Popsuty PESEL

Pewna starsza pani wchodząca do windy zobaczywszy mnie z chodzikiem i drugą panią na wózku inwalidzkim, zagadnęła nas:

– To wszystko przez ten nasz, stale psujący się PESEL!

Istotnie. nasze PESEL-e stale się dezaktualizują. Mój rocznik prawie przeszedł już do historii, tylko gdzieniegdzie pętają się jakieś uparte egzemplarze. Przećwiczyłam już na własnej osobie NIP i inne PIN-y ale podając tylko ten PESEL, za każdym razem uświadamiam sobie, że moje stulecie już minęło. Otrzymawszy nowy dowód osobisty z datą ważności pomyślałam: ale optymiści! Chciałabym dożyć następnej wymiany tego kartonika.

Jednak nie to mnie skłoniło do bliższego przyjrzenia się temu dowcipowi. Wywodzi się on z powszechnej taktyki obwiniania o wszystko „tych co na górze”, choć tym razem prześmiewczo, jako psujących się wytworów, których gwarancja minęła. Wszak to nie Bóg nadaje nam PESEL-e, tylko zarządzający krajowymi fabrykami tych numerków. A skoro tak, powinni odpowiadać także za jakość wyrobów. Brakuje im jednak boskiej nieomylności – z jednej strony robią wszystko, żeby było ich jak najwięcej (nawet uszkodzonych na wyjściu), z drugiej zaś ograniczają możliwości produkcji dla chętnych na in vitro. Płaczą, że jest nas za mało i starszymi numerkami nie ma komu się zająć, z drugiej zaś krzywią się na egzemplarze bez, lub z innymi numerami, chcące dołączyć do naszej bazy danych, z tego tylko powodu, że mają inny design, mimo iż nie zmienia się ich funkcjonalność ani ergonomia.

Powiecie, że nie mam się czymś sensowniejszym zajmować, tylko rozbierać na części pierwsze jakiś dowcip rzucony przelotem w windzie. Fakt, mam sporo czasu i umysł, który lubi błądzić. Uprawiam więc pogardzane powszechnie myślactwo. Co innego, oczywiście, gdybym zajęła się rozbiorem logicznym jakiegoś modnego obecnie hasła i próbowała udowodnić, że kompletnie nie przystaje do idei, którą chce reprezentować. Dlatego poświęcę się i zajmę frazą „Aborcja jest OK”.

Dyskutanci w powyższej sprawie zupełnie nie rozumieją, że czymś innym jest stosunek do aborcji (można uważać za całkowicie słuszną jej dopuszczalność), a czymś innym głoszenie jakiegoś głupiego hasła – a to jest wyjątkowo głupie.

Po pierwsze nie może być OK coś, co jest naprawieniem jakiegoś popełnionego wcześniej błędu (np. braku antykoncepcji, niefrasobliwości czy nawet przypadku). Nie może być OK coś, co bywa szkodliwe. Nie może być OK działanie oceniane przez znaczną część społeczności jako złe, niesłuszne, lub nawet budzące wątpliwości. To nie nowy typ makijażu, fryzury, nowe hobby, czy coś podobnie błahego. Niezależnie od ciężaru decyzji o aborcji, takie hasztagi, banalizujące ów zabieg i wszystko, co do niego doprowadza, to podgrzewanie atmosfery na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy, że aborcja, to jednak jest sprawa prywatna, nieodłącznie związana z osobistą historią każdej kobiety, a publiczną stała się ze względów politycznych.

W dyskusjach nad tym hasztagiem i tytułem okładki „Wysokich Obcasów” pada często stwierdzenie, że należy obie te sprawy traktować jako prowokację, rozszerzającą dyskurs. Moim zdaniem cały problem w tym, że wszyscy uważają prowokację za wspaniały środek na propagowanie swoich poglądów, zamiast namysłu, zastanowienia się, przemyślenia jakiegoś zagadnienia. Ja cię prowokuję tym, ktoś inny tamtym. W tym ciągu prowokacji ginie rzeczywisty sens i wartość poglądów, a także możliwości uzgodnionych działań tak, aby jak dla największej liczby ludzi były możliwe do strawienia. A przecież to powinno być skutkiem wprowadzanych praw – nie walka do upadłego i wzajemne prowokacje. A nie chodzi o samą aborcję, a o znaczenie słów – co widać trudniej zrozumieć niż fakt utożsamiania się, bądź nie, z jakimś poglądem! Mnie zaczyna się wydawać czasem, że wcale nie próbujemy czegoś zrozumieć, a tylko znaleźć krąg podzielających nasze poglądy.

W historii tak zazwyczaj bywało, że uciśnieni, gdy zrywali się do buntu, posługiwali się przemocą i jej afirmacją dla okazania, jak bardzo byli kiedyś uciśnieni i jak bardzo mają obecnie prawo do zemsty. Czasami wydaje mi się, że obecny ruch kobiet jest takim rewolucyjnym zrywem i wiele czasu musi upłynąć, zanim spojrzy na swoją sytuację trzeźwo i obiektywnie, bez chęci odegrania się za niegdysiejszą opresję. Zanim współczesne feministki zastanowią się, co tak naprawdę jest dla nich dobre. Jednak rewolucja często pożera swoje dzieci…

Przypominają mi się czasy po II Wojnie Światowej, gdy w Polsce uważano, iż dla kobiety najlepsze jest takie zrównanie w prawach z mężczyznami, żeby mogły, zamiast siedzieć w domu z zawodem „przy mężu” (taki zawód był w spisach i tak określała go w ankietach jeszcze moja mama), pracowały w takich samych zawodach i warunkach, jak mężczyźni. Z tamtych czasów pochodzi nawet hasło „Kobiety na traktory”. Kobiety pracowały w kopalniach i w innych miejscach, rujnując swoje zdrowie, dźwigając ciężary, powodujące później schorzenia, typu nietrzymania moczu. To, wydaje się teoretycznie słuszne hasło, zaowocowało podwójnym obciążeniem kobiet: ciężką pracą zawodową i „drugim etatem” w domu, przy mężu i dzieciach.

Jest jeszcze inna możliwość, ostatnio często jakoś widoczna w życiu publicznym (vide nowa ustawa o IPN). Poszczególne wypowiedzi mogą wydawać się bardzo głupie, ale może też ktoś wykorzystywać okazję i pojawiające się niezręczne sformułowania, żeby skompromitować przeciwników… Mówi się: „Nawet wróg by tego nie wymyślił, co ci wciska przyjaciel”.

Zapędziłam się może zbyt daleko w swoim analizowaniu wypowiedzi, jednak w świecie powszechnego niechlujstwa językowego, dobrze robi uświadomienie czasem sobie, co naprawdę się mówi, często chcąc powiedzieć coś innego albo nie wiedząc w ogóle, co się chce powiedzieć.

 

Pomaganie innym

Są dwa style pomagania innym. Pierwszy z nich, uważany za lepszy, słuszniejszy i bardziej empatyczny, to pomaganie ludziom obcym, spoza rodziny i bliskich.

Drugi styl – uważany za gorszy i wymagający nadzoru, to pomaganie bliskim i rodzinie. Nie jest uważany za coś słusznego i bywa łatwo potępiany. Podejrzewa się go często o bywanie na bakier z prawem.

Jednak gdy zastanowimy się głębiej nad panującym stereotypem, może okazać się, że nie tylko nie oddaje całej złożoności problemu, a często wręcz zakłamuje rzeczywistość. Tylko czasem problem przebija się do publicznego dyskursu, za sprawą nieudanej wyprawy himalaisty, ale wówczas emocje obrońców rodziny zmarłego biorą górę nad społecznym wymiarem jego postępowania – gdy nie jest on w stanie obronić się ani wytłumaczyć – stając się łatwym celem tych, którzy wiedzą lepiej (jakich pełny jest Facebook).

Stereotypy to mają do siebie, że utrwalają poglądy często niesłuszne, ale zawsze aktualizowane w oparcie o widzimisię tych, którzy dominują w publicznym dyskursie. Polityczny punkt widzenia często zakłóca nam zdroworozsądkowy ogląd świata, każąc widzieć przestępstwa i cnoty tam gdzie ich nie ma.

Mam w pamięci całą linię rodową osób reprezentujących „lepszy” rodzaj pomagających. Oto ojciec rodu – rozdający pieniądze na oprawo i lewo obcym. Za stanu wojennego wręczający papierosy żołnierzom, stacjonującym na jednym z placów Warszawy, a odmawiający kartek na papierosy synowi i synowej – nałogowym palaczom. Wersalka starych pełna była flaszek wódki – stanowiącej walutę owych czasów, ale wnukom brakowało słodyczy i wędlin, które można było za sprawą owych „nieoficjalnych środków płatniczych” dzieciom zakupić. Przetrwała ona nawet nie tylko stan wojenny, ale i pierwsze lata III Rzeczypospolitej.

Syn owego dobroczyńcy, rozdawał profity swoim pracownikom (podzielił swoją nagrodę między nich), bowiem uznał, że oni też zasłużyli, choć nie otrzymali – nie pamiętając, że jego dzieci nie stać na dobre, zimowe ubrania i buty.

Rozważając podobne przypadki, po raz kolejny odkrywam, że kierujące społecznymi przekonaniami stereotypy, traktowane z nadmierną powagą i zaufaniem, prowadzą na manowce. U źródeł tego gatunku stereotypu leży przekonanie, że „bliższa koszula ciału” t.j. bliżsi spokrewnieni i przyjaciele niż obcy, ponieważ to co otrzymają bliscy, w jakiś sposób oddadzą w przyszłości, zrewanżują się darczyńcy – co jest jednym z wielu złudzeń. Rzekomo tak nakazuje biologia.

Moim zdaniem znacznie silniejszy jest pęd do podnoszenia swojej własnej wartości. Cóż może tu zrobić rodzina i bliscy? Oni już dawno znają delikwenta, także od gorszej strony i trudno zachwiać ich wyobrażeniem. Wszystko, co otrzymają, zapewne uznają za należne. Rzekomo tak nakazuje biologia.

