Jeszcze jeden schemat

 

Tragiczny romantyk

Tragiczny romantyk jest kolejnym typem enneagramu, który mam ochotę zanalizować, z tej przyczyny, że jeśli jakiś fragment charakterystyki do mnie pasuje, to właśnie tej postaci. Przy czym od razu uprzedzam, że może reprezentowałam ten typ w wieku od 14 do 22 roku życia, obecnie przesuwam się raczej w kierunku innych postaci. Mam więc w sobie coś z 8 – Szefa, 5- Obserwatora, 9-Mediatora z elementami 2-Dawcy i 6- Adwokata diabła. Ponieważ zgodnie z teorią, mogę reprezentować tylko jeden typ na raz (chociaż zwolennicy enneagramu dwoją się i troją żeby zalegalizować odstępstwa w postaci tzw. skrzydeł, czy zmian postępowania typu w stresie i w komforcie), przyjmuję wygodną postawę krytykowania teorii (bez żadnej odpowiedzialności, jako że nie jestem jej znawcą), co nie zwalnia mnie jednak z pewnych przymiarek i analiz.

Jeśli Piątka-Obserwator prezentował enneagramowy typ lękowy, to Czwórka – Tragiczny romantyk jest typem podobno wstydowym, co oznacz,a że ten rodzaj emocji przeważa w jego osobowości. Tu moje pierwsze zastrzeżenie: zawsze byłam pewna że jestem człowiekiem bardzo tchórzliwym i do dziś nie zmieniłam zdania. Owszem, uważam, że mam odwagę cywilną, żeby stawić czoła okolicznościom, ale robię to raczej z rozsądku, choć silnie przeżywam lęk. Nie wydaje mi się, żebym była kiedykolwiek opanowana przez wstyd, poza krótkimi okresami dzieciństwa, gdy wstyd ten starano się we mnie wzbudzić. Jednak emocja wstydu nie jest istotna w moim życiu, chociaż często stawiam sobie przed samą sobą rozmaite zarzuty (co kieruje mnie w stronę Jedynki – Perfekcjonisty).  Za to lęk: wielu rzeczy się boję: mostów, zażywania nowego lekarstwa, lotu samolotem, braku zrozumienia, upokorzenia, nudy itd.

Nie jestem też ekstrawertykiem, czy introwertykiem – bywam taka i taka (jako słoneczny Strzelec i księżycowy Rak), bez wyraźnej przewagi w którymkolwiek kierunku.

„Dla Tragicznego Romantyka charakterystyczne jest odrzucenie tego, co pospolite, przeciętne i typowe, i skupianie się na tym, co odmienne, poza normą, elitarne, dziwne” pisze W. Jóźwiak nie do końca chyba rozumiejąc o co w tych poszukiwaniach „dziwności” chodzi. Rzecz w tym, że jestem przekonana iż wiele aspektów rzeczy rozumiem i ich zakres jest szerszy, niż rozumienie przeciętnego człowieka. Dla mnie nie jest dziwnym żaden przejaw egzystencji człowieka, choć dla wielu np. już homoseksualizm, to ponad ich rozumienie i wytrzymałość.

„Enneagramowa Czwórka Tragiczny Romantyk – czuje się obcy „temu światu”, czuje się „skądinąd”, jakby był przybyszem z innej sfery, jakby nie jego matka go urodziła i świat w którym żyje nie był jego domem.” – pisze w innym miejscu WJ, kontynuując wątek „dziwności” Czwórki.

„4-Tragiczny Romantyk gra o prestiż odrzucając (pozornie) grę o prestiż. Demonstruje postawę: „nic mnie to nie obchodzi”. Zanegowawszy grę o prestiż, który jest zjawiskiem z gruntu społecznym, neguje też społeczeństwo, co przejawia się w zamiłowaniu Czwórek do sytuacji skrajnych, a więc takich, w których wychodzi się poza granice społeczeństwa, poza jego progi. Tu należy zamiłowanie Czwórek do zjawisk takich, jak śmierć, samobójstwo, porzucenie wszystkiego, zaczynanie od nowa, samotność, czyny pionierskie lub kryminalne, poświęcenie, hazard i ryzyko, a także seks, który ze swoją biologią zawsze wystaje poza próg tego, co społeczne. Romantyk wychodzi poza grę o prestiż, ponieważ stawia go to na wyróżnionej-lepszej pozycji w grze o prestiż.”

Nie byłabym tak pewna, czy istotnie Czwórka w ogóle interesuje się prestiżem i neguje społeczeństwo. Może widzi go inaczej i czego innego się po nim spodziewa, może chciałaby coś z nim zrobić, przekształcić jakoś, ale negacja? Także rozumienie prestiżu ma zapewne odmienne – bardziej interesuje ją „rząd dusz”, niż typowa pozycja w społeczności – polityczna czy materialna, lub wyróżniona w inny sposób (arystokracja, tytuły).

„Typ numer Cztery, czyli Tragiczny Romantyk albo: „Jestem inny niż wszyscy, więcej czuję i bardziej cierpię”

Tragiczni Romantycy już w dzieciństwie poczuli się porzuceni lub odrzuceni, a przez to inni niż wszyscy. Jako dzieci czuli, że nie mają czegoś, co inni dostali bez wysiłku: normalnej rodziny, troski rodziców, zwykłego, „zwierzęcego” szczęścia. Na ten stan odkryli szczególne lekarstwo: pogrążanie się w swoich uczuciach, najczęściej w przeżywaniu straty, smutku, żalu oraz tęsknoty za lepszym życiem, które musi kiedyś nadejść. Nie jest to jednak stabilny punkt oparcia i Czwórki z całego ennegramu przeżywają największe emocjonalne huśtawki, wahając się od szaleńczego entuzjazmu do obezwładniającej depresji.

Tragiczni Romantycy nie ufają pospolitemu szczęściu i sukcesom. Skupiają uwagę na ciemnych stronach tego, co jest realnie dostępne, i na najjaśniejszych stronach tego, co dalekie, wymarzone i nieosiągalne. Wciąż pożądają czegoś, czego nie mają, a jeżeli to już zdobędą, przeżywają zawód i frustrację z powodu wad tego, co dostały. Kiedy znajdą wymarzona pracę, zaczynają szukać idealnego partnera. Kiedy go znajdą, z reguły czują, że „to nie to” i ustawiają sobie kolejny przedmiot marzeń. Żyją tak, jakby nie całkiem należały do świata realnego.

Wrażliwość na uczuciowe poruszenia i poczucie własnej wyjątkowości czyni z Czwórek dusze artystyczne: właściwa jest im zarówno estetyczna wrażliwość jak i zamiłowanie do artystycznej, twórczej ekspresji. Czwórka czuje się oryginalna i świadomie pracuje nad tym, aby osiągnąć swój własny styl: w ubiorze, w zewnętrznym wyglądzie, w sposobie wyrażania się… często taki styl staje się przebraniem. Aby sprostać standardom, jakie sobie narzuca, gotowa jest nawet dręczyć swoje ciało. Tym bardziej, że Tragiczni Romantycy zwykle są na bakier z własnym ciałem: wydaje im się ono (zwykle niesłusznie) niezgrabne, niemodne, zbyt otyłe… Stąd już krok do częstej w tym typie anoreksji.

Czwórki instynktownie są przekonane, że nie należą do stada, że są ponadogólne normy obyczajowe, moralne, prawne. Przepisy usiłują obejść, z szefami wolą zaprzyjaźnić się aniżeli ich słuchać; w ich stylu są towarzyskie prowokacje, a nawet przekraczanie prawa. Przy tym uwielbiają, jak im się upiecze. Jak magnes przyciągają je wszelkie elity: zarówno te wysokie, jak arystokracja, jak i te niskie, jak mafie.

Czwórki, aby normalnie funkcjonować, potrzebują wciąż mocnych bodźców emocjonalnych, jakie rodzą się, kiedy człowiek stoi na krawędzi twarzą w twarz ze śmiercią, z pożądaniem, seksem; z ciemnymi stronami ludzkiej natury. Charakterystyczne jest dla nich obsesyjne wracanie do możliwości samobójstwa, jakby w takich myślach znajdywali oparcie. Z tej przyczyny Tragiczni Romantycy potrafią zrozumieć ludzi pogrążonych w rozpaczy, załamanych, szykujących się do samobójstwa — i potrafią udzielić im wsparcia.

Typ nr Cztery zrobił wielką karierę w literaturze: jako bohater, który zdobywa bogactwa, a mimo to ginie z niespełnionej miłości — jak Wokulski lub Wielki Gatsby.”

W charakterystyce poszczególnych typów w
http://www.taraka.pl/enneagram_przewodnik_B (strona 11) zamieszczono pewną tabelę, wskazująca na różnice miedzy poszczególnymi typami w zewnętrznych deklaracjach, a w warunkach wewnętrznych.. O ile Piątka Obserwator deklaruje „chcę wiedzieć” ale w istocie „nie chcę kochać” to Czwórka – Tragiczny romantyk w deklaracjach „chcę czuć” ale „nie chcę się cieszyć”.

Powyżej przytoczone cytaty pokazują niby obiektywne spojrzenie na poszczególne typy enneagramu, czego dowodem ma być ukazanie mocnych i słabych stron danego typu. Jednakże podstawą teorii jest wartościowanie i dlatego ani na jotę teoria ta nie przybliża nas do zrozumienia, o co właściwie chodzi w strategiach życia poszczególnych osób i ludzkości – jako całości i co wynika z tego, dla funkcjonowania w społeczeństwie i dla społeczeństwa, z ich istnienia.

Mnie osobiście uraziły i rozbawiły dywagacje, iż społecznie typ tragicznego romantyka reprezentowali … naziści, bowiem przywiązani byli do idei różnej wartości różnych ludzi i nacji i zaprzeczali pojęciu równości człowieka wobec człowieka.

Doskonale wiem, że wszelkiego rodzaju niby obiektywne klasyfikacje mogą być wykorzystywane w rozmaitych celach i tylko źdźbło we własnym oku może kogoś zatrzymać w tej radosnej twórczości. Istnieje jednak wielka belka, zazwyczaj nie dostrzegana, ale nie mnie ją wyciągać komuś przed oczy.

