Wiatru szum, śpiew drzew i oddechy potwora

Blisko czterdzieści lat temu pokochałam pewien niewielki skrawek ziemi, 820 m kw, miłością beznadziejnie niereformowalną, jak wszystkie miłości zresztą. Kilka dni będąc tam może ostatni już raz (nie, nie wybieram się   na tamten świat, ale podróż jest już bardzo uciążliwa), wracałam myślą do pierwszych dni i tego, co mnie w tym miejscu urzekło. Mój skrawek był 1/6 zapuszczonego pola; wzdłuż pozostałych 6/6 i dalej, aż do rzeki i nadrzecznych bagienek ciągnęła się parcela sąsiadów, długa, wąska i porośnięta lasem, jako że oni kupili całe pole w 1945 roku, a od tamtego czasu pole samo zalesiło się, z wyjątkiem skrawka, na którym postawili dom i skopali kawałek pod grządkę kwiatową i zostawili wjazd  z bramą. Na skraju naszego i ich pola zaczynał się gęsty, wysoki, stary las.

Siedząc wieczorem wśród traw, a potem przed domem, wsłuchiwałam się w wiatr. Odkryłam wówczas, jak bardzo różni się wiatr w przestrzeni naturalnej od wiatru w przestrzeni zabudowanej i jak jest odmienny dla siedzącego człowieka i dla człowieka poruszającego się, zwłaszcza w mieście. Wiatr na działce miał swój kształt i logikę akcji.

Najpierw dobiegał mnie szum ze skraju dużego lasu, wyraźnie zlokalizowany w koronach drzew. Szum ten przemieszczał się górą, mijał mnie i cichł gdzieś w kierunku rzeki. Dopiero wtedy zaczynały szumieć trawy i zarośla, na ostatku dobiegając najniższych, u moich stóp. Gdybym zamknęła oczy, miałabym dźwiękowe odwzorowanie przestrzeni w swoich uszach. W mieście nigdy tak wiatr nie zaszumi – za mało jest drzew, a gdyby nawet było ich wystarczająco wiele, w międzyczasie z pewnością pojawią się inne dźwięki, rozpraszające uwagę.

Podobne dźwiękowe odwzorowanie przestrzeni, chociaż w inny sposób, dostrzegałam nocą. W tamtych czasach wzdłuż drogi prowadzącej ze stacji do wsi znajdowało się kilka gospodarstw z psami na łańcuchach, których psim obowiązkiem było szczekanie. Dziś już nie ma tych gospodarstw, nie ma też i psów na łańcuchach, a miejskie psy działkowiczów odzwyczajono od szczekania (podobnie jak niemowlęta od płakania), zaspokajając w mig wszystkie ich potrzeby, Wówczas jednak, gdy nocą szedł ktoś od ostatniego pociągu, obszczekiwał go najdalszy na trasie pies, potem kolejno, przejmowały te zadanie inne psy w miarę, jak spóźniony przechodzień przemieszczał się. Potem, już późną nocą lub nad ranem szczekanie psów odwzorowywało ruchy lisów lub innych leśnych zwierząt. Jedynym dźwiękiem świata, poza przyrodą, był gwizd odległego pociągu, zbliżającego się do przejazdu, a i on inaczej brzmiał w pogodne dni, a zupełnie omiennie, wyraźniej i bardziej frapująco w porannych mgłach.

Człowiek ustawiony w takim miejscu, w jakim ja byłam, jest okrążany przez dźwięki pozwalajace zidentyfikować prawdziwy oddech przyrody.

W tamtych czasach przeczytałam powieść SF (niestety, nie pamiętam autora i tytułu), z gatunku ostatnio modnego, nazywanego „post apo”, gdzie po zagładzie grupa ludzi mieszka w otoczonej murem wiosce, nie wychodząc stamtąd, ponieważ za murem czają się potwory. Dobiegają stamtąd straszliwe odgłosy ich oddechów, od których ludzie popadają w panikę i szaleństwo, ratując się zatykaniem uszu. Nie pamiętam już fabuły, ale ktoś został zmuszony do ucieczki poza mur i odkrył, że ów straszliwy oddech potwora, wokół którego kręci się akcja powieści to… szum wiatru w koronach drzew, przemieszczający się wraz z podmuchami, niczym wielkie groźne cielsko.

