Niemowlęta

czyli macierzyństwo w latach 60-tych xx wieku

Dyskusja, która wywiązała się pod odcinkiem babci o pieluchach, skłania mnie do dalszych dywagacji i wspomnień młodych matek w sprawach, o których głośno się nie mówiło, ponieważ były wstrętne lub nieestetyczne, jak: siusianie, kupkanie i wymioty. Do tych niewygodnych tematów należało także podawanie dzieciom smoczka oraz podkładanie pod głowę poduszek. Pierwsze groziło wyrodnym matkom wykrzywieniem wargi dziecka oraz cofnięciem podbródka, tak że maluch wyglądał na niedorozwiniętego, jak się wówczas mówiło. Normalne zdrowe i mądre dzieci musiały mieć dolną wargę wysuniętą do przodu, niczym stary rzymski wojownik, a nie cofniętą, jak bezzębny starzec lub pensjonariusz domu pomocy społecznej. Co do podkładania poduszki pod główkę   niemowlęcia, to paskudna matka, która nie dopilnowała, aby dziecku przekładać główkę z jednego boku na drugi na miękkiej poduszce, nie rzadziej niż co godzinę, mogła otrzymać w wyniku swojego lenistwa małego potworka, mającego główkę trwale asymetryczną.

Ja kiedyś tego nie dopilnowałam i miałam za swoje. Jedno z moich dzieci miało główkę mniej twardą i ona łatwo się spłaszczala po kilku godzinach snu w preferowanej przez dziecko pozycji. (Dzieci rodzą się z elastycznymi czaszkami aby mogły zmieniać swój kształt w czasie porodu, potem dopiero kości twardnieją a ciemiączko zarasta). Na nieszczęście nikt mi nie powiedział, że gdy dziecko zacznie siadać, a już zwłaszcza chodzić, to samo automatycznie będzie zmieniać pozycję i kształt główki się wyrówna, w każdym razie spłaszczenie nie będzie już widoczne, także z powodu bujniejszego owłosienia. O tym też się głośno nie mówiło, ale podświadomie każda matka miała obawy, czy spłaszczenie główki nie odbije się na zdolnościach intelektualnych niemowlęcia. W tamtych czasach nikt nie słyszał o Aztekach czy Toltekach kształtujących główki swych niemowlat poprzez ściskanie ich w układzie deseczek.

Innym problemem, z którym mierzyły się młode matki, była możliwość nierównej długości nóżek u dziecka, albo nierówno układających się fałdek skóry poniżej tyłeczka. Mogło to być objawem opóźnionego kostnienia chrząstek stawowych w stawach biodrowych, czego skutkiem mogło być na całe życie kalectwo w postaci okulawienia. Jeśli w porę dostrzegło się występowanie tych krzywych  fałdek, to należało udać się do lekarza, a ten dał skierowanie na roentgena i jeśli matczyne spostrzeżenie się potwierdziło, to dziecko lądowało przynajmniej na pół roku w gipsowych szynach. Była to straszna tortura i dla małego i dla rodziców. Znam kogoś, czyje dzieciństwo upłynęło właśnie w takich szynach, choć to w jej przypadku wyszło na dobre siłom intelektu, ale na starość powróciło kolejnymi problemami ortopedycznymi.

Odpowiedzialność młodych matek była jeszcze większa, jeśli problemów z dzieckiem było więcej, np. płakało cały czasu albo wrzeszczało dziko, wykopując się z powijaków, albo nie chciało jeść, albo jeszcze coś innego. Wówczas matka powinna się dobrze zastanowić, czy wybrała właściwego mężczyznę na ojca swojego dziecka. W tamtych czasach każda osoba niepełnosprawna w rodzinie, to był sygnał, że należy ostrożnie podchodzić do mężczyzny z tej rodziny, jako przyszłego ojca dziecka, mogącego dziedziczyć złe cechy. Źle wybrany ojciec, to była zawsze wina matki, która nie wykazała właściwej dozy rozsądku i nie słuchała starszych. Przyszłe babcie zazwyczaj wykazywały dedektywistyczne skłonności i potrafiły wyniuchać wszystkie złe rzeczy, które mogły się wydarzyć albo wydarzyły w rodzinie pana młodego, przyszłego tatusia delikwenta, zwłaszcza gdy panna młoda, przyszła mamusia, samowolnie postępując, nie słuchała bardziej doświadczonej matki, mającej inne preferencje, dotyczące zamążpójścia córki i której nie wystarczała miłość młodych

W małżeństwach zawieranych wbrew zdaniu rodziców, takich badań nikt wcześniej nie przeprowadzał, a więc kiedy narodziło się już dziecko z objawami, co do których można było mieć wątpliwości albo wyrażać swoją dezaprobatę ogólnie skierowanymi uwagami, młoda matka podwójnie czuła wyrzuty sumienia. Rozumiała wówczas poniewczasie, że małżeństwa zawierane pod egidą rodziców i swatek, cechowało przynajmniej rozłożenie odpowiedzialności na większą liczbę osób.

Wśród wielu przykazań i porad, które udzielano młodym matkom, a które zazwyczaj były do niczego nieprzydatne, górowała jedna, rzekomo najważniejsza. Należało zachowywać się w określony sposób, niezależnie od tego, czy cały świat się walił i palił, bowiem skutkiem złych zachowań kobiety było przepalenie się mleka, którym karmiono niemowlęta. Kobiety, które nie karmiły piersią, wcale nie miały łatwiej, pokarm i tak się wewnątrz nich przepalał tylko szedł wewnątrz nich i rozlewał się po całym ciele. Powodowało to różne choroby charakterystyczne dla połogu, np. nietrzymanie moczu, zachowania histeryczne, niechęć do współżycia z mężczyzną, bóle głowy, a zwłaszcza migreny. Jednak z dwojga złego lepiej było karmić niemowlę butelką, ponieważ chroniło to dziecko przed złymi humorami matki zmieniającymi skład mleka i zatruwającymi go szkodliwymi truciznami. 

Czego nie należało robić? Przede wszystkim denerwować się, złościć na kogoś, poddawać się lenistwu, być nieuważnym, zamyślonym lub zagapionym. Przed przepaleniem pokarmu ostrzegały zwłaszcza położne i pielęgniarki w szpitalu. Lubiły przypominać o tym położnicom z rana, przed zabiegami i śniadaniem, jak od wieków chętnie psuto innym wszystkie miłe chwile wypowiadając “memento mori”

Czerwona wstążeczka była innym, niezbędnym zabezpieczeniem przed wszystkim złem, które mogło dotknąć noworodka. Należało ją zawiązać w domu, od razu po przybyciu ze szpitala, na łóżeczku niemowlęcia. Dopytywałam położną, o co to chodziło z tą wstążeczką, ale zbywała mnie jakimiś banałami, chociaż sama w to wierzyła. Wiele lat później dowiedziałam się z lektur, skąd wziął się ten przymus zawiązywania czerwonej wstążeczki. Kiedy moje dzieci chorowały na odrę, pani doktor zwróciła mi uwagę, żebym nie zapomniała powiesić czegoś czerwonego w ich pokoju, bowiem ona sama była zdania, że czerwona wstążeczka nie wystarczy, lepszy będzie kawałek flagi. Jako osoba uważająca się za rozsądną i nie poddającą się przesądom światło wiedzy ćmiącym, wieszałam czerwony ręcznik tylko przed wizytą pani doktor. Jak już wspomniałam, wiele lat później przeczytałam, iż zalecane było wieszanie czerwonej zasłony w oknie ze względu na to że choroba odra powoduje światłowstręt u dziecka, ale czerwony kolor przysłony pomaga na tę dolegliwość. Dzieje się to ponoć na tej samej zasadzie, jak używanie czerwonego papieru, przysłaniającego żarówkę lub czerwonej żarówki przy wywoływaniu błon fotograficznych z dawnych aparatach . Praktycyzm doradzających i chęć ułatwienia sobie życia ograniczył barwę docierającego do dziecka światła do kawałka czegoś czerwonego, a nawet tylko wstążeczki. 

Podobną drogę przechodzą także inne przesądy, okrajane stopniowo z najtrudniejszych do przestrzegania warunków, choć nie mam czasu, aby opisywać z czego powstały, chociaż jest to fascynujące zajęcie. Najciekawsze w tym jest, że przesądy utrzymują się w rodzinie przez kilka pokoleń. Spostrzeżenie dokonane przez jedno pokolenie, wędruje z matki na córkę, wnuczkę i dalej, zmieniając swoje oblicze, podobnie do skutków dziecinnej gry w głuchy telefon.

W świadomości położnic i położnych oraz lekarzy w tamtych czasach depresja, jako choroba, a nawet jako odczucie, nie istniała. Matki były albo leniwe, albo nie umiały się ogarnąć i wziąć za siebie, a ich złe nastroje wynikały z nadmiernej drażliwości i skłonności kobiecej do histerycznych zachowań. Tak więc na kobiecie spoczywał obowiązek właściwego zachowania się, stosownego do nowych obowiązków. Trzeba było być dojrzałą i tyle. Opiszę tu jeden z najgorszych momentów w moim życiu, miesiąc po urodzeniu dzieci, a tydzień po wyjściu ze szpitala, przeżycia na którego wspomnienie wzdrygam się do dziś. 

Mieszkałam wówczas w Olsztynie, na starym mieście, w wiekowej kamienicy, na jej poddaszu, a właściwie na pierwszej z dwóch kondygnacji poddasza (dach nie był płaski, tylko składał się z różnej wielkości i wysokości przybudówek). Na parterze tej kamienicy mieścił się mały sklepik w którym robiliśmy z mężem podstawowe zakupy, jak: chleb, mleko, kartofle i kiszona kapusta (w tamtych czasach nie istniały warzywniaki jako oddzielne sklepy – beczki z kiszonymi ogórkami i kapustą mieściły się obok baniek z mlekiem, worków z ziemniakami, kaszą i grochem, kilkukilogramowych bloków masła i smalcu w pergaminowym papierze; po wszystko chodziło się z własnymi opakowaniami – butelkami, bańkami i starymi gazetami). Mąż chodził do apteki, gdzie na receptę wykupywał mleko w proszku dla niemowląt, ponieważ nie miałam pokarmu. W ciągu trzech tygodni, kiedy dzieci przebywały w inkubatorach, mój pokarm “przepalił się” i wrócił do mnie z postaci różnych złych humorów i wykwitów histerii. 

Zdarzyło się tak, że mąż musiał pojechać na trzy dni w delegację służbową do Warszawy, a ja zostałam z dziećmi sama. Moje dzieci były bardzo płaczliwe i kiedy jeden kończył wrzaski, zaczynał ryczeć drugi, tak więc trwało to bez końca dzień i noc. Nie miałam pojęcia, jak dzieci to wytrzymują, takie małe, słabe z niedowagą, a mają siłę tak wrzeszczeć! Nikt mi nie powiedział, że to dobrze dla małych płuc, świadczy o tym że podejmują walkę z nieprzyjaznym światem i walkę tę wygrywają, ponieważ są widoczne i słyszalne. Że to zjawisko naturalne, przystosowawcze.

Drugiego dnia od wyjazdu męża zabrakło wszystkiego do jedzenia, a zwłaszcza mleka w proszku dla dzieci. Bałam się zostawić je same i zejść na dół do sklepiku żeby kupić przynajmniej zwykłe mleko i dać im pić. Posłodzonej wody już nie chciały, darły się bez końca z widoczną złością. Były za małe, żeby im cokolwiek wytłumaczyć. W dodatku nie miałam jeszcze dla nich łóżeczek i leżały na tapczanie, jedno obok drugiego w powijakach, jakie wówczas obowiązywały dla dzieci do miesiąca życia, co miało je uchronić przed krzywym kręgosłupem i zwichnięciem stawów biodrowych, a co niebawem nastąpiłoby, gdyby pozwolić im bez umiarkowania machać nogami. Niestety, wbrew wszelkim mądrym zaleceniom z książeczek, które w szpitalu rozdawano położnicom, moje dzieci były zbyt żywotne na takie skrępowanie, i jak to Wodniki zodiakalne, które zawsze poruszają się według własnych zasad, szybko wykopywały się z tych powijaków, a jednemu raz zdarzyło się zsunąć  na podłogę. Tego się bałam i dlatego nie spuszczałam z nich oczu, nie mogłam więc być na tyle nieodpowiedzialną, żeby zejść na kilkanaście minut do sklepu. Powstał ogromny dylemat w moim sumieniu, które nie wytrzymało nacisku moralnego i zwichrowało się jak zmięta płachta. 

