Duchowość codzienna

Kontynuując przegląd starych felietonów dotyczących Bożego Narodzenia – nadal aktualnych:

20 grudnia 2013

Słowo „duchowość” przed świętami odmieniamy przez wszystkie przypadki. W pojęciu tym mieści się wszystko, co o Bogu i religii myślimy, nieważne czy uznajemy czy nie jego istnienie, jakieś słodkie zwierzaczki które akurat teraz musimy ratować, przy czym moda na te zwierzaczki stale się zmienia, (w tym roku modne są karpie), różne biedne sierotki z domów własnych i przysposobionych, potrzebujące na gwałt prezentów. Pod duchowością rozumiemy też wróżby (w rodzaju tarota), działania czarnoksięskie (zwłaszcza czarownic) w tym sezonie występujących w parze nie z czarnym kotem i miotłą, ale z wilkiem o jaskrawych ślepiach (czarownice wręcz marzą o nim, przy czym powinien mieć wąsik, bródkę i być wytatuowany; nie zaszkodzą mu także nażelowane włosy i pełen wachlarz smakowicie brzmiących grubych słów) no i zwyczajne wydarzenia z magicznym wydźwiękiem, jak na przykład to, że w ostatnim miesiącu metro psuło się aż trzy razy i to w każdą kolejną środę albo rozważania podobne tym, czy winny był Adam, czy Ewa, albo może, przypadkiem, wąż? I: czy warto było z losem się droczyć…?

Część osób uważających się za ateistów zapuszcza się w przedświąteczne dyskusje, czy Bóg istnieje czy nie, z zaciekłością godną nawracającym na jakąś religię, jakby istnienie jego w liczbie pojedynczej czy mnogiej (muszę zaznaczyć, że piszę bóg w takim znaczeniu z małej litery, a komputer uparcie mi poprawia na dużą, widać programista był bigotem) miało jakieś znaczenie. Dla mnie osobiście (choć nie czuję się ateistką) nie ma ta liczebność boga/ów najmniejszego sensu, ponieważ jeśli jest, to nie jestem dlań żadną osobą godną zauważenia. Muszę żyć i płacić rachunki niezależnie od tego, czy istnieje, a ludzie z którymi wchodzę w interakcje, zajmują się Bogiem tylko deklaratywnie i nie boją się go, uznając za najlepszą porę formalnego wysyłania swoich roszczeń okres tuż przed świętami, bowiem czas przeznaczony na wniesienie sprzeciwu lub wypowiedzenia umów niepokojąco się kurczy i zawsze jest szansa, że kogoś nie będzie w domu lub w ferworze przedświątecznej gorączki zaniedba terminów.

Duchowość dla mnie jest refleksją nad sobą i ludźmi, ale w atmosferze spokoju i życzliwości dla świata. Czy jednak tę życzliwość widzimy u ludzi szczycących się swoim wysokim poziomem moralnym, wyczuleniem na problemy świata i ludzkości (nie zawsze jednak kierujących swój sokoli wzrok na pojedynczych ludzi)?

Swego czasu byłam szefową bardzo dużej grupy pracownic, co do których istniało niewiele wymagań: musiały sprawnie liczyć (w czasach gdy nie było jeszcze komputerów), sformułować na piśmie dwa-trzy zdania uzasadnień decyzji, mieć doskonałą współpracę z koleżankami, z których każda specjalizowała się w jakimś zagadnieniu, więc wiedzą tą musiały się wymieniać i wspierać. I tyle. Pracownice działu zmieniały się dość często, najczęściej z powodu kłopotów z liczeniem. Były to czasy gdy istniał przymus pracy (niepracującym grożono wysłaniem na Żuławy), więc sporo osób trafiało do nas przypadkiem, w obawie przed władzą i zazwyczaj po trzech miesiącach odchodziły same lub były zwalniane. Najgorzej wspominam te pracownice, które przysyłał i finansował urząd zatrudnienia, a większość z nich odznaczała się nadmierną dbałością o własną duchowość. Oprócz prostytutek i narkomanek oraz wyznawczyń różnych religii i sekt (które dziś są pełnoprawnymi religiami), były to dziewczyny na pograniczu pewnych norm, wymaganych od pracownika. Łączyło je jedno: wszystkie, łącznie z prostytutkami zasłaniały się dbałością o sprawy swego ducha, nie zwracały jednak uwagi na sprawy ciała i ducha innych osób, jakby wysoki poziom ich duchowości rozgrzeszał je z krańcowego często egoizmu. Jedna z dziewczyn na przykład medytowała przynajmniej cztery godziny z ośmiu godzin pracy, inna podkradała koleżankom pieniądze z torebek, ponieważ wskutek nakazu pracy nie mogła żebrać dla swojego zgromadzenia, a uważała, że musi ten brak swojemu guru czymś wyrównać. Pewna Mercedes (to taki stary dowcip o lekkim prowadzeniu), uszczęśliwiała świat w sposób do jakiego powołały ją siły wyższe. Że zaś praca podzielona była stosownie do ilości osób w dziale – jak w fabryce, za wymigujące się od pracy musiały pracować koleżanki.

