Poprawianie szarfy i inne rytuały

Drażni mnie oglądanie jak oficjele składają wieńce przy rozmaitych okazjach. Oczywiście wieńców nie noszą sami, targa je za nich ktoś inny. Ważniak zaś podchodzi do wieńca i poprawia na nim wstążki. Czasami wstążki są już ładnie rozłożone przez niosącego (najczęściej żołnierza) więc ważniak psuje po prostu ich estetykę. Jest to jeden z tych przejawów życia społecznego, w którym widać wyraźnie fałsz i nadęcie. Chciałoby się zawołać: jeśli tak bardzo czcisz zmarłego, to czemu boisz się ciężaru wieńca, który i tak poniósł byś zaledwie kilka kroków!

Oficjalne uroczystości obfitują także w różne przemówienia. Tych po kilku minutach często ma się już dość, niezależnie od tego, co mówią przemawiający. Kiedy patrzę na takiego mówcę, który dysponuje zaledwie trzema rodzajami gestów, identycznymi dla każdej ręki, po kilku minutach machania można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z dzieckiem naśladującym dyrygenta orkiestry: rysując w powietrzu trójkąty prostokątne z najdłuższym bokiem skierowanym do góry lub trzywierzchołkową falę, podkreśla swoją pozycję, a nie umiejętności, bo dyrygentowi nie wystarczy machanie rękami, wszak nie o to chodzi w muzyce. Ale dziecko tego nie wie, a politykowi wmówiono, że takie gesty oznaczają ponoć szczerość (!) przekonań.

Człowiek o twarzy jak wyrzeźbionej z mydła lub oddanej z gumy zawiesza głos na długą minutę, aby słuchacze sądzili, że jego słowami kieruje namysł lub emocja rzekomo skrzętnie ukrywana mocą wrodzonej kultury stateczności przynależnej temu stanowisku. Fałsz aż bije z tej gumowej twarzy; ograne chwyty tylko go podkreślają. Kiedyś mawiało się: uśmiech nr. 5, dziś można to zmienić na: broda do góry, będziesz bardziej posągowy na raz dwa trzy. Takty oczywiście.

O kłamstwach polityków wszyscy wiedzą, przyjmują je więc jak naturę rzeczy – oficjele już tak muszą mieć, nie zwracajmy na to uwagi. Jednak nasz instynkt wierci wewnątrz nas jakąś małą dziurkę, którą nazwać można właśnie irytacją. Czy zwierzęta mogą kłamać? Nie mam pojęcia, chociaż jednak skrywanie się w gąszczu i cierpliwe wyczekiwanie na ofiarę lub na jej nieuwagę mogłoby zostać zaliczone do pewnej formy oszukiwania. Wówczas człowiek, jako zwierzę, genetycznie dysponowałby środkami zapobiegającymi lub utrudniającymi oszustwo potencjalnego agresora. Może więc nasza irytacja jest taką formą prymitywnej intuicji, ostrzegającej przed zasadzką i fałszem.

Moi rodzice zawsze mówili, że złe jest szydzenie z cudzego wyglądu i cudzego zachowania. Podzielałam ten pogląd przez wiele lat, dopóki nie nadeszły czasy, kiedy dysponując nadmiarem wolnych chwil i z powodu bólu oczu czytanie książek muszę od czasu do czasu zastąpić oglądaniem telewizji, a w tym i polityków. Mój telewizor zaś ma taką wadę, że żeby dostać się na „Netfliksa” albo w inne internetowe miejsce, muszę przynajmniej 5 minut pooglądać ustawioną stację z wiadomościami. Przestawić kanału się nie opłaca, pozostaje odczekać bez entuzjazmu, ale też i bez zbytecznej niechęci. Ot taki obrazek, jaki nasuwa się nam przed oczy, dopóki oczywiście nie zacznie uwierać i denerwować.

