Balkonowy dziennik zarazy 1

Rozprzestrzeniły się dzienniki zarazy, jak sama zaraza. Ich pisanie stało się modne, zwłaszcza przez zamkniętych w domach dziennikarzy. Najczęściej to zapis osobistych doświadczeń plus komentarze zachowania i słów polityków. Pan taki czy inny udaje się do sklepu, gdzie widzi niemiłe scenki agresji, wraca do domu, odpala telewizor, w którym także repertuar jest dwoisty – obrazki ku pokrzepieniu serc przeplecione z słowami i zachowaniem polityków, z kwestią wyborów na czele, po czym udaje się do internetu, a tam jeszcze gorzej niż w sklepie.

Próżno szukać  w tych dziennikach opisu istotnych wydarzeń osobistych, rodzinnych zawirowań, świadectw mierzenia się ze stresem i nerwowością. Oczywiście nie ma też burknięć, wzruszenia ramionami i odwiecznego męskiego tekstu : „daj mi wreszcie spokój”. To nieprawda, że wszystko jest cacy, życie wre jak w tyglu, czego świadectwo mam w swoim jedenastopiętrowym bloku w postaci wyzwisk, hałasów, ciskania meblami i trzaskania drzwiami. Mury mojego budynku wręcz pulsują nieukrywaną agresją, dla której kontrastem jest pusta, spokojna ulica, wypełniona kurzem i oślepiającym słońcem, przerywana jedynie szczękiem śmieciarek i k…ami zza otwieranych dla wietrzenia mieszkań okien i balkonów. Także wyzwiskami pulsują rury w łazienkach, gdy odbywa się poranne opróżnianie organizmów ze złogów ubiegłego dnia, a przy okazji i kawałków duszy.

Zdarza się też, że moi rozmówcy i rozmówczynie w ramach utrzymywania kontaktów ze starszymi ludźmi opowiadają nerwowo i hałaśliwie o doznawanych krzywdach. Zawsze bowiem, jak za dawnych dobrych czasów, starsi ludzie służyli za swego rodzaju śmietnik dla młodych, chyba że byli niereformowalnymi odmieńcami o charakterach przysłowiowej Ksantypy.

Ja, poddana nieustannej kwarantannie, nie wychodząca z domu od ponad roku zdążyłam przywyknąć do swojego więzienia. Paradoksalnie, poszerzyło mi się ono o balkon dzięki przedpołudniowemu słońcu. Raz dziennie pokonuję mały schodek prowadzący do mojego ogrodu z wyrastająca miętą, czosnkiem niedźwiedzim i krzaczkami lawendy. Chwytam dobroczynne promienie i staram się posiedzieć tam  przynajmniej kilkanaście minut, dopóki kręgosłup nie zawoła mnie z powrotem na łóżko.

Pewna kobieta żaliła mi się, że „Ty to masz dobrze, możesz wyjść na balkon opalać się, zazdroszczę ci”. Z czasów gdy jeszcze odwiedzałyśmy się wiem, że ma balkon, więc dziwię się, wywołując lawinę dalszych narzekań. Znajoma ta mieszka z matką, a teraz żali się: „Balkon jest w pokoju matki, więc kiedy pomyślę, że gdy będę wychodziła, ona będzie się na mnie gapić, wolę już siedzieć w swoim pokoju.” Nie jest chora ani na kwarantannie, po prostu ma przymusowy tygodniowy urlop. Matka przeszkadza jej jeszcze bardziej niż zwykle. Syn zadzwonił tylko raz i był niemiły. Nawet nie złożył życzeń.

Czasem wieczorami dopada mnie strach, że się zarażę i nie przeżyję, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że takiego życia, jakie prowadzę nie powinno mi być żal. Życie jest dziwną grą, wygrane i przegrane nie wiążą się ze zdroworozsądkową kalkulacją. Tak na przykład ze dwa tygodnie temu przewróciłam się na podłogę, ponieważ załamał się pode mną stołek na kółkach, którego siedzisko przymocowano niedbale kilkoma śrubami, wkręconymi wprost w płytę paździerzową. Po godzinie udało mi się wstać, przy okazji poznając inną geografię mojego mieszkania. Czołgający się człowiek wolałby podłogę brudną, wręcz lepiącą się, inne meble, cięższe, najlepiej przyśrubowane, a poza nimi same futryny, których można uczepić się obiema rękami. Ale gdy wstałam wreszcie, poczułam się jak zdobywca zatykający sztandar swojego państwa na szczycie góry. Dałam radę! No i moi bliscy dzwonią co parę dni, dbają też o zakupy i czystość podłogi.

Dzwonią także niebliscy, aż telefon się grzeje i muszę codziennie  go  ładować. Jeszcze niedawno w poniedziałki o siódmej rano meldował mi raportem, którego nie potrafiłam wyłączyć „twój średni czas przed telefonem w ostatnim tygodniu wynosił 0,7 minuty dziennie i był krótszy od poprzedniego o 0,1 minuty” Wczoraj zameldował mi, że mój średni czas wyniósł 33 minuty z kawałkiem, co w znacznej części zawdzięczam takim znajomym, jak wyżej opisana.

Nie dzwonią niestety osoby, z którymi najbardziej chciałabym porozmawiać (z wyjątkiem jednej). Dzieje się to także z powodu koronawirusa – układy rodzinne skostniały, głupio tak siedzieć w jednym pokoju z żoną, mężem czy dziećmi i nawijać o sprawach własnej duszy, wszak im nic do tego. Nie po to się ma rodzinę, żeby z nią albo przy niej gadać. Łatwiej pokazać rozmówcy na face time wideo swojego kota goniącego muchy na skrawku ogródka, ponarzekać na kolejki przed sklepem, a najłatwiej zrobić wykład z bieżącej polityki i szans na odłożenie wyborów nie zastanawiając się, czy to w ogóle obchodzi rozmówcę.

Zasypiam wieczorem przy telewizorze i śni mi się moja zmarła dawno temu mama śledząca mnie zza uchylonej zasłony, czy aby przypadkiem nie wychodzę na balkon. Bezgłośnie daje mi do zrozumienia, że tam jest niebezpiecznie. Budzę się przestraszona i słyszę w mieszkaniu nade mną uporczywy kaszel. W telewizji właśnie zabiera głos ekspert mówiący, że bardziej szkodliwe jest przebywanie w mieszkaniu połączonym z innymi kanałami wentylacyjnymi, niż na ulicy, w parku, czy w lesie. Robi mi się duszno, więc wychodzę na balkon. Zbieram przy pomocy mojego chwytaka niedopałki papierosów, którymi ktoś obsiał mój balkon, biorę je w palce i wyrzucam. Przypomina mi się, że wczoraj tym chwytakiem podniosłam z ziemi kawałek upuszczonego jabłka. Czuję jak dopada mnie paranoja. Tyle, że nie mogę zadzwonić do nikogo i pożalić się. Żalę się więc wam.

Na szczęście rano już o niczym nie pamiętam, siadam do komputera i poprawek starych tekstów oraz podłączam do ładowarek wszystko, co mam. Jest już nowy dzień.

Wieści z samotni 5 – Komu wyją wilki i z kim rozmawiają karaluchy

Jest coś fascynującego w domorosłych statystykach związanych z koronawirusem. i upieraniem się przy nich z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy. Otóż pewien użytkownik FB rozwodzi się nad wyliczeniami Forbesa, zapominając, że 8 przypadków to nie żadna statystyka.

„Na osiem osób chorych na COVID-19 dzielących kabinę z innymi pasażerami 3 (trzy) osoby NIE zachorowały na koronawirusa.” Nie napisano „kabiny”, tylko „kabinę”. Tytułem wyjaśnień, bo czy to wyjaśnia, „chodzi o to, że 8 chorych członków załogi spało w dwuosobowej kabinie z kolejnymi 8 zdrowymi załogantami. I teraz: z tych 8 zdrowych zakaziło się 5, ALE 3 osoby pomimo kilkutygodniowej współbytnosci w ciasnej kabinie NIE zaraziły się.”?  Pływałam takimi statkami i wydaje mi się, że nie ma tam tak dużych kabin. Są 2-osobowe i najwyżej połączone ze dobą w grupie po 2. A więc problem jest w nieprecyzyjnym wyrażaniu się. Lepiej jednak iść w zaparte, niż przyznać się do błędu. A to takie proste – użycie liczby pojedynczej zamiast mnogiej.

Przerosłe ego owego dyskutanta nie dozwala mu dostrzec, że zabiera głos w sprawach, na których zupełnie się nie zna. Ani na statkach wycieczkowych ani na statystyce. Przeczytał gdzieś obcojęzyczny artykuł w znanym tytule prasowym, co traktuje jako prawdę absolutną, niepodważalną.

Inni odświeżają zatęchłe już przekonania że komety przynoszą zarazy. Zabawne że wykorzystują do tego takie witryny jak „Dziennik naukowy”. Zapytują: Czyżby kometa koronawirusa? Odkryta 28 grudnia 2019 r. Tuż przed zawiadomieniem WHO przez Chiny o masowych zachorowaniach. „Kometę Atlas (C/2019Y4) odkrył system alarmowy Asteroid Terrestrial-impact Last Alert na Hawajach (stąd nazwa Atlas). Miało to miejsce 28 grudnia 2019 roku. Wówczas obiekt znajdował się w odległości 439 milionów kilometrów od Słońca i był dość słabo widoczny, ale od tego czasu rozjaśnia się tak szybko, że astronomowie mają duże nadzieje na kosmiczny spektakl z jego udziałem. Jednak komety są kapryśne i show, na które się zanosi, może nie dojść skutku.”

https://dzienniknaukowy.pl/kosmos/kometa-atlas-robi-sie-coraz-jasniejsza-zanosi-sie-na-kosmiczne-widowisko?utm_source=facebook&utm_medium=fb_ads&utm_campaign=FB_Dziennik_Naukowy&utm_term=linkpost_24.03.2020&utm_content=post_4_kometaatlas&fbclid=IwAR0d-MLqZPNNBrZ4I9GK3AZnWTT-n1XuC-OVreBYVE-c3htQUIm1AJg_Bn8

Śmieszne, że odzywają się też moralizatorzy, wyważając drzwi dawno otwarte. Z powrotem przeżuwają religię, „cywilizację śmierci” i boskie kary zsyłane za ludzką niegodziwość; idąc śladami dawnych epidemii wyciągają mocno przedwczesne wnioski. „Świat nigdy już nie będzie taki sam”. Oczywiście. Zawsze się zmieniał i zmienia, czasem wolniej czasem szybciej. Zmienia się rzadziej dla zbiorowości, częściej dla pojedynczych osób. Dla nich często w sposób krańcowo ekstremalny, bywa, że gorzej niż dla zbiorowości

Jakie to trywialne! Ile razy już tak bywało, że świat odwracał się do współczesnych plecami, zaczynał wirować jak pies goniący swój ogon, aż wracał do własnej postaci nieco tylko zmieniony, określany nowymi słowami i przyprawiony nowymi ideami. Pojedyncze osoby mogły nie mieć tego szczęścia powrotu do lekko tylko zmodyfikowanej sytuacji.

W osiemnastowiecznym pamiętniku  pewna osiemnastolatka, imieniem Maria, szlachcianka z małego dworku na krańcach Rzeczypospolitej, zmuszona do małżeństwa z nielubianym kuzynem, żegnała swoje panieństwo stojąc w zimową noc na ganku i nasłuchując wycia wilków. Wiedziała, że świat nie będzie już nigdy dla niej taki sam, ale nie spodziewała się że aż tak. Samotnie odbyła podróż za ocean, a pokrótce jej mąż, szuler pływający statkami po Missisipi zginie z rąk nożownika, ona zaś samotnie wychowując dziecko nie usłyszy już wycia swojskich, kresowych wilków. Kilka pokoleń późnej jej potomek zostanie naukowcem, laureatem wielu nagród, wytyczającym nauce nowe szlaki. Nieporadny stylistycznie i ortograficznie tekst Marii przejmuje zapisem owej chwili, gdy świadoma niemożliwości ucieczki nasłuchuje wycia wilków.

W dwudziestowiecznym M-2 w warszawskim bloku samotna, osiemdziesięcioparoletnia wdowa, bez telefonu, poruszająca się z trudem o dwóch laskach, przewraca się na podłogę i nie może wstać. Kluczami do jej mieszkania dysponuje sąsiadka, policjantka, Kobieta może ją przywołać stukając laską w ścianę, do której przylegają zagłówki ich posłań. Pech w tym, że policjantka ma służbę 24-godzinną, potem jakieś szkolenie i kiedy się pojawia w domu, staruszka jest bardzo wyczerpana, przerażona i zmarznięta, ponieważ w PRL-u panował zwyczaj wyłączania i remontowania centralnego ogrzewania zimą. Kobieta zostanie odwieziona do szpitala, gdzie kilkakrotnie z poświęceniem ratują jej zniszczone serce. W międzyczasie rodzina postanawia wyplenić karaluchy, które zagnieździły się w jej mieszkaniu, upodobawszy sobie zwłaszcza jej materac. Wezwana firma rozpyla trutkę, po której okres karencji dla człowieka wynosi 3 dni. Jest trzeci dzień, na podłodze wszędzie leżą trupy owadów, rodzina musi jeszcze odczekać jeden dzień i wejść aby posprzątać. Tymczasem szpital postanawia pozbyć się kobiety. Naraziła się personelowi, odmówiła zgody na bronchoskopię, po której zmarła jej sąsiadka ze szpitalnego łóżka, poza tym zwyczajem polskiej służby zdrowia w dużych miastach jest odsyłanie do domów umierających.

Szpital nie chce słuchać próśb o pozostawienie kobiety jeszcze jeden dzień i jest tak zajadły w swym postanowieniu, że z braku odpowiedniej karetki odsyła kobietę do domu w samochodzie dostawczym, położoną na podłodze, na warstwie koców, bowiem samodzielnie już nie utrzyma się siedząc. Szpital jest po drugiej stronie ulicy, gdzie mieszka kobieta, naprzeciw jej okien, ale liczne światła i korki po drodze przedłużają transport. Kiedy kobieta ląduje wreszcie na własnym łóżku w wyziębionym mieszkaniu, wietrzonym na potęgę po deratyzacji, z jej pościeli wypełza karaluch, ostaniec po pogromie. Kobieta twierdzi, że karaluch rozmawiał z nią i opowiedział jej o zagładzie. Umarła kilka dni później.

Lato, dwadzieścia lat  później, początek dwudziestego pierwszego wieku. Umiera mężczyzna chory na białaczkę. Po 24-godzinnym oczekiwaniu na OIOM-e spadł z krzesła, więc położono go na leżance. Kilka godzin później karetką odwożą go do domu, w środku nocy. Żyje jeszcze tydzień.

Rok później, również lato. Jedenastopiętrowy blok wypełnia smród. Od tygodnia zwiększa się i zwiększa. Wezwane służby dają sobie z tym radę, w bloku śmierdzi jeszcze kilka dni.

Dziesięć lat później. Epidemia. Podobno, bo siedemdziesięciosiedmioletnia kobieta już nie wychodzi z domu od co najmniej roku. W telewizorze ogląda dyskusję nad ewentualnym przełożeniem wyborów. Ma lepiej niż jej matka, dysponuje wózkiem inwalidzkim i balkonikiem. Ale nie ma złudzeń i coraz słabsze ręce. Szykuje sobie kolację, gdy nagle obrotowy stołek załamuje się i kobieta ląduje na ziemi. Nic jej się nie stało, ale pamięta różne rzeczy, trochę za dużo ich jest zresztą. Udaje jej się doczołgać do korytarza, gdzie pod lustrem stoi ławeczka, na której położono cienką gąbkę. Czołganie jest tu pierwszym etapem trudności. Z niedowładem nóg i ograniczoną możliwością ich poruszania, musi liczyć jedynie na swoje, bolące już i słabe ręce. W kuchni jest blat, więc można odepchnąć się od jego krawędzi się i złapać uchwytu lodówki tudzież piekarnika. Udaje się jej dotrzeć do futryny, gdzie może wykorzystać siłę obu rąk. Potem korytarz, dwudziestolitrowa butla z wodą na stołku. Trudny do wykorzystania przedmiot, łatwo się przesuwa. Udaje się jej jednak zrzucić gąbkę z ławeczki na podłogę. Odpoczywa z głową na tej gąbce. Z telewizora dalej dobiegają alarmujące wieści o kłopotach służby zdrowia. Ale jak rozmawiać z telewizorem, z karaluchem chyba łatwiej. Kobieta wie swoje. Wszak przed chwilą polityk wypowiedział myśl głęboką: „koronawirus przemebluje strukturę demograficzną kraju”. To o niej tak powiedział, choć z racji nieustannej kwarantanny może się przed wirusem ustrzec. Koronawirus może być dla niej łaskawy, ale pytanie: jak łaskawe będzie jej własne ciało? Jak litościwy los? Czy jest wystarczająco samowystarczalna, żeby dalej żyć?

