Kogo dziś wypada kochać i chronić?

Niedźwiedzie, rysie. słonie, małpy, kotki i bezdomne pieski! Ratujmy je! Zwłaszcza w tym ratowaniu celują piękne, młode dziewczyny, aktorki i celebrytki, występujące ramię w ramię ze starszym, eleganckimi paniami. Nigdy nie są ubrane w obciachowe kiecki, zawsze uwidaczniają swój biust. Kiedy zaś rzecznik praw człowieka, pan Adam Bodnar, opisuje los osób niepełnosprawnych, na sali sejmowej, wg wyliczeń Gazety Wyborczej było obecnych 11 posłów, wg mojej obserwacji z ekranu telewizji, w którymś momencie, zaledwie 3. Osoby niepełnosprawne nie pobudzają naszej empatii. Są mało medialne. Mało, obarcza się je odpowiedzialnością, jeżeli coś szwankuje w ich zobowiązaniach w sferze społecznej. Ostatnio moi sąsiedzi zastawili mi drzwi do mieszkania szafą „chwilowo” pozostawioną na korytarzu przez ekipę od montażu szafek kuchennych, spóźnioną do zakończenia prac kilka dni, a na moją pretensję, sąsiadka odrzekła, że ponadto nie wyniosłam kartonów po meblach i nie zamiotłam korytarza. Mogła odsunąć ją w inne miejsce, ale pomysł zastawienia moich drzwi wydawał jej się bardziej atrakcyjny. Na moją obronę, że panowie od szafek mieli przybyć i nie przybyli, prychnęła: „Kulturalne osoby sprzątają codziennie”. Jakby nie widziała, że osoba poruszająca się na balkoniku potrzebuje trzeciej ręki lub trzeciej osoby do zamiatania.

Jeżeli do tego dodać utarczki w sklepie, w którym manewrując swoim chodzikiem między ciasno ustawionymi półkami, zdarzy mi się przewrócić jakieś ustawione na podłodze butelki, mam doskonały obraz tego, jak w Polsce traktuje się tych, którzy nie są „piękni, młodzi i bogaci”, a przynajmniej nie są zwierzątkami, które można obdarzyć całym zasobem swojej czułostkowości.

Nie jestem w swojej obserwacji osamotniona. Moi przyjaciele z FB piszą mi o swoich doświadczeniach (jakże mi bliskich) lekceważenia babć z balkonikami i na wózkach. Jedna z moich fejsbukowych przyjaciółek napisała nawet pracę na studiach w AGH, ilustrowaną super rysunkami/portretami (niestety nie do udostępnienia z powodów prawnych) opartą na moich przeżyciach, jako świeżo upieczonej niepełnosprawnej. Inne przywołują doświadczenia rodziców i dziadków.

Na moim osiedlu coraz częściej babcie, poruszające się swoimi chodzikami, umyślnie rozwalają szeregi butelek, ustawionych wzdłuż regałów, (na co ja raczej się nie zdobywam), zmuszając panie sprzedawczynie do udrażniania dróg przejazdu. Czy jest nas więcej, czy może odzyskujemy swoje poczucie godności? Coś się wyraźnie zmienia, choć może zbyt wolno, jak na mój gust. I może zbyt chamsko i bezpardonowo… Jednak rewolucje nie są na ogół aksamitne. Przerabiamy przedszkole tego, co w Unii Europejskiej jest normą. Ale coraz więcej osób na osiedlu mówi mi dzień dobry, choć ich nie znam osobiście.

Życie rozczepia się jakby na dwie sfery: prezentowaną z zapałem optymistyczną, olukrowaną, a nawet jeśli nie, to z modną polewą tematów, którym należy się uwaga lub czułostkowość, i drugą, pomijaną, spychaną, niemodną i niewygodną, nazbyt skomplikowaną. Dotyczy to także literatury wszelkich gatunków, zarówno wyższego i niższego lotu, uczepionej jak rzep do psiego ogona tematów wcześniej przeżutych w prasie i opatrzonych jedynie słusznymi konkluzjami. Za albo przeciw. Jak dramat – to zabójstwo, morderstwo, przekręt, narkotyki i mafia. Jak miłość, to przynajmniej jeden z bohaterów musi koniecznie być homoseksualistą, ktoś ma problem z aborcją, a ktoś inny nie może mieć dziecka. Mogłabym wymienić listę 30 motywów występujących w polskiej literaturze współczesnej, poza którą na ogół pisarze nie wychylają się. Nawet sceny seksu robią wrażenie nie przeżytych, a żywcem ściągniętych z filmów Beaty Ushe, z czasów pornografii mało oryginalnej lat dziewięćdziesiątych, a sceny bitew, potyczek itp. — ściągniętych z gier komputerowych, najlepiej darmowych. Cechuje je dosłowność: wziął, rzucił, cisnął, chwycił się za (pierś, gardło, serce itp.), zalał się krwią i tak dalej. Dobrze, że choć współczesna polska proza nie zajmuje się opisami przyrody, już i tak zohydzonymi przez szkolne lektury, przeżułaby ich dosłowność ze szczętem na wsze czasy.

Młode pokolenie krytyków literackich, choć chwali, nie lubi mojej książki czytać. Ludzie, na których opinii mi zależało i zależy, odsyłają mnie do psychologa czy psychiatry. Pani Grażyna z Podlasia, której osobiście nie poznałam, jak również panie z pewnego DPS, uważają historię „Sierotki” za zupełnie zwyczajną i nie specjalnie okrutną. One znają połowę jej pierwowzorów, kupę dziewczyn takich jak Iwona. Kobiety mojego pokolenia. Dlaczego więc ci, na których opinii mi zależy, koneserzy świata literatury i kultury oraz gremium normalnych czytelników, odwracają się plecami do zwykłej historii dziewczyny, wcale nie specjalnie odmiennej od wiejskiej codzienności PRL? Wszak PRL jest modne! Tylko, jakie PRL? Może to mniej prawdziwe, więcej wydumane?

Właśnie wczoraj moja znajoma, bardzo mądra kobieta, pisarka i bywalczyni świata, w naszej dyskusji o współczesnej literaturze polskiej, znalazła rozwiązanie, które można ocenić mało finezyjnie: „ Nie chcemy być dołowani; w literaturze, jeśli, do niej sięgamy, chcemy odczuwać satysfakcję, radość i przyjemność”. Ona właśnie, jako jedna z kilku znajomych mi osób, nie dokończyła lektury „Sierotki”, i podała tego powody, stąd jej diagnoza jest dla mnie taka ważna. Jednocześnie opisała mi pewną historyczną postać, której swoją kolejną powieść chciałaby poświęcić. „Wszyscy uważali ją za idiotkę, jednak to ona byłą tą jedyną żoną, Henryka VIII, która przeżyła”.

Rozumiem; świat żon Henryka VIII jest o wiele bardziej oswojony, niż traumatyczne przeżycia naszych podlaskich dziewczyn… Nikt im wszakże głów nie obcinał, ale… Dodatkowo fakt, że bohaterce mojej powieści zależało na bliskości i zrozumieniu – nawet świta umarłych, jest poza zestawem obowiązujących motywów literackich.

Dopowiadając: Jeśli bardzo kogoś kochamy, nie do zniesienia w naszej kulturze. jest pomysł, że bez wzajemności. Tego nie chcemy widzieć. To jest wyznacznik naszej klęski, naszego poniżenia. Lepiej pasuje nam ktoś, kto zwycięża. Nasze życie oglądamy jako dualizm: klęska/zwycięstwo,. dobro/zło, słuszność/niesłuszność. Ale przecież, nawet miłość bez wzajemności niesie ze sobą szczęście. Ci, którzy doznali zmrożenia uczuciowego, trwającego miesiące i lata, potrafią odnaleźć szczęście w ocknięciu się z owego zamrożenia, a nawet w rozpoznaniu zjawiska, które opisywali kiedyś określeniem, że nie czują smaku życia.

Moje zmarłe przyjaciółki (wśród nich Wiesia Bubak, poetka i Krysia Szyngwelska, wiolonczelistka Filharmonii Narodowej, zmagająca się całe życie z chorobą), podobnie jak i ja, właśnie tak mówiłyśmy o swoim losie: „Już nie czujemy smaku życia.” I umierały, gdy przychodziła jesień. A ja wciąż żyję. Może odczuwam gorycz mojego losu, ale nareszcie żyję, czuję i do czegoś dążę, robię postępy w sferze międzyludzkiego zrozumienia. Nie pragnę osiągnąć niczego konkretnego, niczego zmienić; pragnę czuć i więcej rozumieć – po prostu. Miłość nie musi być ukierunkowana. Pieski, kotki i inne zwierzątka uważam za erzac.

