Słowiańska duma i słowiańska gimnastyka czyli sklep z symbolami

Moda na słowiańskość nie przemija, chociaż utrwalając się schodzi całkowicie na psy. Bo jakże uznać za genialny taki utwór, podobno muzyczny, nad którym nie milkną zachwyty niektórych fejsbukowiczów. Słowiańska duma ich roznosi

https://www.youtube.com/watch?v=crd7aSUlYQ0&t=1246s

i nie dostrzegają że słychać w nim, zwłaszcza w 21 minucie (jeśli ktoś dotrwał do tego momentu lub zaczął niewiele wcześniej oglądać klip) przepity ryk i tyle. Może jako kobieta dostrzegam w nim jedynie prymitywne nakręcanie się, a nie żadną dumę, może zaś znaczenie słowa „duma” z biegiem lat coraz bardziej ogranicza się do prymitywnego poczucia górowania nad światem i agresywnego przydeptywania butem innych.

Dla mnie zawsze poczucie dumy było uczuciem niejednoznacznym, ulotnym, wzbierającym i przemijającym w swoistym rytmie, pełnym sentymentów, goryczy ale i refleksji nad przemijaniem emocji. Uczuciem, na którym nigdy nie można było polegać, bowiem jak w piosence:

https://www.youtube.com/watch?v=i–bB93hKKE

kończącym się krążącymi nad pobojowiskiem wronami, nawet gdy duma dotyczyła wyłącznie prywatnego świata jednego, czy dwojga ludzi.

Ale idźmy dalej w wycieczce po słowiańskości, może w rejony bardziej rozrywkowe. Czytam o słowiańskiej gimnastyce na stronie

https://wiaraprzyrodzona.wordpress.com/category/cywilizacja-slowianska/

i dowiaduję się stamtąd, że Słowianie mieli oddzielne rodzaje gimnastyki dla mężczyzn i dla kobiet. Niestety nie dowiaduję się nic na temat ćwiczeń poza kilkoma zdaniami na okrągło, np, że był to „holistyczny system odnowy i odblokowywania energii oparty na słowiańskim dziedzictwie etnicznym. System ten w niczym nie ustępuje wschodnim praktykom, takim jak joga czy tai chi. Ale przez to, że ma słowiańskie korzenie jest najbliższy duszy i energii słowiańskich kobiet.”

Gimnastyka kobiet nazywana jest słowiańską gimnastyką czarownic i sądząc ze zdjęć prezentowanych przez wyszukiwarki, charakteryzuje się gromadką młodych dziewcząt, nagich lub w haftowanych czerwoną nicią haftem krzyżykowym koszulach i wiankach ze sztucznych kwiatów i kłosów, pląsających przy księżycu nad jakimś bagienkiem. Wydawać się mogło, że zespół „Słowianki” to jest właśnie ta słowiańskość, która powinna nas urzekać. Pewien młody, nieśmiały, uduchowiony człowiek opowiadał mi, że w jego snach pojawia się znacząca postać młodej 12-letniej Słowianki, która ma zostać jego żoną. Tak czeka na nią przez trzydzieści parę lat swojego życia, nie bacząc na to, że gdyby marzenie się zrealizowało, można by nazwać go pedofilem

Słowianki

Inna wersja słowiańskiej gimnastyki kobiet pokazywała rozmaite odmiany czołgania się po klepisku z wymachami rąk i nóg, jako zapewne forma bardziej zaawansowana w słowiańskości atrakcyjnej dla mężczyzn Słowian. Szczególnie atrakcyjne wydaje się ćwiczenie nr.8 na stroniehttps://treborok.wordpress.com/gimnastyka-slowianskich-czarownic-ksiazka-3/

choć mnie osobiście czołganie się wydaje raczej ćwiczeniem typowo wojennym, męskim zapewne.

pobrane słowiańska gimnastyka

Pod innymi względami my też nie jesteśmy gorsi niż Żydzi i Arabowie i musimy też mieć własny, słowiański rytualny ubój świń.

https://www.youtube.com/watch?v=1b3RstbTiuM

Z filmu tego dowiedziałam się, że świnię przed ubojem wiążemy za prawą nogę, nigdy za lewą. Ja jako osoba leworęczna będąc świnią, wolałabym być wiązana jednak za lewą nogę; nie wiem czemu, ale tak jest. Z kolei naczelna zasada tegoż uboju: tu się bije, gdzie świnia się urodziła, żyła i była karmiona, wydaje mi się całkiem sensowna, także w odniesieniu do człowieka. Wolałabym ginąć w domu, a nie w jakimś szpitalu na przykład. Reszta, jak na przykład parzenie wrzątkiem lub opalanie skóry uważam za dodatek o wymowie czysto politycznej, wiążący rytuał z terytorialnością słowiańskich plemion. Odnoszę niejakie wrażenie, że nie chodzi tu o słowiańskość, a o ominiecie niektórych przepisów prawa, bowiem na końcu autor coś bredzi o badaniu mięsa przez weterynarza.