Napisał ktoś na Facebooku: „oddam buty do łaciny”. W pierwszej chwili nie zrozumiałam znaczenia słowa (chodziło o tańce latynoamerykańskie), chociaż wiem, że gdyby napisano: „oddam japonki” wiedziałabym, o co chodzi, to także buty, choć nie tak wyspecjalizowane. Tak jest i z gestami polityków i ich zachowaniem publicznym – od razu wiadomo z założenia, że kłamią, gdy posługują się wyuczonymi ruchami dość prymitywnym zasobem gestów tzw. (niesłusznie) mową ciała. Prawdziwa mowa ciała wszak odzwierciedla osobowość i indywidualność danego człowieka, a nie jakiś wydumany zasób ruchów, rzekomo o czymś świadczący, na ogół nie wzięty z naszego zasobu kulturowego tylko od tych zza oceanu. Prezydent Ukrainy w swoich codziennych wystąpieniach nie macha rękami, nie czyni trójkątów w powietrzu, chociaż jest zawodu aktorem i pewnie gestów podkreślających słowo zna o wiele więcej, niż przeciętny polityk. I jest bardziej nasz. Nie stosuje ich jednak raczej  dlatego, że właśnie wierzy w to, co mówi, jest szczery i nie owija w bawełnę. Ewentualna gestykulacja jest niedostrzegalna na pierwszy rzut oka, bowiem stanowi rzeczywistą mowę ciała człowieka ze zbliżonego kręgu kulturowego. To chyba także powoduje jego popularność na świecie.

Co do gestykulacji – mam także własne doświadczenia i spostrzeżenia. Ongiś, wieki temu, gdy rzuciłam palenie papierosów, miałam taki gest: podnosiłam w górę dłoń, ale w połowie ruchu, gdy orientowałam się, że nie mam w niej papierosa, dotykałam nasady nosa i pocierałam go, wytracając energię ruchu. Moja dyrektorka poinformowała mnie, że gest ten jest oznaką nieszczerości i powinnam nad nim zapanować jako że reprezentuję publicznie firmę uosabiającą pewność i zaufanie. To skłoniło mnie do zainteresowania się tym problemem i zaowocowało dostępem do stosownego amerykańskiego podręcznika (polskich materiałów ogólnodostępnych wówczas jeszcze nie było). Nabyłam dzięki niemu mnóstwo niepotrzebnej wiedzy, jako, że my, Polacy, inaczej odbieramy gesty, a przynajmniej odbieraliśmy wówczas, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Zaczęłam jednak od opisu składania wieńców. Noszenie ich przez kogoś innego, a składanie przez osobę ważną, ukoronowane poprawianiem wstęgi ,nie jest żadnym prawdziwym hołdem, a naśladownictwem, mającym ukazać w zunifikowanej formie wysoką pozycję składającego. Machanie rękami nie jest dyrygowaniem otoczeniem, a nędzną namiastką poczucia władzy.

Przeczytałam ostatnio takie zdanie: „…światło świeci w życiu jedynie przez bardzo krótki czas. Może tylko przez kilkanaście sekund, jeżeli ten czas minie I jeżeli człowiek nie zdąży znaleźć danego mu objawienia, nie będzie już miał powtórnej okazji. I być może przyjdzie mu spędzić resztę życia w głębokiej samotności i żalu, od których nie ma ucieczki…” (Haruki Murakami „Kronika ptaka nakręcacza).

Wierzyłam i wierzę, że każdy człowiek w swoim życiu doznaje czasem olśnienia, błysku zrozumienia; jednakże po chwili to poczucie rozmywa się, ginie bezpowrotnie. Tylko niesłychanie rzadko po takim błysku następuje rzeczywiste zrozumienie, choć i ono może po chwili ulec zapomnieniu. Wiadomo jednak znacznie dłużej, że chwila taka miała miejsce i że tylko nasza nieuważność nie pozwoliła rozwinąć się jej i pozostać na dłużej. Czasami nasz żal trwa tak długo, że fakt pozostaje niezapomniany, choć myśl dawno uleciała.

Czuję się właśnie tak, jakbym przez całe życie zbliżała się i oddalała od takiego światła, które w mgnieniu przynosi wiedzę, o tym, co jest ważne dla mnie. Czasami wydaje się, że ten błysk jest tuż, tuż, ale zanim nadejdzie i przeminie, nie odgadnę go, jakkolwiek bym się nie zbliżyła. Z obserwacji jednak wiem, że wywołują go najczęściej rzeczy drobne i ulotne, drażniące ale nigdy niezdefiniowane. Może jest to śmieszne, ale poprawianie wstęgi na wieńcach i czynienie obiema rękami trójkąta wydaje się zbliżać mnie do tego błysku zrozumienia. Tylko zbliżać, nic więcej. Tylko że czasu mam coraz mniej i może się okazać, że błysk zrozumienia był zwodniczy.

