Pamiętniki cesarzowej Katarzyny

„czyli ujawnione zapiski bezwzględnej carycy Katarzyny II (dotyczące lat 1744-1759)

– w zapieczętowanej kopercie znalazł je po śmierci cesarzowej jej syn, Paweł.  Po raz pierwszy zostały wydane drukiem przez Aleksandra Hercena w Londynie w 1858 roku.”

Czasem lektura przed snem może zaszkodzić. Kilkunastoletnia przyszła cesarzowa, wydana za mąż za wielkiego księcia Piotra III Romanowa słucha, jak w przyległej komnacie nastoletni mąż wiesza szczury. Może trochę jej to przeszkadza, ale dla władzy da się znieść bardzo wiele. W moich snach igram z nimi, ich dworakami, jestem leczona piciem wody selcerskiej (to już  moje autentyczne, obrzydliwe wspomnienie), puszczaniem krwi, gdy chce mi się płakać. Jestem równie wesoła, jak oni; bawię się w wojsko musztrując sługi, wywiercam dziurki w drzwiach, żeby podpatrywać cesarzową, tresuję psy, które trzymam w naszej komnacie, godząc się z ich odchodami i smrodem i jego okrucieństwem; bawię się, jak mój małżonek, lalkami. Płaczę, dopóki mi na to pozwalają, kiedy zabraniają, przestaję. Jednocześnie jestem myśląca, przytomna, rejestruję polityczne intrygi, liczę swoje długi i przyjaznych zwolenników, których pozbyto się bez pytanie mnie o zdanie. Jednym słowem – kształcę się na władczynię imperium. Nie ma różnicy między dziecinnym, a poważnym odbiorem świata, wszystko jest równie ważne i intensywne.

Zacznę od tego, skąd się wzięło moje zainteresowanie Katarzyną. Bynajmniej nie z tego powodu, że jestem jej imienniczką. W mojej rodzinie tłumaczono dziwaczne i kłopotliwe z punktu widzenia ortografii moje panieńskie nazwisko faktem, że praprapraprzodek był jednym z licznych kochanków cesarzowej Katarzyny i sprzeniewierzył się jej, przystępując do spisku na jej życie. Tak powszechnie potępiana władczyni, była jednak dość litościwa w stosunku do swoich „byłych”, ograniczyła się więc do pozbawienia go majątku, uwięzienia i wygnania z warunkiem, że ma porzucić szlacheckie nazwisko i zmienić go na inne, nieznane. Ów przodek był żonaty i miał córkę, która wyszła za mąż za rosyjskiego oficera, nowego właściciela majątku, a ojciec dożywał swoich dni na łasce zięcia. Ironiczną ocenę swojej życiowej sytuacji zawarł w nowo wymyślonym nazwisku.

W tym czasie wchodziły przepisy nakazujące przyjęcie nazwisk przez wszystkich zamieszkujących tereny po rozbiorach i przodek ten przybrał nazwisko (potwierdzone w r.1875), zawierające ó kreskowane i rz, które stało się zmorą przyszłych pokoleń i w niektórych gałęziach rodziny uległo zmianie na łatwiejszą ortograficznie wersję (u zwykłe i ż z kropką). Poprzednie nazwisko zostało wymazane i moi już nieżyjący dziadek oraz jego bracia i siostry usiłowali dokopać się bezskutecznie do poprzedniego nazwiska.  To zaciekawienie odziedziczyłam też ja i gdy tylko trafię na materiały o Katarzynie, pilnie je studiuję, szukając pośród jej kochanków tego, który dał początek mojej rodzinie i jej legendzie.

Ciekawe, że nie był to dobry człowiek. Szlachcic zadufany w sobie, wyniosły, okrutny i korzystający ze swojej przewagi. Inna wersja tej rodzinnej legendy głosi, że zanim stał się kochankiem Katarzyny, zabił pańszczyźnianą chłopkę na polowaniu, bo mu w czymś przeszkodziła. Ponieważ było zimno, odarł ją z ciepłej odzieży i owinął sobie nią nogi. Pewna, już nieżyjąca osoba z mojej rodziny twierdziła, że uczynił coś o wiele gorszego, rozciął jej brzuch i wsunął doń zziębnięte stopy. Jak było, tak było, w każdym razie jako banita musiał uchodzić i udał się na dwór Katarzyny, gdzie otrzymał glejt, stanowisko i bezkarność, czego jednak niewdzięcznik nie docenił.

Pewnie ciekawi Was, ile w tym może być prawdy. Nie mam pojęcia. Mój ojciec, który uśmiechał się podobnie krzywo, jak nasz premier Morawiecki (tylko z przeciwnej strony ust)  i lekceważył głupszych od niego, jak b. minister Sienkiewicz, tłumaczył mi, że pochodzi od Krzywoustego i do pewnego czasu mu wierzyłam (dopóki w IV klasie szkoły podstawowej nie zaczęto mnie uczyć historii). W ogóle męska część mojej rodziny chętnie serwowała dzieciom różne opowieści, ku pożytkowi wychowawczemu – jak go rozumieli – bez szczególnego przejmowania się prawdą.  Ale moja wyobraźnia została kiedyś pobudzona i posuwa się nadal dziecinnymi tropami, chociaż od dawna czuję się postawiona w opozycji do rodzinnych postaw pedagogicznych.