Inaczej jest z profitami rozdawanymi obcym. Tutaj możemy snuć rojenia o naszej wspaniałej postaci, o naszej mocy i naszej wartości, podzielanej przez wdzięcznych obdarowanych. Uważamy się za lepszych, rozdając dobra nasze i nie nasze we własnej opinii i zdaje się nam, że patrzymy na siebie z pozycji władcy obsypującego złotem poddanych czy cezara rozdającego chleb i igrzyska.

Tylko dlaczego jeden rodzaj uznawany jest za lepszy niż drugi, często ścigany prawem jako prywata?

Walentynki odpięknione

Doskonale widzimy, jak inni upiększają rzeczywistość. Mam znajomą, nieco młodszą ode mnie, matkę jedynaka, wychowywanego w sporze z mężem z innego pokolenia i środowiska. Wszystko, co było trudne w jej życiu, minęło i teraz ona chce widzieć rzeczywistość w różowych barwach. Syn i synowa, wspaniali w jej opowieściach, odwiedzają ją raz na pół roku i zazwyczaj wtedy, gdy czegoś chcą. Są miłymi ludźmi, ale tak nastawionymi na wyłączność wobec siebie, że reszta świata ze starzejącą się, samotną matką, nie jest im do niczego potrzebna (chyba że w czasie kolejnej zagranicznej podróży potrzebny jest ktoś do zaopiekowania się ich kolejnym pieskiem).

Niestety, sami też to robimy, zapędzamy się w marzenia i rojenia o wspaniałym świecie naszej przeszłości  i tylko z rzadka udaje nam się to dostrzec. Mnie to udało się za pomocą snu.

Ja mam od dawna obsesję na punkcie przyjaciół: jacy to są wspaniali, ile im zawdzięczam. To ostatnie może być prawdą, chociaż to, co im zawdzięczam, przyszło wprawdzie za ich sprawą, ale wbrew ich woli, zazwyczaj. Obudzili mnie ze snu. Zmusili do działania, do walki itp. Po latach chcę w nich widzieć świetlane postaci mojego życiorysu i wierzę w to gorliwie od lat, chyba że obudzę się za sprawą pewnego snu. Wiara ta potrzebna była mi przez lata, żeby jakoś znosić przeciwności losu, wierzyć że mogę odmienić go w każdej chwili, gdy tylko zechcę Teraz jej już nie potrzebuję i świat zaczyna jawić się mi takim, jakim jest.

We śnie stałam się kolejną żoną kogoś, w kim się kiedyś bez pamięci kochałam. Los tej żony stał się moją udręką i koszmarem takim, że wstałam dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj. To był bardzo realistyczny sen. Obudziłam się i uznałam, że to, co napisałam wcześniej (poniżej), jako planowany Walentynkowy wpis,  jest jedną wielką bzdurą. Bo nie teraźniejszość z jej złudzeniami, ale przeszłość jest ważna.

Mam wieloletniego przyjaciela, który podobnie, jak ja, nie wychodzi z domu. Ja z powodu niepełnosprawności ruchowej, on z niepełnosprawności (ale nie ruchowej, tylko oddechowej)  i częściowo z powodu zahamowań. Poprosiłam go o zdjęcie jego ścian mieszkania, którego nigdy nie widziałam. Był dla nas kiedyś czas wyborów i ten czas minął  wiele lat temu.  Ongiś robił piękne fotografie mikroświata, zanim piękno kwiatów i przezroczystych skrzydełek, zjadło go, przemieliło i wypluło z przekonaniem, jak niewiele znaczy w świecie realnym. Ja się przebiłam przez ową  intelektualną kurtynę, (mimo, że  nie byłam zawsze świadomą jej istnienia), on został po drugiej stronie;  potem hodował bonsai, ostatnio próbuje rzeźbić. Wszystko po to, by nie wyjść z domu i nie zmierzyć się ze światem. Ja też tak mam, ale umiem sobie wyperswadować swoje ograniczenia (z niewidzialną pomocą innych moich przyjaciół).

Rozmawiamy o lekach przeciwbólowych, jak to babcie/dziadki, a jednak kiedyś zawdzięczałam mu najlepsze karty mojej opowieści, nagrodzonej, choć nie wydanej. Jego wierze w mój talent i jego przekonaniu, że dam sobie radę ze wszystkimi trudnościami, z oporem materii i bliskich mi osób. Jemu zawdzięczam, że obudziłam się ze snu, w jaki popadają czasem kobiety mające rodzinę i nade wszystko stawiające na dobre wykonanie, wziętych kiedyś na siebie obowiązków.

Wszyscy zresztą tak mamy, że nasze uczucia mamią nas i każą wierzyć, że mamy coś do zrobienia (na przykład za PRL-u wystać  coś w kolejkach dla dobra naszych rodzin i dzieci), że jesteśmy sprawcami naszych losów, a nie ofiarami sił, na które nie mamy wpływu.

G…no. prawda. Możemy się wspierać u schyłku, życia, żałując tego i tamtego. Ale wówczas, lata temu, czasy były zgoła inne. Świat wymuszał racjonalność, tyle było naszego, co udało się nam wyrwać wobec niesprzyjającego losu. Nie rozumieliśmy wichrów historii, mało rozumieliśmy siebie. Ceniliśmy (teoretycznie) spontaniczność, w życiu ona przerażała nas. Mój przyjaciel, gdy po zdanym egzaminie z filozofii, rzuciłam się mu na szyję, odepchnął mnie. Kobiety nie powinny przytulać facetów, z którymi nie były w związkach erotycznych – a my nie byliśmy, Miłość, to nie zawsze erotyka – to czasem  po prostu przyjaźń,  zrozumienie i akceptacja, jeśli oczywiście jest prawdziwa, nie udawana. Ale też akceptacja naszych fobii. I zrozumienie – jeśli jest.

Niuanse tamtego, przebrzmiałego już świata, z upływem czasu coraz mniej są dla nas zrozumiałe. Jak mogliśmy budować sobie swoje własne, więzienne klatki i wierzyć, że nas ochronią? Jak nazwać kogoś, z kim nie sypiamy, kogo nie całujemy, z kim tylko rozmawiamy? Kto ma zobowiązania wobec świata, podobne naszym zobowiązaniom? Jak przekonać się o jego oddaniu, skoro nawet w siebie nie wierzymy? Świat aktualny eksponuje erotykę, ale w świecie kobiet, który znał tylko obowiązki ,ważniejsze było uczucie bliskości. Nawet wydumane. Jednak to, co nie nazwane – nie istnieje. Odpowiedzialność zabija wyczuwanie pulsu świata.

My, starzy ludzie, czasem zdajemy sobie sprawę, że nasze życie nie układa się we wzór, powszechnie uznany, opisany, i taki, w stosunku do którego odnoszą się wszelkie komentarze świata. Niektórzy z nas, uświadomiwszy to sobie, chowają się w swoją norkę, zaprzeczają sobie współczesnemu, albo chowają się za parawany niejednoznacznej przeszłości, gdy wszystko jeszcze mogło ulec zmianie. Pewna kobieta, występująca chwilowo jako dziewczyna, opowiada mi swoje przeszłe doznania językiem zranionej nastolatki, Był taki ktoś, kto zafałszował jej korespondencję i sprawił, iż nie mieliśmy już do siebie zaufania… Tak jest, bywają tacy ludzie. Jednocześnie ja dziś już wiem, że wzajemne zaufanie albo jest, albo go nie ma. Wpływ osób z zewnątrz, jeśli następuje, świadczy o tym, że to zaufanie od początku nie było zbyt mocne. Mogło być naszym złudzeniem.

Teraz mój przykład. Byłam kiedyś, jako młodziutka dziewczyna, bardzo zakochana w kimś, kto zranił mnie tak bardzo, jak tylko może zranić zakochaną kobietę obiekt jej miłości. Na moich oczach przespał się z „łatwą” dziewczyną, głupią i brzydką, możliwe, że płatną. Zrobił to świadomie, bowiem jego zdaniem tej mojej miłości było mnóstwo za bardzo i uznał, że zdrowiej będzie sprowadzić zakochaną na drogę rozsądku. Pięknie brzmi, nieprawdaż? Wiele lat wierzyłam w jego dobre intencje i słuszną kurację odwykową, aż pewnego dnia zdałam sobie sprawę, iż moja miłość i moje zaufanie ochroniło go przed więzieniem. To, że zerwał związek potem a nie przedtem, było kluczem całej sprawy. To nie jego argumenty miały sens, choć wierzyłam bardziej jemu, niż sobie.

Wybrałam życiową drogę bezpieczną   Na starość trzeźwiejemy, ale też pytamy siebie, czy nasze wybory były słuszne. Owszem, były, ale nie dawały takiej satysfakcji, jak ewentualne niesłuszne wybory mogłyby ją nam dać.

Świat nie jest pięknym filmem, ani wspaniałą powieścią, zawsze jednak wolimy czytać i oglądać piękno satysfakcjonujące, niż rzeczywistą brzydotę. Walentynki potrzebne są nam, jak jeszcze jedna iluzja, w rodzaju polubień na FB.

Walentynkowe wyznania nie noszą piętna ostateczności, jak nosiły je czasy, gdy wybory uczuciowe mogły oznaczać życie lub śmierć. Najlepsze (moim zdaniem) moje opowiadanie mówi właśnie o miłości w czasach, gdy można było zniszczyć zakochaną osobę z racji poglądów politycznych lub sytuacji rasowej. Niestety, utraciłam prawa autorskie do tego tekstu. Ale wizja tamtych wydarzeń (autentycznych zresztą) stale plącze się w moich snach. Ja i moje pokolenie żyliśmy z traumą dramatów naszych bliskich, które dziś są przedmiotem dywagacji facetów z nażelowanym czubem i pewnością siebie dzieci szczęścia. Co oni wiedzą o prawdziwym życiu, o miłości i śmierci, o wyzwaniach sumienia? Czy zdarzyło im spotkać się z uciekającą kobietą chroniącą własnym ciałem niemowlę w kartoflisku?

Nie przypadkiem zresztą w tym roku Walentynki przypadają w środę popielcową. Może to czas, żebyśmy zatrzymali się i zastanowili nad naszymi fobiami i ewentualnie posypali głowę popiołem zamiast świętować miłość wszechogarniającą?

