Wycieczka dla starców

Obwieszczono dziś w telewizji, że z powodu braku lekarzy na okres świąt zawieszona została działalność oddziału wewnętrznego szpitala w Oleśnie. Podejrzewam, że to tylko początek i sądzę, że przede wszystkim zamykanie dotknie oddziały wewnętrzne. Tam zazwyczaj i tak jest najmniej lekarzy i pielęgniarek, a chorzy wręcz nazywają te oddziały umieralnią. Mam możliwość porównań i istotnie o ile na oddziale chirurgicznym nie widać szczególnej różnicy w trybie dnia między dniem zwykłym, a weekendem, o tyle na oddziałach kardiologicznych i wewnętrznych można w święto nie spotkać lekarza i rzadko dostrzec pielęgniarkę. Czytam to co pisze Justyna Karolak na blogu http://tosterpandory.pl/o-bozym-narodzeniu-powaznie-bez-zartow/ i sądzę, że ma rację.

„To w okresie Bożego Narodzenia wzrasta liczba samobójstw. To na Boże Narodzenie ludzie umierają. To w Boże Narodzenie najwięcej starszych osób potrzebuje maksymalistycznej opieki, którą tak trudno zapewnić w czasie specyficznym, świątecznym, bo ten czas lubi być niezwykle egoistyczny: dokładnie w tym czasie kontakty rodzinno-towarzyskie intensyfikują się ponad miarę, wybuchają ekspansywnie, i każdy oczekuje naszej uwagi, życzeń i obecności. Trudno podzielić siebie tak, by dla wszystkich starczyło po równo, a jeszcze człowiek chciałby odrobiny wytchnienia – dla siebie samego. Żeby odpocząć, żeby poświęcić uwagę własnym myślom, żeby zdobyć się na autorefleksję, żeby ocenić miejsce w życiu, do którego dotarło się w drodze prozaicznej tułaczki i nieprozaicznych marzeń, i brutalnej walki o byt.:.”

„Starszy człowiek, dziadek albo babcia, z demencją, z pieluchą w kalesonach lub rajtuzach, wydaje się jakże przystępny do pominięcia w naszym świadomym działaniu, bo istotnie często przejawia na tyle obrazowe schorzenia, objawy i dysfunkcje, że szpital weźmie staruszka pod swoje skrzydła na święta bez dwóch zdań, żeby badać, diagnozować i leczyć. Gdyby tylko szpital wiedział, że ten wylęg starców w szpitalnych progach na same święta nie jest wcale spowodowany realnymi chorobami starców, ich organiczną dysfunkcją…

Kto o tym wie, jaki jest realny powód tego wylęgu? Prawie nikt. Prawie czyni co prawda pewną różnicę, ale ta różnica nie prezentuje się nadto malowniczo, by zaintrygować sobą tłumy. Każdy schorowany czy umierający starzec, który trafi do szpitala na święta, pozostaje wyłącznie pomarszczonym balastem – ciężar tego człowieka jest marny dla niemal wszystkich wokół niczym wątły, przeterminowany puch, który niechcący usypał się z zapomnianej poduszki, i teraz trzeba ten puch po prostu zamieść, żeby przestrzeń znów stała się czysta…”

Nic dodać, nic ująć. W dodatku ta wymuszona okolicznościami troska o osoby starsze i niedołężne nijak się ma do świadomości ich potrzeb. Przykładem z innej beczki może być magazyn Spółdzielczy Spółdzielni Mieszkaniowej „Służew nad Dolinką nr 26 z grudnia b.r. W wywiadzie prezes Spółdzielni chwali się nowymi inwestycjami na osiedlu:

„Przez ostatnie lata, ku zadowoleniu mieszkańców, na Osiedlu powstało kilka inwestycji prospołecznych takich jak: Publiczne Przedszkole Małego Kopernika, teren rekreacyjny Górki Służewskie, siłownie plenerowe, czy V piętro w nowym budynku przy ul. Mozarta 1, przeznaczone dla mieszkańców na potrzeby społeczno-kulturalne. Działalność tam prowadzona łączy całe pokolenia i ciągle się rozwija. Cieszę się, że to piętro żyje i służy ludziom. Zarówno dorośli, młodzież jak i dzieci korzystają z różnego rodzaju zajęć ruchowych, kulturalnych czy edukacyjnych w ramach programu Klubu Seniora, świetlicy środowiskowej, czy też biblioteki. Miło jest patrzeć, gdy co dzień- wiele uśmiechniętych osób podąża na różnego rodzaju zajęcia s i spotkania.”

