Kapelusze

To, co budziło moje zainteresowanie na ślubie w angielskich sferach wyższych, to kapelusze pań. Sukienki były proste, choć czasem wymyślne, za to kapelusze nadrabiały z nawiązką tę udawaną prostotę.

Nie mam zrozumienia dla podobnych uroczystości, przeciwnie, raczej mnie nudzą i denerwują. Także stroje obecnych – przynajmniej na samym ślubie –  nie budzą zachwytu i nie wytrzymują konkurencji z pokazami mody. To skutek wychowania w siermiężnym kraju, gdzie w ogóle noszenie jakiegokolwiek kapelusza przez kobietę, było wyzwaniem stawianym ustrojowi. Nosiły je jedynie starsze panie, jakieś przeżytki czasów, gdy popularnym zawodem była modystka, nam, młodym, znana jedynie z lektur. Normalna kobieta nosiła chustkę na głowie, choć przyznaję uczciwie, że można było ją wiązać na różne sposoby.

Zdjęcie pierwsze od lewej przedstawia zwykłe wiązanie chustki, kolejne typowo wiejskie wiązanie z przykrytym czołem (na wschodzie Polski zazwyczaj białej), ostatnie w rzędzie tzw. modne wiązanie w zimie. W rzędzie poniżej odpowiednio pierwsze i drugie zdjęcie ukazuje wiązanie przy pracy w lecie, gdy pot spływał z czoła, a włosy przeszkadzały, ostatnie zaś (nomen omen) modne wiązanie chustki na tzw. faraona, po którym już chustki definitywnie wyszły z mody. Różniło się ono od poprzednich tym, że nie składano chustki po przekątnej, tylko wykorzystywano rogi na jednym boku kwadratu. Dwa sąsiednie wiązano nad czołem, pozostałą część spuszczając na plecy i potem zarzucając na czoło, a pozostałe dwa rogi wiążąc na karku, ukrywając węzeł pod spływającą chustką i szeroko rozkładając powstałą kieszeń. Pierwsze dwie chustki w dolnym rzędzie były możliwie najmniejsze, często tylko trójkątne, a nie składane z kwadratu w trójkąt, ostatnia zaś, możliwie jak największa i często wykonana ze świecącej, jednobarwnej  podszewki, podczas gdy pozostałe były raczej kolorowe. Współczesne chustki mają inną fakturę tkaniny, są raczej śliskie i powiewne, dawne zaś były szorstkie i sztywne, żeby lepiej trzymały się na włosach. Dlatego chustki na moim selfie nie wyglądają identycznie, jak ówczesne Poniżej moje zdjęcia z młodości w takich chustkach:

Dopiero w latach sześćdziesiątych panie (a nie kobiety!) nieśmiało zaczęły nosić kapelusze. Były one początkowo proste, czarne albo szare, ze wstążką tylko o ton jaśniejszą lub ciemniejszą. Ja zadawałam szyku starym przedwojennym kapeluszem ojca, z ciemnej pilśni z szerokim rondem i męską wstążką z rypsu. Kapelusz był elegancki, niestety ja, dość niska (choć wówczas mój wzrost 1,58 określano jako średni) czułam się nieco  przez tę elegancję przytłoczona. Nie przypominam sobie wówczas kapeluszy kolorowych (poza słomkowymi na jarmarkach), ale na co dzień nikt ich nie nosił.

Oglądając paradę kapeluszy na ślubie angielskiej pary, przypomniałam sobie, jak bardzo za PRL wyśmiewano wszystko, co odbiegało od standardu ubrań, fryzur i w ogóle wyglądu. Zupełnie inaczej myślano o kolorach – płaszcz królowej angielskiej i stroje arystokracji uznano by wówczas za „jarmarczne”. Inna rzecz, że ówczesne tkaniny, głównie z surowców naturalnych, jak wełna i bawełna i metody ich barwienia, nie pozwalały na osiąganie obecnych efektów. Jednak wbudowano mi przekonanie, że np kolor czerwony i inny jaskrawy, są niestosowne dla eleganckiej kobiety.

Moją ulubioną barwą był turkus i butelkowa zieleń, nie znosiłam zaś brązów i szarości, także różu, szczególnie w postaci „brudny róż” – obowiązkowego koloru majtek i halek damskich, a kolor żółty, w myśl ówczesnych przekonań, był stosowny jedynie dla brunetek. Jednak wszystko były to barwy typu „przydymione”. Pamiętam swoją radość, gdy w sklepach pojawiła się biała damska bielizna, a nieco później nawet czarna. Na fali mody na filozofię egzystencjalistów, która właśnie dotarła do Polski, kobiety zaczęły nosić czarne sukienki, co prawdopodobnie pociągnęło za sobą konieczność noszenia czarnej bielizny.