Może jednak wróćmy na wyżyny. Nie spodziewałam się, że Słowianie mieli swoje mantry. Przeczytałam o tym na stronie która nazywa sięNiezależne forum – Cheops i aż chciałam zawołać: gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Afryka! Dowiedziałam się stamtąd, że mantra/mudra to po prostu modra/mądra, a mandala, to nasza mądrala. Tak więc idąc dalej w las, wywieść można by, iż modre oczy znamionują mądrość na przykład.

Wyposażeni w słowiańską mądrość, możemy odnaleźć w internecie sporo sklepów sprzedających gadżety związane ze słowiańskością i ciągle powstają nowe. Pewna dziewczyna planująca otworzenie takiego sklepiku, apeluje o informacje na temat tego co jest, a co nie jest słowiańskie, ponieważ nie bardzo się na tym zna i nie ma pojęcia, co by znalazło odbiorców. Odpowiedziano jej, że odzież, ale nie t-shirty, kolczyki i skórzane torebki z wytłaczanymi wzorami. Gdy podawano szczegóły, okazało się, że ta słowiańskość nie musi być właściwie w pełni słowiańska, pod warunkiem, że nie będzie zawierała motywów łowickich, góralskich i jeszcze jakichś tam. Na szczęście pytająca dodała w końcu, że „generalnie sklep oscylowałby w klimatach postapo i turystyki ekstremalnej. Słowianie i folk byłoby uzupełnieniem do całości”. Ze słownika dowiedziałam się, że postapo to po prostu świat postapokaliptyczny, więc słowiańskość to raczej sielskość bieguna przeciwnego, jakieś preapo na przykład.

I tak chyba należy widzieć tę popularną odmianę słowiańskości — jako sklep, w którym można kupić lub dostać wszystko, co się zamarzy (łącznie z ideami politycznymi, eksperymentami hodowlanymi i rolniczymi typu hodowanie ziemniaków w słomie bez brudzenia sobie rąk kopaniem ziemi, czy jej oraniem, słowiańskimi tatuażami oraz pomysłami językoznawczymi). Wspomniany sklep słowiański oferowałby także inne domorosłe idee w pełnym wyborze.

Niestety, to, co najbardziej modne, po krótkim czasie staje się obciachowe, podobnie jak kulturowa chłopomania międzywojnia, która przeminęła pozostawiając po sobie jedynie parę dzieł sztuki i literatury. Obawiam się, że słowiańskość i rodzimowierstwo nie zostawią dzieł tej miary, co „Wesele” Wyspiańskiego.

Na koniec wyznam wam, że i ja swego czasu bardzo przejmowałam się słowiańskością, czego dowodem jest wiszący w moim mieszkaniu obraz Izabeli Ołdak, przedstawiający Słowiańską Górę Szczęścia, podarowany mi przez malarkę w celu dodania sił w walce z przeciwnościami losu. Ba, na górę tę miałyśmy kiedyś razem się wspinać. Możliwe że popsułam ten symbol, uzupełniając go zielenią pnączy i bombkami, jedną w kształcie książki, drugą mającą odwzorować konkurencyjny dla słowiańskiego czarnego Słońca srebrzysty Księżyc, ale jak na górę szczęścia wydawała mi się zbyt ponura. Dziś sądzę, że wszelkie Wielkie Szczęśliwości i Radosne Krainy są w istocie swojej skazane na smutek, ponieważ przedstawiają to, czego osiągnąć w istocie nie możemy. Są pożegnaniem się z marzeniami. I zapewne to czuła malarka, a intuicja podpowiedziała jej, że jeśli pragnie być szczęśliwą, musi rozstać się ze swym dziełem.

IMG_2945

Czy twoje życie podąża w dobrym kierunku?

niemowlę 1943

Przeczytałam takie naglące pytanie, jak wiele pytań podobnego rodzaju, stanowiące zaproszenie do udziału w jakichś kursach poprawiania swojej niedoskonałej osobowości, innymi słowy reklamy nakierowanej na młodych, niezbyt opierzonych osobników, potrzebujących diagnostyki swojej duszy i swoich zamierzeń.