Oczywiście wizja uśmiechniętych staruszków podążających dziarsko na zajęcia ruchowe i społeczno-kulturalne jest urokliwa, ale nie ma nic wspólnego z prawdą, której bliższy jest obraz serwowany przez Justynę Karolak. Mimo to, wydaje się że pan prezes Spółdzielni wierzy w to, iż zapewnił osiedlowym dziadkom i babciom wszystko, co im potrzebne do szczęścia. Możliwe, bo program wydarzeń Klubu Seniora jest imponujący – pod warunkiem, że są to seniorzy młodzi i sprawni, dla nich bowiem wieczorki taneczne, chi- kung, siatkówka i ping-pong i rozmaite wycieczki są osiągalne. Na żadnym z wielu zdjęć nie zauważyłam jednak osoby na wózku, z balkonikiem czy nawet o kulach. One są widoczne wyłącznie na osiedlowych uliczkach i to w pogodne dni w jedynym sklepie bez schodków, za to bez dostępu do wszystkich półek. Nawet pobliska apteka mieści się na piętrze bez czynnej windy, a żeby dostać się do przychodni, trzeba dojść do końca ulicy i tam skorzystać z podnośnika.

Ostatnio sprawdzałam możliwość skorzystania z podobno bezpłatnego miejskiego transportu dla niepełnosprawnych na wózkach, do lekarza lub przychodni. Udając się na zabieg, chciałam mieć pewność, że powrócę po nim do domu, nawet gdy nie zdołam wgramolić się do samochodu osobowego. Niestety, telefon zamieszczony na stronie Urzędu miasta nie odpowiadał przez kilka dni. Prawdopodobnie sprawa przestała być aktualna, ale wiadomości nie sprostowano.

Przeczytałam gdzieś też, że miasto ma umowę z firmami taksówkowymi, które przewożą niepełnosprawnych, niestety usługa aczkolwiek dwukrotnie droższa niż normalna i tak wymaga wcześniejszej, kilkudniowej rezerwacji. Po co więc szpitale jednego dnia, skoro i tak najlepiej swoje odleżeć?

Westchnęłam sobie oczywiście za Norwegią, gdzie w jednym z portów dyżurował samochód, przewożący niepełnosprawnych na wózkach do miasta i z powrotem, czy Holandią, gdzie spotkałam w galerii handlowej „wózkową” wycieczkę na zakupy. Czy takie duże osiedle jak nasze (wielkość sporego miasteczka) nie mogłoby zorganizować „wózkowiczom” przed świętami przejażdżki do sklepu albo wycieczki dostępnej nie tylko dla chodzących na własnych nogach? Nawet rodziny nie zawsze mogą tu pomóc, bowiem składane wózki często nie mieszczą się w bagażniku.

W szpitalu przynajmniej zawsze można liczyć na towarzystwo, chyba, że go na święta zamkną… Trudno tylko zrozumieć dlaczego, mimo iż pełno w nich chorych babć i dziadków, wcale oni nie chcą tam leżeć, odpoczywać, jeść co ugotują im inni i korzystać z dobrodziejstw medycyny…

Scan nasza piękna Dolinka

(fotografia pochodzi z magazynu Spółdzielczego Spółdzielni Mieszkaniowej „Służew nad Dolinką nr 26 z grudnia b.r.)

Dyskutowałam o tym ze znajomym tuż po świętach. Zapytał mnie: Dlaczego oczekujesz, że ktoś ci coś zorganizuje? Weź i spręż się sama, roześlij wici, że organizujesz wycieczkę, zbierz chętnych i dopiero wtedy pertraktuj ze spółdzielnią.

