Daleko od miłości

Opisaną w poprzednim odcinku torturę muchy oraz wypuszczenie jej na wolność można by uznać za przejaw miłości do zwierząt, roślin i wszystkiego co żyje, nawet najdrobniejszego planktonu. Oczywistą oczywistością jest to, że człowiek (który brzmi dumnie) i który jest ukoronowaniem stworzenia ziemskiego, wszelakiego, na miłość zasługuje, jeśli nie tysiąkrokrotnie, to stukrotnie albo w proporcji do rozmiarów (jak słoń wobec mrówki) i zdolności myślenia (jak człowiek wobec dziecka i ryby, które, jak wiadomo powszechnie, głosu nie mają).

Byłaby to interpretacja najprostsza, Najłatwiej przychodząca na myśl i całkowicie fałszywa. Miłość jest zupełnie czymś innym niż poczucie odpowiedzialności i sumienia. Miłość to nie rozsądek ani poryw; nie dobro wyśnione czy oczekiwane (jak miłość do siebie samego), bynajmniej nie nierozerwalny albo rozerwalny tylko czasami związek, jak wcześniej mi się wydawało; nie poczucie przynależności, nie upojny sex i wogóle nie wszystko to, o czym na co dzień myślimy. Zwłaszcza o czym na co dzień myślą młodzi i młodsi.

Do zastanowienia się nad nią zmuszona jestem  pod wpływem rozmowy z pewnym dwudziestolatkiem, dotyczącej zatrudnienia, spraw pracowniczych, talentów i ograniczeń przy wykonywaniu obowiązków służbowych, itp detali. Znienacka ów młody człowiek, dwukrotnie nawet zapytał mnie: 

– No wszystko dobrze, ale co zrobić, żeby doznać prawdziwej miłości? – jakby to była część instrukcji w sprawie oczekiwanego od pracodawcy zachowania pracownika i którego opis można uzyskać od leciwej osoby, która miała w swojej drodze zawodowej kilkanaście przystanków. I jakby prawdziwość/nieprawdziwość były tu znaczącym kryterium.

Moje blisko osiemdziesięcioletniej serce zapikało gwałtownie i wydusiło odpowiedź nie mającą większego sensu, choć prawdziwą. Powiedziałam mu odruchowo:  – nie masz żadnej gwarancji, że cię spotka, im bardziej i uporczywiej będziesz jej pragnął, tym mniej masz szans na to, że jej doznasz. Później młody człowiek dokonał uściślenia co uważa za miłość, a które to uściślenie niespecjalnie odbiegało od moich młodzieńczych przekonań, a których częścią była dychotomia (choć różnie nazywana) miłość/przyjaźń czy miłość/sex lub miłość/uporządkowanie życia. Znaczy to (choć może to tylko jednostkowy przykład), że rozumienie pojęcia miłości odbiega od rozumienia religijnego, choć nie jest wolne od akcentów idealistycznych i że nie widać większych różnic między pokoleniami zdolnymi do praktykowania i porównywania różnych rodzajów miłości.

Inaczej jest u schyłku życia. Można wszak je przeżyć i nie doznać głębokiej satysfakcji, jaką ze sobą niesie odwzajemniona i spełniona pod względem wszystkich oczekiwań miłość, nabywając przekonania, że poszukiwało się nie na tej drodze, co trzeba albo (w gorszym nastroju), że jest się posiadaczem jakiejś wrośniętej w organizm wady, odstręczającej obiekty zainteresowania od siebie. Możliwe, że działa to prawo podobne biegunom baterii. Źle ustawione będą się odpychać i nigdy nie przyciągną. Dlatego też życie wymusza zmianę poglądów i na ogół zdanie na temat miłości 80 latka jest inne niż dwudziestolatka. Inaczej zwłaszcza patrzy się na naturalną potrzebę spełnienia; nie jest ona aż tak bardzo konieczna do życia, jak zdawało się wcześniej.

Pierwsza, podstawowa (chyba) różnica to anulowanie lub osłabienie pragnienia posiadania, własności, wyłączności, totalnego zgrania lub totalnego zawłaszczenia i wchłonięcia. Starzy ludzie (choć nie wszyscy), ale ci, mający świadomość swojej sytuacji i z nią pogodzeni, nie dążą do tego, co młodzi; nie zawołają “jesteś mój” i często tego nie chcą. Ja na przykład widzę wartość w odmienności, w innym sposobie myślenia, wyciągania wniosków – bo to mnie właśnie ciekawi w drugim człowieku. Pewne cechy wydają się milsze niż inne, a co za tym idzie, pewni ludzie sympatyczniejsi, choć podobno nie dotyczy to większości starców lubiących swoje zakotwiczenie na lata w rzeczach stałych i niezmiennych. Jednak ja cenię w drugim człowieku to, co budzi moją ciekawość. Dążenie do zjednoczenia ciał i dusz zabija ciekawość odmienności, zwalcza ją, jeśli już zaistniała wcześniej. Każdy rozdźwięk między osobami pogłębia poczucie odrębności i każe myśleć o klęsce.

Świat nie jest idealny. Moja naiwność także była zawsze duża. Bliska przyjaciółka, z którą spędziłam wiele najgorszych dla mnie dni, nie powiedziała mi prawdy o swojej młodości. Inny bliski człowiek ukrywał przede mną sprawy finansowe. Kiedyś bolało mnie to, dziś jest już inaczej. Potrafię myśleć jak oni i pozostaje mi współczuć, że nie dostrzegli tej siły przyjaźni czy miłości, która we mnie drzemała i której nie dano się rozwinąć do pięknej pełni, ja zaś pocieszam się, że los oszczędził mi cukierkowych przyjaźni i pozornie szczęśliwej miłości.

Wydaje mi się, że staruszką byłam już mając 14 lat. Tymczasem inni próbowali zawsze przyjąć mnie do swoich zestawów form, do kształtów przez siebie zaprogramowanych, zaaprobowanych głównie w myśl własnych predyspozycji. Czy nie jest to zawłaszczenie?

To zawsze powodowało mój stres i często moją chęć walki. Nie jestem więc przykładem działania romantycznej miłości, którą kogoś mogłam darzyć lub którą darzono mnie. Nasze uczucia zawsze były ograniczane niewiedzą bądź świadomym kłamstwem. Czy więc mogę być przykładem tego co myślą o miłości staruszki? Wszak większość ludzi woli to, co zna od tego. co jest odmienne i nieznane. Dotyczy to nie tylko piosenek, filmów itp.

Zawsze jednak w młodości szukałam w lekturze i filmach opisów miłości. Dzieło sztuki bez tej zawartości nic dla mnie nie znaczyło, chociażby mogło być wytworem genialnego umysłu. Mogę więc tylko siebie winić, że sama się nakręcałam na miłość romantyczną, bowiem podświadomie czułam, że jej istnienie jest mocno niepewne. I zapewne do dziś się nakręcam, choć w lekturach i filmach szukam już zupełnie czegoś innego. Prawdę mówiąc temat miłości mi się przejadł.

Odcinek ten zaczęłam pisać kilka tygodni temu. Zaczęłam i nie mogłam skończyć. Moje myśli się rozbiegały, wracały do stanu obecnego, do chwili tutaj i teraz, a tutaj panowała mgła.

Dzisiaj mgła się rozwiała, chwila skonkretniala, nabrała barw, nabrała smaku gorzkich barw i smaku wspomnień, sięgnęła daleko w czas, gdy mogłam coś robić albo decydować, że nie zrobię nic .

Stan wojenny, wyjątkowy, czy jak go tam zwał, to coś, co sygnalizuje nam, zwykłym zjadaczom chleba, że nie wiemy o niczym ważnym, że daje się nam przeżutą papkę zamiast potrawy do gryzienia, A w kotłach gotuje się już potrawa, która może być gulaszem z muchomorów sromotnikowych. Kończę na dziś, gdy nie wiem, w jakim kierunku zmierzamy wszyscy. Tu i teraz. Daleko od miłości.

 

Malta – „Śródziemnomorska księżniczka”

część 2 : Śladami maltańskich darów

Podarki Malta International Airport

Upominki kupione na Malcie

Dawno, dawno temu żył raz sobie potężny król, któremu urodził się długo wyczekiwany syn, dziedzic korony. Wyrósł on na pięknego młodzieńca, ale był też kapryśny, niecierpliwy i samolubny. Pewnego razu królewicz stłukł dzban biednej staruszce, która zaczerpnęła oliwę z zamkowej cysterny. Rozżalona staruszka na odchodnym powiedziała królewiczowi:

„Obyś nigdy nie znalazł Krainy Trzech Krzywych Cytryn!”

Niestety, nikt na dworze nie słyszał o takiej krainie, ani mędrcy, ani nawet żeglarze.

Królewicz zapragnął tak bardzo odnaleźć tę tajemniczą krainę, że nie mógł o niczym innym myśleć, stracił chęć do życia i zaczął chorować. Wyruszył w świat rozpytując po drodze o Krainę Trzech Krzywych Cytryn. Wreszcie pewien napotkany żebrak powiedział królewiczowi, który obiecał za wieści bochen chleba, że kraina ta leży za siedmioma morzami, za siedmioma wyspami, tam, gdzie słońce wschodzi. Królewicz mimo obietnicy pozostawił głodnego żebraka bez nagrody. Podobnie postąpił wobec starego wędrowca, od którego dowiedział się, że Kraina Trzech Krzywych Cytryn jest strzeżona przez potężną wróżkę. Usłyszał również, że tylko jeden raz na sto lat cytryny rodzą po jednym owocu i jeden człowiek może je dostać. A są to cytryny o czarodziejskiej mocy: jedna z nich zapewnia wieczną młodość, druga piękność, a trzecia daje szczęście.

Upłynęły lata, królewicz wędrując przeżył tysiące przygód, aż posiwiały mu włosy. Po drodze, opętany pragnieniem znalezienia Krainy Trzech Krzywych Cytryn, okazywał się zawsze bezlitosny wobec spotykanych ludzi. Aż w końcu, kiedy przepłynął siedem mórz i siedem wysp przemierzył, usłyszał, że właśnie jest w Dolinie Trzech Krzywych Cytryn. A była to dolina jakby wymarła, z gajem uschniętych drzew i głazami rozrzuconymi po polach. I były tam trzy poskręcane, uschnięte drzewka cytrynowe. Zrozpaczony królewicz przeklął chwilę, w której dowiedział się o Krainie Trzech Krzywych Cytryn. Wtedy stanęła przed nim piękna wróżka i powiedziała, że to nie dla niego wyrosły i dojrzały czarodziejskie owoce, bo są one nagrodą dla tych, którzy nie tylko są wytrwali w dążeniu do celu, ale nadto dokonują wielkich czynów, bronią słabszych i krzywdzonych. Już podąża po te owoce, cenniejsze niż całe złoto świata, bohater mężny i szlachetny. To powiedziawszy, wróżka zniknęła, a królewiczowi brzmiały jeszcze jej słowa: „nie dla ciebie, nie dla ciebie…”

Taka jest w skrócie treść maltańskiej baśni, jak wszystkie bajki, z morałem.

I rzeczywiście, nieurodzajne, kamieniste, spalone słońcem wyspy zyskały nowe oblicze dzięki pracowitości, mądrości i zapewne szlachetności jej kolejnych mieszkańców.

Na podróż po maltańskich wyspach, z życzeniami niezapomnianych wakacji, Malta International Airport przygotował dla nas, pasażerów rejsu LOT-u, podarki. I oczywiście darów było siedem, ale można je podzielić na trzy grupy wg wskazówek dla podróżnych.

Zawsze miej przy sobie butelkę z wodą

Malta może się poszczycić 300 dniami słonecznymi w roku, krystalicznie czystymi i lazurowymi otaczającymi wodami, można więc powiedzieć, że jest to raj. Ale te rajskie wyspy zawsze zmagały się z problemem braku wody do picia. Brak rzek, mało opadów, mimo to Malta doskonale poradziła sobie z tym problemem. Woda, z której korzystają Maltańczycy w kuchniach i łazienkach pochodzi częściowo z wody morskiej, odsalanej i uzdatnianej do picia. Ma jednak leciutko wyczuwalny słonawy posmak, więc wielbiciele herbaty kupują sobie wodę w dużych butlach.