Moim, zupełnie osobistym zdaniem, ludzki intelekt lubi poruszać się po manowcach, upraszczając rzeczy skomplikowane tym bardziej, im jest mniej wydolny. Na to czekają już inne umysły, lepiej praktycznie wyszkolone i szybciutko znajdują zastosowanie dla takich dywagacji. Oczywiście niczego już cofnąć nie można (jak wynalazku bomby atomowej), ale dobrze sobie z tego zdawać sprawę. Ja na przykład potrafię sobie wyobrazić kampanie reklamowe, skierowane do poszczególnych typów ludzi, klasyfikowanych w różnych systemach, nie tylko enneagramu.

W charakterystyce postaci Tragicznego romantyka pominięto najważniejszą, moim zdaniem, cechę – przekonanie o możliwości współodczuwania ze światem i chęć (czy złudzenie) takiego współodczuwania. Jest to, moim zdaniem, napęd życia tych ludzi, ich twórczy wkład w społeczeństwo. Żeby to jednak zrozumieć, trzeba posunąć się dale,j poza  takie czy inne klasyfikacje ludzi, bowiem ukrywają one fakt, iż każdy wymyślony typ ma swój udział, niemniej cenny i potrzebny.

I na koniec moja beczka dziegciu:

Na stronie: http://porozmawiajmy.tv/wykorzystanie-enneagramu-w-praktyce-czesc-2-marcin-pienkowski/

możemy dowiedzieć się jak może być wykorzystana wiedza o człowieku sklasyfikowanym wg zasad enneagramu. Choć na pierwszym miejscu wymienia się go, jako narzędzie rozwoju osobistego i poprawienia relacji, w niedługim czasie okazuje się, iż wiedza ta wykorzystywana jest w szkoleniu kadry kierowniczej, gdzie można korygować źle przydzielone role (czytaj: nadajesz się, lub nie na określone stanowisko), kompetencje społeczne (może okazać się, że Twój typ ich nie ma), modyfikacja działań (raczej nie twoich, tylko wobec ciebie), usprawnienie działań zespołu (raczej poprzez zmianę jego składu), w dodatku podlane poważnym sosem budowy sztabów kryzysowych. Jesteśmy w domu. Przydatność klasyfikacji polega na zawoalowanym typowaniu jednostki do określonych celów. Mnie się to nie podoba, a wam? Na szczęście ja, jako emerytka, nie ubiegam się o pracę, chociaż wiem, że mój typ nie pasuje do założeń dotyczących walorów kadry kierowniczej, na przykład,. Ale wiem także, że byłam dobrym kierownikiem i dyrektorem zarządzającym dużą liczbą pracowników, cenionym i pomysłowym, a w dodatku lubianym – o co dziś, w epoce poganiaczy korporacyjnych niewolników  raczej trudno. Mimo, że jestem Tragicznym Romantykiem. Albo dzięki temu.

 

 

Obserwator

Na pewnej serii zdjęć dzieci ze szkoły podstawowej, jeden z dzieciaków zawsze stoi z boku. Cokolwiek by grupa nie robiła, on zawsze stwarza wrażenie, że buduje między sobą, a resztą, dystans. Znam kilka takich osób, mam też takie w rodzinie i są one dla mnie trudne do rozgryzienia. Moja wiedza o nich nie bierze się ani z tego, co o sobie mówią (a mówią niewiele, w każdym razie nic istotnego), ani z obserwacji (bo nie umiem obserwować zimno, obiektywnie i z poświęceniem). Nie umiem też tworzyć teorii, skąd się ta ich postawa obserwatora bierze – jako osoba z przeciwnego bieguna, która całe życie opanowuje swoją żywiołowość.

Jednak zawsze fascynowały mnie takie postaci. Pierwszą z nich była moja koleżanka z pracy, Irmina. Doktor filozofii, piękna i zimna z pozoru kobieta, mistrzyni dystansu. Fascynowała mnie ta jej umiejętność. Nie do pomyślenia było, aby ktoś do Irminy odniósł się z brakiem szacunku, czy nadmierną familiarnością. Przy tym wszystkim wcale nie była wyniosła; lubiła śmiać się i żartować, zresztą musiała, bowiem tworzyłyśmy amatorski kabaret. Nasze role były ustalone. Ja byłam „Kaśką, wzorową traktorzystką”, Irmina odgrywała jakieś niegdysiejsze arystokratyczne damy. Było jeszcze w kabarecie kilka charakterystycznych postaci, ale w ogóle niechętnie ten okres swojego życia wspominam, ponieważ przypisane nam role jakoś przedostały się do prywatnego życia. Podczas gdy dama-Irmina, w prywatnym życiu, odrzucając zaloty pewnego mądrego i inteligentnego człowieka (w którym nieco się podkochiwałam), zgasiła papierosa na jego dłoni (czego bynajmniej nie miał jej za złe), Kasia-traktorzystka wychodziła na naiwną idiotkę, którą musiały mitygować osoby lepiej wykształcone i bardziej politycznie uświadomione (to był dość wczesny PRL, zdominowany ideologią sojuszu robotniczo-chłopskiego i kształceniem politycznym mas).

Z Irminą przyjaźniłyśmy się; wydaje się, że moja żywiołowość i naiwność podobnie fascynowała ją, jak mnie jej umiejętność podtrzymywania dystansu. Sprawa ta była tak bardzo ważna w moim życiu, że jedno z pierwszych opowiadań, które napisałam (ale nie przechowało się i nie pamiętam jego treści) zatytułowałam „Dystans”.O życiu prywatnym i rodzinie Irminy nie wiedziałam nic do czasu, aż zrozumiałam, dlaczego je ukrywała. Mieszkała pod Warszawą w rozwalającej się chałupie, otoczonej chwastami, a jej matka okazała się niechlujną, ordynarną, grubą kobietą, jakich pełno było w tamtych czasach na rozmaitego rodzaju zadupiach.

Potem spotkałam jeszcze kilka osób w rodzaju Irminy i zawsze odczuwałam wobec nich z trudem maskowane poczucie niższości, ale i fascynację. Nigdy jednak nie wiązałam poczucia dystansu z pozycją obserwatora, za bardzo może wobec tych ludzi wchodziłam w buty Kaśki-traktorzystki, pełnej podziwu, także wobec tych, którzy, jak się ostatnio mówi , kreatywnie zarządzali własną osobowością. Do głowy by mi nie przyszło, że ja mogłam stanowić dla nich obiekt obserwacji.

Pora jednak na odrobinę teorii. Pisząc felietony dla Taraki i uczestnicząc w życiu tej witryny, nie mogłam nie zetknąć się z koncepcją enneagramu. Popularyzatorką tej idei była Helen Palmer, i opisała ją w swojej książce „Enneagram” ( wyd. oryg. 1988, pol. 1992), potem twórczo rozwijana przez polskich autorów. W przybliżeniu teoria ta systematyzuje typy ludzkich charakterów wg kryteriów 1) Gniewu, wstydu i lęku – jako emocji leżących u podstaw ich stosunku do świata, 2) przejawiania się w sposobach obsługi tych emocji: prostym, ekstrawertycznym i introwertycznym, co daje łącznie 9 typów enneagramowych.  Jednym z owych 9 typów osobowości była tzw. Piątka, inaczej nazywana „Obserwatorem”.

Zgodnie z klasyfikacją Piątka – Obserwator jest wynikiem leżącej u podstaw głównej emocji – lęku, obsługiwanej przez postawę introwertyczną. Piątkę tak charakteryzuje w swoich artykułach Wojciech Jóźwiak:

„Piątka-Obserwator stosuje unikanie, ale unika nie tyle samego źródła zagrożenia, co własnych emocji. Odcinając emocje, zyskuje to, że wśród nich odcina także lęk. Odcięcie emocji łączy się z postawą wycofania i budowaniem dystansu. Obserwator w pierwszym rzędzie dystansuje się od tego, co czuje, więc w istocie od samego siebie; dystans i uczuciowy chłód wobec innych ludzi jest już tylko kontynuacją tej postawy. Dystans wiąże się z intelektualizmem, z braniem wszystkiego na rozum.”

„Obserwator, typ nr 5. Przyjmuje on zasadę, iż emocjonalne zaangażowanie jest bolesne, zatem należy się wycofać i nie angażować, zachowując odpowiedni dystans pomiędzy sobą a rzeczywistością. Ludzie z tego typu postrzegają świat niby przez grubą szybę i trzymają pokerowe miny. Są życiowymi minimalistami.”

Sama Helen Palmer jako podstawę takiego stosunku do życia bierze sytuację rodzinną:

„[Niektóre Piątki] do tego stopnia czuły się porzucone, że zaakceptowały swój los, ucząc się odrywać od uczuć, by móc przeżyć. Drugi typ […] to ten rodzaj rodzin, które tak bardzo narzucają się psychicznie dziecku, że [ono] zmuszone jest tłumić swoje emocje, by móc się od rodziny odizolować.”

Wojciech Jóźwiak, przeprowadzając analizę enneagramowych piątek podkreśla, że stosują one pewną formę wewnętrznej emigracji – co nie wydaje mi się dobrym określeniem. Zdystansowanie nie jest równoważne wewnętrznej emigracji, bowiem będąc zdystansowanym do niektórych tylko przejawów otaczającego świata, w stosunku do innych można zachowywać postawę zaangażowaną, choć najczęściej rozsądną i bez przesady. Nie byłabym też tak radykalna w twierdzeniu, że osoby te odcięły od świata tę cześć swojej osobowości, która może być źródłem ran i cierpień: swoje odczuwanie, swoje życie emocjonalne i że wybierają samotność. Mogą samotności w ogóle nie wybierać, ale poszukiwać jej namiastek czy specyficznych form w związkach. „Stawiać granice” – jak często się robi. Mogą też w inny sposób regulować swoje potrzeby związane z dystansem wobec innych. A już nie wierzę, że nieodmiennie towarzyszy im chłód, nawet tak radykalny, jak pisze Wiktor Rumocki, porównujący go do Niflheim, jako krainy Lodu, biorąc za przykład normańską mitologię w typologii charakterów.

