Smutek medytacji

Przeczytałam po raz pierwszy zdanie odrębne w morzu zachwytów nad dobrodziejstwami medytacji. Przyznam się od razu: nie medytuję. Początki zniechęciły mnie bardzo, a kiedy po latach powróciłam z zacięciem, że trzeba trochę starań i wysiłku, żeby osiągnąć rezultat, przekonałam się, iż jego osiągniecie nie niesie ze sobą oczekiwanych korzyści, czasem wręcz przeciwnie.

Osoba która zamieściła link do artykułu 

http://www.national-geographic.pl/national-geographic/ludzie/ciemna-strona-medytacji-doswiadcza-jej-1-4-praktykujacych?fbclid=IwAR2STQqV3KLEf6yj1oH3tau3nEGY0hKUsljjBKxXFi3kbPvodyHnksjHPRU

opatrzyła go komentarzem, z którego jednoznacznie wynikało, że po prostu nie wierzy i traktuje doniesienie jako p… trzy po trzy. Jest to oczywiście zwyczajne w świecie, w którym najprostsze rozwiązania i interpretacje są najbardziej wiarygodne, a jeśli coś, komuś, kiedyś przynajmniej pomogło, niechętnie słucha o przypadkach, gdy komuś innemu zaszkodziło.

Sedno sprawy leży oczywiście we wnętrzu człowieka i może się wydarzyć, że zajrzenie do niego przynosi ból i rozpacz, a nie ukojenie. I nie jest bynajmniej zabawą.

Sięgam do osobistych doświadczeń, które zmieniły mój pogląd na powszechnie panujące opinie ogólnie dotyczące tzw. „duchowości”. Tzw., bowiem w pojęciu tym mieści się całe mnóstwo rozmaitych rzeczy; niektórych traktowanych z nabożeństwem godnym lepszej sprawy, innych lekceważonych raczej niesłusznie, z racji tego, iż mogą przynieść czemuś, co nazywamy duszą, szkody zamiast pożytków. Zachęcającym do medytowania, niezależnie od stosowanych  szkół i systemów, bez względu nad istniejącymi przeciwwskazaniami sugerowałabym większą powściągliwość..

Dla zwolenników medytacji pozwala ona wyciszyć się, połączyć z kosmiczną jaźnią i dzięki temu mieć wgląd w swoje wnętrze. Pół biedy, jeśli te wnętrze nie jest zbyt skomplikowane, jeśli jednak łączy się z osobistą nadwrażliwością, wieloma psychicznymi urazami, czy wreszcie bujną wyobraźnią, wgląd weń bywa torturą, a nie ukojeniem. Uważność czasami jest szkodliwa. Nie jestem teoretykiem ani psychologiem, nie potrafię więc tego opisać językiem nauki, wiele lat egzystowania na tym świecie i wiele doświadczeń (także wbudowane na trwałe w podświadomość i odruchy ciała przeżycia wojenne) nauczyły mnie, że to, co przynosi nowe urazy, lepiej czasem omijać, jeśli nie ma się siły ich przewalczyć i z nimi się zmierzyć. A są takie rzeczy, wierzcie mi!

Co kryje się w moim wnętrzu? Nie tylko wewnętrzne dziecko, wewnętrzny (najczęściej karcący) rodzic, wewnętrzny ideolog, dbający o zgodność wyznawanych norm z postępowaniem…. ale cały tłum różnych osób, które kiedykolwiek miały na mnie wpływ

Czy można zapytać dziś o sens medytacji? Medytacja jest postępowaniem osób narzucających sobie (przynajmniej chwilową) bierność, dbających o swój wewnętrzny świat, żyjących w stabilnym środowisku, nie zmagających się (lub pragnących tego uniknąć) z rzeczywistością (zwyczajną, skodyfikowaną, dbającą o człowieka lub wręcz przeciwnie), tak opresywną, iż nie da się lub nie chce się już więcej zrobić. Często przeradza się w życiową postawę przynoszącą ulgę w strapieniach. Wówczas bywa gloryfikowana, zalecana, często natrętnie przedstawiana jako panaceum na wszystko, podobnie jak unikanie toksycznych (związków, ludzi, okoliczności).

Tymczasem za naszymi plecami pojawiła się wielka, toksyczna niewątpliwie także w sferze świadomości chmura – dymów znad deszczowych lasów, topniejących lodów Arktyki, morza drobniutkich cząsteczek plastiku wnikających we wnętrze ryb, zwierząt i ludzi (też). Czy w obliczu tej chmury medytacja nie jest przypadkiem sromotną ucieczką przed myśleniem? Wszak przeciwnikiem medytacji jest gonitwa myśli, która (jak wierzę) przynosi nieoczekiwane rozwiązania trudnych problemów. Nie unikanie toksycznych myśli, a mierzenie się z nimi. Nie zorganizowane poszukiwania wewnątrz siebie starymi, wydeptanymi ścieżkami, a nowymi, z pozoru bezładnymi i bezsensownymi, nazywanymi czasem burzą mózgów (w tym przypadku jednego, nieokiełzanego, własnego mózgu).

Mój znajomy z warsztatów Taraki, Jurij Biliczenko zamieścił taki obrazek. Niektórzy twierdzą, że podróbka. Tak czy inaczej na czasie.

Ja jednak nieprawomyślnie pytam:

Kto wie, czy do takiego myślenia, oceniającego dotychczasowe rozwiązania, nie będziemy musieli powrócić w perspektywie braku wody? Zamiast spłuczek w ubikacjach – domowe chemiczne oczyszczalnie, redukcja ilości i czasowe składowanie zamiast spłukiwania; dezynfekcja parą zamiast kąpieli w wannach, czy pod prysznicem w kabinach; szczelna kapsuła na wymiar człowieka, działająca jak zmywarka do naczyń? Ideologia jakaś zawsze się znajduje, mądra, głupia, bez różnicy. Podobno historia kołem się toczy…

Może bezładna burza w mózgach przyniesie nowe, nieoczekiwane rozwiązania. Tak czy inaczej, w razie gdy, jak się wieszczy, ludzkość cofnie się do stanu sprzed rewolucji przemysłowej, medytacja na szerszą skalę już nie ma przyszłości. Wszystko będzie zależeć od tych, co nie medytują.

