Strategie

fridakahlo-1309075-h

Frida Kahlo

 

Wczoraj z moim wieloletnim przyjacielem rozmawialiśmy o bólu. Znamy się kilkadziesiąt lat i jego przewaga nad innymi moimi przyjaciółmi polega na tym, że możemy ze sobą rozmawiać o wszystkim nie unikając tematów i nie cedując odpowiedzi na innych. Problem tylko w tym, że czasem brakuje nam wspólnych pojęć. Kiedyś razem studiowaliśmy i opracowywaliśmy strategie radzenia sobie z ryzykiem i kryzysami, teraz przyszedł znowu na nas oboje czas wołający o strategie.

Mój przyjaciel opowiadał mi, jak radzi sobie ze swoim bólem. Opowiadał mi, że owija się wokół swego bólu.

– Jak to robisz? – pytałam, ale nie potrafił mi odpowiedzieć.

– Po prostu robię tak. Moje ciało staje się zaporą, przez którą ból nie wydostaje się na zewnątrz.

­ Ale on wtedy zostaje w tobie…

­ Jasne, że zostaje. Zawsze zostaje.

Już miałam nadzieję, że dowiedziałam się o nowym sposobie (nie walczyć, wchłonąć, stłumić samym sobą), a tu nic. Nawet nie byłam pewna, czy dobrze go zrozumiałam. Jak wspomniałam, nasze warsztaty pojęciowe od tamtych czasów rozjechały się.

Zastanowiłam się nad swoją strategią. Zaczynałam zawsze od uspokojenia bólu. Usiłowałam wniknąć do jego środka, ugłaskać go, prawić komplementy, że przecież nie będzie taki podły, wszak znamy się kilka lat i musimy jakoś pokojowo współżyć. Czasami odpowiadał na moje perswazje, czasami zaś perfidnie i złośliwie ignorował je. Możliwe zresztą, że przez moje błagania przebijało zniecierpliwienie, a on je wyczuwał i złośliwa strona jego natury brała górę, postanawiając udowodnić, kto tu rządzi.

Wówczas przystępowałam do innej akcji. Jak wojna to wojna, nie myśl sobie, że zdobędziesz mnie łatwo. Mój ból często zdawał mi się grubą liną, splecioną z cieńszych sznurków, a te z jeszcze cieńszych nici. Zwijanie liny z kłębek nie miało sensu, ból nie zmniejszał się, a zacieśniał i koncentrował o wiele silniejszy, za to w jednym punkcie. Należało go więc raczej rozluźniać. Kiedy kłębek powoli się rozplątywał zaczynałam do oddzielania od siebie poszczególnych sznurków, a potem rozczepiania ich na cienkie nici. I wówczas zabierałam się do likwidowania owych cienkich, niewiele na pozór znaczących nitek. Ich wrogość tkwiła w ilości, w pojedynkę wydawały się słabe i podatne na moją silną wolę. Istotnie, strategia sprawdzała się gdzieś do siódmej, ósmej nitki, potem nie wiadomo czemu przestawała działać. Czyżby moje naturalne zdolności ograniczały się do unicestwiania tylko kilku nitek, a reszta przekraczała moje możliwości, czy też brakowało mi wiedzy lub strategia nie była obliczona na moje autentyczne siły? Może nie byłam zbyt wytrwała albo wystarczająco zdeterminowana?

Nasze doświadczenia nie są i nie mogą być jednakowe, bo poza tym każde z nas doznaje innych rodzajów bólu. Mój ból zazwyczaj (poza pewnymi szczególnymi przypadkami z których jeden zaprowadził mnie ostatnio do szpitala) nie jest bólem ciągłym. To ból złośliwej, jak wspomniałam, natury. Łatwo mu zapobiec błyskawicznie – wystarczy zastygnąć w bezruchu. Tylko ile czasu można się nie rusza?. Nawet leżąc trzeba co jakiś czas przewrócić się na drugi bok, zmienić pozycję, a co więcej, wyszukać następną, wygodniejszą, w której dłużej można trwać. Ostry ból zginania nogi (nie zawsze tej samej) i znajdowania dla niej lepszego ułożenia lub niewłaściwy skręt kręgosłupa może skutecznie rozbudzić i przywołać bezsenność aż do rana. Ale w końcu nigdzie mi się nie spieszy, mogę sobie na nią pozwolić. W dzień zaś może zniechęcić do eksperymentów i w ogóle do czegokolwiek, zwłaszcza, gdy nie można się wspomóc lekami.

Najgorszy jest jednak ból wstawania po dłuższym siedzeniu, ból stawiania pierwszych kroków i ból chodzenia, gdy zdawać by się mogło, że już się rozchodziłam. Ograniczanie ruchu nie prowadzi do niczego dobrego – im dłuższa chwila komfortu – tym większa późniejsza kara.

Z takim bólem nie można wchodzić w układy. Trzeba się przemóc i mimo niego chodzić. Wstawać w nocy i chodzić, chociaż jest się sennym i przed chwilą przeżywało się miłe sny, w których wnętrzu pragnęłoby się pozostać jak najdłużej. Nie da się wokół takiego bólu zawinąć ani rozczepić go na sznurki i nitki. Właściwie nie wiadomo co z nim robić. Przeżyć i żyć dalej aż i tego się odechce.

Porozmawialiśmy sobie z moim przyjacielem o rodzajach bólu i różnych pomysłach do wypróbowania i od razu zrobiło nam się lżej. Chociaż na ogół ból nie lubi, żeby o nim rozmawiać, wzmaga się wówczas i dokucza bardziej. Tym razem jednak uspokoił się. Może czekał na to, co wymyślimy? Albo ponieważ był już późny wieczór sam się zmęczył?

1-hieronim-bosch-xvi-w

Hieronim Bosch

 

Pojazd prababci mniej ezoterycznej

Pozbywszy się „przydasiów” jednego rodzaju, obrasta się w inne. Zazwyczaj jednak w miarę upływu czasu przydasie stają się coraz mniej atrakcyjne, prymitywniejsze wręcz, niemniej człowiek bardziej się od nich uzależnia.

Fascynowały mnie zawsze graciarnie, a wśród nich najbardziej zagracone graciarnie w miniaturze, czyli wózki bezdomnych. Ich zagadkowa zawartość tylko częściowo wiąże się z zajęciem zbieractwa; trzon kolekcji stanowią jednak rzeczy, których bezdomni nie chcą lub nie mogą nikomu zostawić, a które są im niezbędne do życia. Oczywiście nikt bezdomnemu pytań o ich dobytek i jego zastosowanie nie zadaje z grzeczności lub braku zainteresowania, przeznaczenia niektórych z rzeczy można się domyślić szybciej lub wolniej.

bezdomny-z-wzek-na-zakupy-33201941

imagine-no-possessions-img_3578

man-pushing-his-personal-belongings-in-a-shopping-cart-through-traffic-abye7j

Także ja, chociaż wcale nie bezdomna, zaczynam gromadzić rzeczy niezbędne w swoistym rodzaju wózka do wycieczek po moim mieszkaniu. Pobyt w szpitalu i zastosowana kuracja na jakiś czas wykluczyła wszystkie wcześniej stosowane środki przeciwbólowe i przywołała całkiem nową geografię dawno znanych okolic. Jeśli bowiem jakaś rzecz mi spadnie na ziemię trudno za każdym razem jechać do miejsca, gdzie znajduje się przyrząd do podnoszenia przedmiotów z ziemi – oszczędniejszą wersję tego przedmiotu w postaci szczypiec do grilla muszę wozić ze sobą. Przeniesienie talerza z obiadem z kuchni do jadalni jest przedsięwzięciem logistycznym, które musi być zaplanowane w każdym szczególe, bowiem gdy talerz taki wyląduje na ziemi, sprzątanie jego oraz zawartości może zabrać pół dnia (z przerwami na konieczny odpoczynek). Łatwiej jest ze szklankami z herbatą i po herbacie, te mieszczą się w koszyczku przymocowanym z przodu pojazdu, przerobionym z koszyczka łazienkowego, nabytego za cenę 9 zł, odpowiednio wygiętego obcęgami. Niestety, specjalny koszyczek do mojego pojazdu, o szerokości 15 cm, mieszczący może coś więcej niż puszkę coca-coli, ale nie talerz, w sklepie internetowym kosztuje pięć razy drożej, niewspółmiernie do jego wartości.

http://www.pomocedlaseniora.pl/pomoce-do-poruszania/chodziki-i-balkoniki/koszyk-na-balkonik-rehabilitacyjny

W ogóle sklepy internetowe, mające opinię tańszych od zwyczajnych, niemiłosiernie zdzierają skórę z zamawiających przedmioty ułatwiające życie dla inwalidów. Wiadomo, że ten nie wstanie i nie pójdzie do sklepu stacjonarnego. Zgadnijcie ile kosztuje przyrząd z drutu do zakładania skarpetek? Aż 65 zł! http://www.pomocedlaseniora.pl/pomoce-codzienne/pomoce-do-ubierania

Ale dość narzekania na wysokie ceny. Poniżej fotka mojego pojazdu. Dodam tylko, że zwisający z boku woreczek (haftowany przez meksykańskie kobiety) mieści oba moje telefony plus ładowarkę do podłączenia w miejscu, gdzie aktualnie dłużej przebywam, zabytkowa siatka zaś, pamiętająca jeszcze czasy wczesnego PRL, przeznaczona jest na przedmioty o większych gabarytach, jak książka czy laptop albo pusty talerz po jedzeniu.

urodziny-26-listopada-008

Brakuje jeszcze klucza rowerowego, bowiem śrubki pojazdu stale się luzują i trzeba je dokręcać, muszę znaleźć na niego inny woreczek. Tak mści się funkcja polegająca na możliwości składania pojazdu i chowania go do bagażnika samochodu – składany był tylko dwa razy ale śrubki (podobno materia zapamiętuje ulubione kształty) wolą jeździć samochodem, niż kuśtykać z babcią po mieszkaniu.

