Korzyści płynące z dystansu do siebie i widzialnego świata.

Taki temat zaproponowano mi w komentarzach do poprzedniego odcinka. Żachnęłam się w pierwszym momencie. Żadne – chciałam zawołać ale powstrzymałam się. Mój głos odzwyczaił się od rozmów, więc brzmi strasznie i chropawo. Czasem gdy chcę zapisać jakąś myśl, a nie chce mi się szukać nośnika, zapisuję sobie notatkę głosową i wiem doskonale jak chrypliwie skrzeczę. Poza tym to absurd gadać, w odpowiedzi na zapisane.

Nie zawołałam więc do nieobecnego głosowo i wizualnie komentatora, co spowodowało, że nieco dłużej zastanowiłam się nad prawdziwością mojego stwierdzenia i doszłam do wniosku, że jak wszystko, nie jest takie proste. To, że nie widzę teraz korzyści, nie oznacza, że ich nie ma. Zresztą gdyby ich nie było, nie dystansowałabym się od świata, wciskającego się wszelkimi, cyfrowo dostępnymi kanałami w moją samotnię, skąd ślę wieści do tego, który raczej się na mnie wypiął. Zadałam sobie inne pytanie, przystępniejsze. Dlaczego dziś?

Dlaczego DZIŚ się dystansuję, a wczoraj się nie dystansowałam, gdy usłyszałam „MAMY SIŁY I ŚRODKI I NIE ZAWAHAMY SIĘ ICH UŻYĆ” w odpowiedzi na jakieś dywagacje polityków opozycji? I to wówczas, gdy nikt nie rzucał kamieniami, niczego nie niszczył ani nie palił. 

Wczoraj miałam niedobry przebłysk z takich przemówień (dlatego jedno z nich w 2005 roku utrwaliłam, jako przemówienie burmistrza średniowiecznego miasteczka nawołującego do rozprawienia się z czarownicami), ale on wczoraj przywołał słowa kogoś innego, z telewizora w Gdańsku, gdzie wówczas mieszkałam, z grudnia 1970 roku, skutkiem których zginęła przypadkowo para młodych ludzi, kończących szkołę pomaturalną, gdzie pracowałam, o których planach na początek samodzielnego życia  wcześniej słyszałam i na których owe siły i środki przypadkiem skupiły swoją uwagę. Dlatego wczoraj przypomniały mi się zdjęcia, jakie sobie robiliśmy latem, w zgromadzonych na placu ich przyszłej budowy cementowych przepustach i włazach; mieli tam dostać własny barakowóz mieszkalny, roześmiani jak dzieci, pełni nadziei i planów. Nawet nie wiem jak zginęli; w szkole pomaturalnej, której byli uczniami, zabroniono o tym mówić i nie wolno było nikomu pojechać na pogrzeb do ich rodzinnej wsi. Dlatego wczoraj się nie zdystansowałam. Ale dziś już tak.

Im dłużej człowiek żyje i jeśli Pan Bóg pokarał go dobrą pamięcią, tym więcej wspomnień się pojawia. Niektóre z nich złośliwie trwają i trwają. W grudniu 1970 roku w Gdańsku miałam własne zmartwienia, walczyłam na przykład z wszechobecnymi stadami karaluszego potomstwa, które nastały po definitywnym wytępieniu myszy, chorowały moje dzieci, walczyłam z dyrektorem szkoły, który nauczycieli i pracowników mieszkających na jej terenie w mieszkaniach służbowych traktował jak uczniów w internacie (miał na przykład klucze do mieszkań i w każdej chwili mógł wejść) i sprawa dwójki zabitych w czasie zamieszek schodziła przy tym wszystkim na dalszy plan. Dziś przeminęły karaluchy, dyrektor, małe zmartwienia osobiste i troski, a w pamięci została ta dwójka z letniej wycieczki. Czemu?

Wówczas śmierć kogoś zabitego przez milicję nie była niczym nadzwyczajnym. Była wtopiona w nasz świat jako element ryzyka. Jeśli miało się rodzinę i dzieci, nie należało się w nic mieszać, taka była prawda. Nie szło się do kina, gdy na mieście były zamieszki. Dziś już tak nie jest, nie jesteśmy przyzwyczajeni, nasza umiejętność dystansowania się zanika, gdy pojawi się echo tamtych ech; burzy nasz spokój.