A co do fotografii „Nasze ściany”? Przyjrzyjmy się im i zrozummy, co oznaczają. Czy powiesiliśmy na nich naszych przodków, czy na najwyższej półce „myśliciela z Bali” czy wreszcie jakieś suche gałązki przycięte tak, aby były artystycznie piękne, ale zupełnie nie wolne?. Co nasza przestrzeń mówi o nas?

IMG_6765

 

Mania prześladowcza

Obserwuję coraz częściej, jak starsze osoby opanowuje mania prześladowcza. Zawdzięczamy to także ostrzeżeniem przed kradzieżami „na wnuczka” albo „na milicjanta” czy „na prokuratora”. Osiedla, mające wielu starszych mieszkańców, organizują nawet spotkania informacyjne z dzielnicowymi. W świecie starszych ludzi, otwartych na kontakty z innymi, świat przestaje być zrozumiały i przyjazny i w końcu nie wiadomo, co lepsze, być okradzionym, czy być nadmiernie ostrożnym.

Wczoraj siedziałam z moją rówieśnicą przy kawie i ciasteczkach w moim mieszkaniu i nadrabiałyśmy zaległości od ostatniego naszego spotkania. Wysłuchałam sprawozdania z pogrzebu pewnej 95-latki i z chorób znajomej. Posłuchałam o różnych rodzinnych zawirowaniach osób mi znanych i nieznanych, Same w sobie takie tematy są dołujące, a towarzyszyły im odgłosy karetek z niedalekiej przelotówki. Cóż, zima nie jest przyjazna starszym ludziom. Ale też dobrze nam robi uświadomienie sobie, że póki co, różne nieszczęścia przytrafiają się innym ludziom, nie nam. Czasem to podnosi na duchu.

Na mój telefon domowy (obecnie Orange, spadkobierca Tepsy, któremu ongiś nakazano udostępnić wszystkie numery konkurencji) zadzwonił jakiś człowiek i zapytał, czy kiedyś zgłaszałam awarię anteny zbiorczej. Owszem, zgłaszałam, a było to wcześniej, jak przed osiemnastu laty, kiedy robiłam remont mieszkania i nie miałam jeszcze kablówki obecnej firmy, bowiem poprzednia zakończyła swoją działalność, a moja spółdzielnia mieszkaniowa nie zgodziła się na współdziałanie kilku mieszkańców i wspólne połączenie internetowe. W każdym razie, były to lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Oczekiwali na ofertę firmy, która przyniesie  profity spółdzielni albo jej kierownictwu, a nie na działalność prywatną z zasięgiem na jednym piętrze. Wówczas oczywiście ważne było dla mnie posiadanie dostępu do anteny zbiorczej w bloku.  Przyszedł wtedy pan monter, wymienił gniazdko, nie ruszane od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zostawił jakiś kabel  z pyckiem na końcu, który do niczego nie pasował, a zwłaszcza do telewizora i zmył się. Antena zbiorcza, jak nie działała  wcześniej, tak nie działała dalej, ale w międzyczasie kablówkę przejęła inna firma i antena przestała mi być potrzebna. Teraz w ogóle, za sprawą Netfliksa, nawet kablówka potrzebna mi tylko jako dostęp do wiadomości, prezentowanych przez różne stacje komercyjne.

Tak więc wieczorową porą zadzwonił na mój numer telefonu domowego (utrzymywanego tylko przez moje lenistwo) pan, który zapytał, czy prawdą jest, że ongiś zgłaszałam awarię anteny. Odpowiedziałam, że istotnie, a było to więcej niż dziesięć lat temu. Na to on, że ktoś z pierwszego piętra nie ma zasięgu w antenie zbiorczej, a na drugim pietrze zamurowano otwór w ścianie kryjący gniazdko, więc jeśli ja nie zamurowałam, to chciałby na chwilę zerknąć i sprawdzić. Jestem na ogół otwarta na problemy techniczne w bloku, ale też dość ostrożna, więc kalkulowałam szybko: ktoś, kto powiązał mój numer telefonu stacjonarnego z adresem (o który nie pytał), musi istotnie mieć związek z administracją spółdzielni, w dodatku nie jestem w mieszkaniu sama, mogę więc na chwile wpuścić człowieka, co zrobiłam.

Za chwilę pożałowałam tego. Pan zachowywał się jak słoń w składzie porcelany, to znaczy między moimi kablami, na tyłach telewizorni. Dla normalnego człowieka to nie problem, jakieś ich rozłączenie. ale dla mnie ogromy. Nie jestem w stanie się pochylić, żeby sprawdzić wszystkie podłączenia, czasami więc po energiczniejszym sprzątaniu czekam kilka dni bez telewizji i internetu, aż trafi się ktoś, kto zrobi to dla mnie. Najniższa półka regału, za którą kryło się gniazdko, zawiera książki rzadko wyciągane i wyjęcie ich wymaga kogoś kto je włoży z powrotem. Tak więc pan przydeptał i szarpnął za jakieś kable, powyciągał książki, przy okazji kabel od klimatyzacji, poświecił sobie jakimś światełkiem za regałem, wyciągnął nieznego przeznaczenia przyrząd i potem niezdarnie usiłował przywrócić porządek. Był bardzo miły, ale też mocno zdziwiony, że w ogóle ktoś ma jakieś wymagania odnośnie szarpania i przydeptywania kabli i sprawdzaniu potem połączeń. Po prostu granice jego rozumienia świata starszych i niepełnosprawnych, były mocno ograniczone. Trochę mnie to bawiło, ale wówczas zwróciłam przede wszystkim uwagę na moją znajomą.

Była wobec pana mocno nieuprzejma i podejrzliwa. Zaglądała mu przez ramię, sprawdzała, niczym prywatny detektyw, panna Fischer, kobieca odmiana Sherlocka, co robi; wyrażała zdziwienie, że nie jest pewien, w którym miejscu przebiega kanał dla przewodów anteny, skoro za PRL na całym osiedlu gniazdka były w tym samym miejscu (jakby pan ten pamiętał PRL!)  i ostentacyjnie demonstrowała brak zaufania do niego. Ostatecznie to nie było moje zmartwienie, ale z zaciekawieniem poznawałam, nieznane mi wcześniej oblicze, skądinąd miłej i uprzejmej osoby.

Kiedy pan wreszcie opuścił moje mieszkanie, stwierdziwszy wcześniej, że u mnie też antena zbiorcza nie ma zasięgu; moja znajoma zaczęła mnie bardzo przepraszać za swoje zachowanie. Zażartowałam sobie trochę z nas, podejrzliwych babć i w ramach wyjaśnień usłyszałam długą opowieść o tym, że w dobie powszechności podsłuchów, wizyta każdego montera (w dodatku znającego prywatny telefon) jest mocno podejrzana. Twierdziła ona, że osoby rzadko opuszczające swoje mieszkanie, muszą się liczyć z takimi wizytami, ponieważ utrudnione jest tajne zakładanie im podsłuchów, w czasie ich nieobecności.

Oczywiście broniłam się, jak każdy naiwny, że nie mam nic do ukrycia, ale wyperswadowano mi, że nikt nie jest pewien, jaki jego kontakt może być podejrzany i powoduje instalację podsłuchów. Na moją uwagę, że dokładnie obserwowała ruchy tego pana i chyba nie zdołałby on niczego takiego zrobić bez zauważenia przez nią, wyśmiała moją bezbrzeżną naiwność.

Wiedziałam, że współczesność bardzo polaryzuje postawy ludzkie. Świat jest albo czarny, albo biały, brak mu szarości, a sprawom, niuansów. Wydawało mi się jednak, że podobne myślenie jest (przywilejem? udręką? właściwością?) ludzi młodych. Sądziłam, że ludzie starsi, którzy wiele przeżyli i przemyśleli, na własnej skórze doznali paroksyzmów propagandy lat tuż po II Wojnie Światowej, są odporniejsi na docierające do nich sugestie. Wszak moja towarzyszka (ani ja) nie mamy niczego „za uszami”, przebywamy w środowisku ludzi uczciwych i nie mających podejrzanych związków, czy kontaktów, powinnyśmy więc patrzeć na otaczający nas świat realnie i zdroworozsądkowo. Nawet gdyby wśród naszych znajomych ktoś taki się trafił, to ewentualny podsłuch okazałby się trafieniem kulą w płot. Uważam teoretycznie, iż karygodne jest nadmierne wykorzystywanie bez sądowej kontroli środków śledzenia obywateli, ale nie powinnyśmy sądzić z tego powodu iż same jesteśmy zagrożone. Ja na przykład (i moja znajoma) nie uważam się za zagrożoną kradzieżami „na wnuczka” i podobnymi, ponieważ nie jestem podatna na manipulacje (ona też). Skąd więc bierze się ta nadmierna, moim zdaniem podejrzliwość? Z ogólnej atmosfery?

Stawiam się w pozycji mojej znajomej i staram się zrozumieć tok jej myślenia. Ostrzeganie starszych ludzi przed przestępcami, ma swoje drugie, ciemniejsze oblicze. Nie pozwala spokojnie spać bez kilkukrotnego wstawania w nocy i sprawdzania, czy drzwi są zamknięte (jeśli często czegoś zapominamy), albo czy gaz jest zakręcony. Wyczuwalny w ostatnim czasie w Warszawie smog, wciskający się nocą przez rozszczelnione, dla dopływu świeżego powietrza okna, w połączeniu z sygnałami straży pożarnej i karetek dobiegającymi często z głównych ciągów komunikacyjnych, w zestawie ze słabym snem starszych ludzi, powoduje, że zrywam się z uczuciem, iż palą się gdzieś, jakieś kable. Może u mnie? może piętro niżej? Może w moim bloku? Uciekać czy dobudzić się?

Nie jesteśmy wolni na starość od naszych fobii, a współczesność tylko je potęguje. Wiadomo, że przechodząc przez pasy, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, nawet jeśli nie wychodzimy z domu, że otaczają nas ludzie nieodpowiedzialni, a wielu z nich o złych zamiarach, ale nieustanne przestrzeganie nas przed nimi, burzy nasz wewnętrzny spokój. Dajemy się porwać urojeniom w sprawach nawet nam nie zagrażających. I wobec świata, zamiast uśmiechu i przyjaznej akceptacji ,mamy warczenie i lęk. Ów pan monter, wychodzący z mojego mieszkania, mógł pomyśleć sobie ,że trafił na dwie kopnięte wariatki i że starsi ludzie tak mają, słusznie się więc nikt nimi nie przejmuje. Nie zauważył zapewne, że generalnie jestem przyjazna światu (co obrazuje poniższe zdjęcie zrobione przez znajomą w chwilę po jego wyjściu. Nie zgadniecie jednak, co zawołała, żebym się uśmiechnęła! W każdym razie była to sugestia wobec pewnego polityka, zmyślna i dziwaczna.

