Rzodkiewka z rzeżuchą

Przeczytałam na FB  taki wpis z terenu naszego osiedla. Ktoś na spacerze z pieskiem napotkał lisa, którego zachowanie wydawało mu się podejrzane, bowiem zaatakował on małego pieska i nie bał się interwencji człowieka. Spotkanie to nastąpiło na terenie parku przy klasztorze. Osoba ta napisała, że w pierwszym wolnym dniu zawiadomi sanepid. W trakcie dyskusji nastąpił idiotyczny spór o to, czy zachowanie lisa było podejrzane, czy nie, ponieważ niektórzy go spotykali wcześniej i uznawali że nie jest podejrzane, bowiem lis zachowywał się wobec osób z dużymi psami przyjaźniej. Biorąc pod uwagę fakt, że teren Warszawy jest ogłoszony jako zagrożony wścieklizną, autorka wpisu zupełnie słusznie ostrzegała sąsiadów. Oczywiście dyskusja była dość niemądra, ponieważ podejrzane zachowanie lisa jest spostrzeżeniem nieprecyzyjnym i trzeba specjalisty, żeby na ten temat mógł się autorytatywnie wypowiedzieć.

Jak zazwyczaj przy okazji różnych ostrzeżeń pojawiają się osoby, których celem i ambicją  nie jest sensowne wypowiedzenie się w określonej sprawie, a zarzucenie komuś czegoś, chociażby zupełnie od czapy. Jak myślicie, co zarzucono autorowi wpisu? To, że do parku klasztoru prowadzi swojego psa, aby tam się wysikał, co w domyśle jest straszliwym bluźnierstwem, sądząc z temperatury emocji krytykującego, którego oczywiście nie obchodzi problem roznoszenia wścieklizny przez lisy.

Tak naprawdę chodzi jednak  o to, aby pokazać, że jest się lepszym, ważniejszym, mądrzejszym niż wszyscy inni i z tego względu należy się nam specjalne uznanie. Robi się to w mocno pokrętny sposób i nie powinno nikogo dziwić, że osoba taka spotyka się z niechęcią, a często wręcz nienawiścią, chociaż nikt nie jest w stanie przeciwstawić się jej z równą wyższością. Potem zaś jest już tylko pyskówka, która wygasa za sprawą bardziej zniechęconych do ciągnięcia sprawy. 

Zastanawiam się, czy zawsze tak było; także przed epoką świata wirtualnego, tak gdzieś z 50 lat wstecz. Fora, na których upowszechniano agresywnie swoje poglądy wśród rzekomych znajomych były oczywiście ograniczone, ale podejście niektórych osób identyczne. Był tylko jeden warunek – osoby te musiały mieć jakąś władzę, były kierownikami w pracy, nauczycielami w szkole, księżmi w kościele.I były rzeczywistymi znajomymi z pewnym autorytetem.

Kiedy usiłuję znaleźć przykład, nasuwa mi się od razu przed oczy prawdziwie wiosenna opowieść o rzodkiewce z rzeżuchą.

Miałam kiedyś szefową, kierowniczkę działu księgowości w pewnej niedużej firmie, zwanej dawniej zakładem pracy. Była to kobieta około czterdziestoletnia, mężatka, bezdzietna, spełniająca się wyłącznie w pracy. Wszyscy pracownicy tego działu uważaliśmy, że naszej szefowej nawet w nocy śni się zestaw naszych niewłaściwych postępowań i zachowań oraz paleta represji do zastosowania. wobec nas. Praca, którą wykonywaliśmy, była niezbyt skomplikowana; dawniejsza księgowość to nudne, ręczne wypełnianie rubryczek w tzw. “Księdze głównej”, ciężkim tomiszczu zajmującym pół biurka,  za to stosunki międzyludzkie były dziwaczne i pokręcone, w czym największy udział  miała nasza szefowa.

Byłam wtedy młodą dziewczyną, a praca ta była moją pierwszą, Stąd mój odbiór panujących tam zwyczajów pełen zdziwienia i negacji, ale dziś chyba wszyscy tak samo na to patrzylibyśmy. Pierwszy z brzegu przykład: jako młoda dziewczyna w pierwszej pracy, bez żadnego dochodu i bez zasobów finansowych, czekająca na pierwszą wypłatę nie posiadałam wielu rzeczy, które szefowa uważała za niezbędne dla pracownika. Najważniejszą brakującą rzeczą była torebka. Nigdy wcześniej torebka nie była mi potrzebna, nie nosiłam niczego ze sobą, co nie zmieściłoby się w kieszeni. Więcej chodziłam, niż jeździłam tramwajem i wówczas miałam w kieszeni złotówkę lub dwie, nie więcej.

Tymczasem moja szefowa wybuchła oburzeniem na mój widok w jednym z pierwszych dni mojej pracy, ponieważ weszłam do pokoju z materiałową siatką, którą kiedyś nosiło się, gdy szło się „na miasto” po zakupy. Wygłosiła wówczas długie kazanie na temat tego, że pracownik umysłowy, którym wtedy byłam, już na pierwszy rzut oka musi odróżniać się od pracownika fizycznego, któremu całkowicie obojętne jest jak wygląda i w co się ubiera. Ja jako pomoc księgowej, młodszy referent, muszę trzymać wysoko sztandar mojego stanowiska, a dla jego wizerunku niedopuszczalne jest chodzenie z szmacianą siatką (dziś to modna ekologiczna torba), zamiast torebki. To był początek sekowania mnie, ponieważ jako osoba skrajnie biedna, bez dostępu do wody w domu (rury zamarzły) przychodziłam do pracy i zaczynałam dzień od wizyty w łazience, gdzie myłam twarz i ręce. A z czasem dbając o swój status, malowałam usta i pudrowałam zielone cienie pod oczy. Takie postępowanie zdaniem szefowej było niedopuszczalne – służbowa łazienka służyła wyłącznie do mycia rąk przed przerwą śniadaniową.

To wszystko jednak niewiele znaczyło w obliczu tortury rzodkiewki z rzeżuchą. 

Na początek pewne wyjaśnienia: człowiek tak jakoś ma, że musi koniecznie wmawiać innym potrawy dobroczynne i szkodliwe, chociaż oczywiście ich klasyfikacja do danej grupy zmienia się często  i nieprzewidywalnie. Za mojej młodości najbardziej szkodliwą potrawą były pomidory. Czego one w sobie nie miały! Nawet jakiś arszenik podobno. I było to w czasach, gdy wysypywano proszkiem przeciwko robakom obficie całe mieszkanie, a proszkiem tym było zakazany obecnie w tej roli azotox! Ale zmuszanie innych do jedynie zdrowego żywienia wg własnego widzimisię trzyma się doskonale, zwłaszcza w internecie, do dziś.

Kiedy przychodziła wiosna i w sklepach można było kupić pierwsze rzodkiewki, a ze względu na zbliżającą się Wielkanoc niektóre osoby hodowały rzeżuchę na podkładce z ligniny lub waty, nasza szefowa dostawała kręćka na punkcie zdrowego odżywiania. Przynosiła do pracy  rzodkiewki z własnej grządki oraz zawiniętą w mokrą szmatę (nie było jeszcze wówczas torebek foliowych) rzeżuchę i zapędzała pracowników do krojenia, siekania i sporządzania z tych produktów życiodajnej surówki. Nikogo nie powinno dziwić, że w atmosferze pouczania, jak jest to zdrowa potrawa i ile poświęca nasza szefowa, żeby ją dla nas przygotować, zamiast zgubnych dla zdrowia kanapek, nie daj Boże z wędliną, które sami przynosiliśmy sobie do  pracy, zwłaszcza, że  odstręczał nawet sam zapach rzeżuchy, mocno intensywny, A już przymus jedzenia tego paskudztwa w niektórych osobach wzbudzał odruch wymiotny. Wiele lat musiało upłynąć żebym zaczęła z chęcią zajadać rzodkiewkę. Do rzeżuchy nie przekonałam się do dziś.

Jej i nasz naczelny szef, główny księgowy, bardzo nieprzyjemny osobnik, obleśny grubas lubiący przytulać znienacka młode dziewczyny, za najzdrowszy uważał czosnek. On już miał się za tak ważną osobę, że nie tłumaczył swoich nawyków żywieniowych, po prostu żądał akceptacji. Bawiło jak go jednak bardzo, kiedy w poniedziałek rano musieliśmy wejść do jego gabinetu i nie paść trupem z powodu smrodu. Na szczęście koło środy już smród ulatniał się nieco w nigdy niewietrzonym pomieszczeniu, A w czwartki księgowy przystępował do  końskich zalotów. Wbrew pozorom był bardzo niebezpiecznym człowiekiem i kiedyś z trudem się przed nim obroniłam, używając w tym celu ciężkiego, metalowego dziurkacza. To uwolniło mnie od firmy, a także od obowiązkowego jedzenia sałatki z rzodkiewką i rzeżuchą.

Niestety, nieszczęsna osoba spacerująca ze swoim pieskiem w przyklasztornym parku, w wirtualnym świecie nie dysponuje podobnie skuteczną bronią, pozostaje jej jedynie cichcem wynieść się poza zasięg agresora. I mieć nadzieję, że jeszcze nie obowiązuje prawo ostatnio procedowane, wg którego być może, sikanie psa w parku koło klasztoru będzie bluźnierstwem.

Poprawianie szarfy i inne rytuały

Drażni mnie oglądanie jak oficjele składają wieńce przy rozmaitych okazjach. Oczywiście wieńców nie noszą sami, targa je za nich ktoś inny. Ważniak zaś podchodzi do wieńca i poprawia na nim wstążki. Czasami wstążki są już ładnie rozłożone przez niosącego (najczęściej żołnierza) więc ważniak psuje po prostu ich estetykę. Jest to jeden z tych przejawów życia społecznego, w którym widać wyraźnie fałsz i nadęcie. Chciałoby się zawołać: jeśli tak bardzo czcisz zmarłego, to czemu boisz się ciężaru wieńca, który i tak poniósł byś zaledwie kilka kroków!

Oficjalne uroczystości obfitują także w różne przemówienia. Tych po kilku minutach często ma się już dość, niezależnie od tego, co mówią przemawiający. Kiedy patrzę na takiego mówcę, który dysponuje zaledwie trzema rodzajami gestów, identycznymi dla każdej ręki, po kilku minutach machania można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z dzieckiem naśladującym dyrygenta orkiestry: rysując w powietrzu trójkąty prostokątne z najdłuższym bokiem skierowanym do góry lub trzywierzchołkową falę, podkreśla swoją pozycję, a nie umiejętności, bo dyrygentowi nie wystarczy machanie rękami, wszak nie o to chodzi w muzyce. Ale dziecko tego nie wie, a politykowi wmówiono, że takie gesty oznaczają ponoć szczerość (!) przekonań.

Człowiek o twarzy jak wyrzeźbionej z mydła lub oddanej z gumy zawiesza głos na długą minutę, aby słuchacze sądzili, że jego słowami kieruje namysł lub emocja rzekomo skrzętnie ukrywana mocą wrodzonej kultury stateczności przynależnej temu stanowisku. Fałsz aż bije z tej gumowej twarzy; ograne chwyty tylko go podkreślają. Kiedyś mawiało się: uśmiech nr. 5, dziś można to zmienić na: broda do góry, będziesz bardziej posągowy na raz dwa trzy. Takty oczywiście.

O kłamstwach polityków wszyscy wiedzą, przyjmują je więc jak naturę rzeczy – oficjele już tak muszą mieć, nie zwracajmy na to uwagi. Jednak nasz instynkt wierci wewnątrz nas jakąś małą dziurkę, którą nazwać można właśnie irytacją. Czy zwierzęta mogą kłamać? Nie mam pojęcia, chociaż jednak skrywanie się w gąszczu i cierpliwe wyczekiwanie na ofiarę lub na jej nieuwagę mogłoby zostać zaliczone do pewnej formy oszukiwania. Wówczas człowiek, jako zwierzę, genetycznie dysponowałby środkami zapobiegającymi lub utrudniającymi oszustwo potencjalnego agresora. Może więc nasza irytacja jest taką formą prymitywnej intuicji, ostrzegającej przed zasadzką i fałszem.

Moi rodzice zawsze mówili, że złe jest szydzenie z cudzego wyglądu i cudzego zachowania. Podzielałam ten pogląd przez wiele lat, dopóki nie nadeszły czasy, kiedy dysponując nadmiarem wolnych chwil i z powodu bólu oczu czytanie książek muszę od czasu do czasu zastąpić oglądaniem telewizji, a w tym i polityków. Mój telewizor zaś ma taką wadę, że żeby dostać się na „Netfliksa” albo w inne internetowe miejsce, muszę przynajmniej 5 minut pooglądać ustawioną stację z wiadomościami. Przestawić kanału się nie opłaca, pozostaje odczekać bez entuzjazmu, ale też i bez zbytecznej niechęci. Ot taki obrazek, jaki nasuwa się nam przed oczy, dopóki oczywiście nie zacznie uwierać i denerwować.

