni wśród wszystkich wewnętrznych.

Ciemność wewnątrz nas i jej niesprawiedliwość, omyłki, błędy, oszustwa, fetysze, ciągnące za sobą skutki przez kolejne pokolenia

Fetysz: sprawiedliwość.

W czasach PRL obowiązywało prawo dotyczące dziedziczenia dóbr lub uprawnień, które nie były własnością danej osoby, na przykład były własnością państw, urzędu bądź  wspólną. Przykładem może być prawo do mieszkania kwaterunkowego lub spółdzielczego na prawie członkowskim. Kiedy umarła samotnie mieszkająca babcia, jej kwaterunkowe mieszkanie wracało do zasobu miasta, a spółdzielcze – do spółdzielni. Ponieważ obowiązywał meldunek, jako wynik uprawnień do mieszkania, owa babcia nie mogła przez lata zameldować nikogo u siebie „na stałe”. Potem wymyślono obejście prawne, wymuszone problemem opieki nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi, W zamian za opiekę, osoby te mogły zameldować u siebie kogoś z rodziny (ściśle określono stopień pokrewieństwa, np. najczęściej wnuki – pod warunkiem ich pełnoletności), które po kilku latach opieki (chyba 4 czy 5) nabywały prawa do zamieszkania w lokalu po śmierci babci.

Pewna babcia miała 2 wnuków – bruneta i blondyna, Blondyn był spokojny, cichy, grzeczny; brunet żywy, nieposłuszny, stale zainteresowany czymś innym. Kiedy chłopcy skończyli 18, lat ich rodzice przeprowadzili konferencję z babcią na temat, którego z nich zamelduje w swoim mieszkaniu. Babcia była osobą praktyczną i sama nalegała na szybkie załatwienie tej sprawy. Problem miała z wyborem: obu wnuków kochała i miała w stosunku do nich nadzieje, których nie żywiła wobec własnych dzieci, uznawanych za średnio udane.  Zdaniem jej dzieci faworyzowała bruneta, widać lepiej harmonizował z jej niespokojną, choć utemperowaną ciężkim życiem naturą. Podobno zresztą, jako była przedszkolanka zawsze lepiej czuła się wśród trudnych dzieci, niż dobrych i grzecznych. Jednak w momencie meldunku babcia nie wymagała dużej opieki, była samodzielna, a w razie potrzeby pomagali jej wszyscy członkowie rodziny – rodzice i obaj chłopcy. Babcia więc, jako osoba dążąca do sprawiedliwości, uznała iż sprawiedliwsze będzie zameldowanie blondyna, który jest „lepszym” dzieckiem, jako że w owych czasach lepszy oznaczało bardziej posłuszny, cichy i grzeczny, a taki był blondyn. Brunet był gorszy bez wątpienia i należało go naprawiać, chociażby przez to, że stawia się przed nim przeszkody, jakich nie wymagał pozytywnie z natury ukształtowany blondyn.

Takie było myślenie ciemności wewnątrz babcinego umysłu.

Minęło kilkadziesiąt lat. Zmienił się ustrój, prawo, sprawiedliwość, zmieniły się fetysze. Rozumienie natury ludzkiej poszło daleko do przodu dzięki rozwojowi nauki, a także przywiązywaniu większej wagi do praw człowieka. Dodam tylko, iż zasady sprawiedliwości, rządzące ciemnością wewnątrz babci, także uległy zmianie. Zresztą przyszłe losy blondyna i bruneta całkowicie odbiegły od oczekiwań i przewidywań babci. Został do niej żal, choć Bogiem a prawdą, należało mieć żal do ówczesnej sprawiedliwości, która nie pozwoliła babci na przykład zameldować obu wnuków, czy na inne rozwiązanie, mogące w przyszłości skorygować błędy jej pojmowania sprawiedliwości.

Niesprawiedliwa decyzja miała wpływ na następne pokolenia, ale czy odebrać tamtej kobiecie jej prawo poruszania się we własnej ciemności, do jej własnych przesądów? Do zarządzania własnymi fetyszami i własną ciemnością?

Ile fetyszy tkwi w mojej ciemności i czy mogę być pewna, że nie zaważą na losach tych, którzy powstali z mojej ciemności?