W tamtych czasach moi sąsiedzi działkowi mieli paskudny zwyczaj: zajeżdżali samochodem z rodziną przed swój domek, rozkręcali samochodowe radio na pełny regulator, otwierali wszystkie drzwi pojazdu, po czym udawali się do domu. Byli bardzo zdziwieni, kiedy prosiłam ich o zamkniecie radia, wszak chcieli zrobić nam dobrze zostawiając muzykę i gadanie, aby w ciszy nie było nam straszno. W ogóle za PRL na działkach trudno było wytrzymać w weekendy i wakacje – tyle było hałasu, nocnych wrzasków i awantur po wódce, przy grillu, jako że, jak wówczas sądziłam, awanturowanie się po pijaku jest naszym sportem narodowym. Oddech przyrody był stresujący, a cisza dzwoniąca w uszach nieznośna. Nawet śpiew ptaków wraz ze świtem budzący weekendowiczów, nie dający się wyłączyć, uważano za słabą stronę wyjazdów, przeszkadajacych w wypoczynku. Dlatego na działce najlepiej lubiłam późną jesień, gdy nikogo wokół nie było.

Zmienił sie ustrój, Wielki Przyjaciel odszedł w niebyt, a my nadal nie wyobrażamy sobie świętowania bez wrzasków. Na szczęście jednak wyjeżdżanie na działkę stało sie niemodne i pozostali tu tylko staruszkowie, którym jak wiadomo, siły do krzyków nie mają. Chociaż objazdowy sklep, w soboty pętający się po działkowisku, zainstalował nietypowy, ponoć „zagraniczny” klakson i rzekomo dla umilenia działkowiczom czasu, nie uruchamiał go,  dawnym zwyczajem tylko w czasie postoju, ale na ful, całe sobotnie przedpołudnie. Miejscowa blogerka nie mogła się nadziwić, że ktoś ma to temu sklepowemu za złe. Wszak dźwięk klaksonu był taki oryginalny, prawie jak muzyka!

Po latach, wraz z odejściem jednego, zyskaliśmy nowego Wielkiego Brata, dbającego o to, by cisza nie dzwoniła nam w uszach, a oddech potwora skutecznie mozna było zagłuszyć. Odkryłam to podczas wielkanocnego wyjazdu. Z ulgą opusciłam moje osiedle pełne zgiełku trzepanych dywanów (są jeszcze tacy maniacy!), pali zabijanych młotem, zainstalowanym na dźwigu na pobliskim parkingu, tęskniąc do śpiewu ptaków przed świtem i szumu lasu po południu, a nawet szmeru wody, spływającej z blaszanych rynien wokół budynku.

Zaczęło się niewinnie. Prenumeruję znaną gazetę, wydanie internetowe. Wyjeżdżając na święta, nie chciałam zabierać laptopa i wzięłam sobie mały, podręczny tablecik wielkości koperty od listu, używany jako czytnik e-boków i zainstalowałam aplikację pozwalającą pobrać mi ową gazetę w PDF i poczytać sobie w wolnej chwili. Wolna chwila mi się nie trafiła, ale za to aplikacja uznała, że najwiecej w życiu brakuje mi aktualności. Tak więc nawet po powrocie przerywa mi np ogladanie telewizji, sen albo inne zajęcia przeraźliwym sygnałem, zwiastującym, że coś właśnie ważnego nastąpiło i natychmiast siły ukryte w tejże aplikacji muszą mnie o tym powiadomić. Nie, to nie zamach, wojna albo pożoga, tylko…

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w jakiś sposób zero informacji, nawet głupiej, jest uważana za zło, które należy natychmiast zapełnić czymkolwiek. Tak, jak niektórzy ludzie nie znoszą ciszy i muszą włączać radio, żeby im gadało i grało, nawet na okolicę (jak niektórzy moi znajomi na działkach, a w byłym Związku Radzieckim wystawiane w otwarte okna ku zadowolenia sąsiadów), tak dostarczyciele internetowej prasy uważają, że do szczęścia niezbędna jest nam pewna liczba dzwonków, oznajmiających coś, jakby było mało budzików w zegarkach, telefonach i radiu, stacji meteorologicznych piszczących, gdy z animowanych chmurek leje się deszcz (jakbyśmy nie widzieli tego za oknem), zegarków odmierzających godziny i kwadranse, piekarników kończących pieczenie, a zmywarek zmywanie, laptopów i telefonów sygnalizujących konieczność podłączenia do źródeł. Wszystko to razem powoduje, że żyjemy w kakofonii dźwięków, niepotrzebnych i w większości niechcianych, podczas gdy prawdziwe dramaty rozgrywają sie w ciszy. Kiedyś, gdy zalało mi mieszkanie, poznałam to po tym, że wstając z łóżka brodziłam w wodzie po kostki.

