Kontakt

Wiele lat temu, gdy zaczynałam swoją przygodę z literaturą SF, w moim pierwszym nagrodzonym tomie opowiadań „Plama na wodzie” właściwie wszystkie opowiadania związane były z problemem kontaktu między ludźmi lub innymi istotami. Dziś widzę to bardzo wyraźnie, jak problem niezrozumienia, nie tylko między cywilizacjami, ale i osobami jednej cywilizacji, był moją obsesją, ubraną w modny  wówczas garniturek science fiction (także z uwagi na cenzurę, która na SF nie znała się zupełnie). O wiele łatwiej bowiem było już wówczas (nie tylko wtedy) mówić o problemach komunikacji między osobami, nawet bardzo bliskimi sobie, ubranymi we wzory podyktowane fantazją, niż przyznać się przed samym sobą, iż to my zawiedliśmy w rozmowie z bliskimi – im czujemy większą bliskość z daną osobą, tym trudniej komunikować się nam z nią na poziomie werbalnym.

W tytułowym opowiadaniu „Plama na wodzie” opiekuńczość Krystyna nad główną bohaterką jest na tyle dwuznaczna, obnażająca jej naiwność i jego przemyślaną strategię ( nie koniecznie w złych intencjach), że uniemożliwia wzajemną i świadomą akceptację, co kończy się katastrofą. W opowiadaniu „Tryptyk” sklepowa ekspedientka Monika Skwarek mogłaby zmienić świat, gdyby nie kartkowy system dystrybucji żywności, blokujący pełen kontakt między ludźmi. W opowiadaniu „Receptura” opisującym zdziczałe dzieci na obcej planecie, (nota bene opisałam autentyczne wydarzenia z mojej wędrówki z plecakiem po Beskidzie Niskim w roku 1966), między wędrowcami (międzyplanetarnymi podróżnikami i  turystami w opustoszałych po wysiedleniu Łemków górach), a „miejscowymi”, nie ma i nie może być żadnego sensownego kontaktu. I tak we wszystkich kolejnych tekstach.

W „Leksykonie polskiej literatury fantastycznonaukowej” Andrzeja Niewiadomskiego i Antoniego Smuszkiewicza (wyd.`Poznań 1990) podsumowano mój dorobek w taki sposób: „W utworach Katarzyny Urbanowicz Ziemianie próbują sobie podporządkować innych, nie dostrzegają bądź nie liczą się z różnorodnymi formami obcej kultury, brutalnie ingerują w psychikę swoich partnerów” (str. 208).

Minęły lata odkąd porzuciłam literaturę SF, ale odkrywam to u schyłku życia – niewiele się w sprawie kontaktu między ludźmi zmieniło – a jeśli już to na gorsze. Obserwuję także siebie. W końcu przybyło mi od tamtego czasu blisko 30 lat, uważam się za osobę mniej emocjonalną niż wówczas, a bardziej refleksyjną i rozsądną, a w sprawie kontaktów międzyludzkich nie postąpiłam naprzód ani o krok. Przybyło tekstów (w tym powieść „Sierotka” i inne, niewydane), gdzie kontakt i bliskość poddawane są testowaniu w warunkach rzeczywistych, a nie wymyślonych. Cóż z tego, praktycznie nie daję sobie rady, gdy osobiście wchodzę w kontakt pod presją czasu, oczekiwań, obaw, prób obiektywnego spojrzenia na sytuację – wszystko w krótkim odcinku czasowym.

Z pewną osobą, kimś bardzo mi bliskim, z przyczyn obiektywnych kontakt został zerwany dwa miesiące temu. I oto nagle, słyszę w słuchawce telefonu jego głos. Przytłumiony, przerywany, zacichający. Czuję nastrój rozmówcy: robienia dobrej miny do złej gry. To takie: „skoro nie możemy nic zmienić w naszym losie, wyciągnijmy z wydarzeń to, co możliwie pozytywne – naukę, refleksję, inne niż zazwyczaj wykorzystanie czasu” Rozmowa trwa zaledwie pięć minut i zostaje niespodziewanie przerwana.

