Traktat przy mieleniu pasztetu i drylowaniu wiśni

Powiedziano mi ostatnio, że w istocie nie mają sensu żadne podziały (to a propos teorii enneagramu, dociekań psychologicznych i moich ostatnich odcinków „Babci”) bowiem im człowiek jest starszy i więcej przeżył, tym bardziej skłania się ku przekonaniu, że ludzie są po prostu dobrzy albo źli i nic więcej, co o nich można by powiedzieć, nie ma znaczenia. Psychologia, jako nauka, nie sprawi, że źli staną się dobrymi, tylko pozwoli złym lepiej korzystać ze swojej przewagi. Byłam senna i nie potrafiłam w rozmowie znaleźć odpowiednich argumentów – zwłaszcza jak wtedy, gdy jądro problemu, wierci mi osobistą dziurę w brzuchu. A powszechne przekonanie o opozycji dobro/zło zawsze działa na mnie, jak płachta na byka. Uważałam bowiem i uważam, że między dobrem i złem jest nieciągłość, takie coś na wykresie osi, między minus jeden, a plus jeden, z neutralnym zerem po środku. Nie dane mi było w życiu poznać wielu prawdziwie dobrych, albo prawdziwie złych ludzi, choć doznałam wielu przykrości i upokorzeń od tych dobrych i tych najlepszych, a źli nauczyli mnie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Gospodarcze prace kulinarne mają to do siebie, że pozwalają nam, kobietom zwłaszcza, snuć rozważania bez poczucia odrywania się od realiów rzeczywistości i marnowania czasu, który mógłby być lepiej spożytkowany. Dzisiejszego dnia zbiegło się drylowanie wiśni i mielenie mięs na pasztet – zajęcia pozwalające mi na złudzenie pożyteczności w świecie tuczącej, niezdrowej żywności, wysoko przetworzonej i wzbogaconej oszukańczymi składnikami.

Adepci niektórych nauk wyrządzają zło, znacznie gorsze, niż innych dziedzin. Na czele kroczą, wiadomo – fizycy atomowi, matematycy, którzy ich wspomagali, filozofowie, którzy domagali się równowagi w niedoskonałym świecie. Ale ich wynalazek – bomba atomowa – która przerobiła na cienie cząsteczki mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki,  zatruła możliwością zagłady moją młodość, ucząc mnie, że nic nie jest dane na stałe i tylko swoim zaangażowaniem można coś zmienić, łącznie z biegiem Wszechświata. Może właśnie ona, paradoksalnie, zapewniła przez siedemdziesiąt sześć lat moją pokojową równowagę? Chwiejną, bo chwiejną, ale zawsze. Ba, egzystencjaliści, którym zawdzięczam młodzieńczą miłość do czarnych bluzek i czółenek trumniaków, uczyli mnie nieustannie, że egzystencja człowieka o tyle ma sens, o ile angażuje się on w sprawach istotnych dla naszego człowieczeństwa. Nie ważne, czy i jaki ma wpływ na cokolwiek, ważne, że jego zaangażowane życie nadaje sens jednostkowemu istnieniu. Człowiek (albo człowieczka) w teorii nadaje więc wagę swemu życiu, ale kiedyś budzi się on/ona z ręką w nocniku. Walczył/a o pokój i w tym czasie nic osobistego nie przedłożył/a ponad sprawy ogólne, utracił/a wiele możliwych orgazmów i wiele życiowych satysfakcji lub okazji do zaznania szczęścia. Inna sprawa, czy jego/jej pozycja społeczna, osobista i rodzinne uwikłanie, dałyby mu/jej możliwość tych satysfakcjonujących przeżyć (poza poczuciem, że walczy i cierpi za miliony – co robili już wcześniej bardziej utalentowani i lepiej pozycjonowani w kulturze przed nim/nią, np. narodowy wieszcz Adam Mickiewicz.

Ale wcześniej byli inni filozofowie, dający mentalną podbudowę faszyzmowi, arbitralnie dzielący ludzi na tych dobrych – naszych i tych złych – obcych. Mój dziadek, miłośnik filozofii Nietschego, tłumaczący jego pisma, dzielący ludzi na nadludzi i podludzi (choć tych ostatnich nie chciał niszczyć, a wychowywać – w tym też takie istoty podległe jak kobiety i dzieci –  twardą, patriarchalną ręką wyznawanej ideologii, trzymający w ryzach rodzinę, choć bez przemocy, dającej się zdefiniować.To dla kobiet i dzieci, tych żon i matek, szesnastoletnich, nie zepsutych przez świat, miała być religia, kościół, wiara, wierność, patriotyzm i poświęcenie. Ich wykształcenie miało zmierzać zawsze w tym kierunku (pod czujnym okiem ojca i męża).

Czy więc fizycy i filozofowie to jedyni ludzie wyrządzający zło? Co powiemy o ekonomistach, którzy swoimi teoriami przysparzają zmartwień biednym ludziom, a dobrobytu bogatym? Psychologach i ich dziesiątej wodzie po kisielu – coachach, wróżkach, astrologach, lekarzach, zainteresowanych jednostkami chorobowymi, a nie ludźmi, osobami, jak by nie było? Rehabilitantach, w przerwie swoich zajęć wzdychających przy kawie, że znowu będą musieli oglądać te paskudne starcze cielska, które tylko żrą i wydalają, zamiast uprawiać sporty, zdrowo się odżywiać i dążyć do sukcesu?

Co zrobić, jak dwoje dobrych ludzi nienawidzi się, bowiem jeden jest pryncypialnie zasadniczy, drugi średnio odpowiedzialny, a trzeci dobry człowiek, miażdżony przez oddzielające ich mury,  chce sam podejmować decyzje, nawet nietrafne, ale własne? I czasami staje przed nierozwiązanym dylematem, które z wartości, jakimi kierował się w życiu, mogą zwyciężyć, a które są idealistyczną mrzonką?

Co zrobić z człowiekiem, który dzieli ludzi na dobrych i złych, bowiem zaznał wiele zła od dobrych, choć pryncypialnych ludzi, a nie zaznał żadnego dobra od dobrych, choć chwiejnych osobników. Pocieszyć go przysłowiem, że piekło dobrymi chęciami wybrukowane?