O zawłaszczaniu symboli

W moim mieszkaniu wisi obraz podarowany mi przez malarkę Izabelę Ołdak, stanowiący pewną formę podsumowania naszych dyskusji o szeroko pojętej ezoteryce. Przedstawia on szczyt góry stanowiący tło do znaku mocy, na który to szczyt miałyśmy wspiąć się razem jeszcze za mojego życia po ukończeniu kuracji. Nie wspięłyśmy się i nie zobaczę już gołoborza na tym szczycie (przynajmniej za mojego obecnego życia), jednak obraz wisi jako pamiątka chwilowego opuszczenia realiów tego świata na rzecz marzeń i wyobrażeń, a także dlatego, że słowiańszczyzna jest mi bliska z rodzinnych tradycji sięgających pradziadków. Było to dość dawno ale niezbyt, zaledwie parę lat wstecz. Kołowrót skojarzony z krzyżem solarnym wg spisu symboli słowiańskich takie ma znaczenie:

Jednakże w oczach pewnego przedstawiciela władz zaszeregowano mnie do grona osób, z którymi nie chciałabym być kojarzona. Ze zdziwieniem bowiem zapytał czy istotnie mnie, w moim wieku, fascynuje swastyka. Co więc mogło się stać, że serio doradza się mi, abym obrazu się pozbyła lub przeniosła go do łazienki? A przecież słowiańskość, jako tradycja, nigdy nikomu nie przeszkadzała.

Mój dziadek, walczący w I wojnie światowej, jako oficer armii austrowęgierskiej, zamieszkujący dawne Kresy, miasteczko w zakolu Dniestru, kultywował tradycje wiążące się ze słowiańskością m.in. poprzez nadanie dzieciom drugich imion o słowiańskim brzmieniu. Jako nauczyciel zapisywał i swoim dzieciom polecał zapisywać przebieg obserwowanych na wsi uroczystości i obrzędów i omawiał ich tradycyjny wymiar. Jedno z takich „wypracowań” jakie polecił napisać swojej córce opublikowałam w serii „Z szuflad starego biurka” w „Tarace”.

Moja próba nadania dzieciom  drugich słowiańskich imion nie była udana. Zbysława w dokumentach zmieniano na Zdzisława, Zbisława, a Miłosława na Mirosława. Kilkakrotnie musieli zmieniać lub prostować omyłki, nawet w trybie sądowym. Zresztą jest to chyba tradycja rodzinna, ponieważ imię mojej teściowej „Maria” vel „Marianna” musiało zostać sądownie zmienione po jej śmierci (na potrzeby postępowania spadkowego). Tu przyczyny były inne niż w przypadku moich dzieci, gdy imion nie było w urzędowym spisie; światopoglądowe można rzec, jako że w tamtych czasach i w tamtych okolicach księża uważali, że Maria była tylko jedna (podobnie jak Jezus) i w związku z tym nie zapisywali tego imienia w aktach cywilnych, potem jednak, gdy władzę przejęli bolszewicy, wszystko się odmieniło, a święta biurokracja zmusiła po raz kolejny do zmiany imienia nieszczęsnej zmarłej.

Już te przykłady świadczą, że nigdy nie było łatwo iść pod prąd preferowanej aktualnej ideologii.  Co było pochwalane za czasów mojego dziadka, raziło za PRL. W moim długim życiu obserwowałam owe śmieszne wygibasy ideologiczne, czasem nawet kilkakrotne w jednej sprawie i niewiele jest mnie w stanie zdziwić. Wyznawca teorii egegorów powie, iż owe myślokształty, napędzane energią ludzkiej myśli, muszą zmieniać swoją formę i siłę, bowiem wierzy, że mogą żyć własnym życiem i posiadać własną wolę. Bo jak inaczej wytłumaczyć owe wolty zawłaszczanej historii?

Podobnie jest z symbolami. Na myśl przychodzi mi od razu tęcza, sierp i młot, różne kwiaty czerwone, białe i inne, będące niegdyś symbolem uczuć łączących dwoje ludzi, a zawłaszczone przez politykę. Zwłaszcza polityka jest takim pożeraczem wszystkich możliwych symboli, jako egregor sprawuje się jednak doskonale, ponieważ łączy wielu ludzi, upraszcza i trywializuje wszystko, nadaje energię głupcom i nieudacznikom, a wiarę nieśmiałym i poniżanym.

Syndrom indyjskiego słonia

Podobno my, Polacy kochamy wolność. Czytam dzisiaj artykuł o granicy między wolnoscią a ekologią http://www.taraka.pl/granica_pomiedzy_wolnoscia_a_ekologia , gdzie przykładami dążeń wolnościowych są Balcerowicz i Korwin Mikke, a przykładem dążeń wolnościowych taka sprawa:

” Wydaje się, że Polacy jako tako mają zboczenie na punkcie wolności i są w stanie żarliwie jej bronić, kosztem wspólnoty społecznej, myślenia ekologicznego lub poszanowania osób słabszych lub tych, które niezbyt dobrze sobie radzą w życiu. Weźmy na warsztat dawny spór o wymianę energochłonnych żarówek 100 watowych na żarówki pochłaniające znacznie mniej prądu. Nawet jeśli wiązałoby się to z początkowo wyższymi kosztami eksploatacji, korzyści z tego rodzaju przemodelowania są niewątpliwe. Na szczęście Polak potrafi, nikt mu nie będzie odbierał wolności, żaden unionista nie będzie mu pluł w twarz i rozkazywał! „.

„… posiadanie samochodu kojarzy się z samodzielnością i wolnością, a także wysokim statusem ekonomicznym, tak niejedzenie mięsa może być niektórym wolnościowcom kojarzone z (a jakże!) poprzednią epoką komunizmu i tzw. lewactwem.”

Ja mogę dodać od siebie, że nakaz zapinania pasów w samochodzie, wożenia fotelików dla dzieci, jeżdżenia rowerem w kaskach, zakaz jeżdżenia w słuchawkach i rozmawiania w czasie jazdy przez telefon komórkowy, traktowane są jako zamach na wolność osobistą. Swego czasu jechałam ulicą Puławską w Warszawie z taksówkarzem oburzonym, że miałam coś przeciwko temu. żeby stojąc przed światłami, grał w jakąś komputerową grę, trzymając cały czas na kolanach otwarty laptop.

