Wieści z samotni 6 stare długi duchów i bicze boże

Stowarzyszenie Pro life zamieszcza odpowiedź na zamieszczoną przez kogoś makabryczną fotografię nowo narodzonego potworka. Kiedyś przechowywano takie dzieci w słojach, zapewne martwo urodzone albo poronione płody dla nauki  i przestrogi. Ten miał rurkę prowadzącą ze środka bezkształtnej masy z trojgiem wystających oczu  – więc jeszcze żył. Fotografia miała być argumentem przeciwko zmianom  ustawy proponowanym przez Kaję Godek. Nie zamierzam wdawać się w dyskusję o aborcji, tutaj znamy już większość argumentów obu stron, okopanych w swoich przekonaniach, zainteresowało mnie jednak pewne uzasadnienie słuszności zakazu aborcji płodów uszkodzonych. Przytoczę je poniżej:

„Tak, to ludzkie i miłosierne. Duchy w ten sposób wyrównują swoje długi karmiczne, a niektóre mają w tej kwestii naprawdę przesrane i muszą się wcielić setki razy w tak chore ciało, by odkupić swoje winy. To Bóg decyduje o tym. Dokonując aborcji uniemożliwia się choremu duchowi wkroczenie na ścieżkę uleczenia – więc czy to NAPRAWDĘ jest takie miłosierne? Materialiści uważają że mają rację, ponieważ posiadają bardzo szczątkową wiedzę na ten temat. Ja natomiast poznałam spirytyzm, który bardzo dokładnie i niesłychanie logicznie, podpierając się dowodami, omawia ten temat.”

Zainteresowało mnie przekonanie ludzi o tym, co jest dowodem, a co nie. Pomieszanie tradycji chrześciańskich, buddyjskich, spirytystycznych i sam Bog wie jakich, które stało się normą w dzisiejszych czasach, jakkolwiek jaskrawe w swojej bezczelnosci, wzięło się najprawdopodobniej z zapędów literackich gatunku SF, do którego, niestety, ja też swego czasu dołożyłam swoją cegiełkę. Autorzy tej konwencji bawili się swymi pomysłami, radośni, że nie muszą czuć się ograniczani realnością, zapożyczając wszystko od wszystkiego i wszystkich, nawet jak zrobił to nasz tytan sukcesu kradnąc kobietom wiedźmę i nadając mu męską nazwę i męskie cele (zabijać, zabijać, zabijać wszystko co się rusza, a co uznamy za złe) ale zapożyczając zdolności zgodnie z tradycją właściwe jedynie jego pierwowzorom, kobietom. Mea culpa, mea culpa, mea mega culpa.

W świetle tej mieszaniny, w uzasadnieniu odwołującym się do 1) duchów, 2) karmy), 3) Boga, leczenia bądź samolecczenia duchów, wprowadzając podział na materialistów i spirytystów, zastanawia mnie – czym właściwie jest taki dowód. Wszak, jak dotychczas, brak dowodów na istnienie karmy, Boga; może trochę lepiej z dowodami na istnienie duchów, ale wszystkie one (jakkolwiek poważnie je traktować) podkreślają dezorientację tych tworów wobec nowych doświadczeń, które je spotykają. Duchy mogą być głodne, mogą błąkać się, mogą czegoś chcieć od ludzi (wówczas się im ujawniają)  mogą pokutować ale czy mogą dla pokuty wcielać się w zniekształcone płody? Po choler… tfu, tfu,  koronawirusa! Nie lepiej wcielić się w człowieka, trzy czwarte życia wspinającego się po szczeblach najwyższych stanowisk (jak takiego Nicolae Ceaușescu na przykład), żeby go potem zamordowano? Albo może, jeśli cierpień za mało, lepiej udać się do Afryki lub Ameryki Południowej i być chłopem cierpiącym z dwóch stron, od wojska i od partyzantów? Nie bardziej wydajnie można cierpieć w ciele babci,  mającej cztery choroby przewlekłe i dwie bieżące oraz stawy zużyte, starte do kości ze składnika, który miał uzupełnić cudowny lek, ale nie uzupełnił i której odmówiono recepty NFZ, bowiem nadużywa środków przeciwbólowych? W ciele takiej babci cierpi się dłużej i skuteczniej niż w ciele niemowlaka, który umiera po kilku dniach lub tygodniach.