Nieuprzejmość czy perfidia

Pewna moja koleżanka, znacznie młodsza ode mnie, miała przed świętami dylemat. Otóż jej syn, niedawno wkraczający w dorosłość, pół roku wcześniej wyporowadził się z domu, od matki i babki (zresztą skonfliktowany z obiema) i zamieszkał z dziewczyną i jej matką. Na poczatku bardzo chwalił rodzinę dziewczyny jako prostą, naturalną i szczerą, ponoć w przeciwieństwie do atmosfery jego domu rodzinnego, (z ojcem zamieszkałym oddzielnie i pojawiającym się tylko od czasu do czasu).

Moja koleżanka była zadowolona, że wreszcie on przestał szukać dziury w całym i z czegoś jest zadowolony. Miała nadzieję, że z czasem stosunki w rodzinie się naprawią. Przed świętami Bożego Narodzenia syn zadzwonił do niej z życzeniami i zaprosił ją na wyjazd do rodziny tej dziewczyny na wieś, gdzie wszyscy mieli spędzać kilka świątecznych dni. Moja koleżanka uważała, że z takim zaproszeniem powinna wystąpić dziewczyna lub jej matka, zwłaszcza, że do tej pory ich nie znała. No, a przynajmniej dziewczyna powinna zadzwonić z życzeniami, żeby ta moja koleżanka mogła się upewnić, iż nie był to jednostronny wyskok jej syna, nie uzgodniony z tamtą rodziną. W dodatku owa trójka (dziewczyna, matka i jej syn) udawali się na wieś samochodem, a jej nikt nie zaproponował podwózki, musiałaby sama szukać dojazdu, dość zresztą skomplikowanego, pociągiem autobusem i kawałek pieszo, wieczorem, w nieznanej okolicy.

Moja koleżanka bardzo chciała nawiązać dobre stosunki z otoczeniem swojego syna, ale nie była pewna, czy owe zaproszenie, w takiej formie i bez wcześniejszego zapoznania się matek, było wynikiem braku wychowania w tamtej rodzinie, czy też pokazaniu jej, że jest traktowana jako piate koło u wozu, bowiem w międzyczasie zorientowała się, że na poznanie matek nalegał jej syn.

Czas na podjęcie decyzji był krótki, ale sam los przyszedł mojej koleżance z pomocą, ponieważ złapała grypę.

Kiedy opowiadała mi całą historię, zadałam sobie pytanie, czy podobne dylematy (brak wychowania czy lekceważenie), występowały równie często w mojej młodości przed ćwierćwieczem. Częściej rozwiązywano je w pokoleniu rodziców w średnim wieku, jako brak wychowania i niewłaściwe pochodzenie, rzadziej jako zamiar celowego okazania lekceważenia. O drugiej stronie tej interakcji na ogół wiedziało się, z jakiej rodziny pochodzi i to determinowało odpowiedź. Upadła arystokracja okazywała lekceważenie, chłopi, robotnicy i chłoporobotnicy nie byli właściwie wychowywani. Tym drugim należało trochę „odpuścić” z wymagań, tym pierwszym należało okazać dumę i niezależność.

Chyba… Chyba, że było się młodą, naiwną dziewczyną i z góry wierzyło się wszystkim, w myśl zasady: kto nie jest moim zdeklarowanym wrogiem, jest mi życzliwy.

Tylko raz ta zasada mnie zawiodła i to w środowisku, które obdarzałam nadmiernym zaufaniem – studentów i instruktorów harcerskich. Zaproszono mnie do udziału w prywatnym rajdzie koleżeńskim po górach, po oficjalnym zimowisku dla dzieci. W tej grupce byłam jedyną pracującą osobą i nie przyszło mi do głowy, że to o moją kasę chodziło.