Napisał ktoś na Facebooku: „oddam buty do łaciny”. W pierwszej chwili nie zrozumiałam znaczenia słowa (chodziło o tańce latynoamerykańskie), chociaż wiem, że gdyby napisano: „oddam japonki” wiedziałabym, o co chodzi, to także buty, choć nie tak wyspecjalizowane. Tak jest i z gestami polityków i ich zachowaniem publicznym – od razu wiadomo z założenia, że kłamią, gdy posługują się wyuczonymi ruchami dość prymitywnym zasobem gestów tzw. (niesłusznie) mową ciała. Prawdziwa mowa ciała wszak odzwierciedla osobowość i indywidualność danego człowieka, a nie jakiś wydumany zasób ruchów, rzekomo o czymś świadczący, na ogół nie wzięty z naszego zasobu kulturowego tylko od tych zza oceanu. Prezydent Ukrainy w swoich codziennych wystąpieniach nie macha rękami, nie czyni trójkątów w powietrzu, chociaż jest zawodu aktorem i pewnie gestów podkreślających słowo zna o wiele więcej, niż przeciętny polityk. I jest bardziej nasz. Nie stosuje ich jednak raczej  dlatego, że właśnie wierzy w to, co mówi, jest szczery i nie owija w bawełnę. Ewentualna gestykulacja jest niedostrzegalna na pierwszy rzut oka, bowiem stanowi rzeczywistą mowę ciała człowieka ze zbliżonego kręgu kulturowego. To chyba także powoduje jego popularność na świecie.

Co do gestykulacji – mam także własne doświadczenia i spostrzeżenia. Ongiś, wieki temu, gdy rzuciłam palenie papierosów, miałam taki gest: podnosiłam w górę dłoń, ale w połowie ruchu, gdy orientowałam się, że nie mam w niej papierosa, dotykałam nasady nosa i pocierałam go, wytracając energię ruchu. Moja dyrektorka poinformowała mnie, że gest ten jest oznaką nieszczerości i powinnam nad nim zapanować jako że reprezentuję publicznie firmę uosabiającą pewność i zaufanie. To skłoniło mnie do zainteresowania się tym problemem i zaowocowało dostępem do stosownego amerykańskiego podręcznika (polskich materiałów ogólnodostępnych wówczas jeszcze nie było). Nabyłam dzięki niemu mnóstwo niepotrzebnej wiedzy, jako, że my, Polacy, inaczej odbieramy gesty, a przynajmniej odbieraliśmy wówczas, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Zaczęłam jednak od opisu składania wieńców. Noszenie ich przez kogoś innego, a składanie przez osobę ważną, ukoronowane poprawianiem wstęgi ,nie jest żadnym prawdziwym hołdem, a naśladownictwem, mającym ukazać w zunifikowanej formie wysoką pozycję składającego. Machanie rękami nie jest dyrygowaniem otoczeniem, a nędzną namiastką poczucia władzy.

Przeczytałam ostatnio takie zdanie: „…światło świeci w życiu jedynie przez bardzo krótki czas. Może tylko przez kilkanaście sekund, jeżeli ten czas minie I jeżeli człowiek nie zdąży znaleźć danego mu objawienia, nie będzie już miał powtórnej okazji. I być może przyjdzie mu spędzić resztę życia w głębokiej samotności i żalu, od których nie ma ucieczki…” (Haruki Murakami „Kronika ptaka nakręcacza).

Wierzyłam i wierzę, że każdy człowiek w swoim życiu doznaje czasem olśnienia, błysku zrozumienia; jednakże po chwili to poczucie rozmywa się, ginie bezpowrotnie. Tylko niesłychanie rzadko po takim błysku następuje rzeczywiste zrozumienie, choć i ono może po chwili ulec zapomnieniu. Wiadomo jednak znacznie dłużej, że chwila taka miała miejsce i że tylko nasza nieuważność nie pozwoliła rozwinąć się jej i pozostać na dłużej. Czasami nasz żal trwa tak długo, że fakt pozostaje niezapomniany, choć myśl dawno uleciała.

Czuję się właśnie tak, jakbym przez całe życie zbliżała się i oddalała od takiego światła, które w mgnieniu przynosi wiedzę, o tym, co jest ważne dla mnie. Czasami wydaje się, że ten błysk jest tuż, tuż, ale zanim nadejdzie i przeminie, nie odgadnę go, jakkolwiek bym się nie zbliżyła. Z obserwacji jednak wiem, że wywołują go najczęściej rzeczy drobne i ulotne, drażniące ale nigdy niezdefiniowane. Może jest to śmieszne, ale poprawianie wstęgi na wieńcach i czynienie obiema rękami trójkąta wydaje się zbliżać mnie do tego błysku zrozumienia. Tylko zbliżać, nic więcej. Tylko że czasu mam coraz mniej i może się okazać, że błysk zrozumienia był zwodniczy.

Wojna w nas

Tej nocy wróciłam na wojnę. Ostatni raz przebywałam na niej jako kilkuletnia dziewczynka i zapamiętałam przede wszystkim koszmar wybuchów i wizg pikujących samolotów, fruwające strzępy kraciastego czerwono-białego obrusa i białe pierze, które można pomylić z chmurą. Kiedy obudziłam się, zrozumiałam że wojna dzisiaj jest inna. Nie jest kolorowa, jest szaro-czarna, a szmaty są bezbarwne i poszarzałe.

Mimo że te obie wojny, ta z moich koszmarów i ta rzeczywista pozornie różnią się bardzo od siebie, w gruncie rzeczy są podobne. Helikoptery nie pikują, a posuwają się statecznie, nisko i spokojnie, powoli wypuszczając grzmot i ogień. Z góry nie sypie się pierze, a kamienie i żelastwo. Krew nie jest krwią, bo obraz telewizyjny w trosce o ludzką wrażliwość zamazuje jej barwę, zaciera kształt i osobowość zwłok. Pozwala dojrzeć jedynie szczegół: fioletowy klapek, zabawkę z urwaną głową, modny but, który poleciał daleko od zwłok, lakier na paznokciach ofiary, rozsypane ziemniaki z rozdartej reklamówki. 

Widzę i wiem, że najmniej szans mają zwykli ludzie, tym gorzej ma ten, im jest starszy i mniej sprawny albo nieogarnięty lub niefrasobliwy. I ten, kto nie wyjechał na czas – gdy wszystko dookoła było jeszcze spokojne i tylko oni wyczuwali, że coś wisi w powietrzu.

Dzieją się rzeczy wielkie

I straszne

Ale rzeczy małe

Też bywają straszne

Wolę małe

Ale nie one mnie wybierają

Zaliczam więc małe do delikatnych i łagodnych

Mimo że

Bo coś wielkiego musi zawsze się spierać z czymś małym

Małe słupki muszą ograniczać przestrzeń

Robią to lepiej niż duże pylony i wielkie wydarzenia

Zachowują więcej nas z nas.

Zatraciłam już zdolność przewidywania. W cichej nadziei, że moje życie dobiegnie w spokoju i męczącej jednostajności, jak w letarg zapadałam w marzenie o bezbolesności nieuchronnego końca. A tymczasem…

Słyszę dzisiaj w telewizji wypowiedź kogoś, że w Polsce mamy 2 miliony wolontariuszy i że siedemdziesiąt kilka procent spośród nich nie przestanie pomagać uchodźcom, dopóki będzie taka potrzeba. Co się stało więc z tymi młodymi ludźmi, którym zarzucano odklejenie się od rzeczywistości i życie w bańkach? Dlaczego wrócili na ziemski padół opuszczając wygodne gniazdka sztucznych przestrzeni?

Czyżby odkryli, że nie jesteśmy tym co jemy, a tym co robimy, naprawdę i namacalnie? A może dowiedzieli się, że robienie czegoś konkretnego na rzecz innych ludzi na swój sposób, nie ustalony i nakazany przez innych, daje poczucie bliskości i szczęścia, o które tak trudno w czasach, gdy szczęście uważa się za coś, co się każdemu należy bez względu na zasługi i wysiłki. Co najdziwniejsze, niektórzy przekonują się, że ponoszenie pewnych kosztów osobistych i psychicznych, wynikających ze starć różnych osobowości, kultur i przyzwyczajeń, samo z siebie przynosi satysfakcję z pokonania własnych ograniczeń. Ci którzy Goszczą uchodźców w swoich domach, odczuwając z tego powodu dyskomfort, czynią jednakże wysiłki, aby przemóc swoje negatywne wrażenia, czasem nawet niepotrzebnie i nadmiernie siebie ograniczając. Satysfakcja płynąca z własnych utrudnień na rzecz innych osób, które dotknął los jest czymś widać niezbędnym dla człowieka, choć o tej niezbędności zapomnieliśmy.

Z tego punktu widzenia nie tylko uchodźcy, ale i my odnosimy korzyści z naszych postaw i postępowania. Małe rzeczy zachowują więcej nas z nas.

Gość/Gościni Babci Ezoterycznej: Jadwigi Pizl Opowieść dziecka na zesłaniu

Przywykłam myśleć, że niewiele jest osób starszych ode mnie. Dlatego kiedy natrafię na taką osobę jestem bardzo ciekawa jej przeżyć, bezpośredniego doznania czasów, w których mnie jeszcze nie było na świecie. Do tej kategorii zaliczam Jadwigę Pizl i jej opowieść o zesłaniu. Trudno się czasem pogodzić z myślą, że gdy takich ludzi zabraknie, już nie będziemy mieli dostępu do autentycznych przeżyć i autentycznego obrazu świata w czasie ich dzieciństwa. Historia lubi zmyślać, naciągać, dopasowywać fakty do przekonań i tez, dlatego też doświadczenia osób i opowieści o nich z pierwszej ręki są tak niezwykle ważne i konieczne do zrozumienia. Dla własnej potrzeby notuję etapy tej opowieści:

(Kwiaty z drewna, przymusowa huśtawka, syberyjski odór, kura odrodzona po śmierci jako orzeł, szaman wypełniający koszulę ciałem, głodne święta i anielski worek motocyklisty, dziewczynki ze złotymi czajnikami na głowach, dzieci skazane na bezterminową pracę, jajko na twardo na własność, kuracja kwasem solnym.)

Opis jest prosty, rzeczowy, ale czytelnik odbiera go obrazami, może dlatego, że autorka jest malarką. Także z tego względu, warto go przeczytać.

„11.03. 2022. Przeraża mnie świadomość, że grozi nam powtórka z historii. Po zakończeniu Wojny Światowej i upadku Niemiec i wycofaniu się ich z Polski, zaznaliśmy niebiańskiego pokoju. Mogliśmy działać w kierunku realizacji naszych marzeń. Ukraina, zagłodzona w czasie wojny przez Stalina, w tej chwili jest nadal zagrożona, a i Polska też, biorąc pod uwagę poprzednie lata. W 1940 roku, jako 3 letnie dziecko, zostałam wraz z matką wywieziona pod koło podbiegunowe do ZSRR. Tam stały się koszmarne chwile Polaków. Wielu starych ludzi poumierało, wielu trafiło do obozów pracy, wiele dzieci do ruskich sierocińców, wielu również kilkunastolatków zostało skazanych na więzienia za przestępstwo kradzieży skórki chleba lub wyłuskanie ze stogów w polach nieco pszenicy lub prosa,, ponieważ ich najbliżsi umierali z głodu.  Żyjemy dziś w czasach, gdy naszym dzieciom należy się spokojne i radosne dzieciństwo, pamiętajmy zatem, że nie możemy dopuścić do tej koszmarnej powtórki z historii. Przecież nasze tragiczne doświadczenia powinny nas uczyć, by do tego nie dopuścić. Właśnie skończyłam pisać spory tekst o moich doświadczeniach w okresie  wywózki na Syberię,, piszę to po to, byśmy jako Polska byli czujni i nie pozwolili dać się zniewolić., byśmy pamiętali, że o przyszłości naszych dzieci nie wolno nam zapomnieć.

Jako dziecko i również jako kilkuletnia dziewczynka, przeżyłam na Syberii mnóstwo trudnych i smutnych chwil, my jako wolny dzisiej kraj nie  dopuśćmy do takich sytuacji.

