Wieści z samotni 9. Karteczka

Moja znajoma napisała mi, że po lekturze ostatniego odcinka Babci Ezoterycznej lepiej zrozumiała kogoś bliskiego sobie i to, że on źle znosi przestawianie przedmiotów; w inne miejsca

Ja sądzę, że dzieje się to tak dlatego, iż osoby niepełnosprawne, mające kłopot z poruszaniem się, zwykły patrzeć na dół, pod nogi, a nie przed siebie. Ich horyzont (nie przenośny, ale rzeczywisty) mieści się znacznie poniżej horyzontu innych ludzi. Przedmiot przestawiony z jednego miejsca w drugie, znajdujący się mniej więcej na wysokości oczu zwykłego człowieka, dla osoby niepełnosprawnej często jest niemożliwy do dostrzeżenia bez specjalnych poszukiwań, one zaś wymagają podniesienia wzroku i penetracji otoczenia. Powoduje to konieczność zmiany pozycji na mniej wygodną, często niepewną i niestabilną.

Odpisałam tej znajomej, poszukując w pamięci najtrudniejszych wyzwań, jakie przede mną stają. Pamiętałam o jednym – trudnościach z podnoszeniem przedmiotów, które spadły na ziemię, zwłaszcza płaskich. Nie opowiedziałam jej jednak o czymś, co mnie z takiej okazji spotkało. Czynię to teraz, może trochę zafiksowana na przypowieściach, ponieważ historyjka ta mogłaby być jedną z nich.

Zadzwonił do mnie jakiś człowiek. Powiedział, że na giełdzie kupił stary komputer, a na jego dysku znalazł bardzo wiele informacji dotyczących mnie. Był tam także mój numer telefonu, a poza tym jakieś teksty i inne dokumenty. Człowiek ten powiedział, że prawdopodobnie ktoś, kto upgrejdował mój mój komputer, zgrał zawartość dysku na wszelki wypadek, a potem zapomniał o tym i dysk ten sprzedał na giełdzie. Możliwe też, że jakiś nieuczciwy pracownik firmy komputerowej ukradł zalegający na regałach dysk i sprzedał go na giełdzie zapomniawszy o jego wyczyszczeniu. Tak czy inaczej, dzwoniący jest w posiadaniu wielu moich osobistych danych i postanowił nagrać je na płytę i wysłać do mnie, zanim ostatecznie dysk ten wyczyści. Problem w tym, że aktualnie jest w szpitalu, i dopiero może zrobić to, gdy z niego wyjdzie. Dzwoni jednak wcześniej, żeby mnie uprzedzić, bo możliwe, że mogę jeszcze podjąć jakieś postępowanie w stosunku do osoby, która nie uprawniona rozporządziła moimi dokumentami.

Byłam zainteresowana, bowiem mogły się tak kryć teksty, których nie udało mi się dotychczas odszukać w posiadanych materiałach (w które z biegiem czasu wkradł się bałagan), czekałam jednak, aż facet ponownie się odezwie, ale minęły miesiące, a on nadal milczał.

Postanowiłam więc zadzwonić do niego i spytać, co dalej. W telefonie odezwała się kobieta, wdowa po mężczyźnie, który w międzyczasie zmarł. Podała mi swój numer telefonu I powiedziała, że postara się sprawdzić, czy u męża nie leży stary dysk. Jeżeli go odnajdzie, a ja zadzwonię do niej, i podam adres, to dysk ten mi wyśle.

Telefon do tej kobiety zapisałam sobie na karteczce, ponieważ w międzyczasie zmieniłam operatora telefonii komórkowej i przy zmianie karty część numerów telefonów, zapisanych na karcie, a nie w pamięci aparatu, zostałaby utracona. Nie byłam więc pewna, co się stanie z telefonem kobiety.

Ponieważ kobieta nie odezwała się więcej, po jakimś miesiącu lub dwóch postanowiłam zadzwonić do niej. W pamięci telefonu nie znalazłam tego numeru, więc musiałam odszukać kartkę zapisanym numerem. Karteluszki takie przechowuję w jednym miejscu, w pudełeczku reklamowym PZU sprzed co najmniej pięćdziesięciu paru lat. Leżą tam nienaruszone od dziesięcioleci, bo zazwyczaj nie przydają mi się do niczego. Ważne telefony mam zapisane w komórce, w nowym modelu; nieważne mogą nigdy nie być potrzebne.

Przeszukałam całe pudełko i odnalazłam numer tej kobiety. Siedziałam przy komputerze przy uchylonym oknie, ponieważ zrobiło się nagle dość ciepło. Podmuch wiatru wyrwał mi karteczkę z rąk i wywiał na ziemię. Już od kilku lat nie jestem w stanie się schylić I podnieść czegoś z podłogi. Na co dzień posługuję się chwytakiem, który jednak czasem nie jest w stanie podnieść przedmiotów płaskich.

Karteczka z miękkiego papieru może być podniesiona na dwa sposoby: pierwszy polega na przesunięciu jej do stopy albo do innego trwale zamocowanego przedmiotu, przesuwaniu chwytakiem po niej tak, aby zgięła się w połowie i uchwyceniu tego zgięcia szczypcami. Sposób ten jednak nie nadaje się do podnoszenia sztywnych kartoników, a na tym zapisany był numer telefonu. W podobnym przypadku należało wziąć śmietniczkę na długim kiju oraz szczotkę i spróbować nią zmieść kartonik na nią. Udawało się to jednak w tylko w części przypadków, ponieważ brzeg śmietniczki zaopatrzono w gumową osłonkę, nie wiadomo czemu służącą, ale utrudniającą zmia tanie płaskich przedmiotów. Ten kartonik więc także nie dał się zmieść i tym samym dostać do mojej dłoni.

Kolejnym sposobem mogło być posłużenie się odkurzaczem, ale w tym wypadku było to niemożliwe, ponieważ przewód odkurzacza nie był włączony na stałe do gniazdka, a gniazdko znajdowało się kilkanaście centymetrów nad podłogą. Nie mogłam się tak nisko schylić, a chwytak nie miał wystarczającej siły aby wepchnąć końcówkę odkurzacza do niego.

Innych pomysłów już nie miałam. Przez kolejne trzy dni patrzyłam na kartkę leżącą na podłodze z numerem telefonu zapisanym na odwrocie i próbowałam różnych  sposobów, z których żaden się nie sprawdził. Pozostawało mi tylko czekać, aż ktoś pojawi się u mnie w domu i podniesie tą nieszczęsna kartkę. Przez tydzień nikogo nie było, a ja ciągle próbowałam i próbowałam wdrożyć w życie kolejne, świtające mi pomysły. Za którymś razem kartka frunęła pod szafkę.

W poniedziałki przychodzi do mnie pani sprzątająca i czekałam na jej przybycie, aby podniosła mi tę kartkę. Pani przyszła, szafkę odsunęła z wielkim trudem, ale kartonika pod nią nie było. Prawdopodobnie pofrunął dalej, pod dużą szafę z czeczotu, stanowiącą część wyprawy panieńskiej siostry mojej babci z 2005 roku, ale stamtąd już nikt by jej nie wydobył (z wyjątkiem może sześciu ludzi i podnośnika hydraulicznego). Ostatni raz ją przestawiano w roku 1975, przy okazji remontu mieszkania. Kolejne remonty obywały się już bez jej poruszania

Część mojej osoby spoczywa więc na jakimś dysku komputerowym, zlokalizowanym w nieznanym mi miejscu i nie jest możliwe odzyskanie tego fragmentu mojej osobowości, zdanej w obce ręce losu. Jako Babcia Ezoteryczna powinnam przyjąć nauczkę świata, że jeżeli odmawia on mi dostępu do czegoś, to powinnam z tego zrezygnować (co zazwyczaj czynię z pokorą). Jako osoba niepełnosprawna nie powinnam godzić się ze swoim statusem i wezwać owych sześciu ludzi z podnośnikiem hydraulicznym lub elektrycznym dla podniesienia zabytku. wyciągnięcia kartonika, odczytania numeru telefonu i zadzwonienia do kobiety, która być może dysku nie znalazła, albo o sprawie zapomniała, a dysk wyrzuciła na śmietnik, albo zaraziła się od męża koronawirusem I umarła (czego jej wcale nie życzę, ale co muszę brać pod uwagę).

Czy więc jest sens podejmowanie danych dalszych wysiłków uzyskania czegoś niepewnego? Tak uczy zdrowy rozsądek i tak napominają biblijne przypowieści. Na tych rozważaniach mogłabym się zatrzymać, korci mnie jednak aby dołożyć do nich drugie piętro. Osoby niepełnosprawne są trudne do zrozumienia przez otoczenie, ponieważ trudno sobie wyobrazić, na jakie przeszkody napotykają. Opowieść powyższa może być przykładem dla zwykłych ludzi, zabawną anegdotą, jak można utracić część siebie  przez nieumiejętność podniesienia z ziemi małego kartonika.

Nie myślcie, że problem ten nie został rozwiązany. Wprawdzie część mojej osobowości znalazła się poza moim zasięgiem, ale i tak niewiele czasu dzieli mnie od chwili, kiedy ona cała, ta moja osobowość, znajdzie się poza moim zasięgiem. Nie przywiązałam się więc bardzo do tego, konkretnego niepowodzenia. Problem rozwiązałam w inny sposób. Znalazłam bambusowy kijek, który podpierał kiedyś doniczkowy kwiatek, przywiązałam go do łopatki od przewracania kotletów na patelni (metalowej, starej, nie drewnianej, nowoczesnej!) i w ten sposób uzyskałam narzędzie, umożliwiające podniesienie mi z ziemi płaskich, twardych kartoników. Jeden koniec kartonika przydeptuję nogą, drugi zaś podważam łopatką, która wsuwa się znakomicie pod kartonik. Nie muszę dalej patrzeć przez cały tydzień na leżący papierek! Mogę obrócić swoje spojrzenie na inne rzeczy i sprawy.

słownik błędów c.d.
Podnośnika — podnieść Nicka
Przydeptuję — przy Depp tuje

Wieści z samotni 8 – przeprowadzka i słownik błędów

Nie wychodzę z domu od kilku lat. Jednak dopiero ostatni rok i pandemia stanowi zdecydowaną różnicę w stosunku do lat ubiegłych. Zawsze bowiem było tak, że choć ja nie wychodziłam z domu, sporo osób mnie odwiedzało; czasami silniejsi z nich wywozili mnie na spacer wózkiem inwalidzkim. Miałam więc ulotny wprawdzie, ale kontakt ze świeżym wiatrem, z wilgocią deszczu czy mżawki; oglądałam twarze ludzi na ulicach w inny sposób niż w telewizji. Zresztą były to twarze jeszcze bez masek, z ustami, brodami i zębami. Z uśmiechem lub przeciwnie, niechętnym grymasem. Oswojone, zrozumiałe, jasne. Czasami zamieniałam z ludźmi kilka słów, lub byłam świadkiem interakcji między innymi osobami. To wszystko dawało złudzenie uczestniczenia w życiu społecznym otoczenia, które utraciłam. W następstwie tej utraty – ponieważ próżnia wypełnić się musi (zazwyczaj czymś gorszego rodzaju) – zaczęłam przywiązywać nadmierną wagę do rzeczy mało istotnych, do szczegółów i z ich powodu przeżywać stresy. Zaczęłam lubić niebieskie maseczki a nienawidzić czarnych. Denerwowały mnie nosy wyłażące niechlujnie spoza masek i ręce poprawiajace włosy lub nadmiernie gestykulujace.

Wiele ze swoich nowych emocji zauważyłam dopiero ostatnio. Tak się stało, że postanowiłam przeprowadzić się z mojego małego pokoju, będącego jednocześnie sypialnią i biurem, ze stacjonarnym komputerem, ale malutkim telewizorkiem, do znacznie większego “salonu”, nieużywanego od czasu, kiedy pozostałam sama. W małym pokoju jest duszno i trudno go dobrze przewietrzyć, w salonie zaś mam klimatyzację, balkon i więcej światła. Im mniej się poruszam, a więcej leżę (ponieważ z powodu schorzeń kręgosłupa nie mogę siedzieć dłużej niż kilka minut), tym większe znaczenie ma dla mnie dopływ świeżego powietrza i uczucie większej przestrzeni wokół mnie.

W ostatnich latach przed swoim zamknięciem odbyłam kilka podróży zagranicznych, łącznie z rejsem wycieczkowym luksusowego, na miarę przeciętnych oczekiwań statku, wokół Norwegii i za Koło Podbiegunowe i przyznam się szczerze, że wyjazdów tych nie przeżywałam aż tak bardzo, jak moja mama wyjazdy na letnisko, co  we wspomnieniach zasługiwało na drwiny z jej kilkudniowych “rajzefiber”. Wydawało mi się, że jest to sprawa obycia w świecie, doświadczeń, które uzyskaliśmy wraz z wejściem do Unii Europejskiej i mojego osobistego podróżowania po krajach Europy. Tymczasem myliłam się bardzo, a odkryłam to właśnie kilka dni temu.

Moje przeniesienie z małego pokoju do salonu wiązało się z koniecznością założenia pewnych instalacji dla niepełnosprawnych, jak: poręcze, uchwyty, linki instalowane w suficie do pomocy we wstawaniu; potrzebą przeniesienia i usprawnienia zasilania elektrycznego, obsługującego łóżko i inne potrzebne mi urządzenia. To wszystko trzeba było zaplanować, i wyznaczyć miejsce, kierując się pewnymi wymaganiami, jakie stawiała moja sytuacja (np. częstsze leżenie na prawym boku, niż na lewym, czy na wznak). Po tygodniu, kiedy nadszedł czas przeprowadzki, czyli przeniesienia łóżka do salonu, co trwało raptem kilkanaście minut odkryłam , że cała ta operacja stanowiła dla mnie przeżycie o wiele większe, niż wielogodzinne podróże samochodem do Holandii, promem do Szwecji, czy rejsy wokół Norwegii lub po Morzu Czarnym, a może nawet większe, niż wiele lat temu miesięczna objazdowa wycieczka po wschodniej części ówczesnego Związku Radzieckiego, zwiedzanie miast o wielowiekowej tradycji, jak Samarkanda, Buchara i inne oraz kilku republik, obecnie niedostępnych z powodu sytuacji politycznej, w warunkach bardzo skromnych, jak na nasze dzisiejsze wymagania.

