Mania prześladowcza

Obserwuję coraz częściej, jak starsze osoby opanowuje mania prześladowcza. Zawdzięczamy to także ostrzeżeniem przed kradzieżami „na wnuczka” albo „na milicjanta” czy „na prokuratora”. Osiedla, mające wielu starszych mieszkańców, organizują nawet spotkania informacyjne z dzielnicowymi. W świecie starszych ludzi, otwartych na kontakty z innymi, świat przestaje być zrozumiały i przyjazny i w końcu nie wiadomo, co lepsze, być okradzionym, czy być nadmiernie ostrożnym.

Wczoraj siedziałam z moją rówieśnicą przy kawie i ciasteczkach w moim mieszkaniu i nadrabiałyśmy zaległości od ostatniego naszego spotkania. Wysłuchałam sprawozdania z pogrzebu pewnej 95-latki i z chorób znajomej. Posłuchałam o różnych rodzinnych zawirowaniach osób mi znanych i nieznanych, Same w sobie takie tematy są dołujące, a towarzyszyły im odgłosy karetek z niedalekiej przelotówki. Cóż, zima nie jest przyjazna starszym ludziom. Ale też dobrze nam robi uświadomienie sobie, że póki co, różne nieszczęścia przytrafiają się innym ludziom, nie nam. Czasem to podnosi na duchu.

Na mój telefon domowy (obecnie Orange, spadkobierca Tepsy, któremu ongiś nakazano udostępnić wszystkie numery konkurencji) zadzwonił jakiś człowiek i zapytał, czy kiedyś zgłaszałam awarię anteny zbiorczej. Owszem, zgłaszałam, a było to wcześniej, jak przed osiemnastu laty, kiedy robiłam remont mieszkania i nie miałam jeszcze kablówki obecnej firmy, bowiem poprzednia zakończyła swoją działalność, a moja spółdzielnia mieszkaniowa nie zgodziła się na współdziałanie kilku mieszkańców i wspólne połączenie internetowe. W każdym razie, były to lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Oczekiwali na ofertę firmy, która przyniesie  profity spółdzielni albo jej kierownictwu, a nie na działalność prywatną z zasięgiem na jednym piętrze. Wówczas oczywiście ważne było dla mnie posiadanie dostępu do anteny zbiorczej w bloku.  Przyszedł wtedy pan monter, wymienił gniazdko, nie ruszane od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zostawił jakiś kabel  z pyckiem na końcu, który do niczego nie pasował, a zwłaszcza do telewizora i zmył się. Antena zbiorcza, jak nie działała  wcześniej, tak nie działała dalej, ale w międzyczasie kablówkę przejęła inna firma i antena przestała mi być potrzebna. Teraz w ogóle, za sprawą Netfliksa, nawet kablówka potrzebna mi tylko jako dostęp do wiadomości, prezentowanych przez różne stacje komercyjne.

Tak więc wieczorową porą zadzwonił na mój numer telefonu domowego (utrzymywanego tylko przez moje lenistwo) pan, który zapytał, czy prawdą jest, że ongiś zgłaszałam awarię anteny. Odpowiedziałam, że istotnie, a było to więcej niż dziesięć lat temu. Na to on, że ktoś z pierwszego piętra nie ma zasięgu w antenie zbiorczej, a na drugim pietrze zamurowano otwór w ścianie kryjący gniazdko, więc jeśli ja nie zamurowałam, to chciałby na chwilę zerknąć i sprawdzić. Jestem na ogół otwarta na problemy techniczne w bloku, ale też dość ostrożna, więc kalkulowałam szybko: ktoś, kto powiązał mój numer telefonu stacjonarnego z adresem (o który nie pytał), musi istotnie mieć związek z administracją spółdzielni, w dodatku nie jestem w mieszkaniu sama, mogę więc na chwile wpuścić człowieka, co zrobiłam.

Za chwilę pożałowałam tego. Pan zachowywał się jak słoń w składzie porcelany, to znaczy między moimi kablami, na tyłach telewizorni. Dla normalnego człowieka to nie problem, jakieś ich rozłączenie. ale dla mnie ogromy. Nie jestem w stanie się pochylić, żeby sprawdzić wszystkie podłączenia, czasami więc po energiczniejszym sprzątaniu czekam kilka dni bez telewizji i internetu, aż trafi się ktoś, kto zrobi to dla mnie. Najniższa półka regału, za którą kryło się gniazdko, zawiera książki rzadko wyciągane i wyjęcie ich wymaga kogoś kto je włoży z powrotem. Tak więc pan przydeptał i szarpnął za jakieś kable, powyciągał książki, przy okazji kabel od klimatyzacji, poświecił sobie jakimś światełkiem za regałem, wyciągnął nieznego przeznaczenia przyrząd i potem niezdarnie usiłował przywrócić porządek. Był bardzo miły, ale też mocno zdziwiony, że w ogóle ktoś ma jakieś wymagania odnośnie szarpania i przydeptywania kabli i sprawdzaniu potem połączeń. Po prostu granice jego rozumienia świata starszych i niepełnosprawnych, były mocno ograniczone. Trochę mnie to bawiło, ale wówczas zwróciłam przede wszystkim uwagę na moją znajomą.

