Czy twoje życie podąża w dobrym kierunku?

niemowlę 1943

Przeczytałam takie naglące pytanie, jak wiele pytań podobnego rodzaju, stanowiące zaproszenie do udziału w jakichś kursach poprawiania swojej niedoskonałej osobowości, innymi słowy reklamy nakierowanej na młodych, niezbyt opierzonych osobników, potrzebujących diagnostyki swojej duszy i swoich zamierzeń.

Osoby bardziej doświadczone zdają sobie sprawę, że o dobrym lub złym kierunku, w którym zmierza ich życie, można orzec dopiero w późnej starości, kiedy już nic właściwie nie można poradzić na wybory chybione (ja nie używam określeń dobry/zły ponieważ  podejmując działania nie znamy ich rezultatu, a ten, którego się spodziewamy, może daleko odbiegać od naszych, najbardziej nawet rozsądnych kalkulacji).

Czytam w Gazecie Wyborczej wstępniak przedstawiający perspektywę życia Polaka poza Unią Europejską. Czy coś z tych sugestii jest w stanie wzbudzić w młodym człowieku lęk? Raczej nie. Mój kilkunastoletni wnuk raczej nie jest w stanie wyobrazić sobie duszności kraju, którego granice są zamknięte, a paszporty i wizy dostępne po wielu staraniach, a czasem i kosztem podpisania jakiegoś papierka, który na starość nieoczekiwanie przynosi upokorzenie i niesławę. On, który z rodzicami zwiedził już większość Europy, wolałby czasem posiedzieć w domu przy komputerze czy książce, niż ustawicznie gdzieś jeździć w wakacje. Dla niego perspektywa oglądania piękna dzikich krajobrazów raczej jest udręczeniem niż rozrywką i pewnie nie zrozumiałby świata bez telewizora, komputera, telefonu, a nawet pizzy.

Czy człowiek załatwiający sobie paszport, bo zechciał nowiutką syrenką czy trabantem (na talony dla potrzebnych krajowi osób) po zgromadzeniu i przedpłacie równowartości rocznej pensji (nazywanej wówczas „poborami”) zwiedzić któryś z krajów tzw. demoludów, mógł rozpoznać dobry lub zły kierunek, w jakim zmierzało jego życie wskutek podjętej decyzji? Podpisał jeden z kolejnych papierków w jednym z kolejnych urzędów nigdy nie traktując, jak to w tamtych czasach, takich papierków serio i od tamtej, niezauważalnej chwili, jego życie zaczęło zmierzać w złym kierunku.

W tamtych czasach, gdy wybory życiowe były bardzo ograniczone, łatwo można było wpaść w jakąś dziurę, z której nie było dobrego wyjścia i nie ma go do dziś. Weźmy taką banalną sprawę jak leczenie. Udając się do lekarza, należało posługiwać się dowodem osobistym, ponieważ tam znajdowało się zameldowanie czyli poświadczenie urzędowe miejsca zamieszkania. Zmieniając adres, należało zmienić jednocześnie dowód osobisty. Jednakowoż, jeżeli ktoś wybierał się za granicę i otrzymał paszport, musiał zdać do składnicy dowód osobisty, bowiem w domu nie mógł przechowywać obu tych dokumentów na raz. Tryb załatwiania tych i innych powiązanych dokumentów jak wizy, książeczki walutowe, zaświadczenia itp. był tak długi, że czasem miało się paszport zamiast dowodu miesiąc i dłużej. Wówczas oczywiście nie wolno mu było chorować, a w każdym razie pechowiec musiał dokonać zamiany paszportu na dowód. W różnych przychodniach czasami udawało się ominąć ten wymóg, niestety nie działało to w poradniach psychiatrycznych, gdzie obowiązek poświadczenia adresu był priorytetem. Ludzie uważali więc (możliwie że całkiem słusznie) że istnieje jakiś milicyjny rejestr osób udających się po poradę do psychiatry, a więc nawet zwykli lekarze przestrzegali przed kontaktem z nim, ponieważ „ta skaza zostaje w dokumentach na całe życie”. Ja poznałam osobiście dziewczynę która udając się po skierowanie do psychiatry (zresztą zupełnie niepotrzebnie, bo problem wynikł z niedoboru pewnego składnika w jej diecie, co skutkowało tikiem oka), wdała się w jakąś sprzeczkę w rejestracji, co spowodowało, że po kilku dniach odnaleziono ją w jej zakładzie pracy i wyprowadzono przez kilku milicjantów skutą kajdankami – jako, ze jak twierdzono – mogła ze złości dokonać sabotażu. Sądzicie zapewne, że od tamtego momentu jej życie zaczęło zmierzać w złym kierunku. Jeśli tak, to bardzo się mylicie. Po niedługim pobycie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zobaczyła co ludzie mogą wyprawiać, nabyła śmiałości i jako posiadająca  „wariackie papiery”, ta zahukana i zapracowana, samotna matka dwojga dzieci, kątem mieszkająca pod Warszawą u byłej teściowej, wprowadziła się do śródmiejskiego pustostanu w przekonaniu, że i tak jej nic nie zrobią. Wyrzucona z zakładu, gdzie za marne pieniądze pracowała na zmiany, po drugiej stronie ulicy znalazła lepszą pracę i lepszego niż poprzedni mąż mężczyznę, a po jakimś czasie załatwiła formalności i uzyskała legalizację zamieszkania. Jej córki skończyły studia, a jedna z nich została znaną dziennikarką.

Inny, znamienny przykład z wcześniejszego okresu, gdzie wojenne realia i przypadki całkowicie odmienić mogły ludzkie losy. Zawsze uczono dzieci, że powinny się słuchać rodziców. Pewien polski chłopiec na polskiej wsi w latach pogromów na kresach był nieposłuszny i wbrew wyraźnemu zakazowi huśtał się na furtce. Kiedy we wsi pojawiło się kilku mężczyzn i poprosiło o możliwość napicia się wody, matka zawołała chłopca, żeby zaczerpnął wody ze studni, ale dzieciak nie posłuchał, więc musiała sama pójść z wiadrem. Otworzyła wówczas drzwi i zginęła wraz z mężem i młodszym dzieckiem oraz starymi rodzicami. Dzieciak przeżył, bo furtka zasłoniła go przed oczami morderców. A przecież jego życie zmierzało w złym kierunku.

Na koniec mój osobisty przykład. Jako dziecko zostałam zabrana przez Niemców w którejś z ulicznych łapanek i zakwalifikowana do germanizacji, byłam bowiem złocistowłosą blondyneczką, prawdziwą szirlejką[*], jak mawiali moi rodzice. Uratowała mnie łapówka, wręczona przez matkę, chociaż zawsze łapownictwo było tępione głównie z moralnego powodu. Powstaje pytanie: w którym momencie kierunek mojego życia był zły, a w którym dobry? Wiemy, w którym się odmienił, ale takie odmiany przydarzały się w moim życiu nie raz i często z powodów zupełnie błahych.

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszemu młodemu człowiekowi całą gamę komplikacji jaka mogła wyniknąć z decyzji o udaniu się na przykład na zagraniczne wczasy lub wycieczkę, rozpoczęcia takich a nie innych studiów, poznania takiej czy innej osoby na jakiejś imprezie lub podjęcia pracy w pozornie zwyczajnej instytucji. A jeszcze trudniej w nieprzewidywalność wydarzeń, jaka mogła się pojawić w wyniku takiego zamiaru. Z pozoru wydaje się, że życie ma tak zorganizowane, iż nie ma miejsca na przypadki. Nawet nowo poznane osoby pochodzą ze znanych kręgów. Wydaje się więc owym ludziom, że i wszystko inne można ocenić pod kątem dobra i zła i w razie czego naprawić, bowiem nasza wola przesądza o skutkach naszych zachowań.

Nawet nie przyjdzie im do głowy jak bardzo się mylą. Ale po drodze napędzą komuś kasy.

[*]  Od dziecięcej, amerykańskiej aktorki, modnej w tamtych latach, Shirley Temple.

Kasowanie siebie

Kasia jesień2

Moja przyjaciółka oznajmiła, że kasuje swój profil na FB i zrobiła to. Ma jednak adres mailowy, telefon i nie jest trudno ją znaleźć w razie potrzeby. Nie jest też samotnikiem wyizolowanym od świata, pracuje, pisze i myśli oraz myślami tymi dzieli się z innymi. Ze zadziwieniem, a może tylko zaciekawieniem napisała mi: „W pracy jedna dziewoja stwierdziła, że kasując FB skasowałam samą siebie. Ciekawe”

Czy skasowanie fragmentu cudzej pamięci, zewnętrznej wobec JA, jest jednocześnie skasowaniem siebie? Wszak JA to nie tylko pamięć, ale i zalążki moich reakcji na to, co zdarzyć się jeszcze może i na zewnątrz mnie, i w moim wnętrzu. Jeśli nie mam żadnego wnętrza, to oczywiście kasując swój profil na FB, przecinam (ale nie zawsze) wiele nici wiążących mnie z określoną społecznością, ale nie ze wszystkimi. Wszak nie popełniam samobójstwa, żyję dalej i mogę nawet niczego więcej nie zmieniać. Jeśli nie mam żadnego wnętrza, a raczej wydaje mi się, że nie mam. Ciekawe zresztą, że pisze to ktoś zawodowo zajmujący się pisaniem (komercyjnym).

Umyślne odcinając się od posiadania telewizora (jak czyni to wiele osób), nie zrywają one bynajmniej z innymi źródłami informacji, być może nawet bardziej rzetelnymi, choć mniej spektakularnymi, ale i to ostatnie nie jest pewne, bowiem w internecie można obejrzeć wiele króciutkich filmików, związanych z co ciekawszymi wydarzeniami, międlonymi do obrzydliwości całymi dniami w telewizji. Można też być równie dobrze sterowanym, jak w oficjalnych mediach, tyle że przez własne preferencje i dążenie do wewnętrznego zadowolenia z siebie i swoich przekonań. Dlaczego więc zrywając z FB rzekomo pozbawiamy się siebie? Nawet jeśli wskutek tego jakaś cząstka nas zostanie odcięta, nie musi to być usunięcie całkowite (możliwe są inne środki kontaktu z tymi samymi osobami), a zresztą na miejsce odciętej gałęzi może wyrosnąć nowa, kto wie czy nie bardziej wartościowa.

Jeżeli jako ludzie odczuwamy potrzebę selekcji bodźców, jakie do nas docierają, odcięcie się od FB jest całkiem sensownym pomysłem. Ja też od jakiegoś czasu go rozważam. Irytuje mnie coraz więcej reklam, w dodatku źle celowanych, choć wyraźnie we mnie (np. reklamowanie przez sklepy internetowe tego co już kupiłam lub gdzieś oglądałam, ale zrezygnowałam z kupna), podczas gdy czasem jeszcze zawiesiłabym oko na czymś nowym, nieznanym, a nie na kilogramie mąki określonego rodzaju, który zdarzyło mi się kupić, bo akurat takiej wówczas potrzebowałam. Wściekają mnie owe fejsbukowe kwiatki, mordki, ptaszki, kotki i pieski, głupie sentencje, ta cała czułostkowość połączona z dziwną w tym zestawieniu agresywnością wobec tych, którzy nie podzielają nad nimi zachwytów. Złości mnie tak mało tekstów osobistych, w zamian za to upowszechnienia tekstów już wielokrotnie wcześniej upowszechnionych.. Złoszczą mnie posty zawierające filmiki, ale nie uprzedzające czego będą dotyczyć – szkoda mi czasu na oglądanie kilku minut czegoś, co potem okaże się bzdurą. Wpis mogę ocenić po kilku zdaniach, a rzut oka na film, nawet kilkuminutowy, zajmuje więcej czasu.