Wstydzimy się swoich fascynacji, ale jednak potrzebujemy aprobaty otoczenia. Bez niej miękniemy, kurczymy się, stajemy się mniej ważni. Zastanawiamy się, czy mamy prawo zagracać wszechświat i jego Kronikę Akaszy swoją prywatnością. Nasze sny zyskują rangę wyroczni, choć nie do końca im wierzymy. I stale boimy się, że zakłócą moralny, z odpowiedzialnością budowany świat innych. Nie chcemy dołączyć do oszołomów, podniecających się byle teorią spiskową. Ale nasze marzenia są piękne i trudno się z nimi rozstawać. Może przezwyciężają naszą śmierć? Może przedostaną się w inne życie po życiu, wsiąkną w ziemię naszych grobów i wykiełkują pięknymi drzewami? (kto wie?). Wszak na naszych oczach załamują się niewzruszone naukowe teorie, pojawiają się nowe, zaskakujące konstatacje i w końcu nie możemy być niczego pewni. Są te odkrycia jak słoiczek pikantnej przyprawy, trzymany nad garnkiem z gotującą się, bezpłciową zupą jarzynową. Ile wsypać? I czy to już właściwy moment? A może poczekać, aż wrzenie ustanie? Coś dodać, czegoś ująć? Dosolić, lub przeciwnie, wrzucić kawałek ziemniaka, żeby zaabsorbował nadmiar soli?

Nie jesteśmy jednak wyobcowani z otaczającego nas świata. Myślimy konkretnie. Niedźwiedzie, słonie, małpy, kotki i bezdomne pieski, stworzenia w przeciwieństwie do człowieka, niewinne, godne jak nikt inny, miłości, choć to tylko erzac. Podobnie jak każda miłość bez wzajemności, której z tego powodu nie chcemy dostrzec. Znajdujemy wybieg: adoptujemy dzieci nienarodzone, śnieżne pantery i nasze, rodzime rysie. Łudzimy się, że zwierzątka odpowiedzą nam na nasze uczucia, że nas rozumieją. Mam na to jedną odpowiedź: — Jeśli sądzisz, że twój piesek cię rozumie, to masz bardzo ubogie życie wewnętrzne.

Ale trzeba z tego ograniczenia zdawać sobie sprawę, żeby zrozumieć naszą potrzebę odczuwania prościutkiego, prymitywnego smaku życia. I jej warunek: nie doszukiwanie się niczego innego, bardziej skomplikowanego w dążeniu do świata miękkiego i przyjaznego, jak pluszowe niedźwiadki, czy inne dziecięce zabawki. Smak tylko z odrobiną podrobionej, taniej przyprawy. Prawdziwa, nigdy nie jest jednoznaczna, pociąga za sobą koszty, może boleć, piec i uwierać, bowiem świat nie jest taki, jakim chcemy go widzieć i jakim wmawiają nam coache. To tylko reklama, nic więcej! Ma się podobać.

Kiedy czasem, w ciemności nocy ronimy łzy za światem naszych przebrzmiałych idei; w naszych snach dłonie zbliżają się do siebie (jak w słynnym obrazie z Kaplicy Sykstyńskiej), nasze ciało przebiega prąd, ogromnieją te dłonie i obejmują ciało bolesne drugiej istoty, ale roztapia się to wszystko w banalnej codzienności i wyrzutach sumienia — i pozostaje po nich płacz. I kuweta naszego kotka, którą trzeba opróżnić. Kupić bułki, mąkę i ser. Zadzwonić do administracji. Wypełnić formularz. Obejrzeć poranny dziennik w telewizji. Przytulić kota.

Na mojej działce winogrona dojrzewają ładniej, gdy w końcu lata oberwie się liście; wówczas słońce lepiej dociera do gron, wybarwiając je i zwiększając ich słodycz. Słodycz tę także powiększy przymrozek, tylko trzeba wówczas te przemrożone natychmiast zebrać i przetworzyć.

winogrona

Winogrona dojrzewają pod wyciętymi liśćmi. Co trzeba wyciąć z człowieka, żeby dojrzał?