Jeden z kolegów zbierał pieniądze za udział i dopiero dużo później dowiedziałam się, że w istocie mój wkład był jedynym, który wyegzekwowano. Ale jako „jelenia” traktowano mnie gorzej, niż na to zasługiwałam. Moje imię brzydko przekręcano, choć koledzy wiedzieli, ze tego nie lubię. Jednak zakończenie rajdu było dla mnie bardzo przykre. Kiedy powódź zablokowała wiele szlaków, a ja wpadłam do strumienia i zwichnęłam nogę na śliskich kamieniach, koledzy zostawili mnie przy szosie, żebym łapała auto-stop, a sami udali się rzekomo w pieszą wędrówkę do końca planowanego etapu, gdzie mieli na mnie czekać w punkcie noclegowym. Przemoknięta, z gorączką,czekałam kilka godzin, aż wreszcie udało mi się częścowo przejechać, a częściowo dobrnąć przy pomocy kija, do miejscowości z noclegiem. Była już noc, a na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, spotkanie samochodu w Bieszczadach nie było łatwe. Dobrnąwszy ostatkiem sił do hoteliku, dowiedziałam się, że moich rajdowców nigdy tam nie było, a ja nie miałam pieniędzy na opłacenie noclegu. Z litosci pozwolono mi przenocować w holu na fotelu i suszyć odzież przy kaloryrferze. Rano wsiadłam w pociąg i „na gapę” dojechałam do Warszawy. Jakiś czas potem dowiedziałam się, że kolegom starczyło pieniędzy tylko na pociąg i nie dla wszystkich, więc nie zawracali sobie głowy dojściem do miejscowości, w której mieliśmy rzekomo nocować.

Kilka lat później jeden z tych kolegów zasłużył na pochwalny artykuł w gazecie, jaki to on był wspaniałym instruktorem.

Gdybym była mniej naiwna, i nie wierzyła w to, że każdy instruktor harcerski jest kryształowym człowiekiem, oszczędziłabym sobie niemiłych przeżyć i zapalenia płuc tudzież upokorzenia kogoś bez grosza przy duszy. Przynajmniej nie oddałabym całej posiadanej kasy innym, zostawiłabym sobie rezerwę.

Dlatego gotowa byłam rzec mojej koleżance, że powinna traktować całą sytuację jako lekceważenie, ale ugryzłam się w język. Czasy się zmienily i więcej jest ludzi źle wychowanych, niż dawniej. Ale wierzę w jej intuicję (ja w swoją nie wierzyłam, jako dziecko, które starano się wychowywać super racjonalnie) i na starość przekonałam się iż to był mój podstawowy, życiowy błąd.

Co do syna mojej koleżanki: okazało się, że wszystkie afronty (opisane i inne) były zamierzone. Prawdopodobnie dziś łatwiej zrobić takie założenie, niż złe wychowanie. Ale to gdzieś tkwi wewnątrz człowieka – chciałoby się wierzyć innym ludziom, ale na chwilę, gdy wyłączy się zimny rozsądek, dostaje się natychmiast w d… Może stąd bierze się wszechogarniająca nienawiść, bowiem łatwiej o nią, niż o wyekstrahowanie pozytywnych wyjątków.

Trudno zostawić

Trudno zostawić pewne sprawy bez komentarza. Tak jakoś się porobiło, że uznano powszechnie, iż koniecznie WE WSZYSTKIM musimy opowiedzieć się po jakiejś stronie. W dodatku nie stronie osób o politycznej mocy sprawczej, a raczej takich, które lubią głośno wypowiadać się na wiele tematów. Brak zaufania do jednej celebrytki (Martyny Wojciechowskiej, ale nie tej od NBP) pozbawił mnie części moich znajomych, zaś obrona innej, Magdaleny Ogórek drugiej części. Wiadomo powszechnie, że jeśli jesteś za całoscią, nie możesz być przeciw w szczegółach. Świat jest czarny albo biały. Ktoś jest be – wobec niego można wszystko, ktoś jest cacy – nie wolno palcem go tknąć. Tak już mamy i żadne wykształcenie nie uchroni nas przed uproszczeniami. Czy profesor czy sprzątaczka, gdy już do kogoś się dorwiemy, najchętniej byśmy go zlinczowali, a potem przekonywali, że sama tego chciała.