Zniechęciłam się wówczas do niektórych wyznawczyń takich lub innych kultów, czy duchowości naprawiaczek świata. Podobnie zresztą ogarnęła mnie niechęć po dwukrotnym krótkim epizodzie spotkania z księżmi w szpitalach. Po swoim wypadku poczułam nagle, że zostałam cudem uratowana po coś i postanowiłam wyspowiadać się z grzechów całego życia i oświecona mądrością Bożą, zdać się na jej łaskę w odgadnięciu celu, dla którego przeżyłam. Wyszłam z tego doświadczenia pełna niesmaku i z pustą portmonetką, bo o to chodziło. Księża nie chcieli rozmawiać ze mną o Bogu i jego wszechogarniającej miłości, i Przeznaczeniu; chcieli za to spowiadać w obecności publiki na wieloosobowej sali (zresztą w trakcie zabiegów bolesnych i nie szanując intymności, bo nie mieli czasu kiedy indziej) no i przede wszystkim domagali się datków na kaplicę na samym wstępie. Na koniec zresztą odmówili mi rozgrzeszenia, z powodów takich, że pewne grzechy podlegają kompetencji wyższych szarż.

Ja sama muszę powiedzieć, że w ten obecny świąteczny czas (i z każdym rokiem bardziej) nie odznaczam się szczególną duchowością. Odezwał się sąd z nakazem zapłaty i komornik czyhający na emerytury babć. Trzykrotnie podniesiono mi na przyszły rok podatek z tytułu użytkowania wieczystego gruntu związanego z moim mieszkaniem, za te jakieś piwnice, korytarze, śmietniki i strzępek trawnika, a za trzy lata sześciokrotnie. W styczniu czeka mnie rujnacja mieszkania i remont łazienki i kuchni. Nowy (choć używany) komplet mebli kuchennych wypełnił wszystkie skrawki wolnego miejsca w moim mieszkaniu. Powoli pakuję w kartony rzeczy, które muszą poczekać do wiosny. Na potęgę psują się różne rzeczy i trzeba je reperować na gwałt po przedświątecznych zawyżonych cenach. Nie chce mi się sprzątać, bo i tak będzie brudno.  Znajomi z FB namawiają mnie, żebym znowu była piękna młoda i bogata i polubiła stosowne strony. Poza tym kierują mnie na strony o odchudzaniu, jakby przed świętami były to najbardziej upragnione informacje, ale mają silną konkurencję z przepisami wigilijnych potraw.

Jedyne co mam do czynienia z duchowością, to gdy obudzę się w nocy z nierównym biciem serca, zadaję sobie pytanie: czy to JUŻ? i jak TAM będzie? Zaczynam wyszukiwać na wszelki wypadek dobre strony tegoż wydarzenia (na które niestety, nie będę w stanie zaprosić znajomych z FB, jak oni zapraszają mnie na przedświąteczne kiermasze), na przykład tę, że zagram na nosie komornikowi i Zarządowi Dzielnicy oraz Gazowni i Elektryce, tudzież kablówce, którzy uparli się zmieniać umowy i z nieprzekraczalnym terminem 24 grudnia i każą mi decydować, czy dalej mi mają świadczyć swoje usługi. Gdybym tak umarła przed 24 grudnia, moi spadkobiercy mieli by łatwą drogę do unieważnienia tych umów, bez konieczności zachowania terminów z tytułu zmiany treści umów. I jak w takich warunkach zajmować się duchowością?

Dlatego niniejszym kończę drugi sezon „Babci ezoterycznej”, a jeśli dożyję do wiosny i duchowość z powrotem zawita w moje ciało i do umysłu, zastanowię się, czy nie zająć się czymś innym. Pozdrawiam moich miłych czytelników i załączam stosowną fotkę z mojego byłego letniego domu. Kiedy nocą oddalałam się, światło zapalone na ganku zawsze uosabiało miejsce, do którego się wraca ze świata niepokoju i mroku. Dziś już nie widzę tego światła, ale mam nadzieję, że to, które ujrzę w zakończeniu nocnych koszmarów, będzie równie pociągające, szczęśliwe i słodkie, jak to, które utraciłam.

Wszystkiego najlepszego moi mili, ja już przed wami przebywałam kiedyś tę drogę…

 

Aktualizacja

  • Czarownice aktualnie usuwa się z herbów miast.
  • Karpie gilotynowane na rynku jakiegoś miasteczka budzą powszechną zgrozę. Jednak przysłowie głosi, że ryba psuje się od głowy, stąd obcinanie głów zapobiegnie najprawdopodobniej nieświeżości tejże, (której świeżość zgodnie z internetem należy sprawdzać po oczach). Skoro nie ma głowy, nie ma i oczu, a więc nie ma problemu. Najwyżej wrażliwemu ów zamordowany karp się przyśni, a w rachunku na Sądzie Ostatecznym zostanie mu policzone in minus.
  • Przedświąteczne wezwania do zapłaty – przypomniało się Urzędowi Skarbowemu w roku 2018, iż za rok 2007- 2013 nie zapłaciłam jakiegoś podatku za użytkowanie wieczyste mieszkania, które odziedziczyłam w spadku w roku 2008, tj za część osiedla, różne ścieżki chodniczki i takie tam, za które właściciel nie płacił od roku 1945, niestety zmarł, a roszczenie przedawniło się. Korespondencja, którą prowadził w tej sprawie przez  rok renomowany prawnik, kosztowałaby mnie zapewne setki złotych, gdyby nie to, że ów prawnik robił to dla mnie bezpłatnie, a skutek owych licznych, wielostronicowych pism, kierowanych do różnych podmiotów, (jako że owa przedwojenna Spółdzielnia, nie wyodrębniła nigdy gruntów wspólnych, przypadających na poszczególne mieszkania) i musiał to obliczyć mój prawnik. Wyszła mu jakaś jedna kilkunastotysięczna część osiedla, za którą w majestacie prawa US przesłał groźnie obwarowane żądanie zapłaty, w nieprzekraczalnym, przedświątecznym tradycyjnie terminie 24 grudnia na całych … 17 złotych! Zapłaciłam w pełni szczęśliwa, że mam sprawę z głowy. Chyba że komuś przypomni się, iż mój praprapradziadek zapomniał opłacić coś tam…
  • Poza tym nadal żyję i mam się dobrze, czego i Wam serdecznie życzę.

Choinka jako WISIELEC

Śladem wrocławskiej witryny  „Czy spółki miejskie mogą marzyć”, która przypomniała mój stary tekst Bożonarodzoniowy z roku 2017, sięgam jeszcze głębiej do historii, przypominając stare teksty związane z tymi świętami, najdalej sprzed ośmiu lat, kiedy zaczęłam pisać blog, początkowo w „Tarace”, której gościnne łamy opuściłam w ubiegłym roku, gdy zmienił się profil strony. Sądzę jednak, że poruszane sprawy są ponadczasowe i warto do nich czasem wrócić.

17-12-2012

  1. „Babcia ezoteryczna” : Choinka jako Wisielec, głowa szczupaka i inne zwyczaje bożonarodzeniowe

Usłyszałam w telewizji, że w Stanach Zjednoczonych niektórzy wieszają choinkę od sufitu gałęziami w dół. Zapewne bombki i ozdoby też zwisają w dół (chyba, że ich nie ma). Z czysto praktycznego punktu widzenia taki sposób ekspozycji ma same zalety: pozostawia dużo miejsca w małym mieszkaniu, nie pozwala poddawać się terrorowi „choinki aż do sufitu” i przez swą odmienność pozwala powrócić do źródeł świętowania – kontemplacji. Ja na przykład (gdyby po latach bożonarodzeniowych obowiązków przyszła mi do głowy idiotyczna myśl o kupieniu i postawieniu choinki) bardzo szybko przetłumaczyłabym sobie, że należy uformować ją jak tarotowego WISIELCA, z całą jego (może być wzbogaconą dodatkowo) symboliką.

Pewna moja samotna koleżanka, pracująca i przebywająca cały tydzień poza miejscem zamieszkania, traktuje sobotę i niedzielę jako możliwość  pomieszkania u siebie. Natrętne zapraszanie przez rodzinę, od którego nawet chorobą się nie wykręci, bo rodzina przyjedzie do niej ze świątecznymi potrawami, jest dla niej przykre przez fakt konieczności przyjęcia zaproszenia, jedzenia do przesytu, rozmów i alkoholu. Zaproponowałam jej, żeby postawiła warunek zapraszającym: jeśli powiesicie choinkę gałęziami w dół, wówczas przyjadę — ale nie łudziłam się, że uda jej się to wymusić. Z góry wiadomo, że zwycięży stereotyp. W końcu ortodoksi wigilijni bardzo źle przyjęli pomysł, że Wigilia nie musi być postna, choć wyszło to z kręgów kościelnych…

Że nie wszystko o zwyczajach wigilijnych jednak jest nam znane do końca świadczy o tym pamiętnik pewnego pana, obecnie dziewięćdziesięcioparoletniego.  Pamiętnik zatytułowany jest „Tak zapamiętałem”, i przeczytałam na razie pierwsze dwa tomy obejmujące lata od 1919 do wybuchu wojny. Jest to dzieło zawierające ponad dwa tysiące stron maszynopisu,  z czego przeczytałam na razie około 300. Resztę ma mi dostarczyć za jakiś czas, ponieważ dostał w prezencie laptop i przepisuje tekst do komputera. (Nauczył się tego po 95 roku życia!!!) Oczywiście nie wydał tej historii swojego życia, tylko napisał ją dla wnuków. Nie ma ona wartości literackiej, zresztą autor nie miał wcale takich zamierzeń, był majstrem budowlanym z wykształcenia. Jednak mimo zaledwie średniej szkoły zawodowej, pisze dość poprawnie stylistycznie, tak że czyta się gładko, a najważniejsze, jest poukładany, nie odbiega od tego co zamierzał napisać, nie popada w dygresje, stara się pisać z pozycji obiektywnej, no i jest bardzo szczegółowy, więc wielu rzeczy można się dowiedzieć. Mnie urzekł na przykład dokładny opis umeblowania i urządzenia mieszkania jego rodziców. Każdy szczegół został zapamiętany! Nawet ustawienie palmy!

W pierwszych dwóch tomach opisuje życie przedwojennej Warszawy, a właściwie Bródna, w środowisku kolejarzy, ludzi stosunkowo ubogich i żyjących skromnie. Dużo czasu poświęca opisom realiów, pisze co się jadło, jak się ubierało, jak często kupowano ubrania, jakie były rozrywki itp. Dzięki takiemu stylowi pisania pamiętnik jest kopalnią wiadomości, do których w inny sposób nie miałabym dostępu. No i oczywiście pełen jest nieoczekiwanych „smaczków”, zwłaszcza w opisach ówczesnych obyczajów.

Na przykład pan Karol opisuje otoczenie domku, w którym się wychowali, a ponieważ jest wzrokowcem (malował także rozmaite obrazy dla ozdoby swojego domu letniskowego, zaskakujące czasem niesamowitym nowatorstwem) , niespodziewanie opis robi ogromne wrażenie. Opisuje zaśnieżoną, pustą parcelę wzdłuż ulicy, przeciętą ścieżką wydeptaną przez przechodzących, już nie tak białą i czystą oraz starą kobietę, okrytą czarną chustką, w czarnej długiej spódnicy nie sięgającej jednak ziemi, idącą boso po tej ścieżce. Ta kobieta chodziła tak całą zimę, miała to być forma pokuty, ale pan Karol nie wiedział za co. W końcu zniknęła, przestała chodzić, umarła, a może tylko założyła buty. (to już moja refleksja). (Można przeczytać jego opis Powstania Warszawskiego na stronie Muzeum Powstania (także moje wspomnienia z opowieści mojej mamy)

Opisuje pierwsze kroki pewnego dziecka i to, że zaczęło chodzić dopiero wtedy, gdy dostało do ręki tłuczek od kartofli.

Opisuje zwyczaje wigilijne, o których nie miałam pojęcia, a mianowicie jedzenie głowy szczupaka.

Z jednej strony ma to związek z mnemotechniką ( o której rozgorzała dyskusja po odcinku blogu Wojciecha Jóźwiaka) z drugiej zaś z kontemplacyjną rolą dawnych świąt.

U mnie w rodzinnym domu głowę ryby gotowało się na zupę rybną lub wywar do galarety i głowa szczupaka uważana była za najlepszą, bo dawała w przeciwieństwie do karpia, rosół dość klarowny i stosunkowo przezroczysty. Miała też dość dużo mięsa i pracowicie obierało się ją z ości i blaszek, kręcąc mięso przez maszynkę i robiąc z niego „szczupaka faszerowanego” do galarety. Całe zajęcie było dość pracochłonne, zwłaszcza gotowanie i zastudzanie mielonej ryby z przyprawami w specjalnym woreczku lub szmatce, ale powstawała nowa potrawa do zestawu dań wigilijnych, więc było warto, bo ambicją gospodyni było przygotować potraw tych co najmniej siedem, a najlepiej kilkanaście. Zresztą liczyło się to za dwie potrawy: ryba faszerowana raz i galareta, dwa. Podobnie jak barszcz z uszkami, barszcz raz, uszka dwa. Takie drobne naciąganie tradycji.

Tymczasem pan Karol opisuje jedzenie głowy szczupaka, jako czynność rytualną. W głowie szczupaka znajdowały się ości podobne kształtem do różnych narzędzi używanych do męczenia Jezusa i ojciec jego mówił, że w głowie szczupaka jest cała Męka Pańska. Jedząc ją, opisywał tę mękę dzieciom i rodzinie (nie w Wielkanoc, ale w Boże Narodzenie) chyba dla przypomnienia, że człowiek rodzi się po to, by umrzeć. Niestety, nie zapisałam dokładnie jakie narzędzia symbolizowały ości z głowy szczupaka, ale jeśli uda mi się jeszcze spotkać z sędziwym autorem jeszcze za jego życia (jesienią nie przyjechał na działkę z powodu grypy – i jestem umówiona na wiosnę na naszych działkach) to postaram się to niedopatrzenie nadrobić.