Wściekam się, kiedy wezmę udział w jakiejś dyskusji, a dyskutanci nie odnoszą się do przedstawionych im argumentów, tylko powtarzają w kółko swoje, jak politycy w telewizji (kiedyś mówiono: katarynka) bądź ze wszystkiego robią temat polityczny. Nawet gdy dyskutujesz o panpsychizmie zastanawiają się, jaką świadomość ma dziecko poczęte, złożone z czterech komórek i czy ta świadomość, istniejąca bądź nie, powinna mieć wpływ na rozwiązania prawne, dopuszczające przerywanie ciąży.

Na razie jednak nie rezygnuję z FB ze względu na kilka kontaktów, których po prostu mi szkoda. Wiem, że ludziom tym nie zechce się korespondować z jedną osobą, podczas gdy na FB mają dostęp do wielu, a więc dla mnie to jedyna możliwość wiedzieć, co mają do przekazania światu. Jako osoba starsza mniej mam kontaktów z ludźmi młodymi, a FB jest jakąś furtką do zrozumienia sposobu myślenia tych, których nie znam osobiście. W większości jednak już zaspokoiłam swój głód wiedzy w tym względzie (naoglądałam się czułostkowych kwiatuszków i zwierzątek) i starczy mi chyba już. Wszak prawdziwe życie przebiega obok nas, w oderwaniu od tego, co się czyta i przeżywa na forach społecznościowych.

Tymczasem czekają na nas takie relacje z codzienności jak na blogu http://kresowazagroda.blogspot.com/, a gdzieś, na jakiejś działce, buduje się nowe szambo i dwa świerczki zostały uszkodzone, ale posadzone z powrotem. Czy się przyjmą?

jabłonka

Wycięta rajska jabłoń chorowała i usychała, jakby wiedziała, że od kilkunastu lat to miejsce nieżyjący już gospodarz przeznaczył pod nowe szambo i dyskutowano jego budowę i wycięcie drzewka przez tyleż czasu. Czy nieszczęsna jabłonka wiedziała, że jej lata są już policzone? Czy porost islandzki, który ją opanował, chciał skusić swoją rzadkością w tym miejscu i odwieść przyszłych wycinaczy do zmiany decyzji? Może tak właśnie przejawiał się początek pomysłu twórców teorii panpsychizmu? Czytam książkę „Sekretne życie drzew” i choć nie ma w niej niczego, o czym z grubsza nie wiedziałabym z innych źródeł, jest nowe spojrzenie na całość ekosystemu, w którym i my, ludzie, mamy wyznaczone miejsce, możliwe że całkiem inne, niż sami sobie uzurpujemy.

Jednocześnie poznaję dyskusję związaną z panpsychizmem, wywołaną pewnym artykułem i staram się wyrobić sobie własny pogląd na to zagadnienie. Zastanawiam się czy przypadkiem definicja samoświadomości nie powinna ulec zmianie. Do przykładowych obiektów, które można podejrzewać o samoświadomość, można też chyba dodać ule i mrowiska (jako zespoły jednostek) i inne tego rodzaju, a nawet ludzkich uczestników zbiorowych demonstracji czy rozruchów. A także Wszechświat. Kosmos wszak czasami (co widać świetnie w niektórych horoskopach) zachowuje się jak zbiorowość prowokująca np do erupcji buntu, wszechobecnych pomyłek, rozkojarzenia itp. Ja bym zadała takie pytanie: Czy istnieje nieuświadomiona osobowość? Na moim parapecie leży dziwny kamień i ilekroć spojrzę na niego, zastanawiam się, czy istotnie przedmioty tzw. martwe nie mieszczą w sobie cząstki życia, jeśli nie własnego, to innych istot. A może to tylko jego kształt, zbliżony do pewnej góry z dawno obejrzanego filmu o spotkaniu z kosmitami, przywołuje takie sugestywne skojarzenia?

Te wszystkie zajęcia uświadamiają mi, że główny nurt mojego życia płynie poza FB, rozlewa się szerzej, a korzystając z wielu rozmaitych źródeł, jest o wiele bardziej intensywny, choć na szczęście, nie zawsze dookreślony. Czy więc wypisując się z tego środowiska, jak zrobiła to moja przyjaciółka, ja skasowałabym samą siebie, a przynajmniej ważną cząstkę mnie? Może skasowałabym jakąś formę uzależnienia, to wszystko. Zawsze mogę uzależnić się od czegoś innego, przynajmniej chwilowo. Odłączyłabym się tylko od pewnego mojego portretu, nie koniecznie prawdziwego, który jednak przynajmniej w części zostanie w pamięci znajomych. Każdy twórca jednak rozstaje się ze swoim dziełem, z niektórymi zaś powinien rozstać się wcześniej, niż to istotnie zrobił, dla dobra własnego i ludzkości.

Współcześnie panuje trend do odcinania się całkowitego, np wypisywania się z kościoła katolickiego. Jeżeli KK mnie mało obchodzi, nie chce mi się też zabiegać o formalne wypisywanie, poszukiwać świadków, prowadzić korespondencji itp. Chyba że jestem ateistą wojującym, który z ateizmu uczynił coś na kształt religii.

Wypisywanie się z jakiejś społeczności nie jest tylko wyrazem nieufności wobec niej, ale i wyrazem braku zaufania do innych grup, w które wrośliśmy. Pół biedy, jeśli ma oblicze odcinania pępowiny, gorzej jeśli jest szukaniem innych pępowin, zamiast własnej niezależności. Tak to widzę. Współczesność obfituje w postawy, których wyrazem jest dziecinny nos przyciśnięty do wystawy: wszystko mnie pociąga, wszystko chciałbym kupić, kiedy jednak przyniosę to do domu, przestaje mi się podobać. Za mojej młodości mówiono o takich ludziach: „Wilcze oczy popie gardło, co zobaczy to by żarło” Niestety, w kulturze niedoboru nie miałam okazji spróbować tego doświadczenia i chyba na zawsze pozostanie ono dla mnie obce. Wiem jednak, że każda radykalność jest drogą donikąd, w każdym razie nie daje tego, na co się oczekiwało.

Wymienność czyli o psach, kotach i kokardkach

Z przyjaciółmi nie boimy się wymieniać informacjami. Wiedzą o nas rzeczy, które ukrywamy przed innymi. To wyraz naszego zaufania do nich i wyzbycie się obawy, że wykorzystają je przeciw nam. Także i wiara, że nasz obraz w ich oczach nie straci przez świadomość, że nie jesteśmy do nich we wszystkim podobni – w trybie życia, poglądach, obawach i ich charakterach. Co zrobić jednak z ludźmi, których uważamy za przyjaciół, a którzy nie mówią nic o sobie? Zaprzestać przyjaźni czy dopytać o sprawy dotychczas nam nieznane? A jeśli ich doświadczenia tak bardzo są odmienne od naszych, że nie wiemy nawet nic z ich życiorysów? Czy może zbyt wcześnie uznaliśmy ich za przyjaciół? Czy też idąc po linii najmniejszego oporu chcemy po prostu komuś wierzyć? A może to do nas należy nieustanne przyglądanie się im i wyciąganie wniosków z naszych spostrzeżeń, wybieganie naszymi myślami naprzeciwko nim?

Nie każdy chce wchodzić w mroczny świat drugiego człowieka, a jeżeli nawet weń wejdzie to formułuje wobec siebie warunki, na jakich to zrobi. Chętnie wszedłby w tę jego część, która nie popsuje jego humoru, pominął zaś resztę w której czuje się niekomfortowo. Także wieczne odgadywanie, gdy ktoś nam w tym nie pomaga, staje się nużące. Jednak nie zawsze przyznaje się do tego przed sobą, łatwiej bowiem obwinić drugą stronę, że żyje w swoim świecie i za nic ma jego wrażliwość. To jest jak przeciąganie liny — i wówczas gdy napięcie przerodzi się w akcję, przyjaźń się kończy.

Są jednak istoty tak nieszczęśliwe, że za przyjaciół uznają każdego, kto choć w jednej sprawie ma zbieżne z nimi zdanie. Czasem wydzwaniają, piszą do nich rozpaczliwe maile, gdzie emocje zaburzają możliwość wyartykułowania swojego nieszczęścia, jakby tylko oni jedyni na całym świecie mieli problemy i jakby przyjaciele istnieli wyłącznie po to, żeby zajmować się ich sprawami. Czasem tylko zadadzą formalne, niecierpliwe pytanie: a co u ciebie? Po to, żeby usłyszeć: nic specjalnego — i wrócić na swoje tory, z których w istocie rzeczy nawet na chwilę nie zjechali. Ja nigdy nie czuję się na siłach takiemu komuś opowiadać o swoich sprawach. Żal mi ich, ale też czuję niechęć, choć wychowana w innych czasach, nie przyznaję się do niej, póki ktoś nie przeciągnie struny.

A co z nieprzyjaciółmi? Teoretycznie rzecz biorąc powinno być nam obojętne, co o nas wiedzą, jeśli nie mają możliwości wykorzystania tej wiedzy przeciwko nam. Tego jednak nigdy nie jesteśmy pewni, Rzadko także „miłujemy nieprzyjacióły swoje”, rzadko też im wierzymy. Czy dlatego, że po prostu nie chcemy im wierzyć, bowiem są naszymi nieprzyjaciółmi.

Gdzieś pośrodku naszych problemów z prawdziwymi i nieprawdziwymi przyjaciółmi lokują się przywiązania do domowych zwierząt. Niemniej zazwyczaj są one jaskrawym odbiciem tego co dzieje się między ludźmi. Posiadamy więc je po to aby kochać (lub odczuwać to, co za miłość uważamy), albo absolutnie nad nimi dominować, rządzić i pokazywać im ich miejsce.

Kruniczew lipiec 2016 027

Zastanawiając się nad tym, co leży u źródła nie zawsze sensownej miłości do domowych zwierzątek, trzeba sięgnąć do historii. W czasach, gdy byłam dzieckiem, nikt specjalnie nie kochał kotków i piesków. W zasadzie była tylko jedna grupa uczuciowo głęboko związana z pokojową zwierzyną – starsze, samotne panie, wdowy lub tzw. „stare panny”, bezdzietne, niemające kogo obdarzyć uczuciami, wypełniającymi ich zazwyczaj nazbyt obfitą klatkę piersiową. Reszta społeczeństwa, nawet posiadająca udomowione zwierzaki, traktowała je nie jako obiekt uczucia, a pożyteczne stworzenia, bo przywiązują się do właściciela, strzegą jego i jego dobytku i nie trzeba się specjalnie nimi przejmować, jak rodziną: żoną i dziećmi na przykład. Kochało się lub lubiło ludzi. Także pokojowych piesków i kotków było mniej, liczyło się to, że wymagają pewnych starań i ponoszenia kosztów. Nikt oczywiście nie słyszał o takich fanaberiach jak specjalne cmentarze dla zwierząt z całą ich oprawą, pogrzebami, kondolencjami dla właścicieli i tak dalej.