Zobaczmy więc, jak wychowuje się dzieci w poczuciu wolności. Dostarczycielką licznych ulicznych obrazków jest moja koleżanka, zawodowa niania. Dzisiaj opowiedziała mi o babci, prowadzącej malucha na szelkach, jak pieska na smyczy.  Kiedy szła wzdłuż ruchliwej ulicy, nie wydawało się to bardzo naganne – wszak dziecko mogłoby się wyrwać, a babcia nie dałaby rady jej zatrzymać.

Kiedy jednak dziecko usadowiło się w piaskownicy, babcia nie wypuściła smyczy z rąk. Inne dzieci trzymały się jak najdalej od tej pary, instynktownie widać nie lubiły przy zabawie nadmiaru kontroli dorosłych. Za którymś razem moja koleżanka nie wytrzymała i podeszła do babci. – Czy pani słyszała o syndromie indyjskiego słonia? – spytała. – W Indiach małe słoniątko przywiązuje się do drzewa i tak pozostawia. Słoniątko drepcze dookoła drzewa, na ile pozwala mu uwięź i potem, gdy już mógłby poruszać się samodzielnie, nie robi tego, nauczony, że zawsze ma smycz, która go ogranicza. Czy chce pani, żeby dziecko było całe życie ograniczone jak ten słonik?

Babcia nie odpowiedziała, ale dalej trzymała dziecko na uwięzi. Wyobrażam sobie, że dziewczynka, cicha, posłuszna i grzeczna, nigdy nie wyrywajaca się, zapewne związana bardzo uczuciowo z babcią, wyrośnie na młodą kobietę bez trudu pływającą wśród ławicy takich jak ona, łatwo wpadającą w sidła mężczyzn z ławicy jednego gatunku i nie potrafiącą nic innego, jak cierpliwie znosić niedogodności małżeńskie lub konkubenckie, jakie jej się przydarzą w tym związku. Za to będzie gorąco protestować, kiedy ktoś odbierze jej wolność wychowywania i karcenia swojego dziecka.

Z Wikipedii: By Photography by Semnoz – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=210084

Historyczne diety (2)

pisałam w październiku, 26 października, 2016 r.

Historyczne diety

o zakupach nauczycieli odpoczywających nad morzem  we wczesnym PRL. Dziś chcę napisać o przepisach kulinarnych potraw z późniejszych czasów, u jego schyłku, niektóre z nich ciągle przyrządzam.

Nie jest tak, że wspomnienie smaku i zapachu jest czymś odrębnym od towrzyszących okoliczności. Przynajmniej u mnie smak lub zapach wywołuje wspomnienia, nie zawsze najmilsze, ale bywa też tak iż ówczesne smaki łagodziły dolegliwości tamtych czasów. Na przykład, choć nie znosiłam kolonii letnich dla dzieci (w których uczestniczyłam jako kolonistka, a potem jako wychowawczyni, intendentka i kierowniczka), uwielbiałam serwowaną w bezmięsne poniedziałki pastę rybno-twarogową z wędzonej makleli, białego sera, koncentratu pomiodorowego z jedną z dwóch przypraw ziołowych tamtych czasów – majeranku (drugą był kminek, ale w innych potrawach).

Inną potrawą PRL, którą zapamiętałam, był jeden z licznych wynalazków stanu wojennego. Posiadanie kartek na mięso bynajmniej nie gwarantowało zakupu tegoż artykułu, a jeśli już, to tej odmiany, której przynajmniej 1/3 nie stanowiła by kość. Jeśli się było (jak ja) szczęśliwą posiadaczką 3 mężczyzn w domu, sytuacja ta gwarantowała przymusowy wegeterianizm, jeśli nie veganizm od czasu do czasu. Organizm spragniony miesnego białka, a jednocześnie głodny różnorodności, produkował w natchnieniu dziwaczne potrawy z czegoś, co było stosunkowo dostępne. Na przykład śledzi z beczki.

W mojej firmie, powiązanej z wiejską spółdzielczoscią, jako zmilitaryzowanej, gdzie obowiązywał system dyżurów 24-godzinnych, dostawaliśmy często różne przydziały artykułów spożywczych niekartkowych, a wśród nich najczęściej produktu nazywanego serem żółtym, a pochodzącego z doświadczalnej produkcji jednego z zakładów mleczarskich, do której używano cystern serwatki, zwożonych zewsząd. Ów ser serwatkowy nadawał się do jedzenia (co prawda słyszeliśmy o próbach produkcji alkoholu z serwatki i wolelibyśmy dostawać takie przydziały, ale w myśl mądręgo przysłowia „Jak dają to bierz, jak biją to uciekaj” nie protestowaliśmy. Niemniej ciśnienia na ten ser nie było, chętniej brano kaszankę, którą produkował z kolei inny zakład zastępujac krew innym przetworem serwatki.

Problem w tym, że ten ser serwatkowy wszystkim się już przejadł. Wtedy ruszyły różne pomysły na przetworzenie go. To były czasy przed komputerami osobistymi i internetem, więc przepisy kulinarne rozchodziły się drogą szeptaną albo spisywaną z cudzych opowieści. Łatwiej było o przepisy na przyrządzanie odwiecznych tradycyjnych potraw, gorzej na wykorzystanie takich wynalazków jak ser serwatkowy, kakao z łusek albo kakao owsiane, czy kawa z żołędzi.

Tym wyjściem dla sera serwatkowego była rolada. Ładnie wyglądała i nawet można było podać ją gościom. Nie tak dawno znalazłam jej udoskonalony przepis w internecie i łza zakręciła się w moim oku. Jednak wówczas przygotowywano ją w bardzo przemyślny sposób. Brało się kostke prostokatną (koniecznie) sera, napełniało miskę gorącą wodą, tj. przestudzonym wrzątkiem, przy czym należało balansować doświadczalnie na pewnej granicy gorącosci i zanurzyć w niej kostkę na jakiś czas – także ustalony doświadczalnie. Potem kładło się ją na stolnicę i rozwałkowywało wałkiem do ciasta, Następnie przygotowywało się dwie kolorowe pasty – jedną ze zmielonego twarogu, drugą z serka topionego. Pasty barwiło się koncentratem pomidorowym, burakami, szpinakiem albo jeszcze czymś. Nakładało się je na rozwałkowany ser i zwijało w roladkę. Potem należało szczelnie zawinąć w papier śniadaniowy i włożyć do lodówki lub, jeśli ktoś nie miał, wyłożyć za okno lub na balkon. I pilnować, żeby ptaki nie rozdziobały.