Zamknęłam się w łazience; wyciągnęłam z szafki butelkę wódki, którą mąż otrzymał od kolegów z pracy, jako świeżo upieczony tatuś i wypiłam duszkiem jedną czwartą. Osiągnęłam tym zasób wystarczającej siły i odpornosci moralnej, żeby zostawić dzieci i niezbyt pewnie stąpając po schodach, zejść do  sklepu; kupić bułki, mleko i ogórka kiszonego. Wychodząc, zawróciłam od progu sklepu, bo pomyślałam, że muszę kupić też wódkę, żeby mąż nie zauważył, że mu wypiłam alkohol. Wracając z butelką pod pachą, spotkałam sąsiadkę mieszkająca nade mną, matkę siedmiorga dzieci, kobietę uważaną dziś za patologię, ponieważ rodzina żyła na bakier z prawem. Tej kobiecie i jej mężowi (zresztą przemocowemu wobec żony pijakowi) zawdzięczam bardzo wiele pomocy w najtrudniejszych dla mnie chwilach. Zniosła nawet na dół do mnie swoją maszynę do szycia, nauczyła mnie na niej szyć, żebym mogła obrębić pieluchy wycięte z beli tetry przydzielonej mi łaskawie przez władze miasta z tytułu urodzenia bliźniaków i kilkunastu metrów białej flaneli tudzież dwóch nieobrębionych kocyków. Mąż jej zawsze przynosił mi z piwnicy (a właściwie lochów pod starym miastem) węgiel i stawiał rano i wieczorem wiadro pod drzwiami.

Na koniec jeszcze trochę o zawartości wspomnianej  broszury dla młodych matek i obowiązujących zaleceń w roku 1966.

Po pierwsze – dzieci nie należy nosić na rękach, ponieważ przyzwyczajają się i nie dadzą matką spokoju.

Po drugie – dzieci nie należy przytulać, całować i do nich zagadywać pieszczotliwie, bo w ten sposób się je rozpaskudzi. Jeżeli się już do nich mówi – należy mówić krótkimi zdaniami, konkretnie i wyraźnie, co sprawia że lepiej rozwijają się intelektualnie i szybciej przyswajają prawa otoczenia.

Po trzecie – karmić należy co 3,5 godziny, 6 razy dziennie z przerwą na noc, chyba że lekarz zaleci częstsze karmienie wcześniaków, ale i tak najwyżej 7 razy i o stałych porach, a nie na żądanie. W międzyczasie nie wolno dawać niemowlęciu nic do jedzenia, najwyżej można dać do picia lekko osłodzony rumianek, miętę lub wodę. Jeśli dziecko domaga się jedzenia poza ustalonymi porami, nie należy zwracać uwagi na wrzaski, tylko odczekać akuratnie do wyznaczonego czasu karmienia. 

Do trzeciego miesiąca życia nie poddaje się niczego innego niż mleko, przy czym lepiej jest podawać mleko w proszku odpowiednio rozcieńczone stosownie do wieku niemowlęcia, niż karmić piersią, ponieważ mleko z piersi może być zanieczyszczone bakteriami lub w inny sposób jeśli matka nie przestrzega higieny lub choruje, a mleko w proszku jest sterylne. Poza tym karmienie mlekiem w proszku uniezależnia matkę od wielu dodatkowych czynności. Pozwala także na łatwiejszą adaptację w żłobkach. 

Dla położnicy było jedno zalecenie, nie przejadać się, pić dużo płynów, zachowywać higienę własną i dziecka.

Wiele od tamtych czasów się zmieniło, tzw “zimny wychów” został zastąpiony wręcz przymusowym “kangurowaniem”, jedno wszak zostało niezmienne – przekonanie, że młode matki należy pouczać, ponieważ są zagubione i że najlepiej to robią aktorki/celebrytki. W telewizji TVN przedstawiona została nowa ramówka, a w niej Małgorzata Rozenek Majdan w porozumieniu z ekspertami (jakże dziś coś może obywać się bez ekspertów?) w programie ROZENEK CUDNIE CHUDNIE będzie informować młode matki, jak powrócić do dawnej figury, a więc używając terminologii czasów słusznie minionych, “nie zapuścić się” albo “nie pozostać soute”. Dochodzi więc jeszcze jeden nowy obowiązek – zadbać o siebie. O niemowlęta dbają już firmy  w rodzaju Instytutu Badawczego Pampers, czy jak on się teraz modnie nazywa w zgodzie z obowiązującą terminologią naukawą. czyli niezrozumiałą dla zwykłego śmiertelnika.

Pieluchy

Przeczytałam w Internecie: odchodzi całe pokolenie bez dotyku ręki, bez czułości i obecności bliskich. Jednocześnie pół kraju martwi się o to, że nie będzie możliwa jazda na nartach, bo nie będą czynne wyciągi. Te oba narzekania są wyrazem nieszczerego prezentowania poglądów, które uznano za słuszne i obowiązujące. Dlatego korci mnie przekłucie tego balonu, dorwanie się na własny użytek – prawem osoby, która jest bliżej lub dalej swego kresu – do obnażenia hipokryzji i fasadowości zachowań.

Po pierwsze: odchodzenie akurat teraz, w czasie panademii, bez czułości bliskich, jakkolwiek jest faktem, nie świadczy wcale o tym, że w innym czasie i miejscu (nie w szpitalu na przykład, a w zaciszu domu czy mieszkania) odchodzenie ma oprawę stworzoną przez czułych bliskich; dotykających i  głaszczących, oprawę pocieszania, trzymania za rękę itp. Od razu zaznaczam, że nie ma to nic wspólnego z miłością, czy innym uczuciem wobec tych bliskich. Brak oswojenia ze śmiercią, kulturowy nakaz nie okazywania emocji w innych okolicznościach, niż przyjęte powszechnie, nie pozwala wielu osobom na okazywanie tej miłości w preferowany przez psychologów sposób. Czułe przytulanie rezerwujemy dla dzieci, zwłaszcza malutkich, a nie dla starców.

Pamiętam kilkadziesiąt lat temu akcję rozpoczętą przez prasę “rodzić po ludzku”. Raz postanowiono idąc tym śladem nieśmiało zapoczątkować jednym artykułem (zresztą kilka lat później) podobną “umierać po ludzku”. Skończyło się na tym jednym artykule i sprawa została zapomniana. Niektórzy komentatorzy odnieśli się do niej z niesmakiem.

Dba się o to, by nowo narodzone dziecko położyć serce przy sercu matki lub ojca w przekonaniu, że jest to ważne dla powitania małego gościa na tym świecie; niepisana reguła podobnego pożegnania ze starcem lub staruszką nie obowiązuje. Przynajmniej wśród tych, którzy w wieku średnim żegnają najczęściej własnych rodziców.

W swoim życiu byłam obecna przy śmierci kilku osób i ani ja sama, ani inni bliscy tych osób nie potrafili przekroczyć niepisanej reguły godnego zachowania w obliczu śmierci. To na zapadłych wsiach czasem ludzie pozwalają sobie na głośne i publiczne lamentowanie, co w naszych, miejskich kręgach uważane jest za niestosowne.

Jeszcze lepiej widać to na pogrzebach. Zdarza się, że w kościele, w czasie podniosłych słów, dla niektórych osób pozbawiony emocjonalnego wyrazu żal po zmarłych jest tak trudny do zniesienia, że ich reakcje są nietypowe – nie potrafią ani lamentować ani zachować spokoju, w rezultacie czego na przykład zaczynają się śmiać lub chichotać. Sama byłam świadkiem takich wydarzeń i wiem, że ogół obserwujących uczestników pogrzebu był bezlitosny dla delikwentów, którzy nie potrafili się opanować. 

Do tego dołączają się sami umierający i ich oczekiwania (mogę jedynie mówić o osobach urodzonych przed II wojną światową). Znajdują się niekiedy w upokarzającej sytuacji, niewygodnej pozycji; miotani przemożnym strachem, nie potrafią zachować się stosownie do wymagań otoczenia, które zazwyczaj mało ich obchodzi. Środkiem ich zainteresowania są oni sami i to, co ich czeka – reszta się nie liczy. Obłuda i zakłamanie nie jest im potrzebne, nie wiadomo nawet czy czyjaś obecność. Obłąkane strachem oczy, patrzące nie wiadomo gdzie, bezładne gesty, chwytające przysłowiową brzytwę, to zapamietane przeze mnie obrazy. 

Ja na przykład, osobiście wolałabym umierać podobnie do niektórych zwierząt – wcisnąć się w najgłębszy kąt i zapaść się w sobie, bez świadków. Jak raki wpełzające pod kamień.

Teraz  zresztą – jak się mówi – biorą z naszej półki. Należę do pokolenia, które właśnie odchodzi i którego głos nie ma większego znaczenia. Mówią o nas bez nas, nie pytają o nic. Zamknięci w swoich mieszkaniach staruszkowie, ograniczeni perspektywą niewygodnego coraz bardziej łóżka, telewizora i szklanki herbaty, którą oby ktoś mógł podać, zaopatrzeni, jeśli na to nas stać w pieluchy (zwane dziś niesłusznie “pampersami” od nazwy firmy a nie od pielęgnacji), widzimy jaśniej to wszystko, co jest poza naszym zasięgiem, ponieważ aprobujemy wszystko, co nas czeka, nas jako staruszków u progu śmierci i nas jako cząstkę ludzkości, która jeszcze nie zauważyła, że nic już nie będzie takie samo. To jeszcze wpojony w dzieciństwie obowiązek zachowania dumy w obliczu nieuniknionego. 

Z tej perspektywy popatrzymy na ulepszenia życia codziennego, które nastąpiły w ciągu ostatnich 50 lat. Jako że zanurzyłam się w świecie fotografii z lat sześćdziesiątych (ostatnio Marek Zurn zaprezentował w tym cyklu zdjęcia z mojego ślubu i jako świeżo upieczonej matki – https://www.facebook.com/zdjeciamarekzurn) niejako w uzupełnieniu zajmę się tematem ciekawym tylko może dla kobiet, a mianowicie pieluchami. Kiedyś my musiałyśmy się nimi zajmować, przewijać nasze dzieci, na starość powraca problem i znowu jest nasz, nie innych. To starcy, zwłaszcza mężczyźni, czują się upokorzeni i bywa, że wolą załatwiać się pod siebie, niż założuć pieluchę. Nie obchodzi ich wygoda otoczenia, a jedynie poczucie źle pojętej własnej dumy.

Na początek kilka zdjęć. Widać na nich ogromne ilości tych skrawków materiału dość grubo tkanej bawełny, które wymagały codziennego prania. Pranie wówczas także było inne niż dziś, ponieważ pralki były rzadkością, zresztą nie były to dostępne dziś pralki automatyczne, tylko prymitywne Franie lub Światowidy. Z maglownicą na korbkę. Uprane pieluchy należało po tym wyprasować, ale ja tego nie robiłam, bo już nie miałam siły. Płukało  się toto w wodzie z octem, (podobnie jak w wodzie z octem pukało się włosy które myto wówczas mydłem, ponieważ nie było jeszcze szamponów ani mydeł w płynie. Elegantki albo osoby o słabych włosach myły je żółtkiem jaj, żeby były mniej szorstkie i płukały piwem, żeby łatwiej się układały). 