Rzeczywiście. Dlaczego? Święta racja! Zadumałam się głęboko. Dlaczego ja sama się nie sprężę? Wszak tyle razy już robiłam to w swoim życiu. Organizowałam kilkakrotnie różne społeczne przedsięwzięcia, ostatnie, przewodnicząc  społecznemu komitetowi budowy wodociągu we wsi Mierzwice Kolonia. Wodociąg wybudowano dzięki społecznej pracy mojej i moich działkowych znajomych. Włożyliśmy w to także trochę własnych funduszy, skrupulatnie rozliczyliśmy się z każdej złotówki, oddaliśmy nadwyżkę tym, którzy dokonali wpłat i tak dalej. Nie oczekiwaliśmy od nikogo podziękowań (bonusem było to, że gmina w ogóle ten wodociąg wybudowała, choć początkowo nie mieli zamiaru) ale też nie oczekiwaliśmy szeptanej propagandy, że obłowiliśmy się na tym przedsięwzięciu. Przecież zapłaciliśmy tyle co wszyscy za przyłącza i przypadającą na nas część kosztów projektu, do czego się zobowiązaliśmy. Zresztą projekt także sporządziła osoba wskazana przez gminę. Resztą, tj przetargiem i zleceniem prac, ich nadzorem itp zajęła się gmina.

To wówczas nastąpił ten moment mojego zniechęcenia do działań prospołecznych. I jakoś trwa do dziś. Siedzę sobie w domu na wygodnym fotelu i chciałabym, żeby czasem ktoś pomyślał także o mnie. Mnie się już za bardzo nie chce. Może przyjdzie na innych kolej? Tylko błagam, zastanówcie się czego osobom starszym i niepełnosprawnym potrzeba? Na pewno nie potańcówek, a przynajmniej tym mniej mobilnym. Tyle, że potańcówki zorganizować najłatwiej. I oczywiście łatwo się nimi pochwalić. Zwłaszcza w gazetce finansowanej przez sponsora i wydanej na pięknym kredowym papierze…

Zapiekła zaciekłość

To, co w ludziach zawsze przerażało mnie najbardziej i przeraża do dziś, to zapiekła zaciekłość, obojętnie czego ona dotyczy. Może nawet cudzych kamieni w cudzym woreczku żółciowym.

Zdarzyło mi się niebacznie przyznać do nich w jakimś wpisie na FB – w ogóle na marginesie dyskusji o czymś zupełnie innym, a mianowicie opowieści o dyskusji w sprawie sztucznej świadomości. Wyraziłam w niej pogląd, że składnikiem świadomości powinny też być doznania cielesne, np bólu, czego żartobliwym przykładem miały być owe kamienie, których nie posiadają maszyny. Jedna z dyskutantek poinformowała mnie natychmiast, że przyczyną kamieni zgodnie z jakimiś pięcioma prawami natury (Germanska Nowa Medycyna, totalna biologia czy meta health) jest:

„Kamienie w woreczku, to nagromadzona złość. Trzeba się rozprawiać z tematami, które powodują odczuwanie tej emocji. Tzn, że denerwuje Cię jakaś osoba/osoby/sytuacje przez lata. Jesteś uwikłana w toksyczne relacje. Zachowanie osób rani i nie możesz sobie z tym poradzić. No więc, woreczek żółciowy pod wpływem stresu kurczy się, a żółć zbija i tworzą się kamienie. Aby się nie narażać na powstawanie kamieni trzeba zacząć nad sobą pracować i uzdrawiać relacje.”

Teoretycznie jestem oczywiście bardziej za zdrowymi relacjami, niż za chorymi, a zwłaszcza toksycznymi. Wiem także że woreczek żółciowy kurczy się nie tylko pod ich wpływem, także pod wpływem nęcących zapachów, dobiegających z okolicy (co występuje szczególnie przed świętami), na widok apetycznych potraw i z wielu rozmaitych, nie mających związku z konkretną osobą powodów. Tak czy inaczej, nie jestem uwikłana w żadne takie relacje, jestem przedziwnej spokojności człowiekiem, zgodnej i ustępliwej natury, a moje kamienie są podobno wynikiem zbyt długiego zażywania pewnego leku, jedynego dostępnego w swoim czasie w PRL, zresztą przepisanego przez lekarza.

