Kiedyś…

Są pejzaże, których nigdy więcej nie obejrzę:

Miasta, których nie potrafię opisać, bowiem zawierają w sobie przeważającą część mnie w tym momencie, gdy je ogladałam i dlatego nie są pejzażami, które mogą zobaczyć i zrozumieć inne osoby. Czy pomnik człowieka, który uchyla przede mną płaszcza, istotnie jest wojownikiem-obrońcą, czy może agresorem? Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Są deptaki inne od wszystkich, ale do których to inni mają prawo:

I są słowa, których nigdy nie wypowiem, bowiem mogą poruszyć czarną dziurę, od wieków egzystującą w każdym z nas.

Ale czasami wracam tam w snach.

Kolosy

Najsłynniejszy był Rodyjski. Był to ogromny posąg boga Heliosa, w starożytności ustawiony u wejścia do portu na wyspie Rodos. Nie zachował się do naszych czasów. Poniżej jedno z jego wyobrażeń, chyba dość przesadzone.

Inspirowany nim kolos z „Gry o Tron” robił na filmie jeszcze większe wrażenie. Prawdopodobnie oprócz wielkosci, z tego takze powodu, iż przedstawiał agresywnego wojownika, a nie boga, oświecajacego swymi promieniami świat, który przedstawiono tutaj jako mocno zamglony.

Jak zwykle, nie obyło się bez karykatury. W internecie znalazłam taką karykaturę i chociaż wiem, kogo przedstawia (wybranego zapewne z powodu skojarzenia brzmienia nazwiska), mam niedajace się usunąć skojarzenie, że przedstawia archetyp wszelkiego rodzaju ograniczonych zdobywców (ziem, stanowisk, synekur politycznych np. niektórych parlamentarzystów)

CECIL JOHN RHODES
(1853-1902). English administrator and financier in southern Africa. ‚The Rhodes Colossus – Striding from Cape Town to Cairo’. An English cartoon of 1892 hailing Rhodes’ plan to construct a railroad extending from South Africa to Egypt.

Ale wszystkie te Kolosy przebił, egzystujący w postaci dmuchanej zjeżdżalni, potwór z osiedlowego pikniku, na który powiozła mnie w ten weekend moja koleżanka i sąsiadka.

Mając tego kolosa przed oczami, jego estetykę, którą poi się dzieciątka od wieku najmłodszego, przestaję się dziwić takim, a nie innym wyborom politycznym naszego społeczeństwa, wiążącego ostość barw i jaskrawość konstrukcji z wyrazistością, a ją z kolei utożsamiając z prawdą, słusznością i jedynymi sensownymi rozwiązaniami społecznymi, z których najważniejszym jest dać kasę do ręki (a nie to, co za tę kasę można lepszego zrobić).

Tak dumając na osiedlowym pikniku rodzinnym, popijając darmową wodę gazowaną i rezygnujac z darmowych jabłek, które akurat mam w domu, obserwując kolejki do tego i innych, podobnych monstrów, tudzież robiąc zdjęcia.

Dziś przegladając je, wspomniałam coś, co obejrzałam i czego posłuchałam, a co uwidoczniło się w tle mojej fotografii  z pikniku i co przywołało wspomnienia o czasach słusznie minionych:

Widoczne na scenie osoby, prawdopodobnie za coś nagrodzone, oczekiwały na pojawienie się pana prezesa spóldzielni, a w międzyczasie konferansjer opowiadał o jego zasługach. Wyraz mojej twarzy oddaje lekkie zniesmaczenie na myśl o oprawie imprezy rodem z czasów PRL, gdzie przemówienia wychwalające były podstawową i nieodłaczną częścią różnych imprez.

Aby nie stracić  właściwej perspektywy ogladu świata, wybrałyśmy się na pobliski stary cmentarz, teoretycznie zamknięty,  który widzę co dzień ze swoich okien, wysłuchując kilkakrotnie adagio i innych utworów, serwowanych na trąbce, na którym to cmentarzu ostatnio przebudowano i doprowadzono rzekomo do porządku kwatery Powstańców Warszawskich. Czy podoba Wam się nowy wystrój? Bo mnie nie. Może zabrakło tu kolorów, serwowanych w nadmiarze na pikniku.