Ale wracając do pieluch: nic więc dziwnego, że matki zachęcały dzieci, jak mogły, rozmaitymi sposobami, do korzystania z nocnika. Nauka tej czynności była rzeczą trudną i nie wszystkie mamy podołały koniecznym do tego zdolnościom pedagogicznym. Najlepiej robiły to babcie; miały dużo cierpliwości, nie spieszyło się im nigdzie i czasem same z dziećmi świetnie się bawiły. Tak czy inaczej, dziecko w wieku roku, gdy dobrze i stabilnie siedziało, już zazwyczaj było nauczone załatwiania się do nocnika (przynajmniej na “grubo”), a więc znacznie wcześniej, niż zaczynało mówić. Obecnie firmy produkujące pampersy rozsyłają od blisko 20 lat wszystkim mamom biuletyny, w których przekonują młodych rodziców, że żądanie od dziecka korzystania z nocnika wieku dwóch, trzech lat, to tortura i nadmierne wymagania. Oczywiście robią to w swoim dobrze pojętym interesie finansowym.

Kiedy dziecko przeszło już trening czystości, rodzice mogli trochę odetchnąć ponieważ zmniejszała się ilość prania, którą musieli wykonywać i poprawiał się stan ich zniszczonych rąk tudzież zyskiwali trochę czasu na złapanie oddechu..

Ta seria zdjęć, którą za chwilę przedstawię, powstała wyniku radości z otrzymania prezentu od teścia. Kupił nam pralkę i pierwsze pranie w niej wykonane przekonało nas, że pieluchy niekoniecznie muszą być udręka na długi czas i zabijać radość z posiadania dzieci. Jednocześnie fakt prania i wieszania na ogródku wymienionych pieluch był powodem kolejnej udręki zafundowanej nam przez otoczenie. Ale o tym innym razem…….

I druga, poruszona na wstępie sprawa – straszliwe skutki niedziałania wyciągów na stokach narciarskich (obostrzenia zniesionego od dziś).

Pamiętam za moich młodych lat, że zanim na nartach poszusowało się w dół zbocza, wcześniej należało pracowicie wdrapać się na nie. Wydłużało to oczywiście czas przebywania na stoku, jednocześnie jednak sprawiało, że nasze mięśnie i ścięgna ćwiczyły się bardziej w różnorodnym wysiłku. Wyciągi, którymi wszyscy wjeżdżają na górę, aby zjechać na nartach w dół, powodują że zostaje sama przyjemność i złudzenie wszechstronnego wysiłku. Tak już jest że zamiast iść spacerem, dojeżdżamy samochodem do siłowni, gdzie pracowicie pedałujemy na stacjonarnym rowerku, chociaż bardziej naturalnie moglibyśmy popedałować przez park (co zresztą zaczynamy robić  w obliczu zamkniętych siłowni i co owocuje ogromnymi kradzieżami rowerów, nawet starych i zniszczonych, notowanymi ostatnio.).

Żyjemy złudzeniami i nikt nie próbuje zastanowić się, że nasze złudzenia są kwestionowane przez panademię, toteż natura jakby wymusza na nas refleksje, a my, głupie dzieci cywilizacji, nie dostrzegamy, że właśnie oto na naszych oczach rozwija się prawdziwe postapo, a nie jakiś wydumany, handlowy wymysł. 

Świat sprzed 53 lat

Jest taka strona na Facebooku: “Nowe życie starej fotografii”, gdzie można przysyłać stare zdjęcia, zniszczone lub pogięte, czy porysowane, lub opatrzone pieczęciami z legitymacji i poprosić grupę o naprawienie uszkodzeń. Ponieważ grupowi specjaliści robią to najczęściej w programach komputerowych, niekiedy bardzo wyrafinowanych, często na życzenie poprawiają także poprzez nadanie im koloru. Bardzo zabawnie wyglądają pokolorowane zdjęcia, podobne dawniej wszechobecnym na ścianach nad łóżkami ślubym tak zwanym monidłom, jeśli wiemy o nich, że pochodzą np. z dziewiętnastego wieku, kiedy królowała fotografia czarno-biała. 

Poprawianie rzeczywistości jest popularne w bardzo wielu dziedzinach, nigdy wcześniej  jednak nie było czymś, co dominuje i zaciera ze szczętem autentyczne obrazy, w istocie fałszując prawdę. Niezauważone poprawianie takiego zdjęcia likwiduje jego urok, jego kolor zblakłej sepii na przykład; zastąpiony barwami współczesności, ostrymi i jaskrawymi, nieznanymi wówczas, przez co staje się dla świadomego odbiorcy prymitywny i niewiarygodny. Zauważa on dzięki temu i zastanawia go fakt, że współczesny człowiek niechętnie przyjmuje rzeczywistość; jest ona prawdopodobnie dla niego zbyt bezbarwna i mało atrakcyjna, a przez to paradoksalnie niewiarygodna. Rozważam czasem, jak wiele osobom podobnym do mnie. to przeszkadza? Niewielu chyba, patrząc na powszechność próśb o “pokolorowanie”. Ostatnio napisał ktoś z prośbą o poprawienie zdjęcia uzyskanego jako skan z muzeum, z fragmentem dokumentu, do którego go przymocowano i niemiecką pieczęcią okupacyjną, tzw. “Gapą”. Wydaje mi się, że samo zdjęcie nie ma takiej wartości, jak właśnie owe pieczęcie i fragmenty tekstu, ale komuś przeszkadzały, chciał mieć fotografię przodka, pozbawioną rys i odcisków jego czasów.

Łapię się jednak na tym, że sama nie jestem inna. Zrobiłam sobie “selfie” zapominając, że jestem w koszuli nocnej i chcąc puścić fotografię w świat, prosiłam kogoś o skasowanie kawałka koronki przy szyi. Nazwał on tę czynność fałszowaniem rzeczywistości i oczywiście miał rację (teoretycznie oczywiście).

Przy okazji wigilii, upływającej w dobie koronawirusa w niezbyt radosnej atmosferze, wymuszonej okolicznościami (dla pokazania, że my się nie poddajemy i świętować będziemy) usłyszałam, że od kilku lat nie mam kontaktu ze światem poza Facebookiem i innymi “internetami”, dlatego moje opinie noszą charakter teoretyczny. W zasadzie jest to prawda; nie wychodzę z domu. Ale spotykam się z ludźmi, rozmawiam przez telefon ze starymi i młodymi i właściwie nie odczuwam swojej izolacji jako więzienia i odklejania się od rzeczywistości. Jest jednak w tym twierdzeniu doza prawdy i dlatego sądzę, że nie mam prawa wypowiadać się o współczesności, raczej powinnam zająć się przeszłością. A konkretnie mój biorąc tradycją, do czego namawiają mnie znajomi. 

Tradycyjne zachowania odchodzą w przeszłość i ich ślad ginie wraz z pokoleniami umierających staruszków, zwłaszcza tych, których interesowała zawsze moc szczegółów i szczególików, którzy nie stosowali zasad hierarchii ważności w odniesieniu do życia codziennego. Chociaż nie wychowałam się w środowisku celebrującym jakiś określony rodzaj kultury, należę do takich osób, które sądzą, że każdy szczegół zawierać może w sobie prawdę ogólną i ważną, a każde principium może być śmietniskiem śmieszności i głupoty i dlatego czuję się czasem uprawniona do zabierania głosu w sprawach tradycji i jej przemian. Teoretycznie oczywiście.

 Ale dość wstępu. Ponieważ okres nowego roku i Sylwester nie był taki sam, jak wszystkie inne poprzednie, wzbogacony dodatkowo o swego rodzaju przypomnienie stanu wojennego i zabaw w tamtym czasie, pokuszę się o wspomnienia związane z sylwestrami czasów minionych. 

Jedna rzecz łączy tamten czas i czas obecny, a mianowicie godzina policyjna, jednak nastrój był inny. Wówczas bawiliśmy się jakby była to ostatnia rzecz, którą możemy zrobić przed Armagedonem. Głowę zaprzątały nam problemy związane z zaopatrzeniem, w tym z faktem, że chcąc się dobrze zabawić, trzeba było kilka miesięcy gromadzić wódkę wykupioną na kartki, odmawiając sobie tej przyjemności (a także papierosów i słodyczy tudzież czekolady i kakao) pozostałych jedynie stłamszonym ze wszech miar ludziom.I oczywiście zabawy też. 

Dziś nie jesteśmy już stłamszeni, mamy pełne lodówki jedzenia i alkoholu, ale nie możemy spotkać się z większą liczbą osób, niż pięć. Jak w związku z tym zrobić dobrą zabawę, do której potrzeba przynajmniej sześć, siedem par, czyli 12 do 14 osób? Mogliśmy spotykać się więc wirtualnie, ja przy swoim ekranie i goście przy swoich, każdy ze swoim alkoholem, co ma swoje dobre strony, ponieważ nie widać, gdy w kieliszku wódkę zastąpi się wodą, a robić tak muszę z powodu zażywanych leków. Oczywiście nie wchodzą w grę tańce, ale nie jestem już młoda i wcale mi to nie przeszkadza. Nie uważam też, że dla osób w starszym wieku najlepsze są potańcówki i spotkania z nowymi mężczyznami. Dzisiaj już zaliczyłam takie spotkanie, kiedy napisał do mnie jakiś młody człowiek nie znający mojego profilu na FB, że pragnie porozmawiać o seksie, a skoro odpisałam mu, że już w moim wieku ponad 70 lat sprawa nie jest zbytnio interesująca, grzecznie nie dał po sobie poznać, że go rozczarowałam.

Jednak jest to objaw czasu. Święta Bożego Narodzenia przestały być dla mnie świętym już bardzo dawno, wówczas kiedy w czasach słusznie minionych trzeba było skupić się na zaopatrzeniu w dobra wszelakie, a zwłaszcza w jedzenie. Trzeba było odstać swoje w kolejce po mięso, wędliny, cukier, drożdże i inne rzeczy niezbędne dla świętowania przy przyzwoicie zastawionym stole. Po tym wszystkim już świętować się nie chciało i nie miało siły .

Wracam więc do wspomnianych na wstępie fotografii. Lepiej jak zostaną takie jak były, rozmazane czasem, prześwietlone albo niedoświetlone, wyraziste albo banalne, ale zawsze dokumentujące tamte czasy, czasem poprzez szczegóły nie dostrzegane przez współczesnych A ważne dla osób uwiecznionych. Rozmaite szczegóły, wygląd kieliszków, biżuteria na szyjach i palcach koleżanek, fryzury, sukienki i buty, meblościanki w tle i to co stało na tych meblościankach. Przedstawiają dziś kilka fotografii z tamtych lat, jest ich niewiele bo wiem aparaty fotograficzne nie stanowiły takiej codzienności jak dziś i zdjęć też nie robiło się dużo, a kiedy posiadacz aparatu wypił już trochę alkoholu niedostępnego kilka miesięcy z powodu systemu kartkowego, kiedy alkohol można było zamienić na czekoladę dla dzieci, zdjęcia wychodziły czasem dziwaczne, ale zawsze warte uwagi.

Oto pierwsze zdjęcie: 

Przedstawia ono mnie w wydzierganym własnoręcznie swetrze, którego oczka stawały się z biegiem czasu coraz większe za sprawą byle jakiej włóczki, więc którym cieszyłam się niedługo. Owa włóczka nazywała się wówczas „melanżem” i składala się z dwóch nitek skręconych razem – białej, puszystej i czarnej, o wiele cieńszej i gładkiej, jednakże czarna była zbyt cienka, żeby utrzymać stabilność dziergania. Z dnia na dzień sweter stawał się coraz dłuższy i szerszy, chociaż ja wówczas raczej, chudłam niż tyłam. Zdjęcie jest sylwestrowe, robione w Gdańsku, gdzie wówczas mieszkałam 31 stycznia 1967 r. Takie selfie tamtych czasów, robione zabytkowym już dziś aparatem „lustrzanką”. Pamiętam także oprawkę swoich ówczesnych okularów, której bardzo nie lubiłam i którą zastąpiłam nowym wzorem, gdy tylko pokazał się na rynku – „kocie oczy” – wąskie, podłużne, lekko ukośne, ale nadal ciemne. Szkła tych okularów były grube i ciężkie (podobnie jak oprawki) i zostawiały na nosie wglębienie, którego nie pozbyłam się do dziś. Coś o ówczesnej modzie mówi także fryzura. Moje włosy kręciły się naturalnie, ale owe spiralne loki były skrajnie niemodne. Obowiązywały wówczas włosy długie, proste „na topielicę” albo krótkie, „na chłopczycę”. Wzorem były oczywiście aktorki: Marina Vlady w francuskim filmie „Czarownica”, o losach dziewczyny wychowanej w skrajnej głuszy i Jean Seberg, także francuska aktorka. W tamtych czasach moda podążała za francuszczyzną, a nie angielszczyzną, jak dziś.