Logika duchów wszak powinna być odmienna od logiki zwykłych ludzi, sprawiedliwsza. Jeżeli logiczne z ich strony jest poszukiwanie cierpienia, to zwiększają sumę tegoż cierpienia na Ziemi, co z kolei jest nielogicznością, jeśli wszystko ma nieustannie się doskonalić. Taka dusza doskonaląc się poprzez wcielanie się w chore dziecko, przysparza cierpienia światu, a więc jego rodzicom, lekarzom, pielęgniarkom, opiekunom, zadowalając jedynie taką Kaję Godek. Czy dla chorych pomysłów jakiejś nawiedzonej kobiety warto naginać postępowanie karmicznych wcieleń, jeśli nawet ich istnienie byłoby potwierdzoną prawdą?

Z drugiej jednak strony nasze czasy wyraźnie cierpią na niedobór cierpienia. Średnia życia poszybowała do niebotycznych rozmiarów osiemdziesięciu paru lat, podczas gdy powinna wynosić trochę ponad trzydziestkę. Kobiety dwudziestoparoletnie zamiast po urodzeniu dziesiątego dziecka szykować się na godną śmierć przy kolejnym porodzie, aby jej mąż i ostoja narodu mógł sobie legalnie wziąć kolejną młódkę, zbiesiły się i chcą nie tylko dalej żyć, ale jeszcze bawić się i stroić. Ciążę przerywają, bo nie chcą stracić talii, a mężczyznom nie chce się pracować, wolą iść na piwo. I tak biedne duchy z karmicznymi długami muszą cierpieć za miliony!

Nie dość dziwnego, że Bóg/bogowie w porozumieniu z Chińczykami, za aprobatą Amerykanów, sprowadzili bicz boży w postaci koronawirusa, dodając nam w pakiecie Prezesa, Prezydenta i Prokuratora Bicz na Lekarzy.

A na mnie – póki co – sprowadził sąsiada, który zamurował swoje kuchenne rury fikuśnymi kafelkami i nie chciał udostępnić ich hydraulikom, aby mogli zlikwidować przeciek, który, że nie dość, że zalewa mi kuchnię, ale uniemożliwia korzystanie ze światła z powodu zamokniętych przewodów. Na szczęście w Polsce pełza dyktatura, która ma środki aby takich gościu przydeptać o szóstej z rana. I jak tu nie głosować na pana Dudę? Moje dwa stopnie świadomości wojują ze sobą – i o to właśnie chodzi! Dwa wykluczające się bicze boże – to aż nadto.

Sprowadził też na mnie trzeci bicz – Ministerstwo Finansów z jego poronionymi pomysłami. Miało być lepiej – za każdego zeznanie podatkowe składa urząd, a ty człowieku tylko wejdziesz na stronę https://epit1.podatki.gov.pl/ i popatrzysz. Z PIT-ami jestem obeznana – od nowości składam je przez internet, teraz zaś tylko chciałam przeczytać i odliczyć ulgę, która mi przysługuje. Obejrzałam filmik, jak to zrobić, zalogowałam się, a tu klops. Zamiast na ekranie pokazać mój PIT pokazuje jakieś głupoty. Ściągam PDF a tu NIC. W ubiegłych latach czasem tak bywało, że strona była zajęta i raz nawet zalogowałam się wieczorem a dostęp był dopiero następnego dnia w południe. Ale teraz nie ma zmiłuj, wylogowują mnie po kilku minutach. W czwartek obudziłam się o trzeciej w nocy i w nadziei, że uzyskam dostęp do swojego, jakby nie było, zeznania i tu dalej nic. Rano przystąpiłam do pracy metodycznie. Obejrzałam jeszcze raz filmik, przeszłam drogę w tę i nazad, aż trafiłam na pytania i odpowiedzi. Na czterdziestej którejś pozycji doczytałam się swojego problemu. Okazuje się, że ktoś tam, czemuś tam, nie chciał współpracować z MF i wszystkie normalne wyszukiwarki  (a mam ich 3) nie „widzą” e-pitów. Trzeba mieć jakąś specjalną. Ta informacja powinna być na pierwszym miejscu, a nie wstydliwie ukryta gdzieś między pytaniami!!!

W poprzednich latach sporządzając PIT przez internet pobierałam specjalny program niejako z automatu co rok aktualizowany. Teraz, gdy ktoś chce przedstawić utrudnienie jako ułatwienie, ukrywając jednocześnie sprytnie, że rząd nie jest w stanie skłonić administratorów wyszukiwarek do pomocy, a jednocześnie nie chce lub nie jest w stanie zaserwować podatnikom programu, lub może bardziej perfidnie – oszczędzić na zwrotach nadpłaconych podatków – wierzę, że istotnie, to „kamieni kupa”.