Z kakaowych łusek, zaparzonych w niewielkiej ilości wody (kupowało się je na kilogramy), gotowało się coś w rodzaju budyniu z mąki zwykłej oraz ziemniaczanej i zatapiało w nim pokruszone herbatniki, piekąc/wysuszając potem w blasze do ciasta w dość niskiej temperaturze. Ja jednak parzyłam te łuski na mocny napar i piłam zamiast kawy, której (na kartki zamiennie z wódką) zawsze było za mało. Dlatego też nigdy kawy nie rozcieńczałam mlekiem – traciła wówczas swój mocny smak.

Może to dziś nie jest zrozumiałe, ale moje najmilsze chwile były nocą, gdy skończyłam zmywanie i inne prace domowe; rozsiadłam się w kuchni z kartkowym papierosem, popijając kawę na kartki posłodzoną kartkowym cukrem i pogryzjając upieczono-wysuszony blok pseudoczekoladowy nie zawierający ani grama czekolady na kartki i nastawiając cichutko  radiomagnetofon kasetowy z nagraniami Włodzimierza Wysockiego, z koncertów w prywatnych domach, przywiezionymi przez znajomego z placówki na Antarktydzie, otrzymanego od towarzyszy z ZSRR z sąsiedniej placówki. Podniecała mnie zwłaszcza kaseta zawierająca kilka improwizowanych wersji z piosenką „Ja nienawidzę”.

W czasach kartkowych udało mi się kiedyś kupić (oczywiście bez kartek) mrożone ośmiormnice. Były bardzo tanie i nikt ich nie chciał kupować, bo nikt nie wiedział co się z nimi robi. Ja obdzwoniłam pół warszawskich restauracji zanim dowiedziałam się, że należy macki ugotować i podawać w majonezie. Czas gotowania określono mi na godzinę i pewnie dlatego były włókniste i niezbyt smaczne. Kto by pomyślał, że dwadzieścia lat później będą atrakcją afery podsłuchowej i synonimem rozpasania klasy politycznej!

Czarnobyl

Powodzenie serialu Netfliksa, ukazującego  sfabularyzowaną opowieść o katastrofie elektrowni w Czarnobylu (tak nazywano wówczas to miasto, nie Czernobyl, jak w filmie), skłania mnie do przywołania moich wspomnień z kilku dni po niej (wcześniej nic nie było wiadomo, że takie wydarzenie miało miejsce).  Ja nie wiedziałam o nim  jeszcze 1 maja 1986 roku, tj pięć dni po katastrofie. Dlaczego dzień ten tak dobrze zapamiętałam?

Miałam 44 lata i ze swoim zakładem pracy udałam się na pochód pierwszomajowy. Były to czasy, kiedy pochody, w których udział teoretycznie był dobrowolny, w praktyce jednak był przymusowy, bowiem nieobecność wiązała się z mniejszymi lub większymi dolegliwościami: pomijaniu w nagrodach, nieprzyjemnych uwagach, obarczaniu dodatkową pracą itp. Wszystko zależało od tego, jaką pozycję zajmowało się w porządku dziobania w swojej pracy – niektórym udawało się uczestnictwa uniknąć, inni musieli liczyć się z silnym naciskiem. Dyrekcje zakładów były rozliczane z pierwszomajowej frekwencji – starały się więc ją zapewnić wszelkimi metodami.

Ja tego dnia czułam się bardzo źle. Pogoda była wspaniała, słońce prażyło, ja zaś nie znosiłam upałów, a zwłaszcza czasu wyczekiwania na gorącym asfalcie, aż gromadzący się pochód ruszy. Nagłośnienie ulicy Marszałkowskiej (na każdym słupie megafon) powodowało dodatkowy ból głowy okraszony mdłościami. Koledzy i koleżanki stali i plotkowali, jak to zwykle czynili przy rozmaitych nudnych okazjach spędów, dla wysłuchania tego, co mieli do powiedzenia oficjele, a było to do bólu nudne i przewidywalne, choć koleżanki cieszyły się ze słońca i możliwości opalania. W końcu moje szefostwo zlitowało się nade mną i udało, że nie widzi, gdy wysunęłam się z tłumu i opuściłam nasze miejsce zbiórki.

Nie poszłam wtedy do domu, a pojechałam na działkę pracowniczą, 300 m kwadratowych na obrzeżach Warszawy, gdzie miałam porzeczki, maliny, pomidory i ogórki oraz mnóstwo terenu do wyplewienia chwastów. Tym razem planowałam motyczkowanie między krzakami malin, ale z powodu bólu głowy i mdłości szło mi marnie. Machając motyką, zawadziłam ręką o krzak i na przedramieniu zrobiłam sobie kolcem rysę, prawie na całą długość ręki. Rysa ta, owe zadrapanie (co ważne), nie utoczyła nawet kropli krwi. Goiła się jednak (zresztą bezboleśnie) kilka tygodni i zostawiła po sobie bliznę widoczną kilka lat. Podobno właśnie wtedy nad Warszawą było największe stężenie pyłów, przywianych znad wybuchłej elektrowni.

Następne dni zdominowało poszukiwanie tzw. płynu Lugola, który jeszcze po kilku dniach można było już bez problemu zaaplikować sobie w przychodniach, choć nikt nie wiedział, że jest to już musztarda po obiedzie. Mnie ktoś powiedział, że hormon, który zażywałam w związku z nadczynnością tarczycy zastąpi płyn, więc na szczęście go sobie odpuściłam. Nie wiedziałam, że jestem bardzo silnie uczulona na jod, co wyszło na jaw podczas jakiegoś badania z podaniem kontrastu w późniejszych latach, gdybym wypiła to świństwo, mogłabym przenieść się na tamten świat. Nie wiadomo ile osób sobie nim bardziej zaszkodziło, niż pomogło.