To były inne czasy. W pociągach, pekaesach i miejskich autobusach ludzie rozmawiali ze sobą, zwierzali się ze spraw rodzinnych i uczuciowych, użalali się i skarżyli na zły los. Jedynie nikt nie rozmawiał o polityce (szeroko rozumianej), bowiem nie było to bezpieczne. Tylko tę jedną kategorię zwierzeń można było przeciw komuś wykorzystać. Cóż mógł zaszkodzić przypadkowy rozmówca z pociągu, nie znający nazwiska, imienia ani adresu? Mógł być dobrym słuchaczem, ciekawym życiowej historii i tyle. Nie budziło większego zainteresowania nawiązywanie rozmów z nieznajomymi.

Stopniowo czas ten przemijał i gdy byłam już dorosłą kobietą, ten zwyczaj zanikał. Może tylko czasem trafiał się jakiś odmieniec, epigon dawnych czasów, na którego patrzono z ironią i raczej wstydzono się nawiązywać z nim rozmowę, żeby nie zarazić się śmiesznością. Skoro chce, niech opowiada sobie coś w próżnię, ja tam nie będę reagować. Echem tamtych czasów było moje opowiadanie „Kosmitka” o dziewczynie, która zaczęła śpiewać w pociągu.

Zwierzę ma pewną wyższość nad ludźmi. Nie skomentuje twoich opowieści, które wygłaszasz wobec otoczenia, nie obrazi się, gdy wysłuchawszy homilii na dzień dzisiejszy, wepchniesz się ze swoją nieproszoną radą czy komentarzem, nie odpysknie, że wygłaszasz ją nie po to, żeby cokolwiek miał do powiedzenia w tej sprawie. Masz cicho siedzieć i słuchać, bo pan/pani mówi. Jest więc przyjacielem idealnym. Potrafi nawet okazać zrozumienie człowiekowi, choć kto go tam wie, co naprawdę sobie myśli. Wasze stosunki są proste i zrozumiałe — ty dajesz mu jeść, on cię słucha i kocha. Jaka przewaga nad niewdzięczną rodziną i dziećmi, którym trzeba różne rzeczy tłumaczyć i przestrzegać pewnych standardów zachowania, a w ogóle raczej należy z nimi od czasu do czasu rozmawiać!

Jednak czasami, niespodziewanie można się uwikłać w tę z pozoru bezproblemową miłość. Zwierzęta, jak i ludzie, kiedy wyczują jak daleko mogą się posunąć, potrafią człowieka zdominować.

Tak jakoś mam, że i zwierzęta i dzieci traktuję jak ludzi. Nikogo z nich nie kocham ot tak sobie za nic, jednych lubię bardziej, innych mniej, a wszystkich traktuję jak równych sobie, na swój sposób rozsądnych i myślących. Jestem daleka od czułostkowości, nazywanej miłością do zwierząt. Może więc jaśniej widzę to wszystko, co naprawdę nas z nimi łączy. I przyznam się, nie każde dziecko w moich oczach jest milusińskie, nie każde zwierzę pieszczoszkiem. Obserwując niedawno małe, prawie identyczne kotki doskonale nauczyłam się odróżniać je po zachowaniu i charakterkach, byłam też świadkiem jak powoli zdominowały swoją panią i wierzcie mi, to wcale nie był miły widok. Widziałam też pełne przemocy zachowania starej kocicy, którą zdjęto z piedestału, jej mściwość i gwałt wobec małych. Świat w istocie się nie zmienił z tego powodu, że kotami zastąpiono ludzi, tylko ludzie, zniżając się do zwierząt, czują się lepiej. Ale czy to, co otrzymują, jest naprawdę tym, czego pragnęli?

Zawsze jednak można kotu zawiązać kokardkę, a pieska ubrać w kubraczek. I wierzyć, że ten czy inny strój mu się podoba i jest nam za niego wdzięczny doceniając nasz dobry gust.

Czasami (o zgrozo!) przychodzi mi do głowy, czy przypadkiem strojenie lalek przez dorosłych ludzi nie jest pozyskiwaniem sobie nowej kategorii przyjaciół, jeszcze bardziej milczących i jeszcze mniej kłopotliwych.

Zaułek czołgających się nietoperzy

nietoperz

Dawno temu, gdy byłam jeszcze bardzo sprawna fizycznie w czasie jakiejś kursokonferencji w Zakopanym wybraliśmy się w kilka osób na wycieczkę w którąś dolinę i tam wpadło nam do głowy wejść do spotkanej po drodze jaskini. Prowadził nas ktoś miejscowy, wątpiący czy uda nam się dostać do pięknej sali ze stalaktytami i stalagmitami, mogącej stanowić zwieńczenie spaceru. Jego niewiarę podzielali chyba dysponenci tego miejsca, ponieważ w żaden sposób nie zabezpieczyli wejścia do jaskini. Istotnie, po jakimś czasie natrafiliśmy na miejsce, które podobno nazwano korytarzem czołgających się nietoperzy.

Pośrodku przejścia znajdowało się duże wgłębienie od ściany do ściany wypełnione wodą, nad nim zaś skalny nawis nie pozwalający przejść w sposób wyprostowany. Aby pokonać to miejsce i nie zamoczyć się należało dać duży krok, a jednocześnie pochylić głowę poniżej kolan i w tej pozycji przesunąć się do przodu zresztą bez możliwości przytrzymania się czegokolwiek. Mnie to udało się jako komuś, kto w młodości łatwo wykonywał szpagaty, a za mną mojemu szefowi, chociaż on niezbyt stosownie ubrany, zamoczył sobie skraj płaszcza. Reszta osób, przeważnie starszych pań, została przed przeszkodą. Obejrzeliśmy oczywiście ową salę, bardzo piękną, ale nie tak piękną, jak fotografie podobnych miejsc w innych górach, w innych krajach, ale nasza satysfakcja z wyczynu była mniejsza z braku widowni, przed którą moglibyśmy się na gorąco pochwalić sukcesem.

Szef jednak przyzwyczajony do wygłaszania mądrych zdań na rozmaitych naradach w wyższych sferach politycznych, od razu wyciągnął wnioski z naszej sytuacji i porównał ją do pozycji i realnych możliwości instytucji, którą reprezentował, jednak po powrocie do reszty wycieczki już tego porównania nie powtórzył. Odtąd jednak zwykł był komentować różne zawirowania polityczne przedstawiając je jako fakt znajdowania się w korytarzu czołgających się nietoperzy (dającym jakąś możliwość sensownego wyjścia) lub zaułku czołgających się nietoperzy, gdzie nawet nie warto było próbować, ponieważ żadnego wyjścia z niego nie było.

Mnie te komentarze zachwycały, ale osobom, które nie znały źródła powiedzenia, wydawały się dziwaczne i manieryczne, zresztą nie bardzo wiedziały, o co chodziło.

Od tamtej pory często myślałam o różnych sytuacjach kategoriami tamtego doświadczenia, obliczając szanse wyjścia z nich bez  szwanku, a z sukcesem lub sukcesem okupionym zamoczeniem, czy też pokonania przeszkody po to, by stwierdzić, że nie warto było w ogóle tego robić.

Dziś myślenie tego rodzaju powróciło do mnie za przyczyną oficjalnego uzasadniania rozmaitych przedsięwzięć, które rzekomo trzeba zainicjować, aby osiągnąć pozytywny cel. Minister zdrowia uzasadniając sensowność wprowadzenia sprzedaży na receptę pigułki dzień po twierdził, że może ona szkodzić. Oczywiście jej ewentualna szkodliwość nie zmieni się od tego, czy wypisze się na nią urzędowy papierek, czy sprzeda bez tego papierka. W dodatku inny kontrowersyjny środek dla panów w pewnych kłopotach, który także może być szkodliwy (zrezygnowano ze stosowania go jako lekarstwa w całkiem innym schorzeniu), sprzedawany jest bez owego urzędowego papierka.

Sytuacja z tymi środkami podobna jest wspomnianemu zaułkowi czołgających się nietoperzy. Działanie podejmowane w ogóle nie ma sensu, ponieważ nigdy nie zostanie zwieńczone jakimkolwiek powodzeniem i jest działaniem sztucznym. Oczywiście jeżeli panom się wydaje, że sprawność ma tu znaczenie najważniejsze, to nie do mnie należy odbieranie im złudzeń. Cedowanie zaś odpowiedzialności na lekarza-urzędnika, co ma znaczenie w przypadku pań, nie zmieni żadnej z sytuacji, w których się znalazły i w której środek miałby zostać użyty, a która już przecież została w przeszłości dokonana, zmieni za to zasadniczo pozycję biorcy (właściwie biorczyni) środka o tyle, iż przekuje ją na opresywność decydenta wobec kobiety. Dalej, jak w owym zaułku: jedne biorczynie go pokonają, inne nie, w pozostałej zaś części społeczności wyrobi się przekonanie, iż o nas zawsze musi decydować ktoś inny, a z czasem może wyrobić nastawienie oczekiwania takiej decyzji, zamiast osobistego odpowiadania za własne życie i własne decyzje.

Pisząc swoją powieść o dwudziestoleciu międzywojennym bardzo dokładnie przez dwa lata czytałam prasę z tamtego okresu. Przy okazji śledziłam dokonania dokumentujące drogę bolszewików do zdominowania całego życia społecznego Rosji, a właściwie ZSRR. Zaczynało się od spraw drobnych i banalnych. Jedną z nich był zakaz całowania się na ulicy (rzekomo z powodów higienicznych). Polska prasa tamtych lat wyśmiewała się z dekretów komunistów zakazujących takich czy innych głupot, noszenia jakiegoś rodzaju odzieży, fryzury itp. Jak wiemy, zaczynało się od drobiazgów, a zdominowano całą sferę prywatności człowieka. Po roku 1990 wydawało się, że skończyliśmy z tym bezpowrotnie i możemy odetchnąć, dostaliśmy się bowiem do pięknej sali, w której możemy podziwiać naturalnie ukształtowane kryształy. Okazuje się jednak, że oglądane przez nas kryształy nie są aż tak piękne, jak w innych wspaniałych miejscach, a w dodatku że jesteśmy właśnie w zaułku, gdzie stojąc w rozkroku musimy pochylać głowę poniżej kolan i nijak nie udaje nam się pójść dalej, w dodatku już zastygliśmy w pozycji z której raczej nie ma wyjścia bez zamoczenia płaszcza. Chyba, że padniemy na kolana, ale my podobno chcemy z kolan tych powstawać. Tak czy siak, jesteśmy czołgającymi się nietoperzami, stworzeniami sprzecznymi z naturą. A przecież podobno umiemy latać!