Pracownicy firm zapewne to wiedzą, mogą ze sobą wszak rozmawiać i poradzić się księgowej, ale skąd mają wiedzieć takie babcie jak ja? Przymusowo podarują naszemu MF (jak w moim przypadku ok 100 zł) lub więcej. Ja tam mam dość podchodów.

Balkonowy dziennik zarazy 2

Na moim balkonie hula wiatr zrywając co i raz pokrywkę z wiadra na śmieci, oczekujące na dobrą duszę do ich wyniesienia, a w mojej głowie hulają obrazoburcze myśli: „a gdyby tak doczekać nocy i wyrzucić worek z woreczkami śmieci prosto w krzaki pod moim balkonem?” Jedna obrazoburcza myśl rodzi inne.

Prenumeruję cyfrową „Politykę”, a w ostatnim numerze okładka wypełniona jest kolorowymi maseczkami. Wszak my, ludzkość rodzaju żeńskiego, celujemy w przyozdabianiu naszych więzień. Śledząc tendencje naszych władz, dbających ogromnie o nasze dobro, moralne zwłaszcza (o czym świadczy procedowanie naszościowych ustaw o zakazie aborcji i wychowania seksualnego tudzież przygotowaniu młodzieży do oglądania masakr wszelakich), możemy podejrzewać, że wkrótce odzieją nas w coś w rodzaju burek, przez jakiś czas dozwalając wzorzyste i kolorowe, potem jednak, jak w Iranie, zezwalając na jedną lub dwie prawomyślne barwy.

Coś, co kiedyś w krajach pustynnych było zapewne osłoną przed piaskiem, niedawno jeszcze w naszym świecie poddane ostracyzmowi jako demonstracja religijności i odmienności, dziś wraca w innym świecie i innej kulturze z innym uzasadnieniem wprawdzie… Argument, że nie można zasłaniać twarzy na przykład w czasie demonstracji, bo nie rozpozna się agresorów, upadł w obliczu prawdy, że każdy ma telefon i jak w Chinach, można mu przypisać kolorowy kod, pozwalający wejść lub nie wejść tu i tam, a przy okazji i na inne ograniczenia zezwoleń i premiować określone zachowania. Śmiało więc można uchwalić nakaz noszenia burek (wszak epidemia ma mieć kolejne fale, nawet do 2025 roku, a same maseczki stanowią wątłą ochronę; wirusa można przynieść na ubraniu). Kobiety zaczną je ozdabiać ale w końcu im się tego zabroni. Na haftach pył się utrzymuje zbyt długo (a idzie susza) i jak śledzę kierunek badań wirusa, odnajduję informacje, że sprawdza się rodzaj tkanin i czas utrzymywania się na nich, a także zależność tego przebywania od koloru. Nosząc na przykład fioletową burkę zagrażasz życiu współobywateli – tak mogą brzmieć uzasadnienia.

Balkonowa wieszczka zachłystuje się własnymi pomysłami i przysięga już więcej w życiu nie tykać SF, tak ją to przeraża.

Powracają jednak buntownicze myśli o wyrzuceniu worka ze śmieciami, Śmierdzą wszak, nawet na balkonie, a tu, póki co, nie zamontowano kamery, jak w śmietniku, bowiem technicznie pozostajemy daleko za Chinami. Od myśli w rodzaju „na złość mamie odmrożę sobie uszy”, a na złość władzy zaśmiecę okolicę, odciąga mnie akurat dobra dusza z workiem marchwi od innej dobrej duszy, z której to marchewki będę mogła robić sobie sok. Wręczam więc dobrej duszy worek ze śmieciami, proszę o kilka drobnych przysług (przykręcić śrubkę, napełnić wodą butle do podlania roślin na balkonie, zdjąć coś z górnej półki, a na inną coś włożyć i takie tam), aż dobra dusza umyka wreszcie w popłochu zabierając worek ze śmieciami ale zapominając zabrać swojego worka i toreb po marchwi, cebuli i jabłkach.

Triumfująca wieszczka balkonowa, przekonana o jeszcze istniejącej własnej sprawczości pociesza się, że zarówno noszenie maseczek jak i przyszły nakaz noszenia burek, a co więcej zakaz aborcji i wychowania seksualnego jej nie dotyczy, w poczuciu  rozwiązania jednego z ważkich problemów życiowych zapada w samozadowolenie. W dodatku nie ma smartfona, a gdyby nawet miała i gdyby ktoś wyświetlał na jej telefonie (nie wiem czemu, jak w Chinach, potrzebny jest smartfon) kolorowe kody: zielony, żółty i czerwony, nie będzie jej to dotyczyć, dopóki ktoś nie wyświetli kodu czarnego.