Ławice

Co mnie męczy i razi we współczesności najbardziej? To, że ludzie poruszają się nawet nie stadami, gdzie każde zwierzę zdążające w tym samym kierunku, wykonuje własne, indywidualne ruchy, a wręcz ławicami, w których pozycja każdej płetwy, każdego osobnika, jest nachylona pod tym samym kątem. W świecie zwierząt ma to swoje uzasadnienie, ale w świecie ludzi współczesnych już nie.

Kiedy społeczeństwo zabierze się za jedną sprawę, jeden news go podnieci lub oszołomi, inne sprawy przestają istnieć. Za bywszego PRL wszystkie gazety pisały to samo, obecnie też to czynią, tyle ze podzielone na 2 połowy. Zaś ludzie, jak ławice śledzi lub sardynek, podążają nie tylko we wskazanym kierunku, ale nawet argumentują według narzuconych kilku schematów. Jest to tak nieznosne, że w moich oczach pogrąża najsłuszniejsze sprawy.

Wskutek tej ławicowości uważa się, że biskupi powinni przepraszać, kościół płacić ofiarom i należy domniemywać, że gdy to się stanie, roszczenia zostaną zaspokojone i wszystko w naszym kraju będzie już cacy. Cała reszta pozostałosci, odpadów po aferze, może zostać zamieciona, wyrzucona na składowisko śmieci. No, jeszcze mozna liczyć się z tym, że ten czy tamten polityk przy okazji wygłosi jakieś głupstwa i oberwie rykoszetem.

Nikomu nie przyjdzie do głowy dyskutowanie nad tym czy i o ile finansowe zadośćuczynienia w istocie bedą równoważne krzywdzie skrzywdzonych. Uważa się, że w ostatecznosci zapewni się im pomoc psychologa i po krzyku. Jednakowoż znając postępowanie niektórych psychologów, buszujacych w poradniach, szpitalach, umieralniach zwanych hospicjami lub domami pomocy społecznej i innych tego rodzaju placówkach, opłacanych przez instytucje, a nie osoby prywatne, śmiem wątpić, na ile ta pomoc będzie skuteczna.

Tu podam przykład ze szpitala w 2007 roku, czyli całkiem niedawno. Umiera tu człowiek w pełni sił i właśnie zdał sobie sprawę z tego, że już niewiele z życia mu pozostało. Nikt tego, łacznie z lekarzami, głośno nie mówi, ale rodzina zaczyna z tego po trochu zdawać sobie sprawę, choć może nie do końca. Umierający jest bardzo niemiły wobec otoczenia. Stawia im różne zarzuty, niektóre uzasadnione inne mniej, jest skoncentrowany na swojej sytuacji, nie bardzo go obchodzą inni, przemęczeni i zestresowani, a ci z kolei, rozumieją umierającego, choć nie bardzo wiedzą, co i jak powiedzieć, jak się zachować. Z jednej strony pobłażają wyskokom chorego, z drugiej zaś strony tłumią własne chęci przywołania go do porządku.

Gdy zastanawiamy się nad rolą psychologa w szpitalu (a była to młoda stażystka, pisząca pracę magisterską i pragnąca wykorzystać w niej ów przykład), należałoby zadać pytanie: kogo ma chronić i komu przede wszystkim pomóc: umierającemu, czy jego rodzinie. W pierwszym przypadku, ochrony umierającego, owa psycholog powinna podążać za jego obawami, ułatwić mu jego odchodzenie poprzez wysłuchanie i okazanie zrozumienia, na tyle na ile to możliwe. Jeżeli jednak ową młodą psycholog kształcono w przekonaniu, że umierający i tak umrze, a bliscy pozostaną w stresie, nabyła przekonania, że chroniąc bliskich, wykonuje swoje podstawowe zadanie (słynne ćwiczenie wczuwania się w rolę maszynisty: rozjechać pięciu na głównym, czy dwoje na bocznym torze), dojdzie do wniosku, iż ci, którzy przeżyją, są ważniejsi; wobec tego należy umierającego przywołać do porządku, pokazać mu jakim jest egoistą, a nawet zwymyślać za brak społecznego podejścia do innych chorych i nie liczenie się z ich dobrostanem.

