Twarze

Jako młoda dziewczyna odbierałam twarze i sylwetki ludzkie instynktownie. Nie zastanawiałam się nad cechami, które czynią je sympatycznymi i przyjaznymi; po prostu ktoś mi się podobał lub nie. Generalnie rzecz biorąc, nie lubiłam ludzi o ostrych rysach twarzy, zbyt malej odległości końca nosa od ust (ale miałam bliską, bardzo lubianą koleżankę o takiej twarzy) i zastanawiało mnie też niemiło umykające w bok spojrzenie. Ale też bałam się przedłużonych spojrzeń prosto w oczy, ponieważ sama tak nigdy nie umiałam patrzeć. Moi rodzice byli wyznawcami poglądu, że ktoś, kto nie umie patrzeć prosto w oczy, jest kłamcą, a konia z rzędem temu, kto nie złapie dzieciaka na kłamstwie, nawet bardzo niezdarnym, ale kłamstwie. Stając więc pod bystrym spojrzeniem rodziców, a zwłaszcza mamy, zaprawionej w bojach z zakonnicami sierocińca, których była wychowanką, nigdy nie byłam w stanie wytrzymać jej wzroku, nawet gdy nie kłamałam. Zostało mi to na lata całe, aż do pewnej pamiętnej chwili.

Jako kobieta w średnim wieku, niejako zawodowo zmuszona do demaskowania nieszczerości i oszustw, zaczęłam bliżej się przyglądać twarzom, mimice i gestom. Często umiałam wcześniej rozpoznać oszukiwanie w kontakcie z oszustem, ale nie potrafiłam wyodrębnić cech nieszczerości. O swojej bezsilności przekonywałam się nieraz tylko po to, żeby stwierdzić, iż wskazówki zawodowych psychologów, tropiących nieszczerość wyglądu, gestów i mowy ciała oraz wskazujących na nie, są zwyczajną ściemą. Unaoczniła mi to pewna poważna rozmowa z moimi przełożonymi, wskazująca na to, iż pewne gesty obnażają moją nieszczerość. Najważniejszym z nich było pocieranie boku nosa w chwili zamyślenia lub precyzowania wypowiedzi. Oczywiście dostosowałam się do ich sugestii i zaprzestałam pocierania nosa, zaowocowało to jednak pewnym zaciskaniem zębów w tych chwilach, na szczęście mnie widocznym. Ciekawym ujawnię, że gest ten powstał z powodu rzucenia palenia. Paliłam trzy paczki papierosów dziennie aż kiedyś w chorobie, wskutek sugestywnego snu, z dnia na dzień porzuciłam ten nałóg. Zostały jednak nawyki ruchowe, m.in. podnoszenie dłoni z papierosem do ust. Nie mając jednak w dłoni papierosa, zatrzymywałam ruch w połowie jego trwania i aby nie był pustym gestem, pocierałam palcami nos. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z rzekomą kłamliwością moich oświadczeń, co podejrzewała moja dyrektor. Zwłaszcza że z powodu mojej niepewności, nie byłam w stanie wytrzymać długo jej potępiającego wzroku.

Jeżeli ktoś sądzi, że nie jestem podatna na manipulację mowy ciała, to się bardzo myli, Dziś czytając artykuł w GW o psychopatach, dowiedziałam się, iż potrafią oni patrzeć długo i sugestywnie w oczy. Dodam od siebie, że jeżeli są posiadaczami jasnych oczu, np. bladoniebieskich, przeciwnik zawsze przegra w tej grze na spojrzenia. Z góry oświadczam, że ja też przegrywam. Wychowana w otoczeniu ludzi o niebieskich, świdrujących oczach albo czarnych, pewnych siebie, obdarzona oczami zielono-brązowo-żółtymi w dodatku cętkowanymi, nienadającymi się do uporczywej penetracji cudzego JA, niejako organicznie skazana jestem na klęskę.

Wracam do twarzy. Coraz częściej dziwię się, że twarze przedstawiane w telewizyjnych reklamach nie wydają mi się sympatyczne. A przecież nie jest zbyt trudno (za niemałe pieniądze) wyszukać ludzi, którzy mogą się takimi wydać. Czy oznacza to, że mój gust się wypaczył, czy może gust telewidzów? Wszak ocena człowieka od pierwszego spojrzenia jest dorobkiem naszej ewolucji (podobnie jak ocena smaku pożywienia), a jednak współcześnie łatwo nas zwodzi. Osobiście lubię ludzi myślących i bystrych i zastanawia mnie często fakt, że bohaterowie reklam robią wrażenie bezmyślnych i głupawych. Czy to dlatego tak dobiera się ich twarze, że część ludzi nie znosi w reklamach ich intensywności, usiłuje się więc skorygować wyrazistość i nachalność przekazu, czy też dlatego, żeby nikt nie poczuł się przytłoczony wizerunkiem kogoś mądrzejszego od siebie?

W te rozważania wpadłam, obejrzawszy stronę internetową wileńskiej galerii malarstwa „PGA Znad Wilii” mojej wieloletniej znajomej Wandy Mieczkowskiej. Wśród wielu wystaw malarstwa przedstawianych przez tę galerię, Wanda prezentuje dzieła sztuki intrygujące i zagadkowe. Tylko z powodu kraju, w którym się ona mieści, ceny obrazów nie odzwierciedlają ich artystycznej wartości. Moim prywatnym zdaniem gust Wandy wykracza poza nasze czasy. Do czego zmierzam? Jakiś czas temu swoje, a właściwie swojej chrzestnej córki prace prezentował Henryk Natalewicz, opisane w katalogu wystawy jako „Art Vilnius 2014, 19.06.2014 Ekspozycja Henryka Natalewicza, warsztaty dziecięce z chrzestną córką, krótki przegląd wystaw. fot. M. Mieczkowski” https://www.facebook.com/135558432751/photos/a.10150694478597752.414234.135558432751/10154582820977752/?type=3

Poniżej ów zestaw twarzy z wystawy:

15107366_10154582820977752_638802934945209304_n

Kontynuując temat: Galeria Znad Wilii pokazała ostatnio inny zestaw twarzy:

Twarze

Ten wręcz mnie zaszokował. W moim mieszkaniu znajdują się wyprawowe meble z czeczoty (fornir z drewna gruszki) z 2005 roku, siostry mojej babci, sporządzone na zamówienie, gdy ta ukończywszy 18 lat, udawała się na swoją pierwszą posadę nauczycielki na Kresach. Meble te kompletnie zalane w latach dziewięćdziesiątych, przez pęknięcie rury u sąsiadów z wyższego piętra, lepiej zniosły katastrofę niż PRL-owskie paździerzowe sklejki, chociaż nie wyszły z tej katastrofy bez szwanku. Od tamtej pory w niepełnej ciemności osiedla, w drzwiach bez lustra, widuję kilka twarzy. Twarze te zazwyczaj mają ciemne, badawcze oczy i choć nie są wyraźnie nieżyczliwe, mogą w niedobrych chwilach budzić nieco lęku. Na szczęście nie jest ich tak wiele. One nie odwracają wzroku ode mnie, tylko ja odwracam go od nich. Wiem oczywiście, że dwa ciemne punkty i poniżej znajdujące się symetryczne zawirowanie sugerują oczy i usta (bądź nos), jednak rozsądek swoją drogą, a wyobraźnia swoją.