Jaką przewagę może mieć ten, który nie jest niczego pewnym, nad tym, który wie czego chce i nie waha się przed niczym, żeby to osiągnąć? Czy ten pierwszy jest dobry, a ten drugi zły? Albo na odwrót? Nic bardziej złudnego. Pryncypialność i pewność, co do swoich dążeń zawsze może obrócić się na dobre lub złe, a niepewność stać się powodem uzasadnionych zarzutów o błądzenie w mroku nierzeczywistości.

Prawdą jest więc, że są ludzie skazani na porażkę, których zmełły młyńskie kamienie pewności, nawet jeśli nie zawieszono im ich na szyi, a tylko pokazano z bliska.

Na jakichś liściach w indiańskim, podziemnym świecie Tolteków ponoć jest zapisane życie każdego człowieka i wypunktowane wszystkie przeszkody, na jakie trafi. Taka sama dobra wiara, jak w oko zawieszone w trójkącie władzy, która jest jednością, jak istnienie Kroniki Akaszy i równoległych światów, w których wszystkie rozwiązania mogą zostać przetestowane ( w tym tylko problem, żeby uzyskać do nich dostęp) albo tego, że rządzą nami jaszczury. Prawdą jest, iż mamy mniej do powiedzenia w naszym życiu, niż nam się wydaje, a jeżeli ktoś za nas mówi, zazwyczaj są to upraszczające wszystko bzdury.

Schludne słoiczki z kompotem z wiśni stoją w szeregu pokrywkami do dołu (tak ponoć ma być, żeby lepiej się trzymały), foremki z pasztetem mrożą się na dolnej półce zamrażarki, dając mi oprócz zmęczenia satysfakcję z podjętych działań, jakiej nie dało i nigdy nie da mi rozważanie nad dobrem czy złem człowieka, świata i wszystkiego, co nas otacza. Właśnie ostatnio dobry, choć pryncypialnie nastawiony człowiek, odmówił zrozumienia dla podjętych przeze mnie działań, będących zresztą wypadkową okoliczności, moich i cudzych przekonań, oraz żądań ekonomistów. Jak każdy kompromis, ten też był niezadowalający, a co przyniesie przyszłość i tak się dopiero okaże, chociaż póki co winę podobno ponoszę ja

.Wieki całe temu, pewien bardzo zły człowiek, wyrządzonym mi złem, skłonił mnie do zastanowieniem się nad prawidłami świata i dał napęd do walki z uproszczeniami. Na szczęście był to jedyny prawdziwie zły człowiek, napotkany na drodze mojego życia. Resztę przykrości zawdzięczam dobrym ludziom.

 

 

 

Jeszcze jeden schemat

 

Tragiczny romantyk

Tragiczny romantyk jest kolejnym typem enneagramu, który mam ochotę zanalizować, z tej przyczyny, że jeśli jakiś fragment charakterystyki do mnie pasuje, to właśnie tej postaci. Przy czym od razu uprzedzam, że może reprezentowałam ten typ w wieku od 14 do 22 roku życia, obecnie przesuwam się raczej w kierunku innych postaci. Mam więc w sobie coś z 8 – Szefa, 5- Obserwatora, 9-Mediatora z elementami 2-Dawcy i 6- Adwokata diabła. Ponieważ zgodnie z teorią, mogę reprezentować tylko jeden typ na raz (chociaż zwolennicy enneagramu dwoją się i troją żeby zalegalizować odstępstwa w postaci tzw. skrzydeł, czy zmian postępowania typu w stresie i w komforcie), przyjmuję wygodną postawę krytykowania teorii (bez żadnej odpowiedzialności, jako że nie jestem jej znawcą), co nie zwalnia mnie jednak z pewnych przymiarek i analiz.

Jeśli Piątka-Obserwator prezentował enneagramowy typ lękowy, to Czwórka – Tragiczny romantyk jest typem podobno wstydowym, co oznacz,a że ten rodzaj emocji przeważa w jego osobowości. Tu moje pierwsze zastrzeżenie: zawsze byłam pewna że jestem człowiekiem bardzo tchórzliwym i do dziś nie zmieniłam zdania. Owszem, uważam, że mam odwagę cywilną, żeby stawić czoła okolicznościom, ale robię to raczej z rozsądku, choć silnie przeżywam lęk. Nie wydaje mi się, żebym była kiedykolwiek opanowana przez wstyd, poza krótkimi okresami dzieciństwa, gdy wstyd ten starano się we mnie wzbudzić. Jednak emocja wstydu nie jest istotna w moim życiu, chociaż często stawiam sobie przed samą sobą rozmaite zarzuty (co kieruje mnie w stronę Jedynki – Perfekcjonisty).  Za to lęk: wielu rzeczy się boję: mostów, zażywania nowego lekarstwa, lotu samolotem, braku zrozumienia, upokorzenia, nudy itd.

Nie jestem też ekstrawertykiem, czy introwertykiem – bywam taka i taka (jako słoneczny Strzelec i księżycowy Rak), bez wyraźnej przewagi w którymkolwiek kierunku.

„Dla Tragicznego Romantyka charakterystyczne jest odrzucenie tego, co pospolite, przeciętne i typowe, i skupianie się na tym, co odmienne, poza normą, elitarne, dziwne” pisze W. Jóźwiak nie do końca chyba rozumiejąc o co w tych poszukiwaniach „dziwności” chodzi. Rzecz w tym, że jestem przekonana iż wiele aspektów rzeczy rozumiem i ich zakres jest szerszy, niż rozumienie przeciętnego człowieka. Dla mnie nie jest dziwnym żaden przejaw egzystencji człowieka, choć dla wielu np. już homoseksualizm, to ponad ich rozumienie i wytrzymałość.

„Enneagramowa Czwórka Tragiczny Romantyk – czuje się obcy „temu światu”, czuje się „skądinąd”, jakby był przybyszem z innej sfery, jakby nie jego matka go urodziła i świat w którym żyje nie był jego domem.” – pisze w innym miejscu WJ, kontynuując wątek „dziwności” Czwórki.