19.03.2022. Myślę o moich sybirackich wspomnieniach: Ja, Jadwiga Ciećkiewicz urodziłam się w 1937 roku w Równem. Mieszkaliśmy wówczas w małym miasteczku Derażne, gdzie mieliśmy dom i spory majątek. Matka, z domu Popławska była nauczycielką i uczyła w szkole ukraińskie dzieci. Ojciec – Jan Ciećkiewicz był dyrektorem tej szkoły, zaś z wykształcenia był historykiem. W 1940 roku w marcu został aresztowany i wysłany przez Sowietów do obozu pracy w miejscowości Uchta, leżącej na północy Uralu. Pracował w kopalni węgla i przy wyrębie lasu. Tam, w1943 roku, z racji amnestiii został zwolniony, po czym dotarł tam, gdzie rekrutowano do Armii Andersa. Wraz z Armią odbył całą służbę w wojsku, pod Monte Casino również. W 1940 roku w kwietniu Sowieci wywieźli mnie i matkę do Kazachstanu, wówczas na północ Związku Radzieckiego. Miałam wtedy 3 lata. Pamiętam ogromny wagon towarowy i bardzo dużo kobiet i dzieci. Jechała wtedy z nami Marusia, Ukrainka z malutkim synkiem. Szalała z rozpaczy, chciała wyrzucić z pociągu swego synka. Zajęły się nią i dzieckiem dobre kobiety. Słyszałam po paru tygodniach, że umieszczono ją w zakładzie psychiatrycznym, zaś jej synka w sierocińcu. Ten pociąg wiózł nas około 2 miesięcy.

Może uda mi się zamieścić kolejne sybirackie wspomnienia.

Nas zesłańców umieszczono w barakach. Było straszliwie zimno i potworny głód. Polscy chłopcy, którzy tam zamieszkali z rodzicami, stracili władzę w nogach, poruszali się, siedząc na ziemi, to podobno był szkorbut. Ludzie umierali, pamiętam gdy jedna ze starszych kobiet umarła. Kwiaty w czasie pogrzebu były zrobione z drewna. Śmierć miała wtedy dla mnie zapach drewna i ma do dziś.. Moja matka odbywała wówczas pogrzebowe rytuały kościelne na tamtejszym cmentarzu. To była wielka potrzeba, by pożegnać swoich bliskich. Znając język rosyjski była mężem zaufania, czyli upoważnioną przez Polaków osobą do załatwiania spraw z Rosjanami. W takim baraku, w małej izdebce mieszkało nas 5 osób. Dwie matki i nas troje: Wisia 5 lat, ja 3 lata i jej braciszek Bronek 2 lata..

20.03.2022. Nasze matki, płacąc swoimi ubraniami przywiezionymi z Polski, wyniosły nas z zimnych baraków i zamieszkały z nami w kuchni domu pewnej Ukrainki, też zesłanej do Kazachstanu. Nazywała się Chrystodorowa. Miała córkę, dwie wnuczki, pasierba, parę kur i krowę. Krowa miała cielątko, a kury kurczęta już trochę podrośnięte.

W sowchozie Suworowskij mieszkało wówczas i ciężko pracowało bardzo wielu Polaków, również z Białegostoku. Nasze matki pracowały w polu , przy budowie pieców i przy budowie ziemianek z kiziaka. Kiziak to krowie łajno wymieszane ze zmieloną sucha trawą. Robiono z tego cegły, które były suszone na słońcu w stepie. W syberyjskiej chacie u Hrystodorowej nie było drewnianej podłogi, była tylko gliniana i przy każdym sprzątaniu smarowano ją świeżą gliną. Ale na Zielone Święta podłogę posypywano świeżym tatarakiem. Pachniało pięknie.

Nas dzieci wysłano wówczas do przedszkola. Nie było łatwo, nie znaliśmy rosyjskiego, ani tamtejszych zwyczajów. Po południu, przed powrotem do domu, sadzano nas na huśtawce. To była taka długa ławka, na której siadała pani wychowawczyni i wszystkie dzieci, To było straszne, umierałam ze strachu że spadnę, bo nie było czego się trzymać. W całym przedszkolu był straszny smród brudnych tłustych naczyń. Do dziś kojarzy mi się to ze słowem „kruszka” Czyli filiżanka. Po latach, gdy byłam w Leningradzie na wycieczce, w tamtejszych restauracjach też był ten syberyjski odór. Jako małej dziewczynce mówiła mi moja matka. Miałam wtedy 4 lata, byłam bardzo dorosła i rozumiałam o czym mówią ludzie starsi.

Sowieci wymyślili polityczne uzasadnienie naszej zsyłki na Syberię.

Oto kazali wszystkim Polakom podpisać podanie o sowiecki paszport, aby ratować się przed wojną i Niemcami. Byli tacy, którzy podpisali, zaś inteligenci, świadomi ruskiego podstępu, byli temu przeciwni i uświadamiali prostych ludzi, że uniemożliwi to ich powrót do Polski.

Takie działania zostały uznane przez Stalina jako wrogie dla ZSRR, zaś osoby odmawiające tych paszportów zostały skazane na obozy pracy, w tym również nasze matki.

Pewnego ranka obudziliśmy się w pustej, bez matek kuchni. Chrystodorowa była przerażona nadmiarem obowiązków wobec naszej trójki, chociaż było wiadomo, że wylądujemy w Dzietdomie, czyli w Domu Dziecka. Na szczęście pani Kurpiowska z Białegostoku zabrała Bronka i Wisię. Po mnie, po paru dniach przyszła Masza, moja najukochańsza kazachska przyjaciółka. Znałyśmy się od dawna, gdy płakałam nad śmiercią ulubionej kury. Masza nie miała nosa, ale się jej nie bałam. Powiedziała mi, abym nie płakała, bo kura po śmierci zamieszka na księżycu i urodzi się  jako orzeł. Nosiłam tę kurę po jej śmierci, ale okropnie oblazły mnie wszy z jej zwłok. Masza zabrała mnie do  kazachskiej rodziny, wykąpała mnie i wyprała wszystkie moje rzeczy. Zabrała też od Chrystodorowej wszystkie moje dokumenty.

Masza była szamanką, a jej mąż Aksan Bek był znanym na stepie czarownikiem. Mieli czworo dzieci, ja zostałam piątym, przez nich przysposobionym dzieckiem, adoptowanym, by sowieci nie wysłali mnie do sierocińca. 

Bekowi za wróżby sowieci płacili chlebem. Często do Aksan Beka przychodzili zaniepokojeni Rosjanie, by dowiedzieć się o losie swoich synów na wojnie. On zabierał mnie z sobą do jurty jako medium. Masza uderzała wtedy pałką o blaszany garnek, mój opiekun – szaman wpadał w trans, a ja widziałam: jak koszula przyniesiona wtedy przez matkę, nabiera kształtów, tak jakby się wypełniała czyimś ciałem. Kobieta słyszała od szamana, że syn wróci, ale o kulach, bo jest ranny.Bardzo lubiłam towarzyszyć we wróżbach mojemu przybranemu ojcu. On mi nie zabraniał, ponieważ podobno byłam jego medium. Ich córka, moja siostra Zinka też była czarownicą i wróżką. Stawała przed lustrem, śpiewała „kalinka, kalinka maja” i widziała przyszłość.. Moje życie z kazachską siostrą, matką i ojcem, było bezpieczne. Nikt nam nie dokuczał, zwłaszcza sowieci. Sowieckie kobiety często przynosiły mi kawałek chleba z masłem, ale i tak jadłyśmy z Zinką ziemię, bo zdychałyśmy z głodu, a czasem udawało się nam zjeść kawałek mydła

Dobrych i pięknych ludzi spotykałam często w tych trudnych i bardzo złych czasach. Miałam kiedyś takiego wspaniałego znajomego woziwodę. Miał na imię Wasia. Często zabierał mnie do furmanki, gdy wiózł wodę do odległych w stepie stajni. Śpiewaliśmy wtedy piękne ruskie piosenki na całe gardło. W moim życiu zdarzyła się ogromna tragedia. Jest zima, jem chleb z masłem, dostałam go od żony jednego ENKWudzisty. Wasia mnie prosi o ten chleb. Odmawiam, pożerając całą kromkę. Na drugi dzień dowiaduję się, że Wasia umarł z głodu i zamarzł na stepie. Do dziś to pamiętam i przeżywam i do dziś staram się nikomu nie odmawiać pomocy.

Moja kazachska siostra Zinka była jasnowidzącą czarownicą. Patrząc w lustro, zobaczyła kiedyś moją matkę, która, chora kobieta, zwolniona z łagru wracała do Siewierowska piechotą. Matka wróciła chora, Aksan Bek ją leczył i wyleczył. Wszy i świerzb pozostały.Po jakimś czasie dostałyśmy paczkę od Amerykańskiej Organizacji Żydowskiej. A było to tak: Te organizacje prosiły żydów tyeż zesłanych na Syberię o adresy innych nieznanych im żydów. Przyjaciółki mojej matki, podawały do Ameryki adresy wszystkich nieżydów Polaków, wychodząc z założenia, że pomoc należy się wszystkim. Po sprzedaniu zawartości paczki, stać nas było na wyjazd do Pawłodaru.

Mojej matce chodziło przede wszystkim o to, by nie dać się zamknąć na odległym stepie, lecz by przebywać w pobliżu kolei transkontynentalnej, by móc skorzystać z okazji powrotu do Polski Aksan Bek przekazał nam wszystkie uratowane przed ruskimi, dokumenty osobiste, obrączkę matki, zegarek ojca. Z tym wszystkim pojechałyśmy ciężarówką do Pawłodaru.

Pawłodar to piękne miasto położone nad rzeką Irtysz . Zamieszkałyśmy 5 kilometrów, niedaleko torów linii transkontynentalnej, w ziemiance z kiziaka. Jedno miała okienko tuż nad ziemią. Mieszkała z nami za piecem jedna ciężarna kazachska kobieta. W malutkiej izdebce były dwie prycze, na jednej spała pani z Białegostoku i jej dwie kilkunastoletnie córki, na drugiej ja z matką. W sieni przy wejściu do izby, mieszkała krowa. Często z nią spałam, bo była cieplutka, w jedyne okienko, tuż nad ziemią położone, drapały w nocy wilki. Miałam okropny świerzb. Pewien pielęgniarz, który pracował w szpitalu w Pawłodarze, powiedział mi abym przyszła do niego po płyn przeciw świerzbowi. Po południu, o wyznaczonej godzinie. Więc poszłam. Kazali mi czekać pod furtką. Widziałam tam, w ogrodzie szczęśliwe wesołe dzieci, które bawiły się rzodkiewką wyrwaną w ogrodzie. Patrzyłam z zazdrością. Nigdy nie miałam nic własnego, czułam się jak „Dziewczynka z zapałkami” z bajki Andersena. Płyn dziegciowy dostałam, matka mnie wykąpała, ale rany świerzbowe trzeba było smarować kwasem solnym.

jMoja matka pracowała jako księgowa w biurze transportowym, odległym od naszego miejsca na stepie 7 kilometrów, dostała od pracodawców kawałek ziemi na stepie do uprawy. Sadziła tam ziemniaki, próbowała także uzyskać plony arbuza i melona, ale niestety, poza ziemniakami to się nie udało. Do działki, od naszej ziemianki było około 5 kilometrów, ale kartofli było sporo, nawet udało się trochę ich sprzedać. Za te kartofle matka kupiła mi walonki na zimę, ale i tak nogi mi straszliwie marzły na mrozie, do cierpienia z zimna nie wypadało się przyznać, bo miały piękny rudy kolor.

Nasza polska Świetlica w Pawłodarze została podobno utworzona dla dzieci polskich z inicjatywy Wandy Wasilewskiej – komunistki i przyjaciółki Stalina. Wydawana była podobno gazeta, w której drukowano  Elementarz Falskiego i czytanki dla dzieci nieco starszych. Pracowały tam urocze panie nauczycielki . Miały po kilkanaście lat i były żydówkami. Panna Ryfka i panna Sala czytały nam Baśnie Andersena i Historię Polski. Kiedyś odwiedzili nas zimą żołnierze radzieccy i przynieśli prezenty od Mikołaja. Dostaliśmy po kawałku czekolady i nawet zaniosłam kostkę matce. W  naszej świetlicy jedzenie było bardziej niż ubogie, ale opowiadałam mamie o wspaniałym jedzeniu jakie nam dają. Kłamałam, bo nie chciałam jej sprawiać kłopotów. Gdy sprawa się wydała, dostałam ogromną „burę” za kłamstwa.. Kiedyś zdarzyła się nam w świetlicy wspaniała przygoda. Odwiedził nas pewien artysta, grał pięknie na skrzypcach, nazywał się Pan Wiśniowski. Pan Wiśniowski odwiedzał nas codziennie, uczył nas pięknych, patriotycznych piosenek, urządzał również wspaniałe uroczystości dotyczące rocznic powstań styczniowego i listopadowego. Znaliśmy i śpiewaliśmy te patriotyczne pieśni. Pan Wiśniowski przygotowywał nas do pięknego, rytmicznego tańca na stepie. Śpiewaliśmy „Wszystko co nasze Polsce oddamy”… Pan Wiśniowski przygotował nas również do audycji w Rozgłośni Radia w Pawłodarze. Deklamowaliśmy wiersze Mickiewicza. To była audycja dla Polaków. W tym samym dniu gdy odbyła się nasza audycja, mowę do zesłańców w ZSRR miał Władysław Sikorski.. Ogłosił amnestię i nabór do Armii Andersa. Transmitowana była w mieście, przez ogromny głośnik, na wysokim słupie.