Jednak póki co kod czarny na razie nie istnieje, a ludzie władzy przyjmują strategię wirusa – jak najdłużej nie zabijać swojego nosiciela, chociaż czasami sam się wykończy. 

Appendix: z samozadowolenia wypędzają mnie ci, co w balkonowej paranoi poszli jeszcze dalej:

„Wielu z Was zdaje sobie sprawę, że jesteśmy blisko harmonogramu ujawnienia i rzeczywiście odsłoni on wiele zaawansowanych technologii, które zostały przekazane ludzkości od naszych galaktycznych braci i sióstr, którzy współistnieją w wymiarowych królestwach wyższych od naszych. Technologie tego typy były dostępne dla ludzkości od wielu, wielu dziesięcioleci, ale są ukrywane przed nami, aby zapewnić firmom i kartelom farmaceutycznym utrzymanie niesamowitych poziomów zysku i ich silnej pozycji w odniesieniu do kontroli świadomości nauk humanistycznych. Technologie te są w stanie skanować cały system cielesny człowieka i rekordyfikować dowolne blokady na dowolnym poziomie – eterycznym, fizycznym, mentalnym czy duchowym. Technologie te są zdolne do liczenia komórek i liczby krwinek oraz do korygowania nierównowagi w zakresie energii i pola fizycznego. Oto cytat z wcześniej ukrytego dokumentu:

„Istnieją trzy rodzaje łóżek medycznych:
(1) Holograficzne łóżka medyczne.
(2) Regeneracyjne łóżka Med, które regenerują tkanki i części ciała, napędzane przez inne źródło.
(3) Re-atomization Med Beds, które w około dwie i pół do trzech minut odrodzą całe ludzkie ciało, od stóp do głów.”

Panie Owsiak! Może załatwiałby Pan takie łóżka dla DPS-ów!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Balkonowy dziennik zarazy 1

Rozprzestrzeniły się dzienniki zarazy, jak sama zaraza. Ich pisanie stało się modne, zwłaszcza przez zamkniętych w domach dziennikarzy. Najczęściej to zapis osobistych doświadczeń plus komentarze zachowania i słów polityków. Pan taki czy inny udaje się do sklepu, gdzie widzi niemiłe scenki agresji, wraca do domu, odpala telewizor, w którym także repertuar jest dwoisty – obrazki ku pokrzepieniu serc przeplecione z słowami i zachowaniem polityków, z kwestią wyborów na czele, po czym udaje się do internetu, a tam jeszcze gorzej niż w sklepie.

Próżno szukać  w tych dziennikach opisu istotnych wydarzeń osobistych, rodzinnych zawirowań, świadectw mierzenia się ze stresem i nerwowością. Oczywiście nie ma też burknięć, wzruszenia ramionami i odwiecznego męskiego tekstu : „daj mi wreszcie spokój”. To nieprawda, że wszystko jest cacy, życie wre jak w tyglu, czego świadectwo mam w swoim jedenastopiętrowym bloku w postaci wyzwisk, hałasów, ciskania meblami i trzaskania drzwiami. Mury mojego budynku wręcz pulsują nieukrywaną agresją, dla której kontrastem jest pusta, spokojna ulica, wypełniona kurzem i oślepiającym słońcem, przerywana jedynie szczękiem śmieciarek i k…ami zza otwieranych dla wietrzenia mieszkań okien i balkonów. Także wyzwiskami pulsują rury w łazienkach, gdy odbywa się poranne opróżnianie organizmów ze złogów ubiegłego dnia, a przy okazji i kawałków duszy.

Zdarza się też, że moi rozmówcy i rozmówczynie w ramach utrzymywania kontaktów ze starszymi ludźmi opowiadają nerwowo i hałaśliwie o doznawanych krzywdach. Zawsze bowiem, jak za dawnych dobrych czasów, starsi ludzie służyli za swego rodzaju śmietnik dla młodych, chyba że byli niereformowalnymi odmieńcami o charakterach przysłowiowej Ksantypy.

Ja, poddana nieustannej kwarantannie, nie wychodząca z domu od ponad roku zdążyłam przywyknąć do swojego więzienia. Paradoksalnie, poszerzyło mi się ono o balkon dzięki przedpołudniowemu słońcu. Raz dziennie pokonuję mały schodek prowadzący do mojego ogrodu z wyrastająca miętą, czosnkiem niedźwiedzim i krzaczkami lawendy. Chwytam dobroczynne promienie i staram się posiedzieć tam  przynajmniej kilkanaście minut, dopóki kręgosłup nie zawoła mnie z powrotem na łóżko.