Wydawać by się mogło, że bycie tu, teraz i wszędzie, na raz i hałaśliwie, jest warunkiem szczęśliwości człowieka, a najgorszą rzeczą, jaka może go spotkać, jest głuchota lub brak znaku życia od otaczającego nas świata, przy czym nie chodzi tu o życie prawdziwe (jak szum lasu czy głosy ptaków), a o sygnalizację, prostą, prymitywną i natrętną.

Człowiek wieki całe żył w małym kręgu rodziny i znajomych i bywało, że o zmianie władcy na tronie państwa dowiadywał się po roku lub jeszcze później. A przecież osoba władcy miała na jego życie nieraz większy wpływ niż wypowiedź jakiegoś polityka dla prasy, najczęściej nie przekładająca się na istotne wydarzenia, a w każdym razie istotne dla nas.

Ponieważ uwielbiam teorie spiskowe, mam jedną na podorędziu. ONI (tu wstawić właściwe) chcą, abyśmy bedąc ustawicznie pobudzani i rozpraszani, stracili możliwość nawet chwilowego karmienia się własnymi myślami, ponieważ są one (dla NICH) przeszkodą. Jest jeszcze inna poszlaka – wmawia się ludziom, że bezcelowa gonitwa myśli jest dla człowieka chorobliwie szkodliwa i należy z nią walczyć. Stanem idealnym jest nie myślenie o niczym i chłoniecie przekazu (od NICH). Rzeczone dzwonki pomogą nam pozbyć się niepotrzebnego myślenia, przerywając niesłuszne procesy już rozpoczęte w naszych mózgach. Stąd żadna apka nie może obyć się bez dzwonków, przywieszonych do niej, jak dzwonki na szyi krowy.

Zatrzymane w ruchu

Mój przyjaciel fotografik, Mark Zürn, napisał ostatnio w komentaru do ulicznej scenki:

„Lubie klasyczna fotografie uliczna w ktorej na pierwszym planie jest portretowany czlowiek w relacji do innych ludzi i otoczenia. To jest centrum miasteczka ale brak tu wielopoziomowych skrzyzowan, przeszklonych albo obdrapanych elewacji, lsniacej pod swiatlo kostki brukowej czy dramatycznych kontrastow i ”wyzartej” czerni bez szczegolow – czyli scenerii tak lubianej przez wielu street photographers, dla ktorych takie tlo jest wazniejsze od pokazania fotografowanych ludzi a malenka sylwetka czlowieka jest co najwyzej drugorzednym znakiem graficznym w kadrze, anonimowa postacia bez wlasciwosci i indywidualnych cech. Na ponizszym zdjeciu dominuje chaos kolorystyczny, ludziom sie nie spieszy i wlasciwie niewiele tu sie dzieje. Wspolczesni street photographers nie maja tu szans na zrobienie spektakularnego zdjecia. Albo moze maja, o ile czlowiek interesuje ich bardziej niz efektowna sceneria no i nie lekaja sie ludzi by moc otwarcie robic im zdjecia z bliska.
Chetnie przeczytam komentarze tych, co lubia zdjecia uliczne.”

Odpisałam: Urokiem takich fotografii jest możliwość snucia rozmaitych teorii, co do wymowy obrazu, gdy jesteśmy przyzwyczajeni, że ogladany obraz musi coś oznaczać. Ja na przykład (lubiac rozmaite uogólnienia – nie zawsze uprawnione, ale często pociągające) od razu widzę na tym zdjęciu przeciwstawienia świata starych i młodych. Starzy są czynni, dokądś idą (choć nawet z trudem jak ten pan z dalekiego planu), a młodzi mogą sobie pozwolić na nicnierobienie, choć od nich właśnie należałoby oczekiwać czynnego udziału w życiu codziennym. Wymowę tego zdjęcia podkreśla stojacy na pierwszym planie rower. Wyobrażam sobie że taka przeciętna ulica dziewiętnastowieczna pokazywałaby obraz odwrócony: – młodzi pracują, starzy się gapią. Tak czy inaczej wniosek ogólny mój jest taki: starzy i młodzi to są dwa światy, nie przystające do siebie.