Kiedy wiec czytam o czternastoletnim mężu siedemnastoletniej przyszłej cesarzowej, wieszającym z uciechą dla zabawy w swojej sypialni szczury (z całym ceremoniałem wojskowym, przeznaczonym dla nieszczęśników, przekraczających wbrew rozkazom kartonowe mury twierdzy) i tresującego, jak zwierzęta, swoje sługi, przestaję się (odrobinę) dziwić. Świat nigdy nie był przyjaznym miejscem dla zwierząt i mało znaczących ludzi. Co słusznie zauważyła przyszła cesarzowa, szczury nie dostały ani obrońcy, ani nawet możliwości wypowiedzenia słów na swoją obronę. Dla uporządkowania poglądów puszczono jej krew. Dzisiejsza troska o dzieci, o ich bezpieczeństwo, rozwój i kształtowanie własnego zdania nijak się ma do traktowania ich w tamtych czasach, gdy przestrzegano, żeby się do nich nie przywiązywać, ponieważ bardzo często wcześniej umierają. Sądzono, że szkoda zachodu na niepewne prognozy dla ich przyszłości.

Ówczesne pojęcie dobrego człowieka skupiało się na przestrzeganiu postów, modlitw i mszy. Lekarstwa na depresję były bardziej restrykcyjne, niż sama depresja. Kiedy Katarzyna płakała po śmierci ojca, przywołano ją do porządku stwierdzeniem, że nie był wszak królem i nie ma powodu do tak długiej żałoby i kilkanaście razy upuszczano jej krew. Tak lekceważona dziś odra i ospa wietrzna kładła cały dwór na kilka miesięcy i izolowała go od reszty świata.Chorzy na ospę prawdziwą niknęli z pola widzenia pamiętnikarzy. Kiedy Katarzyna pluła krwią po podróży w niesprzyjających warunkach, dodatkowo jeszcze upuszczano jej tę krew.

Śmierć była czymś codziennym, pozbawionym znaczenia, chyba że niszczyła polityczne kalkulacje. Miłość i pożądanie nie miało nic wspólnego z rozsądkiem – wszelkie kalkulacje były bez sensu. Należało chwytać chwile, dopóki się dało i póki się żyło. Przyszła cesarzowa miała kilka ładnych sukienek, otrzymanych przed wyjazdem do Rosji w prezencie, ale gdy była bliska śmierci (odra!!!), jej matka zażądała najdroższej i najpiękniejszej w nadziei, że córka nie będzie już jej potrzebowała. Nie wiedzieć tylko czemu kazała jej ją sobie podarować…

W oparciu o tę wiedzę sądzę, że mój ewentualny prapraprzodek nie był jakimś straszliwym zbrodniarzem, którego nie mogłaby zaakceptować całkiem niebrzydka (sądząc z młodzieńczych portretów) cesarzowa mimo, że ja bym tego nie potrafiła. Lud i poddani w tamtych czasach nie istnieli dla władców, jako przedmiot troski i starań, choć Katarzyna potrafiła zapłakać na widok torturowanego przez męża psa. Ale zdarzało się też, że płakała z nudów.

Ostatnio moja rodzina rozpływa się w rozważaniach, co sprawiło, iż niektórzy z jej członków postępują, jak postępują i mają odmienne życiowe priorytety, niż inni, aktualnie żyjący. Wszelkie rozmowy prowadzą na manowce, bowiem sprowadzają się do ubolewań nad aberracjami poprzednich pokoleń i poszukiwaniem winnych, wśród kandydatów, do których ja, jako jedyna najstarsza żyjąca, prawdopodobnie zajmuję pierwsze miejsce.

To prawda, nigdy nie płynęłam razem z ławicą. Może właśnie we mnie jest to źródło, które ustawicznie bijąc wbrew standardom, nie pozwala przedrzeć się naturze dobrego człowieka – modlącego się, przestrzegającego postów i posłusznego okolicznościom. Zazwyczaj znosiłam łatwo posłuszeństwo okolicznościom (bez modlitw i postów, choć z wyrzeczeniami), ale u schyłku życia coś powoduje, że z bólem przedzieram się przez liczne zasłony słuszności, ignorując uwarunkowania i poszukując własnej prawdy.

Boli mnie czasem to, że jestem w tym sama, że ci, którzy mogliby być ze mną, wracają na wytyczone koleiny i akceptują ich wygodę, jako słuszność poza wszelką dyskusją, nie rozumiejąc niczego, co jawi się czasem w moich snach. Od dawna zresztą mawiano bezmyślnie w mojej rodzinie: „sen mara, Bóg wiara”, dlatego bezmyślnie, że ceniono wyłącznie własne sny.

