W brzuchu pływającego supermarketu (10) czyli ostatni dzień na morzu

 

28-go maja, ostatni pełny dzień podróży, był dniem na morzu, dlatego poświęciliśmy go zwiedzaniu tych wszystkich miejsc na statku, które wcześniej pominęłyśmy, uznając je za nieciekawe, a rozrywki przez nie oferowane, za nieinteresujące.

Wycieczkę zaczęłyśmy od baru i sklepu z pamiątkami.

IMG_5326

IMG_5329

Kupiłyśmy jakieś drobiazgi i obejrzałyśmy to, co sklep oferował z dziedziny „modnych ubrań”. Nie chwaląc się, za najlepszych młodych lat, moje prace szydełkowe i na drutach przerastały to całe badziewiane „rękodzieło”, bez ładu i składu naszyte na przypadkowe, grubsze bluzeczki, udające letnie kurtki.

IMG_4115

IMG_4116

Pocieszone brakiem pokus do wydawania euro, przeszłyśmy do kontemplacji dzieł sztuki, ozdabiających statek. Była to grupa rzeźb, lśniących jak tu wszystko, przedstawiających kobiece postaci, obcujące z książką. Charakterystyczną cechą tych rzeźb były monstrualnie rozdęte uda, przy których to, co postaci te robiły, zdawało się nie mieć najmniejszego znaczenia.

IMG_5331

IMG_5338

Obejrzałyśmy też teatr, duży i wyglądający jak prawdziwy. Niestety, nie dane mi było obejrzeć w nim jakiegokolwiek przedstawienia, bo przez pierwszą połowę rejsu nie odnalazłyśmy pochylni, którą mogłybyśmy ominąć schody, bowiem wejście prowadziło tylko na jeden z dwóch balkonów, nie na salę, przez drugą zaś nie znalazłam przedstawienia, które by mnie zainteresowało, zresztą o porze przedstawień zazwyczaj byłam już bardzo śpiąca. Moja opiekunka była na dwóch przedstawieniach, ale nie wyszła z nich wystarczająco usatysfakcjonowana.

IMG_5350

Przykładowe spektakle to: Kids Show & Doremi Live Talent Show, koncert Love me i Sogno Italiano, który zresztą można było kolejno obejrzeć w różnych barach, Msc Crew`s Got Talent, Doremi Talent Show, Doremi Kids Show i rozmaite ich odmiany. Ponadto jakieś przedstawienia typu Asterix vs Cleopatra lub Ghosmasters, których reklamowa grafika nie zachęcała do udziału.

Ghosmasters

Trudno było zresztą czegokolwiek innego się spodziewać w świecie nastawionym na rozrywkę łatwą i mało skomplikowaną, w dodatku dla osób starszych. Tylko dla Polaków ta wycieczka była dość kosztowna, przypuszczam, że niemieckie starsze małżeństwa klasy średniej, które stanowiły większość, z powodzeniem mogły sobie raz na rok na taki wypad pozwolić.

Moja wyprawa była prezentem mojego syna, Filipa, i jakkolwiek dla niego i mojej opiekunki Gosi była dość nudnym – nie ukrywajmy – obowiązkiem, dla mnie, z moimi możliwościami ruchowymi okazała się prezentem wspaniałym i doznaniem ciekawym i inspirującym. Nie mówiąc już o cudownych wycieczkach, nie miałam nigdy możliwości poznać środowisk ludzi, wśród których teraz przebywałam, ich stylu życia i rozrywek, i choć przeszkadzał mi brak znajomości języków, cała reszta z naddatkiem zaspokoiła moją ciekawość. Dzisiaj młodym ludziom, dla których poznawanie świata jest czymś zwykłym i łatwo dostępnym, może być trudno zrozumieć braki, które my, dzieci PRL nadrabiamy u schyłku życia i nasze fascynacje drobiazgami obyczajowymi wyrosłymi na innej, niż polska, glebie. Wielkie dzięki mój synu za ten wspaniały prezent!

W ostatni dzień wycieczki udaliśmy się wreszcie do restauracji na przypisane nam od początku rejsu miejsca, z których nie korzystaliśmy i poznaliśmy dwie pary Polaków, których poznanie nas ominęło. Obejrzeliśmy też spektakl z kucharzami i kuchcikami w roli głównej. Karkołomna pozycja, z której robiłam zdjęcia, zza pleców innych osób, wymusiła ukośny układ. W dodatku marsz kucharzy i kuchcików był szybki, energiczny i trudno było za nimi nadążyć. Najważniejsze jednak uchwyciłam – owe żonglowanie tortami i paradę kucharzy.

IMG_5368

IMG_5377

IMG_5379

Zaskoczył mnie entuzjazm bywalców restauracji. Z dwukrotnego w niej pobytu nie wyniosłam jakichś szczególnych rozkoszy podniebienia, przeciwnie, na ostatnim obiedzie maleńki kawałek z podudzia kaczki składał się głównie z kawałka kości i był niemiłosiernie twardy, wręcz niedogotowany. Także wybór był bardzo ograniczony, a godziny pobytu sztywne. Jedzenie w barze było lepsze i w ilościach dowolnych, praktycznie całą dobę. Wielkie torty trafiły na talerze w postaci maleńkich kawałków, mniej więcej wielkości 1/3 polskiego ciastka i także były niesmaczne. Można by sądzić, że robiono wszystko, aby do restauracji zniechęcić. Ale przemarszowi towarzyszyła triumfalna muzyka i zapewne dzięki niej nastrój został wywindowany na szczyty.

Do pierwszej w nocy musieliśmy wystawić walizki przed kabinę, a rano, dzięki temu, że poruszałam się na wózku, opuściwszy statek z pierwszą partią podróżnych, znaleźliśmy się z powrotem w wielkiej hali, wśród tysięcy bagaży odszukując swoje walizki. Na szczęście były one uporządkowane wg czytelnego systemu, więc wyszukanie naszych bagaży nie nastręczyło trudności.

IMG_5383

Nie odzyskałam jednak swojej grzałki. Mimo że skonfiskowano mi ją w hali portu, to po odbiór miałam zgłosić się z powrotem na statek, a tego nikomu się nie chciało. W końcu jedną i tak przemyciłam. W porcie w Hamburgu było już ok. 30 stopni C i trudno było uwierzyć, że zaledwie kilka dni temu broniłam się przed mrozem i wiatrem, naciągając czapkę aż po oczy.

Czego nie zobaczyłam, a zobaczyli inni

  1. Kwiatki

Mój syn, Filip, na przylądku Nordkapp 8 lipca 2015 roku zrobił zdjęcia kępce kwiatków na dowód, że i tam coś rośnie. Ja widziałam tylko jałową pustynię pozbawioną śladów życia.

North Cape3

  1. Fotograf

Oficjalny fotograf statku był mężczyzną w stylu Salvatore Dali z charakterystyczną bródką i szpicami wąsów. Chodząc po statku błaznował i tym przyciągał uwagę ewentualnych klientów. W ten sposób i ja uległam jego czarowi i dałam się namówić na oficjalną sesję. Oto jedna z serii fotografii, zrobiona w czasie odpływu z portu Geiranger:

Norway1

Fotografia jak fotografia, ale osądźcie sami, czy mogłam nie ulec czarowi fotografa, który padł przede mną na deski pokładu? Która kobieta nie dałaby się namówić nawet wiedząc, że to wszystko nie dla jej uroku osobistego, ale dla zysku? Mój syn, Filip, udokumentował to wydarzenie:

IMG_0420a

Tak czy inaczej, sentymenty damsko-męskie sentymentami, ale kobiety mają bezsprzeczną wyższość. Oto fotografia zrobiona w tych samych okolicznościach przez Małgorzatę Urbanowicz. Prawda, że lepsza?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  1. Luksus

Pisząc pierwszy odcinek niniejszego bloga zajęłam się tym, co na statku biło po oczach – wszechobecnym luksusem, uosobionym przede wszystkim w schodach wykładanych kryształami Svarowskiego, pokazanych wcześniej, w odcinku „Zaokrętowanie”. Siedząc w barze u stóp wymienionych schodów i popijając egzotyczne drinki, obserwowałam ludzi wchodzących po tych schodach. Ich krok zmieniał się, stawał się bardziej dostojny, panie kroczyły wręcz jak w jakiejś rewii. Zrozumiałam wówczas, co daje człowiekowi i do czego jest potrzebny luksus. Przez to, że jest właściwie zbędny, nie ofiarując spektakularnych ułatwień, odbiera się go jako część oprawy, czyniącej ważniejszą osobę nim otoczoną. To nie szkodzi, że nie stać ciebie, pojedynczej osoby, na obsypanie siebie klejnotami, wystarczy wyłożyć część pieniędzy wielu osób i obsypać klejnotami schody. Wówczas każdy wstępujący na nie, czuje się jakby klejnoty te były jego. Kupuje oczywiście iluzję, ale tydzień pławienia się w iluzji jest lepszy, niż jej brak; wszak za jakiś czas można napaść się inną iluzją, za równie, stosunkowo niewielką opłatą. Gdyby nie pozorna rozrzutność budowniczych statku, a więc gdyby na przykład obrócili oni pieniądze przeznaczone na owe, przykładowe schody, na powiększenie szerokości korytarza albo poprawę jakości działania (zaopatrując kabiny w czajniki elektryczne, żeby nie trzeba było przemierzać sporej przestrzeni po szklankę herbaty) wówczas nikt nie odebrał by takiego działania jako luksusowe, tylko jako standardową zwyczajność. Luksus największej restauracji nie polegał na smakowitości potraw, czy szybkości obsługi, a na białych obrusach, sztucznych orchideach w wazonach, kłaniających się kelnerach i jako jedyny dostępny alkohol, winach do potraw.