IMG_2900

Podobne skojarzenia z tajemną mową starych mebli miał zapewne artysta namiętnie malujący dość potworne twarze, Chris Mars. Oto co zobaczył na starych krzesłach:

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=581500225392288&set=p.581500225392288&type=3

15940995_581500225392288_2360179219304517111_n

Jednak jego obrazy, choć fascynują, są dla mnie zbyt dosłowne. Poniżej tego przykład:

https://www.facebook.com/ChrisMarsArt/photos/a.73498505838.74039.40886515838/10155384059090839/?type=3

15995020_10155384059090839_2107806260163707122_o

Więcej jego obrazów można zobaczyć na stronie: https://www.facebook.com/ChrisMarsArt/

 

Wracam jednak do owego długiego, niebieskiego spojrzenia, które mnie kiedyś uwiodło. Czytam, że to właśnie psychopaci tak patrzą. Mnie jednak przeraża spojrzenie pewnej kobiety o ciemnych, okrągłych oczach sowy, krytycznej i oceniającej, spojrzenia mojej ciotki i pewnej windziarki, której zawdzięczam opowiadanie „Imieninowe przyjęcie”. Innym, świetlistym spojrzeniem bladobłękitnych oczu obdarzyłam negatywnego bohatera mojego opowiadania SF „Córka Dwugębnej” – kogoś w rodzaju inkwizytora. Jednak badawcze spojrzenie niebieskich oczu nie przeraża mnie bynajmniej, jak i perspektywa kontaktu z psychopatą. Wierzę, że potrafię je odróżnić. Gdybym to jednak ja miała niebieskie oczy! To ho ho! Albo jeszcze lepiej fiołkowe…

Motyw różnokolorowych oczu u jednej osoby lub skazy na oku często pojawia się w opowieściach i literaturze, rzekomo znamionując zdolności paranormalne albo aberracje obce normalnym ludziom, a także ich dziwny los. Przykładem może tu być sprawa zaginionej dziewczynki, prawdopodobnie uprowadzonej i zamordowanej Madeleine McCann, której plamka na tęczówce dotyka zaledwie 0,007 proc. ludzi, a jednak znaleziono łudząco podobną dziewczynę z taką samą skazą, która nie jest zaginioną. Czasami można nawet uwierzyć, że istotnie, odmienność wyglądu współistnieje z odmiennością losu (co nie oznacza oczywiście, iż zwyczajny wygląd znamionuje zupełnie przeciętnego człowieka). Sztuka jednak, a w jej ślad i my nie lubimy przeciętności, a przynajmniej nie przyznajemy się do tego, że ją lubimy, ponieważ preferujemy symetrię, także w twarzach i sylwetkach.

Marzenia i rozczarowania

Rozczarowanie

Zgodnie z panującymi obecnie oczekiwaniami należy bezwzględnie unikać rozczarowań. Z czego się bowiem one biorą? Słyszymy, że nadmiernych oczekiwań. Z postawy roszczeniowej. Z wygórowanego poglądu na temat swoich możliwości. I tak dalej. Dzieje się tak oczywiście z punktu widzenia obserwatorów, a nie samego rozczarowanego. Ten zaś może zapytać: Jakie oczekiwania są nadmierne? I przytoczyć mnóstwo przykładów, kiedy to, co wydawało się mrzonką, okazało się rezultatem działań możliwych do osiągnięcia z pewną dozą sprzyjających okoliczności.

Tak więc o realizacji oczekiwań niekoniecznie decyduje ich wymiar, a często okoliczności uboczne, na które oczekujący nie ma wpływu.

Następna sprawa: kto jest powołany do oceniania oczekiwań? Jakie ma do tego kwalifikacje? Jak uczciwe są jego zamiary? Jak bardzo kompensuje on swoją oceną własne problemy i niedostatki? Jednak takich pytań na ogół nie zadaje się, próbując przede wszystkim szukać zabezpieczeń przed rozczarowaniami i nie prowokować następnych. Ale prawdą jest, że kto śpi, nie błądzi, choć i ten pogląd można kwestionować.

Nadmierne oczekiwania, czyli zazwyczaj marzenia nie spełniają się, chociaż czasami… Sądzę, że nie są one w ogóle po to, by się spełniały, ale po to, by wytyczyć nam jakąś perspektywę. I dlatego są nam niezbędne do życia, mimo że wiemy to dopiero wówczas, gdy ich już nie mamy. Bywa tak.