Ja sama nie byłam nigdy zwolenniczką teorii enneagramów. Wydawało mi się, że trzymanie się z uporem maniaka poglądu, iż człowiek przez cale swoje życie reprezentuje tylko jeden typ, jest zbytnim uproszczeniem, podobnie jak ograniczenie różnorodności ludzkich charakterów do kilku (a nawet, jak w okresie późniejszym), kilkunastu typów, stanowiących mieszankę typów podstawowych. Uważałam też, że takie klasyfikacje nie prowadzą do niczego sensownego, wszak gdy studiowałam ekonomię, każdy przedmiot rozpoczynano od teorii klasyfikacji – z czego moim zdaniem nic nie wynikało. Nie podobały mi się też nazwy nadawane poszczególnym typom, moim zdaniem często dowolne, nie oddające ich cech i z tego powodu mylące  mylące. W ogóle mieszanie matematyki i geometrii z tarotem i astrologią oraz dopasowywanie tego wszystkiego do typów ludzkich charakterów, wydaje mi się zabiegiem sztucznym.

Kiedy w rozumieniu typów enneagramu mówi się o piątce-obserwatorze, ja widzę kogoś w rodzaju mędrca w okularach z długą siwą brodą, wyrywającego w skupieniu i na zimno, pod lupą, jakiemuś owadowi czułki czy odnóża, nie baczącego na to, że może powodować cierpienie. A przecież obserwatorzy nie muszą być tacy.

Kiedy rozmawiałam ze znajomymi o obserwatorach,  zwróciliśmy uwagę na fakt, iż ludzie niechętnie znoszą poddawanie ich obserwacji, zapewne spodziewając się, że jest ona poszukiwaniem ich słabych cech i raczej obserwacją nieżyczliwą, niż życzliwą. Wspomnieliśmy nawet o tym, że dawniejsi podróżnicy po słabo poznanych krajach, niejednokrotnie stykali się ze złą reakcją na fotografowanie („kradzież dusz”), podobno jednak, gdy pozwolono im samym wziąć aparat do ręki i parę razy pstryknąć, ta niechęć mijała.

Możliwe, że ta nieżyczliwa ocena obserwatorów, przeciskająca się bokiem do opisu enneagramowej piątki, w jakiejś mierze pochodzi z tego samego źródła. W dodatku dziecinny lęk, przeżywany przez introwertyka wobec nadmiernie emocjonalnego, rodzinnego domu, moim zdaniem może wykształcić osobowość krańcowo odmienną, nie odcinającą się od uczuć, a traktującą nadmierną emocjonalność jako normę i wzór. Innymi słowy, córka matki, ciskającej w dzieci ciężkimi przedmiotami, sama zostawszy matką, równie dobrze może wobec własnych dzieci powielać to zachowanie, nie chcąc nikomu niczego wyjaśniać.

Możliwe zresztą, że na obserwatorach za mało się znam.

Zdaję sobie sprawę, że zachowanie dystansu wobec otoczenia nie zawsze jest oczywiste i widoczne na pierwszy rzut oka. Są ludzie, w towarzyskim kontakcie mili, przyjaźni, nawet „przylepni” i dopiero po jakimś czasie orientujemy się, jak bardzo twarde jądro w nich tkwi. Także pozycja obserwatora nie musi się łączyć z odczuwaniem dystansu wobec świata. Są obserwatorzy bardzo głęboko zaangażowani w obserwowaną przez siebie przestrzeń , pragną jednak stworzyć wrażenie swojego chłodu i obiektywizmu wobec niej i nie zawsze to może być nieprawdą czy pozą. Ludzie są o wiele bardziej skomplikowani, niż przewiduje to kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt typów, na które z upodobaniem godnym lepszej sprawy dzielą zwolennicy ujmowania swojej wiedzy w schematy.

Możliwe, że nie trzeba zjeść beczki soli z kimś, żeby go poznać; może wystarczy tylko kilogram, a może w ogóle nie poznamy go nigdy, nie przebywając z nim na stałe; a może nawet i przebywając, nie uda nam się tego dokonać. Pewnie dlatego drugi człowiek może być dla nas taki fascynujący.

 

 

Francuskie ciasteczka z nadzieniem

Na FB, w kopalni bzdur wszelakich, niepotwierdzonych teorii i nieuprawnionych przypuszczeń, pojawiają się czasem teksty, co do których aparat naszej krytyki zdaje się bezsilny. Niby brzmi nieprawdopodobnie, ale nie dość. Niby podejrzewamy, że coś w tym jest, ale zdajemy sobie sprawę, że gdyby chcieć wiadomość potwierdzić, wymagałoby to badań bardzo szeroko zakrojonych i bardzo kosztownych. Czy więc w tej, konkretnej sprawie, był ktokolwiek tak poważnie nią zainteresowany (bez perspektywy zarobienia na tym), żeby ponieść wszystkie ewentualne koszty, żeby wynik był miarodajny? A jeżeli taki by się znalazł, jak mogło się stać, że o tych badaniach nic wcześniej nie słyszałam? A może tylko sprawdzono teorię na chybcika, pi razy drzwi, trochę badań, trochę domniemań, reszta przeniesień zaczerpniętych z innych, podobnych na pozór spraw?

To w zasadzie kwestia zaufania. Jeśli przeczytam w Gazecie Wyborczej (jak w dzisiejszym numerze, w dziale „Nauka”), że nasz mózg w pierwszych 6 sekundach podejmuje decyzję aprobującą lub negatywną, dotyczącą kogoś świeżo poznanego, to wypada mi wierzyć. Bo czasopismo wydawane też drukiem (choć ja czytałam wersję internetową), bo gazeta opiniotwórcza, bo nazwisko dziennikarza, itp. Zakładam, że to raczej prawda.

Jeśli jednak to samo przeczytam na FB, gdzie info pochodzi z nieznanej mi witryny, udostępnionej przez nieznajomą mi bliżej znajomą, zafiksowaną na jakimś zagadnieniu, ale bez mojej wiedzy o jej kwalifikacjach – tę samą wiadomość potraktuję na wszelki wypadek, jako nieuprawnioną.

Tak też podeszłam do informacji z ubiegłego roku, na temat szkodliwości niektórych środków spożywczych i potraw, przygotowanych fabrycznie, w każdym razie tam, gdzie w ich produkcji brały udział duże zespoły ludzi. Otóż twierdzono, że na  dobre właściwości potraw mają wpływ nie tylko czynniki powszechnie znane, jak świeżość czy jakość produktów, z których potrawę przygotowano, ale także emocje i uczucia ludzi zaangażowanych w proces powstawania potrawy. Potraktowałam to jako kolejny bzdet, chociażby z tego powodu, że w dużym zakładzie produkcyjnym, zawsze kogoś na przykład coś boli; są ludzie niezadowoleni, źli i smutni, a więc przygotowane przez nich potrawy, z definicji powinny być szkodliwe.

Poza tym protestował mój zdrowy rozsądek (ale, jak wiadomo w sprawach nauki zdroworozsądkowy ogląd może przeszkadzać odkryciom), zwłaszcza że pachniało mi to trochę czymś w rodzaju „rzucania uroków” czy „złych spojrzeń”. Ale przecież, nawet jeśli w nie nie wierzymy, to łatwo odgadniemy, kiedy ktoś zbliżający się do nas ma nieprzyjazne intencje. Czujemy to po prostu przez skórę – najczęściej w tych, naukowo potwierdzonych, 6 sekundach. Pytanie: Czy to uczucie może dokonać takich zmian w strukturze przedmiotu, że będzie możliwe rozpoznanie tych zmian bez wiedzy o jego poprzednich kontaktach?

Nie myślałabym o tym dłużej, gdyby nie osobiste doświadczenia z zajmowania się kuchnią. Należę do ludzi o smaku może nie specjalnie wyrafinowanym, ale zdecydowanym. Wyczuwam zawsze początki zepsucia (mimo nawet zabiegów usiłujących to ukryć), chemiczne posmaki, itp. – nawet w ulubionych potrawach. Nie zmylą mnie ostre przyprawy ani zabiegi uzdatniające przeterminowaną żywność.

Są jednak potrawy na przeciwnym biegunie. Ich smak jest wyjątkowo pociągający, choć z pozoru niczym specjalnym się nie różnią od tych, mniej pociągających. Podam przykład: ogórki kiszone, małosolne, kilkudniowe. To czy mi smakują, czy nie, zależy wyłącznie od konkretnego ogórka – gdzie i jak rósł, jak był nawożony, kiedy zebrany. Jestem w stanie przewidzieć, że dany słoik należy spożyć zaraz, bowiem nie będzie dłużej się dobrze przechowywał.

Kiedyś mówiono, że kobieca miesiączka nie sprzyja przygotowywaniu przetworów i mimo zachowania reżimu higieny, często się one psują. Z własnego doświadczenia mogę orzec, że to prawda. Jeśli więc moje ogórki, czy kapusta, czy dżemy lub soki, przechowały elementy otaczającej mnie atmosfery z określonej fazy kobiecej płodności, to czyż nie mogą przechować elementów mojego nastroju, w czasie ich przygotowywania? Jeśli jestem zła, kłócę się z kimś, czy po prostu odczuwam żal i frustrację, czyż nie może to odbić się na jakości potrawy?

Może więc potrawy przygotowywane z miłością, chęcią dogodzenia komuś, zostają na długo w pamięci z tego właśnie powodu? Znane są smaki dzieciństwa, zapamiętywane na całe życie. Czy to z powodu matczynej miłości?

Takie rozmyślania towarzyszyły mi dzisiejszemu pieczeniu   ciasteczek francuskich z nadzieniem z kapusty z kminkiem i cebulą. Chciałam włożyć w przygotowanie tej potrawy dużo dobrych uczuć, cóż, kiedy kapusta zasmażona na patelni i przyprawiona, sama w sobie była pyszna, ale we francuskim cieście nabrała dodatkowej kwaśności, nie złagodzonej dodatkiem pozytywnych intencji, choć wydawałoby się to teoretycznie niemożliwe.