Butelka na wodę z ochraniaczem termicznym, którą dostaliśmy w praezencie, przypomina, że tutaj w lecie nie ma kropli deszczu, jest upalnie i słonecznie. Chociaż w tym roku było wyjątkowo gorąco jak na czerwiec, a słońca jakby trochę mniej, bo z Sahary (do Afryki jest niedaleko) wiatry przyniosły mnóstwo żółtego pyłu.Jest go tak wiele, że samochód zostawiony na parkingu pod wieczór jest wyraźnie żółtawy. Wszystko wokół było pokryte tym pyłem, wyraźnie widać to na zdjęciach. Pył, zawieszony w wilgotnym, bo nadmorskim powietrzu, powodował przymglenie zdjęć, traciły one na ostrości i kolorze.

Podróżuj z dobrze przygotowanym bagażem

Służą temu turystyczne niezbędniki i przydasie, które dostaliśmy.

Swoją walizkę podróżną można zabezpieczyć kolorowym paskiem (podarek), a na wycieczki  zabrać lekki torboplecaczek z tkaniny (podarek). Do plecaka warto zapakować tkany tutaj , bawełniany plażowy ręcznik, podobny do naszych cepeliowskich bieżników (podarek) i blaszane pudełeczko z pastylkami miętowymi (podarek). Na Malcie uprawiano kiedyś dużo bawełny, a mięta, podobnie jak inne miejscowe zioła, ma niepowtarzalny, silny aromat. I orzeźwia!

Warto popłynąć łódką do Lazurowej Groty, zwiedzić kamieniste Comino z Błękitną Laguną.Woda jest tam przejrzysta i ma przepiękny kolor, jeśli jest słońce. Plaże nad Zatoką Św. Pawła, wzdłuż której jest dużo hoteli, nie są zbyt piękne: na ogół małe, kamieniste, buroszare. Ale w Błękitnej Lagunie jest kilka plaż z żółtym piaseczkiem, tyle, że są jak te wyspy: malutkie. Trzeba też pamiętać o wygodnym obuwiu, bo wszędzie są kamienie.

Podróżowanie indywidualne jest tutaj łatwe. Można wynająć sobie samochód, ale nie jest to konieczne. Na Malcie funkcjonuje doskonale sieć autobusów, które docierają prawie w każde miejsce warte zobaczenia, a wszędzie jest blisko. Zagubić się jest tutaj trudno, tubylcy są życzliwi, więc wskażą drogę, znają angielski i są zaszczepieni. Tak, tak – na Malcie bardzo dba się o to, żeby się nie zarazić. Procentowo najwięcej zaszczepionych przeciw Covid-19 wśród krajów UE jest na Malcie – bodaj 98%. A mimo to nawet na plaży trzeba było nosić maseczki. W tym upale!

Spróbuj dań maltańskiej kuchni

Oczywiście warto popróbować miejscowej kuchni. Charakterystyczny wśród napojów maltańskich jest Kinnie, napój z miejscowych gorzkich pomarańczy i ziół, pyszny i doskonały na upały (jeśli zimny i z lodem). Puszkę Kinnie i Snacki zawierające ser kozi miejscowego wyrobu dostaliśmy od maltańskiego portu lotniczego w prezencie. Malta ma poza tym swoje wino (czerwone mi smakowało) i dwa gatunki piwa Cisk typu angielskiego. Brytyjczycy w dalszym ciągu chętnie przyjeżdżają na Maltę, mogą tutaj jeździć lewą stroną drogi i zjeść takie śniadanie, jak lubią: jajka na bekonie i fasolkę.

Maltańskie dary natury, owoce, warzywa i zioła, pochodzą głównie z Gozo, które jest bardziej zielone niż Malta i pełni rolę eko-ogródka. Uprawia się tu (i jada) marchewkę i groszek, fasolkę (bardzo angielskie), jest trochę oliwek, kaparów, pomidorów. I bardzo dużo, bardzo smacznych ziemniaków, których zbiory są 4 razy w roku. Nic więc dziwnego, że ziemniaki na różne sposoby przyrządzone są prawie w każdym posiłku. Z owoców – są winogrona, pomarańcze, brzoskwinie.

W kuchni maltańskiej jest sporo ryb i owoców morza oraz hodowlane króliki. Jedno z najbardziej znanych dań to właśnie królik po maltańsku (w składzie dania są m.in. marchewka, groszek, pomidory, ziemniaki i czerwone wino). A popularne dania przekąskowe to gbejnet, pastizzi i hobżbiż-żejt (czyli chleb maltański i oliwa). Pastizzi to ciepłe bułeczki z rozmaitym nadzieniem, np. groszkiem czy serem ricotta, można je kupić w malutkich piekarenkach prosto z otwartej na ulicę witryny. Gbejnet – to ser kozi lub owczy. Ze słodyczy popularne są ciastka z daktylami i nugaty. Pyszne są miody, najlepsze z Gozo. Z alkoholi – miejscowy przysmak to likier z opuncji figowej „bajtra”i różne nalewki, np. z chleba świętojańskiego (czyli szarańczyna), mającego jakoby własności lecznicze. Maltańczycy doceniają dobre wypieki – podobno nawet można zobaczyć, jak premier kupuje sobie sam (bez obstawy) świeże bułeczki w pobliskim sklepiku. Ich potrawy są odpowiednie do ich sposobu życia, niezbyt wymyślne, ale pyszne. W dużej mierze zawdzięczają to miejscowym ziołom, które mają bardzo intensywny zapach i smak.

A jakie podarki z podróży można przywieźć swoim bliskim?

Z przysmaków regionalnych – miód z Gozo, likier „bajtra” i nalewki.

Z wyrobów rękodzielniczych – to koronki, serwetki, samodziały, obszerne swetry robione na drutach (choć w zimie jest co najmniej kilkanaście stopni). Takie wyroby można kupić na bazarach, np. w Marxsaxlokk, rybackiej miejscowości znanej z barwnych łodzi w kilku kolorach zwanych „luzzu”, a na Gozo w sklepie rzemieślniczym w skalnych grotach. Może trochę kiczowaty, ale wg mnie fajny i niedrogi prezent to fartuszek z przepisem kulinarnym (na królika po maltańsku czy ośmiornicę) albo mapkami wysp maltańskich. I obowiązkowo – z wizerunkiem krzyża maltańskiego, jaki jest na ich fladze.

Dla bardziej wymagających są szkła podobne trochę do weneckich czy ceramika. Dawniej były bardzo znane delikatne wyroby ze srebra zwane filigranami, ale tego trzeba już szukać w dobrych sklepach. Najnowocześniejszym miastem jest Sliema, tam są duże sklepy. Tam też można znaleźć sklep Marks&Spencer (dla sentymentalnych, bo u nas już ich sklepów nie ma).

Mieszkańcy Malty okazali się naprawdę sympatyczni i przyjaźni, trzeba też wspomnieć, że to prymusi, jeśli chodzi o szczepienia przeciw Covid-19. Wprawdzie cynicy powiedzą, że nic w tym dziwnego, skoro utrzymują się w 25% z turystyki, a pandemia odcięła im to źródło dochodu. Chociaż akurat Maltańczykom straty w zarobkach wyrównało w pewnej mierze państwo. Tym, którzy w wyniku pandemii utracili pracę, państwo wypłacało hojne zasiłki. Tylko skąd mała Malta miała na to środki? Wieść gminna niesie, że podobno sprzedawano po niebotycznych cenach paszporty maltańskie, i wystarczyło, żeby kupił je pewien szejk dla siebie i swojego haremu (ok. 60 szt)…

P.S. W pierwszej części mojej opowieści o Malcie trochę zbyt długo trzymałam Odyseusza w grocie Kalipso – nie było to 10 lat, ale podobno tylko 6.

Wdrodze do Lazurowej Groty

Port rybacki w Marxsaxlokk

Główna ulica Valletty przed świętem

Małgorzata Jacórzyńska-Śmigiera

20.08.2021

Gość/gościni Babci Ezoterycznej Malta  – “Śródziemnomorska księżniczka”

Dziś moim gościem jest Małgorzata Jacórzyńska-Śmigiera, moja siostra i jej podróż na Maltę. Zaczęło się od prezentów – butelki na wodę i małej buteleczki z nalewką, które przywiozła mi siostra ze swojej tzw. „objazdówki”, czyli wycieczki objazdowej i o których wspomina w tekście. W przeciwieństwie do mnie, moja siostra choć niewiele młodsza (procentowo), jest w doskonałej formie fizycznej i może realizować swoje marzenia odłożone na starość. Jej opowiadaniu o wycieczce towarzyszyła ciekawa opowieść i mnóstwo zdjęć, których, niestety, tylko część mogę zamieścić. Namówiłam ją aby napisała coś o tej wycieczce i zamieściła na moim blogu. Nie tracę nadziei, że namówię ją na kolejne teksty. Ten, niżej przedstawiony swój tytuł zaczerpnął z informacji biura podróży organizującego wycieczkę. Zapraszam do lektury.

Malta  – “Śródziemnomorska księżniczka”cz.I

Tak nazwało Maltę biuro turystyczne, z którego wycieczką byłam na Malcie w czerwcu tego roku. Mała wyspa z wieloma obliczami. A właściwie Republika Malty to archipelag urokliwych, choć bardzo skalistych wysepek. Poza największą Maltą, Gozo – dobrze znane miłośnikom serialu „Gra o tron”, z grotą nimfy Kalipso, która jakoby więziła tu Odyseusza przez 10 lat, mniejsze skaliste Comino z bajkową Błękitną Laguną, bezludne Cominotto i Wyspy Św. Pawła, którego statek rozbił się w pobliżu, kiedy podążał do Rzymu. Skały, groty, zatoczki, nieurodzajny grunt, nawet plaże maleńkie i rzadko z piaskiem. Ale klimat jest tu ciepły, a zima łagodna. Czego szukali na tych wyspach, a co znaleźli ich liczni kolejni panowie?

Pierwotni mieszkańcy podobno przypłynęli z Sycylii ok. siedem tysięcy lat temu, to budowniczy wielu kamiennych, megalitycznych kręgów, starszych niż Stonehenge i egipskie piramidy. A potem wyspy opanowują kolejno Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie, Wandale i Ostrogoci, Bizantyjczycy, Arabowie, Normanowie z Sycylii. W 1530 roku cesarz Karol I Habsburg oddaje Maltę Zakonowi Joannitów, Szpitalnikom (bo taka była ich specjalność), szczutym i wygnanym po krucjatach z Ziemi Świętej, a potem z Rodos. Tu wreszcie znaleźli swoje miejsce, niewielkie, nieurodzajne, ale postanowili jego się trzymać. I odcisnęli na zawsze na nim swoje piętno.

Mieszkańcom próbujących przeżyć z uprawy swoich niewielkich, nieurodzajnych poletek, a kiedy nie dawali już sobie rady, to z piractwa, przywieźli zatrudnienie, opiekę zdrowotną i doskonałą organizację. Przynieśli im poprawę losu, a jako że wyspy leżały na skrzyżowaniu dróg handlowych, także i ochronę przed łupieżcami z zewnątrz. Ich fort wybudowany w dawnej stolicy Malty Vittoriosie (inaczej Birgu), która była pierwotną siedzibą joannitów, wzbudza podziw do tej pory i stanowi atrakcję turystyczną. Nie mówiąc już o obecnej stolicy Malty – Valletta, zbudowanej przez joannitów jako ich nowa siedziba, zniechęconych do Birgu szykanami miejscowych klanów, będącej jednym z największych miast warownych na świecie. Kamienne mury z żółtawego piaskowca, zdobione bramy wiodące do miasta, wąziutkie uliczki, a przy nich kamieniczki z charakterystycznymi zamkniętymi balkonami, często malowanymi na kolorowo, mają do tej pory niepowtarzalny urok. A wspaniałe widoki Grand Harbour? Zatoki i zatoczki, z mnóstwem marin wypełnionych jachtami, coraz piękniejszymi i bogatszymi, Disraeli nawet napisał, że Valletta jest czymś między Wenecją a Kadyksem. Ponad 1,5 godzin rejsu wzdłuż wybrzeży portu Grand Harbour pozwala w pełni docenić piękno tego miejsca. Po jednej stronie strome, skaliste wybrzeże, na którym została zbudowana Valletta, a po drugiej stronie dawne magazyny celne, dziś zagospodarowane na kawiarnie i restauracje. Dalej można zobaczyć Trzy Miasta (Vittoriosa, Senglea i Cospicua), zamieszkane od 3 tys.lat. To najpiękniejsze miejsce na wyprawę spacerowym statkiem ze Sliemy. Widać stąd jak na dłoni miejsca, w których odcisnęli swoje piętno kolejni władcy wyspy: joannici, a następnie Napoleon i w końcu Brytyjczycy, a nawet wcześniejsi – Rzymianie i współcześni filmowcy. Widoki gęsto zabudowanego żółtym piaskowcem wybrzeża nie pozwalają się nudzić. Nie widać za to już zniszczeń dokonanych przez włoskie i niemieckie lotnictwo w czasie II wojny światowej, Malta była wtedy chyba najintensywniej bombardowanym miejscem na świecie.