Była wobec pana mocno nieuprzejma i podejrzliwa. Zaglądała mu przez ramię, sprawdzała, niczym prywatny detektyw, panna Fischer, kobieca odmiana Sherlocka, co robi; wyrażała zdziwienie, że nie jest pewien, w którym miejscu przebiega kanał dla przewodów anteny, skoro za PRL na całym osiedlu gniazdka były w tym samym miejscu (jakby pan ten pamiętał PRL!)  i ostentacyjnie demonstrowała brak zaufania do niego. Ostatecznie to nie było moje zmartwienie, ale z zaciekawieniem poznawałam, nieznane mi wcześniej oblicze, skądinąd miłej i uprzejmej osoby.

Kiedy pan wreszcie opuścił moje mieszkanie, stwierdziwszy wcześniej, że u mnie też antena zbiorcza nie ma zasięgu; moja znajoma zaczęła mnie bardzo przepraszać za swoje zachowanie. Zażartowałam sobie trochę z nas, podejrzliwych babć i w ramach wyjaśnień usłyszałam długą opowieść o tym, że w dobie powszechności podsłuchów, wizyta każdego montera (w dodatku znającego prywatny telefon) jest mocno podejrzana. Twierdziła ona, że osoby rzadko opuszczające swoje mieszkanie, muszą się liczyć z takimi wizytami, ponieważ utrudnione jest tajne zakładanie im podsłuchów, w czasie ich nieobecności.

Oczywiście broniłam się, jak każdy naiwny, że nie mam nic do ukrycia, ale wyperswadowano mi, że nikt nie jest pewien, jaki jego kontakt może być podejrzany i powoduje instalację podsłuchów. Na moją uwagę, że dokładnie obserwowała ruchy tego pana i chyba nie zdołałby on niczego takiego zrobić bez zauważenia przez nią, wyśmiała moją bezbrzeżną naiwność.

Wiedziałam, że współczesność bardzo polaryzuje postawy ludzkie. Świat jest albo czarny, albo biały, brak mu szarości, a sprawom, niuansów. Wydawało mi się jednak, że podobne myślenie jest (przywilejem? udręką? właściwością?) ludzi młodych. Sądziłam, że ludzie starsi, którzy wiele przeżyli i przemyśleli, na własnej skórze doznali paroksyzmów propagandy lat tuż po II Wojnie Światowej, są odporniejsi na docierające do nich sugestie. Wszak moja towarzyszka (ani ja) nie mamy niczego „za uszami”, przebywamy w środowisku ludzi uczciwych i nie mających podejrzanych związków, czy kontaktów, powinnyśmy więc patrzeć na otaczający nas świat realnie i zdroworozsądkowo. Nawet gdyby wśród naszych znajomych ktoś taki się trafił, to ewentualny podsłuch okazałby się trafieniem kulą w płot. Uważam teoretycznie, iż karygodne jest nadmierne wykorzystywanie bez sądowej kontroli środków śledzenia obywateli, ale nie powinnyśmy sądzić z tego powodu iż same jesteśmy zagrożone. Ja na przykład (i moja znajoma) nie uważam się za zagrożoną kradzieżami „na wnuczka” i podobnymi, ponieważ nie jestem podatna na manipulacje (ona też). Skąd więc bierze się ta nadmierna, moim zdaniem podejrzliwość? Z ogólnej atmosfery?

Stawiam się w pozycji mojej znajomej i staram się zrozumieć tok jej myślenia. Ostrzeganie starszych ludzi przed przestępcami, ma swoje drugie, ciemniejsze oblicze. Nie pozwala spokojnie spać bez kilkukrotnego wstawania w nocy i sprawdzania, czy drzwi są zamknięte (jeśli często czegoś zapominamy), albo czy gaz jest zakręcony. Wyczuwalny w ostatnim czasie w Warszawie smog, wciskający się nocą przez rozszczelnione, dla dopływu świeżego powietrza okna, w połączeniu z sygnałami straży pożarnej i karetek dobiegającymi często z głównych ciągów komunikacyjnych, w zestawie ze słabym snem starszych ludzi, powoduje, że zrywam się z uczuciem, iż palą się gdzieś, jakieś kable. Może u mnie? może piętro niżej? Może w moim bloku? Uciekać czy dobudzić się?

Nie jesteśmy wolni na starość od naszych fobii, a współczesność tylko je potęguje. Wiadomo, że przechodząc przez pasy, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, nawet jeśli nie wychodzimy z domu, że otaczają nas ludzie nieodpowiedzialni, a wielu z nich o złych zamiarach, ale nieustanne przestrzeganie nas przed nimi, burzy nasz wewnętrzny spokój. Dajemy się porwać urojeniom w sprawach nawet nam nie zagrażających. I wobec świata, zamiast uśmiechu i przyjaznej akceptacji ,mamy warczenie i lęk. Ów pan monter, wychodzący z mojego mieszkania, mógł pomyśleć sobie ,że trafił na dwie kopnięte wariatki i że starsi ludzie tak mają, słusznie się więc nikt nimi nie przejmuje. Nie zauważył zapewne, że generalnie jestem przyjazna światu (co obrazuje poniższe zdjęcie zrobione przez znajomą w chwilę po jego wyjściu. Nie zgadniecie jednak, co zawołała, żebym się uśmiechnęła! W każdym razie była to sugestia wobec pewnego polityka, zmyślna i dziwaczna.