 

  1. Ludzie

Przyglądanie się ludziom, zwłaszcza których języka się nie rozumie, jest o wiele bardziej pouczające, niż wówczas, gdy ich wypreparowane z kontekstu gesty, prezentowane są w rozmaitego rodzaju szkołach, rozpoznających język ciała. Wbrew, podobno, naukowym opisom, gesty te nie są jednakowe dla wszystkich nacji i wszystkich osób, a wypowiadane słowa, nawet tylko częściowo rozumiane, dodatkowo zaburzają ich rozpoznanie. Ostatnio obejrzałam w telewizji film, w którym prezentowano następująca zagadkę: kto z 5 przedstawionych osób jest szefem, kto jego zastępcą, a kto pracownikiem. Mogę powiedzieć z doświadczenia, że gestykulacja prawdziwych szefów znacznie się różni od prezentowanej, jako wzorcowa, przede wszystkim dlatego, że szefowie, jak i wszyscy ludzie, bywają różni. Są więc szefowie nieśmiali i mogą mieć pracowników-kogucików, są szefowie oszczędni w słowach i gestach, są też osoby z rozdętym ego. Nie ma czegoś takiego jako SZEF – gatunek człowieka. W dodatku film pochodził z USA, a tamtejsze gesty różnią się od naszych, polskich. Chyba, że są wyuczone jak u polityków – ale ja przynajmniej dostrzegam ich sztuczność.

Obserwacje zachowań ludzi na statku dały mi wiele pola do przemyśleń i porównań – były więc dodatkową skarbnicą atrakcji. Miałam jednak pewne opory przed dokumentowaniem ich na zdjęciach, została mi więc jedynie pamięć i notatki.

W brzuchu pływającego supermarketu (9) Czyli Begren Twierdza (2)

IMG_5155

Opuściliśmy gwarne i ciasne stare miasto, żeby odetchnąć szerszą przestrzenią. Idąc wzdłuż nadbrzeża, spotykaliśmy głównie turystów, już na pierwszy rzut oka odróżniających się od miejscowych.

IMG_5196

W polu widzenia pojawiła się kamienna budowla, której mury wkomponowano w naturalne zbocze.

IMG_5205

IMG_5193

Twierdza Bergenhus powstała prawdopodobnie w XII wieku. Na jej terytorium znajdował się m.in. kościół, w którym w 1163 roku odbyła się pierwsza w historii Norwegii koronacja króla. Była rezydencją biskupów i norweskich monarchów. W XIII wieku wykończono kamienny zamek, który zastąpił wcześniejsze, drewniane budowle. W 1944 roku, podczas wybuchu statku w porcie, większość budynków twierdzy została zniszczona, z czego odbudowano królewski Zamek Hakonshallen oraz Wieżę Rosenkrantza. Jest miejscem spacerów i rozmaitych imprez.

IMG_5221

Ze względu na prowadzące z ulicy schodki, dla mnie nie do przebycia, do twierdzy udaliśmy się od strony parku, przedtem okrążając ją.

IMG_5222

IMG_5228

IMG_5235

Niestety, nie udało mi się wówczas ustalić, czyj pomnik widnieje na zdjęciu, ponieważ wiodły doń schodki. W internecie też nie znalazłam nic na ten temat, chociaż prezentowano inne pomniki w Bergen. Dla zwiedzających, co ilustruje zdjęcie, ważniejszy był wspaniały widok z tego miejsca, niż postać, przypuszczalnie, jakiegoś wojskowego. Dopiero powiększając fotografię odkryłam, że przedstawiał on króla Haakona VII spoglądającego na port. Postać Norwegom bliska, ale turystom raczej obojętna.

IMG_5243

IMG_5244a

Dalej w czasie spaceru trafiliśmy na rekonstrukcję rycerskich walk, jednakowoż stroje nie pozwalały mi na zidentyfikowanie, o jaki okres historyczny chodzi.

IMG_5263

IMG_5267

W walkach tych brały także czynny udział dziewczyny, niemniej ich stroje były jeszcze mniej historyczne.

IMG_5257a

IMG_5268

Ruszyliśmy więc dalej opuszczając bitwę i kontemplując spokojniejsze widoki.

IMG_5254

Spacer zakończyliśmy w cienistej i chłodnej części restauracji, gdzie znajdowały się jedyne wolne stoliki, nie zajęte przez spragnionych słońca turystów.

IMG_5100

IMG_5274

Zmęczone wróciłyśmy na statek, gdzie zrobiłyśmy użytek z naszego, nareszcie po raz pierwszy oblanego słońcem balkonu, popijając piwo z podręcznej lodówki. Nasz Brazylijczyk był bardzo zdziwiony, że starsza pani w ogóle pija jakiś alkohol (widać w jego kraju to się rzadziej zdarza), ale obiecał szybko uzupełnić zapas i słowa dotrzymał.

IMG_5282

Nie chciało nam się udać na górę na pokład widokowy, więc obserwowałyśmy stąd opuszczanie portu, ścigające się ze statkiem ptaki i wiszący nad nami most

(Fotografia Małgorzata Urbanowicz)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_5303

I wielka szkoda! Nasi towarzysze nie byli tak leniwi i mieli dodatkową emocję – obserwowanie, jak statek z bardzo niewielkim zapasem mieści się pod mostem.

(Fotografie Filip Urbanowicz)

IMG_0437

IMG_0445

W brzuchu pływającego supermarketu (8) Czyli bruki Begren (1)

IMG_5057

IMG_5075

Bergen jest miastem, w którym mogłabym mieszkać i żyć. Zazwyczaj pierwsze wrażenie ma tu największe znaczenie, chociaż nie zawsze jest ono adekwatne do rzeczywistości. Bergen wydało mi się przyjazne i doskonale, jako miasto, zorganizowane.

Początki nie były przyjazne. Trap w Bergen był wyjątkowo niemiły dla takich osób jak ja, na wózkach. Ostry kąt, pod jakim go ustawiono, spotkał się z małą ilością personelu do sprowadzania babć na ląd. Zapewne większość miała tu „wychodne”, jako że miasto było spore. Ponadto części personelu (w tym naszemu Brazylijczykowi, pokojowemu) kończył się siedmiomiesięczny kontrakt i samolotami udawali się w różne strony świata.

Do tej pory co najmniej trzech silnych, młodych czarnoskórych pracowników taszczyło mnie na ląd, a ponieważ było ich kilku i zawsze uśmiechali się, czułam się z nimi bezpiecznie. Tu taki przyczynek do krajowych problemów – ja osobiście nie mam żadnych oporów wobec nacji niechętnie widzianych ostatnio przez nasze władze, a w ślad za nimi bezrefleksyjnych zjadaczy chleba. Z ludźmi tymi często czuję powinowactwo duchowe, z chociażby tej przyczyny, że w ich krajach macierzystych szanują starszych. Jeśli miałam okazję z nimi porozmawiać, zawsze to deklarowali, ale mowa ciała też wiele znaczy, zwłaszcza, że nie są to ludzie jakoś szczególnie ukrywający swoje emocje. Poza tym ja zawsze szanowałam i szanuję tych, którzy są traktowani gorzej niż reszta, tak już mam od dziecka. Sądzę, że oni też to odczuwają.

Tym razem przywołano jednego, szczupłego, czarnego chłopaczka w wiśniowej liberii, który po prostu bał się i nie dawał rady, nawet z pomocą mojej opiekunki, którą zazwyczaj odsuwano od sprowadzania wózka po trapie. Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że zrobiono to celowo wybierając akurat tego chłopca. Fizycznie odczuwałam jego przerażenie, a także lęk moich pozostałych towarzyszy, którzy postępowali bezradnie za mną. Wołali do mnie, żebym hamowała zjazd hamulcem, ale z kolanami w górze, moje ręce w tej pozycji hamulca nie dosięgały. W dodatku wcześniej oficerowie bezpieczeństwa brutalnie podnieśli moje plecy i tyłek w poszukiwaniu niebezpiecznych przedmiotów, co spowodowało, że mój kręgosłup, przeszyty nagłym bólem przestał reagować na zwykłe sygnały z rąk. W tym momencie pojawił się pewien pan, którego młoda żona za nami samodzielnie zjeżdżała z trapu wypasionym wózkiem i widać, miał doświadczenie, bo wózek nagle przestało ściągać na jedną stronę. Jemu zawdzięczam też refleksję rodziny, że należy zastanowić się nad lepszym wózkiem dla babci.

Wszystko to nadrobione zostało później przez zarządców miasta Bergen. W trosce o to, aby turyści nie szwendali się po pocie, podstawiano autokary, wywożące statkowiczów poza jego teren. Dwie osoby na wózkach wsiadły do autokarów, ale ja, jako trzecia w kolejce, musiałam czekać z boku na następny. I tutaj objawiła się miła dziewczyna z furgonetką, przystosowaną do przewozu niepełnosprawnych. Wystarczyło stanąć poza kolejką do autokarów, na miejscu oznaczonym znakiem wózka i furgonetka od razu podjeżdżała. Ale kto to wiedział!? Okazało się, że furgonetka ta zawiezie nas do samego centrum, znacznie dalej niż zwykłe autokary. Umówiliśmy się z nią na powrót i ruszyliśmy w miasto.

IMG_5086

IMG_5099

IMG_5110

Jeżdżenie wózkiem inwalidzkim po ulicach Bergen (zapewne także dla pchających wózek) nie jest miłym przeżyciem. Z pietyzmem zachowano tam fragmenty starych bruków wykładanych kostką granitową lub „kocimi łbami”, a także kanaliki dawnych rynsztoków (widoczne na zdjęciu powyżej pod nogami pani w różowej kurteczce). Wszystko to powoduje, że pasażer wózka na wąskich, rowerowych kołach, czuje się jak worek ziemniaków, podrzucany na górkach i dołkach. Zaczynam rozumieć coś, co wydawało mi się fanaberią rowerzystów – walkę o likwidację kostek bauma na ścieżkach rowerowych. Kiedyś, dawno temu, sama jeździłam dużo na rowerze, ale jak sobie przypominam, choć wiele dróg, zwłaszcza wiejskich, brukowano „kocimi łbami”, zawsze z boku biegły piaszczyste ścieżki poboczy dla pieszych i rowerzystów, więc nietrudno było nie jeździć po bruku. W każdym razie mój kręgosłup źle znosił wstrząsy, nie dając mi czasem podziwiać mijanych zabytków.