Dyskusja na FB, która nawiązała się w wyniku tego mojego, niezbyt przemyślanego zapytania, przyniosła nowe wątki i nowe pytania. Niestety, świat nie jest zerojedynkowy – ku mojemu ubolewaniu. Ale taki właśnie jest i to my powinniśmy się do niego dostosować, a nie upraszczać w głupawej nadziei, że stanie się jasny i prosty, niczym sen pijanego informatyka. Kosztem tego podejścia jest cofanie się w naszym intelektualnym rozwoju i rozziew między nami, a otaczającą nas rzeczywistością. Co go może łagodzić?

Jak się w Polsce remontuje

IMG_6516

Umówiono mnie z firmą instalującą szafki i wyposażenie w wyremontowanej przez inną firmę kuchni. Oba remonty dzielił czas ponad miesiąca – tyle bowiem firma „szafkowa” potrzebowała na realizację zamówienia. Dlatego też w kuchni zostało jej stare wyposażenie (poza wiszącymi szafkami, które zostały zdjęte). Zgodnie z panującą modą gniazdka elektryczne zostały ukryte za stojącą lodówką, tak więc wyłączenia prądu i wyskoczenie korków z niewiadomych przyczyn uniemożliwiało mi przeciągnięcie kabla od lodówki do innego gniazdka, w którym był prąd. Trochę kontestowałam to rozwiązanie, ale moja przyjaciółka Maria z Holandii, u której właśnie przebywałam, oprowadziwszy mnie po swoim mieszkaniu spytała retorycznie: czy ty widzisz tu gdzieś odkryte gniazdka?! Ogarnij się, to dwudziesty pierwszy wiek!. Jasne. Tyle że w Holandii, a nie w Polsce.

Nadmieniam, że skrzynka z bezpiecznikami umieszczona została pod sufitem, iż jedynie mój wnuk (ponad 2 m wzrostu), jest w stanie jej dosięgnąć bez stołka lub drabiny, a na pewno jest to poza moim zasięgiem (dopóki wózki inwalidzkie nie będą miały specjalnych podnośników dla babć albo elektrycy nie zaczną instalować skrzynek w bardziej dogodnych miejscach). Ponieważ jednak wnuk odwiedza mnie niezbyt często, ucieszyłam się, kiedy przyszedł i zawołałam od drzwi:

– Dobrze, że jesteś dziecko, włączysz mi korki.

Dziecko (16 lat) otworzyło drzwiczki i spytało: jak się je włącza? Mój wzrok nie pozwalał mi ich dojrzeć, ale umysł babci spekulował: Skoro wywaliło mi korek sprzęgający elektryczny piekarnik kuchni gazowej z lodówką, to widać ten jeden korek jest inaczej ustawiony, niż reszta z siedmiu. Niestety zdroworozsądkowe wnioskowania na nic się nie przydają w wypadku nowoczesnej techniki. Wnuk stwierdził, że cztery wajchy są skierowane w górę, a trzy w dół. Które więc oznaczają, że prąd dopływa, a które nie? Czy te skierowane w górę, opuścić w dół, czy te ustawione do dołu, podnieść do góry? Oto jest pytanie.

Nie obejdzie się tu od dygresji. Pierwszym, najważniejszym zarzutem mojej mamy wobec swojego męża, a mojego taty, występującego o rozwód, na sprawie sądowej było to, że nie potrafi gwoździa wbić, ani naprawić korków. Kolejne dopiero dotyczyły niezgodności charakterów oraz istnienia innej pani… Dlatego też w moim wychowaniu wbijanie gwoździ i naprawa wysadzonych korków zajmowała poczesne miejsce. Tyle, że świat od tamtego czasu postąpił naprzód, pojawiła się telewizja i komputery, chociaż młotki do wbijania gwoździ zostały. Drzewiej korki to było coś porcelanowego z metalową końcówką, podobną do tej od żarówek, co się wkręcało w gniazdko. Wywalony korek teoretycznie do niczego się nie nadawał, i trzeba było kupić nowy, więc uzdatniano go poprzez okręcanie miedzianym drutem i ponownym wkręceniu. Tak uzdatnianego korka nic już nie wywalało, chyba, że na pobliskim słupie, co wymagało wizyty pana z elektrowni z takimi fajnymi ostrogami na butach, co mnie, jako dziecko fascynowało. Do słupa podłączono kilku sąsiadów, więc przestępcę trudno było zidentyfikować. Postęp techniczny od lat sześćdziesiątych przyspieszył i najpierw wprowadzono tzw. korki automatyczne, gdy wystarczyło wcisnąć, znajdujący się w środku guzik, aż do teraz, gdy nowa skrzynka rozdzielcza prądu, zawiera maciupkie wajchy, podnoszone lub opuszczane, których wcześniej nie zdołałam obejrzeć, a więc nie byłam mądrzejsza od mojego wnuka. Przy okazji poszukiwania pomocy w wymienionej sprawie, powstała wątpliwość, czy istotnie w czasie remontu właściwie przeprowadzono przewody elektryczne, ale to zupełnie inne zagadnienie. Wszystko zakryły kafelki. Wracam zatem do firmy „szafkowej”.