Skoro czytacie te słowa, wiecie już, że udało mi się. Klęknęłam na gąbce, oparłam się łokciami o ławeczkę i jakoś uniosłam się do takiego  poziomu, aby oprzeć jedną, potem drugą dłoń na ławeczce. Schwyciłam za nogę stołka, przewróciłam go wraz z butlą (na szczęście zapieczętowaną) i miałam drugie szczęście, że poturlała się w kierunku moich szanownych czterech liter. Przysiadłam na niej i balansując odbiłam się od podłogi stopami, pozbawionymi na szczęście klapek, które zostały w kuchni. Już za pierwszym razem udało mi się złapać pozycję podkowa+, czyli odginanej podkowy. Schwyciłam się brzegu lustra na szczęście przymocowanego solidnie do ściany. Hej, świecie mój! Żyję! Stoję!

Jeszcze tym razem udało mi się uniknąć pomocy służby zdrowia. Trochę mnie boli tu i tam, moje wnętrze nieco się przewartościowało, opuszczać je zaczęły niezdrowe miazmaty, zwłaszcza gdy w odzyskanej świeżo samowystarczalności mogłam zgasić telewizor. Pozostała zadyszka, która, mam nadzieję wkrótce przejdzie. Na wszelki jednak wypadek publikuję ten tekst po, zapewne, jeszcze niewystarczającej korekcie.

Wieści z samotni 4 – Szlachcianki pełły w rękawiczkach

Z Pana Tadeusza Mickiewicza, tak nieludzko katowanego w szkole, zapamiętałam niewiele fragmentów. O Zosi, co wbiegała do domu przez okno, a nie drzwi; o Telimenie, którą oblazły mrówki i o zaściankowych szlachciankach, które tym się chciały odróżnić od chłopek, że pełły w rękawiczkach. Dzięki ojczulkowi Google znalazłam nawet stosowny cytat:

„…Strój także szlachcianek
Najuboższych różni się od chłopskich katanek:

I żną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach.”
A. Mickiewicz, „Pan Tadeusz”, 6,390-394

Także w czasach, gdy chodziłam do szkoły, w latach 50-tych ubiegłego wieku wykonywanie takiej czynności, nie gołymi rękami, jak normalna kobieta, a w rękawiczkach, było fanaberią, starannie podkreślaną przez nauczyciela, jako przejaw zwyrodnienia szlachty i oczywiście ośmieszaną. Czterdzieści lat później i ja na swojej działce porzuciłam klasowo słuszną pracę rąk pozbawionych osłony, bowiem w sklepie ogrodniczym w Łosicach pokazały się cieniutkie, jedwabne rękawiczki, specjalnie do pielenia. Model ten zresztą ewoluował i ewoluuje do dziś. Z tą chwilą przestałam traktować ów cytat jako dowcipno-złośliwy i na długie lata o nim zapomniałam.

Przypomniało mi się to odróżnienie chłopek od szlachcianek (mimo że zaściankowych) przy lekturze powieści mojego dziadka, Benedykta Jacórzyńskiego „Ludzie polni”. Dla niego też podział na szlachtę i chłopów był ważny. Mimo zastrzeżenia zgłoszonego we wstępie do powieści („Ludzie polni… Nie ludzie wiejscy, lecz polni. Oni dostarczyli mi wątku do napisania powieści”) bohaterem uczynił wykształconego wielkim wysiłkiem biednych rodziców chłopa, gospodarzącego na wsi, żonatego ze szlachcianką, z miłości do której musiał wyjechać do Ameryki, gdzie znacznie wzbogacił się i powiększył swoje gospodarstwo. Mój Dziadek jako prawicowy idealista widział przyszłość rolnictwa w sposób jak na owe czasy postępowy, jako działanie ludzi wykształconych, światłych i dobrowolnie się zrzeszających. Czy dziś aktualni prawicowcy tak mają?

Czasy się zmieniają, giną ludzie i miejsca „nie na czasie” , jak słusznie zauważył  Noblista, Haruki Murakami w powieści „Tańcz, tańcz, tańcz…”, która obecnie czytam dzięki uprzejmości pani Jolanty Kolasy z wypożyczalni nr. 140, dbającej o moje lektury bez konieczności wychodzenia z domu, a także w tych trudnych czasach oferującą mi pomoc w zakupach. Wielkie dzięki pani Jolu, Pani i Wypożyczalni nr. 140 na warszawskim Mokotowie!

Nawiasem mówiąc jest to kolejny Noblista piszący powieści, których akcja rozgrywa się nie wśród przeciętnych ludzi, a intelektualistów, jakby to oni pozjadali wszystkie rozumy (o czym piszę w moim wywiadzie, który niebawem się ukaże na pewnym portalu literackim). Nie oznacza to, że nie zachwycam się nim jako autorem, ale czasem łyżka dziegciu w beczce miodu jest potrzebna dla równowagi.

Poczciwe rękawiczki z wyznacznika statusu (poza „pielęgniarkami” – jak nazywano wśród Polaków pracujących w Rosji na kontraktach przy budowie elektrowni atomowej w latach siedemdziesiątych kobiety pracujące na kołchozowych polach, które ich nie używały chociaż pielęgnowały ziemię), użycie rękawiczek było wyznacznikiem niższego statusu. W roku 2019 Ukrainki pielęgnujące staruszków (między nimi i mnie)  już takie rękawiczki miały, bądź wymagały ich dostarczania przez podopiecznych. Ciekawe zresztą, że nie używały ich przy myciu i dezynfekcji toalet w mieszkaniach prywatnych – co oczywiście wiąże je ze statusem i większą obawą przed drugim człowiekiem, niż jakimś zarazkiem. I nie przejmowały się swoim kaszlem, katarem czy grypą twierdząc, ze to skutek uczulenia lub owej coca-coli.

W roku 2020 za sprawą koronawirusa rękawiczki i maseczki awansowały do najbardziej niezbędnych przedmiotów pożądania, mimo, że wielu znawców problemu twierdziło i twierdzi, że te najzwyczajniejsze, przeciwpyłowe dla budowlańców, używane przez jakiś czas jako przeciwsmogowe, teraz dostąpiły przekroczenia kolejnego szczebla niekompetencji i służą podtrzymaniu na duchu ludności, którą aż rozpiera energia, żeby coś zrobić w warunkach, w których najlepiej nic nie robić. Dzielne kobiety, wyrywne do działalności społecznej, szyją owe maseczki ze zwykłych materiałów, tanio wyprzedawanych, zaspokajając swoje ambicje i ambicje odbiorców.

Bezczynne oczekiwanie na chorobę albo śmierć w naszej kulturze nie jest aprobowane, więc śladem innych problemów zamiatanych pod dywan i ten usiłuje się załagodzić działaniem pozornym. Także i ja, podatna na prądy współczesności, świadoma diagnozy Murakamiego bardziej przejmuję się faktem, że nie ma kto mi obciąć wrastających paznokci niż obawą, że mogę umrzeć w swoim odosobnieniu. Męczy mnie ponadto lęk, że nie zdążę opublikować swojej kolejnej powieści przed śmiercią niż przerażająca refleksja, że kiedy umrę może brakować miejsca na moją indywidualną trumnę i jak w pewnej przyszpitalnej kostnicy w latach sześćdziesiątych nieboszczyków układać się będzie nagich w sztaplach po 3 sztuki, bez różnicy kobiet i mężczyzn na stołach, przy których napruty pracownik chłepcze jakąś chińską zupę z makaronem z kolorowego kubka, odsuwając niecierpliwym gestem zsuwające się ramie jakiejś chudej babci. Trudno więc, żeby wobec powyższego wspomnienia (z wyprowadzenia zwłok mojego ojca, zmarłego na zawał) przejmował mnie obraz serwowany przez TVN24 pokoju z kilkunastoma trumnami albo konwojem samochodów wiozących nieboszczyków gdzie indziej. Wszak przygotowano im całkiem ładne trumny, nawet niejednakowe, a w latach kolejnych zaraz wrzucano ich po prostu do dołów. Czasy się zmieniają, jakby co.

Miałam to szczęście w w nieszczęściu, że przeżyłam kawałek wojny i świeże wspomnienie o niej moich bliskich, więc byle co mnie nie przestraszy. Może więc powinniśmy zacząć mówić o śmierci, jako możliwości, oswajając ją, a nie strasząc prymitywnymi nagraniami niedorosłych reporterów?  Może ci, zamknięci w mieszkaniach, powinni robić coś bardziej sensownego dla swoich rodzin i dzieci, niż zajmowanie się głupawym zabijaniem czasu? Na przykład powiedzieć im o rzeczach ważnych, pomocnych w przyszłości, o tym czego samemu się nie zdążyło i czemu, oraz o wysokiej cenie każdej przebimbanej chwili, za którą, być może, przyjdzie kiedyś zapłacić .

Jako społeczność unikaliśmy i unikamy tematów trudnych, przez całe pokolenia kpiąc z rękawiczek zaściankowych szlachcianek. Chyba czas już tego zaprzestać.

Wieści z samotni 3 – kwarantanna nieustanna

Jak wiele starszych osób z mojego osiedla (zasiedlanego w końcu lat 60-tych i na początku 70-tych) należę do grupy nieszczęśników poddanych przymusowej, nieustannej kwarantannie, nie ze względu na koronawirusa, a z uwagi na słabe możliwości poruszania się. Za moich młodych lat mama mawiała: „złej tańcownicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. To prawda, Kiedy idę otwierać drzwi oddzielające odgałęzienie korytarza z moim mieszkaniem od reszty budynku, napotykam na pierwszą trudność. Moją sąsiadką, ciężko chorą odwiedza często syn, przyjeżdżający na rowerze. To dziwne, jak ludzie wrażliwi na ochronę przyrody, są zupełnie niewrażliwi na swoich bliźnich. Korytarz jest dość długi, a ja muszę przejechać go 2 razy (za sprawą pożarników tam z powrotem, by otworzyć i zamknąć drzwi za gościem. Jakiś czas temu wystarczył zamek zatrzaskowy, ale teraz eksperci zażądali zakręcanego paluszkami). Piszę „przejechać”, bo poruszam się z balkonikiem. Otóż syn sąsiadki stawia z uporem maniaka swój rower naprzeciw jej drzwi, zaopatrzonych w dużą wycieraczkę (swoją drogą niepotrzebną zupełnie, bowiem kto przemierzy metry korytarzy, wiele wycieraczek, od wejścia łącznie z wyłożonymi nimi windami, nie ma już śladu błota na butach). Między wycieraczką, a rowerem jest przestrzeń wolna na kilka centymetrów. Chodzący człowiek przejdzie po wycieraczce, balkonik z kółeczkami o średnicy kilka cm nie przejedzie; pchacz musi abo odprowadzić rower w inne miejsce, albo to samo zrobić z wycieraczką. Ręce są zajęte opieraniem się o balkonik (po to on jest), nogą można najwyżej kopnąć cudzą wycieraczkę (o ile danego dnia niezbyt boli i jest mało sztywna). Spotykam czasem owego syna sąsiadki na korytarzu, więc przekazałam mu prośbę, aby stawiał rower nie naprzeciwko wycieraczki. Na to on oświadczył, że oczywiście, już pogotowie zabierające mamę do szpitala miało trudność z przejechaniem obok jego roweru, ale póki co mama jest w szpitalu, a rower dalej sąsiad stawia w tym samym miejscu.

Potem jest już tylko gorzej. Śmietnik z segregowalnią jest pod górkę, a wielkie wrota z trudem dają się pchnąć i zamknąć na klucz. Wśród kwarantannowiczów i kwarantannowiczek panuje przekonanie, że  w śmietniku umieszczono kamery mające śledzić kto i jak posegregowane śmieci wyrzuca i odpowiednio karać zwiększonym czynszem. Ponieważ sporo osób nie wychodzi z domu, śmieci wynosi ich rodzina i znajomi, mają więc złudne przekonanie, że kamerzysta nie zidentyfikuje z którego lokalu pochodzą odpadki.

Więc my, potencjalne ofiary śmiertelne koronawirusa, zaopatrzeni w zapasy (co jak co, ale czasy słusznie minione nauczyły nas zdobywać dobra wszelakie), cieszymy się, że nie jesteśmy narażeni na zarazę i poszukujemy dobrych stron naszej sytuacji.

Ja na przykład wróżę dobry trend dla czytelnictwa. Mimo że z nieznanych mi względów ubolewa się nad osobami poddanymi kwarantannie w szpitalach zakaźnych, które rzekomo nie mogą mieć książek ani laptopów (ale ogłasza się wszem i wobec, że wirus żyje na przedmiotach najwyżej kilkadziesiąt godzin) wierzę, że książka papierowa ma przyszłość, łatwiej się jej pozbyć po przeczytaniu niż laptopa na przykład. Dobry trend dla czytelnictwa wynikać będzie pewnie także z tego faktu iż przeczytawszy z 10 książek Radosława Mroza albo Blanki Lipińskiej może ktoś zechce sięgnąć do Olgi Tokarczuk, która nie pisze wszystkiego jak się mawiało dawniej „na jedno kopyto”‚ Wypożyczalnie pełne są Noblistów od Stanisława Reymonta począwszy.

W ślad zaś za poszukiwaniem dobrych książek może poprawią się notowania recenzentów, osób, których stać na więcej niż ogłaszanie z kilkoma wykrzyknikami, iż oto ukazał się nowy bestseller.

W czasach mojej młodości mieliśmy dwóch literackich Noblistów – Henryka Sienkiewicza i Stanisława Reymonta. Ten drugi wydawał mi się okropnym nudziarzem, kiedy więc mój dziadek, Benedykt Jacórzyński ( piszę o nim w cyklu „Z szuflad starego biurka”) pokazał mi swoje dzieło pt. „Ludzie polni”, uznałam, że jest to literacka dziesiąta woda po kisielu. Moją uwagę, świeżo upieczonej studentki polonistyki przyciągali modni wówczas skandalizujący pisarze zagraniczni, a w szczególności Sartre i jego małżonka, Simone de Beauvoir, autorka „Mandarynów”, powieści opisującej świat francuskich intelektualistów i związków ich łączących, tak odległy od polskiej siermiężności rodem z Reymonta i wiejskiej moralności, pozbawionej niuansów damsko-męskich, dostępnych dopiero w obecnej Polsce młodym za sprawą serwisów randkowych. Nie mogę także zapomnieć, że moja pierwsza powieść, uznana za dzieło nieudane, podpadła krytykom także z powodu, iż główna bohaterka, sekretarka nieszczęśliwie zakochana w szefie-intelektualiście, w odruchu rozpaczy poddaje się samopieszczotom (bez opisów takowych, jedynie w postaci jednego zdania wydanego sobie przez bohaterkę polecenia), co uznano za niedopuszczalne w ambitnej literaturze. Ów krytyk zresztą, w czasie uroczystości mojego 70-lecia z podziwem stwierdził, że wykroczyłam poza dopuszczalną ówczesną moralność, co świadczy iż owo zdanie tkwiło w jego pamięci przez 30 kolejnych lat, co dziś uważam za swój ogromny sukces literacki.

Ale wracam do „Ludzi polnych”. Dziś oczywiście inaczej czytam książkę mojego dziadka. Skanuję kilkaset stronic opisu życia wsi dwudziestolecia międzywojennego i na coś innego zwracam uwagę. Świat ten jawi mi się bynajmniej nie jako sielanka z problemami dawno zapomnianymi (jak posag i opinia wiejskiej dziewczyny tudzież sprawy majątkowe na wsi). Mimo to stateczny, powolny rozwój akcji, długie dialogi bohaterów tak bardzo odbiegają od dzisiejszego życia, jego tempa, że odczuwam to jako kojące.

Przy okazji:  Otrzymałam tomik wierszy Stefana Bardczaka „Wołyń bogaty” i zauroczył mnie jeden z wierszy pt. „Kostopol”. – Jest to miasteczko powiatowe okolic wsi urodzenia mojego zmarłego męża. A oto fragment, który oddaje ten nastrój:

„U fury, co się przez ulice wlecze

u dyszla i uprzęży

wiesza się nuda i siada koniowi na grzbiecie…”

Nie wiem jednak jak długo przyjdzie mi się cieszyć ową nieustanną kwarantanną, bowiem jak słusznie, choć nielitościwie zauważył pewien rozpolitykowany nonszalancki profesor – wirus zapewne zmieni strukturę demograficzną kraju.

Wieści z samotni 2 – Bo żółć się rozlała…

Czytam zbiór 12 opowieści żydowskich Anki Grupińskiej (Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2013 str 206) „A doktór Vogelman był bardziej tradycyjny, z większą brodą. Czasem mnie mama posyłała do niego, żeby pytać, czy kura jest koszerna. kiedy rozlałą się żółć, czy coś takiego.”

Wychowałam się w rodzinie polskiej, kiedy jednak śledzę dokumenty, widzę, że w czasach dwudziestolecia międzywojennego to, społeczeństwo było bardziej zintegrowane niż dziś i to, co nazywamy antysemityzmem, także nie miało barwy, jaką obecnie mu przypisujemy. Owszem, Żydzi byli odmienni, zwłaszcza w ubraniu i obchodzeniu świąt, ale całkiem podobni do nas, mieli te same problemy, drobne i poważne i ciekawiło nas, jak je rozwiązywali. Na przykład rozlana przy sprawianiu kury  żółć…

W dzisiejszych czasach kury kupowane w supermarketach są już sprawione – oskubane, wypatroszone, często pozbawione właściwych im części użytkowych (wątróbki, żołądki) z misternie pozostawionymi częściami nieużytecznymi jak kupry, płucka, grzbiety, szyjki, wkomponowanymi tak na przykład w tzw. „udka kurze” jak płucka w pewnym markecie – pomysłowo, choć całkiem od czapy, jeśli brać pod uwagę  anatomię ptaka i zwierzęcia w ogóle.