Nie akceptując samej Katarzyny, rozumiem jej życiową drogę i boleję razem z nią ponad przekazem historii. Zdaję sobie jednak sprawę, że współczesność, preferująca bezpieczeństwo i wygodę ponad wszystko, równie wypacza ludzkie charaktery i generalnie prowadzi nas w kierunku, który w przyszłości także odbije się nam czkawką. Zaczynamy już widzieć złe skutki dla środowiska, na ostatku odkryjemy te, dotykające nas osobiście.

Wieści spod celi 2 (c.d. biuletynów)

Psychiczny narkotyk dla osadzonych ( wypis z biuletynu nr. 3). W Korei Południowej otwarto więzienie dla… zmęczonych!!! Wygląda jak więzienie. Wyposażenie: drzwi zamykane od zewnątrz, przycisk paniki (u naszych polskich osadzonych też tak jest, do wzywania oddziałowego, a w przypadku pilnej potrzeby, żeby zadziałał, wzmocnione waleniem pięścią w drzwi), okno, umywalka, sedes, stolik, a ponadto zestaw do ceremonialnego picia herbaty, mata do jogi i inne wschodnie ezoteryczne wymysły. Według współzałożycielki „więzienie jest postrzegane jako ucieczka do wolności. Zamknięcie w izolatce nie jest prawdziwym więzieniem, prawdziwym więzieniem jest świat na zewnątrz”

Tu dygresja: Ta konstatacja jest niesłychanie bliska mojemu osobniczemu doświadczeniu z PRL, okraszonemu modną wówczas filozofią egzystencjonalną, której przedstawicielami byli J.P. Sartre i inne „francuskie pieski”, ich żony, córki i kochanki (czasem 2 lub 3 w jednym). Ich filozoficzne dylematy prowadziły zawsze do  objawionej prawdy, iż wolność jest do czegoś, a nie od czegoś, co zweryfikowałam u schyłku mojego życia uznając, że wszelkie podrygi zmierzające do… przynoszą jedynie poczucie klęski, podczas, gdy wygrywają ci, którzy zawsze uwalniali się od zobowiązań, nie zaś ci, którzy chcieli naprawiać świat, nawet uprawiając tylko swoje małe ogródki (to już inny prąd filozoficzny).

Co zostało mi z tamtych lat? Zamiłowanie do czarnych bluzek z dekoltem i sentyment do szerokich spódnic na halce, tudzież tzw. trumniaków, to jest malowanych na czarno pastą do butów białych tenisówek z wyciętą, sznurowaną częścią. Och, jakże lekko się biegło z tym zasobem modnej wówczas filozofii i włosami spiętymi w tzw. „koński ogon”, gdy ważyło się czterdzieści parę kilogramów, a nie przynajmniej dwa razy tyle, (a nie da się obecnie zrobić zdjęcia w lustrze bez podpórki kręgosłupa w postaci chodzika lub inwalidzkiego wózka). Ale oczywiście południowi Koreańczycy tego nie wiedzą, no bo niby skąd?

Złośliwy mój korespondent twierdzi, iż hotel ten wymyślił prokurator, który pracował 100 godzin tygodniowo i leczył w nim pracoholizm. Ja dodałabym, że prokuratorka, która po powrocie z pracy gotowała dzieciom obiady i sprzątała mieszkanie do błysku, aż ryzykując zgon zasypiała w wannie, miałaby jeszcze lepsze pomysły. Chociaż czytałam gdzieś, że w Polsce istnieje odrębna wersja „więzienia dla zmęczonych” w postaci klasztornej celi, wynajmowanej za spore pieniądze w czasie wakacji. Ale u nas wszystko musi być posypane wiarą, jak tanią przyprawą w rodzaju pieprzu ziołowego.

W klasztornej celi i w koreańskim „więzieniu dla zmęczonych” obowiązuje zakaz posiadania  komputerów, laptopów, telefonów, tabletów i wszystkiego, do czego potrzeba ładowarki i choć podejrzewam, że w prawdziwym też, w Polsce obowiązkowo dostępny jest program oficjalnej telewizji z jej propagandą i serialami. Osadzeni nieźle znają się na prawie i wyczaili, że niejaka Marysia Domańska z serialu „Pierwsza miłość” za spowodowanie wypadku dostała 12 lat z art. 197par.1 kodeksu karnego, który przewiduje karę do 3 lat. Sugerowaną przyczyną takiego wyroku był stresujący rozwód sędziego.

Internetowa wieść niesie, że skoro jedna z piosenkarek twierdziła, iż ponoć ktoś napisał Biblię pod wpływem ziół, możliwa jest delikatna sugestia polityczna, iż wyrok także spowodowało użycie zioła przez sędziego, a tym samym uzasadnienie konieczności reformy sądownictwa, celem wyeliminowania  ryb, które psują się od głowy i zasiadają w TK i SN. Wydaje mi się to jednak zbyt daleko posuniętą teorią spiskową, choć przymus ogladania takich seriali, moim zdaniem, nie ma walorów wychowawczych.