Ktoś, kto nie płynie z ławicą, zada pytanie: czy może przypadkiem nie jest dostępne rozwiązanie, nie przeciwstawiające sobie obu tych grup, a jednoczace je w ich wzajemnym, choć innym stresie? Oczywiście moim zdaniem umierający jest ważniejszy i jemu należy przede wszystkim ułatwić odejście (psychologów powinno się uczyć jak słuchać ludzi, a nie ich pouczać, a w każdym razie zabronić pouczać umierających).

Zastanówmy się także głębiej nad zjawiskiem pedofilii księży. Oczywiscie ich ofiary są tu najważniejsze i ich odczucia powinny znaleźć największe zrozumienie. Ale na fali wrzasków, powinniśmy zrozumieć, że rekompensata finansowa nie zwróci molestowanym dzieciom ich niewinności i dziecięcego oglądu świata. Dlatego też ważne są nie tyle przeprosiny sprawców (zazwyczaj zdawkowe), ale pokazanie im, co właściwie uczynili, tak aby mogli swoim ofiarom zadośćuczynić także w sferze moralnej, chyba najbardziej oczekiwanej.

Stary, umierający ksiądz, nie potrafiący wobec pokrzywdzonej wyrazić skruchy i dać jej tej satysfakcji, jaką powinna otrzymać, też wymaga pomocy, aby mógł uczestniczyć w pokazaniu niegdysiejszej dziewczynce (która ciągle w niej tkwi!) jak bardzo zrozumiał zło, które wyrzadził. W filmie braci Siekielskich wygladało na to, że jest mu przykro, ale to za mało. On powinien zrozumieć do końca i porzucić swój punkt widzenia, aby dać satysfakcję skrzywdzonej. Ale jako ktoś, kto odchodzi z tego świata, także wymaga pomocy, zrozumienia i pogłębienia – inaczej satysfakcja pokrzywdzonej nie będzie pełna. Skopanie przeciwnika, który za raz umrze, nic nie da. Obalenie jego pomnika (jeśli takowy istnieje) to żałosna pociecha.

Przyznaję, że było mi tego staruszka szczególnie żal. On już właściwie może tylko się bać śmierci. I jeśli jest wierzący – tym bardziej.

Kogo to w ogóle obchodzi? Taka komisja czy inna, z udziałem tych czy tamtych – trwają przepychanki, a ławica, wachlując w jednym rytmie płetwami za tydzień lub dwa przewrzuci się na inną aferę. Nie szkodzi, że sprawa od dawna była wiadoma – teraz powstał film, obejrzały go miliony i zwykli ludzie w programach typu szkło kontaktowe grzmią słowami z mediów publicznych niczym owa pani psycholog wołająca do umierającego: NIECH PAN WRESZCIE SIĘ USPOKOI I PRZESTANIE BYĆ EGOISTĄ! Przykro mi, ale żadnego głosu spoza ławicy nie słyszałam.

Chiron w podróży

Chiron, Themis and Hebe

(Fotografia ze strony:  https://www.theoi.com/Georgikos/KentaurosKheiron.html)

Obejrzałam „Przejście Chirona ze znaku Ryb do Barana” Bartka Sawickiego – jego przemyślenia na temat  roli Chirona w horoskopie.

https://www.youtube.com/watch?v=yXetNdc3Qq4&feature=share

Takie moje prywatne astrologiczne podsumowanie:

Temat jest dla mnie bardzo interesujący, jako, że Chiron w moim horoskopie urodzeniowym zajmuje bardzo ważne miejsce – jest sprzężony koniunkcją z Węzłem Księżycowym Północnym, obrazującym powołanie, wszystko nad czym pracujemy. Capot draconis, jak nazywano go po łacinie – czyli Głowa Smoka – ciągnąca za sobą bierną resztę. Nadaje to Chironowi znaczenie swego rodzaju sterownika tej głowy, który niczym Daeneris Targarien, kieruje go w stronę celu.