W czasach mojego dzieciństwa było inaczej. Kurę przynosiło się żywą z targu i w domu trwał konkurs na jej zabójcę. Dzieci były świadkami zabijania kur, często niezręcznego, a już na pewno ich skubania i sprawiania. Patroszeniu kury przypatrywały się kilkulatki z różnym skutkiem dla ich świadomości. Bezwzględnie w jakimś stopniu pozwalało to dzieciom uzmysłowić sobie czym jest śmierć, czego obecnie, w obliczu kilkunastu żyć w sieci, często nie są w stanie zrozumieć. Ja na przykład po wielu latach zatytułowałam swoją nagrodzoną powieść obyczajową ( nie wydaną z powodów politycznych) „Taniec kury” ponieważ pojawił mi się ów tytuł jako usposobienie lat najgłębszego komunizmu. Pisząc ją miałam przed oczami multum problemów związanych z zabijaniem i sprawianiem zwłok kury, a zwłaszcza ów „taniec”, będący przedśmiertnym biegiem w kółko, bez głowy i w drgawkach.

W książce Anki Grupińskiej autorzy wspomnień piszą o zanoszeniu kur do zabicia do rytualnego rzezaka, po co wysyłano najczęściej dzieci i dzieci te zabijaniu ptaków przyglądały się. Wrażenia zapadały długo w pamięć – podobnie jak mnie.

Oczywiście polska mama nie miała problemów z określeniem tego, czy koszerna jest kura, której woreczek żółciowy pękł i rozlał się, co nie oznacza,  że zwolniono ją z odpowiedzialności za niedokładnie przeprowadzony proces zabijania, rozkrawania brzucha, wyciągania wnętrzności. Mężczyzna mógł nie lubić zabijania kur (jak mój tata) i nie czuć presji odpowiedzialności z tego tytułu, kobieta mogła być świeżo w trakcie awantury z tego powodu (ty nawet gwoździa nie potrafisz wbić w ścianę, cóż dopiero mówić o naprawie elektrycznego gniazdka albo zabicia kury czy królika)… Musiała zrobić to, gdy on nie chciał. Palec mógł się omsknąć i zło się stało – woreczek żółciowy pękł i rozlał substancję psującą smak mięsa, nadającego się w skażonym fragmencie do wyrzucenia.

I tu pytanie prawie egzystencjalne: całość, czy część?

Nie zapominajmy, że były to czasy, gdy nie dzielono kiury na ćwiartki albo inne części jak robi się to obecnie. Kura to była kura w całości. Resztki (wątróbki, płucka, żołądki – wywrócone na wierzch z wyrzuconymi resztkami ziaren z pokarmu jak wynicowane ówczesne palta i garsonki) mieliło się z cebulą i chlebem i nadziewało tuszkę, zaszywając ją bawełnianą nicią.

Czasem w tuszce kury napotykało się „niedokończone dzieci kury” czyli jajka bez skorupki. tylko otoczone błoną, czasem z zarysem kręgosłupa i dzioba. Zawsze wiązała się z tym tajemnica. Duże, uformowane jajko (bez skorupki) można było użyć do ciasta do klusek, ale mniejsze się wyrzucało. Dzieci zawsze są dociekliwe i pytają. Ja pytałam czemu z dużego jajka nie można usmażyć jajecznicy, a grona mniejszych jajeczek po prostu nie ugotować albo nie posiekać ich z wątróbką, sercem i żołądkiem do nadzienia, skoro daje się do niego zwykłe jajko ze skorupki. Moja mama uważała te pytania za mocno niestosowne i oczywiście nie udzieliła mi żadnych wyjaśnień. Co kołatało się jej w głowie, że odpowiedź była zbyt trudna?

Czytając wspomnienia dzieci żydowskich z czasów Międzywojnia natykam się na dziwne podobieństwa w zwyczajach (nie wyjaśnianych naszym dzieciom bez uzasadnienia). Czytam, że istnieje w religii Żydów zakaz gotowania zwierzęcia w „mleku matki jego”, skąd bierze się podział na kuchnię mleczną i mięsną z odrębnymi naczyniami. W polskich rodzinach tego nie było, ale czy tabu używania jajeczek z zabitej kury nie jest jakimś pokłosiem przenikania poglądów?

Dzisiaj mamy inne tabu żywieniowe i choć różnie uzasadniane, zazwyczaj całkiem bez sensu. Na przykład zupa – flaki. Czasem ją gotuję, bo lubię i lubi ją moja rodzina, choć te flaki, które dziś się kupuje w sklepie, to coś innego niż kiedyś. Oczyszczone chemicznie, wybielone, pokrojone zbyt grubo, jak na mój gust, nie wymagające długiej pracy przy czyszczeniu, wielokrotnym obgotowywaniu i odlewaniu wody aż do usunięcia nieprzyjemnego odoru ale przez moczenie w roztworze chemikaliów pozbawione swoistego smaku. W każdym razie jako rosół z flakami pachnie tylko majerankiem i innymi przyprawami. Są osoby z mojego otoczenia (zwłaszcza kobiety), które takich flaków nie wezmą do ust, podając jako powód, że sama nazwa odstręcza.

Jest to równie dobry powód jak „pytanie jest niestosowne” – mojej mamy. Nie wiem czy w kulturze żydowskiej i w ich religii istnieją pytania niestosowne, chociaż w sprawie pożywienia, wyglądu i zakazów czy nakazów znacznie lepiej mieć jasność, niż obywać się dwuznacznością zwyczaju czy lękać się odpowiedzi, którą trzeba by wyartykułować.

W pewnej grupie literackiej, w której biorę udział, niektóre osoby przedstawiają fragmenty swoich tekstów do oceny. Powstała dyskusja na temat sposobu wyrażania swojej opinii, konkretnie, moje niezbyt dobrze przemyślane zdanie „ostatnie zdanie tekstu jest głupie” zostało uznane za niedopuszczalnie ostre. Sprowokowało mnie to, że wg mojego wyczucia autor położył cały tekst ostatnim zdaniem w rodzaju „dopychania dowcipu kolanem” – jak się czasem mówi.  Do dziś nie rozumiem dlaczego część dyskutantów uznała zdanie to za „niedopowiedzenie”, a ja odebrałam je jako równoważne bajkom z obowiązkowym epilogiem „i żyli długo i szczęśliwie”. Niestety, dyskusja zboczyła w kierunku tego, co w danej grupie można uznać za poprawne, nie w stronę meritum sprawy. DLACZEGO NIE WOLNO NAZYWAĆ RZECZY PO IMIENIU?

Czemu ludzie nie chcą uświadamiania seksualnego swych dzieci? Przed czym się bronią? I dlaczego sami tego nie robią? Czego się obawiają?

Ja dostrzegam tu ten sam problem – tego co uważa się za „niestosowne”. Nie powiem, że ktoś kradnie tylko że przywłaszcza sobie, Nie powiem, że ktoś jest zapatrzony w siebie egoistą, tylko że kreatywnie zarządza swoją osobowością. I tak dalej… Podobno dzieje się to dlatego, żeby nikogo niepotrzebnie nie urazić. Ale urazić może wszystko, mimo dokładania przez kogoś starań, bowiem poziom wrażliwości człowieka jest różny – podobnie zresztą jak poziom tolerancji niedopowiedzeń i w ogóle to, co się za niedopowiedzenie uważa.

CHYBA NIE W TYM RZECZ

Wieści z samotni

Dzisiejszej nocy (18,02,2020) nad ranem miałam dziwny sen:

Jestem w pięknych górach. Zbiegam szerokimi żlebami w dół podziwiając rosnące  nade mną szczyty. Ścieżki stają się coraz węższe. Po drodze spotykam dziwne osoby ale jest ich niewiele i nie są zbyt przyjazne. Zapamiętałam dwie z nich. Zwyczajnie wyglądający człowiek, którego zaczepiłam z prośbą o wskazanie ścieżki wiodącej pod górę, gdy zobaczyłam na jakimś zboczu powyżej mnie otwory w skale i wyglądających z nich ludzi (pomyślałam: zgromadzenie pustelników?). Przypomniał mi się przeczytany przed snem artykuł z Gazety Wyborczej  (Duży Format – zwierzenia kelnerki z sali weselnej, która pisze o rodzinach nie rozmawiających ze sobą w restauracjach, a zajętych wpatrywaniem się w ekrany smartfonów) i zastanowiło mnie, czy ta niechęć do rozmawiania z osobą z krwi i ciała prowadzi do powstawania zgromadzeń pustelników, drążących skały w malutkie pomieszczenia stłoczone obok siebie, podobnie jak kiedyś czyniły to w skarpach jaskółki brzegówki. Człowiek ów odmówił wskazania mi drogi w górę twierdząc, że skoro zaczęłam schodzić w dół, muszę być konsekwentna, a poza tym nie mogę oczekiwać pomocy od idących w górę, a on właśnie to robi. Dodał, ze udzielenie mi pomocy byłoby sprzeczne z jego zasadami moralnymi nakazującymi nie interesownie się innymi, jeśli takowe zainteresowanie nie przyniesie mu korzyści, a może przynieść brak komfortu.

Przeszłam znowu spory odcinek w dół zachwycając się widokami, ale świadoma stale zwężających się ścieżek do czasu, aż znalazłam się powyżej niecki, z której nie było już wyjścia. Doszłam do wniosku, że muszę wejść z powrotem w górę, bo na dole niczego ciekawego już nie ma. Stanęłam i zaczęłam przyglądać się zboczom oraz planować powrót. Z dołu dobrze widoczne były zygzaki ścieżek ale kiedy weszłam na najbliższą okazało się iż zbocze jest zbyt strome i już nie dam rady na nie wspiąć się (mimo że we śnie miałam doskonałą kondycję). Wówczas zmuszona cofnąć się, spotkałam inną (drugą z zapamiętanych) osobę. Była to (jak uznałam) kobieta z powodu stroju i wyglądu. W szaro czarnym otoczeniu gór wyróżniała się barwą. Miała na sobie niebieską suknię do ziemi połączoną z zasłoną na twarzy, w rodzaju burki – stroju kobiet afgańskich z mereżką zasłaniającą oczy, niczym symbolu podwójnego pochodzenia: z racji koloru odnoszącej się do wizerunku Matki Boskiej, z racji pełnego zasłonięcia twarzy i sylwetki, do ideału kobiety Islamu.

Kobieta ta zapytana o drogę w górę powiedziała, że dla mnie już żadna droga nie jest dostępna, mogę tylko zejść w dół albo zostać na miejscu.

Obudziłam się przerażona i niestety, wdając się w rozważania, co sen mógł oznaczać, zapomniałam kilka innych spotkań, które wszak miały miejsce, ale były mniej wyraziste. Potem w półśnie doszłam do wniosku, że sen obrazuje moją drogę życiową, coraz krótszą i z coraz mniejszymi możliwościami. Już nie dotrę do ludzi w wydrążonych komórkach skalnych, nie dotrę nigdzie indziej, skąd zawracali mnie inni rozmówcy, mogę najwyżej zostać w miejscu, jeśli nie chcę dalej schodzić w nudny, kamienisty dół.

Zaczęłam zastanawiać się, co jeszcze mogę zrobić stojąc w miejscu i wbrew pozorom, odkryłam: już nie napiszę nowej książki, nie poznam tego czy tamtego z nowych rzeczy, mogę najwyżej liczyć na nowe odkrycia, gdy stosując zasadę analogii do piekarnika odkryłam metodę naprawy stacji pogody, o której nie było mowy w instrukcji użytkowania. (stacja ma 1 czujnik ale odbierała wskazania czujnika innej osoby posiadającej identyczną stację w moim bloku i automatycznie przestawiała wyniki tych czujników co 6 godzin). Przy okazji zadumałam się nad wieloznacznością angielskojęzycznych nazw przycisków, których polskiego znaczenia nikt nie raczył wyjaśnić. Cóż bowiem oznacza angielskie „set”? Podobno całość, komplet, Skąd taka babcia jak ja ma wiedzieć, że oprócz egipskiego boga ciemności, chaosu i pustkowi, również zatwierdzenie jakiegoś stanu rzeczy, co na szczęście ku mojemu ubolewaniu przy każdej zmianie ustawienia żądał piekarnik. Piekąc więc udka kurczaka i zmieniając dyspozycje temperatury „małego grilla” z 200 stopni na 180 stopni, używając dla zatwierdzenia mojego odstępstwa od szablonu przycisku „set” postanowiłam zastosować tę zasadę do stacji pogodowej, z sukcesem oczywiście. Połowicznym, bowiem przy okazji zmieniło mi czas na środkowoeuropejski czego już nie odważyłam się przestawiać. Niestety poruszanie się poza ławicą ma swoje koszty. To, że się nie rozumiemy i nie umiemy porozumieć jest wynikiem drapieżnej narracji, w której słowa mają znaczenie narzucone przez jednego, obcego nam narratora, silniejszego niż wszyscy inni. Reklamodawcy, politycy, rządzący, wielcy gracze rynkowi, sprzedawcy, władcy naszych sterowanych emocji…

Ale wracając do snu. Wiem już czym mogę się zająć w czasie mojej wędrówki w dół niecki. Czymś, czego zrobić ktoś inny nie zdążył… Chcę pokazać narracje odmienne od naszych, opisy współczesności dokonane przez ludzi, których dawno już nie ma, tych którzy tkwili w swoim czasie, jak wspomniane jaskółki brzegówki i pustelnicy w wyrytych w zboczu jamach. Ich jaskinie były inne niż nasze, ale światy bardzo podobne. Zacznę w ten sposób nowy cykl „Wieści z samotni” dedykując Setowi od Chaosu, nie setowi od zatwierdzania szablonów.

Eustachy Rylski

Zawsze sądziłam, iż polskim pisarzem, zasługującym na Nobla (nawet bardziej niż Tokarczuk) jest Eustachy Rylski, do czasu, dopóki ktoś nie powiedział mi: A kto w ogóle o nim słyszał? Faktycznie, ja też usłyszałam lata temu przez przypadek i przez przypadek przeczytałam jego pierwszą książkę „Stankiewicz. Powrót” – składankę z dwóch króciutkich powieści, która wrzuciła mnie, starzejącą się kobietę, matkę, borykającą się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku z kolejkami po kartkowe mięso, którego zawsze było dla rodziny za mało, z wymaganiami zaocznych studiów i nieco już zleżałym intelektem, z własnym ciałem, odmawiającym posłuszeństwa w najbardziej newralgicznych momentach i innymi problemami dnia codziennego. Któż pomyślałby, że mogą porwać mnie wewnętrzne rozterki syna carskiego oficera z tożsamością, zdradą rodzinnych ideałów i życiowym powołaniem?. Ojczyznę to ja miałam wówczas gdzieś, walczyłam o przetrwanie i tyle. Miałkość ludzi, którzy wówczas mnie otaczali i za najważniejsze zadanie życiowe uważali wyjście na szersze wody z własnym nieudacznictwem w komplecie, odstręczała mnie od idealizmu. Nie przeczuwałam wówczas, że rewolucje robią nie wspaniałe i szlachetne jednostki (które tylko trafiają się tu i ówdzie), ale dekownicy, węszący okazje, przekręciarze i ci, którym paliła się ziemia pod nogami lub których głupio ciągnęło na krawędzie zguby.

Cała ta burza Solidarności w zetknięciu z powszechnym marazmem i czymś, co nazywano ładnie „emigracją wewnętrzną” nałożyła się na osobiste, niemiłe doświadczenia kobiety czterdziestoletniej, która traci siły i napęd do życia stając się przezroczystą nie tylko dla przechodniów, ale i dla bliskich. Z wyjątkiem tych, którzy wskazali mi gałąź na pobliskiej topoli, gdzie zawisnę, bowiem odkryłam ich złodziejstwo, a w przeciwieństwie do nich nie dysponowałam siłą solidarnych towarzyszy. Powieści mini ER dawały mi oddech, perspektywę dziejów, w których mogłam zanurzyć się porzucając doraźność, bieżączkę i problemy bytowe.

W ciągu ostatnich lat przeczytałam jeszcze jedną powieść ER „Warunek” i dziwiłam się, że tak bardzo jest cicho o polskim pisarzu, w moim przekonaniu najlepszym z żyjących. Uznałam więc, iż jest pisarzem zbyt skomplikowanym, żeby zwykły zjadacz chleba mógł go poznać, smakować i zrozumieć. Gdybym miała przyznawać nagrodę Nobla, wahałabym się między Olgą Tokarczuk, a nim. Za Olgą Tokarczuk przemawiałaby rozległość poruszanej tematyki, odmienność poszczególnych dzieł, bliskie mi kobiece spojrzenie na historię, za Eustachym Rylskim wysiłek, jaki należy włożyć w lekturę, żeby zrozumieć to, co celowo jest niedopowiedziane i co jest odmienne od mojego toku myślenia, a więc ma dla mnie walory kształcące.