Pewna kobieta żaliła mi się, że „Ty to masz dobrze, możesz wyjść na balkon opalać się, zazdroszczę ci”. Z czasów gdy jeszcze odwiedzałyśmy się wiem, że ma balkon, więc dziwię się, wywołując lawinę dalszych narzekań. Znajoma ta mieszka z matką, a teraz żali się: „Balkon jest w pokoju matki, więc kiedy pomyślę, że gdy będę wychodziła, ona będzie się na mnie gapić, wolę już siedzieć w swoim pokoju.” Nie jest chora ani na kwarantannie, po prostu ma przymusowy tygodniowy urlop. Matka przeszkadza jej jeszcze bardziej niż zwykle. Syn zadzwonił tylko raz i był niemiły. Nawet nie złożył życzeń.

Czasem wieczorami dopada mnie strach, że się zarażę i nie przeżyję, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że takiego życia, jakie prowadzę nie powinno mi być żal. Życie jest dziwną grą, wygrane i przegrane nie wiążą się ze zdroworozsądkową kalkulacją. Tak na przykład ze dwa tygodnie temu przewróciłam się na podłogę, ponieważ załamał się pode mną stołek na kółkach, którego siedzisko przymocowano niedbale kilkoma śrubami, wkręconymi wprost w płytę paździerzową. Po godzinie udało mi się wstać, przy okazji poznając inną geografię mojego mieszkania. Czołgający się człowiek wolałby podłogę brudną, wręcz lepiącą się, inne meble, cięższe, najlepiej przyśrubowane, a poza nimi same futryny, których można uczepić się obiema rękami. Ale gdy wstałam wreszcie, poczułam się jak zdobywca zatykający sztandar swojego państwa na szczycie góry. Dałam radę! No i moi bliscy dzwonią co parę dni, dbają też o zakupy i czystość podłogi.

Dzwonią także niebliscy, aż telefon się grzeje i muszę codziennie  go  ładować. Jeszcze niedawno w poniedziałki o siódmej rano meldował mi raportem, którego nie potrafiłam wyłączyć „twój średni czas przed telefonem w ostatnim tygodniu wynosił 0,7 minuty dziennie i był krótszy od poprzedniego o 0,1 minuty” Wczoraj zameldował mi, że mój średni czas wyniósł 33 minuty z kawałkiem, co w znacznej części zawdzięczam takim znajomym, jak wyżej opisana.

Nie dzwonią niestety osoby, z którymi najbardziej chciałabym porozmawiać (z wyjątkiem jednej). Dzieje się to także z powodu koronawirusa – układy rodzinne skostniały, głupio tak siedzieć w jednym pokoju z żoną, mężem czy dziećmi i nawijać o sprawach własnej duszy, wszak im nic do tego. Nie po to się ma rodzinę, żeby z nią albo przy niej gadać. Łatwiej pokazać rozmówcy na face time wideo swojego kota goniącego muchy na skrawku ogródka, ponarzekać na kolejki przed sklepem, a najłatwiej zrobić wykład z bieżącej polityki i szans na odłożenie wyborów nie zastanawiając się, czy to w ogóle obchodzi rozmówcę.

Zasypiam wieczorem przy telewizorze i śni mi się moja zmarła dawno temu mama śledząca mnie zza uchylonej zasłony, czy aby przypadkiem nie wychodzę na balkon. Bezgłośnie daje mi do zrozumienia, że tam jest niebezpiecznie. Budzę się przestraszona i słyszę w mieszkaniu nade mną uporczywy kaszel. W telewizji właśnie zabiera głos ekspert mówiący, że bardziej szkodliwe jest przebywanie w mieszkaniu połączonym z innymi kanałami wentylacyjnymi, niż na ulicy, w parku, czy w lesie. Robi mi się duszno, więc wychodzę na balkon. Zbieram przy pomocy mojego chwytaka niedopałki papierosów, którymi ktoś obsiał mój balkon, biorę je w palce i wyrzucam. Przypomina mi się, że wczoraj tym chwytakiem podniosłam z ziemi kawałek upuszczonego jabłka. Czuję jak dopada mnie paranoja. Tyle, że nie mogę zadzwonić do nikogo i pożalić się. Żalę się więc wam.

Na szczęście rano już o niczym nie pamiętam, siadam do komputera i poprawek starych tekstów oraz podłączam do ładowarek wszystko, co mam. Jest już nowy dzień.