Na zdjęciu powyżej widoczne są kamieniczki starego miasta, do którego dostęp dawały cieniste bramy w nie wkomponowane. Miejsca te tętniły życiem, zwłaszcza turystycznym.

IMG_5145

Ta najstarsza część miasta Bergen, gdzie osiedlali się pierwsi jej mieszkańcy (ponoć od 1070 roku), z czasem nabrała charakteru dzielnicy handlowej. Przeczytałam w internecie, że głównym przedmiotem magazynowania i handlu były dorsze i tran. W 1979 roku stare miasto Bergen wprowadzono na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

IMG_5115

IMG_5118

IMG_5116

Wąziutkie uliczki i niewielkie placyki, na moje szczęście (z małymi wyjątkami) były wyłożone deskami. Zapuściliśmy się więc w ich labirynt.

IMG_5119

IMG_5125

IMG_5137

IMG_5143

IMG_5151

Znajdujące się tam niewielkie sklepiki czasami prezentowały prawdziwe zabytki, czasem zaś coś nie do końca określonego.

IMG_5170

IMG_5184

Najciekawsze jednak było to, co nie zmieściło się na dole, a widoczne było jedynie górą. Schody i kładki łączące domy, wrota, do których prowadziły zapewne demontowane dojścia (widoczne na zdjęciu poniżej), jakieś rury, zsypy i odpływy, wynikające z handlowego charakteru miejsca.

IMG_5173

IMG_5131

Większość uliczek spowijał mrok, a więc czuło się w nich zastarzałą wilgoć. Zapach tranu i solonych ryb, który zapewne był tam kiedyś dominujący, dawno wywietrzał. Z przyjemnością wyszliśmy na zalany słońcem plac, a ja znowu musiałam zmierzyć się z brukami.

IMG_5189

 

W brzuchu pływającego supermarketu (7) czyli Geiranger

Od rana tkwiłam przy oknie, nie chcąc nic stracić z dnia, który okazał się najpiękniejszym dniem z całej wycieczki. Pierwsze zdjęcie zrobiłam o 5,45. Już wówczas mgły unosiły się w górę, odsłaniając wreszcie soczystą zieleń, tak upragnioną od kilku dni i dziwne, poziome pasma chmur.

IMG_4291

Za oknem pojawiła się zieleń i liczne wodospady, a wreszcie i port, z którego wysunięto długi, składany, pływający trap. Widoczne na zdjęciu liczne autokary już czekały na nasze wycieczki. Nasz nosił numer 43 i kierował nim ktoś nazywany „Angel”, o którego profesjonalizmie  ponoć świadczył fakt, iż w zimie obsługiwał wcześniej przez 10 lat przeciwśnieżny pług.

IMG_4310

IMG_4348

IMG_4366

Zeszłyśmy na ląd dwie godziny wcześniej przed oczekującą nas wycieczką, chcąc obejrzeć przynajmniej okolice portu. Pierwsze wrażenie to mnóstwo kolorów, choć część z nich nie zawdzięczałyśmy przyrodzie, a sklepom i straganom. Ale wszędzie były też kwiaty, także w donicach w porcie.

IMG_4402

Trasę okolicy i czekającej nas wycieczki obejrzałyśmy na mapce wiszącej w porcie

IMG_4420

Droga wznosiła się serpentynami ostro w górę, a mijanie się czasem budziło dreszcze. Piękne widoki z coraz większej wysokości, także na statki dokujące w porcie (nasz z tyłu), wynagradzały wszystkie lęki.

IMG_4495

IMG_4561

Mniej więcej w połowie drogi zatrzymaliśmy się na kilka minut w punkcie widokowym, gdzie zagęszczenie ludzi utrudniało oglądanie czegokolwiek, poza współwycieczkowiczami. Ci na własnych nogach mieli lepszą okazję robienia zdjęć, ja zaś oglądałam najwięcej ich butów, ale moje refleksje na ich temat nikogo zapewne nie zainteresowałyby. Jednak udało mi się! Także sfotografować spienioną rzeczkę znacznie poniżej drogi.

IMG_4571

IMG_4572

IMG_4809

Po dziesięciu minutach postoju, w czasie którego autokar zawrócił gdzieś wyżej i nawet ja musiałam obowiązkowo go opuścić, zjechaliśmy w dół, z powrotem do portu, aby bez postoju ruszyć w przeciwną stronę, trasą gęściej zaludnioną i może przez to wydającą się bardziej karkołomną.

IMG_4730

Tu droga była nieco węższa, więc mijanie się autokarów wymagało oczekiwania na punkty, w których możliwe było zjechanie na bok, lub różnych, budzących strach, manewrów.

IMG_4788

IMG_4735

IMG_4790

I znowu widok z góry na zatokę, tym razem z przeciwnej strony. Widać nasz statek, dokujący przy pływającym trapie i drugi, w gorszej sytuacji, z którego na brzeg dowożono pasażerów łodziami.

IMG_4808

Powrót ukazywał bardziej zabudowane miejsca wraz z odgałęzieniami, oraz znacznie bardziej karkołomne drogi, pnące się stromo w górę. Czasami widać było kilka pętli serpentyny na raz.

IMG_4890

Po południu z górnego pokładu oglądaliśmy odpływanie statku i składanie pływającego trapu. Bar na szczęście już był otwarty, więc naszemu odprężeniu towarzyszyły drinki

IMG_4994

IMG_4983

IMG_4976

Odpoczywaliśmy obserwując otoczenie, co było chyba najlepszą rozrywką tej podróży. Przy stoliku obok nas siedziała para: starszy pan i znacznie młodsza pani, uznana przez moje otoczenie za wzór łączącego ich uczucia. Pan nieustannie dotykał, a to rączki, a to ramienia, czy uda pani, przemawiał do niej elokwentnie i gładko, uśmiechał się, jednym słowem tokował. Potem wyszli, ale godzinę później pojawili się przy innym stoliku. Tym razem pan nie mówił nic do pani, nie dotykał jej pieszczotliwie ani nie zamawiał niczego w barze; pani zaś odpowiadała mu burkliwie, Nie muszę dodawać, że swoje fotele ustawili co najmniej w odległości metra od siebie. Większość namiętnie fotografowała widoki, a ja ich.

IMG_5002

IMG_5010

IMG_5026

IMG_5029

W brzuchu pływającego supermarketu (6) Czyli Tromsø i Molde

Tromsø i Molde to wielkie oczekiwanie i wielkie niepowodzenie. W Tromsø nie zeszłam na ląd; moje towarzystwo pokręciło się trochę po porcie i przyniosło mi garść muszelek i parę kamyczków. Muszelki były nieco połamane, ale ponieważ zawsze wydawało mi się, że takie kształty pochodzą tylko z ciepłych mórz, stanowiły ciekawy eksponat. Było to także świadectwo bezpośredniego zetknięcia się z brzegiem morza i morzem. W żadnym innym miejscu moja opiekunka (nie mówiąc już o mnie), nie mogła dostać się w takie miejsce, by przynieść choć muszelkę lub kamyczek. Niby wszędzie morze, ale w izolacji od człowieka. Widok z okien statku nie skłaniał do poszukiwań: zimno, brak zieleni, jakieś marne zabudowania, które lepiej oglądać z daleka, jako panoramę.IMG_5390

Póki co, osłodziliśmy sobie dzień wycieczką po krainie cukierków i innych statkowych rozrywkach. Skoro cukierki mogą być tworzywem dla sztuki, czemu nie poddać się jej przystępności i nie podziwiać? Złośliwi mogą twierdzić, że skoro w statkowym sklepie ceny zwykłych słodyczy są tak wygórowane, nieuchronnie musi nastąpić ich przeterminowanie i ewentualnie późniejsze nie spożywcze wykorzystanie. Ale ładne, niewątpliwie.

IMG_4109IMG_4110

W Molde 25 maja mieliśmy wynajęty w mieście i opłacony samochód i z niecierpliwością czekałam na przejazd Drogą Trolli. Oglądałam kiedyś film i zdjęcia z tej drogi i chyba ona właśnie stała się zaczątkiem mojego marzenia o zwiedzeniu Norwegii. Zwykle otwarta jest od połowy maja do października z uwagi na bezpieczeństwo przemieszczania się. W 2012 roku na przykład otwarto ją jednak dopiero 14 czerwca. Tymczasem pogoda zdecydowanie popsuła się, była mgła i padał gęsty deszcz, w związku z tym musieliśmy zrezygnować z wycieczki, tracąc wniesione opłaty i pocieszając się, że obejrzymy ją na licznych filmach w internecie. Same Molde, to miasto, jak miasto, nic specjalnie interesującego, poszliśmy więc do restauracji na tamtejszą specjalność, zupę rybną i krótki spacer po okolicy. Zupa rybna była świetna i zupełnie inna od serwowanych w Polsce, stanowiących wersję rosołową lub typ soljanki – gładki krem ze sporymi porcjami dorsza i łososia, z pokrojoną zieloną częścią pora, u nas raczej odrzucaną, jednak prawdopodobnie z powodu zmiksowanych w niej krewetek (o podanie porcji bez pływających w niej skorupiaków prosiłam i uwzględniono tę prośbę) przypłaciłam jej zjedzenie wysypką na połowie twarzy.

IMG_4238

Za to restauracja pełna była różnych gadżetów „marynarskich” i „kuchennych”, rozmaitych durszlaków, starych wag i słojów; widziałam też maglownicę i tarę do prania (z jakich sama kiedyś korzystałam), przedmiotów o nieustalonym przeznaczeniu, jakichś emaliowanych tabliczek sprzed wieku; niestety, siedzieliśmy w przedsionku z powodu wszędobylskich schodków, niedostępnych dla mnie, więc nie obejrzałam pełni wystroju tego lokalu. Ciekawostka byłą otwarta na powietrze, tylko zadaszona weranda, ogrzewana ogromną żarówką, ze stosami skór i koców do otulenia się, na której popijano zimne piwo i napoje, grzechoczące kostkami lodu.