Wszak pani Ogórek miała, zdaniem niektórych, minę triumfującą, gdy ją opluwali. W samochodzie pstrykała fotki tym, którzy machali kartkami, wrzeszczeli i bili dłońmi w szyby. Nie robiła wrażenia przestraszonej, jak relacjuje pewna pani. Rok czy dwa wcześniej, w podobnych okolicznościach pewien polityk (jednak bardziej winny) podobno złosliwie się uśmiechał i robił głupie miny. Swego czasu ja też zapewne miałam głupią minę, gdy pokazywali mi kawałek sznura i drzewo, na którym zawisnę – za niewinność zresztą i z powodu omyłki, która zaszła w ciemności i pośpiechu, gdy otworzyłam niewłaściwą szafę. Grożący też mieli rację, przyznaną im przez historię, ale akurat w tej sprawie, nie. Słuszność sprawy bowiem nie rozgrzesza ze wszystkiego, co się w jej imię robi. Ciekawa jestem miny tej pani w analogicznej sytuacji. Widziałam, jak kiedyś przewrócono samochód z ludzką zawartoscią, w wybuchu  pogardy, nawet nie dla ludzi w środku, a dla logo na drzwiach.

Gdzieś zatraciliśmy swoją moralność. Wobec jednych wolno, wobec innych nie. To przykre i bardzo smutne, kiedy za przemocą opowiadają się ci, którzy deklarują, że ich ona mierzi. Potem jak dzieci w piaskownicy, wrzeszczą, kto zaczął i jak dzieci są pewni, że to ten drugi, bo sprowokował.

Jeszcze smutniejsze jednak są uzasadnienie, które łykają ci ludzie albo ci, którzy je tworzą na użytek mniej bystrych.

Jako osoba pisząca postaram się zanalizować pewien tekst, a nie człowieka (jeśli ktoś jeszcze widzi jakąkolwiek różnicę w dzisiejszych czasach), bowiem wierzę w ludzką dobroć i  że chwila zastanowienia mogłaby otrzeźwić zaczadziały umysł.

Pani Ewa Borguńska w publicznie udostępnionym na facebooku tekście  „Wstydźcie się”

Opublikowany przez Ewa Borguńska Niedziela, 3 lutego 2019

tłumaczy najpierw z kim chce, a z kim nie chce mieć do czynienia. To początek, najważniejszy, tego wpisu. Lista tych, z którymi się nie zgadza, bowiem: „bo kilkanaście osób wykrzyczało” to i tamto. Oczywiście doskonale wie, że nie za to, że coś sobie pokrzyczeli, mają do nich pretensje politycy, dziennikarze i Rzecznik Praw Obywatelskich. Krzyki, choć niemiłe, nikomu nie zagrażają, Do pewnego momentu oczywiście. Jeżeli ktoś wrzeszczy, Ogórek, ogórek, kiełbasa i sznurek, „kłamczucha”, „sprzedałaś się”, „wstyd”, „hańba”, „zatrudnijcie dziennikarzy” itp. – wolno im. Choć to niemiłe, to w tym wypadku zasłużone i dopuszczalne. Problem w tym, co dzieje się dalej. A to już najwygodniej pominąć.

Pani EB odnosi się tych, co publikowali na ten temat. To nieuczciwe, może by najpierw dokończyła relację o tym, co naprawdę dalej się działo. Ale to znana taktyka. Gadaniem o przeciwnikach rozpraszamy uwagę czytelników, odwracamy ją od wydarzeń, na korzyść naszych dywagacji (bardziej lub mniej uzasadnionych) w myśl zasady: „Zanim wam opowiem, jak było, posłuchajcie mnie ludzie, co mam w tej sprawie do powiedzenia. A zacznę od wymieniania moich wrogów”. Jeżeli do tego doda się analizę zasięgu ogladalności zajmujących omawiane stanowisko, stworzymy wrażenie, że wypowiada się w sprawach najwyższej wagi, chociażby chodziło wyłącznie o odchody słonia. Słoń jest wielki, więc jego odchody są ważne. Można je zważyć, zmierzyć i tak dalej, tworząc pozór poważnych rozważań. Rozumiecie, nie oni grozili, tylko odpowiadali na grożby i wskutek tego grożono im, biednym niewiniątkom. Póki co, jeszcze ani słowa o tym, co naprawdę zaszło.