Poza tym pojazd (aczkolwiek sprawiający wrażenie mini-graciarni) sprawdza się w działaniu, ale mam dalsze pomysły jego udoskonalenia – przynajmniej do czasu, gdy będę zmuszona zamienić go na bardziej luksusowy, z napędem ręcznym, ale ta inwestycja musi jeszcze poczekać na przebudowę kuchni. Dowodem na to, że można znakomicie z jego pomocą prowadzić życie towarzyskie jest fotka z moich urodzin:

urodziny-26-listopada-007

Niestety, goście zajadali się wspaniałym sushi, ja zaś musiałam ograniczyć się do herbaty (słabszej niż bym chciała) i kawałeczka drożdżowego ciasta. Za to bujnie kwitnie moje życie wewnętrzne, napady smuteczku leczę twórczym natchnieniem i dalszym obmyślaniem wynalazków.

Na koniec anegdota z przyjęcia. Fakt, że jeszcze nie ogarniam wszystkich implikacji mojego nowego oprzyrządowania potwierdza zgorszone pytanie jednej z obecnych pań, widzących mnie wędrującą do toalety: „ Jak to, z herbatą udajesz się do ubikacji? To niehigieniczne!”.

Ciężki nacjonalistyczny rap

W odcinku „Prababci” „Muzyka bywa dwuznaczna” http://www.taraka.pl/kreatywne_zarzadzanie_rzeczywistoscia_1

Pisałam trochę o ukraińskiej muzyce narodowo-ojczyźnianej, z mieszanymi zresztą uczuciami. Jakkolwiek jednak zastrzeżeń do tego rodzaju muzyki miałam trochę, przyjmowałam, że jej ton jest zrozumiały w obliczu agresji, której Ukraina doznała. Muzyka ta zresztą była śpiewna i tylko słowom i obrazom z klipów należało zawdzięczać fakt, że czasem dostawało się dreszczy niepokoju.

Zupełnie inne uczucia towarzyszą mi przy odsłuchiwaniu ( co czynię z ogromną niechęcią) polskiej muzyki patriotycznej, której tony tak mnie przestraszyły w czasie przymusowego nocnego słuchania jej w szpitalu. W dyskusji pod odcinkiem w Tarace opisującym mój tamtejszy pobyt http://www.taraka.pl/lokal_pod_kandelabrami

niektórzy komentatorzy podkreślali, że jest ona raczej zjawiskiem pozytywnym. Na moje zapytanie, czy nie przerażają dyskutanta młodzi z ONR z ich przemówieniami i pieśniami, co bardzo delikatnie nazwałam „koncertem muzyki patriotycznej”, jeden z nich pisze pisze: „Nigdy nie widziałem ich pochodów.  W tym roku nawet państwowa telewizja pokazała tylko jakieś urywki. Jeśli wykrzykują hasła wyraźnie propolskie, to raczej dobrze. Ktoś w końcu powinien domagać się by Polska przestała być tylko schowkiem na miotły w zamożnym europejskim domu. W tym dziele raczej nie można liczyć na żadną partię, ani na obecny rząd. Kiedyś ludzie w tym wieku szli do wojska i tam mogli sobie postrzelać i pobiegać, teraz stanowią problem socjologiczny.”

Potem zaś wikła się w jakąś opowieść o kontestującej rząd PiS cioci.

Odpowiedziałam, że nie tyle jest ważne CO wykrzykują, ile JAK wykrzykują. Dziś krzyczą jedno, jutro mogą krzyczeć coś innego. Uściślając, ważny jest ładunek agresji, nienawiści w ogóle niczym nie hamowanej, nawet porywami rozsądku. To właśnie jest w tej muzyce, niezależnie od treści poszczególnych utworów.

Nie chcę się bawić tu w politykę, ocenę rządu i jego polityki oraz ocenę założeń organizacyjnych ONR i jego tradycji. Patrzę na zjawisko owej muzyki z punktu widzenia starej kobiety, która przeżyła lata rozmaitych indoktrynacji, w tym także stalinowskiej i coś niecoś wie o życiu. Widzę także to zjawisko przez pryzmat czegoś, co nazywamy „duchowością” (choć to bardzo nieprecyzyjne pojęcie) i co powinno w przybliżeniu być bliskie czytelnikom Taraki, a nie zawsze jest, bowiem owa idealistycznie pojęta duchowość kłóci się nieraz z praktyką i trzonem twardych, materialistycznych poglądów politycznych.

Posłuchajmy przynajmniej na początek kawałka takiego utworu:

https://www.youtube.com/watch?v=5IO6RW6MIms&list=PL5qXDxmMFLxvuY8NTCZJH2pDbXJHU08VA

Natrafiłam na niego przeczesując zasoby narodowo-patriotycznych pieśni w poszukiwaniu rytmów (nie słów, bo ich nie znałam) koncertu wysłuchanego w szpitalu. To był właśnie ten rytm, nieco wolniejszy niż w zwykłym, ciężkim RAP-ie, ale dodatkowo wyposażony w zgrzytające dźwięki (nie wiem jaki to instrument), mogące wywołać panikę i zapewne celowo w tym celu wykorzystane. Dodam, że wielu utworów, prawdopodobnie najbardziej wyraziście ilustrujących moją tezę nie udało mi się wysłuchać z powodu ich usunięcia z uwagi na niezgodne z prawem treści – co nie zmienia faktu, że mogły być prezentowane na rozmaitych koncertach.

W podobnym rytmie i stylu muzycznym jest inny utwór, którego tekst jest dość dobrze artykułowany oraz dzięki temu zrozumiały i z pozoru zawiera spis sukcesów Polaków, a więc pozytywne patriotyczne odwołanie. Brak tu wulgaryzmów, prężenia gołych muskułów, mundurów, broni, nawoływań do rozwalenia wszystkiego w czambuł, żeby na gruzach budować nowy, lepszy świat. Tylko ten rytm…

https://www.youtube.com/watch?v=8ZsaoAN8yKs&index=80&list=PL5qXDxmMFLxvuY8NTCZJH2pDbXJHU08VA

Podobnej subtelności uniknięto w innym klipie. Stek wulgarnych wyzwisk zawierający swoisty spis wyczytanych w prasie i internecie informacji i pomówień, przemieszanych bez ładu i składu, to wyraźny trop w kierunku uzasadnienia roz…lenia wszystkiego, żeby rzekomo na gruzach starego budować nowe. To dość popularna teza, lansowana wielokrotnie w historii, że należy najpierw zburzyć, żeby coś budować, nigdy jednak nie przyniosła dla narodów czegokolwiek korzystnego (Kambodża/Kampucza, Chiny, Państwo Islamskie i in.) Ciekawostką lokalną jest tylko idealistyczna ideologia poparta licznymi wulgaryzmami, z typowym polskim znakiem przestankowym: k…a.

https://www.youtube.com/watch?v=2rSRhE5hoBY&index=97&list=PL5qXDxmMFLxvuY8NTCZJH2pDbXJHU08VA

Ten drażniący rytm powraca i powraca w kolejnych utworach:

https://www.youtube.com/watch?v=9xmCYtaydBk&index=104&list=PL5qXDxmMFLxvuY8NTCZJH2pDbXJHU08VA

a także innym, nawołującym do totalnej demolki raczej bez uzasadnienia:

https://www.youtube.com/watch?v=tJLOOQO49mY

Utwory wybrałam ze względu na ich stronę muzyczną, bo ona najsilniej przemawia. Niestety, treści utworów są w przeważającej mierze głupie i prymitywne, prezentujące fantazje o przeszłości bez kontaktu z realiami i fantazje o przyszłości bez pomysłu na życie. Zespoły utożsamiają się z Polską przez siebie wymyśloną, nieprawdziwą i nierealną, a patriotyczność t zaangażowanie broni i pięści. W tej wymyślonej Polsce są tylko wytatuowani mężczyźni, obnażający napakowane muskuły; brakuje kobiet, starców, naukowców, ludzi pracujących tak czy inaczej, żyjących zwykłym życiem. Tłem są jakieś porozwalane rudery, które istotnie nadają się do rozwalenia, jakieś sztandary i symbole, rozmaite hasła, niektóre przerażające.

comment_mkhegjiqic3qgddfgjtatlehk9phh7vh

Jako stara, niepełnosprawna kobieta mam prawo się bać, nie mam wystarczająco chyżych nóg, żeby uciec. Kto wie, czy nie jestem przypadkiem wrogiem ojczyzny ( z wielu powodów).

onr-antysemicki

Lokal pod kandelabrami

Tak się stało, że parę dni przed Dniem Niepodległości los usytuował mnie w pozycji istoty krańcowo uzależnionej od innych. Kilka nocy wielkiego bólu i trudności z uzyskaniem pomocy lekarskiej zaprowadziły mnie wreszcie w podwoje lokalu pod kandelabrami.

rysunek2425

Z artystycznego punktu widzenia przed oczami miałam urzekające widoki – kompozycje zmieniających się, przezroczystych form, których przejrzystość zwiększała się w miarę ubywania płynów; napotykałam także na wyzwania intelektualne, polegające na ocenie i obliczaniu czasu szybkości ich przepływu (ach, te zadania z ostatnich klas podstawówki, gdzie jednym kranem coś wpływa, a innym wypływa!) i  znane każdemu hazardziście dylematy większych szans. Co bardziej jest prawdopodobne: skończenie kroplówki czy zsiusianie się – jako że łazienki były zbyt małe, żebym zmieściła się w nich z chodzikiem i kandelabrem, nie mówiąc już o tym, żeby do nich dotrzeć. Ale nic tam! Zacznę od początku.

Znacznie wcześniej miałam sen. Pojawił się w nim mój zmarły mąż (kiedy w snach pojawiają się moi zmarli, zazwyczaj oznacza to ostrzeżenie, a mąż pojawia się w nich raczej rzadko i jego ostrzeżenia są bardzo poważne), który przebywał rzekomo gdzieś na delegacji i po długim czasie wrócił.  Ciekawy był nie tyle jego powrót (wiedziałam, że zmarł, a nie wyjechał, ale było mi to raczej obojętne), ile pojazd, którym wrócił. Była to biała furgonetka, podobna tym, jakimi w amerykańskich filmach jeżdżą lodziarze, ale zdobiona licznymi złoceniami i z drzwiczkami na jednym boku niczym w PRL-owskich białych kredensach.  Za każdymi drzwiczkami znajdowało się wiele półmisków ze smakowitymi potrawami, ale najlepiej zapamiętałam michę sałatki jarzynowej polanej obficie majonezem, którego słoik stał obok z wetkniętą łyżką, zapraszając do nabrania jego dodatkowej porcji.