IMG_4239

Korzystając z tego, że byłyśmy ciepło ubrane, popołudnie spędziłyśmy z moją opiekunką tradycyjnie, plącząc się bez celu po statku, ale po górnych pokładach. Tym razem padło na górny pokład, widokowy, prawie całkowicie pozbawiony ludzi z powodu złej pogody (z wyjątkiem jednego śmiałka w jacuzzi). Smętnie wyglądał zamknięty bar z pokrowcami na stołki i sterty powiązanych sznurami leżanek do opalania. Okazało się potem, że była to jedyna okazja rozkoszowania się widokiem; w dniach pogodnych i ciepłych, które nastąpiły pod koniec wycieczki, nie dało się tam szpilki wetknąć, a tym bardziej przejechać wózkiem.

IMG_4081

IMG_4084

IMG_4088

IMG_4181

W poszukiwaniu otwartego baru zawędrowałyśmy na piętro, gdzie parę osób kontemplowało widok z innego, także zamkniętego baru, ale ogrzewanego klimatyzacją.

IMG_4195

IMG_4202

W tym barze, nudząc się, odkryłam z czego wynika trudność fotografowania statkowych atrakcji, bowiem większość zrobionych zdjęć, po przejrzeniu na ekranie komputera, do niczego się nie nadawała. Zilustruje to druga fotografia: Pierwsza z nich pokazuje zdjęcie zrobione zgodnie z powziętym zamiarem, druga zaś nieoczekiwane efekty, psujące plany.

IMG_4212

IMG_3396

Robiąc zdjęcie, w istocie nie wiedziało się, co się fotografuje. Z powodu licznych luster i odbić w wypolerowanych elementach, zamiast ujęcia, przedstawiającego nudzącą się w głębi panią, przedmiotem zdjęcia okazałam się ja sama, fotografująca swoje odbicie. Próbowałyśmy rozgryźć te odbicia w windzie, gdzie lustra pokrywały także sufit, ale z powodu dużego ruchu osób, nie zdołałyśmy osiągnąć zamierzonego rezultatu. Oto jedna z próbek moich usiłowań:

IMG_4264

Odpływaliśmy bez żalu, porzucając smętny port z kontenerami, po których dachach rozpoznać można było nasilenie deszczu. W dodatku wąskie nadbrzeże powodowało niemożliwość ustawienia pochylni zjazdowej w sposób komfortowy dla osób jadących na wózkach inwalidzkich, z balkonikami i o kulach. Wszyscy przeżywaliśmy wielki dyskomfort (ja z głową w dole a nogami w górze, osoby poruszające się o własnych siłach z powodu stromizny i śliskości trapu) i mimo pomocy załogi, wychodziliśmy z doświadczenia spoceni jak rude myszy. Z powrotem zaś wydawało nam się, że spadniemy na łeb na szyję zatrzymując się na tych kontenerach.

IMG_4248

IMG_4234

Kolejny dzień na morzu przyniósł już nieco lepszą, choć równie zimną pogodę (2-6 stopni C), więc spacer po odkrytym pokładzie był przyjemniejszy. Doceniłam z pozoru głupi pomysł zapakowania do bagażu zimowych butów na futerku.

IMG_4164

Przy okazji odszukałyśmy bibliotekę, składającą się z kilku półek i wbrew zapewnieniu gazetki, niezbyt bogatą. Prawie sama sensacja z najnowszym Folletem na czele, w niemieckich, angielskich, francuskich, hiszpańskich i włoskich wydaniach (jedna nawet była po chińsku), nie noszących zresztą śladów czytania. Polskiej książki nie znalazłyśmy. Niestety, nie miałyśmy żadnej, aby ją podarować bibliotece, ponieważ w trosce o bagaż, książki miałam tylko w postaci elektronicznej.

IMG_5365

Najedzeni zupą rybną, udaliśmy się zamiast do baru, po raz pierwszy do eleganckiej restauracji, , gdzie serwowano mikroskopijne dania i wino do posiłków. Tam po raz pierwszy w życiu spróbowałam małży i dość mi smakowały, natomiast faszerowany, pieczony bakłażan nie powalał – robię znacznie lepsze i w dodatku z jednej niewielkiej sztuki wychodzi mi tyle porcji, ile podłużnych plastrów da się wykroić, a więc 6-7. Czas oczekiwania na kelnera nie odbiegał od standardów, a więc „straciliśmy” na ten posiłek ze 2 godziny.

IMG_4131

 

 

W brzuchu pływającego supermarketu (5) czyli wreszcie Koło Podbiegunowe i Nordkapp.

Koło Podbiegunowe zgodnie z definicją Wikipedii to równoleżnik ziemski o szerokości geograficznej 66°33’39″N.

Cały następny dzień szwendałyśmy się po statku oczekując na TEN moment, gdy przekroczymy magiczne KOŁO, aż wreszcie go przegapiłyśmy – i to za sprawą… perfum. Kiedy sprawdziłyśmy pozycję statku, dawno już go minęłyśmy.

IMG_3688

Z perfumami było tak. Jedną z atrakcji statkowych były sklepy i stoiska z luksusowymi towarami, a wśród nich oczywiście nie mogło zabraknąć perfum. Wszystkich zapachów można było spróbować i porównać z innymi. Ceny były bardzo wysokie, więc nie nastawiałyśmy się na kupno, z ewentualnym wyjątkiem…

Postanowiłam skorzystać z okazji i odnaleźć ulubiony zapach mojej młodości, którego nazwę zapamiętałam: Chanel nr.5.Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, za PRL, zapach ten spośród pozostałych dostępnych perfum, głównie produkcji radzieckiej, odznaczających się ostrymi, ciężkimi zapachami kwiatowymi, stanowił dosłownie świeży powiew Zachodu, choć dziś oczywiście zdaję sobie sprawę, że raczej był podróbką, niż oryginałem. Były wówczas 4 modne zapachy dla młodych kilkunastoletnich dziewczyn: „Konwalia”, „Biały bez”, „Być może” i właśnie „Chanel no 5”. W artykule o perfumach PRL https://kobieta.wp.pl/czym-pachniala-kobieta-w-prl-u-5982749343896705a

informacje pochodzą z czasów znacznie późniejszych, gdy uważano, że „Być może” było wersją „Chanel nr.5”, ale ja pamiętam inne buteleczki z tym napisem (zresztą w czasach, które opisuję, nie było jeszcze w ogóle dezodorantów, o których mówiono w artykule, jak również pozostałych marek wód kolońskich – jak je nazywano wówczas). Do dziś posiadam buteleczkę „Być może”, ale rzadko ją odkręcam, chroniąc resztki zawartego w nim zapachu. Nikt nie słyszał o podziale na perfumy, wody kwiatowe i inne wody odświeżające, wszystkie zapachy określano zaczerpniętym z rosyjskiego określeniem „duchy”).

W każdym razie na stoisku wypatrzyłam aż 3 rodzaje Chanel nr.5

IMG_4112

Niestety, żaden z zapachów nie był tym, który zapamiętałam, dlatego wnioskuję, że była to nawet nie podróbka, ale naśladownictwo. Oczywiście ich nie kupiłam (186 euro, notuję dla porządku, plus jakieś bonusy przy zakupie kolejnych perfum), tym bardziej, że zapachy te nie budziły we mnie żadnych wspomnień. Miałam zresztą wymówkę: pani stwierdziła że ich nie może mi sprzedać, ponieważ właśnie siadł jej internet.

Opowiadałam historię poszukiwania zapachu PRL mojej koleżance, Marii, a ta opowiedziała mi inną anegdotę, związaną z tymi perfumami. Jej tata (rocznik sporo młodszy niż mój) postanowił kupić w prezencie mamie te perfumy w ekskluzywnym sklepie, z okazji jakiejś ich rocznicy. Ku jego zdziwieniu sklep ich nie posiadał. Zdegustowany Tata: — I to mają być te legendarne perfumy???

Sprzedawczyni: — Proszę pana, te perfumy są legendą dla kobiet, które same już są legendą.

Jako nieistniejąca już realnie osoba, przeniosłam się w rzeczywistość synchroniczną, bowiem właśnie tego dnia nadeszła do mnie w Polsce przesyłka od mojego wieloletniego przyjaciela, pisarza Artura Szrejtera, zawierająca jego nową książkę „Legenda Wikingów opowieści o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach”, stanowiąca przyczynek do słynnego serialu „Wikingowie”. Autor opatrzył książkę osobistą dedykacją dla mnie , w której określił ją, jako „opowieść o ludziach, którzy chcieli zdobyć wszystko i zdobyli”. I kto powie mi, że astrologia nie działa, skoro mam właśnie tranzytującego Neptuna na ascendencie i skoro wszystko, co się mi przydarzało, realnie i w wyobraźni, należy do sfery żywiołu wodnego? Wszak ja też tę wycieczką zdobyłam coś, czego jeszcze rok wcześniej nie spodziewałam się zdobyć, a co umożliwiła mi wcześniejsza wycieczka do moich przyjaciół w Sztokholmie (nieustanne wielkie im dzięki za to!).

Zgodnie z przewidywaniem, ta noc byłą jasna i musiałam wytężyć całą siłę swojego egoizmu, aby uniemożliwić mojej opiekunce zasłonięcie podwójnej story, odcinającej nas od światła pseudonocy. Bezsenność bezsennością, ale nie jest ona wyjątkiem wśród moich nocnych doznań, ale może być wrażeniem uzasadniającym fakt, że w środku nocy najlepiej rozumie się świat i wszystkie nici zależności między jego częściami. To właśnie ten przywilej starości, że sen jest przerywany, a jak głoszą najnowsze odkrycia naukowe, człowiek pradawny, a nawet średniowieczny, nie spał snem nieprzerywanym; budził się i zasypiał, podobnie jak inne zwierzęta. Wracając na starość do korzeni człowieczeństwa, (wraz z jego traumami, chorobami i lękami ) czuję się odkrywcą świata zapomnianego i wypartego ze świadomości. Moja opiekunka ma jeszcze wiele czasu na takie doznania, choć jej bezsenne noce, to układanie treści ważnego maila, przeznaczonego do wysłania po powrocie. Ja jestem częścią tej sytuacji, która w to układanie ją wpędziła i uwikłała, i czuję się winna, ale nie mogę zaprzestać mojej drogi w nicość. Pocieszam się, że wkrótce ona się skończy, a jej końcówka jest równie ważna jak początek, choć z koleżankami żartujemy, iż następna podróż Babci, to wyprawa Orient Expressem. Pytanie, kto zechce tam za mną w tamten nudny świat podążyć?