Osoby bardziej doświadczone zdają sobie sprawę, że o dobrym lub złym kierunku, w którym zmierza ich życie, można orzec dopiero w późnej starości, kiedy już nic właściwie nie można poradzić na wybory chybione (ja nie używam określeń dobry/zły ponieważ  podejmując działania nie znamy ich rezultatu, a ten, którego się spodziewamy, może daleko odbiegać od naszych, najbardziej nawet rozsądnych kalkulacji).

Czytam w Gazecie Wyborczej wstępniak przedstawiający perspektywę życia Polaka poza Unią Europejską. Czy coś z tych sugestii jest w stanie wzbudzić w młodym człowieku lęk? Raczej nie. Mój kilkunastoletni wnuk raczej nie jest w stanie wyobrazić sobie duszności kraju, którego granice są zamknięte, a paszporty i wizy dostępne po wielu staraniach, a czasem i kosztem podpisania jakiegoś papierka, który na starość nieoczekiwanie przynosi upokorzenie i niesławę. On, który z rodzicami zwiedził już większość Europy, wolałby czasem posiedzieć w domu przy komputerze czy książce, niż ustawicznie gdzieś jeździć w wakacje. Dla niego perspektywa oglądania piękna dzikich krajobrazów raczej jest udręczeniem niż rozrywką i pewnie nie zrozumiałby świata bez telewizora, komputera, telefonu, a nawet pizzy.

Czy człowiek załatwiający sobie paszport, bo zechciał nowiutką syrenką czy trabantem (na talony dla potrzebnych krajowi osób) po zgromadzeniu i przedpłacie równowartości rocznej pensji (nazywanej wówczas „poborami”) zwiedzić któryś z krajów tzw. demoludów, mógł rozpoznać dobry lub zły kierunek, w jakim zmierzało jego życie wskutek podjętej decyzji? Podpisał jeden z kolejnych papierków w jednym z kolejnych urzędów nigdy nie traktując, jak to w tamtych czasach, takich papierków serio i od tamtej, niezauważalnej chwili, jego życie zaczęło zmierzać w złym kierunku.

W tamtych czasach, gdy wybory życiowe były bardzo ograniczone, łatwo można było wpaść w jakąś dziurę, z której nie było dobrego wyjścia i nie ma go do dziś. Weźmy taką banalną sprawę jak leczenie. Udając się do lekarza, należało posługiwać się dowodem osobistym, ponieważ tam znajdowało się zameldowanie czyli poświadczenie urzędowe miejsca zamieszkania. Zmieniając adres, należało zmienić jednocześnie dowód osobisty. Jednakowoż, jeżeli ktoś wybierał się za granicę i otrzymał paszport, musiał zdać do składnicy dowód osobisty, bowiem w domu nie mógł przechowywać obu tych dokumentów na raz. Tryb załatwiania tych i innych powiązanych dokumentów jak wizy, książeczki walutowe, zaświadczenia itp. był tak długi, że czasem miało się paszport zamiast dowodu miesiąc i dłużej. Wówczas oczywiście nie wolno mu było chorować, a w każdym razie pechowiec musiał dokonać zamiany paszportu na dowód. W różnych przychodniach czasami udawało się ominąć ten wymóg, niestety nie działało to w poradniach psychiatrycznych, gdzie obowiązek poświadczenia adresu był priorytetem. Ludzie uważali więc (możliwie że całkiem słusznie) że istnieje jakiś milicyjny rejestr osób udających się po poradę do psychiatry, a więc nawet zwykli lekarze przestrzegali przed kontaktem z nim, ponieważ „ta skaza zostaje w dokumentach na całe życie”. Ja poznałam osobiście dziewczynę która udając się po skierowanie do psychiatry (zresztą zupełnie niepotrzebnie, bo problem wynikł z niedoboru pewnego składnika w jej diecie, co skutkowało tikiem oka), wdała się w jakąś sprzeczkę w rejestracji, co spowodowało, że po kilku dniach odnaleziono ją w jej zakładzie pracy i wyprowadzono przez kilku milicjantów skutą kajdankami – jako, ze jak twierdzono – mogła ze złości dokonać sabotażu. Sądzicie zapewne, że od tamtego momentu jej życie zaczęło zmierzać w złym kierunku. Jeśli tak, to bardzo się mylicie. Po niedługim pobycie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zobaczyła co ludzie mogą wyprawiać, nabyła śmiałości i jako posiadająca  „wariackie papiery”, ta zahukana i zapracowana, samotna matka dwojga dzieci, kątem mieszkająca pod Warszawą u byłej teściowej, wprowadziła się do śródmiejskiego pustostanu w przekonaniu, że i tak jej nic nie zrobią. Wyrzucona z zakładu, gdzie za marne pieniądze pracowała na zmiany, po drugiej stronie ulicy znalazła lepszą pracę i lepszego niż poprzedni mąż mężczyznę, a po jakimś czasie załatwiła formalności i uzyskała legalizację zamieszkania. Jej córki skończyły studia, a jedna z nich została znaną dziennikarką.