Po śpiewaniu kolęd przychodził czas na opowiadania o duchach i strachach na cmentarzu (było to w pobliżu cmentarza Bródnowskiego), wypełniano tymi opowiadaniami oczekiwanie na pójście na pasterkę. Opowiadano także o duchach dokuczających spóźnionym przechodniom i o zakładach odważnych młodzieńców lekceważących te strachy. Jeden z takich zakładów skończył się tragicznie. Zakład polegał na tym, żeby o północy, w bezksiężycową noc, w określonym miejscu cmentarza, gdzie najwięcej straszyło, przybić do drewnianej ławki białą kokardę. Śmiałek dotarł na miejsce, po omacku przybił kokardę, ale gdy chciał się wyprostować i odejść, nie mógł, bo coś go trzymało. Na drugi dzień znaleziono go martwego, umarł na atak serca. Okazało się, że po ciemku przybił kokardę razem z połą płaszcza.

Dzieci w tamtych czasach grały w cetno i licho, o tym słyszałam, ale nikt nigdy nie opisał na czym ta gra polegała. Okazało się, że cetno to była parzysta ilość, a licho, nieparzysta.

Mnie osobiście zainteresował opis szkolenia szybowcowego i nauka pilotażu. Mój ojciec przebył też taka samą drogę, tylko bardziej zaawansowaną, uczył się pilotażu jako inżynier konstruktor, a szybownictwo uprawiał sportowo, był też instruktorem lotniczym. Miał w klapie zawsze okrągłą odznakę: na niebieskiej emalii trzy ptaki w locie. Niewiele jednak chciał o tym mówić, nawet o tej odznace, zbywał mnie zawsze, że jestem za mała, żeby coś zrozumieć, a poza tym chyba był przekonany, że lotnictwo (jak wiele innych spraw), nie jest sprawą kobiecą.

Dopiero przeczytałam opowieść pana Karola, gdzie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami zostało opisane, jak przygotowywano chłopców do nauki pilotażu, jak ich uczono, jakie niebezpieczeństwa na nich czyhały i jak im zapobiegano. Na przykład zaczynano od tego, że kilku kursantów trzymało szybowiec na długich gumowych linach na uwięzi, napinano je, a potem biegnąc do przodu określoną ilość kroków, zaczynając od dwóch lub trzech, powodowano skoki maszyny o długości metra lub półtora metra. Zadaniem kandydata na pilota było utrzymanie w tym czasie skrzydeł w linii prostej. Pan Karol opisuje wygląd i konstrukcje poszczególnych typów samolotów i szybowców, opisuje rozmaite błędy i przypadki, które się trafiały oraz jakie były wymagania do zdobycia odznak jednej, dwu lub trzech mew. Tak więc dzięki temu opisowi łatwiej mi sobie wyobrazić rzeczy, które pasjonowały mojego ojca w młodości, a o których w domu nie miał zamiaru nikomu opowiadać, mimo moich pytań i zaciekawienia. Z ojca szkoleń pamiętam tylko jedną, dość makabryczną anegdotę, zresztą wspomnianą też w którejś książce o lotnictwie pilotów, rówieśników mojego ojca. Mianowicie ich rocznik kończył szkołę pilotażu w Dęblinie tuż przed wojną i z okazji promocji popili sobie i ruszyli nocą do miasteczka pohałasować trochę i porozrabiać. Któryś z młodzieńców zerwał znad jakiegoś sklepu szyld i postanowił, na dowód, że jest całkiem trzeźwy, wejść na wieżę obserwacyjną i szyld ten tam zawiesić. Kiedy zszedł na dół, wyszedł zza chmur księżyc i okazało się, że był to szyld zerwany znad sklepu z trumnami. Podobno nazajutrz (albo w najbliższym czasie) chłopak ten zginął w katastrofie lotniczej. We wspomnieniach pilota z dywizjonu 303, które czytałam, też opisano tę historię tylko z tym, że chłopak ten zginął w pierwszych dniach wojny, jako pierwszy pilot z ich szkoły.

Może więc lepiej nie wieszać choinki gałęziami w dół? W kultowych opowieściach zamiana rzeczy uświęconych tradycją skutkuje zaburzeniami rozchodzącymi się jak złowrogie fale od źródła zmiany. Na przykład, jak w baśni o dziewczynie, która nie chcąc zamoczyć pantofelków położyła na środku kałuży bochenek chleba. Nawet historia mówi nam o niewykorzystanych zwycięstwach (bitwa pod Grunwaldem) bowiem uświęconą rzeczą jest pozabijać wrogów.

komentarz aktualny 20.12.1018:

Pan Karol już nie żyje, nie zdążył przepisać i udostępnić mi ciągu dalszego pamiętnika, a jego rodzina odmówiła mi przyjęcia do grona znajomych na FB, (a tym samym negocjacji w sprawie przeczytania ciągu dalszego). Pokój z nimi na Boże Narodzenie, jednak mam taką refleksję: smutek, zażenowanie z faktu, jak wiele materiałów ważnych i istotnych dla rozumienia przeszłości, nie przebija się do świata, z racji zamiłowania do cenzurowania wypowiedzi przodków. Przestajemy ich szanować, uważamy, że mamy lepszy ogląd sytuacji, niestety, kierujemy się swoimi przekonaniami i możliwościami intelektualnymi sądząc, że jesteśmy mądrzejsi, i lepiej przewidujący trendy, a wszak trendy są wszystkim. Sami się dzielimy jako społeczeństwo, bowiem inny jest trend dla miłościwie nam panujących, inny dla totalnej opozycji, a inny dla szaraczków próbujących być obiektywnymi.  Tak czy inaczej choinkę stawia się czubem do góry, a nie w dół.