Właśnie skończyłam lekturę ostatniej powieści Eustachego Rylskiego „Blask”, która we wnikliwej recenzji Gazety Wyborczej uznana została za nieudaną.

https://wyborcza.pl/7,75517,23619635,blask-eustachego-rylskiego-panstwo-w-rozkladzie-kosciol.html

Moje zainteresowanie nią było tym większe, że fascynują mnie i namiętnie staram się poznać przedsięwzięcia nieudane, odnaleźć w nich ten moment, gdy szala przechyliła się na ich drugą, ciemną i przegraną stronę.

Napiszę wyraźnie – mnie przeszkadza  odnoszenie się do aktualnej sytuacji kraju, chwilami skażone pewną niewiedzą, którą miał autor w początkach „dobrej zmiany”, niezręcznym kamuflażem i oczywiście uproszczenia, niemozliwe do uniknięcia przy takim spojrzeniu. A także unikanie zbyt czytelnych analogii, zasłanianie się nieszczerym, że to nie tu i nie teraz. W przywołanej recenzji ostateczna diagnoza brzmi:

Kłopot z nową powieścią Rylskiego polega na tym, że przybrała kształt placka z rodzynkami. Wyobrażam sobie, że te ostatnie będą zawzięcie wydłubywane i konsumowane. Jak na przykład dialog o głowie państwa. Otóż jedna z postaci zauważa, że nie można powołać nowego prezydenta, bo przecież to stanowisko jest już obsadzone. W odpowiedzi słyszy: „Niech pan nie żartuje. Chodzi o kogoś, kto z powierzonej funkcji coś by rozumiał”

Dla mnie kłopotem jest coś innego. W recenzji upraszcza się sprawę odejścia dyktatora, stwierdzając, że umarł, ale śmierć jego nie została ogłoszona. W istocie w „Blasku” on nie umarł, tylko jego obecność rozrzedziła się – cokolwiek rozumieć pod tym pojeciem. Tej wieloznaczności brakuje pisarzowi, gdy przytacza rozmaite wydarzenia – mające źródło w wydarzeniach rzeczywistych lub nie, a zwłaszcza w diagnozach stawianych przez polityków. Moim zdaniem autor zaplątał się w ich sieć, zapominając, że czasami należy iść w opozycji do eksponowanych, zbyt wygodnych poglądów i wytłumaczeń.

O pisarzu można poczytać tu:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Eustachy_Rylski_(pisarz

Są jednakże dzieła nieudane, których nieudanie zawiera wiele ważnych spostrzeżeń. Dlatego też przystąpiłam do lektury pewnej bardzo nieudanej mojej pierwszej powieści, która ostała się w bibułkowej kopii maszynopisu… Kto jeszcze pamięta te niebieskie kalki ołówkowe i czarne maszynowe, wyliczane w biurach co do sztuki w stanie wojennym? Ilu kandydatów na pisarzy musiało je podkradać lub przymilać się do sekretarek? Ile niedocenianych utworów przepadło z powodu zblaknięcia po latach?

Zmęczona nieudacznikami wracam do innych lektur. Ostatnio w ramach poznawania noblistów zaczęłam czytać dzieła noblisty z 2017 roku – Kazuo Ishiguro, a właściwie czwartą jego książkę: „Niepocieszony”. Jestem rozczarowana i niepocieszona. Poetyka sennego koszmaru nie jest niczym nowym w literaturze, nie po raz pierwszy bohater nie wie gdzie jest, nie wie po co przyjechał i czego od niego oczekuje otoczenie, w dodatku nieznane osoby okazują się jego bliskimi: partnerką, dzieckiem, ojcem partnerki itp. Powieść jest niesłychanie nudna, przegadana, jak wszystkie spotkane przez bohatera osoby dyskutujące, a właściwie przeżuwające jakieś strzępy głupawych spostrzeżeń. Mnie nasuwa skojarzenia z pamietnikiem zakochanej nastolatki obserwującej każde poruszenie, wygląd i słowo chłopaka. Po kilku stronach taki tekst już niczego nowego nie wnosi do naszej wiedzy o świecie, w którym ma miejsce akcja i do wniosków wysnuwanych przez autora. Przeczytałam 305 stron i załamałam się – przede mną jeszcze 253, nie wiem czy podołam. Zawsze preferowałam oszczędność słowa i drażni mnie nadmierna gadatliwość.

Pocieszam się, że nieudana powieść Rylskiego więcej wnosi do mojej wiedzy o świecie niż nieudana powieść uznanego noblisty.

 

 

Modlitwa do przodków

czyli

historia powstania mojej powieści „Papieżyca Odwrócona”

W ostatnich dniach ukazała się moja nowa powieść.  Żeby narobić Wam smaku prezentuję okładkę i co nieco o historii jej napisania:

Uczęszczałam kiedyś na kurs J.W. Suligi, poświęcony kosmografii światów subtelnych

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Witold_Suliga

– człowieka równie twardo stąpającego po ziemi, jak i respektującego prawa nazywane „ezoterycznymi” – słusznie lub nie.  Była to osoba dla mnie średnio sympatyczna (nie lubię mężczyzn pewnych siebie i swojego działania  na innych, jestem wiecznym kłębkiem wątpliwości), jednak to, co wykładał, w moim przekonaniu sprawdzało się jakoś, mimo kilku zaskoczeń.

Owe, nie najtańsze kursy, (w epoce kiedy miałam na nie pieniądze, a nie miałam lepszego zajęcia, poza mozolną i bolesną rehabilitacją po wypadku drogowym i nagłym przejściu z kategorii decydentów do kategorii osób z niepełnosprawnościami), wyniesione  z nich wiadomości, sięgające do sedna kultur, nie przyswajalnych zbyt łatwo przez intelektualnych szaraczków,  dla osób prawdziwie zainteresowanych wymagające drążenia na własny rachunek rozmaitych  faktów i tez nieznanych powszechnie, skłoniły mnie do poważnego traktowania swoich skrywanych zainteresowań, których wstydziłam się całe życie. Niewątpliwa wiedza i inteligencja prelegenta, umiejętność łączenia teorii z praktyką, ciekawe wnioski – przeważyły. Pan JWS przedstawiał się jako osoba niewierząca (w tradycyjnym rozumieniu tego słowa), jednakże pewne elementy kultów (różnych) uważał za sprawdzone i działające, m.in. modlitwy. Ja tam nigdy w modlitwy nie wierzyłam i żadna, z najbardziej nawet żarliwych, nie zaowocowała spełnieniem. Możliwe, że w moim dzieciństwie przykładano zbyt dużą wagę do zewnętrznych jej atrybutów, jak pozycja ciała, rąk i nóg (z jednoczesnym zadbaniem o skromność wyglądu), poruszanie ustami, aby widać było, że to modlitwa, a nie błądzenie myślami nie wiadomo gdzie, oderwały moją uwagę od jej istotnych cech i zamgliły możliwość jej przeżywania.

Życiorys wykładowcy kazał go traktować z pełną powagą, jak i wpłacone za kurs kwoty. Tych kursów było kilka, sytuowały tarota i inne techniki dywinacyjne (wróżebne) w tradycjach rozmaitych kultur. Pewne rzeczy (np., teoria egregorów, kulty przodków)  były dla mnie nowością. Przerwawszy kiedyś studia na Wydziale Filozoficznym UW, a skończywszy je na Wydziale Ekonomiki Handlu i Usług ówczesnego SGPiS w epoce przełomu lat 89/90, przeszłam ze strony świata idei na realną i przyziemną stronę mocy. Pan JWS uważał, że w słowiańszczyźnie mamy też do czynienia ze zjawiskiem zbliżonym do indyjskiej reinkarnacji – jednakowoż rozgrywającym się w obrębie rodów i rodzin (w przeciwieństwie do wschodniej, gdzie kolejne wcielenia nie ograniczają się do członków rodu). Oprócz słowiańskiego kultu przodków spore znaczenie ma tu trauma rodowa, lęki czasów i strategie rodzinne, przechodzące z pokolenia na pokolenie. Dziś czasami mówi się o symbolicznym przekazywaniu sobie rodowej części duszy. Skonfliktowana ze swoją rodziną (którą opuścił mój ojciec), a która z strony mojej mamy była w „upadku” (mama była wychowanką sierocińca) odkrywałam meandry rodzinnej historii, ukrywane często i skrzętnie i przewartościowywałam ją.

Co przemawiało za teoriami pana JWS? Sprawdzalność. Ćwicząc rozkłady Tarota i ich interpretację (Pan JWS nie ukrywał, że wróżb dokonuje „spod dużego palca”, tj intuicyjnie i bez namysłu, podobnie do powstawania dzieła literackiego) ustawiał nas w pary i kazał odgadywać całkiem konkretne dane – liczby, daty, odpowiedzi zerojedynkowe typu tak/nie. Bardzo szybko okazało się, że są pary idealnie zgrane – niezależnie od tego, kto zadawał pytanie i kto na nie odpowiadał trafiały w przeważającej liczbie przypadków i inne, trafiające kulą w płot. Ja z poznaną wówczas koleżanką, sąsiadką Małgosią spotkaną tam przypadkiem mimo, że większą część życia mieszkałyśmy w pobliżu, stanowiłyśmy jedną z najlepszych pod tym względem par. Nigdy więcej w życiu nie zdarzyło mi się tak trafnie odgadywać rozmaitych spraw, jak wtedy! Uwierzyłam wówczas w to, co nazywałam swoją intuicją i której zawsze przeciwstawiałam rozsądek. A właśnie intuicja miała być owym nośnikiem doświadczeń członków rodu.

To popychało nas do zapisywania się na kolejne kursy, z kursów tarota na kursy wiedzy związanej ze znajomością innych kultur, także innych wykładowców.

Ale wracam do powieści. Ukończyłam wówczas „Sierotkę:” i poszukiwałam wydawnictwa nią zainteresowanego. Z przykrością stwierdzam, że wówczas takowe się nie znalazło. Poetyka PRL nie była wówczas modna, podobnie jak i zaszkodziło kilka problemów, które do sierotki przedarły się wbrew mojej woli, a za sprawą intuicji i  zamknęły mi drogę do wydawnictw, z którymi wcześniej współpracowałam, pisząc opowiadania SF. Łatwiej przełknąć fikcję, niż opowieści prawdziwe (choć serwowane przy świeżyźnie i flaszce bimbru). Wydawcę Sierotki znalazłam zresztą później.

Spotkałam się wtedy przy okazji jakiejś fety literackiej  z przyjacielem, pracującym w pewnym wydawnictwie (już dziś nieistniejącym) oraz jego szefem. Ów szef, przemiły człowiek, podobnie jak mój przyjaciel nie ukończyli lektury „Sierotki”, bowiem wydawała im się nadmiernie okrutna. Niemniej doceniając mój styl i narrację, ów szef zaproponował mi napisanie powieści historycznej z epoki 20-lecia międzywojennego. Z radością przyjęłam tę propozycję, bowiem zawsze miałam lekkość pisania tekstów na zamówienie. Raczej nie miewałam w ich przypadku trudności wynikających z tematów podjętych z własnej inicjatywy, gdzie osobisty stosunek do tematu zaburzał lekkość pióra i powodował nadmiar dywagacji, Byłam pewna, że dam sobie radę.

Do pracy przystąpiłam z pełnym zaangażowaniem. Ściągnęłam z bibliotek cyfrowych gazety z okresu, czytałam je skrzętnie notując ciekawostki i miejsca, w których wystąpiły. Miałam też zarys fabuły – historię dziewczyny, która chciała zrobić karierę w kabarecie, a w końcu wyszła za mąż i usiłowała wpasować się w zwyczajną rodzinę, powodując nieumyślnie ciąg wydarzeń przynoszących tej rodzinie zagładę. Chciałam oprzeć się na historii, o której napomykała moja mama – nieszczęśliwego małżeństwa jej brata i ciągu wydarzeń, który doprowadził ją, córkę licznej rodziny (ośmioro? dzieci) do pobytu w zakonnym sierocińcu – początkowo jako sieroty, potem nauczycielki i opiekunki dzieci. Okazało się wówczas, że nic w tej historii – poza nazwiskami jej bohaterów – nie jest pewne. Nawet liczba dzieci, mimo poszukiwań w procesie spadkowym. Nie był znany zawód świeżo poślubionej żony brata mamy ani charakter jego powiązania z tajnymi służbami. Nie udało mi się też natrafić na żaden opis dramatycznych wydarzeń w prasie, który pasowałby do skromnych informacji wyciągniętych z napomknięć mamy. Jednym słowem tajemnica goniła tajemnicę.

Znalazłam się w niekomfortowej sytuacji. Na poszukiwania w prasie straciłam blisko półtora roku i niczego już nie byłam pewna. Na szczęście nie podpisałam umowy z wydawnictwem, bo nie byłam pewna czasu, jaki zajmą mi badania. Powieść miała być mocno osadzona w realiach, więc nie mogłam puścić wodzy fantazji za nic mając daty, wydarzenia, fakty i co więcej, atmosferę Warszawy tamtych lat, życie rodziny aspirującej do stanu szlacheckiego, ale w istocie sytuującej się wśród biedniejszej części mieszczaństwa.

W okresie tej niemocy twórczej pojawiły się kursy JWS i pewien jego wykład, w czasie którego zaprezentował nam schemat dziwnego tekstu. Wykładowca twierdził, że w pewnych przedsięwzięciach, które napotykają na trudności, może pomóc coś w rodzaju modlitwy do przodków. Nie miała to być jedynie okolicznościowa modlitwa odmówiona w kościele, o nie. Tekst jej należało przygotować wcześniej, spisać go i powinien zawierać imiona wszystkich przodków, na których pomocy nam zależy, z wymienieniem stopnia pokrewieństwa oraz odwołaniem do tych, o których wiemy mniej lub nie wiemy nic. Mieliśmy ich prosić o pomoc w naszym przedsięwzięciu. Do modlitwy należało przygotować się wcześniej, rozważając wszelkie aspekty sprawy, przystąpić uroczyście (ubranie, nastawienie, być może post lub inne, własne wyrzeczenia jako oznaki wagi problemu), mentalnie wyjaśnić przodkom, jak ważne to jest dla nas), wybrać miejsce (może być kościół ale też inne uroczyste, las itp. – ale takie, gdy wokół nas nie będzie w nim wielu ludzi, mogących swoimi myślami zakłócić nasz kontakt z przodkami) i wówczas wygłosić słowami uroczyście swoją prośbę o pomoc.

Postąpiłam w myśl wskazówek i zrobiłam to na działce. Odczytałam wcześniej przygotowany tekst, w którym na pierwszym miejscu wymieniłam przodków ze strony ojca, których uważałam nie wiem czemu za ważniejszych, potem zaś ze strony matki, których nie było zbyt wielu i o których niewiele wiedziałam. Potem uspokojona, zasnęłam. Przyśniła mi się opowiedziana w powieści historia, którą umieściłam w realiach zaczerpniętych z ówczesnej prasy, zresztą niewiele mająca wspólnego z wcześniejszym pomysłem. W moim śnie sporo było piosenek, których, ku mojemu ubolewaniu, w ogóle nie pamiętałam, a które wydawały mi się ważne. Próbowałam napisać je sama, ale nie wychodziło mi. Wówczas wpadłam na trop wierszy poetki Aleksandry Bacińskiej, której teksty urzekły mnie. Dzięki mojej koleżance, pisarce Mirce Sędzikowskiej, z zawodu nauczycielce języka polskiego, z którą Aleksandra pracowała w szkole, uzyskałam jej zgodę na wykorzystanie w powieści wybranych wierszy i dostałam zszywkę wydruków. Dziś Aleksandra Bacińska pisze teksty piosenek śpiewanych przez profesjonalne zespoły, jednak te wykorzystane przeze mnie pochodzą z pierwszych lat jej twórczości.

Opowiadana historia zabrnęła na tory, których wcześniej nie przewidywałam. Przede wszystkim jej wymowa okazała się zupełnie inna. Początkowo przyjmowałam jako pierwotną przyczynę dramatu niewierność, tymczasem „w pisaniu” sprawy okazały się o wiele bardziej ważkie, choć ulotne i nie do końca rozpoznane. Rozdwoiła się też postać głównej bohaterki i zmieniła swoją wymowę. Stała się mentorką dziwnego i utalentowanego dziecka i ich dwugłos zabrzmiał szerzej i wieloaspektowo. Wówczas powstał także tytuł powieści.

Wydawnictwo uznało, że tekst jest zbyt krótki, ale ja nie mogłam go rozszerzyć. Tak jakby historia miała koniec i ciąg dalszy należał do całkiem innej narracji. Możliwie, że duchy moich przodków sprzeciwiały się ciągnięciu sprawy dalej uznawszy ją za nieciekawą i mało inspirującą. Najgorsze w końcu się stało i pozostała tylko nuda, nuda, nuda  Żyli długo i nieszczęśliwie – ot co. W pełni ograniczeń, bez nadziei na zmianę, przeznaczeni do godnego znoszenia klęsk a nie odnoszenia sukcesów. Są tacy ludzie, a opis iż życia boli.