IMG_6584

 

O miłości na przednówku

Przeczytałam gdzieś taki cytat:

„Miłość – to pierwsze słowo Boga, myśl pierwsza, jaka przemknęła mu przez mózg. Kiedy rzekł: – Niech się stanie Światło! – wtedy stała się Miłość. I wszystko, co stworzył, było doskonałe, i niczego już nie chciał przetwarzać.” Knut Hamsun (?)”

Jeżeli istotnie tak powiedział, to wykazał się znaczną naiwnością i brakiem rozsądku. Załóżmy, iż wiedział, co Bóg naprawdę pomyślał — to jeżeli istotnie Bóg tak pomyślał, to był jeszcze mniej rozsądny, niż jego apologeta. Jak bowiem ktoś, kto nadał Wszechświatowi martwemu i żywemu tak ogromną różnorodność, mógłby sądzić, że najlepsze jest to, co zastyga w niezmienionej formie i nie podlega żadnym zmianom. Jeśli istotnie Bóg jest Bogiem, powinien stworzyć system samonaprawiający się, bowiem zmiany zachodzą we wszystkich komórkach wszechświata, jedne korzystne inne nie (z różnych, także i boskich punktów widzenia), więc aby nie męczyć się ręcznym sterowaniem całym ustrojstwem, powinien stworzyć swego rodzaju autopilota, zastępującego go, gdy nie ma ochoty zajmować się wszechświatem (możliwe że tylko tym, jednym z wielu).

Akurat miłość nie jest tworem doskonałym, wręcz przeciwnie. Niektórzy historycy twierdzą, że jeśli dodamy do słowa „demokracja” przymiotnik, np. ludowa, robotniczo – chłopska, ateńska, obywatelska itp, to przestajemy już mieć do czynienia z prawdziwą demokracją, jako taką. Skoro więc miłość nie jest tworem jednorodnym, tylko posiada mnóstwo odmian, gatunków i podgatunków ( np: rodzicielska, matczyna, erotyczna, ojczyzny, przyrody, bezgraniczna – a więc znacznie więcej niż demokracja) nie jest prawdziwą miłością, tylko jej licznymi cieniami.

Podobnie ja widzę oddzielny rodzaj miłości – miłość na przednówku. Kiedyś mówiło się o miłosnych wyborach niektórych osób: z braku laku lub lepszy wróbel w ręku niż kanarek na dachu. Miłość na przednówku jest poszukiwaniem ciepła, skądkolwiek by przyszło, zaspokojenia głodu, czymkolwiek się da. Kiedy w przyrodzie jest zimno, ciemno, głodno i chłodno, pomoże nam byle derka, zaspokoi apetyt skórka od chleba. Sęk w tym, że w kulturze, gdzie prawdziwy głód i prawdziwy chłód spotyka się rzadziej niż kiedyś, ludzie na zadowalają się byle skórką od chleba. Cierpiąc głód, wyrzucają kilkudniowe pieczywo, bowiem są głodni na pizzę na przykład, albo na coś, co chwilowo nie jest dostępne. Powstaje więc w ich głowach chaos i nie wiedzą, czego naprawdę potrzebują. Budują więc w swoich mózgach idee i rzekomo dążąc do nich, zaspokajają się przypadkowo wykopanym korzonkiem ze zmarzniętej gleby, na wpół zgniłym i bez daty przydatności do spożycia.

W tym dążeniu do idealnej miłości powstają najpierw wyobrażenia o tym, jaka powinna być. I tak naprawdę to jest interesujące, a nie szczegóły opisu spożywania potrawy. W przeciwnym wypadku stajemy się podobni owej nastolatce, wypytywanej przez kogoś, czy naprawdę kocha swojego chłopaka i jak wyglądał jej pierwszy raz. Dziewczyna odrzekła, iż chłopak jest ideałem wręcz, bardzo go kocha, a pierwszy raz był super, bowiem odbył się w pościeli i pod dachem.

Skąd ten temat? Przeczytałam ostatnio bardzo interesujące dwa artykuły Justyny Karolak, omawiające błędy pisarzy w przedstawianiu spraw erotycznych w literaturze.

http://karolakowo.pl/pisac-sceny-erotyczne-literaturze-pieknej/

http://karolakowo.pl/pisac-sceny-erotyczne-literaturze-pieknej-czesc-ii-haruki-murakami/

Artykuły zawierają wykaz podstawowych błędów oraz przykłady literackie trafionych i nietrafionych fragmentów prozy w świecie kultury obrazkowej, z jaką większość z nas ma do czynienia. Autorka porusza problem nieodpowiedniego doboru słów do opisywanych scen, rozziewu między faktami, a wyobrażeniami; konieczności wyważenia między podniosłością, a zwyczajnością, namacalnością  oraz między stroną jasną, a ciemną w opisie doznań. Artykuły są bardzo ciekawe i warto się z nimi zapoznać.

Czytając je, wydawało mi się jednak, że autorka pomija w swoich rozważaniach coś niemniej istotnego. Przede wszystkim tzw. sceny miłosne są w literaturze prawie wyłącznie scenami erotycznymi, w dodatku takimi, które – jak trafnie zauważa – często powielają sceny z filmów, gdzie to, co tkwi w głowie bohaterów, nie może być przedstawione dosłownie, a wyłącznie w kontekście. Dlatego też dla mnie pisanie scen erotycznych w powieści jest w ogóle stratą czasu, zostawmy je sztukom wizualnym. Udając się na przedstawienie baletowe, nie oczekujemy, że tancerze będą spółkować na scenie, za to wnioskujemy o ich uczuciach z relacji z innymi bohaterami przedstawienia, atmosfery scen, gdy są ze sobą, szczegółów dekoracji i kostiumów, które nawiązują do pewnej symboliki związanej z miłością.

Opisy przyrody w literaturze, nieraz bardzo rozbudowane i finezyjne, sprawdzały się w czasach kina niemego i czarno-białego, lub wcześniej, gdy filmu jeszcze nie znano. Straciły teraz sens bytu, ponieważ inne media są w stanie skuteczniej oddać piękno lub brzydotę tego, co nas otacza i co każdy ma w pamięci z niezliczonych obrazków. Dlatego w literaturze zamiast opisów, wystarczają krótkie przywołania lub odniesienia.

Oczekiwanie więc po literaturze, że będzie pokazywała „szał ciał” łącznie z ich detalami, zapachem, dotykiem, wyglądem, energią itp. jest niewolniczym trzymaniem się sztampy,nawet gdy pisarz robi to z pewną erudycją, jak stawiany za przykład Murakami, który finezyjnie opisuje seks z prostytutką i ze zwykłą dziewczyną sprawiając, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który opis dotyczy której kobiety.

Dla mnie osobiście, najciekawsze w literackich scenach miłosnych jest nierozładowane napięcie, nie mające żadnego odzwierciedlenia w podejmowanych czynnościach. Nie epatują mnie opisy wizualizujące scenę, ani erotyka z pogranicza zwyczajności,  ani wszystko to, co dostępnymi pisarzowi środkami, usiłuje on dokładnie i detalicznie przedstawić – z prostego powodu. Uważam, że literatura jest obszarem współpracy pisarza z czytelnikiem, gdzie ten pierwszy łaskawie pozostawia swojemu odbiorcy pewne pole do wyobraźni, wspominania własnych marzeń i fascynacji, porównywania ich, poszukiwania odpowiedzi na pytania tylko pośrednio związane z seksem. Wszak wykonywany seks jest kopalnią sensów – może być nie tylko przyjemnością, ale bywa też walką o władzę, próbą rekompensowania sobie doznawanej pogardy, realizacją wyobrażeń (mniej lub więcej udaną), upustem nagromadzonej goryczy i wreszcie, możliwością dostępną danej osobie, czasem dość ograniczoną. Bywa też marzeniem, które zaspokajać może po części coś zupełnie innego. W dodatku nie zawsze wiemy, z czym bohater powieści ma do czynienia; bowiem czasem on też tego nie wie. Prawdy możemy dociec jedynie z kontekstu. I to jest właśnie w literaturze fascynujące, a nie różne, nawet najlepiej skomponowane opisy scen miłosnych. Zawsze będą grzeszyć dosłownością.

Chyba… Chyba, że jest to właśnie miłość na przednówku, dostępna przeciętnemu zjadaczowi chleba w powieści o kolorowej okładce, napisanej krótkimi zdaniami (mniej niż 20 słów), o akapitach liczących nie więcej niż 4-6 wierszy, bez użycia przesadnie mądrych albo rzadko aktualnie używanych słów, starannie unikając strony biernej i zaprzeczeń. Produktem dla jej zaspokojenia sprzedawanym za niewysoką cenę, możliwie jak największej liczbie kupujących lubiących konkrety.

 

Wysiedlone dusze

Przeczytałam gdzieś o nich:

„Najczęściej te nawiedzone, rzadko występujące istoty są związane ze szczególnym rejonem geograficznym. Badacze specjalizujący się w zakre­sie zjawisk dotyczących duchów twierdzą, że owe niezrównoważone isto­ty przebywają w bezludnych rejonach pomiędzy niższą sferą astralną Ziemi a światem duchowym. Jednak moje własne badania skłaniają mnie do przy­puszczenia, że dusze te nie są ani zagubione w przestrzeni, ani demoniczne. Po śmierci fizycznej zdecydowały się one z własnej woli pozostać przez ja­kiś czas w sferze ziemskiej ze względu na wysoki stopień nieukontentowania. Moim zdaniem są to okaleczone dusze, ponieważ są tak bardzo oszoło­mione i mają w sobie tak wiele rozpaczy, a nawet wrogości, iż pragną, aby ich przewodnicy trzymali się od nich z daleka. Wiemy, że można, stosując różne metody, na przykład egzorcyzmy, zlokalizować wrogie, wysiedlone istoty i spowodować, by przestały one niepokoić ludzi. Można przekonać duchy przebywające w ciałach innych osób, aby odeszły i ostatecznie prze­niosły się we właściwy sposób do świata duchowego.”