Obejrzawszy te wszystkie wspaniałe potrawy zwróciłam wzrok na mojego ślubnego i zdziwiłam się bardzo, bowiem zamiast czarnych, miał jasne włosy z grzywką, podobną do grzywki Trumpa. Nawet pytałam męża, dlaczego zmienił fryzurę, ale jak  inni zmarli w moich snach nie odzywają się w ogóle, tak i on nic nie powiedział, chociaż wywnioskowałam, że jeszcze mnie odwiedzi.

Ta pierwsza część snu ostrzegała mnie przed jakimś jedzeniem albo konkretnymi potrawami, ale zlekceważyłam to. Wtedy tłumaczyłam sens śnienia błędnie, inaczej niż dziś.  Grzywka a`la Trump mogła sugerować, że to on wygra wybory i istotnie je wygrał w czasie mojego pobytu w szpitalu, choć dowiedziałam się o tym znacznie później. Temat wyborów w USA nie interesował mnie w ogóle, łamałam sobie więc głowę, co ten fragment miał oznaczać. Jak zwykle szukałam rzeczy skomplikowanych, choć proroctwo było banalne i zaplątało się po prostu w moje prywatne sprawy.

Druga część snu pokazywała moją siostrę, chorą, leżącą w łóżku (oczywiście to było przeniesienie – nie ona zachorowała, ale ja). Z jakichś powodów było ważne, żeby przyjechał mój mąż i sprowadził księdza. Po ponagleniach przyjechał i przyjechał także ksiądz. Ksiądz pojawił się w furgonetce, także typu amerykańskiego, z płaską tylną  częścią i wskutek tego z doskonale widoczną przez okienko uniesioną ręką,  trzymającą żółtą książeczką ze złotymi zdobieniami typu arabskiego – jak np. w wydaniach baśni wschodnich. Ksiądz już odjeżdżał, gdy poczułam, że powinnam mu zapłacić za poświęcony siostrze czas i pobiegłam za samochodem. Ksiądz zatrzymał się, ale ponieważ obie ręce miał zajęte (zrozumiałam, że nie wolno mu odłożyć książeczki, a drugą ręką trzymał kierownicę), położyłam pieniądze na siedzeniu obok niego. Układając i odliczając banknoty stwierdziłam, że chyba są fałszywe, ale nie byłam pewna, wszak brałam je wcześniej z bankomatu. Fakt, iż mogłam zapłacić księdzu fałszywymi pieniędzmi tak mnie zestresował, że obudziłam się pełna poczucia winy. Może powinnam uprzedzić księdza, że banknoty są trefne albo w ogóle nie płacić? W rzeczywistości wokół wizyty księdza w szpitalu u sąsiadki przyjmującej codziennie Komunię powstał pewien niemiły zgrzyt już na samym początku pobytu – ale o tym później.

Ale wracam do mojego pojawienia się na sali z kandelabrami.

rysunek9-31

Kiedy położyłam się na łóżku i zostałam ometkowana i pokłuta oraz podłączona do kandelabrów przez wampiry w fioletowych rękawiczkach, pierwszym, co rzuciło mi się w oczy,  były dwa symbole utraty wolności. Na mnie zrobiły wrażenie wołania: porzućcie wszelką odwagę, wy, którzy tu przybywacieOdtąd inni będą decydować za was. Miałam wiele godzin na kontemplację tego obrazu:

szpiyal-7-14-listopad-028

Telewizji jednak nikt tu nie oglądał; nawet ja miałabym trudności ze zrozumieniem co należy zrobić, żeby ją uruchomić, w dodatku potrzebna była karta no i konto w banku, ale ile chorych w szpitalu byłoby zdolnych do jej uruchomienia i biegania co 15 minut po przedłużenie obrazu? Niemniej czarny ekran nocą odbijał uliczne światła i to tworzyło iluzję działania. Jak w filmach o nadzorze Wielkiego Brata.

Spoglądając w przeciwną stronę, miałam przed oczami całkiem inny, niedawny obraz – wspomnienie z promu i toastu szampanem na  udaną podróż. Teraz mało atrakcyjna bateria butelek z wodą okazała się niepotrzebna, chyba że dla rzucania refleksów od latarń i przejeżdżających samochodów – całość pożywienia i picia dostawałam dożylnie.

szpiyal-7-14-listopad-043

sztokholm-205

Porównania własnego statusu nasuwały się same; chcąc nie chcąc przed oczami przewijały się obrazy.

W ogóle obrazy – to inne doświadczenie, które odkryłam w piątej czy szóstej dobie odżywienia pozajelitowego. Zazwyczaj pojawiają się na pograniczu jawy i snu, mnie tym razem dopadły jako tło przebijające nawet w chwilach całkowitej przytomności, w pełnym słońcu (okno przy moim łóżku wychodziło na wschód) i wieczorami przy przyćmionym świetle, bez różnicy. Wizje te były niesłychanie sugestywne, pełne kolorów i dekoracyjne, ogólnie rzecz biorąc pokazywały krajobrazy, w które wchodziło się po przejściu bogato zdobionych haftami różnokolorowych zasłon, najczęściej czerwonych, niebieskich lub purpurowych, ale o strukturze trójwymiarowej, żywej, wybrzuszającej się w różnych kierunkach, wśród których to fałd przesuwałam się dostojnie i płynnie. Przebijały zawsze przez zwyczajny, codzienny widok, nie ginęły z otwarciem oczu.

Wielka wrażliwość, która się wraz z nimi pojawiała, była zjawiskiem pożądanym, bo pozwalała kontemplować kolejne krajobrazy, w których kwitnienie drzew (lub coś w rodzaju kwitnienia, polegające na przykład na zamianie śniegu pokrywającego gałązki na żółty pyłek z pręcików kwiatów, przy nieistnieniu samych kwiatów) dawało poczucie szczęścia i unoszenia się ponad miałkimi wydarzeniami dnia codziennego. Wystarczyło na chwilę zamknąć oczy i obrazy potężniały.

Kiedy pojawiło się więcej przerw między kroplówkami i mogłam częściej chodzić, patrzyłam w okno i choć widok był miły, tęskniłam za innym, niedawnym widokiem z podróży:

szpiyal-7-14-listopad-053

sztokholm-174a

Dla zaspokojenia swojej tęsknoty mogłam udać się do innego pomieszczenia, skąd widok był jeszcze bardziej olśniewający:

szpiyal-7-14-listopad-012

Chociaż samo pomieszczenie zbyt ciasne i bez uchwytów dla niepełnosprawnych i nie mieszczące mnie z balkonikiem, z którym się poruszałam, nie zachęcało do kontemplacji, zwłaszcza, że drzwi były otwarte, a kolejka niecierpliwiła się.

W ogóle wystrój wnętrz lokalu pod kandelabrami przypominał wczesny PRL w upadku. W pokoju znajdowała się jedynie umywalka, nad którą brakowało żarówki, a kafelki odpadały od ściany. Strudzonemu podróżnikowi na drodze od łóżka do umywalki wypadało przysiąść i odpocząć na miękkim i wygodnym fotelu, którego estetyka jednakowoż budziła zastrzeżenia.

szpiyal-7-14-listopad-056

Na szczęście design lokalu nie przekładał się na fachowość personelu – wszyscy od lekarzy począwszy na salowych skończywszy byli znakomicie profesjonalni, a co najważniejsze, nie przejawiali żadnych oznak zniecierpliwienia wobec niemrawych i głupawych oraz marudzących klientów pensjonatu.

W tej sielance była potężna łyżka dziegciu. Było nią Święto Niepodległości. Długo w noc, kiedy niektórym dopiero kończyły się wieczorne kroplówki, ale światła były zgaszone lub przytłumione, niedaleko od szpitala zorganizowano koncert patriotyczny. Człowieka o drugiej, trzeciej w nocy, w dodatku w niepewnej sytuacji życiowej ogarniają silne lęki egzystencjalne. Tak było i ze mną. Zamiast jednak rozczulać się nad sobą, jaki miałam zamiar, poczułam grozę. Gdybym nie była przywiązana rurkami i unieruchomiona na amen może bym wstała i zaczęła uciekać. Nie słyszałam słów owych pieśni, ale sam ich rytm naładowany agresją, butą i groźbą,   przetykany jakimiś skandowanymi rytmicznie frazami przy wrzaskach aprobaty, zdawał się mówić: idziemy po ciebie, nie uciekniesz nam. Same męskie głosy, twarde i zajadłe. Przypomniały mi się opisy eliminacji starych i chorych przez hitlerowców i wyskoczyłam nagle ze swoich pięknych wizji pełna lęku. Muzyka ta natychmiast podziałała na ciało – leki przeciwbólowe i rozkurczowe wzięły odwrót przed owymi patriotycznymi pieśniami wzmocnionymi wybuchami petard czy rac.

Na szczęście rankiem nikt po nas nie przyszedł , oprócz oczywiście wampirków z kroplówkami, a ranek w lokalu zaczynał się o piątej.

Teraz trochę o lokalnych zwyczajach. Przybywający doń nie jest informowany o tym, co wypada, a co nie, więc często popełnia rozmaite gafy i błędy. My, ludzie wychowani w PRL, mamy wpojony szacunek dla każdej władzy, więc boleśnie przeżywamy sytuacje, w której postąpiliśmy wbrew niepisanemu kodeksowi. Na przykład pilot służący do przywoływania wampirków, użyty dla odłączenia kroplówki, która skończyła swój żywot, w zgubnym dążeniu do przynajmniej chwilowego odzyskania wolności, jest poważną gafą.