Zawiadomiłam o tym moją dyskutantkę , ale ona i tu natychmiast wykryła moją winę. Na pisała: „Jeśli jest to chemiczne zatrucie lekami to rozumiem, z tym że owe leki zostały pani przepisane „po coś”najprawdopodobniej na jakąś „dolegliwość”(no chyba ze miała pani kaprys i wzięła je sama). Wystarczy obserwacja swojego organizmu, by mieć dowód, co jest przyczyną stanu w jakim się znajduję. To nie jest kwestia wiary tylko wiedzy czysto biologiczno-fizjologicznej i jej przyswajalności czyli otwartości”

Zarzutów subtelnie podanych jest tu kilka. Leczenie się, jako wynik mojego kaprysu lub samowoli, brak obserwacji swojego organizmu, brak inteligencji w diagnozowaniu samej siebie, brak wiedzy, nieumiejętność jej przyswajania i brak otwartości. Doliczyłam się przynajmniej 6 zarzutów, co jak na 59 wyrazów i 346 znaków bez spacji, stanowi potężną dawkę oskarżeń.

Faktycznie, w kontaktach z takimi dyskutantami można doznać uwikłania w toksyczną relację, więc czym prędzej odpisałam jej, celem wyładowania swojej złości na zewnątrz, a nie do wewnątrz mojego woreczka żółciowego:

„Pani …, wszem i wobec wiadomo, że życie jest chorobą. Nie rozumiem tylko entuzjazmu, z jakim wciela się Pani w rolę eksperta od losów ludzkich. Więcej pokory wobec ludzi, proszę…”. Dyskutantka nie pozostawiła mojego wpisu bez odpowiedzi (to zadziwiająca cecha facebookowych dyskusji, że ciągną się bez końca, bo każdy, zamiast po wygłoszeniu swojego zdania, dać spokój, koniecznie chce mieć ostatnie słowo). Złożyła mi zatem niespecjalnie życzliwe przedświąteczne życzenia, żebym zmieniła swoje ograniczenia przekonań. Podziękowałam konwencjonalnie i chłodno, bo cała ta dyskusja znużyła mnie.

Tak się jednak zdarzyło, że jednocześnie czytam powieść Madeleine Thien „Nie mówcie, że nie mamy niczego” poświęconą losom chińskich intelektualistów i twórców w czasach „rewolucji kulturalnej” i nie mogę się opędzić od wrażenia, że podtekstem wszystkich opisanych wydarzeń, było uwolnienie w ludziach owej zapiekłej zaciekłości – choć oczywiście sedno powieści dotyczy zupełnie czegoś innego i stanowi wnikliwy opis myślenia i reakcji ludzi sztuki na doświadczenia przekraczające ich rozumienie świata. Na walkę z „czterema starymi rzeczami”, jako wyznacznikami burżuazyjnego odchylenia świadomości, polegającą m.in. na niszczeniu płyt gramofonowych, partytur, nut, fortepianów i innych instrumentów muzycznych.

Opisując kampanię hunwejbinów przeciwko nauczycielom, profesorom i starcom, jako wrogom ludu, recytowanie haseł i sloganów przeplatane biciem oskarżonych i coraz absurdalniejszymi zarzutami, podnoszono właśnie jako ich winę, rzekome słabości. Tu przytoczę tylko mały fragment:

„-  Wu Bei na szubienicę!

Dziewczyna z kijem od miotły oskarżyła staruszka o nauczanie literatury, która kpi z rzeczywistości każdego stojącego przed nim mężczyzny i każdej kobiety.

– Wydawało ci się, że możesz deptać tych, którzy są pod tobą – mówiła niepokojąco melodyjnym głosem. – Wydawało ci się, że twoja pozycja czyni cię wielkim, a nas maluczkimi, ale to my mamy otwarte serca i czyste umysły. Obudził się potwór, nauczycielu! Wiele razy następowałeś na jego głowę, a teraz on wypełza z błota. Jest odpychający i prymitywny ale przynajmniej wolny od twojej pogardy i poczucia wyższości. Tak, ten potwór, to ziarno prawdy, na którą chciałeś się zamknąć. Jesteśmy wolni, chociaż próbowałeś wypaczyć nasze umysły, zatruć nasze pragnienia.