IMG_6584

 

O miłości na przednówku

Przeczytałam gdzieś taki cytat:

„Miłość – to pierwsze słowo Boga, myśl pierwsza, jaka przemknęła mu przez mózg. Kiedy rzekł: – Niech się stanie Światło! – wtedy stała się Miłość. I wszystko, co stworzył, było doskonałe, i niczego już nie chciał przetwarzać.” Knut Hamsun (?)”

Jeżeli istotnie tak powiedział, to wykazał się znaczną naiwnością i brakiem rozsądku. Załóżmy, iż wiedział, co Bóg naprawdę pomyślał — to jeżeli istotnie Bóg tak pomyślał, to był jeszcze mniej rozsądny, niż jego apologeta. Jak bowiem ktoś, kto nadał Wszechświatowi martwemu i żywemu tak ogromną różnorodność, mógłby sądzić, że najlepsze jest to, co zastyga w niezmienionej formie i nie podlega żadnym zmianom. Jeśli istotnie Bóg jest Bogiem, powinien stworzyć system samonaprawiający się, bowiem zmiany zachodzą we wszystkich komórkach wszechświata, jedne korzystne inne nie (z różnych, także i boskich punktów widzenia), więc aby nie męczyć się ręcznym sterowaniem całym ustrojstwem, powinien stworzyć swego rodzaju autopilota, zastępującego go, gdy nie ma ochoty zajmować się wszechświatem (możliwe że tylko tym, jednym z wielu).

Akurat miłość nie jest tworem doskonałym, wręcz przeciwnie. Niektórzy historycy twierdzą, że jeśli dodamy do słowa „demokracja” przymiotnik, np. ludowa, robotniczo – chłopska, ateńska, obywatelska itp, to przestajemy już mieć do czynienia z prawdziwą demokracją, jako taką. Skoro więc miłość nie jest tworem jednorodnym, tylko posiada mnóstwo odmian, gatunków i podgatunków ( np: rodzicielska, matczyna, erotyczna, ojczyzny, przyrody, bezgraniczna – a więc znacznie więcej niż demokracja) nie jest prawdziwą miłością, tylko jej licznymi cieniami.

Podobnie ja widzę oddzielny rodzaj miłości – miłość na przednówku. Kiedyś mówiło się o miłosnych wyborach niektórych osób: z braku laku lub lepszy wróbel w ręku niż kanarek na dachu. Miłość na przednówku jest poszukiwaniem ciepła, skądkolwiek by przyszło, zaspokojenia głodu, czymkolwiek się da. Kiedy w przyrodzie jest zimno, ciemno, głodno i chłodno, pomoże nam byle derka, zaspokoi apetyt skórka od chleba. Sęk w tym, że w kulturze, gdzie prawdziwy głód i prawdziwy chłód spotyka się rzadziej niż kiedyś, ludzie na zadowalają się byle skórką od chleba. Cierpiąc głód, wyrzucają kilkudniowe pieczywo, bowiem są głodni na pizzę na przykład, albo na coś, co chwilowo nie jest dostępne. Powstaje więc w ich głowach chaos i nie wiedzą, czego naprawdę potrzebują. Budują więc w swoich mózgach idee i rzekomo dążąc do nich, zaspokajają się przypadkowo wykopanym korzonkiem ze zmarzniętej gleby, na wpół zgniłym i bez daty przydatności do spożycia.

W tym dążeniu do idealnej miłości powstają najpierw wyobrażenia o tym, jaka powinna być. I tak naprawdę to jest interesujące, a nie szczegóły opisu spożywania potrawy. W przeciwnym wypadku stajemy się podobni owej nastolatce, wypytywanej przez kogoś, czy naprawdę kocha swojego chłopaka i jak wyglądał jej pierwszy raz. Dziewczyna odrzekła, iż chłopak jest ideałem wręcz, bardzo go kocha, a pierwszy raz był super, bowiem odbył się w pościeli i pod dachem.

Skąd ten temat? Przeczytałam ostatnio bardzo interesujące dwa artykuły Justyny Karolak, omawiające błędy pisarzy w przedstawianiu spraw erotycznych w literaturze.

http://karolakowo.pl/pisac-sceny-erotyczne-literaturze-pieknej/

http://karolakowo.pl/pisac-sceny-erotyczne-literaturze-pieknej-czesc-ii-haruki-murakami/

Artykuły zawierają wykaz podstawowych błędów oraz przykłady literackie trafionych i nietrafionych fragmentów prozy w świecie kultury obrazkowej, z jaką większość z nas ma do czynienia. Autorka porusza problem nieodpowiedniego doboru słów do opisywanych scen, rozziewu między faktami, a wyobrażeniami; konieczności wyważenia między podniosłością, a zwyczajnością, namacalnością  oraz między stroną jasną, a ciemną w opisie doznań. Artykuły są bardzo ciekawe i warto się z nimi zapoznać.