„4-Tragiczny Romantyk gra o prestiż odrzucając (pozornie) grę o prestiż. Demonstruje postawę: „nic mnie to nie obchodzi”. Zanegowawszy grę o prestiż, który jest zjawiskiem z gruntu społecznym, neguje też społeczeństwo, co przejawia się w zamiłowaniu Czwórek do sytuacji skrajnych, a więc takich, w których wychodzi się poza granice społeczeństwa, poza jego progi. Tu należy zamiłowanie Czwórek do zjawisk takich, jak śmierć, samobójstwo, porzucenie wszystkiego, zaczynanie od nowa, samotność, czyny pionierskie lub kryminalne, poświęcenie, hazard i ryzyko, a także seks, który ze swoją biologią zawsze wystaje poza próg tego, co społeczne. Romantyk wychodzi poza grę o prestiż, ponieważ stawia go to na wyróżnionej-lepszej pozycji w grze o prestiż.”

Nie byłabym tak pewna, czy istotnie Czwórka w ogóle interesuje się prestiżem i neguje społeczeństwo. Może widzi go inaczej i czego innego się po nim spodziewa, może chciałaby coś z nim zrobić, przekształcić jakoś, ale negacja? Także rozumienie prestiżu ma zapewne odmienne – bardziej interesuje ją „rząd dusz”, niż typowa pozycja w społeczności – polityczna czy materialna, lub wyróżniona w inny sposób (arystokracja, tytuły).

„Typ numer Cztery, czyli Tragiczny Romantyk albo: „Jestem inny niż wszyscy, więcej czuję i bardziej cierpię”

Tragiczni Romantycy już w dzieciństwie poczuli się porzuceni lub odrzuceni, a przez to inni niż wszyscy. Jako dzieci czuli, że nie mają czegoś, co inni dostali bez wysiłku: normalnej rodziny, troski rodziców, zwykłego, „zwierzęcego” szczęścia. Na ten stan odkryli szczególne lekarstwo: pogrążanie się w swoich uczuciach, najczęściej w przeżywaniu straty, smutku, żalu oraz tęsknoty za lepszym życiem, które musi kiedyś nadejść. Nie jest to jednak stabilny punkt oparcia i Czwórki z całego ennegramu przeżywają największe emocjonalne huśtawki, wahając się od szaleńczego entuzjazmu do obezwładniającej depresji.

Tragiczni Romantycy nie ufają pospolitemu szczęściu i sukcesom. Skupiają uwagę na ciemnych stronach tego, co jest realnie dostępne, i na najjaśniejszych stronach tego, co dalekie, wymarzone i nieosiągalne. Wciąż pożądają czegoś, czego nie mają, a jeżeli to już zdobędą, przeżywają zawód i frustrację z powodu wad tego, co dostały. Kiedy znajdą wymarzona pracę, zaczynają szukać idealnego partnera. Kiedy go znajdą, z reguły czują, że „to nie to” i ustawiają sobie kolejny przedmiot marzeń. Żyją tak, jakby nie całkiem należały do świata realnego.

Wrażliwość na uczuciowe poruszenia i poczucie własnej wyjątkowości czyni z Czwórek dusze artystyczne: właściwa jest im zarówno estetyczna wrażliwość jak i zamiłowanie do artystycznej, twórczej ekspresji. Czwórka czuje się oryginalna i świadomie pracuje nad tym, aby osiągnąć swój własny styl: w ubiorze, w zewnętrznym wyglądzie, w sposobie wyrażania się… często taki styl staje się przebraniem. Aby sprostać standardom, jakie sobie narzuca, gotowa jest nawet dręczyć swoje ciało. Tym bardziej, że Tragiczni Romantycy zwykle są na bakier z własnym ciałem: wydaje im się ono (zwykle niesłusznie) niezgrabne, niemodne, zbyt otyłe… Stąd już krok do częstej w tym typie anoreksji.

Czwórki instynktownie są przekonane, że nie należą do stada, że są ponadogólne normy obyczajowe, moralne, prawne. Przepisy usiłują obejść, z szefami wolą zaprzyjaźnić się aniżeli ich słuchać; w ich stylu są towarzyskie prowokacje, a nawet przekraczanie prawa. Przy tym uwielbiają, jak im się upiecze. Jak magnes przyciągają je wszelkie elity: zarówno te wysokie, jak arystokracja, jak i te niskie, jak mafie.

Czwórki, aby normalnie funkcjonować, potrzebują wciąż mocnych bodźców emocjonalnych, jakie rodzą się, kiedy człowiek stoi na krawędzi twarzą w twarz ze śmiercią, z pożądaniem, seksem; z ciemnymi stronami ludzkiej natury. Charakterystyczne jest dla nich obsesyjne wracanie do możliwości samobójstwa, jakby w takich myślach znajdywali oparcie. Z tej przyczyny Tragiczni Romantycy potrafią zrozumieć ludzi pogrążonych w rozpaczy, załamanych, szykujących się do samobójstwa — i potrafią udzielić im wsparcia.

Typ nr Cztery zrobił wielką karierę w literaturze: jako bohater, który zdobywa bogactwa, a mimo to ginie z niespełnionej miłości — jak Wokulski lub Wielki Gatsby.”

W charakterystyce poszczególnych typów w
http://www.taraka.pl/enneagram_przewodnik_B (strona 11) zamieszczono pewną tabelę, wskazująca na różnice miedzy poszczególnymi typami w zewnętrznych deklaracjach, a w warunkach wewnętrznych.. O ile Piątka Obserwator deklaruje „chcę wiedzieć” ale w istocie „nie chcę kochać” to Czwórka – Tragiczny romantyk w deklaracjach „chcę czuć” ale „nie chcę się cieszyć”.

Powyżej przytoczone cytaty pokazują niby obiektywne spojrzenie na poszczególne typy enneagramu, czego dowodem ma być ukazanie mocnych i słabych stron danego typu. Jednakże podstawą teorii jest wartościowanie i dlatego ani na jotę teoria ta nie przybliża nas do zrozumienia, o co właściwie chodzi w strategiach życia poszczególnych osób i ludzkości – jako całości i co wynika z tego, dla funkcjonowania w społeczeństwie i dla społeczeństwa, z ich istnienia.