Zaczęła go bić, powolnymi, metodycznymi ciosam. wymierzonymi w plecy, uda i pierś, jakby był zwierzęciem, które zasłużyło na karę. Staruszek zachwiał się i upadł. Podniesiono go i postawiono z powrotem na krześle, mimo że ledwie trzymał się na nogach.

– Jeśli upadniesz, będziemy bić mocniej – oznajmiła słodko dziewczyna. – Niewielka to kara za twoje zbrodnie, ale nie obawiaj się! Zajmiemy się każdą twoją słabością. To dopiero początek.

Ktoś przyniósł drugie krzesło, a jakiś chłopiec wcisnął mężczyźnie na głowę biały szpiczasty kapelusz z papieru. Tłum eksplodował drwiącym śmiechem, pokrzykując i wytykając mężczyznę palcami, ten zaś zrobił się tak blady, jakby miał zemdleć. Na kapeluszu widniały słowa: „Jestem wrogiem ludu i demonem! Szerzę kłamstwo i fałsz!”.”

Wydawać by się mogło, że takie zestawienie jest nieuprawnione i że tropienie miejsc, gdzie zaczyna się zaciekłość, wściekła złość, obojętna na zdrowy rozsądek i zasadę, że każdy jest wolny w swoich poglądach i przekonaniach jeśli nie wyrządza nikomu krzywdy, jest bezsensownym rozczepianiem na włosa czworo lub liczeniem demonów na końcu szpilki. To, że ktoś zapomniał, iż woreczek żółciowy, moje ciało i moje zdrowie nie powinny być przedmiotem cudzych nieuprawnionych zarzutów, wygłaszanych w przekonaniu iż lepiej wiedzą, co dla mnie dobre i jakie błędy popełniam w swoim życiu, nijak się ma do chińskich wydarzeń politycznych. Czy aby na pewno?

Codziennie słuchamy w telewizji wypowiedzi polityków, którzy lepiej wiedzą, co nam, społeczeństwu jest potrzebne i co dla nas, zwłaszcza kobiet, jest lepsze, ponieważ jako szara, głupia masa, popełniamy właśnie owych 6 błędów, tj.: kierowanie się kaprysem lub samowolą, niewiedza co jest słuszne, a co nie i niechęć do nauczenia się tego, wygodnictwo i brak otwartości. Wszystkie te błędy można ich zdaniem wyeliminować, wymuszając na głupim narodzie właściwe (ich zdaniem) postępowanie. A poziom intelektualny tych polityków niejednokrotnie dorównuje poziomowi mojej zapiekłej dyskutantki, bezmyślnie cytującej jakieś slogany (Jak się ma Germańska Nowa Medycyna czy Totalna Biologia do uprawnionej nauki za którą stoją autorytety wykształconych specjalistów?). Podobnie rozprawiali się młodzi ludzie ze swoimi nauczycielami i profesorami w Chinach za panowania Mao Ze Donga.

Dlatego podobne postępowanie, oparte o zaciekłą wiarę, że ma się rację, budzi moje najgłębsze przerażenie. Pogarda bowiem dla kogoś, kto inaczej myśli, może być wyłącznie  źródłem nieszczęść.

DPkH4aRXUAACLln

 

Magia świąt Bożego Narodzenia

Prawdopodobnie każdy z nas w złych chwilach , których nie brakuje w naszym życiu, powtarza sobie z uporem maniaka: musi wreszcie być jakiś czas, kiedy wszystko jest idealne, piękne i sprzyja naszej wrażliwości – i dla większości są to właśnie święta Bożego Narodzenia. Co prawda im jesteśmy starsi, tym mniej mamy złudzeń, ale przez większą część naszego życia dążymy do przeżycia świąt idealnych, wręcz staramy wymusić się na losie, aby takimi się stały.