Jest jeszcze inny powód, dla którego przypomniała mi się owa jaskinia czołgających się nietoperzy. To symbolika obecna w naszym życiu, a zwłaszcza w literaturze, malarstwie, fotografice i innych dziedzinach sztuki. Wraz z przemijaniem PRL, zanika pokolenie przyzwyczajone do szukania „drugiego dna” we wszystkim. Symbole są niepotrzebne w czasie, gdy wszystko możemy powiedzieć wprost i bez osłonek. To, co miało sens dla pokoleń żyjących bez wolności słowa, traci go obecnie, co nie oznacza jednak, że w przyszłości znowu nie powróci.

Z drugiej strony odbiorcy sztuki stali się wygodni, nie chce im się wysilać, szukać aluzji, odniesień do innych, nawiązań do archetypów, symboli, zwłaszcza tych mniej znanych. W czasie gdy wszystko jest „kultowe”, ciężar zrozumienia sensu przenosi się z dzieła sztuki na opinię o nim. Oczywiście są symbole źle dobrane, mało zrozumiałe, hermetyczne, ale przyczyną posługiwania się nimi, nie jest utrudnienie odbioru, a pominięcie wielu wyjaśnień, które należałoby zamieścić w odnośniku. Wszyscy wiemy, co to jest „Matka-Polka” i czego jest symbolem. Wystarczy napisać zdanie o konkretnej osobie, że jest typową matką-Polką i wiadomo co. Oczywiście symbole się zmieniają. Kto wiedział pięćdziesiąt lat temu, kto lub co to są „moherowe berety”? Ten symbol nie istniał w sferze publicznej. Mimo zmiany części symboli, wypadania ze zbiorowej pamięci i pojawiania się nowych, myślenie symboliczne bynajmniej nie ginie. Weźmy chociażby parę aktualnych fraz: „katastrofa smoleńska”, „żołnierze wyklęci” „pięćset plus”. Szkoda tylko, że świat symboli obecnie wzbogacają przeważnie urzędnicy i politycy, a więc za chwilę, wraz z przemijaniem politycznych formacji, przestaną być one zrozumiałe. W natłoku doraźności, tylko niektórzy erudyci pamiętają o zjawiskach symbolizowanych przez zaczerpniętych z kultury antycznej postaci np. Prometeusza, Odyseusza oraz olimpijskich bogów. Tu muszę podkreślić wielką zasługę „Taraki” i osobistą Wojciecha Jóźwiaka, dla rozumienia świata symbolicznego, tego powszechnie znanego, czerpiącego z zasobów kultury, wymagającego jednak przypomnienia, zwłaszcza jednak tego mniej rozpowszechnionego.

Wracając do symbolu „czołgających się nietoperzy” Jest to jeden z symboli prywatnych ale mających wspólne korzenie z symbolami powszechnymi jak „walka z wiatrakami” – zaczerpniętym z dzieła o Don Kichocie, historycznym „przekroczeniem Rubikonu”. politycznym „umoczeniem się” i tym podobnymi. Siła tych prywatnych symboli, jeśli chce je ktoś rozszyfrować, tkwi w odmiennych wariantach rozumienia określonego zjawiska, w możliwości zabawy tymi wariantami chociażby dla ilustracji odstępstw od znanego i schematycznego modelu.

Niestety, posługiwanie się symbolami wymaga wiedzy o nich i pewnego wyrafinowania. Uczniowie, których zmuszano kiedyś do czytania „Pana Tadeusza” czy „Dziadów”, dostawali spory zasób, pozwalający im na własne tworzenie lub poszukiwanie symboli. Tym jednak, którym obrzydzono literaturę w szkole, nie chce się poszukiwać tam innych rzeczy i wartości, niż wartka akcja. W ostatnich latach w ogóle ludziom chce się coraz mniej wysilać – wszak życie ma polegać na poszukiwaniu przyjemności, a nie rozumieniu świata. Jednak dla tego ostatniego niezbędne jest posługiwanie się symboliką, jeśli nie chcemy dokładnie odwzorowywać każdego szczegółu polnej drogi przy opisywaniu kraju. Pewne rzeczy muszą być zasygnalizowane i symbol właśnie jest tym sygnałem, do czego się odwołujemy w swoim opisie, być może kładącym nacisk na inne aspekty rzeczywistości.

Szczególnie polecam artykuły Taraki o symbolach – do własnego odszukania po tagach.

http://www.taraka.pl/tag.php?tag=all

Karnawał trzydzieści sześć lat temu

sylwester001

Karnawał trzydzieści sześć lat temu. Nie było wtedy „domówek”, imprezki takie nazywały się „prywatki”. Cały rok zbierało się kartki na alkohol, żeby w Sylwestra zaszaleć. U mnie były 2 uroczystości imieninowe, moja i męża w listopadzie, plus Sylwester, zazwyczaj składkowy. Nie zapomnę pierwszego takiego Sylwestra obchodzonego w stanie wojennym na jakimś wygwizdowie Ursynowa (dziś to jest główna ulica tej dzielnicy), kiedy brnęliśmy przez śniegi i wykroty budowlane do naszego uczelnianego kolegi z dwiema koleżankami plus nasi mężowie, z siatkami i kartkowym alkoholem, a mąż jednej z nich utyskiwał, że aby napić się własnej wódki za własne pieniądze i za własne kartki musi brnąć przez jakieś bezdroża, My, kobiety, nie narzekałyśmy, choć cienkie jedwabne kiecki podwiewał wiatr, a rajstopy, otrzymane jeszcze w firmie na Dzień Kobiet 8 marca, przechowywane na tę doroczną, najwspanialszą uroczystość, nie chroniły od chłodu.

W stanie wojennym imprezy były całonocne, bo obowiązywała godzina policyjna. Jeśli było trochę za głośno, potrafił pojawić się patrol, ale na ogół panom z patrolu humor poprawiał śledzik i to, w czym lubi on pływać. Niestety, ja pracowałam w firmie zmilitaryzowanej 24 godziny dyżuru na 24 odpoczynku i o szóstej rano w Nowy Rok musiałam stawić się w biurze. Ten Sylwester był dla mnie szczególnie trudny, bowiem zawirowania osobiste (które zaowocowały po latach opowiadaniem „Imieninowe przyjęcie”) wprawiły mnie w depresyjny nastrój, gdy niepowodzenia osobiste łączyły się z polityczną sytuacją kraju i ogólnym poczuciem klęski we wszystkich aspektach życia.

Pozostawiwszy rano towarzystwo leżące pokotem wszędzie, gdzie się dało, pełna niewysłuchanych do końca żalów i pretensji tych nieco trzeźwiejszych gości, nadspodziewanie trzeźwa i rozumiejąca dogłębnie nie tylko Polskę, ale i cały Wszechświat, udałam się do pracy na ulicy Garażowej, jako dyżurny spedytor. Po drodze kilkakrotnie mnie legitymowano, zwłaszcza że ewidentnie wracałam z imprezy w długiej, złocistej kiecce i cienkich pantofelkach, ponieważ moje kozaczki (buty na futerku) ktoś zawinął w szalik i podłożył sobie pod głowę w charakterze poduszki.

Dzień w pracy zaczęłam od zaparzenia kawy. Ale cóż to była za praca, skoro telefony (jak w początku stanu wojennego) nie działały. Rozłożyłam polówkę znajdującą się na wyposażeniu dyspozytorni z zamiarem odespania trudnej nocy, kiedy przygotowania przerwało mi walenie w drzwi. Pojawił się patrol Milicji czy ORMO, nie pamiętam i choć miałam pietra, musiałam ich wpuścić. Na szczęście chłopaki nie mieli złych zamiarów. Zadowolili się kawą i polówką, na której przysypiali na zmianę oraz miłą rozmową. Wyregulowali mi ciepłotę grzejników, a nawet odśnieżyli chodnik od ulicy, co należało do obowiązku dyżurnych spedytorów. Opowiadali mi o swoich dziewczynach, które bawiły się na Sylwestra nie wiadomo z kim, a ja użalałam się nad ich losem i było bardzo miło (choć nie do końca wolna od strachu w przerwach przysypiałam w fotelu naprzeciw milczących wskaźników i niezapalonych światełek telefonicznej centralki). O dwunastej przyszła moja koleżanka, a chłopcy udali się na patrol, ja zaś mogłam odrobinę się przespać.

Ten poranek utkwił mi w pamięci na wiele lat, ponieważ cała ta rewolucja wydawała się śmieszna w obliczu osobistych problemów wszystkich ludzi w otoczeniu (wraz z chłopcami z patrolu) spowodowanych gromadzeniem wódki, papierosowych skrętów i emocji na ten jeden, jedyny dzień w roku, co owocowało zawirowaniami prywatnego życia, ale nie sposób było wyekstrahować go z ogólnej fali politycznej, więc było to podwójnie dołujące. W dodatku jako ówczesna zaoczna studentka w perspektywie kilku najbliższych dni miałam sesję egzaminacyjną z potworną statystyką i jeszcze potworniejszą PRL-owską rachunkowością, gdzie zgodnie z popularnym powiedzonkiem „po to są działy i rozdziały, żeby chłopki nie wiedziały, gdzie się ich pieniądze podziały”

Po 24-godzinnym dyżurze wracałam do domu, dźwigając ciężkie siaty z jakimiś sześcioma nieoskubanymi kurami z likwidowanej fermy, zabijanymi poprzez przejechanie po nich pojazdem robur tudzież przydziałem trzech kilo żółtego sera z serwatki i kostką masła oraz pasztetówką (podobno produkowaną z papieru toaletowego – jak mówiono) z systemu pozakartkowego dla zmilitaryzowanych. Co jednak miało to za znaczenie, gdy moje serce krwawiło, a moja przyjaciółka okazała się moją rywalką, zaś jej mąż wyrzutem sumienia, iż nie zapanowałam nad sytuacją! Stan wojenny zdołowałby mnie do reszty, gdyby nie to, że ów patrol posunął mi rozwiązanie pozwalające na uzyskanie zwolnienia lekarskiego od wszystkich moich zmór.

Świat oglądany następnego poranka o szóstej rano, gdy mrok jeszcze spowijał ziemię, uwolnił mnie od wszelkich złudzeń, jakie miałam do tej pory. Nic już od tamtej pory nie było takie samo i przez lata całe potem uważałam się za kogoś całkowicie uodpornionego na wszelkie zawirowania losu. Nie odczuwałam żadnych emocji, na wszystko, co mi się przytrafiało, byłam z góry przygotowana, zimna i odporna. Moi ówcześni bliscy wspominają mnie jako chudą, rudą (farbowaną) i niewzruszoną. W tamtym czasie zaczęłam też robić karierę zawodową. Dopiero wypadek komunikacyjny w 1996 roku, wyrzucając mnie na manowce czynnego życia, uwolnił ze mnie tę nagromadzoną przez lata twardość. W szpitalu kardiologicznym na muzykoterapii przez cały czas lałam łzy, gdy inni po prostu spali. Potem zaś bałam się śmierci i ogółem byłam rozbita. Ubierałam się i z domu wychodziłam jedynie wówczas, gdy czułam się tak źle, iż dopadał mnie paniczny lęk przed śmiercią, bo moja lekarka z przychodni powiedziała mi, że gwarancją uzyskania pomocy nie jest leżenie w łóżku, a zasłabnięcie na ulicy, najlepiej na przystanku.