Pamiętam taki moment w swoim życiu, gdy zetknęłam się z dyskusją psychologów w prasie czy telewizji na temat konieczności posiadania marzeń. Zadałam sobie wówczas pytanie o moje marzenia i z przerażeniem zaczęłam wymieniać je wg hierarchii pilności: wyspać się, nie stać w kolejkach, mieć wygodne buty, nie marznąć, nie oglądać więcej narzekających ludzi, nie słuchać politycznych sporów… Większość na NIE. Uświadomiłam sobie, że to przecież nie są w ogóle marzenia, to tylko doraźne pragnienia. Rangę marzeń nadaje im intensywność, z jaką doznaję nieistnienie dobrostanu za przyczyną świadomości tych braków, nie zaś ranga spraw, których dotyczą. Uświadomiłam sobie wówczas, jak bardzo smutne i jałowe prowadzę życie, skoro nie stać mnie nawet na prawdziwe marzenia. Cokolwiek przychodziło mi wówczas na myśl, dotyczyło rzeczy pospolitych, trywialnych oraz tego, czego nie chcę, a nie tego, czego pragnęłabym, gdybym się odważyła.

Zrozumiałam, że dysponując wyłącznie specyficznym rodzajem pseudomarzeń, nie czuję w ogóle smaku życia. Jest ono dla mnie czymś w rodzaju nieprzyprawionego kleiku na wodzie, w dodatku nie najświeższego. Ani smaku, ani zapachu, mdła nuda po prostu. Wolałabym już doznać rozczarowań, niż zapychać się tym kleikiem. On nie dawał mi żadnego powodu, żeby przez połowę miesiąca rano wstawać, biec na pierwszy autobus o czwartej pięćdziesiąt, półtorej godziny jechać przez miasto na dworzec autobusowy, a tam marznąc ustawiać się w kolejce do stanowiska, gdzie miał podjechać zdezelowany i śmierdzący w środku pojazd, aby w końcu bez ładu i składu przeciskać się i jeśli się uda, zająć miejsce siedzące. Potem podróż, stresujące kontrole w terenie, ludzie, do których należało podejść z dystansem i nieufnością, jakaś zupa w barze mlecznym i powrót, po którym w domu czekała sterta brudnych naczyń i różnych niemiłych spraw do załatwienia. Naprawdę nie było żadnego powodu dla takiego życia, poza poczuciem obowiązku i szacunku dla własnych zobowiązań. Powtarzałam sobie: świadomie takie życie wybrałaś, zakładając rodzinę, i jak mawiała moja mama: Cierp ciało, skoroś chciało. Oraz: nie jesteś pierwsza i nie ostatnia, wszystkie baby tak mają.

Przypomniałam sobie wówczas, ile miałam marzeń, będąc młodą dziewczyną. Setki! Od wielkich do małych, pisałam na ich temat nawet wiersze. Zwiedzać świat – to po pierwsze. Oglądać rzeczy przez nikogo nie oglądane, rozumieć to, czego przede mną nikt nie był w stanie zrozumieć. Doznać wielkiej miłości, a właściwie takiej jej odmiany, żeby to ktoś bardziej mnie kochał, niż ja jego. Być sławna i ważna dla innych – choć nie marzyłam o bogactwie, a jedynie o tym, aby nie przejmować się pieniędzmi i nie czuć jak śmieć przeganiany cudzymi emocjami. Moja sytuacja życiowa wówczas nie była szczególnie dobra ani stabilna, a jednak nie przeszkadzało to marzeniu. Dlaczego więc je utraciłam?

Zrozumiałam wówczas, że grobem marzeń nie jest rozczarowanie, a coś z pozoru odmiennego, realizacja jednego z nich.