To przeżywanie przeprowadzki z pokoju do pokoju zbulwersowało mnie samą i nie powiem, że nie przeraziło. Nie mogłam spać przez kilka nocy przed nią i dwie noce po. Wszystko było inaczej. Centymetrowe przesunięcia ustawienia poręczy, miejsce jeżdżącego na kółkach stolika miała zastąpić szafka czekająca na złożenie, linki pomagające w podnoszeniu się do pozycji siedzącej z nieco innym rozkładem napięć, inne odgłosy zza okna i z mieszkań nade mną, inne światła nocą na suficie, inne prądy powietrza – to wszystko stanowiło środowisko tak nowe, nieznane i nie oswojone, że aż nie mogłam sama siebie zrozumieć, jak bardzo stresujące.

Tłumaczyłam to faktem, że mam mniejszy kontakt z ludźmi, którzy ze względu na moje zdrowie zaprzestali odwiedzania mnie i byli dostępni jedynie przez komunikatory i media społecznościowe. Ale tłumaczenie to nie zadowalało mnie. Zrozumiałam, że im bardziej zmniejsza się liczba bodźców, dochodzących do mnie z zewnątrz, tym bardziej te nieliczne, z którymi mam do czynienia zyskują wagę i znaczenie. Sprawy błahe z pozoru stają się pierwszoplanowymi, tłumią sprawy ważne, istotne i nurtujące. W jakiś sposób pomniejszyło to mnie, zredukowało i wypełniło wolne miejsca emocjami właściwymi dla wydarzeń większego kalibru.

Przypuszczam, że dotyczy to nie tylko mnie. Większość ludzi zamkniętych w domach musi przeżywać podobne sytuacje. Możemy sobie wyobrazić, jak bardzo to wpływa na życie rodzinne, kiedy w mieszkaniu przebywa kilka osób, wskutek czego życie może stawać się czymś nie do wytrzymania. Ktoś rzuca skarpetki na podłogę, a ty musisz patrzeć na nie cały dzień (albo podnieść).Ktoś odstawia rzecz nie na swoje miejsce. Ktoś lekceważy Twoje preferencje dotyczące sposobu zamknięcia okien i regulowania temperatury w mieszkaniu. I tak dalej.

 Jak wspomniałam już, w mojej samotni, odwiedzanej bardzo rzadko przez kogoś innego niż dostawcy ze sklepów internetowych lub nieliczni członkowie rodziny, w danym momencie zdrowi, każde drobne wydarzenie nabiera wielkiego znaczenia i staje się podstawą refleksji, w innych warunkach nie występującej, jako że dotyczy spraw błahych. Z powodu choroby i starości mój świat zacieśnia się, na co czas kowidowy ma wpływ niebagatelny, zapełniam więc swoje dni refleksjami nad drobiazgami. Nie zawsze są jednak jest to zajęcie głupie, ponieważ czasem refleksja nad głupotką przynosi spostrzeżenia dotyczące ważniejszych spraw. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Niemożliwość pozostawania dłużej w pozycji siedzącej ogranicza moje korzystanie z komputera. Na wysięgniku obok mojego łóżka umieściłam tablet, w którym mam program notatnika, zapisującego mowę w postaci znaków graficznych – liter. Potem zawartość notatnika wysyłam mailem sama do siebie i kopiuję na dysk do programu edycji dokumentów, w którym dokonuję poprawek, zanim zamieszczę je na swoim blogu lub wykorzystam w inny sposób. W notatniku nie mogę poprawiać tekstu z powodu zbyt małych rozmiarów liter i trudnego trafienia palcem w miejsce kursora.

Słownik, którym posługuje się program notatnika, jest bardzo ubogi, nie zawiera wyrazów skomplikowanych albo aktualnie niemodnych, podobnie jak obcy jest jego rozumieniu język literacki. Kiedy usłyszy zbitek dźwięków, które trudno mu zidentyfikować, stosuje słownik angielski, a nie polski, co powoduje zupełnie śmieszne tłumaczenia rdzennych polskich słów na zbliżone brzmieniem, ale obce znaczeniem wyrazy. Bierze się to zapewne stąd, że istniejący już słownik angielski został zastąpiony okrojonym mocno słownikiem polskim, przy minimum rozważań programistów na temat budowy i charakteru języka polskiego.

Oto przykłady:

— Sharpa no – zamiast “szarpano”
— pan Demi –   zamiast “pandemii”
— Jak her Lotte core daj  –  zamiast “Jak Charlotte Corday”
— ten te Rohr –  zamiast “ten terror”
—-aż to Kata A- zamiast “a sztuka ta”

Ale oprócz angielskich wpływów pojawia się już coś bardzo rodzimego, a mianowicie patriarchalizm. Polega on na tym, że zapisując w notatkach moje spostrzeżenia i działania w rodzaju żeńskim (jako że jestem kobietą), słownik uparcie usiłuje zastąpić je rodzajem męskim, bowiem w jego  drukowanym przekonaniu notatki sporządzają tylko mężczyźni. Sięga więc do czasów gdy, kobiety nie umiały pisać, a sztuka ta przeznaczona była dla zakonników i ważnych mężów, czyli mniej więcej do epoki średniowiecza.

Na przykład:

— “umiałaś, zawisłaś, zatrzymałaś, szanowałaś” – zmiana na I os. rodzaju męskiego: “zawisłem, umiałem, zatrzymałem, szanowałem”,  
— “niedouczonej” – zmiana na “niedouczonego”,
—ewentualnie na 3 os.— “zostałaś” –  na “została” – bowiem z nieznanych mi względów nie toleruje narracji w 2 osobie. Niestety, dłuższy tekst, który piszę obecnie, jest narracją bohaterki do samej siebie, a więc w II osobie liczby pojedyńczej..

Tak gromadzę swego rodzaju słowniczek wyrazów preferowanych przez mój niedoskonały program tłumaczący mowę na pismo. Niebagatelne miejsce w nim znajduje zastępowanie małych liter wielkimi literami nie wiadomo właściwie dlaczego, w każdym razie zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego. Do innych błędów należy także zaliczyć pisownię nie z czasownikami i pisownię imiesłowów tudzież zwykłe błędy ortograficzne.I rozmaite inne dziwactwa.

Oto przykłady:

—“Wszędzie” – uparcie poprawia na “wszendzie”
—“nienormalną” – na “nie normalną”
— “odszukać” – na “poszukać”, 
— “opłacić” – na “zapłacić”
— “przyszłoby” – na “przyszło by”
— “choć” – na “chodź”
— “przerażali” –  na “przerażają”
— “szczepienie” – na “szkapiny”, lub “Skawiny”,

Jednakże w tych dziwactwach jest metoda, poza tym chyba, że programiści wywodzą się z pokolenia urodzonego w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które w szkołach podstawowych było na bakier z językiem polskim i głośno nawoływało do zniesienia zasad ortografii, co zaowocowało licznym wysypem urzędowo poświadczonych dysgrafików i dyslektyków, jako ukłon resortu edukacji w ich stronę.

Tendencję do upraszczania sobie życia obserwujemy we wszystkich jego dziedzinach, ale mnie drażni najbardziej anglizacja języka polskiego, choć pocieszam się, że ongiś walczono uparcie z makaronizmami, aż przyswojono je tak, iż obecnie niewiele osób zdaje sobie sprawę z naleciałości włoskich czy francuskich w naszym języku (choć jeszcze uparcie walczy z rusycyzmami – może dlatego, że są najświeższe lub z powodów politycznych), więc i angielszczyzna albo przeminie, albo się spolszczy. Inna rzecz, że na moich oczach powstaje język podstawowych słów, powszechnie obowiązujacy, choć nie umiejący oddać wszystkich niuansów życia, a ponieważ to, co nienazwane, nie istnieje – zubożając nasze życie psychiczne i społeczne. Nawet literatura przestaje być ostoją językowej finezji…

Powielkanocna rada dla moich i cudzych wnuków

Zacznę od przypowieści. Uwielbiałam je kiedyś i uwielbiam do dziś. Biblijne i wzorowane na nich. Jest bowiem tak, że zdarzają się historyjki błahe na pozór, po latach jednak okazują się przenośnią, pozwalającą zrozumieć dylematy stające przed człowiekiem i wówczas zwykłe opowieści stają się przypowieściami. Rzadko mi się zdarza coś w tym rodzaju napisać, ponieważ czuję ich wielką wagę, a nie chcę popadać w moralizatorstwo. Poniżej moje odstępstwo od tej zasady.

Tak więc zdarzyło się to przed Wielkanocą, wiele lat temu, gdy dumnie posiadaliśmy z mężem samochód marki Syrenka. Samochodem tym udaliśmy się w góry, aby spędzić tam święta. W niedzielę wielkanocną postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę do kościoła, który znajdował się na szczycie pewnej góry, w niewielkiej odległości od miejscowości, w której mieszkaliśmy. Na górę tę można było wjechać samochodem, co pociągało nas, dotychczasowych pieszych, jak nam mówiono – w lecie, ale nie w zimie, ponieważ droga ta nie była odśnieżana. 

Asfaltowa szosa prowadziła na szczyt góry z dwóch miejsc, można więc było wjechać z jednej strony, a wyjechać z drugiej. Tak też postanowiliśmy zrobić. Wielkanoc tego roku była wczesna, bodajże marcowa i choć stopniały śniegi, jako miastowi, nie przyzwyczajeni do wiejskich okolic, nie wzięliśmy pod uwagę, że grunt może być jeszcze bardzo grząski. Wjeżdżając pod górę byliśmy już bardzo blisko szczytu, gdy asfaltówkę zastąpiła droga gruntowa, a samochód nasz zawiesił się na koleinach wyżłobionych przez koła ciągników.

Mijali nas świątecznie ubrani ludzie I choć patrzyli z niechęcią, znaleźli się młodzi chłopcy, którzy sami z siebie, nieproszeni, pomogli nam wysunąć samochód z kolein I przepchnąć go nieco dalej, gdzie grunt był już twardszy i można było spokojnie jechać przez osuszoną już wiatrem część drogi. Mimo, że ludzie ci nam pomogli, ponieśli także pewne straty z tego powodu, a mianowicie pobrudzili sobie świąteczne ubrania.

Odnieśliśmy wrażenie, że pomagać nam specjalnie nie chcieli, ale zmusiło ich do tego coś od nich silniejszego, może świadomość święta, jego znaczenia, a może też jakieś kulturowe zobowiązania i nakazy. Pomogli nam, ale patrzyli na nas z niechęcią, nie chcieli przyjąć zapłaty ani podziękowań; podobnie zachowywali się także i inni ludzie, mijający nas w drodze do kościoła. 

Dziś, kiedy przypominam sobie tę historię, rozumiem także jej głębsze znaczenie. Jeżeli zdarzy się komuś w życiu sytuacja, z której nie widzi wyjścia, może powinienem stanąć i zaczekać aż sprawa sama się rozwiąże. Zazwyczaj rozwiązanie przychodzi z zewnątrz, takie lub inne; nie zawsze wiemy, jakie ono będzie i nie zawsze ono jest przyjemne lub korzystne; ma jednak jedną dużą zaletę – nie musimy nic zrobić, aby nasz los się odmienił.

Dlaczego jest to rada dla wnuków? 

Wielu młodych ludzi przez pandemię czuje się odizolowanymi od świata i rówieśników, rozrywek, kontaktów i innych rzeczy, do których się przyzwyczaili. W przenośnym sensie ugrzęźli w koleinach swoich nawyków i swojej życiowej sytuacji. Sami nie umieją się z niej wydostać, bowiem ich wyobraźnia nie sięga tak daleko, aby mogli narysować przed sobą scenariusz przyszłych wydarzeń, albo jest on wręcz katastroficzny, ponieważ ich wyobraźnia nad miarę wybujała wskutek genów lub lektur czy filmów. 

Świat jednak nie stoi w miejscu, idzie naprzód i zawsze znajdzie się ktoś albo coś co wytrąci ich z tych kolein bez własnego wysiłku. Będą musieli przystosować się do nowej sytuacji, w której się znajdą i na pewno zrobią to odkrywając jednocześnie prawdę, że życie przerasta wszystkie możliwe nasze wyobrażenia o tym, co będzie potem.

Ludzie, którzy nas otoczą później nie zawsze będą życzliwi, ale zawsze chcąc nie chcąc zmienią naszą sytuacją. Czy na gorsze., czy na lepsze – będzie to jednak nowy układ na szachownicy, który może przynieść nieoczekiwany sukces albo zmianę, która po jakimś czasie przyniesie nową szansę. Tak więc śladem pewnego wróbelka przyjmijcie, że nie zawsze twój wróg, co na ciebie…. I na odwrót, oczywiście też.

A kiedy zdarzy się taki moment, że trzeba się sprężyć i za coś wziąć, zrobić, nauczyć się lub podjąć decyzję, to najlepszym wyjściem będzie wyjść z siebie i stanąć obok oraz popatrzyć na to, co pozostało w tym miejscu. Ten, czy inny widok, jaki zobaczymy, powinien skłonić nas do nabrania przekonania, że od takiej czy innej decyzji świat się nie zawali i potraktować ją jako swego rodzaju ćwiczenie do przymuszania się. 