W ogóle świat tamtych czasów był brudnoszary, jak czarno białe filmy lat pięćdziesiątych i czarno biała telewizja. Amatorskie fotografie, marnej jakości i na najtańszym papierze, własnoręcznie obrabiane przy nikłym świetle czerwonej żarówki, wkręcanej w łazience (gdzie nie było okna), nie przekazały barw, które czasem się trafiły. Pamiętam do dziś moją turkusową sukienkę, robioną własnoręcznie na drutach z francuskiej włóczki boucle, przywiezionej mi przez kogoś, pełnej supełków, nadających dzianinie niepowtarzalną fakturę, którą zadawałam szyku w towarzystwie, a wyglądającą na fotografii, jak szara szmata.

Przy okazji chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawą rzecz, która mnie uderza, zarówno we wspomnieniach „chustkowych”, jak i obrazkach z z krajów islamskich. Widać tam wyraźną tendencję (podobnie jak na polskich wsiach u bardzo starych ich mieszkanek, wcześniej u większości kobiet), noszenia chustki w taki sposób, że zasłania ona czoło. Ten pęd do zasłaniania czoła, nie wiadomo czym kierowany, widać wyraźnie także we współczesnych zdjęciach główek w prasie. Pisałam o tym kiedyś w odcinku Babci ezoterycznej „Magiczne obcinanie czoła”
http://www.taraka.pl/magiczne_obcinanie_czola

Kapelusze pań na ślubie angielskiej książęcej pary, jakkolwiek jawiące mi się dość śmiesznymi i nie zawsze twarzowymi, wydają się dowodem, że żadna etykieta, nawet najbardziej restrykcyjna, nie obejdzie się bez wykwitów oryginalności za wszelką cenę. Stopień tej oryginalności, możliwe że świadczy o stopniu wewnętrznej wolności obserwowanych osób. Przynajmniej tak mi się wydaje – że przekłada się też na wolność danego społeczeństwa.

To co prawdziwe

To, co budzi autentyczne emocje, co jest do bólu prawdziwe, raczej nie jest perfekcyjne. Perfekcja wymaga opanowania, przemyślenia i obróbki. Ale przede wszystkim założenia – które wszystkimi tymi zabiegami kieruje.

Myślałam o tym oglądając ostatnią wizytę w sejmie minister Rafalskiej i słowa niepełnosprawnego chłopca. Nie kontrolował swoich ruchów, powtarzał się w swojej wypowiedzi; towarzyszące mu kobiety płakały i błagały panią minister o przychylność (tak się teraz ładnie mówi – pochylenie się), usiłując powstrzymać spazmatyczne drganie jego nóg, a on w kółko to samo, i to samo. Nikt nie ośmielił się mu przerwać. Żałosne widowisko. Wszyscy, którzy go słuchali chcieli żeby wreszcie przestał, żeby zamilkł, żeby zaczął wyglądać zwyczajnie i nie obnażał tak swojej rozpaczy, żeby nie oddziaływał na widzów z taką siłą.  Moja znajoma mówi pogardliwie o podobnym obnażeniu uczuć, terminem zaczerpniętym od kucharzy – soute. Nawet komentatorka TVN24 z trudem powstrzymywała łzy i drżenie głosu, choć oczywiście potem wypowiedź przycięto i ucywilizowano. Ja zaciskałam dłonie, błagając go w myślach o składniejsze i precyzyjniejsze dobieranie słów.

Sceny, jak opisana, pokazują nam, jak bardzo głęboko w nas tkwią ludzkie dramaty i jak wiele byśmy chcieli zrobić, żeby ich nie widzieć. A kiedy uświadomią nam, jak ogromna bywa skala ludzkich tragedii, nie wiemy sami, jak się zachować. Nasza kultura wymaga opanowania, przemyślenia i dostosowania się do określonych szablonów. Nawet nieszczęścia wymagają podporządkowania się określonym standardom. Inaczej czujemy zażenowanie.

Mam na to prosty przykład.  Jeśli ktoś stanie na ulicy, postawi przed sobą jakieś pudełko i zacznie śpiewać – uznamy, że jest ulicznym śpiewakiem, zarobkującym w ten sposób. Jeśli ktoś inny stanie tyłem do ulicy, nie postawi przed sobą pudełka i zacznie mówić lub śpiewać – uznamy go za wariata. Nad pierwszym może się zlitujemy, drugi wzbudzi raczej niechęć i obawę, jako ktoś, kto może uczynić coś nieoczekiwanego i zagrażającego otoczeniu.