Historia politycznych przemian oglądana oczami kobiety jest zupełnie czymś innym niż zwykłe polityczne zawirowania i zupełnie czymś innym niż heroizm opozycji. Oglądane z bliska osoby i wydarzenia pozbawione były tej legendy, którą potem obrosły; mnie osobiście jawiły się jako stado nieudaczników, miotanych od skraju do skraju i nie miało wielkiego znaczenia, kto, po której jest stronie. Z tej perspektywy nikt nie odnosił sukcesów, wszyscy zaś mniejsze czy większe klęski.

Z radością w tamtych latach początku stanu wojennego powitałam ostatki i koniec karnawału. Wszystko nareszcie było normalne, bez oszukiwania się, że jesteśmy wolni i możemy z tej wolności korzystać. Zwłaszcza że gdy my nie możemy, nie powinni też inni. To mściwe zadowolenie, że karnawał kiedyś się kończy, tkwi we mnie do dziś.

Spełnione przepowiednie

IMG_2904

Wiele lat temu, gdy byłam jeszcze studentką polonistyki, wakacje spędzałam jako przedszkolanka na koloniach, co pozwalało mi jednocześnie na pobyt w pięknych miejscach naszego kraju, najedzenie się gotowanych potraw oraz przygotowywanie do zawodu nauczyciela (który porzuciłam po 5 latach pracy).

Lubiłam zawsze rozmawiać z ludźmi, bez wyboru i wcześniejszych założeń, a zwłaszcza z wiejskimi kobietami, możliwe, że dlatego, iż w ich towarzystwie nie czułam własnej niższości doznawanej na co dzień. Te rozmowy po latach zaowocowały moją powieścią „Sierotka”, gdzie chciałam dać głos wszystkim poniżanym dziewczynom w czasach, gdy kobiety były traktowane jak nic warte statystki męskich losów. Mój bardzo dobry znajomy, doktor filologii, ówczesny intelektualny autorytet, późniejszy naczelny redaktor literackiego czasopisma, zdający się (w moim przekonaniu) rozumieć wszelkie drgnienia ludzkiej duszy, kształtujący mój ogląd literackiego przetworzenia świata, w jakimś poważnym artykule kilka lat później określił kobiece pisanie jako „literaturę majtkową”. Dla niego i jemu podobnych, opowieści z babskiego punktu widzenia były żenujące, krążyły wokół porodów, miłości i nienawiści do świeżo urodzonych dzieci, rozmemłanej psychiki, rozpiętej między uczuciami a żałosną codziennością, z jej prymitywną cielesnością, niezrozumiałymi wymaganiami wobec świata, problemem akceptacji ludzkiej zwierzęcości, nawet zgłaszanym w postaci nie dosłownej, a przetworzonej w poezji. To nie były tematy godne jej doniosłości. Z jego punktu widzenia miałam podstawową wadę – nie byłam w stanie się zaszufladkować do określonej kategorii twórczej (co pokutuje do dziś mimo mojej starości). Ja zaś ubolewałam nad tym, że nie potrafię wyrwać się poza swój stan i w gruncie rzeczy niczego nie jestem pewna. Wiele lat wierzyłam jego oglądowi świata, co oczywiście jest świadectwem mojej życiowej naiwności, do czasu, gdy nie trafiłam na piękne teksty Jeana Geneta. Wszystko przemawiało przeciwko niemu, a zwłaszcza jego życiorys, jednak było to piękno i wzniosłość w pogardzanej odmianie miłości, nieakceptowane przez literackie lobby. Moim zdaniem czytałam wówczas najpiękniejsze teksty o miłości (choć całkiem nieprawomyślne). Cała reszta wpojonych mi literackich zastrzeżeń stanęła dużo później pod znakiem zapytania, ale to był dopiero początek.

Wracając jednak do czasów kolonii w podlaskiej scenerii (wieś Tokary): zgłosiła się do mnie pewna starsza kobieta w czasie, gdy pełniłam funkcję kierowniczki, z prośbą o sprzedaż zlewek dla jej świń. Takich próśb było kilka, ona jedna miała argumenty, które mnie przekonały. W zamian za to powróżyła mi moje losy aż do śmierci – co wówczas wydawało mi się śmieszne i głupie. Co mi ta kobieta wróżyła?

Po pierwsze męża bruneta i rówieśnika – podczas gdy ja zazwyczaj kochałam się w blondynach, nawet typie tzw. świńskich blondynów, uważanych za zrównoważonych intelektualistów i stanowiących całkowite przeciwieństwo do dziewczyn mojego rodzaju, o których rodzina mawiała, że nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Mój ideał męskości musiał być starszy ode mnie i być bardziej doświadczony – taki archetyp ojca, którego naprawdę nie miałam, ponieważ mój tata, nawet gdy był z nami, nigdy nie był dojrzałym facetem. Ewentualnie mógłby też być kimś o wiele młodszym ode mnie, na początku drogi zrozumienia między kobietą a mężczyzną, z którym odnajdywalibyśmy własne, niestandardowe ścieżki. W każdym razie nie oczekiwałam, że będzie moim rówieśnikiem, skądże znowu! Ci byli już ukształtowani w sposób nierokujący dla mnie nadziei.

Po drugie wróżyła mi dwóch synów, gdy ja pragnęłam posiadania córek. Nie będąc przekonania o tym, iż jakikolwiek mężczyzna może mnie zrozumieć, uznałam, że takiego zrozumienia mogę jedynie oczekiwać od ewentualnej córki. Miałam dla niej nawet gotowe imię – Ludmiła. Miała miłować ludzkość i każdą jej cząstkę, miała być dziewczyną silną i niezależną z właściwą dozą bezlitosności, której mnie brakowało. Mówiąc o dwóch synach, na początku wahała się. Jeden, dwóch – wreszcie zdecydowała się na dwóch. Okazało się, że miałam bliźnięta.

Po trzecie – kobieta owa oświadczyła mi, iż na starość wprawdzie nie zdobędę jakiegoś znaczącego majątku, ale nie będę miała problemów materialnych, co wydawało mi się zupełną bzdurą. Ja, która potrafiłam ukraść dziecku w parku bułkę z wędliną, nie miałabym problemów materialnych? Niemożliwe`! Lata całe brakowało mi pieniędzy do pierwszego, a tu taki luksus nie do wyobrażenia!

Przepowiedziała mi też inne wydarzenia w moim życiu, nie określając ich tak dokładnie, ale na przykład moment zagrożenia życia w drugiej jego połowie, co sprawdziło się w związku z wypadkiem komunikacyjnym.

Przepowiednie owej kobiety utkwiły mi w pamięci na wiele lat, ponieważ takie były nieprawdopodobne. A jednak spełniły się co do joty.

Dzisiaj, na starość wiem, że wiele kobiet ma talent przepowiadania przyszłości, choć im jest on większy, tym mniej mu wierzą. Czasami mówią sobie: będzie tak, i tak, i ku swojemu zdziwieniu trafiają w sedno. Nie są im potrzebne karty, astrologia i inne wspomagacze, same nie mają pojęcia, skąd ich talent się bierze i nazywają go niegroźnie intuicją. Niestety, talent ten rzadko trafia się wśród zawodowych przepowiadaczy, trudno więc na kogoś takiego natrafić.

Charakterystyczne jest także, że z im starszą osobą mamy do czynienia, tym mniej jest zainteresowana odgadywaniem i obnażaniem przyszłości. Większość z nich nie wierzy w zaskoczenia, sądzą więc, że nie warto się upewniać co do tego, co raczej powinno nastąpić. Odgadywanie rodzaju choroby, na którą się umrze, nie jest zabawne, ani do czegokolwiek potrzebne. Do zajęcia się przyszłością mogą jedynie skłonić sprawy życiowe jak na przykład ową kobietę chęć uzyskania stołówkowych zlewek dla swoich świń.

Ta kobieta, która nie wychodzi mi z pamięci, nie potrzebowała niczego do swoich wróżb, ani kart, ani patrzenia w rękę. Siedziała na kuchennym stołku, trzymając między nogami wiadro porzeczek, które przyniosła w prezencie i mówiła.

Wiele lat później zastanawiam się, jaki mechanizm odpowiada za przewidywanie przyszłości. Czy bierze się on z własnego wnętrza, własnej intuicji czy stanowi podpowiedź nieznanych sił, dających sygnały pozwalające wybrańcowi na wyczucie jakości czasu i atmosfery otaczającej danego człowieka. Może bierze się też ze sprzężenia dwóch osób, powodującego, iż rozumieją swoje losy bez słów, ponieważ istnieją między nimi wewnętrzne podobieństwa i nieświadomy kontakt. Dlaczego jednak rzadziej umieją przewidzieć własne losy? Czy brakuje do tego drugiej osoby?

Jan Witold Suliga na którymś ze swoich kursów Tarota demonstrował proces wróżenia na podstawie jednego z układów. Snuł swoją fikcyjną opowieść serwowaną hipotetycznemu klientowi ze swadą i bez wahania, jako ćwiczenie wyobraźni i umiejętności budowania fabuły. Wśród nas były osoby dość naiwne, skłonne do rozważań, jak w ogóle można wróżyć komuś, kto nie istnieje. Sądziły, że aby komuś wróżyć, trzeba świadomie i dokładnie wiedzieć, co się za chwilę powie. Potem ćwiczyliśmy w parach (które dobierały się same). Nie było łatwo: pytania do zadania ustalono dla wszystkich jednakowe i były one jak najbardziej konkretne. Nie można było lać wody, należało w odpowiedzi podać rok, miesiąc (w określonym zaokrągleniu) jakiegoś wydarzenia z życia, np. ślubu, urodzenia dziecka, jego płci itp. Pytań było dość dużo, tak żeby trudno było prawidłowo odpowiedzieć na większość, licząc na los szczęścia. Par było z dziesięć i wyraźnie dawało się dostrzec, że niektóre z nich odpowiadały bardzo dobrze, inne zaś za każdym razem trafiały kulą w płot. Powtórzenie ćwiczenia z odwróceniem ról w tych samych parach nie zmieniło trafności. Niestety, nie przeprowadzono ćwiczeń z innym układem par.

Do czego zmierzam? Mamy mnóstwo wróżek i wróżów, ale nie mamy żadnego systemu weryfikującego ich zdolności. Gdyby taki system istniał, jakieś zawody na przykład w trafności przewidywań, może udałoby się wyodrębnić i odkryć pewne prawidłowości. Z oczywistych względów nikt jednak taką rywalizacją nie jest zainteresowany.

I jeszcze jedno spostrzeżenie. Z moich obserwacji wynika, że we wróżeniu w zwykłych sprawach zwykłych ludzi znacznie lepsze są kobiety. Nie mają takich wpadek jak wróżący wydarzenia polityczne mężczyźni, których prognozy, z pozoru łatwo przewidywalne, nie sprawdzają się. Owszem, łatwo przewidzieć tendencje, ale trudno rzeczy niespodziewane. Co jest przyczyną tej przewagi kobiet? Zepchnięte zwykle do pogardliwie określanych „majtkowych spraw” tkwią w nich od wieków, a prawdziwe wróżby właśnie ich dotyczą. Dobry mąż, zły mąż, brunet, blondyn, dzieci, córki, synowie, druga kobieta, blondynka, brunetka, fałszywa przyjaciółka, pieniądze, zdrowie, życie, śmierć. Tylko na pytanie: „czy on kiedyś do mnie wróci?” litościwe wróżki odpowiadają dwuznacznie, choć wiadomo, że ten, kto odszedł, nigdy nie wraca, a jeśli nawet wraca, to nie jest ten sam.