Wieczorem dnia poprzedniego miałam chwile załamania nerwowego, gdy okazało się, iż mimo całodziennej pracy i wynoszenia zawartości kuchni padłam na nos, a zostało jeszcze 2/3 sprzętu do wyniesienia. Na swoim balkoniku wprawdzie zainstalowałam koszyk do umieszczania różnych rzeczy, ale ma on wymiary niezbyt przystające do potrzeb, tak więc nie udało mi się wykonać zadania. Na szczęście Tatiana, moja pani sprzątająca, miała chwilkę wolnego czasu w nocy i dokończyła pracę za mnie. Panowie od firmy „szafkowej” mieli wynieść stare meble i teoretycznie rzecz biorąc babcia powinna słodko spać nie martwiąc się niczym. Ja zaś miałam zmartwienie i to z mojego punktu widzenia poważne. Z korespondencji mailowej wywnioskowałam, że firma „szafkowa” nie instaluje zlewozmywaka, kuchni (zamiana gazowej na indukcyjną), zmywarki, wody itp. Firma „remontowa” oświadczyła mi, że swojego pracownika nie przyśle, bo aktualnie ich nie ma; są na urlopach albo pracują gdzieś indziej. No i właśnie wówczas rozpłakałam się. Moja wyobraźnia poszybowała, kreśląc scenariusze nie do ogarnięcia. Rodzina zamiast pocieszyć mnie, zwymyślała głupią babcię, która histeryzuje i szuka dziury w całym. Otarłam więc łzy i przestałam się rozczulać, szykując na to, co przyniesie mi następny dzień. Wszak światowa sytuacja polityczna jest mocno niepewna, czas więc potrenować dawne umiejętności z czasów zimnej wojny. Co ma być na wierzchu, co pod spodem, co ważne, a co nie, przetrwać należy przynajmniej kilka dni. Wszystko trzeba rozsądnie zaplanować.

No i nie spałam pół nocy. Ciśnienie mi niebezpiecznie wzrosło, a sny oscylowały nieustannie wokół różnych katastrof. Oczywiście, żadna z nich nie przydarzyła się, za to pojawiły się trudności, na które nie byłam przygotowana.