Jednakowoż  za pośrednictwem jeszcze marniejszej telewizji można wysłać osadzonym gryps. Kosztuje to raptem 1,40 zł, a więc jest tanie bardzo, a polega na wysłanie sms z hasłem LIKE  lub LOVE w określonych godzinach doby. Ponoć, jak twierdzi mój korespondent, można w ten sposób się rozwieść, to znaczy poinformować osadzonego że się go porzuca i nie trzeba czekać, aż tekst wyświetli się trzykrotnie, jak żądają tego wyznawcy Koranu.

Świat rzeczy możliwych i niemożliwych w areszcie nie przystaje do przyzwyczajeń zwykłego człowieka. Mój korespondent napisał podanie o pozwolenie na dostarczenie mu butów i wyrzucenie dziurawych. Nowe przywiozła mu rodzina, pozwolenie na zniszczenie zostało udzielone i wyglądało podobno, jak obiegówka na granicy, upstrzona pieczątkami z najważniejszą z nich: Dyrektora Aresztu. Jednak na wyrzucenie starych potrzebna jest jeszcze zgoda Prokuratury Okręgowej, więc trzeba by rozpocząć procedurę od nowa, co się nie opłaci, bowiem przy wyjściu lub przeniesieniu można wyrzucić je bez żadnej biurokracji.

Moje przerażenie budzi fakt, że jak dzieci w krajach ogarniętych wojną, preferują zabawę w strzelanie, tak osadzeni próbują we własnym zakresie stosować jakieś kary za nie dotrzymanie wymyślonych przez nich samych, często bezsensownych reguł. Ponieważ zakres swobodnego postępowania jest w takich wypadkach wąski, kodyfikacja (i kary) dotyczą najczęściej jedzenia i wydalania. Podobno proponowane są do zatwierdzenia w demokratycznym głosowaniu następujące kary: picie wody z solą lub proszkiem do prania, używanie papieru toaletowego posypanego pieprzem lub ostrą papryką. Mój korespondent twierdzi, że poczuł się jak na kolonii letniej w Broku, gdzie przebywał w II klasie szkoły podstawowej w wieku 9 lat – tyle, że savoir vivre stawiał nieco inne słownikowe wymagania przy wypowiadaniu nakazanych zaklęć. Mnie zaś cierpnie skóra na myśl, jak bardzo ludzie uczestniczący w życiu społecznym, bezkrytycznie uzależniają się od reguł panujących w tym życiu i widzę już przymus maszerowania w jakichś marszach wolności, czy niepodległości, czy czegoś tam, raz w tygodniu lub miesiącu, obowiązkowo z petardami i fajerwerkami.

Ciekawe, że za PRL uznawałam pochody 1-majowe tylko za średnio dolegliwe i to raczej z tego wzgledu, że maszerowało się wśród osób z własnego zakładu pracy (inaczej uczestnictwo nie było odnotowane), a tym samym pochód nie pozwalał na zawrcie nowych, być może ciekawych znajomości. Obecnie reguły są nieco inne, choć jakże bezpiecznie podrywać chłopaków z artykułami wybuchowymi?

Na zakończenie w biuletynie opisana została sprawa pewnego Wietnamczyka, aresztowanego za uprawę krzaków w doniczkach. Wietnamczyk ów wyraził zgodę przez telefon (zwykły, nie wideo) na ugodę w jego sprawie, a jako nie znający polskiego machnął przyzwalająco ręką, co przetłumaczył powołany tłumacz, nie znający wietnamskiego, ale znający gest machnięcia ręką. Otrzymał wymiar kary 3 lat więzienia i ucieszył się bardzo, bo w jego kraju otrzymałby za to samo karę śmierci. W ten sposób nasz minister Ziobro zyskał nowego dozgonnego wielbiciela i zdaniem owego Wietnamczyka, powinien objąć swoją funkcję w jego kraju, gdzie zyskałby opinię nadzwyczajnej łagodności funkcjonariusza.

Co do Ministerstwa Sprawiedliwości, to podobno były plany (chwilowo zarzucone) zwolnienia adwokatów z tajemnicy adwokackiej, aby mozna było ich przesłuchać na okoliczność tego, co dowiedzieliby się od swoich klientów. Redakcja Biuletynu uznała, iż powinna podpowiedzieć adwokatom, aby przyjęli dodatkowo święcenia kapłańskie (tajemnicy spowiedzi nikt nie zamierza znosić), co pomogłoby zażegnać kryzys wiary w Polsce i podniosło dochody przedstawicieli palestry. Można by dodać nakaz udania się do spowiedzi przed demonstracją i byłoby sugerowane (modne jak szampony czy ostrza do golenia) 3 albo nawet 4, czy 5, w jednym.

Przeraziłam się tego, co napisałam. Rozmaite moje żartobliwe pomysły w zamyśle satyryczne, po roku lub dwóch zyskiwały rangę ustaw. Kończę więc, żeby nie posunąć się zbyt daleko w antyproroctwach.