W wielu uroczystościach patriotycznych uczestniczyliśmy my – wszystkie dzieci zesłańców, oraz córka Pana Wiśniowskiego, która odmroziła palce u stóp, a chciała zostać tancerką. Dowiedziałam się o tym, gdy byłyśmy razem w szpitalu dziecięcym. Ja z powodu zapalenia płuc, ona z powodu odmrożeń. W tym właśnie szpitalu przeżyłyśmy doniosłą chwilę. Weszła nasza pielęgniarka i powiedziała:” Dzieci, zapamiętajcie tę datę, jest 9 maja 1945 i wojna się skończyła!”

Niedługo po tym byliśmy na dworcu w Pawłodarze, by pożegnać wracającego do Polski Pana Wiśniowskiego z rodziną..

Gdy chodziłam do świetlicy w Pawłodarze, jedna znajoma mojej matki zwróciła się do niej z prośbą, aby pozwoliła mi zabierać po drodze do świetlicy jej synka z sobą. Robiłam to z radością, bardzo lubiłam dzieci. Chłopczyk nazywał się Mirończyk, bardzo miłe i grzeczne dziecko. Do naszej świetlicy chodził jak do przedszkola, bardzo płakał gdyśmy się rozstawali, ponieważ w drodze powrotnej zostawiałam go w domu. Zimą woziłam go na sankach i bardzo to lubiliśmy. Często siadaliśmy aby odpocząć i śpiewaliśmy ruskie piosenki. Mirończyk znał jedynie język rosyjski, jego mama prosiła abym rozmawiała z nim po polsku, mało to było możliwe, bo 3 letnie dziecko polskiego nie rozumiało.. Gdy rozeszła się wiadomość że wkrótce będziemy wracać do Polski, dostaliśmy materiały na sukienki dla dziewczynek i ubranka dla chłopców. Dla mnie sukienkę uszyła mama Mirończyka, oddałam ją Zince, zostawiłam jej też moje piękne lalki, które szyła mi moja matka. Te lalki miały piękne gliniane główki sprzedawane na bazarach.

Na Syberii nadal zimy były straszne, mrozy ponad 40 stopni i straszne śniegowe burze (tak  zwane buran). W tym czasie nie chodziło się do świetlicy, w tym czasie nigdzie się nie jadło. W taką porę, w Święto Bożego Narodzenia umierałam z głodu po prawie tygodniu niejedzenia. Osłabiona zasypiam, zaś moja matka przerażona wybiega w śnieżną burzę, aby nie widzieć głodowej śmierci własnego dziecka. Na drodze mija ją pędzący motocykl i z motocykla spada worek..Matka krzyczy i biegnie za nim, że zgubił worek. Podnosi go i biegnie za motocyklistą. Motocykl pędzi dalej, a w worku tzw.”poncziki”, czyli kazachskie pączki. Matka wraca z workiem: Jest co jeść!. Zjadłam te pączki ja i trzy panie, nasze współlokatorki, wystarczyło też dla Igi, kazachskiej kobiety w ciąży. Wszyscy byliśmy świadomi tego, że ten motocyklista to anioł, który nam przyniósł jedzenie z nieba. Bo któż jeździ na motocyklu w śnieżną zamieć? Jedynie Boski Posłaniec.

21.03.2022. Ruscy zachowywali się niezwykle podle wobec mieszkańców wielu republik południowych. Na terenie przedmieść Pawłodaru, to znaczy na dalekim stepie spotykaliśmy wielu zesłanych do Kazachstanu, to znaczy Inguszów, Czeczeńców, Gruzinów, no i Kazachów oczywiście.. Jest wczesnowiosenny dzień. Pada Śnieg, słońce świeci, wiele lekki wietrzyk. Widzę taką scenę: drogą, którą się chodzi do studni po wodę idą kobiety i dziewczynki, ubrane w kolorowe, powiewne szaty. Wszystkie niosą na głowach mosiężne błyszczące dzbany na wodę, a na końcu małe dziewczynki, też tak pięknie ubrane, a na głowach niosą złote czajniki. Tak właśnie, jak z baśni wyglądała grupa Czeczenek i Inguszek. Czeczeni i Ingusze wywiezieni na sybir próbowali jakoś przetrwać. Jedli chleb z mąki kukurydzianej, przez nich upieczony. Wywieziono ich z krowami i owcami, paśli swoje trzody na stepie. Żyli w absolutnej izolacji, o nie znali rosyjskiego.

Step, na którym stały ziemianki, po zimie zakwitał fioletowymi irysami, później wyrastała bujna trawa, a wśród niej sasanki. Na stepie żyły ptaki, myszy i zające, było też sporo węży. Kiedyś użarła mnie żmija, ale kazachski mój ojciec – czarownik, wypalił mi to miejsce rozpalonym gwoździem i zaczarował mnie tak, że na cały dzień straciłam przytomność, a potem już byłam zdrowa.

Latem, w czasie upałów zapalał się step. W pole wyruszały traktory, by w koło naszej osady orać ziemię i chronić nas przed pożarem. Ochroniono wówczas ludzkie osady, zwierząt nie. Wilki chowały się po stodołach, myszy po chałupach, a węże były wszędzie. Było dobrze, Życie zostało uratowane. Wszystkie ptaki uciekły do centrum Pawłodaru, zamieszkały w parku. Park był bardzo duży, chadzaliśmy tam na spacery. Nasza szkolna Świetlica była blisko parku.

Step, na którym stały nasze ziemianki, po zimie zakwitał fioletowymi irysami, później wyrastała bujna trawa, a wśród niej sasanki. Na stepie żyły ptaki, myszy, węże i zające. Kiedyś użarła mnie żmija, ale mój kazachski szaman wypalił mi to miejsce rozpalonym gwoździem i zaczarował mnie tak, że na cały dzień straciłam przytomność, a potem już byłam zdrowa. Latem, w czasie upałów zapalał się step. W pole wyruszały traktory, by w koło naszej osady orać ziemię i chronić nas przed pożarem. Ochroniono ludzkie osady, zwierząt nie. Wilki chowały się po stodołach, myszy po chałupach, a węże były wszędzie. Było dobrze. Życie zostało uratowane. Wszystkie ptaki uciekły do centrum Pawłodaru, zamieszkały w dużym parku, park był bardzo duży, chadzaliśmy tam na spacery, nasza szkolna świetlica była blisko parku.

22.03.2022. Moja matka, która w sowieckim łagrze odbyła 3 lata ciężkiej pracy, opowiadała jak to skierowano ją do produkcji skrzynek na naboje, którą wykonywały dzieci skazane za „przestępstwa”. To były dzieci skazane przez sowiecki sąd za kradzież skórki chleba, wyłuskanie pszenicy ze stogu w polu. To były dzieci rosyjskie, gruzińskie, inguskie, ukraińskie i polskie. Za te tzw. „przestępstwa” skazywane były bezterminowo, co groziło im wieloletnimi wyrokami. Ci więźniowie miewali nawet czasem po 12 i 13 lat.

W 1947 roku rozległa się wspaniała wiadomość, że wracamy do Polski. Nasze matki dostały po parę metrów materiału, by uszyć nam przyzwoite ubrania na powrót do Polski. Dla mnie piękna sukienkę uszyła mama Mirończyka, która była krawcową. Wszystkie swoje piękne lalki , z glinianymi główkami, szyte przez moją mamę, podarowałam moim kazachskim siostrom i ruskim koleżankom. Moja śliczna nowa sukienka dostała się Zince mojej  kazachskiej siostrze, .Przez wszystkie te radosne dni opowiadały na matki o pięknej Polsce, raju do którego będziemy wracać. W kwietniu już wyznaczono nam miejsce w ogromnym towarowym pociągu. Wagony takie same były, jak te które pamiętam gdy w 1940 roku wieziono nas do Rosji, .Ten pociąg wiózł nas parę miesięcy. Na stacjach wchodzili Rosjanie i wnosili „kipiatok”, czyli wrząca wodę. Trochę chleba też. Mogliśmy również wysiadać z pociągu by się załatwić. Ten pociąg stał na stacjach dosyć długo. Gdy przyjechaliśmy do polskiego miasta, przywitały nas bardzo miłe zakonnice. Wówczas dostałam chleb z masłem i  na własność jajko na twardo. Dostaliśmy też proszek DDT, by wytruć nasze wszy. Na Syberii panowała wśród nas okropna wszawica. Moja matka walczyła z tym wiele lat i nie zawsze bez żadnych niepowodzeń, dlatego DDT było dla nas wspaniałym wybawieniem.

To tyle. W chwilach przekroczenia polskiej granicy, rozpoczęły się dla  mnie wspaniałe i szczęśliwe dni w Krakowie.

Po powrocie do Polski, już w szkole, miałam ogromny problem, na przedramionach, dłoniach rąk i udach, miałam bardzo głębokie blizny po świerzbie. Na Syberii cały czas miałam świerzb i aby go wyleczyć smarowałam kwasem solnym. To było okropnie bolesne, ale podobno taka na to była rada. Zostały więc głębokie blizny. Zniknęły dopiero za 3 lata. Tak też mnie pocieszała matka. „ciało się zmienia i blizny znikają”. Przez te lata wstydziłam się tych blizn, bo do pobytu na Syberii się  nie przyznawałam. W tamtym systemie politycznym, tacy jak ja i moja matka, byliśmy bardzo nieprzychylnie widziani. Moja matka dość często była przesłuchiwana przez UB i traciła w związku z tym swoją pracę. Bywało, że przesłuchiwano ją przez prawie 3 dni. Ja z kolei nie cieszyłam się sympatią mojej ówczesnej wychowawczyni w Liceum, nie bardzo dopuszczano mnie do głosu publicznego, ponieważ mogłam coś  „antyradzieckiego” palnąć.

Stalin w 1940 roku wywoził Polaków w pola syberyjskich stepów, ponieważ potrzebne mu były nasze ręce do pracy. Wszystkie kobiety polskie pracowały w ich sowchozach, ponieważ rosyjskie kobiety wcielono do Armii Czerwonej. Nasze matki pracowały w polu, budowały ziemianki, pracowały w ruskich biurach. Przydatne były do wszystkiego, mimo okropnego głodu. Za spóźnienie do pracy kobiety były wzywane przez NKWD i straszone za sabotaż, a w związku z tym więzieniem. Kobiety w łagrach, pracowały jak niewolnice, po kilkanaście godzin dziennie, do tego były potrzebne ręce do pracy i dlatego, bez cienia stosowania się do prawa, więziono dzieci za drobne, nędzą spowodowane wykroczenia, typu wyłuskanie ze stogu garści pszenicy lub prosa, kradzież skórki chleba, lub deski z ubikacji, koniecznej do zapalenia w piecu by nie zamarzli rodzice. Takie deski z szaletu kradła też czasem moja matka, ale złapać się nie dawała. Moja matka chodziła 5 kilometrów do pracy, za spóźnienie bywała wzywana na NKWD. Przychodziła tam ze mną, bym w razie czego wiedziała co się wydarzy. Nie miała zegarka, by zdążyć do Pawłodaru do pracy, Ale gwiazdy to też niezły zegar, na ósmą by zdążyć trzeba było wychodzić o 5 rano. Na szczęście wilki już po stepie nie szalały .

Gdy miałam 8 lat, zdarzyło mi się kilka razy, że w duży mróz i silny wiatr, prawie zasypiałam po drodze do świetlicy. Wiedziałam że trzeba dawać sobie radę, by nie zamarznąć.. Dorośli Kazachowie często pomagali nam dzieciom.

23.03.2022. Latem, gdy dojrzewały arbuzy, ogromne pola sowchozu były pilnowane. Przychodziliśmy (my, kazachskie i polskie dzieci) przeważnie bardzo wcześnie rano, kradliśmy te arbuzy, a w ziemiankach je żarliśmy. Parę razy nas złapali i odbywaliśmy karę za nasze wykroczenia, to znaczy skazywali nas na pielenie piołunu. Musieliśmy to wykonywać przez bardzo długi czas. Czuliśmy się zatruci tą piołunową goryczą. Ta opowieść moja wyjaśni może moim przyjaciołom, dla czego nie jadam arbuzów. Zawsze kojarzą mi się z okresem letniego głodu i okropnym bólem brzucha.