W 1996 roku, po wypadku komunikacyjnym, któremu uległam, przebywając w szpitalach i sanatoriach, zmuszona całkowicie przewartościować swoje życiowe plany, zainteresowałam się tym, co umyka naszemu rozsądkowi. Początkiem zadawanych pytań był problem tzw. „choroby szpitalnej”. Wydawałoby się, że chory, przebywający w szpitalu, w którym jest intensywnie leczony i którego stan zdrowia bezspornie się poprawia, powinien czuć się coraz lepiej. Tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie. Pewna lekarka uświadomiła mi, że zjawisko to, nazywane chorobą szpitalną, jest powszechnie znane, a terminem granicznym, od którego samopoczucie chorego, zamiast poprawiać, pogarsza się, jest 2-3 tydzień pobytu. Mądrzejsza nazwa brzmi: depresja anaklityczna. Różne są tłumaczenia tego fenomenu. Przeważnie określa się go jako schorzenie wywołane uzależnieniem samopoczucia pacjenta od istniejącego w szpitalu i narzucanego mu trybu życia; sytuacja ta wytwarza u niego uczucie bierności, bezradności i utrudnia przystosowanie się do życia poza szpitalem. Inne źródła podkreślają izolację od osób bliskich, zwłaszcza u dzieci rozstanie z matką, widząc w niej pewną odmianę „choroby sierocej”.

Niestety, brakuje sensownych wyjaśnień dlaczego tak się dzieje nie w pierwszych dniach pobytu, a po jakimś czasie. Wspomniana lekarka tłumaczyła mi, że tak duże nagromadzenie chorób, cierpienia, lęku, poczucia niepewności i izolacji gromadzi się na jednym, stosunkowo niewielkim terenie, wręcz wsiąka w mury łącząc się z typowo szpitalnymi zapachami, niczym feromony, substancje należące do grupy infochemicznej i zaczyna działać jak one. Zapach ciała informuje innych o nastawieniu, emocjach, ekscytacjach i lękach, a ponieważ szpitalne doznania są raczej negatywne, takie i też są odczucia osób nawet tam zdrowiejących. Ciekawe jednak, że choroba ta ma ponoć (?) inne przyczyny u dorosłych, inne u dzieci, co mnie, osobiście nie przekonuje. Nie mówi się też głośno o tym, że najgorsze są te oddziały szpitalne, gdzie wielu chorych umiera, chociaż sądzę, że doznawanie śmierci przez umierającego, należy do największych traum w życiu.

Niektórzy chorzy opowiadali o wysiedlonych duszach zmarłych, plączących się po szpitalnych korytarzach, szeptem dodając, że szczególnie odczuwają to w szpitalnych kaplicach.

W tamtym czasie poznawałam wiele opowieści o kobiecych losach pacjentek oddziałów kardiologicznych i wewnętrznych różnych szpitali i na kanwie niektórych z nich powstała moja powieść „Sierotka”. Zapisanych historii, biografii zwyczajnych kobiet, uwikłanych w życiowe trudności i przeszkody mam znacznie więcej. Nie wszystkie pochodzą ze szpitali, wiele opowieści ma swoje źródła w zwierzeniach osób, z którymi łączyły mnie stosunki służbowe lub prywatne, albo przypadkowe przebywanie razem i nudne oczekiwania na coś. Moim zamiarem było wówczas stworzenie antologii „Wysiedlone dusze”, gdzie wszystkie te osoby mogłyby opowiedzieć o swoich losach ukazując, że nie ma życiorysów nieważnych i osób pozbawionych znaczenia – żadna z nich nie przebiła się tylko ze swoją historią do szerszego grona osób i dlatego zostały zapomniane – właśnie jak owe wysiedlone dusze na szpitalnych korytarzach i w kaplicach.

Z racji swojego wieku nie mam wiele nadziei, że uda mi się ukończyć owe przedsięwzięcie, dlatego też sukcesywnie publikować będę (jako dokument PDF) na swojej stronie autorskiej w zakładce „TEKSTY” niektóre z tych opowieści. Można je bezpłatnie pobrać, czytać i rozpowszechniać do woli. Nie udostępniam ich na tym blogu z powodu objętości. Wcześniej z tego cyklu zamieściłam tam opowiadanie „Cień z latarką w ręku”, teraz dalsze trzy:  „Kluczyki”, „Lacrimosa”, „Nocne wahadło”, a w najbliższych dniach zamieszczę „Spojrzenie”. Zapraszam do lektury tych i innych tekstów na mojej autorskiej stronie

http://kasiaurbanowicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

Tradycje

Oglądam dzisiaj TV i słucham o wieloletniej tradycji pochodów z okazji Święta 3 Króli. Nie mogę się pozbierać w tych wszystkich rzekomych tradycjach! Dla mnie tradycja, to coś, co było za mojego dzieciństwa, czyli ok 80-100 lat wstecz. Nie uważam za tradycję czegoś, co powstało nie więcej, niż 10 lat temu, w dodatku nie jako zwyczaj przekazywany oddolnie  z pokolenia na pokolenie,  a jako reklama określonego stylu życia, spreparowana na zamówienie środowisk kościelnych, zainteresowanych wzmożonym kultem. Wykorzystuje się oczywiście rodzicielską miłość i chęć dostarczenia dzieciom rozrywki w dni wolne od pracy. Wykorzystuje się naturalną chęć przebierania dorosłych i dzieci, łącząc ją w dodatku z tradycjami Karnawału (zresztą powierzchownymi). Dlatego wszyscy noszą złote korony, dlatego pojawiają się żywe zwierzątka i postaci historyczne (przynależne w obchodach ni z gruszki ni z pietruszki), jak w tym roku nasz wielki poeta, Adam Mickiewicz. Założyli mu czarny płaszcz z tandetnej, najtańszej, błyszczącej podszewki i cylinder, wypożyczony z cyrku. Dobrze mu tak, skoro napisał zmorę uczniów, Pana Tadeusza.

Prawdziwy Karnawał był świętem niezależnym od sterników życia, stawał częstokroć na przeciwko ich chęciom i planom. Najlepszym przykładem są czasy terroru we Francji po rewolucji i w czasie rządów Robespierre`a, gdy na licznych karnawałowych balach odgrywano sceny śmierci zgilotynowanych przeciwników ustroju. Osoby im bliskie (matki, żony, kochanki) przywdziewały kamizelki ze skóry zgilotynowanych nieszczęśników, czcząc w ten sposób ich pamięć wbrew wszystkim i wszystkiemu, same nie mając pewności, czy i kiedy im przyjdzie umrzeć. Cielesne pamiątki po nich miały przywoływać świadomość i oswajać okrucieństwo tamtych czasów. Konserwować pamięć o nich. Przebrana w kamizelkę ze skóry ukochanej osoby, mogłabym kontemplować nie tylko mentalną, ale także cielesną pamięć o niej. Przywoływać ciepło dotyku, ucieleśniać CHWILE.

Dla mnie bliższe takiej tradycji byłyby publicznie odgrywane karnawałowe sceny zniewolonych sądów i wymyślonych procesów, przebiegających według najbardziej przerażających scenariuszy z nowych ustaw. Wszak ostatnio wyraźnie słychać głos zwolenników przywrócenia kary śmierci. Wszak w Karnawale błazen na tronie uzyskiwał moc decyzji jednego dnia. W czasach mediów społecznościowych taka zabawa byłaby o wiele bardziej sensowna i owocna. Poseł Suski jako Wszechmocny Błazen, może stanowić remedium na bolące stawy i serca staruszków.

Niestety, w czasach, gdy rzeczywista historia kompletnie rozmija się z historyczną narracją, tego rodzaju zabawy uważa się za niezbędne dla podniesienia prawidłowej świadomości narodu i nawet skąd inąd sensowni, młodzi dziennikarze, pieją o „tradycyjnych obchodach”. Nie mają o wiele więcej niż dwadzieścia parę lat i nie dano im wiele więcej czasu, żeby zastanowili się nad tym, co piszą. Lepiej narzucić swoją narrację niż oczekiwać, że lud sam coś wymyśli. Dziesięcioletnia tradycja, jako tradycyjna! Dobre mi sobie!

Swego czasu wyświetlano serial pod nazwą „Karnaval”, niestety nie do odnalezienia dziś – sprzęgnięty z kartami Tarota i astrologią. Może on tłumaczyć wysyp współczesnej „duchowości”. Jest ona jak kamizelka wykrojona z symboli i wielowiekowych wierzeń, pozwalających oswoić wszystko to, co manipulanci czynią z naszą rzeczywistością. Chwilowa bliskość ciała ukochanego tłumi nasz ból i marne perspektywy na przyszłość. Przestajemy żyć własnym życiem, gromadzimy substytuty. Kochamy na przykład niestandardowe waluty, jakieś bitcoiny, naszych proroków zdrowego, wegańskiego żywienia (ostatni problem – czy wolno nam antybiotykami niszczyć 2 kg bakterii w naszym ciele?), czy też nasze zwierzątka – ostatnio nie koniecznie prawdziwe, wierząc, że niosą nam nowe światło nowych czasów, jakieś wydumane „Jutrzenki swobody”.

Pewna kobieta napisała przed chwilą: „Witam 🙂 zwracam się z takim pytaniem: wierzycie w to, że kobieta będąc w ciąży nie może być matką chrzestna? Czy jeżeli już się zgodziła, to istnieje jakaś ochrona dla niej i jeszcze nienarodzonego dziecka?”

Inna zaś mierzy się z trudniejszym problemem: „Witam serdecznie. Od jakiegoś czasu z mężem jak tylko wchodzimy do domu, to czujemy się jakby chorzy (ból mięśni, osłabienie). Koty również zaczęły chorować.
Czy należy oczyścić mieszkanie? Jeśli tak, to jakie są sposoby?”