Wieści spod celi

Osadzony w areszcie, z którym koresponduję, wysyła taki biuletyn „Wieści spod celi”, który rozsyłany jest w postaci skanów lub fotografii bliskim i znajomym. Jest to osoba wykształcona, zrównoważona, starająca się dostrzec wszystkie aspekty, negatywne i pozytywne aresztowania. On sam podchodzi do swojej sytuacji filozoficznie – widząc w niej i dobre strony: uregulowanie stanu zdrowia, na które nigdy nie miał czasu, czas na refleksję, przemyślenia, oderwanie się od różnych bieżączych konieczności, fakt, że wiele spraw się rozwiązuje samoistnie bez potrzeby angażowania się w nie. Pozwala mu to traktować wiele spraw z humorem, ale nie sprawia, że osoba czytająca poszczególne numery tego biuletynu, uznaje sytuację aresztowanych w Polsce za normalną, pożąaną i optymalną. O, co to, to nie.

W naszym społeczeństwie funkcjonuje stereotyp PRZESTĘPCY. Jest to szerokokarki, ogolony na łyso, wytatuowany drab, którego pięści albo narzędzia służą do zadawania krzywdy otoczeniu, bez wyboru. Ktoś, kto odwiedza osadzonych w areszcie , przeżywa zdziwienie. Nie ma tam takich osób! No, może gdzieś jeden, w jakimś kącie, ale i tak nie do końca typowy.

Na widzeniach pełno jest wątłych tatusiów licznych, drobnych dzieci, brzuchatych starszych panów i nie zwracających niczyich uwagów szaraczków. O takich mówiono mi zawsze w domu, że są to „ofiary losu” – za mało znaczą i umieją, żeby nie podpaść. Czytam o nich w w/w. Biuletynie.

Ot, starszy gospodarz ze wsi, oskarżony przez rodzinę, chcącą zawładnąć jego majątkiem, zanim jeszcze dziadek umrze, oskarżająca go przed prokuratorem, że dręczył swego psa, poprzez obcięcie mu uszu i ogona. Materiał dowodowy (zebrany przez zwolenników) ukazuje, że rzeczony pies ma uszy i ogon, tyle, że słabo widoczne, bowiem cwana rodzina goni domorosłych fotografów sprzed posesji. Zabawne, nie?  Ale człowiek siedzi już 10 miesięcy, jak by nie było. Młyny sprawiedliwości mielą powoli; żaden minister sprawiedliwości nie zmusi prokuratora, żeby, zanim oskarży biedaka, udał się i dowodnie obejrzał rzeczonego psa. Koledzy z celi żartują z każdej przysłanej człowiekowi fotki, że wprawdzie pies ma uszy i ogon, (możliwe, że doczepione plastrem na potrzeby materiału dowodowego), ale za to nie ma innej ważniejszej części, czyli organów rozrodczych… Adwokat nieszczęśnika oświadczył, iż nie może stawić się w Sądzie 26 października, ponieważ musi zapalić świeczki na grobie, a poza tym w terminie owym jest duży ruch na drogach. Alternatywny termin listopadowy – 13-go, też nie jest pewny z racji określkonych narodowych przesądów dotyczących 13-tki, co powoduje, że nieszczęśnik od psa bez uszu i ogona może posiedzieć jeszcze dłużej… Obrońcy nie przyszło na myśl, że chłopina też miałby ochotę postawić jakieś świeczki na czyimś grobie i wypić krzynkę za duszę nieboszczyka…

Ot, wewnętrznoaresztowe spory. Trwa intensywna walka ze zbyt ciężkimi paczkami na wypisce (dla niezorientowanych: rodzina przekazuje pewne kwoty na konto, z których część środków jest przechowana do wyjścia z aresztu, a część obdarowany może przeznaczyć na zakup w kantynie, zwłaszcza art. spożywczych). Ponieważ nie można przesyłać paczek spożywczych, jest to jedyna droga dla zapewnienia art. dietecznych np.cukrzykom, nietolerującym glukozy, cholesterolu, laktozy, glutenu  i innym uczuleniowcom, tudzież wegeterianom i  „francuskim pieskom” – wg terminologii mojej mamy – (bez wegan, jako że kantyna więzienna nie zapewnia świeżyzny). Nie można zakupić suschi, ale też ogórków, pomidorów i takich tam fanaberii, jak: szczypiorki, czy koperki. Wracając jednak do paczek. Ponieważ w areszcie nie ma windy, delegowani do tej pracy muszą nosić paczki na 4 piętro po schodach. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w biuletynie napisano, że wprawdzie paczki będą lżejsze, za to w zamian muszą nosić na górę wagę i że bilans wychodzi na zero. Nie byłabym tego tak pewna, jak wskazuje prosta rachunkowość, bilans musi uwzględnić ilość zaopatrywanych, kwoty im przysługujące i aktualne widzimisię właścicieli kantyn. Takoż zapewne warunki przetargu na ich prowadzenie. O tym traktuje kolejne doniesienie.

