Syndrom indyjskiego słonia

Podobno my, Polacy kochamy wolność. Czytam dzisiaj artykuł o granicy między wolnoscią a ekologią http://www.taraka.pl/granica_pomiedzy_wolnoscia_a_ekologia , gdzie przykładami dążeń wolnościowych są Balcerowicz i Korwin Mikke, a przykładem dążeń wolnościowych taka sprawa:

” Wydaje się, że Polacy jako tako mają zboczenie na punkcie wolności i są w stanie żarliwie jej bronić, kosztem wspólnoty społecznej, myślenia ekologicznego lub poszanowania osób słabszych lub tych, które niezbyt dobrze sobie radzą w życiu. Weźmy na warsztat dawny spór o wymianę energochłonnych żarówek 100 watowych na żarówki pochłaniające znacznie mniej prądu. Nawet jeśli wiązałoby się to z początkowo wyższymi kosztami eksploatacji, korzyści z tego rodzaju przemodelowania są niewątpliwe. Na szczęście Polak potrafi, nikt mu nie będzie odbierał wolności, żaden unionista nie będzie mu pluł w twarz i rozkazywał! „.

„… posiadanie samochodu kojarzy się z samodzielnością i wolnością, a także wysokim statusem ekonomicznym, tak niejedzenie mięsa może być niektórym wolnościowcom kojarzone z (a jakże!) poprzednią epoką komunizmu i tzw. lewactwem.”

Ja mogę dodać od siebie, że nakaz zapinania pasów w samochodzie, wożenia fotelików dla dzieci, jeżdżenia rowerem w kaskach, zakaz jeżdżenia w słuchawkach i rozmawiania w czasie jazdy przez telefon komórkowy, traktowane są jako zamach na wolność osobistą. Swego czasu jechałam ulicą Puławską w Warszawie z taksówkarzem oburzonym, że miałam coś przeciwko temu. żeby stojąc przed światłami, grał w jakąś komputerową grę, trzymając cały czas na kolanach otwarty laptop.

Zobaczmy więc, jak wychowuje się dzieci w poczuciu wolności. Dostarczycielką licznych ulicznych obrazków jest moja koleżanka, zawodowa niania. Dzisiaj opowiedziała mi o babci, prowadzącej malucha na szelkach, jak pieska na smyczy.  Kiedy szła wzdłuż ruchliwej ulicy, nie wydawało się to bardzo naganne – wszak dziecko mogłoby się wyrwać, a babcia nie dałaby rady jej zatrzymać.

Kiedy jednak dziecko usadowiło się w piaskownicy, babcia nie wypuściła smyczy z rąk. Inne dzieci trzymały się jak najdalej od tej pary, instynktownie widać nie lubiły przy zabawie nadmiaru kontroli dorosłych. Za którymś razem moja koleżanka nie wytrzymała i podeszła do babci. – Czy pani słyszała o syndromie indyjskiego słonia? – spytała. – W Indiach małe słoniątko przywiązuje się do drzewa i tak pozostawia. Słoniątko drepcze dookoła drzewa, na ile pozwala mu uwięź i potem, gdy już mógłby poruszać się samodzielnie, nie robi tego, nauczony, że zawsze ma smycz, która go ogranicza. Czy chce pani, żeby dziecko było całe życie ograniczone jak ten słonik?

Babcia nie odpowiedziała, ale dalej trzymała dziecko na uwięzi. Wyobrażam sobie, że dziewczynka, cicha, posłuszna i grzeczna, nigdy nie wyrywajaca się, zapewne związana bardzo uczuciowo z babcią, wyrośnie na młodą kobietę bez trudu pływającą wśród ławicy takich jak ona, łatwo wpadającą w sidła mężczyzn z ławicy jednego gatunku i nie potrafiącą nic innego, jak cierpliwie znosić niedogodności małżeńskie lub konkubenckie, jakie jej się przydarzą w tym związku. Za to będzie gorąco protestować, kiedy ktoś odbierze jej wolność wychowywania i karcenia swojego dziecka.