W mitologii greckiej Chiron, jako jeden z Centaurów był uzdrowicielem i nauczycielem Achillesa, Asklepiosa, Actaeona, Jasona, Dionizosa i innych bogów i herosów, jak twierdzi się, bardzo kontrowersyjnym. Jako uzdrowiciel nie był skuteczny w stosunku do własnej osoby, jako nauczyciel stosował wątpliwe metody. Kiedy więc odkryto planetoidę i nazwano ją na cześć tego Centaura, zaczęto jej przypisywać te cechy, które w legendzie miał Chiron. Mając ten fakt na uwadze, autor nagrania twierdzi, że: „Rany możesz uleczyć jedynie przez obserwacją własnej blizny”, pomijając jednakowoż fakt, iż Chiron nigdy się nie uleczył, nie zneutralizował trucizny, którą wlano w jego żyły i która krążyła w nich już zawsze. Co zaś do kontrowersyjnych metod nauczania – dziś uważa się jeszcze bardziej za wątpliwe, niż wówczas.

Jednym z wychowanków Chirona był Achilles, uczestnik wojny trojańskiej. Chiron nie tylko uczył Achillesa takich cnót, jak pogarda dla dóbr tego świata, obrzydzenie dla kłamstwa, odporność na namiętności i cierpienie, lecz także karmił go wyłącznie wnętrznościami lwów i dzików oraz szpikiem kostnym niedźwiedzia. Uczył go także zabijania, przekraczając pewne, obecnie uznane granice pedagogiki. W ten sposób centaur przygotowywał Achillesa na obcowanie z brutalną, pierwotną siłą. Innego podopiecznego, Asklepiosa, przyszłego boga-lekarza uczył sztuki uzdrawiania i korzystania z treści snów oraz  ożywiania zmarłych, czym także przekroczył pewną, akceptowalną granicę, bowiem naruszył porządek rzeczy i poniósł tego konsekwencje.

Orbita Chirona, jako most między Saturnem, a Uranem stanowi symboliczny kres fizyczności. Saturn uosabia wszystko to, co dzielimy z innymi, Uran własną drogę, nie opisywaną przez schemat uspołecznienia i socjalizacji, od dzieciństwa po starość. Dlatego też Chiron jest kluczem do zrozumienia przeszkód własnej drogi życia, stanowi odpowiedź na nie zadane czasem pytanie: Dlaczego ciągle żyjesz?

Chiron spędził 7 lat w znaku Ryb (tam gdzie mam swój ascendent i tranzytującego aktualnie przez niego Neptuna, w koniunkcji z inną,  równie ważną w moim horoskopie urodzeniowym planetoidą, Ceres, – pisałam o niej kiedyś, jeszcze w Tarace tu: – Ceres  i w mniej pożądanym towarzystwie, Lilith, Czarnego Księżyca) i rozpoczął swoją podróż po znaku Barana, symbolicznym początku Zodiaku.

To stanowi znaczący krok w podsumowaniu owych 7 lat podróży przez znak Ryb, charakteryzujący mnie jako osobę niejednoznaczną, rozmytą, zmagającą się z próbami wyrażenia siebie i nawiązania kontaktu z innymi, zrozumienia ich ale i siebie w interakcjach ze światem. Na szczęście towarzystwo Ceres utrzymywało mnie na zdroworozsądkowej pozycji, hamowało zapędy Czarnego Księżyca, Lilith, współczesnej patronki Czarnych Parasolek, pierwszej żony Adama, nieposłusznej, o której pisał kiedyś Wojciech Jóżwiak:

„Puste ognisko, to inaczej  rozumiana przez (niektórych) astrologów jako puste ognisko orbity Księżyca. Przypomnę: orbita Księżyca jest elipsą, elipsa ma dwa ogniska, w jednym znajduje się Ziemia, którą Księżyc okrąża, w drugim nie ma nic. Zasugerowałem, żeby ten punkt rozumieć jako siłe tego czego nie ma, a co jednak, i właśnie dlatego, przez swoje nieistnienie, wpływa na ludzkie chęci, dążenia, plany, losy, wyobrażenia, świadomość – czyli na życie.” 

W ogóle w moim horoskopie dziś bardzo wiele się dzieje, ale sen o dziecku na platformie, sprzed paru dni, zawdzięczam prawdopodobnie Chironowi.