Tak się złożyło, że ostatnio wypożyczyłam album malarstwa  Bruegela, pełen setek postaci ujętych w scenach ludowego życia Holendrów (niezależnie od idei jaką miały obrazować dzieła). Z powodu słabego wzroku musiałam posłużyć się lupą, żeby to i tamto obejrzeć. Złościły mnie te obrazy, a jednak przyciągały tym, że nie potrafiłam od razu zrozumieć ich przesłania. Nauczono mnie szukać przesłania w dziełach sztuki, zarówno literackich jak i malarskich i posłuszna temu wpojonemu obowiązkowi uważałam za dowód niedostatku mojego intelektu sytuację, gdy nie mogłam go odgadnąć.

Oczywiście po krótkim czasie odkryłam pewne prawidła ( o których milczeli komentatorzy obrazów), pozostawiający mnie w niepewności spostrzeżeń. Album, który wypożyczyłam, bronił się przed jednoznacznoscią. Zresztą najsłynniejsze obrazy szkoły holenderskiej u profanów budzą takie zawirowania symboliczne, które u każdego powodują obawę przed jednoznacznym wypowiadaniam własnej opinii. Ten problem nie występuje przy ulicznych fotografiach, bowiem nawet ich autor ( w przeciwieństwie do malarza) nie posiadł wiedzy na temat pokazywanych postaci, wszelkie interpretacje, poza zupełnie odjechanymi, są równouprawnione.

Poniżej: By Pieter Bruegel Starszy – 1. The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. ISBN: 3936122202. 2. Christian Vöhringer – Pieter Bruegel. 1525/30–1569, Tandem Verlag 2007 S.70 ISBN 978-3-8331-3852-2, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=148430

ze strony:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_krzy%C5%BCowa_(obraz_Pietera_Bruegla_starszego)

Aktualna tematyka wielkopiątkowa : obraz „Droga Krzyżowa”. Tłum postaci, każdą oglądam pod lupą. W albumie widnieje też fragment obrazujący upadek Chrystusa pod krzyżem, ale w całej (pomnejszonej) przestrzeni obrazu nie sposób go odnależć. Na obrazie setki postaci, wykonujących różne ruchy i czynności, wszystko się myli i mogocze w oczach. Notuję w pamięci: biały koń w tle, układ lin na jego ciele, podwójna postać w czerwonej szacie i ciapciatej przepasce na włosach. Poniżej trójka postaci reagujących emocjonallnie. Ale gdzież u diabła jet ten Chrystus!

Nie widać go w ogóle w całym zamieszaniu. Jedna z wielu scenek, ani mniej ani więcej ważna. Malarz umieścił ją w ścisłym centrum obrazu, ale na dalekim planie, a owo ścisłe centrum zaowocowało zszytym środkiem książki, dopiero w internecie lepiej widać. Ale i tak długo szukałam, zanim znalazłam fragment od którego pochodzi tytuł.

Nie Chrystus jest więc ważny w obrazie p.t. „Droga Krzyżowa” On jest pretekstem, gdyby ktoś się przyczepił, jest w samym centrum, ale kogo on w ogóle obchodzi?

Ktoś ucieka z workiem na plecach, ktoś takie worki sobie wyrywa, inna grupa z podobnymi workami przygląda się, co z tego wyniknie, dwójka chłopaków z towarzyszeniem malca poddusza trzeciego, ktoś spieszy z dzieckiem na barana, aby nie umknęło mu widowisko, dzbanek się przewrócił, a ktoś zbiera końskie g…no na opał albo do użyźnienia ziemi, mnóstwo ludzi zajętych jest nie wiadomo czym. Podobnie jak przez nas obchodzone święta. Rzadko kogo przejmuje cała ogromna ich symbolika, naciekająca przez wieki na kształt uroczystości, nie ograniczona do wypoczynku i jedzenia, poprzedzonych porządkami przedświątecznymi.

Wracam do ulicznej scenki Marka Zürna. Ja tam widzę kilkoro młodych, obijających się ludzi i starszą kobietę w czerwonej kurtce z wysiłkiem pokonującą drogę. Oni sterczą bezproduktywnie pod sklepami, mimo że mają rower (na pierwszym planie), po prostu olewają pomysły o tym, aby wykazać się jakąkolwiek czynnością. Po co, wszak lepiej sterczeć bezmyślnie, czyż nie?