Z Wikipedii: By Photography by Semnoz – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=210084

Historyczne diety (2)

pisałam w październiku, 26 października, 2016 r.

Historyczne diety

o zakupach nauczycieli odpoczywających nad morzem  we wczesnym PRL. Dziś chcę napisać o przepisach kulinarnych potraw z późniejszych czasów, u jego schyłku, niektóre z nich ciągle przyrządzam.

Nie jest tak, że wspomnienie smaku i zapachu jest czymś odrębnym od towrzyszących okoliczności. Przynajmniej u mnie smak lub zapach wywołuje wspomnienia, nie zawsze najmilsze, ale bywa też tak iż ówczesne smaki łagodziły dolegliwości tamtych czasów. Na przykład, choć nie znosiłam kolonii letnich dla dzieci (w których uczestniczyłam jako kolonistka, a potem jako wychowawczyni, intendentka i kierowniczka), uwielbiałam serwowaną w bezmięsne poniedziałki pastę rybno-twarogową z wędzonej makleli, białego sera, koncentratu pomiodorowego z jedną z dwóch przypraw ziołowych tamtych czasów – majeranku (drugą był kminek, ale w innych potrawach).

Inną potrawą PRL, którą zapamiętałam, był jeden z licznych wynalazków stanu wojennego. Posiadanie kartek na mięso bynajmniej nie gwarantowało zakupu tegoż artykułu, a jeśli już, to tej odmiany, której przynajmniej 1/3 nie stanowiła by kość. Jeśli się było (jak ja) szczęśliwą posiadaczką 3 mężczyzn w domu, sytuacja ta gwarantowała przymusowy wegeterianizm, jeśli nie veganizm od czasu do czasu. Organizm spragniony miesnego białka, a jednocześnie głodny różnorodności, produkował w natchnieniu dziwaczne potrawy z czegoś, co było stosunkowo dostępne. Na przykład śledzi z beczki.

W mojej firmie, powiązanej z wiejską spółdzielczoscią, jako zmilitaryzowanej, gdzie obowiązywał system dyżurów 24-godzinnych, dostawaliśmy często różne przydziały artykułów spożywczych niekartkowych, a wśród nich najczęściej produktu nazywanego serem żółtym, a pochodzącego z doświadczalnej produkcji jednego z zakładów mleczarskich, do której używano cystern serwatki, zwożonych zewsząd. Ów ser serwatkowy nadawał się do jedzenia (co prawda słyszeliśmy o próbach produkcji alkoholu z serwatki i wolelibyśmy dostawać takie przydziały, ale w myśl mądręgo przysłowia „Jak dają to bierz, jak biją to uciekaj” nie protestowaliśmy. Niemniej ciśnienia na ten ser nie było, chętniej brano kaszankę, którą produkował z kolei inny zakład zastępujac krew innym przetworem serwatki.

Problem w tym, że ten ser serwatkowy wszystkim się już przejadł. Wtedy ruszyły różne pomysły na przetworzenie go. To były czasy przed komputerami osobistymi i internetem, więc przepisy kulinarne rozchodziły się drogą szeptaną albo spisywaną z cudzych opowieści. Łatwiej było o przepisy na przyrządzanie odwiecznych tradycyjnych potraw, gorzej na wykorzystanie takich wynalazków jak ser serwatkowy, kakao z łusek albo kakao owsiane, czy kawa z żołędzi.

Tym wyjściem dla sera serwatkowego była rolada. Ładnie wyglądała i nawet można było podać ją gościom. Nie tak dawno znalazłam jej udoskonalony przepis w internecie i łza zakręciła się w moim oku. Jednak wówczas przygotowywano ją w bardzo przemyślny sposób. Brało się kostke prostokatną (koniecznie) sera, napełniało miskę gorącą wodą, tj. przestudzonym wrzątkiem, przy czym należało balansować doświadczalnie na pewnej granicy gorącosci i zanurzyć w niej kostkę na jakiś czas – także ustalony doświadczalnie. Potem kładło się ją na stolnicę i rozwałkowywało wałkiem do ciasta, Następnie przygotowywało się dwie kolorowe pasty – jedną ze zmielonego twarogu, drugą z serka topionego. Pasty barwiło się koncentratem pomidorowym, burakami, szpinakiem albo jeszcze czymś. Nakładało się je na rozwałkowany ser i zwijało w roladkę. Potem należało szczelnie zawinąć w papier śniadaniowy i włożyć do lodówki lub, jeśli ktoś nie miał, wyłożyć za okno lub na balkon. I pilnować, żeby ptaki nie rozdziobały.