Valletta i Trzy Miasta pełne są śladów bogatej historii: poprzez forty św. Elma i św. Anioła oraz Pałac Inkwizytora zbudowane przez joannitów, poprzez stare magazyny kupieckie, teatr operowy działający w ruinach starej rzymskiej świątyni aż po charakterystyczne czerwone budki telefoniczne (chyba ostatnie działające w Europie) i skrzynki pocztowe pozostałe po Brytyjczykach. Wszystko to tworzy niepowtarzalną całość, i choć Valletta jest najmniejsza ze stolic Europy, należy do najpiękniejszych.

Śladów przeszłości jest oczywiście dużo więcej, nadały one Malcie tego lokalnego kolorytu, który jest tak ceniony przez turystów. Każdy, kto przyjedzie na Maltę musi oczywiście zobaczyć barwne, kilkukolorowe łodzie „luzzu”, którymi tradycyjnie posługują się rybacy na południu kraju. 

Wśród śladów przeszłości najbardziej pobudzających wyobraźnię są megalityczne świątynie (jest ich chyba na wyspach 30) sprzed kilku tysięcy lat. Należą do najstarszych na świecie, a ich przeznaczenie nie jest do końca znane. Najbardziej znane to Tarxien, hypogeum Hal Saflieni, a na Gozo Gigantija. Znalezione w miejscach wykopalisk figurki były wykonane z zadziwiającą precyzją, a bloki kamienne były zdobione spiralnym motywem. Podobnie jak w innych miejscach na świecie, były tu znajdowane również dziwne podłużne czaszki.

A jaka jest Malta współczesna, co jest teraz jej wizytówką?

Czy piękny nowy, ozdobiony wieloma malowidłami, port lotniczy w Luqa? Czy też znakomite opanowanie problemu wody na Malcie (nie ma tu rzek, a opadów też mało). Co mogłoby być tego symbolem – może butelka na cenną wodę pitną, ofiarowana nam, rozpoczynającym sezon letni na Malcie pasażerom LOT-u? Czy też „Kinnie”, napój z gorzkich pomarańczy i miejscowych ziół, konkurent Pepsi (pyszny, doskonały na upały, choć dostępny tylko na Malcie). Czy  rękodzieła: koronki, samodziały, a może miód z Gozo (który jest takim miejscowym ekologicznym ogrodem) albo ambrozja, czyli likier z opuncji?

Pokochałam Maltę, choć oczywiście kilkudniowy pobyt, i to w okresie straszliwych upałów, nie mógł przynieść pogłębionej znajomości Malty, a szczególnie jej mieszkańców. Ale widać, że na Malcie sporo się dzieje. Ostatnio dużo się buduje, tylko można spytać, czy budowa wieżowców w Sliemie, albo następnych hoteli z basenami na dachu, to dobry pomysł? Czy te hordy filmowców (tak, tak, Malta ma przemysł filmowy) z najbardziej znanych wytwórni (co najmniej  24 filmy znane na całym świecie były tutaj kręcone, m. in. „Gladiator”, „Troja”, „Hrabia Monte Christo”), bądź coraz większe rzesze turystów nie zadepczą tego, co stanowiło urok tych spokojnych wysp. Coś w nich musi być jednak szczególnego. Czy to mieszkańcy, urodą przypominający Włochów z południa, a mową Arabów? Czy te niezbyt zielone, skaliste, często pokryte pyłem z piasków Sahary ziemie, czy te z trudem wyhodowane oliwki, warzywa i kwiaty, a może opuncje?

Jacy są teraz Maltańczycy?

Wiadomo na pewno ze statystyk, że kochają samochody (każda rodzina ma ich kilka), a wiele z nich to odpucowane bardzo stare samochody kultowych marek (i to niezbyt zużyte). Ludność Malty jest od dawna bardzo religijna, podobno 98% jest katolikami. I to nie tylko formalnie, tutaj każdy kąt mówi o ich przywiązaniu do religii, a Matkę Boską i św. Pawła kochają szczególnie. To właśnie jakoby św. Paweł sprawił, że Malta stała się krajem katolickim. Tutaj co druga uliczka jest poświęcona jakiemuś świętemu patronowi, i na każdej kamieniczce obok kołatki jest wizerunek świętego czy nawet kapliczka. Uwielbiają wszelkie święta religijne, a na wyprawę do kościoła udają się najlepszymi samochodami. Choćby kościół był o rzut beretem, a kościołów jest tam bardzo dużo. I są otwarte!  Maltańczycy są na pewno spokojniejsi od Sycylijczyków, ale jak oni kochają swoje duże rodziny, tak mówią Polacy (a jest ich tu całkiem sporo), którzy mieszkają na Malcie wraz ze swoimi rodzinami od lat. Mówią, że żyje się tu spokojnie, dobrze, i prosto. Czują się tu bezpiecznie, choć zapewne majątków nie zbiją. Nie jest to miejsce, w które przyjeżdża się na sezon, żeby zarobić sporo pieniędzy i przywieźć je do siebie, ale jest to miejsce w którym chce się żyć, jeśli ktoś tęskni za takim niespiesznym życiem.

Właściwie nie jestem wcale pewna, czy spotkałam w czasie krótkiego pobytu jakichś rodowitych Maltańczyków, i ilu ich było. Wśród obsługi hotelu było wielu Filipińczyków, były Ukrainki i Polki. Zawsze mili sprzedawcy ze sklepiku na rogu, w którym codziennie kupowałam wodę mineralną , a czasem Kinnie, nie byli miejscowi. Ale tutaj szukali lepszego życia niż w swoim kraju, i tu chyba znaleźli przyjazne miejsce.

Z tej tygodniowej wycieczki na Maltę wróciłam bardzo zadowolona; narzekać mogę jedynie na upał. A teraz zagadka: pod koniec pobytu okazało się z przypadkowej rozmowy, że w wycieczce uczestniczy pewien znany polski pisarz. Osoba dość tajemnicza, bo dowiedziałam się niewiele ponad to, że słowem – kluczem może być  „mucha”. A zatem – kim był ten pisarz?

Małgorzata Jacórzyńska-Śmigiera

23.07.2021

Fotografie:

Błękitna Laguna na Comino

Plaża w Błękitnej Lagunie

Charakterystyczne zamknięte balkony

Statek wycieczkowy przy Comino

Każdy skrawek skalistego brzegu może być plażą

Jachty w Grand Harbour

Błękitna Laguna na Comino 10660

Valletta – Grand Harbour

Dawne magazyny kupieckie

Ślady brytyjskie w Valletcie

Kolorowe łodzie „luzzu”

„Czarna Perła” tu znalazła przystań

Kościółek św. Anny na Gozo

 

Planowanie tras + mucha uwięziona

Mapy i trasy – Taki tytuł nadał mój nieżyjący już mąż działowi swoich dokumentów w komputerze, przeznaczonemu na materiały związane z geografią i historią swoich rodzinnych stron, dziś znajdujących się na terytorium Ukrainy. Są to rozległe obszary, niejednorodne pod względem geograficznym i tylko chichotowi historii zawdzięczam, że odruchowo chciałam posłużyć się tym tytułem dla opisu mojego mieszkania. Zmieniam go więc na “planowanie tras”, żeby nie kłuł tak bardzo w oczy, bowiem osoba słabo chodząca, tak jak ja, poruszająca się po swoim mieszkaniu z pomocą chodzika musi planować trasy, podobnie jak ktoś, kto wybiera się w daleką podróż na Kresy.

Zadanie to, które sobie codziennie narzucam,  jest o tyle trudne, że niejednokrotnie nie  starcza mi siły na pokonanie całej zaplanowanej drogi i muszę  ją przerwać, by odpocząć, zanim ponownie w nią ruszę. Ale wówczas może się okazać, że istnieje potrzeba odwiedzenia nowych rejonów mieszkania, zabrania lub odłożenia czegoś na miejsce i wówczas zaplanowana trasa wymaga korekty. A także planowania kolejnej na czas, gdy będę już wypoczęta.

Przykładowo wstając rano z łóżka, planuję pójście do łazienki, a potem do kuchni, aby zrobić sobie kawę. Nie mogę zapomnieć o tym, aby zabrać butelkę na wodę, którą napełnię w kuchni i wracając z kawą, przynieść dodatkową szklankę. Nagle okazuje się, że moje kolano (biodro, kręgosłup, łokieć, bark – stała zmienna X)  traci moc utrzymania się w pozycji niezmiennej, a cóż dopiero mówiąc zmiennej, koniecznej przy chodzeniu, wobec czego powstaje problem konieczności skrócenia trasy i zmiany planów. Co jest więc najważniejsze? Łazienka czy kawa? Może się okazać, że nie to jest pilniejsze, czego domaga się organizm, a to, co pozwala szybciej usiąść i odciążyć (kolano, biodro, kręgosłup, łokieć, bark). Kuchnia jest bliżej, więc najpierw robię kawę, odkładając na potem wizytę w łazience choć czuję się niekomfortowo nalewając wodę do czajnika.

Inny przykład: gotuję sobie obiad; w planach mam wywar z włoszczyzny na trzy kolejne zupy w następnych dniach. Wiem, że na kuchennym stołku jednorazowo wysiedzę dziewięć minut na początku dnia, 2-3 minuty pod jego koniec, gdy przestają już działać (i tak za słabe) środki przeciwbólowe. Muszę więc przerwać  obieranie warzyw na co najmniej pół godziny leżenia na łóżku, zanim będę mogła dalej pracować nad obiadem. Planowanie w dniach gotowania (1 na 3, a w upałach, jako że mniej jem, 1 na 5) wymaga rozpoczęcia prac około 9 rano i rozłożenie go na 2-3 etapy w przypadku wywaru do zup, a nawet do 7 w przypadku całego dwudaniowego obiadu (bez deseru). Przy okazji każdej “wycieczki” do kuchni muszę zabierać brudne naczynia czy śmiecie lub inne rzeczy z pokoju do kuchni, inne zaś przy okazji wędrówki do łazienki. W ten sposób mam zupę ugotowaną na ok 14-tą, a cały obiad na 16-tą. W kolejne dni tylko wywar przygrzewam w mikrofali lub zaprawiam na kuchni koncentratem pomidorowym, przecierem ogórkowym lub zakwasem barszczu. 

Czasami muszę udać się do pokoju z komputerem stacjonarnym dla dokonania przelewu, zmierzenia ciśnienia, poziomu cukru lub przygotowania tabletek na kolejny tydzień. Rano wytrzymuję na krześle do komputera kilkanaście minut. Zazwyczaj wystarcza to do załatwienia spraw bankowych, nie wystarcza jednak np, do pisania i poprawiania odcinków bloga, odpisywania na pisemka urzędowe, którymi biurokracja nas zasypuje z uporem godnym lepszej sprawy, wywiązanie się z tego wyzwania wymaga czasem kilku dni. Dopomaga mi program tłumaczący mowę na pismo, którym mogę się posługiwać leżąc w łóżku, niestety, program ma bardzo mały zasób słów, więc wymaga dużej liczby poprawek – wykonywanych już przy komputerze stacjonarnym z uwagi na to, że tablet ma zbyt małe litery i wprowadzanie poprawek np w środku wyrazu jest niemożliwe, podobnie jak polskich liter z ą,ę, ś, ż itp.

W międzyczasie muszę udać się do łazienki, a przy okazji każdego pobytu tam, wykonuję starannie zaplanowane inne czynności higieniczne. Gdzieś około 12 w południe jestem zasadzie umyta z grubsza, jak za PRL-u, nad umywalką. Prysznic i inne dokładniejsze mycie odbywa się już z udziałem pani, która raz w tygodniu przychodzi mi w tej czynności pomóc i zabezpieczyć przed wypadkiem.