Czytając je, wydawało mi się jednak, że autorka pomija w swoich rozważaniach coś niemniej istotnego. Przede wszystkim tzw. sceny miłosne są w literaturze prawie wyłącznie scenami erotycznymi, w dodatku takimi, które – jak trafnie zauważa – często powielają sceny z filmów, gdzie to, co tkwi w głowie bohaterów, nie może być przedstawione dosłownie, a wyłącznie w kontekście. Dlatego też dla mnie pisanie scen erotycznych w powieści jest w ogóle stratą czasu, zostawmy je sztukom wizualnym. Udając się na przedstawienie baletowe, nie oczekujemy, że tancerze będą spółkować na scenie, za to wnioskujemy o ich uczuciach z relacji z innymi bohaterami przedstawienia, atmosfery scen, gdy są ze sobą, szczegółów dekoracji i kostiumów, które nawiązują do pewnej symboliki związanej z miłością.

Opisy przyrody w literaturze, nieraz bardzo rozbudowane i finezyjne, sprawdzały się w czasach kina niemego i czarno-białego, lub wcześniej, gdy filmu jeszcze nie znano. Straciły teraz sens bytu, ponieważ inne media są w stanie skuteczniej oddać piękno lub brzydotę tego, co nas otacza i co każdy ma w pamięci z niezliczonych obrazków. Dlatego w literaturze zamiast opisów, wystarczają krótkie przywołania lub odniesienia.

Oczekiwanie więc po literaturze, że będzie pokazywała „szał ciał” łącznie z ich detalami, zapachem, dotykiem, wyglądem, energią itp. jest niewolniczym trzymaniem się sztampy,nawet gdy pisarz robi to z pewną erudycją, jak stawiany za przykład Murakami, który finezyjnie opisuje seks z prostytutką i ze zwykłą dziewczyną sprawiając, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który opis dotyczy której kobiety.

Dla mnie osobiście, najciekawsze w literackich scenach miłosnych jest nierozładowane napięcie, nie mające żadnego odzwierciedlenia w podejmowanych czynnościach. Nie epatują mnie opisy wizualizujące scenę, ani erotyka z pogranicza zwyczajności,  ani wszystko to, co dostępnymi pisarzowi środkami, usiłuje on dokładnie i detalicznie przedstawić – z prostego powodu. Uważam, że literatura jest obszarem współpracy pisarza z czytelnikiem, gdzie ten pierwszy łaskawie pozostawia swojemu odbiorcy pewne pole do wyobraźni, wspominania własnych marzeń i fascynacji, porównywania ich, poszukiwania odpowiedzi na pytania tylko pośrednio związane z seksem. Wszak wykonywany seks jest kopalnią sensów – może być nie tylko przyjemnością, ale bywa też walką o władzę, próbą rekompensowania sobie doznawanej pogardy, realizacją wyobrażeń (mniej lub więcej udaną), upustem nagromadzonej goryczy i wreszcie, możliwością dostępną danej osobie, czasem dość ograniczoną. Bywa też marzeniem, które zaspokajać może po części coś zupełnie innego. W dodatku nie zawsze wiemy, z czym bohater powieści ma do czynienia; bowiem czasem on też tego nie wie. Prawdy możemy dociec jedynie z kontekstu. I to jest właśnie w literaturze fascynujące, a nie różne, nawet najlepiej skomponowane opisy scen miłosnych. Zawsze będą grzeszyć dosłownością.

Chyba… Chyba, że jest to właśnie miłość na przednówku, dostępna przeciętnemu zjadaczowi chleba w powieści o kolorowej okładce, napisanej krótkimi zdaniami (mniej niż 20 słów), o akapitach liczących nie więcej niż 4-6 wierszy, bez użycia przesadnie mądrych albo rzadko aktualnie używanych słów, starannie unikając strony biernej i zaprzeczeń. Produktem dla jej zaspokojenia sprzedawanym za niewysoką cenę, możliwie jak największej liczbie kupujących lubiących konkrety.

 

Wysiedlone dusze

Przeczytałam gdzieś o nich:

„Najczęściej te nawiedzone, rzadko występujące istoty są związane ze szczególnym rejonem geograficznym. Badacze specjalizujący się w zakre­sie zjawisk dotyczących duchów twierdzą, że owe niezrównoważone isto­ty przebywają w bezludnych rejonach pomiędzy niższą sferą astralną Ziemi a światem duchowym. Jednak moje własne badania skłaniają mnie do przy­puszczenia, że dusze te nie są ani zagubione w przestrzeni, ani demoniczne. Po śmierci fizycznej zdecydowały się one z własnej woli pozostać przez ja­kiś czas w sferze ziemskiej ze względu na wysoki stopień nieukontentowania. Moim zdaniem są to okaleczone dusze, ponieważ są tak bardzo oszoło­mione i mają w sobie tak wiele rozpaczy, a nawet wrogości, iż pragną, aby ich przewodnicy trzymali się od nich z daleka. Wiemy, że można, stosując różne metody, na przykład egzorcyzmy, zlokalizować wrogie, wysiedlone istoty i spowodować, by przestały one niepokoić ludzi. Można przekonać duchy przebywające w ciałach innych osób, aby odeszły i ostatecznie prze­niosły się we właściwy sposób do świata duchowego.”