Pan Wojciech Eichelberger ponoć napisał takie zdanie: ” Bólu w związkach z ludźmi doznajemy wtedy, gdy poszukujemy w drugiej osobie ratunku i ukojenia i nie udaje się nam ich wyegzekwować. Prawdziwa miłość nie boli. Cierpienie wynika z jej braku. Domaganie się od Bogu ducha winnych ludzi, aby stali się ratunkiem, remedium na nasze niespełnione życie, jest agresją przebraną za słabość i prowadzi nieuchronnie do konfliktu”

W ten sposób pan WE widzi wszystkie sytuacje, gdy jednostka potrzebuje wsparcia innych (także i protesty osób niepełnosprawnych), jako agresywne i roszczeniowe, a osoby te uznaje  z góry winne za powstały konflikt – co jasno wynika z drugiej części wypowiedzi. Przedkłada więc to, co obrobione, dopasowane do standardów, nad spontaniczne i autentyczne – co może dziwić u kogoś, kto jest psychologiem.

Jednak pierwsza część wypowiedzi jest bardziej bulwersująca, bowiem sięga nie tylko do przejawiania emocji, ale do ich odczuwania, gdy pisze, że prawdziwa miłość nie boli, a cierpienie wynika z jej braku, a właściwie niemożności wyegzekwowania od innych tejże miłości. Tym samym pan WE jest reprezentantem podejścia ekonomicznego czy raczej wolnorynkowego do sfery uczuć człowieka: Cierpisz, bo nie możesz dostać. Brak= niemożność wyegzekwowania.

Mój znajomy, astrolog, W. Czylek, napisał w dyskusji nad tym twierdzeniem:  „Ale cierpienie to nie pies tresowany, to wilk prosto z lasu, wolnowybiegowy” W pełni się z nim zgadzam. Cierpienie nie musi wynikać z braku miłości. Miłość tę można mieć, ale można mieć także dylematy moralne, można zetknąć się z obiektywnymi okolicznościami, uniemożliwiającymi czy utrudniającymi jej realizację (sięgając chociażby do literackiego przykładu Romea i Julii) – jest na to wiele przykładów i dowodów. Dlaczego więc pan WE serwuje nam taki, nieprawdziwy obraz? Wszak nie każdy poszukuje w drugiej osobie ratunku i ukojenia, nie każdy nawet chciałby go przyjąć. Życie jest o wiele bardziej skomplikowane, niż panu WE się wydaje.

Polityka i poglądy polityczne głębiej się wdzierają się w nasze własne przekonania moralne, niż jest to konieczne, potrzebne i zdrowe. Liberalizm w pewnych dziedzinach się sprawdza i jest pożądany, a w pewnych nie – zaciemnia tylko spojrzenie na świat, na nasze człowieczeństwo i nasze powinności. Wszystkie polityczne „izmy” są tylko przybliżeniem, odnoszącym się do wielkich mas ludzkich jako całości, a nie do uczuć pojedynczego człowieka. Wszak między socjologią, a psychologią są istotne różnice.

Posługiwanie się myśleniem ekonomicznym, gdy mówi się lub pisze o miłości (obojętnie jakiej: rodzicielskiej, erotycznej, czasem też bliźniego), jako oczekiwaniem od przedmiotu miłości profitów,  jest fałszywą ścieżką i samo w sobie może być przyczyną innego bólu i smutku. Gdy tak myślimy o uczuciach, nigdy nie będziemy widzieli wyjścia, jak z błędnego koła. Nie da się bowiem innymi sposobami – jak w ekonomii, zdobyć środków na zaspokojenie pragnień, a samo pragnienie, bądź jego odczuwanie, może być celem.

Zdjęcie użytkownika Mariusz Pieczykolan.

 

Pochwała niepamięci

Składałam ostatnio przez telefon komuś życzenia urodzinowe, z okazji wejścia w czwartą (raczej ostatnią) ćwiartkę i chciałam powiedzieć coś oryginalnego. Wiadomo, zaczynamy zawsze od zdrowia, potem pomyślność, pieniądze, spełnienie marzeń (zakładając, że się je ma, albo są możliwe do spełnienia) itd. Trochę buntowałam się, nie lubię stereotypów, więc opędziłam się życzeniem, że zawsze mu dobrze życzę. Nieważne, co powiem, mam nadzieję, że sam to wyczuwa, choć pewnie formalności są istotne dla otoczenia. Powiedziałam też innemu przyjacielowi, który skarżył się wcześniej na swoją marną pamięć, że to czasem jest niedoceniane dobro, a gdy zażądał dowodów, przedstawiam poniższą tezę (tylko z godzin poprzedzających naszą rozmowę – a dowodów na poparcie jest więcej), która bardzo mi się podoba także z racji swojej nieprzewidywalności:

Święte i niewzruszone przestaje być święte i niewzruszone

W rodzinie miałam opinię takiej, która zawsze wie, gdzie wszystko leży. Synowa potrafiła zadzwonić z działki z pytaniem, gdzie są uszczelki, a ja odpowiadałam z marszu: w budce, na trzeciej półce od góry, w czerwonym koszyczku, w buteleczce po potasie uszczelki hydrauliczne, a od butli gazowej w kuchni, w drugiej szufladzie od góry, najbliższej drzwi, w pudełeczku po żółtych cytrynowych landrynkach.