Z kakaowych łusek, zaparzonych w niewielkiej ilości wody (kupowało się je na kilogramy), gotowało się coś w rodzaju budyniu z mąki zwykłej oraz ziemniaczanej i zatapiało w nim pokruszone herbatniki, piekąc/wysuszając potem w blasze do ciasta w dość niskiej temperaturze. Ja jednak parzyłam te łuski na mocny napar i piłam zamiast kawy, której (na kartki zamiennie z wódką) zawsze było za mało. Dlatego też nigdy kawy nie rozcieńczałam mlekiem – traciła wówczas swój mocny smak.

Może to dziś nie jest zrozumiałe, ale moje najmilsze chwile były nocą, gdy skończyłam zmywanie i inne prace domowe; rozsiadłam się w kuchni z kartkowym papierosem, popijając kawę na kartki posłodzoną kartkowym cukrem i pogryzjając upieczono-wysuszony blok pseudoczekoladowy nie zawierający ani grama czekolady na kartki i nastawiając cichutko  radiomagnetofon kasetowy z nagraniami Włodzimierza Wysockiego, z koncertów w prywatnych domach, przywiezionymi przez znajomego z placówki na Antarktydzie, otrzymanego od towarzyszy z ZSRR z sąsiedniej placówki. Podniecała mnie zwłaszcza kaseta zawierająca kilka improwizowanych wersji z piosenką „Ja nienawidzę”.

W czasach kartkowych udało mi się kiedyś kupić (oczywiście bez kartek) mrożone ośmiormnice. Były bardzo tanie i nikt ich nie chciał kupować, bo nikt nie wiedział co się z nimi robi. Ja obdzwoniłam pół warszawskich restauracji zanim dowiedziałam się, że należy macki ugotować i podawać w majonezie. Czas gotowania określono mi na godzinę i pewnie dlatego były włókniste i niezbyt smaczne. Kto by pomyślał, że dwadzieścia lat później będą atrakcją afery podsłuchowej i synonimem rozpasania klasy politycznej!

Czarnobyl

Powodzenie serialu Netfliksa, ukazującego  sfabularyzowaną opowieść o katastrofie elektrowni w Czarnobylu (tak nazywano wówczas to miasto, nie Czernobyl, jak w filmie), skłania mnie do przywołania moich wspomnień z kilku dni po niej (wcześniej nic nie było wiadomo, że takie wydarzenie miało miejsce).  Ja nie wiedziałam o nim  jeszcze 1 maja 1986 roku, tj pięć dni po katastrofie. Dlaczego dzień ten tak dobrze zapamiętałam?

Miałam 44 lata i ze swoim zakładem pracy udałam się na pochód pierwszomajowy. Były to czasy, kiedy pochody, w których udział teoretycznie był dobrowolny, w praktyce jednak był przymusowy, bowiem nieobecność wiązała się z mniejszymi lub większymi dolegliwościami: pomijaniu w nagrodach, nieprzyjemnych uwagach, obarczaniu dodatkową pracą itp. Wszystko zależało od tego, jaką pozycję zajmowało się w porządku dziobania w swojej pracy – niektórym udawało się uczestnictwa uniknąć, inni musieli liczyć się z silnym naciskiem. Dyrekcje zakładów były rozliczane z pierwszomajowej frekwencji – starały się więc ją zapewnić wszelkimi metodami.