Sylwestra spędzaliśmy z mężem we dwójkę, ze śpiącymi w sąsiednim pokoju niewiele ponad rocznymi synami, bez gości i zabawy, w prawie pustym internacie. O takich sylwestrach mawiało się, że spędza się je na białej sali (od koloru pościeli, która w tamtych czasach zazwyczaj była biała, a to dlatego, że oddawało się ją do pralni i magla, ponieważ pralki były jeszcze rzadkością – oczywiście jeszcze nie automatyczne, a zwykłe, z wałkami na korbkę do odciskania wody. Pralnie nie przyjmowały „kolorów”, które wówczas były nietrwałe i zabarwiały inne prane sztuki).  Fotografowanie zajmowało nam czas do północy po codziennym ręcznym wypraniu pieluch, co trwało około 3 godzin.To było pierwsze zdjęcie.

Ostatnie z serii było wklejone do albumu i zasłonięte, ponieważ uważałam je za nieskromne, a przedstawiało mnie nagą, owiniętą służbową zasłonką zdjętą z okna, ponieważ podobał mi się jej wzór i kolor, chociaż ten ostatni oczywiście nie był widoczny na zdjęciu. W tamtych czasach nikt nie nosił długich do ziemi sukienek, nawet ślubne sięgały tylko za kolana, ja zaś marzyłam zawsze o takiej długiej sukni, jak na balach w filmach historycznych.To zdjęcie było formą noworocznej realizacji marzeń. Dziś można śmiało tę fotografię pokazać publicznie, tak wiele się zmieniło od 1967 roku, Dlatego ośmielam się ją zamieścić. Niestety, jakość tych zdjęć odbiega od dzisiejszych standardów, a ja wówczas byłam zupełnie początkująca. W tle wszechobecna olejną farbą malowana lamperia, jaką stosowano w szkołach i urzędach, a także w internatach i mieszkaniach służbowych.

Na koniec zdjęcie w kuchni. Wiszące na sznurkach ścierki były znacznie ładniejsze iż wiszące w pokoju pieluchy (w liczbie 80 na dobę – na dwójkę dzieci), dlatego je wybrałam za tło. Ze szczegółów widocznych na zdjęciu ważna jest zielono-bura lamperia, jakie wówczas malowano w kuchni i zasłonka na sznurku zasłaniająca część okna. Widoczne na zdjęciu (choć marnym) rury kanalizacyjne dopełniały widoku kuchni tamtych czasów. Cóż, kuchenna żarówka o małej mocy była przeszkodą dla niedoświadczonych fotografów.

Gadzi mózg

Człowieczy mózg przypomina cebulę – nie kształtem, a warstwowością – kolejne warstwy narastają na najbardziej prymitywne części, pokrywają je zostawiając jednak miejsce na nowe narośla – tak przynajmniej zrozumiałam stosowne rysunki. Dlatego też uwalnia się czasem z tych najstarszych warstw cebuli mózgowej coś, co mogłoby być emocjami stworzeń pierwotnych, a w każdym razie pierwotniejszych niż ja i moi przodkowie, być może. Nie wiem czy gady odczuwały intensywnie emocje; nie sądzę, ponieważ są zwierzętami zimnokrwistymi i dużo czasu zabiera im doprowadzenie się do stanu, w którym mogą podejmować jakąkolwiek aktywność. Ale może jakieś gady w trakcie procesu przekształcania w coś bardziej skomplikowanego pozostając gadami doznawały przyrostów niejednolitych i nieidentycznych, zanim się ustaliły i skostniały, kto wie?

Dlatego też uważam że gady odczuwają zimno/ciepło, senność/aktywność, potrzebę/brak. Nie jest jednak tak, że uczucia schowane w najgłębszych pokładach mózgu są letnie i miałkie. Tak może być i z potrzebą/brakiem wysublimowanymi w ognistej alchemicznej wrażliwości sennych kamieni filozoficznych, przeniesionych dalej i wyżej w hierarchii rozwoju. Dlaczego więc sądzę, że uczucia z mojego snu pochodzą z najstarszych części mózgu? Niekoniecznie gadziego, może na przykład stworzenia narodzonego w powulkanicznym jeziorze. Dlatego, że jako człowiek nigdy nie doznawałam ich w podobnie silnym natężeniu, a w każdym razie w wyniku jakichś rzeczywistych wydarzeń.

Kiedyś we śnie odczułam silne uniesienie, którego do dziś nie potrafię nazwać, zapewne można by zaliczyć go do  grupy uczuć religijnych, choć nie miało nic wspólnego ani z religią, ani  ze znanymi uczuciami miłości, nienawiści czy pragnienia. Ostatnio sytuacja powtórzyła się, z tym, że uczucie należało do zupełnie innej kategorii. Nie było gadzim pojmowaniem siły wyższej i jej kultu (jeśli gady cokolwiek takiego znają, choć psy już zapewne tak), było tęsknotą za czymś, czego jeszcze nie doznaliśmy gadami będąc, ale przeczuwając wzniesienie się na wyższy stopień skomplikowania, z może przyrośniętymi kolejnymi warstwami mózgowej cebuli. Było przeczuciem, że mamy możliwości przewidziane przez to coś, czy kogoś, kto steruje przyrostami cebuli i robi miejsce na następne jej warstwy pod twardym i nierozciągliwym kamieniem czaszki.

Kilkadziesiąt lat temu odczułam cień podobnej emocji związanej z pewną osobą. Z osobą tą dawno już nie mam kontaktu, a emocja w skali jeden do 10 sytuowała się na pozycji mniej więcej siódmej ale pamiętam ją doskonale z uwagi na inne uboczne okoliczności. Tymczasem ubiegłej nocy miałam sen w którym ta osoba wystąpiła w sytuacji zupełnie odmiennej od rzeczywistej i nieprawdopodobnej. 

Był to sen z gatunku tzw. post apo niewielkiego natężenia. Ów świat alternatywny był ubogi i siermiężny i zupełnie nieprawdziwy. Moi znajomi, a wśród nich ta osoba, pozakładali kolejne rodziny, mieli stadko kolejnych dzieci, gnieździli się wszyscy na kupie w malutkim mieszkanku w popeerelowskim bloku. I oni i ja byliśmy wszyscy ubogo i niechlujnie ubrani, zmarznięci, wobec siebie niechętni i niechęć tę okazujący. Ja odszukałam ich i przyszłam do ich mieszkania, ponieważ we śnie prowadzili sklepik za osiedlem, w starym baraku stojącym wśród piasków, które kiedyś były dobrze utrzymanymi trawnikami zalążków parku (ale park ten nigdy nie wyrósł bowiem drzewa i krzewy uschły). Potrzebowałam coś z tego nędznego i odległego sklepu, równie zwyczajnego i siermiężnego jak rzeczy, które kupowano w tamtych czasach. Tu mała dygresja:

Najlepiej pamiętam gromadzenie uszczelek w starej buteleczce po lekarstwie zawsze potrzebnych w dużej ilości: do kranów, do butli gazowych, do termosów, do syfonów na naboje, czerwonych lub czarnych, gumowych lub twardszych z tworzywa o niewielkiej różnicy średnic. Pamiętam też pierwsze butelki plastikowe, w których zaczęto sprzedawać olej i to, że z dużym trudem myłam je, bowiem o wiele lepiej nadawały się do zabierania napoju do torby niż ciężkie butelki szklane. Był to więc czas początków pojawienia się tej kategorii śmieci, które stanowią dziś globalny problem, kiedy wymiana uszczelki wystarczała do przedłużenia życia armatury a wymycie butelki plastikowej pozwoliło uwolnić wagę dźwiganego przez kobiety codziennego wyposażenia do pracy (nikt wówczas w biurach nie oferował kawy czy herbaty, nie było mikrofali do podgrzania potraw ani kateringu – nosiło się picie i kanapki).

Jednakże uczucie, które w związku z tym doznałam we śnie, dziwne, nie na miejscu i nieprawdopodobne było tak silne i od wielu lat nie odczuwane; nie sądziłam że w ogóle można taką błahą emocję odczuć tak porażająco i całościowo; mogę to wytłumaczyć jedynie faktem, że była głęboko ukryta i wydostając się na wierzch poprzez tarcie o inne warstwy mózgowej cebuli rozgrzała się, mimo że nie byłam gadzia od dawna.

Od dawna zastanawiałam się, co może powodować pojawienie się doznań nie związanych z obrazami oglądanymi w realu lub we śnie, doszłam do wniosku że to uczucie palącego braku pozornie niezwiązanego doznaną w danej chwili rzeczywistością, braku który można nazwać od imienia  patronki jego – Lilithowym. Zrozumiałam, że wiąże się to uczuciem ubóstwa, które w tamtych latach, za PRL, za którą nie wypada wzdychać było dominujące, przywołało jednak te lata, kiedy była młoda i sprawna, mogłam wiele zrobić i panować nad znacznie większą liczbę zdarzeń niż dzisiaj czasach rzekomej wolności, antropocenu i powszechnego wyrzutu sumienia. Mój gadzi mózg cofnął mnie do czasów przed…  Właśnie, ostatni rzut oka na świat który zostawian.

Odpowiedzialność kobiet

Pewna moja znajoma, pani około pięćdziesiątki, napisała:

“Uwaga – będzie ostro. Uważam, że każda kobieta popierająca PiS musi być bezdennie głupia. Ja rozumiem, że kobiety w wieku powyżej 60 lat zioną zawiścią w stosunku do kobiet w wieku „rozrodczym” bo są za stare na zajście w ciążę dlatego popierają PiS i czarną mafię kościelną ale kobiety młode, które mogą zajść w ciążę która może zakończyć się urodzeniem dziecka bez głowy, które dobrowolnie oddają swoją macicę w władanie starym obleśnym dziadom (np. Kaczyński, Terlecki), gnojom którzy wykorzystają nieletnie dziewczyny (były marszałek Sejmu)… Jak nazwać takie kobiety? Gardzę takimi kobietami… “

Przeraża mnie ta mentalność nastolatki, ten brak refleksji i to podpieranie pretensji do świata powtarzanymi bezmyślnie bzdurami o zależności wieku od zazdrości o młodość(???) i urodę, to spłycanie wszystkiego, sprowadzanie spraw poważnych do głupawego banału. Łatwo gardzić kimś, o czyich doświadczeniach nic się nie wie i o kim z wyżyn własnego konta na FB można nie myśleć, chłonąc ostatnie porywy własnej młodości.

Dlatego opowiem o doświadczeniu mojej rówieśniczki, koleżanki z którą kiedyś razem pracowałam, niesympatycznej osoby, niezbyt lubianej. Treścią mojej opowieści, jej morałem właściwie jest relacja (ponadczasowa) o tym, jak bardzo można utonąć w poczuciu winy. Jeśli wie się o tym, co kobieta ta i inne jej podobne przeżyły, trudno zdobyć się na pogardę. Po prostu nie przystoi myślącej kobiecie, siostrze w strapieniach.

Jakkolwiek była niesympatyczna i nielubiana, pomagała koleżankom z pracy udzielając pożyczek z kasy zapomogowej w razie konieczności dokonania tzw w PRL “skrobanki”. Środki antykoncepcyjne wówczas nie istniały, a choć aborcja była prawnie dopuszczalna, skierowaniu do szpitala na zabieg towarzyszyło coś w rodzaju dochodzenia (komisja trzyosobowa z czynnikiem społecznym) a szpitale już wówczas manewrowały kolejkami w ten sposób, że po doczekaniu się na wyznaczenie terminu, sprawa najczęściej była już bezprzedmiotowa. Dlatego potrzebna była zaufana koleżanka zarządzająca zakładową kasą zapomogowo-pożyczkową. I czasem kilka remontów mieszkania w niedługim okresie czasu.