Pod bardzo wieloma względami wróżenie jest literaturą.

Przykuci do czasu

Są ludzie zanurzeni w tym, co było i są też ludzie zatopieni w teraźniejszości, silnie z nią związani, ale związkiem negatywnym, pełnym żalu i pretensji, ocen sprawiedliwych lub nie, zawsze jednak bardzo subiektywnych, niczym zdradzeni kochankowie narzekający, jęczący, bezustannie sarkający i psioczący na wszystko.

Zastanawiam się, czy to nie jest ten sam gatunek ludzi — jednokierunkowych. Choć żyję dość długo, nie byłam w stanie obserwować rozwoju tego typu człowieka, ponieważ sama ewoluowałam i moje spojrzenie, jako nieobiektywne, nie może być wystarczające, Ze swojej ewolucji zauważyłam tylko to, że z krańcowego egotyzmu (nie mylić z egoizmem) w miarę upływu lat wyzwalałam się, przenosząc swoje zainteresowanie z siebie na innych ludzi. Jako młoda dziewczyna robiłam to z pewnego wewnętrznego przymusu (bo nie chciałam być zapatrzoną w siebie i patrzącą na świat jak koń z klapkami na oczach) i dopiero z biegiem czasu odnalazłam w takim oglądzie świata satysfakcję. Dlatego też moja obserwacja etapów przemiany ludzi jest wysoce niedoskonała. Mając jednak 75 lat, powinnam odznaczać się pewną przenikliwością umysłu, jeśli nie chcę być traktowana jako zdziecinniała staruszka. Muszę więc zabrać się do podsumowania swoich doświadczeń.

Wyrosłam w środowisku i w czasach, gdy podstawowym modelem społecznego zachowania było narzekanie. Ze zdziwieniem odkrywam, że pozostało ono nadal aktualne. Ostatnio przestałam obserwować pewnego wspaniałego astrologa, który marnował swój czas i zdolności na komentowanie bieżących wydarzeń (albo wypowiedzi) politycznych. Mimo zbieżnych często poglądów raziły mnie jego polityczne komentarze, nie tyle ze względów intelektualnych, ile z nieustannej permanentnej krytyki, bez różnicy czego dotyczyła, spraw ważnych czy dupereli. Nie chciałam tego czytać – z przyczyny nadmiaru złości wylewanej na świat, która dołowała mnie każdego rana, gdy odpalałam FB na swoim komputerze. Możliwe, że miał rację, ale ile negatywnych obrazów można znieść! Ile napaści na ludzi mających takie, a nie inne poglądy, postępujących tak czy inaczej, ba, wręcz myślących nie tak, jak my. Wszak mamy i własne, prywatne niemiłe sprawy i nie chcemy, żeby nasz wewnętrzny świat tracił równowagę za sprawą jakiegoś jęczyduszy (niezależnie od tego, ile miał racji). Nie chcemy też (przynajmniej ja) bawić się w ocenę i krytykę wszystkiego dosłownie, o czym usłyszymy lub przeczytamy, uważam bowiem taką reakcję jedynie za zaśmiecanie umysłu.

Dziś przeczytałam czyjś link do artykułu:

http://businessinsider.com.pl/technologie/nauka/narzekanie-wplyw-na-mozg-wedlug-psychologii/m8fzm18

skąd dowiedziałam się, że narzekanie niszczy mózg. Czułam to przez skórę!

Wydawało mi się zawsze, że człowiek narzekający, wpada w jakieś koleiny, które go niosą niczym samochód na wiejskiej drodze, a gdy staną się zbyt głębokie – co kiedyś widziałam – samochód zawiesza się i potrzeba dużo trudu i zewnętrznej siły, żeby go przestawić.

Podobne wrażenie jak z narzekaczami odnoszę przy spotkaniach z innymi jednostronnymi ludźmi, wspomnianymi na wstępie. Zanurzenie w tym, co było, jest czasem potrzebne, zwłaszcza osobom starszym. Pozwala wracać do niegdysiejszych spraw z bezpiecznej odległości czasowej, gdy wszystko, co się stało, już się stało i nic nie jest w stanie tego odmienić, bo paradoksalnie wpływa to w jakiś sposób na nasze poczucie bezpieczeństwa. Trzeba jednak mocno dbać o to, by nie wpaść w koleiny, w których łatwo się zawiesić, opowiadając na przykład co roku tę samą nudną historię o autokarowej wycieczce do Bułgarii za komuny lub powtarzając te same wielokrotnie przetrawione komunały.

I są też ludzie, którzy nie wyobrażają sobie, że kiedyś mogło być inaczej niż tu i teraz. Dla piszącego, występującego w roli czytelnika, jest to coś w rodzaju zgrzytu żelazem po szkle.

Czytuje się literackie gnioty, pisane bez żadnej dbałości o realia, ba, czyniące z tego niedbania zasługę, jako że „ludzie są zawsze tacy sami, w starożytności i dziś”. Kpi się na przykład z Sienkiewiczowskiej „Trylogii” i „Krzyżaków” z powodu stylizacji języka na archaiczną, co ponoć utrudnia czytanie. Mnie jednak razi, gdy dwaj rzymscy gladiatorzy przed walką rozmawiają, rzucając od czasu do czasu k…ami. W łacinie istniały zapewne przekleństwa, ale niekoniecznie były to typowo polskie odzywki.

Lekiem na takie książki jest lektura gazet sprzed stu albo więcej lat. Frapujące odmienności w sposobie zachowania, reakcjach i przyjmowania życiowych odmienności losu, są często zabawne, ale też dające do myślenia. To nieprawda, że jesteśmy tacy sami jak sto, czy dwieście, czy tysiąc lat temu. Z perspektywy czasu charakterystyka lat, które upłynęły, ujawnia pewne cechy, które możemy od razu zauważyć. Podstawową jest odczucie pewnej naiwności ludzi wcześniejszych generacji. Inną zauważalną cechą jest pozornie mniejsza komplikacja otaczającego ich świata. Wielu przedmiotów i problemów nie było wówczas albo dopiero się zaczynały, wiele zaś odchodziło w niepamięć i dziś już nie istnieją. Kto wie na przykład, co to są postoły, z czego je wyrabiano i do czego służyły? Owszem, przeczytałam gdzieś ostatnio, że powstała grupa reaktywująca ich wytwarzanie, ale to oczywiście tylko hobby. Inny wyraz: walansjenka – został zakwestionowany przez korektę mojej książki, jako niezrozumiały.

To mniejsze skomplikowanie świata, który odszedł, jest złudzeniem oczywiście, miał on bowiem także swoje specyficzne problemy, które dziś nie istnieją (jak i przedmioty i czynności oraz rytuały już zapomniane). Niegdysiejsza towarzyska etykieta, niezbędna do przebywania w grupie ludzkiej, odznaczała się z dzisiejszego punktu widzenia tak wysokim stopniem komplikacji, że obecnie stosowanie się do niej byłoby niemożliwe, jako że nasze czasy nie stawiają aż tak wysokich wymagań w tym zakresie, a i nikomu się nie chciałoby się męczyć. Przedmioty, których uczył się w seminarium nauczycielskim mój dziadek, powodowałyby przerażenie u dzisiejszego ucznia szkoły pomaturalnej. Nie dość, że łacina, greka i dwa języki nowożytne, to fortepian, skrzypce i trzeci wybrany instrument, dwa rodzaje rysunków plus inne znane nam przedmioty i inne specjalistyczne. Widać, chociażby z tego przykładu, że ówczesne życie nie było tak proste, jakby się wydawało. Nie było komputerów, telewizorów i współczesnej techniki, za to były rozbudowane umiejętności, dzisiaj popadające w niełaskę. Stosunki międzyludzkie nie były upraszczane z powodu ograniczania ich do jednego rodzaju, cząstkowych interakcji, swego rodzaju segmentacji (media społecznościowe, praca, związki towarzyskie, relacje biznesowe) tylko obejmowały całą możliwą gamę kontaktów.

Człowiek ma tendencję do upraszczania, lecz mimo niej, stopień komplikacji naszego życia nie staje się mniejszy. Uproszczenie w jednej dziedzinie nie pociąga za sobą uproszczeń w innych, przeciwnie, pozwala tamte bardziej komplikować.

Walka ze skomplikowaniem świata jest skazana na brak sukcesu. Mimo słownikowego ograniczania zjawisk (w myśl zasady, że co nie nazwane, nie istnieje) pojawiają się rzeczy nowe, dla których wymyśla się nowe nazwy, często zapominając już istniejące. Dlatego też śledzenie specyficznych cech dawnych lat pozwala nam wykryć trendy zmian i być może, przystosować się do nich. Prowadzenie dialogów i akcji w dziełach literackich i filmowych, których akcja toczy się w przeszłości, tak jak byśmy mieli do czynienia z współczesnością, jest pójściem na łatwiznę i niczego nie wnosi w nasz ogląd świata.

Przypisy:

postoły — łapcie plecione z łyka lub kory, noszone przez mieszkańców wsi od czasów słowiańskich i jeszcze przed II wojną światową na kresach RP

RysunekPostoły

walansjenki — drogie, delikatne, wąskie koronki klockowe najczęściej przedstawiające wzór kwiatowy, rozpowszechnione w XVIII i XIX wieku. Nazwa pochodzi od miasta we Francji Valanciennes — słynącego z wyrobu koronek. W biedniejszych polskich rodzinach mieszczańskich międzywojnia wykorzystywano zaledwie skrawki dla ozdobienia sukienek.

walansjenka

 

 

Twarze

Jako młoda dziewczyna odbierałam twarze i sylwetki ludzkie instynktownie. Nie zastanawiałam się nad cechami, które czynią je sympatycznymi i przyjaznymi; po prostu ktoś mi się podobał lub nie. Generalnie rzecz biorąc, nie lubiłam ludzi o ostrych rysach twarzy, zbyt malej odległości końca nosa od ust (ale miałam bliską, bardzo lubianą koleżankę o takiej twarzy) i zastanawiało mnie też niemiło umykające w bok spojrzenie. Ale też bałam się przedłużonych spojrzeń prosto w oczy, ponieważ sama tak nigdy nie umiałam patrzeć. Moi rodzice byli wyznawcami poglądu, że ktoś, kto nie umie patrzeć prosto w oczy, jest kłamcą, a konia z rzędem temu, kto nie złapie dzieciaka na kłamstwie, nawet bardzo niezdarnym, ale kłamstwie. Stając więc pod bystrym spojrzeniem rodziców, a zwłaszcza mamy, zaprawionej w bojach z zakonnicami sierocińca, których była wychowanką, nigdy nie byłam w stanie wytrzymać jej wzroku, nawet gdy nie kłamałam. Zostało mi to na lata całe, aż do pewnej pamiętnej chwili.