Uda się albo nie uda się, nic nie zatrzyma się w biegu, nie wybuchnie żadna wojna, zegary nie oszaleją, komunikacja nie stanie, nie zmieni się partia rządząca ani opozycja, tylko my staniemy jeszcze bardziej obok.  Może coś dodatkowo zobaczymy albo o czymś się przekonamy.  I nic więcej. Ale warto poczekać na nowy widok i nowy ogląd.

Tyle od Babci Ezoterycznej na dziś.

Dojrzewanie

Kiedy patrzę na swoje fotografie z czasów, gdy miałam 10 – 11 lat, sama siebie nie poznaję. Ze zdjęcia spogląda na mnie dziewczynka o miłej buzi i oczach pełnych światła i nadziei, pogodna i oczekująca wszystkiego najlepszego od życia. Na czole jeszcze nie ma zmarszczek, nie ma ich także w kącikach ust, tych rysów dojrzałej kobiety, ale nie to świadczy o sprawianym wrażeniu. Oczy dziewczynki są spokojne i pogodne, nawet wtedy, gdy na ustach nie ma uśmiechu. (Powyżej zdjęcie z roku 1952 poprawione dzięki Ewie Zofii Wojtasik, pochodzące z próbnej serii na tzw. gazetowym papierze, autorstwa Zofii Nasierowskiej, która wówczas jeszcze jako nastolatka, praktykowała w zakładzie fotograficznym swego ojca przy ul. Cegłowskiej na Bielanach. Już w tamtym czasie mówiono w okolicy, że córka prześcignie ojca).

Jakże inaczej siebie wspominam! Wydaje mi się, że od zawsze byłam zbuntowana, zniechęcona do świata, pełna poczucia niesprawiedliwości panującej wokół, rozgoryczona i zniesmaczona. Przypominam sobie dokładnie, że w wieku 12 lat moje niezadowolenie z życia było tak wielkie, że zaczęłam szukać odpowiedzi w dorosłych lekturach dotyczących poważnych spraw, nie na mój wiek; w książkach podkradanych z biblioteczki mojego ojca, gdy zapomniał przekręcić kluczyk w drzwiczkach. Trafiłam m.in na książki popularnonaukowe, przybliżające filozofię i niektóre z prezentowanych poglądów bardzo mi odpowiadały. Do dziś pamiętam ogromne wrażenie, jakie wywarła na mnie jaskinia Platona, w której dosłowność bardziej uwierzyłam, niż w brzmiące równie nieprawdopodobnie wszystkie opowieści szkolnej katechetki. Czytałam także opisy podróży oraz opasłe dzieło o rewolucji francuskiej, pełne potwornych ilustracji z gilotynowania, z zabójstwa dokonanego przez Karolinę Corday na Maracie leżącym w wannie i tam prowadzącym jakieś zapiski (nie ukrywam, że głównie ze względu na urodę morderczyni i jej piękną suknię) i niemniej okrutnych informacji zawartych w tekście. Wnioskowałam po dziecinnemu: Charlotte Corday zabija Marata, Robespierre stosuje terror, a ktoś, kto ma tyle “R” w nazwisku, musi z natury rzeczy ten terror stosować i od niego ginąć. Świat jest przewidywalny, jeśli umie się wyciągać wnioski z cieni na ścianach jaskini, w której nas zamknięto, odnajdziemy prawa, które nami rządzą.

Usiłowałam rozmawiać o tym z koleżankami szkolnymi, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Nikogo wokół mnie, a także rodziców, sprawy te nie interesowały.Jak się nie złościli na mnie, ani nie opędzali od moich pytań,  to tłumaczyli, że mają dość własnych przeżyć wojennych, żeby myśleć jeszcze o cudzych, przebrzmiałych, zagranicznych strachach. Może jako dziecko, byłam w tym dążeniu do wyjaśniania spraw interesujących mnie zbytnio natarczywa, ale tak czy inaczej, zniechęciłam do siebie całe otoczenie.

Odkrywszy literaturę piękną, zorientowałam się, że wiele z problemów, które mnie drążyły, uwierało  także pisarzy i że niektórzy z nich mieli na to gotowe odpowiedzi. W dodatku literackim punktem wyjścia często były drobne na pozór, codzienne sprawy, bliskie wszystkim, niekoniecznie wielkie, historyczne problemy. Miałam nadzieję, że czytajac książki, natrafię na odpowiedź przeznaczoną właśnie dla mnie, czekającą i gotową.

Dominującym moim uczuciem w tamtych czasach był lęk i niepokój, ponieważ nie miałam poczucia bezpieczeństwa. Spowodowane to było z jednej strony opowieściami dorosłych o wojnie, ówczesną propagandą, grożącą wojną atomową, wspomnianymi lekturami, zwłaszcza tą dotyczącą rewolucji francuskiej, ale także sytuacją mieszkaniową mojej rodziny. Żeby o niej napisać, muszę wrócić do czasów sprzed wojny, gdy miała początek. 

W nieistniejącym dziś domu przy ulicy Lesznowolskiej sześć, wybudowanym w roku 1936 jako domek letniskowy z kilkoma innymi na tej ulicy, stanowiącymi plon konkursu architektonicznego, mieszkał właściciel ze swoją służącą. Był to dom o konstrukcji drewnianej z zewnątrz tylko otynkowany, z dużym ogrodem. Kiedy wybuchła wojna, właściciel wyjechał za granicę, zostawiając służącą na straży dobytku wyniesionego na strych i zabitego deskami. Kobietę tę los rzucał w różne miejsca kraju, tak że dom stał długo opuszczony. Po wojnie i Powstaniu Warszawskim (spędzonym przez moją mamę w piwnicy przygodnego domu) moi rodzice wrócili do Warszawy, gdzie utracili swoje mieszkanie przy Alei Szucha, z którego wykwaterowano ich po utworzeniu tam dzielnicy niemieckiej. W ramach rozdzielania powracającym mieszkań przez Urząd  Kwaterunkowy, przydzielono nam ów domek na Bielanach. Mieszkaliśmy tam spokojnie przez lata, do czasu, kiedy dekretem Bieruta przywrócono własność domów jednorodzinnych ich właścicielom lub spadkobiercom (co analogicznie stało się znacznie później z domami wielorodzinnymi, tzw. kamienicami). Wówczas pojawiła się rzekoma właścicielka naszego domu. Na mocy sfałszowanego testamentu właściciela przez zmanipulowane działaniami adwokata władze, została orzeczona jego spadkobierczynią. Wiem to na pewno, bowiem po latach okazało się, że była to grupa zorganizowana, wyłudzająca domy. W jej skład wchodziły władze dzielnicy, adwokaci i inne osoby, ale już wówczas nasz dom nie istniał, sprzedany komuś, rozebrany, z dużym ogrodem wyciętym i podzielonym na mniejsze działki budowlane.

Najpierw władze tzw. “kwaterunku”  domeldowały tę kobietę do nas wykozystując fakt, że nasz ojciec wyprowadził się i wymeldował. W tamtych czasach wzorem ZSRR często domeldowaywano do większych mieszkań zupełnie obce osoby.  Zamieszkała ona w przedzielonym na pół pokoju na parterze domu, właściwie pełniącym rolę holu (z dwoma wejściami bezpośrednio z dworu) z prawem dostępu do kuchni. Nam pozostały dwie sypialnie i łazienka na piętrze. Nowa właścicielka rozpoczęła proces nękania nas różnymi sposobami. Miało to na celu wykwaterowanie nas z domu, albo zmuszenie do dobrowolnej wyprowadzki. Bez ojca moja mama była dość nieporadna i schorowana, żeby podjąć jakąś pracę i załatwić inne lokum, choć i tak udało się jej uchronić nas przed najgorszym – wykwaterowaniem do drewnianych baraków na Młocinach bez wygód, tj wody, elektryczności z wygódką stojącą za domem.

Właścicielka przesuwała codziennie ściankę działową z płyty paździerzowej, ograniczając nasz kawałek pokoju do czasu, aż został tylko wąski kawałek pełniący rolę korytarzyka, prowadzącego do drzwi wejściowych. Z czystej złośliwości wyrywała nasze kwiaty, moje piękne floksy, okalające dróżkę do furtki, przycinała gałęzie i karczowała krzaki. Dom był skanalizowany i miał bieżącą wodę, ale ona wolała nieczystości wylewać przed naszymi drzwiami. Była starą kobietą, ale nie przeszkadzało jej to zogniskować całe swoje życie wokół pozbycia się nas. 

Ówczesne przepisy prawa przewidywały dwa rodzaje eksmisji. Żadna z nich nie gwarantowała powrotu do mieszkania podlegającego wykwaterowaniu, chociaż jedna z nich, celem przeprowadzenia remontu kapitalnego, zobowiązywała właściciela w przyszłości do przydziału mieszkania równorzędnego, mimo że dozwalała “czasowe” wykwaterowanie do tzw. „pomieszczenia zastępczego”, bez żadnych wygód i przydział miejsca na dobytek w magazynach. To nie było rozwiązanie wygodne dla właściciela, bo wymagało nakładów na mieszkanie dla lokatorów. Drugim rozwiązaniem było udowodnienie, że wykwaterowanie dotyczy rodziny patologicznej, jak dziś się mówi, obciążonej wyrokiem sądowym. Długi czas nie udawała się jej  eksmisja, ponieważ nasza mama była schorowana i lekarze wykluczali takie działanie, wystawiając stosowne zaświadczenia lub zabierając ją do szpitala. Tak upłynęło kilka lat, aż wróciliśmy z mężem z delegacji z dziećmi. 

Rozwieszanie pieluch na ogródku i pewien incydent z pieluchami dał początek wydarzeniom, które miały bardzo poważny wpływ na przyszłe moje życie, na poczucie bezpieczeństwa i na poszukiwanie swojego miejsca, którego nikt nie zakwestionuje. 

Pewnego ładnego dnia powiesiłam pranie na ogródku, a ponieważ było bardzo ciepło, wystawiłam wózek z dziećmi na dwór pod drzewa, gdzie panował miły półcień i gdzie lubiły śledzić wzrokiem poruszane wiatrem gałązki. Dzieci słodko spały, więc postanowiłam na chwilę wyskoczyć na róg ulicy do sklepu. Trwało to krótko, ponieważ całą drogę przebyłam biegiem, ale w ciągu tych kilkunastu minut wszystko się zmieniło. 

Ktoś pozrywał w sznurki z pieluchami i wywrócił wózek z dziećmi w kałużę błota, powstałą po deszczu. Schwyciłam dzieci na ręce i zaniosłam do mieszkania, otuliłam je w kocyki i wybiegłam zbierać pieluchy. Wtedy zobaczyłam ową babę i zaczęłam się na nią wydzierać. Ona na to, że ma gości z Czechosłowacji, którym pozwoliła rozbić namiot na JEJ ogródku i że widok widok pieluch tym gościom przeszkadza. Istotnie, zauważyłam rozbity namiot oraz kilku mężczyzn popijających piwo przed nim. Mężczyźni ci zaczęli mi wygrażać, a baba rzuciła się na mnie i mimo że była  staruszką, zdarła mi okulary z twarzy i rozorała paznokciami policzek. Pozbawiona okularów zobaczyłam mgłę i kompletnie straciłam panowanie nad sobą. Rzuciłam się do niej i zaczęłam ją dusić. Wtedy pojawił się mój mąż i odciągnął mnie od tej staruszki, ratując tym chyba jej życie, ponieważ bez tej interwencji pewnie bym jej zrobiła krzywdę. To był odruch biologiczny każdej suki broniącej swego miotu przed drapieżnikiem.

Kobieta ta na policji, którą wezwano, oskarżyła nie mnie, a mojego męża, że ją pobił, A tak zwani turyści byli świadkami. Nie oskarżyła mnie, chociaż to ja byłam winna, do czego zresztą przyznałam się policjantom, ponieważ byłoby to mało wiarygodne, że ktoś kto waży zaledwie 40 parę kilogramów może zaszkodzić nieco ciężej osobie. W wyniku tego oskarżenia, w trybie doraźnym, w jakim wtedy rozpatrywano sprawy o chuligaństwo, mój mąż został skazany na grzywnę. Od wyroku tego tak zwanego sądu społecznego, bowiem nie uczestniczył w nim ani sędzia ani adwokat, a jedynie tzw. “czynnik społeczny”, można było się odwołać do normalnego sądu, ale nie mieliśmy wystarczającej kwoty pieniędzy żeby odwołanie takie wnieść. Mąż  więc nie nadał sprawie dalszego biegu, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyrok ten stanie się podstawą natychmiastowej eksmisji nas z domu, jako osób  aspołecznych i karanych. Wówczas jednak na odwołanie było już za późno.

Całe następne lata to walka na uniki o to, by znaleźć swoje miejsce do życia i mieszkania do czasu, aż otrzymamy mieszkanie spółdzielcze. To chodzenie i jęczenie po różnych urzędach, to pasmo upokorzeń doznawanych od rozmaitych urzędników, których podstawowym argumentem było, że skoro się nieodpowiedzialnie narobiło dzieci, to trzeba teraz wziąć na siebie za nie odpowiedzialność. Ten stan zawieszenia odcisnął się bardzo silnie na mnie i na rodzinie.

Moje dojrzewanie skończyło się wraz z odejściem ojca i dokwaterowaniem właścicielki. Poznałam wówczas całą paletę kłamstw, jakie można bezkarnie stosować w życiu społecznym, jak prawo pomaga kłamcom, a szkodzi tym, którzy nie mają żadnego wsparcia, jak może układać się między kobietą a mężczyzną intymne życie wyciągane w sądach przy sprawach rozwodowych, jak polityka wpływa na bieg spraw prywatnych, W następnycjh latach już moje fotografie prezentują zupełnie inną osobę, a moje spojrzenie utraciło dziecinną świetlistość, tak pięknie ukazaną przez Zofię Nasierowską.