Wycieczki do łazienki, szczególnie w nocy, są podstawą dziwnych czynności wykonywanych wbrew mojej woli przez mój, jakby nie było, mózg. Podkreślam to, bowiem nie wierzę w istnienie duszy poza mózgiem. Nie podoba mi się to, co on wyczynia i wcale nie chcę go słuchać, ale niestety muszę; w nocy nie lubię się wybudzać, więc muszę być posłuszna jego dziwacznym sugestiom, wymamrotać kilka nazw, żeby mi pozwolił iść swoją drogą z powrotem do łóżka. Jakie to są nazwy? Niepotrzebne w każdym razie.Nazwiska, daty, liczby, numeru konta i pinów.

Wstając w nocy do łazienki jestem na wpół przytomna, muszę pamiętać jednak o tym, żeby przed wstaniem chwilę posiedzieć, co pozwoli uniknąć zawrotów głowy, skutkujących przewróceniem się po drodze. Potem ruszam w trasę. Zerkam na mój chodzik, czy nie ma tam jakiegoś naczynia do odstawienia w kuchni, która jest po drodze, i człapię dalej. Nie zapalam światła, ponieważ trudno mi sięgać do wyłączników, a blask dobiegający z ulicy i parkingu jest wystarczający dla orientacji w przestrzeni mojego mieszkania. Kiedy wydaje mi się, że bez wybudzenia się ogarnęłam wszystko, w połowie drogi do łazienki dopada mnie PRZYMUS. Jest dziwny niewytłumaczalne i przy tym okrutny. Ni stąd, ni zowąd, zaczynam przypominać sobie różne rzeczy, z których przypomnieniem miałam problem w ciągu dnia lub ostatnich dni. Tydzień temu usiłowałam przypomnieć sobie nazwisko koleżanki ze szkoły podstawowej, i nie przypomniałam sobie, dopiero w czasie nocnej podróży do łazienki wyskoczyło mi ni stąd ni zowąd, jak diabeł z pudełka.Przy okazji pojawiły się dwa piny i kod do drzwi wejściowych bloku, który z racji tego że nie wychodzę z mieszkania, jest całkowicie niepotrzebny. Potem już poszło! Nazwiska kilku dziennikarzy z telewizji, data przewrotu majowego w międzywojniu, stabilizująca te informacje data  bitwy pod Grunwaldem – wcale ich nie szukałam. Wraz z wychodzeniem z łazienki zanika potrzeba przypomnień i powrotu do danych, z których przypomnieniem się miało kiedyś problem, za to zapomniałam odstawić brudnych naczyń do kuchni. Zastanawiam się, skąd to się bierze. Z lektur wiem, że za wspomnienia odpowiada hipokamp, ale co go uruchamia akurat wtedy? Czy mój buntowniczy mózg usiłuje udowodnić wszem i wobec, że jeszcze daje sobie radę (choć z trudem)? Nie wierzę, że to siła wyższa mi podpowiada, kiedy moje panowanie nad sobą jest ograniczone.

Wczoraj całe przedpołudnie męczyła mnie mucha. Latała dookoła mnie, siadała na moim ciele,szafce, linkach do wstawania, szczególnie w miejscu, gdzie owijałam je sobie wokół dłoni. Młoda, niesforna, nieokiełznana. Na stojącej na podłodze obok łóżka lampie mam zawieszki, gdzie znajdują się różne potrzebne mi przedmioty, dające się powiesić, a między nimi muchobijka czy muchołapka. Mucha latała niezależnie od tego, czy światło było zapalone czy zgaszone, choć cały czas płynęła poświata od włączonego telewizora z TVN24, z programem “Szkło kontaktowe”, który jest moją starczą “Dobranocką”. Dzięki niemu nie omija mnie nic w polityce, co daje się satyrycznie skomentować i pozostać w przekonaniu iż na świecie nie dzieje się nic złego, tylko bywa śmiesznie. Po nim już tylko połykam proszki i idę spać. Mucha nie dałaby mi zasnąć, a spryciara latała i siadała tylko wtedy, gdy nie miałam w ręku muchobijki. W międzyczasie nalałam do szklanki wodę zaprawioną listkiem mięty z mojego balkonu. Wodą popiłam lekarstwa, a do pustej szklanki wleciała mucha i z zapałem łaziła po jej ściankach. Przykryłam szklankę małą plastikową tacką, którą miałam pod ręką, i odwróciłam zestaw do góry nogami, tak że szklanka stała na tacce. Mucha została uwięziona, a ja zgasiłam telewizor i światło, układając się do snu. Źle spałam tej nocy, ciągle nie mogłam zapomnieć o musze, która od czasu do czasu.brzęczała w szklance. Rano mucha była już bardzo słaba. Umościła się we wgłębieniu powstałym wskutek doklejenia uszka do szklanki, ale spadała stamtąd i miała trudności z podniesieniem się. Wiedziałam, że o niej nie zapomnę, więc musiałam ją uwolnić, żeby dalej się nie męczyć, i żeby jej nie torturować. Odwróciłam  szklankę przykrytą tacką, otworzyłam drzwi balkonowe i odsunęłam zasłony, po czym wstawiłam szklankę przykrytą tacką do koszyczka, który mam przy swoim chodziku. Powstał problem: tacka była znacznie szersza niż brzeg koszyczka, problem więc był z jej przyciśnięciem i zachowaniem szczelności zestawu. Przez to poruszałam się opierając jedną ręką na chodziku, co powodowało dodatkową niestabilność całości układu mojego i muchy. Udało mi się jednak bezkolizyjnie dotrzeć do drzwi balkonowych, ale z powodu schodka nie mogłam wyjść na balkon z tą muchą. Musiałam więc zdać się na los szczęścia i odkryć tackę licząc na to, że torturowana przeze mnie całą noc mucha będzie szybko uciekać, co się potwierdziło; frunęła, jakby ktoś w nią dmuchnął z całej siły. 

Powiecie zapewne, że mój umysł zaczyna błądzić przywiązując się do stereotypu cierpień przyrody, spowodowanych przez człowieka, podczas gdy mucha musiała zaznać przemocy  tyle tylko, że otrzymała tymczasową więzienną celę w szklance i że był to tylko przypadek jednostkowy. 

Ale może cała noc dla muchy jest odpowiednikiem miesięcy więzienia dla człowieka? Ile żyje mucha? Kilka dni, tygodni? Odpowiadać to może ilu miesiącom więzienia człowieka? Nigdy wcześniej tak nie myślałam o drobnych sprawach. Kiedy czytałam o buddystach, zamiatających miotełką ziemią przed sobą, żeby nie zadeptać robaczka, uważałam to za zabawne. Nagle zmieniłam zdanie. Czy dlatego że mam dużo czasu i mało bodźców, czy może z tego powodu, że starość skłania do innego patrzenia na świat i jego wydarzenia oraz na ich hierarchię? A może powodem było moje indywidualne sprawstwo w dyktowaniu losu innej żywej istocie, co rodzi poczucie odpowiedzialności? Nie mam zielonego pojęcia.

Pisząc ten odcinek zdają sobie sprawę, że odlatuję, jak ta mucha od więzienia, ja od rzeczywistości, a może właśnie przeciwnie, zanurzam się w niej zbyt głęboko? Kto wie?

To, co się do mnie zbliża, może wymagać nowych umiejętności, nikt tego nie wie, ale działa jakiś automatyczny system nauczek, wskazówek i odniesień – jak może wydawać się niektórym wierzącym w Boga, i niewierzącym w porywach też.

Raz maleńki Tadeuszek
Napchał do flaszeczki muszek
A nie chcąc ich morzyć głodem
Dodał chleba z miodem…

Tak mój ojciec, Tadeusz, żartobliwie cytował wierszyk, kiedy ja byłam jeszcze bardzo mała, a on zainteresowany dziećmi i chciało mu się dawać im jakieś wskazówki moralne (zresztą ograniczone do kilku stereotypów). Dziecinnieję na starość zapewne. Ja uwięziona mucha.

Pogodzić się + zagadki

Odbywam trening nowej umiejętności – godzenia się z różnymi rzeczami, drobiazgami na ogół, z którymi nigdy wcześniej się nie godziłam i nie miałam zamiaru się godzić.

Pierwsza na liście jest podłoga. Biała z kafelków, ułożona w kuchni. Ten, który ją kładł, nie zapytał mnie o zdanie i nie przyszło mu do głowy, że na białym widać każdą kropelkę zupy, wody, sosu czy innych i ingrediencji używanych w kuchni. Kiedy kładziono podłogę w zamyśle było to, żeby z kuchni mogła korzystać osoba niepełnosprawna. Ale ani projektant ani wykonawca nie mieli zielonego pojęcia, o co właściwie tak chodzi osobom niepełnosprawnym, podejrzewali, że wydziwiają dla samego pokazania, jacy są ważni. Dlatego może piszę ten odcinek, aby zorientować tych ludzi, jeśli przypadkiem natkną się na mój blog, czego po takich dziwadłach należy oczekiwać.

Na pewno biała podłoga jest złym pomysłem! Osoba niepełnosprawna nie zawsze może po sobie sprzątać, a już przekonanie że kilka razy dziennie będzie myła tą podłogę jest od czapy. Mnie sprząta pani raz na tydzień, w poniedziałki zazwyczaj, a już wieczorem podłoga nadaje się do umycia, chociaż robię wszystko na siedząco. Osobom starszym wszystko leci z rąk, potrzebują wiele siły żeby odkręcić zwykły słoik tak więc ich podłoga zazwyczaj jest po krótkim czasie brudna. Ja z tym brudem muszę wytrzymywać do następnego poniedziałku, chyba że trafi się ktoś, kto nie może patrzeć na to i sam z chwyci za mopa. A z czym ja muszę się pogodzić? Z oglądaniem tej podłogi codziennie, ponieważ jako osoba zgarbiona i poruszająca się z chodzikiem patrzę raczej w ziemię, niż w sufit. Sufit może być brudny, równomiernie poszarzały – mnie nie przeszkadza. Brudny to nie wredny. (To moja uwaga pod adresem programu tłumaczącego mowę na pismo!). Muszę z nim też się pogodzić jako ktoś, kto w pozycji siedzącej wytrzymuje zaledwie kilkanaście minut rano i kilka po południu.

Z czym muszę jeszcze się godzić? Wycierając kurz, osoba pełniąca tę powinność powinna pamiętać, aby nie przestawiać przedmiotów na odległość swojej ręki i na wysokość swojej twarzy, ponieważ ręce osoby starszej sięgają znacznie bliżej, a głowa znajduje się znacznie niżej niż normalnego człowieka. Tak więc pani, która ślicznie ułoży przedmioty na wycieranym przed chwilą stoliku, może spowodować, że najważniejsze z nich są niedostępne dla osoby starszej lub niepełnosprawnej. Np. butelka wody wydająca się pani sprzątającej nieestetyczna i odstawiona daleko w głąb może być konieczna przy zażywaniu lekarstwa, a trudno czekać kilka dni, żeby ktoś ją przesunął bliżej. Na szczęście mój stół, na którym trzymam rzeczy potrzebne mi najbardziej, jest dość lekki i zawsze mogę go przesunąć napierając z całym swoim ciałem I potem tak ustawić, aby butelka prosto wpadała mi w ręce.

Na jednej z moich półek stoi zegarek nocny podarowany mi kiedyś przez mojego zagranicznego przyjaciela. Zegarek ten odznacza się tym, że godzinę wyświetla na suficie. Wygląda on niepozornie, jak jedna z wielu tzw durnostojek, ale jej przesunięcie powoduje, że godzina wyświetla się w miejscu niedostępnym albo na jakiejś przeszkodzie. Co gorsza, ujęty w niewłaściwym miejscu ramki uruchamia alarmy (czasem podwójne) ze złośliwością bezdusznie potraktowanych przedmiotów, często w środku nocy. Problem w tym, że żeby ustawić zegarek we właściwym położeniu lub naprawić szkody, trzeba poczekać na noc, ponieważ dopiero wtedy wszystko jest widoczne, a zwłaszcza miejsce, gdzie trafia strumień światła. Ja zaś patrzę – jak wcześniej już wspomniałam– raczej na podłogę niż na sufit, wobec tego do przesunięcia i ponownego ustawienia zegarka potrzebna mi jest pozycja siedząca, kiedy mogę na ten sufit spojrzeć. Siedząc jednakże, nie sięgam półki, na której zegarek postawiono. Tak więc dla jego ustawienia muszę kilkakrotnie siadać i wstawać no i oczywiście muszę pogodzić się z tym faktem, potraktować go jako ćwiczenie cierpliwości i wyrozumiałości dla osoby sprzątającej, której o tym problemie niejednokrotnie wspominałam, ale która jak większość ludzi, opowieści niepełnosprawnych staruszków wpuszcza jednym uchem, a wypuszcza drugim.