Jako kobieta w średnim wieku, niejako zawodowo zmuszona do demaskowania nieszczerości i oszustw, zaczęłam bliżej się przyglądać twarzom, mimice i gestom. Często umiałam wcześniej rozpoznać oszukiwanie w kontakcie z oszustem, ale nie potrafiłam wyodrębnić cech nieszczerości. O swojej bezsilności przekonywałam się nieraz tylko po to, żeby stwierdzić, iż wskazówki zawodowych psychologów, tropiących nieszczerość wyglądu, gestów i mowy ciała oraz wskazujących na nie, są zwyczajną ściemą. Unaoczniła mi to pewna poważna rozmowa z moimi przełożonymi, wskazująca na to, iż pewne gesty obnażają moją nieszczerość. Najważniejszym z nich było pocieranie boku nosa w chwili zamyślenia lub precyzowania wypowiedzi. Oczywiście dostosowałam się do ich sugestii i zaprzestałam pocierania nosa, zaowocowało to jednak pewnym zaciskaniem zębów w tych chwilach, na szczęście mnie widocznym. Ciekawym ujawnię, że gest ten powstał z powodu rzucenia palenia. Paliłam trzy paczki papierosów dziennie aż kiedyś w chorobie, wskutek sugestywnego snu, z dnia na dzień porzuciłam ten nałóg. Zostały jednak nawyki ruchowe, m.in. podnoszenie dłoni z papierosem do ust. Nie mając jednak w dłoni papierosa, zatrzymywałam ruch w połowie jego trwania i aby nie był pustym gestem, pocierałam palcami nos. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z rzekomą kłamliwością moich oświadczeń, co podejrzewała moja dyrektor. Zwłaszcza że z powodu mojej niepewności, nie byłam w stanie wytrzymać długo jej potępiającego wzroku.

Jeżeli ktoś sądzi, że nie jestem podatna na manipulację mowy ciała, to się bardzo myli, Dziś czytając artykuł w GW o psychopatach, dowiedziałam się, iż potrafią oni patrzeć długo i sugestywnie w oczy. Dodam od siebie, że jeżeli są posiadaczami jasnych oczu, np. bladoniebieskich, przeciwnik zawsze przegra w tej grze na spojrzenia. Z góry oświadczam, że ja też przegrywam. Wychowana w otoczeniu ludzi o niebieskich, świdrujących oczach albo czarnych, pewnych siebie, obdarzona oczami zielono-brązowo-żółtymi w dodatku cętkowanymi, nienadającymi się do uporczywej penetracji cudzego JA, niejako organicznie skazana jestem na klęskę.

Wracam do twarzy. Coraz częściej dziwię się, że twarze przedstawiane w telewizyjnych reklamach nie wydają mi się sympatyczne. A przecież nie jest zbyt trudno (za niemałe pieniądze) wyszukać ludzi, którzy mogą się takimi wydać. Czy oznacza to, że mój gust się wypaczył, czy może gust telewidzów? Wszak ocena człowieka od pierwszego spojrzenia jest dorobkiem naszej ewolucji (podobnie jak ocena smaku pożywienia), a jednak współcześnie łatwo nas zwodzi. Osobiście lubię ludzi myślących i bystrych i zastanawia mnie często fakt, że bohaterowie reklam robią wrażenie bezmyślnych i głupawych. Czy to dlatego tak dobiera się ich twarze, że część ludzi nie znosi w reklamach ich intensywności, usiłuje się więc skorygować wyrazistość i nachalność przekazu, czy też dlatego, żeby nikt nie poczuł się przytłoczony wizerunkiem kogoś mądrzejszego od siebie?

W te rozważania wpadłam, obejrzawszy stronę internetową wileńskiej galerii malarstwa „PGA Znad Wilii” mojej wieloletniej znajomej Wandy Mieczkowskiej. Wśród wielu wystaw malarstwa przedstawianych przez tę galerię, Wanda prezentuje dzieła sztuki intrygujące i zagadkowe. Tylko z powodu kraju, w którym się ona mieści, ceny obrazów nie odzwierciedlają ich artystycznej wartości. Moim prywatnym zdaniem gust Wandy wykracza poza nasze czasy. Do czego zmierzam? Jakiś czas temu swoje, a właściwie swojej chrzestnej córki prace prezentował Henryk Natalewicz, opisane w katalogu wystawy jako „Art Vilnius 2014, 19.06.2014 Ekspozycja Henryka Natalewicza, warsztaty dziecięce z chrzestną córką, krótki przegląd wystaw. fot. M. Mieczkowski” https://www.facebook.com/135558432751/photos/a.10150694478597752.414234.135558432751/10154582820977752/?type=3

Poniżej ów zestaw twarzy z wystawy:

15107366_10154582820977752_638802934945209304_n

Kontynuując temat: Galeria Znad Wilii pokazała ostatnio inny zestaw twarzy:

Twarze

Ten wręcz mnie zaszokował. W moim mieszkaniu znajdują się wyprawowe meble z czeczoty (fornir z drewna gruszki) z 2005 roku, siostry mojej babci, sporządzone na zamówienie, gdy ta ukończywszy 18 lat, udawała się na swoją pierwszą posadę nauczycielki na Kresach. Meble te kompletnie zalane w latach dziewięćdziesiątych, przez pęknięcie rury u sąsiadów z wyższego piętra, lepiej zniosły katastrofę niż PRL-owskie paździerzowe sklejki, chociaż nie wyszły z tej katastrofy bez szwanku. Od tamtej pory w niepełnej ciemności osiedla, w drzwiach bez lustra, widuję kilka twarzy. Twarze te zazwyczaj mają ciemne, badawcze oczy i choć nie są wyraźnie nieżyczliwe, mogą w niedobrych chwilach budzić nieco lęku. Na szczęście nie jest ich tak wiele. One nie odwracają wzroku ode mnie, tylko ja odwracam go od nich. Wiem oczywiście, że dwa ciemne punkty i poniżej znajdujące się symetryczne zawirowanie sugerują oczy i usta (bądź nos), jednak rozsądek swoją drogą, a wyobraźnia swoją.

IMG_2900

Podobne skojarzenia z tajemną mową starych mebli miał zapewne artysta namiętnie malujący dość potworne twarze, Chris Mars. Oto co zobaczył na starych krzesłach:

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=581500225392288&set=p.581500225392288&type=3

15940995_581500225392288_2360179219304517111_n

Jednak jego obrazy, choć fascynują, są dla mnie zbyt dosłowne. Poniżej tego przykład:

https://www.facebook.com/ChrisMarsArt/photos/a.73498505838.74039.40886515838/10155384059090839/?type=3

15995020_10155384059090839_2107806260163707122_o

Więcej jego obrazów można zobaczyć na stronie: https://www.facebook.com/ChrisMarsArt/

 

Wracam jednak do owego długiego, niebieskiego spojrzenia, które mnie kiedyś uwiodło. Czytam, że to właśnie psychopaci tak patrzą. Mnie jednak przeraża spojrzenie pewnej kobiety o ciemnych, okrągłych oczach sowy, krytycznej i oceniającej, spojrzenia mojej ciotki i pewnej windziarki, której zawdzięczam opowiadanie „Imieninowe przyjęcie”. Innym, świetlistym spojrzeniem bladobłękitnych oczu obdarzyłam negatywnego bohatera mojego opowiadania SF „Córka Dwugębnej” – kogoś w rodzaju inkwizytora. Jednak badawcze spojrzenie niebieskich oczu nie przeraża mnie bynajmniej, jak i perspektywa kontaktu z psychopatą. Wierzę, że potrafię je odróżnić. Gdybym to jednak ja miała niebieskie oczy! To ho ho! Albo jeszcze lepiej fiołkowe…

Motyw różnokolorowych oczu u jednej osoby lub skazy na oku często pojawia się w opowieściach i literaturze, rzekomo znamionując zdolności paranormalne albo aberracje obce normalnym ludziom, a także ich dziwny los. Przykładem może tu być sprawa zaginionej dziewczynki, prawdopodobnie uprowadzonej i zamordowanej Madeleine McCann, której plamka na tęczówce dotyka zaledwie 0,007 proc. ludzi, a jednak znaleziono łudząco podobną dziewczynę z taką samą skazą, która nie jest zaginioną. Czasami można nawet uwierzyć, że istotnie, odmienność wyglądu współistnieje z odmiennością losu (co nie oznacza oczywiście, iż zwyczajny wygląd znamionuje zupełnie przeciętnego człowieka). Sztuka jednak, a w jej ślad i my nie lubimy przeciętności, a przynajmniej nie przyznajemy się do tego, że ją lubimy, ponieważ preferujemy symetrię, także w twarzach i sylwetkach.

Marzenia i rozczarowania

Rozczarowanie

Zgodnie z panującymi obecnie oczekiwaniami należy bezwzględnie unikać rozczarowań. Z czego się bowiem one biorą? Słyszymy, że nadmiernych oczekiwań. Z postawy roszczeniowej. Z wygórowanego poglądu na temat swoich możliwości. I tak dalej. Dzieje się tak oczywiście z punktu widzenia obserwatorów, a nie samego rozczarowanego. Ten zaś może zapytać: Jakie oczekiwania są nadmierne? I przytoczyć mnóstwo przykładów, kiedy to, co wydawało się mrzonką, okazało się rezultatem działań możliwych do osiągnięcia z pewną dozą sprzyjających okoliczności.

Tak więc o realizacji oczekiwań niekoniecznie decyduje ich wymiar, a często okoliczności uboczne, na które oczekujący nie ma wpływu.

Następna sprawa: kto jest powołany do oceniania oczekiwań? Jakie ma do tego kwalifikacje? Jak uczciwe są jego zamiary? Jak bardzo kompensuje on swoją oceną własne problemy i niedostatki? Jednak takich pytań na ogół nie zadaje się, próbując przede wszystkim szukać zabezpieczeń przed rozczarowaniami i nie prowokować następnych. Ale prawdą jest, że kto śpi, nie błądzi, choć i ten pogląd można kwestionować.

Nadmierne oczekiwania, czyli zazwyczaj marzenia nie spełniają się, chociaż czasami… Sądzę, że nie są one w ogóle po to, by się spełniały, ale po to, by wytyczyć nam jakąś perspektywę. I dlatego są nam niezbędne do życia, mimo że wiemy to dopiero wówczas, gdy ich już nie mamy. Bywa tak.

Pamiętam taki moment w swoim życiu, gdy zetknęłam się z dyskusją psychologów w prasie czy telewizji na temat konieczności posiadania marzeń. Zadałam sobie wówczas pytanie o moje marzenia i z przerażeniem zaczęłam wymieniać je wg hierarchii pilności: wyspać się, nie stać w kolejkach, mieć wygodne buty, nie marznąć, nie oglądać więcej narzekających ludzi, nie słuchać politycznych sporów… Większość na NIE. Uświadomiłam sobie, że to przecież nie są w ogóle marzenia, to tylko doraźne pragnienia. Rangę marzeń nadaje im intensywność, z jaką doznaję nieistnienie dobrostanu za przyczyną świadomości tych braków, nie zaś ranga spraw, których dotyczą. Uświadomiłam sobie wówczas, jak bardzo smutne i jałowe prowadzę życie, skoro nie stać mnie nawet na prawdziwe marzenia. Cokolwiek przychodziło mi wówczas na myśl, dotyczyło rzeczy pospolitych, trywialnych oraz tego, czego nie chcę, a nie tego, czego pragnęłabym, gdybym się odważyła.