W wyniku jesiennej ofensywy mającej na celu zdyscyplinowanie niezdyscyplinowanych (z definicji) więżniów ograniczono asortyment towarów w kantynie. Akurat mojemu korespondentowi nie ciążył koperek albo szczypiorek, czy nawet kminek (bez którego ja żyć nie mogę, a który zapewne poprawiłby znacząco jakość powietrza w celach), a wyrzucenie ze zbioru dostępnych towarów kiełbasy wiejskiej, podobno jedynej, składającej się z mięsa, jako że pozostałe składają się tłuszczu. Wśród osadzonych szerzą się teorie spiskowe, a jedna z nich głosi, że owe pokłosie „dobrej zmiany” należy łączyć z osobą minister Zalewskiej, co dowodnie widać, gdy zmienia się słowo „tornister” na słowo „kiełbasa”, a słowo „szkoła” na słowo „więzienie”.

Podobno w areszcie zwiększyła się populacja taksówkarzy. Jest to wynikiem zmiany stausu zamówień na dowóz świeżej pizzy na „białą pizzę”. Nie tłumaczę, o co chodzi, bowiem w moim mieszkaniu jest mi wygodnie, nawet gdy nachodzą mnie monterzy anten zbiorczych, mogąch przy okazji montować podsłuchy. Jak nie wiecie, poszukajcie w internecie.

Mój korespondent donosi mi, że sukcesem aresztu jest spadek jego wagi o 34 kg i że nieprawdą jest iż zawdzięcza to codziennemu spożywaniu mortadeli.

W numerze 3 „biuletynu” tematem przewodnim stała się sprawa przezroczystej taśmy klejącej. W tym przedszkolu uznano ją za artykuł zakazany, jako że wychowawczynie zaklejały dzieciom gębusie, a więc więźniowie mogą tym bardziej. Ponadto taśma owa służy cenzurze do zaklejania odklejonych listów (chwała jej za przepuszczenie tych numerów biuletynu – kuda jej do cenzury PRL-u!), możliwe że ktoś podrobiłby ocenzurowanie wieści za pomocą gotowanego jajka odbijając pieczątkę, a potem zaklejając rzekomo odklejony list. Biuletyn donosi, że trwają negocjacje z wychowawczynią w kwestii zmiany tego stanowiska. Mój korespondent twierdzi, że pani Wychowawczyni reprezentuje pogląd iż ona też jest  „kryminalistką” zapominając o tym. ze tylko przez 8 godzin i że chętnie z nią by się zamienił i mataczył przez pozostałe 16 godzin, wychowując w prawdzie i słuszności ludzkość przez 8 godzin. Tu dodam od siebie: Czyż wynik ok 30% zwolenników PiS nie odzwierciedla tego podziału doby na 3 sekwencje narodowego światopoglądu? W 1/3 doby Bóg, honor i ojczyzna, w 2/3 moje życie prywatne, wolność Tomku od szczepionki!

c.d.n

Dla rozrywki :

http://kartkawkratke.eu/kategoria/pocztowki

 

 

Bez pardonu

Zmagania przedwyborcze przyzwyczaiły nas już do tego, że przeciwnicy obrzucają się wyzwiskami, kłamliwie obwieszczają przywary innych polityków, że w powietrzu latają różne zdradzieckie mordy, insekty, szczury i inne obelgi, których nie powtórzę z obawy o swoją wygodną egzystencję. Wszystko to spowszedniało już na tyle, że nawet niektóre sądy oddalają protesty przedwyborcze tłumacząc je prawem do oceny przeciwnika. Chyba że ktoś jest kobietą nie zajmującą się polityką, a na przykład obrończynią zwierząt. O, wtedy przestaje być wesoło. Sąd potrafi pokazać takiej pani, co może grozić za nazwanie kogoś „oszustką”. Wiadomo, w Polsce cykliści, wegetarianie, obrońcy drzew i zwierząt mają przechlapane.

Ludowe poczucie sprawiedliwości wymaga, żeby zarzucając komuś oszustwo, udowodnić prawdziwość takiego twierdzenia, ale nie dotyczy to naszego wymiaru sprawiedliwości. Użył brzydkiego wyrazu, więc jest winny. Należy go ukarać i to surowo.

Czytam więc na stronie pewnej kobiety:

W dniu 24.08.2018 r. Agnieszka Lechowicz (prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt z Jędrzejowa, pomysłodawczyni i…

Opublikowany przez Free Agnieszka Lechowicz Sobota, 25 sierpnia 2018

„W dniu 24.08.2018 r. Agnieszka Lechowicz (prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt z Jędrzejowa, pomysłodawczyni i koordynator projektu „Nadjeżdża sterylkobus – mobilna sterylizacja psów i kotów https://www.obrona-zwierzat.pl/…/1639-projekt-nadjezdza-ste…) stawiła się w Areszcie Śledczym w Kielcach, celem odbycia kary pozbawienia wolności, orzeczonej przez Sąd Rejonowy w Gdyni (SSR Krzysztof Więckowski, sprawa sygn. akt II K 939/15, art. 212 k.k.) za to, że w styczniu 2015 r., w mailu zatytułowanym „Uwaga na oszusta”, skierowanym do licznych osób, pomówiła Katarzynę Śliwę-Łobacz stwierdzeniem że ta jest oszustem. Razem z Agnieszką Lechowicz skazano za to samo także Jolantę Racką i Tadeusza Wypycha. Apelacje oskarżonych nie zostały uwzględnione przez Sąd Okręgowy w Gdańsku.”