Mnie osobiście uraziły i rozbawiły dywagacje, iż społecznie typ tragicznego romantyka reprezentowali … naziści, bowiem przywiązani byli do idei różnej wartości różnych ludzi i nacji i zaprzeczali pojęciu równości człowieka wobec człowieka.

Doskonale wiem, że wszelkiego rodzaju niby obiektywne klasyfikacje mogą być wykorzystywane w rozmaitych celach i tylko źdźbło we własnym oku może kogoś zatrzymać w tej radosnej twórczości. Istnieje jednak wielka belka, zazwyczaj nie dostrzegana, ale nie mnie ją wyciągać komuś przed oczy.

Moim, zupełnie osobistym zdaniem, ludzki intelekt lubi poruszać się po manowcach, upraszczając rzeczy skomplikowane tym bardziej, im jest mniej wydolny. Na to czekają już inne umysły, lepiej praktycznie wyszkolone i szybciutko znajdują zastosowanie dla takich dywagacji. Oczywiście niczego już cofnąć nie można (jak wynalazku bomby atomowej), ale dobrze sobie z tego zdawać sprawę. Ja na przykład potrafię sobie wyobrazić kampanie reklamowe, skierowane do poszczególnych typów ludzi, klasyfikowanych w różnych systemach, nie tylko enneagramu.

W charakterystyce postaci Tragicznego romantyka pominięto najważniejszą, moim zdaniem, cechę – przekonanie o możliwości współodczuwania ze światem i chęć (czy złudzenie) takiego współodczuwania. Jest to, moim zdaniem, napęd życia tych ludzi, ich twórczy wkład w społeczeństwo. Żeby to jednak zrozumieć, trzeba posunąć się dale,j poza  takie czy inne klasyfikacje ludzi, bowiem ukrywają one fakt, iż każdy wymyślony typ ma swój udział, niemniej cenny i potrzebny.

I na koniec moja beczka dziegciu:

Na stronie: http://porozmawiajmy.tv/wykorzystanie-enneagramu-w-praktyce-czesc-2-marcin-pienkowski/

możemy dowiedzieć się jak może być wykorzystana wiedza o człowieku sklasyfikowanym wg zasad enneagramu. Choć na pierwszym miejscu wymienia się go, jako narzędzie rozwoju osobistego i poprawienia relacji, w niedługim czasie okazuje się, iż wiedza ta wykorzystywana jest w szkoleniu kadry kierowniczej, gdzie można korygować źle przydzielone role (czytaj: nadajesz się, lub nie na określone stanowisko), kompetencje społeczne (może okazać się, że Twój typ ich nie ma), modyfikacja działań (raczej nie twoich, tylko wobec ciebie), usprawnienie działań zespołu (raczej poprzez zmianę jego składu), w dodatku podlane poważnym sosem budowy sztabów kryzysowych. Jesteśmy w domu. Przydatność klasyfikacji polega na zawoalowanym typowaniu jednostki do określonych celów. Mnie się to nie podoba, a wam? Na szczęście ja, jako emerytka, nie ubiegam się o pracę, chociaż wiem, że mój typ nie pasuje do założeń dotyczących walorów kadry kierowniczej, na przykład,. Ale wiem także, że byłam dobrym kierownikiem i dyrektorem zarządzającym dużą liczbą pracowników, cenionym i pomysłowym, a w dodatku lubianym – o co dziś, w epoce poganiaczy korporacyjnych niewolników  raczej trudno. Mimo, że jestem Tragicznym Romantykiem. Albo dzięki temu.

 

 

Obserwator

Na pewnej serii zdjęć dzieci ze szkoły podstawowej, jeden z dzieciaków zawsze stoi z boku. Cokolwiek by grupa nie robiła, on zawsze stwarza wrażenie, że buduje między sobą, a resztą, dystans. Znam kilka takich osób, mam też takie w rodzinie i są one dla mnie trudne do rozgryzienia. Moja wiedza o nich nie bierze się ani z tego, co o sobie mówią (a mówią niewiele, w każdym razie nic istotnego), ani z obserwacji (bo nie umiem obserwować zimno, obiektywnie i z poświęceniem). Nie umiem też tworzyć teorii, skąd się ta ich postawa obserwatora bierze – jako osoba z przeciwnego bieguna, która całe życie opanowuje swoją żywiołowość.

Jednak zawsze fascynowały mnie takie postaci. Pierwszą z nich była moja koleżanka z pracy, Irmina. Doktor filozofii, piękna i zimna z pozoru kobieta, mistrzyni dystansu. Fascynowała mnie ta jej umiejętność. Nie do pomyślenia było, aby ktoś do Irminy odniósł się z brakiem szacunku, czy nadmierną familiarnością. Przy tym wszystkim wcale nie była wyniosła; lubiła śmiać się i żartować, zresztą musiała, bowiem tworzyłyśmy amatorski kabaret. Nasze role były ustalone. Ja byłam „Kaśką, wzorową traktorzystką”, Irmina odgrywała jakieś niegdysiejsze arystokratyczne damy. Było jeszcze w kabarecie kilka charakterystycznych postaci, ale w ogóle niechętnie ten okres swojego życia wspominam, ponieważ przypisane nam role jakoś przedostały się do prywatnego życia. Podczas gdy dama-Irmina, w prywatnym życiu, odrzucając zaloty pewnego mądrego i inteligentnego człowieka (w którym nieco się podkochiwałam), zgasiła papierosa na jego dłoni (czego bynajmniej nie miał jej za złe), Kasia-traktorzystka wychodziła na naiwną idiotkę, którą musiały mitygować osoby lepiej wykształcone i bardziej politycznie uświadomione (to był dość wczesny PRL, zdominowany ideologią sojuszu robotniczo-chłopskiego i kształceniem politycznym mas).