Jasną nocą dopłynęliśmy do pierwszych zabudowań portu, a to dziwnej barwy światło na zdjęciu, to nagłe słońce, które wg opisu fotografii wyjrzało zza chmur 23,55 wieczorem, oświetlając moje czuwanie.

IMG_4068

Sterta chusteczek na chodziku, to pojemnik przygotowany na moje wzruszenie.

Do portu Honningsvåg wpłynęliśmy koło południa. Wszędzie widać było topniejący śnieg, a statkowa gazetka przewidywała temperaturę 3-6 stopni C.

Pozostaje mi tylko zamieszczenie uczciwego sprawozdania z wyprawy na Przylądek – rzekomo najbardziej wysunięty na północ skrawek lądu położony 308 m nad Morzem Barentsa. Nie byłam pewna, na ile jest to prawdą, ale mapy pokazywały obok inny przylądek, jeszcze bardziej wysunięty, tyle że nie prowadziła tam szosa (może dość wąska, ale zawsze) ale ścieżka, oznaczona na mapie przerwaną linią, niedostępną takim wycieczkowiczom jak ja. O nieporozumieniach, związanych z Nordkapp przeczytałam po powrocie w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Przylądek_Północny

Wszystkich autokarów wiozących nas na wycieczkę było – jak policzyliśmy ponad 70. Ostatni zjechał tuż przed północą, ale zdjęcia można było robić znakomicie. Pogoda była pochmurna, a światło cały dzień i noc jednakowe.

Ja przeżyłam trochę emocji, bo choć wycieczkę oznaczono w planie jako przyjazną dla osób na wózkach, w praktyce nie wszystkie autokary mogły zabrać takie osoby. Wprawdzie posadzono mnie z przodu, jednak po kilku wysokich schodkach musiałam wejść sama, co udało mi się z bardzo dużym trudem i co przypłaciłam kilkudniowym gorszym samopoczuciem. W dodatku szyba była mocno zaparowana, a wskutek tego widoczność marna. Z powrotem było nieco lepiej – autokar miał niższe stopnie, większe i wyczyszczone do połysku szyby. Dlatego większość zdjęć pochodzi z drogi powrotnej.

IMG_3706

Po drodze autokary w liczbie 3 zatrzymały się na 10 minutowy postój, dla obejrzenia czegoś, co nazwano „wioską Inuitów”, a co składało się z drewnianego baraku, szkieletu inuickiego domu (w trakcie rozbiórki na wieczór, pozbawionego już pokrywających go skór), przypominającego szkielet „szałasu potu” z praktyk opisywanych w „Tarace”, samochodu, którym przywożono ów dom, tudzież jednego Inuity w stroju regionalnym, pracowicie wyszukującego na ekranie smartfona ceny pamiątek

IMG_3717

IMG_3719

Przylądek Nordkapp powitał nas silnym wiatrem, niską temperaturą i chwilami padającym śniegiem. Na powietrzu trudno było wytrzymać dłużej niż kilka minut, więc półtorej godziny postoju wydawało nam się dużą przesadą. Na szczęście wybudowano tam pawilon, w którym można było przeczekać resztę czasu, zakupić niesłychanie drogie pamiątki i pogapić się na otoczenie z pustawej restauracji na piętrze.

IMG_3737

IMG_3750

IMG_3773

Siłą i wartością całej wycieczki były widoki z okien autokaru, ale te, jak wspomniałam, nadawały się do fotografowania jedynie w drodze powrotnej.

IMG_3866

IMG_3979

IMG_4036

Po powrocie jedynie czego pragnęłam, to szklanki gorącej herbaty zaparzonej uratowaną grzałką.

Z portu wypłynęliśmy 23 maja o 2 w nocy, żeby koło południa zatrzymać się w Tromsø.

IMG_3686

W brzuchu pływającego supermarketu (4) czyli wreszcie jakiś port

Już od rana wypatrywałam oznak życia na lądzie, chociaż do portu Ålesund mieliśmy wpłynąć dopiero o godzinie 10-ej. Pogoda nagle zrobiła się piękna, słoneczna, ale było dość zimno. Statkowa gazetka prognozowała 8-15 stopni C, a czas odpłynięcia przewidywano na 17,30. Z niecierpliwością czekałam na pierwsze zejście na ląd.

IMG_3470

IMG_3486

IMG_3499

IMG_3512

Ålesund jest miasteczkiem względnie nowym. Położone na kilku wyspach tworzących dogodny port. Zimową nocą w roku 1904 całkowicie strawił je pożar niszcząc 850 domów, a całe miasto zaprojektowane zostało od nowa w stylu secesji. Wszystkie drogi prowadzą tam pod górę, a bruki są dość zniszczone, choć ogólnie miasteczko jest zadbane i bardzo chętnie odwiedzane przez turystów. Kilka godzin pobytu nie pozwoliło na dokładniejsze, poza spacerem, zwiedzanie, zwłaszcza, że nasi towarzysze już tam wcześniej byli, no i że ja z moim wózkiem stanowiłam utrudnienie.

Przy zejściu na ląd i przy powrocie czuwał personel, w tym oficerowie z bezpieczeństwa, którzy, jak uprzedzała gazetka, wyróżniają się specjalnymi czapkami i ciemnymi okularami. Z moją kartą pokładową były jakieś problemy informacyjne, ale w końcu mnie wypuszczono wręczając druczek o konieczności zgłoszenia się po powrocie do recepcji, zresztą sprawa nie była poważna, jak się później okazało.

Trzech panów w liberii zastąpiło moją opiekunkę i z uciechą sprowadzało mój wózek tyłem po metalowym trapie, co prawie przyprawiło mnie o zawał, jako że kolanami mierzyłam w niebo, głową w ziemię, a za wątłą barierką chlupotało, bądź co bądź, morze. Śmialiśmy się do siebie nawzajem, oni uspokajająco, ja dziękczynnie, każde coś tam mówiło w swoim języku o ogólnym sensie ok, ok. Ufff!

Pchana z wysiłkiem po nierównym bruku, usiłowałam robić zdjęcia tego, co najbardziej charakterystyczne. Najlepiej zapamiętałam cztery odcienie kwitnących drzew przed kościołem, może dlatego, że postój w następnym z kolei porcie oferował całkowity brak zieleni, za to w dużej obfitości śnieg.

Jeden z moich towarzyszy schodził po stromym zboczu, ponieważ zobaczył tulipany i koniecznie chciał im zrobić zdjęcie. A przecież był już 20 maja, szczyt wiosny jak by nie było.

IMG_3528

IMG_3546

IMG_3554

IMG_3563

IMG_3573

IMG_3580

IMG_3594

Powyższą prezentację kończę zdjęciem pomnika rybaka, na którego głowie znakomicie poczuł się ptak i dłuższą chwilę pozował turystom.

Na jednym ze zdjęć widnieje góra, a na niej punkt obserwacyjny z wieżą i restauracją. Moje towarzystwo odprowadziło mnie na statek, po czym udało się ponownie na ląd, wspinaczką nadrobić nieco kondycję uszczuploną obfitymi posiłkami i mnóstwem drinków. Wprawdzie zaliczyli już zajęcia z siłowni, pchając mój wózek pod różne górki, ale było tego jeszcze zbyt mało. Siłownię na statku ponoć tak oblegano, że trzeba by było wstawać bardzo rano, ale tego nikomu się nie chciało.

Po południu przy dźwiękach muzyki obserwowaliśmy odpływanie statku i pożegnalne krzyżowanie strumieni wodnych na statku-pilocie, którego załoga przewidująco ubrana była w całkowicie odporne na wodę kombinezony, jako że byli całkowicie zalewani wodą. Już w żadnym innym porcie nie żegnano nas tak uroczyście.

IMG_3621

IMG_3623

Wypływając z fiordów widzieliśmy na horyzoncie zaśnieżone góry, jak zapowiedź następnego portu – najbardziej na północ wysuniętego Honningsvag, gdzie nijak nie było już widać zieloności i panowała wszechwładna zima.

IMG_3634

Popołudnie spędziłyśmy w barze, za którego bulajem znów widać było tylko morze i tak miało być przez następny dzień.

IMG_3345

W brzuchu pływającego supermarketu (3) czyli dzień na morzu

IMG_3390

Dni na morzu są długie i nudne, szczególnie jeśli nie ma pogody, jest mgła, mżawka, zimno i wieje wiatr, a widok lądu (o ile jest dostępny), to z kabin po przeciwnej stronie statku. Pocieszamy się, że podczas powrotu nasza strona będzie uprzywilejowana, co nie do końca się sprawdziło, ponieważ do niektórych portów statek wpływał rufą, a nie kadłubem. Wówczas bardzo ważne zaczynają być rozrywki. Także więcej poświęca się czasu propozycjom statkowej gazetki.

Informacje nie są dla mnie specjalnie ciekawe, a moje otoczenie, znające angielski, nie kwapi się zbytnio do tłumaczenia tekstów i prowadzonych przez nich rozmów. Biegli w angielskim zapominają, że ja z tych czasów, gdy uczono się powszechnie rosyjskiego, a angielski był dodatkowym, alternatywnym do łaciny, której ja się uczyłam.