Kiedy czytam swoją powieść po raz pierwszy z pozycji czytelnika uderza mnie dziwna zbieżność. Panuje powszechne mniemanie, że współcześni za sprawą internetu i mediów społecznościowych odklejają się od rzeczywistości, przejmują się sprawami drugorzędnymi, wierzą w fake newsy, uciekają od spraw ważnych i wymagających namysłu. Dlaczego są homoseksualiści – odpowiadają sobie. To przez szczepionki. Wykorzystuje się do nich abortowane płody bez różnicy, damskie czy męskie. Jeśli do organizmu chłopca trafi cząstka płodu żeńskiego, chłopiec będzie homoseksualistą. I dalej w tym stylu. Barwnie, głupio i spiskowo.

Z pozycji czytelnika uderza mnie myśl, że ludzie dwudziestolecia międzywojennego byli tacy sami. Może nie było ruchów antyszczepionkowych, za to wierzono powszechnie w inne bzdury. W natłoku głupstw nikły ślady prowadzące do spraw życia i śmierci. Obcinanie włosów na głowie przez kobiety było szkodliwe, bowiem rosły wówczas, jak zwierzętom na całym ciele. Elektryczność przyłożona do głowy leczyła, a „magiczne oko” w radiu było emanacją ducha. Jesteśmy tacy sami, jacy byliśmy sto lat temu, zapewne dwieście i jeszcze wcześniej. Mielismy tylko inne gadżety do dyspozycji.

Spotkanie w lesie

( z cyklu: z szuflad starego biurka)

(anonimowa opowieść)

Pochodzenie dokumentu: znalaziono go w szufladzie starego biurka po śmierci mojego kuzyna wraz z dokumentami zmarłego Dziadka, Babci i Ciotki oraz rozmaitymi maszynopisami i rękopisami. Moja ciotka była nauczycielką języka polskiego w liceum, babcia i jej siostra także były nauczycielkami, dziadek wieloletnim nauczycielem i inspektorem oświaty, a mój kuzyn zaangażowany był w działalność społeczną i opiekował się licznymi swoimi starszymi przyjaciółmi. Jaką drogą trafiło opowiadanie do kogoś z nich (w postaci kserokopii z marnej, ktorejś kolejnej kopii maszynopisu z poprawkami naniesionymi piórem w miejscach nieczytelnych czcionek) trudno odgadnąć. Czy któryś z uczniów przyniósł dziadkom lub ciotce, czy też kuzynowi (jak inne pamietniki starych osób), nie sposób dziś dywagować. Motywy mogły być dwa: w czasach słusznie minionych polityczny wydźwięk historii mógłby nie być akceptowany, stąd tajemnica. Mogło być także coś innego –  mój dziadek, ciotka i kuzyn mieli doświadczenia z kręgu ezoterycznego (prekognicja), choć wiedziała o tym tylko ograniczona liczba osób, stąd mógł zechcieć im się zwierzyć ktoś z przyjaciół w takiej właśnie postaci.

Opowiadanie to jest tym bliższe moim doświadczeniom, opisanym w odcinku „Babci ezoterycznej” p.t. „Pułkownik z Taszkentu”, że ja również przez jakiś czas przebywałam wewnątrz innej, całkowicie mi obcej osoby.

Niezależnie od tego tekst ma moim zdaniem dużą wartość literacką oraz faktograficzną i nie zasługuje na zapomnienie. Jest też przykładem, jakże aktualnych rozważań nad istotą sprawiedliwości i naturą prawa. Przechodzę więc do niego bez dalszych dywagacji.

Uwaga autorki tekstu:

Jakkolwiek dialogów w tej pracy nie mogę podać dosłownie odpowiadają one dokłanie treści rozmów, które prowadziłam i które pamiętam bardzo dokładnie skutkiem napiecia przeżyć, jakie się z nimi łączyły.

                Wydawało mi się, że zbliżam się bardziej do prawdy ujmując tę treść w postaci wymiany zdań, gdyż wymiana zdań miała miejsce rzeczywiście. Intensywność zdarzeń była tak mocna, że niektóre fragmenty podane są z zupełną lub prawie zupełną dokładnością, w innych starałam się zbliżyć jak najbardziej do prawdziwych wypowiedzi.

Relacja spisana w czasie wojny w listopadzie 1943 roku, skrócona w 1970 roku

Motto: dodane przeze mnie, stanowiące cytat z autorki:

Bezstronne poznanie zaczyna się tam, gdzie gasną życzenia”

                Wysłano nas byśmy robiły zwiad strażnic na granicy Reichu i Generalnej Guberni; miałyśmy pracować między Częstochową a Radomskiem. Wyjechałyśmy z Warszawy w piątek, dnia 12 listopada 1943 roku. Podróżowałyśmy we trójkę: „Henryka”, „Wisia” i ja. Przybyłyśmy do Częstochowy trzynastego o bladym świcie i tego feralnego dnia rozpoczęła się nasza praca. „Henryka” pożegnała nas od razu, a my z Wisią miałyśmy dalej wypełniać nasze zadanie.

                Od razu na dworcu rozpoczęła się między nami sprzeczka: ja chciałam przespać się i sądziłam, że przyniesie to lepsze rezultaty naszemu działaniu, ponieważ będę wypoczęta i świeża; „Wisia” natomiast uważała, że powodzenie wyprawie zapewni najlepiej udział w odsłonięciu cudownego obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze. Ponieważ adres kwatery był u mojej towarzyszki i nie chciała mi go ona dać, nie mogłam więc wytchnąć po nocnej podróży.

                Proponowałam: — No, daj mi adres, położę się spać, a ty sobie pójdziesz oglądać cudowny obraz, każdy zrobi to, co będzie chciał.

                Ale ona uważała, że niezbędnie, że koniecznie muszę uczestniczyć w odsłonięciu obrazu i postanowiła to na mnie wymusić. Daremnie tłumaczyłam jej: — słuchaj, przecież jestem niewierząca, zrozum to, no proszę, zrozum. Czy nie możesz zrozumieć? A ona tupnęła nóżką i powiedziała, że nie, w żadnym razie nie może tego zrozumieć i nie zrozumie. Tupnięcie nóżką było tak szczere, że nie pozostawiło we mnie żadnych wątpliwości: rzeczywiście Wisia nie zrozumie, przekracza to jej pojmowanie. A więc chyba ja powinnam wykazać większą pojętność, jest to chyba oczywiste.

                Jeżeli zaś mam przejawić dobrą wolę, muszę chyba pójść z nią na Jasną Górę. Westchnęłam. W niebezpiecznych czasach zgranie przyjacielskie ułatwia przezwyciężenie wrogiej rzeczywistości i jest o wiele ważniejsze od poglądu na świat; z tego względu złożyłam na ołtarzu zgody moją niechęć do katolickich praktyk. Byłam jednak bardzo niezadowolona; po prostu nie lubię przymusu, a przymus w tej sprawie był aż nadto widoczny.

                Zmęczenie nocne odbierało mi dobry humor i wszystko zawadzało mi, a przede wszystkim dawała się we znaki psia pogoda: była mgła, siąpił drobny, przenikliwy i obrzydliwy deszczyk, a w powietrzu kłębiły się ohydne stada wron. Wrony wrzeszczały, wylatywały z mgły kołującym się stadem i znikały w niej, gorliwie kracząc.Weszłyśmy na szczyt klasztornego wzgórza, przy bramie na dziedzińcu jęczał żebrak i domagał się natarczywie datku: — Litościwe osoby — wołał — dajcie parę groszy biednemu kalece!

                Najwyraźniej Matka Boska nie uzdrowiła go, mimo że siedział co dzień o parę kroków od miejsca cudów. „Wisia” rzuciła mu pieniądze do czapki. Przeszłyśmy przez podwórze i nawę kościoła do kaplicy. Tam jej apostolska mość, „Wisia” uklękła natychmiast, żeby się modlić, a ja, przedmiot jej misjonarskich zapędów, usiadłam zrezygnowana w stallach, by rozmyślać. Trzęsłam się wewnętrznie ze złości, że muszę asystować przy obcym i niemiłym mi obrzędzie, aż nagle zrozumiałam — jestem fanatyczna. Czy bowiem człowiek pozbawiony fanatyzmu odczuwałby tak głębokie obrzydzenie do cudzych uroczystości? Raczej starałby się on wniknąć w egzotyczny ich bieg, gdyż zrozumienie innych, poszerza własne ja o całkiem nowe światy. Jakiż jest więc ten świat, w którym się właśnie znajdowałam, świat starych wierzeń mojej Ojczyzny? Kaplica wypełniła się pielgrzymami, jak co dzień od wieków. Od dawna bowiem przychodzili do niej ludzie cierpiący, chorzy, zgnieceni przez nieszczęście i spodziewali się tu właśnie doznać ulgi. Przypuszczali, że spełnią się ich napięte pragnienia, nastąpi cud i cierpienie zniknie.

                Na ołtarzu migotały wota i mówiły nadchodzącym, że oto co najmniej niektórzy odeszli zaspokojeni, podawały /…/, istnieje nadzieja! Czy miejsce, w którym zgromadziło się tyle ludzkich cierpień, pragnień, tyle bezgranicznej ufności, zawodów i spełnień jest zwyczajne? Z pewnością nie. Czyżbym sama nie miała niezliczonych życzeń, trosk i nadziei, że oddziela mnie od tych ludzi mur obcości? — Należy spojrzeć w siebie i odnaleźć pomiędzy nimi wszystkimi w tej kaplicy ludzkie podobieństwo.

                Jaka więc byłaby moja modlitwa, gdybym wierzyła, że zostanie ona spełniona? Byłaby to prośba o jedną, jedyną, najważniejszą rzecz bowiem lubiępomijać drobiazgi. Lecz co byłoby tą najistotniejszą rzeczą nie wiem i należy tego poszukać. Odrzuciłam błahe życzenia, które przychodziły mi na myśl, na rzecz bardziej podstawowych aż wreszcie zostało mi tylko kilka pragnień centralnych. Waga ich wydawała się prawie jednakowa, lecz nie wiedziałam jak odnoszą się one do całości istnienia, które z nich wobec tej całości byłyby najważniejsze. A całość ta pozostawała tajemnicza, nieznana i niezmierzona. Wobec ciemności, za którą się ukrywała, wszelkie rozsądne życie wydawało się niemożliwe, więc odczułam, że modlitwa moja powinna być po pierwsze prośbą o poznanie. Wszystkie inne pragnienia odpadły ode mnie, jak jesienne liście, a jednocześnie zrozumiałam, że to, co jedynie posiada wagę — zrozumienie pełni i istoty istnienia jest skazane na beznadziejność. Poznanie takie niemożliwe dla rozumu ludzkiego mogłoby mieć miejsce jedynie cudem. Oto był cud, o który należało prosić: odnalazłam swoją modlitwę.

                Byłam już bliska złożenia tej prośby w cudownym miejscu, bowiem bardzo skutecznie zdołałam wżyć się w psychikę osoby pielgrzymującej, ale moje własne ja obudziło się w tej chwili i uśmiechnęło. Jakże mało mi potrzeba, żeby ulec złudzeniu: trochę gry organowej, trochę światła świec i blasku witraży, trochę wotów migocących na ołtarzu, trochę wzruszonego tłumu, własna wola poddania się temu wszystkiemu — i pozostaje oto nierozsądny nastrój, a potem wydaje się człowiekowi, że jego najdziwniejsze, najbardziej nieosiągalne marzenia mogą być spełnione. Nie, nie chcę złudzeń, wolę prawdę własnego ograniczenia od fałszu.

W ten sposób odpłynęło ode mnie ostatnie pragnienie i wraz z nim skłonność do myślenia życzeniowego: byłam przygotowana do bezstronnego poznawania życia. Bo bezstronne poznanie zaczyna się tam, gdzie gasną życzenia. Lecz olśnienie tą prawdą trwało tylko chwilę, gdyż młodość pełna jest namiętności.

                Rozejrzałam się po kaplicy: był koniec nabożeństwa. „Wisia” przyjęła właśnie komunię i do ołtarza zbliżał się na kolanach Niemiec w mundurze. Bił się w piersi zamaszyście i gwałtownie, walił w te piersi jak w bęben. Pomyślałam sobie: ach ty, bestio, pewnieś się wyspowiadał, wszystkie twoje grzechy są odpuszczone i zaraz będzisz mógł grzeszyć na nowo! Zamiast zwiać z wojska, zamiast przerwać uczestnictwo w tym, co robią twoi mili rodacy, ty siedzisz tutaj i bijesz się w piersi, a spowiedź cię zadowala, ty, obłudna małpo! Niemiec wprawił mnie w niecierpliwość: wstałam i przeciskając się przez tłum przedostałam się do „Wisi”. „Wisia” właśnie podniosła się z klęczek i stała pod filarem. Nabożeństwo skończyło się, położyłam wiec rękę na jej ramieniu mówiąc:

— Idziemy! — posłuchała natychmiast.

Taki był początek wszystkich dziwnych zdarzeń, które są przedmiotem tego opowiadania, na razie przyszedł jednak niewielki antrakt w postaci zwyczajnego życia. Tego dnia miałyśmy bardzo mało czasu, trzeba było bowiem zebrać od wielu ludi w Częstochowie wiadomości o niemieckich strażnikach pomiędzy Radomskiem a Częstochową. Podzieliłyśmy między siebie adresy i biegałyśmy z kontaktu na kontakt przez cały dzień. Wieczorem z kolei uczyłyśmy się mapy, to znaczy wbijałyśmy sobie w pamięć nazwy miejscowości, zarysy szos, dróg, lasów i pól na trasie, którą miałyśmy iść nazajutrz. Chodziło o to, by nie wyciągać niepotrzebnie ze skrytki ukrytej tam mapy, a poruszać się tak, jakby teren był znany. Położyłyśmy się spać bardzo zmęczone i zasnęłyśmy szybko bezgrzesznym snem młodych i spracowanych. Wczesnym rankiem z pośpiechem wyruszyłyśmy do Radomska. Przyjechałyśmy tam koleją i na miejscu znowu należało /…/ odwiedzić kilku ludzi, by zebrać potrzebne informacje. Skończyłyśmy tę robotę jeszcze przed jedenastą rano i wyszłyśmy na rynek w Radomsku. „Wisia” powiedziała wtedy do mnie:

— Cóż, jest niedziela, teraz pójdziemy na sumę. Chodź, kościół tam jest na prawo!

Odczułam żywiołowy bunt: nie, to jest już nieznośne! Już drugi raz nie wezmę udziału w jej modłach. Oburzenie moje było tak wielkie, że straciłam właściwą ocenę sytuacji: usiadłam na ławeczce pośrodku rynku i powiedziałam:

— Ja tu na ciebie poczekam, a ty możesz robić, co ci się żywnie podoba. Nie wiem dlaczego nie uprzedziłaś mnie o swoich zamiarach w ostatnim mieszkaniu, mogłabym tam spokojnie i w cieple poczekać na ciebie.

„Wisia” spojrzała na mnie krytycznie, wzruszyła ramionami i poszła w kierunku kościoła. Wtedy zrozumiałam, w jak głupią sytuację się wplątałam. Padał wielkimi płatkami mokry, obfity śnieg, wiał wiatr, zimno, mokro, a ja wariatka siedzę sobie na ławeczce. Istotnie, jestem postrzelona. Za chwilę zwrócą na mnie uwagę wszyscy szpicle. Może pójść do kościoła? Ale w tłoku rozminę się z „Wisią”, obiecałam, że tu będę czekać i chcąc, nie chcąc muszę teraz wypełnić swoje zobowiązanie. Istotnie, przewidywałam dobrze: przez rynek szedł ku mnie jakiś jegomość. Podszedł, pokazał mi swój znaczek zza klapy i rozkazał: — kennkarta!

Wyciągnęłam dowód osobisty i ledwo go wzięłam w ręce, zrozumiałam, że nie wiem jakie jest moje nazwisko na tych fałszywych papierach.

A szpicel właśnie zapytał: — Nazwisko!

Ledwo zdążyłam zapuścić żurawia i zobaczyć pierwszą literę w dowodzie, wtedy wszystko mi się przypomniało, powiedziałam nazwisko, wyjaśniłam gdzie pracuję, odpowiadałam na jego pytania zgodnie z bajeczką, którą sobie uprzednio wymyśliłam w odniesieniu do tego właśnie kompletu dokumentów,

— Gdzie pani idzie? — wymieniłam miejscowość za lasem, przewidując, że gdyby poszedł za nami, gdzieś mu się w lesie zgubimy.

— I nie przysłali stamtąd koni? — zagadnął podejrzliwie!

— No właśnie! Proszę pana, taka pogoda i nie przysłali koni!

Naturalna moja odpowiedź uspokoiła trochę Niemca.

                — To na konie tu pani czeka?

                — Nie, moja koleżanka poszła do kościoła, jestem innej wiary i nie mogę jej towarzyszyć.

                — Acha — powiedział Niemiec. Spojrzał jeszcze spod oka i poszedł.

                Przyglądałam mu się nieznacznie z daleka – stanął pod ścianą i rozmawiał z jakimś drugim. Ten drugi trzymał rower i głową pokazywał moją osobę. Niebawem przyszła „Wisia”.