Z Irminą przyjaźniłyśmy się; wydaje się, że moja żywiołowość i naiwność podobnie fascynowała ją, jak mnie jej umiejętność podtrzymywania dystansu. Sprawa ta była tak bardzo ważna w moim życiu, że jedno z pierwszych opowiadań, które napisałam (ale nie przechowało się i nie pamiętam jego treści) zatytułowałam „Dystans”.O życiu prywatnym i rodzinie Irminy nie wiedziałam nic do czasu, aż zrozumiałam, dlaczego je ukrywała. Mieszkała pod Warszawą w rozwalającej się chałupie, otoczonej chwastami, a jej matka okazała się niechlujną, ordynarną, grubą kobietą, jakich pełno było w tamtych czasach na rozmaitego rodzaju zadupiach.

Potem spotkałam jeszcze kilka osób w rodzaju Irminy i zawsze odczuwałam wobec nich z trudem maskowane poczucie niższości, ale i fascynację. Nigdy jednak nie wiązałam poczucia dystansu z pozycją obserwatora, za bardzo może wobec tych ludzi wchodziłam w buty Kaśki-traktorzystki, pełnej podziwu, także wobec tych, którzy, jak się ostatnio mówi , kreatywnie zarządzali własną osobowością. Do głowy by mi nie przyszło, że ja mogłam stanowić dla nich obiekt obserwacji.

Pora jednak na odrobinę teorii. Pisząc felietony dla Taraki i uczestnicząc w życiu tej witryny, nie mogłam nie zetknąć się z koncepcją enneagramu. Popularyzatorką tej idei była Helen Palmer, i opisała ją w swojej książce „Enneagram” ( wyd. oryg. 1988, pol. 1992), potem twórczo rozwijana przez polskich autorów. W przybliżeniu teoria ta systematyzuje typy ludzkich charakterów wg kryteriów 1) Gniewu, wstydu i lęku – jako emocji leżących u podstaw ich stosunku do świata, 2) przejawiania się w sposobach obsługi tych emocji: prostym, ekstrawertycznym i introwertycznym, co daje łącznie 9 typów enneagramowych.  Jednym z owych 9 typów osobowości była tzw. Piątka, inaczej nazywana „Obserwatorem”.

Zgodnie z klasyfikacją Piątka – Obserwator jest wynikiem leżącej u podstaw głównej emocji – lęku, obsługiwanej przez postawę introwertyczną. Piątkę tak charakteryzuje w swoich artykułach Wojciech Jóźwiak:

„Piątka-Obserwator stosuje unikanie, ale unika nie tyle samego źródła zagrożenia, co własnych emocji. Odcinając emocje, zyskuje to, że wśród nich odcina także lęk. Odcięcie emocji łączy się z postawą wycofania i budowaniem dystansu. Obserwator w pierwszym rzędzie dystansuje się od tego, co czuje, więc w istocie od samego siebie; dystans i uczuciowy chłód wobec innych ludzi jest już tylko kontynuacją tej postawy. Dystans wiąże się z intelektualizmem, z braniem wszystkiego na rozum.”

„Obserwator, typ nr 5. Przyjmuje on zasadę, iż emocjonalne zaangażowanie jest bolesne, zatem należy się wycofać i nie angażować, zachowując odpowiedni dystans pomiędzy sobą a rzeczywistością. Ludzie z tego typu postrzegają świat niby przez grubą szybę i trzymają pokerowe miny. Są życiowymi minimalistami.”

Sama Helen Palmer jako podstawę takiego stosunku do życia bierze sytuację rodzinną:

„[Niektóre Piątki] do tego stopnia czuły się porzucone, że zaakceptowały swój los, ucząc się odrywać od uczuć, by móc przeżyć. Drugi typ […] to ten rodzaj rodzin, które tak bardzo narzucają się psychicznie dziecku, że [ono] zmuszone jest tłumić swoje emocje, by móc się od rodziny odizolować.”

Wojciech Jóźwiak, przeprowadzając analizę enneagramowych piątek podkreśla, że stosują one pewną formę wewnętrznej emigracji – co nie wydaje mi się dobrym określeniem. Zdystansowanie nie jest równoważne wewnętrznej emigracji, bowiem będąc zdystansowanym do niektórych tylko przejawów otaczającego świata, w stosunku do innych można zachowywać postawę zaangażowaną, choć najczęściej rozsądną i bez przesady. Nie byłabym też tak radykalna w twierdzeniu, że osoby te odcięły od świata tę cześć swojej osobowości, która może być źródłem ran i cierpień: swoje odczuwanie, swoje życie emocjonalne i że wybierają samotność. Mogą samotności w ogóle nie wybierać, ale poszukiwać jej namiastek czy specyficznych form w związkach. „Stawiać granice” – jak często się robi. Mogą też w inny sposób regulować swoje potrzeby związane z dystansem wobec innych. A już nie wierzę, że nieodmiennie towarzyszy im chłód, nawet tak radykalny, jak pisze Wiktor Rumocki, porównujący go do Niflheim, jako krainy Lodu, biorąc za przykład normańską mitologię w typologii charakterów.

Ja sama nie byłam nigdy zwolenniczką teorii enneagramów. Wydawało mi się, że trzymanie się z uporem maniaka poglądu, iż człowiek przez cale swoje życie reprezentuje tylko jeden typ, jest zbytnim uproszczeniem, podobnie jak ograniczenie różnorodności ludzkich charakterów do kilku (a nawet, jak w okresie późniejszym), kilkunastu typów, stanowiących mieszankę typów podstawowych. Uważałam też, że takie klasyfikacje nie prowadzą do niczego sensownego, wszak gdy studiowałam ekonomię, każdy przedmiot rozpoczynano od teorii klasyfikacji – z czego moim zdaniem nic nie wynikało. Nie podobały mi się też nazwy nadawane poszczególnym typom, moim zdaniem często dowolne, nie oddające ich cech i z tego powodu mylące  mylące. W ogóle mieszanie matematyki i geometrii z tarotem i astrologią oraz dopasowywanie tego wszystkiego do typów ludzkich charakterów, wydaje mi się zabiegiem sztucznym.