W 1996 roku, po wypadku komunikacyjnym, któremu uległam, przebywając w szpitalach i sanatoriach, zmuszona całkowicie przewartościować swoje życiowe plany, zainteresowałam się tym, co umyka naszemu rozsądkowi. Początkiem zadawanych pytań był problem tzw. „choroby szpitalnej”. Wydawałoby się, że chory, przebywający w szpitalu, w którym jest intensywnie leczony i którego stan zdrowia bezspornie się poprawia, powinien czuć się coraz lepiej. Tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie. Pewna lekarka uświadomiła mi, że zjawisko to, nazywane chorobą szpitalną, jest powszechnie znane, a terminem granicznym, od którego samopoczucie chorego, zamiast poprawiać, pogarsza się, jest 2-3 tydzień pobytu. Mądrzejsza nazwa brzmi: depresja anaklityczna. Różne są tłumaczenia tego fenomenu. Przeważnie określa się go jako schorzenie wywołane uzależnieniem samopoczucia pacjenta od istniejącego w szpitalu i narzucanego mu trybu życia; sytuacja ta wytwarza u niego uczucie bierności, bezradności i utrudnia przystosowanie się do życia poza szpitalem. Inne źródła podkreślają izolację od osób bliskich, zwłaszcza u dzieci rozstanie z matką, widząc w niej pewną odmianę „choroby sierocej”.

Niestety, brakuje sensownych wyjaśnień dlaczego tak się dzieje nie w pierwszych dniach pobytu, a po jakimś czasie. Wspomniana lekarka tłumaczyła mi, że tak duże nagromadzenie chorób, cierpienia, lęku, poczucia niepewności i izolacji gromadzi się na jednym, stosunkowo niewielkim terenie, wręcz wsiąka w mury łącząc się z typowo szpitalnymi zapachami, niczym feromony, substancje należące do grupy infochemicznej i zaczyna działać jak one. Zapach ciała informuje innych o nastawieniu, emocjach, ekscytacjach i lękach, a ponieważ szpitalne doznania są raczej negatywne, takie i też są odczucia osób nawet tam zdrowiejących. Ciekawe jednak, że choroba ta ma ponoć (?) inne przyczyny u dorosłych, inne u dzieci, co mnie, osobiście nie przekonuje. Nie mówi się też głośno o tym, że najgorsze są te oddziały szpitalne, gdzie wielu chorych umiera, chociaż sądzę, że doznawanie śmierci przez umierającego, należy do największych traum w życiu.

Niektórzy chorzy opowiadali o wysiedlonych duszach zmarłych, plączących się po szpitalnych korytarzach, szeptem dodając, że szczególnie odczuwają to w szpitalnych kaplicach.

W tamtym czasie poznawałam wiele opowieści o kobiecych losach pacjentek oddziałów kardiologicznych i wewnętrznych różnych szpitali i na kanwie niektórych z nich powstała moja powieść „Sierotka”. Zapisanych historii, biografii zwyczajnych kobiet, uwikłanych w życiowe trudności i przeszkody mam znacznie więcej. Nie wszystkie pochodzą ze szpitali, wiele opowieści ma swoje źródła w zwierzeniach osób, z którymi łączyły mnie stosunki służbowe lub prywatne, albo przypadkowe przebywanie razem i nudne oczekiwania na coś. Moim zamiarem było wówczas stworzenie antologii „Wysiedlone dusze”, gdzie wszystkie te osoby mogłyby opowiedzieć o swoich losach ukazując, że nie ma życiorysów nieważnych i osób pozbawionych znaczenia – żadna z nich nie przebiła się tylko ze swoją historią do szerszego grona osób i dlatego zostały zapomniane – właśnie jak owe wysiedlone dusze na szpitalnych korytarzach i w kaplicach.

Z racji swojego wieku nie mam wiele nadziei, że uda mi się ukończyć owe przedsięwzięcie, dlatego też sukcesywnie publikować będę (jako dokument PDF) na swojej stronie autorskiej w zakładce „TEKSTY” niektóre z tych opowieści. Można je bezpłatnie pobrać, czytać i rozpowszechniać do woli. Nie udostępniam ich na tym blogu z powodu objętości. Wcześniej z tego cyklu zamieściłam tam opowiadanie „Cień z latarką w ręku”, teraz dalsze trzy:  „Kluczyki”, „Lacrimosa”, „Nocne wahadło”, a w najbliższych dniach zamieszczę „Spojrzenie”. Zapraszam do lektury tych i innych tekstów na mojej autorskiej stronie

http://kasiaurbanowicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

Tradycje

Oglądam dzisiaj TV i słucham o wieloletniej tradycji pochodów z okazji Święta 3 Króli. Nie mogę się pozbierać w tych wszystkich rzekomych tradycjach! Dla mnie tradycja, to coś, co było za mojego dzieciństwa, czyli ok 80-100 lat wstecz. Nie uważam za tradycję czegoś, co powstało nie więcej, niż 10 lat temu, w dodatku nie jako zwyczaj przekazywany oddolnie  z pokolenia na pokolenie,  a jako reklama określonego stylu życia, spreparowana na zamówienie środowisk kościelnych, zainteresowanych wzmożonym kultem. Wykorzystuje się oczywiście rodzicielską miłość i chęć dostarczenia dzieciom rozrywki w dni wolne od pracy. Wykorzystuje się naturalną chęć przebierania dorosłych i dzieci, łącząc ją w dodatku z tradycjami Karnawału (zresztą powierzchownymi). Dlatego wszyscy noszą złote korony, dlatego pojawiają się żywe zwierzątka i postaci historyczne (przynależne w obchodach ni z gruszki ni z pietruszki), jak w tym roku nasz wielki poeta, Adam Mickiewicz. Założyli mu czarny płaszcz z tandetnej, najtańszej, błyszczącej podszewki i cylinder, wypożyczony z cyrku. Dobrze mu tak, skoro napisał zmorę uczniów, Pana Tadeusza.