                — No — mówi — idziemy!

                Wyszłyśmy z miasteczka, przeszłyśmy jakieś pół kilometra i wtedy postanowiłam zobaczyć, czy szpicel ciągnie za nami. Zatrzymałam się niby to zawiązując but. Rzeczywiście szedł z rowerem. Mówię:

                — Wisiu, wiesz co? Szpicel się przyplątał na rynku i teraz wlecze się za nami. Nie oglądaj się.

                Ona zmartwiła się.

                — Jezus, Maria! Jak ja źle zrobiłam! W ostatnim miasteczku nie powiedziałam ci, że idę do kościoła, żebyś mogła tam poczekać!

                A ja do niej:

                — Widzisz, ja też źle zrobiłam. Szkoda, że nie poszłam na tę twoją mszę.

                /…/ ale co się stało, już się nie może odstać i szpicel wędrował naszym śladem. Mówię:

                — Wisiu nie martw się, może on sobie iść, ale za siedem kilometrów jest las, skręcimy w prawo, w krzaki, on ma rower i utknie, przecież nie rzuci roweru, żeby nas łapać, nieprawdaż?

                Obie uspokoiłyśmy się tym projektem i szłyśmy dalej swobodnie przed siebie. Śnieżyca rozpadała się na dobre. Nie wiadomo ile tego śniegu miótł na nas wiatr, ile zaś leciało z nieba, ale szłyśmy w gęstym, wirującym tumanie, wśród zimnej, pogwizdującej wichury. Pod nogami trzaskały świeżo zamarznięte kałuże, ale buty miałyśmy ciepłe i grube, płaszcze na barankowych podpinkach, było nam więc ciepło, nie tylko ciepło, lecz nawet gorąco. Wędrowałyśmy zamaszystym, długim krokiem, rozgrzane nie tylko marszem, ale gorącą dyskusją, która się właśnie zaczęła. O szpiegu przestałyśmy w ogóle myśleć zajmując się rozkładaniem świata na części pierwsze i składaniem go z nich z powrotem, jak czyniło to przed nami już wielu ludzi. Lecz my miałyśmy wiarę młodości, że jesteśmy jedyne w swoim rodzaju, wobec czego uda się nam wszystko o wiele lepiej niż licznym filozofom w historii ludzkości

                Wisia powiedziała wówczas do mnie:

                — Wiesz, zupełnie nie rozumiem, jak ktoś może być niewierzący.

                Cóż miałam na to odpowiedzieć? Mówię do niej:

                — To sprawa wychowania, kiedy ty byłaś mała, opowiadano ci jak Jezus chodził po wodzie, czynił cuda, robił dobro ludziom. A ja, gdy byłam mała, wzruszałam się historią Galileusza, którego zamęczyła Święta Inkwizycja. Gdy ty zobaczysz kościół, przypomina ci się Chrystus, a mnie Święte Officjum. Dlatego odnosimy całkiem różne wrażenia na widok tego samego budynku.

                Ale Wisia zapytała: — to myślisz, że wszystko zależy od wychowania? Gdzie w takim razie jest Prawda?

                Było to trudne pytanie i nie znalazłam odpowiedzi na nie. Oświadczyłam więc:

                — Nie wiem, gdzie jest prawda. Właśnie jej szukam. Prawdy się szuka wciąż i przez całe życie.

                Powstała więc dyskusja o tym, czy Bóg istnieje, czy go nie ma, a jakkolwiek zapomniałyśmy o szpiclu, który czaił się za nami, nadawał on naszej rozmowie szczególny charakter. Dzięki niemu nie weszłyśmy w słowny pojedynek, a celem naszym nie było dialektyczne zwycięstwo, lecz zgoda. Bliskość nieprzyjaciół jednoczy bowiem nie tylko narody, ale również poszczególnych ludzi.

                Stopniowo dyskusja zawędrowała w stronę moralności:

                — Skąd wiesz bez Boga jak postępować? — zapytała Wisia

                — Czuję to wewnątrz siebie – stwierdziłam.

                Lecz ona uważała, że odpowiedź z własnego wnętrza jest bezsilna i ciągnęła:

                To Bóg daje moralności siłę, która ją wspiera. Czy nie boisz się, że gdy wezmą cię na tortury załamiesz się bez Boga?

                Nie mam jej — odpowiedziałam —nikt nie może jej mieć z Bogiem, czy bez Boga. Ale spodziewam się, że jednak wytrzymam. Będę myśleć o tych, których mogłabym skrzywdzić. Czy nie sądzisz, że jest to podpora lepsza, niż Bóg,, w którego nie wierzę? Musimy sobie ufać, gdyż bez tego nie ma możliwości działania w trudnych warunkach. Ufam tobie, że nie zawiedziesz i muszę ufać sobie, A ty mnie. Na tym się wszystko opiera, czyż więc nie lepiej jest znieść dowolne rzeczy łącznie z wszelkimi torturami, niż zawieść ufność? Ta myśl będzie siłą, która wspiera moją moralność.

                Byłyśmy w lepszej sytuacji od filozofów, nasze bowiem rozważania w każdej chwili sprawdzić mogło życie. Nie opierały się one bowiem na argumentach rozumowych, lecz na naszym charakterze, a dowody można było tworzyć przez własny sposób istnienia. Lecz zarazem niepewność, na którą sobie mogli pozwolić filozofowie w poszukiwaniu dowodów bezspornych była dla nas luksusem niedopuszczalnym, mógł on bowiem przynieść śmierć wielu ludzi, gdyby przyszło nam na przykład na myśl, że należy uprawiać w praktyce sceptycyzm moralny.

                Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy myślą produkowaną za biurkiem i w towarzystwie drepczącego po piętach szpicla. Ten błogosławiony wpływ ułatwiał nam omijanie niektórych pomylonych teorii. Zupełnie nas zresztą nie peszyło, że wielu filozofów zajmowało się niesłychanie precyzyjnie i bez większych skutków zagadnieniami, które nas pasjonowały. Filozofowie mogli odłożyć swoje rozwiązania na dalszą metę, my jednak musiałyśmy żyć i chciałyśmy to czynić jak najbardziej świadomie i rozumnie.

                Tak doszłyśmy dyskutując i wymachując rękami do brzegu lasu. Tu skręciłyśmy prosto w krzaki i ze śmiechem przedzierałyśmy się przez gałęzie. Za nami słychać było szpicla: jak dzik rył on przez gąszcz i klął pod nosem. Śmieszyło nas to bardzo, więc śmiałyśmy się w kułak. Tak roześmiane i rozbawione oddalałyśmy się coraz bardziej od szpicla, coraz mniej było słychać szuranie jego roweru i las stawał się coraz cichszy. Za kołnierz sypały nam się z gałęzi wielkie czapy śniegu i odchylając gąszcz spoglądałyśmy z radością na swoje zarumienione twarze, błyszczące oczy, słuchałyśmy swoich przyspieszonych oddechów. Wreszcie weszłyśmy na jakiś dukt, szpicel był już daleko, otrzepałyśmy się ze śniegu. Powiedziałam do Wisi:

                — Wiesz, musimy mu jeszcze trochę mu drogę zaplątać, bo przyjdzie tu za nami po śladach.

                Poszłyśmy trochę duktem, potem przez las na przełaj, potem jakąś ścieżką, wydeptaną przez wracających z sumy, potem znowu przez gęste chaszcze i jeszcze raz nową ścieżką, aż wreszcie stanęłyśmy na szerokiej drodze, którą wyjeździły wozy jadące rano do kościoła. Tu wyczyściłyśmy dokładnie jedna drugą, by nie było po nas widać, jak wyglądał szlak naszej wędrówki. Roześmiałyśmy się. Śmiałyśmy się bez hamulców i nieco bez sensu, niezwykle uradowane, żeśmy zgubiły szpicla.

                — Jesteśmy tu bezpieczne — powiedziała Wisia. — Las jest polski. Niemcy tu boją się wchodzić. — Oczy jej się śmiały.

                — Tak, las jest polski… — pomyślałam. — Ta mała nie wie, co w tym polskim lesie może się przytrafić. Ale nie miałam zamiaru o tym mówić. I bez tego było dość komplikacji w jej życiu.

                Niedaleko droga rozwidlała się i zatrzymałyśmy się w tym miejscu.

                — Poczekaj — powiedziałam. — Odpoczniemy tutaj trochę, obejrzymy mapę i zjemy coś na drugie śniadanie. Jestem wyjątkowo głodna, a poza tym… Tak trzeba zrozumieć, gdzie jesteśmy, żebyśmy nie wyszły na drugą stronę granicy, zupełnie o tym nie wiedząc.

Niedaleko stała sosna, która osłaniała gałęźmi leżące pod nią ścięte drzewo, było na nim tylko odrobinę śniegu. Zgarnęłam go rękawiczką, wyjęłam z torby mapę i śniadanie, położyłam na pniu gazety, na gazety nasze torby, na torbach usiadłyśmy obie. Orientowałam mapę szukając charakterystycznego rozstaju. A Wisia podjęła znowu przerwaną zasadniczą rozmowę. Jej skłonność do nawracania nie została wcale wyczerpana i zachwiana przez wypadki podróży.

                — Jeśli nie wierzysz w Boga, to może się zgodzisz, że istnieje Prawo, które rządzi światem — zapytała.

                — Poczekaj — powiedziałam — nie mogę znaleźć na mapie tego rozstaju. Lepiej spójrz i zobacz, gdzie on może być!

                — Nie wykręcaj się — oświadczyła. — Jest takie prawo, czy nie?

                — Może jest — odpowiedziałam. — Ale rozstaju na tej mapie to nie ma.

                — Nie kpij — zaprotestowała z dziecinnym oburzeniem — czy nie widzisz, że to jest bardzo ważne?

                — Podstawowe — zgodziłam się — ale ja muszę zorientować mapę. Zaraz wyjdziemy z lasu, będzie wieś, a za nią granica. Więc czego chcesz właściwie?

                — No, powiedziała trochę urażona — pytam się, czy istnieje prawo, które rządzi światem?

                — Niech będzie, że takie prawo jest — oświadczyłam potulnie. Byłam już złakniona zgody i wyczerpana tematem. Ale ona życzyła sobie prawdziwego i zdecydowanego zdania. Zajadałyśmy z apetytem chleb z serem, miejsce pod sosną było osłonięte od wiatru i śniegu, można więc było wszystkie nasze czynności załatwiać względnie swobodnie ale blisko już była granica i należało pomyśleć raczej o naszej robocie. Toteż starałam się przygasić tok dyskusji. Lecz Wisia rozpoczynała ją wciąż od nowa. Zgodziłam się dla świętego spokoju, że Prawo Świata istnieje, lecz Wisia zapytała:

                 — Czy to prawo jest dobre i sprawiedliwe?

                Wydało mi się rzeczą trochę dziwną mówić o Prawie, ze jest dobre i sprawiedliwe, jakby Prawo było człowiekiem, ale nie miałam zamiaru z nią się kłócić, starałam się dojść do jakiejś zgody, więc powiedziałam:

                 — Widzisz, nie wiem jakie to prawo jest…

                 — Zastanów się, czy ono jest dobre i sprawiedliwe?

                Wtedy sobie pomyślałam: —  Oj, dziecko! Nie mam ci ochoty mówić co myślę o tym. Ale ona się upierała.

                — Musisz odpowiedzieć. Powinnaś to wiedzieć i powiedz szczerze co uważasz na ten temat.

                Powiedziałam: — Wisiu, jak ci się wydaje, czy to, co nas otacza i co się dzieje dookoła nas jest dobre i sprawiedliwe? Wiec, jeżeli to wypływa z tego Prawa, to jak myślisz, czy jest ono dobre i sprawiedliwe?

                Tymczasem wstałam i zbierałam rzeczy, a ona stanęła obok ze swoją torbą w ręku. Miałyśmy wyruszyć. Gdy mówiłam, oczy Wisi roziskrzyły się, a nóżka, jak to u niej, tupnęła dziecinnie. Zawołała:

— Ty musisz się przekonać, jakie jest to Prawo. Ono jest dobre i sprawiedliwe.

Powiedziałam:

— No cóż, przekonałabym się chętnie, że ono jest dobre i sprawiedliwe, lecz jakby to miało się stać?

Wtedy Wisia zawołała naiwnie w kierunku przeznaczenia, czy Boga, czy abstrakcyjnego Prawa:

— Niech się to tu, niech się natychmiast okaże, jakie to Prawo jest.W ten sposób jak ty nie można żyć! Musisz się przekonać, że ono jest dobre i sprawiedliwe!

Zawołanie to byłoby śmieszne, gdyby nie czające się dookoła okoliczności.Lasy pełne bratobójczych walk, przed nami leżała granica, a na niej nieznane okoliczności, za nami szedł szpicel. Gdy wzywa się przeznaczenie, by ujawniło swoją istotę w kraju zniszczenia, okrucieństwa i śmierci, nie brzmi to śmiesznie, nawet wtedy, gdy wzywają je dzieci. Wyobraziłam sobie prze chwilę, że oto wokoło nas zagęszcza się rzeczywistość i zaraz ujawni ona swoje kształty w sposób szczególnie charakterystyczny. Wyobrażenie to było tak mocne, że wydawało się, że przez las zbliża się do nas coś nieokreślonego i strasznego. Powiedziałam odruchowo z niepokojem:

— Nie wiesz co wzywasz! Gdyby ujawniło się w pełni jakie to jest, nie zniosłabyś tego ani ty ani ja. Należałoby wtedy przywołać jeszcze ponadto siły, żebyśmy temu sprostały.

— Ja wiem, co wołam — oświadczyła Wisia — niech się to tu, niech się natychmiast okaże, jakie jest to prawo.

Pomyślałam sobie: czy nie chciałam tego samego wezwać wczoraj w modlitwie przed cudownym obrazem, dlaczego się więc teraz cofam?

Przyłączyłam się więc do jej wezwań:

— Nic na świecie nie słucha ludzkich zaklęć — oświadczyłam, — Ale jeżeliby coś słuchało, wezwałabym to, co ty: niech się to tu, teraz, w tej chwili okaże, bez żadnych osłonek, choćby runąć na nas miało całe piekło. Choćby nas miała spotkać śmierć i wszystko najgorsze. Jest to istotnie najważniejsze, to co wzywasz i nie boję się spotkać oko w oko z wszelką grozą. Lecz chcę ponadto, aby zjawiły się siły i rozum, które by pozwoliły nam temu sprostać.

I wyruszyłam przed siebie ścieżką, myśląc pod wpływem sugestii własnych słów o tym, jak mogłaby wyglądać taka zgęszczona rzeczywistość. Odczuwałam ją coraz mocniej w sposób prawie dotykalny. Za mną w milczeniu szła Wisia. Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć ze swoich emocjonalnych rozmyślań, gdy nagle zawołano na nas:

— Stój! Kto idzie!

Pomyślałam sobie wprost, przesądnie i prymitywnie: cho, zaczyna się okazywać. Ten pierwotny stosunek do rzeczy stał się przyczyną wszystkich dalszych odkryć i zjawisk. Bo wiem, dzięki niemu zaostrzyłam do ostatecznych granic wszelkie władze swojego umysłu i serca, aby dotrzeć do istoty rzeczywistości. Wprawiłam bowiem sama siebie w poznawczy trans absolutnej uwagi, który pozwolił mi wyciągnąć z zaszłych następnie wypadków ich najgłębszą, utajoną esencję.

Na razie postanowiłam przejąć inicjatywę w swoje ręce. W krzaku siedziała czujka partyzancka i żołnierz powiedział:

— Niech jedna z was się zbliży.

Podeszłam prędko, uśmiechnęłam się i podałam rękę umundurowanemu przeznaczeniu. Żołnierz ze zdziwieniem podał mi swoją.

Zapytał:

— Dokąd?

— Do granicy.

— Po co?

— Zwiad strażnic niemieckich.

— Może wy nasze kobiety?

Odpowiedziałam:

— My z Armii Krajowej.

— To wy wiecie, kto my tacy?

— Wiem. Armia Ludowa.

A on na to:

— Polacy!

Oświadczyłam:

— Oczywiście.

Żołnierz kazał nam iść przed sobą i poprowadził nas ścieżką na brzeg lasu. Była to półokrągła polana i we wnęce jej łuku stała samotna chata. Dalej za językiem lasu ciągnęły się pola, a za nimi w odległości może pół kilometra, ledwo widoczna za padającym śniegiem wieś. Szliśmy na wpół wydeptaną ścieżką. Po wyjęciu z lasu uderzyła nam w oczy śnieżyca: śnieg pokrył już drzewa i domy, usypał wysokie wydmy, przez które przekopywaliśmy się z trudem. Z okapu dachu chaty, do której przyszliśmy, zwisały zębate, ośnieżone sople, a gdy otworzyliśmy drzwi, otoczyło nas prawie upalne ciepło. Pod blachą bowiem rozpalono obfity ogień. Dookoła tego ognia siedział na ławkach, krzesłach i podłodze oddział partyzancki złożony z dwudziestu paru ludzi. Na blasze w wielkich kotłach gotowano posiłek.

Przez kuchnię zaprowadzono nas do pokoju, skąd wyrzucono natychmiast paru krzątających się żołnierzy. Wszystko poczęło się dziać, że tak powiem, całkowicie na odwrót. Po pierwsze polecono jakiejś kobiecie przeprowadzić rewizję, kazano nam rozebrać się do naga i nie zaniedbano nawet poszukiwań ginekologicznych oraz w kiszce odchodowej. Dobre i sprawiedliwe prawo dawało o sobie znać. Wisia stała czerwona jak burak z płonącymi oburzeniem oczami, gdy tymczasem bezpieczny i polski las przejawiał swoje właściwości. Kobieta obmacywała obrąbki naszych ubrań. Zaglądała nam do uszu i pod język. Powiedziałam jej ze zniecierpliwieniem:

— Niech pani zajrzy mi do żołądka, może coś połknęłam.

Przyjrzała mi się bez uśmiechu, jakby badała, czy jestem normalna, a Wisia rzuciła na mnie potępiające spojrzenie.Widać sądziła, że wobec nieprzyzwoitości sytuacji, uwagi moje są nie na miejscu. Wreszcie pozwolono nam się ubrać. Wtedy wtoczył się do izby cały oddział partyzancki i stanął kręgiem, przyglądając się widowisku. Dowódca zarządził, że każdą z nas będzie się badać z osobna i wyprowadzono Wisię pod strażą do kuchni.

Stałam przed dowództwem, które rozsiadło się na ławce pod ścianą, w półkole, które mnie otaczało, przypominało mi stare wilcze zwyczaje. W ten sposób w skupieniu i uwadze obserwują od wieków wilki pojedynek, który odbywa się pomiędzy członkami ich stada.

Po pierwsze zawiadomiono mnie, że szpiegowałam oddział, skąd bowiem inaczej mogłabym wiedzieć, że jest to formacja Armii Ludowej?

— Za szpiegowanie rozstrzeliwujemy — wyjaśnił mi zdecydowanie dowódca. — Szpiegowałaś, a więc zostaniesz rozstrzelana.

Było to bardzo proste: jak ich poznałam? Gdy się patrzy na krzesło, poznaje się krzesło i nazywa się je. Gdy się widzi stół, poznaje się stół i nazywa się go. Podobnie zobaczyłam ich, poznałam że są A L O W C A M I i tak ich nazwałam. Jeżeliby stół chciał udowodnić, że nie można nazwać krzesła, każdy może pomału zanalizować, po czym właściwie poznaje krzesło: ma ono swe cechy: oparcie, cztery nogi, siedzenie i tak dalej. Podobnie i ja mogłam powiedzieć po czym poznałam, że żołnierz z czujki należał do Armii Ludowej.

— To jest całkiem zwyczajne — odpowiedziałam — i nie wymagało szpiclowania. Bardzo łatwo można was odróżnić. Na przykład jest niedziela po sumie, a czujka miała nieoczyszczone buty i na nich wczorajsze błoto. Błoto już dziś zamarzło. Kto nie czyści butów w niedzielę? Żołnierz miał orzełka bez korony i czapkę bez otoka. Kto może mieć orzełka bez korony? Jasne — Armia Ludowa. Żołnierz powiedział: „Może wy nasze kobiety?”. Ten sposób wyrażania jest mi znany i stosuje się go właśnie na lewicy.

Moje wyjaśnienia zamiast wprowadzić ład w umysły AL-owców wywołały tysiączne złośliwości: z wilczego kręgu koła wtrącało się do moich wyjaśnień swoje pogardliwe trzy grosze:

— Acha, ty osądzasz ludzi po ubraniu! Zabłocone buty ci przeszkadzają! Hrabina! Z góry wiesz kogoś spotkała! Baj, baju! My mamy może w to wierzyć? Niektóre uwagi były ordynarne.

Daremnie tłumaczyłam, że ja mam również brudne buty. Nie wymagałam też niedzielnego pobytu w kościele. Bezskutecznie wyjaśniałam, że słowa moje nie wyrażały żadnej oceny w odniesieniu do sposobu ubierania się ich żołnierzy i tylko stwierdziłam obiektywnie po czym można ich poznać.

Zauważyłam, że ich uraziłam przez te nieoczyszczone buty.

Pomyślałam sobie: ot i co, teraz obie zginiemy przez moją głupotę. Przez to, że nie powstrzymałam swojego języka i powiedziałam od razu, co widzę. Trzeba to jakoś ratować i wydobyć moją towarzyszkę z kabały, w której się znalazłam z mojej winy. Więc mówię do żołnierzy:

— Słuchajcie, ja o każdym z was mogę powiedzieć cośkolwiek, chociaż nie wyobrażacie sobie chyba, że każdego z was od urodzenia szpiclowałam.

— No powiedz! Mów! Wróżka się znalazła!

Nie było rady, należało spróbować i nie pomylić się, gdyż pomyłka oznaczała śmierć dla nas obu. Spojrzałam na jednego z nich i oświadczyłam z wszelką pewnością siebie, jaką mogłam sfingować:

— Urodziłeś się na wsi. — Miał rzeczywiście grube kości, postawę raczej krępą, twarz czerstwą i rumianą, nie wyglądał na mieszczucha. Żołnierze narzucili mi formę per ty, której w stosunku do mnie używali i teraz stwarzało to nieco intymną atmosferę gabinetu kabalarki. Umilkli z zaciekawieniem na chwilę.

— Co mówić dalej? — pomyślałam.

— Pasałeś krowy — oświadczyłam zdecydowanie. — Kiedyś krowa weszła ci w szkodę i dostałeś ciężkie lanie. Wspominasz to z przykrością.

Te moje dedukcje nie wywołały należytego wrażenia. Członkowie oddziału nacierali z powrotem na moje pozycje, kpiąc z wielką złośliwością.

—He, to o wiele łatwiej zgadnąć, niż fakt, że jesteśmy AL-owcami. — stwierdził rzeczowo i jakby z rozczarowaniem jeden z nich, mniej napastliwy.

Wobec czego ciągi moich wnioskowań stawały się coraz dłuższe, subtelniejsze, mniej stanowcze i czułam, że coraz bardziej jestem narażona na pomyłki. Jakbym ślizgała się swoim umysłem po samej granicy życia i śmierci, ale ciągle odnosiłam zwycięstwo. Uwaga moja koncentrowała się coraz bardziej w najwyższym wysiłku do jakiego jest zdolna istota ludzka. Skupienie moje stało się tak pełne, że wreszcie widziałam tylko jedną twarz zawieszoną nade mną, jednego człowieka i jego nieznane losy. Wnioskowanie od dawna już wyczerpało moje możliwości, więc spróbowałam się wżyć w żołnierza, który stał naprzeciwko, tak, jak aktor wżywa się w swoją rolę. Co miałoby miejsce, gdybym była nim? Jakby z daleka słyszałam jeszcze kpiny oddziału, lecz nie zwracałam na nie najmniejszej uwagi, by nie przerywać niczym subtelnej sztuki przenikania. Zbliżałam się już do końca moich możliwości i byłam przekonana, że zaraz wyczerpię je bez rezultatu, lecz nie rezygnowałam. Przeciwnie. I wtedy stała się rzecz dziwna: trudność się skończyła, świadomość moja przelała w się człowieka, na którego patrzyłam. Byłam nim. Przypomniałam sobie wypadki z jego życia, jako własne. Z zupełną swobodą i pewnością mówiłam po kolei, co mu się zdarzyło w życiu, ale oglądałam to inaczej niż on, jakby z lotu ptaka, w harmonijnej i skończonej całości ludzkich przeznaczeń.

Piękno tego obrazu pochłonęło mnie całkowicie: opowiedziałam mu dlaczego zawędrował do partyzantki, by narażać swoje życie dla spraw wzniosłych i nieco niezrozumiałych. Widziałam po jego oczach, że oboje jesteśmy zdziwieni urodą jego własnego losu, a mimo to mówiłam prawdę tak, jak ją widziałam. Drogi jego były jasne, naznaczone syntetycznie, a jednocześnie oglądałam ich konkretne zarysy.

Nie starałam się wiedzieć jak oddział komentuje moje wypowiedzi, czy kpi, czy nie uważa, czy przeciwnie został ujęty przez tok opowiadania. Nie myślałam o tym wcale i oddałam się tej dziwnej sztuce. Niosła mnie fala świadomości, która płynęła tak dziwnie z mojego ograniczenia i zjednoczyła mnie wspaniale z drugą istotą ludzką. Gdy skończyłam mówić o jednym żołnierzu, żeby nie stracić tej zdumiewającej zdolności, przenosiłam zaraz oczy na drugiego; mała chwila i świadomość moja wchodziła w jego wnętrze. Rozwinęła się przede mną druga, całkiem odmienna i równie ciekawa opowieść. Ona również doprowadziła mnie do dnia, w którym wszyscy spotkaliśmy się w owej chwili pod lasem.

Tak po kolei przeszłam dwudziestu czterech ludzi, którzy siedzieli przede mną i w słowach moich nie było żadnej pomyłki. Wywiodłam jasno i życzliwie w jaki to sposób dwadzieścia cztery ślady zaprowadziły każdego z nich do miejsca, w którym skrzyżowały się nasze tropy, by spotkać się w dziwnych okolicznościach. Każdego przywiodła tu jego istotna natura. O tak, widziałam również i cienie na tym obrazie, widziałam rzeczy, które ci ludzie chcieli ukryć: mogli się nie obawiać, przecież byłam każdym z nich, jak i oni związana tajemnicą.

Nieuchwytny urok rzeczy przeznaczonych, a przecież dobrowolnie i swobodnie wybranych, tak bardzo przykuł moją uwagę, że śmierć była już dla mnie całkiem nieważna, przestała mnie przejmować, a cel, dla którego podjęłam tę podróż przez obcą świadomość stał się drobny i nieistotny wobec tego przeżycia, jak pyłek na świątecznym ubraniu.

Gdu skończyłam, uwaga moja rozproszyła się i ujrzałam znowu przed sobą całą izbę: panowała w niej cisza tak absolutna, że usłyszałabym bzykanie muchy. Tylko drzewo trzeszczało buzującym ogniem w rozpalonym piecu. Mój umysł zyskał teraz harmonię, koncentracja uwagi wyparła z niego wszelki niepokój, chwiejność i strach, a ponadto czułam się w gronie przyjaciół. Bo tylko z przyjaciółmi szuka się owej jedności, którą tu osiągnęłam tak szybko i w pełni — byłam przecież przez chwilę każdym z nich, a czy trafia się to tak naprawdę z przyjaciółmi? I oto zachodziła rzecz zdumiewająca, że przyjaciele ci chcieli przecież mnie zabić.

Wprawdzie wahali się w tej chwili, lecz ich wahanie nie miało wielkiego związku z pięknem, które przeżyłam: po prostu uważali, że ukazał się w tym miejscu albo pan Bóg albo diabeł. Na korzyść Boga mógł przemawiać wdzięk opowiadanych historii, na korzyść diabła to, że działy się rzeczy niezwykłe i straszne. Roześmiałam się. Byłam rozczarowana: tyle się rozwinęło ludzkiego piękna, a oni wiedzą, że wszystko w tak starożytnym aspekcie! Nie mam najmniejszego zamiaru odgrywać roli magika. Prawo świata, jeżeli tu działało ono, chytrze wrobiło mnie w jakąś dziwną historię. I to ja, sceptyczny ateista, nawraca ateistów wojujących przy pomocy sztuki czytania myśli.

Oprócz dawnych zagadek mam nową: w jaki sposób świadomość może wędrować i wcielać się w kogokolwiek. Czy to ma być właśnie wytłumaczenie istoty bytu? A ja może mam oszukiwać tych ludzi, że robię jakieś czary i mącić w ten sposób umysły moich przyjaciół? Nie, doprawdy to jest śmieszne — nie mam zamiaru wywoływać niczyjego oszołomienia.

Mój śmiech obudził ze zdumienia dowódcę, powiedział on:

— Zostało udowodnione, że można bardzo wiele o ludziach wiedzieć, chociaż się ich nie szpiegowało. — Po chwili dodał z naciskiem, że zjawiska te chyba są naturalne?

Odpowiedziałam z namysłem: — Nie wiem. Działy się w naturze, więc chyba są naturalne.

— A ich przyczyny także są naturalne? — zapytał.

— Znam tylko niektóre z nich. — odpowiedziałam. Trzeba mieć bardzo skupioną uwagę, a ponadto nie przejmować się wcale swoją własną osobą, nawet jeśli grozi jej śmierć. Możliwe, że chęć ocalenia ludzi przed głupim zabójstwem, jakie zamierzają popełnić, i wola uratowania przyjaciół są tu pomocne. Ale nie wiem.

Starałam się mu rzeczowo, w miarę sił wyjaśnić warunki zjawiska, lecz wiedziałam zarazem, że niezrozumiała abstrakcja, jakiej się poddajemy, skłania umysły żołnierzy w stronę wersji, iż przejawiły się tu jakieś siły diabelskie. To nie przypadkiem filozoficzny Mefisto jest szatanem. Uśmiechnęłam się: mimo wszystko przejęcie i zaciekawienie oddziału było tak duże, że dowódca, dobry polityk, zwrócił na to natychmiast uwagę, gdy tylko sam ochłonął ze zdziwienia. Zdecydował, że trzeba usunąć ludzi spod mojego wpływu i oświadczył, że druga część spotkania ma być tajna.

Żołnierze niechętnie, ociągając się, przechodzili do kuchni. Byli bardzo nieradzi, że pozbawiono ich fascynującego widowiska. Ten krok dowódcy przesunął prawdopodobnie szlę ich myślenia na rzecz hipotezy, że przejawiam siły boskie i tajemnicze, najtrudniej jest bowiem zrozumieć drogi ludzkie.

Gdy wyszli dowódca powiedział mi:

— Skąd mamy pewność, że nie jesteście z NSZ? Ci z NSZ zabijają nas przy każdej okazji, rozumiesz więc, że i my musimy ich zabijać. Czy możesz powołać się na jakichś ludzi z Armii Krajowej?

— Podpułkownik Horak — powiedziałam.

— Kto to? — zapytał dowódca oddziału.

— Był dowódcą okręgu warszawskiego.

— Był ale nie jest — oświadczył nieżyczliwie dowódca. — Co się z nim teraz dzieje?

— Niemcy zatłukli go na Pawiaku, nie wydał nikogo — wyjaśniłam krótko.

— AL-owcy nie znali go. Może mogę powiedzieć o kimś jeszcze?

Wymieniałam długi szereg nazwisk i po stałym pytaniu „co się z nim dzieje” odpowiadałam: „zginął w akcji”, „umarł w obozie”, „rozstrzelany przez Niemców”, „zamęczony na Szucha”.

W pewnej chwili dowódca zniecierpliwił się i zapytał z przekąsem:

— Czy u was, w tym twoim AK są sami nieboszczycy?

— No cóż — powiedziałam — żywi są też. Ale nazwiska żywych są potrzebne do całkiem innych celów, niż świadectwo, jakie mogliby o nas wydać. Nie sądzisz? A umarli świadczą o nas myślę lepiej niż żywi. Powiedz sam, czy nie podałam ci nieboszczyków w najlepszym gatunku? Czego chcesz od nich? — patrzyłam mu prosto w oczy z ironią, co go zmieszało.

Polityczno-wychowawczy poradził mu:

— Daj spokój. Przecież widać, że one są z Armii Krajowej. Gdyby były z NSZ nie podałyby ręki czujce. Polityczno-wychowawczy był najwyraźniej niezadowolony z naszej sytuacji.

— No, powiedzmy — zdecydował dowódca — że jesteście z Armii Krajowej, przyjmijmy, że zostało to dowiedzione. Ale to jeszcze nie załatwia sprawy.

I wtedy zawołał jednego żołnierza z sąsiedniej kuchenki, a ten zaczął opowiadać, co się przytrafiło w niejakim Borowie. W miejscu tym oddział Armii Ludowej umówił się z partyzantami AK na wspólne spotkanie, w celu ustalenia warunków współdziałania. Żołnierze Armii Ludowej zostali zaproszeni do jednej z chałup na kolację. Wszyscy się rozbroili, ale AK-owcy zachowali ukrytą krótką broń. Gdy kolacja już była w pełnym toku, wyciągnęli znienacka swoje pistolety, kazali AL-owcom podnieść ręce do góry, następnie ich powiązali i zaczęło się przypiekanie jeńców na rozpalonej blasze. Chodziło o wymuszenie adresów i kontaktów członków AL-owskiej partyzantki. W rezultacie zamieszania, jakie powstało w izbie w tym czasie paru ludzi wyskoczyło przez okno i zaszyło się w sąsiednich zaroślach. Stamtąd byli oni świadkami wypadków, gdyż okna chaty pozostały otwarte. Po zebraniu zeznań, żołnierze Armii Krajowej rozstrzelali swoich gości. Relacjonujący chłopak patrzył właśnie z ukrycia na to wszystko i w słowach jego brzmiała prawda, nie można było wątpić w dokładność relacji[1]

Dowódca oświadczył:

— Postanowiliśmy, że pierwsi ludzie z Armii Krajowej, którzy przyjdą do nas, zapłacą za ten wypadek. Przecież rozumiesz, że nie możemy dać się zarzynać, jak barany.