Na starość wydaje mi się, że miejsca przebywania niektórych przedmiotów nie są właściwe. Wynalazczość starszych ludzi nie ma granic! Stare miejsca albo są nielogiczne, albo jest do nich zbyt utrudniony dostęp. Wobec czego zmieniamy je, a potem, jak to na starość bywa, zapominamy, gdzie przenieśliśmy. Ja zapomniałam czy w ogóle rzecz przeniosłam, czy tylko to rozważałam.

Tak i dzisiaj gdy dostałam mail z Innogy, że wystawiono nowe faktury za prąd, odpaliłam stronę na komputerze, żeby je pobrać. Niestety, wyświetlił mi się napis, że moje oprogramowanie nie pozwala na pobranie tychże faktur i powinnam je unowocześnić (oprogramowanie oczywiście, chodź wolałabym unowocześnić faktury, a w ogóle, zamiast udostępniać na stronie, żeby zechciało się tej, o nieprzyjaźnie brzmiącej nazwie, firmie, wysłać mailem, zamiast tylko łaskawie sygnalizować).

Nie miałam zamiaru unowocześniać swojego stacjonarnego komputera akurat w tej chwili (Stary Word odpowiada mi lepiej do pisania tekstów niż nowoczesne wymysły kierujące mnie w stronę marketingu raczej niż twórczości – także w zakresie słownictwa, podpowiadające reklamowe frazy zamiast oryginalnych przenośni), a chciałam znać termin zapłaty pierwszej z czterech faktur. Przeniosłam się więc na laptop, oprogramowany nowocześniej i mniej przyjaźnie  i tam odkryłam, iż supernowoczesna strona Innogy nie toleruje mojego, zapisanego w pamięci hasła. Podejrzewałam, iż problem wynikł z tego, że nowoczesność, która zagościła w większości oprogramowań, bierze się z faktu, iż ludzi traktuje się jak głupków i w związku z tym poprawia rzekome błędy. Często za błąd uznawane jest moje imię, pisane w adresach mailowych lub hasłach z małej litery. Wystarczy, że durna aktualizacja zaczyna poprawiać kasię na Kasię i hasło można o kant d… potłuc. A lubią od tego zaczynać. Cóż, kiedy haseł jest tak dużo, różne strony wymagają takich czy innych znaków w określonej minimalnej liczbie i stosuję od lat pewien prywatny system selekcji, gdzie duża, czy mała litera jest znacząca.

W każdym razie Innogy wyświetla mi nieprawidłowe hasło i nazwę użytkownika.  Postanowiłam się z nim zmierzyć i poprawiam (ten sam problem od miesięcy) na to samo hasło, tyle że pisane małą literą (tak się uparłam – wszak w ludzkim życiu coś musi być niezmienne, żeby można było dalej go korygować). Załóżmy że dany związek jest trwały, nie można go więc unieważnić; trzeba się dostosować do stanu rzeczy i ssać łapę (gdy pouczano dawniej kogoś, kto czegoś chciał i nie mógł dostać) lub szukać wybiegów.

Moje hasła ustawiam wg, oczywiście, prywatnego klucza. Dla sprawdzenia, czy się nie pomyliłam, sięgam po kartkę z najważniejszymi hasłami. Cóż, nie odnajduję jej w zapamiętanym miejscu, gdzie ongiś zalewałam ją stale poranną kawą. Jeżeli nie znajdę jej, będę musiała zmienić 12 stron moich haseł, a to chwilowo jest dla mnie jak horror w telewizji – płaci się ale nie chce się oglądać. Czyli trzeba albo opracować nowy scenariusz, albo zmienić dostarczyciela telewizji. Pamięć starszej osoby (wchodzącej w 4 ćwiartkę koła) szwankuje, więc nie wiem, gdzie schowałam spis haseł. Wydrukować z komputera nie mogę, bo zabezpieczyłam spis hasłem, a hasło to widnieje jedynie na tej zagubionej kartce. Ot i problem!