Właściwie dopiero po 1 maja ludzie zaczęli szeptać i przekazywać sobie wiadomości o katastrofie. Oficjalna informacja głosiła, że to bajdy i niczym nieuzasadnione plotki. Jednakże (wówczas miało to wymiar pozytywny) każdej plotce wierzono bardziej niż wiadomościom oficjalnym – co zostało nam, jako społeczeństwu do dziś. Ja osobiście nie dziwię się licznym teoriom spiskowym, krążącym po internecie – wiarę w nie wyssano z mlekiem matek i babek w czasach, gdy wiedzę o prawdziwych wydarzeniach zdobywało się innymi drogami, niż oficjalne.

W Polsce wszyscy na ogół zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie ze sobą energia atomowa, uczono tego dzieci na lekcji PW lub potem PO (przysposobienie wojskowe, przysposobienie obronne) wraz z nauką obsługi karabinu kbks i strzelania z niego. Jednak na Ukrainie było trochę inaczej.

W późnych latach osiemdziesiątych byliśmy z mężem u rodziny zamieszkałej w tamtej okolicy. Jedna z kuzynek, z dwojgiem dzieci, rozwiodła się z mężem. Po katastrofie w Czarnobylu werbowano młodych ludzi do prac przy usuwaniu skutków katastrofy. Ukraińcy uważali to za bardzo dobrą okazję. Okres przymusowej służby wojskowej wynosił tam 3 lata, ale młodzi ludzie, którzy się zgłaszali do prac mieli odbywać ją tylko przez 1/2 roku (w Polsce w tamtym czasie trwała 2 lata). Był tylko jeden warunek – żołnierz musiał mieć dziecko (niekoniecznie ślubne, ale uznane przez ojca). Ten sam warunek dotyczył innych ochotników. Ich rodziny miały otrzymywać specjalne dofinansowanie i inne korzyści. Wówczas rozwiedziony mąż naszej kuzynki wziął z nią z powrotem ślub. Oboje liczyli na spore pieniądze, którymi mieli podzielić się po połowie. Jednak w rezultacie wszystko otrzymała kuzynka, ponieważ mąż po pół roku zmarł na chorobę popromienną.

Wspomniałam, że w Polsce mieliśmy inne podejście do energii atomowej. Wyrastaliśmy w przekonaniu, że czeka nas nieuchronna wojna z użyciem broni atomowej i jako młoda dziewczyna uważałam, że będę żyła krótko, ponieważ śmierć w wyniku bomby rzuconej przez imperialistów jest nieuchronna i nastąpi wcześniej czy później. Przygotowywano nas do tego, budowano schrony przeciwatomowe, może nie aż tak i tyle, jak w Rumunii. Z tego powodu jednak nikt z Polaków chyba nie zgłosiłby się dobrowolnie do takich prac. Na temat bezpieczeństwa elektrowni atomowych w ZSRR,a zwłaszcza tych na terenie Ukrainy, krążyły niedobre pogłoski, jednak mój mąż, inżynier budownictwa wodnego i energetycznego podjął pracę przy rozbudowie elektrowni atomowej w Nietiszynie (Ukraina). Nie było tam podobno nigdy żadnej awarii (do 2018 r. -https://echodnia.eu/swietokrzyskie/awaria-elektrowni-atomowej-chmielnicki-na-ukrainie-czy-grozi-nam-skazenie/ar/12821346), jednak mój mąż po dwudziestu paru latach zmarł na białaczkę, a jego koledzy, których znałam, znacznie wcześniej. Ci, o których wiem więcej, mieli różne odmiany raka.

O życiu na „pasiołku” – osiedlu polskich budowniczych elektrowni w Nietiszynie i o przeżyciach ukraińskiej części rodziny w czasie Czarnobyla  pisałam na swoim blogu:

w październiku 2012 r, http://www.taraka.pl/atomka

w marcu 2014 r. http://www.taraka.pl/odjechane_teksty_o_ukrainie

w marcu 2014 r. http://www.taraka.pl/co_uslyszalam_przy_kobiecym

i może jeszcze w innych miejscach, nie pamiętam.

Poniżej fragmenty dziennika telewizyjnego o wizycie oficjeli w Nietiszynie.

https://echodnia.eu/swietokrzyskie/awaria-elektrowni-atomowej-chmielnicki-na-ukrainie-czy-grozi-nam-skazenie/ar/12821346

Alkohol, przemoc i apki

Internet niedawno obiegły zestawione ze sobą 2 mapy: mapa przemocy domowej i alkoholizmu w Polsce i mapa wyborów do Unii Europejskiej. Zestawienie tych map miało pokazywać pokrywanie się obszarów wyborców preferujących PIS i swoiście pojmowanej rodzinnosci, patriarchalnej i suto zakrapianej. Trudno mi wypowiadać się w sprawie tych dwóch statystyk i korelacji tych dwóch wskaźników, jednak mam świadomość, że historia, którą zaraz opiszę, zdarzyła się w miejscu modelowym dla obu tych wskaźników.

Zpoznałam się także z mapą dotacji 500+ aby sprawdzić,czy w interesującym mnie rejonie także ten wskaźnik był najwyższy. Oczywiście tak. Czemu mnie to interesowało?

źródło:https://gis-expert.pl/500-plus-cz2/

Jeżeli do tego dodać mapy bezrobocia i inne stwierdzamy, że wszystkie te miejsca w przypadku historii, którą mam zamiar opowiedzieć, pokrywają się. Ten nudny poczatek mam nadzieję, że nie zniechęci Was do wysłuchania historii, kryminalnej, która jest równie zabawna jak i pouczająca. Wyobrażam sobie, że prokurator umarzający dochodzenie ocierał łzy ze śmiechu albo rozpaczy, jako że rozwikłanie zaszłości pewnej nocy prosiłoby się o detektywów pierwszej klasy a i to nie wiadomo, czy daliby sobie z nią radę.

Zamieszkała tam samotna bezrobotna matka z kilkorgiem dzieci wskutek dotacji 500+ osiągnęła stan materialnego „dobrobytu” powodującego przebieranie w kandydatach na konkubentów, nieważne że bezrobotnych alkoholików, wszak kobieta też za kołnierz nie wylewała. Kiedy na horyzoncie pojawiał się nowy, lepiej sytuowany, z jednym samochodem sprawnym, a drugim rozkraczonym na jego posesji, którego w dodatku nie chciał sprzedać, bawiący się z jej dziećmi i reperujący popsutą furtkę, zamiast je popychać i karcić, a jej przyłożyć, gdy potrzebował wzmocnić swoje naruszone ego, poprzedniego po prostu zepchnęła ze schodów. Pech chciał że ani sprawczyni próby zabójstwa, ani poszkodowana ofiara, z powodu stanu wysokiej nietrzeźwości nie bardzo pamiętali, co się stało, jako, że była to jedna z wielu dyskusji między parą.