Inny, znamienny przykład z wcześniejszego okresu, gdzie wojenne realia i przypadki całkowicie odmienić mogły ludzkie losy. Zawsze uczono dzieci, że powinny się słuchać rodziców. Pewien polski chłopiec na polskiej wsi w latach pogromów na kresach był nieposłuszny i wbrew wyraźnemu zakazowi huśtał się na furtce. Kiedy we wsi pojawiło się kilku mężczyzn i poprosiło o możliwość napicia się wody, matka zawołała chłopca, żeby zaczerpnął wody ze studni, ale dzieciak nie posłuchał, więc musiała sama pójść z wiadrem. Otworzyła wówczas drzwi i zginęła wraz z mężem i młodszym dzieckiem oraz starymi rodzicami. Dzieciak przeżył, bo furtka zasłoniła go przed oczami morderców. A przecież jego życie zmierzało w złym kierunku.

Na koniec mój osobisty przykład. Jako dziecko zostałam zabrana przez Niemców w którejś z ulicznych łapanek i zakwalifikowana do germanizacji, byłam bowiem złocistowłosą blondyneczką, prawdziwą szirlejką[*], jak mawiali moi rodzice. Uratowała mnie łapówka, wręczona przez matkę, chociaż zawsze łapownictwo było tępione głównie z moralnego powodu. Powstaje pytanie: w którym momencie kierunek mojego życia był zły, a w którym dobry? Wiemy, w którym się odmienił, ale takie odmiany przydarzały się w moim życiu nie raz i często z powodów zupełnie błahych.

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszemu młodemu człowiekowi całą gamę komplikacji jaka mogła wyniknąć z decyzji o udaniu się na przykład na zagraniczne wczasy lub wycieczkę, rozpoczęcia takich a nie innych studiów, poznania takiej czy innej osoby na jakiejś imprezie lub podjęcia pracy w pozornie zwyczajnej instytucji. A jeszcze trudniej w nieprzewidywalność wydarzeń, jaka mogła się pojawić w wyniku takiego zamiaru. Z pozoru wydaje się, że życie ma tak zorganizowane, iż nie ma miejsca na przypadki. Nawet nowo poznane osoby pochodzą ze znanych kręgów. Wydaje się więc owym ludziom, że i wszystko inne można ocenić pod kątem dobra i zła i w razie czego naprawić, bowiem nasza wola przesądza o skutkach naszych zachowań.

Nawet nie przyjdzie im do głowy jak bardzo się mylą. Ale po drodze napędzą komuś kasy.

[*]  Od dziecięcej, amerykańskiej aktorki, modnej w tamtych latach, Shirley Temple.

Kasowanie siebie

Kasia jesień2

Moja przyjaciółka oznajmiła, że kasuje swój profil na FB i zrobiła to. Ma jednak adres mailowy, telefon i nie jest trudno ją znaleźć w razie potrzeby. Nie jest też samotnikiem wyizolowanym od świata, pracuje, pisze i myśli oraz myślami tymi dzieli się z innymi. Ze zadziwieniem, a może tylko zaciekawieniem napisała mi: „W pracy jedna dziewoja stwierdziła, że kasując FB skasowałam samą siebie. Ciekawe”

Czy skasowanie fragmentu cudzej pamięci, zewnętrznej wobec JA, jest jednocześnie skasowaniem siebie? Wszak JA to nie tylko pamięć, ale i zalążki moich reakcji na to, co zdarzyć się jeszcze może i na zewnątrz mnie, i w moim wnętrzu. Jeśli nie mam żadnego wnętrza, to oczywiście kasując swój profil na FB, przecinam (ale nie zawsze) wiele nici wiążących mnie z określoną społecznością, ale nie ze wszystkimi. Wszak nie popełniam samobójstwa, żyję dalej i mogę nawet niczego więcej nie zmieniać. Jeśli nie mam żadnego wnętrza, a raczej wydaje mi się, że nie mam. Ciekawe zresztą, że pisze to ktoś zawodowo zajmujący się pisaniem (komercyjnym).