Po jakimś czasie szukania odnalazłam spis, oczywiście. A wraz z nimi wydruk z apteki, na środki medyczne na kwotę 733 zł. Przypięłam go do spisu haseł w nadziei, że od czasu do czasu będzie sygnałem, żeby coś w nim sprawdzić. Zawsze kwota wydawała mi się to zbyt duża, a przy okazji protestu matek niepełnosprawnych, usłyszałam gdzieś, że od 3 marca NFZ refunduje 70% wydatków za wyroby medyczne, a nie 30%, jak poprzednio. Usiadłam i zaczęłam przeliczać, choć jak wszystkie babcie, nienawidzę liczyć. System liczenia jest skomplikowany, więc wydrukowałam sobie kilkanaście stron z internetu o liczeniu ulg i poświęciłam godzinę na rozgryzanie skomplikowanego układu (oprócz ulgi na środki są limity kwotowe, a ja nie ograniczam się do środków najtańszych). I co wykryłam?

Moje zapominalstwo, co do spisu haseł Innogy, zaprowadziło mnie do odzysku kwoty ok 300 zł za nieprawidłowe koszty policzenie przez aptekę. Natychmiast zadzwoniłam i złożyłam reklamację.

Niech mi teraz ktoś powie, że starcze zapominanie się nie opłaci!

To był dowód numer jeden. Jest jednak ich więcej. Może napiszę o nich kiedy indziej. Teraz tylko nadmienię, że wolę zanik pamięci, niż bezustanne przypominanie rzeczy nieistotnych, jakichś nazw produktów, nazwisk dziennikarzy telewizyjnych i innych głupot, nie mających dla mnie żadnego osobistego znaczenia, a co przytrafia mi się regularnie w nocy, gdy budzę się nie do końca; mój mózg produkuje takie niepotrzebne, a może nawet szkodliwe wykwity.

Zapominanie uważam za proces naturalny i zdrowy, podobne przypominanie, które opisałam, za przejaw chorobowy. Czuję się jakbym goniła coś, czego i tak nie dogonię.

 

komentowanie

Pewien młody człowiek, otwierający przede mną drzwi do korytarza, gdy wręczyłam mu pęk kluczy i powiedziałam, że drzwi otwiera klucz ciemno zielony, rozpoczął serię komentarzy, że w pęku nie ma jasno zielonego, ani w ogóle zielonego w innym odcieniu, w związku z tym, nie jestem wystarczająco precyzyjna. Widocznie nikt go nie poinformował, że komentowanie każdego cudzego słowa nie jest potrzebne, a czasem wręcz niegrzeczne. Dziś myśli się o prawach komentującego, a nie komentowanego – szala przechyliła się na drugą stronę wolności.

To także w kontekście niepełnosprawności, którą zazwyczaj utożsamia się z niepełnosprawnością intelektualną. Jeśli proponuje się młodemu człowiekowi, żeby zabrał na spacer starą kobietę na wózku inwalidzkim, sądzi on, iż za taką babcię należy też myśleć i decydować. A skoro ma decydować, to czyż nie prostsze jest pójście do Biedronki i przyniesienie zakupów, niż wożenie tam ciężkiego ładunku? Ja zaś pytam siebie: czy to wyłącznie na starych kobietach spoczywa obowiązek wyjaśniania młodym świata?

Oczywiście mogłam odpowiedzieć mu szczerze i uczciwie, że w tym pęku miałam klucz w jasno zielonej oprawce, ale mylił mi się w ciemności korytarza z jasno niebieskim, od dolnego zamka drzwi. Właśnie poprzedniego dnia wymieniłam oprawkę, którą ktoś mi przy okazji kupił w punkcie dorabiania kluczy, z czego bardzo się cieszyłam, bowiem z kluczami męczyłam się już jakiś czas. I że w ogóle Sherlock Holmes nie miał racji, kiedy w jakimś opowiadaniu, po śladach zadrapania wokół dziurki od klucza wydedukował, iż właściciel mieszkania jest alkoholikiem.

W ten sposób, tłumacząc się, włączyłabym się w banalnie głupią dyskusję, jakich wiele na FB – pozornych dyskusji zamulających mózgi i zwiększających chaos informacyjny. I dałabym znak, że nie rozróżniając barw w  półcieniu, nie w pełni kontroluję rzeczywistość – a więc muszę poddać się cudzej kurateli. Dałabym też pretekst do dalszego nieżyczliwego komentowania mojej opowieści, jaką by nie była. Wszak kiedy napisałam w poprzednim odcinku, że interakcja z bliskimi bywa trudna (podając przykłady), odpowiedziano mi, że ćwiczenie jest receptą na owe trudności. Biję się w piersi! Chociaż tak zazwyczaj jest, że to JA mam być wyrozumiała i życzliwa, a nie ten DRUGI, bowiem on nie interesuje się naukami psychologów. Ja mam przewidywać skutki, a nie inni uczestnicy kontaktu.