Moja zdroworozsądkowa wyobraźnia podpowiada mi, że gdyby nawet okazało się iż kobieta owa winna jest nieuzasadnionego szkalowania innej kobiety, wyrok powinien opiewać na jakąś grzywnę, odszkodowanie dla niesłusznie pomówionej, bądź prace społeczne (które może nawet dla obwinionej nie byłyby karą, a powołaniem). Nie mówiąc już o tym, że powinno się zbadać prawdziwość jej twierdzeń.  Może więc Wysoki Sąd nakazać jej grabić trawniki, kopać rowy lub zakładać pieluchy umierającym w hospicjum – co pozwoli zrozumieć, jak miałkim jest opinia o człowieku i jak bardzo się należy nad nią zastanowić, zanim się wypowie słowo (chociażby druga strona kłamała na potęgę).

Ja już tak mam, że gdy coś wydaje mi się nieusprawiedliwionym niczym okrucieństwem, stawiam się w położeniu tej osoby, to znaczy widzę siebie ukaraną za to, że nazwałam na przykład jakiegoś premiera kłamcą (lub delikatniej kłamczuszkiem) a jakiegoś prezesa oszustem (oszusteczkiem). Skądinąd wiem, że w jakimś areszcie siedzi pani w moim wieku (76 lat) więc łatwo wyobrazić sobie, jak bym ja się czuła i co by mnie przeraziło.

Czytam więc na stronie pani Agnieszki Lechowicz jej opowieść w kilku częściach o warunkach odbywania kary więzienia i cierpnie mi skóra. Ostatnie doniesienia są dramatyczne.

Kilka dni temu zdarzyła się katastrofa. Od jakiegoś czasu jest źle, ale okazuje się, że zawsze może być jeszcze gorzej… Oddział XIII (żeński zamek jest przepełniony). W związku z tym, kilka tygodni temu na równoległym oddziale męskim jedną z cel przeznaczono dla kobiet i przeniesiono tam 2, dosyć kłopotliwe więźniarki. Otóż nikt nie chce z nimi mieszkać w jednej celi, a ponieważ przebywają w kryminale już po kilka lat, więc wszystkie pozostałe kobiety zdążyły zgłosić z nimi tzw. „konflikt”. Jest to instytucja więziennego prawa obyczajowego nigdzie nieskodyfikowana. Osoby „skonfliktowane” nie mogą być nigdy więcej umieszczone w jednej celi, niemniej zgłoszenie „konfliktu” musi być dobrze umotywowane. Najczęściej jest to kradzież pod celą, długotrwałe świrowanie (częste u więźniów na detoksie), albo sprawy światopoglądowe (chodzi głównie o tzw. „oślizgłe”, czyli dzieciobójczynie, z którymi raczej mało kto chce dzielić celę). No i trzeba ze sobą trochę pomieszkać (przynajmniej kilka tygodni), aby „konflikt” był potraktowany poważnie. Zresztą wychowawcy rękami i nogami bronią się przed przyjmowaniem „konfliktów”, gdyż dobrze wiedzą, jak to im utrudnia pracę. W każdym razie ja z obiema paniami jeszcze nie miałam przyjemności mieszkać, a więc i możliwości zgłoszenia „konfliktu”. Jak łatwo się domyślić byłam więc najoczywistszą, bo jedyną kandydatką do dokwaterowania. Dlatego kiedy kilka dni temu kazano mi pakować mandżur, a potem skierowano na oddział męski, to nogi się pode mną ugięły. Od razu przypomniałam sobie wszystkie dotychczas zasłyszane historie, o tym jak to jedna z nich (narkomanka na detoksie) lubi udawać omdlenia albo pić płyn do mycia naczyń, z kolei druga od 5 lat chodzi w tych samych, niepranych ciuchach. W to ostatnie akurat uwierzyłam natychmiast, gdy tylko smród powalił mnie już na progu celi, zaraz po otwarciu klapy.”

Wspomniałam wcześniej, że koresponduję z inną osobą, osadzoną w areszcie śledczym, mężczyzną. Pisze on:

Pojawiła się nowa metoda na puszczanie śmierdzących bąków. Zgodnie z nowo przyjętym obyczajem wystarczy powiedzieć słowo „butla” aby usankcjonować tę wstydliwą czynność i pozbawić ją jednocześnie przykrych efektów zapachowych. Jakież to tanie i praktyczne! Już teraz na celi leci „butla” za „butlą”, a nam pachnie tylko fijołkami. Lub kapustą, jeśli jest środa”

W obu przypadkach aresztów są problemy z wietrzeniem cel.

Nie zależy mi na przytaczaniu opowieści o realiach osób uwięzionych w Polsce, choć czytającemu czasem chce się śmiać i płakać jednocześnie, tak bardzo wszelkie standardy uwięzienia sięgają dalej niż międzywojnie, może nawet do XVI wieku i lochów pod wieżą z wiązką śmierdzącej słomy na klepisku.