Moja matka pracowała latem przy pasieniu sowchozowych krów na stepie oczywiście. Czasem zdarzało się jej zasnąć na upalnym słońcu. 

Gdy się zbudziła, widziała te krowy na odległym horyzoncie. No tak, ziemia jest kulista, horyzont jest jak ogromny wielokilometrowy krąg Matka pędziła kilkanaście czasem kilometrów, by ubłagać odnalezione krowy i przygnać je do sowchozu. Z krowami zawsze można się było dogadać, chyba że przeszkadzał w tym byk.

Ostatnia misja

Wśród mnóstwa scen z wojny w Ukrainie pokazywanych w telewizji, jedna utkwiła mi w pamięci i do dzisiaj nie może z niej wyjść. Jest to scena z ewakuacji jakiegoś miasteczka, gdzie wątłą kładką pod zwalonym mostem przesuwają się kobiety z dziećmi i staruszki eskortowane przez inne kobiety i przez żołnierzy ochrony terytorialnej. W tym tłumie brnie staruszka podtrzymywana z jednej strony przez córkę albo synową, a z drugiej przez młodego żołnierza. Staruszka zwisa między nimi skupiona i zastygła; trudno zgadnąć na ile orientuje się w sytuacji.

W populacji ludzkiej często występują osoby, które na trudne wyzwania reagują sztucznym optymizmem. Ich metoda na przetrwanie polega na udawaniu, że nie ma tego złego, co by się na dobre nie obróciło i że zawsze i wszędzie i wszystko ma dobre i złe strony, ale dobrych jest więcej i na nie należy liczyć. Do tego typu ludzi należy zapewne synowa albo córka owej kobiety. Ignorując wszystko, co ją dookoła otacza, woła do matki lub teściowej:

– I niech mama powie, czy można było się spodziewać takiej odmiany? Od roku  mama nie wstawała z łóżka, a tu patrzcie: mama chodzi! Może niedługo będzie biegać!

Wydawać by się mogło, że owa córka lub synowa odkryła eliksir młodości, dzięki któremu ta stara kobieta odzyskała młodość i sprawność młodej dziewczyny. Nie ma w tym, niestety, ziarna prawdy. Człowiek w strachu dokonuje mnóstwa czynów, których nigdy więcej w życiu nie powtórzy. Jeśli jest świadomy swojej sytuacji, szybko zrozumie, że jest to końcówka jego życia, ostatnie osiągnięcie, niekoniecznie służące jemu, częściej otoczeniu, po którym to osiągnięciu  nie zostaje już nic więcej do zrobienia, tylko oczekiwanie na ostateczność.

Ludzie często są zdziwieni takim sceptycznym przyjmowaniem nagłej odmiany swojej kondycji. Nie mogą zrozumieć, że czasem następuje po tym żal, że to jeszcze nie koniec i że jeszcze czeka cię mnóstwo cierpienia, zanim odejdzie się w Niebyt.

Moje życie zaczęło się w czasie wojny, w bombardowanej piwnicy w Śródmieściu Warszawy. Kończy się na łóżku w moim wygodnym, urządzonym pod moje potrzeby pokoju, przed wielkim ekranem telewizora, z którego obraz mogę oglądać nawet bez okularów i widzę codziennie takie bombardowane piwnice, z takimi dziećmi, jakie ja wtedy zapewne widziałam, choć nie zapamiętałam ich, a raczej zapamiętałam w opowieściach mojej mamy i lękowych odruchach mojego starczego ciała. Nie powinnam oglądać takich rzeczy w telewizji, a raczej ograniczyć się do tureckich seriali, których mądrość polega na tym, że potrafią wycisnąć z oczu łzy nawet wówczas, kiedy łzy takie nie pojawią się na widok opisanej staruszki.

Kiedy ostatnio z rozbitą głową  podnoszona byłam  z podłogi przez ratowników wyrwała mi się z ust skarga, że to wielka szkoda, iż tylko straciłam przytomność, a nie umarłam. Ratownik zaprotestował oczywiście, ale ja mówiłam całkiem serio – pomyślałam, że czeka mnie jeszcze inne cierpienie, zanim ostatecznie przestanę się tym martwić.

Wmawiam więc sobie, że mam jeszcze jedno zadanie do wykonania: doczekać wydania mojej ostatniej już książki. Siadam więc, a właściwie kładę się w odpowiedniej pozycji przystosowanej do obsługi tabletu, podpieram szyję i patykiem udającym palec, piszę:

„Uwagi do składu “Tańca kury”

  1. Wczoraj wieczorem przeglądałam się trochę przesłanemu składowi. Moje zastrzeżenia budzi przede wszystkim strona tytułowa. Litery są szeroko rozstawione i dlatego wydaje mi się, że powinny być wyższe, ponieważ gubi się ich sens. Tytuł staje się nieczytelny.
  1. Bardziej skomplikowana sprawa to spis treści. Moim zdaniem nie może on tak zostać, ponieważ zaciemnia konstrukcję powieści, polegającą na wyodrębnieniu w pierwszych literach imion bohaterek kolejności alfabetu: A…B…C…itd. Dlatego też tytuły części nie powinny  być wypośrodkowane, wręcz przeciwnie tradycyjnie usytuowane po prawej stronie i dobrze by było, żeby pierwsze litery imion zostały jakoś wyróżnione. W ten sposób pionowo widać byłoby litery alfabetu. Jest jeszcze jedno przeciwwskazanie wyśrodkowania spisu treści: na dole numer bieżącej strony zlewa się ze spisem.”

Zatrzymuję się. Takie drobiazgi moją misją życiową? Zabawne!

Wracam myślami do wypadku, który odmienił moje życie w 1996 r. wówczas miałam przekonanie, że moje ocalenie zawdzięczam jakiemuś wielkiemu zadaniu, do którego wykonania jestem powołana i którego do dziś nie odnalazłam. Ale wówczas miałam jeszcze wiele lat przed sobą i wbrew ówczesnemu przekonaniu wiele możliwości. Dziś już ich nie mam i pewnie dlatego poczucie ostatniej misji jest tylko zabawnym chichotem historii. Trochę poprawek, obejrzeć ostatnią wersję okładki i chyba już wszystko. Ostatnia misja, to tytuł na wyrost. Pozycja na liście zadań do wykonania – i tylko tyle. Chociaż przypominam sobie pewne opowiadanie z lat szkolnych o Koperniku, któremu na łożu śmierci wręczono wydanie wielkiego dzieła „O obrotach ciał niebieskich” i ten obraz jakoś we mnie tkwi, mimo że sama z niego się śmieję. I daleko mi do wstrzymania Słońca i ruszenia Ziemi.

Odgłosy i dźwięki dzieciństwa – bomby, samoloty i jagody

Poprzednie dwa odcinki opisywały zasób dziecięcych smaków i zapachów sprzed blisko 80 lat. Przyszła teraz kolej na dźwięki. Na początek muszę dodać, że gdy wojna się skończyła – mam na myśli drugą wojnę światową oraz Powstanie Warszawskie – miałam dwa i pół roku. W tym wieku dziecko niewiele pamięta, ja jednak zapamiętałam kilka rzeczy, które utkwiły mi w głowie i tkwią tam do dziś.

Pierwszą z nich był odgłos wybuchów spadających bomb i strzałów. Zachodzi tu dziwne zjawisko – moje ciało pamięta więcej, niż mój mózg. Często czyta się o psach, którym szkodzą fajerwerki noworoczne. Za mojego dzieciństwa na Nowy Rok nie strzelano, za to wystrzały były często słyszane w czasie Wielkanocy, jako oznaka tego, że Chrystus zmartwychwstał, oczywiście jako oznaka radości. Ja jednak reagowałam zawsze na nie podobnie, jak psy na Sylwestra: z drżeniem, poceniem się, całkowitym rozchwianiem uczuciowym, niemożliwością skupienia się na czymkolwiek. Mimo że wkroczyłam w osiemdziesiąty rok życia, te trudne doznania wcale nie zmalały ani nie znikły. Jestem jak te psy, które chowają się w najciemniejszy kąt ze strachu. Ja wprawdzie strachu nie odczuwam, ale moje ciało reaguje tak, jakbym go odczuwała. Zastanowienia wymaga źródło wszechogarniającego strachu dziecka przed bombami, a właściwie przed samymi odgłosami. Mając dwa i pół roku życia, raczej nie ogarnia się rozumem sytuacji;  strach więc bierze się najprawdopodobniej z przesiąknięcia lękiem otoczenia, w tym wypadku matki i ludzi, którzy znajdowali się w jej pobliżu. Dzieci i zwierzęta wyczuwają nastroje ludzi o wiele silniej i precyzyjniej, niż dorośli i prawdopodobnie z tych odczuć czerpią swoją wiedzę o świecie. Dlatego też odgłos spadających bomb tkwi we mnie poza rozumem i doświadczeniem, a właśnie w tkankach nerwów mojego ciała.

Zupełnie dziwne jest zapamiętanie innego odgłosu z tamtego czasu. Kiedy po Powstaniu Warszawskim zamieszkałyśmy na Bielanach, w niewielkim domku, nieco tylko zrujnowanym; w ciągu dnia dookoła panował spokój. Jedynie czasem, wieczorami lub nocą załatwiano jakieś porachunki i słychać było odgłosy strzałów. W ciągu dnia jednak dobiegały zewsząd spokojne dźwięki sennego lata. Zakłócały je jedynie głosy kobiet nawołujących: jagoooody… jagoooody… Kobiety sprzedawały także mleko, które nosiły na plecach, w bańkach owiniętych w wielką płachtę. W tę samą płachtę owijano kosze z jagodami, a czasem i dziecko. Moja mama nigdy nie kupiła nam takich jagód, a mleko kupowała w sklepie. Może z powodów finansowych, a może uważała, że nie są to owoce niezbędne dla życia, skoro mieszkałyśmy w ogródku, gdzie rosły czereśnie, wiśnie szklanki, gruszki lipcówki i jabłka wczesne i późne. Były też maliny, porzeczki i agrest.  W kącie ogrodu, pod wielkim drzewem ze zwisającymi gałęziami rosły dorodne pieczarki. Jagody były więc zbędne. Jednak wołanie kobiet jagoooody… jagooody… jakoś weszły do kanonu dźwięków mojego dzieciństwa.

Ziemską atmosferę ciepłej, wilgotnej gleby i zawołań kobiecych przerywały niejednokrotnie odgłosy samolotów. Słyszane były wówczas bardzo często. Moje ciało reagowało na nie podobnie, jak na dźwięk wybuchów, i do dzisiaj to mi zostało; kiedy czasem nocą słyszę samoloty przelatujące nad moim osiedlem, gdy w wypadku jakichś zawirowań z wiatrem, zmienia się korytarz podejścia do lądowania i startu. Nie boję się oczywiście, ale moje jest ciało reaguje podobnie, jakbym się bała. I znowu wydaje mi się, że to odczucie początek swój miało w rezonansie z odczuciami innych ludzi w moim otoczeniu, a nie z rozumieniem świata. Szczególnie reakcja ta wiąże się z odgłosem samolotów w nocy; podczas dnia nie budzą one tak specjalnych wrażeń.

To najwcześniejsze dzieciństwo. Potem poszłam do szkoły w wieku pięciu lat i kilku miesięcy. Dźwięki, jakie pamiętam z tamtych lat, to hałas szkolnego korytarza, klaksony samochodów na głównej ówczesnej ulicy Bielan, Marymonckiej, oraz zgrzyt kół tramwajów o szyny na pętli, wówczas znajdującej się przy AWF, zwaną wówczas jeszcze CIF – ogrodzonym terenie uczelni, kawałkiem parku i pewną ilością mieszkań osób tam pracujących. Przeraźliwy zgrzyt tramwajów na zakręcie szczególnie słyszalny był w spokojne wieczory, dając niepokojący sygnał czegoś złego, co może się wydarzyć. Co do klaksonów, to w tamtych czasach nie było żadnych ograniczeń w ich używaniu, a nawet wręcz wydaje się, że używano ich z chęci pokazania innym, że jedzie się samochodem; bowiem samochód był najczęściej służbowy. Głośne klaksony wydawały się mnożyć liczbę samochodów. Wiele lat później, na wycieczce Samarkandzie doznałam tego rodzaju deja vu, ponieważ tam też nie ograniczano możliwości sygnałów dźwiękowych, a wręcz ich nadużywano. 