Za mojej młodości mawiano o takich jak ja: kaleki – zaliczając do nich także leworęcznych i innych odmieńców – szczególnie brzydkich, za niskich, za grubych, nieśmiałych. Życzliwie dodawano czasem tylko przymiotnik: „życiowe”. Życiowe kaleki. Od tamtego czasu nie postąpiliśmy ani krok naprzód w ucywilizowaniu. Nadal jesteśmy, jako społeczeństwo, na poziomie plemiennym. Liczba niepełnosprawnych, rosnąca w każdej społeczności, nadal nie zmusza nas do myślenia. Podobnie, jak nie rozumiemy pojęcia gwałtu: (wszak słowiańskiej babie dawało się maczugą w łeb i za włosy ciągnęło w krzaki, hehehe, nikt się nie patyczkował; jak się kobiety nie bije, to w niej wątroba gnije itp.itd.), tak i nie rozumiemy prawa do godnego życia osób innych, niż my. Mają siedzieć cicho i potulnie milczeć. Są brzydcy, koślawi, wiele im brakuje do naszej sprawnej młodości, nie rozumieją nas, na przykład tego, że spocenie się na słońcu i zaniechanie użycia stosownego kremu, jest horrorem, nieporównywalnym z żadnym innym doznaniem niepełnosprawnego egoisty na wózku.

Chociażby ci, którzy protestują w Sejmie! Nie można im pozwolić wychodzić i wracać, bo będą siedzieć nie wiadomo dokąd. Nie można pozwolić otwierać okien chociaż temperatura wewnątrz podobno sięga 40 stopni, szybciej pójdą po rozum do głowy i przestaną zajmować miejsce. A w ogóle to mówimy o matkach niepełnosprawnych dorosłych, jakby ci niepełnosprawni dorośli wszyscy byli niesprawni intelektualnie i nie mieli prawa się wypowiadać (co na szczęście robią).

Pół biedy, jeśli sprawa dotyczy osiemnastolatka, który zgodził się pchać starą babcię na wózku, nie wiedząc naprawdę, o co chodzi. Rzeczą babci jest uświadomić mu, iż nie tyle chodzi o Biedronkę, jako cel wyprawy, ile o samo wyjście z domu, czyli to, co nasz premier Morawiecki określił, jako dostępność plus. Skoro tego nie potrafiła, albo zaniechała – jej strata.

Temu młodemu człowiekowi nie przedstawiono problemu niepełnosprawności, jako nieuchronności losu, która może dotknąć nas wszystkich. Nic więc dziwnego, że on i jego starsi koledzy – posłowie – traktują osoby niepełnosprawne, jako nie będące w stanie podejmować w pełni racjonalnych decyzji, o czym świadczy nieustanne powtarzanie pani rzecznik rządu o zapotrzebowaniu na pieluchomajtki. Czyż może ktoś, kto jak niemowlę sika w pieluchy, zachować rozsądek i jasność myślenia? A przecież niepełnosprawność nie jednakie ma oblicze. I konieczność używania pieluchomajtek (jeśli nawet zachodzi), nie dyskwalifikuje intelektu osoby (nawet jeśli jest kobietą).

Z takim spojrzeniem trudno podejść do osób z porażeniem mózgowym, jako do normalnych ludzi, chociażby (jak dzieci protestujących w sejmie matek), mówili do rzeczy i z sensem. To nieważne, co mówią, ważne że mają głowy przechylone, ręce pokręcone i jąkają się. I z upodobaniem pokazywani są, jak leżą zwinięci w kłębek na przygodnych legowiskach. Zapewne brzydko pachną po dniach braku prysznica! A ich mamusie! Tak się stawiają, a mają czas pomalować sobie brwi, przyciemnić rzęsy i rozjaśnić włosy! Ewidentnie robią sobie popularność w trosce o kasę! Mają być zapuszczone, brudne i zdołowane!

Nie winie wspomnianego osiemnastolatka – wszak wytrwał w przyjętym na siebie dobrowolnie zobowiązaniu – choć nie było to bierne wytrwanie, ale głośne komentowanie publiczne sytuacji, która go spotkała.  Winię siebie i swoich rówieśników, że nie wychowaliśmy pokolenia naszych dzieci na tyle silnie utrwalonego w przekonaniu o konieczności opieki nad babciami/dziadkami (choć akurat one spełniały oczekiwanie w tym zakresie), aby przekazały kolejnemu pokoleniu imperatyw pomocy starszym członkom rodu. Kiedyś opieka nad starymi w rodzie była związana z podejściem patriotycznym, bowiem to oni zachowywali pamięć wieków. Dziś patriotyzm wynaturzył się do cudzych symboli, cudzych znaków i zmanipulowanej tradycji i niczym dziwnym są oczekiwania, iż muszą wymrzeć pokolenia, które pamiętają, jak było, żeby można było właściwie ocenić historię. A skoro muszą wymrzeć (nie chodzi oczywiście o konkretne osoby, o nie), to lepiej wcześniej niż później, mniej zachodu i wydatków.