Szkolniaki

Na fotografii: Rok 1947 Kasia w I klasie szkoły podstawowej (zdjęcie z próbnej odbitki, mało czytelne, poprawione przez Ewę Zofię Wojtasik) Fartuszek z podszewki i tornister z tektury, kwiaty przy których stoję, to moje ulubione floksy

Kolejnym, po niemowlęcym i wczesnodziecinnym etapie życia dziecka jest czas pójścia do szkoły. Cofnę się tutaj wiele lat wstecz, do roku tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego, kiedy w wieku pięciu lat i dziewięciu miesięcy zostałam przyjęta do pierwszej klasy szkoły podstawowej.

Jak wyglądały wówczas szkolne klasy? Nie było stołów, tylko ławki z litego drewna z lekko nachylonymi pulpitami i tzw. kasetkami pod spodem, do których wkładało się książki i zeszyty. Szkolne meble musiały być solidne, żeby wytrzymać najrozmaitsze pomysły ówczesnych dzieci, które nie były tak spokojne i dobrze wychowane, jak dzisiejsze. W okresie powojennym wszyscy szaleli, a zwłaszcza dzieci, co na razie ułamkowo znamy z okresów poluzowania zakazów w czasie panademii.

Ławki malowano na zielony lub czarny kolor, farbą ponoć dziecioodporną, co nie zmieniało faktu, że te nożem i szpikulcami od cyrkli wyrzynały na nich najrozmaitsze wzory i napisy. Szkolna ławka i szkolna ubikacja były wówczas czymś w rodzaju muru, postawionego tylko po to, aby dziecko mogło wyładowywać na niej swoją energię, a zwłaszcza jej nadmiar. Napisy na ławkach zamalowywano tylko raz w roku, podobnie jak raz w roku kupowano dzieciom tekturowe tornistry, które były przeznaczone dla uczniów na dźwiganie książek i szkolnych przyborów. Na zdjęciu ja mam na plecach taki tornister. Teczki pozwalano nosić uczniom dopiero w starszych klasach. Nie muszę dodawać, że niewygodne teczki były jednak przez dzieci dobrem upragnionym.

Ławkę zaopatrzono w otwór, wydrążony celem wstawiania doń szklanego kałamarza. Do kałamarza tego pani woźna szkolna każdego ranka nalewała stosowną ilość atramentu; na tyle dużo, żeby wystarczyło dziecku do końca dnia, a na tyle mało, żeby nie zostawało dzieciom do zabawy i wychlapywania, chociaż atrament wlewano do kałamarzy dopiero w starszych klasach, chyba od trzeciej wzwyż. 

Oczywiście w tamtych czasach nie było długopisów; w niższych klasach pisano ołówkiem, a tylko czasem pozwalano na używanie ołówka kopiowego, który zamoczony (albo pośliniony) dawał fioletowy kolor i mimo rozmazywania, nie dawał się wytrzeć gumką. Pozwolenie na użycie ołówka kopiowego, a potem pióra i atramentu, podobnie jak zamiana tornistra na teczkę stanowiło pewien ważny etap dojrzewania w życiorysie szkolnika. O ile dobrze pamiętam następowało to w III klasie.

Szkolne ławki, od strony nauczyciela, (któremu przysługiwało biurko, czasami na podwyższeniu), były mniejsze od tych, które znajdowały się na końcu klasy. Takie odróżnienie wielkości ławek było konieczne, ponieważ w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym do klas pierwszych uczęszczały także dzieci, a właściwie prawie dorośli tzw. “przerośnięci”, którym wojna przeszkodziła w nauce czytania i pisania. W mojej klasie na ostatniej ławce siedziało dwóch wąsatych chłopców/mężczyzn, którzy podobno przyszli do szkoły z partyzantki. W ostatnich ławkach sadzano także dzieci, które nazywano określeniem dziś mocno uwłaczającym, ale zwyczajnym wówczas – “kalekami” albo opóźnionymi w rozwoju  (umysłowym lub ruchowych albo innym), po to, żeby nie przeszkadzały innym dzieciom, jeśli nawet nie były w stanie niczego się nauczyć.

Za moich czasów pamiętam jeszcze innych lokatorów ostatnich ławek oprócz “partyzantów”, także grubego i wielkiego chłopca, który prawie nic nie mówił oraz dziewczynkę, jak najbardziej wygadaną i złośliwą, ofiarę choroby heine medina, z uschniętą jedną nogą, ujętą w szynę i specjalny but ortopedyczny. Nazywała się Ada I miała kłopoty ze wstawaniem, dlatego więc posadzono ją w ostatniej ławce, żeby nie przeszkadzała innym dzieciom i/albo żeby inne dzieci nie przeszkadzały jej. Ady nikt nie lubił, ponieważ była bardzo niemiła w stosunku do reszty dzieci w klasie. Dzisiaj na takie osoby patrzymy w inny sposób; zdajemy sobie sprawę, że ich nieprzyjazność w kontaktach z otoczeniem wzięła się z  stosunku otoczenia do niej i innych “kalek”. Zajmowanie ławek z tyłu stanowiło pewną degradację w hierarchii dzieci i Ada, choć wysoka w stosunku do innych, zapewne to odczuwała.

Do grona kalek zaliczano także mnie, ponieważ byłam leworęczna. Siedziałam po środku rzędu,  zazwyczaj sama w ławce, ponieważ pisząc, trącałam łokciem sąsiadkę. Muszę dodać, że dziewczynki siedziały zawsze z dziewczynkami, a chłopcy z chłopcami. Nasza pani wychowawczyni tylko za karę sadzała czasem dziewczynkę z chłopcem w jednej ławce i był to największy wstyd, jaki mógł dotknąć delikwenów. Ponieważ obok mnie było zazwyczaj wolne miejsce, sadzano tam często chłopców za karę. Powodowało to dużą nieprzyjaźń między nami oraz często rękoczyny z ich strony. Niestety, uderzona przez kogoś, nie potrafiłam mu oddać mimo nauk mojego taty oraz napomknień wychowawczyni. Śmiano się ze mnie, że zamykam oczy, podnoszę pięść i wołam: uciekaj bo mam zamiar cię uderzyć.

W szkole nie było szatni; wieszaki na ubrania stały wzdłuż jednej ze ścian klasy. Najczęściej był to długi na całą szerokość sali stojak z dwiema poprzecznymi belkami – górną, przeznaczoną na czapki i worki z butami, dolną na płaszcze dziewczynek i kurtki chłopców (dziewczynki wówczas nie nosiły kurtek).

W workach noszono kapcie do szkoły, a potem wkładano do nich buty, często brudne i zabłocone. Częste bójki między dziećmi na przerwach odbywały się czasami z użyciem  worków, których uderzenia były bardzo bolesne, a czasem zostawiały ubłocone ślady na fartuszkach (nosiły je zarówno dziewczynki, jak i chłopcy).

W szkole obowiązywało noszenie fartuszków, zarówno dziewczynki jak i chłopców. Szyto je z najtańszego, granatowego materiału podszewkowego i zazwyczaj robiły to matki, bo tak wychodziło taniej, ale nie zawsze dawało dobry rezultat. Dokupywano do nich tylko białe kołnierzyki, które zmieniano co dzień i które dzieci same prały i prasowały. Pod koniec roku nitki w tych fartuszkach były powyciągane a same fartuszki zmechacone i przetarte w wielu miejscach. Żadne z dzieci ich nie lubiło.

Ze mną do szkoły chodziły dzieci, dziewczynki pochodzące z rodzin przybyłych w ramach repatriacji z terenów b. Związku Radzieckiego, gdzie dzieci nosiły fartuszki białe, z falbankami, podobne do fartuszków kelnerek czy pokojówek. Ta odmienność, jak i sposób mówienia odróżniało te dzieci od pozostałych, co miało wpływ na to, że im dokuczano. Po miesiącu czy dwóch, zazwyczaj ich rodzice wystarali się o nasze, polskie brzydkie fartuszki, a dzięki temu reszta dzieci przestała je wyśmiewać. Język w tym przypadku stanowił mniejszą przeszkodę w integracji niż fartuszki.

Szkolnych stresów było dużo. Od razu na myśl przychodzą mi: wizyta u dentystki szkolnej, lekcje religii z katechetką, która lubiła bić dzieci linijką po łapach – nie po spodniej części, a po wierzchniej, bardziej unerwionej, wizyta u szkolnej higienistki, sprawdzającej, czy dziecko nie ma wszy oraz podającej raz w tygodniu całym klasom na tej samej łyżce tran. 

Zacznę od dentystki. Jej pomocnica przychodziła do klasy na lekcje i wywoływała delikwenta. W tamtych czasach wiertła do borowania zębów nie były elektryczne, a na pedał, który dentystka przyciskała z różną siłą i w różnym tempie. Stanowiło to dodatkową udrękę dla dziecka, ponieważ ból w borowanym zębie zwiększał się i przygasał w rytm ruchów dentystki. W sprawach higieny dodam jeszcze, że płukało się buzię wodą z tej samej szklanki, z rozpuszczonymi w niej kalii hipermanganicum, fioletowymi kryształkami, których używano także do mycia odwrotnej strony ciała dziewczynki. Zużyty roztwór zmieniał piękny, fioletowy kolor na brzydki brązowy, po czym poznawano, że jest „brudny”

Jeżeli jesteśmy już przy higienie, to zajmę się innym stresem z powodu higienistki. Mieszkałam w Warszawie, dużym mieście, której mieszkańcy większości byli osobami niedawno powracającymi z różnych miejsc Polski i świata. Wiele dzieci miało wszy i ich przede wszystkim szukała higienistka. U mnie w domu mówiło się, że wszy mają osoby, które nie przestrzegają higieny, ale sprawa nie była tak prosta. Często wszy miały dzieci przyjaźniące się z innymi, rozmawiające ze sobą bez zachowania dystansu, szepczące z ucha na ucho do siebie na lekcjach. Jednak odkrycie wszy u dziecka na głowie było bardzo stresujące. Po pierwsze wszyscy z takiego dziecka wyśmiewali się, po drugie czekała go nieprzyjemna część wizyty higienistki. Na głowę dziecka wylewano mnóstwo śmierdzącego płynu zwanego “sabadylą” i zawijano ją w ręcznik. Z tym ręcznikiem na głowie należało siedzieć do końca lekcji, a więc cała szkoła, nie tylko klasa, wiedziała, kto ma wszy w tym dniu. Był to ogromny wstyd, a w dodatku wracało się do domu z głową owiniętą ręcznikiem i każdy przechodzień na ulicy mógł się domyślić dlaczego dziecko ze szkoły wraca z ręcznikiem na głowie. Jednak w rodzinach wcale nie było lepiej – zazwyczaj golono dziecku głowę “na łyso” zarówno chłopcom jak i dziewczynkom. Ja raz miałam wszy, ale na szczęście moja mama nie poszła po linii najmniejszego oporu i pracowicie wyłuskała wszystkie wszy i gnidy z moich włosów po struciu robactwa, tak że nikt o tym nie wiedział. Przyjaciółka, od której złapałam robactwo, miała gorzej, bo hodowała sobie długie warkocze, ale także jej mama nie obcięła włosów, tylko iskała ją przez kilka dni, nie posyłając do szkoły pod pozorem choroby.

Higienistka była także szafarką ohydnego, śmierdzącego tranu; jak podejrzewam dziś, stojącego zbyt długo i przez to zjełczałego. Czasami trafiał się świeży tran i wówczas jego przełykanie nie było takie odrażające. Tran podawano dzieciom z jednej łyżki, widelcem nabijano kawałek chleba lub trochę kwaszonej kapusty, przygotowanej wcześniej na talerzu i wyjętej ze stołówkowej beczki. Chleb nie pomagał na wstręt związany z piciem tranu, kiszona kapusta była znacznie lepsza, im kwaśniejsza I starsza, tym lepiej maskowała smak. Dzieciom tłumaczono, że to wszystko po to, żeby nie zachorowały na krzywicę, na którą w owych czasach chorowało sporo dzieci. W szkole łatwo było je rozpoznać po krzywych nogach, tzn. jak to nazywano “na beczce prostowanych”. Koleżanki i koledzy z klasy byli dobrym przykładem dla tych, którym tran nie smakował i w których musiano go wmuszać przemocą. 

Przemoc polegała na przytrzymaniu głowy dziecka I zatkaniu jego nosa oraz wlaniu płynu do buzi. Z dzisiejszego punktu widzenia może się to wydawać czymś obrzydliwym, jednak wówczas, w czasach gdy dzieci za karę klęczały w kącie klasy lub stały przez całą lekcje i od czasu do czasu szarpano je za uszy, było czymś zwyczajnym, nie wartym zwracania szczególnej uwagi.

Napisałam, że z dzisiejszego punktu widzenia jest ta przemoc szokująca, ale przecież była w jakiś sposób uzasadniona. Prozdrowotna edukacja społeczeństwa była nikła i pełna przesądów, a istotnie brak witaminy D w diecie dzieci w okresie wojny powodował liczne schorzenia, między innymi tak zwaną krzywicę. Dzisiaj o takiej jednostce chorobowej nikt nie słyszał, choć znamy szkorbut wynikły z braku witaminy C, ale raczej z powieści o piratach i długich morskich wyprawach. Czyż więc lepiej nie było przymuszać dzieci do łykania świństwa z jednej łyżki dla całej klasy, czy też pogodzić się z kolejnymi dziećmi o krzywych nogach i innych dolegliwościach? 