Umyślne odcinając się od posiadania telewizora (jak czyni to wiele osób), nie zrywają one bynajmniej z innymi źródłami informacji, być może nawet bardziej rzetelnymi, choć mniej spektakularnymi, ale i to ostatnie nie jest pewne, bowiem w internecie można obejrzeć wiele króciutkich filmików, związanych z co ciekawszymi wydarzeniami, międlonymi do obrzydliwości całymi dniami w telewizji. Można też być równie dobrze sterowanym, jak w oficjalnych mediach, tyle że przez własne preferencje i dążenie do wewnętrznego zadowolenia z siebie i swoich przekonań. Dlaczego więc zrywając z FB rzekomo pozbawiamy się siebie? Nawet jeśli wskutek tego jakaś cząstka nas zostanie odcięta, nie musi to być usunięcie całkowite (możliwe są inne środki kontaktu z tymi samymi osobami), a zresztą na miejsce odciętej gałęzi może wyrosnąć nowa, kto wie czy nie bardziej wartościowa.

Jeżeli jako ludzie odczuwamy potrzebę selekcji bodźców, jakie do nas docierają, odcięcie się od FB jest całkiem sensownym pomysłem. Ja też od jakiegoś czasu go rozważam. Irytuje mnie coraz więcej reklam, w dodatku źle celowanych, choć wyraźnie we mnie (np. reklamowanie przez sklepy internetowe tego co już kupiłam lub gdzieś oglądałam, ale zrezygnowałam z kupna), podczas gdy czasem jeszcze zawiesiłabym oko na czymś nowym, nieznanym, a nie na kilogramie mąki określonego rodzaju, który zdarzyło mi się kupić, bo akurat takiej wówczas potrzebowałam. Wściekają mnie owe fejsbukowe kwiatki, mordki, ptaszki, kotki i pieski, głupie sentencje, ta cała czułostkowość połączona z dziwną w tym zestawieniu agresywnością wobec tych, którzy nie podzielają nad nimi zachwytów. Złości mnie tak mało tekstów osobistych, w zamian za to upowszechnienia tekstów już wielokrotnie wcześniej upowszechnionych.. Złoszczą mnie posty zawierające filmiki, ale nie uprzedzające czego będą dotyczyć – szkoda mi czasu na oglądanie kilku minut czegoś, co potem okaże się bzdurą. Wpis mogę ocenić po kilku zdaniach, a rzut oka na film, nawet kilkuminutowy, zajmuje więcej czasu.

Wściekam się, kiedy wezmę udział w jakiejś dyskusji, a dyskutanci nie odnoszą się do przedstawionych im argumentów, tylko powtarzają w kółko swoje, jak politycy w telewizji (kiedyś mówiono: katarynka) bądź ze wszystkiego robią temat polityczny. Nawet gdy dyskutujesz o panpsychizmie zastanawiają się, jaką świadomość ma dziecko poczęte, złożone z czterech komórek i czy ta świadomość, istniejąca bądź nie, powinna mieć wpływ na rozwiązania prawne, dopuszczające przerywanie ciąży.

Na razie jednak nie rezygnuję z FB ze względu na kilka kontaktów, których po prostu mi szkoda. Wiem, że ludziom tym nie zechce się korespondować z jedną osobą, podczas gdy na FB mają dostęp do wielu, a więc dla mnie to jedyna możliwość wiedzieć, co mają do przekazania światu. Jako osoba starsza mniej mam kontaktów z ludźmi młodymi, a FB jest jakąś furtką do zrozumienia sposobu myślenia tych, których nie znam osobiście. W większości jednak już zaspokoiłam swój głód wiedzy w tym względzie (naoglądałam się czułostkowych kwiatuszków i zwierzątek) i starczy mi chyba już. Wszak prawdziwe życie przebiega obok nas, w oderwaniu od tego, co się czyta i przeżywa na forach społecznościowych.