Żądam także wobec bezbronnych odwiedzających, aby wkładając coś do mojej lodówki (lub wyjmując także) na najwyższej półce kładli tylko w ostateczności, a i wówczas tak najbliżej brzegu, jak się da. Mój wzrost maleje z czasem, co widzę właśnie po górnej półce lodówki, której wysokość trzy lata temu dobrałam tak aby mieć dostęp jak najwyżej, ale to się już zmieniło; teraz nie sięgam w głąb najwyższych półek.

Czasem zostawiam coś “na widoku” po to, aby nie zapomnieć o oddaniu komuś jakiegoś przedmiotu: książki, czasopisma, dokumentu. Pani sprzątająca jest wyznawczynią poglądu, że przestrzeń dostępna oczom, powinna w miarę możliwości być pusta, a więc z bliższego ich zasięgu należy usunąć wszystko, co mogłoby się stać zaczątkiem jakiegoś utrwalonego w oczach obrazu.Chowa więc te przedmioty z gorliwością lepszą dla innych spraw w przekonaniu, iż najwięcej z nich powinno znaleźć się w szafach, szufladach i innych zamkniętych miejscach. Czasami więc coś leży w ukryciu pół roku i dłużej, zanim rozpocznę poszukiwania tej rzeczy, a już na pewno tak będzie, kiedy położy na jednej z najwyższych możliwych półek, niedostępnych dla mnie albo w nisko położonej szufladzie, której nnie jestem w stanie otworzyć.

Nie tylko jednak moje dziwactwa wiążą się z żądaniami upierdliwej staruszki wobec otoczenia. Dokonuję też dzięki nim odkryć, na które ongiś nie miałam czasu – jak np. obserwację własnego ciała.

Przebywając w zamknięciu mieszkania jestem bardziej wyczulona na sygnały mojego ciała. Czasami coś daje mi dużo do myślenia, a nigdy o tym nie słyszałam ani nie czytałam. Może więc ktoś z was ma tak jak i ja, że zamykając w specjalny sposób oczy, a właściwie mrugając powiekami, powoduje szmery wewnątrz uszu i uczucie ucisku i połączenia między okiem a uchem. Czy ktoś z was tak ma? Czy może wiecie jaka jest tego przyczyna? Wiem o połączeniu gardła i ucha ale o połączeniu oka i ucha nie słyszałam. Muszę to zgłębić.

Inne zagadnienie, które mnie nurtuje, a związane z moim ciałem, dotyczy dziwnego bólu ręki. Mam schorzenie kręgosłupa i stawów biodrowych, powodujące ograniczenia w poruszaniu się, ale przede wszystkim nieustanny ból, lekko tylko tłumiony silnymi lekami przeciwbólowymi. Kiedy leżę na boku, ból jest mniejszy, kręgosłup przestaje boleć, ale od bólu biodra nie ma urlopu. Rozluźniając mięśnie kładę często rękę wzdłuż bolącej nogi i po chwili czuję autentycznie prawdziwy ból ręki! Zadziwiające, nieprawdaż. Czytałam o bólach fantomowych, ale czegoś takiego nie spodziewałam się. Ręka przełożona w inne miejsce potrzebuje dłuższej chwili, żeby przestała boleć. Zadaję sobie pytanie: co właściwie tak naprawdę mnie boli, a co jest złudzeniem?

I jeszcze jedna dziwaczność cielesna. Są takie chwile, kiedy czuję na skórze prawej strony czaszki mrowienie, jakby włosy stawały mi dęba. Nie jest to bolesne ale dziwaczne, szczególnie dlatego, że ograniczone do małego obszaru. Ostatni w czasie burzy zaobserwowałam, że gdy burza jest blisko, zjawisko nasila się, ale występuje często, zazwyczaj bez burzy albo innej widocznej przyczyny.

Te zagadki i próba ich wyjaśnienia pojawiły się pewnie dlatego, że mam wiele wolnego czasu i czasem z powodu zmęczenia oczu nie mogę ani czytać, ani korzystać z tabletu czy oglądać telewizji. Gaszę wtedy światło i leżę bezmyślnie, a wówczas pojawiają się doznania, na które kiedyś nie zwracałabym uwagi. Uświadamiam sobie, że istnieje jedno prawo: w ciemności zawsze coś czai się, niekoniecznie potwory. Czasem zagadki, rzadziej ale jednak – rozwiązania starych, zapomnianych zagadek. Cieszy mnie to, bowiem dzięki nim moje życie jest mniej jałowe. Z jednym muszę się godzić, ale inne pojawiają się tylko takim, jak ja, ludziom z ograniczeniami. Coś za coś, moi państwo!

Ciekawość

Niedawno napisałam: 

„Z biegiem czasu moje zainteresowania ezoteryką stały się odleglejsze i nieuporządkowane. Odkryłam, że im jestem starsza, tym mniej mnie interesuje przyszłość i tym łatwiej mogę wygenerować jej przewidywanie bez wsparcia tarota, astrologii, czy innych metod wróżebnych dywinacji. Kiedy masz blisko osiemdziesiątki, oczekiwana przyszłość może być tylko jedna, i jej warianty nie są specjalnie atrakcyjne. Właściwie chce się mieć spokój, brak dolegliwości i jak najmniej trudności w życiu codziennym.” 

Moi czytelnicy jednakże uznali to za brak zainteresowania światem i tym, co może się jeszcze wydarzyć. Zwłaszcza sprawy polityczne oraz przyszłość kraju budzi u nich nieustający niepokój i w ślad za tym wręcz cisną się na myśl różne dywagacje.

Tymczasem ja miałam na myśli oczywiście przewidywania dotyczące mnie samej, a nie losów kraju, czy świata, czy nawet innych osób. Z tych możliwości chciałabym jeszcze wielu rzeczy się dowiedzieć, jak się skończyły i  co z tego zakończenia wynikło. Przeczytałam np. w prasie, że: 

„Na przyszły rok NASA i Europejska Agencja Kosmiczna zaplanowały ćwiczenie, polegające na wystrzeleniu sondy Double Asteroid Redirection Test (Próba Zmiany Toru Lotu Podwójnej Asteroidy), która uderzy w planetoidę Didymos, co będzie pierwszą w historii próbą zmiany orbity ciała niebieskiego.” Gazeta Wyborcza, skąd pochodzi cytat, nie sugeruje jaki jest procent pozytywnych przewidywań co do osiągnięcia założonego celu – a ja chciałabym to wiedzieć (nie wiem zresztą czemu – taka czysta ciekawość niczym nieuprawniona).

Jednakże mogę planować swoje życie na kilka dni naprzód, na pewno nie miesięcy, czy lat. Za górną granicę uznałam lata, które przeżyła moja mama, to jest 82. Miałabym wówczas przed sobą jeszcze trzy lata i dwie zimy. W myśl zasady: jeśli starzec przeżył marzec, żyć mu wypada aż do listopada. Głoszący tę zasadę mój stryjeczny brat, obchodzący urodziny w listopadzie, zmarł dwa dni po nich. Mój termin opuszczenia ziemskiego adresu na podobnej zasadzie wypadałby więc 28 listopada. Dodam jeszcze, że badając kiedyś w ćwiczeniach astrologicznych losy moich przodków, zauważyłam ciekawą prawidłowość: umierali oni istotnie najczęściej w marcu lub w listopadzie. Dotyczyło to większej części znanych dat. Nadmieniam, że według statystyk w Polsce żyje się obecnie krócej i ja już przekroczyłam przewidywania dla swojego wieku co najmniej o rok.

Ktoś, kto przeczyta moje wynurzenia, pewnie się uśmieje sądząc, że wcale nie pożegnałam się z ezoteryką, a wręcz przeciwnie; powiem może dosadniej, że całkiem odkleiłam się od rzeczywistości albo że odłączenie się od świata i przebywanie w zamknięciu własnego mieszkania sprawiło, iż poszybowałam w coś jeszcze głupszego niż internetowe teorie spiskowe, a mianowicie w prywatne teorie nieuprawnionych domysłów…

Tymczasem czytam w NESWEEKU nr 18 z br. wywiad z miliarderem Warrenem Buffetem, zwanym „wyrocznią z Omaha”, który mówił, że zagląda na giełdę, by zobaczyć co ludzie robią głupiego z pieniędzmi. W którymś momencie wywiadu mówi on:

„ Prędzej czy później przyjdzie bessa na amerykańskim rynku, która pewnie i u nas będzie odczuwalna. Czy to będzie ten rok? Wydaje się, że jeszcze nie. Negatywne zdarzenia zwykle nie znajdują się obok siebie na osi czasu, a ponieważ w zeszłym roku wybuchła pandemia, nie sądzę, by w najbliższych miesiącach zdarzyło się coś równie złego.” Słowa te bez komentarza przytacza Sebastian Buczek z towarzystwa funduszy inwestycyjnych Quercus.

Czysta ezoteryka! Chociaż mogę powiedzieć, że z mojej praktyki astrologicznej wynika coś wręcz przeciwnego, bowiem pewne układy planet towarzyszą zbiegowi przyjaznych lub nieprzyjaznych, czy wręcz niepożądanych wydarzeń. Potwierdza to nawet ludowe przysłowie: siła złego na jednego. Także ogólne przekonanie mówi o tym, iż nieszczęścia chodzą parami lub seriami. A przecież wierzymy w rozsądek grajacych z sukcesami na giełdach i światowych organizacji finansowych!

Czego chciałabym jeszcze się dowiedzieć o świecie, zanim go opuszczę? Na pewno nie interesują mnie meandry polityki, zwłaszcza to, co kto komu powiedział i co mogło lub nie mogło z tego wyniknąć. Przypominam sobie jednak, że po śmierci mojego dziadka i mojego ojca, którzy byli zaciekłymi kontestatorami ówczesnej politycznej rzeczywistości, żałowałam, że nie doczekali czasów, gdy wszystko uległo odmianie. Byli oni jednak o wiele bardziej zaangażowani w ocenę historycznych już, z dzisiejszego punktu widzenia przemian, niż kiedykolwiek byłam ja.

Czego natomiast nie znoszę? Często na Facebooku czytam takie teksty: “po tym jak oddał ojca do domu starców usłyszał pytanie swojego syna”… Albo jeszcze inaczej: “Większość Polaków gotujących rosół zapomina o jednym składniku”… Lub podobnie: “Smażąc kotlety schabowe, powinnaś dodać do nich pewien składnik, bez którego nie mają one właściwego smaku i wyglądu”… “Makaron gotujecie w garnku? Robicie wielki błąd!” Zanim dowiem się, jaki błąd popełniam, wolę zacząć gotować kaszę – tym samym przyswajając w jakiś, niechciany sposób, internetową sugestię rzekomych ekspertów…

Specyfika powyższych tekstów polega na tym, że mają wywołać w tobie ciekawość, która zmusza cię do wejścia na stronę, a gdy jej doznajesz na tyle silnie, że  wchodzisz na tę nieszczęsną stronę, okazuje się że albo: 1. Jest to ukryty wirus, 2. Musisz wykonać dużo więcej poleceń, zanim uda ci się dotrzeć do wiadomości (w tym wyrazić jakieś zgody na piętrowe, wieloznaczne sformułowania, 3. Nie dowiesz się nigdy, o co chodziło (nie wiadomo czemu). Przez niecierpliwość oczywiście, a może i programy antywirusowe zainstalowane na twoim nośniku.

To wykorzystywanie ludzkiej ciekawości jest obrzydliwe moim zdaniem, ale mnie pozwala wytrenować powstrzymanie się od niektórych szkodliwych zachowań (do których zaliczam prorokowanie we własnych sprawach – nie mając nic przeciwko racjonalnej kalkulacji).

Stawianie zagadek jest zresztą bardzo popularną zagrywką reklamową, stosowaną przy zachęcaniu do lektury książek. Nawet jeśli nie zawiera ona żadnej zagadki, na odwrocie okładki musi znaleźć  się pytanie sugerujące, że zagadka taka jest podstawą tekstu. Czyni to ze wszystkich książek “kryminały”, a więc wpływa na często fałszywe przekonanie o tym, do czego prowadzi zamysł pisarza. Sugeruje jednocześnie, że ewentualny przyszły czytelnik jest człowiekiem myślącym i może nawet mądrzejszym od autora, ponieważ rozwiązuje zagadkę, której autor nie potrafił. Pompuje to nasze ego i niektórzy nawet w to wierzą.