Kiedy wydaje nam się, że jest to tylko historia, która nie powróci, musimy zmierzyć się z koniecznością szczepień przeciw nowej pandemii. Na razie szczepi się wyłącznie ochotników, ale co będzie z resztą ludzi niechętnych, jeżeli poziom wyszczepienia nie osiągnie magicznych 70% populacji, a więc nie zabezpieczy pozostałej części przed chorobą? Czy i jakiej przemocy można i trzeba będzie użyć i na ile będzie ona uzasadniona? Dla dobra wszystkich, oczywiście. Ze szczepieniami w tamtych latach nie mieliśmy żadnego kłopotu, nikt ich nie kwestionował, ale to tylko dlatego, że wszyscy znali śmiertelne skutki wielu dziecinnych chorób, o których dzisiaj mówi się z lekceważeniem, bowiem w młodszych pokoleniach nikt nie znał człowieka na nie chorującego, jednocześnie bojąc się skutków koronawirusa. Zadziwiająca niekonsekwencja! Nasze zachowania stadne nadal są prymitywne i nieoczekiwane. Zdawać się może, że ludzkość jako całość nie uczy się na własnych błędach.

Poniżej: zdjęcie mojej I klasy (beze mnie)

Niemowlęta

czyli macierzyństwo w latach 60-tych xx wieku

Dyskusja, która wywiązała się pod odcinkiem babci o pieluchach, skłania mnie do dalszych dywagacji i wspomnień młodych matek w sprawach, o których głośno się nie mówiło, ponieważ były wstrętne lub nieestetyczne, jak: siusianie, kupkanie i wymioty. Do tych niewygodnych tematów należało także podawanie dzieciom smoczka oraz podkładanie pod głowę poduszek. Pierwsze groziło wyrodnym matkom wykrzywieniem wargi dziecka oraz cofnięciem podbródka, tak że maluch wyglądał na niedorozwiniętego, jak się wówczas mówiło. Normalne zdrowe i mądre dzieci musiały mieć dolną wargę wysuniętą do przodu, niczym stary rzymski wojownik, a nie cofniętą, jak bezzębny starzec lub pensjonariusz domu pomocy społecznej. Co do podkładania poduszki pod główkę   niemowlęcia, to paskudna matka, która nie dopilnowała, aby dziecku przekładać główkę z jednego boku na drugi na miękkiej poduszce, nie rzadziej niż co godzinę, mogła otrzymać w wyniku swojego lenistwa małego potworka, mającego główkę trwale asymetryczną.

Ja kiedyś tego nie dopilnowałam i miałam za swoje. Jedno z moich dzieci miało główkę mniej twardą i ona łatwo się spłaszczala po kilku godzinach snu w preferowanej przez dziecko pozycji. (Dzieci rodzą się z elastycznymi czaszkami aby mogły zmieniać swój kształt w czasie porodu, potem dopiero kości twardnieją a ciemiączko zarasta). Na nieszczęście nikt mi nie powiedział, że gdy dziecko zacznie siadać, a już zwłaszcza chodzić, to samo automatycznie będzie zmieniać pozycję i kształt główki się wyrówna, w każdym razie spłaszczenie nie będzie już widoczne, także z powodu bujniejszego owłosienia. O tym też się głośno nie mówiło, ale podświadomie każda matka miała obawy, czy spłaszczenie główki nie odbije się na zdolnościach intelektualnych niemowlęcia. W tamtych czasach nikt nie słyszał o Aztekach czy Toltekach kształtujących główki swych niemowlat poprzez ściskanie ich w układzie deseczek.

Innym problemem, z którym mierzyły się młode matki, była możliwość nierównej długości nóżek u dziecka, albo nierówno układających się fałdek skóry poniżej tyłeczka. Mogło to być objawem opóźnionego kostnienia chrząstek stawowych w stawach biodrowych, czego skutkiem mogło być na całe życie kalectwo w postaci okulawienia. Jeśli w porę dostrzegło się występowanie tych krzywych  fałdek, to należało udać się do lekarza, a ten dał skierowanie na roentgena i jeśli matczyne spostrzeżenie się potwierdziło, to dziecko lądowało przynajmniej na pół roku w gipsowych szynach. Była to straszna tortura i dla małego i dla rodziców. Znam kogoś, czyje dzieciństwo upłynęło właśnie w takich szynach, choć to w jej przypadku wyszło na dobre siłom intelektu, ale na starość powróciło kolejnymi problemami ortopedycznymi.

Odpowiedzialność młodych matek była jeszcze większa, jeśli problemów z dzieckiem było więcej, np. płakało cały czasu albo wrzeszczało dziko, wykopując się z powijaków, albo nie chciało jeść, albo jeszcze coś innego. Wówczas matka powinna się dobrze zastanowić, czy wybrała właściwego mężczyznę na ojca swojego dziecka. W tamtych czasach każda osoba niepełnosprawna w rodzinie, to był sygnał, że należy ostrożnie podchodzić do mężczyzny z tej rodziny, jako przyszłego ojca dziecka, mogącego dziedziczyć złe cechy. Źle wybrany ojciec, to była zawsze wina matki, która nie wykazała właściwej dozy rozsądku i nie słuchała starszych. Przyszłe babcie zazwyczaj wykazywały dedektywistyczne skłonności i potrafiły wyniuchać wszystkie złe rzeczy, które mogły się wydarzyć albo wydarzyły w rodzinie pana młodego, przyszłego tatusia delikwenta, zwłaszcza gdy panna młoda, przyszła mamusia, samowolnie postępując, nie słuchała bardziej doświadczonej matki, mającej inne preferencje, dotyczące zamążpójścia córki i której nie wystarczała miłość młodych

W małżeństwach zawieranych wbrew zdaniu rodziców, takich badań nikt wcześniej nie przeprowadzał, a więc kiedy narodziło się już dziecko z objawami, co do których można było mieć wątpliwości albo wyrażać swoją dezaprobatę ogólnie skierowanymi uwagami, młoda matka podwójnie czuła wyrzuty sumienia. Rozumiała wówczas poniewczasie, że małżeństwa zawierane pod egidą rodziców i swatek, cechowało przynajmniej rozłożenie odpowiedzialności na większą liczbę osób.

Wśród wielu przykazań i porad, które udzielano młodym matkom, a które zazwyczaj były do niczego nieprzydatne, górowała jedna, rzekomo najważniejsza. Należało zachowywać się w określony sposób, niezależnie od tego, czy cały świat się walił i palił, bowiem skutkiem złych zachowań kobiety było przepalenie się mleka, którym karmiono niemowlęta. Kobiety, które nie karmiły piersią, wcale nie miały łatwiej, pokarm i tak się wewnątrz nich przepalał tylko szedł wewnątrz nich i rozlewał się po całym ciele. Powodowało to różne choroby charakterystyczne dla połogu, np. nietrzymanie moczu, zachowania histeryczne, niechęć do współżycia z mężczyzną, bóle głowy, a zwłaszcza migreny. Jednak z dwojga złego lepiej było karmić niemowlę butelką, ponieważ chroniło to dziecko przed złymi humorami matki zmieniającymi skład mleka i zatruwającymi go szkodliwymi truciznami. 

Czego nie należało robić? Przede wszystkim denerwować się, złościć na kogoś, poddawać się lenistwu, być nieuważnym, zamyślonym lub zagapionym. Przed przepaleniem pokarmu ostrzegały zwłaszcza położne i pielęgniarki w szpitalu. Lubiły przypominać o tym położnicom z rana, przed zabiegami i śniadaniem, jak od wieków chętnie psuto innym wszystkie miłe chwile wypowiadając “memento mori”

Czerwona wstążeczka była innym, niezbędnym zabezpieczeniem przed wszystkim złem, które mogło dotknąć noworodka. Należało ją zawiązać w domu, od razu po przybyciu ze szpitala, na łóżeczku niemowlęcia. Dopytywałam położną, o co to chodziło z tą wstążeczką, ale zbywała mnie jakimiś banałami, chociaż sama w to wierzyła. Wiele lat później dowiedziałam się z lektur, skąd wziął się ten przymus zawiązywania czerwonej wstążeczki. Kiedy moje dzieci chorowały na odrę, pani doktor zwróciła mi uwagę, żebym nie zapomniała powiesić czegoś czerwonego w ich pokoju, bowiem ona sama była zdania, że czerwona wstążeczka nie wystarczy, lepszy będzie kawałek flagi. Jako osoba uważająca się za rozsądną i nie poddającą się przesądom światło wiedzy ćmiącym, wieszałam czerwony ręcznik tylko przed wizytą pani doktor. Jak już wspomniałam, wiele lat później przeczytałam, iż zalecane było wieszanie czerwonej zasłony w oknie ze względu na to że choroba odra powoduje światłowstręt u dziecka, ale czerwony kolor przysłony pomaga na tę dolegliwość. Dzieje się to ponoć na tej samej zasadzie, jak używanie czerwonego papieru, przysłaniającego żarówkę lub czerwonej żarówki przy wywoływaniu błon fotograficznych z dawnych aparatach . Praktycyzm doradzających i chęć ułatwienia sobie życia ograniczył barwę docierającego do dziecka światła do kawałka czegoś czerwonego, a nawet tylko wstążeczki. 

Podobną drogę przechodzą także inne przesądy, okrajane stopniowo z najtrudniejszych do przestrzegania warunków, choć nie mam czasu, aby opisywać z czego powstały, chociaż jest to fascynujące zajęcie. Najciekawsze w tym jest, że przesądy utrzymują się w rodzinie przez kilka pokoleń. Spostrzeżenie dokonane przez jedno pokolenie, wędruje z matki na córkę, wnuczkę i dalej, zmieniając swoje oblicze, podobnie do skutków dziecinnej gry w głuchy telefon.

W świadomości położnic i położnych oraz lekarzy w tamtych czasach depresja, jako choroba, a nawet jako odczucie, nie istniała. Matki były albo leniwe, albo nie umiały się ogarnąć i wziąć za siebie, a ich złe nastroje wynikały z nadmiernej drażliwości i skłonności kobiecej do histerycznych zachowań. Tak więc na kobiecie spoczywał obowiązek właściwego zachowania się, stosownego do nowych obowiązków. Trzeba było być dojrzałą i tyle. Opiszę tu jeden z najgorszych momentów w moim życiu, miesiąc po urodzeniu dzieci, a tydzień po wyjściu ze szpitala, przeżycia na którego wspomnienie wzdrygam się do dziś. 

Mieszkałam wówczas w Olsztynie, na starym mieście, w wiekowej kamienicy, na jej poddaszu, a właściwie na pierwszej z dwóch kondygnacji poddasza (dach nie był płaski, tylko składał się z różnej wielkości i wysokości przybudówek). Na parterze tej kamienicy mieścił się mały sklepik w którym robiliśmy z mężem podstawowe zakupy, jak: chleb, mleko, kartofle i kiszona kapusta (w tamtych czasach nie istniały warzywniaki jako oddzielne sklepy – beczki z kiszonymi ogórkami i kapustą mieściły się obok baniek z mlekiem, worków z ziemniakami, kaszą i grochem, kilkukilogramowych bloków masła i smalcu w pergaminowym papierze; po wszystko chodziło się z własnymi opakowaniami – butelkami, bańkami i starymi gazetami). Mąż chodził do apteki, gdzie na receptę wykupywał mleko w proszku dla niemowląt, ponieważ nie miałam pokarmu. W ciągu trzech tygodni, kiedy dzieci przebywały w inkubatorach, mój pokarm “przepalił się” i wrócił do mnie z postaci różnych złych humorów i wykwitów histerii. 

Zdarzyło się tak, że mąż musiał pojechać na trzy dni w delegację służbową do Warszawy, a ja zostałam z dziećmi sama. Moje dzieci były bardzo płaczliwe i kiedy jeden kończył wrzaski, zaczynał ryczeć drugi, tak więc trwało to bez końca dzień i noc. Nie miałam pojęcia, jak dzieci to wytrzymują, takie małe, słabe z niedowagą, a mają siłę tak wrzeszczeć! Nikt mi nie powiedział, że to dobrze dla małych płuc, świadczy o tym że podejmują walkę z nieprzyjaznym światem i walkę tę wygrywają, ponieważ są widoczne i słyszalne. Że to zjawisko naturalne, przystosowawcze.

Drugiego dnia od wyjazdu męża zabrakło wszystkiego do jedzenia, a zwłaszcza mleka w proszku dla dzieci. Bałam się zostawić je same i zejść na dół do sklepiku żeby kupić przynajmniej zwykłe mleko i dać im pić. Posłodzonej wody już nie chciały, darły się bez końca z widoczną złością. Były za małe, żeby im cokolwiek wytłumaczyć. W dodatku nie miałam jeszcze dla nich łóżeczek i leżały na tapczanie, jedno obok drugiego w powijakach, jakie wówczas obowiązywały dla dzieci do miesiąca życia, co miało je uchronić przed krzywym kręgosłupem i zwichnięciem stawów biodrowych, a co niebawem nastąpiłoby, gdyby pozwolić im bez umiarkowania machać nogami. Niestety, wbrew wszelkim mądrym zaleceniom z książeczek, które w szpitalu rozdawano położnicom, moje dzieci były zbyt żywotne na takie skrępowanie, i jak to Wodniki zodiakalne, które zawsze poruszają się według własnych zasad, szybko wykopywały się z tych powijaków, a jednemu raz zdarzyło się zsunąć  na podłogę. Tego się bałam i dlatego nie spuszczałam z nich oczu, nie mogłam więc być na tyle nieodpowiedzialną, żeby zejść na kilkanaście minut do sklepu. Powstał ogromny dylemat w moim sumieniu, które nie wytrzymało nacisku moralnego i zwichrowało się jak zmięta płachta. 