Przed prokuratorem zeznała, że narzeczony jej (ów niewygodny konkubent) występujący jako pokrzywdzony, owego dnia długo z nią dyskutował, ponieważ był zdenerwowany sprawami rodzinnymi. (czytaj: kłócili się). Narzeczona położyła się spać o 3 rano i zdążyła usłyszeć, że wyszedł on z psem (ciekawe, kto na wsi, mający dom z obejściem i ogrodem, wyprowadza psa na spacer?). O piątej rano narzeczony wrócił i usiadł w fotelu, po czym znowu zaczęli się kłócić. W pewnym momencie wstał i poszedł do łazienki, ale się przewrócił, uderzając głową o podłogę i stracił przytomność.

On sam zeznał, że gdy wyszedł z psem, ktoś uderzył go w głowę rurką i skopał. Widział tego kogoś, ale go nie rozpoznał.

Śledztwo zostało umorzone, ale po półtora roku pełnomocnik poszkodowanego ponownie złożył wniosek o podjęcie na nowo umorzonego śledztwa.

Para po tym czasie wiedziała już znacznie więcej. Kobieta przypomniała sobie, że powodem ich sprzeczki było to, że konkubent był nietrzeźwy, a „narzeczony”, że przed wyjściem z domu nieco ją poszarpał. Potem pogodzili się, razem wypili i poszli spać. Kiedy wyszedł z domu, został uderzony w głowę  i  „przypomniał sobie” kto to zrobił. Konkubina też teraz doskonale to wiedziała, ponieważ zanim zemdlał, rzekomo powiedział jej, kto go uderzxył

Padło oczywiście na faceta, który był kandydatem na następcę narzeczonego, ale postawił kobiecie niewygodny warunek – że przestanie pić. Ona nie chciała albo nie umiała warunku tego spełnić, postanowiła więc upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: zemścić sie na kandydacie i wrócić do poprzedniego „narzeczonego”. On zaś przestał jej mieć za złe, że spuściła go ze schodów (o czym wiedziało pół wsi), jako że w międzyczasie na kilkoro dzieci kobieta dostała 500+.

Jak myślicie, co uratowało nieszczęśnika? Jest taka apka, nazywa się Endomondo i zapisuje trasy pokonywane danego dnia przez osobę, która ją zainstalowała. Oskarżony o napad uprawia czynnie turystykę pieszą i kontroluje wszystkie parametry swoich wycieczek. Ale kto na wiosce o czymś takim wie? Wiedzieli tylko, że dużo chodzi, czasem późnymi wieczorami, nadaje się więc na jelenia. Ale dzięki apce prokurator ustalił, że pomówiony o napad przebywał w tym czasie w zupełnie innym mieście.

Kończąc postanowienie o umorzenie dochodzenia prokurator złowrogo pogroził palcem parze „narzeczonych” stwierdzając: „Oceniając zebrany w sprawie materiał dowodowy należy stwierdzić, iż istnieją nie dające się usunąć wątpliwości, a w szczególności dotyczące rozpoznania przez pokrzywdzonego sprawcy przestępstwa”

Moim zdaniem jednak sprawie zaszkodził fakt iż kobieta zamieniła zasiłek dla bezrobotnych na 500+ Jest to morał nr.1

Z tej zwykłej wydawałoby się historii wynika jeszcze jeden morał – nr.2 instaluj apki! Nigdy nie wiesz, kiedy się przydadzą.

Latające kleszcze, towarzyskie pogrzeby i inne letnie atrakcje

Zadzwoniła do mnie znajoma rówieśnica. Na pytanie – Co u ciebie słychać? – Odrzekła entuzjastycznie: – Życie towarzyskie kwitnie. W zeszłym tygodniu byłam na dwóch spotkaniach, naszej szkoły i pogrzebie jednej z koleżanek; dzisiaj idę na spotkanie kolegów i koleżanek z uczelni, a jutro jest pogrzeb naszej pani z dziekanatu, która wszyscy lubiliśmy i doskonale pamiętamy.

Wszystko idzie w złym kierunku, nie tylko letnie życie towarzyskie

Były, kiedyś takie zwyczajne, cicho atakujące, ale wystarczająco krwiożercze. Nie zawsze można było je dostrzec. Ja, kiedyś po jesiennym grzybobraniu, tuż przed Nowym Rokiem, odnalazłam go (a właściwie zrobił to lekarz) w postaci wrzodu na plecach. Nie muszę dodawać, że było to w czasach, gdy nikt nie słyszał o boreliozie, a tym bardziej o rumieniu wędrującym. Mam na myśli oczywiście kleszcze.

W miedzyczasie rozwinęły się fizycznie i intelektualnie, stały się groźniejsze i natarczywsze. Niosły ze sobą więcej chorób, a w dodatku dostały skrzydeł

latające kleszcze

Teraz  zrobiły się gigantyczne i przybyły z Afryki, zeby nas dręczyć, (niektórzy przekonują, że wraz z uchodźcami). Leciały na grzbietach ptaków rozglądając się dookoła i zważywszy, jak w naszym kraju kwitnie życie polityczne i rozrywkowe uznały, że bez większego trudu wyzwolą nas od chęci spędzania urlopów w ciepłych krajach, sprowadzając ciepłe kraje do nas.