Jak patrzył na świat malarz ze szkoły holenderskiej? Czemu umierając polecił zniszczyć żonie obrazy, które uznał za kontrowersyjne? Czego się obawiał i jak jeszcze w sposób przeze mnie niedostrzegalny szyfrował swój przekaz. Co chciał nam pozostawić jako refleksję? Wszak i wówczas i obecnie  obowiązują nas określone kody kultury i nie każdy jest w stanie im się sprzeciwić.

Na szczęście oglądając utrwalone przez fotografa sceny uliczne nie czuję tak wielkiej odpowiedzialności, jak w przypadku oglądania dzieł malarstwa o wielkiej i uznanej wartości.

Znakomitym ćwiczeniem w tym zakresie jest oglądanie galerii zdjęć z ulicznych demonstracji. Pozornie ludzie związani są jednym celem, ale nie zawsze cel ten wydaje się najważniejszy. Czasami odnosi się wrażenie iż zgromadzonym chodzi całkiem o coś innego – tak jak na przywołanym obrazie Piotra Bruegla

 

Co dzieci zapamiętują ze świąt Wielkanocy

Kolejny rok, kiedy święta Wielkanocy wprawiają mnie w pomieszanie i obawy. Nigdy nie wiem, co będzie, czy wyjadę gdzieś czy nie, tyle spraw przed nimi wymaga zastanowienia, rozwiązań i podjęcia decyzji – jak zwykło bywać wówczas, gdy człowiek nie jest w pełni samodzielny. Plan wyjazdu jest, ale są obawy. Czy tego roku dam radę pokonać trzy schodki prowadzące dodomu, wprawdzie jest zamontowana poręcz, ale boli mnie prawa ręka, a zazwyczaj trzymam się poręczy oburącz, a więc… Co ze sobą zabrać, żeby ci, co mnie odwiozą, nie wyrażali obaw, że nie pomieszczą się z moim oprzyrządowaniem (i tak wyrażają obawy, a ja mam zgryz z podjęciem decyzji, co zostawić).

Aspekty duchowe Świąt Wielkanocy dawno już umykają mojej świadomosci. Pozostały (bynajmniej nie puste) rytuały, jak dzielenie się jajkiem i inne, które mają utrwalać moje więzi z bliskimi przed ostatecznym odejściem. Zwłaszcza, że w gazecie, choć nie czytuję nigdy nekrologów i pomijam je wzrokiem, tym razem zauważyłam, że odszedł ktoś, kogo wieki temu, jako młoda dziewczyna kochałam i ze zdziwieniem poczułam żal, że kilkadziesiąt lat temu, z tej niewyznanej miłości nic nie wyszło.

Sięgnęłam pamiecią jak najdalej wstecz, do dzieciństwa, próbujac sobie uświadomić, jak wówczas przeżywałam Wielkanoc. Wspomniałam już kiedyś, że dla mnie była bardzo miłym świętem w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy mama ustawiała przy stole krzesło „dla tego, który odszedł” zamiast dla zagubionego wędrowca.

Cała moja ówczesna radość kręciła się koło możliwości najedzenia się do syta. To były czasy po II wojnie, biedne, gdy każdy cukierek był oglądany 10 razy, zanim dało się go dziecku. Na Boże Narodzenie cukierki wisiały na gałązkach choinki i dopiero po Trzech Królach, gdy zwyczajowo choinkę rozbierano, można było ich skosztować, a jadło się je jeszcze przez miesiąc. Na Wielkanoc dziecko oczekiwało wędlin, a podczas święcenia potraw mogło obejrzeć koszyczki innych osób, chociaż święconki nie były takie, jak dziś: tylko jajka, sól, chleb w towarzystwie gałązki krzaczka borówki, a kawałek kiełbasy lub pieczeni i chrzan dodano już później, w latach 50-tych).

Przed moim drewnianym kościółkiem na Bielanach, pośród zeschłych traw i badyli, wystawiano długi stół, nakryty śnieżno białym obrusem i przychodzący ludzie ustawiali tam swoje talerzyki w związanej na supeł serwetce (rzadziej koszyczki), rozwiązywano supełki i odsłaniano nęcącą zawartość, nęcącą przez ilość, a nie jakość święconki. Cały, długi stół zastawiony jedzeniem!