Odcyfrowuję: serwis pralniczy, godziny oddawania i odbierania, blablabla, „wspaniały dostęp do internetu satelitarnego”, bez dźwięku 5 euro dziennie, odtwarzanie video z obrazem i dźwiękiem 12 euro dziennie. Maksymalny dostęp do 4 urządzeń z maksymalną przepustowością, z dźwiękiem i obrazem 23 euro dziennie. Zrozumiałe, że jako osoba nieuzależniona od internetu, darowałam sobie tę przyjemność.

Za to w pierwszym porcie, Alesund, trudno było się przecisnąć przez bramę, w której przejście tarasowały tłumy z laptopami i tabletami, ponieważ akurat prawdopodobnie w tej bramie był bezpłatny dostęp i dobry zasięg. My znaleźliśmy to w mieście, w jednej z kawiarń, tyle że ja nie zabrałam swojego laptopa, więc jedynie gapiłam się znudzona na współtowarzyszy.

Na sformułowane nagląco pytanie z gazetki (brzmiące może niefortunnie z powodu tłumacza automatycznego): „Czy chcesz się odwzajemnić w mroku wieczoru?” jest tylko jedna odpowiedź: „OBRÓBKA WIEKU Z BOTULINĄ” lub „HYAlURONIC ACID” i wizyta w hotelu MSC Aurea Spa na konsultacje prywatne. Ceny nie podano. Za rezerwację 4 masaży jakieś nieprzetłumaczalne bonusy tudzież cała paleta dostępnych „lekarstw” – jak je zwą. Za 29 euro kąpiele termalne z chili dla 2 osób. Do tego przy zakupie „jednej produkcji słonecznej Collistar”darmowy prysznic słoneczny” – cokolwiek by to było.

Do tego reklama salonu fryzjerskiego Jeana Louisa Davida, „dotrzymującego aktualnych trendów mody”. Te aktualne trendy to jakieś pasmo rudości w tłustawych włosach klientek, widoczne przed wieczorem galowym wśród wielu pań. A może nie tłustości, tylko jakiś żel, lub kolor nie rudy, tylko wiewiórkowy, wystrzępiony, niestety nie znam się na tym. Poniżej zdjęcie jednej z pań, wyjątkowo młodej tym razem, która kolor włosów dobierała prawdopodobnie do koloru trampek. Wiewiórkową panią spotykamy w barze, najchętniej odwiedzanym, z licznych dostępnych, przez moje towarzystwo.

IMG_3343

Ciekawym dla Polaka zjawiskiem, któremu nasza telewizja serwuje nieustannie horrorek typu: pijani rodzice opiekowali się dzieckiem, jest widok tatusiów udających się późną porą na drinka z dziećmi.

IMG_3205

Przy wietrze 7 stopni w skali Beauforta zaczyna leciutko kołysać statkiem i jest to kołysanie usypiające, zwłaszcza gdy nakłada się na drgania śruby pod nami. Szczególnie ulubiony nasz bar znajdował się pośrodku statku i tam kołysanie nie było w ogóle wyczuwalne.

Statek jest długi (przypominam: 333 m, choć w niektórych źródłach błędnie podano 1333m, prawdopodobnie myląc stopy z metrami) i ma wiele zakamarków, więc jestem wożona na wózku i trafiam tam, gdzie chcą moi towarzysze. Ja skupiam się na próbowaniu wszystkich kolorów drinków, bowiem jest to dla mnie debiut, jeśli o nie chodzi.

IMG_3238

Nigdy wcześniej nie miałam okazji picia profesjonalnych drinków, takich które przygotowują barmani, mieszając składniki i potrząsając shakerami. Chciałam więc spróbować wszystkich najbardziej znanych, modnych i wychwalanych. Przygotowałam się do tego specjalnie. Lekarstwo przeciwbólowe, które stale muszę zażywać, żeby w ogóle się poruszać, zostało zmienione przez mojego pana doktora na inne, które nie wyklucza spożywania alkoholu, niemniej na końcu rejsu drinków i w ogóle alkoholu miałam dosyć, mimo ich zdecydowanie przeciwbólowego wzmocnienia.

IMG_3436

Swoje degustacje zaczęłam od Pina colada, którą wkrótce uznałam za zbyt słodką i przerzuciłam się na wódkę absolut z cytryną i miętą, w międzyczasie próbując rozmaitych dziwności w różnych kolorach. Potem przyszło Mojito, Margarita, Martini, Cuba libre, Daiquiri, jakieś dwa rodzaje niebieskiego, coś z nazwami „amerykański”, Zombie i na koniec Bloody Mary, widoczne na zdjęciu z liściem selera, w wykonaniu jednego z barów przeraźliwie gorzkie i ostre (pewnie od sosu worchester i chili) i wręcz obrzydliwe, w którym jedynie umoczyłam wargi. Kuda jemu do naszej, swojskiej Krwawej Mary, popijanej w czasie dawnych spotkań Klubu Tfurcuff, nawet z pieprzem zamiast chili i tabasco, lub w ogóle bez angielskich sosów! Oczywiście nie wszystko próbowałam jednego dnia! I nie wszystkie drinki zapamiętałam.

 

IMG_3225

Minusem drink-barów jest niemożliwość jakiejkolwiek sensownej rozmowy z powodu grzechotu baterii kostkarek do lodu, ale przecież chyba nie po rozmowę tam się chodzi. Ludzie wzajemnie się przekrzykują i nawet piosenkarz męczący przed mikrofonem stare włoskie przeboje, serwowane jako koncert p.t. „Nigdy” (!) nie daje rady ich zagłuszyć. Większość pasażerów stanowili Niemcy, a oni w ogóle są bardzo głośni.

Dzień drugi wyprawy rozpoczęłyśmy z moją opiekunką od zwiedzania statku. Najpierw trafiłyśmy na rozrywkę zbliżoną do pomysłów kaowców z niegdysiejszego Funduszu Wczasów Pracowniczych czyli konkursu trafiania piłeczką pingpongową do jednorazowych plastikowych kubeczków napełnionych wodą. Zwycięskie trafienie nagradzano czapeczką albo daszkiem od czapeczki z logo statku. Różnica polegała na tym, że dwoje animatorów kultury (jeden w błazeńskiej czapeczce) prowadząc konkurs, jednocześnie śpiewało i tańczyło i usiłowało rozbawić towarzystwo.

IMG_3276

IMG_3279

IMG_3288

Znudzone opuściłyśmy konkurs i udałyśmy się na najwyższe piętro, gdzie w sali z widokiem na statek, odbywało się coś w rodzaju gimnastyki porannej (z jakąś oczywiście modną nazwą, jak fitness albo coś w tym rodzaju).

IMG_3393

Kolejnym etapem wycieczki po statkowych rozrywkach stało się kasyno. Podniecającemu, wręcz ekscytującemu brzmieniu tej nazwy, zaprzeczył swojski widok automatów do gier z czasów, gdy w każdym przydrożnym barze w Polsce takie rzędy jeszcze bardziej wymyślnych i kolorowych maszyn okupywały rzesze miejscowych chłopaków, brzęcząc garściami drobnych.

IMG_3325

Niestety, Koło Fortuny tak wcześnie nie było dostępne, brakowało też krupierów i pań serwujących drinki. W ogóle brakowało jakichkolwiek osób rozrywających się w ten sposób.

IMG_3322

Przeszłyśmy jeszcze przez salon gry w bingo, gdzie można było wygrać 10.000 koron, i gdzie emocjonowało się sporo osób bez widocznych rezultatów.

W ramach twórczych zajęć proponowano jeszcze wyrób spiralnego naszyjnika z miedzi, mającego przynieść bogactwo, ale o tym dowiedziałyśmy się zbyt późno. Można było też jeszcze wysłuchać wykładów z zakresu sztuki, historii i geografii prowadzonych przez Hildę Belgrano, niestety prowadzono je w języku niemieckim, którego nikt z nas nie znał. W dodatku pani mówiła tak sennym i monotonnym głosem, że działanie usypiające wykładu odstraszało nielicznych, którzy przyszli i zaraz wychodzili.

Tego dnia gazetka informowała o gali w Teatrze Platinum od 17,15 do 18-ej i o obowiązującym tam stroju galowym. Kapitan statku Giuseppe Maresca osobiście miał powitać zebranych, zaprezentować swoich starszych oficerów i szefów departamentów oraz dać możliwość sfotografowania się chętnym w jego towarzystwie. Od 19,30 można było też potańczyć z oficerami. Niestety, nasi panowie albo stroju takiego nie posiadali, albo kontestowali sam pomysł i odmówili udania się na wieczór z kapitanem, jak również na pierwszą i drugą uroczystą kolację. My obie z moją opiekunką nie zdecydowałyśmy się iść same i w ten sposób nasze wieczorowe stroje pozostały do końca rejsu nieużywane. A szkoda. Okazało się ostatniego dnia rejsu, iż przysługujący nam, zarezerwowany na cały rejs stolik, był stolikiem polskim i ominęło nas poznanie dwóch polskich par.

Moja opiekunka wieczorem poszła z resztą towarzystwa do baru, zajrzawszy przedtem na potańcówkę i stwierdziwszy, że nikt nie tańczy, ja zaś zadowoliłam się dwoma niebieskimi drinkami (o różnych smakach) przyniesionym do łóżka, zyskując na jakiś czas przydomek mitycznej „Old grand lady”, której nosi się drinki, ale której w istocie nie ma i która jest tylko pretekstem. Gdy pojawiłam się wreszcie w barze, zostałam zauważona i miło przywitana.

IMG_4268

Tej nocy wpłynęliśmy na Morze Północne i skręciliśmy w kierunku NNW. Słońce wzeszło o 5,17 a zaszło o 22,22. Widełki prognozowanej temperatury: 8-13 stopni C. Gazetka informowała, że przepłynęliśmy od Hamburga 571 mil morskich i że wybrzeże będzie lśniące i będzie widoczne po prawej stronie statku. Niestety, nasze kabiny były po lewej.