Prawdziwy Karnawał był świętem niezależnym od sterników życia, stawał częstokroć na przeciwko ich chęciom i planom. Najlepszym przykładem są czasy terroru we Francji po rewolucji i w czasie rządów Robespierre`a, gdy na licznych karnawałowych balach odgrywano sceny śmierci zgilotynowanych przeciwników ustroju. Osoby im bliskie (matki, żony, kochanki) przywdziewały kamizelki ze skóry zgilotynowanych nieszczęśników, czcząc w ten sposób ich pamięć wbrew wszystkim i wszystkiemu, same nie mając pewności, czy i kiedy im przyjdzie umrzeć. Cielesne pamiątki po nich miały przywoływać świadomość i oswajać okrucieństwo tamtych czasów. Konserwować pamięć o nich. Przebrana w kamizelkę ze skóry ukochanej osoby, mogłabym kontemplować nie tylko mentalną, ale także cielesną pamięć o niej. Przywoływać ciepło dotyku, ucieleśniać CHWILE.

Dla mnie bliższe takiej tradycji byłyby publicznie odgrywane karnawałowe sceny zniewolonych sądów i wymyślonych procesów, przebiegających według najbardziej przerażających scenariuszy z nowych ustaw. Wszak ostatnio wyraźnie słychać głos zwolenników przywrócenia kary śmierci. Wszak w Karnawale błazen na tronie uzyskiwał moc decyzji jednego dnia. W czasach mediów społecznościowych taka zabawa byłaby o wiele bardziej sensowna i owocna. Poseł Suski jako Wszechmocny Błazen, może stanowić remedium na bolące stawy i serca staruszków.

Niestety, w czasach, gdy rzeczywista historia kompletnie rozmija się z historyczną narracją, tego rodzaju zabawy uważa się za niezbędne dla podniesienia prawidłowej świadomości narodu i nawet skąd inąd sensowni, młodzi dziennikarze, pieją o „tradycyjnych obchodach”. Nie mają o wiele więcej niż dwadzieścia parę lat i nie dano im wiele więcej czasu, żeby zastanowili się nad tym, co piszą. Lepiej narzucić swoją narrację niż oczekiwać, że lud sam coś wymyśli. Dziesięcioletnia tradycja, jako tradycyjna! Dobre mi sobie!

Swego czasu wyświetlano serial pod nazwą „Karnaval”, niestety nie do odnalezienia dziś – sprzęgnięty z kartami Tarota i astrologią. Może on tłumaczyć wysyp współczesnej „duchowości”. Jest ona jak kamizelka wykrojona z symboli i wielowiekowych wierzeń, pozwalających oswoić wszystko to, co manipulanci czynią z naszą rzeczywistością. Chwilowa bliskość ciała ukochanego tłumi nasz ból i marne perspektywy na przyszłość. Przestajemy żyć własnym życiem, gromadzimy substytuty. Kochamy na przykład niestandardowe waluty, jakieś bitcoiny, naszych proroków zdrowego, wegańskiego żywienia (ostatni problem – czy wolno nam antybiotykami niszczyć 2 kg bakterii w naszym ciele?), czy też nasze zwierzątka – ostatnio nie koniecznie prawdziwe, wierząc, że niosą nam nowe światło nowych czasów, jakieś wydumane „Jutrzenki swobody”.

Pewna kobieta napisała przed chwilą: „Witam 🙂 zwracam się z takim pytaniem: wierzycie w to, że kobieta będąc w ciąży nie może być matką chrzestna? Czy jeżeli już się zgodziła, to istnieje jakaś ochrona dla niej i jeszcze nienarodzonego dziecka?”

Inna zaś mierzy się z trudniejszym problemem: „Witam serdecznie. Od jakiegoś czasu z mężem jak tylko wchodzimy do domu, to czujemy się jakby chorzy (ból mięśni, osłabienie). Koty również zaczęły chorować.
Czy należy oczyścić mieszkanie? Jeśli tak, to jakie są sposoby?”

Moja długoletnia uduchowiona koleżanka wysyła mi zdjęcia swoich fusów od kawy wierząc, że intuicja podpowie mi, jak je interpretować. Inny zaprzyjaźniony człowiek sądzi, że wyrazem mojej odwagi jest publikowanie jakiegoś mojego snu. Mogę go pocieszyć: – to żadna odwaga. Ten sen zrozumieć mogę tylko ja, żaden zewnętrzny interpretator. To, co nazywam magazynem, ścieżką w lesie, czy stacją kolejową, jest tylko odzwierciedleniem  czegoś, co jest moją prywatną sprawą. Podobnie jak na karnawałowych balach we Francji odzianie w kamizelkę ze skóry ukochanego nie identyfikowało tego wszystkiego, co łączyło osoby bliskie.