Idąc dalej w swoich rozważaniach stwierdzamy, że oprócz ciekawości, w zachęcaniu i reklamie wykorzystywane są także inne wady charakteru człowieka, czy wręcz jego grzechy albo niemoralność. Wszak nawet przysłowie mówi, że ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła. Rzadko wykorzystuje się zalety charakteru albo inne cechy uznawane za pozytywne, chyba ze są przejawem ludzkiej naiwności możliwej do wykorzystania.

Jakże więc żyć w takim świecie i nie być ciekawym! Nie da się. Przyznanie się do braku ciekawości jest samo pogrążenie się w oczach mówców lub czytelników. Chyba że komuś już na niczym specjalnie nie zależy. Albo zależy na stworzeniu wrażenia, że na niczym mu nie zależy, chociaż zależy mu na wielu rzeczach. Ja tam się przyznaję tylko do częściowego braku ciekawości.

Dlaczego nazwałam swój blog “Babcia ezoteryczna” 

Ostatnio w komentarzu pod moim tekstem ktoś zadał pytanie: dlaczego babcia i dlaczego ezoteryczna? Postanowiłam więc odpowiedzieć nieco obszerniej, jako że krąg moich czytelników sprzed kilkunastu lat, wiedzących od czego się zaczęło, uzupełniony został nowymi i młodszymi, którzy nie znają historii mojego bloga.

Zaczęło się to wszystko w 2002 lub 2003 roku. Przeglądając książki z biblioteki mojego zmarłego teścia, znalazłam wśród nich podręcznik interpretacji i arkusz z talią kart tarota Jana Suligi, do wycięcia. Odkrycie to było dość dziwne, ponieważ mój teść, wojskowy z zawodu, nigdy nie interesował się takimi nieprzyziemnymi sprawami. W ostatnich latach swojego życia cierpiał jednak na demencję; gromadził mnóstwo niepotrzebnych mu rzeczy i możliwe, że pod jej wpływem kupił książkę, nie zdając sobie sprawy z tego, co ona zawiera. 

Tak się złożyło, że nieco wcześniej przyśniła mi się moja zmarła mama, w dwukolorowej, niebiesko fioletowej sukni,  z dwoma dzbanami w ręku. Kojarzyłam to wówczas z ulubionym powiedzeniem mojej mamy: przelewać z pustego w próżne. We wspomnianej talii kart, dołączonej do podręcznika, moją uwagę zwróciła karta nazwana Umiarkowanie, która wyglądała bardzo podobnie do mojej mamy ze snu, z powodu koloru sukienki i wspomnianych dzbanków.

Przypomniało mi się też, że gdzieś wyczytałam, iż w tarocie wróżebnym ważne jest, w jakim momencie naszego życia pojawiła się pierwsza talia kart. Im bardziej niespodziewanie to nastąpiło, im dziwaczniejsze okoliczności temu pojawieniu się towarzyszyły – tym większe prawdopodobieństwo, że karty uosabiają wieczność dobijającą się do kontaktu z tobą i tym trafniejsze odpowiedzi od niej otrzymasz na zadawane pytania, a nawet wówczas, gdy żadnych pytań nie chciałaś zadawać.

Sytuacja, w jakiej wtedy się znajdowałam, wymagała ode mnie namysłu i odczytałam ten sen i tę kartę jako wezwanie do nie kierowania się emocjami, a postąpienie z dużym namysłem i odpowiedzialnością nawet w kwestiach prawnych, które mogą temu problemowi towarzyszyć. 

Byłam już na emeryturze I interesowałam się wieloma różnymi sprawami, na które nigdy wcześniej nie miałam czasu lub po prostu nie przystawały do mojej pozycji życiowej i wymaganym cechom charakteru. Pomyślałam sobie: dlaczego nie tarot? Postanowiłam zapisać się na kurs tarota i trafiłam na internetowe kursy Wojciecha Jóźwiaka, właśnie w tym czasie organizowane. Miały być dwa: kurs tarota i kurs astrologii, jednak kurs tarota nie odbył się, a ja mogłam skorzystać z tego drugiego. Zrobiłam to zwłaszcza, że astrologia wydawała mi się wówczas bardziej rozsądna, choć trudniejsza do opanowania, niż tarot, więc byłam usatysfakcjonowana. 

Ćwicząc astrologię na sobie (kurs nazywał się Astrologia samopoznania), przekonałam się, że dziedzina ta stanowi doskonały sposób porządkowania wiedzy o świecie, równie dobry, a może nawet lepszy niż metody zapamiętywania poprzez zwiedzanie ogrodów, czy pałaców z wieloma komnatami pamięci. Astrologia miała jeszcze tę wyższość, nad naukami o częściowej sprawdzalności stawianych tez, jak psychologia i ekonomia, że pozwala na dywagacje związane z mitologiami i kulturowymi symbolami, jako źródłami doświadczeń pokoleń (mimo że niezbyt skodyfikowanymi), a więc na rozszerzenie zakresu inspiracji do dociekań.

Wkrótce zaczęłam pisać felietony dla “Taraki”, witryny prowadzonej przez Wojciecha Jóźwiaka. Wtedy wymyśliłam sobie nick babci ezoterycznej i kolejne jej odmiany: babcię mniej ezoteryczną, prababcię ezoteryczną, z kolejnymi ich sezonami, choć nie dotarłam do ostatniego wcielenia:  prababci zupełnie nie ezoterycznej – zgodnie z kierunkiem i natężeniem moich zainteresowań.

Gdy przestałam pisać dla Taraki, która także w międzyczasie zmieniała profile zainteresowań i założyłam własny blog, nazwałam go “Babcia ezoteryczna”, podobnie jak wyglądał mój nick w „Tarace” i na Facebooku. I tak już zostało.

Z biegiem czasu moje zainteresowania ezoteryką stały się odleglejsze i nieuporządkowane. Odkryłam że im jestem starsza, tym mniej mnie interesuje przyszłość i tym łatwiej mogę wygenerować jej przewidywanie bez wsparcia tarota, astrologii, czy innych metod wróżebnych dywinacji. Kiedy masz blisko osiemdziesiątki, oczekiwana przyszłość może być tylko jedna, i jej warianty nie są specjalnie atrakcyjne. Właściwie chce się mieć spokój, brak dolegliwości i jak najmniej trudności w życiu codziennym. Dlatego też ostatnio moje felietony odbiegały bardzo od ezoteryki pojmowanej literalnie, choć zapewne w ich tle tli się przekonanie, że nie wszystko na świecie jest jasne, proste i wytłumaczalne, a urok życia czerpie pełnymi garściami z tej tajemniczości.

Ongiś, jako pisarka pożegnałam się sci-fi. Ezoteryka i symbolika były kolejnymi pożegnanymi sprawami. Mój świat skurczył się do mojego mieszkania, lektur i Informacji z zewnątrz, pozyskiwanych zawsze za czyimś pośrednictwem, prawie wcale nie bezpośrednio. Ma to oczywiście wpływ na tematykę moich tekstów, a także na krąg obecnych czytelników.

Idąc dalej w starczych podsumowaniach: jako osoba zajmująca się pisaniem, w pewnym sensie jestem rozdwojona. Jestem Babcią ezoteryczną, piszącą krótkie felietony i mającą nadzieję, że cykliczny kontakt z czytelnikiem jest tak ważny, bo odzew jest natychmiastowy, nie jak w książkach, gdzie cykl wydawniczy opóźnia go czasem o lata. Moje pierwsze wcielenie to była specjalistka od szkód transportowych, sporządzająca wiele instrukcji dotyczących transportu i zabezpieczeń przed kradzieżami i ubytkami, starająca się opracowania swoje tak pisać, aby nie wiały nudą i były łatwe w czytaniu, a co idzie za tym,  chętnie przeglądane przez pracowników. Jako takie, zawierały anegdotyczne opisy wydarzeń rzeczywistych, mających uczulić czytelników na często występujące problemy. Echo tych instrukcji pobrzmiewa w niektórych moich opowiadaniach z cyklu “Wysiedlone dusze”, gdzie wiele z wydarzeń rzeczywistych, które obserwowałam znalazło swoje odbicie (np. „Nocne wahadło”).

Druga ja, to Katarzyna Anna Urbanowicz, pisarka w pogoni za dziełem swego życia, obracająca każde słowo w nieskończoność, obecnie uśpiona, jako że w moim wieku trudno zaczynać przedsięwzięcia obliczone na kilka lat. W dzieciństwie zawsze mi mówiono, że kto trzyma dwie sroki za ogon, niczego nie osiągnie. Prawdopodobnie jest to prawda, bowiem całe swoje życie trzymałam nawet więcej niż dwie sroki za ogon, interesowało mnie tak wiele rzeczy, że nigdy nie zdołałam zabrać się za każdą z nich na poważnie.

Na zakończenie dodam, że poszczególne sezony Babci (a także wspomniane opowiadania) są dostępne na mojej stronie autorskiej http://kasiaurbanowicz.pl w zakładce “Teksty”, podobnie jak informacje o wydanych pozycjach – powieściach i opowiadaniach w zbiorach. 

Wieści z samotni 9. Karteczka

Moja znajoma napisała mi, że po lekturze ostatniego odcinka Babci Ezoterycznej lepiej zrozumiała kogoś bliskiego sobie i to, że on źle znosi przestawianie przedmiotów; w inne miejsca

Ja sądzę, że dzieje się to tak dlatego, iż osoby niepełnosprawne, mające kłopot z poruszaniem się, zwykły patrzeć na dół, pod nogi, a nie przed siebie. Ich horyzont (nie przenośny, ale rzeczywisty) mieści się znacznie poniżej horyzontu innych ludzi. Przedmiot przestawiony z jednego miejsca w drugie, znajdujący się mniej więcej na wysokości oczu zwykłego człowieka, dla osoby niepełnosprawnej często jest niemożliwy do dostrzeżenia bez specjalnych poszukiwań, one zaś wymagają podniesienia wzroku i penetracji otoczenia. Powoduje to konieczność zmiany pozycji na mniej wygodną, często niepewną i niestabilną.

Odpisałam tej znajomej, poszukując w pamięci najtrudniejszych wyzwań, jakie przede mną stają. Pamiętałam o jednym – trudnościach z podnoszeniem przedmiotów, które spadły na ziemię, zwłaszcza płaskich. Nie opowiedziałam jej jednak o czymś, co mnie z takiej okazji spotkało. Czynię to teraz, może trochę zafiksowana na przypowieściach, ponieważ historyjka ta mogłaby być jedną z nich.

Zadzwonił do mnie jakiś człowiek. Powiedział, że na giełdzie kupił stary komputer, a na jego dysku znalazł bardzo wiele informacji dotyczących mnie. Był tam także mój numer telefonu, a poza tym jakieś teksty i inne dokumenty. Człowiek ten powiedział, że prawdopodobnie ktoś, kto upgrejdował mój mój komputer, zgrał zawartość dysku na wszelki wypadek, a potem zapomniał o tym i dysk ten sprzedał na giełdzie. Możliwe też, że jakiś nieuczciwy pracownik firmy komputerowej ukradł zalegający na regałach dysk i sprzedał go na giełdzie zapomniawszy o jego wyczyszczeniu. Tak czy inaczej, dzwoniący jest w posiadaniu wielu moich osobistych danych i postanowił nagrać je na płytę i wysłać do mnie, zanim ostatecznie dysk ten wyczyści. Problem w tym, że aktualnie jest w szpitalu, i dopiero może zrobić to, gdy z niego wyjdzie. Dzwoni jednak wcześniej, żeby mnie uprzedzić, bo możliwe, że mogę jeszcze podjąć jakieś postępowanie w stosunku do osoby, która nie uprawniona rozporządziła moimi dokumentami.

Byłam zainteresowana, bowiem mogły się tak kryć teksty, których nie udało mi się dotychczas odszukać w posiadanych materiałach (w które z biegiem czasu wkradł się bałagan), czekałam jednak, aż facet ponownie się odezwie, ale minęły miesiące, a on nadal milczał.

Postanowiłam więc zadzwonić do niego i spytać, co dalej. W telefonie odezwała się kobieta, wdowa po mężczyźnie, który w międzyczasie zmarł. Podała mi swój numer telefonu I powiedziała, że postara się sprawdzić, czy u męża nie leży stary dysk. Jeżeli go odnajdzie, a ja zadzwonię do niej, i podam adres, to dysk ten mi wyśle.