Relacje i ogląd świata niepełnosprawnych są przeszkodą, a Unia Europejska w dodatku nas zniewala. Tak naprawdę ci młodzi ludzie nie wiedzą, czym jest prawdziwe zniewolenie. I nie zrozumieją, dlaczego ja czuję się lepiej w Holandii, czy Norwegii albo Szwecji, z obcymi (czasem nawet uprzedzonymi do Polaków), niż w mojej Ojczyźnie. Tam jestem człowiekiem. Wystarczy chwila, żebyśmy się zrozumieli mimo nieznajomości języka. Tutaj jestem wyłącznie obiektem manipulacji i cudzych wyobrażeń. Samotna wśród królewiczów i królewien.

Chociaż, może, jeśli ogarnę się, zacznę naprawiać świat i przestanę brać wszystko do siebie, nie odczuwając zranionej ambicji, zacznę tłumaczyć wszystkim dookoła od początku, jak powinno być w cywilizowanym kraju i co mają zrobić, żeby dorosnąć do norm, zanim się one zmienią.  Tylko jakoś zapału i energii mi brak… Cytując wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „I klonom ręce opadły, i mnie…)

Kontakt

Wiele lat temu, gdy zaczynałam swoją przygodę z literaturą SF, w moim pierwszym nagrodzonym tomie opowiadań „Plama na wodzie” właściwie wszystkie opowiadania związane były z problemem kontaktu między ludźmi lub innymi istotami. Dziś widzę to bardzo wyraźnie, jak problem niezrozumienia, nie tylko między cywilizacjami, ale i osobami jednej cywilizacji, był moją obsesją, ubraną w modny  wówczas garniturek science fiction (także z uwagi na cenzurę, która na SF nie znała się zupełnie). O wiele łatwiej bowiem było już wówczas (nie tylko wtedy) mówić o problemach komunikacji między osobami, nawet bardzo bliskimi sobie, ubranymi we wzory podyktowane fantazją, niż przyznać się przed samym sobą, iż to my zawiedliśmy w rozmowie z bliskimi – im czujemy większą bliskość z daną osobą, tym trudniej komunikować się nam z nią na poziomie werbalnym.

W tytułowym opowiadaniu „Plama na wodzie” opiekuńczość Krystyna nad główną bohaterką jest na tyle dwuznaczna, obnażająca jej naiwność i jego przemyślaną strategię ( nie koniecznie w złych intencjach), że uniemożliwia wzajemną i świadomą akceptację, co kończy się katastrofą. W opowiadaniu „Tryptyk” sklepowa ekspedientka Monika Skwarek mogłaby zmienić świat, gdyby nie kartkowy system dystrybucji żywności, blokujący pełen kontakt między ludźmi. W opowiadaniu „Receptura” opisującym zdziczałe dzieci na obcej planecie, (nota bene opisałam autentyczne wydarzenia z mojej wędrówki z plecakiem po Beskidzie Niskim w roku 1966), między wędrowcami (międzyplanetarnymi podróżnikami i  turystami w opustoszałych po wysiedleniu Łemków górach), a „miejscowymi”, nie ma i nie może być żadnego sensownego kontaktu. I tak we wszystkich kolejnych tekstach.

W „Leksykonie polskiej literatury fantastycznonaukowej” Andrzeja Niewiadomskiego i Antoniego Smuszkiewicza (wyd.`Poznań 1990) podsumowano mój dorobek w taki sposób: „W utworach Katarzyny Urbanowicz Ziemianie próbują sobie podporządkować innych, nie dostrzegają bądź nie liczą się z różnorodnymi formami obcej kultury, brutalnie ingerują w psychikę swoich partnerów” (str. 208).

Minęły lata odkąd porzuciłam literaturę SF, ale odkrywam to u schyłku życia – niewiele się w sprawie kontaktu między ludźmi zmieniło – a jeśli już to na gorsze. Obserwuję także siebie. W końcu przybyło mi od tamtego czasu blisko 30 lat, uważam się za osobę mniej emocjonalną niż wówczas, a bardziej refleksyjną i rozsądną, a w sprawie kontaktów międzyludzkich nie postąpiłam naprzód ani o krok. Przybyło tekstów (w tym powieść „Sierotka” i inne, niewydane), gdzie kontakt i bliskość poddawane są testowaniu w warunkach rzeczywistych, a nie wymyślonych. Cóż z tego, praktycznie nie daję sobie rady, gdy osobiście wchodzę w kontakt pod presją czasu, oczekiwań, obaw, prób obiektywnego spojrzenia na sytuację – wszystko w krótkim odcinku czasowym.