Ela (to nie jest jej prawdziwe imię) dostała pierwszej miesiączki w wieku 11 lat w stołówce domu wczasowego, gdzie wyjechały z matką na dwutygodniowe wczasy. Kąpała się w jeziorze, a potem w mokrym kostiumie boso weszła na obiad nie zauważając, że zostawiła na lastrykowej podłodze czerwone ślady. Nikt jej nie uprzedził, że coś takiego może zajść i z czego to się bierze, więc bardzo się przeraziła i myślała, że umrze ze wstydu. Wszyscy na nią patrzyli z niesmakiem, a pani sprzątaczka przyleciała zaraz z mokrą szmatą, owiniętą wokół szczotki, mrucząc pod nosem: “niby miastowe a wstydu nie mają!”

Matka dołożyła swoje trzy grosze, ale od tamtej pory zaczęła traktować córkę trochę poważniej. Wszak była już kobietą, więc należało udzielić jej pakietu przestróg i pouczeń koniecznych dorosłej kobiecie. Z innych źródeł Ela też czerpała wiedzę, niestety jednak czasem zamiast wyjaśnień dostawała nowe zagadki.

Uznając jej dorosłość matka rozpoczęła dzielenie się wiadomościami związanymi z rodzeniem dzieci, przy czym problemy poczęcia, seksu i przyjemności zostawiała z boku. Eksponowała odpowiedzialność i obowiązki. Mimo to informacje były tak frapujące, że dziewczyna chłonęła je całą sobą.

Dowiedziała się więc, za jak wiele rzeczy odpowiada dorosła kobieta. To, że już może urodzić, wcale nie oznacza przyzwolenia na brak powagi w traktowaniu rzeczy. Żadna miłość i inne bzdury nie są ważne.

 – Kiedy ty myślisz o randkach i innych fiu-bździu, życie szykuje ci przeszkody i zagadki do rozwiązania, od których zależy twój los. Słuchaj więc uważnie. Znasz naszego kuzyna, Mariana? Pewnie nie wiesz, że urodził się obojnakiem. To taki ktoś, o kim nie wiadomo, czy jest kobietą czy mężczyzną. Nie ochrzczono go dlatego i przez pierwsze dwa czy trzy lata życia ubierano na zmianę: raz w sukienki raz w spodenki. Potem rodzice zdecydowali, że zostanie chłopcem, w szpitalu zrobiono mu operację, a kiedy dorósł i okazało się, że pod innym względem jest kaleką, ożenił się z porządną dziewczyną, ale też kaleką, tyle, że on był głuchy, a ona kulawa. Jednak oboje nie byli głupi, żyli sobie spokojnie, pokończyli szkoły i mieli dwoje dzieci, zupełnie normalnych, a nawet, powiedziałabym, przemądrzałych. Syn wyjechał za granicę i nawet jakąś książkę napisał po angielsku od początku do końca. Córka została aktorką, ale za cicho śpiewała i nie zrobiła kariery. No więc mieli mnóstwo szczęścia ci rodzice Mariana.

Dlaczego mieli szczęście? To u nich, te kalectwa, to było rodzinne. Dziadek Mariana, brat twojego dziadka miał trzy żony i z każdej po kilkoro dzieci. To był taki szaławiła, wprowadzał nowe władze w Polsce po wojnie. Komunista znaczy się. Pierwsze dwie żony były starsze, tak koło trzydziestki, bo brat dziadka lubił starsze kobiety. Nie za stare, ale takie średnie. Ale dzieci były pół na pół – jedna zwykłe, inne upośledzone umysłowo. Brat dziadka dowiedział się od jakiegoś lekarza, że stare kobiety mogą częściej rodzić dzieci niedorozwinięte, więc trzecią żonę wziął młodą, czternastoletnią. To była matka Mariana.

– No to… nie kobieta była winna….

– Nie masz racji – powiedziała matka. – Kobieta jest odpowiedzialna za to, kogo wybierze na ojca swoich dzieci.

Ta świadomość zniszczyła moją koleżankę, gdy przyszło jej urodzić jedno dziecko niepełnosprawne, a drugą ciążę przerwać. Zakochała się w niewłaściwym człowieku. dlatego ma na sumieniu dwa życia, a na plecach niesie do końca garb winy i obowiązku. Jest morderczynią. Rozgrzeszyć mógłby ją tylko biskup, bo zwykły ksiądz nie ma uprawnienia. Nie może przystępować do sakramentów i musi odpowiadać dlaczego, kiedy ją pytają.

Zaniedbana, zła, trudna do wytrzymania, ze szczętem nieszczęśliwa. Wszystko daje swojemu dziecku, ale nigdy nie mogąca sprawić, żeby było szczęśliwe. Mąż odszedł i dostał rozwód z jej winy bo nie chciała z nim współżyć.

Ale to były inne czasy – nie było badań prenatalnych, wiedzy o dziedziczeniu i genach, omówień problemów w prasie czy książkach, nie było też internetu. Nie było środków antykoncepcyjnych poza szmatką nasączoną octem – po. Nie było osób niepełnosprawnych, tylko kaleki – ale kobiety i tak zawsze były winne. I – jak dziś wspomniana moja znajoma z FB – wieszają psy na innych kobietach. Także za to, że nie umieją utrzymać przy sobie mężów. I że są niesympatyczne.

Wstąpił do piekieł, po drodze mu było…

Kiedy będąc małą dziewczynką uczęszczałam na lekcje religii, krótko po wojnie  odbywające się jeszcze w szkole – zanim ustrój usunął je z niej na wiele lat – pełna złości i nienawiści do złej katechetki, karcącej dzieci drewnianą linijką po wierzchu dłoni (nie po spodzie, jak pokazują nieraz w filmach!), w odruchu dziecięcej złości i chęci bluźnierstwa (ale niezbyt groźnego, nie takiego, żeby nie można się było potem z niego wykręcić), tak recytowałam wyznanie wiary – uzupełnione o moje prywatne szyderstwo.

Nie wiedziałam, że przyjdzie mi za to teraz odpokutować.

Istotnie, piekło przychodzi zazwyczaj “po drodze.

Ale zacznę od początku. Korzystając z tego, że w erze zdalnych porad lekarskich nie trzeba wybierać się tam na własnych, mało sprawnych nogach, odświeżyłam w poradni przeciwbólowej pewnego szpitala swój zapis sprzed kilku lat. Testowałam wówczas jeden zestaw leków przeciwbólowych, który nie przyniósł żadnego rezultatu, chociaż wiązał się z uciążliwymi dojazdami i długim oczekiwaniem na korytarzu i wreszcie, wskutek niemożliwości dojazdu i długiego przebywania w pozycji siedzącej, zaniechałam tych wizyt. Teraz postanowiłam do nich powrócić, zwłaszcza, że ból coraz bardziej przeszkadzał mi w codziennym życiu, a używane  leki powodowały inne dolegliwości. Najbardziej jednak zależało mi na jak najdłuższej względnej samodzielności: wstać, umyć się, przebrać, coś ugotować i zjeść. I usiąść do komputera. Pisać. Czytać inaczej niż z wysięgnika nad głową. Spać w kilku innych pozycjach niż “strzałki” na prawym boku. Niewiele. To, że trzy lata nie wyszłam z mieszkania, nie liczy się, mam małe wymagania. Żyje moja głowa – reszta jest na jej służbie i ma jedno zadanie – nie przeszkadzać.

Problemem wizyt w przyszpitalnej przychodni było permanentne rozproszenie ich uczestników. W maleńkiej przestrzeni dwóch pokoików, nie większych niż po 8 m kw, kłębiło się dwoje lekarzy anestezjologów, pielęgniarka, dwoje pacjentów, inne osoby odbierające recepty. Nie wszyscy na wózkach mogli się przecisnąć przez wąskie drzwi. Dwa telefony dzwoniły nieustannie. Młyn, którym moja pani doktor kręciła, nie należąc do najbardziej ogarniętych osób, często wymykał się spod kontroli, zwiększając opóźnienia do jednej lub dwóch godzin. Inną  kwestią było to, że utrudniał to system zapisów – po dwie osoby co 15 minut na lekarza (4 osoby na raz), teoretycznie w parach: jedna miejscowa, jedna spoza Warszawy, a tamte często przysypiały w korytarzu już od rana .

Teraz problem kontaktu z pozoru wydawał się łatwiejszy, ale stał się głównym. Nie można było reagować na to wszystko, co działo się w tle; trudno było przez telefon coś wyjaśnić, gdy lekarz prowadził jednocześnie rozmowę z innym pacjentem, pielęgniarką i kimś jeszcze, a z dźwięków trzeba było się orientować jaka jest akcja. Dodzwoniłam się od lipca kilka razy i udało mi się przetestować trzy zestawy leków – niestety bez działania przeciwbólowego za to z licznymi niemiłymi skutkami ubocznymi. Jeden z zestawów był ten powtórzony sprzed lat.

Przy ostatnim uprzedzono mnie, że lek uzależnia. Odpowiedziałam pani doktor, że nie ma znaczenia w moim wieku, wszak w grę wchodzi zaledwie parę lat wg statystyk. Przyjęła do wiadomości i już rozmawiała z kimś innym. Szpitalny anestezjolog. Jasne. Telefon piknął i miałam zdalną receptę.

Od początku lek nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Bolało jak dawniej (zwłaszcza, że szły deszcze i ochłodzenie), a pojawiały się nieoczekiwane ujemne skutki. Jakieś rozsynchronizowanie oczu, podwójne widzenie umożliwiające czytanie, nawet mimo skrajnego powiększenia obrazu na tablecie, nadmierna senność (przesypiałam większą część dnia), płynowstręt i jadłowstręt. Nawet do wypicia łyka wody musiałam się zmuszać. Jedna z rąk popadała w niekontrolowane drżenie, zwłaszcza wówczas, gdy musiałam się czegoś przytrzymać, by na przykład wstać z łóżka lub zmienić pozycję. I sny. Prawdziwe koszmary, stopniowo zmieniające się  w wizje. Śmiać mi się chciało, że nazwa leku nawiązywała do egzystencji – jakby bez tego wszystkiego życie nie mogło istnieć. Pani doktor poleciła mi zmniejszyć dawkę, bowiem lek nie działał. Samowolnie przestałam go brać gdy totalnie straciłam kontrolę nad sobą..

Początkowe koszmarne sny przerodziły się  w wizje na jawie. Muszę tu zaznaczyć, że jak wszyscy pisarze, mam przyjazne stosunki z własną podświadomością, nie jest w stanie przestraszyć mnie byle co. Tym bardziej, że przez cały czas zdawałam sobie sprawę, że wizje są wytworem mojego mózgu, który zbyt szybko (jak na mój gust) przywykł do serwowanego mu zestawu chemikaliów, ale który szybko – jak wierzyłam – się z nich wyzwoli.

Tymczasem wizje komplikowały się. Były to prawie bez wyjątku twarze. Różne i różnego rodzaju – zaczerpnięte z wielu źródeł. Były więc szkice twarzy starców, sporządzane piórkiem przez jakiegoś średniowiecznego malarza, a właściwie fragmenty twarzy, zdjęcia z prasy, filmów, reprodukcje malarstwa, twarze moich bliskich zmarłych, a nawet jakichś koleżanek ze szkoły podstawowej, dawno zapomnianych. Nie zwracały mojej uwagi oczy tych twarzy, a może ich nie miały. Miały za to usta z wydatnymi wargami i z grymasami wyrażającymi całą gamę dezaprobaty. Mówiły coś bezgłośnie, ale skrzywienie ich ust wystarczało za słowa. Za to ja, czegokolwiek bym nie powiedziała – do nich nie trafiało. Zero reakcji.

To ciekawe, jak wszystkie te postaci potrafiły wybrać z mojego wnętrza pasujące do siebie ostrosłupy, a każdy z nich był moją złą cząstką. Twarze, a właściwie ich wargi upokarzały mnie, udawadniały w swój bezgłośny sposób jaką nikłą i nikczemną jestem istotą, jak bardzo nie zasługuję na dalsze życie, ile krzywd wyrządziłam samym swoim egzystowaniem, nawet bez złych, albo wręcz żadnych zamiarów. To nic, że wszystko było nieprawdopodobne, że jakieś dzieci(nieistniejące) koleżanki(istniejącej) pozamieniałam na pół-taczki pół-ludzi, a potem odpiłowałam tym cyborgom koła, nic to, że wiedziałam, jakie to nieprawdopodobne i nierzeczywiste – ale wywołana emocja, uczucie przygnębienia i głębokiej winy zostawało i osadzało się coraz głębiej.