Zamknęłam się w łazience; wyciągnęłam z szafki butelkę wódki, którą mąż otrzymał od kolegów z pracy, jako świeżo upieczony tatuś i wypiłam duszkiem jedną czwartą. Osiągnęłam tym zasób wystarczającej siły i odpornosci moralnej, żeby zostawić dzieci i niezbyt pewnie stąpając po schodach, zejść do  sklepu; kupić bułki, mleko i ogórka kiszonego. Wychodząc, zawróciłam od progu sklepu, bo pomyślałam, że muszę kupić też wódkę, żeby mąż nie zauważył, że mu wypiłam alkohol. Wracając z butelką pod pachą, spotkałam sąsiadkę mieszkająca nade mną, matkę siedmiorga dzieci, kobietę uważaną dziś za patologię, ponieważ rodzina żyła na bakier z prawem. Tej kobiecie i jej mężowi (zresztą przemocowemu wobec żony pijakowi) zawdzięczam bardzo wiele pomocy w najtrudniejszych dla mnie chwilach. Zniosła nawet na dół do mnie swoją maszynę do szycia, nauczyła mnie na niej szyć, żebym mogła obrębić pieluchy wycięte z beli tetry przydzielonej mi łaskawie przez władze miasta z tytułu urodzenia bliźniaków i kilkunastu metrów białej flaneli tudzież dwóch nieobrębionych kocyków. Mąż jej zawsze przynosił mi z piwnicy (a właściwie lochów pod starym miastem) węgiel i stawiał rano i wieczorem wiadro pod drzwiami.

Na koniec jeszcze trochę o zawartości wspomnianej  broszury dla młodych matek i obowiązujących zaleceń w roku 1966.

Po pierwsze – dzieci nie należy nosić na rękach, ponieważ przyzwyczajają się i nie dadzą matką spokoju.

Po drugie – dzieci nie należy przytulać, całować i do nich zagadywać pieszczotliwie, bo w ten sposób się je rozpaskudzi. Jeżeli się już do nich mówi – należy mówić krótkimi zdaniami, konkretnie i wyraźnie, co sprawia że lepiej rozwijają się intelektualnie i szybciej przyswajają prawa otoczenia.

Po trzecie – karmić należy co 3,5 godziny, 6 razy dziennie z przerwą na noc, chyba że lekarz zaleci częstsze karmienie wcześniaków, ale i tak najwyżej 7 razy i o stałych porach, a nie na żądanie. W międzyczasie nie wolno dawać niemowlęciu nic do jedzenia, najwyżej można dać do picia lekko osłodzony rumianek, miętę lub wodę. Jeśli dziecko domaga się jedzenia poza ustalonymi porami, nie należy zwracać uwagi na wrzaski, tylko odczekać akuratnie do wyznaczonego czasu karmienia. 

Do trzeciego miesiąca życia nie poddaje się niczego innego niż mleko, przy czym lepiej jest podawać mleko w proszku odpowiednio rozcieńczone stosownie do wieku niemowlęcia, niż karmić piersią, ponieważ mleko z piersi może być zanieczyszczone bakteriami lub w inny sposób jeśli matka nie przestrzega higieny lub choruje, a mleko w proszku jest sterylne. Poza tym karmienie mlekiem w proszku uniezależnia matkę od wielu dodatkowych czynności. Pozwala także na łatwiejszą adaptację w żłobkach. 

Dla położnicy było jedno zalecenie, nie przejadać się, pić dużo płynów, zachowywać higienę własną i dziecka.

Wiele od tamtych czasów się zmieniło, tzw “zimny wychów” został zastąpiony wręcz przymusowym “kangurowaniem”, jedno wszak zostało niezmienne – przekonanie, że młode matki należy pouczać, ponieważ są zagubione i że najlepiej to robią aktorki/celebrytki. W telewizji TVN przedstawiona została nowa ramówka, a w niej Małgorzata Rozenek Majdan w porozumieniu z ekspertami (jakże dziś coś może obywać się bez ekspertów?) w programie ROZENEK CUDNIE CHUDNIE będzie informować młode matki, jak powrócić do dawnej figury, a więc używając terminologii czasów słusznie minionych, “nie zapuścić się” albo “nie pozostać soute”. Dochodzi więc jeszcze jeden nowy obowiązek – zadbać o siebie. O niemowlęta dbają już firmy  w rodzaju Instytutu Badawczego Pampers, czy jak on się teraz modnie nazywa w zgodzie z obowiązującą terminologią naukawą. czyli niezrozumiałą dla zwykłego śmiertelnika.

Pieluchy

Przeczytałam w Internecie: odchodzi całe pokolenie bez dotyku ręki, bez czułości i obecności bliskich. Jednocześnie pół kraju martwi się o to, że nie będzie możliwa jazda na nartach, bo nie będą czynne wyciągi. Te oba narzekania są wyrazem nieszczerego prezentowania poglądów, które uznano za słuszne i obowiązujące. Dlatego korci mnie przekłucie tego balonu, dorwanie się na własny użytek – prawem osoby, która jest bliżej lub dalej swego kresu – do obnażenia hipokryzji i fasadowości zachowań.

Po pierwsze: odchodzenie akurat teraz, w czasie panademii, bez czułości bliskich, jakkolwiek jest faktem, nie świadczy wcale o tym, że w innym czasie i miejscu (nie w szpitalu na przykład, a w zaciszu domu czy mieszkania) odchodzenie ma oprawę stworzoną przez czułych bliskich; dotykających i  głaszczących, oprawę pocieszania, trzymania za rękę itp. Od razu zaznaczam, że nie ma to nic wspólnego z miłością, czy innym uczuciem wobec tych bliskich. Brak oswojenia ze śmiercią, kulturowy nakaz nie okazywania emocji w innych okolicznościach, niż przyjęte powszechnie, nie pozwala wielu osobom na okazywanie tej miłości w preferowany przez psychologów sposób. Czułe przytulanie rezerwujemy dla dzieci, zwłaszcza malutkich, a nie dla starców.

Pamiętam kilkadziesiąt lat temu akcję rozpoczętą przez prasę “rodzić po ludzku”. Raz postanowiono idąc tym śladem nieśmiało zapoczątkować jednym artykułem (zresztą kilka lat później) podobną “umierać po ludzku”. Skończyło się na tym jednym artykule i sprawa została zapomniana. Niektórzy komentatorzy odnieśli się do niej z niesmakiem.

Dba się o to, by nowo narodzone dziecko położyć serce przy sercu matki lub ojca w przekonaniu, że jest to ważne dla powitania małego gościa na tym świecie; niepisana reguła podobnego pożegnania ze starcem lub staruszką nie obowiązuje. Przynajmniej wśród tych, którzy w wieku średnim żegnają najczęściej własnych rodziców.

W swoim życiu byłam obecna przy śmierci kilku osób i ani ja sama, ani inni bliscy tych osób nie potrafili przekroczyć niepisanej reguły godnego zachowania w obliczu śmierci. To na zapadłych wsiach czasem ludzie pozwalają sobie na głośne i publiczne lamentowanie, co w naszych, miejskich kręgach uważane jest za niestosowne.

Jeszcze lepiej widać to na pogrzebach. Zdarza się, że w kościele, w czasie podniosłych słów, dla niektórych osób pozbawiony emocjonalnego wyrazu żal po zmarłych jest tak trudny do zniesienia, że ich reakcje są nietypowe – nie potrafią ani lamentować ani zachować spokoju, w rezultacie czego na przykład zaczynają się śmiać lub chichotać. Sama byłam świadkiem takich wydarzeń i wiem, że ogół obserwujących uczestników pogrzebu był bezlitosny dla delikwentów, którzy nie potrafili się opanować. 

Do tego dołączają się sami umierający i ich oczekiwania (mogę jedynie mówić o osobach urodzonych przed II wojną światową). Znajdują się niekiedy w upokarzającej sytuacji, niewygodnej pozycji; miotani przemożnym strachem, nie potrafią zachować się stosownie do wymagań otoczenia, które zazwyczaj mało ich obchodzi. Środkiem ich zainteresowania są oni sami i to, co ich czeka – reszta się nie liczy. Obłuda i zakłamanie nie jest im potrzebne, nie wiadomo nawet czy czyjaś obecność. Obłąkane strachem oczy, patrzące nie wiadomo gdzie, bezładne gesty, chwytające przysłowiową brzytwę, to zapamietane przeze mnie obrazy. 

Ja na przykład, osobiście wolałabym umierać podobnie do niektórych zwierząt – wcisnąć się w najgłębszy kąt i zapaść się w sobie, bez świadków. Jak raki wpełzające pod kamień.

Teraz  zresztą – jak się mówi – biorą z naszej półki. Należę do pokolenia, które właśnie odchodzi i którego głos nie ma większego znaczenia. Mówią o nas bez nas, nie pytają o nic. Zamknięci w swoich mieszkaniach staruszkowie, ograniczeni perspektywą niewygodnego coraz bardziej łóżka, telewizora i szklanki herbaty, którą oby ktoś mógł podać, zaopatrzeni, jeśli na to nas stać w pieluchy (zwane dziś niesłusznie “pampersami” od nazwy firmy a nie od pielęgnacji), widzimy jaśniej to wszystko, co jest poza naszym zasięgiem, ponieważ aprobujemy wszystko, co nas czeka, nas jako staruszków u progu śmierci i nas jako cząstkę ludzkości, która jeszcze nie zauważyła, że nic już nie będzie takie samo. To jeszcze wpojony w dzieciństwie obowiązek zachowania dumy w obliczu nieuniknionego. 

Z tej perspektywy popatrzymy na ulepszenia życia codziennego, które nastąpiły w ciągu ostatnich 50 lat. Jako że zanurzyłam się w świecie fotografii z lat sześćdziesiątych (ostatnio Marek Zurn zaprezentował w tym cyklu zdjęcia z mojego ślubu i jako świeżo upieczonej matki – https://www.facebook.com/zdjeciamarekzurn) niejako w uzupełnieniu zajmę się tematem ciekawym tylko może dla kobiet, a mianowicie pieluchami. Kiedyś my musiałyśmy się nimi zajmować, przewijać nasze dzieci, na starość powraca problem i znowu jest nasz, nie innych. To starcy, zwłaszcza mężczyźni, czują się upokorzeni i bywa, że wolą załatwiać się pod siebie, niż założuć pieluchę. Nie obchodzi ich wygoda otoczenia, a jedynie poczucie źle pojętej własnej dumy.

Na początek kilka zdjęć. Widać na nich ogromne ilości tych skrawków materiału dość grubo tkanej bawełny, które wymagały codziennego prania. Pranie wówczas także było inne niż dziś, ponieważ pralki były rzadkością, zresztą nie były to dostępne dziś pralki automatyczne, tylko prymitywne Franie lub Światowidy. Z maglownicą na korbkę. Uprane pieluchy należało po tym wyprasować, ale ja tego nie robiłam, bo już nie miałam siły. Płukało  się toto w wodzie z octem, (podobnie jak w wodzie z octem pukało się włosy które myto wówczas mydłem, ponieważ nie było jeszcze szamponów ani mydeł w płynie. Elegantki albo osoby o słabych włosach myły je żółtkiem jaj, żeby były mniej szorstkie i płukały piwem, żeby łatwiej się układały). 

Ale wracając do pieluch: nic więc dziwnego, że matki zachęcały dzieci, jak mogły, rozmaitymi sposobami, do korzystania z nocnika. Nauka tej czynności była rzeczą trudną i nie wszystkie mamy podołały koniecznym do tego zdolnościom pedagogicznym. Najlepiej robiły to babcie; miały dużo cierpliwości, nie spieszyło się im nigdzie i czasem same z dziećmi świetnie się bawiły. Tak czy inaczej, dziecko w wieku roku, gdy dobrze i stabilnie siedziało, już zazwyczaj było nauczone załatwiania się do nocnika (przynajmniej na “grubo”), a więc znacznie wcześniej, niż zaczynało mówić. Obecnie firmy produkujące pampersy rozsyłają od blisko 20 lat wszystkim mamom biuletyny, w których przekonują młodych rodziców, że żądanie od dziecka korzystania z nocnika wieku dwóch, trzech lat, to tortura i nadmierne wymagania. Oczywiście robią to w swoim dobrze pojętym interesie finansowym.

Kiedy dziecko przeszło już trening czystości, rodzice mogli trochę odetchnąć ponieważ zmniejszała się ilość prania, którą musieli wykonywać i poprawiał się stan ich zniszczonych rąk tudzież zyskiwali trochę czasu na złapanie oddechu..

Ta seria zdjęć, którą za chwilę przedstawię, powstała wyniku radości z otrzymania prezentu od teścia. Kupił nam pralkę i pierwsze pranie w niej wykonane przekonało nas, że pieluchy niekoniecznie muszą być udręka na długi czas i zabijać radość z posiadania dzieci. Jednocześnie fakt prania i wieszania na ogródku wymienionych pieluch był powodem kolejnej udręki zafundowanej nam przez otoczenie. Ale o tym innym razem…….

I druga, poruszona na wstępie sprawa – straszliwe skutki niedziałania wyciągów na stokach narciarskich (obostrzenia zniesionego od dziś).