Może więc pocieszy mnie ewentualność, że ciasto francuskie nie ja lepiłam, tylko kupiłam w markecie, podobnie jak kapustę, cebulę, pieprz, kminek i inne dodatki. Jajko, którym posmarowałam ciasteczka, też nie pochodziło od kury przeze mnie wyhodowanej i wykarmionej, której nastrój nie był mi znany. W zasadzie więc w nieudanych ciasteczkach nie ma mojej winy, skoro zawierają cały ogrom cudzych uczuć i nierozpoznanych emocji. Moja jednostkowa dobra wola może nie wystarczyć, żeby przeciwstawić się całemu osadowi zgromadzonych negatywów.

Niestety, siły już mi nie pozwalają tak gotować, jak robiłam to kiedyś, więc podpieranie się niesprawdzonymi teoriami jest jak najbardziej uprawnione.

Teoretycznie a praktycznie

Z pewną przyjaciółką rozmawiałyśmy o młodej pisarce, która wydała dwie książki, świetnie opisujące i diagnozujące toksyczne związki, sama jednak od lat pozostającej w takim związku i nie potrafiącej się z niego wyzwolić.

Ja też należę do takich twórców. Całe życie poszukuję porozumienia z inną osobą i nigdy mi się to nie udaje. Teoretycznie przyjęłam, że jest to winą niewłaściwych wyborów, ale w dalszym ciągu wybieram niewłaściwych ludzi do takiego porozumienia, i, co gorsza, nie interesuje mnie porozumienie z osobami spoza określonego kręgu. Wiem jednak, że w tym kręgu, w którym poszukuję, nie znajdę go w żadnym wypadku. Perpetuum mobile, po raz kolejny, w historii świata, odtwarzane nie jako postęp, a jako wstecznictwo.

Panująca kultura patriarchalna nauczyła mnie oczekiwać sukcesów wyłącznie w wypadku dokonania ustępstw wobec oczekiwań społeczeństwa i w granicach przez to społeczeństwo wyraźnie zaznaczonych. Jako kobieta rocznik 1942, nie powinnam oczekiwać zrozumienia od mężczyzn ukierunkowanych intelektualnie, ponieważ partnerów w dociekaniu praw świata poszukiwali oni wyłącznie wśród mężczyzn. Jako dziewczyna rocznik 1942, nie mogłam poszukiwać zrozumienia wśród mężczyzn zwyczajnych, ponieważ z powodu licznych uczuleń na ówczesne kosmetyki, nie byłam w stanie poprawiać swojej urody. W dodatku nie wierzyłam w swoją atrakcyjność złośliwie do dziś określaną jako „soute”. W sosie własnym, czyli „Jakim mnie stworzyłeś Panie Boże – takim mnie masz”. Podstawowe składniki kosmetyków i leczniczych maści w PRL były tylko 2 – lanolina i alantoina (co ostało się do dziś). Nie mogąc poszukiwać zrozumienia na drodze znaczenia, znajomości, urody i nie mając zadatków na sukcesy w dziedzinie intelektualnej, wegetowałam gdzieś na obrzeżu aktywności dostępnej młodym dziewczynom, niepewnym co do własnej tożsamości i walorów. Po latach ocknęłam się z ówczesnego marazmu i wystrzeliłam w nieznany świat (za sprawą wiary w moje możliwości pewnego mężczyzny, zresztą nie budzącego zaufania u rozsądnych ludzi.) Jako staruszka rocznik 1942 nie spełniam wymogów współczesności co do wyglądów, zachowania i statusu, choć, dzięki Bogu, czytelnicy mojego bloga nie zawsze mają świadomość z kim mają do czynienia.

Jako tak bardzo doświadczona kobieta, życiowo oblatana w stereotypach, co najmniej z ubiegłych 50-ciu lat, nie powinnam była dalej, z uporem maniaka, poszukiwać zrozumienia. Powinnam, jak inne babcie, podziwiać pokolenie wnuków i prawnuków, poszukiwać w nich realizacji swoich najskrytszych marzeń (pozbawionemu atrybutów kobiecej  seksualności widzi się świat wyraźniej i trzeźwiej). Przykro mi, ale tak nie jest. Nie chcę być babcią czy ciocią, która siedzi na kanapie i ma wszystkim wszystko za złe, ale, mimo najszczerszych chęci mój sceptycyzm wobec świata woła o uwagę.

Moja zagraniczna przyjaciółka w trosce o moje samopoczucie w letniej grypie, wymyśliła rozwiązanie pozwalające mi uniknąć wypełniania trzydziestu paru stron ankiety i zwierzania się urzędowi państwowemu z wstydliwego statusu niektórych krewnych, dla uzyskania pełnopłatnej pomocy opiekunki MOPS-u w wymiarze 3 godzin tygodniowo/. Polegało ono na zakwaterowaniu młodej dziewczyny, poszukującej pracy w Warszawie, w zamian za niewielką pomoc w gospodarstwie domowym.

Od razu zaznaczam, że dziewczyna jest bardzo miłą i chętną do pomocy, cóż, kiedy wychowanie i społeczne jej przystosowanie, nijak się ma do oczekiwań starszej, niedzisiejszej pani.

Oczekuje ona zdefiniowania swoich obowiązków (choć swoje prawa uważa z góry za ustanowione wyższym przekazem). Jej obowiązki to rzeczy, które może wykonać w czasie wolnym od pracy, towarzyskich spotkań, zajęć sportowych i innych. Mnie zaś trudno definiować coś po północy, gdy wraca do domu, bądź gdy wpada doń na chwilę z buzią w telefonie. Żeby o coś poprosić, trzeba mieć do czynienia z kimś, kto chce z tobą rozmawiać, a nie z internetową chmurą. Szykuję się, że gdy wróci do domu, to poproszę ją o złożenie suszarki do prania, kupienie mi bułek czy może zaniesienie do przychodni wniosku o receptę – nie mówiąc już o wstydliwym pomyśle, żeby w czasie prysznica umyła mi plecy czy obcięła paznokcie albo podniosła parę rzeczy z podłogi, po które nie dam rady się schylić. Nic z tego – rozmowa trwa, gdy dziewczyna wchodzi i wychodzi z domu. Słysze tylko zgrzyt zamykanego zamka.

Jest w tym połowę mojej winy. Nie potrafię przerwać cudzej konwersacji, wstyd mi prosić o przysługi osobiste ( młode dziewczyny nie lubią oglądać  starych, pomarszczonych ciał – co dowodnie widać na wpisach  na FB). Z doświadczenia wiem, że moje przyjaciółki ani krewni nigdy nie podjęli się obcięcia moich paznokci u nóg, co skutkuje koniecznością wizyt pedicurzystki, raz na miesiąc, za odpowiednią opłatą. Kobiety mojego pokolenia, które pochowały mężów, umierających i złośliwie sikających na ścianę – nie uznawały by tego za szczególną uciążliwość. Ale teraz one same potrzebują pomocy. Kalendarz, niestety!

Jest jednak wina społeczeństwa jako takiego, lekceważącego potrzeby osób niepełnosprawnych. Czy naprawdę muszę szukać daleko, żeby ktoś umył mi (szczotką, nie dotykając ręką ciała) plecy, nasmarował kremem nogi, z których sucha skóra złuszcza się płatami, pomógł spłukać włosy, gdy z bólu nie mogę podnieść rąk w górę? Czy koniecznie muszę wcześniej wypełniać trzydzieści parę stron ankiety, ustalającej ewentualne prawa alimentacyjne do krewnych za granicą? Czy muszę spowiadać się z osobistych uzależnień? Z tego ile razy w tygodniu zdarza mi się wypić lampkę wina?  Ilu mam przyjaciół, odwiedzających przynajmniej raz w miesiącu!  A jeśli moi przyjaciele, to „frakcja intelektualna”, których nie chcę mieszać w swoje problemy cielesne? Czy muszę przerywać cudzą filozoficzną konwersację, może bardzo ważną, żeby wyartykułować swoje potrzeby?

Moja przyjaciółka ze Szwecji namawia mnie do wizyty u niej. Moje serce wyrywa się, ale mój rozsądek mówi mi: „kochana, nasze rozmowy, nasz kontakt, nasze porozumienie, nie powinno łączyć się z obowiązkami. Ja jestem z PRL-u i z Polski, gdy wszak PRL nie minął, wręcz przeciwnie. To pewnik: gdy nie jesteś w stanie panować nad swoim światem, nie jesteś nic warta. Żyjesz Ulu w innym świecie, nie znającym polskich ograniczeń. Ja muszę je opanować, zanim zdecyduję się Ciebie nimi obarczyć. Mój ból powinien obarczyć jedynie mnie. Wszelkie rozwiązania pośrednie nie sprawdzają się.

Przykro mi też Saro, jesteś przemiłą dziewczyną, ale nasze światy nie mają punktów wspólnych. Nie czuję na siłach objaśniać  Ci na nowo świat praw i obowiązków człowieka. Po prostu oczekuję na koniec moich zobowiązań wobec świata  poczucia wielkiej ulgi. Już nic nie muszę i nic nie potrzebuję.

Teoretycznie.

Wypożyczalnia nr 140

Gdy byłam młodą dziewczyną, nie stać mnie było na kupowanie książek, byłam więc częstym gościem rozmaitych wypożyczalni. Jako „połykaczka słowa drukowanego” – jak złośliwie określała mnie rodzina, mająca wątpliwości, czy czytając tak szybko, można przyswoić sobie właściwe treści; znałam wszystkie żoliborskie wypożyczalnie i wszystkie zatrudnione tam panie. Na ogól były to starsze panie (dla mnie, młodej dziewczyny, kobiety po 40-tce), pracujące tam dla niewielkiej pensji i spokojnego zatrudnienia. Uwielbiały katalogowanie, spisywanie, wypełnianie bibliotecznych kart i szacunek, jakim darzyły je dzieci i młodzież; nie znosiły czytelników/czytelniczek, które prosiły o wybranie stosownej dla nich książki, ponieważ same nie znają się na literaturze, a czymś trzeba wypełnić czas. Dla informacji  młodzieży dodam, że w roku 1956, obejrzałam pierwszy program w telewizji na ekranie Belwedera wielkości pocztówki, w towarzystwie ze trzydziestu sąsiadów pewnej dyplomatycznej rodziny, której córka była moją szkolną koleżanką.