Nie widzimy, że król jest nagi, a my chodzimy w kieracie. Przykro mi, ale czasu mamy coraz mniej.

zdjecie 24

Święta, święta i po świętach

Wracamy do rzeczywistości. Już zaskrzeczała w sylwestrową noc. Dla mojego pokolenia (jako dziecko przeżyłam Powstanie Warszawskie) wybuchy rac i petardy są mniej więcej tym, czym są dla zwierząt. Pewien pies, jak oszalały tak uciekał przed nimi, że aż nadział się na ostre pręty płotu. My, roczniki 42 i wcześniejsze mamy podobnie, jak zwierzęta, wdrukowane w pamięć znaczenie takich hałasów. W moich snach od wielu lat pojawia się połówka domu zmieciona wybuchem bomby, wirujące w powietrzu pierze z rozszarpanych poduszek i pierzyn i skrawki tkaniny białej w czerwoną kratę ( z jakiej ongiś robiono powłoczki, poszwy, ścierki kuchenne i serwetki). Jak zwierzę zrywamy się do biegu (instynkt wyprzedza rozsądek) i wracamy z powrotem na wygodny fotel lub do łóżka, ale nasze serca, wątroby, nerki dalej działają w trybie zwierzęcego strachu. Ja się nie boję, wiem przecież że to taka rozrywka, a nie wojna, ale mój organizm, moje ciało, zapamiętało ten strach dwu i pół letniego dziecka oraz parę widoków. Wspomniany na wstępie pies wisiał na płocie aż 7 godzin, zanim udzielono mi pomocy. Serce babci czy dziadka wariuje kilka dni, a kiedy mieszka sama, nie jest pewna, jak długo jeszcze wytrzyma. Nad psami wszyscy się rozczulają, niestety, nie nad ludźmi. Pieski się uspokaja, przytula, starcom pozostają jedynie wspomnienia albo złudzenia.

Ktoś może powie, że w Polsce jest niewiele staruszków pamiętających wojnę, więcej psów i kotów, nad których stresem trzeba się pochylić z troską. Nie jest to tak. Mamy sporo osób, które reagują podobnie: mieszkający u nas Czeczeni, Ukraińcy i inne – choć w niewielkiej liczbie – nacje, a zwłaszcza ich dzieci. Czy dlatego bronimy się przed przyjmowaniem ofiar wojen, bo musielibyśmy pomyśleć też o nich, nie tylko o naszych zastępczych obiektach do kochania – zwierzątkach? Nad zwierzątkami możemy się poużalać, ale ich cierpienie jest tylko bladym cieniem cierpienia prawdziwych ofiar wojen. Ich doświadczenia za bardzo bolą, żeby nam się chciało o nich myśleć.

Oglądam posiedzenie Sejmowej Komisji Zdrowia. Jeden minister atakuje, drugi się broni. Ale moja pamięć rejestruje konkrety. 2007 rok – mój umierający mąż spędza na niewygodnym plastikowym krzesełku na Izbie Przyjęć renomowanego warszawskiego szpitala czas od 9 rano (przewieziony karetką z innego szpitala) do 23, kiedy z owego krzesełka spadł. Łaskawie wówczas położono go na wózku, na którym przeleżał do rana. Rano trafił na OIOM i ktoś się nim wreszcie zainteresował. Przez dwa dni nie otrzymywał jedzenia i picia, musieliśmy mu to wszystko dowozić. Potem w środku nocy odwieziono go do domu, a ja, mająca wcześniej nadzieję, że przynajmniej parę godzin uda mi się przespać, musiałam zmierzyć się z jego umieraniem. Zmarł przed szóstą rano, a i tak datę jego śmierci pomylono. Na spotkaniu z firmą pogrzebową wystąpiłam w butach z odmiennych par. Ksiądz miał zastrzeżenia do wierności religijnym nakazom, które uśmierzył stosowny finansowy datek. Moje odczucia  – totalna ulga. Rano pojawiła się pielęgniarka, która miała mnie wspomóc, ale po prostu zabrała resztki leków i środków medycznych dla innych umierających staruszków. Teraz i ja z takich resztówek korzystam. Ale obecnie jestem sama. Nikt nie wystąpi w moim imieniu.

Denerwuję się. Nie korzystam z opieki specjalisty kardiologa, ponieważ biegły sądowy (sprawa mojego wypadku komunikacyjnego) orzekł, że nic mi już nie pomoże, uszkodzenia serca są nieodwracalne. Nauczyłam się  z nimi żyć, jednak starzeję się i kiedy serce zaczyna w Nowy Rok wariować, cały świat alternatywnych uczuć powraca. Arytmia serca przechodzi po jakimś czasie, a ja jestem gotowa na przerwanie transmisji ode mnie do świata. Chociaż pogodziłam się z sytuacją, po prostu boję się. Oddycham z ulgą, gdy czas fajerwerków się kończy.