Telefon do tej kobiety zapisałam sobie na karteczce, ponieważ w międzyczasie zmieniłam operatora telefonii komórkowej i przy zmianie karty część numerów telefonów, zapisanych na karcie, a nie w pamięci aparatu, zostałaby utracona. Nie byłam więc pewna, co się stanie z telefonem kobiety.

Ponieważ kobieta nie odezwała się więcej, po jakimś miesiącu lub dwóch postanowiłam zadzwonić do niej. W pamięci telefonu nie znalazłam tego numeru, więc musiałam odszukać kartkę zapisanym numerem. Karteluszki takie przechowuję w jednym miejscu, w pudełeczku reklamowym PZU sprzed co najmniej pięćdziesięciu paru lat. Leżą tam nienaruszone od dziesięcioleci, bo zazwyczaj nie przydają mi się do niczego. Ważne telefony mam zapisane w komórce, w nowym modelu; nieważne mogą nigdy nie być potrzebne.

Przeszukałam całe pudełko i odnalazłam numer tej kobiety. Siedziałam przy komputerze przy uchylonym oknie, ponieważ zrobiło się nagle dość ciepło. Podmuch wiatru wyrwał mi karteczkę z rąk i wywiał na ziemię. Już od kilku lat nie jestem w stanie się schylić I podnieść czegoś z podłogi. Na co dzień posługuję się chwytakiem, który jednak czasem nie jest w stanie podnieść przedmiotów płaskich.

Karteczka z miękkiego papieru może być podniesiona na dwa sposoby: pierwszy polega na przesunięciu jej do stopy albo do innego trwale zamocowanego przedmiotu, przesuwaniu chwytakiem po niej tak, aby zgięła się w połowie i uchwyceniu tego zgięcia szczypcami. Sposób ten jednak nie nadaje się do podnoszenia sztywnych kartoników, a na tym zapisany był numer telefonu. W podobnym przypadku należało wziąć śmietniczkę na długim kiju oraz szczotkę i spróbować nią zmieść kartonik na nią. Udawało się to jednak w tylko w części przypadków, ponieważ brzeg śmietniczki zaopatrzono w gumową osłonkę, nie wiadomo czemu służącą, ale utrudniającą zmia tanie płaskich przedmiotów. Ten kartonik więc także nie dał się zmieść i tym samym dostać do mojej dłoni.

Kolejnym sposobem mogło być posłużenie się odkurzaczem, ale w tym wypadku było to niemożliwe, ponieważ przewód odkurzacza nie był włączony na stałe do gniazdka, a gniazdko znajdowało się kilkanaście centymetrów nad podłogą. Nie mogłam się tak nisko schylić, a chwytak nie miał wystarczającej siły aby wepchnąć końcówkę odkurzacza do niego.

Innych pomysłów już nie miałam. Przez kolejne trzy dni patrzyłam na kartkę leżącą na podłodze z numerem telefonu zapisanym na odwrocie i próbowałam różnych  sposobów, z których żaden się nie sprawdził. Pozostawało mi tylko czekać, aż ktoś pojawi się u mnie w domu i podniesie tą nieszczęsna kartkę. Przez tydzień nikogo nie było, a ja ciągle próbowałam i próbowałam wdrożyć w życie kolejne, świtające mi pomysły. Za którymś razem kartka frunęła pod szafkę.

W poniedziałki przychodzi do mnie pani sprzątająca i czekałam na jej przybycie, aby podniosła mi tę kartkę. Pani przyszła, szafkę odsunęła z wielkim trudem, ale kartonika pod nią nie było. Prawdopodobnie pofrunął dalej, pod dużą szafę z czeczotu, stanowiącą część wyprawy panieńskiej siostry mojej babci z 2005 roku, ale stamtąd już nikt by jej nie wydobył (z wyjątkiem może sześciu ludzi i podnośnika hydraulicznego). Ostatni raz ją przestawiano w roku 1975, przy okazji remontu mieszkania. Kolejne remonty obywały się już bez jej poruszania

Część mojej osoby spoczywa więc na jakimś dysku komputerowym, zlokalizowanym w nieznanym mi miejscu i nie jest możliwe odzyskanie tego fragmentu mojej osobowości, zdanej w obce ręce losu. Jako Babcia Ezoteryczna powinnam przyjąć nauczkę świata, że jeżeli odmawia on mi dostępu do czegoś, to powinnam z tego zrezygnować (co zazwyczaj czynię z pokorą). Jako osoba niepełnosprawna nie powinnam godzić się ze swoim statusem i wezwać owych sześciu ludzi z podnośnikiem hydraulicznym lub elektrycznym dla podniesienia zabytku. wyciągnięcia kartonika, odczytania numeru telefonu i zadzwonienia do kobiety, która być może dysku nie znalazła, albo o sprawie zapomniała, a dysk wyrzuciła na śmietnik, albo zaraziła się od męża koronawirusem I umarła (czego jej wcale nie życzę, ale co muszę brać pod uwagę).

Czy więc jest sens podejmowanie danych dalszych wysiłków uzyskania czegoś niepewnego? Tak uczy zdrowy rozsądek i tak napominają biblijne przypowieści. Na tych rozważaniach mogłabym się zatrzymać, korci mnie jednak aby dołożyć do nich drugie piętro. Osoby niepełnosprawne są trudne do zrozumienia przez otoczenie, ponieważ trudno sobie wyobrazić, na jakie przeszkody napotykają. Opowieść powyższa może być przykładem dla zwykłych ludzi, zabawną anegdotą, jak można utracić część siebie  przez nieumiejętność podniesienia z ziemi małego kartonika.

Nie myślcie, że problem ten nie został rozwiązany. Wprawdzie część mojej osobowości znalazła się poza moim zasięgiem, ale i tak niewiele czasu dzieli mnie od chwili, kiedy ona cała, ta moja osobowość, znajdzie się poza moim zasięgiem. Nie przywiązałam się więc bardzo do tego, konkretnego niepowodzenia. Problem rozwiązałam w inny sposób. Znalazłam bambusowy kijek, który podpierał kiedyś doniczkowy kwiatek, przywiązałam go do łopatki od przewracania kotletów na patelni (metalowej, starej, nie drewnianej, nowoczesnej!) i w ten sposób uzyskałam narzędzie, umożliwiające podniesienie mi z ziemi płaskich, twardych kartoników. Jeden koniec kartonika przydeptuję nogą, drugi zaś podważam łopatką, która wsuwa się znakomicie pod kartonik. Nie muszę dalej patrzeć przez cały tydzień na leżący papierek! Mogę obrócić swoje spojrzenie na inne rzeczy i sprawy.

słownik błędów c.d.
Podnośnika — podnieść Nicka
Przydeptuję — przy Depp tuje

Wieści z samotni 8 – przeprowadzka i słownik błędów

Nie wychodzę z domu od kilku lat. Jednak dopiero ostatni rok i pandemia stanowi zdecydowaną różnicę w stosunku do lat ubiegłych. Zawsze bowiem było tak, że choć ja nie wychodziłam z domu, sporo osób mnie odwiedzało; czasami silniejsi z nich wywozili mnie na spacer wózkiem inwalidzkim. Miałam więc ulotny wprawdzie, ale kontakt ze świeżym wiatrem, z wilgocią deszczu czy mżawki; oglądałam twarze ludzi na ulicach w inny sposób niż w telewizji. Zresztą były to twarze jeszcze bez masek, z ustami, brodami i zębami. Z uśmiechem lub przeciwnie, niechętnym grymasem. Oswojone, zrozumiałe, jasne. Czasami zamieniałam z ludźmi kilka słów, lub byłam świadkiem interakcji między innymi osobami. To wszystko dawało złudzenie uczestniczenia w życiu społecznym otoczenia, które utraciłam. W następstwie tej utraty – ponieważ próżnia wypełnić się musi (zazwyczaj czymś gorszego rodzaju) – zaczęłam przywiązywać nadmierną wagę do rzeczy mało istotnych, do szczegółów i z ich powodu przeżywać stresy. Zaczęłam lubić niebieskie maseczki a nienawidzić czarnych. Denerwowały mnie nosy wyłażące niechlujnie spoza masek i ręce poprawiajace włosy lub nadmiernie gestykulujace.

Wiele ze swoich nowych emocji zauważyłam dopiero ostatnio. Tak się stało, że postanowiłam przeprowadzić się z mojego małego pokoju, będącego jednocześnie sypialnią i biurem, ze stacjonarnym komputerem, ale malutkim telewizorkiem, do znacznie większego “salonu”, nieużywanego od czasu, kiedy pozostałam sama. W małym pokoju jest duszno i trudno go dobrze przewietrzyć, w salonie zaś mam klimatyzację, balkon i więcej światła. Im mniej się poruszam, a więcej leżę (ponieważ z powodu schorzeń kręgosłupa nie mogę siedzieć dłużej niż kilka minut), tym większe znaczenie ma dla mnie dopływ świeżego powietrza i uczucie większej przestrzeni wokół mnie.

W ostatnich latach przed swoim zamknięciem odbyłam kilka podróży zagranicznych, łącznie z rejsem wycieczkowym luksusowego, na miarę przeciętnych oczekiwań statku, wokół Norwegii i za Koło Podbiegunowe i przyznam się szczerze, że wyjazdów tych nie przeżywałam aż tak bardzo, jak moja mama wyjazdy na letnisko, co  we wspomnieniach zasługiwało na drwiny z jej kilkudniowych “rajzefiber”. Wydawało mi się, że jest to sprawa obycia w świecie, doświadczeń, które uzyskaliśmy wraz z wejściem do Unii Europejskiej i mojego osobistego podróżowania po krajach Europy. Tymczasem myliłam się bardzo, a odkryłam to właśnie kilka dni temu.

Moje przeniesienie z małego pokoju do salonu wiązało się z koniecznością założenia pewnych instalacji dla niepełnosprawnych, jak: poręcze, uchwyty, linki instalowane w suficie do pomocy we wstawaniu; potrzebą przeniesienia i usprawnienia zasilania elektrycznego, obsługującego łóżko i inne potrzebne mi urządzenia. To wszystko trzeba było zaplanować, i wyznaczyć miejsce, kierując się pewnymi wymaganiami, jakie stawiała moja sytuacja (np. częstsze leżenie na prawym boku, niż na lewym, czy na wznak). Po tygodniu, kiedy nadszedł czas przeprowadzki, czyli przeniesienia łóżka do salonu, co trwało raptem kilkanaście minut odkryłam , że cała ta operacja stanowiła dla mnie przeżycie o wiele większe, niż wielogodzinne podróże samochodem do Holandii, promem do Szwecji, czy rejsy wokół Norwegii lub po Morzu Czarnym, a może nawet większe, niż wiele lat temu miesięczna objazdowa wycieczka po wschodniej części ówczesnego Związku Radzieckiego, zwiedzanie miast o wielowiekowej tradycji, jak Samarkanda, Buchara i inne oraz kilku republik, obecnie niedostępnych z powodu sytuacji politycznej, w warunkach bardzo skromnych, jak na nasze dzisiejsze wymagania.

To przeżywanie przeprowadzki z pokoju do pokoju zbulwersowało mnie samą i nie powiem, że nie przeraziło. Nie mogłam spać przez kilka nocy przed nią i dwie noce po. Wszystko było inaczej. Centymetrowe przesunięcia ustawienia poręczy, miejsce jeżdżącego na kółkach stolika miała zastąpić szafka czekająca na złożenie, linki pomagające w podnoszeniu się do pozycji siedzącej z nieco innym rozkładem napięć, inne odgłosy zza okna i z mieszkań nade mną, inne światła nocą na suficie, inne prądy powietrza – to wszystko stanowiło środowisko tak nowe, nieznane i nie oswojone, że aż nie mogłam sama siebie zrozumieć, jak bardzo stresujące.

Tłumaczyłam to faktem, że mam mniejszy kontakt z ludźmi, którzy ze względu na moje zdrowie zaprzestali odwiedzania mnie i byli dostępni jedynie przez komunikatory i media społecznościowe. Ale tłumaczenie to nie zadowalało mnie. Zrozumiałam, że im bardziej zmniejsza się liczba bodźców, dochodzących do mnie z zewnątrz, tym bardziej te nieliczne, z którymi mam do czynienia zyskują wagę i znaczenie. Sprawy błahe z pozoru stają się pierwszoplanowymi, tłumią sprawy ważne, istotne i nurtujące. W jakiś sposób pomniejszyło to mnie, zredukowało i wypełniło wolne miejsca emocjami właściwymi dla wydarzeń większego kalibru.