W tamtych latach, jak z powyższego wynika, wyłącznie książka była oknem na świat, odmienny od szarego i nudnego wyobrażenia o prawomyślnym środowisku komunistycznego,  szarego człowieka, który, nawet będąc kucharką, nadawał się do rządzenia. Bowiem kucharce potrzebna była jedynie wiara w słuszność naszej ideologii, a nie wiedza, czy fachowość (jak twierdził sam wielki towarzysz Lenin). Radio serwowało program naładowany wyłącznie polityczną propagandą, a jedynie literatura (poprzez tanie wydania klasyki walcząca z analfabetyzmem), udostępniała niewielkie odmienności i odchyłki od standardu  (tak, tak, znacząca liczba ludzi nie umiała wówczas czytać i pisać!). Ludzie nieco odmienni od reszty populacji mieli przechlapane (jak dziś w Korei Północnej, w którym to kraju odnajduję echa mojego dzieciństwa). Ja też, ku mojemu ubolewaniu, różniłam się nieco od wymogów – przede wszystkim nie byłam kucharką. I czytałam zbyt szybko, pomijając fragmenty których, nie uznawałam za istotne. Byłam leworęczna (to  ówczesne kalectw, raz) i nie umiałam sylabizować – (dwa), co było podstawą ówczesnej nauki czytania. Ale przeczytałam wówczas, jako kilkunastoletnia dziewczyna, w „Literaturze na Świecie” fragmenty tekstów Jeana Geneta i zrozumiałam wówczas, że miłość nie jest czymś ograniczającym się do jednej płci, a jej piękno i siła nie leży w stereotypach, tylko w literackim odwzorowaniu uniesień. Takich odkryć literackich było więcej i dotyczyły różnych sfer życia człowieka. Nie koiły mojego prywatnego bólu, ale pozwalały go oswoić i przetworzyć, początkowo niezdarnie i nieudolnie, z czasem coraz bardziej zgodnie z zamierzeniem.

Nic więc dziwnego, że kiedy ukończyłam szkołę i dostałam się na studia, pierwszej pracy szukałam w żoliborskiej wypożyczalni książek. Zarabiałam grosze, ale kochałam swoją pracę. Owe panie od katalogowania miały problem z polecaniem czytelnikom poszczególnych pozycji, bowiem generalnie same nie lubiły czytać. Najprzyjemniejszym zajęciem było dla nich siedzenie przy dużym stole i naklejanie ex-librysów klejem sporządzonym z wody i mąki i gadanie o dzieciach i wnukach. Gdy więc trafiła im się dziewczynina, która to lubiła i znała wszystkie nowości literackie, ba, była w stanie podyskutować o nich z upierdliwymi staruszkami, hołubiły ją, a nawet przygotowały mi w najdalszym kąciku stanowisko do czytania/przeglądania wszystkich nowości, a potem wpisywania na maszynie informacji o treści książki na karcie katalogowej (nie było wówczas zwyczaju drukowania na okładce informacji o o książce, czasem tylko na tzw skrzydełkach zamieszczano informacje o autorze, jeśli był ważny). Wszystkie upierdliwe babcie w poszukiwaniu czytelniczych miłości kierowano do mnie. Byłam w tym specem, choć osobiście powieści w rodzaju Rodziewiczówny „Między ustami a brzegiem pucharu” przyprawiały mnie o mdłości. Dopiero dziś, po latach, gdy jestem już starą kobietą, doceniam wiktoriańskie powieści i cały ich drobiazgowy opis kultury, która choć wyrafinowana, przeminęła wraz z epoką i została zastąpiona prostszymi symbolami.

Potem przeszłam do pracy w Bibliotece Narodowej, ale to już całkiem inna historia.

Była to najprzyjemniejsza praca, jaką w życiu wykonywałam, niestety nie dałam rady się z niej utrzymać. W tamtych czasach minimum pensji wynosiło netto (bez podatku – nie było ich) 1500 zł, ja zarabiałam 800 zł.

Potem moje życie i status materialny się zmienił, stać mnie już było na kupowanie książek i gromadzenie ich w mieszkaniu. Księgozbiory jednak nie były trwałe, pierwszego pozbyliśmy się z mężem po urodzeniu dzieci, sprzedawszy go za grosze, z powodu konieczności zakupu wielkiej ilości pieluch tetrowych i pralki Światowit, do ich prania, drugi wywędrował nie tak dawno w związku z przystosowaniem mieszkania dla osoby niepełnosprawnej. Kilka lat zamawiałam książki w księgarniach internetowych, dopóki nie odkryłam iż reklamują zwykły szajs, nie próbując nawet sugerować literatury wyższego lotu.

Tak doczekałam do dnia dzisiejszego, czytając po raz wtóry stare pozycje, które ocalały z pogromu (muszę dodać, że w zamierzeniu selekcja tytułów nie powiodła się i zapanował chaos, eliminując pozycje, na których mi zależało, a pozostawiając chłam, który nadawał się do wyłożenia na parapecie okna na parterze mojego bloku, w sąsiedztwie nakrętek na cele charytatywne.

I oto przeczytałam w gazetce osiedlowej, że nowo powstała wypożyczalnia dostarcza osobom niepełnosprawnym książki do domu, zmobilizowałam więc wnuka, żeby zawiózł mnie na wózku inwalidzkim do tejże wypożyczalni. To była bardzo owocna wyprawa (nie licząc wiatru we włosach  i innych rozkoszy przebywania na świeżym, powietrzu.)

Współczesna wypożyczalnia okazała się całkiem czymś innym niż ta sprzed lat. Możliwość szperania w księgozbiorze za pomocą internetu, dodawania tytułów do schowka i inne udogodnienia, zaćmiły trudy dostania się wózkiem na piąte piętro (z windą, ale i z ograniczoną możnością manewrowania wózkiem w skąpo zaplanowanej przestrzeni). Tak czy siak wypożyczalnia 140 to nie sąsiedni sklep Żabka, gdzie flaszki z napojami wypełniają wolną przestrzeń między regałami, nie pozwalając osobie na wózku dostać się gdziekolwiek, a senne sprzedawczynie, o buziach nie skażonych myślą i ustach, nie umiejących wypowiedzieć sensownego zdania, za to demonstrujące pogardę dla osób nie będących młodymi, umięśnionymi i wytatuowanymi mężczyznami, nie wyrażają najmniejszych chęci, żeby ruszyć tyłek i coś podać.

W wypożyczalni przemiła młoda i ładna kobieta (wiele uroku ludzie zawdzięczają jednak myślącym obliczom!) wprowadziła mnie z grubsza w tajniki współczesnej wypożyczalni, jakże odmiennej od tej, sprzed lat! Internetowy katalog, możliwość korzystania ze schowka, zdalna rezerwacja  i szeroka informacja o książce, a także poszukiwanie i rezerwacja w innych wypożyczalniach w dzielnicy! Wpadłam jak śliwka w kompot, zalogowałam się i utonęłam w księgozbiorze!

Niestety, cudowne wrażenia mijają, gdy zetkną się z prawdziwym życiem. To, co stanowi podstawę literatury – język – ulega przemianom dla niej niekorzystnym.  W „Tosterze Pandory” czytam artykuł o języku, napisany przez Leonarda Jaszczuka, reklamowany jako: „Nadzwyczajnie fascynujący artykuł pióra Leonarda Jaszczuka – podnoszący temat wolności słowa w Internecie oraz przemiany międzywiekowej (wiek XX i XXI), która przez cały czas dzieje się, odbywa, toczy, zazębia i postępuje, ponieważ jest ona… procesem. Bardzo polecamy tę zwartą lekturę publicystyczną.”

Nie do końca zgadzałam się z konstatacją artykułu, że współcześnie słowa odzyskują treść i znaczenie. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem ich znaczenie zostaje świadomie przesuwane w innym kierunku przez reklamę ale też i propagandę. Znaczenie słów zostaje spłycone, dopasowane do potrzeb nie odbiorców i posługujących się nimi rozmawiających ze sobą osób, a do potrzeb biznesu.

Moje dywagacje zostały przez autora artykułu podsumowane jak bredzenie głupiej kobiety. Napisał on „Obawiam się, iż takie postrzeganie świata wiąże się poniekąd z analizą zawartą w tekście, aby akceptować wyżej wymienioną konkluzję, trzeba być aktywnym udziałowcem interaktywności. System zero – jedynkowy. powoduje obcięcie aparatu krytycznego sprowadzając analizę na jeden tylko format postrzegania rzeczywistości jako powidoków telewizyjnego młynka do mielenia ,,czekolady””. Sam styl tej wypowiedzi dowodnie oznacza degradację języka, który zatraca swą melodię, zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, nie stając się w zamian precyzyjniejszym.

Nie wytrzymałam tego bleble i odpysknęłam: „Chyba wszyscy, tak czy inaczej jesteśmy „aktywnymi udziałowcami interaktywności” i zarzut „obcięcia aparatu krytycznego” wyraża poczucie wyższości w stosunku do jednostek mniej aktywnie zarządzających swoją osobowością, ba, nawet nie zarządzającą nią w pełni świadomie. Jednak uczestniczymy w kształtowaniu języka i czasem świadomie oceniamy zmiany, co bądź by o nas nie mówiono i czego nie zarzucano, a także bez względu na to, z jakiego rodzaju słowników korzystamy.”

Moglibyśmy tak dłużej toczyć naszą dyskusję, gdyby nie dzisiejsza rozmowa z pewną młodą dziewczyną. Powiedziała mi, że czuje się nieswojo, rozmawiając z kimś twarz w twarz, zwłaszcza, gdy ktoś na nią patrzy. Zapewne do tej pory patrzyła swoim rozmówcom ekran w ekran. Przypomniała mi jakieś staroświeckie porady, że polując na tygrysy, nie wolno patrzyć im w oczy i w ogóle dzikie zwierzęta nie znoszą walki na spojrzenia. Przypomniała mi także moje młodzieńcze problemy z wytrzymywaniem wzroku innych ludzi, co rzekomo dowodziło szczerości i uczciwości.