– My pamiętamy – mówią wampirki – tylko nie zawsze mamy czas i nie lubimy poganiania. Święta racja, ja też nie lubię. Inną gafą jest pisanie lub notowanie czegoś. Leżąc na zbiorowej sali i mając sporo czasu na tworzenie, nie mogłam nagrywać na dyktafonie swoich myśli i spostrzeżeń, a niektóre chciałam pozostawić do późniejszego ewentualnego rozwinięcia, jako że na bieżąco nie byłam w stanie określić, co jest istotne w tych pomysłach, a co nie, ale zarówno ważne jak i nieważne umykają tak samo chyżo.

Zarówno moje sąsiadki jak i część personelu patrzyła podejrzliwie, domagając się poinformowania publiczności, co ja zapisuję i po co, zwłaszcza, że mając smartfon i czytając czasem na nim gazetę (o ile zgięcie ręki w danym momencie nie tamowało przepływu płynów do żyły), wchodziłam do kręgu ludzi którzy… Właśnie, którzy co? Uważają się za lepszych? Donoszą? Nie mam pojęcia, ale coś podobnego opowiadał mi kiedyś mój nieżyjący kuzyn po swoim pobycie w jakimś szpitalu. Widać pisanie i czytanie jest w Polsce czynnością egzotyczną, mało tolerowaną.

Tu dochodzę do sprawy księdza. Nieopatrznie opowiadałam komuś przez telefon mój sen i jednej z sąsiadek wpadł w ucho fragment o księdzu, któremu we śnie zapłaciłam fałszywymi banknotami. Przyzwyczajona, że ludzie publicznie gadają przez komórki o wielu gorszych rzeczach, nie wzięłam pod uwagę, że ktoś słucha tego z zainteresowaniem, a co gorsza, usiłuje wiedzę tę wykorzystać. Pani sąsiadka uznała że śniąc coś takiego zgrzeszyłam i postanowiła dopilnować, abym z grzechu tego się wyspowiadała. Ponieważ ksiądz przychodził codziennie z Komunią do innej sąsiadki, pierwszego dnia uznała, że się zagapiłam, ale w następnych dniach postanowiła mnie przypilnować na serio. Nie chciałam jej obrazić więc migałam się, że nie jestem gotowa, co oczywiście jej nie wystarczało. Ale i tak się obraziła i na złość zostawiała mi na noc zapalone światło. Nie muszę ukrywać, że największą radość poczułam wychodząc na wolność z tego powodu, iż nie będę musiała się tłumaczyć ze swojego braku religijności.

Na koniec mojego, nieco zbyt długiego tekstu, dodam tylko refleksję, kto moim zdaniem ze szpitalnych pacjentów jest silny, a kto słaby. Tu hierarchia jest nieco inna niż w zwyczajnym życiu. Wprawdzie człowiek zawsze jest silny posiadaniem licznej rodziny, ale w rodzinie tej w szpitalu liczą się w pierwszym rzędzie córki i ich ilość oraz dyspozycyjność, w następnym zaś dobre synowe. Niestety, dobre synowe są zazwyczaj w mniejszości, niż dobre córki.  Synowe zwyczajne i synowie nie mają żadnego znaczenia. Po pierwsze nie pomogą się umyć mamusi ani nie pościelą jej łóżka. W PRL uczyli chłopców słania łóżek w wojsku ale ze zniesieniem obowiązkowej służby wojskowej sztuka ta zaginęła. Personel także nikomu łóżek nie ściele, bowiem zajęty jest w ciągu dnia kilkakrotnym odkurzaniem listew oświetleniowych i innych detali, które mają zwyczaj sprawdzać brygadzistki (jak przedwojenne paniusie kontrolujące białymi rękawiczkami ilość kurzu na kominkach czy parapetach).

Wskutek nie posiadania wystarczającej ilości dobrych i nie pracujących synowych chodziłam nieumyta (jak się myć ze skrępowanymi rękami?) i spałam w skotłowanym barłogu. Zresztą moje łóżko już chwilę po posłaniu traciło swój porządny wygląd, bowiem zanim się na nie wgramoliłam (bez uchwytów i możliwości przytrzymania się czegoś) chwilę potem leżałam na gołej ceracie, a gumowa, ciężka poduszka ześlizgiwała się z niej jak z nartostrady. Wygląd mojego posłania ilustruje poniższe zdjęcie:

szpiyal-7-14-listopad-004

Jednak i ja miałam coś wartościowego, co pożyczano ode mnie co chwila. Na zdjęciu widać wiszący na stojaku przyrząd do chwytania z podłogi przedmiotów bez schylania się. Gwarantuję, że to wynalazek równy rewolucji komputerowej. Panie sprzątające lubiły kopać kapcie chorych pod łóżko, nie myśląc o tym, że schylanie się dla takich osób, jak ja lub po operacjach, w poszukiwaniu utraconego kontaktu z podłogą jest nieosiągalne. I wówczas przychodziły do mnie.

Niestety, wszystko dobre się kiedyś kończy i znacznie odchudzona zostałam wypuszczona do domu tracąc okazję do dalszych refleksji. Za to ominęła mnie operacja, bowiem minął czas, w którym jej przeprowadzenie jest wskazane. Jednak, w wyniku opisanych wydarzeń został ze mnie jedynie cień.

szpiyal-7-14-listopad-002

 

 

 

 

Selfie z wypadku

Taka historia. Autentyczna. Spływ Dunajcem dla turystów tydzień temu. Na środku rzeki dwóch flisaków (słowacki właściciel łodzi i jego pomocnik) wprowadzili tratwę (składającą się z kilku wąskich czółen) na skałę wystającą z nurtu rzeki. Tratwa przechyliła się i połowa czółen nabrała wody, stopniowo tonąc. Przewożona wycieczka składała się z kilkunastu obcokrajowców (narodowość litościwie pominę) zdecydowanie ilościowo przewyższających limit dla tego rodzaju łodzi. Właściciel popadł w stan kompletnego zagubienia, zwłaszcza, że flisacy z innych, towarzyszących mu łodzi, zamiast pomóc, przyspieszyli wiosłowanie i zmyli się natychmiast. Woda sięgała tylko do pasa lub nieco ponad, ale przejście kilkunastu metrów do brzegu nie było bezpieczne. Niska temperatura wody mogła sprawić, że ktoś nagle zanurzony mógłby doznać zatrzymania akcji serca, ktoś inny przewrócić się i w szybkim nurcie na śliskich kamieniach uderzyć w coś głową. Część wycieczki składała się z młodych i szczupłych osób, ale kilkoro ważyło znacznie więcej i nie wyglądało na ludzi zbyt sprawnych fizycznie. Pomocnik przewoźnika nie mieszał się w żadne działania, a właściciel łodzi dobrnął do brzegu pod nawis skalny i wrzeszcząc biegał w kółko. Kompletnie stracił głowę, jak się mówi w takich okolicznościach. W komórce nie miał zasięgu, a tratwa przechylając się, pogrążała w nurcie coraz bardziej.

Brzegiem szło dwóch turystów, młody chłopak i nieco starszy mężczyzna, Zatrzymali właściciela łodzi, nieco go uspokoili przedstawiając mu plan ratunkowy. Uznali, że najważniejszą rzeczą jest przeprowadzenie turystów z łodzi na brzeg, ale żeby uniknąć czyhających niebezpieczeństw należało przenieść ich na plecach. Zakotwiczyli między kamieniami bosak, do którego właściciel przywiązał linę, stanowiącą poręcz i przez cały czas ewakuacji trzymali ją usilnie zapierając się stopami w mokry brzeg. Trwało to godzinę albo dłużej. Trudno liczyć czas, kiedy emocje wymuszają akcję ratunkową.

Właściciel stopniowo przenosił „na barana” turystów z łodzi, która zalewana falą, pogrążała się coraz bardziej. Na początek poszły kobiety, a właściwie młode dziewczyny, lekkie i zwinne, potem jednak przyszła kolej na nieco tęższe starsze panie i pewną dziewczynę, ważącą ponad sto kilo. Tutaj właścicielowi tratwy siły odmówiły posłuszeństwa i przewrócił się wraz ze swoją pasażerką, na szczęście dość blisko brzegu.

Wyobraźcie sobie godzinę akcji ratunkowej po pas w zimnej wodzie z ciężarem na plecach! Dwaj przypadkowi wędrownicy też mieli dość trzymania naprężonej liny asekuracyjnej i bosaka, więc coraz głębiej wchodzili w wodę mocząc w niej stopy i buty.

Jak myślicie, co zrobili uratowani wcześniej członkowie wycieczki? Jeśli sądzicie, że pomogli ratować towarzyszy albo przynajmniej wsparli własną siłą dwóch przypadkowych turystów z bosakiem niestabilnie zakotwiczonym między kamieniami, coraz bardziej pogrążających się w zimnym, październikowym nurcie wody (podobno tylko do kolan), to bardzo się mylicie. Na brzegu ustawili się w wachlarz, uruchamiając swoje komórki i nagrywając całą akcję z radością i satysfakcją. Selfie z katastrofą w tle – to jest coś! Możliwe, że emocje przygodnych ratowników i obojętnego pomocnika, a także odchodzącego od zmysłów skrajnie wyczerpanego właściciela, były dla nich jedynie miejscową atrakcją świata, z którym nie mieli nic wspólnego, poza wykupioną wycieczką. Pochodzili zresztą z kraju, w którym światowy język porozumienia – angielski widać nie był im do niczego potrzebny i nie uważali za stosowne zrozumieć tego, o co ich prosili słowacki właściciel oraz polscy turyści. Prawdopodobnie uważali ich za pracowników owego wycieczkowego, słowiańskiego cyrku, wymawiających w dziwaczny sposób szeleszczące spółgłoski, którzy nie oczekują zrozumienia ani pomocy. Wszak ktoś im za to pewnie zapłaci.

Kiedy spytałam jednego z ratowników, dlaczego nie uruchomił swojej komórki i nie nagrał widowiska oraz swojego w nim udziału, odpowiedział mi ze zdziwieniem: przecież trzymałam bosak i napiętą linę, a potem padłem w błoto i byłem tak zmoczony, że musiałem szybko biec do schroniska. Nie dysponuję więc selfie z przypadkowymi bohaterami.