Czysto szkolnymi odgłosami, poza hałasem dzieci na korytarzu, były odgłosy w czasie lekcji – uderzeń linijką o stół i uderzeń linijką  o łapy niegrzecznych dzieci. Nastrój, jaki powodowały te odgłosy, każdy może sobie wyobrazić. Ja dodam jeszcze, że jako dziecko byłam bardzo wrażliwa na odczucia innych i na przejawy ich zniecierpliwienia. Pani, zanim zaczęła stukać linijką w stół, często kiwała i postukiwała  stopą o podłogę. To z tamtych czasów pochodzi niepokój, kiedy widzę kogoś np. w środku komunikacji miejskiej, stukającego niecierpliwie stopą – wszelkie tego rodzaju objawy budzą we mnie niepokój. Dla dziecka, jakim wtedy byłam, niecierpliwość pani nauczycielki mogła skończyć się odgłosem uderzeń linijki o rękę i bólem oczywiście. Szczególnie źle wspominam z tamtych czasów panią katechetkę. Miała ona nawet takie powiedzenie: „Rózeczką Duch Święty bić dzieci radzi, rózeczka zdrowiu nie zawadzi”.

No i największy, najważniejszy dźwięk: głosy dorosłych: Krzyki dorosłych na dzieci i szepty dorosłych w sprawach ukrywanych przed dziećmi. Ale to już materiał na odrębny odcinek.

Niespodziewanie na te moje wspomnienia nałożyły się na wiadomości o wojnie w Ukrainie. Dzieci z Kijowa i z innych miast, gdzie trafiają w ich domy pociski, za 80 lat mogą nadal odczuwać w swoim ciele wojnę. Mój wnuk uśmiechał się z politowaniem, kiedy niedawno mówiłam mu, że ja czuję w swoich  kościach zbliżającą się w wojnę. Do tego znajomość historii podpowiada mi możliwe scenariusze. Na banał, że „historia kołem się toczy” mój wnuk odpowiada mi, że „nic nie powtarza się dwa razy” i że „dzisiejsze czasy są zupełnie inne”, nie dopowiadając oczywiście ,na czym ta inność polega i co sądzi o umyśle babci, błąkającym się po wojennych manowcach.

Banał ściera się z banałem, a my odkrywamy, że mimo iż „wszystko już było” i „że nic dwa razy się nie powtarza” i że „dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki” i kupy innych, stosownych banałów, każde twierdzenie może być jednocześnie prawdziwe i nieprawdziwe.

Czytam w gazecie: eksperci mówią, że Polska nie jest bezpieczna. Ja też to czuję.

Utonąć w niepamięci

Utonąć w niepamięci

Zanim utonę, zadam sobie najpierw ważne pytania; potem przywołam przypomnienia:

Czy niepamięć jest bardziej wodna czy powietrzna? A może ognista, niszcząca wszystko w bezkształtnym bezładzie? Czy jest świadoma? Czy może być niezależną od pragnień i chęci? Czy jest dobrem czy uciążliwością? Czy pragniemy mimo wszystko swoją niepamięć upamiętnić? Może klepsydry są tego dowodem? Zaproszono mnie do polubienia strony o klepsydrach i nekrologach. Złośliwe czy zabawne? Ale polubiłam, sama nie wiem czemu.

Kilka dni temu trafiłam z powrotem do PRL-u, ale PRL-u gorszego niż wówczas był, gdy był. Zdarzyło się tak, że nagły zawrót głowy pomieszał mi sufit z podłogą i mimo iż siedziałam na wózku inwalidzkim, nie zdążyłam się schwycić jego poręczy i przytrzymać, tylko zanurkowałam w dół, ocknąwszy się na zakrwawionej od wielkiego guza na czole podłodze, z wózkiem na plecach. Przez ponad godzinę nie udało mi się podnieść, ale szczęśliwie telefon upadł wraz ze mną i odnalazłam kogoś, kto miał klucze od mojego mieszkania i mógł przyjechać wezwawszy przedtem pogotowie.

Od razu muszę zaznaczyć, że wszyscy: ratownicy lekarze i personel szpitalny, z którym miałam do czynienia, byli na najwyższym poziomie zawodowym, a ponadto życzliwi i mimo iż zabiegani, pomocni we wszystkim, w czym, mogli. Cała reszta wyglądała gorzej niż za PRl-u. Począwszy od karetki, zimnej bo nieogrzewanej, (a mnie z nóg spadły kapcie i przemokły cieniutkie spodnie i sweter, które wyciągnięto na chybił trafił z szafy),  poprzez brak zdawałoby się tak prostej i potrzebnej rzeczy, jak pampersy czy jakiś koc. Karetka stała długo w kolejce, więc przemarzłam na kość.

Ratownicy byli tacy mili, że zanim odjechali, jeszcze zawieźli mnie do łazienki i wyszperali skądś pampersa oraz pożyczyli jakiś koc. Otrzymałam bardzo dobrą jakościowo maseczkę i oczywiście pobrano mi wymaz do testu na koronawirusa. Na poczekalni przeleżałam kilka godzin i to był już postęp w stosunku do mojego męża, który przed śmiercią, w tym samym wiodącym warszawskim szpitalu przesiedział na krzesełku, a gdy z niego spadł, przeleżał na na jakimś wózku, w sumie ponad 24 godzin, w epoce jeszcze przed koronawirusem. Z tamtego pobytu utkwiła mi w pamięci młoda dziewczyna okropnie przez kogoś pobita, ze złamaną ręką i zakrwawioną twarzą, w zabłoconej białej bluzce, czekająca na lekarza i badanie przez kilka godzin. Ja zostałam przebadana i odwieziona do domu karetką tylko po 8 godzinach. I jeszcze na początku, w karetce, zdezynfekowano i przemyto mi czoło i twarz.

Poznaję w ciągu tych paru godzin  inne aspekty swojej cielesności. Jest to odkrywanie nowych lądów, niebezpiecznych, o niespodziewanych zagrożeniach, dziwnych lecz frapujących. Najpierw boli mnie każda kosteczka mojego ciała, potem tylko niektóre, według dziwacznego, nieznanego mi wzoru, ponieważ moje posłanie w domu zapamiętało kilka bezbolesnych pozycji, Tu zaś wszystkie są nowe i nieznane, a wąskie nosze bardzo utrudniają, a czasem wręcz uniemożliwiają zmianę pozycji na pożądaną. Z domu zabrałam butelkę z jakimś piciem, jednak nie byłabym w stanie jej odkręcić; zresztą znajduje się głęboko w torbie położonej w moich nogach, a tam nie sięgnę bez zmiany pozycji, której nie dokonam, bo nie dysponuję alpinistyczną linką do podciągania się, jaką mam w domu. Już od dawna nie jestem w stanie dotknąć palców swoich stóp, muszę w tym celu korzystać z pomocy pedicurzystki. Także butelki z sokiem ktoś  musi mi wcześniej odkręcić. Na szczęście mam na szyi zawieszoną torebkę z telefonem i dokumentami. Na przyszłość muszę zapamiętać, żeby mieć pod ręką butelkę z wodą nalaną z baniaka albo wcześniej odkręconą. Jeszcze inne rzeczy muszę zapamiętać: co zrobić na przyszłość: co zapakować, w jaką torbę, jakiej szerokości, aby nie wypadała przez pręty  bocznych ograniczników noszy. Wraz ze mną na ciemnej brudnej sali leży osiem osób z udarem, dwie z czymś innym + nieznana mi bliżej liczba nieszczęśników na krzesłach. Tę statystykę znam z meldunków do telefonu podawanych przez kogoś z personelu co jakiś czas.

Mam czas na rozmyślania. Nie jestem wcale szczęśliwa z powodu tego, że przeżyłam i jestem przytomna. To tylko opóźnia nieuchronny koniec, który mnie czeka. Wolałabym mieć już go za sobą, jak wszystkie niedobre doświadczenia, w które wchodziłam zatykając nos i zamykając oczy oraz skacząc przed siebie. Byle to się już szybciej skończyło. Taką miałam taktykę na życie i teraz pewnie ona by się przydała, cóż kiedy nie ja o niej mogę decydować.

Rozmyślam więc o niepamięci. Wydaje mi się jedną z kart tarota, którą trzeba podporządkować konkretnemu żywiołowi wielkich lub małych Arkanów. Trzeba też odgadnąć jej sens nie dosłowny, a symboliczny i jej związek z moją osobą, moimi doświadczeniami i moimi refleksjami. Im chcę być dokładniejsza, tym mniej czytelne okazują się karty. Wszak połowa jasnowidzów wieszczy agresję na Ukrainę, a druga połowa tylko ściemę. Podobnie jak wymowa kart tarota – precyzja staje się grobem prawdy, nawet objawionej. Życie prawdopodobnie przyzna rację jednocześnie i jednym i drugim jasnowidzom, albo żadnym.

Bracia i siostry w umieraniu i nieumieraniu, w pamięci i w niepamięci, Im mniej wiemy, tym lepiej dla nas, ale tym bardziej jesteśmy wściekli na los. Jedynie, co możemy, to dokumentować naszą złość i szukać jej uzasadnienia. I rozmywać ją w dywagacjach pewnie niepotrzebnych. 

I póki jeszcze możemy, musimy zająć się sprawami bieżącymi. Zmienić zamek na elektroniczny, skłonić administrację do rozebrania przegrody dzielącej część korytarza, skłonić sąsiadów do wyrażenia na to zgody albo zbadać podstawy prawne możliwej samowoli, gdy się na to nie zgodzą, załatwić opaskę zwana głupio nianią dla seniora ( a głupio, bo choć zarejestruje upadek i  całe mnóstwo życiowych parametrów nie przywoła żywej osoby do otwarcia drzwi gdy bliscy przebywają poza zasięgiem lub ich po prostu się nie posiada), wszystkiemu temu trzeba podołać zanim można zabezpieczyć sobie prawo do uzyskania pomocy, gdy się leży na podłodze nieprzytomnym, z dala od telefonu i jest jeszcze trochę czasu do przeżycia. No i jeszcze trzeba mieć trochę środków finansowych oraz być w pełni władz umysłowych dla prowadzenia negocjacji. Może już lepiej wcześniej umrzeć bez zachodu i kłopotu. Utonąć w niepamięci.

Smaki dzieciństwa

Pisałam o zapachach mojego dzieciństwa i uświadomiłam sobie, jak bardzo różniły się od zapachów współczesności. Siedemdziesiąt parę lat zmieniło całkowicie dostępny katalog zapachów, chociaż dzisiaj widzę, że pewne zmiany są ogólne i w pewien sposób systemowe. Niektóre z tych woni były ostrzejsze, silniejsze, powiedziałabym że nawet prawdziwsze, inne jednak delikatniejsze, subtelniejsze, mniej intensywne. Dla mnie zasadnicza różnica tkwi w pojęciu naturalności, chociaż zdaję sobie sprawę, że współcześni młodzi ludzie zapoznając się z zapachami, właśnie te obecne traktują jako naturalne, chociaż ja widzę i czuję ich sztuczność. Ja widzę różnicę na przykład między aromatem prawdziwych poziomek i sztucznym, w napojach i przetworach jako przede wszystkim różnicę intensywności. Podobnie jak odczuwam różnicę między wanilią  w strączkach i waniliną.

Teraz przyjdzie kolej na smaki mojego dzieciństwa. Wielu znanych dziś, wcześniej wówczas nie było powszechnie dostępnych. To, co jedliśmy, było pochodzenia krajowego, z nielicznymi tylko wyjątkami. Wiele substancji nie istniało, smaków wielu jeszcze nie „podkręcano” lub nie wzmacniano czy naśladowano.

Postaram się przybliżyć nieco ten świat smaków sprzed siedemdziesięciu paru lat. Zacznę od niemiłych.

Wszystkie lekarstwa aplikowane wówczas dzieciom były obrzydliwe. Nikomu zresztą by do głowy nie przyszło, żeby jakoś te lekarstwa czynić znośniejszymi dla dzieci. Na czele najgorszych smaków, bez wyjątku, stał tran. W tych czasach, zaraz po wojnie, dominującą chorobą wśród dzieci była krzywica, wynikająca z niedoboru witaminy D. O dzieciach chorych na krzywicę mówiono, że mają „nogi na beczce prostowane”, ponieważ ich łydki nosiły charakterystyczny zakrzywiony kształt, z prześwitem po środku. Dlatego też w szkole profilaktycznie podawano dzieciom tran. Był on przechowywany w wielkich, ciemnych butlach, zawierających pewnie więcej niż 2 l., mimo to zazwyczaj zjełczały. Dzieci nie znosiły go, dlatego też nauczycielki podające go przed lekcjami, dawały też zakąskę w postaci kawałka posolonego chleba lub kwaszonej kapusty. Tran podawano tę samą łyżką wszystkim dzieciom w klasie; nie uważano tego za niehigieniczne. Przeciwnie, nadmierne przestrzeganie zasad higieny przez rodziców dziecka było uważane za dziwactwo, jak u matki mojego kolegi, lekarki, która wszystko przed jedzeniem myła i co jakiś czas klamki w mieszkaniu przecierała spirytusem.

