Związki

Dziwnymi drogami chodzą różne związki między ludźmi. Sprzątająca u mnie pani z Ukrainy napotkała w domu innej pani, u której też sprząta, moją książkę. Pani ta opowiedziała jej, że bardzo się spłakała przy lekturze, a kiedy dowiedziała się, że Ukrainka mnie zna  i czytała moją książkę, była bardzo zdziwiona. Przy okazji ja dowiedziałam się, że egzemplarz pani sprzątającej jest już na Ukrainie i służy grupce młodych ludzi do nauki języka polskiego. Nie mogę wyjść z podziwu, że przy tak małym nakładzie  i braku reklamy książka dotarła już do następujących krajów: Niemcy, Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Ukraina i że ktoś się uczy z niej języka.

Nasze  życie zdominowanie jest przez związki. Im jesteś starsza, tym bardziej inni zaprzeczają twoim wspomnieniom, bowiem aktualność widzi zdarzenia całkiem inaczej; wszystkie związki, jakie miałaś kiedyś z kimś, z czasem tracą swój sens i znaczenie, a dla innych nigdy go nie miały.

Czytałam kiedyś pamiętniki człowieka, który dzielił się ze mną  swoimi wspomnieniami w nadziei, że zrozumiem te aspekty, które chciał udostępnić otoczeniu, a których ono nie doceniało. Miał on niesłychany dar zapamiętywania i zapisywania szczegółów. Potrafił opisać dokładnie ustawienie mebli w mieszkaniu jego rodziców ok 1900 r. Opisywał Bródno w Międzywojniu i pewną kobietę, pokutującą za nieznany nikomu grzech w taki sposób, że chodziła do kościoła boso po śniegu, a w powrotnej drodze jej ślady były już krwawe. Opisywał rytuały związane z kiszeniem kapusty na zimę, w tym „okrzykiwanie beczki”, celem wypędzenia z niej demonów zepsucia i zgnilizny, wigilijne spożywanie głowy karpia i omawianie każdej najdrobniejszej ości, jako mającej związek z kaźnią Chrystusa, co oczywiście dawało świętom Bożego Narodzenia zupełnie inną perspektywę niż obecnie przyjmowana. Omawiając Ukrzyżowanie przy obchodzch Narodzenia, dawało się świadectwo kolistości biegu rzeczy. Pamiętniki te nie miały wielkiej wartości literackiej, choć były napisane poprawnią polszczyzną, ale niesłychaną wartość jako świadectwo czasów, które minęły. O wielu szczegółach, w nich zawartych nigdy wcześniej nie wiedziałam.

Pan Karol w swoich pamiętnikach opisywał wiele spostrzeżeń poczynionych w swoim długim życiu i pożyczył mi do przeczytania ich 3 tomy. Kończyły się one wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Początkowo pisał na maszynie, potem (jak zapamiętałam) dostał w prezencie od któregoś z wnuków laptop i przystąpił do pisania na nim. Miał mi udostępnić na płycie teksty, kiedy skończy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie z pytaniem: kim jestem i skąd się znamy? Wyjaśnił, że sprawdzał telefony w swoim aparacie, że miał zapisane tylko moje imię i że zapomniał kim jestem. Wytłumaczyłam mu skąd się znamy i jakie były nasze wcześniejsze kontakty, obiecał zapisać sobie, żeby na drugi raz nie zapomnieć.

Okazało się, że gdy niedługo zmarł, nie znając nikogo z rodziny, nie miałam  nadziei dostępu do reszty pamiętników. Tak upłynęło kilka lat, aż natrafiłam na FB na stronę osoby, która moim zdaniem była spokrewniona z panem Karolem, choć nie wiedziałam w jaki sposób. W najlepszej wierze wystąpiłam o zaliczenie do grona znajomych opisując naszą znajomość, ale po krótkiej korespondencji odmówiono mi jej, a tym samym dostępu do informacji o budowie pewnego mostu.