Jako społeczeństwo zatraciliśmy chyba instynkt samozachowawczy. Z opowieści rodzinnych wiem, że w najgorszych chwilach okupacji hitlerowskiej, a także podczas pogromów ukraińskiej na Wołyniu ludzie sobie pomagali: ratowali sąsiadów, albo nawet obcych, bez względu na to, jakiej byli narodowości i co ich mogło za pomoc tę czekać. W odruchu, bez zastanowienia. Dlaczego więc inni flisacy natychmiast odpłynęli? Dlaczego u uratowanych pierwszym odruchem było tylko robienie selfie? Wszak można by przynajmniej pomóc turystom trzymającym bosak z napiętą liną, nikogo to nie narażało na nic groźnego. Czy już zapomnieliśmy, jak wyglądają prawdziwe niebezpieczeństwa i uznaliśmy, że takowe są tylko tam, gdzie nas nie ma?

Ganię tutaj obserwatorów pewnego wydarzenia, ale sama, kiedy trafił mi się podobnego rodzaju widok akcji ratunkowej, zajęłam się robieniem zdjęć, podczas gdy małżeństwo, z którym jechałam, ofiarnie ruszyło na pomoc tłumiąc w zarodku pożar i pomagając kierowcy ciągnika ściągnąć płonące spodnie. Ludzie z następnego, przejeżdżającego samochodu także włączyli się w akcję. A w tym miejscu droga była rzadko uczęszczana.

Ironia losu chciała, że traktorzysta był miejscowym strażakiem i po akcji jechał na swoje pole. Może był zbyt zmęczony? W każdym razie, gdy przyjechała straż, było już po wszystkim, jeśli nie liczyć poparzonych nóg, które wówczas dopiero poczuł.

Ja się mogę tylko tłumaczyć, że więcej bym przeszkadzała niż zdołała pomóc. Robiąc zdjęcia w jakiś sposób czułam się czynnie uczestniczącą w zdarzeniu. Zaspokajałam swoją potrzebę bezpiecznego udziału, nie byłam bierna.

Może tamci też?

ciagnik

ka-023

Historyczne diety

Przeglądanie starych książek odziedziczonych po zmarłych, wiekowych osobach podobne jest czasem do odkrywania światów całkiem odmiennych od dzisiejszych. Między ich kartkami tkwią prawdziwe rarytasy. Kilkoma z nich, efektem przejrzenia zaledwie czterech półek, z regałów w obszernym garażu, postanowiłam się zająć dzisiaj.

Pierwsza zdobycz to kartki żywnościowe z czasów niemieckiej okupacji:

kartki001

Niestety, brak organu wydającego oraz danych właściciela kartek i jego adresu. Może to była jakaś podróbka? Wszak niżej zapisano że nieważna bez prawidłowej rejestracji, a takowej brak. Zalecono przechowywać starannie i bardzo starannie ją schowano, tak że przetrwała do dziś. Nakazano także dokładnie oddzielać poszczególne odcinki małej wartości. Urzędy mają zawsze tendencję do celebrowania i podkreślania rzeczy oczywistych

Oto porcja na 5 dni dla urlopowicza: na bogatym obszarze? (reichsgebief).

1590 g chleba (ale precyzja!) w tym 1150 g jakiejś jego odmiany, co daje nieco ponad 30 dkg dziennie. 200 g mięsa, tj. 4 dkg Niewiele jak na cały dzień dla mężczyzny, choć mnie by wystarczyło. Inna rzecz, co jeszcze można było kupić oprócz żywności na kartki; jeśli niewiele dla uzupełnienia diety, to musiała być bardzo monotonna.

Teraz przeskoczę na linii czasu kilka lat i zajrzę do zeszytu w kratkę, w którym pewien nauczyciel/ka od dnia 24 czerwca notował swoje dzienne wydatki. Zeszyt jest opatrzony jedynie numerem miesiąca (przy czym zaszła pomyłka, lipiec w części notatek (na zdjęciu) oznaczono jako VI, potem jednak już sierpień oznaczono prawidłowo jako VIII. Dzięki temu korzystając ze stuletniego kalendarza udało mi się ustalić rok zapisków: 1948. Zapisany adres pozwolił zlokalizować miejsce: Stegna k/Gdańska, poste restante.

dieta1954b

Jakże uboga była dieta owego nauczyciela! Prawdopodobnie stołował się gdzieś i codziennie płacił za obiad 5 zł w czerwcu i lipcu. Czasem przebywała z nim/nią rodzina i wówczas płacił 20 zł za 4 osoby lub 10 za 2. Co poza tym kupował? Mleko zwykłe i mleko zsiadłe (po 5 zł), czasem jajka. W lipcu kupił 1 kg jaj za 37 zł, a w sierpniu za 40 zł. Jaja kupował na kilogramy, zresztą do dziś na Podlasiu na targach tak je sprzedają, prawdopodobnie dlatego, że jaja od młodych kurek lub perliczek są dużo mniejsze niż od starych (przeciętnie wchodzi 23-25 a nawet 28 szt/kg)

I oczywiście kupował chleb. Na chleb wydawał 10 zł na kilka dni. W sierpniu zaszalał: raz kupił bułkę + 4 małe bułeczki i zapłacił za nie aż 50 zł. Raz w lipcu kupił 1/4 l śmietany (5 zł), a raz ½ za 20 zł, raz czereśnie (10,40), raz masło (17,50), a w sierpniu kilogram pomidorów za 40 zł. Raz dostał od kogoś za darmo (w każdym razie ceny nie podano) 2 cebule. Z rozpusty były także kiedyś w sierpniu serniczki za 30 zł, ale w ogóle musiał się liczyć z pieniędzmi – za mieszkanie zapłacił za 2 miesiące 1000 zł. 26 sierpnia skończył urlop. W dalszym ciągu zeszyt wykorzystywał już ktoś inny spisujący w nim nazwy narządów odpowiadających numerom stref refleksyjnych pokazanych na rysunku prawej stopy (rysunku brak). Z odwrotnej strony zeszytu ktoś trzeci zamieścił informacje jakie miejsca należy masować w razie określonych chorób i tak na przykład w razie alergii należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz i coś tam jeszcze nieczytelnego. Mnie zainteresował artretyzm  stawu biodrowego ale odpadłam, gdy przeczytałam, że należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz, żołądek i jelita, jakieś m. stawu biodrowego i stawu barkowego i któreś kręgi lędźwiowe. Za dużo tego. Chociaż nawet na białaczkę były sposoby… I na chorobę wieńcową – wystarczyło jedynie masować serce. Logiczne niewątpliwie.

Ceny pochodzą z czasów przed wymianą pieniędzy 30 października 1950 roku, której dokonano w proporcji 100 zł starych na 3 zł nowe(ceny i płace) oraz 100 zł na 1 zł (gotówka) przy założeniu, że nie wszystkie środki zostaną wymienione – obowiązywały limity.

Średnia pensja w roku 1950 wynosiła 551 zł, (wcześniejszych danych sprzed reformy walutowej nie odnalazłam), jednak w roku reformy mój ojciec, inżynier konstruktor w zakładach PLL „LOT” po przeliczeniu otrzymywał ok. 360 zł – znacznie mniej niż robotnik . Nie udało mi się także odnaleźć danych zarobków mojego dziadka, nauczyciela, w 1948 r. inspektora szkolnego, zaszeregowanego do grupy VI urzędników państwowych, natomiast moja ciotka w tymże roku, początkowa nauczycielka kontraktowa w liceum dla dorosłych na Śląsku zarabiała 300 zł/1 godz. tygodniowo w wymiarze miesięcznym 10 godz. tygodniowo, a więc miesięcznie 3000 zł.

Argumenty zgubione w deszczu

Podczas Biesiady Literackiej — imprezy Związku Literatów Polskich, po rozmowie prowadzącego o mojej ostatnio wydanej książce, w kuluarach rozpoczęła się ciekawa dyskusja z pewnym panem, niestety niedokończona z powodu deszczu i poszukiwań lokalu, gdzie można by spokojnie porozmawiać przy piwie, w czasie którego to spaceru grono przyszłych dyskutantów stopniało.

Dyskusja dotyczyła mojego blogu w Tarace. Pan ten chwaląc fragmenty dotyczące wspomnień z przeszłych lat, jednocześnie wyraził wątpliwości, co do sensu partii materiału poświęconych drobiazgom życia codziennego jak np. opowieści o domokrążcach w odcinku „Ludzie z chowu klatkowego”. Na zarzut odpowiedziałam mu jakimś zgrabnym zdaniem sugerującym, że nie wszystko, co ważne dla kogoś, jest równie ważne dla innych, ale potem, mając już czas na zastanowienie się, zaczęłam rozważać wszystkie argumenty za i przeciw.

Co przemawia za wspomnieniami sprzed lat powiedzmy sześćdziesięciu paru? Pewna oczywistość, że osoby wspominające ten czas żyły dłużej niż większość odbiorców wspomnień, a więc mogą udzielić informacji „z pierwszej ręki” jak było naprawdę. Nie zakłada się istnienia sprzeczności między czyimś subiektywnym spojrzeniem, a rzeczywistością, a co więcej, odbiorcy przykładają swoją miarę do wydarzeń z przeszłości, nie chcąc dostrzec tego, co z ich pojmowaniem ówczesnej rzeczywistości się wiąże. Podam na to przykład właśnie z tego spotkania na Biesiadzie Literackiej (nagranie można odsłuchać na mojej stroniehttp://kasiaurbanowicz.pl/?page_id=144

Prowadzący, pan Wacław Holewiński stwierdził, że brakuje mu w mojej książce jakiegokolwiek nawiązania do oceny czasów stalinizmu w Polsce. Oczywiście słusznie zauważył. Brakuje także wielu innych rzeczy: stosunku do problemu aborcji, zniewolenia mediów publicznych i tak dalej. Osoby pamiętające te czasy oczywiście zupełnie inaczej odbierały ówczesną rzeczywistość, niż współczesny czytelnik książki, czy dyskutant. Stalin zmarł w roku 1953, ja miałam wówczas 11 lat. Jako mieszkanka miasta, indoktrynowana w szkole, oczywiście pamiętam ową duszną atmosferę tamtych lat. Jednak będąc dzieckiem odbierałam ten świat jako taki, który jest, był i będzie i usiłowałam się wraz z moimi rodzicami do tego przystosować. Nikt z nas specjalnie nie przejmował się tym, co pisała ówczesna prasa, publikująca przede wszystkim nudne wystąpienia oficjeli. Nie było telewizji, komputerów; telefony u osób prywatnych były rzadkością, a nie w każdym domu było radio. Jeszcze w latach sześćdziesiątych w niektórych rejonach kraju najbliższy telefon był dostępny w odległości 20-30 km, a i to w godzinach do 15-ej. Jaką więc świadomość i zainteresowanie polityką mogło mieć wiejskie dziecko, a nawet jego rodzice z zabitego deskami siedliska? Wiedzieli tylko że są obowiązkowe dostawy, a ubój własnej świni jest nielegalny. To było tło ich życia, które przyjmowali jak pogodę i pory roku, oczywiste oczywistości, o których się nie mówiło.