Kiedy w rozumieniu typów enneagramu mówi się o piątce-obserwatorze, ja widzę kogoś w rodzaju mędrca w okularach z długą siwą brodą, wyrywającego w skupieniu i na zimno, pod lupą, jakiemuś owadowi czułki czy odnóża, nie baczącego na to, że może powodować cierpienie. A przecież obserwatorzy nie muszą być tacy.

Kiedy rozmawiałam ze znajomymi o obserwatorach,  zwróciliśmy uwagę na fakt, iż ludzie niechętnie znoszą poddawanie ich obserwacji, zapewne spodziewając się, że jest ona poszukiwaniem ich słabych cech i raczej obserwacją nieżyczliwą, niż życzliwą. Wspomnieliśmy nawet o tym, że dawniejsi podróżnicy po słabo poznanych krajach, niejednokrotnie stykali się ze złą reakcją na fotografowanie („kradzież dusz”), podobno jednak, gdy pozwolono im samym wziąć aparat do ręki i parę razy pstryknąć, ta niechęć mijała.

Możliwe, że ta nieżyczliwa ocena obserwatorów, przeciskająca się bokiem do opisu enneagramowej piątki, w jakiejś mierze pochodzi z tego samego źródła. W dodatku dziecinny lęk, przeżywany przez introwertyka wobec nadmiernie emocjonalnego, rodzinnego domu, moim zdaniem może wykształcić osobowość krańcowo odmienną, nie odcinającą się od uczuć, a traktującą nadmierną emocjonalność jako normę i wzór. Innymi słowy, córka matki, ciskającej w dzieci ciężkimi przedmiotami, sama zostawszy matką, równie dobrze może wobec własnych dzieci powielać to zachowanie, nie chcąc nikomu niczego wyjaśniać.

Możliwe zresztą, że na obserwatorach za mało się znam.

Zdaję sobie sprawę, że zachowanie dystansu wobec otoczenia nie zawsze jest oczywiste i widoczne na pierwszy rzut oka. Są ludzie, w towarzyskim kontakcie mili, przyjaźni, nawet „przylepni” i dopiero po jakimś czasie orientujemy się, jak bardzo twarde jądro w nich tkwi. Także pozycja obserwatora nie musi się łączyć z odczuwaniem dystansu wobec świata. Są obserwatorzy bardzo głęboko zaangażowani w obserwowaną przez siebie przestrzeń , pragną jednak stworzyć wrażenie swojego chłodu i obiektywizmu wobec niej i nie zawsze to może być nieprawdą czy pozą. Ludzie są o wiele bardziej skomplikowani, niż przewiduje to kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt typów, na które z upodobaniem godnym lepszej sprawy dzielą zwolennicy ujmowania swojej wiedzy w schematy.

Możliwe, że nie trzeba zjeść beczki soli z kimś, żeby go poznać; może wystarczy tylko kilogram, a może w ogóle nie poznamy go nigdy, nie przebywając z nim na stałe; a może nawet i przebywając, nie uda nam się tego dokonać. Pewnie dlatego drugi człowiek może być dla nas taki fascynujący.

 

 

Francuskie ciasteczka z nadzieniem

Na FB, w kopalni bzdur wszelakich, niepotwierdzonych teorii i nieuprawnionych przypuszczeń, pojawiają się czasem teksty, co do których aparat naszej krytyki zdaje się bezsilny. Niby brzmi nieprawdopodobnie, ale nie dość. Niby podejrzewamy, że coś w tym jest, ale zdajemy sobie sprawę, że gdyby chcieć wiadomość potwierdzić, wymagałoby to badań bardzo szeroko zakrojonych i bardzo kosztownych. Czy więc w tej, konkretnej sprawie, był ktokolwiek tak poważnie nią zainteresowany (bez perspektywy zarobienia na tym), żeby ponieść wszystkie ewentualne koszty, żeby wynik był miarodajny? A jeżeli taki by się znalazł, jak mogło się stać, że o tych badaniach nic wcześniej nie słyszałam? A może tylko sprawdzono teorię na chybcika, pi razy drzwi, trochę badań, trochę domniemań, reszta przeniesień zaczerpniętych z innych, podobnych na pozór spraw?

To w zasadzie kwestia zaufania. Jeśli przeczytam w Gazecie Wyborczej (jak w dzisiejszym numerze, w dziale „Nauka”), że nasz mózg w pierwszych 6 sekundach podejmuje decyzję aprobującą lub negatywną, dotyczącą kogoś świeżo poznanego, to wypada mi wierzyć. Bo czasopismo wydawane też drukiem (choć ja czytałam wersję internetową), bo gazeta opiniotwórcza, bo nazwisko dziennikarza, itp. Zakładam, że to raczej prawda.

Jeśli jednak to samo przeczytam na FB, gdzie info pochodzi z nieznanej mi witryny, udostępnionej przez nieznajomą mi bliżej znajomą, zafiksowaną na jakimś zagadnieniu, ale bez mojej wiedzy o jej kwalifikacjach – tę samą wiadomość potraktuję na wszelki wypadek, jako nieuprawnioną.

Tak też podeszłam do informacji z ubiegłego roku, na temat szkodliwości niektórych środków spożywczych i potraw, przygotowanych fabrycznie, w każdym razie tam, gdzie w ich produkcji brały udział duże zespoły ludzi. Otóż twierdzono, że na  dobre właściwości potraw mają wpływ nie tylko czynniki powszechnie znane, jak świeżość czy jakość produktów, z których potrawę przygotowano, ale także emocje i uczucia ludzi zaangażowanych w proces powstawania potrawy. Potraktowałam to jako kolejny bzdet, chociażby z tego powodu, że w dużym zakładzie produkcyjnym, zawsze kogoś na przykład coś boli; są ludzie niezadowoleni, źli i smutni, a więc przygotowane przez nich potrawy, z definicji powinny być szkodliwe.