Ja tego dnia czułam się bardzo źle. Pogoda była wspaniała, słońce prażyło, ja zaś nie znosiłam upałów, a zwłaszcza czasu wyczekiwania na gorącym asfalcie, aż gromadzący się pochód ruszy. Nagłośnienie ulicy Marszałkowskiej (na każdym słupie megafon) powodowało dodatkowy ból głowy okraszony mdłościami. Koledzy i koleżanki stali i plotkowali, jak to zwykle czynili przy rozmaitych nudnych okazjach spędów, dla wysłuchania tego, co mieli do powiedzenia oficjele, a było to do bólu nudne i przewidywalne, choć koleżanki cieszyły się ze słońca i możliwości opalania. W końcu moje szefostwo zlitowało się nade mną i udało, że nie widzi, gdy wysunęłam się z tłumu i opuściłam nasze miejsce zbiórki.

Nie poszłam wtedy do domu, a pojechałam na działkę pracowniczą, 300 m kwadratowych na obrzeżach Warszawy, gdzie miałam porzeczki, maliny, pomidory i ogórki oraz mnóstwo terenu do wyplewienia chwastów. Tym razem planowałam motyczkowanie między krzakami malin, ale z powodu bólu głowy i mdłości szło mi marnie. Machając motyką, zawadziłam ręką o krzak i na przedramieniu zrobiłam sobie kolcem rysę, prawie na całą długość ręki. Rysa ta, owe zadrapanie (co ważne), nie utoczyła nawet kropli krwi. Goiła się jednak (zresztą bezboleśnie) kilka tygodni i zostawiła po sobie bliznę widoczną kilka lat. Podobno właśnie wtedy nad Warszawą było największe stężenie pyłów, przywianych znad wybuchłej elektrowni.

Następne dni zdominowało poszukiwanie tzw. płynu Lugola, który jeszcze po kilku dniach można było już bez problemu zaaplikować sobie w przychodniach, choć nikt nie wiedział, że jest to już musztarda po obiedzie. Mnie ktoś powiedział, że hormon, który zażywałam w związku z nadczynnością tarczycy zastąpi płyn, więc na szczęście go sobie odpuściłam. Nie wiedziałam, że jestem bardzo silnie uczulona na jod, co wyszło na jaw podczas jakiegoś badania z podaniem kontrastu w późniejszych latach, gdybym wypiła to świństwo, mogłabym przenieść się na tamten świat. Nie wiadomo ile osób sobie nim bardziej zaszkodziło, niż pomogło.

Właściwie dopiero po 1 maja ludzie zaczęli szeptać i przekazywać sobie wiadomości o katastrofie. Oficjalna informacja głosiła, że to bajdy i niczym nieuzasadnione plotki. Jednakże (wówczas miało to wymiar pozytywny) każdej plotce wierzono bardziej niż wiadomościom oficjalnym – co zostało nam, jako społeczeństwu do dziś. Ja osobiście nie dziwię się licznym teoriom spiskowym, krążącym po internecie – wiarę w nie wyssano z mlekiem matek i babek w czasach, gdy wiedzę o prawdziwych wydarzeniach zdobywało się innymi drogami, niż oficjalne.

W Polsce wszyscy na ogół zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie ze sobą energia atomowa, uczono tego dzieci na lekcji PW lub potem PO (przysposobienie wojskowe, przysposobienie obronne) wraz z nauką obsługi karabinu kbks i strzelania z niego. Jednak na Ukrainie było trochę inaczej.

W późnych latach osiemdziesiątych byliśmy z mężem u rodziny zamieszkałej w tamtej okolicy. Jedna z kuzynek, z dwojgiem dzieci, rozwiodła się z mężem. Po katastrofie w Czarnobylu werbowano młodych ludzi do prac przy usuwaniu skutków katastrofy. Ukraińcy uważali to za bardzo dobrą okazję. Okres przymusowej służby wojskowej wynosił tam 3 lata, ale młodzi ludzie, którzy się zgłaszali do prac mieli odbywać ją tylko przez 1/2 roku (w Polsce w tamtym czasie trwała 2 lata). Był tylko jeden warunek – żołnierz musiał mieć dziecko (niekoniecznie ślubne, ale uznane przez ojca). Ten sam warunek dotyczył innych ochotników. Ich rodziny miały otrzymywać specjalne dofinansowanie i inne korzyści. Wówczas rozwiedziony mąż naszej kuzynki wziął z nią z powrotem ślub. Oboje liczyli na spore pieniądze, którymi mieli podzielić się po połowie. Jednak w rezultacie wszystko otrzymała kuzynka, ponieważ mąż po pół roku zmarł na chorobę popromienną.

