Psychologiczne zanieczyszczenie

Na termin ten natknęłam się w czasie lektury artykułu „Dlaczego rzeczy tracą na wartości” Tomasza Bodyła w Gazecie Wyborczej z dnia 4 maja b.r.

http://wyborcza.biz/pieniadzeekstra/7,134263,21761074,dlaczego-rzeczy-traca-na-wartosci.html?disableRedirects=true

dotyczacego spraw ekonomicznych. Podlegają na przykład takiemu rodzajowi zanieczyszczenia  towary już zakupione, a potem odsprzedane, mimo ich nie używania (np samochody), towary z wystawy, stare modele przedmiotów, gdy ogłoszono wprowadzenie na rynek nowych wersji, itp. Oznacza więc on pewien zasób przekonań, zazwyczaj negatywnych (słusznych lub nie), dołączonych do realnych przedmiotów w procesie obrotu nimi lub nawet wcześniej, gdy obrót ten jest tylko spodziewany.

Sądzę, że określenie to może być używane w znacznie szerszym zakresie, niekoniecznie związanym ze sprzedażą, choć zawsze z wartościowaniem. Jeżeli uważamy, że oryginał przedmiotu jest zawsze lepszy, bardziej wartościowy niż nawet znakomicie odtworzona kopia, to właśnie kopii tej przypisujemy owe zanieczyszczenie, biorące się z faktu odtworzenia, a nie wymyślenia — chociaż właściwie w dzisiejszych czasach mało jest przedmiotów w całości oryginalnego pomysłu i wytworzenia. To jednak co jest zanieczyszczeniem z jednej strony jest wartością powiększoną z drugiej strony.

Określenie owe więc nie jest obiektywną oceną stanu rzeczy (co w ekonomii i ekonomice powinno być normą), a kontrowersyjną oceną dokonywaną z jednego z wielu możliwych punktów widzenia. W tym wypadku reprezentuje ono punkt widzenia kogoś, komu ocena wydaje się zbyt wysoka.

Idąc dalej w swoich rozważaniach i kierując się wskazaniem, że językowo można zawłaszczyć rzeczywistość, mamy tutaj dowodny przykład takiego zawłaszczenia. Co dodatkowo z niego wynika?

Prosta konkluzja wskazuje na to, że psychologia może „zanieczyszczać” wartość czegoś, a więc jest dziedziną nauki (jeśli w ogóle?), która pogarsza stan rzeczy, a nie polepsza go — bowiem gdyby nie to zanieczyszczenie cena samochodów i przedmiotów odpowiadałaby ich wartości. W ogóle cena i wartość oraz związki między nimi to w ekonomii i ekonomice cała ogromna dziedzina wiedzy, którą w obecnej chwili nie chcę się zajmować. Uderza mnie jednak fakt, że w powszechnym systemie wartościowania obniża się wartość nauki badającej pojedynczego człowieka, a sztucznie zawyża wartość badań zjawisk społecznych. Tu także chyba należy przypisać maniakalne wręcz zastępowanie słowa „uczucia” słowami „emocje”, gdy bynajmniej nie ma mowy o zjawisku opisywanym naukowo (np. „Targały nią silne emocje”).

Ta reguła woli w polityce referendum czy konsultacje, zamiast dyskusji oraz przedkłada coacha, doradcę czy konsultanta nad przyjaciela, jako że opłacony profesjonalista pomóc może lepiej niż niefachowy przypadkowy człowiek, nawet z najlepszymi chęciami.

coach

(fotografia Mirosław Aleksander Czylek z komentarzem: „W każdej chwili, każdej godzinie, coach czai się za rogiem, by Cię dopaść.”)

W ten sposób wszystko, co jest spontaniczne, właściwe człowieczeństwu, jest niszczone i dominowane przez wartościowanie (także finansowe), a często ośmieszane jako naiwność i głupota. Ruina w tle reklamy to chichot rzeczywistości naginanej do ludzkich manipulacji.

W tym samym mniej więcej czasie czytałam artykuł o starszych osobach, szukających u schyłku życia na portalach matrymonialnych drugiej osoby, dla spędzenia razem reszty życia. Nie było zamiarem autora ośmieszenie naiwnych oczekiwań babć i dziadków, ale tak jakoś wyszło, że ukazany obraz tych poszukiwań jest żałosny i dołujący. Przede wszystkim nie szukają one doraźnych romansów (czyżby nie wiedziały, co jest w życiu prawdziwą wartością?), korzyści materialnych (chociaż podejrzewają, że ewentualni kandydaci tym się głównie kierują w zawieraniu znajomości) i w pełni swej starczej, zabawnej naiwności oczekują, że będą mogli z kimś porozmawiać. A przecież: po co rozmawiać?

Właśnie, po co? Wszak to tylko zanieczyszczenie psychologiczne takiej poważnej sprawy, jak małżeński związek; przecenianie rozmowy podobne zawyżeniu wartości samochodu, dziewictwa i co tam jeszcze nagminnie zawyżamy.

 

Służew Nad Dolinką safari czyli osiedle widziane z chodzików i inwalidzkich wózków

Ciepłe dni wiosny przywołały na osiedlowe uliczki wszystkich tych, którzy całą zimę nie wychodzili z domu, trzymali zapas bułek w zamrażarkach, a nawet wyrzucanie śmieci, na co dzień przechowywanych na balkonie, powierzali odwiedzającym. Przyglądam się im dokładnie, liczę w myślach, rejestruję tych, których już nie ma. Niektórzy pozwalają mi się sfotografować na pamiątkę. Pierwsza z nich to pani Halina. Wg jej własnych słów łączniczka z Powstania Warszawskiego, blisko dziewięćdziesięcioletnia, zna 7 języków, pracowała w handlu zagranicznym, 7 lat w Maroku. Zna całą Europę. Do niedawna chodziła jeszcze o kulach, teraz po zawale i przewróceniu się, już nie porusza się bez balkonika. Nie chce już podróżować, świat współczesny przestał ją fascynować, za to dużo czyta, ostatnio książki po francusku, przypominając sobie w ten sposób język. Teraz odpoczywa przed sklepem (fryzjer, pedicure i przychodnia oraz apteka są dla nas niedostępne z powodu stromych schodków). Nie ufa ludziom – żeby dostarczyć jej zrobioną i wydrukowaną przed chwilą fotografię, muszę wręczyć ją dozorcy, który wie gdzie mieszka. Mnie nie zaufała, choć mieszkamy w jednym bloku i często rozmawiamy, znam też jej stan zdrowia i z grubsza życiorys. Tego nie ukrywa.

IMG_2962 pani Halina

Obie postanowiłyśmy odwiedzić nasz najbliższy sklep delikatesy „Blask” ale nie dostałyśmy się do pólek, udało nam się zaledwie zbliżyć do kasy. Kupiłyśmy tylko to, co widać było z daleka i miłe panie skłonne były nam przynieść. Wszystko zastawione towarami, przejścia między regałami, lodówka, każdy kącik. W tym sklepie chociaż sprzedawczynie na ogół są miłe ale i tak czujemy się jak zawalidrogi. Przeszkadzamy zwłaszcza młodzieży z pobliskiej szkoły kupującej napoje, a idąc do śmietnika także młodzieży, która znalazła tu kącik do ukradkowego palenia papierosów i picia piwa. Parę dni temu miałyśmy – my, niepełnosprawni – prawdziwą zabawę. Przed kasą w sklepie zgromadziły się: dwie panie z balkonikami (jedną byłam ja), jedna pani z dzieckiem w wózku (na szczęście chwilowo dziwnie spokojnym) jeden pan o kulach z opiekunką tudzież młoda dziewczyna w wypasionym wózku inwalidzkim z elektrycznym napędem i zablokowałyśmy cały sklep. Tak się jakoś stało, że korek było trudno rozładować, na przeszkodzie stały zgrzewki butelek, którymi zastawiono sklep. Te osoby, którym przyniesiono zakupy i zapłaciły za nie, nie miały jak się wycofać. W końcu ustąpiła najmłodsza z nas, mama z dzieckiem, które zaczęło wrzeszczeć i szarpać się z nią, bo nie kupiła mu jakiejś książeczki, którą dziecko chciało. Ona też była najbardziej z nas zestresowana. Miała chyba zamiar dziecku ją kupić, ale nie miała czasu jej obejrzeć i zastanowić się, a dziecko musiała uspokoić, choć ono nie było niczemu winne. Następną z kolei była młoda pani w wypasionym wózku, bowiem miała nad nami przewagę w postaci napędu, ale jak to młodzi, była zła i nie nastrojona filozoficznie do świata. O ile się orientuję, nie kupiła wszystkiego, co chciała, bowiem miała już dość. Ostatnia byłam ja. Podano mi mleko (już przeterminowane w dniu zakupu) oraz dwie nie pierwszej świeżości kajzerki, które zdołałam złapać po drodze, o reszcie już zapomniałam. Mam – poinformowana przez kierowniczkę sklepu – możliwość zrealizowania zakupów i przyniesienia ich przez sprzedawczynię do domu, ale nie korzystam z tego tak długo, jak mogę jeszcze z domu wychodzić. W ogóle perspektywa wychodzenia z domu, która w młodości wydawała ni się bardzo uciążliwa, gdy wolałoby się poleżeć na kanapie z książką, zamiast iść do szkoły lub pracy, teraz, o ironio losu, wydaje się pociągająca, jeśli tylko okoliczności pozwalają.

Na osiedlu mamy dwie Biedronki, ale obie są na przeciwnych końcach osiedla, teraz rozdzielonych dwupasmową jezdnią, a żeby ją pokonać, trzeba dojść do poprzecznych ulic, ze światłami, bardzo daleko położonych. W dodatku światła dla pieszych palą się tam za krótko, a samochody są bardzo rozpędzone, podobnie jak rowery na równoległej, prostej ścieżce rowerowej. Biedronki są więc poza naszym zasięgiem, chociaż, jak głoszą wieści, rok temu nie zastawiano tam butelkami alejek między półkami, ale kto wie, może uległo to zmianie przed świętami

Oto inna pani także znana mi z widzenia. Chodziłyśmy jeszcze niedawno do warzywniaka, ta pani i ja, o 2 kulach. Ja nosiłam plecak, ona jedną lub 2 reklamówki albo wózek, który ciągnęła za sobą razem z kulą. Nie mogę nawet sobie wyobrazić, jak trudno jest unosić rękę obciążoną kulą i zakupami w wózku. Ja w każdym razie tak nie potrafiłam. Usiłowałam przekonać ją do plecaka, ale nic nie dało. Dziś nie chodzę już do warzywniaka z powodu 3 schodków. Pani także należy do nieufnych i niechętnie rozmawia. Teraz zakupy pomagają jej odwieźć w wózku zakupowym panie ze sklepu, co widzę czasem przez okno. Niedawno spotkałam ją na spacerze. W moim zasięgu jest taki spacer, z którego o własnych siłach jestem w stanie wrócić, a odległość ta z każdym dniem się skraca.

IMG_2955 chodzik3

Robiąc to zdjęcie wracałam z wycieczki do nowo otwartego sklepu w dawnym kiosku, piątego w moim zasięgu, do którego nie mogłam wejść, nawet nie z powodu schodków, których na szczęście, nie ma, ale z powodu zastawienia wolnych przejść między półkami zgrzewkami z wodą i napojami. Wszyscy w tych sklepikach zwanych „budami” tłumaczą się, że nie mają miejsca i nie wszyscy są przyjaźnie nastawieni, jak w delikatesach Blask.

Na moim osiedlu ostatnio wybudowano wielopoziomowy parking, ale nie wpłynęło to w widoczny sposób na zmniejszenie liczby samochodów na osiedlowych uliczkach. Pewnie taniej jest parkować gdzie się da. W budynku mieści się też siedziba spółdzielni mieszkaniowej, wieczorami bijąca po oczach wściekle zielonym neonem, ostatnio litościwie wygaszanym po 23-ej. Dzięki troskliwie przesadzanym drzewom przed rozpoczęciem budowy (o czym pisałam w „Prababci”) i faktowi, że z moich okien widzę jedynie 1/3 gmachu, widok z mojego okna nie jest tak przytłaczający, jakim mógłby być, gdyby udało się zawrzeć go w jednym kadrze.

IMG_2986

IMG_2995

Po drodze oglądałam nowe ławki, ustawione ostatnio przez moją spółdzielnię i ucieszyłam się, że są (podobnie jak z barierek ograniczających parkowanie na chodnikach którymi się poruszamy – niestety, tylko niektórych) ale nie mogłam, niestety, na żadnej z nich odpocząć. Wszystkie były za niskie, wysokości mniej więcej krzesełek w przedszkolu, że żadna z niepełnosprawnych osób nie mogłaby się z niej podnieść. Na szczęście ja i pani Halina wozimy ze sobą własne ławeczki. Pani Haliny jest lepsza, szersza i niżej położona, moja trochę węższa i za wysoka. Nie da się jej obniżyć z powodu wysokich kół mojego wózka, jednak to lepiej, bo mój wózek jest „bardziej” terenowy niż pani Haliny, z mniejszymi kółkami. Większymi kółkami lepiej zjechać z krawężnika, co często jest potrzebne, bowiem zwłaszcza przed sklepem i apteką, na zjeździe dla wózków i pasach przejścia dla pieszych, parkują samochody (ja tylko na chwilę, po coca colę – tłumaczą się młodzi bogowie i boginie). Możliwe, że żółty kolor zjazdu jakoś działa na kierowców, jak czerwona płachta na byka, zachęcając do pokazania kto tu rządzi.

W maju szykuję się na daleką wyprawę statkiem wzdłuż fiordów Norwegii i w związku z tym wypożyczyłam wózek inwalidzki, do pchania przez osoby bliskie, ponieważ nie dałabym już rady dłużej spacerować, a chcę skorzystać z dostępnych wycieczek. W przedświąteczne popołudnie odwiedziła mnie synowa dla przetestowania tego środka lokomocji i ustalenia czy nie trzeba w nim czegoś naprawić. Wybrałyśmy się najpierw do odległej ode mnie ze 300 m apteki. Obie miałyśmy prawdziwą szkołę przetrwania, porównywalną z afrykańskim safari. Moja synowa stale jeździ samochodem, ja jednak nie jestem przyzwyczajona do manewrowania nieosłoniętym niczym ciałem (w dodatku bez wpływu na kierowanie nim) wśród samochodów. Pół biedy, gdy jechałyśmy po chodniku ograniczonym słupkami, tam mieściłyśmy się z niewielkim trudem. Tak jednak mogłyśmy poruszać się zaledwie chwilkę, bowiem słupki skończyły się albo zostały przewrócone i musiałyśmy zjechać na jezdnię. Tam prawdziwy horror. W poszukiwaniu miejsca do zaparkowania samochody bez ładu i składu manewrują między szkołą, przychodnią i apteką po jednej stronie, a murem cmentarza po drugiej. W to rojowisko dostałyśmy się i my i nawet, gdy  chodnik byłby już dostępny z powodu słupków, nie mogłyśmy nań wjechać, bo zjazd był zastawiony. Prawie jak safari – tyle że z pozycji zwierzyny. Jakoś żywe i całe dojechałyśmy jednak do naszego celu – apteki. Tam przywitały nas schody i nieczynna winda.

Rysunek1

Oczywiście to nie żadna chwilowa awaria, bowiem winda nie jest czynna od jesieni ubiegłego roku, gdy wchodziłam jeszcze po schodach o kulach.

Na dzwonek pojawiła się wprawdzie pani, ale ja nie mogłam wejść do apteki ani do przychodni, musiałam wyręczyć się synową.

Wracając podjechałyśmy pod sklep, ale nie próbowałyśmy wjechać do środka, bowiem widok nie zachęcał do próby sforsowania. Przed paletą z piwem dałoby się jeszcze zakręcić do kasy, ale zgrzewka wody już to nie umożliwia. Widać sklep nauczony doświadczeniem z zatorami powodowanymi przez niepełnosprawnych ustawił samotną, dyskretnie zniechęcającą do wjazdu zgrzewkę. Nie wjedziesz, nie będziemy musiały biegać po sklepie i wyszukiwać dla ciebie zakupów.

IMG_2983

Na koniec miła niespodzianka. Musiałam zgłosić się do lekarza pierwszego kontaktu od blisko roku i już nie mogłam odkładać tej wizyty. Zadzwoniłam więc do przychodni, pytając co mam zrobić, skoro nie dam rady wejść po schodach, a winda nieczynna. I tu dowiedziałam się, że dojechawszy do końca ulicy, mogę wejść poprzez zakład rehabilitacyjny, bowiem zbudowano i otwarto tu właśnie nową windę. Ucieszyłam się, ale zdziwiło mnie, że nikt nie umieścił tej informacji na windzie przy aptece. Wszak apteka, szkoła, przychodnia i zakład rehabilitacji mają wewnętrzne połączenie jednym korytarzem! Kolejny dowód na to, że lepiej jest utrudniać dostęp i w ten sposób zniechęcać do odwiedzin roszczeniowo nastawione peerelowskie złogi.

W wyznaczony dzień wybrałam się do lekarza i gdy doczłapałam do nowej windy zastałam napis wzywający mnie do 1) naciśnięcia 1 raz przycisku informującego personel przychodni i 2) naciśnięcia przycisku windy. Zasugerowana instrukcją z poprzedniej, identycznej windy, oczekiwałam, że personel będzie mnie wiózł i czekałam cierpliwie na deszczu i nie doczekałam się. Po którymś kolejnym dzwonku wybiegła na schody młoda osoba i zbeształa mnie nie przyjmując do wiadomości moich tłumaczeń, że instrukcja jest niejednoznaczna, ponieważ ona sama osobiście ją układała. Zapytana dlaczego w takim razie należy zawiadamiać personel o swoim zamiarze wejścia do windy odrzekła, że ona musi wiedzieć i koniec. Nie miałam już śmiałości spytać, dlaczego na popsutej windzie nie umieszczono informacji o drugiej, sprawnej. Poczułam się wystarczająco stara i głupia, nie rozumiejąca jasnych instrukcji i nie miałam ochoty przedłużać swojego psychicznego dyskomfortu.

Na odmianę losu pan doktor okazał się bardzo miłym i kompetentnym, wystawił mi skierowanie na pobrania krwi i w dodatku, polecenie do wizyty pielęgniarki w domu oraz zapisał wszystkie potrzebne leki. Jeszcze tylko wizyta w aptece, gdzie miła farmaceutka sama pobiegła do pana doktora po sprostowanie błędu na recepcie i mogłam wrócić do domu rzędem długich korytarzy, windą, chodnikiem i jezdnią (chodnikiem zablokowanym samochodami rodziców przyjeżdżających po dzieci do szkoły poruszanie się jest niemożliwe w niektórych porach dnia).

Przyszedł czas na wytłumaczenie się, dlaczego zawracam głowę czytelnikom taką szczegółową i nudną zapewne dla większości z nich historią wojaży po bliskiej okolicy zwyczajnego osiedla i skąd ten tytuł nawiązujący do afrykańskich polowań.

Muszę dodać, że moje osiedle ma opinię bardzo dobrego i przyjaznego mieszkańcom. To, co w nim nieprzyjaznego nie wynika ze złych zamiarów czy szczególnych zaniedbań, a z braku umiejętności wczucia się w skórę osób z ograniczonymi możliwościami poruszania się. Nikt nie prosił niepełnosprawnego o przetestowanie głębokości zakopania ławki, nikt nie prosił go o sprawdzenie czy nowa, tańsza zapewne, farba dla malowania pasów na jezdni nie staje się przypadkiem pod wpływem deszczu bardziej śliska niż sama jezdnia. Żaden z młodych tatusiów, spieszących się gdzieś do pracy i odwożący swoją latorośl do szkoły nie wpadnie na myśl, że tarasując chodnik albo zjazd z niego, zmusza osobę niepełnosprawną, z definicji nie mogącą uskoczyć w bok w razie niebezpieczeństwa i słabo widoczną z powodu przygarbienia, do manewrowania między jadącymi samochodami. On postępuje racjonalnie przedkładając interes własny nad prawdopodobny interes hipotetycznego bliźniego, a że chodnik prowadzi akurat do przychodni i apteki? Cóż, zwykły traf! Nawet Centrum Niepełnosprawności, wzywające mnie do stawiennictwa i osobistego podpisania podania przesłanego drogą internetową, nie bierze pod uwagę moich trudności w dotarciu tamże!

Nawet osoby bliskie niepełnosprawnemu, nie mieszkające z nimi stale nie potrafią sobie wyobrazić pewnych przeszkód, które same spowodują. Oto przykład – zrzucona na podłogę jakaś ulotka albo śmieć i nie podniesiony od razu leży i drażni swoim widokiem cały tydzień – do przybycia pani sprzątającej. Mam wprawdzie chwytak do podnoszenia upuszczonych przedmiotów, ale akurat kartek i płaskich niemetalowych przedmiotów on nie podniesie. Pozbycie się takiego cudzego (swój tak nie boli) śmiecia zajmuje czasem pół godziny albo dłużej. A przecież ja też dziennie upuszczam to i owo, bo nie mam już tak sprawnych rąk. Niewiele osób rozumie, że nie wyjdę ze śmieciami w deszcz, chociaż w domu jest parasolka. Trudno jednak o trzecią rękę do jej trzymania. Wymówki bliskich, że przeziębiłam się, bo wyszłam bez skarpetek trafiają kulą w płot, bowiem nie było komu pomóc skarpetki te założyć (teraz kupiłam sobie za kilkadziesiąt złotych przyrząd do ich zakładania, ale należy jeszcze kupić sobie skarpetki do niego pasujące). Wszystko oczywiście zdalnie, przez internet, bez sprawdzenia jak te rzeczy i w jakich warunkach działają.

Zamieszczając tego rodzaju opowieści mam nadzieję, że ktoś zapamięta co pikantniejsze szczegóły moich wynurzeń, co zaowocuje zwróceniem uwagi na pozorne drobiazgi, które pomija się zazwyczaj. Osoby praktykujące duchową uważność, rzadko bywają uważni na sprawy innych ludzi, najczęściej ograniczają się do własnego wnętrza. Cóż więc wymagać od zwykłych ludzi, widzących zazwyczaj siebie i swoich najbliższych! A tak niewiele potrzeba, żeby sprawić radość komuś takiemu jak ja: przytrzymać drzwi, nie pędzić rowerem przez prześwit w bloku, odpowiedzieć grzecznie, potraktować mnie jak człowieka, a nie głuchego i nieczułego debila.

W tym właśnie problem. Nadal jestem człowiekiem i chcę nim być do końca, gdy przestanę swoim istnieniem sprawiać kłopot innym.

Mapa marzeń

Przeczytałam gdzieś, że mając marzenia nieskonkretyzowane, do niczego w życiu nie dojdę. Mimo mojego słusznego wieku, chcę jeszcze do czegokolwiek dojść, ponieważ dochodzenie jest objawem życia, w przeciwieństwie do odchodzenia, które jest jego żegnaniem. Zastosowałam się więc do zaleceń modnych psychodoradców i przystąpiłam do sporządzania swojej mapy marzeń, będąc w zasadzie świadoma faktu, że wielu tych marzeń to już ja nie mam, a te, które mam, albo są zupełnie nierealne, albo wydumane, albo wyciągnięte w ostatniej chwili, jak królik z kapelusza. Mimo to brnę dalej w tę mapę, podobnie jak kiedyś ćwiczyłam w pewnej firmie burzę mózgów, dochodząc do rezultatów tak dziwacznych, że aż wartych podzielenia się nimi z publiką, bowiem chociaż nie miały nic wspólnego z konstruktywnymi wnioskami, niepokojąco zbliżały się do przedsięwzięć obecnych rządów, z czego wnioskuję, że takie psychozabawy zawsze zmierzają w kierunku dającym się z góry przewidzieć.

Sporządzając mapę marzeń (nazywaną czasem także wyspą skarbów, kartą życzeń, umową z losem, tablicą celów itp. – choć cele, a marzenia, to, moim zdaniem zupełnie nie to samo), zapoznałam się z instrukcją zawartą na stronie

http://koprowska-glowacka.blogspot.com/p/mapa-marzen_26.html?m=1 stanowiącą tekst książki, napisanej przez Annę Koprowską i postępowałam zgodnie z zawartymi w niej wytycznymi. Jeśli pominąć typowe dla współczesnej duchowości wodolejstwo i banały w rodzaju „Człowiek to nie tylko ciało, człowiek to także jego marzenia, a człowiek bez marzeń to człowiek bez przyszłości”, książka zawiera dużo przydatnych informacji, z których nie omieszkałam skorzystać. Najważniejsze z nich dotyczyły struktury takiej mapy, która jest niezbędna, aby uporządkować swoje myślenie o celach, marzeniach, czy tam co jeszcze się nawinie, ponieważ według ogólnie panującego poglądu, myślenie musi być uporządkowane. Bałagan w myślach jest takim samym wykroczeniem, jak bałagan w szafie, czy w lodówce. Rzeczy świeże mieszają się z przeterminowanymi, czy wręcz śmierdzącymi, a nabiał z warzywami i mięsem, co jest oczywiście ze względów higieny niedopuszczalne. Trochę ten pogląd o konieczności porządkowania przypomina mi zawołanie z czasów słusznie minionych (ale jak widać po rozmaitych symptomach wcale nie minionych), — Prognoza, Program, Plan. Bez nich rzekomo postęp byłby nieosiągalny, a bez postępu nie moglibyśmy istnieć (podobno), czemu przeczy historia wielu wynalazków

Muszę od razu uprzedzić, iż moja mapa marzeń nie zawiera zestawu autentycznych tęsknot, tylko te, które mogą zostać ujawnione publicznie, a właściwie te, nad którymi rozmyślałam, nie zawsze decydując się na włączenie ich do prywatnego zestawu. Macie więc do czynienia z zestawem publicznym, ogólnodostępnym, teoretycznym, zawierającym czasem elementy prywatnie odrzucone.

Wracam jednak do mojej mapy. Istnieje kilka wzorcowych struktur, które nadają się do zastosowania w przypadku sporządzania wykresu, kolażu lub zestawu rysunków (forma dowolna). Ja, jako że nie jestem wzrokowcem, a myślakiem (pisałam o myślactwie w odcinku bloga http://www.taraka.pl/myslenie_a_myslactwo ),

preferuję słowa/hasła – co nie oznacza, że nie potrzebuję struktury.

Tak więc można stosować strukturę feng shui, dzieląc obszar na 9 kwadratów odpowiadających sterom życia jak: 1. Kariera, droga życiowa, praca; 2. miłość, małżeństwo, związki, partnerstwo; 3. rodzina, autorytety, nauczyciele, przełożeni, przeszłość itp. aż do 9, rozmieszczając je zgodnie z prawidłami tej sztuki. Można zastosować strukturę 12 domów, zaczerpniętą z astrologii lub/i jednocześnie strukturę mandali.

Ja do swojej mapy marzeń zastosowałam inną strukturę. Podzieliłam sfery zainteresowań mapy na 3 grupy/światy: Świat TU, Świat NAD i Świat POD, Światy te nie są identyczne z podziałem na rodzaje świadomości, znanym skądinąd; zawierają tylko grupy wyobrażeń i marzeń związanych z realnością codzienności, sprawami wyższej rangi i swego rodzaju lekturą snów, których bym sobie życzyła, świata oglądanego w nich przynoszącego ukojenie i satysfakcję, ale odłączonego od rzeczywistości i w zasadzie niepotrzebnego. Oczywiście w centrum mapy umieściłam swoją podobiznę, co podobno jest nieodzowne. Widać siły wyższe mogą się, jak każda biurokracja, pomylić, potrzebna jest więc legitymacja ze zdjęciem identyfikacyjnym.

Z wytycznych fachowców wynika, że przy sporządzaniu mapy należy używać określonych kolorów, ale ja sobie to odpuściłam, działając intuicyjnie.

scan marzeń

Wewnętrzna struktura tych 3 światów jest także inna, niż powszechnie preferowana. Wspomniałam kiedyś —http://www.taraka.pl/pamiec_seryjnego_zabojcy , że moje myślenie układa się podobnie do sztachetek w płocie i tu także ten schemat zastosowałam. Za wzór biorę płot mojego domu na działce (już nieistniejący, zastąpiony nowym, ale nieco innym). Na mojej mapie płot, składający się z podobnych struktur, mimo różnych długości sztachet, nie hierarchicznych, a równouprawnionych, ma 2 strony – jedna pokazuje to, co MOJE, druga INTERAKCJE z innymi. Są to więc jakby dwie strony sztachet – od strony posesji i od strony drogi. Przedstawione na zdjęciu segmenty łagodnie falują – z dołkiem po środku i przy podtrzymujących słupkach. Takie segmenty (w przeciwieństwie do najczęściej spotykanych) nie obrazują optymistycznego wznoszenia się, po to by i tak upadać, a właśnie falowanie. Stąd też i na mojej mapie marzeń cele realne przeplatają się z marzeniami, czyli pragnieniami nierealnymi.

S 023

Zacznę więc od segmentu INTERAKCJE

Bliskość, porozumienie i zrozumienie

czyli rozważania o mapie marzeń przy krojeniu sałatki

Oto bliskość ucieleśniona:

IMG_2948bliskość3

Zazwyczaj ona nam nie wystarcza. Mimo że w obliczu unicestwienia (śmierci), gdy noże miksera zbliżają się nieuchronnie, może zdawać się lekarstwem i jest najbardziej pożądanym marzeniem, to gdyby się zastanowić, wiadomo, iż nie chodzi o konkretną osobę, o jej wnętrze, a o mój egoizm. Chcę, żeby ktoś był ze mną, obojętnie kto. Ma mnie wspierać, to najważniejsze. Seler czy por, rzecz drugorzędna, fenkuł nadaje się dla obu. Nie mamy zbyt wielu wymagań. Dobrze wychodzimy razem na zdjęciach, pokazujących stare, wieloletnie małżeństwa w czasie brylantowych czy diamentowych godów.

IMG_2946bliskość1

Ale gdy nóż miksera nam nie zagraża, inaczej rozumiemy bliskość. To już nie wspieranie się, ono schodzi na dalszy plan, to porozumiewanie się i zrozumienie. Możemy być jak dwa bakłażany, podobne pochodzeniem, wychowaniem i stylem, ale takie porozumienie nieuchronnie staje się nudne i jałowe. Jesteśmy zawsze razem, jesteśmy podobni, rozumiemy się bez słów, bo myślimy tak samo. Jesteśmy wygodni, wolimy nudę od niepewności, a spokój od ryzyka. Za plecami mamy innych, ale cóż nas oni obchodzą?! Są przeszkodą, zaburzeniem, nieporządkiem, choć czasem musimy tolerancyjnie robić dobrą minę do złej gry.

IMG_2950 bakłążany2

Czy zrozumiemy buraka? Nie, precz z burakami! Wprawdzie barwę mają zbliżoną, ale są jakieś zabrudzone, sterane życiem, nie lśnią i zapewne inaczej smakują. Nie pasują do nas. Między nami mówiąc, są jedynie półproduktem do barszczowego zakwasu; nigdy nie będą główną potrawą. Odrzucamy tę buraczą możliwość, także i dlatego, że my, bakłażany, nie komponujemy się dobrze z czosnkiem, który buraki cenią (podobnie jak czosnek niedźwiedzi). Buraki tracą tylko czas na szukanie czegoś, co je tylko przyćmi, a potem mają pretensje i żal. Dlatego są burakami i nigdy nie będą równouprawnione

IMG_2951 z burakiem

W dodatku burakom brakuje wdzięcznej formy, jak na tej fotce ściągniętej z internetu

http://www.demoty.pl/bliskosc-65078

bliskosc

Chętnie związalibyśmy się z papryką, ale tej akurat zabrakło. Obecna w słoju czuszka, to paprykowe wynaturzenie, nie bierzemy go pod uwagę. Odnotowujemy tylko dla porządku. Zamknięta w innym świecie, zbyt paląca, lepiej już zostańmy sami, a ona niech tkwi samotnie na swojej odległej półce i zadaje szyku.

IMG_2952 czuszka

To przegląd postaw. W różnych okresach mojego życia teoretycznie preferowałabym różne opcje (niezależnie od realnych związków), ponieważ jednak pozostawałam tylko w jednym, nie miałam możliwości przećwiczyć kolejnych wariantów. Wydawać by się mogło, że na starość powinnam wybrać któryś z zestawów z fenkułem (wspierający) ewentualnie dwubakłażanowy jako najbezpieczniejszy. Niestety, żaden w przedstawionych mi nie odpowiada. U schyłku życia, gdy podniet, energii i możliwości jest zbyt mało, warto by się przyjrzeć burakowi. Niestety, w związku z burakiem można doznać zadrapań albo uszkodzeń, najlepiej byłoby więc trzymać się w pewnej odległości, bo przecież na starość poczucie bezpieczeństwa i wygody jest niesłychanie ważne.

Tak więc zostaje oddzielna pólka z kiedyś skomponowanym bukietem, bynajmniej nie kwiatowym. To zioła, którymi można przyprawić wszystko, nadające smak byle jakiemu warzywu. Jak polec, to w dobrym stylu. Nie skończyć w śmietniku. Lepiej zostać przydatną dekoracją, zblakłą, ale z pozorami pożyteczności.

IMG_2957bykiet

Czy to jednak nadaje się na marzenie? Zostawić wszystko jak jest? Nie dążyć do niczego, a zwłaszcza odmiany?

Może dzieje się tak, bo w poszukiwaniu bliskości chyba nie chodzi o realną bliskość. Możliwe, że wystarczy jej złudne odczucie lub wyobrażenie. Przykładem może tu być miłość do Boga. Ja znam ludzi, którzy odczuwali prawdziwą bliskość zmarłych i sama też taką kiedyś odczułam. Cała literatura SF oscylująca wokół kontaktów z Obcymi i życiem na innych planetach jest jednym wielkim zakamuflowanym wołaniem o bliskość.

Ostatnio, rozmawiając z kimś o bliskości, usłyszałam piękną historię odnalezienia prawdziwej bliskości z psem ze schroniska po tym, gdy zawiodły inne bliskości. Historię tę zilustrowano mi obrazem Beksińskiego pana i jego psa wtapianego w ławeczkę przez przemijanie.

http://4.bp.blogspot.com/—FTOW1Dhhs/T-d8yjqyGLI/AAAAAAAAmkg/FGQIQHmu2n0/s1600/beksinskizdzislaw_a.jpg

beksinskizdzislaw_a

Taką bliskość trudno uznać za złudzenie, niemniej jednak nie dla wszystkich taki kontakt będzie autentyczną bliskością. Dla mnie jest skrytym wołaniem o ten rodzaj bliskości, którego nie można otrzymać od ludzkich partnerów, prostym, oczywistym, pozbawionym kalkulacji i żądań.

Segment MOJE

To, czego pragnę choć wiem, że nie osiągnę

i to, co jest mi dostępne i mogę zrealizować, ale chwilowo tego nie robię

czyli moje postulaty do mnie samej

Obrazek z wczorajszego spaceru:

IMG_2955 chodzik3

Ta babcia to nie ja. Ja z takim chodzikiem poruszam się w domu. Nie mam dobrej duszy która podążałaby za mną z wózkiem i czekała cierpliwie, aż się wygrzebię. Na spacerze mam lepszy, szwedzki chodzik na dużych kółkach z ławeczką dla odpoczynku i koszykiem na zakupy, więc jeszcze nie odczuwam tak bardzo braku cierpliwej córki. Wprawdzie dystans, którego przejście zabierało mi kiedyś 6 minut, teraz zajmuje blisko godzinę, ale jeszcze na razie jest w zasięgu moich możliwości. Właśnie wróciłam z wycieczki do nowo otwartego sklepu na moim osiedlu, piątego w moim zasięgu, do którego nie mogłam wejść, nawet nie z powodu schodków, których na szczęście, o dziwo nie ma, ale z powodu zastawienia wolnych przejść między półkami zgrzewkami z wodą i napojami. Wszyscy w sklepach tłumaczą się, że nie mają miejsca dlatego nie widać w nich takich osób jak ja czy matki z wózkami. W końcu jest nas mniej. Po drodze oglądałam nowe ławki ustawione ostatnio przez moją spółdzielnię i nie mogłam, niestety, na żadnej z nich odpocząć. Wszystkie były za niskie, wysokości mniej więcej krzesełek w przedszkolu. W takich chwilach wzdycham do miasteczka Weerselo w Holandii, gdzie nie było miejsca niedostępnego dla takich osób jak ja, (a było ich na ulicy sporo) i gdzie można się było szwendać, przysiadając, gdy się zachciało na wystawionych na ulicę ogrodowych krzesełkach i nie czując się nieprzystosowanym do życia dziwadłem, tylko jedną z wielu liczących się osób, na które tu się czeka.

Dlatego na pierwszym miejscu moich marzeń są nowiutkie, mało używane, w doskonałym gatunku, choć niekoniecznie takie śliczne, jak na zdjęciu.

http://www.biogenica.pl/wp-content/uploads/2016/02/sposoby-na-idealne-nogi-867×410.jpg

sposoby-na-idealne-nogi-867x410

Ponieważ jest to marzenie z gruntu nierealne, mogę tylko popatrzeć na obrazki. We wspomnianej książce na temat „mapy marzeń” sugeruje się, żeby używać symboli rozmaitych marzeń. Autorka pisze: „Obrazy w sposób symboliczny pokazują nasze marzenia. Dzięki temu możemy skoncentrować się na nich i umocnić przekonanie, że właśnie taki jest nasz cel. Pragnienia — dotąd pozostające w sferze myśli, a więc na poziomie mentalnym — teraz nabierają kształtu. Jesteśmy już pewni, że z natłoku różnych myśli wybraliśmy te, które pragniemy zrealizować.” Niestety, proponowany zestaw jakoś mnie odrzuca i wolę dosłowność. Oto on.

Sfera życia Przykładowe symbole
Autorytety Wizerunki osób, które darzycie szacunkiem i uznaniem, anioły, symbole ich zajęć
Bogactwo pieniądze, złota rybka, biżuteria, srebrny talerz, samochód, dom, komputer, cedr, kamienie szlachetne, mleko, miód, wieniec, zamek
Centrum własne zdjęcie,  osoba, do której chcielibyście być podobni, coś, co was symbolizuje, duże lustro, wachlarz,  to co kojarzy się z wolnością i zdrowiem
Dom dom idealny- taki, jaki byście chcieli mieć, arka, ogród, otoczenie, poszczególne pomieszczenia, meble, kominek
Droga życiowa jasne i proste drogi, woda, fontanna, klucze, dyplomy, puchary, kwiaty, statek, niebieski słoń
Dzieci radosne dzieci, kołyska, pokój dziecinny, zabawki, bocian, bawiące się dzieci,
Komunikacja zdjęcia rozmawiających ludzi, telefony, komputery, listy
Podróże Ilustracje miejsc, do których byście chcieli pojechać, globusy, kompasy, mapy, zdjęcia z podróży, statki, stopa
Podświadomość amulety, chmury, obłoki, gwiazdy, harfa, księżyc, most, tęcza, spirala, amulety
Praca/ Kariera zdjęcie osoby przy konkretnej pracy, nagroda, akwarium, berło, klucz, pszczoła
Przyjaciele zdjęcia konkretnych osób, anioły, delfiny, zwierzęta domowe, ilustracje dobrze bawiących się ludzi, lustro, pies
Rodzina zdjęcia rodziców, drzewo, kolumny, kominek z płonącym ogniem, herb, woda, bocian,
Rozwój jednorożec, dyplomy, symbol wiedzy duchowej- może to być kwiat lotosu, góry- szczyty do zdobycia, świeca, książki, gwiazda,
Sława/ Sukces dyplomy, nagrody, trofea, dzieła sztuki, górskie szczyty, strzeliste wieże, czerwone przedmioty, elementy sakralne, lampa, berło, dąb, granat/ granatowiec, gwiazda, korona, laur
Twórczość/ Hobby książki, kadr filmowy, aparat fotograficzny, znaczki, modele, sztalugi, farby, obrazy, rzeźby, dłuto, pędzle, maszyna do pisania, komputer, serwetki, instrumenty muzyczne, kwiaty doniczkowe, kolorowe lampki, zdjęcia własnej twórczości, ogień, studnia
Wiedza/ Nauka książki, zeszyty, dyplomy, sowa lub lis, komputer, budynek szkoły, nauczyciele, cyrkiel, latarnia, oko, tarcza
Zdrowie dąb, zdjęcie idealnego siebie, wizerunek narządu, który chcemy widzieć zdrowym
Związki/ Miłość Zakochane pary, dwa gołąbki, dwa złączone serca, obrączki, pierścień, czerwone róże, delfiny, rodzinne zdjęcia, brzoza, ogień, pochodnia,

Ale może komuś się przyda. Chociaż ja bym nie odgadła, że symbolem związku/miłości może być np. brzoza, ogień, pochodnia (tylko jeśli obejrzałam wcześniej znaną reklamę braveranu — chyba tak się ten lek nazywa, z płonącym w ognisku konarem i trzęsącą się z zimna dziewczyną).

Kolejną sztachetą w moim płocie jest realny odpowiednik nierealnego poprzedniego marzenia, o którym napisałam kiedyś wiersz, ba, cały poemat, jedyny jaki napisałam od czasów młodzieńczych, co świadczy o moim wielkim pożądaniu.

wózki

Chociaż, żeby nie iść w marzeniach zbyt daleko, napomknę o pewnym, raczej niedostępnym dla mnie wynalazku, na pograniczu wózka inwalidzkiego i robota opiekuńczego, którego działania oglądałam w internecie.

Trzecia sztachetka wiąże się z moją

IMG_2958biblioteka

biblioteką.

Pożądam stale nowych książek, tymczasem muszę rozstawać się ze starymi. Oddałam więcej niż połowę mojej biblioteki z powodu konieczności likwidacji regałów dla udrożnienia ścieżek w mieszkaniu, ale nieodmiennie ich żałuję. Co i raz przypomina mi się jakaś książka, którą oddałam, a do której właśnie teraz chciałabym zajrzeć, żeby coś sobie przypomnieć. Niestety, jak to bywa z marzeniami, rzeczywistość zawsze jest gorszego gatunku. Niewiele dzieł powoduje we mnie tak silne emocje, jakich doznawałam czytając znacznie wcześniejsze. Najważniejsze zachowałam, ale stale okazuje się, że te, które uważałam za mniej ważne i oddałam, zasługiwałyby na ponowną uwagę. Jest to oczywista ilustracja spostrzeżenia, że to co nieosiągalne, bardziej kochamy. Jako marzenie. taki nieosiągalny obiekt miłości jest wręcz idealny, nosi w sobie tylko jedną skazę: przynosi czasem smutek i zwątpienie.

Ja tak mam, że rozmawiam z książkami. Nie na głos oczywiście. Ominęło mnie na szczęście to starcze przyzwyczajenie osób mieszkających samotnie do głośnego mówienia, a potem mamrotania. Nie dlatego, że uważam to za coś złego (czasem jest objawem choroby), ale dlatego, że w ten sposób mówi się na ogół zupełne głupstwa:

„— Niech no ja pomyślę, teraz muszę wziąć nóż i ukroić sobie chleba, nie ten, tamten nóż, on ma lepsze ostrze, ale, ale, jest brudny, muszę go umyć przedtem, aha czy ja czegoś nie zapomniałam, tak, tak, nie wyłożyłam wczoraj masła z lodówki i jest twarde, ajaj będę musiała czekać.”

Co prawda w ten sposób Joyce napisał swoje wiekopomne i ponoć niezrozumiałe dzieło „Ulisses” jednak jego literackie mamrotanie nazwane „strumieniem świadomości” zapładniało wielu pisarzy po nim (ja także próbowałam tak pisać) jednak zapewniam, większość staruszek nie ma nic do powiedzenia ważnego w tej konwencji literackiej.

Ja rozmawiam z książkami inaczej, bez słów. Staram sobie wyobrazić i przetworzyć intelektualnie przeczytane treści, zastanowić się, jak by wyglądała inaczej prowadzona akcja, wyławiam podteksty (lub ich brak), tropię niekonsekwencje i ślady blokad mentalnych autora, usiłuję odczytać to, czego wyraźnie nie napisał, a co wynika z jego tekstów. W lot odczytuję to, co usiłuje nam wmówić. Jestem więc jednocześnie czytelnikiem i krytykiem, najczęściej na zmianę; chłonę tekst jak naiwna czternastolatka, wierząc we wszystko, co napisano, do momentu, kiedy coś mnie nie uderzy obuchem; potem już czytam inaczej, a czasem książkę w połowie lektury odrzucam na stertę do oddania.

I dochodzę do następnej sztachetki. To ROZMOWA. Myślałam o niej wcześniej i jak często się zdarza, przed chwilą życie poszło w ślad za myślą. Wywołałam jedno z moich pragnień. Odebrałam telefon i umówiłam się na dzisiejsze spotkanie z kimś, kogo nie widziałam od blisko dwóch lat. Mieliśmy się spotkać w dniu, kiedy zabrano mnie do szpitala, więc on miał mnie w tym szpitalu odwiedzić kiedy poczuję się lepiej, niestety w dniu, gdy mieliśmy się spotkać, on trafił do szpitala (innego), a potem wrócił do swojego miasta na dalsze leczenie. To taki chichot losu, który mi się zdarza (prawdopodobnie – pocieszam się – za sprawą tranzytującego Urana).

Muszę więc przybliżyć ten rodzaj rozmowy, który mam na myśli i o którym marzę. Na co dzień rozmawiam z wielu osobami, mam dobrych znajomych, mam znajomych mądrych i mam znajomych ciekawych ludzi. Wszystkim z nich coś zawdzięczam i z wszystkimi chętnie się spotykam, zwłaszcza, że podejmują trud przyjechania do mnie. Nikt z nich jednak nie jest tym, kto zna mnie od wielu lat i z kim mogę mówić o wszystkim bez udawania, krygowania się, pomijania tego czy tamtego. Są osoby, które wiele mówią o sobie, są też takie, które o sobie nie mówią nic, ja jednak tęsknię do równowagi. Przypominają mi się lata studiów i te nieustające dyskusje przy każdej okazji na każdy temat (z wyjątkiem bieżącej polityki) przy papierosie i kartkowej, marnej wódce, ze szczególnym naciskiem na zagadnienia oderwane od ponurego życia. Do takich rozmów czasem pragnę wrócić.

dyskusja

Anna Koprowska w swojej książce podaje daty w roku 2017, w których powinno się sporządzać takie mapy marzeń aby się spełniły. Takimi terminami są nowie Księżyca, a zwłaszcza pierwszy nów w znaku Barana, przypadający na 28 marca, a więc przedwczoraj, gdy zaczęłam sporządzać swoją mapę. Pisze ona że nów taki jest „idealny, bo po wiosennym przesileniu i w znaku dającym siłę i rozmach”. Zaręczam, że o tym nie wiedziałam, ale tak samo wyszło.

Moje falujące sztachetki zaczęły przechodzić od rzeczy realnych, namacalnych do ważniejszych, mniej konkretnych.

Kolejną sztachetką po rozmowie jest WIEDZIEĆ. Tak już mam, że zawsze chcę wiedzieć więcej i więcej i z powodu tego pragnienia nie zawsze umiem wiedzieć dokładniej. Przez swoje życie zawodowe koncentrowałam się na doskonałym opanowaniu jednego segmentu wiedzy i to opanowaniu ze wszystkimi szczegółami, niuansami; pamiętaniem konkretnych artykułów prawa, tokiem myślenia przy uzasadnieniach i umiejętności natychmiastowego przywołania współrzędnych danego rozwiązania. Nawet obudzona w nocy mogłabym podać źródła, działy i rozdziały oraz uzasadnienia — a to wszystko w stosownym, urzędowym języku.

Dlatego teraz, gdy ze wszystkim jestem już wolna, staram się być wzorowym dyletantem. Wiedzieć i pamiętać tylko to, co chcę wiedzieć, a nie zaśmiecać sobie głowy źródłami. Dlatego też nie piszę artykułów do Taraki, tylko bloga. W obecnych czasach nikt nie jest w stanie wiedzieć wszystkiego, a jeszcze mniej wykorzystywać swoją wiedzę. Wszystkoizm to zaułek bez wyjścia, choć nęcący i dlatego zwłaszcza, że pozostało mi już niewiele czasu, przyświecać mi więc musi jakiś racjonalny wybór oparty o osobiste preferencje. Wiedzy swojej nie będę miała okazji wykorzystać, więc pamiętanie o źródłach jest jedynie ograniczeniem i zawracaniem głowy (chyba, że muszę się na nie powołać).

Kolejna sztacheta to KOMUNIKATYWNOŚĆ. To moja idee fixe.

O komunikatywności, umiejętności przekazu i wytrwałości

czyli tym co stale pragnę poprawiać

Trochę to dziwne, że mojemu nieskoordynowanemu myśleniu (myślactwu) towarzyszy potrzeba jasnego wyrażenia tego, co pragnę przekazać, a zwłaszcza napisać. W dzieciństwie, kiedy brutalnie odzwyczajano mnie od leworęczności, zaczęłam się jąkać, co ustępowało w okresie dojrzewania, gdy zaczęłam pisać szkolne wypracowania. Zawsze uważałam swoje wypowiedzi słowami za poszarpane, niejasne i nieskoordynowane, ponieważ najczęściej moje otoczenie nie rozumiało, o co mi chodzi. Starałam się więc w tym, co piszę, być dokładna, klarowna, gładka. Zawsze czytałam swoje szkolne prace na głos, żeby tekst miał swoistą melodię i dobrze brzmiał. Im byłam starsza, tym bardziej popadałam w obsesję wyrażania dokładnie tego, co chcę powiedzieć, ni mniej ni więcej. Na szczęście na starość trochę sobie odpuszczam. Łagodnieję wobec świata, nie jestem już taka zasadnicza w przestrzeganiu form.

Na różnych etapach życia moja komunikatywność zmieniała się, ewoluowała. Od strumienia świadomości przechodziłam do dygresji od dygresji i literackich form szkatułkowych, właściwych niepoprawnym gawędziarzom, porzucając je stopniowo dla nowych odkryć. Niestety, nigdy nie szło mi dobrze pisanie Hemingwayem, który to męski styl na wiele lat zdominował światową i polską literaturę, stając się kanonem, do którego przykrawano wszelkie debiuty. W pop literaturze oznaczało to konieczność operowania krótkimi zdaniami, brak opisów i roztrząsań. To, że w bohaterze wrzało piekło, dawało się rozpoznawać po akcji, gdy na przykład wyciągał broń i zaczynał strzelać. Moda ta umacniała się pod wpływem sztuki filmowej, gdy oszczędność mimiki i gestów zaczęła być standardem, odróżniającym dzieła współczesne od epoki przeddźwiękowej.

Tu, wydaje się, leżała przyczyna moich trudności w porozumiewaniu się z innymi. Ja chciałam oddawać komplikacje świata, który widziałam, inni pragnęli widzieć uproszczoną czarną kreskę na białym tle. Żadne cyzelowanie tekstu nie pomogłoby mi w komunikatywności, o czym jednak nie wiedziałam. W dążeniu do tego, aby być rozumianą, próbowałam zmienić i udoskonalić siebie (tu zbiegają się segmentu marzeń omówione w części INTERAKCJE) zwłaszcza poprzez doskonalenie swojego STYLU. Mam na myśli nie tylko pisanie ale całokształt siebie: spokojnej, opanowanej, rozsądnej, kompetentnej.

To wiąże się z moim marzeniem: być komunikatywną bez żadnego wysiłku, być rozumianą i móc podejmować dyskusje bez zastanawiania się nad ich formą. Choć oczywiście nie satysfakcjonują mnie odpowiedzi w rodzaju „masz rację k….a coś nie tak”.

I tak dochodzę do ostatniego szczebelka mojego płotu segmentu ŚWIAT TU: WYTRWAŁOŚĆ. Nie jestem wytrwała, nie umiem i nie umiałam pozostawać bez ruchu dłużej niż pół godziny. Podziwiam ludzi, którzy godzinę lub dłużej usiłują odnaleźć program posługując się popsutym pilotem do popsutego telewizora, przy czym czas oglądania odnalezionego kanału stanowi jedną dziesiątą czasu poszukiwań. Wytrwałości nie potrafiłam w sobie wyrobić, chociaż jest dla mnie bardzo istotną cechą i bardzo ją cenię. W moich marzeniach jestem wytrwała bez żadnego wysiłku, po prostu tak mam.

Kiedy poszukuję symbolu dla wyrażenia wytrwałości, pierwszy, który nasuwa się na moją myśl jest Syzyf, potem galernik, potem górnik i po chwili łapię się na tym, że oni wszyscy byli wytrwali nie z własnej woli, ale pod przymusem.

https://www.youtube.com/watch?v=Tru6PJHMjnI

Miałam kiedyś taki plakat nawiązujący do Syzyfa i wytrwałości, tylko á rebours. Przedstawione tu żuki gnojowe bez wątpienia działają bez przymusu. Czy idea, która im przyświeca w ich uporze, powstała z wrodzonych cech, nabytych przekonań, czy może z życiowych doświadczeń, gdy trzymanie się podjętego zobowiązania wydawało jedyną słuszną drogą i dawało nadzieję? Nie wiem. Fakt, że posłużyły za symbol inteligentnego plakatu, wskazuje na wiele sił sprawczych — także po stronie ładunku. Wszak on też nie był bezwolny.

ka 001

Segment ŚWIAT POD

Ma jeden odcinek płotu, wewnętrzny, z jednym zawołaniem : CHCĘ

Dlaczego tak nazwałam ten świat? Trochę ma to związek z podświadomością ale nie do końca. Wiedząc o nierealności wielu marzeń, umieszczam je w zakątku ze snami, ponieważ dotyczą snów. Nie są to sny świadome, ale jednak zawierają elementy moich gorących pragnień i ze snów takich budzę się usatysfakcjonowana. Lubię ciekawe sny z fabułą i zawikłaniami, niespodziewanymi wydarzeniami (miłymi), tzw. „smaczkami” czyli czymś oryginalnym i niespotykanym, a także elementami wymagającymi zastanowienia się i rozwikłania zagadki. Uwielbiam bieganie we śnie – zwłaszcza pod górę. Znam przebieg ścieżki mojego biegu do najdrobniejszego kwiatka, pasu trawy czy kałuży. Pamiętam różne płoty, które mijam. Biegnę zawsze w tym samym, letnim krajobrazie, słonecznym, zacienionym od drzew i wilgotnym po świeżym deszczu. Niestety te cudowne sny kończą się, gdy dobiegam na wzgórze. Krajobraz, który stamtąd oglądam, jest piaszczysty, pustynny, a w dali majaczy nieznane mi miasto. Jeśli we śnie nie obudzę się i idę dalej, wkrótce błądzę w tym mieście i nie mogę trafić z powrotem, a piękny sen zmienia się w koszmar. Czasami, gdy budzę się z takiego snu, odkrywam, że obrzydliwie klnę na głos.

Nie zawsze moje sny są przyjemne, ale mimo to lubię, kiedy toczy się wartka akcja. Wewnątrz takiego snu czuję się jak aktorka w horrorze, pamiętająca o swojej roli, świadoma wymagań scenariusza, podporządkowująca się mu, ale jednocześnie rozważająca inne warianty w taki sposób, jakby ode mnie zależało, jak dalej akcja się potoczy. A potoczyć ma się tak, żeby było ciekawie, a nie żeby było miło — co czasem się zdarza. Uważam, że są to sny na wpół świadome.

Tym, co najbardziej pociąga mnie w moich snach i odróżnia sny miłe od niemiłych, jest sprawczość. Niezależnie od karkołomnych doświadczeń, skrajnych zagrożeń, wszystko jest w porządku, jeśli to ja panuję nad wydarzeniami i mam siłę je modyfikować. Kocham sny, w których mogę przejawić swoją wolę.

Ostatnie miejsce w moich snach i marzeniach o nich, choć nie najmniej ważne zajmują nowe pomysły. Związane są najczęściej z tym, co piszę i nie zawsze mogą zostać wykorzystane. Stanowią jednak pewien bank, do którego sięgam, gdy nie mam przed sobą jasnych rozwiązań pewnych kwestii. Ten rodzaj snów, to sny pożyteczne i lubię, gdy bank pęcznieje, jak portmonetka po wizycie w bankomacie.

W ten sposób dochodzę do ostatniego segmentu:

ŚWIAT NAD

On scala moją mapę, nadaje jej głębszy i bardziej uniwersalny wymiar.

Najważniejszym wskazaniem na moje przeznaczenie jest wypowiedziane w pewnym śnie niejednoznaczne zdanie mojej zmarłej ciotki, nauczycielki licealnej, że powołana jestem do wyjaśniania różnicy między słowem, a wyrazem. Pisałam o tym w 71 odcinku Babci Ezoterycznej „Inne sny, złudzenia i inne duchy cz. 3” sprzed 4 lat http://www.taraka.pl/inne_sny_zludzenia_3

usiłując zrozumieć o co dokładnie chodzi w tych wskazówkach.

Nie wydaje mi się jednak, żebym dobrze wypełniała swoją rolę. Najważniejszą przeszkodą do wypełniania każdej, jaką by mi z góry nie przeznaczono, są moje pragnienia. One zaburzają klarowność rozumienia czegokolwiek, kierują wysiłek w nieoczekiwane strony, prowadzą do kolizyjnego kursu z przeznaczeniem (jeżeli takie istotnie jest). Nie da się ich całkowicie wyrugować, można czasem przekierować na inne obiekty (np. czynili to święci), można chyba (a przynajmniej powinno) się je zmniejszyć. Niespełnione pragnienia bolą i uwierają, spełnione niosą gorycz. Ich zmniejszenie wydaje się rozsądnym przedsięwzięciem.

Ukoronowaniem sensownego sterowania własną osobą wydaje się pogodzenie z tym, czego nie można zmienić. Jednocześnie jest to drwiną z mapy marzeń, przekreśleniem jej sensu; czyni z niej zabawę głupawego dziecka. Zapewne nią jest, chociażby z tego powodu, że porządkuje coś, co w moim najgłębszym przekonaniu powinno zostać nieuporządkowane. Gdybym umiała i chciała się modlić, moja modlitwa brzmiałaby:

Ty, który jesteś, jeżeli jesteś, daj mi myśli bujające swobodnie i nie każ mi myśleć rozsądnie, ponieważ rozsądek zabija wszystko, co mogłoby być Tobą, gdybyś był, oczywiście.

 

Słowiańska duma i słowiańska gimnastyka czyli sklep z symbolami

Moda na słowiańskość nie przemija, chociaż utrwalając się schodzi całkowicie na psy. Bo jakże uznać za genialny taki utwór, podobno muzyczny, nad którym nie milkną zachwyty niektórych fejsbukowiczów. Słowiańska duma ich roznosi

https://www.youtube.com/watch?v=crd7aSUlYQ0&t=1246s

i nie dostrzegają że słychać w nim, zwłaszcza w 21 minucie (jeśli ktoś dotrwał do tego momentu lub zaczął niewiele wcześniej oglądać klip) przepity ryk i tyle. Może jako kobieta dostrzegam w nim jedynie prymitywne nakręcanie się, a nie żadną dumę, może zaś znaczenie słowa „duma” z biegiem lat coraz bardziej ogranicza się do prymitywnego poczucia górowania nad światem i agresywnego przydeptywania butem innych.

Dla mnie zawsze poczucie dumy było uczuciem niejednoznacznym, ulotnym, wzbierającym i przemijającym w swoistym rytmie, pełnym sentymentów, goryczy ale i refleksji nad przemijaniem emocji. Uczuciem, na którym nigdy nie można było polegać, bowiem jak w piosence:

https://www.youtube.com/watch?v=i–bB93hKKE

kończącym się krążącymi nad pobojowiskiem wronami, nawet gdy duma dotyczyła wyłącznie prywatnego świata jednego, czy dwojga ludzi.

Ale idźmy dalej w wycieczce po słowiańskości, może w rejony bardziej rozrywkowe. Czytam o słowiańskiej gimnastyce na stronie

https://wiaraprzyrodzona.wordpress.com/category/cywilizacja-slowianska/

i dowiaduję się stamtąd, że Słowianie mieli oddzielne rodzaje gimnastyki dla mężczyzn i dla kobiet. Niestety nie dowiaduję się nic na temat ćwiczeń poza kilkoma zdaniami na okrągło, np, że był to „holistyczny system odnowy i odblokowywania energii oparty na słowiańskim dziedzictwie etnicznym. System ten w niczym nie ustępuje wschodnim praktykom, takim jak joga czy tai chi. Ale przez to, że ma słowiańskie korzenie jest najbliższy duszy i energii słowiańskich kobiet.”

Gimnastyka kobiet nazywana jest słowiańską gimnastyką czarownic i sądząc ze zdjęć prezentowanych przez wyszukiwarki, charakteryzuje się gromadką młodych dziewcząt, nagich lub w haftowanych czerwoną nicią haftem krzyżykowym koszulach i wiankach ze sztucznych kwiatów i kłosów, pląsających przy księżycu nad jakimś bagienkiem. Wydawać się mogło, że zespół „Słowianki” to jest właśnie ta słowiańskość, która powinna nas urzekać. Pewien młody, nieśmiały, uduchowiony człowiek opowiadał mi, że w jego snach pojawia się znacząca postać młodej 12-letniej Słowianki, która ma zostać jego żoną. Tak czeka na nią przez trzydzieści parę lat swojego życia, nie bacząc na to, że gdyby marzenie się zrealizowało, można by nazwać go pedofilem

Słowianki

Inna wersja słowiańskiej gimnastyki kobiet pokazywała rozmaite odmiany czołgania się po klepisku z wymachami rąk i nóg, jako zapewne forma bardziej zaawansowana w słowiańskości atrakcyjnej dla mężczyzn Słowian. Szczególnie atrakcyjne wydaje się ćwiczenie nr.8 na stroniehttps://treborok.wordpress.com/gimnastyka-slowianskich-czarownic-ksiazka-3/

choć mnie osobiście czołganie się wydaje raczej ćwiczeniem typowo wojennym, męskim zapewne.

pobrane słowiańska gimnastyka

Pod innymi względami my też nie jesteśmy gorsi niż Żydzi i Arabowie i musimy też mieć własny, słowiański rytualny ubój świń.

https://www.youtube.com/watch?v=1b3RstbTiuM

Z filmu tego dowiedziałam się, że świnię przed ubojem wiążemy za prawą nogę, nigdy za lewą. Ja jako osoba leworęczna będąc świnią, wolałabym być wiązana jednak za lewą nogę; nie wiem czemu, ale tak jest. Z kolei naczelna zasada tegoż uboju: tu się bije, gdzie świnia się urodziła, żyła i była karmiona, wydaje mi się całkiem sensowna, także w odniesieniu do człowieka. Wolałabym ginąć w domu, a nie w jakimś szpitalu na przykład. Reszta, jak na przykład parzenie wrzątkiem lub opalanie skóry uważam za dodatek o wymowie czysto politycznej, wiążący rytuał z terytorialnością słowiańskich plemion. Odnoszę niejakie wrażenie, że nie chodzi tu o słowiańskość, a o ominiecie niektórych przepisów prawa, bowiem na końcu autor coś bredzi o badaniu mięsa przez weterynarza.

Może jednak wróćmy na wyżyny. Nie spodziewałam się, że Słowianie mieli swoje mantry. Przeczytałam o tym na stronie która nazywa sięNiezależne forum – Cheops i aż chciałam zawołać: gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Afryka! Dowiedziałam się stamtąd, że mantra/mudra to po prostu modra/mądra, a mandala, to nasza mądrala. Tak więc idąc dalej w las, wywieść można by, iż modre oczy znamionują mądrość na przykład.

Wyposażeni w słowiańską mądrość, możemy odnaleźć w internecie sporo sklepów sprzedających gadżety związane ze słowiańskością i ciągle powstają nowe. Pewna dziewczyna planująca otworzenie takiego sklepiku, apeluje o informacje na temat tego co jest, a co nie jest słowiańskie, ponieważ nie bardzo się na tym zna i nie ma pojęcia, co by znalazło odbiorców. Odpowiedziano jej, że odzież, ale nie t-shirty, kolczyki i skórzane torebki z wytłaczanymi wzorami. Gdy podawano szczegóły, okazało się, że ta słowiańskość nie musi być właściwie w pełni słowiańska, pod warunkiem, że nie będzie zawierała motywów łowickich, góralskich i jeszcze jakichś tam. Na szczęście pytająca dodała w końcu, że „generalnie sklep oscylowałby w klimatach postapo i turystyki ekstremalnej. Słowianie i folk byłoby uzupełnieniem do całości”. Ze słownika dowiedziałam się, że postapo to po prostu świat postapokaliptyczny, więc słowiańskość to raczej sielskość bieguna przeciwnego, jakieś preapo na przykład.

I tak chyba należy widzieć tę popularną odmianę słowiańskości — jako sklep, w którym można kupić lub dostać wszystko, co się zamarzy (łącznie z ideami politycznymi, eksperymentami hodowlanymi i rolniczymi typu hodowanie ziemniaków w słomie bez brudzenia sobie rąk kopaniem ziemi, czy jej oraniem, słowiańskimi tatuażami oraz pomysłami językoznawczymi). Wspomniany sklep słowiański oferowałby także inne domorosłe idee w pełnym wyborze.

Niestety, to, co najbardziej modne, po krótkim czasie staje się obciachowe, podobnie jak kulturowa chłopomania międzywojnia, która przeminęła pozostawiając po sobie jedynie parę dzieł sztuki i literatury. Obawiam się, że słowiańskość i rodzimowierstwo nie zostawią dzieł tej miary, co „Wesele” Wyspiańskiego.

Na koniec wyznam wam, że i ja swego czasu bardzo przejmowałam się słowiańskością, czego dowodem jest wiszący w moim mieszkaniu obraz Izabeli Ołdak, przedstawiający Słowiańską Górę Szczęścia, podarowany mi przez malarkę w celu dodania sił w walce z przeciwnościami losu. Ba, na górę tę miałyśmy kiedyś razem się wspinać. Możliwe że popsułam ten symbol, uzupełniając go zielenią pnączy i bombkami, jedną w kształcie książki, drugą mającą odwzorować konkurencyjny dla słowiańskiego czarnego Słońca srebrzysty Księżyc, ale jak na górę szczęścia wydawała mi się zbyt ponura. Dziś sądzę, że wszelkie Wielkie Szczęśliwości i Radosne Krainy są w istocie swojej skazane na smutek, ponieważ przedstawiają to, czego osiągnąć w istocie nie możemy. Są pożegnaniem się z marzeniami. I zapewne to czuła malarka, a intuicja podpowiedziała jej, że jeśli pragnie być szczęśliwą, musi rozstać się ze swym dziełem.

IMG_2945

Czy twoje życie podąża w dobrym kierunku?

niemowlę 1943

Przeczytałam takie naglące pytanie, jak wiele pytań podobnego rodzaju, stanowiące zaproszenie do udziału w jakichś kursach poprawiania swojej niedoskonałej osobowości, innymi słowy reklamy nakierowanej na młodych, niezbyt opierzonych osobników, potrzebujących diagnostyki swojej duszy i swoich zamierzeń.

Osoby bardziej doświadczone zdają sobie sprawę, że o dobrym lub złym kierunku, w którym zmierza ich życie, można orzec dopiero w późnej starości, kiedy już nic właściwie nie można poradzić na wybory chybione (ja nie używam określeń dobry/zły ponieważ  podejmując działania nie znamy ich rezultatu, a ten, którego się spodziewamy, może daleko odbiegać od naszych, najbardziej nawet rozsądnych kalkulacji).

Czytam w Gazecie Wyborczej wstępniak przedstawiający perspektywę życia Polaka poza Unią Europejską. Czy coś z tych sugestii jest w stanie wzbudzić w młodym człowieku lęk? Raczej nie. Mój kilkunastoletni wnuk raczej nie jest w stanie wyobrazić sobie duszności kraju, którego granice są zamknięte, a paszporty i wizy dostępne po wielu staraniach, a czasem i kosztem podpisania jakiegoś papierka, który na starość nieoczekiwanie przynosi upokorzenie i niesławę. On, który z rodzicami zwiedził już większość Europy, wolałby czasem posiedzieć w domu przy komputerze czy książce, niż ustawicznie gdzieś jeździć w wakacje. Dla niego perspektywa oglądania piękna dzikich krajobrazów raczej jest udręczeniem niż rozrywką i pewnie nie zrozumiałby świata bez telewizora, komputera, telefonu, a nawet pizzy.

Czy człowiek załatwiający sobie paszport, bo zechciał nowiutką syrenką czy trabantem (na talony dla potrzebnych krajowi osób) po zgromadzeniu i przedpłacie równowartości rocznej pensji (nazywanej wówczas „poborami”) zwiedzić któryś z krajów tzw. demoludów, mógł rozpoznać dobry lub zły kierunek, w jakim zmierzało jego życie wskutek podjętej decyzji? Podpisał jeden z kolejnych papierków w jednym z kolejnych urzędów nigdy nie traktując, jak to w tamtych czasach, takich papierków serio i od tamtej, niezauważalnej chwili, jego życie zaczęło zmierzać w złym kierunku.

W tamtych czasach, gdy wybory życiowe były bardzo ograniczone, łatwo można było wpaść w jakąś dziurę, z której nie było dobrego wyjścia i nie ma go do dziś. Weźmy taką banalną sprawę jak leczenie. Udając się do lekarza, należało posługiwać się dowodem osobistym, ponieważ tam znajdowało się zameldowanie czyli poświadczenie urzędowe miejsca zamieszkania. Zmieniając adres, należało zmienić jednocześnie dowód osobisty. Jednakowoż, jeżeli ktoś wybierał się za granicę i otrzymał paszport, musiał zdać do składnicy dowód osobisty, bowiem w domu nie mógł przechowywać obu tych dokumentów na raz. Tryb załatwiania tych i innych powiązanych dokumentów jak wizy, książeczki walutowe, zaświadczenia itp. był tak długi, że czasem miało się paszport zamiast dowodu miesiąc i dłużej. Wówczas oczywiście nie wolno mu było chorować, a w każdym razie pechowiec musiał dokonać zamiany paszportu na dowód. W różnych przychodniach czasami udawało się ominąć ten wymóg, niestety nie działało to w poradniach psychiatrycznych, gdzie obowiązek poświadczenia adresu był priorytetem. Ludzie uważali więc (możliwie że całkiem słusznie) że istnieje jakiś milicyjny rejestr osób udających się po poradę do psychiatry, a więc nawet zwykli lekarze przestrzegali przed kontaktem z nim, ponieważ „ta skaza zostaje w dokumentach na całe życie”. Ja poznałam osobiście dziewczynę która udając się po skierowanie do psychiatry (zresztą zupełnie niepotrzebnie, bo problem wynikł z niedoboru pewnego składnika w jej diecie, co skutkowało tikiem oka), wdała się w jakąś sprzeczkę w rejestracji, co spowodowało, że po kilku dniach odnaleziono ją w jej zakładzie pracy i wyprowadzono przez kilku milicjantów skutą kajdankami – jako, ze jak twierdzono – mogła ze złości dokonać sabotażu. Sądzicie zapewne, że od tamtego momentu jej życie zaczęło zmierzać w złym kierunku. Jeśli tak, to bardzo się mylicie. Po niedługim pobycie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zobaczyła co ludzie mogą wyprawiać, nabyła śmiałości i jako posiadająca  „wariackie papiery”, ta zahukana i zapracowana, samotna matka dwojga dzieci, kątem mieszkająca pod Warszawą u byłej teściowej, wprowadziła się do śródmiejskiego pustostanu w przekonaniu, że i tak jej nic nie zrobią. Wyrzucona z zakładu, gdzie za marne pieniądze pracowała na zmiany, po drugiej stronie ulicy znalazła lepszą pracę i lepszego niż poprzedni mąż mężczyznę, a po jakimś czasie załatwiła formalności i uzyskała legalizację zamieszkania. Jej córki skończyły studia, a jedna z nich została znaną dziennikarką.

Inny, znamienny przykład z wcześniejszego okresu, gdzie wojenne realia i przypadki całkowicie odmienić mogły ludzkie losy. Zawsze uczono dzieci, że powinny się słuchać rodziców. Pewien polski chłopiec na polskiej wsi w latach pogromów na kresach był nieposłuszny i wbrew wyraźnemu zakazowi huśtał się na furtce. Kiedy we wsi pojawiło się kilku mężczyzn i poprosiło o możliwość napicia się wody, matka zawołała chłopca, żeby zaczerpnął wody ze studni, ale dzieciak nie posłuchał, więc musiała sama pójść z wiadrem. Otworzyła wówczas drzwi i zginęła wraz z mężem i młodszym dzieckiem oraz starymi rodzicami. Dzieciak przeżył, bo furtka zasłoniła go przed oczami morderców. A przecież jego życie zmierzało w złym kierunku.

Na koniec mój osobisty przykład. Jako dziecko zostałam zabrana przez Niemców w którejś z ulicznych łapanek i zakwalifikowana do germanizacji, byłam bowiem złocistowłosą blondyneczką, prawdziwą szirlejką[*], jak mawiali moi rodzice. Uratowała mnie łapówka, wręczona przez matkę, chociaż zawsze łapownictwo było tępione głównie z moralnego powodu. Powstaje pytanie: w którym momencie kierunek mojego życia był zły, a w którym dobry? Wiemy, w którym się odmienił, ale takie odmiany przydarzały się w moim życiu nie raz i często z powodów zupełnie błahych.

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszemu młodemu człowiekowi całą gamę komplikacji jaka mogła wyniknąć z decyzji o udaniu się na przykład na zagraniczne wczasy lub wycieczkę, rozpoczęcia takich a nie innych studiów, poznania takiej czy innej osoby na jakiejś imprezie lub podjęcia pracy w pozornie zwyczajnej instytucji. A jeszcze trudniej w nieprzewidywalność wydarzeń, jaka mogła się pojawić w wyniku takiego zamiaru. Z pozoru wydaje się, że życie ma tak zorganizowane, iż nie ma miejsca na przypadki. Nawet nowo poznane osoby pochodzą ze znanych kręgów. Wydaje się więc owym ludziom, że i wszystko inne można ocenić pod kątem dobra i zła i w razie czego naprawić, bowiem nasza wola przesądza o skutkach naszych zachowań.

Nawet nie przyjdzie im do głowy jak bardzo się mylą. Ale po drodze napędzą komuś kasy.

[*]  Od dziecięcej, amerykańskiej aktorki, modnej w tamtych latach, Shirley Temple.

Kasowanie siebie

Kasia jesień2

Moja przyjaciółka oznajmiła, że kasuje swój profil na FB i zrobiła to. Ma jednak adres mailowy, telefon i nie jest trudno ją znaleźć w razie potrzeby. Nie jest też samotnikiem wyizolowanym od świata, pracuje, pisze i myśli oraz myślami tymi dzieli się z innymi. Ze zadziwieniem, a może tylko zaciekawieniem napisała mi: „W pracy jedna dziewoja stwierdziła, że kasując FB skasowałam samą siebie. Ciekawe”

Czy skasowanie fragmentu cudzej pamięci, zewnętrznej wobec JA, jest jednocześnie skasowaniem siebie? Wszak JA to nie tylko pamięć, ale i zalążki moich reakcji na to, co zdarzyć się jeszcze może i na zewnątrz mnie, i w moim wnętrzu. Jeśli nie mam żadnego wnętrza, to oczywiście kasując swój profil na FB, przecinam (ale nie zawsze) wiele nici wiążących mnie z określoną społecznością, ale nie ze wszystkimi. Wszak nie popełniam samobójstwa, żyję dalej i mogę nawet niczego więcej nie zmieniać. Jeśli nie mam żadnego wnętrza, a raczej wydaje mi się, że nie mam. Ciekawe zresztą, że pisze to ktoś zawodowo zajmujący się pisaniem (komercyjnym).

Umyślne odcinając się od posiadania telewizora (jak czyni to wiele osób), nie zrywają one bynajmniej z innymi źródłami informacji, być może nawet bardziej rzetelnymi, choć mniej spektakularnymi, ale i to ostatnie nie jest pewne, bowiem w internecie można obejrzeć wiele króciutkich filmików, związanych z co ciekawszymi wydarzeniami, międlonymi do obrzydliwości całymi dniami w telewizji. Można też być równie dobrze sterowanym, jak w oficjalnych mediach, tyle że przez własne preferencje i dążenie do wewnętrznego zadowolenia z siebie i swoich przekonań. Dlaczego więc zrywając z FB rzekomo pozbawiamy się siebie? Nawet jeśli wskutek tego jakaś cząstka nas zostanie odcięta, nie musi to być usunięcie całkowite (możliwe są inne środki kontaktu z tymi samymi osobami), a zresztą na miejsce odciętej gałęzi może wyrosnąć nowa, kto wie czy nie bardziej wartościowa.

Jeżeli jako ludzie odczuwamy potrzebę selekcji bodźców, jakie do nas docierają, odcięcie się od FB jest całkiem sensownym pomysłem. Ja też od jakiegoś czasu go rozważam. Irytuje mnie coraz więcej reklam, w dodatku źle celowanych, choć wyraźnie we mnie (np. reklamowanie przez sklepy internetowe tego co już kupiłam lub gdzieś oglądałam, ale zrezygnowałam z kupna), podczas gdy czasem jeszcze zawiesiłabym oko na czymś nowym, nieznanym, a nie na kilogramie mąki określonego rodzaju, który zdarzyło mi się kupić, bo akurat takiej wówczas potrzebowałam. Wściekają mnie owe fejsbukowe kwiatki, mordki, ptaszki, kotki i pieski, głupie sentencje, ta cała czułostkowość połączona z dziwną w tym zestawieniu agresywnością wobec tych, którzy nie podzielają nad nimi zachwytów. Złości mnie tak mało tekstów osobistych, w zamian za to upowszechnienia tekstów już wielokrotnie wcześniej upowszechnionych.. Złoszczą mnie posty zawierające filmiki, ale nie uprzedzające czego będą dotyczyć – szkoda mi czasu na oglądanie kilku minut czegoś, co potem okaże się bzdurą. Wpis mogę ocenić po kilku zdaniach, a rzut oka na film, nawet kilkuminutowy, zajmuje więcej czasu.

Wściekam się, kiedy wezmę udział w jakiejś dyskusji, a dyskutanci nie odnoszą się do przedstawionych im argumentów, tylko powtarzają w kółko swoje, jak politycy w telewizji (kiedyś mówiono: katarynka) bądź ze wszystkiego robią temat polityczny. Nawet gdy dyskutujesz o panpsychizmie zastanawiają się, jaką świadomość ma dziecko poczęte, złożone z czterech komórek i czy ta świadomość, istniejąca bądź nie, powinna mieć wpływ na rozwiązania prawne, dopuszczające przerywanie ciąży.

Na razie jednak nie rezygnuję z FB ze względu na kilka kontaktów, których po prostu mi szkoda. Wiem, że ludziom tym nie zechce się korespondować z jedną osobą, podczas gdy na FB mają dostęp do wielu, a więc dla mnie to jedyna możliwość wiedzieć, co mają do przekazania światu. Jako osoba starsza mniej mam kontaktów z ludźmi młodymi, a FB jest jakąś furtką do zrozumienia sposobu myślenia tych, których nie znam osobiście. W większości jednak już zaspokoiłam swój głód wiedzy w tym względzie (naoglądałam się czułostkowych kwiatuszków i zwierzątek) i starczy mi chyba już. Wszak prawdziwe życie przebiega obok nas, w oderwaniu od tego, co się czyta i przeżywa na forach społecznościowych.

Tymczasem czekają na nas takie relacje z codzienności jak na blogu http://kresowazagroda.blogspot.com/, a gdzieś, na jakiejś działce, buduje się nowe szambo i dwa świerczki zostały uszkodzone, ale posadzone z powrotem. Czy się przyjmą?

jabłonka

Wycięta rajska jabłoń chorowała i usychała, jakby wiedziała, że od kilkunastu lat to miejsce nieżyjący już gospodarz przeznaczył pod nowe szambo i dyskutowano jego budowę i wycięcie drzewka przez tyleż czasu. Czy nieszczęsna jabłonka wiedziała, że jej lata są już policzone? Czy porost islandzki, który ją opanował, chciał skusić swoją rzadkością w tym miejscu i odwieść przyszłych wycinaczy do zmiany decyzji? Może tak właśnie przejawiał się początek pomysłu twórców teorii panpsychizmu? Czytam książkę „Sekretne życie drzew” i choć nie ma w niej niczego, o czym z grubsza nie wiedziałabym z innych źródeł, jest nowe spojrzenie na całość ekosystemu, w którym i my, ludzie, mamy wyznaczone miejsce, możliwe że całkiem inne, niż sami sobie uzurpujemy.

Jednocześnie poznaję dyskusję związaną z panpsychizmem, wywołaną pewnym artykułem i staram się wyrobić sobie własny pogląd na to zagadnienie. Zastanawiam się czy przypadkiem definicja samoświadomości nie powinna ulec zmianie. Do przykładowych obiektów, które można podejrzewać o samoświadomość, można też chyba dodać ule i mrowiska (jako zespoły jednostek) i inne tego rodzaju, a nawet ludzkich uczestników zbiorowych demonstracji czy rozruchów. A także Wszechświat. Kosmos wszak czasami (co widać świetnie w niektórych horoskopach) zachowuje się jak zbiorowość prowokująca np do erupcji buntu, wszechobecnych pomyłek, rozkojarzenia itp. Ja bym zadała takie pytanie: Czy istnieje nieuświadomiona osobowość? Na moim parapecie leży dziwny kamień i ilekroć spojrzę na niego, zastanawiam się, czy istotnie przedmioty tzw. martwe nie mieszczą w sobie cząstki życia, jeśli nie własnego, to innych istot. A może to tylko jego kształt, zbliżony do pewnej góry z dawno obejrzanego filmu o spotkaniu z kosmitami, przywołuje takie sugestywne skojarzenia?

Te wszystkie zajęcia uświadamiają mi, że główny nurt mojego życia płynie poza FB, rozlewa się szerzej, a korzystając z wielu rozmaitych źródeł, jest o wiele bardziej intensywny, choć na szczęście, nie zawsze dookreślony. Czy więc wypisując się z tego środowiska, jak zrobiła to moja przyjaciółka, ja skasowałabym samą siebie, a przynajmniej ważną cząstkę mnie? Może skasowałabym jakąś formę uzależnienia, to wszystko. Zawsze mogę uzależnić się od czegoś innego, przynajmniej chwilowo. Odłączyłabym się tylko od pewnego mojego portretu, nie koniecznie prawdziwego, który jednak przynajmniej w części zostanie w pamięci znajomych. Każdy twórca jednak rozstaje się ze swoim dziełem, z niektórymi zaś powinien rozstać się wcześniej, niż to istotnie zrobił, dla dobra własnego i ludzkości.

Współcześnie panuje trend do odcinania się całkowitego, np wypisywania się z kościoła katolickiego. Jeżeli KK mnie mało obchodzi, nie chce mi się też zabiegać o formalne wypisywanie, poszukiwać świadków, prowadzić korespondencji itp. Chyba że jestem ateistą wojującym, który z ateizmu uczynił coś na kształt religii.

Wypisywanie się z jakiejś społeczności nie jest tylko wyrazem nieufności wobec niej, ale i wyrazem braku zaufania do innych grup, w które wrośliśmy. Pół biedy, jeśli ma oblicze odcinania pępowiny, gorzej jeśli jest szukaniem innych pępowin, zamiast własnej niezależności. Tak to widzę. Współczesność obfituje w postawy, których wyrazem jest dziecinny nos przyciśnięty do wystawy: wszystko mnie pociąga, wszystko chciałbym kupić, kiedy jednak przyniosę to do domu, przestaje mi się podobać. Za mojej młodości mówiono o takich ludziach: „Wilcze oczy popie gardło, co zobaczy to by żarło” Niestety, w kulturze niedoboru nie miałam okazji spróbować tego doświadczenia i chyba na zawsze pozostanie ono dla mnie obce. Wiem jednak, że każda radykalność jest drogą donikąd, w każdym razie nie daje tego, na co się oczekiwało.

Wymienność czyli o psach, kotach i kokardkach

Z przyjaciółmi nie boimy się wymieniać informacjami. Wiedzą o nas rzeczy, które ukrywamy przed innymi. To wyraz naszego zaufania do nich i wyzbycie się obawy, że wykorzystają je przeciw nam. Także i wiara, że nasz obraz w ich oczach nie straci przez świadomość, że nie jesteśmy do nich we wszystkim podobni – w trybie życia, poglądach, obawach i ich charakterach. Co zrobić jednak z ludźmi, których uważamy za przyjaciół, a którzy nie mówią nic o sobie? Zaprzestać przyjaźni czy dopytać o sprawy dotychczas nam nieznane? A jeśli ich doświadczenia tak bardzo są odmienne od naszych, że nie wiemy nawet nic z ich życiorysów? Czy może zbyt wcześnie uznaliśmy ich za przyjaciół? Czy też idąc po linii najmniejszego oporu chcemy po prostu komuś wierzyć? A może to do nas należy nieustanne przyglądanie się im i wyciąganie wniosków z naszych spostrzeżeń, wybieganie naszymi myślami naprzeciwko nim?

Nie każdy chce wchodzić w mroczny świat drugiego człowieka, a jeżeli nawet weń wejdzie to formułuje wobec siebie warunki, na jakich to zrobi. Chętnie wszedłby w tę jego część, która nie popsuje jego humoru, pominął zaś resztę w której czuje się niekomfortowo. Także wieczne odgadywanie, gdy ktoś nam w tym nie pomaga, staje się nużące. Jednak nie zawsze przyznaje się do tego przed sobą, łatwiej bowiem obwinić drugą stronę, że żyje w swoim świecie i za nic ma jego wrażliwość. To jest jak przeciąganie liny — i wówczas gdy napięcie przerodzi się w akcję, przyjaźń się kończy.

Są jednak istoty tak nieszczęśliwe, że za przyjaciół uznają każdego, kto choć w jednej sprawie ma zbieżne z nimi zdanie. Czasem wydzwaniają, piszą do nich rozpaczliwe maile, gdzie emocje zaburzają możliwość wyartykułowania swojego nieszczęścia, jakby tylko oni jedyni na całym świecie mieli problemy i jakby przyjaciele istnieli wyłącznie po to, żeby zajmować się ich sprawami. Czasem tylko zadadzą formalne, niecierpliwe pytanie: a co u ciebie? Po to, żeby usłyszeć: nic specjalnego — i wrócić na swoje tory, z których w istocie rzeczy nawet na chwilę nie zjechali. Ja nigdy nie czuję się na siłach takiemu komuś opowiadać o swoich sprawach. Żal mi ich, ale też czuję niechęć, choć wychowana w innych czasach, nie przyznaję się do niej, póki ktoś nie przeciągnie struny.

A co z nieprzyjaciółmi? Teoretycznie rzecz biorąc powinno być nam obojętne, co o nas wiedzą, jeśli nie mają możliwości wykorzystania tej wiedzy przeciwko nam. Tego jednak nigdy nie jesteśmy pewni, Rzadko także „miłujemy nieprzyjacióły swoje”, rzadko też im wierzymy. Czy dlatego, że po prostu nie chcemy im wierzyć, bowiem są naszymi nieprzyjaciółmi.

Gdzieś pośrodku naszych problemów z prawdziwymi i nieprawdziwymi przyjaciółmi lokują się przywiązania do domowych zwierząt. Niemniej zazwyczaj są one jaskrawym odbiciem tego co dzieje się między ludźmi. Posiadamy więc je po to aby kochać (lub odczuwać to, co za miłość uważamy), albo absolutnie nad nimi dominować, rządzić i pokazywać im ich miejsce.

Kruniczew lipiec 2016 027

Zastanawiając się nad tym, co leży u źródła nie zawsze sensownej miłości do domowych zwierzątek, trzeba sięgnąć do historii. W czasach, gdy byłam dzieckiem, nikt specjalnie nie kochał kotków i piesków. W zasadzie była tylko jedna grupa uczuciowo głęboko związana z pokojową zwierzyną – starsze, samotne panie, wdowy lub tzw. „stare panny”, bezdzietne, niemające kogo obdarzyć uczuciami, wypełniającymi ich zazwyczaj nazbyt obfitą klatkę piersiową. Reszta społeczeństwa, nawet posiadająca udomowione zwierzaki, traktowała je nie jako obiekt uczucia, a pożyteczne stworzenia, bo przywiązują się do właściciela, strzegą jego i jego dobytku i nie trzeba się specjalnie nimi przejmować, jak rodziną: żoną i dziećmi na przykład. Kochało się lub lubiło ludzi. Także pokojowych piesków i kotków było mniej, liczyło się to, że wymagają pewnych starań i ponoszenia kosztów. Nikt oczywiście nie słyszał o takich fanaberiach jak specjalne cmentarze dla zwierząt z całą ich oprawą, pogrzebami, kondolencjami dla właścicieli i tak dalej.

To były inne czasy. W pociągach, pekaesach i miejskich autobusach ludzie rozmawiali ze sobą, zwierzali się ze spraw rodzinnych i uczuciowych, użalali się i skarżyli na zły los. Jedynie nikt nie rozmawiał o polityce (szeroko rozumianej), bowiem nie było to bezpieczne. Tylko tę jedną kategorię zwierzeń można było przeciw komuś wykorzystać. Cóż mógł zaszkodzić przypadkowy rozmówca z pociągu, nie znający nazwiska, imienia ani adresu? Mógł być dobrym słuchaczem, ciekawym życiowej historii i tyle. Nie budziło większego zainteresowania nawiązywanie rozmów z nieznajomymi.

Stopniowo czas ten przemijał i gdy byłam już dorosłą kobietą, ten zwyczaj zanikał. Może tylko czasem trafiał się jakiś odmieniec, epigon dawnych czasów, na którego patrzono z ironią i raczej wstydzono się nawiązywać z nim rozmowę, żeby nie zarazić się śmiesznością. Skoro chce, niech opowiada sobie coś w próżnię, ja tam nie będę reagować. Echem tamtych czasów było moje opowiadanie „Kosmitka” o dziewczynie, która zaczęła śpiewać w pociągu.

Zwierzę ma pewną wyższość nad ludźmi. Nie skomentuje twoich opowieści, które wygłaszasz wobec otoczenia, nie obrazi się, gdy wysłuchawszy homilii na dzień dzisiejszy, wepchniesz się ze swoją nieproszoną radą czy komentarzem, nie odpysknie, że wygłaszasz ją nie po to, żeby cokolwiek miał do powiedzenia w tej sprawie. Masz cicho siedzieć i słuchać, bo pan/pani mówi. Jest więc przyjacielem idealnym. Potrafi nawet okazać zrozumienie człowiekowi, choć kto go tam wie, co naprawdę sobie myśli. Wasze stosunki są proste i zrozumiałe — ty dajesz mu jeść, on cię słucha i kocha. Jaka przewaga nad niewdzięczną rodziną i dziećmi, którym trzeba różne rzeczy tłumaczyć i przestrzegać pewnych standardów zachowania, a w ogóle raczej należy z nimi od czasu do czasu rozmawiać!

Jednak czasami, niespodziewanie można się uwikłać w tę z pozoru bezproblemową miłość. Zwierzęta, jak i ludzie, kiedy wyczują jak daleko mogą się posunąć, potrafią człowieka zdominować.

Tak jakoś mam, że i zwierzęta i dzieci traktuję jak ludzi. Nikogo z nich nie kocham ot tak sobie za nic, jednych lubię bardziej, innych mniej, a wszystkich traktuję jak równych sobie, na swój sposób rozsądnych i myślących. Jestem daleka od czułostkowości, nazywanej miłością do zwierząt. Może więc jaśniej widzę to wszystko, co naprawdę nas z nimi łączy. I przyznam się, nie każde dziecko w moich oczach jest milusińskie, nie każde zwierzę pieszczoszkiem. Obserwując niedawno małe, prawie identyczne kotki doskonale nauczyłam się odróżniać je po zachowaniu i charakterkach, byłam też świadkiem jak powoli zdominowały swoją panią i wierzcie mi, to wcale nie był miły widok. Widziałam też pełne przemocy zachowania starej kocicy, którą zdjęto z piedestału, jej mściwość i gwałt wobec małych. Świat w istocie się nie zmienił z tego powodu, że kotami zastąpiono ludzi, tylko ludzie, zniżając się do zwierząt, czują się lepiej. Ale czy to, co otrzymują, jest naprawdę tym, czego pragnęli?

Zawsze jednak można kotu zawiązać kokardkę, a pieska ubrać w kubraczek. I wierzyć, że ten czy inny strój mu się podoba i jest nam za niego wdzięczny doceniając nasz dobry gust.

Czasami (o zgrozo!) przychodzi mi do głowy, czy przypadkiem strojenie lalek przez dorosłych ludzi nie jest pozyskiwaniem sobie nowej kategorii przyjaciół, jeszcze bardziej milczących i jeszcze mniej kłopotliwych.

Zaułek czołgających się nietoperzy

nietoperz

Dawno temu, gdy byłam jeszcze bardzo sprawna fizycznie w czasie jakiejś kursokonferencji w Zakopanym wybraliśmy się w kilka osób na wycieczkę w którąś dolinę i tam wpadło nam do głowy wejść do spotkanej po drodze jaskini. Prowadził nas ktoś miejscowy, wątpiący czy uda nam się dostać do pięknej sali ze stalaktytami i stalagmitami, mogącej stanowić zwieńczenie spaceru. Jego niewiarę podzielali chyba dysponenci tego miejsca, ponieważ w żaden sposób nie zabezpieczyli wejścia do jaskini. Istotnie, po jakimś czasie natrafiliśmy na miejsce, które podobno nazwano korytarzem czołgających się nietoperzy.

Pośrodku przejścia znajdowało się duże wgłębienie od ściany do ściany wypełnione wodą, nad nim zaś skalny nawis nie pozwalający przejść w sposób wyprostowany. Aby pokonać to miejsce i nie zamoczyć się należało dać duży krok, a jednocześnie pochylić głowę poniżej kolan i w tej pozycji przesunąć się do przodu zresztą bez możliwości przytrzymania się czegokolwiek. Mnie to udało się jako komuś, kto w młodości łatwo wykonywał szpagaty, a za mną mojemu szefowi, chociaż on niezbyt stosownie ubrany, zamoczył sobie skraj płaszcza. Reszta osób, przeważnie starszych pań, została przed przeszkodą. Obejrzeliśmy oczywiście ową salę, bardzo piękną, ale nie tak piękną, jak fotografie podobnych miejsc w innych górach, w innych krajach, ale nasza satysfakcja z wyczynu była mniejsza z braku widowni, przed którą moglibyśmy się na gorąco pochwalić sukcesem.

Szef jednak przyzwyczajony do wygłaszania mądrych zdań na rozmaitych naradach w wyższych sferach politycznych, od razu wyciągnął wnioski z naszej sytuacji i porównał ją do pozycji i realnych możliwości instytucji, którą reprezentował, jednak po powrocie do reszty wycieczki już tego porównania nie powtórzył. Odtąd jednak zwykł był komentować różne zawirowania polityczne przedstawiając je jako fakt znajdowania się w korytarzu czołgających się nietoperzy (dającym jakąś możliwość sensownego wyjścia) lub zaułku czołgających się nietoperzy, gdzie nawet nie warto było próbować, ponieważ żadnego wyjścia z niego nie było.

Mnie te komentarze zachwycały, ale osobom, które nie znały źródła powiedzenia, wydawały się dziwaczne i manieryczne, zresztą nie bardzo wiedziały, o co chodziło.

Od tamtej pory często myślałam o różnych sytuacjach kategoriami tamtego doświadczenia, obliczając szanse wyjścia z nich bez  szwanku, a z sukcesem lub sukcesem okupionym zamoczeniem, czy też pokonania przeszkody po to, by stwierdzić, że nie warto było w ogóle tego robić.

Dziś myślenie tego rodzaju powróciło do mnie za przyczyną oficjalnego uzasadniania rozmaitych przedsięwzięć, które rzekomo trzeba zainicjować, aby osiągnąć pozytywny cel. Minister zdrowia uzasadniając sensowność wprowadzenia sprzedaży na receptę pigułki dzień po twierdził, że może ona szkodzić. Oczywiście jej ewentualna szkodliwość nie zmieni się od tego, czy wypisze się na nią urzędowy papierek, czy sprzeda bez tego papierka. W dodatku inny kontrowersyjny środek dla panów w pewnych kłopotach, który także może być szkodliwy (zrezygnowano ze stosowania go jako lekarstwa w całkiem innym schorzeniu), sprzedawany jest bez owego urzędowego papierka.

Sytuacja z tymi środkami podobna jest wspomnianemu zaułkowi czołgających się nietoperzy. Działanie podejmowane w ogóle nie ma sensu, ponieważ nigdy nie zostanie zwieńczone jakimkolwiek powodzeniem i jest działaniem sztucznym. Oczywiście jeżeli panom się wydaje, że sprawność ma tu znaczenie najważniejsze, to nie do mnie należy odbieranie im złudzeń. Cedowanie zaś odpowiedzialności na lekarza-urzędnika, co ma znaczenie w przypadku pań, nie zmieni żadnej z sytuacji, w których się znalazły i w której środek miałby zostać użyty, a która już przecież została w przeszłości dokonana, zmieni za to zasadniczo pozycję biorcy (właściwie biorczyni) środka o tyle, iż przekuje ją na opresywność decydenta wobec kobiety. Dalej, jak w owym zaułku: jedne biorczynie go pokonają, inne nie, w pozostałej zaś części społeczności wyrobi się przekonanie, iż o nas zawsze musi decydować ktoś inny, a z czasem może wyrobić nastawienie oczekiwania takiej decyzji, zamiast osobistego odpowiadania za własne życie i własne decyzje.

Pisząc swoją powieść o dwudziestoleciu międzywojennym bardzo dokładnie przez dwa lata czytałam prasę z tamtego okresu. Przy okazji śledziłam dokonania dokumentujące drogę bolszewików do zdominowania całego życia społecznego Rosji, a właściwie ZSRR. Zaczynało się od spraw drobnych i banalnych. Jedną z nich był zakaz całowania się na ulicy (rzekomo z powodów higienicznych). Polska prasa tamtych lat wyśmiewała się z dekretów komunistów zakazujących takich czy innych głupot, noszenia jakiegoś rodzaju odzieży, fryzury itp. Jak wiemy, zaczynało się od drobiazgów, a zdominowano całą sferę prywatności człowieka. Po roku 1990 wydawało się, że skończyliśmy z tym bezpowrotnie i możemy odetchnąć, dostaliśmy się bowiem do pięknej sali, w której możemy podziwiać naturalnie ukształtowane kryształy. Okazuje się jednak, że oglądane przez nas kryształy nie są aż tak piękne, jak w innych wspaniałych miejscach, a w dodatku że jesteśmy właśnie w zaułku, gdzie stojąc w rozkroku musimy pochylać głowę poniżej kolan i nijak nie udaje nam się pójść dalej, w dodatku już zastygliśmy w pozycji z której raczej nie ma wyjścia bez zamoczenia płaszcza. Chyba, że padniemy na kolana, ale my podobno chcemy z kolan tych powstawać. Tak czy siak, jesteśmy czołgającymi się nietoperzami, stworzeniami sprzecznymi z naturą. A przecież podobno umiemy latać!

Jest jeszcze inny powód, dla którego przypomniała mi się owa jaskinia czołgających się nietoperzy. To symbolika obecna w naszym życiu, a zwłaszcza w literaturze, malarstwie, fotografice i innych dziedzinach sztuki. Wraz z przemijaniem PRL, zanika pokolenie przyzwyczajone do szukania „drugiego dna” we wszystkim. Symbole są niepotrzebne w czasie, gdy wszystko możemy powiedzieć wprost i bez osłonek. To, co miało sens dla pokoleń żyjących bez wolności słowa, traci go obecnie, co nie oznacza jednak, że w przyszłości znowu nie powróci.

Z drugiej strony odbiorcy sztuki stali się wygodni, nie chce im się wysilać, szukać aluzji, odniesień do innych, nawiązań do archetypów, symboli, zwłaszcza tych mniej znanych. W czasie gdy wszystko jest „kultowe”, ciężar zrozumienia sensu przenosi się z dzieła sztuki na opinię o nim. Oczywiście są symbole źle dobrane, mało zrozumiałe, hermetyczne, ale przyczyną posługiwania się nimi, nie jest utrudnienie odbioru, a pominięcie wielu wyjaśnień, które należałoby zamieścić w odnośniku. Wszyscy wiemy, co to jest „Matka-Polka” i czego jest symbolem. Wystarczy napisać zdanie o konkretnej osobie, że jest typową matką-Polką i wiadomo co. Oczywiście symbole się zmieniają. Kto wiedział pięćdziesiąt lat temu, kto lub co to są „moherowe berety”? Ten symbol nie istniał w sferze publicznej. Mimo zmiany części symboli, wypadania ze zbiorowej pamięci i pojawiania się nowych, myślenie symboliczne bynajmniej nie ginie. Weźmy chociażby parę aktualnych fraz: „katastrofa smoleńska”, „żołnierze wyklęci” „pięćset plus”. Szkoda tylko, że świat symboli obecnie wzbogacają przeważnie urzędnicy i politycy, a więc za chwilę, wraz z przemijaniem politycznych formacji, przestaną być one zrozumiałe. W natłoku doraźności, tylko niektórzy erudyci pamiętają o zjawiskach symbolizowanych przez zaczerpniętych z kultury antycznej postaci np. Prometeusza, Odyseusza oraz olimpijskich bogów. Tu muszę podkreślić wielką zasługę „Taraki” i osobistą Wojciecha Jóźwiaka, dla rozumienia świata symbolicznego, tego powszechnie znanego, czerpiącego z zasobów kultury, wymagającego jednak przypomnienia, zwłaszcza jednak tego mniej rozpowszechnionego.

Wracając do symbolu „czołgających się nietoperzy” Jest to jeden z symboli prywatnych ale mających wspólne korzenie z symbolami powszechnymi jak „walka z wiatrakami” – zaczerpniętym z dzieła o Don Kichocie, historycznym „przekroczeniem Rubikonu”. politycznym „umoczeniem się” i tym podobnymi. Siła tych prywatnych symboli, jeśli chce je ktoś rozszyfrować, tkwi w odmiennych wariantach rozumienia określonego zjawiska, w możliwości zabawy tymi wariantami chociażby dla ilustracji odstępstw od znanego i schematycznego modelu.

Niestety, posługiwanie się symbolami wymaga wiedzy o nich i pewnego wyrafinowania. Uczniowie, których zmuszano kiedyś do czytania „Pana Tadeusza” czy „Dziadów”, dostawali spory zasób, pozwalający im na własne tworzenie lub poszukiwanie symboli. Tym jednak, którym obrzydzono literaturę w szkole, nie chce się poszukiwać tam innych rzeczy i wartości, niż wartka akcja. W ostatnich latach w ogóle ludziom chce się coraz mniej wysilać – wszak życie ma polegać na poszukiwaniu przyjemności, a nie rozumieniu świata. Jednak dla tego ostatniego niezbędne jest posługiwanie się symboliką, jeśli nie chcemy dokładnie odwzorowywać każdego szczegółu polnej drogi przy opisywaniu kraju. Pewne rzeczy muszą być zasygnalizowane i symbol właśnie jest tym sygnałem, do czego się odwołujemy w swoim opisie, być może kładącym nacisk na inne aspekty rzeczywistości.

Szczególnie polecam artykuły Taraki o symbolach – do własnego odszukania po tagach.

http://www.taraka.pl/tag.php?tag=all

Karnawał trzydzieści sześć lat temu

sylwester001

Karnawał trzydzieści sześć lat temu. Nie było wtedy „domówek”, imprezki takie nazywały się „prywatki”. Cały rok zbierało się kartki na alkohol, żeby w Sylwestra zaszaleć. U mnie były 2 uroczystości imieninowe, moja i męża w listopadzie, plus Sylwester, zazwyczaj składkowy. Nie zapomnę pierwszego takiego Sylwestra obchodzonego w stanie wojennym na jakimś wygwizdowie Ursynowa (dziś to jest główna ulica tej dzielnicy), kiedy brnęliśmy przez śniegi i wykroty budowlane do naszego uczelnianego kolegi z dwiema koleżankami plus nasi mężowie, z siatkami i kartkowym alkoholem, a mąż jednej z nich utyskiwał, że aby napić się własnej wódki za własne pieniądze i za własne kartki musi brnąć przez jakieś bezdroża, My, kobiety, nie narzekałyśmy, choć cienkie jedwabne kiecki podwiewał wiatr, a rajstopy, otrzymane jeszcze w firmie na Dzień Kobiet 8 marca, przechowywane na tę doroczną, najwspanialszą uroczystość, nie chroniły od chłodu.

W stanie wojennym imprezy były całonocne, bo obowiązywała godzina policyjna. Jeśli było trochę za głośno, potrafił pojawić się patrol, ale na ogół panom z patrolu humor poprawiał śledzik i to, w czym lubi on pływać. Niestety, ja pracowałam w firmie zmilitaryzowanej 24 godziny dyżuru na 24 odpoczynku i o szóstej rano w Nowy Rok musiałam stawić się w biurze. Ten Sylwester był dla mnie szczególnie trudny, bowiem zawirowania osobiste (które zaowocowały po latach opowiadaniem „Imieninowe przyjęcie”) wprawiły mnie w depresyjny nastrój, gdy niepowodzenia osobiste łączyły się z polityczną sytuacją kraju i ogólnym poczuciem klęski we wszystkich aspektach życia.

Pozostawiwszy rano towarzystwo leżące pokotem wszędzie, gdzie się dało, pełna niewysłuchanych do końca żalów i pretensji tych nieco trzeźwiejszych gości, nadspodziewanie trzeźwa i rozumiejąca dogłębnie nie tylko Polskę, ale i cały Wszechświat, udałam się do pracy na ulicy Garażowej, jako dyżurny spedytor. Po drodze kilkakrotnie mnie legitymowano, zwłaszcza że ewidentnie wracałam z imprezy w długiej, złocistej kiecce i cienkich pantofelkach, ponieważ moje kozaczki (buty na futerku) ktoś zawinął w szalik i podłożył sobie pod głowę w charakterze poduszki.

Dzień w pracy zaczęłam od zaparzenia kawy. Ale cóż to była za praca, skoro telefony (jak w początku stanu wojennego) nie działały. Rozłożyłam polówkę znajdującą się na wyposażeniu dyspozytorni z zamiarem odespania trudnej nocy, kiedy przygotowania przerwało mi walenie w drzwi. Pojawił się patrol Milicji czy ORMO, nie pamiętam i choć miałam pietra, musiałam ich wpuścić. Na szczęście chłopaki nie mieli złych zamiarów. Zadowolili się kawą i polówką, na której przysypiali na zmianę oraz miłą rozmową. Wyregulowali mi ciepłotę grzejników, a nawet odśnieżyli chodnik od ulicy, co należało do obowiązku dyżurnych spedytorów. Opowiadali mi o swoich dziewczynach, które bawiły się na Sylwestra nie wiadomo z kim, a ja użalałam się nad ich losem i było bardzo miło (choć nie do końca wolna od strachu w przerwach przysypiałam w fotelu naprzeciw milczących wskaźników i niezapalonych światełek telefonicznej centralki). O dwunastej przyszła moja koleżanka, a chłopcy udali się na patrol, ja zaś mogłam odrobinę się przespać.

Ten poranek utkwił mi w pamięci na wiele lat, ponieważ cała ta rewolucja wydawała się śmieszna w obliczu osobistych problemów wszystkich ludzi w otoczeniu (wraz z chłopcami z patrolu) spowodowanych gromadzeniem wódki, papierosowych skrętów i emocji na ten jeden, jedyny dzień w roku, co owocowało zawirowaniami prywatnego życia, ale nie sposób było wyekstrahować go z ogólnej fali politycznej, więc było to podwójnie dołujące. W dodatku jako ówczesna zaoczna studentka w perspektywie kilku najbliższych dni miałam sesję egzaminacyjną z potworną statystyką i jeszcze potworniejszą PRL-owską rachunkowością, gdzie zgodnie z popularnym powiedzonkiem „po to są działy i rozdziały, żeby chłopki nie wiedziały, gdzie się ich pieniądze podziały”

Po 24-godzinnym dyżurze wracałam do domu, dźwigając ciężkie siaty z jakimiś sześcioma nieoskubanymi kurami z likwidowanej fermy, zabijanymi poprzez przejechanie po nich pojazdem robur tudzież przydziałem trzech kilo żółtego sera z serwatki i kostką masła oraz pasztetówką (podobno produkowaną z papieru toaletowego – jak mówiono) z systemu pozakartkowego dla zmilitaryzowanych. Co jednak miało to za znaczenie, gdy moje serce krwawiło, a moja przyjaciółka okazała się moją rywalką, zaś jej mąż wyrzutem sumienia, iż nie zapanowałam nad sytuacją! Stan wojenny zdołowałby mnie do reszty, gdyby nie to, że ów patrol posunął mi rozwiązanie pozwalające na uzyskanie zwolnienia lekarskiego od wszystkich moich zmór.

Świat oglądany następnego poranka o szóstej rano, gdy mrok jeszcze spowijał ziemię, uwolnił mnie od wszelkich złudzeń, jakie miałam do tej pory. Nic już od tamtej pory nie było takie samo i przez lata całe potem uważałam się za kogoś całkowicie uodpornionego na wszelkie zawirowania losu. Nie odczuwałam żadnych emocji, na wszystko, co mi się przytrafiało, byłam z góry przygotowana, zimna i odporna. Moi ówcześni bliscy wspominają mnie jako chudą, rudą (farbowaną) i niewzruszoną. W tamtym czasie zaczęłam też robić karierę zawodową. Dopiero wypadek komunikacyjny w 1996 roku, wyrzucając mnie na manowce czynnego życia, uwolnił ze mnie tę nagromadzoną przez lata twardość. W szpitalu kardiologicznym na muzykoterapii przez cały czas lałam łzy, gdy inni po prostu spali. Potem zaś bałam się śmierci i ogółem byłam rozbita. Ubierałam się i z domu wychodziłam jedynie wówczas, gdy czułam się tak źle, iż dopadał mnie paniczny lęk przed śmiercią, bo moja lekarka z przychodni powiedziała mi, że gwarancją uzyskania pomocy nie jest leżenie w łóżku, a zasłabnięcie na ulicy, najlepiej na przystanku.

Historia politycznych przemian oglądana oczami kobiety jest zupełnie czymś innym niż zwykłe polityczne zawirowania i zupełnie czymś innym niż heroizm opozycji. Oglądane z bliska osoby i wydarzenia pozbawione były tej legendy, którą potem obrosły; mnie osobiście jawiły się jako stado nieudaczników, miotanych od skraju do skraju i nie miało wielkiego znaczenia, kto, po której jest stronie. Z tej perspektywy nikt nie odnosił sukcesów, wszyscy zaś mniejsze czy większe klęski.

Z radością w tamtych latach początku stanu wojennego powitałam ostatki i koniec karnawału. Wszystko nareszcie było normalne, bez oszukiwania się, że jesteśmy wolni i możemy z tej wolności korzystać. Zwłaszcza że gdy my nie możemy, nie powinni też inni. To mściwe zadowolenie, że karnawał kiedyś się kończy, tkwi we mnie do dziś.

Spełnione przepowiednie

IMG_2904

Wiele lat temu, gdy byłam jeszcze studentką polonistyki, wakacje spędzałam jako przedszkolanka na koloniach, co pozwalało mi jednocześnie na pobyt w pięknych miejscach naszego kraju, najedzenie się gotowanych potraw oraz przygotowywanie do zawodu nauczyciela (który porzuciłam po 5 latach pracy).

Lubiłam zawsze rozmawiać z ludźmi, bez wyboru i wcześniejszych założeń, a zwłaszcza z wiejskimi kobietami, możliwe, że dlatego, iż w ich towarzystwie nie czułam własnej niższości doznawanej na co dzień. Te rozmowy po latach zaowocowały moją powieścią „Sierotka”, gdzie chciałam dać głos wszystkim poniżanym dziewczynom w czasach, gdy kobiety były traktowane jak nic warte statystki męskich losów. Mój bardzo dobry znajomy, doktor filologii, ówczesny intelektualny autorytet, późniejszy naczelny redaktor literackiego czasopisma, zdający się (w moim przekonaniu) rozumieć wszelkie drgnienia ludzkiej duszy, kształtujący mój ogląd literackiego przetworzenia świata, w jakimś poważnym artykule kilka lat później określił kobiece pisanie jako „literaturę majtkową”. Dla niego i jemu podobnych, opowieści z babskiego punktu widzenia były żenujące, krążyły wokół porodów, miłości i nienawiści do świeżo urodzonych dzieci, rozmemłanej psychiki, rozpiętej między uczuciami a żałosną codziennością, z jej prymitywną cielesnością, niezrozumiałymi wymaganiami wobec świata, problemem akceptacji ludzkiej zwierzęcości, nawet zgłaszanym w postaci nie dosłownej, a przetworzonej w poezji. To nie były tematy godne jej doniosłości. Z jego punktu widzenia miałam podstawową wadę – nie byłam w stanie się zaszufladkować do określonej kategorii twórczej (co pokutuje do dziś mimo mojej starości). Ja zaś ubolewałam nad tym, że nie potrafię wyrwać się poza swój stan i w gruncie rzeczy niczego nie jestem pewna. Wiele lat wierzyłam jego oglądowi świata, co oczywiście jest świadectwem mojej życiowej naiwności, do czasu, gdy nie trafiłam na piękne teksty Jeana Geneta. Wszystko przemawiało przeciwko niemu, a zwłaszcza jego życiorys, jednak było to piękno i wzniosłość w pogardzanej odmianie miłości, nieakceptowane przez literackie lobby. Moim zdaniem czytałam wówczas najpiękniejsze teksty o miłości (choć całkiem nieprawomyślne). Cała reszta wpojonych mi literackich zastrzeżeń stanęła dużo później pod znakiem zapytania, ale to był dopiero początek.

Wracając jednak do czasów kolonii w podlaskiej scenerii (wieś Tokary): zgłosiła się do mnie pewna starsza kobieta w czasie, gdy pełniłam funkcję kierowniczki, z prośbą o sprzedaż zlewek dla jej świń. Takich próśb było kilka, ona jedna miała argumenty, które mnie przekonały. W zamian za to powróżyła mi moje losy aż do śmierci – co wówczas wydawało mi się śmieszne i głupie. Co mi ta kobieta wróżyła?

Po pierwsze męża bruneta i rówieśnika – podczas gdy ja zazwyczaj kochałam się w blondynach, nawet typie tzw. świńskich blondynów, uważanych za zrównoważonych intelektualistów i stanowiących całkowite przeciwieństwo do dziewczyn mojego rodzaju, o których rodzina mawiała, że nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Mój ideał męskości musiał być starszy ode mnie i być bardziej doświadczony – taki archetyp ojca, którego naprawdę nie miałam, ponieważ mój tata, nawet gdy był z nami, nigdy nie był dojrzałym facetem. Ewentualnie mógłby też być kimś o wiele młodszym ode mnie, na początku drogi zrozumienia między kobietą a mężczyzną, z którym odnajdywalibyśmy własne, niestandardowe ścieżki. W każdym razie nie oczekiwałam, że będzie moim rówieśnikiem, skądże znowu! Ci byli już ukształtowani w sposób nierokujący dla mnie nadziei.

Po drugie wróżyła mi dwóch synów, gdy ja pragnęłam posiadania córek. Nie będąc przekonania o tym, iż jakikolwiek mężczyzna może mnie zrozumieć, uznałam, że takiego zrozumienia mogę jedynie oczekiwać od ewentualnej córki. Miałam dla niej nawet gotowe imię – Ludmiła. Miała miłować ludzkość i każdą jej cząstkę, miała być dziewczyną silną i niezależną z właściwą dozą bezlitosności, której mnie brakowało. Mówiąc o dwóch synach, na początku wahała się. Jeden, dwóch – wreszcie zdecydowała się na dwóch. Okazało się, że miałam bliźnięta.

Po trzecie – kobieta owa oświadczyła mi, iż na starość wprawdzie nie zdobędę jakiegoś znaczącego majątku, ale nie będę miała problemów materialnych, co wydawało mi się zupełną bzdurą. Ja, która potrafiłam ukraść dziecku w parku bułkę z wędliną, nie miałabym problemów materialnych? Niemożliwe`! Lata całe brakowało mi pieniędzy do pierwszego, a tu taki luksus nie do wyobrażenia!

Przepowiedziała mi też inne wydarzenia w moim życiu, nie określając ich tak dokładnie, ale na przykład moment zagrożenia życia w drugiej jego połowie, co sprawdziło się w związku z wypadkiem komunikacyjnym.

Przepowiednie owej kobiety utkwiły mi w pamięci na wiele lat, ponieważ takie były nieprawdopodobne. A jednak spełniły się co do joty.

Dzisiaj, na starość wiem, że wiele kobiet ma talent przepowiadania przyszłości, choć im jest on większy, tym mniej mu wierzą. Czasami mówią sobie: będzie tak, i tak, i ku swojemu zdziwieniu trafiają w sedno. Nie są im potrzebne karty, astrologia i inne wspomagacze, same nie mają pojęcia, skąd ich talent się bierze i nazywają go niegroźnie intuicją. Niestety, talent ten rzadko trafia się wśród zawodowych przepowiadaczy, trudno więc na kogoś takiego natrafić.

Charakterystyczne jest także, że z im starszą osobą mamy do czynienia, tym mniej jest zainteresowana odgadywaniem i obnażaniem przyszłości. Większość z nich nie wierzy w zaskoczenia, sądzą więc, że nie warto się upewniać co do tego, co raczej powinno nastąpić. Odgadywanie rodzaju choroby, na którą się umrze, nie jest zabawne, ani do czegokolwiek potrzebne. Do zajęcia się przyszłością mogą jedynie skłonić sprawy życiowe jak na przykład ową kobietę chęć uzyskania stołówkowych zlewek dla swoich świń.

Ta kobieta, która nie wychodzi mi z pamięci, nie potrzebowała niczego do swoich wróżb, ani kart, ani patrzenia w rękę. Siedziała na kuchennym stołku, trzymając między nogami wiadro porzeczek, które przyniosła w prezencie i mówiła.

Wiele lat później zastanawiam się, jaki mechanizm odpowiada za przewidywanie przyszłości. Czy bierze się on z własnego wnętrza, własnej intuicji czy stanowi podpowiedź nieznanych sił, dających sygnały pozwalające wybrańcowi na wyczucie jakości czasu i atmosfery otaczającej danego człowieka. Może bierze się też ze sprzężenia dwóch osób, powodującego, iż rozumieją swoje losy bez słów, ponieważ istnieją między nimi wewnętrzne podobieństwa i nieświadomy kontakt. Dlaczego jednak rzadziej umieją przewidzieć własne losy? Czy brakuje do tego drugiej osoby?

Jan Witold Suliga na którymś ze swoich kursów Tarota demonstrował proces wróżenia na podstawie jednego z układów. Snuł swoją fikcyjną opowieść serwowaną hipotetycznemu klientowi ze swadą i bez wahania, jako ćwiczenie wyobraźni i umiejętności budowania fabuły. Wśród nas były osoby dość naiwne, skłonne do rozważań, jak w ogóle można wróżyć komuś, kto nie istnieje. Sądziły, że aby komuś wróżyć, trzeba świadomie i dokładnie wiedzieć, co się za chwilę powie. Potem ćwiczyliśmy w parach (które dobierały się same). Nie było łatwo: pytania do zadania ustalono dla wszystkich jednakowe i były one jak najbardziej konkretne. Nie można było lać wody, należało w odpowiedzi podać rok, miesiąc (w określonym zaokrągleniu) jakiegoś wydarzenia z życia, np. ślubu, urodzenia dziecka, jego płci itp. Pytań było dość dużo, tak żeby trudno było prawidłowo odpowiedzieć na większość, licząc na los szczęścia. Par było z dziesięć i wyraźnie dawało się dostrzec, że niektóre z nich odpowiadały bardzo dobrze, inne zaś za każdym razem trafiały kulą w płot. Powtórzenie ćwiczenia z odwróceniem ról w tych samych parach nie zmieniło trafności. Niestety, nie przeprowadzono ćwiczeń z innym układem par.

Do czego zmierzam? Mamy mnóstwo wróżek i wróżów, ale nie mamy żadnego systemu weryfikującego ich zdolności. Gdyby taki system istniał, jakieś zawody na przykład w trafności przewidywań, może udałoby się wyodrębnić i odkryć pewne prawidłowości. Z oczywistych względów nikt jednak taką rywalizacją nie jest zainteresowany.

I jeszcze jedno spostrzeżenie. Z moich obserwacji wynika, że we wróżeniu w zwykłych sprawach zwykłych ludzi znacznie lepsze są kobiety. Nie mają takich wpadek jak wróżący wydarzenia polityczne mężczyźni, których prognozy, z pozoru łatwo przewidywalne, nie sprawdzają się. Owszem, łatwo przewidzieć tendencje, ale trudno rzeczy niespodziewane. Co jest przyczyną tej przewagi kobiet? Zepchnięte zwykle do pogardliwie określanych „majtkowych spraw” tkwią w nich od wieków, a prawdziwe wróżby właśnie ich dotyczą. Dobry mąż, zły mąż, brunet, blondyn, dzieci, córki, synowie, druga kobieta, blondynka, brunetka, fałszywa przyjaciółka, pieniądze, zdrowie, życie, śmierć. Tylko na pytanie: „czy on kiedyś do mnie wróci?” litościwe wróżki odpowiadają dwuznacznie, choć wiadomo, że ten, kto odszedł, nigdy nie wraca, a jeśli nawet wraca, to nie jest ten sam.

Pod bardzo wieloma względami wróżenie jest literaturą.