Współczesny czytelnik nie może zrozumieć, jak można było o takiej opresywności systemu totalitarnego nie myśleć. Można było. Oglądałam parę lat temu film o Korei Północnej i właśnie poczułam się jak w domu mojego dzieciństwa. TERAZ wiem, że to był i czym był stalinizm, ale wówczas o tym się nie myślało. Coraz mniej liczne osoby, pamiętające czasy międzywojnia stopniowo wymierały, ale niewiele mówiły z obawy o własne bezpieczeństwo.

Wracając więc do sprawy argumentów. Prawda jest brutalna. Moje wspomnienia, także te zawarte w „Tarace” nie pomogą zrozumieć, czym był stalinizm dla Polski, chyba że ktoś zechce się z nich dowiedzieć, dlaczego nie był wówczas w oczach ludzi czymś najważniejszym. Więc odpowiadam: był pogodą, deszczem lub zawieją, na którą nikt ze zwykłych ludzi nie miał wpływu, najwyżej mógł przed takimi czy innymi jej aspektami się zabezpieczać, w miarę możliwości, oczywiście. ONI też mogli po każdego przyjść, więc lepiej było ograniczać się do własnych spraw, o innych nie myśleć. Także nie mówić za dużo, na wszelki wypadek o niczym ważnym.

Teraz przejdę do tego, co mój dyskutant zganił. Usiłuję na miarę swoich możliwości zrobić to, czego wówczas nie robiłam – zrozumieć obecny świat. Już wiem, że lata które upłyną, zupełnie zmienią optykę patrzenia, ale pragnę choć odrobinę rozchylić kurtynę niewiedzy. Nie zadowalają mnie naukowe analizy ekspertów, bowiem wiem, jak często się mylą i wiem też, że czasem w przebłysku udaje się zwykłemu człowiekowi przeniknąć poprzez czas i coś ZROZUMIEĆ. A do zrozumienia szczegół, jak ów domokrążca z ostatniego odcinka, może być równie przydatny, jak teorie zbudowane na uogólnieniach płynących z czyjegoś teoretycznego rozumowania.

W takim patrzeniu na szczegóły mam przewagę wieku i doświadczenia nad młodszymi ode mnie. Dla większości osób lata PRL ikomuna to lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Dla mnie to już wtedy nie była żadna komunistyczna Polska, to już były popłuczyny po komunizmie. Pamiętając, co było dawniej, u jej zarania, miewam może złudne przekonanie, że przeniknę przeczuciem tendencje, w kierunku których posuwa się nasz najbliższy świat i widzę ostrzeżenia, których dzieci lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie widzą. Czuję się wówczas jak ukarana przez bogów wieszczka i bynajmniej nie jest to komfortowe uczucie. Staram się więc nie wieszczyć.

Otrzymałam przed chwilą mail od mojego niedoszłego dyskutanta, w którym pisze:

         „To czym byłem zdziwiony, to uwagami prowadzącego dyskusję, iż powieść „Sierotka” – osnuta wokół przeszłości … nie jest optymistyczna… Zdały mi się one osobliwe… dały poczucie… że świat współczesnych dramatów na ziemi polskiej… niekiedy znacznie bardziej zaostrzonych niż w  czasach z poprzedniej epoki… być może nie znalazł jeszcze pełnego swego literackiego odzwierciedlenia. To dało do myślenia…”

Wielka szkoda, że deszcz nam nie dał dokończyć dyskusji. Porównywanie, które czasy były gorsze do niczego nie prowadzi, choć przyznam się że współczesne dramaty na ziemi polskiej moim zdaniem są ledwie cieniem dawnych dramatów. Póki co, nikt nikogo jeszcze nie zabija, nie katuje w specjalnych więzieniach opozycjonistów politycznych, a spory toczą się może w niezbyt grzecznym tonie, choć nawet naszym posłom daleko do wyskoków posłów dwudziestolecia międzywojennego. Nie biją się, nikt koniem nie wjeżdża na salę obrad i brak podobnych ekscesów. Chroni się dzieci i zwierzęta przed przemocą. Teoretycznie jesteśmy osobiście wolni. Jesteśmy informowani o sprawach państwa w nieporównywalnie szerokim zakresie. Co nie oznacza, że jesteśmy w tym wszystkim zabezpieczeni na zawsze.

Mówi się, że w kropli wody pod mikroskopem można dostrzec miniaturę życia. Może więc w kropli współczesności, gdy pod moimi drzwiami stanie handlujący dywanami, bluzgający facet, a ktoś inny zestawi pojęcie zwierząt z chowu klatkowego z klatkami bloków mieszkalnych, uda mi się połączyć te dwie z pozoru odrębne sprawy i przeniknąć to, co przyniesie przyszłość, prawidłowo oceniona i podsumowana dopiero w ileś lat później. Może dzięki temu stanę się dzieckiem w mniejszej mgle.

biesiada-3

 

Ludzie z chowu klatkowego

drzwi-002

Ostatnio zauważyłam, że ludzie, nawet tacy, którzy profesjonalnie nawiązują kontakty z innymi, na przykład handlowcy, mają poważne trudności z wyartykułowaniem głośno i wyraźnie czego chcą. Testuję to prawie codziennie z powodu takiego, a nie innego ułożenia mojego mieszkania. Znajduje się ono na końcu dość długiego korytarza oddzielonego przeszkloną szybą od reszty bloku. Gdy ktoś dzwoni nie zapowiedziany blokowym domofonem, wychodzę przed drzwi mieszkania i pytam głośno, czego sobie życzy. Z powodu trudności z chodzeniem nie idę dalej korytarzem, dopóki nie jestem pewna, że komuś otworzę. W odpowiedzi na moje zapytanie, osoby za matową szybą najczęściej coś niewyraźnie mamroczą, choć słyszalność jest dobra z uwagi na wolne przestrzenie między szybami, no i ja mam dobry słuch i łatwo po odezwaniu się identyfikuję swoich znajomych, wpadających z niespodziewaną wizytą.

Wczoraj taki domokrążca kilkakrotnie na moje zapytanie plątał coś bez ładu i składu, a wezwany do wyraźnego powiedzenia, o co mu chodzi, zaczął rzucać k…ami.

Oniemiałam ze zdziwienia, że ktoś, kto czegoś ode mnie chce, najwyraźniej nie potrafi nawet swojego chcenia grzecznie wyartykułować. Odwróciłam się, żeby wrócić do mieszkania, ale wówczas wyszła do niego sąsiadka i z tego powodu dowiedziałam się, że wystarczyło powiedzieć wyraźnie jedynie dwa słowa aby zostać zrozumianym, (co nie oznacza że wpuszczonym).

Ludzie głośno i wyraźnie miotają przekleństwa, tego się nie wstydzą. Wściekli mogą wreszcie powiedzieć o co im chodzi, na przykład, że o wyprzedaż dywanów. Kiedy powinni być uprzejmi, mamroczą niewyraźnie, widać że bardzo źle się czują w tej roli.

Mój nieżyjący już teść był wielokrotnie okradany przez bandy wyrostków, którym otwierał drzwi bez pytania, a tłumaczącym mu, że powinien chociaż wyjrzeć przez wizjer nieodmiennie odpowiadał, że jak można w ogóle komuś nie otworzyć drzwi? A może on ma do mnie sprawę? Ale gdy sugerowaliśmy mu, żeby spytał o jaką sprawę chodzi, teść odpowiadał: przecież nie będzie wrzeszczał na głos, jaką ma sprawę.

I tu jest pies pogrzebany. Moja znakomita koleżanka, także pisząca czasem w Tarace Maria Borkowska, użyła kiedyś znakomitego określenia: — ludzie z chowu klatkowego — wykorzystując skojarzenie bloków mieszkalnych z fermami kur czy norek. Jak zwierzęta te żyjące w ścisku, tak i mieszkańcy wielkomiejskich bloków poddawani są pewnego rodzaju presjom społecznym, nie będącym wytworami własnej kultury, a wymuszanymi na nich przez innych. W odpowiedzi na to generują swoje własne zwyczaje i zasady oraz odruchy, do jakich są mentalnie zdolni.

Jedną z nich jest nie oznajmianie wszem i wobec niczego o własnych sprawach, nawet najniewinniejszych (bo nie wiadomo kto i kiedy tę wiedzę wykorzysta). Zasada takiego postępowania sięga wielu lat wstecz, do PRL (a może i dawniej), kiedy wywieszenie jakiejkolwiek kartki, niekoniecznie jakiejś oferty w publicznie dostępnym miejscu, np. w bloku przy windzie, skutkowało natychmiastowym jej usunięciem, a nawet groźbami ze strony spółdzielni mieszkaniowej lub „administracji”. Samochodów było mało, więc jeśli ktoś zaparkował w nieoczywistym miejscu (formalnych zakazów nie było tyle co dziś), „administracja” wiedziała o tym i z dużą przyjemnością nawoływała do pokajania się i poprawy. Dlatego zresztą, że powszechne dla katolicyzmu żądanie żalu za grzechy i spowiadania się z nich, przeniknęło bardzo głęboko do naszej podświadomości. Słynne komunistyczne składanie samokrytyk też brało się z tej tradycji. I dlatego każdą wypowiedź o własnych sprawach należało artykułować szeptem, jak na spowiedzi. Co z tego, że za chwilę zadzwoni się do innego sąsiada z tą samą sprawą (nawet sprzedaży dywanów), głośno powiedzieć o tym nie godzi się. Ten zwyczaj wzmacnia jeszcze powszechna nieufność wszystkich wobec wszystkich (niestety, często uzasadniona).