Wracamy pamięcią do lat dziecinnych, kiedy świat był całkowicie odmienny od dzisiejszego, jak z kolorowej pocztówki świątecznej, z czapą śniegu na dachu domku przycupniętego wśród wzgórz porośniętych drzewkami choinek, z zamarzniętą rzeczką i saniami oraz żółtym światełkiem w oknie i pierwszą gwiazdką na niebie.

Scan pocztówka2

Pamiętam, że jako dziecko (zamieszkałe na Bielanach, które wówczas były nie dzielnicą a przedmieściem Warszawy) wybiegałam co chwila przed dom, żeby donieść rodzicom, czy już widzę pierwszą gwiazdkę na niebie. Oczekiwałam jej tym gorliwiej, że od rana nic nie dostawałyśmy jeść, a cukierki w kolorowych, błyszczących papierkach, wieszałyśmy na choince ze świadomością, że będziemy mogły je zjeść dopiero po świętach. Na stole ustawiano przed Wigilią nakrycia z jednym dodatkowym dla zbłąkanego wędrowca – który nigdy się nie pojawiał. Tak czy inaczej, wryło mi się w pamięć określenie „post”, dzięki czemu i zawarte w podświadomości poczucie naturalnego następstwa świętowania i życia w ogóle – musi być najpierw ograniczenie, żeby nastąpiło świętowanie.

Ale już wówczas świat nie jawił się takim pięknym, jak chcieliśmy. Nie za sprawą Boga, religii, czy idei, ale ludzi. Zaproszone na pierwszy dzień świąt do matki mojego ojca chrzestnego, znanej  międzywojennej artystki, musiałyśmy zmierzyć się z pouczeniem, że nie wszystkie dania serwowane na pięknej porcelanie, ocalałej z wojennej pożogi, są do spożycia. Nasza mama przywołała nas do porządku: to tylko dekoracja, zjedzą ją ci ważniejsi od nas, co przyjdą w gości po świętach. Piękne cukierki, zawieszone na choince, okazały się w połowie papierkami zawierającymi pustą treść, a przysłowiowych dwanaście dań, to jedna zupa rozłożona na kilka składników i jedna kapusta z kilkoma miseczkami dodatków. Zaś talerz dla zabłąkanego wędrowca okazał się naczyniem dla „tego który odszedł„, żeby się opamiętał i wrócił do nas. I radosne święta dla nas, dzieci, okazały się smutną uroczystością, w dodatku głodną i chłodną, (bo zabrakło węgla do napalenia w piecu i pieniędzy na wszystko). Ale na niebie jeszcze wtedy świeciła pierwsza gwiazdka, której od wielu lat już nie sposób dostrzec, nie tylko na warszawskim niebie, ale i podlaskim i wielu innych.

Poszczenie więc było wówczas rzeczą naturalną, a świętowanie stało się złudzeniem, od którego nie należało zbyt wielu rzeczy oczekiwać. Prezenty dawano praktyczne – jakieś ciepłe skarpetki robione przez kogoś na drutach z szorstkiej wełny, dzięki którym dziecko rozumiało pojęcie umartwienia i włosiennicy; niegrzeczne dzieci (albo uznawane za takie) bały się otrzymania w prezencie pod choinkę rózgi ( czasami istotnie ją otrzymywały). W mojej pamięci Wigilia pozostała jako smutne święto i pozostałe dwa dni nie były w stanie tego wrażenia zatrzeć.

I bez szczegółowego opisu wszyscy widzimy, jak bardzo współczesne święta różnią się od tych sprzed siedemdziesięciu lat. Choinki nie ubiera się w Wigilię, nie w takie ozdoby, jak kiedyś, przed mój bloki już w listopadzie podjechał dźwig z wysięgnikiem i zawiesił kolorowe lampki na rosnącym tam świerku, a telewizyjne reklamy, coraz idiotyczniejsze i bardziej irytujące wypełniły więcej niż 30% niektórych programów. Siedząc wczoraj w restauracji, na firmowej Wigilii, na którą mnie zaproszono, z mojego miejsca widziałam zawieszony na ścianie wielki ekran z reklamami tego i tamtego, a zwłaszcza środków na trawienie, wzdęcia i zgagę. I istotnie, po powrocie do domu musiałam za takimi specyfikami rozejrzeć się w mojej domowej apteczce – możliwe, że wyłącznie za sprawą sugestii.