Poza tym protestował mój zdrowy rozsądek (ale, jak wiadomo w sprawach nauki zdroworozsądkowy ogląd może przeszkadzać odkryciom), zwłaszcza że pachniało mi to trochę czymś w rodzaju „rzucania uroków” czy „złych spojrzeń”. Ale przecież, nawet jeśli w nie nie wierzymy, to łatwo odgadniemy, kiedy ktoś zbliżający się do nas ma nieprzyjazne intencje. Czujemy to po prostu przez skórę – najczęściej w tych, naukowo potwierdzonych, 6 sekundach. Pytanie: Czy to uczucie może dokonać takich zmian w strukturze przedmiotu, że będzie możliwe rozpoznanie tych zmian bez wiedzy o jego poprzednich kontaktach?

Nie myślałabym o tym dłużej, gdyby nie osobiste doświadczenia z zajmowania się kuchnią. Należę do ludzi o smaku może nie specjalnie wyrafinowanym, ale zdecydowanym. Wyczuwam zawsze początki zepsucia (mimo nawet zabiegów usiłujących to ukryć), chemiczne posmaki, itp. – nawet w ulubionych potrawach. Nie zmylą mnie ostre przyprawy ani zabiegi uzdatniające przeterminowaną żywność.

Są jednak potrawy na przeciwnym biegunie. Ich smak jest wyjątkowo pociągający, choć z pozoru niczym specjalnym się nie różnią od tych, mniej pociągających. Podam przykład: ogórki kiszone, małosolne, kilkudniowe. To czy mi smakują, czy nie, zależy wyłącznie od konkretnego ogórka – gdzie i jak rósł, jak był nawożony, kiedy zebrany. Jestem w stanie przewidzieć, że dany słoik należy spożyć zaraz, bowiem nie będzie dłużej się dobrze przechowywał.

Kiedyś mówiono, że kobieca miesiączka nie sprzyja przygotowywaniu przetworów i mimo zachowania reżimu higieny, często się one psują. Z własnego doświadczenia mogę orzec, że to prawda. Jeśli więc moje ogórki, czy kapusta, czy dżemy lub soki, przechowały elementy otaczającej mnie atmosfery z określonej fazy kobiecej płodności, to czyż nie mogą przechować elementów mojego nastroju, w czasie ich przygotowywania? Jeśli jestem zła, kłócę się z kimś, czy po prostu odczuwam żal i frustrację, czyż nie może to odbić się na jakości potrawy?

Może więc potrawy przygotowywane z miłością, chęcią dogodzenia komuś, zostają na długo w pamięci z tego właśnie powodu? Znane są smaki dzieciństwa, zapamiętywane na całe życie. Czy to z powodu matczynej miłości?

Takie rozmyślania towarzyszyły mi dzisiejszemu pieczeniu   ciasteczek francuskich z nadzieniem z kapusty z kminkiem i cebulą. Chciałam włożyć w przygotowanie tej potrawy dużo dobrych uczuć, cóż, kiedy kapusta zasmażona na patelni i przyprawiona, sama w sobie była pyszna, ale we francuskim cieście nabrała dodatkowej kwaśności, nie złagodzonej dodatkiem pozytywnych intencji, choć wydawałoby się to teoretycznie niemożliwe.

Może więc pocieszy mnie ewentualność, że ciasto francuskie nie ja lepiłam, tylko kupiłam w markecie, podobnie jak kapustę, cebulę, pieprz, kminek i inne dodatki. Jajko, którym posmarowałam ciasteczka, też nie pochodziło od kury przeze mnie wyhodowanej i wykarmionej, której nastrój nie był mi znany. W zasadzie więc w nieudanych ciasteczkach nie ma mojej winy, skoro zawierają cały ogrom cudzych uczuć i nierozpoznanych emocji. Moja jednostkowa dobra wola może nie wystarczyć, żeby przeciwstawić się całemu osadowi zgromadzonych negatywów.

Niestety, siły już mi nie pozwalają tak gotować, jak robiłam to kiedyś, więc podpieranie się niesprawdzonymi teoriami jest jak najbardziej uprawnione.

Teoretycznie a praktycznie

Z pewną przyjaciółką rozmawiałyśmy o młodej pisarce, która wydała dwie książki, świetnie opisujące i diagnozujące toksyczne związki, sama jednak od lat pozostającej w takim związku i nie potrafiącej się z niego wyzwolić.

Ja też należę do takich twórców. Całe życie poszukuję porozumienia z inną osobą i nigdy mi się to nie udaje. Teoretycznie przyjęłam, że jest to winą niewłaściwych wyborów, ale w dalszym ciągu wybieram niewłaściwych ludzi do takiego porozumienia, i, co gorsza, nie interesuje mnie porozumienie z osobami spoza określonego kręgu. Wiem jednak, że w tym kręgu, w którym poszukuję, nie znajdę go w żadnym wypadku. Perpetuum mobile, po raz kolejny, w historii świata, odtwarzane nie jako postęp, a jako wstecznictwo.

Panująca kultura patriarchalna nauczyła mnie oczekiwać sukcesów wyłącznie w wypadku dokonania ustępstw wobec oczekiwań społeczeństwa i w granicach przez to społeczeństwo wyraźnie zaznaczonych. Jako kobieta rocznik 1942, nie powinnam oczekiwać zrozumienia od mężczyzn ukierunkowanych intelektualnie, ponieważ partnerów w dociekaniu praw świata poszukiwali oni wyłącznie wśród mężczyzn. Jako dziewczyna rocznik 1942, nie mogłam poszukiwać zrozumienia wśród mężczyzn zwyczajnych, ponieważ z powodu licznych uczuleń na ówczesne kosmetyki, nie byłam w stanie poprawiać swojej urody. W dodatku nie wierzyłam w swoją atrakcyjność złośliwie do dziś określaną jako „soute”. W sosie własnym, czyli „Jakim mnie stworzyłeś Panie Boże – takim mnie masz”. Podstawowe składniki kosmetyków i leczniczych maści w PRL były tylko 2 – lanolina i alantoina (co ostało się do dziś). Nie mogąc poszukiwać zrozumienia na drodze znaczenia, znajomości, urody i nie mając zadatków na sukcesy w dziedzinie intelektualnej, wegetowałam gdzieś na obrzeżu aktywności dostępnej młodym dziewczynom, niepewnym co do własnej tożsamości i walorów. Po latach ocknęłam się z ówczesnego marazmu i wystrzeliłam w nieznany świat (za sprawą wiary w moje możliwości pewnego mężczyzny, zresztą nie budzącego zaufania u rozsądnych ludzi.) Jako staruszka rocznik 1942 nie spełniam wymogów współczesności co do wyglądów, zachowania i statusu, choć, dzięki Bogu, czytelnicy mojego bloga nie zawsze mają świadomość z kim mają do czynienia.