Co pół godziny wychodził ksiądz z kropidłem i święcił  przygotowane potrawy. Ci, którzy przyszli bezpośrednio po porzedniej turze święcenia, ustawiali swoje talerzyki jak najbliżej księdza, ci, którzy przyszli później, musieli zadowolić się dalszą odległością. Moja mama nie należała do ludzi, którzy lubią się tłoczyć i przepychać i dlatego zazwyczaj nasza święconka stała daleko od księdza i jego kropidła. Męczyłam wówczas mamę pytaniami, czy napewno święcona woda z kropidła padnie choć kropelką na naszą święconkę. Nie pamietam już co mama mi odpowiadała, ale na pewno nie była to odpowiedź zadowalająca. Kiedyś, gdy ksiądz machał kropidłem zbyt mało energicznie, jak na mój gust, podsunęłam dłonie nad święconkę aby czuć odrobinę święconej wody i rozczarowałam się. Wbrew mętnym tłumaczeniom mamy uważałam, że nasze potrawy nie zostały skutecznie poświęcone.

Innym problemem, któremu poświęcałam dużą uwagę i na który nie uzyskałam odpowiedzi od dorosłych, był odstęp czasowy między Wielkim Piątkiem a Niedzielą Wielkanocną. Pokarmy święciliśmy w sobotę, ale wolno było je jeść dopiero w niedzielę. Wiedziałam z lekcji religii (w tym czasie też była w szkole, zanim ją usunieto na lata), że Chrystus został ukrzyżowany, a po trzech dniach zmartwychwstał, w związku z tym, jeśli ukrzyżowanie odbyło się w piątek, to zmartwychwstanie powinno nastąpić najwcześniej w poniedziałek (licząc od dnia następnego po piątku). I tutaj nie uzyskałam odpowiedzi, a kiedy zadałam pytanie na lekcji religii, dlaczego zaczynamy świętowanie za wcześnie, dostałam od katechetki – pierwszy i ostatni raz drewnianą linijką po łapach.

Do tamtej pory nie miałam starć z katechetka, choć inne dzieci często obrywały. Właściwie wcześniej nie rozumiałam dlaczego, przecież lekcje religii polegały głównie na kolorowaniu ładnych obrazków i zapisywaniu tego, co katechetka nam podyktowała. Moje doświadczenie było bardzo bolesne, bowiem nasza katechetka, wbrew temu co później ogladałam w licznych filmach, biła nie po stronie wewnętrznej dłoni, a po stronie zewnętrznej. W dodatku tak naprawdę nikt nie wiedział, za co obrywał. Zazdrościłyśmy bardzo dwum koleżankom innego wyznania, które mogły spędzać lekcje na korytarzu bez obaw o oberwanie linijką i oczywiście dokuczałyśmy im z tego powodu.

Wspomnienia ze Świąt Wielkanocy zlewają mi się ze sobą. To, co zapamiętałam najlepiej, to był fakt, że kiedyś Wielkanoc wypadła 2 marca i było tak ciepło, że do kościoła poszłam w krótkich skarpetkach i samej sukience, konfrontuję jednak swoje wspomnienie z kalendarzem i albo chodzi o rok 1950, gdy Wielkanoc wypadała 2 kwietnia, albo o inną, marcową niedzielę, nie Wielkanoc.

Nad duchowym wymiarem świąt, ich symboliką zaczęłam zastanawiać się dużo później, gdy już przeżwszy w wieku 14 lat kryzys wiary, na długie lata przestałam w ogóle myśleć o religii. Dziś wiem i rozumiem o wiele wiecej, ale choć bardzo chciałabym wierzyć, nie potrafię. Choć byłoby miło, gdyby okazało się, że po latach spotkam w jakimś miejscu mężczyznę, którego nekrolog dziś przeczytałam. Oczywiście jest jeden warunek – musielibyśmy wszystko pamietać z naszego życia.  I móc porozmawiać o tym, nie tylko głupio siedzieć na chmurce, machajac zieloną gałazką – jak opowiadała nam katechetka.