Wyrzucenie czegoś wymaga większej energii niż gromadzenie. Wiem to z przykładu moich słoików. Opróżnione składuję w kartonach, wszystkie jak leci, choć tylko niewielu z nich użyję ponownie. Aktualnie w moim nieużywanym na co dzień pokoju stoją już dwa kartony i rodzina za każdym razem nakłania mnie, abym zrobiła analizę: zostawić kilka potrzebnych, resztę wyrzucić. Cóż, problem w tym, że tylko częściowo mogę przewidzieć ilość i wielkość słoików, które w przyszłości wykorzystam. Wiem ile potrzebuję większych na kiszenie ogórków na zimę, ale co do reszty nie potrafię przewidzieć. Już w zasadzie nie robię przetworów, ale gdy ktoś przyniesie mi za dużo owoców, przecież nie wyrzucę, tylko zrobię dżem albo kompot w słoiku. Dlatego wyrzucanie, które łączy się z koniecznością przewidywania i selekcji jest na tyle energochłonne, że wolimy je odciągnąć w czasie.

Tak samo jest z śmieciami pamięci i ich selekcją, co nazywamy ładnie dystansowaniem się. Lepiej nie wyrzucić jakiegoś słoika, który może być potrzebny, niż wyrzucić i potem z tego powodu mieć problemy. Złe wspomnienia mają zwyczaj wyskakiwać jak diabeł z pudełka dlatego, że zmagazynowane kiedyś jako nieistotne, niezbyt dotyczące kogoś osobiście, w sprzyjających warunkach wracają, zazwyczaj jako ostrzeżenie.

„UŻYJEMY WSZYSTKICH DOSTĘPNYCH ŚRODKÓW”

Tak, takie słowa dobiegały z telewizorów kiedy przemawiający I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego partii (pisanej wówczas dużą literą) w Gdańsku, Stanisław Kociołek, po podpaleniu przez zgromadzony tłum budynku komitetu tejże partii ostrzegał i nawoływał do spokoju i powrotu do pracy, czego skutkiem wyniknęła śmierć tych młodych ludzi, których ani imion ani nazwisk nie pamiętam, a którzy mieli nieszczęście wypuścić się z internatu na miasto w niewłaściwym czasie.

Spotkałam autora słów oko w oko lat temu parę wstecz, gdy szłam na spacer po  moim osiedlu, a w człowieku bawiącym się z małym dzieckiem w osiedlowej piaskownicy rozpoznałam tego, o którym słyszałam, że został wystawiony na durnia, obiecywał bowiem spokój tym, którzy powrócą do pracy, ale obietnicy tej nie dotrzymał. Miał wszystkie dostępne środki, więc ich użył (albo ktoś użył w jego imieniu). Wówczas byłam zdystansowana, świat wokół mnie szedł ku lepszemu, słoiki bezpiecznie były zmagazynowane w kartonach pamięci, stary człowiek mógł spokojnie bawić się z wnuczką, nic mi było do tego. 

Dziś się już zdystansowałam do tamtych spraw pocieszając się, że nawet jeśli coś się zmieni i będą pałować na ulicach, to mnie nie spałują, bowiem nie wychodzę z domu nie tak jak kiedyś, gdy pracowałam w słynnym “Domu pod sedesami”, gdzie mieścił się PZU i gdzie codziennie przechodziły demonstracje, a gdzie w sam dzień imienin z wiechciem kwiatów wracałam po pracy przechodząc obok Pomarańczowej Alternatywy. Spałowano najpierw moje kwiaty, potem mnie, już w przejściu podziemnym, dokąd bezskutecznie uciekałam. Jak dziś pamiętam, że gdy milicjant skończył ze mną, dalej mścił się na moim pięknym bukiecie, który mimo że leżał na ziemi, nie rozpadł się ale  trwał do marnego końca w przezroczystym celofanie. 

Skwitowałam moje obawy zrzuceniem ich na karb starczych dewiacji psychicznych, gdy mózg wyczerpany wieloletnim życiem, tworzy własne potwory, a instynkt zwierzęcia każe także człowiekowi  mieć zawsze na uwadze POWTARZALNOŚĆ. Dlatego chwała tym, których pamięć szwankuje, choć obawiam się, że i oni wyłapią właśnie przede wszystkim sygnały zagrożenia, choć może nie pamiętają, skąd się wzięły.

Wracając więc do pożytków z dystansowania. Jasne, że są, ale chwilowe. Dlatego pewnego dnia powiem synowi, żeby wyrzucił wszystkie moje kartony ze słoikami, bez wyboru, jak kiedyś wyrzucaliśmy sterty foliowych torebek po mleku, zbieranych przez mojego teścia za czasów PRL (odkąd mleko zamiast w butelkach zaczęto sprzedawać w torebkach) i on nawet tego nie zauważył. Ja też nie będę patrzyć, zamknę oczy, zdystansuję się całkowicie i zaproszę do swojego wezgłowia panią z kosą.