Potem pani EB opisuje jak kilkoro protestujących otrzymuje groźby, a kilkoro z nich nawiedzają w domach policjanci. Nadgorliwość władzy, zasługi protestujących. To już inna historia, możliwe, że druga strona nie ma racji. Ale ciągle nie wiemy, co zrobiła pierwsza!

Pani EB deklaruje, że zacznie od początku. I zaczyna od Remusa i Romulusa czyli jak prezesem telewizji został pan Kurski. Jak psuł telewizję. Jak dostał niesłusznie dotację (dla większego wrażenia wymienioną liczbowo i słownie). I nadal twierdzę, że z tego, że A jest prawdziwe, nie wynika, że prawdą jest B jako  wymienione tylko w następnej kolejności. Z historii przejęcia mediów publicznych nie wynika, że protestujący przeciwko pani Ogórek używali dopuszczalnych form nacisku. Zarzucając komuś kłamstwa, manipulacje, półprawdy itp, wymieniając je z lubością, należy chyba pilnować także siebie, żeby podobnej manipulacji nie mozna było zarzucić. Ale my dalej nie dostajemy informacji co zaszło. Jakieś nieskładne gadki nadziewane gęsto pytaniami retorycznymi, wezwaniami i kazaniami i do końca wezwania aby wszyscy wstydzili się, a zwłaszcza ci, którzy myślą inaczej, nawet w szczegółach.

Powiem, co ja widziałam na filmikach. I pewnie widział każdy, kto chciał być obiektywny. Widziałam, że komuś zamkniętemu w samochodzie grożono. Było conajmniej kilkanaście osób na przeciw jednej kobiety. Nienajmądrzejszej, skoro wychodząc machała ręką tłumowi niesłusznie sądząc, że ją pozdrawia. Potem, gdy wsiadła do samochodu, zaczęło być groźnie. Nie mogła odjechać nie rozjeżdżając coraz bardziej nakręcającego się, podnieconego tłumku. I właśnie to zachowanie ludzi uważam za naganne. Nie całą tę zamydlającą wydarzenia opowieść pani EB, która w wielu wątkach jest prawdziwa, ale fakt, że prawdziwą narracją przykrywa niewygodną część prawdy.

To, co napiszę nie jest miłe. Niestety, jak ludzie w tłumie zachowujemy się nieobliczalnie. Jednak gdzieś, podświadomie, wybieramy swoje ofiary. Nie tych, za którymi stoi system i  którzy go aktywnie tworzą podejmując decyzje, a celebrytki, które na nic nie mają wpływu ani żadnej władzy, nie dysponują profesjonalną ochroną, za to lubią promować siebie. Jest to wada niewątpliwie, ale czy zasługuje na coś, co łatwo może przerodzić się w lincz? Inną sprawą, której chwilowo nie chcę komentować, jest wybór ofiar naszego gniewu – równie nieracjonalny jak bywają jego uzasadnienia.

I do pani EB: Czy to nie komuniści rozpowszechniali hasło „kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam”? Czy z nich mamy brać przykład?

Hydraulik i stara, brzydka Gertruda

Kiedy samotnemu człowiekowi pęknie grzejnik i cieknąca woda tworzy kałuże, pochłaniające z każdą chwilą zasoby czystych ręczników, w oczekiwaniu na przybycie pana hydraulika, pozostaje jedynie czytanie (ze zrozumieniem) wywiadu Johna Hydea Prestona z Gertrudą Stein w sierpniu 1935 roku. Poniekąd wszystko było tak jak dziś, jedynie cztery lata dzieliło rozmówców od czasów, gdy nie tylko pan hydraulik ale i wszelkie inne dywagacje przestały mieć sens. Musiało upłynąc  84 lata, aby zblakły problemy nurtujące ludzi ( z tymi, których przedstawicielem jest osobnik usuwający wszelkiego rodzaju prywatne awarie) i żebyśmy poczuli potrzebę oderwania się od codzienności skrzeczącej i powrócenia do rozważań o tym, co wydobywa się z jądra człowieka. Jak mówi Ewa Seydlitz, znawczyni symboli tebańskich – czym rzyga człowiek, gdy nie jest już w stanie utrzymać swej świadomości wewnątrz siebie. Dla Tebańczyków pojęcie rzygania miało inne znaczenie niż dla nas (to uwaga w kierunku tych którzy skrzywią się na moje porównania z niesmakiem). Ale posłuchajmy, co mówi o twórczości Gertruda Stein ( w antologii „Wywiady prasowe wszech czasów” wyboru i opracowania Christophera Silvestera, wyd. „Iskry” 2005. ):