IMG_6568

Czy dzięki temu stały się świętem weselszym, bardziej rodzinnym, szczęśliwszym. Nie, skądże. W przeciwnym razie tylu młodych i w średnim wieku ludzi nie spędzałoby ich poza domem, często w ciepłych krajach – uwolnionych od obowiązku ich obchodzenia. Nawet ci, którzy je celebrują ze względu na tradycję i dzieci, muszą zmierzyć się z nieoczekiwanymi wyzwaniami. Ja doskonale wiem, że w moim bloku, raczej spokojnym i cichym, zazwyczaj wielkie awantury, słyszalne doskonale na wszystkich piętrach w danym pionie kanalizacyjnym, odbywają się właśnie w święta. Jeśli słyszy się w ich tle kolędy – to z płyt, a nie głosów domowników. Niebieskie, migające światełka pogotowia to zazwyczaj tuż przed świętami, gdy przygotowania wykańczają fizycznie tradycyjnie wychowane kobiety, a policji, w pierwszy lub drugi dzień świąt, gdy nastrój przymusu wykańcza tradycyjnie wychowanych mężczyzn.

Osobiście wydawało mi się kiedyś, że wyjazd poza dom, jest najlepszym z wyjść, bo jest to emigracja od przymusu, ale niestety, tak nie jest. Są liczne zobowiązania, które przed świętami trzeba spełnić, na przykład , co zrobić ze starszymi osobami w rodzinie? Zostawić same – nie wypada. Wiem doskonale, że wiele osób czuje się opuszczonymi w święta i dla nich organizuje się zbiorowe Wigilie. Czytając lub słuchając o nich dowiadujemy się, jakie potrawy zostaną biedakom podane, a w telewizji oglądamy długi stół i staruszków żłopiących jakiś barszcz lub bigos z jednorazowych opakowań, jednorazowymi łyżkami i widelcami… Przestaliśmy nawet starać się, żeby te święta były piękne i szczęśliwe – życzymy sobie, żeby były spokojne albo wesołe. Dajemy im namiastkę tego, o co na prawdę im chodzi, udając, że zapewniamy im świąteczną szczęśliwość.

Co roku publikuje się dane, ile Polacy wydali na organizację świąt, jednak za pomocą jakiegoś niewyjawionego spisku wszystkich,  nie bada się poziomu szczęśliwości i satysfakcji z duchowej wartości ich przeżywania.

Dlatego też dla mnie święta byłyby czasem najlepszym na to, żeby nikt mi nie zawracał głowy. Po rodzinnej Wigilii nazajutrz sama sobie zrobię śledzia w jogurcie z koperkiem i kartoflami (zamiast przeoctowanych śledzi garmażeryjnych), do tego barszcz na własnym zakwasie, z upieczonym przez siebie niesłodkim ciastem drożdżowym (ale z bakaliami!), kisiel z leśnych (a nie hodowanych żurawin), kompot z suszonych na kaloryferze jabłek i będę pościła w ten sposób, unikając konieczności wcześniejszego nabywania środków na trawienie, wzdęcia i zgagę. Niestety, dostanę prezenty i będę musiała pomyśleć, jakie sama mam komuś przygotować. To mi spędza sen z powiek.

Wolałabym samotnie wędrować po lesie (bez strzelby oczywiście), zmarznąć i zmoczyć się w topniejącym śniegu; wiedząc jednak, że gdzieś oczekuje mnie idealny, wspaniały dom, z żółtym światełkiem w oknie i parującym kapuśniakiem na stole (z dużą ilością kminku) i siedząc przy tym stole, doznawać  uczucia pogodzenia się z sobą i ze światem. Czyż bowiem może być więcej prawdziwej szczęśliwości?

Zima 1921001

(wszystkie pocztówki z mojej kolekcji „Z szuflad starego biurka”)