Ja zrealizowałam swoje największe, choć nieuświadomione marzenie – poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Wybrałam drogę, która wiodła do tego, choć marzyłam też o podróżach, sławie i odkryciach. Tamte marzenia w dostępnej rzeczywistości wydawały się nierealne, a kiedy jedno z nich, wyjazd na drugą stronę globu stał się możliwy, po prostu przestraszyłam się tego ryzyka i kosztów osobistych, jakie mogłabym ponieść. Rozczarowanie, którego doznałam, nie występowało jako rozczarowanie, ponieważ otrzymałam to, co w istocie chciałam, tyle że okupione czymś innym. Koszty marzeń uświadomionych czasem wydają się tak wielkie, że wolimy marzeń nie realizować. W ten sposób robimy miejsce na coś, co nie wydaje nam się marzeniem, tylko zdroworozsądkową decyzją i dlatego uważamy je za bezpieczniejsze.

Marząc, nie myślimy o kosztach wcielania marzeń w życie, a zwłaszcza o kosztach marzeń nieuświadomionych. Zakładamy, że to, co otrzymamy, przeważać będzie nad negatywami, o których nie chcemy specjalnie rozmyślać. Jeśli robimy to mimo wszystko, często właśnie grzebiemy marzenia.

Tak więc skoro marzenia nie są jednakowo ważne, tak i rozczarowania niejednakowo ważą. Niestety, widać to dopiero u schyłku życia, gdy możemy mieć przed oczami skutki podjętych decyzji, a doświadczenie życiowe pozwala oszacować przybliżone koszty decyzji niepodjętych. Taka zabawa, w co by było, gdyby było, bez możliwości sprawdzenia słuszności domysłów. Doświadczenie to pozwala nam także zidentyfikować marzenia wcześniej nieuświadamiane, chociażby po lekturach tamtych czasów, piosenkach, które nuciliśmy pod nosem, widokach, do których tęskniliśmy i krajobrazach ze snów, które zostawały w nas po przebudzeniu. Dlatego też nie uznajemy czegoś za rozczarowanie, bo już wiemy, że w istocie rzeczy dostaliśmy coś, do czego dążyliśmy, choć może zapłaciliśmy za to zbyt wysoką cenę.

Taką ceną może być także utrata marzeń. Kto wie, czy nie największą. Brak smaku życia to brak napędu do działań, wegetacja. Zapewne wielu starszych ludzi z tego powodu popada w depresję. Po latach jednak marzenia mogą wrócić. Są oczywiście zupełnie inne, nie biorą pod uwagę możliwości, ale i pożegnanie z nimi nie jest rozczarowaniem.

Tworzymy sobie w wyobraźni zestaw scen, zaspokajających nasze marzenia (nie szkodzi, że nierealne) i korzystamy z nich, jak z lektury najwspanialszej książki lub pięknego filmu. Poruszając się w realu z balkonikiem, w swoich marzeniach mogę biec przez piękny las w strugach deszczu lub położyć się na kamienistym szczycie, porosłym kępkami suchej trawy, wpatrując się w przesuwające się chmury. Mogę tańczyć na błyszczącym parkiecie w takt pięknej melodii. Mogę też przywołać do swoich marzeń towarzyszy, nie szkodzi, że dawno nieżyjących i kończyć z nimi rozmowy nigdy niezaczęte. Mogę próbować zrozumieć coś, czego nigdy zrozumieć nie umiałam, budować hipotezy nie całkiem prawdopodobne, ale zawsze zgodne z moimi chęciami. Mogę być władczynią świata i przyznam, że choć czasem muszę rezygnować z któregoś ze swych marzeń, szybko staram się zastąpić go jakimś innym. I nigdy, przenigdy nie czuć z tego powodu rozczarowania. Nawet kiedy ktoś poda nam na talerzu nie to, na co liczyliśmy.

Rysunek1rzodkiewki

 

 

Zaciskając zęby

Pewien jeszcze dość młody (z mojej perspektywy) człowiek w ostatniej rozmowie zwierzył mi się, że szykuje się do spędzenia emerytury za granicą. Do tego, że Polska nie jest krajem przyjaznym starym ludziom, dodał jeszcze jedno spostrzeżenie, to mianowicie, że u nas wszystko odbywa się z zaciśnięciem zębów. Zastanawiałam się nad tym, co powiedział i stwierdziłam, że istotnie, ma rację.