Pamiętam za moich młodych lat, że zanim na nartach poszusowało się w dół zbocza, wcześniej należało pracowicie wdrapać się na nie. Wydłużało to oczywiście czas przebywania na stoku, jednocześnie jednak sprawiało, że nasze mięśnie i ścięgna ćwiczyły się bardziej w różnorodnym wysiłku. Wyciągi, którymi wszyscy wjeżdżają na górę, aby zjechać na nartach w dół, powodują że zostaje sama przyjemność i złudzenie wszechstronnego wysiłku. Tak już jest że zamiast iść spacerem, dojeżdżamy samochodem do siłowni, gdzie pracowicie pedałujemy na stacjonarnym rowerku, chociaż bardziej naturalnie moglibyśmy popedałować przez park (co zresztą zaczynamy robić  w obliczu zamkniętych siłowni i co owocuje ogromnymi kradzieżami rowerów, nawet starych i zniszczonych, notowanymi ostatnio.).

Żyjemy złudzeniami i nikt nie próbuje zastanowić się, że nasze złudzenia są kwestionowane przez panademię, toteż natura jakby wymusza na nas refleksje, a my, głupie dzieci cywilizacji, nie dostrzegamy, że właśnie oto na naszych oczach rozwija się prawdziwe postapo, a nie jakiś wydumany, handlowy wymysł. 

Świat sprzed 53 lat

Jest taka strona na Facebooku: “Nowe życie starej fotografii”, gdzie można przysyłać stare zdjęcia, zniszczone lub pogięte, czy porysowane, lub opatrzone pieczęciami z legitymacji i poprosić grupę o naprawienie uszkodzeń. Ponieważ grupowi specjaliści robią to najczęściej w programach komputerowych, niekiedy bardzo wyrafinowanych, często na życzenie poprawiają także poprzez nadanie im koloru. Bardzo zabawnie wyglądają pokolorowane zdjęcia, podobne dawniej wszechobecnym na ścianach nad łóżkami ślubym tak zwanym monidłom, jeśli wiemy o nich, że pochodzą np. z dziewiętnastego wieku, kiedy królowała fotografia czarno-biała. 

Poprawianie rzeczywistości jest popularne w bardzo wielu dziedzinach, nigdy wcześniej  jednak nie było czymś, co dominuje i zaciera ze szczętem autentyczne obrazy, w istocie fałszując prawdę. Niezauważone poprawianie takiego zdjęcia likwiduje jego urok, jego kolor zblakłej sepii na przykład; zastąpiony barwami współczesności, ostrymi i jaskrawymi, nieznanymi wówczas, przez co staje się dla świadomego odbiorcy prymitywny i niewiarygodny. Zauważa on dzięki temu i zastanawia go fakt, że współczesny człowiek niechętnie przyjmuje rzeczywistość; jest ona prawdopodobnie dla niego zbyt bezbarwna i mało atrakcyjna, a przez to paradoksalnie niewiarygodna. Rozważam czasem, jak wiele osobom podobnym do mnie. to przeszkadza? Niewielu chyba, patrząc na powszechność próśb o “pokolorowanie”. Ostatnio napisał ktoś z prośbą o poprawienie zdjęcia uzyskanego jako skan z muzeum, z fragmentem dokumentu, do którego go przymocowano i niemiecką pieczęcią okupacyjną, tzw. “Gapą”. Wydaje mi się, że samo zdjęcie nie ma takiej wartości, jak właśnie owe pieczęcie i fragmenty tekstu, ale komuś przeszkadzały, chciał mieć fotografię przodka, pozbawioną rys i odcisków jego czasów.

Łapię się jednak na tym, że sama nie jestem inna. Zrobiłam sobie “selfie” zapominając, że jestem w koszuli nocnej i chcąc puścić fotografię w świat, prosiłam kogoś o skasowanie kawałka koronki przy szyi. Nazwał on tę czynność fałszowaniem rzeczywistości i oczywiście miał rację (teoretycznie oczywiście).

Przy okazji wigilii, upływającej w dobie koronawirusa w niezbyt radosnej atmosferze, wymuszonej okolicznościami (dla pokazania, że my się nie poddajemy i świętować będziemy) usłyszałam, że od kilku lat nie mam kontaktu ze światem poza Facebookiem i innymi “internetami”, dlatego moje opinie noszą charakter teoretyczny. W zasadzie jest to prawda; nie wychodzę z domu. Ale spotykam się z ludźmi, rozmawiam przez telefon ze starymi i młodymi i właściwie nie odczuwam swojej izolacji jako więzienia i odklejania się od rzeczywistości. Jest jednak w tym twierdzeniu doza prawdy i dlatego sądzę, że nie mam prawa wypowiadać się o współczesności, raczej powinnam zająć się przeszłością. A konkretnie mój biorąc tradycją, do czego namawiają mnie znajomi. 

Tradycyjne zachowania odchodzą w przeszłość i ich ślad ginie wraz z pokoleniami umierających staruszków, zwłaszcza tych, których interesowała zawsze moc szczegółów i szczególików, którzy nie stosowali zasad hierarchii ważności w odniesieniu do życia codziennego. Chociaż nie wychowałam się w środowisku celebrującym jakiś określony rodzaj kultury, należę do takich osób, które sądzą, że każdy szczegół zawierać może w sobie prawdę ogólną i ważną, a każde principium może być śmietniskiem śmieszności i głupoty i dlatego czuję się czasem uprawniona do zabierania głosu w sprawach tradycji i jej przemian. Teoretycznie oczywiście.

 Ale dość wstępu. Ponieważ okres nowego roku i Sylwester nie był taki sam, jak wszystkie inne poprzednie, wzbogacony dodatkowo o swego rodzaju przypomnienie stanu wojennego i zabaw w tamtym czasie, pokuszę się o wspomnienia związane z sylwestrami czasów minionych. 

Jedna rzecz łączy tamten czas i czas obecny, a mianowicie godzina policyjna, jednak nastrój był inny. Wówczas bawiliśmy się jakby była to ostatnia rzecz, którą możemy zrobić przed Armagedonem. Głowę zaprzątały nam problemy związane z zaopatrzeniem, w tym z faktem, że chcąc się dobrze zabawić, trzeba było kilka miesięcy gromadzić wódkę wykupioną na kartki, odmawiając sobie tej przyjemności (a także papierosów i słodyczy tudzież czekolady i kakao) pozostałych jedynie stłamszonym ze wszech miar ludziom.I oczywiście zabawy też. 

Dziś nie jesteśmy już stłamszeni, mamy pełne lodówki jedzenia i alkoholu, ale nie możemy spotkać się z większą liczbą osób, niż pięć. Jak w związku z tym zrobić dobrą zabawę, do której potrzeba przynajmniej sześć, siedem par, czyli 12 do 14 osób? Mogliśmy spotykać się więc wirtualnie, ja przy swoim ekranie i goście przy swoich, każdy ze swoim alkoholem, co ma swoje dobre strony, ponieważ nie widać, gdy w kieliszku wódkę zastąpi się wodą, a robić tak muszę z powodu zażywanych leków. Oczywiście nie wchodzą w grę tańce, ale nie jestem już młoda i wcale mi to nie przeszkadza. Nie uważam też, że dla osób w starszym wieku najlepsze są potańcówki i spotkania z nowymi mężczyznami. Dzisiaj już zaliczyłam takie spotkanie, kiedy napisał do mnie jakiś młody człowiek nie znający mojego profilu na FB, że pragnie porozmawiać o seksie, a skoro odpisałam mu, że już w moim wieku ponad 70 lat sprawa nie jest zbytnio interesująca, grzecznie nie dał po sobie poznać, że go rozczarowałam.

Jednak jest to objaw czasu. Święta Bożego Narodzenia przestały być dla mnie świętym już bardzo dawno, wówczas kiedy w czasach słusznie minionych trzeba było skupić się na zaopatrzeniu w dobra wszelakie, a zwłaszcza w jedzenie. Trzeba było odstać swoje w kolejce po mięso, wędliny, cukier, drożdże i inne rzeczy niezbędne dla świętowania przy przyzwoicie zastawionym stole. Po tym wszystkim już świętować się nie chciało i nie miało siły .

Wracam więc do wspomnianych na wstępie fotografii. Lepiej jak zostaną takie jak były, rozmazane czasem, prześwietlone albo niedoświetlone, wyraziste albo banalne, ale zawsze dokumentujące tamte czasy, czasem poprzez szczegóły nie dostrzegane przez współczesnych A ważne dla osób uwiecznionych. Rozmaite szczegóły, wygląd kieliszków, biżuteria na szyjach i palcach koleżanek, fryzury, sukienki i buty, meblościanki w tle i to co stało na tych meblościankach. Przedstawiają dziś kilka fotografii z tamtych lat, jest ich niewiele bo wiem aparaty fotograficzne nie stanowiły takiej codzienności jak dziś i zdjęć też nie robiło się dużo, a kiedy posiadacz aparatu wypił już trochę alkoholu niedostępnego kilka miesięcy z powodu systemu kartkowego, kiedy alkohol można było zamienić na czekoladę dla dzieci, zdjęcia wychodziły czasem dziwaczne, ale zawsze warte uwagi.

Oto pierwsze zdjęcie: 

Przedstawia ono mnie w wydzierganym własnoręcznie swetrze, którego oczka stawały się z biegiem czasu coraz większe za sprawą byle jakiej włóczki, więc którym cieszyłam się niedługo. Owa włóczka nazywała się wówczas „melanżem” i składala się z dwóch nitek skręconych razem – białej, puszystej i czarnej, o wiele cieńszej i gładkiej, jednakże czarna była zbyt cienka, żeby utrzymać stabilność dziergania. Z dnia na dzień sweter stawał się coraz dłuższy i szerszy, chociaż ja wówczas raczej, chudłam niż tyłam. Zdjęcie jest sylwestrowe, robione w Gdańsku, gdzie wówczas mieszkałam 31 stycznia 1967 r. Takie selfie tamtych czasów, robione zabytkowym już dziś aparatem „lustrzanką”. Pamiętam także oprawkę swoich ówczesnych okularów, której bardzo nie lubiłam i którą zastąpiłam nowym wzorem, gdy tylko pokazał się na rynku – „kocie oczy” – wąskie, podłużne, lekko ukośne, ale nadal ciemne. Szkła tych okularów były grube i ciężkie (podobnie jak oprawki) i zostawiały na nosie wglębienie, którego nie pozbyłam się do dziś. Coś o ówczesnej modzie mówi także fryzura. Moje włosy kręciły się naturalnie, ale owe spiralne loki były skrajnie niemodne. Obowiązywały wówczas włosy długie, proste „na topielicę” albo krótkie, „na chłopczycę”. Wzorem były oczywiście aktorki: Marina Vlady w francuskim filmie „Czarownica”, o losach dziewczyny wychowanej w skrajnej głuszy i Jean Seberg, także francuska aktorka. W tamtych czasach moda podążała za francuszczyzną, a nie angielszczyzną, jak dziś.

Sylwestra spędzaliśmy z mężem we dwójkę, ze śpiącymi w sąsiednim pokoju niewiele ponad rocznymi synami, bez gości i zabawy, w prawie pustym internacie. O takich sylwestrach mawiało się, że spędza się je na białej sali (od koloru pościeli, która w tamtych czasach zazwyczaj była biała, a to dlatego, że oddawało się ją do pralni i magla, ponieważ pralki były jeszcze rzadkością – oczywiście jeszcze nie automatyczne, a zwykłe, z wałkami na korbkę do odciskania wody. Pralnie nie przyjmowały „kolorów”, które wówczas były nietrwałe i zabarwiały inne prane sztuki).  Fotografowanie zajmowało nam czas do północy po codziennym ręcznym wypraniu pieluch, co trwało około 3 godzin.To było pierwsze zdjęcie.

Ostatnie z serii było wklejone do albumu i zasłonięte, ponieważ uważałam je za nieskromne, a przedstawiało mnie nagą, owiniętą służbową zasłonką zdjętą z okna, ponieważ podobał mi się jej wzór i kolor, chociaż ten ostatni oczywiście nie był widoczny na zdjęciu. W tamtych czasach nikt nie nosił długich do ziemi sukienek, nawet ślubne sięgały tylko za kolana, ja zaś marzyłam zawsze o takiej długiej sukni, jak na balach w filmach historycznych.To zdjęcie było formą noworocznej realizacji marzeń. Dziś można śmiało tę fotografię pokazać publicznie, tak wiele się zmieniło od 1967 roku, Dlatego ośmielam się ją zamieścić. Niestety, jakość tych zdjęć odbiega od dzisiejszych standardów, a ja wówczas byłam zupełnie początkująca. W tle wszechobecna olejną farbą malowana lamperia, jaką stosowano w szkołach i urzędach, a także w internatach i mieszkaniach służbowych.

Na koniec zdjęcie w kuchni. Wiszące na sznurkach ścierki były znacznie ładniejsze iż wiszące w pokoju pieluchy (w liczbie 80 na dobę – na dwójkę dzieci), dlatego je wybrałam za tło. Ze szczegółów widocznych na zdjęciu ważna jest zielono-bura lamperia, jakie wówczas malowano w kuchni i zasłonka na sznurku zasłaniająca część okna. Widoczne na zdjęciu (choć marnym) rury kanalizacyjne dopełniały widoku kuchni tamtych czasów. Cóż, kuchenna żarówka o małej mocy była przeszkodą dla niedoświadczonych fotografów.

Gadzi mózg

Człowieczy mózg przypomina cebulę – nie kształtem, a warstwowością – kolejne warstwy narastają na najbardziej prymitywne części, pokrywają je zostawiając jednak miejsce na nowe narośla – tak przynajmniej zrozumiałam stosowne rysunki. Dlatego też uwalnia się czasem z tych najstarszych warstw cebuli mózgowej coś, co mogłoby być emocjami stworzeń pierwotnych, a w każdym razie pierwotniejszych niż ja i moi przodkowie, być może. Nie wiem czy gady odczuwały intensywnie emocje; nie sądzę, ponieważ są zwierzętami zimnokrwistymi i dużo czasu zabiera im doprowadzenie się do stanu, w którym mogą podejmować jakąkolwiek aktywność. Ale może jakieś gady w trakcie procesu przekształcania w coś bardziej skomplikowanego pozostając gadami doznawały przyrostów niejednolitych i nieidentycznych, zanim się ustaliły i skostniały, kto wie?