Wspomniałam, że w Polsce mieliśmy inne podejście do energii atomowej. Wyrastaliśmy w przekonaniu, że czeka nas nieuchronna wojna z użyciem broni atomowej i jako młoda dziewczyna uważałam, że będę żyła krótko, ponieważ śmierć w wyniku bomby rzuconej przez imperialistów jest nieuchronna i nastąpi wcześniej czy później. Przygotowywano nas do tego, budowano schrony przeciwatomowe, może nie aż tak i tyle, jak w Rumunii. Z tego powodu jednak nikt z Polaków chyba nie zgłosiłby się dobrowolnie do takich prac. Na temat bezpieczeństwa elektrowni atomowych w ZSRR,a zwłaszcza tych na terenie Ukrainy, krążyły niedobre pogłoski, jednak mój mąż, inżynier budownictwa wodnego i energetycznego podjął pracę przy rozbudowie elektrowni atomowej w Nietiszynie (Ukraina). Nie było tam podobno nigdy żadnej awarii (do 2018 r. -https://echodnia.eu/swietokrzyskie/awaria-elektrowni-atomowej-chmielnicki-na-ukrainie-czy-grozi-nam-skazenie/ar/12821346), jednak mój mąż po dwudziestu paru latach zmarł na białaczkę, a jego koledzy, których znałam, znacznie wcześniej. Ci, o których wiem więcej, mieli różne odmiany raka.

O życiu na „pasiołku” – osiedlu polskich budowniczych elektrowni w Nietiszynie i o przeżyciach ukraińskiej części rodziny w czasie Czarnobyla  pisałam na swoim blogu:

w październiku 2012 r, http://www.taraka.pl/atomka

w marcu 2014 r. http://www.taraka.pl/odjechane_teksty_o_ukrainie

w marcu 2014 r. http://www.taraka.pl/co_uslyszalam_przy_kobiecym

i może jeszcze w innych miejscach, nie pamiętam.

Poniżej fragmenty dziennika telewizyjnego o wizycie oficjeli w Nietiszynie.

https://echodnia.eu/swietokrzyskie/awaria-elektrowni-atomowej-chmielnicki-na-ukrainie-czy-grozi-nam-skazenie/ar/12821346

Alkohol, przemoc i apki

Internet niedawno obiegły zestawione ze sobą 2 mapy: mapa przemocy domowej i alkoholizmu w Polsce i mapa wyborów do Unii Europejskiej. Zestawienie tych map miało pokazywać pokrywanie się obszarów wyborców preferujących PIS i swoiście pojmowanej rodzinnosci, patriarchalnej i suto zakrapianej. Trudno mi wypowiadać się w sprawie tych dwóch statystyk i korelacji tych dwóch wskaźników, jednak mam świadomość, że historia, którą zaraz opiszę, zdarzyła się w miejscu modelowym dla obu tych wskaźników.

Zpoznałam się także z mapą dotacji 500+ aby sprawdzić,czy w interesującym mnie rejonie także ten wskaźnik był najwyższy. Oczywiście tak. Czemu mnie to interesowało?

źródło:https://gis-expert.pl/500-plus-cz2/

Jeżeli do tego dodać mapy bezrobocia i inne stwierdzamy, że wszystkie te miejsca w przypadku historii, którą mam zamiar opowiedzieć, pokrywają się. Ten nudny poczatek mam nadzieję, że nie zniechęci Was do wysłuchania historii, kryminalnej, która jest równie zabawna jak i pouczająca. Wyobrażam sobie, że prokurator umarzający dochodzenie ocierał łzy ze śmiechu albo rozpaczy, jako że rozwikłanie zaszłości pewnej nocy prosiłoby się o detektywów pierwszej klasy a i to nie wiadomo, czy daliby sobie z nią radę.