Moja długoletnia uduchowiona koleżanka wysyła mi zdjęcia swoich fusów od kawy wierząc, że intuicja podpowie mi, jak je interpretować. Inny zaprzyjaźniony człowiek sądzi, że wyrazem mojej odwagi jest publikowanie jakiegoś mojego snu. Mogę go pocieszyć: – to żadna odwaga. Ten sen zrozumieć mogę tylko ja, żaden zewnętrzny interpretator. To, co nazywam magazynem, ścieżką w lesie, czy stacją kolejową, jest tylko odzwierciedleniem  czegoś, co jest moją prywatną sprawą. Podobnie jak na karnawałowych balach we Francji odzianie w kamizelkę ze skóry ukochanego nie identyfikowało tego wszystkiego, co łączyło osoby bliskie.

Nie widzimy, że król jest nagi, a my chodzimy w kieracie. Przykro mi, ale czasu mamy coraz mniej.

zdjecie 24

Święta, święta i po świętach

Wracamy do rzeczywistości. Już zaskrzeczała w sylwestrową noc. Dla mojego pokolenia (jako dziecko przeżyłam Powstanie Warszawskie) wybuchy rac i petardy są mniej więcej tym, czym są dla zwierząt. Pewien pies, jak oszalały tak uciekał przed nimi, że aż nadział się na ostre pręty płotu. My, roczniki 42 i wcześniejsze mamy podobnie, jak zwierzęta, wdrukowane w pamięć znaczenie takich hałasów. W moich snach od wielu lat pojawia się połówka domu zmieciona wybuchem bomby, wirujące w powietrzu pierze z rozszarpanych poduszek i pierzyn i skrawki tkaniny białej w czerwoną kratę ( z jakiej ongiś robiono powłoczki, poszwy, ścierki kuchenne i serwetki). Jak zwierzę zrywamy się do biegu (instynkt wyprzedza rozsądek) i wracamy z powrotem na wygodny fotel lub do łóżka, ale nasze serca, wątroby, nerki dalej działają w trybie zwierzęcego strachu. Ja się nie boję, wiem przecież że to taka rozrywka, a nie wojna, ale mój organizm, moje ciało, zapamiętało ten strach dwu i pół letniego dziecka oraz parę widoków. Wspomniany na wstępie pies wisiał na płocie aż 7 godzin, zanim udzielono mi pomocy. Serce babci czy dziadka wariuje kilka dni, a kiedy mieszka sama, nie jest pewna, jak długo jeszcze wytrzyma. Nad psami wszyscy się rozczulają, niestety, nie nad ludźmi. Pieski się uspokaja, przytula, starcom pozostają jedynie wspomnienia albo złudzenia.

Ktoś może powie, że w Polsce jest niewiele staruszków pamiętających wojnę, więcej psów i kotów, nad których stresem trzeba się pochylić z troską. Nie jest to tak. Mamy sporo osób, które reagują podobnie: mieszkający u nas Czeczeni, Ukraińcy i inne – choć w niewielkiej liczbie – nacje, a zwłaszcza ich dzieci. Czy dlatego bronimy się przed przyjmowaniem ofiar wojen, bo musielibyśmy pomyśleć też o nich, nie tylko o naszych zastępczych obiektach do kochania – zwierzątkach? Nad zwierzątkami możemy się poużalać, ale ich cierpienie jest tylko bladym cieniem cierpienia prawdziwych ofiar wojen. Ich doświadczenia za bardzo bolą, żeby nam się chciało o nich myśleć.

Oglądam posiedzenie Sejmowej Komisji Zdrowia. Jeden minister atakuje, drugi się broni. Ale moja pamięć rejestruje konkrety. 2007 rok – mój umierający mąż spędza na niewygodnym plastikowym krzesełku na Izbie Przyjęć renomowanego warszawskiego szpitala czas od 9 rano (przewieziony karetką z innego szpitala) do 23, kiedy z owego krzesełka spadł. Łaskawie wówczas położono go na wózku, na którym przeleżał do rana. Rano trafił na OIOM i ktoś się nim wreszcie zainteresował. Przez dwa dni nie otrzymywał jedzenia i picia, musieliśmy mu to wszystko dowozić. Potem w środku nocy odwieziono go do domu, a ja, mająca wcześniej nadzieję, że przynajmniej parę godzin uda mi się przespać, musiałam zmierzyć się z jego umieraniem. Zmarł przed szóstą rano, a i tak datę jego śmierci pomylono. Na spotkaniu z firmą pogrzebową wystąpiłam w butach z odmiennych par. Ksiądz miał zastrzeżenia do wierności religijnym nakazom, które uśmierzył stosowny finansowy datek. Moje odczucia  – totalna ulga. Rano pojawiła się pielęgniarka, która miała mnie wspomóc, ale po prostu zabrała resztki leków i środków medycznych dla innych umierających staruszków. Teraz i ja z takich resztówek korzystam. Ale obecnie jestem sama. Nikt nie wystąpi w moim imieniu.

Denerwuję się. Nie korzystam z opieki specjalisty kardiologa, ponieważ biegły sądowy (sprawa mojego wypadku komunikacyjnego) orzekł, że nic mi już nie pomoże, uszkodzenia serca są nieodwracalne. Nauczyłam się  z nimi żyć, jednak starzeję się i kiedy serce zaczyna w Nowy Rok wariować, cały świat alternatywnych uczuć powraca. Arytmia serca przechodzi po jakimś czasie, a ja jestem gotowa na przerwanie transmisji ode mnie do świata. Chociaż pogodziłam się z sytuacją, po prostu boję się. Oddycham z ulgą, gdy czas fajerwerków się kończy.

W Nowy Rok dzwonią dzieci, znajomi, przyjaciele. Składają życzenia, podtrzymują mnie na duchu. Ale moja wyobraźnia szybuje daleko w przestworza. Mój bliski wieloletni przyjaciel, wcześniejsza podpora wielu trudnych dni, pisze mi, że boi się wszystkiego, a jego lęk wzmaga i moje lęki. Jasne, czekamy, aż nasz los zdeklaruje się i wyklaruje, ale ja poszybowałam w całkiem inne strony.  Potrzebuję już nie przyjaciół od serca, ale wsparcia instytucjonalnego, tego, które ma za nic czyjeś wyrzuty sumienia, prywatne związki i moje własne fascynacje. To już minęły lata, odkąd przestałam oczekiwać od kogokolwiek czegokolwiek. Cieszę się tym, co niespodziewanie otrzymam, ale i swoją wolnością, niezależnie od tego, jak ona wygląda w praktyce. Jestem wolna także w snach. Potrzebne mi teraz poczucie bezpieczeństwa. Urzędowe. Niestety, moje sny zamiast być pięknymi, fabularnymi opowieściami, stają się symbolicznymi opowieściami o jego braku .

Tej nocy jako statystka, brałam udział w jakimś filmie. Jego akcja rozgrywała się w ogromnym magazynie, na wielu piętrach i każda scena (nie wiadomo czemu, bo scenografii raczej nie było poza stołem i krzesłami), nakręcana była na innym piętrze. W końcu pogubiłam się. W połowie dnia mieliśmy jakiś lunch, w czasie którego zginął mi kubek z napojem, a gdy go szukałam, moja torebka. W międzyczasie scena przeniosła się na inne piętro, do innego pomieszczenia, a tam już nie mogłam trafić. Musiałam więc zrezygnować z zapłaty i postanowiłam wracać. Wyszłam przed budynek w przekonaniu, że mam przed sobą dwie ścieżki prowadzące do przystanku autobusu. Jedną króciutką, wychodzącą na wygodny chodnik, ale ta droga była dalsza. Bliższa miała być ścieżka przez las i tamtędy poszłam. Po drodze miałam wiele utrudnień, szczególnie były to jakieś wykopy i duże kałuże, ale mimo to udało mi się je pokonać i dojść… Właśnie! Nie na przystanek autobusu, jak oczekiwałam, ale na stację kolejową. Byłam jednak przekonana, że starczy przejechać pociągiem jedną stację i będę już w domu. I tak nie miałam torebki ani pieniędzy, więc nie kupiłam biletu, tylko pojechałam „na gapę”. Przejechałam ten odcinek i wysiadłam, ale okazało się, że trafiłam w zupełnie nieznane miejsce, nazwa stacji nic mi nie mówiła; nie miałam pojęcia, w którą stronę jechać, a rozkład jazdy był w budynku, który na noc zamknięto na cztery spusty.

Możliwe, że wskutek tego snu, moje serce zaczęło wariować. Chciałam się uspokoić i wyrównać oddech, otworzyłam okno i położyłam się podnosząc wysoko oparcie. Niestety, jak na złość, przypomniała mi się oglądana ostatnio  transmisja z posiedzenia Sejmowej Komisji Zdrowia i poczułam, że nic nie poradzę na przedstawiane tam argumenty i reargumenty. Po prostu przyszedł na mnie czas. Mój stryj mawiał zawsze że „jeśli starzec przeżył marzec, żyć  mu wypada, aż do listopada.” Zmarł 3 listopada.

Ja wiem, że krytyczne dni to Nowy Rok i trochę po nim. Wówczas zawsze dzieje się coś takiego w służbie zdrowia, co do naturalnego w tym okresie, dołka psychicznego, spowodowanego krótkim dniem i brakiem słońca dodaje inne lęki. Nawet ci z nas, pogodzeni ze śmiercią, śledzą polityczne zawirowania i zastanawiają się, czy im uda się przeżyć jeszcze parę dni zanim owe polityczne wyskoki w służbie zdrowia przeminą. Póki co, możemy się pocieszać reklamami tego i owego, jeśli zechce nam się myśleć o desingerskich torebkach filcowych na przykład. Albo nadzieją na jakieś rewelacyjnie okazyjne zakupy uzbrojenia lub dronów, czy też zmianą polityki informacyjnej rządu w kierunku życzliwszego przedstawienia aktualnych przemian.

Na moich półkach stoi kilka tomów książki Władysława i Ewy Siemiaszków zawierających dokumenty zagłady Polaków na Ukrainie w latach wojny. Utkwił mi w pamięci z tych relacji jeden obraz – dziecka, którego przeżyło mord na całej jego rodzinie. Otóż dzieciak schowany pod kołdrą, ze wszystkiego tego, co się wokół niego rozgrywało, zapamiętał jeden obraz: stojący na stole kubek z ołówkami przechylał się, ale nie przewrócił – wsparty szczęśliwie o inny przedmiot. Dziecko podjęło grę z przeznaczeniem – jeśli kubek nie przewróci się, a ołówki nie wysypią – przeżyję. I przeżyło. Tyle, że już nigdy nie mogło oglądać stojących na sztorc długopisów. A co gorsza, wstydziło się swoich lęków.

Ja, ze strachem widzę siebie, umierającą na niewygodnym plastikowym krzesełku na Izbie przyjęć któregoś warszawskiego szpitala (przedtem, jak mojego męża, przewożonego karetką od jednego do drugiego w poszukiwaniu miejsc), tyle, że nie ma przy mnie nikogo awanturującego się w moim imieniu, jak ja to robiłam. Za to za oknami wybuchają kolorowe race i blisko padające petardy. Czuję drżenie szyb i widzę kolorowe rozbłyski.

294360_sylwester-rok-nowy-2018-fajerwerki

Wycieczka dla starców

Obwieszczono dziś w telewizji, że z powodu braku lekarzy na okres świąt zawieszona została działalność oddziału wewnętrznego szpitala w Oleśnie. Podejrzewam, że to tylko początek i sądzę, że przede wszystkim zamykanie dotknie oddziały wewnętrzne. Tam zazwyczaj i tak jest najmniej lekarzy i pielęgniarek, a chorzy wręcz nazywają te oddziały umieralnią. Mam możliwość porównań i istotnie o ile na oddziale chirurgicznym nie widać szczególnej różnicy w trybie dnia między dniem zwykłym, a weekendem, o tyle na oddziałach kardiologicznych i wewnętrznych można w święto nie spotkać lekarza i rzadko dostrzec pielęgniarkę. Czytam to co pisze Justyna Karolak na blogu http://tosterpandory.pl/o-bozym-narodzeniu-powaznie-bez-zartow/ i sądzę, że ma rację.

„To w okresie Bożego Narodzenia wzrasta liczba samobójstw. To na Boże Narodzenie ludzie umierają. To w Boże Narodzenie najwięcej starszych osób potrzebuje maksymalistycznej opieki, którą tak trudno zapewnić w czasie specyficznym, świątecznym, bo ten czas lubi być niezwykle egoistyczny: dokładnie w tym czasie kontakty rodzinno-towarzyskie intensyfikują się ponad miarę, wybuchają ekspansywnie, i każdy oczekuje naszej uwagi, życzeń i obecności. Trudno podzielić siebie tak, by dla wszystkich starczyło po równo, a jeszcze człowiek chciałby odrobiny wytchnienia – dla siebie samego. Żeby odpocząć, żeby poświęcić uwagę własnym myślom, żeby zdobyć się na autorefleksję, żeby ocenić miejsce w życiu, do którego dotarło się w drodze prozaicznej tułaczki i nieprozaicznych marzeń, i brutalnej walki o byt.:.”

„Starszy człowiek, dziadek albo babcia, z demencją, z pieluchą w kalesonach lub rajtuzach, wydaje się jakże przystępny do pominięcia w naszym świadomym działaniu, bo istotnie często przejawia na tyle obrazowe schorzenia, objawy i dysfunkcje, że szpital weźmie staruszka pod swoje skrzydła na święta bez dwóch zdań, żeby badać, diagnozować i leczyć. Gdyby tylko szpital wiedział, że ten wylęg starców w szpitalnych progach na same święta nie jest wcale spowodowany realnymi chorobami starców, ich organiczną dysfunkcją…

Kto o tym wie, jaki jest realny powód tego wylęgu? Prawie nikt. Prawie czyni co prawda pewną różnicę, ale ta różnica nie prezentuje się nadto malowniczo, by zaintrygować sobą tłumy. Każdy schorowany czy umierający starzec, który trafi do szpitala na święta, pozostaje wyłącznie pomarszczonym balastem – ciężar tego człowieka jest marny dla niemal wszystkich wokół niczym wątły, przeterminowany puch, który niechcący usypał się z zapomnianej poduszki, i teraz trzeba ten puch po prostu zamieść, żeby przestrzeń znów stała się czysta…”

Nic dodać, nic ująć. W dodatku ta wymuszona okolicznościami troska o osoby starsze i niedołężne nijak się ma do świadomości ich potrzeb. Przykładem z innej beczki może być magazyn Spółdzielczy Spółdzielni Mieszkaniowej „Służew nad Dolinką nr 26 z grudnia b.r. W wywiadzie prezes Spółdzielni chwali się nowymi inwestycjami na osiedlu:

„Przez ostatnie lata, ku zadowoleniu mieszkańców, na Osiedlu powstało kilka inwestycji prospołecznych takich jak: Publiczne Przedszkole Małego Kopernika, teren rekreacyjny Górki Służewskie, siłownie plenerowe, czy V piętro w nowym budynku przy ul. Mozarta 1, przeznaczone dla mieszkańców na potrzeby społeczno-kulturalne. Działalność tam prowadzona łączy całe pokolenia i ciągle się rozwija. Cieszę się, że to piętro żyje i służy ludziom. Zarówno dorośli, młodzież jak i dzieci korzystają z różnego rodzaju zajęć ruchowych, kulturalnych czy edukacyjnych w ramach programu Klubu Seniora, świetlicy środowiskowej, czy też biblioteki. Miło jest patrzeć, gdy co dzień- wiele uśmiechniętych osób podąża na różnego rodzaju zajęcia s i spotkania.”

Oczywiście wizja uśmiechniętych staruszków podążających dziarsko na zajęcia ruchowe i społeczno-kulturalne jest urokliwa, ale nie ma nic wspólnego z prawdą, której bliższy jest obraz serwowany przez Justynę Karolak. Mimo to, wydaje się że pan prezes Spółdzielni wierzy w to, iż zapewnił osiedlowym dziadkom i babciom wszystko, co im potrzebne do szczęścia. Możliwe, bo program wydarzeń Klubu Seniora jest imponujący – pod warunkiem, że są to seniorzy młodzi i sprawni, dla nich bowiem wieczorki taneczne, chi- kung, siatkówka i ping-pong i rozmaite wycieczki są osiągalne. Na żadnym z wielu zdjęć nie zauważyłam jednak osoby na wózku, z balkonikiem czy nawet o kulach. One są widoczne wyłącznie na osiedlowych uliczkach i to w pogodne dni w jedynym sklepie bez schodków, za to bez dostępu do wszystkich półek. Nawet pobliska apteka mieści się na piętrze bez czynnej windy, a żeby dostać się do przychodni, trzeba dojść do końca ulicy i tam skorzystać z podnośnika.

Ostatnio sprawdzałam możliwość skorzystania z podobno bezpłatnego miejskiego transportu dla niepełnosprawnych na wózkach, do lekarza lub przychodni. Udając się na zabieg, chciałam mieć pewność, że powrócę po nim do domu, nawet gdy nie zdołam wgramolić się do samochodu osobowego. Niestety, telefon zamieszczony na stronie Urzędu miasta nie odpowiadał przez kilka dni. Prawdopodobnie sprawa przestała być aktualna, ale wiadomości nie sprostowano.

Przeczytałam gdzieś też, że miasto ma umowę z firmami taksówkowymi, które przewożą niepełnosprawnych, niestety usługa aczkolwiek dwukrotnie droższa niż normalna i tak wymaga wcześniejszej, kilkudniowej rezerwacji. Po co więc szpitale jednego dnia, skoro i tak najlepiej swoje odleżeć?

Westchnęłam sobie oczywiście za Norwegią, gdzie w jednym z portów dyżurował samochód, przewożący niepełnosprawnych na wózkach do miasta i z powrotem, czy Holandią, gdzie spotkałam w galerii handlowej „wózkową” wycieczkę na zakupy. Czy takie duże osiedle jak nasze (wielkość sporego miasteczka) nie mogłoby zorganizować „wózkowiczom” przed świętami przejażdżki do sklepu albo wycieczki dostępnej nie tylko dla chodzących na własnych nogach? Nawet rodziny nie zawsze mogą tu pomóc, bowiem składane wózki często nie mieszczą się w bagażniku.

W szpitalu przynajmniej zawsze można liczyć na towarzystwo, chyba, że go na święta zamkną… Trudno tylko zrozumieć dlaczego, mimo iż pełno w nich chorych babć i dziadków, wcale oni nie chcą tam leżeć, odpoczywać, jeść co ugotują im inni i korzystać z dobrodziejstw medycyny…

Scan nasza piękna Dolinka

(fotografia pochodzi z magazynu Spółdzielczego Spółdzielni Mieszkaniowej „Służew nad Dolinką nr 26 z grudnia b.r.)

Dyskutowałam o tym ze znajomym tuż po świętach. Zapytał mnie: Dlaczego oczekujesz, że ktoś ci coś zorganizuje? Weź i spręż się sama, roześlij wici, że organizujesz wycieczkę, zbierz chętnych i dopiero wtedy pertraktuj ze spółdzielnią.

Rzeczywiście. Dlaczego? Święta racja! Zadumałam się głęboko. Dlaczego ja sama się nie sprężę? Wszak tyle razy już robiłam to w swoim życiu. Organizowałam kilkakrotnie różne społeczne przedsięwzięcia, ostatnie, przewodnicząc  społecznemu komitetowi budowy wodociągu we wsi Mierzwice Kolonia. Wodociąg wybudowano dzięki społecznej pracy mojej i moich działkowych znajomych. Włożyliśmy w to także trochę własnych funduszy, skrupulatnie rozliczyliśmy się z każdej złotówki, oddaliśmy nadwyżkę tym, którzy dokonali wpłat i tak dalej. Nie oczekiwaliśmy od nikogo podziękowań (bonusem było to, że gmina w ogóle ten wodociąg wybudowała, choć początkowo nie mieli zamiaru) ale też nie oczekiwaliśmy szeptanej propagandy, że obłowiliśmy się na tym przedsięwzięciu. Przecież zapłaciliśmy tyle co wszyscy za przyłącza i przypadającą na nas część kosztów projektu, do czego się zobowiązaliśmy. Zresztą projekt także sporządziła osoba wskazana przez gminę. Resztą, tj przetargiem i zleceniem prac, ich nadzorem itp zajęła się gmina.

To wówczas nastąpił ten moment mojego zniechęcenia do działań prospołecznych. I jakoś trwa do dziś. Siedzę sobie w domu na wygodnym fotelu i chciałabym, żeby czasem ktoś pomyślał także o mnie. Mnie się już za bardzo nie chce. Może przyjdzie na innych kolej? Tylko błagam, zastanówcie się czego osobom starszym i niepełnosprawnym potrzeba? Na pewno nie potańcówek, a przynajmniej tym mniej mobilnym. Tyle, że potańcówki zorganizować najłatwiej. I oczywiście łatwo się nimi pochwalić. Zwłaszcza w gazetce finansowanej przez sponsora i wydanej na pięknym kredowym papierze…

Zapiekła zaciekłość

To, co w ludziach zawsze przerażało mnie najbardziej i przeraża do dziś, to zapiekła zaciekłość, obojętnie czego ona dotyczy. Może nawet cudzych kamieni w cudzym woreczku żółciowym.

Zdarzyło mi się niebacznie przyznać do nich w jakimś wpisie na FB – w ogóle na marginesie dyskusji o czymś zupełnie innym, a mianowicie opowieści o dyskusji w sprawie sztucznej świadomości. Wyraziłam w niej pogląd, że składnikiem świadomości powinny też być doznania cielesne, np bólu, czego żartobliwym przykładem miały być owe kamienie, których nie posiadają maszyny. Jedna z dyskutantek poinformowała mnie natychmiast, że przyczyną kamieni zgodnie z jakimiś pięcioma prawami natury (Germanska Nowa Medycyna, totalna biologia czy meta health) jest:

„Kamienie w woreczku, to nagromadzona złość. Trzeba się rozprawiać z tematami, które powodują odczuwanie tej emocji. Tzn, że denerwuje Cię jakaś osoba/osoby/sytuacje przez lata. Jesteś uwikłana w toksyczne relacje. Zachowanie osób rani i nie możesz sobie z tym poradzić. No więc, woreczek żółciowy pod wpływem stresu kurczy się, a żółć zbija i tworzą się kamienie. Aby się nie narażać na powstawanie kamieni trzeba zacząć nad sobą pracować i uzdrawiać relacje.”

Teoretycznie jestem oczywiście bardziej za zdrowymi relacjami, niż za chorymi, a zwłaszcza toksycznymi. Wiem także że woreczek żółciowy kurczy się nie tylko pod ich wpływem, także pod wpływem nęcących zapachów, dobiegających z okolicy (co występuje szczególnie przed świętami), na widok apetycznych potraw i z wielu rozmaitych, nie mających związku z konkretną osobą powodów. Tak czy inaczej, nie jestem uwikłana w żadne takie relacje, jestem przedziwnej spokojności człowiekiem, zgodnej i ustępliwej natury, a moje kamienie są podobno wynikiem zbyt długiego zażywania pewnego leku, jedynego dostępnego w swoim czasie w PRL, zresztą przepisanego przez lekarza.

Zawiadomiłam o tym moją dyskutantkę , ale ona i tu natychmiast wykryła moją winę. Na pisała: „Jeśli jest to chemiczne zatrucie lekami to rozumiem, z tym że owe leki zostały pani przepisane „po coś”najprawdopodobniej na jakąś „dolegliwość”(no chyba ze miała pani kaprys i wzięła je sama). Wystarczy obserwacja swojego organizmu, by mieć dowód, co jest przyczyną stanu w jakim się znajduję. To nie jest kwestia wiary tylko wiedzy czysto biologiczno-fizjologicznej i jej przyswajalności czyli otwartości”

Zarzutów subtelnie podanych jest tu kilka. Leczenie się, jako wynik mojego kaprysu lub samowoli, brak obserwacji swojego organizmu, brak inteligencji w diagnozowaniu samej siebie, brak wiedzy, nieumiejętność jej przyswajania i brak otwartości. Doliczyłam się przynajmniej 6 zarzutów, co jak na 59 wyrazów i 346 znaków bez spacji, stanowi potężną dawkę oskarżeń.

Faktycznie, w kontaktach z takimi dyskutantami można doznać uwikłania w toksyczną relację, więc czym prędzej odpisałam jej, celem wyładowania swojej złości na zewnątrz, a nie do wewnątrz mojego woreczka żółciowego:

„Pani …, wszem i wobec wiadomo, że życie jest chorobą. Nie rozumiem tylko entuzjazmu, z jakim wciela się Pani w rolę eksperta od losów ludzkich. Więcej pokory wobec ludzi, proszę…”. Dyskutantka nie pozostawiła mojego wpisu bez odpowiedzi (to zadziwiająca cecha facebookowych dyskusji, że ciągną się bez końca, bo każdy, zamiast po wygłoszeniu swojego zdania, dać spokój, koniecznie chce mieć ostatnie słowo). Złożyła mi zatem niespecjalnie życzliwe przedświąteczne życzenia, żebym zmieniła swoje ograniczenia przekonań. Podziękowałam konwencjonalnie i chłodno, bo cała ta dyskusja znużyła mnie.

Tak się jednak zdarzyło, że jednocześnie czytam powieść Madeleine Thien „Nie mówcie, że nie mamy niczego” poświęconą losom chińskich intelektualistów i twórców w czasach „rewolucji kulturalnej” i nie mogę się opędzić od wrażenia, że podtekstem wszystkich opisanych wydarzeń, było uwolnienie w ludziach owej zapiekłej zaciekłości – choć oczywiście sedno powieści dotyczy zupełnie czegoś innego i stanowi wnikliwy opis myślenia i reakcji ludzi sztuki na doświadczenia przekraczające ich rozumienie świata. Na walkę z „czterema starymi rzeczami”, jako wyznacznikami burżuazyjnego odchylenia świadomości, polegającą m.in. na niszczeniu płyt gramofonowych, partytur, nut, fortepianów i innych instrumentów muzycznych.

Opisując kampanię hunwejbinów przeciwko nauczycielom, profesorom i starcom, jako wrogom ludu, recytowanie haseł i sloganów przeplatane biciem oskarżonych i coraz absurdalniejszymi zarzutami, podnoszono właśnie jako ich winę, rzekome słabości. Tu przytoczę tylko mały fragment:

„-  Wu Bei na szubienicę!

Dziewczyna z kijem od miotły oskarżyła staruszka o nauczanie literatury, która kpi z rzeczywistości każdego stojącego przed nim mężczyzny i każdej kobiety.

– Wydawało ci się, że możesz deptać tych, którzy są pod tobą – mówiła niepokojąco melodyjnym głosem. – Wydawało ci się, że twoja pozycja czyni cię wielkim, a nas maluczkimi, ale to my mamy otwarte serca i czyste umysły. Obudził się potwór, nauczycielu! Wiele razy następowałeś na jego głowę, a teraz on wypełza z błota. Jest odpychający i prymitywny ale przynajmniej wolny od twojej pogardy i poczucia wyższości. Tak, ten potwór, to ziarno prawdy, na którą chciałeś się zamknąć. Jesteśmy wolni, chociaż próbowałeś wypaczyć nasze umysły, zatruć nasze pragnienia.

Zaczęła go bić, powolnymi, metodycznymi ciosam. wymierzonymi w plecy, uda i pierś, jakby był zwierzęciem, które zasłużyło na karę. Staruszek zachwiał się i upadł. Podniesiono go i postawiono z powrotem na krześle, mimo że ledwie trzymał się na nogach.

– Jeśli upadniesz, będziemy bić mocniej – oznajmiła słodko dziewczyna. – Niewielka to kara za twoje zbrodnie, ale nie obawiaj się! Zajmiemy się każdą twoją słabością. To dopiero początek.

Ktoś przyniósł drugie krzesło, a jakiś chłopiec wcisnął mężczyźnie na głowę biały szpiczasty kapelusz z papieru. Tłum eksplodował drwiącym śmiechem, pokrzykując i wytykając mężczyznę palcami, ten zaś zrobił się tak blady, jakby miał zemdleć. Na kapeluszu widniały słowa: „Jestem wrogiem ludu i demonem! Szerzę kłamstwo i fałsz!”.”

Wydawać by się mogło, że takie zestawienie jest nieuprawnione i że tropienie miejsc, gdzie zaczyna się zaciekłość, wściekła złość, obojętna na zdrowy rozsądek i zasadę, że każdy jest wolny w swoich poglądach i przekonaniach jeśli nie wyrządza nikomu krzywdy, jest bezsensownym rozczepianiem na włosa czworo lub liczeniem demonów na końcu szpilki. To, że ktoś zapomniał, iż woreczek żółciowy, moje ciało i moje zdrowie nie powinny być przedmiotem cudzych nieuprawnionych zarzutów, wygłaszanych w przekonaniu iż lepiej wiedzą, co dla mnie dobre i jakie błędy popełniam w swoim życiu, nijak się ma do chińskich wydarzeń politycznych. Czy aby na pewno?

Codziennie słuchamy w telewizji wypowiedzi polityków, którzy lepiej wiedzą, co nam, społeczeństwu jest potrzebne i co dla nas, zwłaszcza kobiet, jest lepsze, ponieważ jako szara, głupia masa, popełniamy właśnie owych 6 błędów, tj.: kierowanie się kaprysem lub samowolą, niewiedza co jest słuszne, a co nie i niechęć do nauczenia się tego, wygodnictwo i brak otwartości. Wszystkie te błędy można ich zdaniem wyeliminować, wymuszając na głupim narodzie właściwe (ich zdaniem) postępowanie. A poziom intelektualny tych polityków niejednokrotnie dorównuje poziomowi mojej zapiekłej dyskutantki, bezmyślnie cytującej jakieś slogany (Jak się ma Germańska Nowa Medycyna czy Totalna Biologia do uprawnionej nauki za którą stoją autorytety wykształconych specjalistów?). Podobnie rozprawiali się młodzi ludzie ze swoimi nauczycielami i profesorami w Chinach za panowania Mao Ze Donga.

Dlatego podobne postępowanie, oparte o zaciekłą wiarę, że ma się rację, budzi moje najgłębsze przerażenie. Pogarda bowiem dla kogoś, kto inaczej myśli, może być wyłącznie  źródłem nieszczęść.

DPkH4aRXUAACLln