Dlatego też uważam że gady odczuwają zimno/ciepło, senność/aktywność, potrzebę/brak. Nie jest jednak tak, że uczucia schowane w najgłębszych pokładach mózgu są letnie i miałkie. Tak może być i z potrzebą/brakiem wysublimowanymi w ognistej alchemicznej wrażliwości sennych kamieni filozoficznych, przeniesionych dalej i wyżej w hierarchii rozwoju. Dlaczego więc sądzę, że uczucia z mojego snu pochodzą z najstarszych części mózgu? Niekoniecznie gadziego, może na przykład stworzenia narodzonego w powulkanicznym jeziorze. Dlatego, że jako człowiek nigdy nie doznawałam ich w podobnie silnym natężeniu, a w każdym razie w wyniku jakichś rzeczywistych wydarzeń.

Kiedyś we śnie odczułam silne uniesienie, którego do dziś nie potrafię nazwać, zapewne można by zaliczyć go do  grupy uczuć religijnych, choć nie miało nic wspólnego ani z religią, ani  ze znanymi uczuciami miłości, nienawiści czy pragnienia. Ostatnio sytuacja powtórzyła się, z tym, że uczucie należało do zupełnie innej kategorii. Nie było gadzim pojmowaniem siły wyższej i jej kultu (jeśli gady cokolwiek takiego znają, choć psy już zapewne tak), było tęsknotą za czymś, czego jeszcze nie doznaliśmy gadami będąc, ale przeczuwając wzniesienie się na wyższy stopień skomplikowania, z może przyrośniętymi kolejnymi warstwami mózgowej cebuli. Było przeczuciem, że mamy możliwości przewidziane przez to coś, czy kogoś, kto steruje przyrostami cebuli i robi miejsce na następne jej warstwy pod twardym i nierozciągliwym kamieniem czaszki.

Kilkadziesiąt lat temu odczułam cień podobnej emocji związanej z pewną osobą. Z osobą tą dawno już nie mam kontaktu, a emocja w skali jeden do 10 sytuowała się na pozycji mniej więcej siódmej ale pamiętam ją doskonale z uwagi na inne uboczne okoliczności. Tymczasem ubiegłej nocy miałam sen w którym ta osoba wystąpiła w sytuacji zupełnie odmiennej od rzeczywistej i nieprawdopodobnej. 

Był to sen z gatunku tzw. post apo niewielkiego natężenia. Ów świat alternatywny był ubogi i siermiężny i zupełnie nieprawdziwy. Moi znajomi, a wśród nich ta osoba, pozakładali kolejne rodziny, mieli stadko kolejnych dzieci, gnieździli się wszyscy na kupie w malutkim mieszkanku w popeerelowskim bloku. I oni i ja byliśmy wszyscy ubogo i niechlujnie ubrani, zmarznięci, wobec siebie niechętni i niechęć tę okazujący. Ja odszukałam ich i przyszłam do ich mieszkania, ponieważ we śnie prowadzili sklepik za osiedlem, w starym baraku stojącym wśród piasków, które kiedyś były dobrze utrzymanymi trawnikami zalążków parku (ale park ten nigdy nie wyrósł bowiem drzewa i krzewy uschły). Potrzebowałam coś z tego nędznego i odległego sklepu, równie zwyczajnego i siermiężnego jak rzeczy, które kupowano w tamtych czasach. Tu mała dygresja:

Najlepiej pamiętam gromadzenie uszczelek w starej buteleczce po lekarstwie zawsze potrzebnych w dużej ilości: do kranów, do butli gazowych, do termosów, do syfonów na naboje, czerwonych lub czarnych, gumowych lub twardszych z tworzywa o niewielkiej różnicy średnic. Pamiętam też pierwsze butelki plastikowe, w których zaczęto sprzedawać olej i to, że z dużym trudem myłam je, bowiem o wiele lepiej nadawały się do zabierania napoju do torby niż ciężkie butelki szklane. Był to więc czas początków pojawienia się tej kategorii śmieci, które stanowią dziś globalny problem, kiedy wymiana uszczelki wystarczała do przedłużenia życia armatury a wymycie butelki plastikowej pozwoliło uwolnić wagę dźwiganego przez kobiety codziennego wyposażenia do pracy (nikt wówczas w biurach nie oferował kawy czy herbaty, nie było mikrofali do podgrzania potraw ani kateringu – nosiło się picie i kanapki).

Jednakże uczucie, które w związku z tym doznałam we śnie, dziwne, nie na miejscu i nieprawdopodobne było tak silne i od wielu lat nie odczuwane; nie sądziłam że w ogóle można taką błahą emocję odczuć tak porażająco i całościowo; mogę to wytłumaczyć jedynie faktem, że była głęboko ukryta i wydostając się na wierzch poprzez tarcie o inne warstwy mózgowej cebuli rozgrzała się, mimo że nie byłam gadzia od dawna.

Od dawna zastanawiałam się, co może powodować pojawienie się doznań nie związanych z obrazami oglądanymi w realu lub we śnie, doszłam do wniosku że to uczucie palącego braku pozornie niezwiązanego doznaną w danej chwili rzeczywistością, braku który można nazwać od imienia  patronki jego – Lilithowym. Zrozumiałam, że wiąże się to uczuciem ubóstwa, które w tamtych latach, za PRL, za którą nie wypada wzdychać było dominujące, przywołało jednak te lata, kiedy była młoda i sprawna, mogłam wiele zrobić i panować nad znacznie większą liczbę zdarzeń niż dzisiaj czasach rzekomej wolności, antropocenu i powszechnego wyrzutu sumienia. Mój gadzi mózg cofnął mnie do czasów przed…  Właśnie, ostatni rzut oka na świat który zostawian.

Odpowiedzialność kobiet

Pewna moja znajoma, pani około pięćdziesiątki, napisała:

“Uwaga – będzie ostro. Uważam, że każda kobieta popierająca PiS musi być bezdennie głupia. Ja rozumiem, że kobiety w wieku powyżej 60 lat zioną zawiścią w stosunku do kobiet w wieku „rozrodczym” bo są za stare na zajście w ciążę dlatego popierają PiS i czarną mafię kościelną ale kobiety młode, które mogą zajść w ciążę która może zakończyć się urodzeniem dziecka bez głowy, które dobrowolnie oddają swoją macicę w władanie starym obleśnym dziadom (np. Kaczyński, Terlecki), gnojom którzy wykorzystają nieletnie dziewczyny (były marszałek Sejmu)… Jak nazwać takie kobiety? Gardzę takimi kobietami… “

Przeraża mnie ta mentalność nastolatki, ten brak refleksji i to podpieranie pretensji do świata powtarzanymi bezmyślnie bzdurami o zależności wieku od zazdrości o młodość(???) i urodę, to spłycanie wszystkiego, sprowadzanie spraw poważnych do głupawego banału. Łatwo gardzić kimś, o czyich doświadczeniach nic się nie wie i o kim z wyżyn własnego konta na FB można nie myśleć, chłonąc ostatnie porywy własnej młodości.

Dlatego opowiem o doświadczeniu mojej rówieśniczki, koleżanki z którą kiedyś razem pracowałam, niesympatycznej osoby, niezbyt lubianej. Treścią mojej opowieści, jej morałem właściwie jest relacja (ponadczasowa) o tym, jak bardzo można utonąć w poczuciu winy. Jeśli wie się o tym, co kobieta ta i inne jej podobne przeżyły, trudno zdobyć się na pogardę. Po prostu nie przystoi myślącej kobiecie, siostrze w strapieniach.

Jakkolwiek była niesympatyczna i nielubiana, pomagała koleżankom z pracy udzielając pożyczek z kasy zapomogowej w razie konieczności dokonania tzw w PRL “skrobanki”. Środki antykoncepcyjne wówczas nie istniały, a choć aborcja była prawnie dopuszczalna, skierowaniu do szpitala na zabieg towarzyszyło coś w rodzaju dochodzenia (komisja trzyosobowa z czynnikiem społecznym) a szpitale już wówczas manewrowały kolejkami w ten sposób, że po doczekaniu się na wyznaczenie terminu, sprawa najczęściej była już bezprzedmiotowa. Dlatego potrzebna była zaufana koleżanka zarządzająca zakładową kasą zapomogowo-pożyczkową. I czasem kilka remontów mieszkania w niedługim okresie czasu.

Ela (to nie jest jej prawdziwe imię) dostała pierwszej miesiączki w wieku 11 lat w stołówce domu wczasowego, gdzie wyjechały z matką na dwutygodniowe wczasy. Kąpała się w jeziorze, a potem w mokrym kostiumie boso weszła na obiad nie zauważając, że zostawiła na lastrykowej podłodze czerwone ślady. Nikt jej nie uprzedził, że coś takiego może zajść i z czego to się bierze, więc bardzo się przeraziła i myślała, że umrze ze wstydu. Wszyscy na nią patrzyli z niesmakiem, a pani sprzątaczka przyleciała zaraz z mokrą szmatą, owiniętą wokół szczotki, mrucząc pod nosem: “niby miastowe a wstydu nie mają!”

Matka dołożyła swoje trzy grosze, ale od tamtej pory zaczęła traktować córkę trochę poważniej. Wszak była już kobietą, więc należało udzielić jej pakietu przestróg i pouczeń koniecznych dorosłej kobiecie. Z innych źródeł Ela też czerpała wiedzę, niestety jednak czasem zamiast wyjaśnień dostawała nowe zagadki.

Uznając jej dorosłość matka rozpoczęła dzielenie się wiadomościami związanymi z rodzeniem dzieci, przy czym problemy poczęcia, seksu i przyjemności zostawiała z boku. Eksponowała odpowiedzialność i obowiązki. Mimo to informacje były tak frapujące, że dziewczyna chłonęła je całą sobą.

Dowiedziała się więc, za jak wiele rzeczy odpowiada dorosła kobieta. To, że już może urodzić, wcale nie oznacza przyzwolenia na brak powagi w traktowaniu rzeczy. Żadna miłość i inne bzdury nie są ważne.

 – Kiedy ty myślisz o randkach i innych fiu-bździu, życie szykuje ci przeszkody i zagadki do rozwiązania, od których zależy twój los. Słuchaj więc uważnie. Znasz naszego kuzyna, Mariana? Pewnie nie wiesz, że urodził się obojnakiem. To taki ktoś, o kim nie wiadomo, czy jest kobietą czy mężczyzną. Nie ochrzczono go dlatego i przez pierwsze dwa czy trzy lata życia ubierano na zmianę: raz w sukienki raz w spodenki. Potem rodzice zdecydowali, że zostanie chłopcem, w szpitalu zrobiono mu operację, a kiedy dorósł i okazało się, że pod innym względem jest kaleką, ożenił się z porządną dziewczyną, ale też kaleką, tyle, że on był głuchy, a ona kulawa. Jednak oboje nie byli głupi, żyli sobie spokojnie, pokończyli szkoły i mieli dwoje dzieci, zupełnie normalnych, a nawet, powiedziałabym, przemądrzałych. Syn wyjechał za granicę i nawet jakąś książkę napisał po angielsku od początku do końca. Córka została aktorką, ale za cicho śpiewała i nie zrobiła kariery. No więc mieli mnóstwo szczęścia ci rodzice Mariana.

Dlaczego mieli szczęście? To u nich, te kalectwa, to było rodzinne. Dziadek Mariana, brat twojego dziadka miał trzy żony i z każdej po kilkoro dzieci. To był taki szaławiła, wprowadzał nowe władze w Polsce po wojnie. Komunista znaczy się. Pierwsze dwie żony były starsze, tak koło trzydziestki, bo brat dziadka lubił starsze kobiety. Nie za stare, ale takie średnie. Ale dzieci były pół na pół – jedna zwykłe, inne upośledzone umysłowo. Brat dziadka dowiedział się od jakiegoś lekarza, że stare kobiety mogą częściej rodzić dzieci niedorozwinięte, więc trzecią żonę wziął młodą, czternastoletnią. To była matka Mariana.

– No to… nie kobieta była winna….

– Nie masz racji – powiedziała matka. – Kobieta jest odpowiedzialna za to, kogo wybierze na ojca swoich dzieci.

Ta świadomość zniszczyła moją koleżankę, gdy przyszło jej urodzić jedno dziecko niepełnosprawne, a drugą ciążę przerwać. Zakochała się w niewłaściwym człowieku. dlatego ma na sumieniu dwa życia, a na plecach niesie do końca garb winy i obowiązku. Jest morderczynią. Rozgrzeszyć mógłby ją tylko biskup, bo zwykły ksiądz nie ma uprawnienia. Nie może przystępować do sakramentów i musi odpowiadać dlaczego, kiedy ją pytają.

Zaniedbana, zła, trudna do wytrzymania, ze szczętem nieszczęśliwa. Wszystko daje swojemu dziecku, ale nigdy nie mogąca sprawić, żeby było szczęśliwe. Mąż odszedł i dostał rozwód z jej winy bo nie chciała z nim współżyć.

Ale to były inne czasy – nie było badań prenatalnych, wiedzy o dziedziczeniu i genach, omówień problemów w prasie czy książkach, nie było też internetu. Nie było środków antykoncepcyjnych poza szmatką nasączoną octem – po. Nie było osób niepełnosprawnych, tylko kaleki – ale kobiety i tak zawsze były winne. I – jak dziś wspomniana moja znajoma z FB – wieszają psy na innych kobietach. Także za to, że nie umieją utrzymać przy sobie mężów. I że są niesympatyczne.