Na wsi bywa inaczej. Wokół domów często biegają psy, nie zawsze jest dzwonek, żeby przywołać kogoś do furtki. Najczęściej psy szczekaniem oznajmiają że obcy stoi przed posesją, wychodzi więc na próg ktoś z gospodarzy i oczywistym jest, że głośno pyta, po co się przyszło i odpowiedzi też należy udzielać głośno i wyraźnie. Dlatego też może dodatkowo chodzi o niechęć mieszkańców bloków do prezentowania „wsiowych” zwyczajów.

Z amerykańskich książek i filmów końca dwudziestego wieku znamy postać domokrążcy, ciężko pracującego człowieka, uprzejmego i wymownego aż do przesady, kogoś, z kim nawet nie kupując niczego, ludzie (zwłaszcza kobiety) chętnie wdawały się w pogawędkę. Sądziliśmy, a właściwie wmawiano nam, że gdy u nas zapanuje wolny rynek, będziemy mieli zawsze chrupiące bułeczki, sprzedawcy będą uprzejmi, a tę cudowną odmianę Polaka miał spowodować fakt, że będzie im się ta uprzejmość finansowo opłacać. Nie braliśmy tego pod uwagę, że uprzejmi domokrążcy poruszali się zazwyczaj na terenie małych, prowincjonalnych miejscowości.

Niestety, Polakowi nic się nie opłaca, a zwłaszcza uprzejmość. Na pobliskiej budowie zatrudnieni są Ukraińcy, w moim sklepie Ukrainki, także siostry, Ukrainki sprzątają na zmianę u mnie w mieszkaniu. Gdyby porównać ich ze spotykanymi w tym sklepie tubylcami, to stwarzają wrażenie osób o wiele bardziej kulturalnych i dobrze wychowanych, niż moi rodacy. Przypadkowo spotkani wyświadczają drobne uprzejmości, jakby pomoc komuś była zupełnie niemęcząca, a przecież są to bez wyjątku ludzie ciężko pracujący. Ciekawe, że często takie zdanie i o Polakach mają niektórzy obcokrajowcy. Musi więc być coś w oderwaniu się od własnego kraju i środowiska, co skłania do zwracanie więcej życzliwej uwagi na otoczenie.

Drążąc głębiej ten problem, na podstawie domokrążcy z wyprzedażą dywanów (już któryś z kolei rok wyprzedających dywany z likwidowanego rzekomo sklepu) można wyciągnąć nie tylko taki wniosek, że taka praca mu się nie opłaci i że prowadzi do niej, jak do wielu zawodów, selekcja negatywna. Prawdopodobnie człowiek ten nie znalazł lepszej i lepiej płatnej pracy z powodu braku umiejętności komunikowania się z otoczeniem, ale także ze złego samopoczucia, spowodowanego faktem, że pracując w cudzej firmie jest się zdanym na cudze nastroje i humory. Trafia więc z deszczu pod rynnę zdany na humory paniuś, którym nie chce się podejść do drzwi, gdy CZŁOWIEK przed nimi czeka. Bo on wciąż jest człowiekiem, choć nie zawsze przyjdzie mu to na myśl.

Kury z chowu klatkowego wyskubują sobie pióra, zagłuszając bólem fizycznym ból istnienia. Ludzie rzucają k…ami i innymi przekleństwami nie umiejąc i nie próbując zrozumieć, dlaczego to robią i co nimi miota. Nawet wbrew własnym żywotnym interesom. Nie zarobi nic przecież chamski domokrążca.

Przyglądając się bliżej zasadom i zwyczajom panującym wśród ludzi z chowu klatkowego, widać także inne niepisane reguły. Dlatego zamiast wściekać się na głupio nieuprzejmych domokrążców przerywających wykonywane zajęcia, lepiej zająć się ich rozgryzaniem i analizą. Co właśnie sobie powtarzam.

 

Ryby żeglujące w powietrzu

W tarocie są karty-bramy. Takie same są w życiu. Problem w tym, że o ile tarotowe karty bramy stosunkowo łatwo rozpoznać, o tyle te życiowe widać dopiero długo po. Tarotowe karty bramy mają wyraźny rysunek określający, czego się można spodziewać, o tyle bramy życiowe czasem dają się rozpoznać, a czasem nie. Zresztą nawet wówczas, gdy je rozpoznajemy, ich sens pozostaje głęboko ukryty, a im bardziej odczuwamy emocjonalnie, że to właśnie jakiś przełom, najczęściej istotę tego przełomu najmniej rozumiemy. Rozpaczliwie wiążemy towarzyszące nam widoczki z sensem wydarzeń, ale zazwyczaj mylimy się, bo nie tu jest ukryte sedno sprawy. Chichot historii naszego życia dociera do naszych uszu, ale jest zazwyczaj szyderstwem z nas samych i naszych oczekiwań. Jak mówią znawcy astrologii (do których się nie zaliczam) Uran jest bezlitosny w obnażaniu nierealnych oczekiwań, a Saturn, jeśli się z Uranem spiknie, zachowuje się jak neofita prawa i porządku.

Jednak problem w przejawianiu się owych archetypów – znaków czasu ­bierze się skądinąd. Uraniczne zadanie, to psucie wszelkich zakorzenionych przekonań i promocja rzeczy nieoczekiwanych, dziwnych i niezrozumiałych.

Uraniczny przyjaciel nie przyniesie ci kwiatów, a kamień; a ty zastanawiaj się nad zawartością w nim ciężkich pierwiastków i jego symbolicznym sensem. Nie podobają mu się Twoje pomysły, ale je wspiera. Pomaga ci w ich realizacji. choć odrzuca go, gdy czyta Twoje teksty. Jego (ich) uraniczność załamuje cię początkowo, skłania do użalania się nad sobą w stylu małych kobieciątek, że „nikt mnie nie rozumie”, po jakimś czasie jednak zmusza do zrozumienia ICH stanowiska, bo tego właśnie chcesz. A wiadomo, że bramy dla jednych, są zaledwie małym progiem dla innych i niczym dla reszty świata. Świat nie niesie łatwych rozwiązań, najłatwiejszym z nich jest położyć się i umrzeć. Ale tak zawsze można, gdy życie zbytnio dokuczy.

Uraniczny znajomy przedstawi ci wadliwość Twoich koncepcji i zachęci do zakupu kilkunastu tomów czegoś, co zawiera informacje, mogące ci się przydać, ale niekoniecznie. Mógłby Ci wysłać jakieś skany paru stron, ale nie przyjdzie mu to do głowy. Nie zastanowi się, że zdobycie jakiejś listy nie jest warte wydatku kilkuset złotych.

Uraniczny wróg obieca ci wszystko, a nie dotrzyma niczego. Zaczeka do czasu, aż nie będziesz miał już żadnej możliwości manewru i zostawi cię. Co gorsza, zniechęci Twoich sojuszników, którzy w przerażeniu pytają Cię co dalej jakbyś to ty była alfą i omegą. Jednym z uroków starości jest brak potrzeby decyzyjności, a ty nie mając sił i środków, raptem musisz do niej wrócić. I zapytać świata słowami piosenki: „Po co mi to było”?

Uraniczne JA samo sobie zaszkodzi, zanim zda sobie z tego sprawę. W rozmaitych aspektach swego życia. I potem – jak mawiała moja mama – płacz i zgrzytanie zębów.

Niedawno przyśnił mi się pewien sen, w którym przez przeszklone ściany jakiegoś baru, czy pawilonu zobaczyłam żeglujące między gałęziami świerków ryby i uświadomiłam sobie absurdalność tego obrazu. Sen ten miał wszelkie cechy tzw. snów proroczych (rozpoznawalne przeze mnie na przestrzeni wielu lat, zwłaszcza intensywność przekazu) więc nic dziwnego, że zastanawiałam się nad jego sensem. W dodatku lokował mnie w czasie i miejscu wiążącym się z planowaną podróżą. Podróż przyszła, minęła i jakkolwiek bardzo udana, nie zawierała żadnych wskazówek, co do rozumienia sensu snu.

Od wielu lat wiem, że problemy z tzw. snami proroczymi wiążą się z właściwym rozumieniem ich sensu – o co bardzo trudno. Najczęściej zrozumienie przychodzi post factum, gdy już niczego w danej sprawie nie może się zrobić. Przynajmniej ja tak mam. Tylko raz sen przygotował mnie na wydarzenia, które miały nastąpić, ale nie mając pojęcia o tym, co się stanie, załapałam w sekundy, to, co się stawało i udało mi się przerwać destrukcyjny proces. Ale rzecz dotyczyła życia i śmierci, co wyostrzało percepcję.

Tym razem wiedziałam (czułam), że sen o rybach żeglujących w powietrzu nie dotyczy konkretnych zdarzeń, a rozumienia – nie wiadomo czego – w czasie gdy usiłowałam odgadnąć i zrozumieć wiele spraw, a żadna z nich nie miała priorytetu.