Nie tylko język zaczął wyrażać splątanie współczesności, popadł w obsesję nie określania bezpośrednio niczego, zwłaszcza ważnego; weszło to też na spojrzenia, na dotyk i na zrozumienie. Wszystko to stało się sygnałem, nie do końca zrozumiałym i rozmytym, jak język prawników, urzędników i polityków. Świat przestał wabić skomplikowanym szaradowym wyrafinowaniem, przeobraził się w prymitywny spektakl, o nie zdefiniowanych regułach, odnoszący swój największy triumf w imprezach sportowych.

W końcu jak napisałam w pewnej dyskusji o KK i piłce nożnej, jako religiach współczesności:  „A ja sądzę, że to przemyślana strategia. Gdyby kibole nie mogli się pobić po meczach, napadaliby na spokojnych ludzi na ulicach. Gdyby kibice i ich dziewczyny nie mogły rzewnie płakać po przegranym meczu, ludzie zapomnieliby, że można z jakiegoś powodu czuć smutek. Gdyby nie te flagi, szaliki itp., ludzie zapomnieliby skąd i po co są. Gdyby nie wściekli się na mistrza Nawałkę i swoich idoli, mogliby wściec się na takiego czy innego z rządzących i zrobić jakąś rewolucję. No i wreszcie, jest to rozrywka dostępna także dla najgłupszych debili – jaką drugą znajdziecie? Uważam, że w Polsce obecnie sport jest bardziej potrzebny niż religia. Rozumieli to już starożytni, domagający się chleba i igrzysk. Gdy ich brakło, imperia upadały.”

Przykro mi, ja nie pasuję do tego świata. Dobrze, że zanim umrę, mam dostęp do wypożyczalni nr.140.

 

 

Ta świetlana postać

Odpowiadając Adze:

Irytują mnie celebryci i celebrytki. Nie ze względu na to, kim naprawdę są (wszak nic o nich nie wiem, nie znam ich osobiście), ale ze względu na to, że cała masa chłamu informacyjnego, który ich otacza, jest nie do przebrania, nie do oddzielenia ziarna od plew. Nie chce mi się w tym grzebać, jako że nie uważam, aby miało to jakikolwiek sens; i nawet, jeśli wyrobię sobie na nich uprawniony pogląd, to nic z tego nie wynika. W dodatku jakakolwiek rzucona przelotem opinia, że życie i poglądy tej osoby mnie nie interesują, wywołuje falę agresji i stanowcze żądanie, abym uzasadniła swoją opinię. A ja nie chcę jej uzasadnić, musiałabym studiować życiorys tej osoby, może ją poznać osobiście, a uważam to za stratę czasu, którego i tak nie mam zbyt wiele. Wystarczy mi, że jeśli wprowadzę do wyszukiwarki jej nazwisko i wyświetla mi się z dziesięć poddziałów typu: X partner, X wzrost, X figura, X włosy, X dokonania, nawet X Barbie itp. Może to całkiem fajna osoba, ale ja mam jej dosyć przez medialny szum, który najwyraźniej akceptuje, a nawet nim zarządza.

Czy moim obowiązkiem jest uzasadnianie każdej myśli, która przepłynie mi przez głowę, gdy dzwoni ktoś wieczorem i przerywa moje wyciszenie opowieściami, które średnio mnie interesują (zaangażowanymi oczywiście, a jakże!). Mój brak entuzjazmu dla jakiegoś pseudostrajku, o którym nic nie wiem i w który nie zamierzam się wgłębiać, prowadził akurat do tej kobiety. Niewiele o niej wiem, poza tym, że wszędzie jej pełno, aż za bardzo.

Ostatnio adoptowała dziewczynkę i wszystkie pisemka dla głupich kobieciątek, wszelkie „Pudelki” i Plotki” pełne były ochów i achów. Wówczas ona, prawdopodobnie  dla podniesienia temperatury publicznego zaangażowania, oznajmiła, iż adoptowała nie jedno, lecz kilkoro dzieci – oczywiście w egzotycznych krajach, do których daleko i w których dochód na 1 mieszkańca wynosi coś koło dolara dziennie,w  jakimś Kongo Zimbabwe, czy Burundi, z rocznym PKB około 300$. Uzasadniała to oczywiście, a potakiwacze tłumaczyli ją, że nie jest ona Angeliną Jolie, tylko lepszym jej wydaniem, bowiem nie wyrywa dzieci z tamtego środowiska, nie wtłacza im do głowy europejskich wartości…itp itd.

W sumie to fajna adopcja, podobnie jak adoptowanie śnieżnych panter, czy dzieci poczętych, gdy oznacza ona naprawdę jedynie wydatek kilku dolarów, bez obowiązków adoptującego. Nasza celebrytka nie musi czuwać nad łóżkiem dziecka, gdy choruje, nie zna, ani nie chce zapewne poznać jego języka, żeby snuć mu bajki i pocieszenie w dziecinnych zmartwieniach, nie musi mierzyć się z trudami prawdziwej adopcji. I w dodatku jest lepsza, niż jakaś obca celebrytka Angelina Jolie.

Ale wracam do mnie. Ja mam rzekomo obowiązek uzasadniać swoje zdanie na jej temat! Wokół mnie umierają lub chorują ludzie, z którymi emocjonalne związki sięgają daleko głębiej niż  z  ową celebrytką, prezentowaną przez jedną z telewizji, kobietą, która wszędzie już była, wszystko widziała i ze słodkim, wystudiowanym  uśmiechem sugeruje nam, z kogo winniśmy brać przykład. Jestem w cichej żałobie po nich, po tych, którzy dla mnie wiele znaczyli, nawet nie prywatnie,  a w tym samym czasie społeczeństwo domaga się ode mnie określenia pozytywnego stosunku do kogoś, do kogo pozytywny stosunek wymuszają media i żądaniu temu ulegają z pozoru całkiem rozsądni ludzie. W takiej wszechstronnej osobie  nie każda z kobiet znajdzie cechę, z którą się utożsamia. Jednego pociąga, że wspina się w Himalajach, innego, że adoptuje jakieś dzieci i że wygłasza jednemu z nich sentymentalne przemowy na temat zmarłego tatusia, jeszcze innemu, że ma pieski lub kotki, wreszcie komuś, że ma stanowcze zdanie na temat ochrony środowiska, nawet jeżeli specjalnie na tym się nie zna. Komuś to (jak mawiano w czasach słusznie minionych – zwisa kalafiorem). Moje zdanie na temat, które butelki lepsze: plastikowe czy szklane, nie ma najmniejszego znaczenia. Decydują o tym koncerny, a nie kupujący w sklepach. Tak jak w sprawie torebek – w co mi zapakują, w tym wezmę. Tak więc przekonywanie mnie mija się z celem. Podobnie jak reklama na skrzynce pocztowej, każąca mi powiedzieć, czy jestem za czy przeciw. Ciekawe, że nie pytali mnie, zanim nie uchwalili ustawy. Niech owa celebrytka przekona choć jeden koncern! Mnie może spokojnie sobie odpuścić.

Tymczasem celebryci/tki stali się wzorem wszechstronnym dla ludności naszego grajdołka i biada temu, kto widzi w nich jedynie osobę skutecznie zarządzającą swoim publicznym wizerunkiem, traktowanym jak osobowość. Z przykrością donoszę, że owej kobitce, którą mam na myśli, właśnie osobowości brakuje. Wszystko zresztą jedno. Gorzej, że pewna moja znajoma, skądinąd mądra kobieta, usiłuje wymusić na mnie  uzasadnienie mojego stosunku do owej celebrytki. Nie lubię jej po prostu i tyle. Im bardziej moja koleżanka na mnie naciska, tym mniej lubię tę X-Barbie.

Może na tym właśnie polega moja wolność , że mogę sobie darować opowiedzenie się po jakiejkolwiek stronie. Z czasów głębokiego PRL pamiętam, że kto  nie był z nami, ten był przeciw nam.  I dzisiaj dalej tak jest, choć niewiele osób rozumie wolność, jako nie opowiadanie się po którejkolwiek stronie. Więc przypominam:

Ten, kto stoi z boku, ma do tego prawo, a czasem widzi więcej. Szanujmy to i dajmy mu spokój. Każdy ma prawo do prywatnego świata, poza prezentowanymi przez publiczne media. Tak, jak ja mam prawo do olewania  meczów piłki nożnej i nie interesowania się tym, co piłkarze jedli na podwieczorek, a co ich żony i dziewczyny myślą o problemach swoich mężczyzn i jakości deseru.

Poeta zagubiony w wewnętrznym mroku

Niedawno w Holandii zmarł młody człowiek, świetny, choć nieznany i niedoceniony poeta, zagubiony w swoim wewnętrznym mroku, bezskutecznie balansujący na krawędzi rzeczywistości – Błażej Sędzikowski. Nie jestem pewna, czy pisał coś w ostatnich latach życia; mam tylko jego wcześniejsze wiersze, z okresu naszej znajomości. Porywała mnie zawsze melodia jego wyobraźni i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie udało mu się przebić do artystycznego świata, wszak na to w pełni zasługiwał.

Możliwe, że poezja przychodziła mu zbyt lekko, a sukces zbyt wolno; może myślał wierszami, oczekując natychmiastowego zrozumienia, a odpowiadano mu najpospolitszą prozą. Możliwe że zgubiło go miasteczko, w którym się urodził i późniejsze wojaże po Europie nie zdołały zmazać tej skazy. A ci, którzy go rozumieli, kochali jego poezje i próbowali pomóc. widać niewiele mogli, a on nie miał wystarczającej determinacji, żeby czekać. Czekać – nie wiedząc na co i nie mając żadnej pewności, że się doczeka.

...i za czym tak gonić, przed czym uciekać
przecież nie goni człowieka bezpieka
tu żadnej walki nikt z nikim nie toczy
tylko sam z sobą bój na butelki i papierosy

to wszystko już zgrane, to wszystko już było
ten sen już wielu na wylot prześniło
tych którzy wśród słów się błąkają jak dzieci
kiedyś to byli wielcy poeci

dziś już nie ważne, bo dzisiaj już nie ma
tych ekstaz, pożądań, skończony poemat
rockmeni igłami zdzierali tą płytę
po co wciąż serce szprycować mitem ?