Panowie „szafkowi” przyjechali z niewielkim opóźnieniem i przystąpili do wynoszenia mebli z kuchni. Nową kuchnię do instalacji i resztę przedmiotów ustawili „na 5 minut” w wejściu do mojego pokoju, odcinając mnie całkowicie od telefonu, komputera tudzież czajnika elektrycznego. Poproszeni, aby postawili te przedmioty w innym, wskazanym im miejscu, oświadczyli, że zaraz to zrobią. Lodówkę i zamrażarkę wyłączyli w gniazdka i wysunęli na środek kuchni zapominając ją podłączyć do innego gniazdka w zasięgu. Zrobiłabym to za nich, niestety, dostęp był dla mnie, z moim balkonikiem, niemożliwy. W dodatku dosunęli lodówkę drzwiczkami do ściany. Odłączyli instalację wodną powodując kałużę. Poprosili o mopa, ale nie użyli go, bowiem okazało się, że nie wzięli klucza do odkręcania instalacji wodnej. Po czym oświadczyli, że do wyłączenia kuchni gazowej potrzebny jest gazownik. Przystąpiłam do szukania tegoż i znalazłam go, ale zgodził się przyjść dopiero za godzinę. Zanim się obejrzałam, panowie „szafkowi” znikli na ponad dwie godziny. Na szczęście pojawił się gazownik, a ponieważ jest pracownikiem naszego osiedla od lat i znamy się, oprócz czynności, po które został posłany, odkręcił lodówkę drzwiami od ściany, włączył ją do kontaktu, przesunął graty stojące w drzwiach czym umożliwił mi poruszanie się po mieszkaniu, skorzystanie z toalety oraz ugotowanie herbaty. Na zwróconą uwagę panom „szafkowym” po ich powrocie, że mogli włączyć lodówkę odrzekli, że lodówo-zamrażarka powinna trzymać temperaturę przez 12 godzin, po czym wypełnili korytarz innymi przedmiotami, wprowadzając się jednocześnie do pozostałych pokojów, rozrzucając kartony, folię i inne śmiecie i ciągnąc kable z uporem maniaka samym środkiem pomieszczeń i unieruchamiając mnie, jako więźnia, tym razem w moim pokoju.

Potem było coraz gorzej. Budownictwo z czasów PRL okazało się łamaczem wierteł, na co panowie skarżyli się nieustannie, oświadczając wieczorem, że nie dadzą rady tego dnia (w środę) skończyć. Mieli przyjść następnego dnia, ale zdradzieckie siły w ich szeregach powiadomiły mnie, że owo „jutro” oznacza poniedziałek.

Wyciągnęłam więc zachomikowaną przed synami (wszystko chcą wyrzucać, co ich zdaniem babci już niepotrzebne) maszynkę elektryczną ze spiralą i na labiryncie z szamotki (ciekawe ile osób dziś wie, co to była cegła szamotowa lub szamotka pod spiralę?). Za moich czasów jedno i drugie w maszynkach elektrycznych można było wymieniać, gdy spirala się przepaliła albo szamotka potłukła). Mój tata tego nie umiał, ale mama nas nauczyła. Znalazłszy maszynkę, przystąpiłam do gotowania zupy, ponieważ tę, którą wcześniej przygotowałam na cały dzień, do podgrzania w mikrofali, zjadłam wcześniej, a zdenerwowanie sprawiło, że mogłam bez obaw jeść wyłącznie potrawy płynne.

Udrożnienie dostępu do komputera okazało się błędem, jako że odbierałam kolejne maile od bliskich osób, nie zaangażowanych w ten remont, mające mi udowodnić, że instalacja elektryczna została sknocona (wystający kabel nie ma tyle żyłek ile powinien mieć, a coś tam coś tam powinno/nie powinno wywalać korków, a skoro wywala to świadczy, że… I że jeszcze pogodzę się z kuchnią gazową, więc może powinnam była uprzedzić gazownika, że jeszcze będzie potrzebny, więc żeby nie demontował wszystkiego. Pocieszałam się, że skoro jedna część rodziny, zaangażowana w remont łazienki, musiała znosić krytyczne uwagi drugiej części, zaangażowanej w remont kuchni, istnieje prawdopodobieństwo chęci udowodnienia stronie przeciwnej niedoróbek, co nie musi skutkować ponownym wołaniem gazownika. Na wszelki jednak wypadek kuchni nie wyniosłam do pomieszczenia na śmiecie wielkogabarytowe – jak to teraz ładnie się nazywa.

Podobno nie należy podsłuchiwać, ale niestety, już się stało. Z naglących telefonów panów szafkowych wynikało, że coś tam powinno mieć jakiś kołnierz albo zaślepkę, a nie ma ich w zestawie, więc kupiony nie daje się zamontować. Nie chcę już dociekać jakiej części wyposażenia to dotyczy…

Ale zmartwień nigdy nie zabraknie. Okazało się, że opleciono rusztowaniami mój balkon i przystąpiono do jego remontu. Potrzeba mi gwałtownie płachty folii i człowieka do wejścia na drabinę i otulenia klimatyzatora przed pyłem. Póki co, wciska się mimo zamkniętych okien do mieszkania.