Ilustrację felietonu niech stanowi pocztówka. Oto jej historia:  Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło konkurs plastyczny dla licealistów na kartkę świąteczną. W jury zasiadali artyści plastycy, wykładowcy ASP. Trzy pierwsze miejsca zdobyły prace uczennic krakowskiego liceum plastycznego. Ministerstwo zamieściło zwycięskie prace na swoim profilu w mediach społecznościowych. W ciągu kilku godzin rozpętała się gównoburza. Kartki okazują się „obce ideowo” i „epatujące brzydotą”, o czym piszą tacy wytrawni znawcy sztuki współczesnej, jak wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Ministerstwo usunęło kartki ze swojego profilu, tłumacząc, że padło ofiarą niecnego spisku członków jury, chcących ośmieszyć poważną instytucję państwową . Poniżej III nagroda:

 

Prawda fikcji

Javier Marias, autor ostatnio wydanej powieści „Berta Isla”, w wywiadzie zatytułowanym „Boskie oko internetu”, przeprowadzonym przez Michała Nogasia (GW 8-9 grudnia 2018) opisuje i uzasadnia fakt, że pisze swoje książki na maszynie, a nie na komputerze. Mówi on, że każdą stronę pisze cztery, a nawet pięć razy… Przepisując stronę od nowa, próbuje różnych wariacji, zmienia słowa i układ zdań i odnosi wrażenie, że „papier współpracuje ze mną, podpowiada najdziwniejsze rozwiązania” i dzięki temu zmieniają się wersje tekstu, a ostateczna nijak się ma do początkowej.

Fragment ten zwrócił moją uwagę dzięki temu, że miałam bardzo podobne uczucie, gdy przestawiłam się z pisania na maszynie na komputer. Z pozoru wydaje się, że komputer jest wygodniejszy, łatwiej wprowadzać zmiany i poprawki, można tworzyć kolejne wersje i zapisywać je, a później porównywać. Jeżeli pokonało się barierę odmiennego ustawienia klawiszy w maszynie do pisania i klawiatury w komputerze, pisanie wydaje się łatwiejsze, a przede wszystkim wydajność piszącego jest większa. Nie dziwi więc, że proces powstawania książki jest krótszy i są autorzy, którzy potrafią pisać książkę w dwa, góra trzy miesiące.

Czy istotnie komputer poprawia jakość procesu powstawania książki?  Tego nie jestem już pewna. Szybciej i wydajniej nie oznacza, że lepiej. Oczywiście, gdy mamy do czynienia z tzw. czytadłami autorów popularnych, szybkość pisania jest ważna, bowiem zwielokrotnia dochody pisarzy i pozwala im żyć z literatury. Jeśli jednak pisarzowi zależy na powiedzeniu czegoś nowego, nie koniecznie dla masowego czytelnika, ale dla czytelnika wyrobionego, sytuacja zmienia się diametralnie. Przez takie książki niejednokrotnie trudno przebrnąć, wraca się kilkakrotnie do tekstu, czasem z udręką pragnąc zrozumieć go do głębi, nie tylko w tej pierwszej, wierzchniej warstwie, ale w kolejnych, mieszczących się pod spodem. Wiem coś o tym, bowiem męczę się nad lekturą noblisty z 1998 roku, Jose Saramago, powieści ” Rok śmierci Ricarda Reisa” ze świadomością, iż mam zbyt małą wiedzę, aby dogłębnie zrozumieć komplet literackich i obyczajowych odniesień do historii Portugalii.

Wiem także, iż to, co ja piszę, tylko w części trafia do czytelnika, ale na szczęście do każdego w innej części. Mogę więc powiedzieć, że każdy z moich czytelników czyta inną książkę i to, co łączy mnie z ludźmi, nie dotyczy tylko mnie i innej pojedynczej osoby, kochanej, bliskiej, czy znajomej, tylko wielu ludzi, każdego po części. Uczucie bliskości wiąże mnie w ten sposób z nieznajomymi, którzy czasami myślą moim rytmem, czasami zaś są w pełni odrębnymi istotami.

Jednak czytanie ambitnych książek przypomina poszukiwanie złota w sitowych płuczkach – kopie się tony żwiru, stojąc po kolana w wodzie, mozolnie kręci sitem, żeby po kilkunastu (oby) podejściach, wypłukać grudkę albo szczyptę złotego piasku. Taką grudką złota jest myśl zawarta w tekście, jej sformułowanie tak bardzo bliskie mojemu myśleniu, iż wydaje się, że wypłynęła z głębi mojej własnej głowy. Przez moment wydaje się wówczas, iż dotknęliśmy sedna tego, co łączy nas z innymi ludźmi, wbrew wszystkim, dobiegającym nas szumom bieżących wydarzeń, rozdmuchanych jak pop-corn, niesmacznych, mdłych, a jednak przeżuwanych z uporem godnym lepszej sprawy, tylko po to, aby zatrudnić swoje szczęki, które nie mogą, albo nie chcą, albo nie potrafią przemówić.

We wspomnianym na wstępie wywiadzie przeczytałam jeszcze jedną frapującą myśl: „Jedyną rzeczą, której nie można podważyć jest fikcja”. Marias uzasadnia to następująco: W dobie internetu jest mnóstwo narracji wzajemnie sprzecznych ze sobą. Historycy spierają się nie tylko o interpretacje ale i o fakty. „Pani Bovary umarła dokładnie tak, jak opisał to Gustaw Flaubert. A jeśli znalazłby się głupi pisarz próbujący w inny sposób opisać życie jej czy Don Kichota, to wszyscy wiedzieliby, że to nie jest już ta pani Bovary i ten Don Kichot. Fikcja to jedyne terytorium, po którym – gdy chce się coś opowiedzieć – można się poruszać bez obaw. To w zasadzie jedyny powód, dla którego tworzymy i czytamy fikcję – chcemy być czegokolwiek w naszym życiu pewni.”

Współczesność przyniosła nam tę jedną, niepodważalną prawdę, że próżno się nam silić na dumne twierdzenia w rodzaju „prawda was wyzwoli”, ponieważ zawsze można spytać, co jest prawdą i zawsze spierać się o to. Fikcję natomiast zazwyczaj można komuś przypisać, jednostce lub grupie, a spór można najwyżej toczyć o to, czy nam się podoba, czy nie, czy jest pożyteczna, czy przeciwnie, szkodliwa i wreszcie czy powinniśmy sobie nią zawracać głowę. Dlatego ja mam prawo nie wchodzić w spór na temat pewnej celebrytki (pisałam o niej w odcinku „Z Pudelka jestem”), czego nie powinnam była robić, gdyby wszystko, co o sobie mówi lub pisze, było prawdziwą prawdą.

Takoż wypowiedzi naszych polityków mogę traktować na luzie w myśl powiedzenia, które zasłyszałam o pewnej osobie: „Jeżeli X mówi że Y, to mówi”.

 

 

Przedbożonarodzeniowe skojarzenia

Wszyscy narzekamy, że święta Bożego Narodzenia zaczynają się coraz wcześniej. W tym roku reklamy świąteczne można było  obejrzeć i usłyszeć już nazajutrz po Święcie Zmarłych. W moje urodziny, przypadające w końcu listopada, reklamy prezentów już nie ograniczały się do telefonów, smartfonów i laptopów, przygotowanych przez sieci komórkowe i dostawców internetu, a rozlały się szeroką falą na zabawki, ubrania i kosmetyki, zwłaszcza golarki dla mężczyzn (bo trudno coś w prezencie dla nich wybrać), a nawet olejki do pielęgnacji brody (wcześniej przyciętej specjalnym, najnowszym modelem). Denerwują mnie, jak niejedną osobę, podobnie jak uroczyste strojenie politycznych choinek w Białym Domu i gdzie indziej (nie czekając nawet na tradycyjnego Mikołaja). Złości to, że publiczne choinki nie są prawdziwymi choinkami tylko wymyślnymi konstrukcjami z drutu i światełek, całkowicie zasłaniającymi drzewko (jeśli nawet tam jest).

Nieprawdziwe choinki nie pachną. Nawet to, co dzisiaj nazywamy smogiem i za co obwiniamy palących węglem mieszczuchów, (nie tykając samochodów, które musimy reklamować jako najlepszy prezent dla rodziny), ongiś miał inny, pociągający aromat. Pamiętam swoje dzieciństwo w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W domu było na ogół zimno, nikt nas wówczas nie rozpieszczał; węgiel w Warszawie na Bielanach roznosili w wielkich koszach na plecach usmoleni, potężnie zbudowani węglarze, a kogo nie było stać na ich usługi, sam ciągnął na sankach wiaderka. Tylko przy okazji świąt nie żałowano opału. Kiedy po obowiązkowym odśnieżaniu – Boże Narodzenie ZAWSZE było pod śniegiem – wracało się do ciepłego domu, spalany węgiel pachniał miło, a jeszcze milej ciepłe potrawy. Na warszawskim niebie widać było gwiazdy, a pierwsza gwiazdka nigdy nie była samolotem, czy satelitą, jak dziś, tylko prawdziwą gwiazdą. Choinka pachniała igliwiem i lasem  a świeczki na niej, topioną stearyną.

Tych wrażeń już nie odbieramy, lub uznajemy za godne wytępienia; zastąpiły je nudne reklamy w telewizorach i na portalach społecznościowych.

Jednak, gdy się bliżej zastanowić, nasze oczekiwania w stosunku do świętowania mają  swój głęboki sens, tylko dość luźno związany z pakietem interesów firm handlowych, które nim się żywią. Odzwierciedlają bowiem powszechną nadzieję na przynależne nam szczęście („Jesteś tego warta!”) i chęć wtłoczenia w święta wszystkiego tego, co przyniesie nam korzyść osobistą, nie tylko materialną. Oczekujemy prezentów, ale i miłej, świątecznej atmosfery, kontaktów z rodziną, „nagadania się” z osobami, dla których nie mieliśmy czasu, pokazania im, jacy jesteśmy zdolni, zaradni i pochwalenie się, co udało nam się osiągnąć oraz na co nas stać. Mamy opracowane w głowach całe scenariusze. Wszystko musi być idealne, dopracowane i przewidywalne.

Źle odbieramy najmniejsze odstępstwa. Kiedy okaże się, że nas oszukano rzekomym spadkiem cen (bo najpierw one wzrosły), kiedy dziecko nie wyrazi wdzięczności za prezent (a obecnie nikt nie uczy dzieci okazywania wdzięczności, nawet konwencjonalnego, grzecznościowego – nie mylić ze zdawkowym podziękowaniem), kiedy zaproszona stara ciocia czegoś nie podziwia, albo ma niestrawne dla nas poglądy polityczne, spinamy się i całe nasze projektowane doznanie szczęścia bierze w łeb. Wydawało nam się, że pragniemy tak niewiele, na przykład spokoju i radości, bądź zwykłego zadowolenia, a tu dostajemy prztyczka w nos.

Gdybyśmy się chwilę zastanowili, zrozumieliśmy, że tak musi być. Im bardziej staranne są nasze przygotowania, im w związku z nimi jesteśmy bardziej zmęczeni (a właściwie zmęczone), im bardziej nieswojo czują się mężczyźni, którym nie zawsze zależy na przyjmowanych przez aklamację scenariuszach, tym bardziej prawdopodobny jest niemiły wybuch czy nawet lekki skandal. Ongiś dzieci mogły dostać pod choinkę prezent, ale mogły też nie dostać niczego, albo dostać rózgę. Paradoksalnie, chroniło to je przed nadmiernymi oczekiwaniami. Rozczarowania zazwyczaj były lekkie i ulotne, nie potrzebowaliśmy bowiem wiele aby być zadowolonym. Możliwość siedzenia w cieple, najedzenia się do syta, drzemania w atmosferze pozbawionej zwykłych zagrożeń (poza rodzinnymi monologami o tych, którzy odeszli i przymusem grzecznego ich słuchania) i oczekiwaniem na prezenty, które wręczano zawsze PO, a nie PRZED Wigilią, zaspokajała dziecinne oczekiwania radosnego odpoczynku. Zaczynały się ferie, wolne od szkoły i poza odśnieżaniem i przynoszeniem węgla z piwnic, dzieci nie miewały już specjalnych obowiązków. Nie odrabiało się lekcji, a to było najważniejsze!

Dzisiaj nasze oczekiwania są bardziej wysublimowane. Wypatrywanie pierwszej gwiazdki na niebie jest nudne, lepiej obejrzeć w internecie. Mamy odczuwać szczęście, a nie zwykłe zadowolenie. Mamy być nasyceni doznaniami kulinarnymi, a nie tylko syci. Nie chcemy mieć żadnych obowiązków (nawet wobec rodziny), ale chcemy, żeby je inni mieli wobec nas. Wolelibyśmy wyjechać gdzieś do ciepłych krajów na krótki urlop, a tu babcia, ciocia , i w ogóle rodzina… Dzieci nie przepadają za Wigilią, nie lubią się łamać opłatkiem, wszak w ogóle nie smakuje, taki mdły… Działania symboliczne są im obce, nie na darmo uczymy ich racjonalności w myśleniu i postępowaniu. Kobiety są przepracowane, mężczyźni zagubieni, dzieci znudzone. Tylko prezenty mają czar…

Korzystając więc z okazji informuję, że przez moją stronę autorską można zakupić w prezencie świątecznym „Sierotkę”, która to książka przypomni osobom starszym czasy słusznie minione, a przybliży osobom młodszym ten dziwny czas, gdy nie było nie tylko komputerów, telefonów, tabletów, smartfonów i takich tam, ale nawet internetu telewizorów, ale ludzie jakoś żyli.

Uprzedzam z góry – nie jest to lektura radosna i pokrzepiająca, chociaż konkluzja taką zapewne jest: te czasy już za nami, chyba że zechcemy coś na nowo sknocić i przywrócić PRL w nowej odsłonie.

 

Strona  o książce  „Sierotka ”