Wiem doskonale, jak bardzo zapachy potrafią namącić w umyśle człowieka. Są bowiem takie rejony mózgu, które przywołują wspomnienia sprzężone z woniami, nadają im sens i wydźwięk, sprawiają, że wspomnienia bywają jednoznaczne. Potrafią one wracać w najmniej oczekiwanej chwili, na granicy snu, w razie wahnięcia ciśnienia lub pobudzenia synaps.

Młoda kobieta, której nie pozwolono zabrać do celi dezodorantu czy perfum, może śmieszyć. Może śmieszyć fakt, że przyzwyczajona do codziennej zmiany majtek, czuje się źle, kiedy śpi na zasikanym i zakrwawionym materacu, przechowującym DNA kilkunastu wcześniejszych użytkowniczek, a jej własne DNA gromadzi się przez kilka dni, skoro nie dysponuje środkami do prania, a przede wszystkim skutecznym mydłem. Wzdycha wówczas do tary, na której ja jeszcze prałam dziecinne pieluchy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i leczyłam tygodniami obłażące ze skóry palce.

Wracam do własnych wspomnień ze szpitala kardiologicznego z lat osiemdziesiątych (zarządzanego przez zakonnice). Na balkonach wysmradzały się stale materace po zmarłych nieszczęśnikach,  a nikt nawet nie mył łóżek pokrytych śluzem i płynami ustrojowymi umierających. Między zdjęciem z łóżka trupa a położeniem na nim nowego przybysza mijało czasem 15-20 minut. Łóżko było jeszcze ciepłe od ciała umierającego, chyba że wyciekło z niego zbyt wiele płynów przy umieraniu, wówczas materac wędrował na balkon, a na łóżko kładziono ten ze zbioru „wysmradzających się”. Cóż zresztą mówić więcej, skoro w listopadzie ubiegłego roku w warszawskim renomowanym szpitalu leżałam 3 tygodnie w zakrwawionej pościeli, bowiem pękła mi żyłka, do której się niewprawnie wkłuto, obserwując jak z biegiem dni krwista plama zmienia kolor i zapach. Ale to była moja krew, akurat.

Nie sądziłam, że te standardy higieniczne dotrwają do XXI wieku. Wszak astrologia nie czyni różnicy między zamknięciem w szpitalu czy w więzieniu, ale wiadomo, że to ostanie nie dysponuje balkonami do wysmradzania materacy. Agnieszka pisze na ten tema po przeniesieniu jej do innej celi:

Od razu przypomniałam sobie wszystkie dotychczas zasłyszane historie, o tym jak to jedna z nich (narkomanka na detoksie) lubi udawać omdlenia albo pić płyn do mycia naczyń, z kolei druga od 5 lat chodzi w tych samych, niepranych ciuchach. W to ostatnie akurat uwierzyłam natychmiast, gdy tylko smród powalił mnie już na progu celi, zaraz po otwarciu klapy. Od razu poczułam, że jestem w wiezieniu do kwadratu. Dotychczas przebywałam w smutnych, szarych celach, ale jednak na żeńskich więc względnie czystych, względnie zadbanych, noszących rozpaczliwe ślady ich ozdobienia, ocieplenia. Tutaj nagie, brudne ściany, wszystkie sprzęty zniszczone, popękane, drzwi kącika zdemolowane – wszędzie dowody na działalność testosteronu. Oprócz tego brud niespotykany nawet na przejściówce… Do wieczora udało mi się doszorować kuwetę i moje półeczki oraz kawałek stołu (aby nie brzydzić się postawić tam talerzy). Pościelenie łózka okazało się prawdziwą traumą – podobno mojej poprzedniczce zdarzało się robić pod siebie, czego dowodne ślady zostawiła na materacach. Jak już opisywałam wymiana tego asortymentu w magazynie nie wchodzi w grę.”

Mój korespondent pisał mi o wypadku, gdy do aresztu trafił człowiek, jakiś urzędnik liczący ponad 2 m wzrostu, a materac i łóżko liczą sobie 180 cm długości Podpuszczony przez kogoś, kto nie lubi „białych kołnierzyków” wystąpił z prośbą o wymianę na dostosowane do jego wzrostu, na co w odpowiedzi przenieśli go do celi wspólnej z sadystycznym mordercą. Pokazuje to tendencje obecne w całym życiu publicznym Polski: Jak komuś można dokuczyć, to należy to zrobić.

Mam więc taki apel do wszystkich miłośników zwierząt (i nie tylko). Może trochę więcej uwagi trzeba by poświęcić ludziom: chorym, zamkniętym w aresztach i więzieniach, szpitalach i domach opieki. Tam też standardy sięgają nieraz dwóch wieków wstecz…

I na koniec dobra wiadomość: sprawa pani Agnieszki Lechowicz znalazła uznanie Trybunału Europejskiego, który zaproponował stronie polskiej ugodę. Cóż… To wszystko trwa i trwa…