Prawie nie budziłam się. Nie jadłam, nie piłam; łyk wody nabranej dla zwilżenia ust wypływał kącikiem ust, a ponieważ leżałam stale na prawym, mniej bolącym boku, po tej stronie warg zrobił mi się liszaj, podobnie jak i zaognił się kącik oka od wypływających łez. Przestałam panować nad ciałem ale na szczęście starczyło mi rozsądku, żeby się zabezpieczyć. Pani sprzątająca przychodziła dwa razy w tygodniu i robiła wokół mnie porządek. Dałam jej kartkę z telefonami rodziny, a na pytanie, po co, odpowiedziałam, że jeśli mnie już nie będzie. Naiwnie spytała: przecież sama pani nie da rady wyjść, ale tylko mruknęłam coś – nie miałam siły niczego jej tłumaczyć. 

Najgorsze były dwa dni, kiedy leżałam w pełni przekonana, że powinnam umrzeć aby “wszystko było w porządku na świecie”.

Z tego przekonania wyrzucił mnie (dosłownie) mój syn, który przywiózł nowe łóżko z działającymi elektrycznie sterowanymi podnośnikami w miejsce poprzedniego, wygniecionego z dołami i górami i źle działającą poklejoną plastrem okablowaniem. Zakłębiło się w mieszkaniu, kazali mi sprawdzić czy wszystko działa i już ich nie było. Nie zauważyli chyba, że ze mną coś nie tak.

Na chwilę wymyślone twarze wymazały twarze rzeczywiste. Zrobiłam im zdjęcie telefonem, żeby mieć dowód, kto istnieje i zaczęłam wracać do życia. Najpierw nauczyłam się pić, potem jeść zmiksowane zupy z warzyw, jakie w międzyczasie nie zgniły, powyrzucałam popsute rzeczy z lodówki, powoli robiłam coś koło siebie, kazałam sobie obciąć włosy i spodobałam się sobie po tych postrzyżynach.

Po dwóch dniach zginęły już nie tylko usta pokrzywione w złośliwych grymasach ale i ch właściciele – twarze. Po kolejnych dwóch zniknęły senne koszmary i przestałam śnić, albo sny pamiętać. Z twarzy zeszła opuchlizna, zgoiły się bruzdy od śliny i łez i znowu jestem – jak na moją rzeczywistość – prawie jak nowa.

Przeczytałam do końca książkę i przejrzałam internetowe wydania gazet. W jednej z nich czytałam o podłączaniu osób do respiratorów, dlaczego są w śpiączce farmakologicznej, jak to wygląda ze strony chorego. Zastanowiłam się: A jeśli ci ludzie w śpiączce cierpią, jeśli widzą duchy żywych, zmarłych, a nawet dzieł sztuki, jeśli przeżywają zmasowany atak wszystkich sił na siebie i nie mogą dać znaku życia? Powiedzieć, jak cierpią. Doczekać się śmierci, jak ja miałam przez dwa najgorsze dni?

Pod żadnym pozorem nie chcę być podłączana do takiej maszyny.

Kilka dni wcześniej – 6 października – Mars zbliżył się do Ziemi na minimalną odległość ok. 62 mln km.  Ścisła opozycja Marsa do Słońca wypadała 13 października.

Bez poprawek

(kilka tygodni wcześniej, gdy się wszystko zaczynało)

(Sen 20.09. nad ranem)

Dzisiaj miałam dziwny sen. Znajdowałam się na sali wśród wielu osób w oczekiwaniu na egzamin pisemny na temat, jaki już zapomniałam.  Każda przystępująca do niego osoba miała prawo zabrać ze sobą wyłącznie cztery przedmioty. Jednym z tych przedmiotów był długopis, potem zabrałam jeszcze okulary i dwa inne przedmioty – pamiętam, że piątym przedmiotem, którego nie było mi wolno zabrać, były nożyczki. Wszystkie przedmioty schowałam do kieszeni na biodrze, w sukience (granatowej w białe wielkie grochy, którą kiedyś sobie sama uszyłam; kieszeń była na paczkę papierosów i zapałki, więc byłam zapewne w tym śnie jeszcze młoda i szczupła, skoro, jak pamiętam, zużyłam na nią 1 m 35 cm materiału z przecenionej resztki), a ponieważ nożyczki wystawały mi z tej kieszeni, szłam do drzwi bokiem, tak aby ukryć jej widok przed pozostałymi osobami. 

Kiedy weszłam do sali, w której odbywał się egzamin, dostałam kartkę papieru poliniowaną i ostemplowaną czerwoną pieczęcią. Zaczęłam na kartce tej pisać wypracowanie zawierające wykład starożytnego filozofa (w każdym razie był to szkic wykładu), wygłoszonego przypadkowym osobom, zaczepionym przez niego na ulicy i namówionym do jego wysłuchania .

Pisałam bardzo długo i kiedy wreszcie przestałam, zauważyłam że zapisałam z obydwu stron nie tylko tę kartkę, którą otrzymałam, ale jeszcze drugą. Zastanawiałam się chwilę i sprawdziłam jakie przedmioty są mi urzędowo dostępne, zawieszone w przezroczystej saszetce, przyczepionej do ściany obok stolika..

Zauważyłam, że była to gumka do ścierania i inne drobiazgi; nie było wśród nich nożyczek, ale nożyczki nie przydałyby mi się do niczego, ponieważ papier zapisany był dwustronnie, a zwykła gumka nie ściera długopisu. Chciałam sprawdzić i przeczytać to, co napisałam i ewentualnie poprawić błędy, okazało się jednak, że rękopis jest zupełnie nieczytelny do tego stopnia, że nie byłam w stanie nawet oznaczyć cyframi kolejności stron. Przerażona tym obudziłam się, pytając siebie o sens tego snu. ponieważ odniosłam wrażenie, że mówił o czymś bardzo głębokim i ważnym. Odczuwałam poza tym wstyd, że przystępując do konkursu, nie zachowałem się uczciwie, zabierając nożyczki, jednakże nie byłam w stanie ich wykorzystać; do niczego nie były mi przydatne, były jednak ważne, ponieważ jest za ich sprawą zapamiętałam towarzyszące mi uczucie zażenowania, podobne do wyrzutów sumienia. Zastanawiając się dalej nad przekazem tego snu doszłam do przekonania, że ważny jest też temat tego wypracowania, dlaczego był to akurat wykład filozofa i akurat dla przypadkowych osób. 

Podejrzewam, że dlatego, iż myślałam wczoraj o cytacie przeczytanym w Internecie i doszłam do wniosku że niemiecki filozof, którego nazwisko brzmi bardzo dostojnie, a z którym nie miałam okazji się zapoznać, bredził równie spiskowo, jak moi niektórzy znajomi na Facebooku. Ważny też był krąg słuchaczy filozofa, którego wykład był tematem mojego wypracowania i fakt, że nie dałam rady go zmienić świadczący, że tekst wysłany w świat, już nie może zostać poddany korekcie. To, co wyszło spod pióra i z mojej głowy, zostanie już na zawsze nie do poprawienia, tak więc niedozwolone nożyczki i dozwolona gumka do niczego się nie przydadzą, choć pozostają mi wyrzuty sumienia, że postąpiłam nieuczciwie.

Pozostałoby mi na tym zakończyć opis snu – odwołaniem do cytatu owego filozofa, z którym zapoznałam się dzięki Facebookowi, a który zamieściłam w poprzednim odcinku.

Jednak nie, to jeszcze nie koniec moich rozważań. Pomyślałam, że mój sen może mieć związek z tym, że dziś Facebook przypomniał mi odcinek “Babci ezoterycznej”, w którym opowiadałam o ulicy Marszałkowskiej w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Ten opis stał się fragmentem drugiej części mojej powieści “Sierotka”. Przypomnienie mi tego wspomnienia, opublikowanego jeszcze w “Tarace”, nasunęło mi jednocześnie refleksję, że część druga książki jest napisana i zawiera sporą partię tekstu, mianowicie około 100 stron zormalizowanych; szkoda, żeby taka partia tekstu przepadła. Ciągle jednak mam trudności z powrotem do pisania dłuższych tekstów i skończenie drugiego tomu stanowiłby wyzwanie, które mnie przerasta psychicznie i fizycznie. Psychiczne trudności wynikają ze zbyt małej odległości czasowej od zamierzonego okresu, w którym stopniowo moja kariera życiowa zmierzała ku końcowi, fizyczne z niemożliwości siedzenia na krześle czy fotelu dłużej niż 13 minut z powodu przeszywającego, ostrego bólu kręgosłupa, a nawet tekst dyktowany w programie głosowym wymaga siedzenia przy klawiaturze i poprawiania o wiele obszerniejszego, niż normalny, wpisywany ręcznie.

 Jednak gotowy fragment (początek) drugiego tomu powieści jest zbyt duży, aby zamieścić go, jako odcinek aktualnie prowadzonego mojego bloga, wpadł mi więc do głowy pomysł aby dołączyć tę część do tekstów udostępnionych bezpłatnie na witrynie autorskiej Kasia Urbanowicz@pl. 

Astronomicznie i astrologicznie jest to czas bardzo trudny. przełomowy, czas wykluwania się nowych plam na Słońcu, przebiegunowania Ziemi i niekorzystnych układów planet pokoleniowych. Moje osobiste przeczucia (którym staram się nie dawać nadmiernego przystępu) wirują jak nakręcone udzielając odpowiedzi dziwacznych i niezrozumiałych jak plamy na Słońcu i jak kolejne sny – coraz mniej zrozumiałe ale z coraz większym ładunkiem symbolicznym.

https://wyborcza.pl/7,75400,26316851,nasa-rozpoczal-sie-25-cykl-na-sloncu-odwraca-sie-wieloletni.html

Kopanie piwnicy – sen 21.09 g. 5,13

Kopiemy ze zmarłym mężem piwnicę i ja dostaję tytuł inżyniera haremu. Jest to przedsięwzięcie typu kulturalnego (czymkolwiek by było), ale bardzo dziwnego. Piwnica ta ma ładne, głębokie brzegi, jest przynajmniej trzy metry głęboka i zawiera wydzieloną przestrzeń, w której ma znajdować się winda albo inne inne urządzenie do wyjścia z wykopu. Raptem na budowie pojawiają się Chińczycy i zaczynają tę piwnicę poszerzać; dokładają nowe bloki obmurowania i przyczepiają je w bezładzie i pośpiechu. Wszędzie jest pełno gliny i błota a piwnica, początkowo zaprojektowana według prawideł sztuki, zaczyna mieć coraz bardziej nieregularne kształty. Chińczycy na budowie ciągle się zmieniają ale mąż nagle mi znika i nie mam już z kim się porozumieć, jak to wszystko naprawić. Jednocześnie z góry spadają kamienie oraz z rzuca się także w dużej ilości mokrą zaprawę budowlaną,

Nie wiem jak wyjść z tej piwnicy, a poza tym stoję już na ostrej grzędzie, utworzonej pośród stale pogłębiających się miejsc bez możliwości zmiany miejsca.Dookoła mnie oprócz Chińczyków pojawiają się na budowie jacyś Europejczycy, ale trudno z nimi porozmawiać, bo nie znam języka. Jeden z nich ma twarz całą zaklejoną gliną i tylko otwarte usta; proszę go o to, żeby pomógł mi jakoś wyjść, ale on twierdzi tymi zabłoconymi wargami i różowym językiem, że jest to niemożliwe, bowiem nic nie widzi i nie ma zielonego pojęcia o moim położeniu, chociaż oczy ma otwarte.

Potem Europejczycy znikają i znowu chodzą sami Chińczycy, z którymi nie wiem jak się porozumieć, po czym na zmianę znowu pojawiają się Europejczycy. Tak to zapamiętałam – jako korowód charakterystycznych twarzy i sylwetek, ale odmiennych sposobów poruszania się.