Wojna w nas

Tej nocy wróciłam na wojnę. Ostatni raz przebywałam na niej jako kilkuletnia dziewczynka i zapamiętałam przede wszystkim koszmar wybuchów i wizg pikujących samolotów, fruwające strzępy kraciastego czerwono-białego obrusa i białe pierze, które można pomylić z chmurą. Kiedy obudziłam się, zrozumiałam że wojna dzisiaj jest inna. Nie jest kolorowa, jest szaro-czarna, a szmaty są bezbarwne i poszarzałe.

Mimo że te obie wojny, ta z moich koszmarów i ta rzeczywista pozornie różnią się bardzo od siebie, w gruncie rzeczy są podobne. Helikoptery nie pikują, a posuwają się statecznie, nisko i spokojnie, powoli wypuszczając grzmot i ogień. Z góry nie sypie się pierze, a kamienie i żelastwo. Krew nie jest krwią, bo obraz telewizyjny w trosce o ludzką wrażliwość zamazuje jej barwę, zaciera kształt i osobowość zwłok. Pozwala dojrzeć jedynie szczegół: fioletowy klapek, zabawkę z urwaną głową, modny but, który poleciał daleko od zwłok, lakier na paznokciach ofiary, rozsypane ziemniaki z rozdartej reklamówki. 

Widzę i wiem, że najmniej szans mają zwykli ludzie, tym gorzej ma ten, im jest starszy i mniej sprawny albo nieogarnięty lub niefrasobliwy. I ten, kto nie wyjechał na czas – gdy wszystko dookoła było jeszcze spokojne i tylko oni wyczuwali, że coś wisi w powietrzu.

Dzieją się rzeczy wielkie

I straszne

Ale rzeczy małe

Też bywają straszne

Wolę małe

Ale nie one mnie wybierają

Zaliczam więc małe do delikatnych i łagodnych

Mimo że

Bo coś wielkiego musi zawsze się spierać z czymś małym

Małe słupki muszą ograniczać przestrzeń

Robią to lepiej niż duże pylony i wielkie wydarzenia

Zachowują więcej nas z nas.

Zatraciłam już zdolność przewidywania. W cichej nadziei, że moje życie dobiegnie w spokoju i męczącej jednostajności, jak w letarg zapadałam w marzenie o bezbolesności nieuchronnego końca. A tymczasem…

Słyszę dzisiaj w telewizji wypowiedź kogoś, że w Polsce mamy 2 miliony wolontariuszy i że siedemdziesiąt kilka procent spośród nich nie przestanie pomagać uchodźcom, dopóki będzie taka potrzeba. Co się stało więc z tymi młodymi ludźmi, którym zarzucano odklejenie się od rzeczywistości i życie w bańkach? Dlaczego wrócili na ziemski padół opuszczając wygodne gniazdka sztucznych przestrzeni?

Czyżby odkryli, że nie jesteśmy tym co jemy, a tym co robimy, naprawdę i namacalnie? A może dowiedzieli się, że robienie czegoś konkretnego na rzecz innych ludzi na swój sposób, nie ustalony i nakazany przez innych, daje poczucie bliskości i szczęścia, o które tak trudno w czasach, gdy szczęście uważa się za coś, co się każdemu należy bez względu na zasługi i wysiłki. Co najdziwniejsze, niektórzy przekonują się, że ponoszenie pewnych kosztów osobistych i psychicznych, wynikających ze starć różnych osobowości, kultur i przyzwyczajeń, samo z siebie przynosi satysfakcję z pokonania własnych ograniczeń. Ci którzy Goszczą uchodźców w swoich domach, odczuwając z tego powodu dyskomfort, czynią jednakże wysiłki, aby przemóc swoje negatywne wrażenia, czasem nawet niepotrzebnie i nadmiernie siebie ograniczając. Satysfakcja płynąca z własnych utrudnień na rzecz innych osób, które dotknął los jest czymś widać niezbędnym dla człowieka, choć o tej niezbędności zapomnieliśmy.

Z tego punktu widzenia nie tylko uchodźcy, ale i my odnosimy korzyści z naszych postaw i postępowania. Małe rzeczy zachowują więcej nas z nas.