Zaczęły pracować mrówki przesypujące piasek, bowiem czując się wyrzuconą poza zasięg osób uprawnionych do informacji, ale znając innych, wiedzących dużo o tej budowie, odkryłam, że  powodem tego odrzucenia jest najprawdopodobniej naciąganie rzeczywistości, jak przykrótkiej kołdry. Zapytuję siebie czy mam prawo myśleć o rzeczywistości jak myślię, czy jestem powołana, aby wracać pamięcią do człowieka, z którym łączyła mnie kiedyś chęć zrozumienia czasów, które minęły. Może ta jego rodzina jest upoważniona bardziej do strzeżenia jego pamięci i modyfikowania jej według własnego uznania? Takiej polityki historycznej uprawianej na małą skalę? Muszę upewnić się, że pan Karol naprawdę istniał i znajduję nasze fotografie z maja 2007 roku. Oddycham z ulgą, nie wymyśliłam go sobie. Nie jest tak, że jak pan Karol, nie pamietam przeszłości lub pamiętam ją mgliście, ale jestem wobec niej nastawiona bardzo rygorystycznie, zakładam, że inni mogą pamiętać ją lepiej, więc upewniam się i sprawdzam.

Jednocześnie w jakimś odległym mieście, w jakimś zapomnianym areszcie, nieznany mi człowiek, czytający moje teksty, które trafiły do niego przypadkiem, wzdycha: tak było i dobrze że ktoś o tym napisał, a ja się dziwię, że choć nie jest dziewczyną i pochodzi z innych stron kraju, to trafiają do niego moje słowa, które nie zawsze trafiają do bliskich. Czy jego obchodzi to, co jest prawdą, czy tylko śledzi moje emocje? Czy trafiłam swoim słowem w jakieś jego realia i czy to moja zasługa, czy obciążenie? Grzech pamięci jego czy mój? Czy między nami powstał jakiś związek i dla kogo z nas jest ważniejszy? Książka trafiła do więziennej biblioteki, a mnie szkoda, że nigdy nie poznam żadnego z jej czytelników.

Moi bliscy źle znoszą chwilę mojego odprężenia, czasem wydaje się, że moim powołaniem jest wieczna walka o prawo do własnego widzenia świata i równouprawnionego traktowania MOJEGO spojrzenia. A ja chciałabym już odpocząć… Nie chcę niczego udowadniać. Chciałabym odpocząć od udowadniania, argumentowania, przekonywania. Są nudne i jałowe. Potrzebuję odrobiny zaufania. Niech mi zawierzą ci, od których tego oczekuję. Niech nie udowadniają mi, jaka jestem naiwna, niech nie próbują otworzyć moich zlepionych porannym snem powiek. Niech dadzą mi moment wytchnienia od ICH świata.

Były czasy, kiedy pragnąłam miłości, były i minęły. Mijają czasy kiedy potrzebowałam zaufania. Ostatnie, co się ostało, to potrzeba złudzeń. Nie chcę, żeby ktoś mnie wytrącał z moich ułud, z moich snów. Komu to zaszkodzi, jeśli znajdę odrobinę pocieszenia we własnym wewnętrznym świecie własnych złudzeń. Dlaczego uważają, że muszę być trzeźwa do swoich dni ostatnich? Dlaczego chcą mnie przerobić na własną modłę, skoro świat przez nich stworzony nie okazał się wiele lepszy niż mój? Dlaczego moje poszukiwania wydają się im niegodne mojej osoby, moje myśli i moje fascynacje uważają za zbędne w nowoczesnym świecie? Nawet jeśli nie płynę z ławicą.

Wszak to dobrze jest poszukiwać, a każde poszukiwania muszą wiązać się z klęskami i blędnymi ścieżkami. Niektóre z nich z czasem okażą się wcale nie błędne… Tego nie wiesz, ale nie chcesz zamykania ścieżek.