Od młodzieńczych wierszy, śpiewnych i poetyckich, jakby stworzonych do wykonania z towarzyszeniem gitary, poprzez pesymizm okresu, gdy samorealizacja przestała być w zasięgu ręki ( nie mógł znaleźć pracy, uczęszczał m,in na kurs spawaczy) do powiewu optymizmu, gdy  stał się mężem i ojcem, jego wiersze ze szczerością i ogromną siłą sięgały  głąb wewnętrznej ciemności, która nigdy całkowicie nie znikła, aż wreszcie go pokonała.

JAK POWSTAJĄ BAŚNIE

        I tak będzie co ma być
        to co stoi będzie stać
        deszcz cichutko będzie mżyć
        a ja tobie będę grać 

        O jak pięknie pachnie maj
        kwitnie raj kwiatów tysiącem
        ty w tym raju jesteś naj
        długo nic a potem słońce 

        Ty owoców weźmiesz garść
        będę z twoich rąk je jadł
        czyż ich nektar nie jest wart
        by go ciągle Bogu kraść 

        Świtem uciekniemy w las
        po diamentach rosy
        gdzie korony drzew jak płaszcz
        jak baldachim wiecznej nocy        

        Tam aż do utraty tchu
        ścieżkami zwierząt
        pijani tajemnicą mchu
        białym winem swego ciała 

        Potem poznamy sekret wiedźm
        zioła, uroki, zaklęcia
        których magiczny karzeł strzegł
        tam gdzie kończy się tęcza 

        Nie, nie wchłonie nigdy nas
        czarna, kosmiczna pustka
        fantastyczna podróż trwa
        w dół po drugiej stronie lustra 

        Wiem maleńka, że to grzech
        lecz mnie nie nudź słów rozpaczą
        czasem trzeba skończyć źle
        żeby w ogóle móc coś zacząć 

        I tak będzie co ma być
        lecz nie zrozum mnie opacznie
        kocham ciebie co tu kryć
        właśnie tak powstają baśnie 

 

TRZEBA BYŁO ROZSTRZELAĆ POETĘ

Tamtego dnia pełnego stłuczonych butelek
na stołach, pod łóżkiem w śmietniku na dnie
mojego umysłu pęknięty bębenek
upadł potoczył się sam nie wiem gdzie

Dnia gdy uśpione puste listki tabletek
nie zamieniły mi jawy na sen
trzeba było rozstrzelać już wtedy poetę
gdy cierpieć zaczynał rozstrzelać go wiem

Tak trzeba było , już wtedy był powód
by koła żelazne mu przypiąć do nóg
albo rozpędzić widziadeł korowód
i zamiast pióra do ręki dać pług

Teraz za późno gdy skrzydła wezbrały
powietrzem gorącym jak krew wilczych serc
cierpienie minęło , lecz wiersze zostały
wielkie i straszne , trujące jak rtęć

Błażej pisał także opowiadania, a jedno z nich zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Opowiadanie w zasadzie było o śmietnikowym kocie i jego towarzyszach, polujących na kocie przysmaki, reklamowane powszechnie, choć o nie jednakowej wartości; ale w istocie dotyczyło losu outsidera i postępującego procesu uzależnienia. Miało niesłychaną siłę wyrazu, szczerość, wgląd we własny, wewnętrzny świat. Niestety, wówczas, gdy go czytałam, było nie dokończone. Kilkanaście dni temu los kota został ostatecznie zapisany i potwierdzony.

Błażeja już nie ma,  ale nie może przecisnąć się przez moje usta niestosowna w jego wypadku modlitwa” „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”. Nie wyobrażam go sobie jako kogoś, kto chciałby odpocząć…

Mam nadzieję, że ta energia, która zawsze go niosła, przywieje teraz, choć pośmiertnie, zainteresowanie jego poezją.

O nienawiści niesformalizowanej

W poprzednim odcinku pisałam o miłości, przyszedł więc czas napisać o nienawiści – dla zachowania równowagi.

Nie chcę pisać o kimś, kto nienawidził, bowiem i nie jestem w tym dobra, i nie mam do tego żadnych doświadczeń, jako ktoś, kto mimo najszczerszych chęci, nie potrafił czegoś takiego odczuwać. No może raz w życiu, gdy nienawiść mnie zaślepiła, chociaż nie była to prawdziwa nienawiść, a macierzyński instynkt obrony potomstwa raczej. Jednak zdarzało mi się, i to dość często, odczuwać lęk przed cudzą nienawiścią. Zwłaszcza, gdy jest skoncentrowana i zawieszona chwilowo w działaniu. Nie tylko ja tak mam. Dlatego napiszę o tym, co nienawiść może wywołać w znienawidzonych i w czym przetrwać w nich przez lata.

W czasie długiej, kilkunastogodzinnej podróży zachodnioeuropejskimi autostradami,
w strugach deszczu, koleżanka postanowiła się przespać w samochodzie, choć
kilkanaście minut. Zatrzymałyśmy się na przydrożnym parkingu, a ona oparła
głowę o szybę, przykryła się kurtką i zasnęła. Zadziwiająca wydawała mi się ta
jej zdolność do zasypiania i budzenia się na komendę (co zrobiła kilka razy w
czasie ponad 1000-kilometrowej podróży). Nudząc się, zrobiłam zdjęcie zalanej
deszczem szyby i jej głowy opartej o nią. Budząc się spytała:

— Czy mnie dotykałaś, gdy spałam?

Zaprzeczyłam.

— A może patrzyłaś na mnie?

Zaskoczona powiedziałam jej, że robiłam fotografię tablicy z nazwą
miejscowości, widoczną zza zalanej deszczem szyby i oczywiście tyłu jej głowy,
na pierwszym planie. Dodałam, że na pewno nikt jej na zdjęciu nie rozpozna, ale
i tak nie mam zamiaru go publikować. To tylko miał być mój wspomagacz
pamięci, rejestrator zdarzeń zbyt ulotnych, aby pozostały w części trwałej
mojego umysłu. Myliłam się. Był czymś więcej, mimo iż najważniejsza rzecz, na której mi zależało – nazwa miejscowości – znikła w strugach deszczu płynących po szybie.

Koleżanka powiedziała, że pamięć jej ciała przechowuje pewne wydarzenie, o
którym nieraz zapomina w natłoku zdarzeń i spraw jej zwykłego życia. Kiedy
już zupełnie o nim zapomni, czyjeś spojrzenie obudzi przypominanie, bowiem
od tamtego czasu źle reaguje na to, kiedy ktoś jej się przygląda, wręcz dostaje
ataku paniki. Zdarzyło się to ponad trzydzieści lat temu, gdy jej pierwszy mąż
chciał ją udusić we śnie poduszką .

Nie ma pojęcia, czy jego postanowienie zostałoby zrealizowane, gdyby się wówczas nie obudziła pod tym spojrzeniem. I tak zostało jej przez wszystkie kolejne lata życia, nawet gdy obejmujące ją spojrzenia są przyjazne lub neutralne, a nie wrogie, nawet przez sen doznaje czasem ataków paniki.

Poznali się na zabawie we wsi. Przyjechał  na nią ze swoim kolegą późniejszy jej mąż. Kolega podobał się jej bardziej, ale ona się mu tak bardzo
nie podobała – jak mówi dziś. Na złość jemu postanowiła wyjść za tego
drugiego. Z koleżanką szkolną ona, uczennica klasy maturalnej, założyła się, że wyjdzie za chłopaka w ciągu roku i wygrała zakład. Miała wówczas siedemnaście lat. Była zwykłą dziewczyną, bardzo daleką od subtelnych doznań i rozróżnień, które przyszły po wielu latach i zbliżyły nas do siebie.

Planowali, że zamieszkają z rodziną chłopaka: jego rodzicami i trzema
braćmi i dwiema siostrami, jeszcze nieżonatymi, w dużym 4-pokojowym
mieszkaniu, w bloku w mieście, gdzie teść obiecał im jeden pokój.

Tuż po ślubie  została w domu rodziców, gdzie odbywało się wesele, jeszcze przez dwa dni, żeby pomóc sprzątać, ale gdy pojawili się z mężem u teściów, okazało się,
że w ich pokoju zamieszkała siostra teściowej z mężem i wnuczką, którzy
wykorzystali okazję dla swych interesów.

Obrażeni młodzi wynajęli mieszkanie w mieście u kolegi, gdzie mieszkali
dwa lata. Skłóceni z jego rodzicami i niezbyt przychylnie widziani przez jej
rodziców, którzy oczekiwali lepszego mariażu córki, bezskutecznie oczekiwali
na dziecko. W tym czasie w ich mieście prowadzono kursy dla chętnych na
zatrudnienie w NRD, oboje więc zapisali się i postanowili wyjechać. Niemcy Wschodnie zawsze były lepsze niż nasz, polski grajdołek, w który nikt nie chciał inwestować. We wspomnianej fabryce, dla kobiet prowadzono badania sprawdzające, czy przypadkiem nie są w ciąży, a ona, która akurat w nią zaszła, oddała do analizy mocz męża i została
zakwalifikowana.

Pracowali oboje w fabryce, dobrze zarabiali, jak na ówczesne warunki, ale
mąż okazał się lekkoduchem. Spóźniał się do pracy, niedbale wykonywał swoje
zadnia. Ich brygadzistka, Niemka, bardzo ją polubiła, wspomagała,
ukrywając przewinienia jej męża, byle tylko doczekać do czasu, gdy
dziewczynie będzie przysługiwał urlop macierzyński. Należało go wziąć
miesiąc przed terminem porodu, potem przysługiwało pół roku i kobieta
wówczas powinna wrócić do pracy. W czasie urlopu nie przysługiwało jej
jednak zakwaterowanie w hotelu robotniczym, musiała więc wyjechać do
Polski.