Przypuszczam, że dotyczy to nie tylko mnie. Większość ludzi zamkniętych w domach musi przeżywać podobne sytuacje. Możemy sobie wyobrazić, jak bardzo to wpływa na życie rodzinne, kiedy w mieszkaniu przebywa kilka osób, wskutek czego życie może stawać się czymś nie do wytrzymania. Ktoś rzuca skarpetki na podłogę, a ty musisz patrzeć na nie cały dzień (albo podnieść).Ktoś odstawia rzecz nie na swoje miejsce. Ktoś lekceważy Twoje preferencje dotyczące sposobu zamknięcia okien i regulowania temperatury w mieszkaniu. I tak dalej.

 Jak wspomniałam już, w mojej samotni, odwiedzanej bardzo rzadko przez kogoś innego niż dostawcy ze sklepów internetowych lub nieliczni członkowie rodziny, w danym momencie zdrowi, każde drobne wydarzenie nabiera wielkiego znaczenia i staje się podstawą refleksji, w innych warunkach nie występującej, jako że dotyczy spraw błahych. Z powodu choroby i starości mój świat zacieśnia się, na co czas kowidowy ma wpływ niebagatelny, zapełniam więc swoje dni refleksjami nad drobiazgami. Nie zawsze są jednak jest to zajęcie głupie, ponieważ czasem refleksja nad głupotką przynosi spostrzeżenia dotyczące ważniejszych spraw. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Niemożliwość pozostawania dłużej w pozycji siedzącej ogranicza moje korzystanie z komputera. Na wysięgniku obok mojego łóżka umieściłam tablet, w którym mam program notatnika, zapisującego mowę w postaci znaków graficznych – liter. Potem zawartość notatnika wysyłam mailem sama do siebie i kopiuję na dysk do programu edycji dokumentów, w którym dokonuję poprawek, zanim zamieszczę je na swoim blogu lub wykorzystam w inny sposób. W notatniku nie mogę poprawiać tekstu z powodu zbyt małych rozmiarów liter i trudnego trafienia palcem w miejsce kursora.

Słownik, którym posługuje się program notatnika, jest bardzo ubogi, nie zawiera wyrazów skomplikowanych albo aktualnie niemodnych, podobnie jak obcy jest jego rozumieniu język literacki. Kiedy usłyszy zbitek dźwięków, które trudno mu zidentyfikować, stosuje słownik angielski, a nie polski, co powoduje zupełnie śmieszne tłumaczenia rdzennych polskich słów na zbliżone brzmieniem, ale obce znaczeniem wyrazy. Bierze się to zapewne stąd, że istniejący już słownik angielski został zastąpiony okrojonym mocno słownikiem polskim, przy minimum rozważań programistów na temat budowy i charakteru języka polskiego.

Oto przykłady:

— Sharpa no – zamiast “szarpano”
— pan Demi –   zamiast “pandemii”
— Jak her Lotte core daj  –  zamiast “Jak Charlotte Corday”
— ten te Rohr –  zamiast “ten terror”
—-aż to Kata A- zamiast “a sztuka ta”

Ale oprócz angielskich wpływów pojawia się już coś bardzo rodzimego, a mianowicie patriarchalizm. Polega on na tym, że zapisując w notatkach moje spostrzeżenia i działania w rodzaju żeńskim (jako że jestem kobietą), słownik uparcie usiłuje zastąpić je rodzajem męskim, bowiem w jego  drukowanym przekonaniu notatki sporządzają tylko mężczyźni. Sięga więc do czasów gdy, kobiety nie umiały pisać, a sztuka ta przeznaczona była dla zakonników i ważnych mężów, czyli mniej więcej do epoki średniowiecza.

Na przykład:

— “umiałaś, zawisłaś, zatrzymałaś, szanowałaś” – zmiana na I os. rodzaju męskiego: “zawisłem, umiałem, zatrzymałem, szanowałem”,  
— “niedouczonej” – zmiana na “niedouczonego”,
—ewentualnie na 3 os.— “zostałaś” –  na “została” – bowiem z nieznanych mi względów nie toleruje narracji w 2 osobie. Niestety, dłuższy tekst, który piszę obecnie, jest narracją bohaterki do samej siebie, a więc w II osobie liczby pojedyńczej..

Tak gromadzę swego rodzaju słowniczek wyrazów preferowanych przez mój niedoskonały program tłumaczący mowę na pismo. Niebagatelne miejsce w nim znajduje zastępowanie małych liter wielkimi literami nie wiadomo właściwie dlaczego, w każdym razie zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego. Do innych błędów należy także zaliczyć pisownię nie z czasownikami i pisownię imiesłowów tudzież zwykłe błędy ortograficzne.I rozmaite inne dziwactwa.

Oto przykłady:

—“Wszędzie” – uparcie poprawia na “wszendzie”
—“nienormalną” – na “nie normalną”
— “odszukać” – na “poszukać”, 
— “opłacić” – na “zapłacić”
— “przyszłoby” – na “przyszło by”
— “choć” – na “chodź”
— “przerażali” –  na “przerażają”
— “szczepienie” – na “szkapiny”, lub “Skawiny”,

Jednakże w tych dziwactwach jest metoda, poza tym chyba, że programiści wywodzą się z pokolenia urodzonego w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które w szkołach podstawowych było na bakier z językiem polskim i głośno nawoływało do zniesienia zasad ortografii, co zaowocowało licznym wysypem urzędowo poświadczonych dysgrafików i dyslektyków, jako ukłon resortu edukacji w ich stronę.

Tendencję do upraszczania sobie życia obserwujemy we wszystkich jego dziedzinach, ale mnie drażni najbardziej anglizacja języka polskiego, choć pocieszam się, że ongiś walczono uparcie z makaronizmami, aż przyswojono je tak, iż obecnie niewiele osób zdaje sobie sprawę z naleciałości włoskich czy francuskich w naszym języku (choć jeszcze uparcie walczy z rusycyzmami – może dlatego, że są najświeższe lub z powodów politycznych), więc i angielszczyzna albo przeminie, albo się spolszczy. Inna rzecz, że na moich oczach powstaje język podstawowych słów, powszechnie obowiązujacy, choć nie umiejący oddać wszystkich niuansów życia, a ponieważ to, co nienazwane, nie istnieje – zubożając nasze życie psychiczne i społeczne. Nawet literatura przestaje być ostoją językowej finezji…

Powielkanocna rada dla moich i cudzych wnuków

Zacznę od przypowieści. Uwielbiałam je kiedyś i uwielbiam do dziś. Biblijne i wzorowane na nich. Jest bowiem tak, że zdarzają się historyjki błahe na pozór, po latach jednak okazują się przenośnią, pozwalającą zrozumieć dylematy stające przed człowiekiem i wówczas zwykłe opowieści stają się przypowieściami. Rzadko mi się zdarza coś w tym rodzaju napisać, ponieważ czuję ich wielką wagę, a nie chcę popadać w moralizatorstwo. Poniżej moje odstępstwo od tej zasady.

Tak więc zdarzyło się to przed Wielkanocą, wiele lat temu, gdy dumnie posiadaliśmy z mężem samochód marki Syrenka. Samochodem tym udaliśmy się w góry, aby spędzić tam święta. W niedzielę wielkanocną postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę do kościoła, który znajdował się na szczycie pewnej góry, w niewielkiej odległości od miejscowości, w której mieszkaliśmy. Na górę tę można było wjechać samochodem, co pociągało nas, dotychczasowych pieszych, jak nam mówiono – w lecie, ale nie w zimie, ponieważ droga ta nie była odśnieżana. 

Asfaltowa szosa prowadziła na szczyt góry z dwóch miejsc, można więc było wjechać z jednej strony, a wyjechać z drugiej. Tak też postanowiliśmy zrobić. Wielkanoc tego roku była wczesna, bodajże marcowa i choć stopniały śniegi, jako miastowi, nie przyzwyczajeni do wiejskich okolic, nie wzięliśmy pod uwagę, że grunt może być jeszcze bardzo grząski. Wjeżdżając pod górę byliśmy już bardzo blisko szczytu, gdy asfaltówkę zastąpiła droga gruntowa, a samochód nasz zawiesił się na koleinach wyżłobionych przez koła ciągników.

Mijali nas świątecznie ubrani ludzie I choć patrzyli z niechęcią, znaleźli się młodzi chłopcy, którzy sami z siebie, nieproszeni, pomogli nam wysunąć samochód z kolein I przepchnąć go nieco dalej, gdzie grunt był już twardszy i można było spokojnie jechać przez osuszoną już wiatrem część drogi. Mimo, że ludzie ci nam pomogli, ponieśli także pewne straty z tego powodu, a mianowicie pobrudzili sobie świąteczne ubrania.

Odnieśliśmy wrażenie, że pomagać nam specjalnie nie chcieli, ale zmusiło ich do tego coś od nich silniejszego, może świadomość święta, jego znaczenia, a może też jakieś kulturowe zobowiązania i nakazy. Pomogli nam, ale patrzyli na nas z niechęcią, nie chcieli przyjąć zapłaty ani podziękowań; podobnie zachowywali się także i inni ludzie, mijający nas w drodze do kościoła. 

Dziś, kiedy przypominam sobie tę historię, rozumiem także jej głębsze znaczenie. Jeżeli zdarzy się komuś w życiu sytuacja, z której nie widzi wyjścia, może powinienem stanąć i zaczekać aż sprawa sama się rozwiąże. Zazwyczaj rozwiązanie przychodzi z zewnątrz, takie lub inne; nie zawsze wiemy, jakie ono będzie i nie zawsze ono jest przyjemne lub korzystne; ma jednak jedną dużą zaletę – nie musimy nic zrobić, aby nasz los się odmienił.

Dlaczego jest to rada dla wnuków? 

Wielu młodych ludzi przez pandemię czuje się odizolowanymi od świata i rówieśników, rozrywek, kontaktów i innych rzeczy, do których się przyzwyczaili. W przenośnym sensie ugrzęźli w koleinach swoich nawyków i swojej życiowej sytuacji. Sami nie umieją się z niej wydostać, bowiem ich wyobraźnia nie sięga tak daleko, aby mogli narysować przed sobą scenariusz przyszłych wydarzeń, albo jest on wręcz katastroficzny, ponieważ ich wyobraźnia nad miarę wybujała wskutek genów lub lektur czy filmów. 

Świat jednak nie stoi w miejscu, idzie naprzód i zawsze znajdzie się ktoś albo coś co wytrąci ich z tych kolein bez własnego wysiłku. Będą musieli przystosować się do nowej sytuacji, w której się znajdą i na pewno zrobią to odkrywając jednocześnie prawdę, że życie przerasta wszystkie możliwe nasze wyobrażenia o tym, co będzie potem.

Ludzie, którzy nas otoczą później nie zawsze będą życzliwi, ale zawsze chcąc nie chcąc zmienią naszą sytuacją. Czy na gorsze., czy na lepsze – będzie to jednak nowy układ na szachownicy, który może przynieść nieoczekiwany sukces albo zmianę, która po jakimś czasie przyniesie nową szansę. Tak więc śladem pewnego wróbelka przyjmijcie, że nie zawsze twój wróg, co na ciebie…. I na odwrót, oczywiście też.

A kiedy zdarzy się taki moment, że trzeba się sprężyć i za coś wziąć, zrobić, nauczyć się lub podjąć decyzję, to najlepszym wyjściem będzie wyjść z siebie i stanąć obok oraz popatrzyć na to, co pozostało w tym miejscu. Ten, czy inny widok, jaki zobaczymy, powinien skłonić nas do nabrania przekonania, że od takiej czy innej decyzji świat się nie zawali i potraktować ją jako swego rodzaju ćwiczenie do przymuszania się. 

Uda się albo nie uda się, nic nie zatrzyma się w biegu, nie wybuchnie żadna wojna, zegary nie oszaleją, komunikacja nie stanie, nie zmieni się partia rządząca ani opozycja, tylko my staniemy jeszcze bardziej obok.  Może coś dodatkowo zobaczymy albo o czymś się przekonamy.  I nic więcej. Ale warto poczekać na nowy widok i nowy ogląd.

Tyle od Babci Ezoterycznej na dziś.