Pisze do mnie przed chwilą moja wieloletnia przyjaciółka, pisarka, Mirka Sędzikowska:

„…bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie ukraińska historia Sierotki. Dobra książka przebija się w najdziwniejszych miejscach. Czy przypuszczałaś kiedyś, że młodzi Ukraińcy będą wzruszali się, czytając Sierotkę i uczyli się z niej języka polskiego? Może też, decydując się na imigracje zarobkową, poczuli się, jakby już kogoś w pewnym sensie znali w nieprzewidywalnej dla imigrantów, Polsce. Miałaś okazje pomóc nieznanym ludziom, a to także dar. Twoja gwiazda, świeci, Kasiu kochana. Wyobrażasz sobie tych młodych ludzi, przekazujących sobie książkę ze słowami zachęty i entuzjazmu? Kiedy ja to sobie wyobrażam, czuje ciarki, biegnące po plecach. To też znak od losu: pisz!”

Jeśli istnieje Kronika Akaszy, nic nie idzie na marne, Moje związki z nieznanymi ludźmi są o wiele bardziej owocne niż z bliskimi. Czemu tak?

„Straszny był świat, gdym susa dał”

Niektórzy astrolodzy prezentują taką teorię, że dziecko przychodzące na świat w pewnym sensie „wybiera” ten moment czasoprzestrzeni, w którym pojawienie się będzie miało największe szanse realizacji jego życiowego zadania. Tym m.in. uzasadniają fakt, iż nie ma sensu badać horoskopu czasu poczęcia, nawet gdy dziecko urodzi się przy pomocy cesarskiego cięcia (co w dzisiejszych czasach jest coraz częstsze), ponieważ i tak moment ten został przez jego duszę uznany za najwłaściwszy. Ma to oczywiście związek z teorią karmy i z przekonaniem, że istnieją dusze, a wolna wola już urodzonego człowieka, poza szczegółami, jest tylko iluzją. Jak jest w istocie – przekonamy się sami w stosownym czasie.

Jeśli miałoby to być prawdą, trudno zrozumieć, dlaczego człowiek wszechstronnie uzdolniony potrafi tak bardzo zagmatwać swoje życie, mimo iż jest tego świadom, a co więcej, potrafi o tym mówić i pisać. To nie jedyny przykład; w moim życiu pojawiło się i pojawia wielu takich ludzi. Odznaczają się rozumem, inteligencją, przenikliwością, ale nie potrafią z tego wyciągnąć praktycznych wniosków. Żyją wbrew swojej świadomości, tak jakby naciągali czasoprzestrzeń niczym tkaninę, badając jej wytrzymałość. Mnie ich bardzo żal, ale muszę gwoli prawdzie dodać, że poniekąd im zazdroszczę. Sama chciałabym coś takiego robić; postępować jak chcę, kierować się czymś innym, niż nudny i przewidywalny rozsądek; cóż jestem na to zbyt wielkim tchórzem.

Młody, tragicznie zmarły poeta, Błażej Sędzikowski kilkanaście lat temu napisał taki wiersz:

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał
William Blake

kiedy pękła ciepła matnia matki
zgubiwszy perłę, której nie skradłem
wyrzucony z domu po raz pierwszy
zachłysnąłem się bólem i światłem

potem czułości, na śmierć zagłaskane
potem ubranka szyte uśmiechem
i wszystkie dzieciństwa strupki zdrapane
co będą przeklinać młodego poetę

dziadek poeta i dziadek powstaniec
ojciec zaszyty kłębkiem milczenia
a ja już wtedy, maleńki wygnaniec
zdrajca i oszust bez przeznaczenia

sprzedałem wszystko co mi zostawili
zdjęcia, ordery, maleńkie mieszkanie
łzy dla nich nawet nie mam w tej chwili
za wszystkie wspomnienia, za całe kochanie

o żonie nie wspomnę, bo po co wspominać
obiad spalony gdy już po musztardzie
wpierw ją uczyłem jak wianki się ścina
potem jak posag zastawia w lombardzie