Budząc się kilkakrotnie w nocy, za oknem widziałam ciemną szarość, zamiast czerni, odsłaniałam jednak zasłonę, pracowicie zaciąganą przez obsługę podczas drugiego regulaminowego sprzątania. Bałam się przegapić białą noc.

W brzuchu pływającego supermarketu (2) czyli zaokrętowanie

W Hamburgu, jak Jonasza, połknął mnie brzuch Wielkiej Ryby. Zbliżając się do portu, już z daleka widzieliśmy nasz statek, kształtem rufy przypominający ogromną, prostokątną szafę. Parking przed halą dworca portowego, skojarzył mi się z supermarketem i to skojarzenie pozostało przedostając się do tytułu. To był znany, swojski widok. Dopiero po chwili zrozumiałam, że budynek widoczny za halą nie jest blokiem mieszkalnym i nie jest w ogóle budynkiem

IMG_3113

IMG_3119

Oczekiwałam zamieszania, ponieważ zaokrętowanie kilku tysięcy osób z ich bagażami wydawało mi się trudnym logistycznie przedsięwzięciem. Jednak nic z tego. Przed halą dworca stało niewielkie stoisko, gdzie odbierano bagaże, przytwierdzając dziurkaczem wydrukowane wcześniej przez nas opaski, stanowiące część biletu. Nie było doń większej kolejki niż 2-3 osoby i wszystko przebiegało znacznie szybciej, niż się spodziewałam po doświadczeniach z lotnisk.

Z hali przeszkloną ścieżką, podobną do lotniczego rękawa, tylko z powodu wysokości kilkakrotnie składaną zygzakiem, udaliśmy się na pokład. Mój wózek inwalidzki nadaliśmy na bagaż, poruszałam się więc z balkonikiem i w pewnym momencie przestraszyłam się, że trzeba będzie po drodze długo stać. Na szczęście nie trzeba było; kolejka posuwała się szybko. Gości fotografowano i początkowo sądziłam, że to do kart elektronicznych, które miały stanowić statkowy „dowód osobisty” i kartę płatniczą. Dopiero potem dowiedziałam się, że to uwieczniano tych, którzy chcieli mieć pamiątkę ze wstępowania na deski pokładu, gdy zauważyłam, że niektórzy machali ręką i tych pomijano.

Jeżeli się nie zna języków i zwyczajów panujących w danym miejscu, człowiek czuje się dziwnie; jakiś gorszy, taki, dla którego rzeczy oczywiste dla wszystkich innych, są zagadkowe, a przez to głupkowaty. Doznawanie podobnych uczuć w starszym wieku jest bardzo niekomfortowe, ale pozwala sobie przypomnieć lata dzieciństwa. Obnaża jednak nasze zacofanie w „światowych” zwyczajach. Jak można było pomyśleć, że fotografowanie czyjejś fizys jest przymusowe?! Tylko z peerelowską przeszłością pojawiają się takie złogi mentalne. Niestety, złogi te odzywają się w najmniej stosownych momentach, gdy na przykład mamy wątpliwość, czy możemy wynieść banana lub kanapkę z baru, bowiem z wczasowych stołówek wynoszenie jedzenia zawsze było zabronione.

Bagaż podręczny skrupulatnie prześwietlano konfiskując niektórym alkohol, który wędrował do depozytu. Należało wcześniej wykupić pakiet napojów, zresztą bardzo drogi, lub w tańszym, ilościowo limitowanym, dopłacać do zamówień, więc własny trunek był niedozwolony. Mnie skonfiskowano grzałkę ze szklanką w specjalnym opakowaniu, która służyła mi przez cały PRL w delegacjach i bez której nie wyobrażałam sobie życia. Konfiskujący nie wiedzieli, co to jest i dowiedziawszy się, byli bardzo rozbawieni, do dziś nie wiem czym. Prawda jest taka, że obejrzawszy wizualizację kabiny na stronie internetowej statku, dopatrzyłam się iż nie ma tam czajnika elektrycznego (chociaż jest pojemnik na kostki lodu), a nie wyobrażam sobie porannego wstawania bez szklanki gorącej herbaty lub ziółek, jestem wręcz od tego napoju uzależniona. Nie jem śniadań wcześnie rano; muszę jednak zjeść kęs czegokolwiek i wypić gorący napój oraz zażyć leki. Na statku na śniadanie chodziliśmy ok. 10-ej rano z resztą mojego towarzystwa, a ja wstawałam nawet przed szóstą. Cztery godziny bez herbaty – nie do pomyślenia.

Konfiskata grzałki nie zmartwiła mnie jednak, jak również rozbawienie kontrolujących i żarty mojego towarzystwa, że babcia terrorystka chciała przemycić w grzałce bombę, bowiem i tak przypadkiem postawiłam na swoim, co znakomicie podniosło moją samoocenę. Pakując się w domu, w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że nie sprawdziłam, czy moja grzałka jeszcze po latach działa i na wszelki wypadek, nie chcąc przeszukiwać podręcznego bagażu, wrzuciłam wraz z zasilaczami do laptopa, czytnika, telefonu i dyktafonu, tudzież wymienną pamięcią, inną grzałkę, nietypowego kształtu, płaską płytkę, a ona w plątaninie kabli i akcesoriów nie zwróciła niczyjej uwagi. Tak więc cieszyłam się cały rejs gorącą herbatą na wodzie pitnej z butelek, zamiast niesmacznej, niezbyt gorącej wody z termosów, słabo naciągającej herbatę i kawę w restauracji-barze. Jako osoba przewidująca, miałam też własną herbatę w saszetkach ulubionego gatunku.

Dostawszy się pokład, doznałam oczopląsu od wszystkich tych świateł odbitych w lustrach i wypolerowanych metalowych elementach, błyszczących kryształów i szkiełek, tak że pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było przecieranie okularów.

IMG_3318

Dezorientację pogłębiał fakt, że weszliśmy od razu w przestrzeń widoczną kilka pięter w dół, co miało (zapewne świadomie) uzmysławiać fakt ogromu statku.

IMG_3314

Jako osoba z lękiem przestrzeni, nie odczuwałam tego widoku komfortowo, choć nastrajał mnie on dziwacznie. Tu muszę wspomnieć o pewnym fakcie fizjologicznym, towarzyszącym mi od dzieciństwa, gdy stykam się z przestrzenią widoczną w dół – mianowicie mrowią mnie i drętwieją podeszwy stóp. Dolegliwość tego doznania zależy też od rodzaju podeszew butów, które mam na nogach i zawsze mam wrażenie, że ubierając się, nie przewidziałam wcześniej i nie wzięłam tego pod uwagę (obok innych okoliczności).

Tutaj muszę dodać też inną dygresję. Przy okazji publikacji poprzedniego odcinka padło pytanie o moje odczuwanie luksusu. Czy gdyby, powiedzmy w latach siedemdziesiątych, ja i inni młodzi ludzie, wychowani w PRL, trafili na podobny statek, jaki byłby ich stosunek do luksusu? Czy zauważalibyśmy, że plusz kanap jest wytarty, marmurowa podłoga łazienki zarysowana, a wykładanie schodów kryształami Swarovskiego głupotą, skoro można było fundusze na to poświęcone zużyć lepiej? I w ogóle jaka jest funkcja takich luksusów? Które z nich są zbędne, wręcz absurdalne, a które stanowią prawdziwy komfort życia?

Przypomina mi się rozważanie piękna Luwru, przy okazji zwiedzania Paryża. Kiedy uświadomimy sobie, że wszystkie toalety zostały dobudowane wieki później, bowiem współcześni załatwiali się po kątach pałacowych korytarzy, a w związku z tym panował niemiłosierny smród i dwór królewski w lecie musiał przenosić się do innych zamków, zaczynamy rozumieć, że luksus nie ma jednolicie rozsądnego oblicza. Nie jest jednoznaczny, a nawet nie jest nastawiony na wygodę. Pewien dyktator miał deskę sedesową wykładaną drogimi kamieniami i nie sądzę, żeby mu było na niej wygodnie siedzieć. Ściślej mówiąc, luksus otwiera odbiorcę na wygodę tylko określonego rodzaju – publiczną, nie prywatną. Albo na to, co w danym czasie, za wygodę się uważa.

Kiedy tak pojmować będziemy luksus, zrozumiemy, że można go kontestować, zwłaszcza, gdy nie jest nasz. My, dzieci PRL, na początku zachłysnęliśmy się tym, co można było zobaczyć na Zachodzie, a co dla nas było niedostępne, szybko jednak przyzwyczailiśmy się, a teraz przychodzi pora na bliższe przyjrzenie się, co dzięki niemu zyskujemy. Przynajmniej ja odbieram go wyłącznie jako nowe, ciekawe doświadczenie, ale nie umiem się nim cieszyć. Może to przywilej i obciążenie starości?

Szkoda, że nie byłam skłonna do podziwiania owych schodów, wykładanych kryształami i bynajmniej nie było mi żal, że nie mogę po nich dostojnie kroczyć! Przeciwnie, oczami duszy zobaczyłam siebie niezdarnie wspinającą się po jednym schodku, wysiłkiem rąk nadrabiającą niezgrabność nóg i czar, nawet gdyby był, to by prysł. Luksusowe czy nie, nie zastąpią windy.

Pisząc te słowa przypomniałam sobie siebie młodą szesnastoletnią dziewczyną, czytającą z wypiekami „Przekrój” – czasopismo w którym pod hasłem „czar czterech kółek” zapoznawano nas z modelami samochodów i z kulturą ich używania, podczas gdy w Polsce wówczas prawie nie było prywatnych samochodów. Do mojej szkoły przyszedł chłopiec, rówieśnik, syn ambasadora, któremu ojciec dawał prowadzić ich samochód, wspaniałego, bodajże opla, białego z czarnym dachem. Ten samochód był wówczas dla mnie znamieniem luksusu, ale znamieniem nieosiągalnym, a ten chłopiec ucieleśnieniem świata, którego nigdy nie miałam zakosztować. Dziś uświadamiam sobie jak, daleką przebyłam drogę… I że w międzyczasie biały samochód z czarnym dachem przestał być czymś ważnym w moim życiu, podobnie jak nie stały się nimi kryształowe schody.