„Myśl o pisaniu w kategoriach odkrywczych, co oznacza, że akt tworzenia musi się dokonywać między piórem a papierem, nie wcześniej w myślach ani potem przy przeróbkach. Tak, w myślach, a nie podczas starannego namysłu. Wynik pojawi się na papierze, jeśli w ogóle coś ma się pojawić i jeśli ty na to pozwolisz, bo jeżeli masz w sobie cokolwiek, doznasz nagłego twórczego poznania. Nie będziesz wiedział, jak się to stało, a nawet czym było, ale to będzie twórczość, która spłynie z pióra. wyłoni się z ciebie, a nie z architektonicznego rysunku rzeczy, której dokonujesz. Technika nie tyle jest kwestią formy czy stylu, ile sposobem, dzięki któremu powstaje forma lub styl, i metodą na ich powtarzanie. Kiedy zamrozisz fontannę, zawsze będziesz miał lodową strugę, strzelającą najpierw w powietrze, a potem opuszczającą się łukiem – co do tego nie ma wątpliwości – ale więcej już z niej się nie poleje. Jestem w stanie powiedzieć, jak ważne jest dysponowanie twórczym poznaniem. Nie możesz przeniknąć do lędźwi i uformować dziecka; ono tam jest, same się rozwija i wydobywa na zewnątrz jako całość”

(portret Gertrudy Stein pędzla Picassa)

Nieco dziwne jest dyskutowanie ze słowami dawno nieżyjących osób, które padły blisko wiek temu, jednak czytając je odkrywam, jak bardzo odeszliśmy od rozumienia literatury (i innych sztuk także) jako twórczości, a zaczęliśmy pojmować ją podobnie do zawodu hydraulika, rzemiosła potrzebnego w codzienności, twórczość odstawiając do przegródki psychologicznej. Błąka się tam gdzieś w kategorii podświadomosci i jest zupełnie zbędna współczesnemu pisarzowi, chcącemu żyć z pisania. Współczesna literatura coraz rzadziej jest twórczością, a coraz częściej sprowadza się wyłącznie do tego, co ongiś pisarze uznawali za kolejny etap, czyli obróbkę tekstu, dostosowanie go do wymogów ortografii, stylu i jasności przekazu, uzupełniona oczywiście o trendy aktualnej mody. Znajomość tych ostatnich zawdzięczam subskrybcji wskazówek dla pisarzy hojnie rozsyłanych przez pewne wydawnictwo.  Ostatnio informuje ono, że mile widziane na odwrocie książki jest publikowanie profesjonalnej galerii zdjęć. Brzydka, stara Gertruda, z całym swoim intelektem i osobowością nie miałaby szans.

Smutne to, ale prawdziwe. Jednak w świetle wpisów czytelników książek na jednej z grup zainteresowań na facebooku trudno się dziwić pisarzom, że nie kierują się wewnętrzną pasją, a ekonomicznymi prawidłami popytu i podaży. Kiedy wiedzą, czego domagają się czytelnicy, na przykład:

  • Chętnie przeczytam książkę, w której są co najmniej 3 osoby zamordowane. Co możecie polecić?
  • Kupiłam po taniości na czas sesji.
  • Szukam książek w których starszy facet zakochuje się w młodszej dziewczynie.
  • Mi chodzi o zagadki z religią w tle w stylu w jakim pisze Dan Brown.
  • Może ktoś mi poleci jakąś straszną książkę o nawiedzeniach, duchach tak by się mega wystraszyć.
  • Poszukiwana książka z soczystą akcją i romansem w tle. Pytanie: Jak wygląda soczysta akcja? Odpowiedź: Zabijanie czy coś. Ktoś przytomny polecił „Wielką księgę soków”.

Cóż, hydraulicy literatury są na czasie, jak nigdy wcześniej.