Próbuję z nimi wszystkimi rozmawiać, ale zawsze rozmowy te kończą się na niczym. Oni sami wchodzą i schodzą po kamieniach przyklejonych do ścian, robią to jak wprawni wspinacze na ściance i nie rozumieją, że ja nie jestem w stanie po tych kamieniach się wdrapywać .

W końcu pojawia się jakaś kobieta i jej też próbuję wytłumaczyć, że musi zebrać kilku ludzi na górze i ci ludzie muszą mnie wciągnąć na linie, w inny sposób nie jestem w stanie wyjść.

Na to kobieta odpowiada mi, że muszę założyć konto gdzieś w pobliżu, zebrać środki finansowe i dalej pertraktować.Chce mi się bardzo siusiu i nie mogę ani wyjść ani się schować, więc budzę, się ponieważ muszę iść do toalety. 

Wysłane z iPada 29.09.2010 g. 3,21 w nocy:

“Moje myśli są poustawiane w ostrosłupy, są galaretowate i mokre, ale jednak nie są okrągłe.”

Nie dostrzegłam w tym początku. W fakcie, że wysyłam sama sobie maile w nocy i w tym, że w moim śnie pojawiają się twarze… I że dojrzewają.

Przeczytałam jeszcze rano w czyimś nekrologu i zapisałam:

“Pomimo postępującej przez lata ciężkiej choroby kręgosłupa, jej kręgosłup moralny i polityczny pozostał nienagannie prosty.”

Ja też choruję na kręgosłup. Też jest pokrzywiony, a właściwie skręcony, jednakże nie on mnie boli, ą stawy biodrowe.

Znak Strzelca jest znakiem bestialskim, to znaczy złożonym z części zwierzęcej i części ludzkiej. Jako koń pragnę biec, galopować bez ograniczeń przed siebie, jako człowiek krępuję swoje popędy. Ja uważam, że znak ten składa się na bestię z trzech, a nie dwóch części. Trzecią jest świat, otoczenie, warunki w których żyję. Niewątpliwie u mnie ograniczająco zadziałał ustrój polityczny, w PRL-u galopowanie było niedozwolone. Kobieta powinna pracować, dbać o rodzinę, a przemieszczać się rzadko i tylko raczej na urlopy w ośrodkach przystosowanych do wypoczynku mas pracujących: domach FWP, ośrodkach domków campingowych nad jakąś wodą (morze, jezioro, rzeka). Wyjazd za granicę przez jakiś czas nie był możliwy, potem po licznych trudnościach. Jak w takim wypadku galopować? Jak zachować prosty kręgosłup? Więc mój kręgosłup moralny i polityczny także nie pozostały proste.

Ale proste kręgosłupy też mogą być objawami schorzenia. I tak źle i tak niedobrze.

Bezsilność wtóra

Sytuacja na kwarantannie (w moim przypadku nieustannej) kieruje moje myśli ku tym zamkniętym i jestem myślą z kimś, kto TAM jest, GDZIE jest. Opowiada o nim żona, była lub aktualna, zależy od miejsca przebywania dokumentów krążących między różnymi urzędami.

Rozmawiam z żoną. Jej włączył się rano czujnik dymu, bez sensu i potrzeby. Potem sam się naprawił.  Wszystko jest pomyłką, i życie i śmierć, i obecność i odejście, a nasze wybory iluzją. Wrogowie stają się przyjaciółmi, gdy jesteśmy razem myślami TAM.

Myśli intensywnie: jak się TAM obywa bez swoich leków, bez książek, bez filmów i bez czego tam jeszcze muszą się ludzie obywać. Przyzwyczajony do czynnego życia, jak znosi przymusową bezczynność? Czy myśli o niej? Czy jej sen nie przedostał się do jego snu? Wie, że cierpiał na bezsenność, ostatniego maila dostała od niego 22 lutego o godzinie 1, 24. Nic osobistego, tylko gazetka. Ale nie spał. A rano… Rano zaświeciło w oczy oślepiające słońce.

Czy ja mogę jeszcze coś zrobić? – myślała intensywnie. – Jestem ostatnia w kolejce osób uprawnionych. Jestem ostatnia w kolejce tych, którzy jeszcze coś mogą. Prawdę mówiąc nawet nie ustawiam się w tej kolejce. Tej bezsennej nocy otworzyła okno i przesiadła się na fotel. Księżyc ginął w powodzi miejskich świateł, a towarzyszył im błękitny błysk światełka nowego monitora od telewizora. Obudzona w środku nocy zimnym powiewem wiatru odczytała przesłanie, którego nie zamawiała. Tak bywa czasami, że budzą się uczucia, które kiedyś – wydawałoby się – umarły.

Patrzę dla niej w gwiazdy, w ich horoskop. Niczego nie wskazuje, poza wielkim zamieszaniem i nieporozumieniem. Koniunkcja tranzytującego Jowisza do urodzeniowego Neptuna w opozycji do Księżyca, szczególnie wielkiego tamtej nocy. Poza tym NIC, co mogłoby wskazywać, przestrzec, dać do myślenia. WIELKA POMYŁKA – klasycznie. Czasami horoskopy wskazują czyjąś śmierć także jako wielkie nieporozumienie. Ale o śmierci nikomu się nie mówi, taka jest zasada etyki astrologów.  Zamknięcie też pokazuje: więzienie, szpital, zakon, odludna wyspa… Ale nie tym razem.

Ja obudziłam się też kiedyś o czwartej rano z uczuciem, że pali mnie cała skóra. Pomyślałam: odleżyny i z przerażeniem przesiadłam się na fotel. W fotelu tym przespałam do rana. Piekła mnie lewa strona, obojczyk od serca, a na nadgarstku pojawił się wielki wylew. Ucieszyłam się. Lepiej na nadgarstku niż w mózgu. Głupio się cieszyć z czegoś takiego. Miałabym sprawę z głowy, niech inni się martwią! Ale jak jest, gdy boli cudze ciało, nie własne?

Pyta mnie ta żona/nie żona: – Kto zapłacze razem ze mną, komu starczy odwagi?

Trzeba powiedzieć jasno – w aresztowaniu tym nie było najmniejszego sensu, dowodu, uzasadnień zarzutu. Był jeden pewnik: władza polowała na kogoś, kto się jej naraził grubiaństwem, długim ozorem, a działał na tyle szeroko, że spodziewano się coś na niego wysupłać, znaleźć. Osoba o którą się martwiłyśmy z jego żoną może mogłaby coś powiedzieć, naskarżyć, dać cynk… Bo znała tego właśnie człowieka. 

A ten, którego znał, nagrywa filmy, w których prezentuje dziesiątki dokumentów ukazujących bezprawie jasno i bezsilnie, bowiem nikt nie może nic zrobić w obliczu nawiedzonego spojrzenia inkwizytora, któremu dano władzę. Z drugiej strony jednak nikt nie jest w stanie zweryfikować opowieści, która towarzyszy dokumentom.

A my pytamy, skąd się biorą teorie spiskowe. Z bezsilności rzecz jasna. Usiłujemy wytłumaczyć coś, czego nie wiemy i na co nie mamy najmniejszego wpływu albo naszego wpływu nie doceniamy. Najczęściej widzimy czyjąś złą wolę ale czasem idziemy w ślad filozofów podpierając się ich autorytetem.

Czytam:

„W przyszłości będziemy eliminować duszę za pomocą leków. Pod pretekstem „zdrowego punktu widzenia” znajdzie się szczepionka, dzięki której ciało ludzkie będzie leczone jak najszybciej bezpośrednio po urodzeniu, tak aby człowiek nie mógł rozwijać myśli o istnieniu duszy i Ducha.

Lekarzom materialistom zostanie powierzone zadanie usunięcia duszy ludzkości. Tak jak dzisiaj, ludzie są szczepieni przeciwko tej chorobie czy schorzeniu, tak i w przyszłości dzieci będą szczepione substancją, która może być produkowana właśnie w taki sposób, że ludzie dzięki temu szczepieniu będą odporni na bycie poddawanymi „szaleństwom” życia duchowego. Byłby on niezwykle mądry, ale nie rozwijałby sumienia, a to jest prawdziwy cel niektórych kręgów materialistycznych.

Dzięki takiej szczepionce można łatwo rozluźnić ciało eteryczne w ciele fizycznym. Po odłączeniu ciała eterycznego, związek pomiędzy wszechświatem a ciałem eterycznym stałby się niezwykle niestabilny, a człowiek stałby się automatem, ponieważ ciało fizyczne człowieka musi być wypolerowane na tej ziemi przez wolę duchową. Tak więc szczepionka staje się rodzajem arytmetycznej siły; człowiek nie może już pozbyć się danego materialistycznego uczucia. Staje się materialistą konstytucji i nie może już wznieść się do poziomu duchowego”.

Tak, tak, mylimy się. Nie napisał tego żaden mój nawiedzony duchowo znajomy z facebooka, nie jest to żaden płaskoziemiec ani antyszczepionkowiec ani inny nawiedzeniec, piszący bloga z przesłaniem dla świata. Napisał to niemiecki filozof, Rudolf Steiner (1861-1925) za Wikipedią “austriacki filozof, mistyk, badacz spuścizny Goethego, twórca antropozofii. Steiner zyskał początkowy rozgłos jako krytyk literacki i filozof kultury. Na początku XX wieku założył ruch duchowy, antropozofię, jako ezoteryczną filozofię wyrastającą z europejskiego transcendentalizmu i teozofii.” Częściowo przynajmniej należy go traktować poważnie.

Dziś takie teorie powstałe z bezsilności za sprawą internetu mnożą się jak króliki w upale, choć są jawnie nieprawdziwe. Komu by się chciało szczepionkami usuwać duszę, żeby rządzić ludzkością? Wystarczy jakiś związek chemiczny, własność takiego medium jak facebook, parę cyrkowych sztuczek, jak religijnej treści obrazy wyświetlane na tle chmur plus sprzyjające ustawodawstwo,

Zresztą nie taki człowiek, z którego wysączono duszę jest niebezpieczny. Największe niebezpieczeństwo grozi nam ze strony tych, którym wsączono kilka dusz na raz, a jedna z nich jest przekonana iż bez niej i bez jej porządków świat ulegnie zagładzie, trzeba go więc jak najszybciej i drogą na skróty naprawić. Jedna z tych dusz realizuje coś, co uważa za swoje powołanie, druga garściami czerpie z metod inkwizytorów, trzecia idzie w tym na skróty nie widząc, ile zła wyrządza, a któraś kolejna zacierając ręce wydaje nie swoje pieniądze. Kilku takich ludzi plus jakieś zjawisko przyrodnicze albo epidemia… I kilka ustaw

Bezsilność

W taki dzień jak ten nie chce się wstawać i patrzeć na świat. Wszystko wygląda jak festiwal bezsilności, każda ze stron, napędzana siłą prowadzącą niegdyś Edypa ku zatracie porusza się niczym marionetka na patyku, wykonując sobie przypisane przez kogoś ruchy.

Wiry w przestrzeni mnożą się, zagarniają coraz więcej miejsca i choć nie widać, co je napędza, czujemy przez skórę energię upartą, bezmyślną ale zdeterminowaną, jednakże cel jej działania jest nieznany.

W poprzednich odcinkach pisałam o rzeczach i sprawach, które nas zawłaszczyły, związały i od których nie możemy, na nawet nie próbujemy się wyzwolić. Dziś chcę oddać pod refleksję pogląd przeciwny – gdy wyzwolenie się nie jest dla człowieka korzystne. Oczywiście zazwyczaj nie zależy to od niego samego, a od czasu, w którym żyje, od tego jednego momentu, o którym nikt nie wie, że przesądza o wszystkim.