Oprócz tranu jeszcze bardzo obrzydliwą potrawą dla wielu dzieci była surowa wątróbka. Podawano ją krwistą i posiekaną, czasem pomieszaną z cebulą, także samą, dzieciom u których stwierdzono niedokrwistość. A dzieci tych po wojnie było mnóstwo. Uważano ją za obrzydlistwo, ponieważ podczas jedzenia czasami krew z tej świeżej wątróbki kapała po brodzie. Ja jednak ją lubiłam. Przeczytałam jakąś książkę o życiu pradawnych ludzi, gdzie opisano jak po polowaniu członkowie plemienia rozcinali brzuch upolowanego zwierzęcia, wyciągali dymiące jeszcze wnętrzności, a wśród nich i wątrobę, którą spożywano na surowo. Dlatego ja uważałam jedzenie krwistej wątróbki za rzecz zupełnie normalna, a jej lekko słodkawy, mdławy smak bardzo mi odpowiadał. Taką wątróbkę musiałam zjadać codziennie, kawałek. Była ona jednak bardzo świeża, bo taką kupowała mama w sklepie rzeźniczym, sprężysta i zupełnie inna, niż dzisiejsze wątroby, przechowywane w lodówkach. To taka uwaga na marginesie: potrawy nie schłodzone smakują zupełnie inaczej niż wyjęte z lodówki i nawet ogrzane.

Wiele dzieci nie lubiło cebuli, ale ja za nią przepadałam. Moja mama opowiadała mi, że kiedy tułałyśmy się po Powstaniu Warszawskim, wysiedlone z miasta, pewien napotkany niemiecki żołnierz, zachwycony tym, że przypominam jego córkę, poczęstował mamę cebulą, a właściwie dał jej dwie cebule: jedną dla mnie, drugą dla niej. Mama opowiadała, że zjadłam obydwie i nie chciałam jej oddać, dopóki nic z nich nie zostało. Podobno nawet łzy mi nie leciały. W każdym razie bardzo lubiłam cebule i moją ulubioną potrawą była nakrojona na głęboki talerz sterta cebuli polanych śmietaną i posypanych cukrem. Ale jeśli nie było śmietany i nie było cukru, to jadłam bez protestów samą cebulę.

Oprócz cebuli uwielbiałam też kiszoną kapustę i kiszone ogórki. Zostało mi to do dziś: nie wyobrażam sobie dnia bez kawałka jakieś kiszonki, chociaż jem ich więcej i bardziej różnorodne: kiszone rzodkiewki, paprykę, strużki marchewki czy buraczków.

Zastanawiając się dzisiaj, dochodzę do wniosku, że właściwie nie było takich potraw, których bym nie bo lubiła, z wyjątkiem może mamałygi czyli paciaji z mąki kukurydzianej. No i tranu oczywiście.

Bardzo lubiłam też pomidory; ojciec hodował je w ogródku przy domu. Rosły też tam badyle, które miały bulwy podobne do kartofli, tylko jeszcze bardziej nierówne w kształcie. Nikt z nas nie wiedział, że były jadalne, a dowiedziałyśmy się o tym wówczas, kiedy mama już z wielkim wysiłkiem je wypleniła z naszego ogrodu. Lubiłam też owoce jabłka gatunku reneta, gruszki tak zwane lipcówki i śliwki. Najbardziej jednak smakowały mi czarne czereśnie, o które walczyłyśmy z ptakami, kto prędzej je sprzątnie. Mama twierdziła, że pierwszy rok, kiedy zamieszkaliśmy, wszystkie czereśnie zostały zjedzone jeszcze niedojrzałe, ponieważ nie wiedzieliśmy o tym, że są to ciemne czereśnie, a nie jasne, czego dowiedziałyśmy się dopiero w następnych latach.

Muszę napisać jeszcze o przyprawach. Było ich niewiele, ale bardzo je lubiłam i zostało mi to dziś. Na ich czele stał kminek, potem kolejno majeranek, rumianek i koperek włoski. Bardzo lubiłam też tymianek, ale raczej spotykałam się z nim na suchych piaszczystych terenach przy lasach niż jako przyprawę, która była dość rzadka i stosowano ją tylko do ryb. Zresztą tymianek bardziej pachniał niż smakował. Lubczyk, który dziś jest powszechnie używanym składnikiem sosów do mięs, wówczas uważano za nieco podejrzany z racji jego nazwy i raczej ,poza ludźmi, który go uprawiali ,nie stosowano

Wydaje mi się, że smaki mojego dzieciństwa były bardziej zdecydowane i bardziej się od siebie różniły, niż dzisiejsze. Ale to pewnie jest złudzenie; mniej produktów, uboższa kuchnia – to wszystko powodowało lub powodować mogło złudzenie silnych różnic między poszczególnymi smakami i mniej ich subtelnych odcieni. Innym spostrzeżeniem jest to, że właściwie było niewiele rzeczy paskudnych. Współczesne dzieci mnóstwa rzeczy nie lubią, wieloma się brzydzą z racji tylko samej ich nazwy: np. nie tkną flaków. Rodzice zabiorą dzieciom nielubiane potrawy lub malując jakieś buźki i dokładając smakołyki usiłują je przekonać, co jest inną formą przekupstwa, a czym kiedyś się nikt nie przejmował. Przed laty niejadki zdarzały się wyjątkowo.

Inną znaczącą różnicą jest to, że moi rówieśnicy bardzo niewiele jedli słodyczy. Używano także mało cukru, zastępując go miodem, a on nie był łagodnie słodki i zazwyczaj miał  w sobie pewną ostrość, uniemożliwiającą nadużywanie . Pamiętam  też przebój smakowy swojego dzieciństwa – chleb ze śmietaną i odrobiną cukru czy świeże ogórki z miodem. Cukierki to były landryny albo dropsy o smaku owocowym albo mlecznym. W tamtych czasach nie było cukierków czekoladowych, a kakao było tylko owsiane, podobnie jak kawa tylko zbożowa.

Dziś, jako osoba zażywające leki na cukrzycę, mam zawsze kilka landrynek pod ręką, gdy spada mi pod wpływem leków poziom cukru. wówczas taka landrynka wystarczy jako lekarstwo i jednocześnie przywołuje wspomnienia. Ciekawa jestem, jak dzisiejsze dzieci będą wspominać swoje smaki na stare lata.

Rude pachną inaczej

Starość tak już ma, że byle jaka informacja uruchamia cały potencjał wspomnień luźno tylko związanych z przekazem. U mnie takie uruchomienie nastąpiło, gdy usłyszałam w telewizji lub przeczytałam w gazecie, już nie pamiętam gdzie, o tym, że z powodu zwiększonych zachorowań na KOVID-19 w niektórych szkołach  mogą być odwołane studniówki. W ogóle karnawał w czasach zarazy jest zupełnie niepożądany i trzeba być szczególnie chętnym do zabawy, żeby zlekceważyć wszelkie ostrzeżenia. Ale młodym to zupełnie nie przeszkadza, oni są z natury rzeczy niefrasobliwi.

Przypomniałam sobie moje czasy, pięćdziesiąt trzy lata temu, kiedy kończyłam liceum; moją studniówkę i potem bal maturalny. Studniówka była jeszcze zabawą dla uczniów i uczennic, a więc z pewnymi rygorami, które już nie były stosowane na balu maturalnym, kiedy traktowano balowiczów jako osoby dorosłe. Na studniówce obowiązywały stroje szkolne, a więc granatowe spódniczki i białe bluzki. Oczywiście nie było żadnego alkoholu, a zabawę nadzorowało grono mamuś i nauczycieli, baczące pilnie, aby młodzież nie przejawiała niestosownych zachowań.

Dziewczyny, jak to dziewczyny wszystkich czasów, zwierzały się sobie z rozmaitych wrażeń. Oglądały się wzajemnie;  zwracały uwagę na to, czy którejś nie wysunęła się bluzka ze spódnicy lub nie przekręcił szew w nylonowych pończochach itp. Koleżanki, które miały tak nazywane wówczas „powodzenie” u chłopców, cierpiały jednak złą stronę tego powodzenia, a mianowicie ich białe bluzki na plecach nosiły ślady wielu spoconych męskich dłoni, nie zawsze pierwszej czystości. Dziewczyny, które nie miały powodzenia, mogły się pocieszać tym, że ich bluzki były bardziej czyste.

Przy okazji parę słów o higienie tamtych czasów. Dla zachowania czystości ciała miałyśmy o wiele mniej środków niż dzisiejsze kobiety. Były mydła w kostce, najchętniej stosowane dla niemowląt, bo ładnie pachniały; był proszek do zębów, bo nie pasta. której wówczas jeszcze nie używano; nie było szamponów, tylko zwyczajne mydło albo mydło siarkowe, jeśli ktoś miał łupież. Nie było dezodorantów, tylko dwa lub trzy zapachy tak zwanych „wód kolońskich”, oszczędnie wydzielanych córkom przez matki. Skutkiem tego, nawet osoby dbające o czystość i higienę, których jednak było mniej niż dzisiaj, odznaczały się swoistym zapachem. Muszę dodać że nawet w Warszawie wiele mieszkań nie miało bieżącej wody i toalety, a część z nich w zimie była nieczynna z powodu zamarzania rur, a więc standard czystości był nieco inny niż dzisiaj; wystarczała kąpiel raz na tydzień i codzienne mycie twarzy i rąk pod pachami oraz dłoni.

W ten sposób dochodzę do sprawy indywidualnych zapachów. Dzisiaj już tego rozróżnienia nie czuję; spotykając się z ludźmi od wielu lat nie rozpoznaję już ich indywidualnych woni. Dzieje się to za sprawą wielu chemikaliów, którymi przesiąknięte są nasze przestrzenie życiowe: podłogi, szyby, lustra; środki higieny, których używamy na co dzień, a także potrawy, przy spożywaniu których unikamy np. czosnku czy innych o mocnej woni, wydzielanej przez skórę. Przedtem było inaczej – każdy człowiek miał indywidualny zapach, niedający się przykryć aromatem słabo pachnących mydełek. Moim spostrzeżeniem ówczesnym było to, że rude dziewczyny pachną zupełnie inaczej, niż cała reszta koleżanek. Dla mnie ten zapach był nieprzyjemny, ale zauważalne było to, że chłopcy ciągnęli do nich, jak muchy do lekko nadpsutego mięsa.

Tutaj znowu konieczne wyjaśnienie. W tamtych czasach nie było lodówek, a z tego powodu i z wielu innych, mięsa jadło się mało i gotowało od razu po jego zakupie. Wystarczyło jednak, żeby poleżało ono na stole w cieple kuchni z godzinę i nabierało nieprzyjemnego zapachu – jeszcze nie śmierdziało, ale już domagało się natychmiastowego zagotowania. Ja nazywałam go mdłym i zawsze kojarzyłam z niektórymi kobietami, a tak właśnie pachniały zawsze rude dziewczyny. Dziś wiem że były to feromony i najczęściej one nie były dla chłopców nieprzyjemne, wręcz przeciwnie, dziewczynom jednak zapach ten nie pasował zupełnie. Dlatego też rude koleżanki miały mniej przyjaciółek, niż inne dziewczyny. Czasami owocowało to powiedzeniem, że rude są fałszywe, co nie dotyczyło jednak mężczyzn, ponieważ oni mieli inne feromony. Nie mówię oczywiście, że chłopcy pachnieli jak róże, czy inne kwiatki. Sale szkolne, zwłaszcza gimnastyczne, mocno śmierdziały po lekcjach. Rano jednak zapach każdego chłopca można było odróżnić. Jedne były miłe, inne mniej, i nie do końca zależało to od higieny.

Ja należałam do osób bardzo wyczulonych na zapachy. W rodzinie znana byłam z tego, że wystarczyło tylko spróbować jakiejś potrawy i jeśli ją jadłam, oznaczało to że jest świeża i nie może zaszkodzić. Dzisiaj już tego daru nie mam, wszystkie potrawy zawierają w sobie syntetyczne dodatki, które uniemożliwiają poznanie ich właściwego aromatu naturalnego. Dlatego zdarza mi się zjeść coś, co ładnie pachnie, ale jest nieświeże i może mi zaszkodzić, mimo że bardzo staram się nie nadwyrężać swojego żołądka jedzeniem jakiś szkodliwych potraw.