W Nowy Rok dzwonią dzieci, znajomi, przyjaciele. Składają życzenia, podtrzymują mnie na duchu. Ale moja wyobraźnia szybuje daleko w przestworza. Mój bliski wieloletni przyjaciel, wcześniejsza podpora wielu trudnych dni, pisze mi, że boi się wszystkiego, a jego lęk wzmaga i moje lęki. Jasne, czekamy, aż nasz los zdeklaruje się i wyklaruje, ale ja poszybowałam w całkiem inne strony.  Potrzebuję już nie przyjaciół od serca, ale wsparcia instytucjonalnego, tego, które ma za nic czyjeś wyrzuty sumienia, prywatne związki i moje własne fascynacje. To już minęły lata, odkąd przestałam oczekiwać od kogokolwiek czegokolwiek. Cieszę się tym, co niespodziewanie otrzymam, ale i swoją wolnością, niezależnie od tego, jak ona wygląda w praktyce. Jestem wolna także w snach. Potrzebne mi teraz poczucie bezpieczeństwa. Urzędowe. Niestety, moje sny zamiast być pięknymi, fabularnymi opowieściami, stają się symbolicznymi opowieściami o jego braku .

Tej nocy jako statystka, brałam udział w jakimś filmie. Jego akcja rozgrywała się w ogromnym magazynie, na wielu piętrach i każda scena (nie wiadomo czemu, bo scenografii raczej nie było poza stołem i krzesłami), nakręcana była na innym piętrze. W końcu pogubiłam się. W połowie dnia mieliśmy jakiś lunch, w czasie którego zginął mi kubek z napojem, a gdy go szukałam, moja torebka. W międzyczasie scena przeniosła się na inne piętro, do innego pomieszczenia, a tam już nie mogłam trafić. Musiałam więc zrezygnować z zapłaty i postanowiłam wracać. Wyszłam przed budynek w przekonaniu, że mam przed sobą dwie ścieżki prowadzące do przystanku autobusu. Jedną króciutką, wychodzącą na wygodny chodnik, ale ta droga była dalsza. Bliższa miała być ścieżka przez las i tamtędy poszłam. Po drodze miałam wiele utrudnień, szczególnie były to jakieś wykopy i duże kałuże, ale mimo to udało mi się je pokonać i dojść… Właśnie! Nie na przystanek autobusu, jak oczekiwałam, ale na stację kolejową. Byłam jednak przekonana, że starczy przejechać pociągiem jedną stację i będę już w domu. I tak nie miałam torebki ani pieniędzy, więc nie kupiłam biletu, tylko pojechałam „na gapę”. Przejechałam ten odcinek i wysiadłam, ale okazało się, że trafiłam w zupełnie nieznane miejsce, nazwa stacji nic mi nie mówiła; nie miałam pojęcia, w którą stronę jechać, a rozkład jazdy był w budynku, który na noc zamknięto na cztery spusty.

Możliwe, że wskutek tego snu, moje serce zaczęło wariować. Chciałam się uspokoić i wyrównać oddech, otworzyłam okno i położyłam się podnosząc wysoko oparcie. Niestety, jak na złość, przypomniała mi się oglądana ostatnio  transmisja z posiedzenia Sejmowej Komisji Zdrowia i poczułam, że nic nie poradzę na przedstawiane tam argumenty i reargumenty. Po prostu przyszedł na mnie czas. Mój stryj mawiał zawsze że „jeśli starzec przeżył marzec, żyć  mu wypada, aż do listopada.” Zmarł 3 listopada.

Ja wiem, że krytyczne dni to Nowy Rok i trochę po nim. Wówczas zawsze dzieje się coś takiego w służbie zdrowia, co do naturalnego w tym okresie, dołka psychicznego, spowodowanego krótkim dniem i brakiem słońca dodaje inne lęki. Nawet ci z nas, pogodzeni ze śmiercią, śledzą polityczne zawirowania i zastanawiają się, czy im uda się przeżyć jeszcze parę dni zanim owe polityczne wyskoki w służbie zdrowia przeminą. Póki co, możemy się pocieszać reklamami tego i owego, jeśli zechce nam się myśleć o desingerskich torebkach filcowych na przykład. Albo nadzieją na jakieś rewelacyjnie okazyjne zakupy uzbrojenia lub dronów, czy też zmianą polityki informacyjnej rządu w kierunku życzliwszego przedstawienia aktualnych przemian.

Na moich półkach stoi kilka tomów książki Władysława i Ewy Siemiaszków zawierających dokumenty zagłady Polaków na Ukrainie w latach wojny. Utkwił mi w pamięci z tych relacji jeden obraz – dziecka, którego przeżyło mord na całej jego rodzinie. Otóż dzieciak schowany pod kołdrą, ze wszystkiego tego, co się wokół niego rozgrywało, zapamiętał jeden obraz: stojący na stole kubek z ołówkami przechylał się, ale nie przewrócił – wsparty szczęśliwie o inny przedmiot. Dziecko podjęło grę z przeznaczeniem – jeśli kubek nie przewróci się, a ołówki nie wysypią – przeżyję. I przeżyło. Tyle, że już nigdy nie mogło oglądać stojących na sztorc długopisów. A co gorsza, wstydziło się swoich lęków.

Ja, ze strachem widzę siebie, umierającą na niewygodnym plastikowym krzesełku na Izbie przyjęć któregoś warszawskiego szpitala (przedtem, jak mojego męża, przewożonego karetką od jednego do drugiego w poszukiwaniu miejsc), tyle, że nie ma przy mnie nikogo awanturującego się w moim imieniu, jak ja to robiłam. Za to za oknami wybuchają kolorowe race i blisko padające petardy. Czuję drżenie szyb i widzę kolorowe rozbłyski.

294360_sylwester-rok-nowy-2018-fajerwerki