 

Czego uczono w przedwojennych szkołach

Pisząc w roku 1916 w Tarace blog pt. ” Z szuflad starego biurka” nadałam numer 20 odcinkowi o powyższym tytule. Chciałam wrócić do spraw nauczycieli w Polsce dwudziestolecia Międzywojnia, jako, że prawie wszyscy z mojej rodziny z linii męskiej (tylko z wyjątkiem mojego ojca), a więc dziadek, babcia, ciotka, dziesięcioro rodzeństwa dziadka i siostra babci, tudzież rodzice i dziadkowie dziadka byli nauczycielami. Nawet ja, w czasie studiów polonistycznych i później miałam kilkuletni epizod uczenia w szkole podstawowej na zastępstwach za nauczycieli wykwalifikowanych. Wydaje się więc, że nauczycielskość można mieć w genach. Dziś nie rozumiem, jak bardzo silne wyzwanie stanowi potrzeba przekazywania młodym swoich doświadczeń wbrew wszystkiemu i jak bardzo jest to znienawidzone przez polityków. Wszak wszyscy mamy jedno życie i każdy poszukuje jego sensu, cóż mu sens i wyzwania innych ludzi. Po tym poznaję, że moja młodość odeszła.

Po śmierci ostatniego mojego kuzyna, mieszkającego w mieszkaniu nieżyjących już dziadka, babci i ciotki, po odsunięciu ciężkiego, starego biurka, przystawionego szufladami do ściany otrzymałam całą jego zawartość – czyli dokumenty rodzinne oraz rękopisy powieści dziadka.

Wśród dokumentów wiele miejsca zawierały papiery związane z pracą nauczycielską, fotografie uczniów licznych szkół, w których uczyli, ich świadectwa szkolne i zaświadczenia opisujące karierę zawodową. Wsdzystko to swego czasu zeskanowałam, a oryginały, zapakowane w pudła spoczywają na najwyższych półkach regału w moim mieszkaniu.

Byłam pewna, że odcinek ten napisałam, niestety, gdy otworzyłam dokument, widniała pusta strona. Kiedy wróciłam do dokumentów przypomniałam sobie, co mnie zatrzymało. Otóż skany świadectw szkolnych były składane z kilku części, tak wiele figurowało na nich przedmiotów, że nie mieściły się na formacie A3, nie mówiąc już o A4. Kończący seminarium nauczycielskie młodzi musieli znać 3 języki (w których nauczali dzieci na Podolu – polski, rusiński, niemiecki), uczono ich gry na 3 instrumentach plus wszystkkie i dziś obowiązujące przedmioty ścisłe. Jako że kończyli seminarium nauczycielskie w Zaleszczykach, u zbiegu 3 granic, często znali także rumuński. Format tych świadectw nie mieścił się w moim skanerze.

Potem wysyłano ich na rozmaite zabite deskami wsie, gdzie uczyli dzieci w liczbie kilkunastu, bose, obdarte, nie umiejące się posługiwać jakimkolwiek językiem, przetwarzając te stworzenia w osoby, niejednokrotnie szokujące uzdolnieniami i robiące w przyszłości karierę.

Co skłaniało tych moich przodków do trudnej i niewdzięcznej pracy, do życia w biedzie i niedostatku? Zapewne poczucie, że mogą spowodować, iż takie czy inne dziecko, osiągnie wyżyny, których nikt się po nim nie spodziewał.

Zapewne i dziś nauczycielami kieruje ten sam pęd – uczynienie z jakieś bezkształtnej intelektualnie istoty, kogoś świadomego, pewnego siebie, myślącego.

Tyle, że… Ani w dwudziestoleciu międzywojennym, ani dziś, nikomu z politycznych tuzów nie podobają się ludzie myślący i świadomi. To leży u podstaw sekowania nauczycieli.

To jest walka: światłości z ciemnotą, świadomości z bezkształtnym trwaniem lub poddawaniem się prymitywnym emocjom. I to nas gubi, wówczas i dziś.

Cóż mogę podpowiedzieć nauczycielom? Jeśli macie coś takiego w genach – przetrwacie, mimo śmiesznych pensji i braku szacunku dla Waszego zawodu. Jesteście niczym ten grecki półbóg, dżwigający na głowie Wszechświat; biada nam wszystkim, gdy zegniecie karku i upuścicie kulę ziemską na zbocze góry. Wówczas nikt jej już nie podniesie… Choć tak mało zarabiacie i tak ciężko godzić wam wyzwania zawodowe z życiem prywatnym, na własnych barkach utrzymujecie ciężary przekraczające Wasze siły.

Mam nadzieję, że kiedyś doznacie sprawiedliwości za Wasze wysiłki.