„Chiron nie należy do naszego Układu Słonecznego, jest w nim jedynie gościem. Nadejdzie taki moment, kiedy będzie musiał go opuścić. Wypełni się wtedy jego przesłanie”. pisze Piotr Piotrowski

Uważam go za interesujący przede wszystkim dlatego, że idzie pod prąd moim przekonaniom w życiowych sprawach. Zresztą sami zadecydujcie, co może oznaczać:

Idę drogą i widzę jadący samochód, z odkrytą platformą, podobny do jakiegoś rolniczego ciągnika z niską przyczepą. Na przyczepie posadzono dziecko, dziewczynkę obok dużego koszyka na zakupy. Jestem oburzona, że dziecko siedzi na przyczepie (jest bezpieczne, przyczepa ma burty, więc nie może spaść) Wściekła na rodzica/ ów, zabieram dziecko z przyczepy i prowadzę je za rączkę po zapylonej drodze. Po obudzeniu nie rozumiem dlaczego we śnie uważałam, że wożenie dziecka samochodem jest złe, wręcz karygodne aż tak, że budziłam się oburzona i wściekła.

W kontekście moich ostatnich problemów życiowych rzecz jest jeszcze bardziej zastanawiająca, choć zalecenie wynikające ze snu jest mocno kontrowersyjne, jak nauczanie Chirona.

O astrologicznych odniesieniach w moim choroskopie pisałam jeszcze m.in tu: Saturn , Narowiste konie i tranzyt księżyca przez śledziki

 

Pokuszenie

Wszystkie publiczne akcje, nawet w najsłuszniejszych sprawach, prowokują mnie do zajrzenia pod powszechnie pokazywaną pokrywkę garnka.

Jako gospodyni domowa, nie wierzę czasom gotowania podanym w przepisach, mam w nosie harmonogram przyrządzania potrawy i w połowie gotowania muszę uchylić pokrywkę, aby poczuć zapach pary, a nawet popróbować potrawy i pomedytować nad nią (spoglądając na rząd słoiczków z przyprawami). Pragnę też zawsze rozeznać co pochodzi z podstawowych produktów, a co z przypraw, powszechnie stosowanych, aprobowanych albo modnych.

Im głośniejsza sprawa, im bardziej oczywista i słuszna, tym bardziej korci mnie uchylanie tej pokrywki i wdychanie pary. Skoro więc pewna moja znajoma Martyna (nie podaję jej danych, bo nie wiem czy tego chciałaby, jako że ona mieszka za granicą, a ja jestem w Polsce, ale jestem jej niewymownie wdzięczna za rozszerzenie moich horyzontów) zamieściła link do filmu o pedofilach. Od razu dodam, iż są to pedofile nie praktykujący, wolni od przestępstwa, usiłujący poszukiwać grupy wspacia, ale przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego tacy są, jacy są. I mnie to też interesuje. Tyle wiemy o człowieczym mózgu, że orientujemy się już, iż pedofilia (prawdziwa, nie zastępcza, wynikająca z braku moralnosci i umiejętności opanowania swoich niemoralnych odruchów, jak to prawdopodobnie ma to miejsce wśród księży) wiąże się ze zmianami w mózgu, dającymi się zobrazować badaniami USG. Na razie brakuje tylko zrozumienia, jak te zmiany przekładają się na preferencje. Jako osoba leworęczna, pragnę zrozumieć, dlaczego procent leworęcznych wśród pedofili (podobnie jak wśród pisarzy SF) przekracza trzykrotnie normę. Rozumiem, że leworęczność determinuje rozmaite gatunki odmienności. Chcę jednak wierzyć, że wszelkie odmienności dadzą się zdiagnozować i w razie potrzeby ujarzmić, jeśli nie wyleczyć. Można wstrzymać rozwój HIV, chociaż nie wyleczyć, może można też pomóc moralnym pedofilom w ich męce. Pisarzom SF nie potrzeba pomagać, bowiem oni czerpią profity ze swojej odmienności, ale ja na przykład czasami czuję wewnątrz swojego ciała pusty, nadmuchany do krańca wytrzymałości balon, zamiast serca i innych narządów i nie jest to na tyle miłe doznanie, żeby nie próbować go zdiagnozować i zracjonalizować. Nie mam żadnych niemoralnych inklinacji ale wiem, że tkwi we mnie coś, czego inni nie zrozumieją, gdybym im to opisała, nawet z detalami. Chciałabym wiedzieć, czego mi brakuje, a czego mam w nadmiarze, czym się nie mam przejmować, a co zostawić potomnym jako refleksję i ostrzeżenie.SAMOPOZNANIE – używając terminologii mojego niegdyjszego mentora – W. Jóźwiaka.