Kiedy żona opuściła Niemcy, mąż całkiem opuścił się w pracy i w
życiu. Szlajał się gdzieś z kolegami, kilka razy opuścił pracę. Nazywano to
wówczas bumelanctwem i karano natychmiastowym zwolnieniem z pracy i
nakazem wyjazdu do kraju, co też wobec niego uczyniono bez skrupułów.

To popsuło całkowicie stosunki między nimi, ponieważ on winił ją za wszystkie swoje niepowodzenia, a zwłaszcza za to, że podjęła środki, aby się z nim rozwieść.

Właśnie wtedy doszło do opisanej na wstępie sceny. Obudzona nagłym
przeczuciem zobaczyła męża z poduszką w ręku, stojącego nad jej głową.
Dziś twierdzi, że prawdopodobnie nawet on nie wiedział, czy swój zamiar
zrealizowałby, gdyby się nie obudziła w porę; ona była jednak pewna, że o tym
myślał i obudziła ją intensywność jego myśli. Nazajutrz zgodził się na rozwód i
bez problemów wyprowadził się od jej rodziny.

Po trzydziestu latach, na parkingu przy autostradzie, moja koleżanka, mieszkanka
Zachodniej Europy, mężatka, matka dwujęzycznego dziecka, właścicielka
firmy, od wielu lat sama sterująca swoim losem, nadal budzi się w lęku pod przypadkowym moim spojrzeniem. I nadal nie jest pewna, czy gdyby się nie obudziła w czas, żyłaby do dziś.

O miłości niedopełnionej formalnie

Swego czasu, gdy uczyłam się astrologii, pisałam pracę porównawczą z zagadnień synastrii,  omawianych na przykładzie trzech par, pozostających w wieloletniej  uczuciowej bliskości, ale nie mieszkających ze sobą i nie legalizujących swoich związków. Szukałam w sytuacjach tych osób astrologicznych prawidłowości, dopatrując się rozmaitych zbieżności, jednakowoż nie odkryłam astrologicznej Ameryki i pracę tę porzuciłam. Życie dopisało swój epilog do trzech opisanych wówczas historii. Ku mojemu zdziwieniu również bardzo podobny. Dwóch mężczyzn, o których pisałam, zmarło w ubiegłym roku, jeden zaginął bez wieści.

Wszystkie trzy znam z opowieści zaangażowanych w nie kobiet, więc opisy ich  odzwierciedlają jednostronny punkt widzenia. Jakkolwiek związki te były bardzo różne, łączyło je jedno –  brak decyzji każdej ze stron, zarówno mężczyzn jak i kobiet, zresztą z różnych powodów. Chyba jednak głównie chodziło o pewien rodzaj nieufności. Dojrzali ludzie mogą się bardzo kochać, ale mogą sobie jednocześnie nie ufać. Mając wokół siebie przykłady toksycznych zawikłań i sami ich doznawszy, sparzywszy się raz lub więcej, nie chcą budować życia na sprawach ulotnych i nie zdefiniowanych.

Dziś chcę napisać o jednym z tych trzech. W tej historii, kobieta czuje głęboki żal, że nie była wystarczająco zdeterminowana, aby poznać wszystkie uwarunkowania mężczyzny i zmierzyć się z nimi. Po latach poznaje jego rodzinę, rodzeństwo, jego miejscowość i czuje, że  zaprzepaściła swoją szansę. To bardzo bolesne odczucie, gdy niczego już nie można zmienić. Czy w ogóle można było  zrobić coś wcześniej?

Koniec PRL i dwoje ludzi, Polaków pracujących w wschodnioniemieckiej fabryce, blisko granicy. Na tyle blisko, że dzieckiem kobiety  w czasie jej zmianowej pracy opiekuje się kobieta po polskiej stronie granicy.  Tak jest taniej i wygodniej. Gdy matka ma nocną zmianę, dziecko nocuje u opiekunki. Kochankowie mieszkają razem, kochają się, niczego nie planują. Przychodzi stan wojenny. Matka zostaje po jednej stronie granicy, dziecko po drugiej Opiekunka odwozi dziecko do babci w drugim końcu Polski, ale jednocześnie do tamtej, starej już kobiety, wprowadza się były mąż mojej bohaterki pod pozorem opieki nad porzuconym dzieckiem. Żyje na koszt babci, pije i rozrabia, nikt nie daje rady go wygonić.

Kobieta czuje, że musi wracać. Na mocy jakiegoś porozumienia między państwami po  roku czy dwóch powstaje taka możliwość dla rozdzielonych rodzin, tyle że jest to wyjazd w jedną stronę. Nie ma powrotu. Żaden plan tej pary, gdyby nawet go sporządzali, nie ma sensu, wszak nie mają wpływu na wydarzenia polityczne, umowy międzypaństwowe, a żadne z nich nie ma pojęcia, jak w Polsce teraz jest. Stan wojenny – nie brzmi to specjalnie przyjaźnie. Sami nie byli siebie pewni, wszak on powtarzał jej, że nigdy się nie ożeni.

Pewna kobieta napisała mu, że będzie miała jego dziecko i dla niej to było pretekstem żeby zerwać. Uważała, że lepiej rozstawać się z hukiem i trzaskiem, palić za sobą mosty. Może miała taką wizję końca związków. On niczego nie deklarował, ale raczej nie chciał wracać.

Minęły lata, a ona nie mogła zapomnieć. W zmiennych kolejach losu on był zawsze dla niej światełkiem. Dzwonili do siebie czasem, kilka razy spotkali się gdzieś w Polsce w jakimś hotelu. Niewiele wiedziała o nim i o jego życiu, wiedziała, że zamieszkał z matką dziecka, że choruje, że nie ożenił się. Mieszkał w małej miejscowości, gdzie przebywało także jego dość liczne rodzeństwo i krewni, więc omijała tę miejscowość dużym łukiem. Nigdy nie uległa pokusie zajechania tam i rozejrzenia się dookoła, choć najkrótsza droga samochodem do granicy wiodła tamtędy. Ona zawsze nadkładała kilometry do autostrady.

Ją gnało po świecie za zarobkiem. W rodzinnej miejscowości budowała dom dla syna, którego zostawiła i któremu chciała wynagrodzić brak matki w pierwszych latach jego życia. Potem dom dla syna stał się domem dla syna i synowej i ich dzieci. Więc rozbudowywała go wzdłuż i wszerz (a nawet w głąb), żeby mieć gdzie powrócić na stare lata.

Wciąż była jednak młoda, wyszła za mąż po raz kolejny, pracowała ciężko, urodziła następne dzieci, osiadła z mężem gdzie indziej. Małżeństwo nie było specjalnie udane ani specjalnie nieudane, jak większość. Ale ona pragnęła zostać kolejny raz matką i obiecywała sobie, że temu dziecku da wszystko, czego nie mogła dać tamtemu. A lat jej przybywało. Tylko nie mogła zapomnieć o nim.

Czasami, gdy było jej źle, dzwoniła do niego lub wysyłała sms o uzgodnionej treści. Bała się, że jego choroba postępuje, ponieważ nie odbierał telefonu od pół roku. Pocieszała się, że może zmienił numer i zapomniał, że jej go nie dał.

Kiedyś przy okazji jakiejś rodzinnej imprezy namówiła przyjaciółkę, żeby zadzwoniła pod jego numer i o dziwo, odezwał się kobiecy głos. Rezolutna przyjaciółka poprosiła do telefonu pana… Na to kobiecy głos odpalił grubiańsko: „Rozkłada się w grobie, zapewne mocno śmierdzi i nie chciałaby pani mieć z nim kontaktu”. Dziewczyny upiły się na smutno, ale wówczas moja bohaterka podjęła decyzję, że musi znaleźć jego grób i pomodlić się na nim.

Tym razem nie pojechała autostradą, ale przez jego miejscowość. Na cmentarzu szukała jego grobu, lecz nie potrafiła znaleźć. Czekając na księdza w biurze cmentarza zagadnęła inną, też czekającą kobietę, czy może znała niedawno zmarłego… Tak poznała jedną z jego sióstr. Bardzo szybko poczuły wzajemną przyjaźń. Dowiedziała się też, że jego rzekomy związek w istocie nie był od lat prawdziwym związkiem, jego córka nie była jego córką, a rodzina wiedziała o jej istnieniu, nie wiedziała tylko kim jest. On był człowiekiem bardzo skrytym, preferującym rzeczy stałe i niezmienne. Kiedy do czegoś się przyzwyczaił, niełatwo mu było takie przyzwyczajenie zmienić.Wiele lat wcześniej postanowił, że się nie ożeni i nie uczynił tego, mimo iż mieszkająca z nim kobieta robiła na początku wiele starań w tym kierunku. Nie było też pewne, że ożeniłby się z moją bohaterką, choć niewątpliwie ją kochał.

Moja bohaterka, możliwie że na fali życiowych trudności i niewielkiej satysfakcji ze swojego życia, uznała, że ogromnym życiowym błędem był brak prób nawiązania z nim stałego związku. Wszak oprócz niego była też jego rodzina, siostry i bracia, z którymi od razu, ale zbyt późno poczuła się, jak z własną rodziną. On dla niej był zawsze pocieszeniem – że jest – gdy los nie był dla niej łaskawy i czuła się szczęśliwa, że w ogóle ma do kogo biec myślami. Dopiero teraz uznała, że światełko było błędnym ognikiem i uwierzyła, że miała swoją szansę, którą straciła. Ja nie byłabym tego taka pewna.

Miłośnikom astrologii dodam, iż jego Słońce i parę innych planet było w ścisłej koniunkcji z jej Neptunem. W aspektach ich planet jest kilka kwadratur, a w ogóle brakowało sekstyli – które świadczą o zwykłej, codziennej, współpracy, wspólnie podjętych życiowych wyzwaniach, owocnych, ale bez fajerwerków. Czy taki związek ma w ogóle jakąś szansę? Neptun rozmywa granice, nakłania do tego, żeby błądzić, jest łagodnym oszustem, łasym na kobiece uczucia. To nie może się dobrze skończyć.

Ich romans nie miał prawa być czymś więcej, niż złudzeniem, choć najpiękniejszym złudzeniem jej życia. Jak morze piasku. Niby morze, a nie morze.