Teraz opiszę wam moją reakcję, której się wstydzę i nad którą boleję, bowiem nie wykorzystałam zupełnie danego mi przez los czasu, tracąc go na bzdety i nie zdążywszy nawet ogarnąć się. Po pierwsze, dzwonek telefonu zadzwonił wówczas, gdy miałam uruchomioną maszynkę do mielenia mięsa. Spowodowany przez nią hałas, prawie zagłuszył sygnał, mimo że telefon miałam w zasięgu ręki. Złapałam zań w ostatniej chwili, ledwie przelotnie spojrzawszy na nieznany numer. Kiedy usłyszałam głos rozmówcy, pierwszą myślą było, że mogłam dzwonka nie usłyszeć i do rozmowy mogło nie dojść. A przecież tyle czasu na nią czekałam! Zamiast mówić o sprawach ważnych, zaczęłam coś bredzić o mięsie na mielone kotlety i obiedzie, który szykuję. W końcu opamiętałam się trochę i przekazałam wiadomości od innych osób, które miałam przekazać, na okoliczność ewentualnego telefonu. Minęło kilka minut i połączenie, które rwało się od początku, a głos rozmówcy zanikał – zostało ostatecznie przerwane. Nie powiedziałam niczego z rzeczy, które chciałabym przekazać rozmówcy. Ani jednego słowa!

Z tego wszystkiego niewiele zapamiętałam, co mówił mi rozmówca, a przecież byłam głodna jego słów. Pamiętałam bzdety, które ja wygadywałam, a przecież one były najmniej ważne. Po wszystkim pomyślałam, że uczepiłam się swoich głupawych słów, żeby złagodzić emocje, spowodowane brakiem czasu na oswojenie się z sytuacją. Próbowałam odtworzyć to, co przekazał mi rozmówca, ale w mojej pamięci powstawała tylko biała plama. Też nie mówił o niczym ważnym, ale ważność polegała na fakcie kontaktu z tą osobą, a nie na literalnym wygłaszanym tekście. Za to w nocy, w przerwie między kolejnymi wybudzeniami, wracały jego słowa zaplątane w dziesiątki znaczeń – widomy znak, jak bardzo mogą szkodzić próby świadomego panowania nad treścią snów.

Wiele moich ważnych rozmów podobnie wyglądało. Sam dźwięk głosu oddalonego rozmówcy, uruchamiał nienaturalne zamieszanie, w jakie popadałam, a w którym rzeczy ważne były spychane na bok, jakby one mogły wszystkiemu w naszym kontakcie zaszkodzić, chociaż to nie jest prawdą. W każdy taki kontakt nie potrafiłam wejść jako swoja, istotna cząstka, a wchodziłam z całością swoich lęków, fobii, z całą historią swoich życiowych niepowodzeń i zdroworozsądkowym rozeznaniem bieżącej sytuacji. Nawet w takiej interakcji miało znaczenie to, że mam nieumyte włosy i spuchnięte nogi, a sytuacja polityczna pobudziła uczucie zdołowania. Mówiłam nienaturalnie piskliwym głosem (możliwe, że rozpoznawalnym tylko dla mnie), nienaturalnie szybko i entuzjastycznie, jak zły aktor w krańcowej tremie.

Żeby kontakt stał się prawdziwy i głęboki, nie potrzebne było żadne odczucie. Potrzebny był czas, wiele spokojnych chwil, wygodne miejsce do siedzenia, brak innych osób i innych spraw na podorędziu. Na szczęście dla mnie, często tego brakowało i dlatego popełniłam w życiu mniej głupstw, niż mogłam.

2 myśli nt. „Kontakt

  1. Latami zastanawiałam się nad tym, dlaczego prawie że za każdym razem, kiedy otwieram usta, aby powiedzieć coś ważnego, wypowiadam słowa albo błahe, albo zupełnie niepasujące do tematu, do istoty sprawy, którą planowałam poruszyć. Wysławianie się na piśmie zawsze (odkąd poznałam kształt liter) było dla mnie łatwiejsze, mówienie zaś w większości sytuacji w życiu zmieniało się w swoisty koszmar, który śniłam na jawie i którego główną bohaterką byłam… Od lat bardzo chciałam zrozumieć, dlaczego tak się ze mną dzieje – chciałam zrozumieć, dlaczego „nie potrafię mówić” (licząc, że zrozumienie, czyli intelektualne dojście do jakiejś przyczyny, wskaże mi drogę do mojej rehabilitacji, do „naprawienia się”). Przez kilkanaście lat zgromadziłam w głowie wiele koncepcji, i ani jednej słusznej. Wreszcie z początkiem tego roku rozpoczęłam bardzo regularne (dwa razy w tygodniu) nagrywanie i publikowanie podcastu dla pisarzy – nie widać mnie, nie mam też do samoobrony, do maskowania się liter; jestem tylko głosem. Jeszcze nie wiem, dokąd ta ścieżka prowadzi, myślę jednak, że coś potrzebowałam ze sobą zrobić, póki jeszcze mogę – może i nie znalazłam przyczyny, ale wciąż mogę łagodzić objawy… Pani artykuł, Pani Katarzyno, uświadomił mi, że nie jestem odosobniona – w swoich reakcjach na życie, czy w swoich interakcjach, kontaktach ze światem… Pozdrawiam serdecznie :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *