Różany łapacz snów

Nawet sny, manewrując między podróżami, starają się kotwiczyć tam, gdzie miejsce ich narodzin jest względnie stałe i sprawdzalne. Wczorajszej nocy, wróciwszy z jednej z podróży i szykując się do następnej, miałam taki zakotwiczony sen i odnalazłam w swoich zdjęciach miejsce, które mi się przyśniło. Oto ono:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bynajmniej, nie jest ono w Polsce. Zanim ujawnię, gdzie się ono znajduje, prześledzę drogę mojego sennego marzenia. Jest tylko miejscem docelowym mojego snu, nie jego źródłem. Tam sen się zatrzymał, ale zaczął się gdzie indziej. Ale dlaczego właśnie to miejsce? Skąd wziął ten sen swój początek? Sen był nieskomplikowany, nie miał żadnej akcji. Po prostu tam byłam i tyle.

Tłumacze snów wezmą na tapetę przede wszystkim przedstawioną na zdjęciu wieżę i traktując ją jako część zabytkowego zamku w romantycznym otoczeniu, będą snuć w tym kierunku swoje dywagacje. Znawcy Tarota potraktują ją jako kartę „Wieża” i zajmą się przesłaniem, jakie ze sobą niesie i odniesieniem do sytuacji życiowej śniącego. Sam śniciel zaś poszukując skondensowanego sensu, skierowanego doń przez jego podświadomość bądź siłę wyższą, może nawet zapędzić się o włos za daleko, usiłując nadać znaczenie wyższego rzędu temu prostemu w gruncie rzeczy przesłaniu. Sen ten ma wiele aspektów i wszystkie będą prawdziwe i istotne, które z nich są jednak najważniejsze?

Otóż z działki przywiozłam w małym słoiczku płatki dzikiej róży przesypane cukrem, jako wykwintny dodatek do herbaty, według przepisu mojej, nieżyjącej już, działkowej przyjaciółki, poetki Wiesławy Bubak. Róże posadzone wzdłuż płotu pochodzą z pewnej sadzonki, otrzymanej kiedyś od nieżyjącego już mojego kuzyna z nieistniejącego ogrodu, w którym jego matka sadziła je na konfiturę z płatków. Pozornie wyglądają one jak dzika róża, ale mają pewne odmienne cechy, jak podwójne płatki i silniejszy zapach. Posadziłam krzak na działce, rozrósł się, miał piękne odrosty, więc obsadziłam tymi różami płot. Róże nieco wyrodziły się, tracąc płatkową podwójność, a pierwotny krzak został wykarczowany, wskutek prac ziemnych przy nowym szambie.

Wypakowałam słoiczek i zauważyłam, że wycieka z niego słodki, pachnący płyn, a ponieważ byłam już zmęczona, wsunęłam go do foliowej torebki i wstawiłam do lodówki. Na dłoniach jednak został mi zapach, którego nie zmyło wieczorne mycie.

Tuż przed odjazdem zbierałam płatki, siedząc na swoim chodziku gdy odwiedził mnie pierwszy raz od jej śmierci mąż przyjaciółki, stawiając sobie plastikowe krzesełko tam, gdzie stał ów pierwszy krzak róży, obecnie wykarczowany i opowiadał o jej walce o życie. Ten fakt utkwił mi w pamięci, jako pewnego rodzaju synchroniczność: zbiór płatków – wspomnienie – pojawienie się osoby związanej z wspominaną przyjaciółką – uświadomienie przemijania czasu i miejsca. Przypomniała mi się jeszcze piosenka z mojej młodości – Urszuli Sipińskiej „Nim zakwitnie tysiąc róż” będąca zawsze dla mnie przykładem tego, jak młodości może się wydawać, że ma wpływ na rzeczywistość, może coś uprosić, wybłagać, sprowadzić, odmienić, zaczarować. I może jeszcze moje myśli zabłąkały się do innych kwiatów, na innym, cudzym zdjęciu, inną łąkę, inne miejsce, ale ten sam zapach rozgrzanej, upalnej trawy… zapach wzorcowy dla mnie, można powiedzieć…

Wszystko to rozegrało się tu:

S 019

Co łączy oba zdjęcia?. No właśnie, róże. Nie zamek/twierdza, a róże. A może właśnie zamek/twierdza i dom/twierdza, które przeminęły wraz z ludźmi, którzy tu mieszkali i którzy je budowali? Ściany i mury dalej stoją, ale z ich odejściem miejsca utraciły swój dawny status i pewność zakorzenienia. Ktoś inny nimi włada, ktoś inny ma własne skojarzenia i własne doświadczenia. Już nie mamy wpływu na te miejsca, choćbyśmy jak najbardziej żałośnie zaklinali rzeczywistość:

https://www.youtube.com/watch?v=dpJ1GP60R9k

Pozostaje jedno pytanie: Dlaczego właśnie sen przywołał tamte róże w obcym kraju, a nie moje własne, swojskie róże? Dlaczego towarzyszyła im Wieża? To akurat mogło by się wydawać jasne. Wybieram się do Holandii, do kraju – podobno – róż, tulipanów i kwiatów. Sięgam więc po zdjęcia zrobione tam w czasie mojego ostatniego pobytu, w 2013 roku, ale brak tam zdjęć róż, podobnie jak wcześniej, w 2010 r, kiedy byłam dwukrotnie.

Cóż, podróżowanie miesza czasy, miejsca i osoby, nie czyni różnicy między żyjącymi i zmarłymi, zabytkami i teraźniejszością.

Na koniec kwiaty na pewnym nabrzeżu, które dla mnie są ucieleśnieniem tęsknoty za podróżowaniem, ale także smutku opuszczanych miejsc, po których pozostaje chmurna pustka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

https://www.youtube.com/watch?v=fuH1IRyXS0M

oraz

https://www.youtube.com/watch?v=5DzIrJnr99Q

I obiecane zdjęcie identyfikujące miejsce snu:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PS:

9-go przypada pełnia Księżyca w Raku, w domu XII. Zalecenia Ewy Kornafel w tym względzie:

https://www.youtube.com/watch?v=JiuAfWKeQpY

Pełnia na osi Rak/Koziorożec, w której (niesłusznie) niczego się nie boimy. Księżyc + Pluton w znaku Koziorożca w  opozycji do Słońca + Mars w Raku. Naszym wrogiem niespełnione nadzieje. Przeciwwskazania do podróży (niestety, tak wyszło, nie mam wpływu na jej termin). Wycisz się, nie manifestuj niczego. (XII Dom – emocji nie powinno się wystawiać na pokaz – lepiej je ukryć). Nie mamy dobrego osądu, wraca niespełnione.

Wychodzi na to, że tego odcinka nie powinnam publikować, zwłaszcza, że mój Księżyc urodzeniowy jest w opozycji do Księżyca tranzytującego.

Zbliżająca się pełnia przejawia się także w snach. Pluton, to ci zmarli, którzy wracają, w zapachach i we wspomnieniach o płatkach róż. Mars w Raku nie myśli racjonalnie, a w snach pewnie gmatwa wszystko, zamiast wyjaśniać. I jak tu nie wierzyć astrologii! Zatykam nos i skaczę, publikując ten odcinek na dowód, jak podatni jesteśmy na zawirowania Kosmosu! Potrzeba racjonalizacji emocji zwyciężyła wbrew XII Domowi…

 

 

 

 

 

A na działkach nic się nie dzieje

iphone nowy 017

W moim bloku rozpoczęto remont elewacji. Wszystkie okna zafoliowano na niebiesko, klimatyzator usunięto, nie było czym oddychać, więc zmuszona byłam ewakuować się na moją działkę na Podlasiu, żebym w nocy nie udusiła się. Swoją drogą miałam lepsze zdanie o inżynierach planujących remonty; sądziłam, że biorą pod uwagę fakt, iż ludzie nie ryby i oddychają powietrzem. W dodatku ta niebieska folia ogranicza sygnał telefonu komórkowego – mój iphone świecił na fioletowo i brak mu było zasięgu. Rację mieli astrolodzy twierdząc, że  Rak nas przeczołga – mnie zrobił to najpierw niebieską folią, potem wielką burzą, która przeszła nad wsią i moim działkowiskiem.

iphone nowy 004

Uświadomiła mi ona po raz kolejny, jak bardzo złudne są wszystkie nowoczesne media. Bez internetu, telewizji, prądu, zmywarki i lodówki można żyć, ale niezbyt długo. Kolejno bez możliwości ładowania baterii wysiadają komputery, książki elektroniczne zapisane na czytnikach i smartfonach, telefony komórkowe. Kiedy w dodatku samochód jest zepsuty, a drogi zawalone przewróconymi drzewami, znaczenia nabierają jakieś niezniszczalne zapasy, jak mąka, kasza czy cukier; zimna piwnica ratująca resztki jedzenia z lodówki; kuchnia opalana drewnem dla przygotowania czegoś gorącego do zjedzenia i zagrzania wody; a czasem też stare studnie, najlepiej z ręczną pompą, zapuszczone wskutek budowy wodociągu.

IMG_5452

Ludzie jednak, mimo że nie mający informacji o tym, co działo się w najbliższej okolicy, ruszają z wzajemną pomocą. Odblokowują zatarasowane zawalonymi drzewami bramy sąsiadów, sprawdzają drogi dojazdowe, informują tabuny zjeżdżających się osób, którędy można dostać się i sprawdzić co się dzieje z ich siedliskami. Potem ruszają piły ręczne,, spalinowe (póki jest benzyna), siekiery, łomy i inne narzędzia. Reperuje się dachy, rynny, zbiera połamane meble ogrodowe. Sygnały Straży Pożarnej dobiegają z oddali, stamtąd gdzie wycinają drzewa tarasujące asfaltowe drogi. Tutaj, na działkowisko, nie przyjadą, chyba że po kilku dniach, jeśli nie będą mieli zbyt wiele pracy. U nas nawet gniazda szerszeni likwiduje się własnymi sposobami. Specyfika okolicy, slaby zasięg telefonów komórkowych, marny internet, powodują całkowite odcięcie od świata, nawet w razie niewielkich zawirowań.

Jednocześnie to wszystko to sprawia, że w wypadku nowoczesnej wojny działkowisko byłoby najlepszym miejscem do życia. Ludzie tacy jak ja, uwięzieni w domach z nieczynnymi windami, bez światła, jedzenia i ogrzewania są z góry skazani. Jeśli do tego dodać bomby, pożary i strach…

Mając kuchnię na drewno lub węgiel, piec kaflowy, zimną piwnicę i własne źródło wody oraz niewielką ilość zapasów żywności, można czas jakiś przetrwać, licząc na szczęśliwą odmianę losu.

Zadziwiający w świetle tego jest nasz stosunek do uchodźców. Co sprawia, że tacy zwyczajni, spieszący bezinteresownie na pomoc sąsiadom osobnicy, jak mieszkańcy mojej wsi i działkowiska nie sięgają wyobraźnią dalej, niż poza zwalone drzewo, czy zerwany dach? Czy dlatego, że wszyscy są z jednego miejsca, czy jeszcze łączy ich coś innego? Zawsze zadziwiało mnie to, że mieszkając w wielkomiejskim bloku ponad czterdzieści pięć lat nie znam więcej niż 3-4 rodziny, za to na moim działkowisku ponad setkę. Możliwe, że wpływ miał na to fakt, iż zakładałam kiedyś z dwoma sąsiadkami komitet budujący wodociąg (firmowali go jednak nasi mężczyźni, jako że to poważniej wyglądało), ale w ten sposób poznałam większość ówczesnych mieszkańców. Moje i sąsiadek rodziny rozszerzały to grono znajomych, ograniczając jednocześnie je o osoby zmarłe. Niezależnie od tego czy trafiamy na znajomego czy na przykład kogoś odwiedzającego znajomego, uważamy, że mamy do czynienia z kimś bliższym niż na przykład sąsiad drzwi w drzwi z bloku.

Odtwarzaliśmy w ten sposób wspólnotę mniej nowoczesną, ale bardziej stabilną i ze sobą związaną. Tradycyjność tej wspólnoty polegała też na tym, że jakkolwiek ja i moje żyjące i już nieżyjące sąsiadki byłyśmy kobietami nie podporządkowanymi mężczyznom, miałyśmy swoje zawody, swoją pracę i swoje dochody, a także pozycję w rodzinie, bez oporów do działalności społecznej wystawiłyśmy fasadowo naszych mężczyzn, godząc się z tym iż w tradycyjnych wspólnotach kobiety pełnią raczej rolę szyi niż głowy. Instynktownie czułyśmy bowiem, że w tradycyjnych wspólnotach łatwiej liczyć n pomoc i wsparcie zwłaszcza w sprawach praktycznych. Sprawdza się to w takich razach jak ostatnia burza i zapewne inne kataklizmy.

Mój ulubiony przykład to dwie skłócone ze sobą rodziny, oficjalnie od lat nie mające ze sobą nic wspólnego – gdy członek jednej z nich leżał jesienią pijany w rowie, kobieta drugiej z rodzin uruchomiła linię połączeń między znajomymi z działkowiska, żeby osobę tę uratować przed zamarznięciem i jednocześnie uchronić siebie przed podejrzeniem, że mogłaby zrobić coś dla tej drugiej, wrogiej rodziny.

Sądzę, że w zrozumieniu tych procesów leży postępowanie z uchodźcami. Błędem jest lokowanie ich w dużych miastach i w skupiskach ich własnych nacji. Przypomnijmy sobie, że niejednokrotnie np. Polacy na Syberii znajdowali pomoc u tamtejszych mieszkańców, choć różnili się od nich wszystkim, pozycją, narodowością, sytuacją życiową i poziomem wykształcenia. Byłoby więc coś innego, różniącego wspólnoty jednego miejsca, wpływającego na lepszą czy gorszą integrację? Czemu mieszkańcy warszawskiego bloku żyją całkiem oddzielnie, nie znając się prawie, a mieszkańcy działkowiska wręcz przeciwnie? Dlaczego pracownicy jednej firmy, niezależnie od wzajemnych animozji łatwiej się jednoczą w razie jakiejś awarii, niż mieszkańcy bądź czy bądź jednego domu?

Wydaje się iż tym czynnikiem jest pewien styl życia, w tym wypadku model spędzania wolnego czasu. Mieszkańcy bloku izolują się od siebie, dbają o swoją prywatność, zaś mieszkańcy działkowiska część swojej prywatności wystawiają na podgląd otoczenia i muszą się godzić na to, że są przedmiotem plotek i dyskusji, jak pewna rodzina, która zaprosiła do siebie dziewczynę opalającą się topless na trawniku, zamiast w osłoniętej od oka sąsiadów części działki. Od tego, na ile godzą się z naruszeniem swojej prywatności zależy stopień integracji różnych wspólnot. Tam gdzie zezwala się na wgląd głębszy, integracja jest większa.

Wynika stąd, że integrowanie uchodźców lepiej będzie przebiegać w środowiskach izolowanych od swoich nacji. Podobno wyliczono też procent przybyszów jaki jest możliwy do zintegrowania ze „starą” społecznością. Znane jest zjawisko, że ktoś wyrzekający na uchodźców, wyłącza z tego grona „swojego”, miejscowego uchodźcę.

Oczywiście realni uchodźcy wolą żyć w grupach swoich nacji licząc i otrzymując w razie potrzeby pomoc od swoich i poddając się ich ocenie, której kryteria dobrze znają.

Mnie ich sytuacja kojarzy się czasem z dziećmi, których rodzice czasem przejawiają nadopiekuńczość dowożąc ich samochodami do szkoły i kontrolując znajomości, chociaż lepiej byłoby przyzwyczajać je do wyzwań, które przed nimi stoją, pozwalać poruszać się samemu po mieście, rozwiązywać swoje problemy samemu i wychodzić z nich często zwycięsko – co znakomicie poprawia samopoczucie

Co w tym najtragiczniejsze? Komuś, kto zasługuje na współczucie i zrozumienie, oferować powinniśmy twarde warunki dla jego własnego dobra, ale kosztem jego osobistych wolności.

Rozmyślałam o tym przez cztery dni braku prądu, ale gdy elektryczność powróciła, wszystko się naładowało i powróciła łączność ze światem, moje spostrzeżenia nie stały się już tak jednoznaczne. Wszak i ten tekst mogłam zapisać na laptopie, a nie długopisem na kartkach…

IMG_5453

Edytuj/popraw »

 

W brzuchu pływającego supermarketu (10) czyli ostatni dzień na morzu

 

28-go maja, ostatni pełny dzień podróży, był dniem na morzu, dlatego poświęciliśmy go zwiedzaniu tych wszystkich miejsc na statku, które wcześniej pominęłyśmy, uznając je za nieciekawe, a rozrywki przez nie oferowane, za nieinteresujące.

Wycieczkę zaczęłyśmy od baru i sklepu z pamiątkami.

IMG_5326

IMG_5329

Kupiłyśmy jakieś drobiazgi i obejrzałyśmy to, co sklep oferował z dziedziny „modnych ubrań”. Nie chwaląc się, za najlepszych młodych lat, moje prace szydełkowe i na drutach przerastały to całe badziewiane „rękodzieło”, bez ładu i składu naszyte na przypadkowe, grubsze bluzeczki, udające letnie kurtki.

IMG_4115

IMG_4116

Pocieszone brakiem pokus do wydawania euro, przeszłyśmy do kontemplacji dzieł sztuki, ozdabiających statek. Była to grupa rzeźb, lśniących jak tu wszystko, przedstawiających kobiece postaci, obcujące z książką. Charakterystyczną cechą tych rzeźb były monstrualnie rozdęte uda, przy których to, co postaci te robiły, zdawało się nie mieć najmniejszego znaczenia.

IMG_5331

IMG_5338

Obejrzałyśmy też teatr, duży i wyglądający jak prawdziwy. Niestety, nie dane mi było obejrzeć w nim jakiegokolwiek przedstawienia, bo przez pierwszą połowę rejsu nie odnalazłyśmy pochylni, którą mogłybyśmy ominąć schody, bowiem wejście prowadziło tylko na jeden z dwóch balkonów, nie na salę, przez drugą zaś nie znalazłam przedstawienia, które by mnie zainteresowało, zresztą o porze przedstawień zazwyczaj byłam już bardzo śpiąca. Moja opiekunka była na dwóch przedstawieniach, ale nie wyszła z nich wystarczająco usatysfakcjonowana.

IMG_5350

Przykładowe spektakle to: Kids Show & Doremi Live Talent Show, koncert Love me i Sogno Italiano, który zresztą można było kolejno obejrzeć w różnych barach, Msc Crew`s Got Talent, Doremi Talent Show, Doremi Kids Show i rozmaite ich odmiany. Ponadto jakieś przedstawienia typu Asterix vs Cleopatra lub Ghosmasters, których reklamowa grafika nie zachęcała do udziału.

Ghosmasters

Trudno było zresztą czegokolwiek innego się spodziewać w świecie nastawionym na rozrywkę łatwą i mało skomplikowaną, w dodatku dla osób starszych. Tylko dla Polaków ta wycieczka była dość kosztowna, przypuszczam, że niemieckie starsze małżeństwa klasy średniej, które stanowiły większość, z powodzeniem mogły sobie raz na rok na taki wypad pozwolić.

Moja wyprawa była prezentem mojego syna, Filipa, i jakkolwiek dla niego i mojej opiekunki Gosi była dość nudnym – nie ukrywajmy – obowiązkiem, dla mnie, z moimi możliwościami ruchowymi okazała się prezentem wspaniałym i doznaniem ciekawym i inspirującym. Nie mówiąc już o cudownych wycieczkach, nie miałam nigdy możliwości poznać środowisk ludzi, wśród których teraz przebywałam, ich stylu życia i rozrywek, i choć przeszkadzał mi brak znajomości języków, cała reszta z naddatkiem zaspokoiła moją ciekawość. Dzisiaj młodym ludziom, dla których poznawanie świata jest czymś zwykłym i łatwo dostępnym, może być trudno zrozumieć braki, które my, dzieci PRL nadrabiamy u schyłku życia i nasze fascynacje drobiazgami obyczajowymi wyrosłymi na innej, niż polska, glebie. Wielkie dzięki mój synu za ten wspaniały prezent!

W ostatni dzień wycieczki udaliśmy się wreszcie do restauracji na przypisane nam od początku rejsu miejsca, z których nie korzystaliśmy i poznaliśmy dwie pary Polaków, których poznanie nas ominęło. Obejrzeliśmy też spektakl z kucharzami i kuchcikami w roli głównej. Karkołomna pozycja, z której robiłam zdjęcia, zza pleców innych osób, wymusiła ukośny układ. W dodatku marsz kucharzy i kuchcików był szybki, energiczny i trudno było za nimi nadążyć. Najważniejsze jednak uchwyciłam – owe żonglowanie tortami i paradę kucharzy.

IMG_5368

IMG_5377

IMG_5379

Zaskoczył mnie entuzjazm bywalców restauracji. Z dwukrotnego w niej pobytu nie wyniosłam jakichś szczególnych rozkoszy podniebienia, przeciwnie, na ostatnim obiedzie maleńki kawałek z podudzia kaczki składał się głównie z kawałka kości i był niemiłosiernie twardy, wręcz niedogotowany. Także wybór był bardzo ograniczony, a godziny pobytu sztywne. Jedzenie w barze było lepsze i w ilościach dowolnych, praktycznie całą dobę. Wielkie torty trafiły na talerze w postaci maleńkich kawałków, mniej więcej wielkości 1/3 polskiego ciastka i także były niesmaczne. Można by sądzić, że robiono wszystko, aby do restauracji zniechęcić. Ale przemarszowi towarzyszyła triumfalna muzyka i zapewne dzięki niej nastrój został wywindowany na szczyty.

Do pierwszej w nocy musieliśmy wystawić walizki przed kabinę, a rano, dzięki temu, że poruszałam się na wózku, opuściwszy statek z pierwszą partią podróżnych, znaleźliśmy się z powrotem w wielkiej hali, wśród tysięcy bagaży odszukując swoje walizki. Na szczęście były one uporządkowane wg czytelnego systemu, więc wyszukanie naszych bagaży nie nastręczyło trudności.

IMG_5383

Nie odzyskałam jednak swojej grzałki. Mimo że skonfiskowano mi ją w hali portu, to po odbiór miałam zgłosić się z powrotem na statek, a tego nikomu się nie chciało. W końcu jedną i tak przemyciłam. W porcie w Hamburgu było już ok. 30 stopni C i trudno było uwierzyć, że zaledwie kilka dni temu broniłam się przed mrozem i wiatrem, naciągając czapkę aż po oczy.

Czego nie zobaczyłam, a zobaczyli inni

  1. Kwiatki

Mój syn, Filip, na przylądku Nordkapp 8 lipca 2015 roku zrobił zdjęcia kępce kwiatków na dowód, że i tam coś rośnie. Ja widziałam tylko jałową pustynię pozbawioną śladów życia.

North Cape3

  1. Fotograf

Oficjalny fotograf statku był mężczyzną w stylu Salvatore Dali z charakterystyczną bródką i szpicami wąsów. Chodząc po statku błaznował i tym przyciągał uwagę ewentualnych klientów. W ten sposób i ja uległam jego czarowi i dałam się namówić na oficjalną sesję. Oto jedna z serii fotografii, zrobiona w czasie odpływu z portu Geiranger:

Norway1

Fotografia jak fotografia, ale osądźcie sami, czy mogłam nie ulec czarowi fotografa, który padł przede mną na deski pokładu? Która kobieta nie dałaby się namówić nawet wiedząc, że to wszystko nie dla jej uroku osobistego, ale dla zysku? Mój syn, Filip, udokumentował to wydarzenie:

IMG_0420a

Tak czy inaczej, sentymenty damsko-męskie sentymentami, ale kobiety mają bezsprzeczną wyższość. Oto fotografia zrobiona w tych samych okolicznościach przez Małgorzatę Urbanowicz. Prawda, że lepsza?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  1. Luksus

Pisząc pierwszy odcinek niniejszego bloga zajęłam się tym, co na statku biło po oczach – wszechobecnym luksusem, uosobionym przede wszystkim w schodach wykładanych kryształami Svarowskiego, pokazanych wcześniej, w odcinku „Zaokrętowanie”. Siedząc w barze u stóp wymienionych schodów i popijając egzotyczne drinki, obserwowałam ludzi wchodzących po tych schodach. Ich krok zmieniał się, stawał się bardziej dostojny, panie kroczyły wręcz jak w jakiejś rewii. Zrozumiałam wówczas, co daje człowiekowi i do czego jest potrzebny luksus. Przez to, że jest właściwie zbędny, nie ofiarując spektakularnych ułatwień, odbiera się go jako część oprawy, czyniącej ważniejszą osobę nim otoczoną. To nie szkodzi, że nie stać ciebie, pojedynczej osoby, na obsypanie siebie klejnotami, wystarczy wyłożyć część pieniędzy wielu osób i obsypać klejnotami schody. Wówczas każdy wstępujący na nie, czuje się jakby klejnoty te były jego. Kupuje oczywiście iluzję, ale tydzień pławienia się w iluzji jest lepszy, niż jej brak; wszak za jakiś czas można napaść się inną iluzją, za równie, stosunkowo niewielką opłatą. Gdyby nie pozorna rozrzutność budowniczych statku, a więc gdyby na przykład obrócili oni pieniądze przeznaczone na owe, przykładowe schody, na powiększenie szerokości korytarza albo poprawę jakości działania (zaopatrując kabiny w czajniki elektryczne, żeby nie trzeba było przemierzać sporej przestrzeni po szklankę herbaty) wówczas nikt nie odebrał by takiego działania jako luksusowe, tylko jako standardową zwyczajność. Luksus największej restauracji nie polegał na smakowitości potraw, czy szybkości obsługi, a na białych obrusach, sztucznych orchideach w wazonach, kłaniających się kelnerach i jako jedyny dostępny alkohol, winach do potraw.

 

  1. Ludzie

Przyglądanie się ludziom, zwłaszcza których języka się nie rozumie, jest o wiele bardziej pouczające, niż wówczas, gdy ich wypreparowane z kontekstu gesty, prezentowane są w rozmaitego rodzaju szkołach, rozpoznających język ciała. Wbrew, podobno, naukowym opisom, gesty te nie są jednakowe dla wszystkich nacji i wszystkich osób, a wypowiadane słowa, nawet tylko częściowo rozumiane, dodatkowo zaburzają ich rozpoznanie. Ostatnio obejrzałam w telewizji film, w którym prezentowano następująca zagadkę: kto z 5 przedstawionych osób jest szefem, kto jego zastępcą, a kto pracownikiem. Mogę powiedzieć z doświadczenia, że gestykulacja prawdziwych szefów znacznie się różni od prezentowanej, jako wzorcowa, przede wszystkim dlatego, że szefowie, jak i wszyscy ludzie, bywają różni. Są więc szefowie nieśmiali i mogą mieć pracowników-kogucików, są szefowie oszczędni w słowach i gestach, są też osoby z rozdętym ego. Nie ma czegoś takiego jako SZEF – gatunek człowieka. W dodatku film pochodził z USA, a tamtejsze gesty różnią się od naszych, polskich. Chyba, że są wyuczone jak u polityków – ale ja przynajmniej dostrzegam ich sztuczność.

Obserwacje zachowań ludzi na statku dały mi wiele pola do przemyśleń i porównań – były więc dodatkową skarbnicą atrakcji. Miałam jednak pewne opory przed dokumentowaniem ich na zdjęciach, została mi więc jedynie pamięć i notatki.

W brzuchu pływającego supermarketu (9) Czyli Begren Twierdza (2)

IMG_5155

Opuściliśmy gwarne i ciasne stare miasto, żeby odetchnąć szerszą przestrzenią. Idąc wzdłuż nadbrzeża, spotykaliśmy głównie turystów, już na pierwszy rzut oka odróżniających się od miejscowych.

IMG_5196

W polu widzenia pojawiła się kamienna budowla, której mury wkomponowano w naturalne zbocze.

IMG_5205

IMG_5193

Twierdza Bergenhus powstała prawdopodobnie w XII wieku. Na jej terytorium znajdował się m.in. kościół, w którym w 1163 roku odbyła się pierwsza w historii Norwegii koronacja króla. Była rezydencją biskupów i norweskich monarchów. W XIII wieku wykończono kamienny zamek, który zastąpił wcześniejsze, drewniane budowle. W 1944 roku, podczas wybuchu statku w porcie, większość budynków twierdzy została zniszczona, z czego odbudowano królewski Zamek Hakonshallen oraz Wieżę Rosenkrantza. Jest miejscem spacerów i rozmaitych imprez.

IMG_5221

Ze względu na prowadzące z ulicy schodki, dla mnie nie do przebycia, do twierdzy udaliśmy się od strony parku, przedtem okrążając ją.

IMG_5222

IMG_5228

IMG_5235

Niestety, nie udało mi się wówczas ustalić, czyj pomnik widnieje na zdjęciu, ponieważ wiodły doń schodki. W internecie też nie znalazłam nic na ten temat, chociaż prezentowano inne pomniki w Bergen. Dla zwiedzających, co ilustruje zdjęcie, ważniejszy był wspaniały widok z tego miejsca, niż postać, przypuszczalnie, jakiegoś wojskowego. Dopiero powiększając fotografię odkryłam, że przedstawiał on króla Haakona VII spoglądającego na port. Postać Norwegom bliska, ale turystom raczej obojętna.

IMG_5243

IMG_5244a

Dalej w czasie spaceru trafiliśmy na rekonstrukcję rycerskich walk, jednakowoż stroje nie pozwalały mi na zidentyfikowanie, o jaki okres historyczny chodzi.

IMG_5263

IMG_5267

W walkach tych brały także czynny udział dziewczyny, niemniej ich stroje były jeszcze mniej historyczne.

IMG_5257a

IMG_5268

Ruszyliśmy więc dalej opuszczając bitwę i kontemplując spokojniejsze widoki.

IMG_5254

Spacer zakończyliśmy w cienistej i chłodnej części restauracji, gdzie znajdowały się jedyne wolne stoliki, nie zajęte przez spragnionych słońca turystów.

IMG_5100

IMG_5274

Zmęczone wróciłyśmy na statek, gdzie zrobiłyśmy użytek z naszego, nareszcie po raz pierwszy oblanego słońcem balkonu, popijając piwo z podręcznej lodówki. Nasz Brazylijczyk był bardzo zdziwiony, że starsza pani w ogóle pija jakiś alkohol (widać w jego kraju to się rzadziej zdarza), ale obiecał szybko uzupełnić zapas i słowa dotrzymał.

IMG_5282

Nie chciało nam się udać na górę na pokład widokowy, więc obserwowałyśmy stąd opuszczanie portu, ścigające się ze statkiem ptaki i wiszący nad nami most

(Fotografia Małgorzata Urbanowicz)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_5303

I wielka szkoda! Nasi towarzysze nie byli tak leniwi i mieli dodatkową emocję – obserwowanie, jak statek z bardzo niewielkim zapasem mieści się pod mostem.

(Fotografie Filip Urbanowicz)

IMG_0437

IMG_0445

W brzuchu pływającego supermarketu (8) Czyli bruki Begren (1)

IMG_5057

IMG_5075

Bergen jest miastem, w którym mogłabym mieszkać i żyć. Zazwyczaj pierwsze wrażenie ma tu największe znaczenie, chociaż nie zawsze jest ono adekwatne do rzeczywistości. Bergen wydało mi się przyjazne i doskonale, jako miasto, zorganizowane.

Początki nie były przyjazne. Trap w Bergen był wyjątkowo niemiły dla takich osób jak ja, na wózkach. Ostry kąt, pod jakim go ustawiono, spotkał się z małą ilością personelu do sprowadzania babć na ląd. Zapewne większość miała tu „wychodne”, jako że miasto było spore. Ponadto części personelu (w tym naszemu Brazylijczykowi, pokojowemu) kończył się siedmiomiesięczny kontrakt i samolotami udawali się w różne strony świata.

Do tej pory co najmniej trzech silnych, młodych czarnoskórych pracowników taszczyło mnie na ląd, a ponieważ było ich kilku i zawsze uśmiechali się, czułam się z nimi bezpiecznie. Tu taki przyczynek do krajowych problemów – ja osobiście nie mam żadnych oporów wobec nacji niechętnie widzianych ostatnio przez nasze władze, a w ślad za nimi bezrefleksyjnych zjadaczy chleba. Z ludźmi tymi często czuję powinowactwo duchowe, z chociażby tej przyczyny, że w ich krajach macierzystych szanują starszych. Jeśli miałam okazję z nimi porozmawiać, zawsze to deklarowali, ale mowa ciała też wiele znaczy, zwłaszcza, że nie są to ludzie jakoś szczególnie ukrywający swoje emocje. Poza tym ja zawsze szanowałam i szanuję tych, którzy są traktowani gorzej niż reszta, tak już mam od dziecka. Sądzę, że oni też to odczuwają.

Tym razem przywołano jednego, szczupłego, czarnego chłopaczka w wiśniowej liberii, który po prostu bał się i nie dawał rady, nawet z pomocą mojej opiekunki, którą zazwyczaj odsuwano od sprowadzania wózka po trapie. Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że zrobiono to celowo wybierając akurat tego chłopca. Fizycznie odczuwałam jego przerażenie, a także lęk moich pozostałych towarzyszy, którzy postępowali bezradnie za mną. Wołali do mnie, żebym hamowała zjazd hamulcem, ale z kolanami w górze, moje ręce w tej pozycji hamulca nie dosięgały. W dodatku wcześniej oficerowie bezpieczeństwa brutalnie podnieśli moje plecy i tyłek w poszukiwaniu niebezpiecznych przedmiotów, co spowodowało, że mój kręgosłup, przeszyty nagłym bólem przestał reagować na zwykłe sygnały z rąk. W tym momencie pojawił się pewien pan, którego młoda żona za nami samodzielnie zjeżdżała z trapu wypasionym wózkiem i widać, miał doświadczenie, bo wózek nagle przestało ściągać na jedną stronę. Jemu zawdzięczam też refleksję rodziny, że należy zastanowić się nad lepszym wózkiem dla babci.

Wszystko to nadrobione zostało później przez zarządców miasta Bergen. W trosce o to, aby turyści nie szwendali się po pocie, podstawiano autokary, wywożące statkowiczów poza jego teren. Dwie osoby na wózkach wsiadły do autokarów, ale ja, jako trzecia w kolejce, musiałam czekać z boku na następny. I tutaj objawiła się miła dziewczyna z furgonetką, przystosowaną do przewozu niepełnosprawnych. Wystarczyło stanąć poza kolejką do autokarów, na miejscu oznaczonym znakiem wózka i furgonetka od razu podjeżdżała. Ale kto to wiedział!? Okazało się, że furgonetka ta zawiezie nas do samego centrum, znacznie dalej niż zwykłe autokary. Umówiliśmy się z nią na powrót i ruszyliśmy w miasto.

IMG_5086

IMG_5099

IMG_5110

Jeżdżenie wózkiem inwalidzkim po ulicach Bergen (zapewne także dla pchających wózek) nie jest miłym przeżyciem. Z pietyzmem zachowano tam fragmenty starych bruków wykładanych kostką granitową lub „kocimi łbami”, a także kanaliki dawnych rynsztoków (widoczne na zdjęciu powyżej pod nogami pani w różowej kurteczce). Wszystko to powoduje, że pasażer wózka na wąskich, rowerowych kołach, czuje się jak worek ziemniaków, podrzucany na górkach i dołkach. Zaczynam rozumieć coś, co wydawało mi się fanaberią rowerzystów – walkę o likwidację kostek bauma na ścieżkach rowerowych. Kiedyś, dawno temu, sama jeździłam dużo na rowerze, ale jak sobie przypominam, choć wiele dróg, zwłaszcza wiejskich, brukowano „kocimi łbami”, zawsze z boku biegły piaszczyste ścieżki poboczy dla pieszych i rowerzystów, więc nietrudno było nie jeździć po bruku. W każdym razie mój kręgosłup źle znosił wstrząsy, nie dając mi czasem podziwiać mijanych zabytków.

Na zdjęciu powyżej widoczne są kamieniczki starego miasta, do którego dostęp dawały cieniste bramy w nie wkomponowane. Miejsca te tętniły życiem, zwłaszcza turystycznym.

IMG_5145

Ta najstarsza część miasta Bergen, gdzie osiedlali się pierwsi jej mieszkańcy (ponoć od 1070 roku), z czasem nabrała charakteru dzielnicy handlowej. Przeczytałam w internecie, że głównym przedmiotem magazynowania i handlu były dorsze i tran. W 1979 roku stare miasto Bergen wprowadzono na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

IMG_5115

IMG_5118

IMG_5116

Wąziutkie uliczki i niewielkie placyki, na moje szczęście (z małymi wyjątkami) były wyłożone deskami. Zapuściliśmy się więc w ich labirynt.

IMG_5119

IMG_5125

IMG_5137

IMG_5143

IMG_5151

Znajdujące się tam niewielkie sklepiki czasami prezentowały prawdziwe zabytki, czasem zaś coś nie do końca określonego.

IMG_5170

IMG_5184

Najciekawsze jednak było to, co nie zmieściło się na dole, a widoczne było jedynie górą. Schody i kładki łączące domy, wrota, do których prowadziły zapewne demontowane dojścia (widoczne na zdjęciu poniżej), jakieś rury, zsypy i odpływy, wynikające z handlowego charakteru miejsca.

IMG_5173

IMG_5131

Większość uliczek spowijał mrok, a więc czuło się w nich zastarzałą wilgoć. Zapach tranu i solonych ryb, który zapewne był tam kiedyś dominujący, dawno wywietrzał. Z przyjemnością wyszliśmy na zalany słońcem plac, a ja znowu musiałam zmierzyć się z brukami.

IMG_5189

 

W brzuchu pływającego supermarketu (7) czyli Geiranger

Od rana tkwiłam przy oknie, nie chcąc nic stracić z dnia, który okazał się najpiękniejszym dniem z całej wycieczki. Pierwsze zdjęcie zrobiłam o 5,45. Już wówczas mgły unosiły się w górę, odsłaniając wreszcie soczystą zieleń, tak upragnioną od kilku dni i dziwne, poziome pasma chmur.

IMG_4291

Za oknem pojawiła się zieleń i liczne wodospady, a wreszcie i port, z którego wysunięto długi, składany, pływający trap. Widoczne na zdjęciu liczne autokary już czekały na nasze wycieczki. Nasz nosił numer 43 i kierował nim ktoś nazywany „Angel”, o którego profesjonalizmie  ponoć świadczył fakt, iż w zimie obsługiwał wcześniej przez 10 lat przeciwśnieżny pług.

IMG_4310

IMG_4348

IMG_4366

Zeszłyśmy na ląd dwie godziny wcześniej przed oczekującą nas wycieczką, chcąc obejrzeć przynajmniej okolice portu. Pierwsze wrażenie to mnóstwo kolorów, choć część z nich nie zawdzięczałyśmy przyrodzie, a sklepom i straganom. Ale wszędzie były też kwiaty, także w donicach w porcie.

IMG_4402

Trasę okolicy i czekającej nas wycieczki obejrzałyśmy na mapce wiszącej w porcie

IMG_4420

Droga wznosiła się serpentynami ostro w górę, a mijanie się czasem budziło dreszcze. Piękne widoki z coraz większej wysokości, także na statki dokujące w porcie (nasz z tyłu), wynagradzały wszystkie lęki.

IMG_4495

IMG_4561

Mniej więcej w połowie drogi zatrzymaliśmy się na kilka minut w punkcie widokowym, gdzie zagęszczenie ludzi utrudniało oglądanie czegokolwiek, poza współwycieczkowiczami. Ci na własnych nogach mieli lepszą okazję robienia zdjęć, ja zaś oglądałam najwięcej ich butów, ale moje refleksje na ich temat nikogo zapewne nie zainteresowałyby. Jednak udało mi się! Także sfotografować spienioną rzeczkę znacznie poniżej drogi.

IMG_4571

IMG_4572

IMG_4809

Po dziesięciu minutach postoju, w czasie którego autokar zawrócił gdzieś wyżej i nawet ja musiałam obowiązkowo go opuścić, zjechaliśmy w dół, z powrotem do portu, aby bez postoju ruszyć w przeciwną stronę, trasą gęściej zaludnioną i może przez to wydającą się bardziej karkołomną.

IMG_4730

Tu droga była nieco węższa, więc mijanie się autokarów wymagało oczekiwania na punkty, w których możliwe było zjechanie na bok, lub różnych, budzących strach, manewrów.

IMG_4788

IMG_4735

IMG_4790

I znowu widok z góry na zatokę, tym razem z przeciwnej strony. Widać nasz statek, dokujący przy pływającym trapie i drugi, w gorszej sytuacji, z którego na brzeg dowożono pasażerów łodziami.

IMG_4808

Powrót ukazywał bardziej zabudowane miejsca wraz z odgałęzieniami, oraz znacznie bardziej karkołomne drogi, pnące się stromo w górę. Czasami widać było kilka pętli serpentyny na raz.

IMG_4890

Po południu z górnego pokładu oglądaliśmy odpływanie statku i składanie pływającego trapu. Bar na szczęście już był otwarty, więc naszemu odprężeniu towarzyszyły drinki

IMG_4994

IMG_4983

IMG_4976

Odpoczywaliśmy obserwując otoczenie, co było chyba najlepszą rozrywką tej podróży. Przy stoliku obok nas siedziała para: starszy pan i znacznie młodsza pani, uznana przez moje otoczenie za wzór łączącego ich uczucia. Pan nieustannie dotykał, a to rączki, a to ramienia, czy uda pani, przemawiał do niej elokwentnie i gładko, uśmiechał się, jednym słowem tokował. Potem wyszli, ale godzinę później pojawili się przy innym stoliku. Tym razem pan nie mówił nic do pani, nie dotykał jej pieszczotliwie ani nie zamawiał niczego w barze; pani zaś odpowiadała mu burkliwie, Nie muszę dodawać, że swoje fotele ustawili co najmniej w odległości metra od siebie. Większość namiętnie fotografowała widoki, a ja ich.

IMG_5002

IMG_5010

IMG_5026

IMG_5029

W brzuchu pływającego supermarketu (6) Czyli Tromsø i Molde

Tromsø i Molde to wielkie oczekiwanie i wielkie niepowodzenie. W Tromsø nie zeszłam na ląd; moje towarzystwo pokręciło się trochę po porcie i przyniosło mi garść muszelek i parę kamyczków. Muszelki były nieco połamane, ale ponieważ zawsze wydawało mi się, że takie kształty pochodzą tylko z ciepłych mórz, stanowiły ciekawy eksponat. Było to także świadectwo bezpośredniego zetknięcia się z brzegiem morza i morzem. W żadnym innym miejscu moja opiekunka (nie mówiąc już o mnie), nie mogła dostać się w takie miejsce, by przynieść choć muszelkę lub kamyczek. Niby wszędzie morze, ale w izolacji od człowieka. Widok z okien statku nie skłaniał do poszukiwań: zimno, brak zieleni, jakieś marne zabudowania, które lepiej oglądać z daleka, jako panoramę.IMG_5390

Póki co, osłodziliśmy sobie dzień wycieczką po krainie cukierków i innych statkowych rozrywkach. Skoro cukierki mogą być tworzywem dla sztuki, czemu nie poddać się jej przystępności i nie podziwiać? Złośliwi mogą twierdzić, że skoro w statkowym sklepie ceny zwykłych słodyczy są tak wygórowane, nieuchronnie musi nastąpić ich przeterminowanie i ewentualnie późniejsze nie spożywcze wykorzystanie. Ale ładne, niewątpliwie.

IMG_4109IMG_4110

W Molde 25 maja mieliśmy wynajęty w mieście i opłacony samochód i z niecierpliwością czekałam na przejazd Drogą Trolli. Oglądałam kiedyś film i zdjęcia z tej drogi i chyba ona właśnie stała się zaczątkiem mojego marzenia o zwiedzeniu Norwegii. Zwykle otwarta jest od połowy maja do października z uwagi na bezpieczeństwo przemieszczania się. W 2012 roku na przykład otwarto ją jednak dopiero 14 czerwca. Tymczasem pogoda zdecydowanie popsuła się, była mgła i padał gęsty deszcz, w związku z tym musieliśmy zrezygnować z wycieczki, tracąc wniesione opłaty i pocieszając się, że obejrzymy ją na licznych filmach w internecie. Same Molde, to miasto, jak miasto, nic specjalnie interesującego, poszliśmy więc do restauracji na tamtejszą specjalność, zupę rybną i krótki spacer po okolicy. Zupa rybna była świetna i zupełnie inna od serwowanych w Polsce, stanowiących wersję rosołową lub typ soljanki – gładki krem ze sporymi porcjami dorsza i łososia, z pokrojoną zieloną częścią pora, u nas raczej odrzucaną, jednak prawdopodobnie z powodu zmiksowanych w niej krewetek (o podanie porcji bez pływających w niej skorupiaków prosiłam i uwzględniono tę prośbę) przypłaciłam jej zjedzenie wysypką na połowie twarzy.

IMG_4238

Za to restauracja pełna była różnych gadżetów „marynarskich” i „kuchennych”, rozmaitych durszlaków, starych wag i słojów; widziałam też maglownicę i tarę do prania (z jakich sama kiedyś korzystałam), przedmiotów o nieustalonym przeznaczeniu, jakichś emaliowanych tabliczek sprzed wieku; niestety, siedzieliśmy w przedsionku z powodu wszędobylskich schodków, niedostępnych dla mnie, więc nie obejrzałam pełni wystroju tego lokalu. Ciekawostka byłą otwarta na powietrze, tylko zadaszona weranda, ogrzewana ogromną żarówką, ze stosami skór i koców do otulenia się, na której popijano zimne piwo i napoje, grzechoczące kostkami lodu.

IMG_4239

Korzystając z tego, że byłyśmy ciepło ubrane, popołudnie spędziłyśmy z moją opiekunką tradycyjnie, plącząc się bez celu po statku, ale po górnych pokładach. Tym razem padło na górny pokład, widokowy, prawie całkowicie pozbawiony ludzi z powodu złej pogody (z wyjątkiem jednego śmiałka w jacuzzi). Smętnie wyglądał zamknięty bar z pokrowcami na stołki i sterty powiązanych sznurami leżanek do opalania. Okazało się potem, że była to jedyna okazja rozkoszowania się widokiem; w dniach pogodnych i ciepłych, które nastąpiły pod koniec wycieczki, nie dało się tam szpilki wetknąć, a tym bardziej przejechać wózkiem.

IMG_4081

IMG_4084

IMG_4088

IMG_4181

W poszukiwaniu otwartego baru zawędrowałyśmy na piętro, gdzie parę osób kontemplowało widok z innego, także zamkniętego baru, ale ogrzewanego klimatyzacją.

IMG_4195

IMG_4202

W tym barze, nudząc się, odkryłam z czego wynika trudność fotografowania statkowych atrakcji, bowiem większość zrobionych zdjęć, po przejrzeniu na ekranie komputera, do niczego się nie nadawała. Zilustruje to druga fotografia: Pierwsza z nich pokazuje zdjęcie zrobione zgodnie z powziętym zamiarem, druga zaś nieoczekiwane efekty, psujące plany.

IMG_4212

IMG_3396

Robiąc zdjęcie, w istocie nie wiedziało się, co się fotografuje. Z powodu licznych luster i odbić w wypolerowanych elementach, zamiast ujęcia, przedstawiającego nudzącą się w głębi panią, przedmiotem zdjęcia okazałam się ja sama, fotografująca swoje odbicie. Próbowałyśmy rozgryźć te odbicia w windzie, gdzie lustra pokrywały także sufit, ale z powodu dużego ruchu osób, nie zdołałyśmy osiągnąć zamierzonego rezultatu. Oto jedna z próbek moich usiłowań:

IMG_4264

Odpływaliśmy bez żalu, porzucając smętny port z kontenerami, po których dachach rozpoznać można było nasilenie deszczu. W dodatku wąskie nadbrzeże powodowało niemożliwość ustawienia pochylni zjazdowej w sposób komfortowy dla osób jadących na wózkach inwalidzkich, z balkonikami i o kulach. Wszyscy przeżywaliśmy wielki dyskomfort (ja z głową w dole a nogami w górze, osoby poruszające się o własnych siłach z powodu stromizny i śliskości trapu) i mimo pomocy załogi, wychodziliśmy z doświadczenia spoceni jak rude myszy. Z powrotem zaś wydawało nam się, że spadniemy na łeb na szyję zatrzymując się na tych kontenerach.

IMG_4248

IMG_4234

Kolejny dzień na morzu przyniósł już nieco lepszą, choć równie zimną pogodę (2-6 stopni C), więc spacer po odkrytym pokładzie był przyjemniejszy. Doceniłam z pozoru głupi pomysł zapakowania do bagażu zimowych butów na futerku.

IMG_4164

Przy okazji odszukałyśmy bibliotekę, składającą się z kilku półek i wbrew zapewnieniu gazetki, niezbyt bogatą. Prawie sama sensacja z najnowszym Folletem na czele, w niemieckich, angielskich, francuskich, hiszpańskich i włoskich wydaniach (jedna nawet była po chińsku), nie noszących zresztą śladów czytania. Polskiej książki nie znalazłyśmy. Niestety, nie miałyśmy żadnej, aby ją podarować bibliotece, ponieważ w trosce o bagaż, książki miałam tylko w postaci elektronicznej.

IMG_5365

Najedzeni zupą rybną, udaliśmy się zamiast do baru, po raz pierwszy do eleganckiej restauracji, , gdzie serwowano mikroskopijne dania i wino do posiłków. Tam po raz pierwszy w życiu spróbowałam małży i dość mi smakowały, natomiast faszerowany, pieczony bakłażan nie powalał – robię znacznie lepsze i w dodatku z jednej niewielkiej sztuki wychodzi mi tyle porcji, ile podłużnych plastrów da się wykroić, a więc 6-7. Czas oczekiwania na kelnera nie odbiegał od standardów, a więc „straciliśmy” na ten posiłek ze 2 godziny.

IMG_4131

 

 

W brzuchu pływającego supermarketu (5) czyli wreszcie Koło Podbiegunowe i Nordkapp.

Koło Podbiegunowe zgodnie z definicją Wikipedii to równoleżnik ziemski o szerokości geograficznej 66°33’39″N.

Cały następny dzień szwendałyśmy się po statku oczekując na TEN moment, gdy przekroczymy magiczne KOŁO, aż wreszcie go przegapiłyśmy – i to za sprawą… perfum. Kiedy sprawdziłyśmy pozycję statku, dawno już go minęłyśmy.

IMG_3688

Z perfumami było tak. Jedną z atrakcji statkowych były sklepy i stoiska z luksusowymi towarami, a wśród nich oczywiście nie mogło zabraknąć perfum. Wszystkich zapachów można było spróbować i porównać z innymi. Ceny były bardzo wysokie, więc nie nastawiałyśmy się na kupno, z ewentualnym wyjątkiem…

Postanowiłam skorzystać z okazji i odnaleźć ulubiony zapach mojej młodości, którego nazwę zapamiętałam: Chanel nr.5.Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, za PRL, zapach ten spośród pozostałych dostępnych perfum, głównie produkcji radzieckiej, odznaczających się ostrymi, ciężkimi zapachami kwiatowymi, stanowił dosłownie świeży powiew Zachodu, choć dziś oczywiście zdaję sobie sprawę, że raczej był podróbką, niż oryginałem. Były wówczas 4 modne zapachy dla młodych kilkunastoletnich dziewczyn: „Konwalia”, „Biały bez”, „Być może” i właśnie „Chanel no 5”. W artykule o perfumach PRL https://kobieta.wp.pl/czym-pachniala-kobieta-w-prl-u-5982749343896705a

informacje pochodzą z czasów znacznie późniejszych, gdy uważano, że „Być może” było wersją „Chanel nr.5”, ale ja pamiętam inne buteleczki z tym napisem (zresztą w czasach, które opisuję, nie było jeszcze w ogóle dezodorantów, o których mówiono w artykule, jak również pozostałych marek wód kolońskich – jak je nazywano wówczas). Do dziś posiadam buteleczkę „Być może”, ale rzadko ją odkręcam, chroniąc resztki zawartego w nim zapachu. Nikt nie słyszał o podziale na perfumy, wody kwiatowe i inne wody odświeżające, wszystkie zapachy określano zaczerpniętym z rosyjskiego określeniem „duchy”).

W każdym razie na stoisku wypatrzyłam aż 3 rodzaje Chanel nr.5

IMG_4112

Niestety, żaden z zapachów nie był tym, który zapamiętałam, dlatego wnioskuję, że była to nawet nie podróbka, ale naśladownictwo. Oczywiście ich nie kupiłam (186 euro, notuję dla porządku, plus jakieś bonusy przy zakupie kolejnych perfum), tym bardziej, że zapachy te nie budziły we mnie żadnych wspomnień. Miałam zresztą wymówkę: pani stwierdziła że ich nie może mi sprzedać, ponieważ właśnie siadł jej internet.

Opowiadałam historię poszukiwania zapachu PRL mojej koleżance, Marii, a ta opowiedziała mi inną anegdotę, związaną z tymi perfumami. Jej tata (rocznik sporo młodszy niż mój) postanowił kupić w prezencie mamie te perfumy w ekskluzywnym sklepie, z okazji jakiejś ich rocznicy. Ku jego zdziwieniu sklep ich nie posiadał. Zdegustowany Tata: — I to mają być te legendarne perfumy???

Sprzedawczyni: — Proszę pana, te perfumy są legendą dla kobiet, które same już są legendą.

Jako nieistniejąca już realnie osoba, przeniosłam się w rzeczywistość synchroniczną, bowiem właśnie tego dnia nadeszła do mnie w Polsce przesyłka od mojego wieloletniego przyjaciela, pisarza Artura Szrejtera, zawierająca jego nową książkę „Legenda Wikingów opowieści o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach”, stanowiąca przyczynek do słynnego serialu „Wikingowie”. Autor opatrzył książkę osobistą dedykacją dla mnie , w której określił ją, jako „opowieść o ludziach, którzy chcieli zdobyć wszystko i zdobyli”. I kto powie mi, że astrologia nie działa, skoro mam właśnie tranzytującego Neptuna na ascendencie i skoro wszystko, co się mi przydarzało, realnie i w wyobraźni, należy do sfery żywiołu wodnego? Wszak ja też tę wycieczką zdobyłam coś, czego jeszcze rok wcześniej nie spodziewałam się zdobyć, a co umożliwiła mi wcześniejsza wycieczka do moich przyjaciół w Sztokholmie (nieustanne wielkie im dzięki za to!).

Zgodnie z przewidywaniem, ta noc byłą jasna i musiałam wytężyć całą siłę swojego egoizmu, aby uniemożliwić mojej opiekunce zasłonięcie podwójnej story, odcinającej nas od światła pseudonocy. Bezsenność bezsennością, ale nie jest ona wyjątkiem wśród moich nocnych doznań, ale może być wrażeniem uzasadniającym fakt, że w środku nocy najlepiej rozumie się świat i wszystkie nici zależności między jego częściami. To właśnie ten przywilej starości, że sen jest przerywany, a jak głoszą najnowsze odkrycia naukowe, człowiek pradawny, a nawet średniowieczny, nie spał snem nieprzerywanym; budził się i zasypiał, podobnie jak inne zwierzęta. Wracając na starość do korzeni człowieczeństwa, (wraz z jego traumami, chorobami i lękami ) czuję się odkrywcą świata zapomnianego i wypartego ze świadomości. Moja opiekunka ma jeszcze wiele czasu na takie doznania, choć jej bezsenne noce, to układanie treści ważnego maila, przeznaczonego do wysłania po powrocie. Ja jestem częścią tej sytuacji, która w to układanie ją wpędziła i uwikłała, i czuję się winna, ale nie mogę zaprzestać mojej drogi w nicość. Pocieszam się, że wkrótce ona się skończy, a jej końcówka jest równie ważna jak początek, choć z koleżankami żartujemy, iż następna podróż Babci, to wyprawa Orient Expressem. Pytanie, kto zechce tam za mną w tamten nudny świat podążyć?

Jasną nocą dopłynęliśmy do pierwszych zabudowań portu, a to dziwnej barwy światło na zdjęciu, to nagłe słońce, które wg opisu fotografii wyjrzało zza chmur 23,55 wieczorem, oświetlając moje czuwanie.

IMG_4068

Sterta chusteczek na chodziku, to pojemnik przygotowany na moje wzruszenie.

Do portu Honningsvåg wpłynęliśmy koło południa. Wszędzie widać było topniejący śnieg, a statkowa gazetka przewidywała temperaturę 3-6 stopni C.

Pozostaje mi tylko zamieszczenie uczciwego sprawozdania z wyprawy na Przylądek – rzekomo najbardziej wysunięty na północ skrawek lądu położony 308 m nad Morzem Barentsa. Nie byłam pewna, na ile jest to prawdą, ale mapy pokazywały obok inny przylądek, jeszcze bardziej wysunięty, tyle że nie prowadziła tam szosa (może dość wąska, ale zawsze) ale ścieżka, oznaczona na mapie przerwaną linią, niedostępną takim wycieczkowiczom jak ja. O nieporozumieniach, związanych z Nordkapp przeczytałam po powrocie w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Przylądek_Północny

Wszystkich autokarów wiozących nas na wycieczkę było – jak policzyliśmy ponad 70. Ostatni zjechał tuż przed północą, ale zdjęcia można było robić znakomicie. Pogoda była pochmurna, a światło cały dzień i noc jednakowe.

Ja przeżyłam trochę emocji, bo choć wycieczkę oznaczono w planie jako przyjazną dla osób na wózkach, w praktyce nie wszystkie autokary mogły zabrać takie osoby. Wprawdzie posadzono mnie z przodu, jednak po kilku wysokich schodkach musiałam wejść sama, co udało mi się z bardzo dużym trudem i co przypłaciłam kilkudniowym gorszym samopoczuciem. W dodatku szyba była mocno zaparowana, a wskutek tego widoczność marna. Z powrotem było nieco lepiej – autokar miał niższe stopnie, większe i wyczyszczone do połysku szyby. Dlatego większość zdjęć pochodzi z drogi powrotnej.

IMG_3706

Po drodze autokary w liczbie 3 zatrzymały się na 10 minutowy postój, dla obejrzenia czegoś, co nazwano „wioską Inuitów”, a co składało się z drewnianego baraku, szkieletu inuickiego domu (w trakcie rozbiórki na wieczór, pozbawionego już pokrywających go skór), przypominającego szkielet „szałasu potu” z praktyk opisywanych w „Tarace”, samochodu, którym przywożono ów dom, tudzież jednego Inuity w stroju regionalnym, pracowicie wyszukującego na ekranie smartfona ceny pamiątek

IMG_3717

IMG_3719

Przylądek Nordkapp powitał nas silnym wiatrem, niską temperaturą i chwilami padającym śniegiem. Na powietrzu trudno było wytrzymać dłużej niż kilka minut, więc półtorej godziny postoju wydawało nam się dużą przesadą. Na szczęście wybudowano tam pawilon, w którym można było przeczekać resztę czasu, zakupić niesłychanie drogie pamiątki i pogapić się na otoczenie z pustawej restauracji na piętrze.

IMG_3737

IMG_3750

IMG_3773

Siłą i wartością całej wycieczki były widoki z okien autokaru, ale te, jak wspomniałam, nadawały się do fotografowania jedynie w drodze powrotnej.

IMG_3866

IMG_3979

IMG_4036

Po powrocie jedynie czego pragnęłam, to szklanki gorącej herbaty zaparzonej uratowaną grzałką.

Z portu wypłynęliśmy 23 maja o 2 w nocy, żeby koło południa zatrzymać się w Tromsø.

IMG_3686

W brzuchu pływającego supermarketu (4) czyli wreszcie jakiś port

Już od rana wypatrywałam oznak życia na lądzie, chociaż do portu Ålesund mieliśmy wpłynąć dopiero o godzinie 10-ej. Pogoda nagle zrobiła się piękna, słoneczna, ale było dość zimno. Statkowa gazetka prognozowała 8-15 stopni C, a czas odpłynięcia przewidywano na 17,30. Z niecierpliwością czekałam na pierwsze zejście na ląd.

IMG_3470

IMG_3486

IMG_3499

IMG_3512

Ålesund jest miasteczkiem względnie nowym. Położone na kilku wyspach tworzących dogodny port. Zimową nocą w roku 1904 całkowicie strawił je pożar niszcząc 850 domów, a całe miasto zaprojektowane zostało od nowa w stylu secesji. Wszystkie drogi prowadzą tam pod górę, a bruki są dość zniszczone, choć ogólnie miasteczko jest zadbane i bardzo chętnie odwiedzane przez turystów. Kilka godzin pobytu nie pozwoliło na dokładniejsze, poza spacerem, zwiedzanie, zwłaszcza, że nasi towarzysze już tam wcześniej byli, no i że ja z moim wózkiem stanowiłam utrudnienie.

Przy zejściu na ląd i przy powrocie czuwał personel, w tym oficerowie z bezpieczeństwa, którzy, jak uprzedzała gazetka, wyróżniają się specjalnymi czapkami i ciemnymi okularami. Z moją kartą pokładową były jakieś problemy informacyjne, ale w końcu mnie wypuszczono wręczając druczek o konieczności zgłoszenia się po powrocie do recepcji, zresztą sprawa nie była poważna, jak się później okazało.

Trzech panów w liberii zastąpiło moją opiekunkę i z uciechą sprowadzało mój wózek tyłem po metalowym trapie, co prawie przyprawiło mnie o zawał, jako że kolanami mierzyłam w niebo, głową w ziemię, a za wątłą barierką chlupotało, bądź co bądź, morze. Śmialiśmy się do siebie nawzajem, oni uspokajająco, ja dziękczynnie, każde coś tam mówiło w swoim języku o ogólnym sensie ok, ok. Ufff!

Pchana z wysiłkiem po nierównym bruku, usiłowałam robić zdjęcia tego, co najbardziej charakterystyczne. Najlepiej zapamiętałam cztery odcienie kwitnących drzew przed kościołem, może dlatego, że postój w następnym z kolei porcie oferował całkowity brak zieleni, za to w dużej obfitości śnieg.

Jeden z moich towarzyszy schodził po stromym zboczu, ponieważ zobaczył tulipany i koniecznie chciał im zrobić zdjęcie. A przecież był już 20 maja, szczyt wiosny jak by nie było.

IMG_3528

IMG_3546

IMG_3554

IMG_3563

IMG_3573

IMG_3580

IMG_3594

Powyższą prezentację kończę zdjęciem pomnika rybaka, na którego głowie znakomicie poczuł się ptak i dłuższą chwilę pozował turystom.

Na jednym ze zdjęć widnieje góra, a na niej punkt obserwacyjny z wieżą i restauracją. Moje towarzystwo odprowadziło mnie na statek, po czym udało się ponownie na ląd, wspinaczką nadrobić nieco kondycję uszczuploną obfitymi posiłkami i mnóstwem drinków. Wprawdzie zaliczyli już zajęcia z siłowni, pchając mój wózek pod różne górki, ale było tego jeszcze zbyt mało. Siłownię na statku ponoć tak oblegano, że trzeba by było wstawać bardzo rano, ale tego nikomu się nie chciało.

Po południu przy dźwiękach muzyki obserwowaliśmy odpływanie statku i pożegnalne krzyżowanie strumieni wodnych na statku-pilocie, którego załoga przewidująco ubrana była w całkowicie odporne na wodę kombinezony, jako że byli całkowicie zalewani wodą. Już w żadnym innym porcie nie żegnano nas tak uroczyście.

IMG_3621

IMG_3623

Wypływając z fiordów widzieliśmy na horyzoncie zaśnieżone góry, jak zapowiedź następnego portu – najbardziej na północ wysuniętego Honningsvag, gdzie nijak nie było już widać zieloności i panowała wszechwładna zima.

IMG_3634

Popołudnie spędziłyśmy w barze, za którego bulajem znów widać było tylko morze i tak miało być przez następny dzień.

IMG_3345

W brzuchu pływającego supermarketu (3) czyli dzień na morzu

IMG_3390

Dni na morzu są długie i nudne, szczególnie jeśli nie ma pogody, jest mgła, mżawka, zimno i wieje wiatr, a widok lądu (o ile jest dostępny), to z kabin po przeciwnej stronie statku. Pocieszamy się, że podczas powrotu nasza strona będzie uprzywilejowana, co nie do końca się sprawdziło, ponieważ do niektórych portów statek wpływał rufą, a nie kadłubem. Wówczas bardzo ważne zaczynają być rozrywki. Także więcej poświęca się czasu propozycjom statkowej gazetki.

Informacje nie są dla mnie specjalnie ciekawe, a moje otoczenie, znające angielski, nie kwapi się zbytnio do tłumaczenia tekstów i prowadzonych przez nich rozmów. Biegli w angielskim zapominają, że ja z tych czasów, gdy uczono się powszechnie rosyjskiego, a angielski był dodatkowym, alternatywnym do łaciny, której ja się uczyłam.

Odcyfrowuję: serwis pralniczy, godziny oddawania i odbierania, blablabla, „wspaniały dostęp do internetu satelitarnego”, bez dźwięku 5 euro dziennie, odtwarzanie video z obrazem i dźwiękiem 12 euro dziennie. Maksymalny dostęp do 4 urządzeń z maksymalną przepustowością, z dźwiękiem i obrazem 23 euro dziennie. Zrozumiałe, że jako osoba nieuzależniona od internetu, darowałam sobie tę przyjemność.

Za to w pierwszym porcie, Alesund, trudno było się przecisnąć przez bramę, w której przejście tarasowały tłumy z laptopami i tabletami, ponieważ akurat prawdopodobnie w tej bramie był bezpłatny dostęp i dobry zasięg. My znaleźliśmy to w mieście, w jednej z kawiarń, tyle że ja nie zabrałam swojego laptopa, więc jedynie gapiłam się znudzona na współtowarzyszy.

Na sformułowane nagląco pytanie z gazetki (brzmiące może niefortunnie z powodu tłumacza automatycznego): „Czy chcesz się odwzajemnić w mroku wieczoru?” jest tylko jedna odpowiedź: „OBRÓBKA WIEKU Z BOTULINĄ” lub „HYAlURONIC ACID” i wizyta w hotelu MSC Aurea Spa na konsultacje prywatne. Ceny nie podano. Za rezerwację 4 masaży jakieś nieprzetłumaczalne bonusy tudzież cała paleta dostępnych „lekarstw” – jak je zwą. Za 29 euro kąpiele termalne z chili dla 2 osób. Do tego przy zakupie „jednej produkcji słonecznej Collistar”darmowy prysznic słoneczny” – cokolwiek by to było.

Do tego reklama salonu fryzjerskiego Jeana Louisa Davida, „dotrzymującego aktualnych trendów mody”. Te aktualne trendy to jakieś pasmo rudości w tłustawych włosach klientek, widoczne przed wieczorem galowym wśród wielu pań. A może nie tłustości, tylko jakiś żel, lub kolor nie rudy, tylko wiewiórkowy, wystrzępiony, niestety nie znam się na tym. Poniżej zdjęcie jednej z pań, wyjątkowo młodej tym razem, która kolor włosów dobierała prawdopodobnie do koloru trampek. Wiewiórkową panią spotykamy w barze, najchętniej odwiedzanym, z licznych dostępnych, przez moje towarzystwo.

IMG_3343

Ciekawym dla Polaka zjawiskiem, któremu nasza telewizja serwuje nieustannie horrorek typu: pijani rodzice opiekowali się dzieckiem, jest widok tatusiów udających się późną porą na drinka z dziećmi.

IMG_3205

Przy wietrze 7 stopni w skali Beauforta zaczyna leciutko kołysać statkiem i jest to kołysanie usypiające, zwłaszcza gdy nakłada się na drgania śruby pod nami. Szczególnie ulubiony nasz bar znajdował się pośrodku statku i tam kołysanie nie było w ogóle wyczuwalne.

Statek jest długi (przypominam: 333 m, choć w niektórych źródłach błędnie podano 1333m, prawdopodobnie myląc stopy z metrami) i ma wiele zakamarków, więc jestem wożona na wózku i trafiam tam, gdzie chcą moi towarzysze. Ja skupiam się na próbowaniu wszystkich kolorów drinków, bowiem jest to dla mnie debiut, jeśli o nie chodzi.

IMG_3238

Nigdy wcześniej nie miałam okazji picia profesjonalnych drinków, takich które przygotowują barmani, mieszając składniki i potrząsając shakerami. Chciałam więc spróbować wszystkich najbardziej znanych, modnych i wychwalanych. Przygotowałam się do tego specjalnie. Lekarstwo przeciwbólowe, które stale muszę zażywać, żeby w ogóle się poruszać, zostało zmienione przez mojego pana doktora na inne, które nie wyklucza spożywania alkoholu, niemniej na końcu rejsu drinków i w ogóle alkoholu miałam dosyć, mimo ich zdecydowanie przeciwbólowego wzmocnienia.

IMG_3436

Swoje degustacje zaczęłam od Pina colada, którą wkrótce uznałam za zbyt słodką i przerzuciłam się na wódkę absolut z cytryną i miętą, w międzyczasie próbując rozmaitych dziwności w różnych kolorach. Potem przyszło Mojito, Margarita, Martini, Cuba libre, Daiquiri, jakieś dwa rodzaje niebieskiego, coś z nazwami „amerykański”, Zombie i na koniec Bloody Mary, widoczne na zdjęciu z liściem selera, w wykonaniu jednego z barów przeraźliwie gorzkie i ostre (pewnie od sosu worchester i chili) i wręcz obrzydliwe, w którym jedynie umoczyłam wargi. Kuda jemu do naszej, swojskiej Krwawej Mary, popijanej w czasie dawnych spotkań Klubu Tfurcuff, nawet z pieprzem zamiast chili i tabasco, lub w ogóle bez angielskich sosów! Oczywiście nie wszystko próbowałam jednego dnia! I nie wszystkie drinki zapamiętałam.

 

IMG_3225

Minusem drink-barów jest niemożliwość jakiejkolwiek sensownej rozmowy z powodu grzechotu baterii kostkarek do lodu, ale przecież chyba nie po rozmowę tam się chodzi. Ludzie wzajemnie się przekrzykują i nawet piosenkarz męczący przed mikrofonem stare włoskie przeboje, serwowane jako koncert p.t. „Nigdy” (!) nie daje rady ich zagłuszyć. Większość pasażerów stanowili Niemcy, a oni w ogóle są bardzo głośni.

Dzień drugi wyprawy rozpoczęłyśmy z moją opiekunką od zwiedzania statku. Najpierw trafiłyśmy na rozrywkę zbliżoną do pomysłów kaowców z niegdysiejszego Funduszu Wczasów Pracowniczych czyli konkursu trafiania piłeczką pingpongową do jednorazowych plastikowych kubeczków napełnionych wodą. Zwycięskie trafienie nagradzano czapeczką albo daszkiem od czapeczki z logo statku. Różnica polegała na tym, że dwoje animatorów kultury (jeden w błazeńskiej czapeczce) prowadząc konkurs, jednocześnie śpiewało i tańczyło i usiłowało rozbawić towarzystwo.

IMG_3276

IMG_3279

IMG_3288

Znudzone opuściłyśmy konkurs i udałyśmy się na najwyższe piętro, gdzie w sali z widokiem na statek, odbywało się coś w rodzaju gimnastyki porannej (z jakąś oczywiście modną nazwą, jak fitness albo coś w tym rodzaju).

IMG_3393

Kolejnym etapem wycieczki po statkowych rozrywkach stało się kasyno. Podniecającemu, wręcz ekscytującemu brzmieniu tej nazwy, zaprzeczył swojski widok automatów do gier z czasów, gdy w każdym przydrożnym barze w Polsce takie rzędy jeszcze bardziej wymyślnych i kolorowych maszyn okupywały rzesze miejscowych chłopaków, brzęcząc garściami drobnych.

IMG_3325

Niestety, Koło Fortuny tak wcześnie nie było dostępne, brakowało też krupierów i pań serwujących drinki. W ogóle brakowało jakichkolwiek osób rozrywających się w ten sposób.

IMG_3322

Przeszłyśmy jeszcze przez salon gry w bingo, gdzie można było wygrać 10.000 koron, i gdzie emocjonowało się sporo osób bez widocznych rezultatów.

W ramach twórczych zajęć proponowano jeszcze wyrób spiralnego naszyjnika z miedzi, mającego przynieść bogactwo, ale o tym dowiedziałyśmy się zbyt późno. Można było też jeszcze wysłuchać wykładów z zakresu sztuki, historii i geografii prowadzonych przez Hildę Belgrano, niestety prowadzono je w języku niemieckim, którego nikt z nas nie znał. W dodatku pani mówiła tak sennym i monotonnym głosem, że działanie usypiające wykładu odstraszało nielicznych, którzy przyszli i zaraz wychodzili.

Tego dnia gazetka informowała o gali w Teatrze Platinum od 17,15 do 18-ej i o obowiązującym tam stroju galowym. Kapitan statku Giuseppe Maresca osobiście miał powitać zebranych, zaprezentować swoich starszych oficerów i szefów departamentów oraz dać możliwość sfotografowania się chętnym w jego towarzystwie. Od 19,30 można było też potańczyć z oficerami. Niestety, nasi panowie albo stroju takiego nie posiadali, albo kontestowali sam pomysł i odmówili udania się na wieczór z kapitanem, jak również na pierwszą i drugą uroczystą kolację. My obie z moją opiekunką nie zdecydowałyśmy się iść same i w ten sposób nasze wieczorowe stroje pozostały do końca rejsu nieużywane. A szkoda. Okazało się ostatniego dnia rejsu, iż przysługujący nam, zarezerwowany na cały rejs stolik, był stolikiem polskim i ominęło nas poznanie dwóch polskich par.

Moja opiekunka wieczorem poszła z resztą towarzystwa do baru, zajrzawszy przedtem na potańcówkę i stwierdziwszy, że nikt nie tańczy, ja zaś zadowoliłam się dwoma niebieskimi drinkami (o różnych smakach) przyniesionym do łóżka, zyskując na jakiś czas przydomek mitycznej „Old grand lady”, której nosi się drinki, ale której w istocie nie ma i która jest tylko pretekstem. Gdy pojawiłam się wreszcie w barze, zostałam zauważona i miło przywitana.

IMG_4268

Tej nocy wpłynęliśmy na Morze Północne i skręciliśmy w kierunku NNW. Słońce wzeszło o 5,17 a zaszło o 22,22. Widełki prognozowanej temperatury: 8-13 stopni C. Gazetka informowała, że przepłynęliśmy od Hamburga 571 mil morskich i że wybrzeże będzie lśniące i będzie widoczne po prawej stronie statku. Niestety, nasze kabiny były po lewej.

Budząc się kilkakrotnie w nocy, za oknem widziałam ciemną szarość, zamiast czerni, odsłaniałam jednak zasłonę, pracowicie zaciąganą przez obsługę podczas drugiego regulaminowego sprzątania. Bałam się przegapić białą noc.