złym dzieckiem będąc i synem zatraty
takimż i ojcem dokładnie
– powiedz chłopczyku co słychać u taty
„tatuś mój pije i kradnie”

cóż kiedy sensu nie czułem w tym wszystkim
gdy czarny ogień mi serce przewiercił
kamieniem będąc i sobie i bliskim
życia nie ceniąc wciąż bałem się śmierci

rzuciłem więc wszystko, ruszyłem za słońcem
plecak wypchałem najczystszą urazą
plecy sparzyły mi mosty płonące
w sercu bił diament ze skazą

ilu przyjaciół zawiodłem po drodze
ilu nabrałem na swe zagubienie
ilu już na mnie zawiodło się srodze
oddając pieniądze za czyste spojrzenie

oczy marzące miałem to prawda
twarz jasną i miłą po przodkach
i śmiała się skrycie ma siostra pogarda
kupował to każdy kto tylko mnie spotkał

dawno opluwszy najczulsze świętości
Boga szukałem na ciężkim kacu
wierzywszy czemuś w swej bezczelności
że świeci mi gwiazda natchnionych pariasów

szukałem tej gwiazdy z nadzieją wariata
choć oczy mi dawno oślepły od wódki
zmyliłem kierunek na każdej z dróg świata
i szedłem dalej nie bacząc na skutki

(…)

a ty skoro czytasz tą spowiedź żałosną
nie lituj nade mną się wcale
tej perły zgubionej gdy rodziłem się wiosną
nie skradłem więc mogłem ją znaleźć

Ta wersja wiersza była tylko przymiarką. Autor pracował nad nim jeszcze wiele wieczorów, wręcz ślęczał, cóż, możliwe, że ostateczna wersja jeszcze tkwi w nie sprawdzonych papierach.

Kiedy go czytam, zdaje mi się, jakbym rozmawiała z człowiekiem, przed którym nie ma żadnej przyszłości. Starcem osiemdziesięcioparoletnim, podsumowującym swoje  niezbyt udane życie. A przecież, pamiętam, gdy go poznałam, był jeszcze dzieckiem, bystrym, żywym, rozwiniętym intelektualnie nad wiek. Wraz z mamą, pisarką Mirką Sędzikowską i starszym bratem, gościli u mnie na działce. Któregoś dnia chłopcy wybrali się do lasu po susz na ognisko. Zaszli bardzo daleko i natrafili na uschnięte drzewko, na które załadowali całą górę gałęzi, zebranych wcześniej. W którymś momencie okazało się, że miejskie życie nie daje kondycji potrzebnej do przyciągnięcia tego ładunku. Zastanawiali się czy nie zredukować ilości ciągniętego suszu, ale było im żal. Uważali, że zanim obrócą drugi raz, ktoś im może zabrać zebrany opał. Wówczas na ich drodze pojawił się miejscowy dziadek, który pomógł im dociągnąć drzewo i nawet nie chciał słuchać podziękowań. Błażej nie mógł nadziwić się, jak to jest, że ktoś pomaga zupełnie bezinteresownie. Opowiadał jak zachowaliby się w podobnych przypadkach wobec nieważnych dzieciaków ludzie  spotkani w jego okolicy zamieszkania i snuł swoją opowieść, ubarwiając ją coraz większą liczbą szczegółów. Już wtedy widać było jego zdziwienie światem i zaczątki tego, że stawiał się w pozycji obserwatora punktującego wszystkie tego świata braki.

Czy pomogła mu znajomość filozofii, literatury, umiejętność samodzielnego myślenia? Całymi nocami dyskutowali z matką, opozycjonistką, nauczycielką pozostającą z przyczyn politycznych długo bez pracy, polonistką, autorką opowiadań i powieści, a poziom tej dyskusji często przekraczał nie tylko dywagacje stosowne do wieku chłopców, ale także moje rozumienie i mój poziom wykształcenia i erudycji. Czy już wówczas Błażej odkrył w zawirowaniach losu rodziny, że myślenie boli  i że tego bólu istnienia nie wytrzymuje, dopóki nie sięgnął po wspomagacze? Tak przynajmniej sądzę.