Wyznam, że bałam się polubić wpis mojej znajomej na FB, co budzi moje wyrzuty sumienia. Zawsze przecież twierdziłam i twierdzę, że ukrywanie prawdy niesie ze sobą stres i brak pogodzenia ze sobą. Ale rodzina, znajomi… Nie chciałabym żeby źle mnie zrozumieli, ale też nie bardzo wierzę w to, że w dobie upadku wszelkich autorytetów i kreowaniu nowych, często mało rozsądnych, obdarzą pełnym zaufaniem mój intelekt i moją wrażliwość. Za o wiele mniej ważne wpisy spotykał mnie ostracyzm i tłumaczenie babci, jak chłop krowie w rowie, że w internecie nic nie ginie, że mogę tym czy tamtym wpisem urazić rodzinną ambicję i dumę, ba wyrządzić szkodę niewinnym latoroślom.

Dlatego też biorę odpowiedzialność wyłącznie na siebie, prosząc aby moimi nieprawomyślnymi poglądami nie obciążano wnuków, prawnuków i przyszłych praprawnuków, jak czyny mojego dziadka, pradziadka i praprapradziadka (tego kochanka carycy Katarzyny, udającego się pod jej skrzydła z powodu zamordowania z błahego powodu na polowaniu własnej pańszczyźnianej chłopki i ogrzewaniu zmarzniętych stóp w jej rozciętym brzuchu), nie obciążają – mam nadzieję – mnie, poza faktem że może odcinkiem swojej linii DNA wpłynął na mój oglad świata i kazał mi poszukiwać we wszystkim drugiej strony.

Może też Bóg go stworzył, bowiem do czegoś był potrzebny…

Dlatego zamieszczam poniższy link:

To jest link dla ludzi dociekliwych, nie dla poszukujących sensacji. I wybaczcie mi, że idę pod prąd aktualnej polityce przedwyborczej. Będę wdzięczna za wszelkie doniesienia o aktualnych wynikach badań.

Oczekiwanie

Oczekiwanie jest jak uczulenie na pyłki, gdy z nosa leje się rzadki śluz, a gdy masz już nadzieję, że przestanie, zaczynasz kichać, to wywraca Ci się żołądek  i jest jeszcze gorzej. Zdarza się, że zapominasz , na co czekałaś, zajęta nieprzyjemnymi objawami z innej parafii i uświadamiasz sobie po jakimś czasie, że twój czerwony nos niedługo ci odpadnie. Jeśli zaś zdarzy się to, na co czekasz, twoje wrażenia będą równie odległe od tych, na jakie oczekiwałaś, bowiem zaczniesz czepiać się jakichś nieważnych drobiazgów, wszystko po to aby rozmydlić, rozmiękczyć i zneutralizować to bywsze czekanie. Nieważne, czy czekałaś na coś pozytywnego, czy na zły los. Zaszkodziło ci samo czekanie.

W czekaniu wszystko, co się dzieje równocześnie, traci sens i przestaje być ważne, może poza fizycznymi dolegliwościami. Unieważnienie następuje w mgnieniu oka, pstryk, coś było i nie ma tego czegoś. Zachwycałaś się trafnymi słowami w jakiejś książce, pstryk, ale banał i bzdet. Ludzie tracą głowę dla jakiegoś filmu, pstryk, łeee… Zatkany odpływ, potrzeba hydraulika, nie masz chęci wydzwaniać: najwyżej się nie umyjesz lub umyjesz w kuchni. Po kilku lub kilkunastu pstrykach zaczynasz dostrzegać jakim jesteś odmieńcem w morzu współplemieńców, współobywateli i w ogóle na całej ziemi nie masz nikogo podobnego doświadczeniem… A nawet, jeśli kogoś masz, to wcale nie masz ochoty go słuchać i oglądać. Żałujesz, że nie jesteś kretem w podziemnych korytarzach, żabą w ciepłym, przyjaznym błocku, rakiem w podwodnej kryjówce, której wejście zastawiłaś kamieniem.

Doczekałaś się nareszcie.

Świat powinien być piękny, radosny, opromieniony, ale nie jest. Może nawet jest jeszcze gorszy, nie masz już bowiem na co czekać.