Zamieszkała tam samotna bezrobotna matka z kilkorgiem dzieci wskutek dotacji 500+ osiągnęła stan materialnego „dobrobytu” powodującego przebieranie w kandydatach na konkubentów, nieważne że bezrobotnych alkoholików, wszak kobieta też za kołnierz nie wylewała. Kiedy na horyzoncie pojawiał się nowy, lepiej sytuowany, z jednym samochodem sprawnym, a drugim rozkraczonym na jego posesji, którego w dodatku nie chciał sprzedać, bawiący się z jej dziećmi i reperujący popsutą furtkę, zamiast je popychać i karcić, a jej przyłożyć, gdy potrzebował wzmocnić swoje naruszone ego, poprzedniego po prostu zepchnęła ze schodów. Pech chciał że ani sprawczyni próby zabójstwa, ani poszkodowana ofiara, z powodu stanu wysokiej nietrzeźwości nie bardzo pamiętali, co się stało, jako, że była to jedna z wielu dyskusji między parą.

Przed prokuratorem zeznała, że narzeczony jej (ów niewygodny konkubent) występujący jako pokrzywdzony, owego dnia długo z nią dyskutował, ponieważ był zdenerwowany sprawami rodzinnymi. (czytaj: kłócili się). Narzeczona położyła się spać o 3 rano i zdążyła usłyszeć, że wyszedł on z psem (ciekawe, kto na wsi, mający dom z obejściem i ogrodem, wyprowadza psa na spacer?). O piątej rano narzeczony wrócił i usiadł w fotelu, po czym znowu zaczęli się kłócić. W pewnym momencie wstał i poszedł do łazienki, ale się przewrócił, uderzając głową o podłogę i stracił przytomność.

On sam zeznał, że gdy wyszedł z psem, ktoś uderzył go w głowę rurką i skopał. Widział tego kogoś, ale go nie rozpoznał.

Śledztwo zostało umorzone, ale po półtora roku pełnomocnik poszkodowanego ponownie złożył wniosek o podjęcie na nowo umorzonego śledztwa.

Para po tym czasie wiedziała już znacznie więcej. Kobieta przypomniała sobie, że powodem ich sprzeczki było to, że konkubent był nietrzeźwy, a „narzeczony”, że przed wyjściem z domu nieco ją poszarpał. Potem pogodzili się, razem wypili i poszli spać. Kiedy wyszedł z domu, został uderzony w głowę  i  „przypomniał sobie” kto to zrobił. Konkubina też teraz doskonale to wiedziała, ponieważ zanim zemdlał, rzekomo powiedział jej, kto go uderzxył

Padło oczywiście na faceta, który był kandydatem na następcę narzeczonego, ale postawił kobiecie niewygodny warunek – że przestanie pić. Ona nie chciała albo nie umiała warunku tego spełnić, postanowiła więc upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: zemścić sie na kandydacie i wrócić do poprzedniego „narzeczonego”. On zaś przestał jej mieć za złe, że spuściła go ze schodów (o czym wiedziało pół wsi), jako że w międzyczasie na kilkoro dzieci kobieta dostała 500+.

Jak myślicie, co uratowało nieszczęśnika? Jest taka apka, nazywa się Endomondo i zapisuje trasy pokonywane danego dnia przez osobę, która ją zainstalowała. Oskarżony o napad uprawia czynnie turystykę pieszą i kontroluje wszystkie parametry swoich wycieczek. Ale kto na wiosce o czymś takim wie? Wiedzieli tylko, że dużo chodzi, czasem późnymi wieczorami, nadaje się więc na jelenia. Ale dzięki apce prokurator ustalił, że pomówiony o napad przebywał w tym czasie w zupełnie innym mieście.

Kończąc postanowienie o umorzenie dochodzenia prokurator złowrogo pogroził palcem parze „narzeczonych” stwierdzając: „Oceniając zebrany w sprawie materiał dowodowy należy stwierdzić, iż istnieją nie dające się usunąć wątpliwości, a w szczególności dotyczące rozpoznania przez pokrzywdzonego sprawcy przestępstwa”

Moim zdaniem jednak sprawie zaszkodził fakt iż kobieta zamieniła zasiłek dla bezrobotnych na 500+ Jest to morał nr.1

Z tej zwykłej wydawałoby się historii wynika jeszcze jeden morał – nr.2 instaluj apki! Nigdy nie wiesz, kiedy się przydadzą.