Kiedy pisał ten wiersz, jego syn, Julek, był wtedy mały, ok. dwuletni. Jak pisze matka – Mirka, Błażej powracał myślą do swoich wczesnych lat. Przymierzał się do książki, którą, istotnie, napisał kilka lat później.Pracował na jakiejś śmieciowej umowie, bardzo się starał, żeby żona była zadowolona. Ja pamiętam, że nawet kończył kurs spawania, organizowany dla bezrobotnych, w nadziei, że zdobędzie dobry i pewny zawód. Wyobraźcie sobie: drobny, szczuplutki chłopak w ciężkiej odzieży ochronnej z aparaturą w smukłych dłoniach i wierszami w głowie! Moim zdaniem to nie miało sensu.

Pewnego dnia Błażej zniknął. Żona powiedziała rodzinie, że uciekł z cyrkiem, ale nikt nie wiedział, czy to była  prawda. Zostawił kartkę, że jedzie zarobić dużo pieniędzy. Wrócił po tygodniu. Bez pieniędzy, za to z wierszem. O ile matka pamięta, nikt go nie pochwalił. Czy ta pierwsza próba przerwania pępowiny, łączącej z bliskimi wrzuciła go na ruchomy chodnik, który niósł go dalej i dalej, podczas gdy mijane krajobrazy zbyt krótko zostawały w pamięci, poza wrażeniem, że jest źle, źle i jeszcze raz źle…

Za moich młodzieńczych, studenckich lat, 60-tych dwudziestego wieku śpiewano taką piosenkę (często złośliwie) na pochodach pierwszomajowych „Źle było, źle będzie, w Polsce zawsze i wszędzie…” Oczywiście my, dzieci PRL, nie spodziewaliśmy się niczego dobrego w przyszłych latach – przez lat co najmniej trzydzieści parę.

Czyżby podobną piosenkę przywiały Błażejowi nadchodzące nowe czasy, rozbudzające nadzieje, ale nie dające wystarczającej siły i odporności, żeby z nich skorzystać?  Czy to on wybrał sobie niewłaściwy moment czasoprzestrzeni, żeby przyjść na ten świat? 

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał

Mam serce po lewej stronie

Mam serce po lewej stronie, jednak nie poznaję polskiej lewicy. Pal diabli, że jest skłócona, że nie do końca rozumie, na czym owa lewicowość polega, że jej liderzy zapatrzeni są w siebie niczym Narcyz przeglądający się w źródełku.

To, co mnie najbardziej razi, to owa zajadłość  rodem z epoki bolszewików (dziś cechująca raczej prawicę, ale lewicy dotykająca też). Media społecznościowe są pełne tego czegoś, co budzi we mnie odruch wymiotny, niezależnie od kierunku. Tak, jakby 73 lata bez wojny wyzwoliło w ludziach głęboką potrzebę mentalnego walenia po mordach wszystkiego, co żyje i co się sprzeciwia. Także lewicowe nakierowanie uwagi na człowieka w niewiarygodny sposób  wywraca koziołki. Czytam oto w opiniotwórczej gazecie, że dla kogoś z klasy pracującej, nazwanie pielęgniarki „siostrą” jest obraźliwe! Lewica zawsze podkreślała swoje nastawienie służenia społeczeństwu, a tu takie lewicowe pielęgniarki oburzają się na „siostrę”! Że nie z jednej matki pochodzimy i nie wypadłyśmy sroce spod ogona i należy zwracać się do nas „pani” a może nawet „szanowna pani”. Za dawnych lat, powojennych jeszcze, i z historycznych tradycji nazwanie kogoś „siostrą” było zawsze  aprobujące i oddające jej honor. Służba była zaszczytem, a nie poniżeniem. Przynajmniej dla lewicowców. Dla tych zresztą czapkowanie było raczej obrzydliwym zajęciem. Tytułomanię wyśmiewano w tysiącach dowcipów.