Z niepokojem w sercu czekałam na elektryka od kuchni. Wpadł późnym wieczorem i wypadł natychmiast, stwierdziwszy, że w kablu nie ma prądu. Oczywiście nikt mnie wcześniej nie słuchał, gdy mówiłam to samo, bo podobno przed położeniem kafelków konsultował to wszystko ten elektryk uznając, że można założyć u mnie kuchnię indukcyjną. Ale co to za elektryk, który nie sprawdził, że w mieszkaniu nie ma siły, bo czekamy aż założą ją w bloku, a żeby później nie pruć ścian, przy okazji remontu łazienki, dociągnięto jeszcze nieczynny kabel do kuchni. Dobrze, że nie wyrzuciłam kuchni gazowej, bo może jeszcze będę się musiała z nią przeprosić, chociaż zainstalowane w jej miejscu szafki musiałyby zostać rozebrane, rujnując całą konstrukcję… Podobno pan elektryk będzie miał czas albo w sobotę albo w poniedziałek. Na moje żale zasugerowano mi, żebym poszukała innego.

c.d.n.

Zaginiony pamiętnik z PRL

Dawno dawno temu przeczytałam na stronie

http://olecko.com/zurowski/rodc.htm

czyjś pamiętnik z okresu PRL. Tekstu tego już dawno nie ma w internecie, autor pamiętnika zapewne nie żyje, a rodzina zlikwidowała adres. Tym, co skłoniło mnie do przeczytania, a potem skopiowania i rozszyfrowywania tekstu (dziś zawiera więcej „robaczków” niż liter), były fotografie, przedstawiające jakąś świetlicę z tamtych czasów, jak wynika z napisów z lat 1958-1959. Fotografie te uderzyły mnie swoją brzydotą, ale brzydotą tak bliską, że wręcz wrosłą w moje odbieranie świata.

W roku 1958 miałam 16 lat i podobna estetyka towarzyszyła mi od dzieciństwa w szkole, na koloniach letnich, wszędzie tam, gdzie przebywały dzieci. Ani w domu, ani w innych miejscach (poza muzeami, odwiedzanymi w ramach wycieczek szkolnych) nie miałam do czynienia z „prawdziwą”,. dobrą sztuką. Jeden jedyny obraz oglądałam wiszący na ścianie u mojego dziadka, przedstawiający roztopy przedwiośnia i był on dla mnie dosłownie wspaniały, choć przedstawiał wąwóz, brzydkie błoto i połamane krzaki. Oglądałam go wystarczająco często, żeby utkwił mi w pamięci, stanowiąc kontrastowe przedstawienie brzydoty w stosunku do brzydoty afirmującej, podobnej rysunkom w świetlicy. Niestety, w zawirowaniu serii pogrzebów w rodzinie tajemniczo zaginął, zanim zdążyłam nawet go sfotografować, nie mówiąc już o odczytaniu parafki artysty malarza). Ale wracam do „sztuki” prezentowanej we wspomnianym pamiętniku.

świetlica

Potem, gdy czytałam ów pamiętnik, zaczęłam lepiej rozumieć ten rodzaj brzydoty. Uznałam, że powstała ona (i powstaje nadal) w dążeniu do piękna w środowisku, które nie widziało prawdziwie pięknie przedstawionej w sztuce brzydoty; stawiało więc swoje nieudolne wyobrażenia piękna za wzór, nie mając żadnego pojęcia, jak bardzo nieudolne są te usiłowania. Teraz, po latach, coś z tych wyobrażeń nadal uparcie trwa, choć staje się może bardziej wyrafinowane. Wyraźnie widać to w ewolucji disco polo, gdzie warsztatowa sprawność nie podważyła i nawet nie poprawiła samej podstawy wyobrażenia muzycznego i poetyckiego piękna. Fakt, że można oglądać perfekcyjnie wykonaną bieliznę majteczek w kropeczki budzi tak wielki entuzjazm i tyle miłych skojarzeń, związanych z domniemanym luksusem, że staje się wart piosenki, a wręcz nawet zostaje przebojem.

Autor opowieści budzi szacunek swoją drogą życiową i stawianie mu zarzutu prymitywizmu wydaje się jakoś niestosowne. A jednak…

Jedno z dziesiątki dzieci rolnika mającego 15 ha, urodzony tuż przed I wojną światową w 1914 r. na Wileńszczyźnie, z których połowa była analfabetami, od wczesnego dzieciństwa pracujące na roli, wychowane w archaicznych obyczajach i tradycjach, gdy warunki życia są trudne do wyobrażenia dzisiejszego człowieka, odznacza się doskonałą pamięcią do szczegółów życia codziennego i opisuje je dokładnie i drobiazgowo, jak np. wygląd domu.