Jako tak bardzo doświadczona kobieta, życiowo oblatana w stereotypach, co najmniej z ubiegłych 50-ciu lat, nie powinnam była dalej, z uporem maniaka, poszukiwać zrozumienia. Powinnam, jak inne babcie, podziwiać pokolenie wnuków i prawnuków, poszukiwać w nich realizacji swoich najskrytszych marzeń (pozbawionemu atrybutów kobiecej  seksualności widzi się świat wyraźniej i trzeźwiej). Przykro mi, ale tak nie jest. Nie chcę być babcią czy ciocią, która siedzi na kanapie i ma wszystkim wszystko za złe, ale, mimo najszczerszych chęci mój sceptycyzm wobec świata woła o uwagę.

Moja zagraniczna przyjaciółka w trosce o moje samopoczucie w letniej grypie, wymyśliła rozwiązanie pozwalające mi uniknąć wypełniania trzydziestu paru stron ankiety i zwierzania się urzędowi państwowemu z wstydliwego statusu niektórych krewnych, dla uzyskania pełnopłatnej pomocy opiekunki MOPS-u w wymiarze 3 godzin tygodniowo/. Polegało ono na zakwaterowaniu młodej dziewczyny, poszukującej pracy w Warszawie, w zamian za niewielką pomoc w gospodarstwie domowym.

Od razu zaznaczam, że dziewczyna jest bardzo miłą i chętną do pomocy, cóż, kiedy wychowanie i społeczne jej przystosowanie, nijak się ma do oczekiwań starszej, niedzisiejszej pani.

Oczekuje ona zdefiniowania swoich obowiązków (choć swoje prawa uważa z góry za ustanowione wyższym przekazem). Jej obowiązki to rzeczy, które może wykonać w czasie wolnym od pracy, towarzyskich spotkań, zajęć sportowych i innych. Mnie zaś trudno definiować coś po północy, gdy wraca do domu, bądź gdy wpada doń na chwilę z buzią w telefonie. Żeby o coś poprosić, trzeba mieć do czynienia z kimś, kto chce z tobą rozmawiać, a nie z internetową chmurą. Szykuję się, że gdy wróci do domu, to poproszę ją o złożenie suszarki do prania, kupienie mi bułek czy może zaniesienie do przychodni wniosku o receptę – nie mówiąc już o wstydliwym pomyśle, żeby w czasie prysznica umyła mi plecy czy obcięła paznokcie albo podniosła parę rzeczy z podłogi, po które nie dam rady się schylić. Nic z tego – rozmowa trwa, gdy dziewczyna wchodzi i wychodzi z domu. Słysze tylko zgrzyt zamykanego zamka.

Jest w tym połowę mojej winy. Nie potrafię przerwać cudzej konwersacji, wstyd mi prosić o przysługi osobiste ( młode dziewczyny nie lubią oglądać  starych, pomarszczonych ciał – co dowodnie widać na wpisach  na FB). Z doświadczenia wiem, że moje przyjaciółki ani krewni nigdy nie podjęli się obcięcia moich paznokci u nóg, co skutkuje koniecznością wizyt pedicurzystki, raz na miesiąc, za odpowiednią opłatą. Kobiety mojego pokolenia, które pochowały mężów, umierających i złośliwie sikających na ścianę – nie uznawały by tego za szczególną uciążliwość. Ale teraz one same potrzebują pomocy. Kalendarz, niestety!

Jest jednak wina społeczeństwa jako takiego, lekceważącego potrzeby osób niepełnosprawnych. Czy naprawdę muszę szukać daleko, żeby ktoś umył mi (szczotką, nie dotykając ręką ciała) plecy, nasmarował kremem nogi, z których sucha skóra złuszcza się płatami, pomógł spłukać włosy, gdy z bólu nie mogę podnieść rąk w górę? Czy koniecznie muszę wcześniej wypełniać trzydzieści parę stron ankiety, ustalającej ewentualne prawa alimentacyjne do krewnych za granicą? Czy muszę spowiadać się z osobistych uzależnień? Z tego ile razy w tygodniu zdarza mi się wypić lampkę wina?  Ilu mam przyjaciół, odwiedzających przynajmniej raz w miesiącu!  A jeśli moi przyjaciele, to „frakcja intelektualna”, których nie chcę mieszać w swoje problemy cielesne? Czy muszę przerywać cudzą filozoficzną konwersację, może bardzo ważną, żeby wyartykułować swoje potrzeby?

Moja przyjaciółka ze Szwecji namawia mnie do wizyty u niej. Moje serce wyrywa się, ale mój rozsądek mówi mi: „kochana, nasze rozmowy, nasz kontakt, nasze porozumienie, nie powinno łączyć się z obowiązkami. Ja jestem z PRL-u i z Polski, gdy wszak PRL nie minął, wręcz przeciwnie. To pewnik: gdy nie jesteś w stanie panować nad swoim światem, nie jesteś nic warta. Żyjesz Ulu w innym świecie, nie znającym polskich ograniczeń. Ja muszę je opanować, zanim zdecyduję się Ciebie nimi obarczyć. Mój ból powinien obarczyć jedynie mnie. Wszelkie rozwiązania pośrednie nie sprawdzają się.

Przykro mi też Saro, jesteś przemiłą dziewczyną, ale nasze światy nie mają punktów wspólnych. Nie czuję na siłach objaśniać  Ci na nowo świat praw i obowiązków człowieka. Po prostu oczekuję na koniec moich zobowiązań wobec świata  poczucia wielkiej ulgi. Już nic nie muszę i nic nie potrzebuję.

Teoretycznie.