Przypomina mi się taka anegdota z moich młodych lat (sześćdziesiątych XX wieku): pewien facet w autobusie miał mi za złe, że swoją torbą na ramieniu ( a były to czasy kolejkowych maratonów) zawadzam o jego aktówkę z imitacji jaszczurczej skóry z podwarszawskiego bazaru i mogę ją porysować wystającą z torby kiełbasą, plus podręcznikiem  studentki zaocznych studiów (w twardych okładkach). Moje podejrzenia szły jednak w kierunku takim, że natrafiłam na zazdrośnika, który w kolejce nie wystał swojego przydziału kiełbasy, a jej aromat nie dawał mu spokoju. Rzekłam więc z poczuciem wyższości: „Myślałby ktoś, że z pana taka mimoza!”

Nie wzięłam pod uwagę, że dla kogoś określenia „mimoza” może być szczytem obrazy. Oglądam teraz libański serial Netfliksu i rozumiem wreszcie, na czym polega pojęcie honoru na syryjsko-libańskim pograniczu. Dokładnie na tym samym, co w Polsce wówczas i obecnie. Jeśli jakiegoś słowa nie rozumiesz – zasłużyłeś na  śmierć. Czasem może uratować cię to, że jako kobieta i istota postawiona niżej, nie masz zdolności honorowej (co nie oznacza, że matka rodu nie może manipulować całą resztą dzieci i wnuków). Dlatego wówczas, w tym autobusie, ostatecznie uniknęłam przykrych konsekwencji nieznajomości kulturowych kodów i biologicznych cech niektórych  roślin, przez przeciętnego, niedouczonego Polaka. A już się brał do mnie z pięściami:

– Od mimoz mnie wyzywasz taka, siaka, owaka – ryczał

Wracając do nieszczęsnych pielęgniarek, które obraża nazwanie ich „siostrą”. Naszą polską lewicę obraża wszystko, co zmierza w kierunku dawniej lewicowych standardów.  Obrażanie się na cały świat jest starą strategią kobiet, które nieustannie czuły się zmuszane do potwierdzenia swojego statusu, niepewne jego aktualnej wartości, któż więc nie jak ja, pozbawiona tej umiejętności, zazdrośnie ją rozpoznaję?

Głosowanie przestało mieć wartość potwierdzania czyichś poglądów, a stało się kalkulacją, kogo warto popierać, bo ma szanse. Kalkulacja ta jednak może zawodzić, bowiem silniejsi funduszami dbają o to aby przekonać tych co „za miskę ryżu”, na kogo warto, a na kogo nie warto. Jeśli w dodatku chcą uwierzyć, że z tym, a nie tamtym będzie mu lepiej (bo sami też kalkulowali) całe przedstawienie p.t. kampania wyborcza nie ma najmniejszego sensu.

Bardzo daleko mi było do światopoglądu Hanny Gronkiewicz Waltz, raziła mnie jej kościółkowa przyjaciółka, denerwowała wymowa „r” odkąd w dzieciństwie ktoś mi powiedział, że tak mówią „lepsi”, arystokracja i światowcy, a ja nie miałam szans zaliczyć się ani do jednych ani do drugich – a jednak uważam, że była bardzo dobrym prezydentem Warszawy. Przez ten krótki czas, kiedy jeszcze korzystałam z komunikacji miejskiej odkryłam, że mogę szybko i łatwo dojechać właściwie wszędzie i była to zdecydowana poprawa od czasów, gdy tłoczyłam się z setkami innych nieszczęśników na ciasnej przestrzeni autobusu lub tramwaju i wychodząc rano w Śródmieściu, byłam tak zmęczona i zniechęcona, jakbym właśnie skończyła pracę.