Przy dłuższej ścianie, naprzeciwko okien od ulicy, stały dwa drewniane łóżka wymoszczone słomą i przykryte lnianymi prześcieradłami, a w dzień kolorowymi dywanami z kilkoma wysoko ułożonymi, jedna na drugiej, poduszkami. Służyły one do spania ośmiu osobom. Ktoś może zapytać, w jaki sposób może zmieścić się osiem osób na dwóch łóżkach? Otóż muszę stwierdzić, że jest to możliwe. Na jednym łóżku spał ojciec z matką i dwójką dzieci w nogach, na drugim zaś czwórka dzieci.

Ciotka Antonina i wzięta na dożywocie staruszka miały swoje miejsce na chlebowym piecu. Pod piecem podczas zimy znajdował się kurnik. Potem, od wiosny, kury gnieździły się w podwórkowym kurniku.

         Czwórka najstarszych, dwie siostry i dwóch braci, w izbie po drugiej stronie sieni. Tam pod podłogą jest piwnica na ziemniaki i trochę ciągnie zimnem lecz jeśli siostry i bracia ułożą się po dwoje, okrywając się kożuchami, to nie zmarzną. Muszą dobrze napalić drzewem brzozowym w piecu, a wtedy mogą zrzucić kożuchy, a przykryć się dywanami, których dobra mama natkała własnoręcznie na krosnach stojących przez całą zimę w izbie od ulicy.

         A gdzie śpi niemowlak opisujący swoje dzieje? Naturalnie w kołysce w kształcie niecki uczepionej do sufitu.

         W pierwszej izbie pokrytej drewnianą podłogą oczyszczoną dwa razy do roku, przed największymi świętami żelazną łopatą jest niezbyt czysto.”

Autor opisuje też, że dzieci całą zimę biegały na bosaka i prawie nigdy nie chorowały. Szczegółowo pisze o ubraniach chłopców i dziewczynek, potrawach i sposobach ich przyrządzania, wymaganiach religijnych przy uczestnictwie w niedzielnych nabożeństwach, dziecinnych zabawach i rozrywkach, (także nazwanych „umysłowymi” jak słuchanie bajek, śpiewanie, wyliczanki polskie rosyjskie i białoruskie) walce z wszawicą, kąpielach w bani, itp.

Tego rodzaju teksty zasługują na publikację, poprzez ilustrowanie drogi, jaką przebył zwyczajny człowiek w zawirowaniu dziejów, jak doszedł do szczebla kultury codziennej, nieco wyższej niż czworaki z klepiskiem zamiast podłogi i zagrodą dla kóz w izbie – widoku zupełnie zwyczajnego  na idealizowanym, przedwojennym Wołyniu (co niewątpliwie zawdzięcza tak odsądzanemu od czci i wiary PRL), i wydawałoby się, że powinniśmy nadal iść dalej. Pokazywać takim ludziom, ich dzieciom i wnukom perspektywę życia bardziej świadomego i wyrafinowanego – także w rozumieniu piękna.

Nic z tego. Chętnie wracamy do tamtych lat, jako do czasów, które nie wymagały od ludzi zbyt wiele. Mieli być posłuszni tym, którzy lepiej wiedzieli od nich. Co nam, jako społeczeństwu, dziś się w tym podoba, że staramy się do tamtych czasów wrócić? Może zamiast muzeów i dzieł sztuki powinniśmy wrócić do prymitywnych fresków na ścianach stołówek, a nawet murali nowych domów? Po co się wysilać w rozumieniu świata, może starczy nam parkiet z tanich paneli podłogowych za 15,98 zł i tani tablet za rzekomo, złotówkę, z dostępem do internetu? A dobry I Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w naszej fabryce, w uznaniu naszych zasług dla budowy nowej, piękniejszej rzeczywistości, poleci kadrowym wystawić nam skierowanie na „lepsze” wczasy lub wręczy talon na pralkę albo, daj Boże samochód. Tfu, przepraszam, dziś mamy inne zachęty…