Zrozumiałam, że dysponując wyłącznie specyficznym rodzajem pseudomarzeń, nie czuję w ogóle smaku życia. Jest ono dla mnie czymś w rodzaju nieprzyprawionego kleiku na wodzie, w dodatku nie najświeższego. Ani smaku, ani zapachu, mdła nuda po prostu. Wolałabym już doznać rozczarowań, niż zapychać się tym kleikiem. On nie dawał mi żadnego powodu, żeby przez połowę miesiąca rano wstawać, biec na pierwszy autobus o czwartej pięćdziesiąt, półtorej godziny jechać przez miasto na dworzec autobusowy, a tam marznąc ustawiać się w kolejce do stanowiska, gdzie miał podjechać zdezelowany i śmierdzący w środku pojazd, aby w końcu bez ładu i składu przeciskać się i jeśli się uda, zająć miejsce siedzące. Potem podróż, stresujące kontrole w terenie, ludzie, do których należało podejść z dystansem i nieufnością, jakaś zupa w barze mlecznym i powrót, po którym w domu czekała sterta brudnych naczyń i różnych niemiłych spraw do załatwienia. Naprawdę nie było żadnego powodu dla takiego życia, poza poczuciem obowiązku i szacunku dla własnych zobowiązań. Powtarzałam sobie: świadomie takie życie wybrałaś, zakładając rodzinę, i jak mawiała moja mama: Cierp ciało, skoroś chciało. Oraz: nie jesteś pierwsza i nie ostatnia, wszystkie baby tak mają.

Przypomniałam sobie wówczas, ile miałam marzeń, będąc młodą dziewczyną. Setki! Od wielkich do małych, pisałam na ich temat nawet wiersze. Zwiedzać świat – to po pierwsze. Oglądać rzeczy przez nikogo nie oglądane, rozumieć to, czego przede mną nikt nie był w stanie zrozumieć. Doznać wielkiej miłości, a właściwie takiej jej odmiany, żeby to ktoś bardziej mnie kochał, niż ja jego. Być sławna i ważna dla innych – choć nie marzyłam o bogactwie, a jedynie o tym, aby nie przejmować się pieniędzmi i nie czuć jak śmieć przeganiany cudzymi emocjami. Moja sytuacja życiowa wówczas nie była szczególnie dobra ani stabilna, a jednak nie przeszkadzało to marzeniu. Dlaczego więc je utraciłam?

Zrozumiałam wówczas, że grobem marzeń nie jest rozczarowanie, a coś z pozoru odmiennego, realizacja jednego z nich.

Ja zrealizowałam swoje największe, choć nieuświadomione marzenie – poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Wybrałam drogę, która wiodła do tego, choć marzyłam też o podróżach, sławie i odkryciach. Tamte marzenia w dostępnej rzeczywistości wydawały się nierealne, a kiedy jedno z nich, wyjazd na drugą stronę globu stał się możliwy, po prostu przestraszyłam się tego ryzyka i kosztów osobistych, jakie mogłabym ponieść. Rozczarowanie, którego doznałam, nie występowało jako rozczarowanie, ponieważ otrzymałam to, co w istocie chciałam, tyle że okupione czymś innym. Koszty marzeń uświadomionych czasem wydają się tak wielkie, że wolimy marzeń nie realizować. W ten sposób robimy miejsce na coś, co nie wydaje nam się marzeniem, tylko zdroworozsądkową decyzją i dlatego uważamy je za bezpieczniejsze.

Marząc, nie myślimy o kosztach wcielania marzeń w życie, a zwłaszcza o kosztach marzeń nieuświadomionych. Zakładamy, że to, co otrzymamy, przeważać będzie nad negatywami, o których nie chcemy specjalnie rozmyślać. Jeśli robimy to mimo wszystko, często właśnie grzebiemy marzenia.

Tak więc skoro marzenia nie są jednakowo ważne, tak i rozczarowania niejednakowo ważą. Niestety, widać to dopiero u schyłku życia, gdy możemy mieć przed oczami skutki podjętych decyzji, a doświadczenie życiowe pozwala oszacować przybliżone koszty decyzji niepodjętych. Taka zabawa, w co by było, gdyby było, bez możliwości sprawdzenia słuszności domysłów. Doświadczenie to pozwala nam także zidentyfikować marzenia wcześniej nieuświadamiane, chociażby po lekturach tamtych czasów, piosenkach, które nuciliśmy pod nosem, widokach, do których tęskniliśmy i krajobrazach ze snów, które zostawały w nas po przebudzeniu. Dlatego też nie uznajemy czegoś za rozczarowanie, bo już wiemy, że w istocie rzeczy dostaliśmy coś, do czego dążyliśmy, choć może zapłaciliśmy za to zbyt wysoką cenę.

Taką ceną może być także utrata marzeń. Kto wie, czy nie największą. Brak smaku życia to brak napędu do działań, wegetacja. Zapewne wielu starszych ludzi z tego powodu popada w depresję. Po latach jednak marzenia mogą wrócić. Są oczywiście zupełnie inne, nie biorą pod uwagę możliwości, ale i pożegnanie z nimi nie jest rozczarowaniem.

Tworzymy sobie w wyobraźni zestaw scen, zaspokajających nasze marzenia (nie szkodzi, że nierealne) i korzystamy z nich, jak z lektury najwspanialszej książki lub pięknego filmu. Poruszając się w realu z balkonikiem, w swoich marzeniach mogę biec przez piękny las w strugach deszczu lub położyć się na kamienistym szczycie, porosłym kępkami suchej trawy, wpatrując się w przesuwające się chmury. Mogę tańczyć na błyszczącym parkiecie w takt pięknej melodii. Mogę też przywołać do swoich marzeń towarzyszy, nie szkodzi, że dawno nieżyjących i kończyć z nimi rozmowy nigdy niezaczęte. Mogę próbować zrozumieć coś, czego nigdy zrozumieć nie umiałam, budować hipotezy nie całkiem prawdopodobne, ale zawsze zgodne z moimi chęciami. Mogę być władczynią świata i przyznam, że choć czasem muszę rezygnować z któregoś ze swych marzeń, szybko staram się zastąpić go jakimś innym. I nigdy, przenigdy nie czuć z tego powodu rozczarowania. Nawet kiedy ktoś poda nam na talerzu nie to, na co liczyliśmy.

Rysunek1rzodkiewki

 

 

Zaciskając zęby

Zaciśnięte zęby

Pewien jeszcze dość młody (z mojej perspektywy) człowiek w ostatniej rozmowie zwierzył mi się, że szykuje się do spędzenia emerytury za granicą. Do tego, że Polska nie jest krajem przyjaznym starym ludziom, dodał jeszcze jedno spostrzeżenie, to mianowicie, że u nas wszystko odbywa się z zaciśnięciem zębów. Zastanawiałam się nad tym, co powiedział i stwierdziłam, że istotnie, ma rację.

Wszędzie gdzie indziej (a także za moich młodych lat) wszystkie przyjemności, hobby i zainteresowania, jako sprawy wynikające z własnej chęci, a nie z narzucenia przez kogoś, były przeżywane na luzie i w odprężeniu. Nawet gdy ktoś mógł i poświęcał swojej prywatnej aktywności wiele czasu i gdy specjalnie mu na niej zależało, swoje własne rytuały związane z tą aktywnością odbywał bez specjalnego napięcia, choć z zaangażowaniem. Może z jednym wyjątkiem – narzekania. To hobby zawsze powodowało eskalację negatywnych odczuć, a więc zaciskanie zębów i gromadzenie wewnętrznej amunicji. W ślad za tym jednak nie szło ciskanie dzidą lub strzał z procy (do czego przygotowywała nas chemia naszego ciała) i nierozładowana do końca emocja (jak nie trafiony strzał) wymuszała dalsze gromadzenie wewnętrznej wściekłości. I następne narzekania. Odbywało się to jednak w obiegu zamkniętym (wewnętrznym) i wśród ludzi tego samego pokroju. Nadejście Solidarności i podział społeczeństwa – często w poprzek rodzin – upowszechniło ów szczękościsk, choć daleko mu było jeszcze do obecnych przejawów.

Obecnie jest inaczej. Wszystko, czy to narzucone z zewnątrz, czy wymyślone przez siebie, ważne czy mało istotne, robimy ze zaciskaniem zębów i pięści. Jak pasażerowie siedzący obok kierowcy wciskamy urojone hamulce w odruchu chęci uzyskania wpływu na sytuację na drodze. Szczególnie zauważalne jest to u osób, które mają jedno zainteresowanie, jedną manię, jeden utrwalony zespół własnych niewzruszonych przekonań. Doskonale widoczne jest to w mediach społecznościowych, zwłaszcza w sprawach polityki czy okołopolitycznych – chociaż u nas wszystko bywa polityczne – od pieska, kotka do smogu i filmu. Temperatura wewnętrzna rośnie, a rozładowanie w wypowiedzianych, a zwłaszcza zapisanych słowach jest niewystarczające; zaciskanie zębów przenosi się więc i na dziedziny tradycyjnie wolne od napięcia. Część osób od agresji werbalnej przenosi się do rękoczynów, a niemożność takich przenosin (z racji dobrego wychowania na przykład, lub nieposiadania wystarczającej siły lub wyposażenia albo braku fizycznego przeciwnika) powoduje dodatkowy szczękościsk. Czasami bywa to zabawne, choć najczęściej jednocześnie smutne.

Wczoraj dyskutowaliśmy na ten temat w innym gronie i padło stwierdzenie, że dzieje się tak wskutek skrócenia dystansu między ludźmi. Ongiś człowiek miał stałe interakcje z kilkoma osobami w otoczeniu, pozostałe, z racji odległości kontaktowały się z opóźnieniem wynikającym, chociażby z czasu otrzymania odpowiedzi na list. Dziś z powodu mediów społecznościowych i łatwiejszych interakcji powstaje złudzenie, że wszyscy i wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a ponieważ kontaktów tych jest znacząco więcej, ludzki umysł i psychika tego nie wytrzymują. Hmm…

Mnie jednak zawsze zastanawiało, jak to się dzieje, że jedne społeczeństwa żyjące w tłoku (np. Chińczycy i inne wschodnie nacje) wykształciły w sobie kulturę takiego poruszania się, żeby między nimi a otoczeniem było jak najmniej tarć – np. drogą uprzejmości, nawet konwencjonalnej i bezosobowej – inne zaś, jak Rosjanie i obecnie, choć w mniejszym stopniu Polacy – rozpychania się łokciami, arogancji i zniecierpliwienia. Nie tłumaczy nas tempo życia i ilość zajęć – wszak Chińczycy albo Japończycy są nacją równie, albo bardziej pracowitą. Czy wieki wszechobecnej dyktatury wykształciły genetyczną uprzejmość?