Latające kleszcze, towarzyskie pogrzeby i inne letnie atrakcje

Zadzwoniła do mnie znajoma rówieśnica. Na pytanie – Co u ciebie słychać? – Odrzekła entuzjastycznie: – Życie towarzyskie kwitnie. W zeszłym tygodniu byłam na dwóch spotkaniach, naszej szkoły i pogrzebie jednej z koleżanek; dzisiaj idę na spotkanie kolegów i koleżanek z uczelni, a jutro jest pogrzeb naszej pani z dziekanatu, która wszyscy lubiliśmy i doskonale pamiętamy.

Wszystko idzie w złym kierunku, nie tylko letnie życie towarzyskie

Były, kiedyś takie zwyczajne, cicho atakujące, ale wystarczająco krwiożercze. Nie zawsze można było je dostrzec. Ja, kiedyś po jesiennym grzybobraniu, tuż przed Nowym Rokiem, odnalazłam go (a właściwie zrobił to lekarz) w postaci wrzodu na plecach. Nie muszę dodawać, że było to w czasach, gdy nikt nie słyszał o boreliozie, a tym bardziej o rumieniu wędrującym. Mam na myśli oczywiście kleszcze.

W miedzyczasie rozwinęły się fizycznie i intelektualnie, stały się groźniejsze i natarczywsze. Niosły ze sobą więcej chorób, a w dodatku dostały skrzydeł

latające kleszcze

Teraz  zrobiły się gigantyczne i przybyły z Afryki, zeby nas dręczyć, (niektórzy przekonują, że wraz z uchodźcami). Leciały na grzbietach ptaków rozglądając się dookoła i zważywszy, jak w naszym kraju kwitnie życie polityczne i rozrywkowe uznały, że bez większego trudu wyzwolą nas od chęci spędzania urlopów w ciepłych krajach, sprowadzając ciepłe kraje do nas.

 

W dodatku astrolog, Piotr Gibaszewski przestrzega: „Wkraczamy w jeden z najbardziej nerwowych, niespokojnych a zarazem niebezpiecznych i kryzysowych momentów tego roku. Poruszenie znaków zmiennych wywoła chaos na rynkach finansowych, niepokoje społeczne, fale lęków i strachów, które będą się przewalać przez media, w tym szczególnie przez Internet…Brakujący element obu półkrzyży sugeruje, że dojdzie w czerwcu do potężnych wstrząsów na rynkach walutowych, w handlu międzynarodowym, że nastąpią duże zawirowania na giełdach, oraz dojdzie do załamania głównych wskaźników ekonomicznych …W czerwcu będzie też wiele katastrof – komunikacyjnych i naturalnych, możliwe że i w naszej części świata również. „

Tak jak kleszcze, czekające nas nieszczęścia nie dość, że latające, zapewne będą gigantyczne. Także z cen pietruszki niezbędnej do rosołu, obecnie sięgającej 30 zł/kg, wnioskować można dowodnie, iż zawirowania giełdowe przekroczą normę strawną dla przeciętnego śmiertelnika. Ech, gdzie te czasy PRL, gdy pietruszką fałszowano tarty chrzan w słoikach!

Jasnowidze zacierają ręce, politycy szykują się do boju, a u mojej koleżanki liczba spotkań koleżeńskich zostanie pokonana przez liczbę pogrzebów, w których w czasie upałów będzie zmuszona uczestniczyć, nie bacząc, że na zadrzewionych cmentarzach liczba atakujących orszaki pogrzebowe kleszczy może wzrosnąć.

Moja mama w takich wypadkach mawiała: Boże spuść bombę i zabij tę trąbę, ja powiem inaczej: Boże spuść trąbę i zabij tę bombę. Co ponoć ma zdarzyć się między 25 a 30 czerwca.