Swego czasu na potrzeby opowiadania “Oczy jak chabry” poświęconego pogromom Polaków na Ukrainie w czasie II wojny światowej (niestety, prawdę o tych wydarzeniach i w ogóle potrzebę mówienia i pamiętania o nich zawłaszczyła sobie jedna opcja polityczna), przeczytałam kilka tomów relacji bezpośrednich świadków wydarzeń. Wiele z nich zawierało sugestie odpowiedzi na nie zawsze zadane głośno pytania: dlaczego jedni ocaleli, a inni zginęli? Dlaczego ocalało wiele dzieci, gdy ginęły całe rodziny? Jak się stało, że niejednokrotnie mały człowiek wychodził cało z opresji, które silniejszym, bardziej doświadczonym i zdeterminowanym nie dały szans. Czy była to tylko sprawa przypadku, czy istniały w wydarzeniach prawidłowości, o których wówczas nikt nie wiedział?

Większość dyskutujących zgadzała się, że dzieci biedniejsze, z rodzin, o których mówimy dziś “dysfunkcyjne”, będąc odporniejszymi na przeszkody losu, tę miały przewagę na starcie, że do życiowych doświadczeń dołączały instynkt zwierzęcia i zwierzęcą determinację oraz swego rodzaju jednokierunkowość działań. W przeciwieństwie do rodziców, martwiących się jednocześnie o kilka spraw jak, dzieci, gospodarstwo, rodzina, przyszłość itp, dziecko martwiło się wyłącznie o siebie. Żyło wśród trudności i stresu dnia codziennego, przyzwyczajone niejako do walki o życie. Rzeczy ostateczne wyczuwało przez skórę, instynktem, nie rozumem. Ta wiedza jest coraz mniej powszechna, zwłaszcza, że świadków tamtych lat ubywa, a i tak od co najmniej kilkudziesięciu lat “historycy” wiedzą lepiej niż naoczni świadkowie. Kto tam słucha opowieści babci lub dziadka, którym opowiadali rodzice o sposobach przetrwania w zawierusze wojny, latach głodu i nędzy, opresji ze strony wszechwładzy? A jeśli wysłucha lub przeczyta relację przypadkiem jakiś psycholog, będzie twierdził,  że tamte biedne dzieci opowieściami wzmacniały swoje JA.

Była jeszcze inna prawidłowość. Większe szanse miały dzieci nieposłuszne. Moim zdaniem ratowała je nieprzewidywalność, ale kto wie? Może szła ona w parze z wyczuciem chwili, swego rodzaju wrodzoną życiową wirtuozerią, może zaś istotnie chroniło je coś innego? Odmienność, konieczność odnajdywania się wśród obcych wyostrzała spostrzegawczość, pozwalała dostrzegać prawidłowości nowego trybu życia. Nie czerpiemy dziś wiedzy od uchodźców, udajemy, że byłaby ona jedynie źródłem stresu, a stres i psychiczny dyskomfort to najgorsze, co może nam się przydarzyć. Wyraźnie widać to po ciężkich przeżyciach rodzin skazanych na przebywanie ze sobą w dwutygodniowej kwarantannie, którą uważają za najgorsze, co mogłoby ich spotkać. Albo tego, że w szkole temperaturę dzieciom można mierzyć jedynie za zgodą rodziców, bowiem niektóre może to nadmiernie stresować. Ale odbiegłam od relacji o jednym z licznych przykładów.

Znamiennym przykładem jest historia pewnego nieposłusznego dziewięciolatka, który na samym początku pogromów, gdy jeszcze niewielu Polaków wiedziało o nich,  huśtał się na furtce od ogródka – czego surowo zabraniali rodzice.  Kiedy na ich podwórku pojawiła się grupka obcych osób, mówiących po ukraińsku i nakazujących rodzicom zawołanie wszystkich członków rodziny dla przekazania im ważnego oświadczenia, nie podszedł do rodziców, jak pozostałe dzieci, a schował się w krzakach porastających płot od zewnątrz gospodarstwa. Rodzinę z komplecie zastrzelono, prawdopodobnie chodziło o to, aby uchronić wyposażenie domu przed tryskającą krwią; ocalał tylko ów nieposłuszny chłopiec, a co więcej, udało mu się na własną rękę ukrywając się przezimować, a potem dostać się do stacji, z której odbywały się transporty do Polski i tam wyjechać.

Bardzo niekomfortowe jest myślenie o tym, że społeczeństwa napędzane są przez agresję, przez wczesne doznawanie jej w dzieciństwie i naukę na własnej skórze jak się przed nią bronić, a nie przez posłuszeństwo, ugodowość, współpracę, cierpliwe znoszenie opresji. Ta druga postawa wywołuje w agresorze przekonanie, że wszystko mu wolno, a więc zwiększa sumę cierpienia. Niebezpieczne z pozoru zachowania jak demonstrowanie w obliczu aroganckiej i agresywnej władzy, ponoszenie ofiar na ogół nie idą na marne. Jeśli obracają się przeciwko społeczeństwu na skraju wytrzymałości, to potem , gdy zdobytą władzę spokojnie już przejęli inni cwaniacy. Takie zrywy, jak na Białorusi mogą źle się skończyć ale paradoksalnie, niosą doświadczenia, które temu pokoleniu mogą się jeszcze przydać. Następne już zapewne zapomną.

Wyobraźnia, inteligencja i dobre wychowanie są przeszkodą dla tych, którzy skaczą na główkę do nierozpoznanego zbiornika, choć czasem im się udaje przeżyć. Zwłaszcza, gdy przeżycie to jest jedyną szansą…

Smutek bierze gdy patrzę na współczesne dorastające dzieciaki, które nie bardzo wiedzą czego chcą, i  nudząc się przy swoich smartfonach kontestują rzeczywistość lub to, co za nią biorą, pogubione w świecie współczesności.One nie musiały jeszcze o nic walczyć i to może stanowić ich zgubę. We własnych oczach stanowią centrum otaczającego je świata, przyzwyczajone, że ścieli się on im do stóp, przeszkody własnej egzystencji widzą jedynie tam, gdzie im się wydaje, a nie tam, gdzie istnieją rzeczywiście, buntują się przeciw rzeczom nie dającym się uchwycić albo naprawić. Nawet wówczas, gdy angażują się w słusznej sprawie, ich zaangażowanie nie zabiera wiele czasu ani troski. Jakieś weekendowe zbieranie śmieci, klimatyczne strajki, najpiękniejsze przemówienia nie naprawią niczego. Nie czują, że wielkimi krokami zbliża się do nich zły wilk z otwartą paszczą, o czym nie mówiono w bajce, zapraszany przez niedocenianego pradziadka…

Tabu

W internecie zobaczyłam taki obrazek a sądząc z pierwotnego zamieszczenia śmiało można go zakwalifikować jako pokaz dyskomfortu obserwatora, spowodowany uniesieniami wiary polegającym na układaniu się na ziemi w ukazaniu pokory przed Bogiem lub jego ucieleśnieniem – odwzorowaniem: kościołem czy kapłanem, bowiem przedmiot uniesienia nie jest widoczny, można jedynie się go domyślać.

Obrazkowi towarzyszyły liczne komentarze. Oto niektóre z nich:

  • między wiarą, a fanatyzmem jest różnica
  • ciemnogród
  • oddaje cześć brudnej podłodze? Można pewnie : )
  • To nie wiara : to religia
  • każda religia, to patologia..
  • Ta matka, co leży w tym czerwonym, ona, myślę, tylko odsypia nieprzespaną noc przy dziecku
  • Nie ma nic gorszego niż fanatyzm religijny !!!!
  • jakże jest to smutne, co się z nami stało – ile w nas jadu, wszystko stało się śmieszne i tylko krytykować i opluwać. I my mówimy o TOLERANCJI ? Paplamy tym słowem ale gdzie jest praktyka? Widzimy brak tolerancji u tych, którzy nam nie odpowiadają, a co robimy MY sami?

Dla mnie obrazek nie tylko nie był śmieszny, ale bardzo, bardzo smutny. Ile trzeba mieć w sobie poczucia nieszczęścia, żeby szukać ukojenia w takim upokorzeniu się i poddaniu!

Nie jest też śmieszny dlatego, że przerażają nas, stonowanych i stąpających po ziemi ludzi, wszelkie wykwity ludzkich emocji silniejsze, niż uznajemy za normę (żal, uniesienie, radość na przykład wyrażane wrzaskiem w miejscu publicznym), i przerażają nas dlatego też, że obawiamy się przekroczenia cienkiej granicy, która, jak uznajemy, dzieli normalność od nienormalności. Boimy się, że z nas kiedyś ktoś będzie drwił czy się śmiał. Dlatego w tłumie łatwiej, a każde uczucie sensowne lub bezsensowne należy uszanować. Kryje się zapewne za tym siła, której mamy szczęście w danej chwili nie doznawać. Łatwo się o tym przekonać urządzając wycieczkę po bibliotece własnych przejawów niesmaku i odrazy. 

Spróbujmy na przykład zająć się (znanym mi z osobistego doświadczenia), zafiksowaniem na pewnej przestrodze przed okazywaniem uczuć mężczyźnie przez kobietę lub niektórych przekonań w relacjach z nim. To tabu społeczne ciągnie się dziesiątki, jeśli nie setki lat, a bywa, że przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Narzucanie się mężczyznom prowadzi do tego, że nie czują oni szacunku do kobiety, traktują ją jako łatwą zdobycz, czują do niej pogardę, więc w konsekwencji kobiecie prawdziwie zakochanej przynosi wstyd i wyklucza sukces, za jaki chciałaby uznać wzajemność uczucia. Tak wpajała mi matka.

Bardzo mnie oburzało we wczesnej  młodości to społeczne tabu przed okazywaniem przez kobietę zainteresowania chłopakiem, wręcz ukrywanie go, ta cała oszukańcza gra z udawaniem obojętności, wręcz niechęci do swojego obiektu zainteresowania. Oczywiście szybko się przekonałam, że jest to nieodzowne, jeśli nie chce się potem mieć kłopotów z mężczyznami nadinterpretującymi moje zachowanie, z ich agresywną zdobywczością, choć przyznam, jako środek eliminujący samców nie wartych zainteresowania, działało doskonale i co najważniejsze, bardzo szybko.

Prędko więc nauczyłam się właściwego zachowania, a inaczej mówiąc, życie mnie nauczyło. Wydawać by się mogło, że ustawiwszy siebie na pozycji uznanej za właściwą w otaczającym mnie społeczeństwie, powinnam przestać się stresować przykładami, że inne kobiety postępują odmiennie, ponieważ one to nie ja, więc niech sobie robią, co chcą. Tymczasem stało się zupełnie inaczej

Nie miałam im tego za złe, nie próbowałam ingerować, nie krytykowałam wobec innych z wygodnej kanapy, ale czułam zażenowanie i niesmak. Do tego stopnia. że widząc sytuację w filmie, odwracałam głowę od ekranu. Kiedyś zrobiłam to zbyt gwałtownie, zabolała mnie szyja i dzięki temu odkryłam tę prawdę o swoich uprzedzeniach.

Skąd taka gwałtowna moja reakcja?

Mój wyrzut sumienia, że ja kiedyś też tak mogłam się narzucać i co ktoś o mnie wówczas pomyślał.

Czy powinno mnie obchodzić, co ktoś o mnie pomyślał kilkadziesiąt lat temu?

No właśnie, powolutku dochodzimy do sedna.

Moje wychowanie opierało się na niewzruszonej prawidłowości:

WAŻNE JEST TO CO LUDZIE O TOBIE MYŚLĄ

Wiele lat spędziłam nad tym, żeby przełamać to wpajane mi od wczesnego dzieciństwa przekonanie, ale dziś widzę, że popadając w skrajne przeciwieństwo, przeginając w drugą stronę, nie osiągamy założonego celu – swobody myśli bez ograniczeń. Widzimy że brak ograniczeń też ma swoje wady i dostrzegamy je. W końcówce naszego życia wiemy, że coraz mniej wiemy. Dlatego: 

WAŻNE JEST TO WSZYSTKO, CO LUDZIE ODCZUWAJĄ AUTENTYCZNIE, CHOCIAŻ MOGŁOBY SPRZECIWIAĆ SIĘ TO NASZYM PRZEKONANIOM I BUDZIĆ W NAS ODRAZĘ. DAJMY IM PRZEŻYĆ ICH ŻYCIE PO ICHNIEMU!