Innym wstydliwym problemem tamtych czasów, powodującym dyskomfort zapachowy, była dieta skutkująca wzdęciami i gazami. Jedzono głównie kartofle, gliniasty chleb, z warzyw kapustę i marchew, zimą kapustę i ogórki kwaszone, których smak jednak z upływem czasu wahał się od przesolonej pulpy, do tracącej lekko zgnilizną, niedosolonej ale przekwaszonej. Beczka ogórków czy kapusty na wiosnę pachniała trochę jak kiszonka z silosu skarmiana bydłem.

Do katalogu nieprzyjemnych zapachów, a prosto mówiąc smrodów, należy dodać jeszcze najgorzej tolerowane przeze mnie zapachy maści tranowej, którą smarowano oparzenia lub odmrożenia, częste u dzieci w czasie ostrych mrozów oraz zapach eteru, wszechobecny w salach operacyjnych szpitali, gdzie stosowano go do znieczulenia pacjentów poprzez zakrapianie drucianej maski z narzuconym na nią kawałkiem gazy, czy przychodni, gdzie robiono zastrzyki dezynfekując skórę nie spirytusem, a właśnie eterem. Były to zapachy odrażające, jak np. zapach pilotki mojego ojca, czapki używanej przez niego w czasie lotów samolotem albo szybowcem, skórzanej, chroniącej przed wiatrem i konserwowanej tłuszczem. W ogóle z dziecinnych wspomnień najgorzej zapisuje się w mojej pamięci zapach tranu i starych skór.

Z przyjemnych zapachów zapamiętałam zapach kwiatów floksów, które rosły w naszym ogródku, zapach jednego z gatunków jabłek, dziś już nieznanych i nie wiem jak się one nazywały. Lubiłam zapach kminku, który sowicie dodawano do kapusty kwaszonej. Muszę tutaj powiedzieć, że nie tylko mniej potraw znaliśmy, ale także mniej ziół na co dzień używano. Właściwie było ich tylko trzy: rumianek mięta i koperek włoski. Z przypraw używano oprócz kminku pieprz ziołowy i majeranek. Pieprz zwyczajny i papryka nie były na co dzień stosowanymi przyprawami, a jedynie od święta razem z goździkami i cynamonem, a także strąkami wanilii. Naparu z goździków używano też często jako perfum, a także gdy bolały zęby. Wody kolońskie miały aromat naturalnych kwiatów jak bez, jaśmin, konwalia.

Tak już jakoś jest, że oczekuje się od życia i jego przetworzonych tematów prezentacji energii pozytywnych, zapominając o tym, iż energie negatywne są równie dobrym, a nawet może lepszym napędem do życia.Może nie powinnam się odzywać, jako dyletantka, daleka od chęci świadomego praktykowania tzw. duchowości, ponieważ życie nie oszczędziło mi wyzwań, o które bynajmniej nie zabiegałam. Praktyki narzucane wbrew woli dają siłę na zasadzie, co cię nie zniszczy, to wzmocni, Żadna gra pozorów nie jest w stanie zabić wymowy PRAWDZIWEGO ŻYCIA. Wątek Wenusowy nie zawsze jest miły i słodki, a sztuka nie zawsze powinna wiać optymizmem. Wonie: smrody i zapachy nie zawsze dają się zamaskować i niekoniecznie należy wierzyć w to, że nieprzyjemne nie są nam potrzebne, a przyjemne upiększają nasze życie. Mogłabym zapuścić się za daleko ale korci mnie, aby wspomnieć chociażby jedną prostą rzecz: czasami dobrze jest po niemiłym zapachu odróżnić wroga lub jego złe intencje, lub ogólniej, to co szkodliwe..

Spodziewać by się można, że nasze współczesne czasy są znacznie lepsze, zwłaszcza przyjemniejsze zapachowo. Jednak wraz z naturalnymi aromatami utraciliśmy bardzo wiele możliwości rozpoznawania świata wokół nas. Poczynając od szkodliwości niektórych potraw, straciliśmy rozeznanie węchowe ludzi nas otaczających, dotyczące ich zdrowia, nastroju, dopasowania do naszych osobowości. Dzisiaj sądzę, że mieliśmy więcej wspólnego ze zwierzętami, niż obecnie. Nie mam i nie miałam nigdy zwierzęcia domowego, doskonale jednak rozumiem napotkane psy, kiedy zapach jakiegoś człowieka im nie pasuje z nieznanych mi powodów. Prawdopodobnie wyczuwają chorobę lub zły nastrój człowieka, tak jak my kiedyś też go wyczuwaliśmy.

Starsi ludzie podobno tracą węch, ale ja  u siebie tego nie dostrzegam. Tylko świat wokół mnie pachnie inaczej, bardziej chemicznie, twardo i metalicznie, pylasto i sztucznie. Zarówno miły jaki niemiłe zapachy są sztuczne i wydają się nieprawdziwe, trudno z nich wyciągnąć jakiekolwiek informacje.

Rozważania, wieści i dywagacje z prawego boku i lewej półkuli (7) 

Blog nie jest nowinką, a starowinką techniczną – Jak twierdzi Krzysztof Varga w przedostatnim numerze Newsweeka. Z tą starowinką, a właściwie starowinkami  idę w parze, krok w krok  od 2007 roku,  póki jeszcze jestem zaledwie –

 Na brzegu rzeki Lety

 Pochlebianie czerstwieje? – Takie pytanie przeczytałam wśród aforyzmów i słownych gier na FB. Nie, bo czerstwy staruszek trzyma się prosto, czerstwy chleb jest twardy i nie poddaje się obróbce, pochlebianie raczej pleśnieje – chciałam raczej odpowiedzieć, zanim mi się odechciało dyskutować z nadrzeczną szroniastą mgłą i smogiem. Ale zrozumiałam, że stoję w samym centrum pleśnienia –

 Na brzegu rzeki Lety

 Moje pokolenie – dzieci PRL mają podwójnie niesprawiedliwie. Lepiej lub gorzej opiekowaliśmy się naszymi rodzicami w ich starości, a przynajmniej czuliśmy taki obowiązek. Wierzyliśmy, że los nasz będzie podobny, nasze dzieci też się nami na starość zaopiekują, a naszymi dziećmi ich dzieci – nasze wnuki..

 Niestety, świat się odmienił. Nasze dzieci i wnuki wyjechały za granicę, naszych prawnuków już nie znamy, a nami – jeśli w ogóle – opiekują się obce osoby. Te dwa modele rodzin zderzają się w czasie świąt, szczególnie w czasie Wigilii. Rodzina z przebywającym w kraju uważa za swój obowiązek spędzać przynajmniej jeden dzień, zazwyczaj wigilijny, z babcią lub dziadkiem, jeśli są samotni. Pozostały czas świąt uważają za ich własny czas i zazwyczaj poświęcają własnej rozrywce. Udają się za granicę, najchętniej w ciepłe kraje, egzotykę lub pseudo egzotykę z obowiązkowymi palmami, basenem, turkusowym morzem i pokręconymi uliczkami urokliwych miasteczek. Nadsyłają fotografie z małpami i tygrysami i nimi samymi wśród egzotyki, piękni i młodzi w wieku, w  którym my mieliśmy już żylaki, płaskostopie i ręce powykrzywiane od dźwigania ciężkich siatek ze zdobyczami na kartki. Nasze ówczesne radości to był papieros wypalony w nocy przy otwartym oknie, gdy skończyłyśmy zmywanie sterty naczyń, a rodzina zasnęła snem sprawiedliwych i wówczas mieliśmy dla siebie czas, swój czas, choć bez małp i tygrysów. I nie możemy mieć do nich o to pretensji, to nie naszą jest winą, że szukają szczęścia gdzie indziej. Wszak my daliśmy im wszystko, na co nas było stać i co umieliśmy zrobić. Nie możemy też odreagowywać swoich kłopotów życiowych przez obciążanie nimi innych. Dlatego zatrzymujemy się w miejscu, odarci z emocji lub siląc się na obiektywizm.

 Babcia lub dziadek w pozostałe dni świąt  i Nowy Rok oczekują na sms z informacją, że dzieci dotarły na miejsce. Pogoda dopisuje, a my życzymy drogiej Mamie lub tacie wszystkiego dobrego z okazji wszystkich okazji. Czasami korzystając z komunikatorów odpalają laptopa, pozwalając łaskawie obejrzeć się na ekranie rodzicom. Oczywiście porozmawiają z nimi, podobnie jak ci,  którzy przebywają stale za granicą i raz na jakiś czas z obowiązku lub potrzeby łączą się z bliskimi. Jednakże czasy mamy, jakie mamy; otwarty ekran laptopa kusi, aby jednocześnie odpowiedzieć na tego czy tamtego tego maila, sprawdzić coś w mediach społecznościowych, nie marnując czasu na czcze pogawędki sprawdzić nowe wiadomości, których polskim dzieciom nie brakuje w politycznych zawirowaniach współczesności. To powoduje, że rozmowa robi się jednostronna, przerywana brakiem chwilowej uwagi, lub oderwaniem jej od rozmówcy. Rodzicom głosy drżą w obawie, że powiedzą coś, co dzieciom się nie spodoba, zapytają o coś, co zostanie uznane za wścibskość lub usłyszą jakąś smutną wiadomość.

 My, samotni rodzice lub dziadkowie różnie to znosimy. Szczęśliwi ci, którzy nie oczekują niczego specjalnego po takim kontakcie. Wówczas nadspodziewane bonusy, jakie mogą się przydarzyć, cieszą o wiele bardziej niż inne niespodzianki. Kiedy syn lub córka płynie łódką w Wenecji i ustawi telefon nagrywając widoki, czujemy się w centrum wydarzeń, im bardziej odmiennych od pocztówkowych filmów, tym wartościowszych, bo jakby wyłącznie dla nas przeznaczonych. Nawet widok londyńskiej ulicy z ławki, na której się przysiadło, potrafi cieszyć i interesować. Jakie torby z zakupami noszą ludzie, jak są ubrani, co widać na wystawach sklepów, jak się czuje ktoś i wygląda wewnątrz piętrowego autobusu. Podobnie jak dżungla pod Berlinem, rosnąca na przestrzeni dawnego poligonu budowy sterowców, gdzie spacerując po drewnianych chodniczkach można oglądać za szkłem kosmate pająki i syczące węże.  – To wszystko jest wyjątkowe i odmienne od codzienności, która nas otacza: drzewka szczęścia na parapecie, pnącza w doniczkach, ekranu telewizora, stoliczka, którego szuflady wypełnione są lekarstwami i konstrukcji z taterniczych linek, pomagających wstać z łóżka.

Są jednak wśród nas i tacy, którym samotność bardzo doskwiera – zresztą pewnie jest ich więcej niż osób dobrze czujących się ze swoją samotnością. Jedni i drudzy czasami oduczają się od rozmawiania z innymi i ich głosy brzmią ochryple i chropowato. Przeczytaliśmy gdzieś, że Biegun Niedostępności to punkt najbardziej oddalony od…wszystkiego, o czym się pomyśli. 

 Starość przynosi różne dziwne rzeczy, które dzieją się z człowiekiem poza jego wolą. Nie mogę powiedzieć, że bez jego woli, ale na pewno poza; po prostu w jakimś momencie przychodzi potrzeba i starzec lub staruszka zastygają na chwilę. Po jakimś czasie czują, że czas zastygania się kończy i należy dokończyć ruch, który się zaczęło, przejść do czynności którą się planowało, wstać lub usiąść. Nie wiem, czy o czymś w tym czasie myślę, w tym czasie zastygania, czy jest to czas bezmyślny, czy mój mózg w tym czasie pracuje, czy też nie nie. Wiem  że podobne to jest zapatrzeniu się na coś, czego czasem doznawało się z rzadka w młodości albo w dzieciństwie.

 Moja mama, kiedy zbliżała się już bardzo do końca swojego życia i kiedy pogodziła się z tym, że śmierć już jest blisko, powiedziała mi, że miała takie dziwne stany, w które popadała nie wiadomo kiedy i dlaczego. Nie były to prawdziwe sny, nie były to wizje; było zaś wstrzymanie biegu czasu w niej i wokół niej; różnica jednak polega na tym, że mama przebywała w takim stanie po kilka godzin, U mnie trwa to zaledwie minuty. Mimo to wiem, na jakim brzegu stoję i choć patrzę z biegiem rzeki ,a nie pod prąd, coraz słabiej widzę, to co przede mną, a coraz silniej wdziera się to, czego kiedyś zabrakło. Wszechświat ponoć rozszerza się we wszystkich kierunkach; Bieguny Niedostępności oddalają się zmniejszając i tak nikłe szanse, pozostaje więc trwać w niemyśleniu, nieodczuwaniu, nieoczekiwaniu-

 Na brzegu rzeki Lety…