Ważne okazały się nie poglądy polityczne HGW, a fakt, że była wykształcona, poukładana, inteligentna, myśląca i wiedziała, czego chce. Nie ustrzegła się błędów, ale i tak przerosła poprzedników.

W kampanii wyborczej kandydaci właściwie konkurują stylem, urodą i sympatycznością. Co do wypowiedzi i obietnic: im więcej tym lepiej, im bardziej mgliste i ogólnie rzecz biorąc słuszne, tym ponoć mają większą moc wabienia.

Czytam program wyborczy lewicowej kandydatki do mojej dzielnicy, z mojego osiedla, który powinien mnie zadowolić i po raz kolejny (jak wiele osób) stwierdzam, że właściwie nie mam na kogo głosować. No bo poczytajcie:

Wypełniac Państwa wolę będę zabiegała o:

  • zgodne z oczekiwaniami mieszkańców rozwzania
    parkingo
    we i architektoniczne,
  • bezpłatne udostępnienie boisk, miejsce rekreacji oraintegracji
  • wsparcie ob niepełnosprawnych i starszych,
  • szeroką ofertę edukacyjną i kulturalną,
  • ochronę terenów zielonych przed zabudową. 

Mowa trawa, jak dawniej mówiono.

Zgodne z oczekiwaniem mieszkańców rozwiązania. Jakich mieszkańców? Pieszych, rowerzystów, dzieci, posiadaczy aut, niepełnosprawnych staruszków, posiadaczy psów? Kogo w szczególności chce reprezentować ta lewicowa z deklaracji kandydatka? Chce ogrodzić nowo budowane bloki, szumnie nazywane teraz apartamentowcami, czy przeciwnie, je rozgrodzić? Likwidować podjazdy dla niepełnosprawnych celem uzyskania miejsc parkingowych, czy przeciwnie, budować podjazdy tam, gdzie ich brak. Ona reprezentuje moje osiedle. Może najpierw zechce zlikwidować schody prowadzące do przychodni uniemożliwiające niepełnosprawnym uzyskanie porady lekarskiej albo spowoduje naprawienie nieczynnego od trzech lat podnośnika? Ale to już przesada, żądać takiej szczegółowości, nieprawdaż? A jak jej się nie uda?

Mnie także interesuje, co kandydatka ta rozumie pod pojęciem bezpłatnego udostępnienia miejsc integracji i jakich miejsc, na przykład, na naszym osiedlu: deptaka, placów zabaw, skwerka, fontann? A może konkretniej: sprawienie żeby ławki na osiedlu miały taką wysokość aby nadawały się do siedzenia także dla dorosłych, powiedzmy mniej sprawnych? Czy sklep jest miejscem integracji? Pewnie jest. To może spowodować, aby mogły do niego wjechać także osoby na wózkach czy z balkonikami?  Przynajmniej do połowy z nich. Od kogo oczekiwać takich interwencji, jak nie od samorządowców?

Czytam o wsparciu osób niepełnosprawnych i starszych. Jakim wsparciu? Czy kandydatka w ogóle ma jakiś pogląd na ten temat, czego one potrzebują? Na ogół uważa się, że potrzebują potańcówek, wycieczek, towarzystwa. Kto w ogóle pyta takie osoby, co byłoby dla nich wsparciem? Co jest najważniejsze, a nie najłatwiejsze w realizacji. Bez potańcówki można się obyć, bez dostępu do przychodni już nie.

I do tego wszystkiego szeroka oferta edukacyjna i kulturalna. Co mianowicie?

Kandydatka chwali się realizacją kilku projektów budżetu partycypacyjnego. Niepotrzebnie, moim zdaniem te akurat były  nakierowane na zupełnie inną kategorię odbiorców.

Na szczęście różne dobre rzeczy, które pojawiają się w przestrzeni publicznej nie wiążą się z takimi obietnicami, powstają samorzutnie, poza nimi.