 

W dodatku astrolog, Piotr Gibaszewski przestrzega: „Wkraczamy w jeden z najbardziej nerwowych, niespokojnych a zarazem niebezpiecznych i kryzysowych momentów tego roku. Poruszenie znaków zmiennych wywoła chaos na rynkach finansowych, niepokoje społeczne, fale lęków i strachów, które będą się przewalać przez media, w tym szczególnie przez Internet…Brakujący element obu półkrzyży sugeruje, że dojdzie w czerwcu do potężnych wstrząsów na rynkach walutowych, w handlu międzynarodowym, że nastąpią duże zawirowania na giełdach, oraz dojdzie do załamania głównych wskaźników ekonomicznych …W czerwcu będzie też wiele katastrof – komunikacyjnych i naturalnych, możliwe że i w naszej części świata również. „

Tak jak kleszcze, czekające nas nieszczęścia nie dość, że latające, zapewne będą gigantyczne. Także z cen pietruszki niezbędnej do rosołu, obecnie sięgającej 30 zł/kg, wnioskować można dowodnie, iż zawirowania giełdowe przekroczą normę strawną dla przeciętnego śmiertelnika. Ech, gdzie te czasy PRL, gdy pietruszką fałszowano tarty chrzan w słoikach!

Jasnowidze zacierają ręce, politycy szykują się do boju, a u mojej koleżanki liczba spotkań koleżeńskich zostanie pokonana przez liczbę pogrzebów, w których w czasie upałów będzie zmuszona uczestniczyć, nie bacząc, że na zadrzewionych cmentarzach liczba atakujących orszaki pogrzebowe kleszczy może wzrosnąć.

Moja mama w takich wypadkach mawiała: Boże spuść bombę i zabij tę trąbę, ja powiem inaczej: Boże spuść trąbę i zabij tę bombę. Co ponoć ma zdarzyć się między 25 a 30 czerwca.

 

Kiedyś…

Są pejzaże, których nigdy więcej nie obejrzę:

Miasta, których nie potrafię opisać, bowiem zawierają w sobie przeważającą część mnie w tym momencie, gdy je ogladałam i dlatego nie są pejzażami, które mogą zobaczyć i zrozumieć inne osoby. Czy pomnik człowieka, który uchyla przede mną płaszcza, istotnie jest wojownikiem-obrońcą, czy może agresorem? Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Są deptaki inne od wszystkich, ale do których to inni mają prawo:

I są słowa, których nigdy nie wypowiem, bowiem mogą poruszyć czarną dziurę, od wieków egzystującą w każdym z nas.

Ale czasami wracam tam w snach.

Kolosy

Najsłynniejszy był Rodyjski. Był to ogromny posąg boga Heliosa, w starożytności ustawiony u wejścia do portu na wyspie Rodos. Nie zachował się do naszych czasów. Poniżej jedno z jego wyobrażeń, chyba dość przesadzone.

Inspirowany nim kolos z „Gry o Tron” robił na filmie jeszcze większe wrażenie. Prawdopodobnie oprócz wielkosci, z tego takze powodu, iż przedstawiał agresywnego wojownika, a nie boga, oświecajacego swymi promieniami świat, który przedstawiono tutaj jako mocno zamglony.

Jak zwykle, nie obyło się bez karykatury. W internecie znalazłam taką karykaturę i chociaż wiem, kogo przedstawia (wybranego zapewne z powodu skojarzenia brzmienia nazwiska), mam niedajace się usunąć skojarzenie, że przedstawia archetyp wszelkiego rodzaju ograniczonych zdobywców (ziem, stanowisk, synekur politycznych np. niektórych parlamentarzystów)

CECIL JOHN RHODES
(1853-1902). English administrator and financier in southern Africa. ‚The Rhodes Colossus – Striding from Cape Town to Cairo’. An English cartoon of 1892 hailing Rhodes’ plan to construct a railroad extending from South Africa to Egypt.

Ale wszystkie te Kolosy przebił, egzystujący w postaci dmuchanej zjeżdżalni, potwór z osiedlowego pikniku, na który powiozła mnie w ten weekend moja koleżanka i sąsiadka.

Mając tego kolosa przed oczami, jego estetykę, którą poi się dzieciątka od wieku najmłodszego, przestaję się dziwić takim, a nie innym wyborom politycznym naszego społeczeństwa, wiążącego ostość barw i jaskrawość konstrukcji z wyrazistością, a ją z kolei utożsamiając z prawdą, słusznością i jedynymi sensownymi rozwiązaniami społecznymi, z których najważniejszym jest dać kasę do ręki (a nie to, co za tę kasę można lepszego zrobić).

Tak dumając na osiedlowym pikniku rodzinnym, popijając darmową wodę gazowaną i rezygnujac z darmowych jabłek, które akurat mam w domu, obserwując kolejki do tego i innych, podobnych monstrów, tudzież robiąc zdjęcia.

Dziś przegladając je, wspomniałam coś, co obejrzałam i czego posłuchałam, a co uwidoczniło się w tle mojej fotografii  z pikniku i co przywołało wspomnienia o czasach słusznie minionych:

Widoczne na scenie osoby, prawdopodobnie za coś nagrodzone, oczekiwały na pojawienie się pana prezesa spóldzielni, a w międzyczasie konferansjer opowiadał o jego zasługach. Wyraz mojej twarzy oddaje lekkie zniesmaczenie na myśl o oprawie imprezy rodem z czasów PRL, gdzie przemówienia wychwalające były podstawową i nieodłaczną częścią różnych imprez.

Aby nie stracić  właściwej perspektywy ogladu świata, wybrałyśmy się na pobliski stary cmentarz, teoretycznie zamknięty,  który widzę co dzień ze swoich okien, wysłuchując kilkakrotnie adagio i innych utworów, serwowanych na trąbce, na którym to cmentarzu ostatnio przebudowano i doprowadzono rzekomo do porządku kwatery Powstańców Warszawskich. Czy podoba Wam się nowy wystrój? Bo mnie nie. Może zabrakło tu kolorów, serwowanych w nadmiarze na pikniku.

Ławice

Co mnie męczy i razi we współczesności najbardziej? To, że ludzie poruszają się nawet nie stadami, gdzie każde zwierzę zdążające w tym samym kierunku, wykonuje własne, indywidualne ruchy, a wręcz ławicami, w których pozycja każdej płetwy, każdego osobnika, jest nachylona pod tym samym kątem. W świecie zwierząt ma to swoje uzasadnienie, ale w świecie ludzi współczesnych już nie.

Kiedy społeczeństwo zabierze się za jedną sprawę, jeden news go podnieci lub oszołomi, inne sprawy przestają istnieć. Za bywszego PRL wszystkie gazety pisały to samo, obecnie też to czynią, tyle ze podzielone na 2 połowy. Zaś ludzie, jak ławice śledzi lub sardynek, podążają nie tylko we wskazanym kierunku, ale nawet argumentują według narzuconych kilku schematów. Jest to tak nieznosne, że w moich oczach pogrąża najsłuszniejsze sprawy.