Tymczasem czekają na nas takie relacje z codzienności jak na blogu http://kresowazagroda.blogspot.com/, a gdzieś, na jakiejś działce, buduje się nowe szambo i dwa świerczki zostały uszkodzone, ale posadzone z powrotem. Czy się przyjmą?

jabłonka

Wycięta rajska jabłoń chorowała i usychała, jakby wiedziała, że od kilkunastu lat to miejsce nieżyjący już gospodarz przeznaczył pod nowe szambo i dyskutowano jego budowę i wycięcie drzewka przez tyleż czasu. Czy nieszczęsna jabłonka wiedziała, że jej lata są już policzone? Czy porost islandzki, który ją opanował, chciał skusić swoją rzadkością w tym miejscu i odwieść przyszłych wycinaczy do zmiany decyzji? Może tak właśnie przejawiał się początek pomysłu twórców teorii panpsychizmu? Czytam książkę „Sekretne życie drzew” i choć nie ma w niej niczego, o czym z grubsza nie wiedziałabym z innych źródeł, jest nowe spojrzenie na całość ekosystemu, w którym i my, ludzie, mamy wyznaczone miejsce, możliwe że całkiem inne, niż sami sobie uzurpujemy.

Jednocześnie poznaję dyskusję związaną z panpsychizmem, wywołaną pewnym artykułem i staram się wyrobić sobie własny pogląd na to zagadnienie. Zastanawiam się czy przypadkiem definicja samoświadomości nie powinna ulec zmianie. Do przykładowych obiektów, które można podejrzewać o samoświadomość, można też chyba dodać ule i mrowiska (jako zespoły jednostek) i inne tego rodzaju, a nawet ludzkich uczestników zbiorowych demonstracji czy rozruchów. A także Wszechświat. Kosmos wszak czasami (co widać świetnie w niektórych horoskopach) zachowuje się jak zbiorowość prowokująca np do erupcji buntu, wszechobecnych pomyłek, rozkojarzenia itp. Ja bym zadała takie pytanie: Czy istnieje nieuświadomiona osobowość? Na moim parapecie leży dziwny kamień i ilekroć spojrzę na niego, zastanawiam się, czy istotnie przedmioty tzw. martwe nie mieszczą w sobie cząstki życia, jeśli nie własnego, to innych istot. A może to tylko jego kształt, zbliżony do pewnej góry z dawno obejrzanego filmu o spotkaniu z kosmitami, przywołuje takie sugestywne skojarzenia?

Te wszystkie zajęcia uświadamiają mi, że główny nurt mojego życia płynie poza FB, rozlewa się szerzej, a korzystając z wielu rozmaitych źródeł, jest o wiele bardziej intensywny, choć na szczęście, nie zawsze dookreślony. Czy więc wypisując się z tego środowiska, jak zrobiła to moja przyjaciółka, ja skasowałabym samą siebie, a przynajmniej ważną cząstkę mnie? Może skasowałabym jakąś formę uzależnienia, to wszystko. Zawsze mogę uzależnić się od czegoś innego, przynajmniej chwilowo. Odłączyłabym się tylko od pewnego mojego portretu, nie koniecznie prawdziwego, który jednak przynajmniej w części zostanie w pamięci znajomych. Każdy twórca jednak rozstaje się ze swoim dziełem, z niektórymi zaś powinien rozstać się wcześniej, niż to istotnie zrobił, dla dobra własnego i ludzkości.

Współcześnie panuje trend do odcinania się całkowitego, np wypisywania się z kościoła katolickiego. Jeżeli KK mnie mało obchodzi, nie chce mi się też zabiegać o formalne wypisywanie, poszukiwać świadków, prowadzić korespondencji itp. Chyba że jestem ateistą wojującym, który z ateizmu uczynił coś na kształt religii.

Wypisywanie się z jakiejś społeczności nie jest tylko wyrazem nieufności wobec niej, ale i wyrazem braku zaufania do innych grup, w które wrośliśmy. Pół biedy, jeśli ma oblicze odcinania pępowiny, gorzej jeśli jest szukaniem innych pępowin, zamiast własnej niezależności. Tak to widzę. Współczesność obfituje w postawy, których wyrazem jest dziecinny nos przyciśnięty do wystawy: wszystko mnie pociąga, wszystko chciałbym kupić, kiedy jednak przyniosę to do domu, przestaje mi się podobać. Za mojej młodości mówiono o takich ludziach: „Wilcze oczy popie gardło, co zobaczy to by żarło” Niestety, w kulturze niedoboru nie miałam okazji spróbować tego doświadczenia i chyba na zawsze pozostanie ono dla mnie obce. Wiem jednak, że każda radykalność jest drogą donikąd, w każdym razie nie daje tego, na co się oczekiwało.