Wszędzie gdzie indziej (a także za moich młodych lat) wszystkie przyjemności, hobby i zainteresowania, jako sprawy wynikające z własnej chęci, a nie z narzucenia przez kogoś, były przeżywane na luzie i w odprężeniu. Nawet gdy ktoś mógł i poświęcał swojej prywatnej aktywności wiele czasu i gdy specjalnie mu na niej zależało, swoje własne rytuały związane z tą aktywnością odbywał bez specjalnego napięcia, choć z zaangażowaniem. Może z jednym wyjątkiem – narzekania. To hobby zawsze powodowało eskalację negatywnych odczuć, a więc zaciskanie zębów i gromadzenie wewnętrznej amunicji. W ślad za tym jednak nie szło ciskanie dzidą lub strzał z procy (do czego przygotowywała nas chemia naszego ciała) i nierozładowana do końca emocja (jak nie trafiony strzał) wymuszała dalsze gromadzenie wewnętrznej wściekłości. I następne narzekania. Odbywało się to jednak w obiegu zamkniętym (wewnętrznym) i wśród ludzi tego samego pokroju. Nadejście Solidarności i podział społeczeństwa – często w poprzek rodzin – upowszechniło ów szczękościsk, choć daleko mu było jeszcze do obecnych przejawów.

Obecnie jest inaczej. Wszystko, czy to narzucone z zewnątrz, czy wymyślone przez siebie, ważne czy mało istotne, robimy ze zaciskaniem zębów i pięści. Jak pasażerowie siedzący obok kierowcy wciskamy urojone hamulce w odruchu chęci uzyskania wpływu na sytuację na drodze. Szczególnie zauważalne jest to u osób, które mają jedno zainteresowanie, jedną manię, jeden utrwalony zespół własnych niewzruszonych przekonań. Doskonale widoczne jest to w mediach społecznościowych, zwłaszcza w sprawach polityki czy okołopolitycznych – chociaż u nas wszystko bywa polityczne – od pieska, kotka do smogu i filmu. Temperatura wewnętrzna rośnie, a rozładowanie w wypowiedzianych, a zwłaszcza zapisanych słowach jest niewystarczające; zaciskanie zębów przenosi się więc i na dziedziny tradycyjnie wolne od napięcia. Część osób od agresji werbalnej przenosi się do rękoczynów, a niemożność takich przenosin (z racji dobrego wychowania na przykład, lub nieposiadania wystarczającej siły lub wyposażenia albo braku fizycznego przeciwnika) powoduje dodatkowy szczękościsk. Czasami bywa to zabawne, choć najczęściej jednocześnie smutne.

Wczoraj dyskutowaliśmy na ten temat w innym gronie i padło stwierdzenie, że dzieje się tak wskutek skrócenia dystansu między ludźmi. Ongiś człowiek miał stałe interakcje z kilkoma osobami w otoczeniu, pozostałe, z racji odległości kontaktowały się z opóźnieniem wynikającym, chociażby z czasu otrzymania odpowiedzi na list. Dziś z powodu mediów społecznościowych i łatwiejszych interakcji powstaje złudzenie, że wszyscy i wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a ponieważ kontaktów tych jest znacząco więcej, ludzki umysł i psychika tego nie wytrzymują. Hmm…

Mnie jednak zawsze zastanawiało, jak to się dzieje, że jedne społeczeństwa żyjące w tłoku (np. Chińczycy i inne wschodnie nacje) wykształciły w sobie kulturę takiego poruszania się, żeby między nimi a otoczeniem było jak najmniej tarć – np. drogą uprzejmości, nawet konwencjonalnej i bezosobowej – inne zaś, jak Rosjanie i obecnie, choć w mniejszym stopniu Polacy – rozpychania się łokciami, arogancji i zniecierpliwienia. Nie tłumaczy nas tempo życia i ilość zajęć – wszak Chińczycy albo Japończycy są nacją równie, albo bardziej pracowitą. Czy wieki wszechobecnej dyktatury wykształciły genetyczną uprzejmość?