Wskutek tej ławicowości uważa się, że biskupi powinni przepraszać, kościół płacić ofiarom i należy domniemywać, że gdy to się stanie, roszczenia zostaną zaspokojone i wszystko w naszym kraju będzie już cacy. Cała reszta pozostałosci, odpadów po aferze, może zostać zamieciona, wyrzucona na składowisko śmieci. No, jeszcze mozna liczyć się z tym, że ten czy tamten polityk przy okazji wygłosi jakieś głupstwa i oberwie rykoszetem.

Nikomu nie przyjdzie do głowy dyskutowanie nad tym czy i o ile finansowe zadośćuczynienia w istocie bedą równoważne krzywdzie skrzywdzonych. Uważa się, że w ostatecznosci zapewni się im pomoc psychologa i po krzyku. Jednakowoż znając postępowanie niektórych psychologów, buszujacych w poradniach, szpitalach, umieralniach zwanych hospicjami lub domami pomocy społecznej i innych tego rodzaju placówkach, opłacanych przez instytucje, a nie osoby prywatne, śmiem wątpić, na ile ta pomoc będzie skuteczna.

Tu podam przykład ze szpitala w 2007 roku, czyli całkiem niedawno. Umiera tu człowiek w pełni sił i właśnie zdał sobie sprawę z tego, że już niewiele z życia mu pozostało. Nikt tego, łacznie z lekarzami, głośno nie mówi, ale rodzina zaczyna z tego po trochu zdawać sobie sprawę, choć może nie do końca. Umierający jest bardzo niemiły wobec otoczenia. Stawia im różne zarzuty, niektóre uzasadnione inne mniej, jest skoncentrowany na swojej sytuacji, nie bardzo go obchodzą inni, przemęczeni i zestresowani, a ci z kolei, rozumieją umierającego, choć nie bardzo wiedzą, co i jak powiedzieć, jak się zachować. Z jednej strony pobłażają wyskokom chorego, z drugiej zaś strony tłumią własne chęci przywołania go do porządku.

Gdy zastanawiamy się nad rolą psychologa w szpitalu (a była to młoda stażystka, pisząca pracę magisterską i pragnąca wykorzystać w niej ów przykład), należałoby zadać pytanie: kogo ma chronić i komu przede wszystkim pomóc: umierającemu, czy jego rodzinie. W pierwszym przypadku, ochrony umierającego, owa psycholog powinna podążać za jego obawami, ułatwić mu jego odchodzenie poprzez wysłuchanie i okazanie zrozumienia, na tyle na ile to możliwe. Jeżeli jednak ową młodą psycholog kształcono w przekonaniu, że umierający i tak umrze, a bliscy pozostaną w stresie, nabyła przekonania, że chroniąc bliskich, wykonuje swoje podstawowe zadanie (słynne ćwiczenie wczuwania się w rolę maszynisty: rozjechać pięciu na głównym, czy dwoje na bocznym torze), dojdzie do wniosku, iż ci, którzy przeżyją, są ważniejsi; wobec tego należy umierającego przywołać do porządku, pokazać mu jakim jest egoistą, a nawet zwymyślać za brak społecznego podejścia do innych chorych i nie liczenie się z ich dobrostanem.

Ktoś, kto nie płynie z ławicą, zada pytanie: czy może przypadkiem nie jest dostępne rozwiązanie, nie przeciwstawiające sobie obu tych grup, a jednoczace je w ich wzajemnym, choć innym stresie? Oczywiście moim zdaniem umierający jest ważniejszy i jemu należy przede wszystkim ułatwić odejście (psychologów powinno się uczyć jak słuchać ludzi, a nie ich pouczać, a w każdym razie zabronić pouczać umierających).

Zastanówmy się także głębiej nad zjawiskiem pedofilii księży. Oczywiscie ich ofiary są tu najważniejsze i ich odczucia powinny znaleźć największe zrozumienie. Ale na fali wrzasków, powinniśmy zrozumieć, że rekompensata finansowa nie zwróci molestowanym dzieciom ich niewinności i dziecięcego oglądu świata. Dlatego też ważne są nie tyle przeprosiny sprawców (zazwyczaj zdawkowe), ale pokazanie im, co właściwie uczynili, tak aby mogli swoim ofiarom zadośćuczynić także w sferze moralnej, chyba najbardziej oczekiwanej.

Stary, umierający ksiądz, nie potrafiący wobec pokrzywdzonej wyrazić skruchy i dać jej tej satysfakcji, jaką powinna otrzymać, też wymaga pomocy, aby mógł uczestniczyć w pokazaniu niegdysiejszej dziewczynce (która ciągle w niej tkwi!) jak bardzo zrozumiał zło, które wyrzadził. W filmie braci Siekielskich wygladało na to, że jest mu przykro, ale to za mało. On powinien zrozumieć do końca i porzucić swój punkt widzenia, aby dać satysfakcję skrzywdzonej. Ale jako ktoś, kto odchodzi z tego świata, także wymaga pomocy, zrozumienia i pogłębienia – inaczej satysfakcja pokrzywdzonej nie będzie pełna. Skopanie przeciwnika, który za raz umrze, nic nie da. Obalenie jego pomnika (jeśli takowy istnieje) to żałosna pociecha.

Przyznaję, że było mi tego staruszka szczególnie żal. On już właściwie może tylko się bać śmierci. I jeśli jest wierzący – tym bardziej.

Kogo to w ogóle obchodzi? Taka komisja czy inna, z udziałem tych czy tamtych – trwają przepychanki, a ławica, wachlując w jednym rytmie płetwami za tydzień lub dwa przewrzuci się na inną aferę. Nie szkodzi, że sprawa od dawna była wiadoma – teraz powstał film, obejrzały go miliony i zwykli ludzie w programach typu szkło kontaktowe grzmią słowami z mediów publicznych niczym owa pani psycholog wołająca do umierającego: NIECH PAN WRESZCIE SIĘ USPOKOI I PRZESTANIE BYĆ EGOISTĄ! Przykro mi, ale żadnego głosu spoza ławicy nie słyszałam.