Wymienność czyli o psach, kotach i kokardkach

Z przyjaciółmi nie boimy się wymieniać informacjami. Wiedzą o nas rzeczy, które ukrywamy przed innymi. To wyraz naszego zaufania do nich i wyzbycie się obawy, że wykorzystają je przeciw nam. Także i wiara, że nasz obraz w ich oczach nie straci przez świadomość, że nie jesteśmy do nich we wszystkim podobni – w trybie życia, poglądach, obawach i ich charakterach. Co zrobić jednak z ludźmi, których uważamy za przyjaciół, a którzy nie mówią nic o sobie? Zaprzestać przyjaźni czy dopytać o sprawy dotychczas nam nieznane? A jeśli ich doświadczenia tak bardzo są odmienne od naszych, że nie wiemy nawet nic z ich życiorysów? Czy może zbyt wcześnie uznaliśmy ich za przyjaciół? Czy też idąc po linii najmniejszego oporu chcemy po prostu komuś wierzyć? A może to do nas należy nieustanne przyglądanie się im i wyciąganie wniosków z naszych spostrzeżeń, wybieganie naszymi myślami naprzeciwko nim?

Nie każdy chce wchodzić w mroczny świat drugiego człowieka, a jeżeli nawet weń wejdzie to formułuje wobec siebie warunki, na jakich to zrobi. Chętnie wszedłby w tę jego część, która nie popsuje jego humoru, pominął zaś resztę w której czuje się niekomfortowo. Także wieczne odgadywanie, gdy ktoś nam w tym nie pomaga, staje się nużące. Jednak nie zawsze przyznaje się do tego przed sobą, łatwiej bowiem obwinić drugą stronę, że żyje w swoim świecie i za nic ma jego wrażliwość. To jest jak przeciąganie liny — i wówczas gdy napięcie przerodzi się w akcję, przyjaźń się kończy.

Są jednak istoty tak nieszczęśliwe, że za przyjaciół uznają każdego, kto choć w jednej sprawie ma zbieżne z nimi zdanie. Czasem wydzwaniają, piszą do nich rozpaczliwe maile, gdzie emocje zaburzają możliwość wyartykułowania swojego nieszczęścia, jakby tylko oni jedyni na całym świecie mieli problemy i jakby przyjaciele istnieli wyłącznie po to, żeby zajmować się ich sprawami. Czasem tylko zadadzą formalne, niecierpliwe pytanie: a co u ciebie? Po to, żeby usłyszeć: nic specjalnego — i wrócić na swoje tory, z których w istocie rzeczy nawet na chwilę nie zjechali. Ja nigdy nie czuję się na siłach takiemu komuś opowiadać o swoich sprawach. Żal mi ich, ale też czuję niechęć, choć wychowana w innych czasach, nie przyznaję się do niej, póki ktoś nie przeciągnie struny.

A co z nieprzyjaciółmi? Teoretycznie rzecz biorąc powinno być nam obojętne, co o nas wiedzą, jeśli nie mają możliwości wykorzystania tej wiedzy przeciwko nam. Tego jednak nigdy nie jesteśmy pewni, Rzadko także „miłujemy nieprzyjacióły swoje”, rzadko też im wierzymy. Czy dlatego, że po prostu nie chcemy im wierzyć, bowiem są naszymi nieprzyjaciółmi.

Gdzieś pośrodku naszych problemów z prawdziwymi i nieprawdziwymi przyjaciółmi lokują się przywiązania do domowych zwierząt. Niemniej zazwyczaj są one jaskrawym odbiciem tego co dzieje się między ludźmi. Posiadamy więc je po to aby kochać (lub odczuwać to, co za miłość uważamy), albo absolutnie nad nimi dominować, rządzić i pokazywać im ich miejsce.

Kruniczew lipiec 2016 027

Zastanawiając się nad tym, co leży u źródła nie zawsze sensownej miłości do domowych zwierzątek, trzeba sięgnąć do historii. W czasach, gdy byłam dzieckiem, nikt specjalnie nie kochał kotków i piesków. W zasadzie była tylko jedna grupa uczuciowo głęboko związana z pokojową zwierzyną – starsze, samotne panie, wdowy lub tzw. „stare panny”, bezdzietne, niemające kogo obdarzyć uczuciami, wypełniającymi ich zazwyczaj nazbyt obfitą klatkę piersiową. Reszta społeczeństwa, nawet posiadająca udomowione zwierzaki, traktowała je nie jako obiekt uczucia, a pożyteczne stworzenia, bo przywiązują się do właściciela, strzegą jego i jego dobytku i nie trzeba się specjalnie nimi przejmować, jak rodziną: żoną i dziećmi na przykład. Kochało się lub lubiło ludzi. Także pokojowych piesków i kotków było mniej, liczyło się to, że wymagają pewnych starań i ponoszenia kosztów. Nikt oczywiście nie słyszał o takich fanaberiach jak specjalne cmentarze dla zwierząt z całą ich oprawą, pogrzebami, kondolencjami dla właścicieli i tak dalej.