Z pewną osobą, kimś bardzo mi bliskim, z przyczyn obiektywnych kontakt został zerwany dwa miesiące temu. I oto nagle, słyszę w słuchawce telefonu jego głos. Przytłumiony, przerywany, zacichający. Czuję nastrój rozmówcy: robienia dobrej miny do złej gry. To takie: „skoro nie możemy nic zmienić w naszym losie, wyciągnijmy z wydarzeń to, co możliwie pozytywne – naukę, refleksję, inne niż zazwyczaj wykorzystanie czasu” Rozmowa trwa zaledwie pięć minut i zostaje niespodziewanie przerwana.

Teraz opiszę wam moją reakcję, której się wstydzę i nad którą boleję, bowiem nie wykorzystałam zupełnie danego mi przez los czasu, tracąc go na bzdety i nie zdążywszy nawet ogarnąć się. Po pierwsze, dzwonek telefonu zadzwonił wówczas, gdy miałam uruchomioną maszynkę do mielenia mięsa. Spowodowany przez nią hałas, prawie zagłuszył sygnał, mimo że telefon miałam w zasięgu ręki. Złapałam zań w ostatniej chwili, ledwie przelotnie spojrzawszy na nieznany numer. Kiedy usłyszałam głos rozmówcy, pierwszą myślą było, że mogłam dzwonka nie usłyszeć i do rozmowy mogło nie dojść. A przecież tyle czasu na nią czekałam! Zamiast mówić o sprawach ważnych, zaczęłam coś bredzić o mięsie na mielone kotlety i obiedzie, który szykuję. W końcu opamiętałam się trochę i przekazałam wiadomości od innych osób, które miałam przekazać, na okoliczność ewentualnego telefonu. Minęło kilka minut i połączenie, które rwało się od początku, a głos rozmówcy zanikał – zostało ostatecznie przerwane. Nie powiedziałam niczego z rzeczy, które chciałabym przekazać rozmówcy. Ani jednego słowa!

Z tego wszystkiego niewiele zapamiętałam, co mówił mi rozmówca, a przecież byłam głodna jego słów. Pamiętałam bzdety, które ja wygadywałam, a przecież one były najmniej ważne. Po wszystkim pomyślałam, że uczepiłam się swoich głupawych słów, żeby złagodzić emocje, spowodowane brakiem czasu na oswojenie się z sytuacją. Próbowałam odtworzyć to, co przekazał mi rozmówca, ale w mojej pamięci powstawała tylko biała plama. Też nie mówił o niczym ważnym, ale ważność polegała na fakcie kontaktu z tą osobą, a nie na literalnym wygłaszanym tekście. Za to w nocy, w przerwie między kolejnymi wybudzeniami, wracały jego słowa zaplątane w dziesiątki znaczeń – widomy znak, jak bardzo mogą szkodzić próby świadomego panowania nad treścią snów.

Wiele moich ważnych rozmów podobnie wyglądało. Sam dźwięk głosu oddalonego rozmówcy, uruchamiał nienaturalne zamieszanie, w jakie popadałam, a w którym rzeczy ważne były spychane na bok, jakby one mogły wszystkiemu w naszym kontakcie zaszkodzić, chociaż to nie jest prawdą. W każdy taki kontakt nie potrafiłam wejść jako swoja, istotna cząstka, a wchodziłam z całością swoich lęków, fobii, z całą historią swoich życiowych niepowodzeń i zdroworozsądkowym rozeznaniem bieżącej sytuacji. Nawet w takiej interakcji miało znaczenie to, że mam nieumyte włosy i spuchnięte nogi, a sytuacja polityczna pobudziła uczucie zdołowania. Mówiłam nienaturalnie piskliwym głosem (możliwe, że rozpoznawalnym tylko dla mnie), nienaturalnie szybko i entuzjastycznie, jak zły aktor w krańcowej tremie.

Żeby kontakt stał się prawdziwy i głęboki, nie potrzebne było żadne odczucie. Potrzebny był czas, wiele spokojnych chwil, wygodne miejsce do siedzenia, brak innych osób i innych spraw na podorędziu. Na szczęście dla mnie, często tego brakowało i dlatego popełniłam w życiu mniej głupstw, niż mogłam.