IMG_5360

Dostaliśmy karty i gazetkę pokładową, a ja, nie znająca poza paroma słowami języków, zapoznałam się przede wszystkim z obrazkami. Pierwsze, co rozgryzłam, to sugerowany rodzaj odzieży na dany dzień. Na 18.maja, początek podróży, zalecano elegancką. Trochę trudne po 850- kilometrowej podróży, kiedy właściwie niczego się nie chce.

Scan strój

Zawsze wydawało mi się (mimo wychowania w PRL), że kulturalny człowiek sam wie w co i kiedy należy się ubrać. Przypominanie mu że na galę z kapitanem należy założyć ubranie wieczorowe, a na obiad elegancką, zaś do basenu kostium kąpielowy, który nie jest ubiorem stosownym na śniadanie, uważałam za traktowanie poniżające, podobne temu, które z PRL kazało wypożyczać panom w sweterkach krawaty i marynarki w restauracyjnych szatniach. Jesteś plebsem, którego należy pouczyć w zakresie panujących towarzyskich reguł. Ale widać obecnie nie było to dla nikogo niezwykłe, podobnie jak nie jest niczym nadzwyczajnym żądanie od nieumundurowanych pracowników firm określonego stroju.

Odszukaliśmy windy i udaliśmy się na nasz pokład mieszkalny – 11. Z naszego balkonu znakomicie było widać nabrzeże i załadunek tego, co będziemy jedli i pili

IMG_3134

IMG_3144

I panoramę portu, który zostawialiśmy za sobą

IMG_3160

IMG_3171

W barze na 14 piętrze o wystroju azteckim i znamiennej nazwie Buffet Inca&Maya,

IMG_3174

z potworkami szczerzącymi zęby na blatach stołów

IMG_3371

i na ścianach w części serwującej drinki.

IMG_3658

W brzuchu pływającego supermarketu (1) czyli moja relacja z wyprawy za Koło Podbiegunowe.

Jako uczennica szkoły podstawowej fascynowałam się geografią, traktując ją jednakże w swoisty sposób, przetwarzając nabywaną wiedzę własną wyobraźnią w magiczne zakątki. Te miejsca, stworzone z głową w chmurach, często w oderwaniu od realiów, miały niewiele wspólnego z rzeczywistymi miejscami i z powodu niemożliwości podróżowania, pozostały dla mnie do schyłku życia wewnętrzną bajką.

Jednym z takich miejsc było Koło Podbiegunowe. Z powodu nazwy, sugerującej magiczny okrąg i przekonania, że stamtąd do Bieguna już tylko jeden krok. A bieguny to przecież wyprawy słynnych podróżników, jak Cook, Peary, Amundsen, Scott i inni. Czytałam o ich przygodach z wypiekami na twarzy, o wyścigu między krajami, czyja noga pierwsza stanie na biegunie, o wyprawach ratowniczych, przedsięwziętych w poszukiwaniu zaginionych i o udziale Eskimosów (obecnie z poprawności politycznej zwanych Inuitami) w tych wyprawach, ich umiejętnościach, stylu życia i ciekawostkach obyczajowych.

Odnajdując na starość w sobie wewnętrzne dziecko, podążam czasem za swoimi marzeniami, sprawdzając, jak tam jest naprawdę. Zawsze jest inaczej, ale rzadko jestem rozczarowana, ponieważ odnajduję w zamian coś innego, nieoczekiwanego. Nawet po tej ostatniej wyprawie, która z romantyką podróży nie miała zupełnie nic wspólnego, czuję się usatysfakcjonowana. Zobaczyłam świat luksusu według wyobrażeń Europejczyków, najczęściej starszych i dobrze sytuowanych, błyszczący kryształami i lustrami (także na sufitach), wypełniony różnokolorowymi drinkami i rozrywką kulturalną na miarę wczasów FWP za PRL. Moja wyprawa odbyła się statkiem MS Preziosa, wielką pływającą kamienicą, gdzie na 11 piętrze zajmowałam z współtowarzyszką podróży kabinę z balkonem, łazienką, w żadnym stopniu nie przypominającą kabin na statkach, którymi kiedyś pływałam. O statku można poczytać na stronie:

http://www.namorzu.pl/p,MSC-Preziosa

Pasażerów statek liczy, wg różnych źródeł ponad 4000 – 4500 osób, plus 1370 osób obsługi. Zwodowany został w 2013 roku, podobno początkowo na zamówienie syna Kadafiego. Ma 18 pokładów pasażerskich i 1751 kabin. Na statku wydawana i dostarczana do kabin jest codzienna specjalna gazeta informacyjna, także telewizja ma kilka kanałów ukazujących stale różne miejsca na statku.

Jest tu wszystko: sklepy, bary, restauracje, baseny, kasyno, teatr, liczne windy, a nawet dzieła sztuki przedstawiające świecące, smukłe kobiety z monstrualnie wielkimi udami czy rzeźby z cukierków. Jedyne, co mi przeszkadzało, to nadmiar ludzi dookoła i hałas, który wytwarzali, przekrzykując siebie i wszechpanującą muzykę. Pasażerowie przeważnie byli Niemcami w wieku emerytalnym, sporo osób poruszało się na wózkach, z chodzikami i o kulach. Było też kilkoro dzieci. Z języków używano głównie niemieckiego, angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Polski usłyszałam dopiero ostatniego dnia podróży. Podobno Polaków było 50 osób, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Na stronie:

http://platine.pl/najwiekszy-wycieczkowiec-w-europie-wyrusza-w-pierwszy-rejs-0-1272696.html

można dowiedzieć się, że: „MSC Preziosa to przede wszystkim luksus. Podłoga na statku wyłożona została żyłkowanym białym marmurem, a sofy ozdobione w czarny i purpurowy aksamit. Na powierzchni 30.000 metrów kwadratowych znajdują się 4 baseny, kasyno, restauracje, bary, siłownie, centrum handlowe, biblioteka oraz teatr. Koszt budowy statku to aż 550 milionów dolarów.

Dzięki długości 1.333 metrów MSC Preziosa zyskał tytuł trzeciego najdłuższego statku wycieczkowego na świecie i największego w Europie. Ten ważący 1400.000 ton gigant na morzu jest w stanie osiągnąć prędkość 23 węzłów.”

Słynne są schody wyłożone tysiącami kryształów Swarovskiego – o czym poinformowano nas z dumą na początku rejsu, wymieniając dokładną ich liczbę, którą zresztą zaraz zapomniałam.

Oto statek w porcie Alesund

IMG_3522

I w porcie Geiranger:

IMG_4411

skąd wysunięto dlań bardzo długi, pływający trap

IMG_4350

Trasę wycieczki obrazuje mapa skopiowana z jej programu

Trasa

A to nasza kabina. Kolorami i wykładziną nad solidnym, podwójnym łożem przywodziła na myśl pływający dom uciech, zwłaszcza, że naprzeciw znajdowało się wielkie lustro w pozłacanych ramach. Sposób ścielenia tego łoża był wysoce zagadkowy i niepraktyczny. Mnie przeszkadzał w poruszaniu się chodzikiem, ponieważ w jego kółka wplątywały się misterne fałdy układane z prześcieradeł i narzuty w narożnikach.

IMG_3143

IMG_3704

Ściana niewidoczna na zdjęciu składała się z 2 luster: nad barkiem i na przeciw łoża. Na ekranie telewizora widoczny „babciny serial” (tak nazywany przez moją towarzyszkę i opiekunkę) – czyli stale aktualizowane informacje o szerokości i długości geograficznej, prędkości statku, długości przebytego dystansu w milach morskich, prędkości wiatru i głębokości morza wraz z mapkami aktualnej pozycji oraz sylwetki najważniejszych osób na statku.

IMG_3688

W skład pokoju wchodzła malutka kabina prysznicowa i toaleta, tym różniąca się od normalnych toalet, że opróżniana jest dopiero po zamknięciu klapy; wskutek utworzonego podciśnienia wysysana jest zawartość, co oszczędza zużycie wody na statku, powoduje jednakże spory hałas. Kabiny sprzątane są dwukrotnie w ciągu dnia, a sprzątający zabawiają lokatorów różnymi sztuczkami w rodzaju zwijania końcówki papieru toaletowego i chusteczek higienicznych z podajników w ząbek, czy też tworzenia z koszul nocnych kwiatu róży, jak na zdjęciu poniżej. Jak luksus to luksus, a co?!

IMG_5324

Na zdjęciu widnieje też gazetka pokładowa z programem na dzień następny, pozostawiona przez pokojowego Filipińczyka (poprzedni był przemiłym Brazylijczykiem), wydawana w kilku językach, choć nie po polsku. Ciekawe jest to, że w żadnym miejscu statku nie odnalazłam termometru, a w informacji na ekranie telewizora brakowało aktualnej temperatury powietrza, jakby była to informacja wstydliwa. W pokazanej gazetce widnieje tylko prognoza dobowa, z bardzo szerokimi widełkami wskazań, z uwagi na spory dystans podróży. W ciągu 12 dni podróży mieliśmy temperatury od bliskich zera z opadami śniegu do ponad plus 30 stopni w Hamburgu. Mimo tego nikt się chyba nie pochorował, możliwe że wskutek ustawicznej dezynfekcji wszystkiego, co się dało. Personel stale biegał ze spryskiwaczami i natryskiwał dłonie powracających z portu, udających się do barów i restauracji. To był chyba najczęstszy widok – taki człowiek z butlą płynu dezynfekcyjnego nagabujący podróżnych jak u nas roznosiciel ulotek na stacji metra.

Znamieniem luksusu naszej kabiny był balkon, z którego robiłyśmy zdjęcia i na którym trzymałyśmy mój wózek inwalidzki. Tylko raz w czasie podróży siedziałyśmy na nim opalając się z godzinkę, w jeden słoneczny dzień, który trafił się nam jak ślepej kurze ziarno.

IMG_3463