W tym stanie ducha poprzez znajomych znajomych trafiłam na stronę pewnej dziewczyny, malarki wszechstronnie utalentowanej. Jej mama pokazała mi obrazy córki. W pokoju, gdzie się znajdowałyśmy, w wazonie tkwiły lilie emitujące tak silny zapach, że powodował u mnie stan zbliżony do umierania (wiem co mówię) i natychmiast musiałam wyjść na powietrze. Ta intensywność doznań przerażała. Potem już po powrocie z wojaży trafiłam na stronę

http://www.migrarescultura.es/historias/proyecto-kamani-patrycja-pajak/ i obejrzałam jej obraz

2-madridmit-pajak_-1

To właśnie było to. Ten sen w miejskim krajobrazie, piękny plastycznie, ale gdy przyjrzeć mu się bliżej, bogaty symbolicznie. Oto ryba utworzona ze schematów linii metra. Pamiętam linie paryskiego metra i swoją nieznajomość języka powodującą uparte poszukiwanie zakotwiczenia w schematach. Ale potem, gdy je poznałam i rozgryzłam, uczucie że tu jest świat, który mnie niesprawiedliwie ominął. Świat luzu, nieagresji, tolerancji dla odmienności. Te schematy na obrazie Patty połykają małą różową rybkę, wypełnioną niepotrzebną wiedzą, z trzecim okiem na grzbiecie, wołającym o poznanie sposobu trafienia do domu. Tyle razy śni mi się, że nie jestem w stanie trafić do domu i nie jestem w stanie wyartykułować swojego lęku; mogłabym napisać całą powieść o nie trafianiu we własne miejsce, a tu pewna młoda dziewczyna, zupełnie nieznana mi osobiście, wyraziła go prostym skrótem. Chylę czoło, Patty, przed Twoim geniuszem.

Ale przyjrzyjmy się bliżej obrazowi Patty. Ryby żeglują w powietrzu manewrując między wieloma prawdami współczesnego świata. Sama Patty widzi to jako proces – tryptyk obrazujący trzy części emigracji (podobny tarotowym kartom – bramom). Pisze o ciągłej migracji wielorybów i ich pieśniach, które mogą stać się modnymi, ponieważ mają zdolność roznoszenia się po całym świecie i dzięki temu zmieniania akcentów. Wszyscy jesteśmy migrantami i zostawiamy ślady swojej migracji w kulturze. Tryptyk Patty ukazuje : korzenie i rodzinę (szkolne stół i krzesła, dom, drzewo reprezentujące dzieciństwo), korzenie pokryte „tkaniną naszych babć” i wreszcie nowy świat, przybycie na nieznane wody, poszukiwanie w morzu nowych, niezrozumiałych miejsc i przystanków (pokazanych jako krople odmienności wśród budowli innego kraju), rozszyfrowanie języka, smaków, zapachów i zabarwienia (reprezentowanych przez etykiety). I wreszcie etap ostatni: mieszanka kolorów świata, bogactwo różnorodności, nasze olśnienie i fascynacja nowym – ale bywa też, niebezpiecznym.

Co dla mnie osobiście oznacza symbolika tego dzieła?

Nie mam pojęcia. Ruszyłam w nowy świat pełen niebezpieczeństw i mielizn , wówczas gdy szykowałam się do zimowego snu wieczności. Zmuszona do aktywności rzucam się jak wesz na grzebieniu wmanewrowana w pozorne alternatywy, których nie pojmuję i nie chcę znać. Opuściłam siebie i zdałam się, podobnie jak wieloryby (Grube Ryby albo Najeżki) na prądy, które mnie przerastają. Czasami po bezsennej nocy oglądając świt SM Nad Dolinką, naznaczony zielonym neonem, rozświetlającym moją nową łazienkę z uchwytami dla niepełnosprawnych, wołam do świata: zostawcie w spokoju moje szuflady pełne niespełnionych dzieł, zabierzcie mi moją okrojoną teraz wolność, do której tęskniłam całe życie, wróćcie mi moją młodość i moje możliwości wyborów, dajcie mi świat otwarty, możliwość podróżowania i możliwość życia zgodnego z przygodnymi znajomymi w różnych krajach świata, w lepiankach, jaskiniach, kamiennych domach, wszędzie tam, gdzie mieści się odmienność i przygodna fascynacja, dajcie mi popróbować, posmakować tego wszystkiego. Mnie, sprawnej fizycznie i pełnej wiary w siebie, Zabierzcie mi moje dotychczasowe życie z solennym wypełnianiem obowiązków, prawomyślnością i zrozumieniem mojej kobiecej roli. Możecie wyrzucić je do śmietnika. Nie rozumiem tego, że kogoś ta perspektywa może obecnie uwodzić!

Ale świt już wstał i nie cofnie się na moje życzenie, a mój osobisty horoskop (ascendent w Rybach) do czegoś zobowiązuje. Przede mną perspektywa osobistego poznania Patty, dziewczyny, która burzy moją zaśniedziałość. Babcinizm musi na razie ustąpić. Och, tylko gdzie ta młodość? Przydałaby się. Wszak jutro Uran jest w ścisłej opozycji do Słońca.

Dwoje starych ludzi w parku

Przede mną leży taka fotografia otrzymana niedawno: dwoje starszych, siwych ludzi siedzi w parku. Przed nimi mur, obok drzewa.

Szukam w Googlach stosownej fotki, bowiem nie chcę ujawnić tej prawdziwej, wzorcowej, strzegąc prywatności uwiecznionych na nich osób. Nie znajduję niczego poza reklamami jakichś domów seniorów i fotkami zakochanych par (młodych, oczywiście). No i jedną ryciną, gdzie starość przedstawiono symbolicznie nawiązując do sylwetek i strojów greckich bogów

mezalians_nadal_jest_mozliwy

Musicie więc mi uwierzyć, że taka fotografia naprawdę istnieje. I musicie zrozumieć jej celowe zniekształcenie. Chociaż nie istnieje jej archetypiczny wzorzec w sieci, na ogół nasuwa się sielankowy obraz zmieszanych barw i zadumy. Świadczy o tym układ rąk przedstawionych osób, złudzenie powtarzalności ich pozy, kolor włosów i kolory otaczającej ich zieleni. I bijący z póz obojga spokój, a może tylko zmęczenie udające spokój

dsc_6641

Ale przejdźmy do interpretacji. Można by sądzić, że jest to stare, dobre małżeństwo, które wiele lat spędziło ze sobą i już naprawdę nie ma niczego nadzwyczajnego sobie do powiedzenia. Po prostu są i tak dożywają swojego wieku. W zadumie i spokoju.

Nieprawda. Fotka kłamie. To nie jest tak. Nie jest to żadne dobre stare małżeństwo, nie są to ludzie, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia. Po prostu jest to chwila, kiedy słowo zawieszone w powietrzu dotrze do drugiej osoby, albo nie. Słowa zawisające w powietrzu czasami są wypowiedziane, czasami nie, ale zawsze są słowami, bądź potencjalnymi słowami. Krążą w powietrzu powodując skupienie przedstawionej pary, mylnie wzięte za wieloletnie przyzwyczajenie. Dlaczego więc inercja naszego myślenia skłania nas do takiego a nie innego odczytania zdjęcia? Dlaczego widząc dwoje młodych ludzi spodziewamy się pary, ale niekoniecznie małżeństwa (chyba że towarzyszy im dziecko)? Wszak mogą to być znajomi, rodzeństwo, koledzy z pracy i wiele innych konfiguracji. Jednak widząc starych, zakładamy że są małżeństwem, bowiem czy często zdarzać się może inny układ w tym wieku?

Gdybyśmy popatrzyli na tą fotografię z innego punktu widzenia, na przykład symboliki Tarota, nasze spostrzeżenia będą zupełnie inne. Może właśnie stąd bierze się urok kartomancji, przełamujący „życiowe” i statystyczne stereotypy. Weźmy taką kartę Tarota na przykład „Słońce”. Słońce świeci, dwoje dzieci stoi przed murem

slonce001

Wiadomo, że mur chroni te dzieci od świata i Słońce świeci dla nich obdarzając kroplami swojej uwagi. Gdyby muru nie było, te dzieci może nie byłyby szczęśliwe, może napotykałyby jakieś trudniejsze wyzwania, ale póki co, póki są dziećmi, póki stoi ten mur brzydki, w niektórych taliach czerwono-ceglany, dzieci nie są skazane na rozpoznawanie i ocenianie rzeczywistości.

W parku, wśród drzew, tych dwoje starych ludzi z bardzo, bardzo brzydkim domem w tle jest chronione tym murem i słońcem, którego może nie ma na tej fotografii, ale jest to właśnie ten moment, ta chwila, kiedy coś zawisa w powietrzu i albo ujrzy światło dzienne albo nie, w każdym razie mur i światło są ochroną.

Interpretacja wg symboliki Tarota wskaże na wartość chwili i jej możliwość intelektualnego przetworzenia. Nie jest istotne jak długo ludzie ci się znają i o czym rozmawiają i czy w ogóle rozmawiają. Ważne jest to, że na ów moment, ową chwilę świat uległ zawieszeniu, chroniony przez ceglany mur. Ta chwila już nigdy się nie powtórzy, jakichkolwiek wysiłków ludzie ci by nie podejmowali. Jedno z zawieszonych w powietrzu pytań brzmi: co jest za tym ceglanym murem?

Z okoliczności zrobienia tego zdjęcia wiem, że nastąpiło to po ostatnim głosowaniu w wyborach prezydenckich w małym miasteczku i że czegokolwiek by nie mówić o tych dwojgu, mur izolował ich wówczas (tylko przez moment) od historii, która na naszych oczach dzieje się.

Do czego zmierzam. Wiele rzeczy w naszym odbiorze kłamie. Kłamią słowa, kłamie obraz (rzekomo obiektywny), kłamią symbole, jeśli są źle zastosowane. Co więc nie kłamie? Do czego się odwołać, kiedy nie wiemy czy to, co serwują nam politycy i media zawiera większą część prawdy czy manipulacji? Kogo i o co pytać? Jak sobie dać radę z wątpliwościami, które mnożą się jak muchy w upale? W dodatku stawiamy ewentualnej odpowiedzi swoje wymagania – mianowicie ma być ona jasna i konstruktywna.

Niestety, nie ma dobrej odpowiedzi. Ale nie znaczy to, że jej nie należy poszukiwać i że ścieżki nietypowe, jak tarot i astrologia, mitologia i sztuka są pod tym względem gorsze niż powszechnie uznane. Nie znaczy też, że właśnie odpowiedź konstruktywna jest nam potrzebna, zwłaszcza wówczas, gdy mamy niewielki wpływ na bieg spraw. Potrzebujemy tylko widzieć i myśleć. Najlepiej niestandardowo.