To były inne czasy. W pociągach, pekaesach i miejskich autobusach ludzie rozmawiali ze sobą, zwierzali się ze spraw rodzinnych i uczuciowych, użalali się i skarżyli na zły los. Jedynie nikt nie rozmawiał o polityce (szeroko rozumianej), bowiem nie było to bezpieczne. Tylko tę jedną kategorię zwierzeń można było przeciw komuś wykorzystać. Cóż mógł zaszkodzić przypadkowy rozmówca z pociągu, nie znający nazwiska, imienia ani adresu? Mógł być dobrym słuchaczem, ciekawym życiowej historii i tyle. Nie budziło większego zainteresowania nawiązywanie rozmów z nieznajomymi.

Stopniowo czas ten przemijał i gdy byłam już dorosłą kobietą, ten zwyczaj zanikał. Może tylko czasem trafiał się jakiś odmieniec, epigon dawnych czasów, na którego patrzono z ironią i raczej wstydzono się nawiązywać z nim rozmowę, żeby nie zarazić się śmiesznością. Skoro chce, niech opowiada sobie coś w próżnię, ja tam nie będę reagować. Echem tamtych czasów było moje opowiadanie „Kosmitka” o dziewczynie, która zaczęła śpiewać w pociągu.

Zwierzę ma pewną wyższość nad ludźmi. Nie skomentuje twoich opowieści, które wygłaszasz wobec otoczenia, nie obrazi się, gdy wysłuchawszy homilii na dzień dzisiejszy, wepchniesz się ze swoją nieproszoną radą czy komentarzem, nie odpysknie, że wygłaszasz ją nie po to, żeby cokolwiek miał do powiedzenia w tej sprawie. Masz cicho siedzieć i słuchać, bo pan/pani mówi. Jest więc przyjacielem idealnym. Potrafi nawet okazać zrozumienie człowiekowi, choć kto go tam wie, co naprawdę sobie myśli. Wasze stosunki są proste i zrozumiałe — ty dajesz mu jeść, on cię słucha i kocha. Jaka przewaga nad niewdzięczną rodziną i dziećmi, którym trzeba różne rzeczy tłumaczyć i przestrzegać pewnych standardów zachowania, a w ogóle raczej należy z nimi od czasu do czasu rozmawiać!

Jednak czasami, niespodziewanie można się uwikłać w tę z pozoru bezproblemową miłość. Zwierzęta, jak i ludzie, kiedy wyczują jak daleko mogą się posunąć, potrafią człowieka zdominować.

Tak jakoś mam, że i zwierzęta i dzieci traktuję jak ludzi. Nikogo z nich nie kocham ot tak sobie za nic, jednych lubię bardziej, innych mniej, a wszystkich traktuję jak równych sobie, na swój sposób rozsądnych i myślących. Jestem daleka od czułostkowości, nazywanej miłością do zwierząt. Może więc jaśniej widzę to wszystko, co naprawdę nas z nimi łączy. I przyznam się, nie każde dziecko w moich oczach jest milusińskie, nie każde zwierzę pieszczoszkiem. Obserwując niedawno małe, prawie identyczne kotki doskonale nauczyłam się odróżniać je po zachowaniu i charakterkach, byłam też świadkiem jak powoli zdominowały swoją panią i wierzcie mi, to wcale nie był miły widok. Widziałam też pełne przemocy zachowania starej kocicy, którą zdjęto z piedestału, jej mściwość i gwałt wobec małych. Świat w istocie się nie zmienił z tego powodu, że kotami zastąpiono ludzi, tylko ludzie, zniżając się do zwierząt, czują się lepiej. Ale czy to, co otrzymują, jest naprawdę tym, czego pragnęli?

Zawsze jednak można kotu zawiązać kokardkę, a pieska ubrać w kubraczek. I wierzyć, że ten czy inny strój mu się podoba i jest nam za niego wdzięczny doceniając nasz dobry gust.

Czasami (o zgrozo!) przychodzi mi do głowy, czy przypadkiem strojenie lalek przez dorosłych ludzi nie jest pozyskiwaniem sobie nowej kategorii przyjaciół, jeszcze bardziej milczących i jeszcze mniej kłopotliwych.