Odpowiedziałam: — Rozumiem.

Z tej przyczyny jesteście skazane na śmierć. — Dodał, że powinnyśmy być rade, bowiem nie będą nas przypalać na blasze.

Było to owszem, zrozumiałe od czasów /…/

Wyprowadzono mnie z izby do kuchni i zawołano Wisię. W przejściu powiedziałam jej prędko szeptem — Uważaj, pytają o nazwiska i adresy naszych ludzi, nie trzeba ich podawać. Pamiętaj, ani nazwisk ani adresów!

Potaknęła ze zrozumieniem: — Dobrze, wiem sama.

Weszłam do kuchni. Skupił się tu cały oddział. Pod oknem stała pusta ławeczka, gdyż żołnierze siedzieli przeważnie na podłodze, gdzie rozesłano przyniesioną (widać z posłania) słomę. Ławkę oddzielał od reszty izby wielki kuchenny piec. Pomiędzy nim, a ścianą naprzeciwko było tylko niewielkie przejście. Na piecu gotowały się w dużych kotłach bigos i kartofle. Zapach ich wydał mi się rozkoszny i przenikliwy: już nie będę jadała takich rzeczy i ostatni raz je wącham. Odróżniłam mocną i zachęcającą woń wędzonki. Jednak układ pomieszczenia podsunął mi nową nadzieję i środki ratunku: gdyby tak uciec przez okno? /…/ przez ciasne przejście za barykadę pieca, oparłam się na chwilę o ramę okienną i odpięłam nieznacznie małym palcem górny haczyk. Pozostawał jeszcze drugi na dole. Pomyślałam: jeśli Wisię posadzą obok mnie powiem jej, co trzeba robić, otworzę jednym ruchem okno, ona wyskoczy, za nią ja. Oddział z pewnością rzuci się hurmem w wąskim przejściu do okna pod ścianą i powstanie korek, zanim żołnierze przedrą się tamtędy, my pobiegniemy za ścianę chaty, by znaleźć osłonę od ich ognia. Stamtąd stale ochraniane tą chatą, uciekniemy do pobliskiego lasu i nim ktoś się zdecyduje biec za nami, będziemy już w krzakach. Mamy mocne, zdrowe i młode nogi, jesteśmy wysportowane i zręczne, prawie na pewno ocalimy w ten sposób życie. Byleby tylko Wisia usiadła tu obok mnie! Było mało prawdopodobne, że te okoliczności nastąpią, wobec czego stwierdziłam, że zapewne doczekam się śmierci.

Usiadłam na ławeczce. Rozważałam teraz wypadki: czy nie posługiwałam się tą samą moralnością, co dowódca oddziału, który miał mnie zabić? Czy nie wyznawałam zasady, że nie trzeba dać się mordować, jak barany? Głosem dowódcy przemówiła do mnie moja przeszłość sprzed paru jeszcze godzin. Czułam się tak, jakby poprzednie moje ja miało zabić teraźniejsze. Wiedziałam, że to, co mają zamiar uczynić ci ludzie wypływa wprost z ich sposobu myślenia z nieuchronnością przeznaczenia. Wiedziałam to, gdyż byłam nim niedawno. Stwierdziłam, że działali sprawiedliwie: miałam bowiem umrzeć w imię tych samych zasad, które sama wyznawałam. Myśli i czyny moje wracały do mnie i zadawały mi śmierć. Tak, prawo, które mnie dosięgło, było pełne sprawiedliwości.

Sprawiedliwe Prawo Świata miało mnie uśmiercić, a jednak ta sprawiedliwość była dziwnie absurdalna i niepojęta: jakkolwiek miałam umierać w rezultacie zasad, kóre sama uznawałam w życiu, nie miałam właściwie nic wspólnego z oddziałem, który smażył AL-owców na blasze. Czyny tamtych ludzi wydawały mi się najgłębiej obce, a ponadto, w rezultacie poprzednich przeżyć, zabić mnie mieli moi najbliżsi przyjaciele, z którymi przecież zjednoczyłam się w pełni takiego zrozumienia, że o czyn ich nie mogłam mieć najmniejszych pretensji. Czyż może być coś pełniej niedorzecznego? Gdzie szukać zrozumienia wobec takich wypadków?

Świadomość moja zwolniona już poprzednio z zamkniętych ram własnej osobowości, wyzwoliła się teraz znowu i zobaczyłam, że może ona wędrować w czasie i przestrzeni.

Ujrzałam poza ścianą jak czujka wraca do chaty i powiedziałam:

— Idzie wasz żołnierz, szykujcie zmianę warty,

Chwilę potem otworzyły się drzwi i czujka weszła do izby. Gdzieś daleko w lesie spostrzegłam dwa zające, szukały one pożywienia pod śniegiem. Oto wszędzie toczy się życie, które ja mam opuścić. Było ruchliwe, delikatne i subtelne, pełne ukrytych możliwości i różnorodności. Pod korą drzew poruszały się leniwie zimowe soki, oto ożywią się one wiosną, popędzą pączki i wypuszczą nowe, zielone liście. Ale ja już nie zobaczę bujnej urody żadnej wiosny. Pod lodem bulgotał gdzieś strumień, spłynie on kiedyś krą i przybiegną do niego pić sarny. Dalekie miasta szumiały swym skomplikowanym rytmem i syreny fabryczne ogłoszą w nich jutro nowy dzień pracy, ale ja nie zobaczę już ludzi, którzy pędzą z pośpiechem, żeby się mniej spóźnić. Na dalekim froncie grzmiały armaty i oglądałam straszliwe okrucieństwa, walki i zniszczenia, napięcie bohaterstwa i niedorzeczności. Nie było we mnie żadnej oceny, potępienia, ani pochwały, tak wiec to wszystko wydawało mi się cenne i piękne. Oto Ż Y C I E, życie całej ZIEMI, mojej prawdziwej ojczyzny, którą mam pożegnać w miłości. Lecz czy rozumiem to Życie? Nie mogę pojąć nawet sensu swojej własnej śmierci. Jakimś to nierozsądnymi drogami chodziła śmierć wśród ludzkości? Chciałam to jeszcze zobaczyć zanim umrę. Zobaczyć jak się zabijano nawzajem i jak umierano oraz pojąć to. Poruszałam się w czasie. Czy było to prawdziwe? Nic nie wiem o tym. Lecz wydawało się pełne rzeczywistości i przekraczało wszelką zdolność mojej wyobraźni. Nie, nie mogłabym tego wymyślić, było bowiem obce, nowe i nieznane, niespodziewane w najwyższym stopniu, jak wszelki bieg prawdziwego życia. Zjawisko polegało na zupełnej swobodzie od ciała i możliwości doznania również tam, gdzie tego ciała nie było.

Ujrzałam wielki pochód ludzkości. Ludzie zabijali się od dawna — po prostu odkąd zaczęli istnieć. Stawałam się istotami, które obserwowałam za najróżniejsze i najdziwniejsze rzeczy.

Umierałam w obronie swojej rodziny napadniętej przez stado wilków, a potem patrzyłam z oddalenia jak ci, których broniłam z tak namiętną miłością, opuszczali życie. Nie ocaliłam ich naprawdę. Walczyłam z plemieniem w obronie swojego terenu łowów. Rosły tam święte drzewa, w których żyli moi przodkowie. Lecz potem widziałam jak przychodzą rolnicy i trzebią siekierami moją ukochaną puszczę. Święte drzewa padały z łoskotem, a oni śpiewali pieśń. Była to dla mnie pieśń śmierci tego co pokochałam. A dla nich to była pieśń zwycięstwa. Lecz moja giętka świadomość wchodziła z kolei w życie moich wrogów. Oto wydawałam zwycięski bój dzikiej puszczy i jej pierwotnym plemionom. Broniłam zza palisady chat mojej wioski i padałam w ich obronie. Lecz widziałam potem, jak całe osiedla wymordowano, a na polach, które obsiewałam, wyrosły lasy. Nie, nie obroniłam niczego. Potem znowu umierałam złożona na ofiarę okrutnym bogom, które żądały mojej śmierci, podobno dla dobra mojego plemienia. Stałam z gotowością przy ołtarzu z czarnego, lśniącego kamienia i przyglądałam się rowkowi, którym spłynąć miała moja krew. Kochałam. Kochałam pieśni, którymi mnie żegnano, melodie dziwne i dzikie, śpiewane przez mój naród. Oto umieram za to, by ci, z którymi się związałam, mogli śpiewać je nadal bez przeszkód, nie narażeni na zemstę wymagającego krwi ludzkiej bóstwa.

Lecz śmierć moja nie uratowała nikogo. Zniknęła świątynia, w której złożono mnie w ofierze, domy osiedla porosły chwastami, umilkły pieśni, które poruszały moje serce. Przyszedł wróg i utwierdił na gruzach swoje życie. Walczyłam z nim daremnie i beznadziejnie, a w walce tej zginęłam i nie ocaliłam niczego. A potem żyłam życiem tego wroga i poruszały mną całkiem inne i nowe miłości. O cóż ja nie walczyłam? Byłam zabijającymi i zabijanymi, broniłam i atakowałam, kochając ofiarnie i bezgranicznie. Niezliczoną ilość razy próbowałam ocalić przedmiot mej miłości albo rozszerzyć i utrwalić jego panowanie. Umierałam w obronie mojej religii, szłam na wojnę świętą do obcych krajów. Ginęłam w obronie swojej cywilizacji, broniłam życia mojego narodu i rozszerzałam obszar mojego imperium. Rodzaje śmierci były rozliczne. Najprzód ja zabijałam, potem mnie zabijano i z powrotem, znowu ja zadawałam śmierć innym i mnie ją zadawano z kolei. Prowadziliśmy ustawiczną walkę i zawsze walczyłam o to, co ukochałam: o ukochaną rodzinę, o ukochany las, o ukochaną religię, o ukochany naród; miłość moja stawała się w toku tych walk coraz pełniejsza, coraz bogatsza. Ale jakkolwiek w moich ukochaniach zjawiało się coraz więcej wszechstronnego życia, wszystkie one były skazane na zagładę: umierały rodziny, trzebiono lasy, zmieniały się religie, konały cywilizacje, znikały z powierzchni ziemi narody. Nic nie ocaliłam i zawsze umierałam daremnie. A ci, którzy mnie zabijali, zabijali mnie również za to, co ukochali: pragnęli rozszerzyć swoje ukochanie, utwierdzić je, przedłużyć jego istnienie. Zabijaliśmy siebie nawzajem, a rzeczy, których broniliśmy, przemijały.

Wrogowie moi również nie mogli ocalić przedmiotów swoich miłości. Żegnał nas dźwięk starożytnych instrumentów, które wzywały do walki, a potem mijały melodie, które nas pobudzały. Wszystko rozpadnie się w proch i pył oprócz naszej wiecznej zdolności do kochania. Wciąż i bez ustanku kochaliśmy na nowo i walczyliśmy na nowo. Dziwny był to widok: tylko nasza miłość wychodziła cała ze zniszczenia i dojrzewała do coraz większej szerokości i pełni. Ale wiecznie wchodziła ona w walkę z innymi ukochaniami, które również zyskiwały coraz szerszy i rozmaitszy zakres, coraz większe bogactwo i głębię.

Niedorzeczność nowych walk była jawna, nic nie można było ocalić, czy więc należało to wszystko przekląć? Jak jednak przekląć piękno ludzkiej zdolności do kochania? Wobec niej śmierć była drobiazgiem nie wartym uwagi, a zniszczenie okazją do pojawienia się coraz to nowych i bardziej zdumiewających ukochań. I oto epos ludzkiej miłości i walki wypełnił mnie niezwykłą ciszą, poczułam się w tym wszystkim pyłkiem i wydawało mi się rzeczą dziwną, że mogłam przywiązywać jakąkolwiek wagę do własnej śmierci. Nie było we mnie już nic, oprócz bezgranicznej zdolności kochania, tak wielkiej, że wobec niej wsystko było niczym, wszelkie najpiękniejsze przedmioty były za małe. Przelewała się ona przez świat i wypełniała całe życie Ziemi nie czyniąc żadnego wyjątku. I wtedy zobaczyłam człowieka, który kochał taką pełną miłością. Nie była to już miłość czegoś przeciwko czemuś innemu, ogarniała wszystko. Człowiek ten został ukrzyżowany. Złączyłam moją świadomość z jego świadomością i wyniesiona przez jej wielkość, wypłynęłam poza czas i przestrzeń w Wieczne. I oto modlitwa moja została spełniona i zobaczyłam całość Bytu, a zarazem jego istotę. Znalazłam się w jedności z niezmierzoną świadomością, która ogarniała wszystko najzupełniejszą harmonią. Świadomość ta była miłością, pięknem, niezmierzonym szczęściem i niezniszczalnym istnieniem. W jej świetle wszystko na ziemi wydawało się dziełem sztuki tak doskonałym, że urok jego zaledwie przeczuwają artyści. Uroda nie do opisania przenikała każdy przedmiot wypełniając go osobliwym życiem. Nie patrzyłam na to z zewnątrz, żyłam w każdym istnieniu, to we mnie drżały wegetujące, wiecznie zielone igły sosen, to we mnie odczuwały radość sarny, które obgryzały gałązki, żyłam w każdej istocie, bowiem żyje się w tym, co się naprawdę i bez reszty kocha.

Zrozumiałam, że byłam, jestem, będę, bowiem fala bytu, z którą jestem złączona, toczy się przez miliony światów i lat, a także trwa zarazem poza nimi. Jakże opowiedzieć o tej świadomości? Myśli wyraża się po kolei i każda z nich zajmuje pewien czas. Jak wyrazić coś co zawiera nieskończoną liczbę myśli w jednym akordzie? Jest to rzecz niemożliwa, mimo to, że brak było w moim przeżyciu jakiejkolwiek niejasności. Ponieważ wyobraźnia nie może ogarnąć nieskończonej rozmaitości w konkrecie i całości zarazem. Daremne są próby wyobrażenia sobie tego, o czym mówię. Należy po prostu wejść w tę świadomość, by wiedzieć czym ona jest. W tym świetle spojrzałam na kuchnię, w której siedziałam i jej malutkie sprawy. Oto przede mną byli ludzie, z którymi chciałam podzielić moją radość, ponieważ ich kochałam. Zaczęłam do nich mówić. Skupili się wokół pieca i słuchali z uwagą, gdy ja prowadziłam swoją ostatnią gawędę. Te dzieci miały śmieszny pomysł, że można mnie zabić, skąd miały one wiedzieć, że nikt nie zdoła zabić wieczności. Miano pozbawić życia drobną moją cząstkę i śmierć jej spotkałam w najwyższym pięknie. Nawet drobiazgi sprzyjały mi. Lubiłam płomienie niezliczonych ognisk harcerskich, a oto przede mną w piecu miałam płonący wesoło ogień. Lubiłam zawsze ludzi i oto mam ich wokół siebie. Kochałam gawędy i oto wygłaszam ostatnią gawędę.

Zapadł już wczesny, listopadowy zmrok i w tej ciemności ruchliwy blask ognia rzucał na ludzi od dołu wyraziste błyski. Twarze były zasłuchane i wzruszone, bowiem śmierć nadaje szczególną wagę ostatnim słowom. Moja gawęda miała ten przywilej, że oczywista jasność prawdy jej prostych słów błyszczała szczególnie świetliście w cieniu śmierci, którą miała spotkać. Płynęła ona bez wysiłku i namysłu wprost z olbrzymiej Świadomości, z którą zjednoczyłam się w moim szczęściu. Doprawdy nie wiem dokładnie co mówiłam,  wsłuchiwałam się w dusze moich słuchaczy i wydobywałam z nich największe piękno do jakiego byli zdolni, rozwijałam je jak kwiat przed ich oczyma, jako rzecz najbardziej ich własną, a zarazem niespodziewaną w swoim prostym rozwoju.

A potem wyraziłam gotowość, że umrę za to wszystko, co było najwspanialsze w ich życiu i jeszcze za szereg innych rzeczy, które tylko przeczuwali. Nie, nie umrę za Borów. Wyliczałam długo, opisywałam wszechstronnie, barwnie, prosto i zrozumiale różne sprawy warte śmierci. Było tak, jakbym była tylko dyrygentem zjednoczonej symfonii ich istnienia. W poważnej radości rozwijaliśmy nasze melodie, a płomień oświetlał zasłuchany krąg. Wreszcie skończyłam. Właśnie dowódca otworzył drzwi i poprosił mnie do pokoju. Szłam myśląc, że powiem Wisi, iż teraz już wiem jakie jest Prawo Świata: jest one dobre i sprawiedliwe. Lecz na progu zobaczyłam, że stoi oparta plecami o ścianę, blada i zaskoczona.

— Macie jeszcze pół godziny czasu — oświadczył dowódca i dotknął palcem wielkiego, okrągłego budzika, który stał na szafce. Wskazywał on godzinę piątą minut siedem.

— Czy maci jeszcze jakieś życzenia przed śmiercią?

Odpowiedziałam:

— Chciałabym napisać list. Przekażę go przez jednego z was, a człowiek ten albo go przeczyta, albo nie, jak będzie chciał i odniesie go pod wskazany adres, nie mówiąc nikomu, gdzie go oddał. I zachowa też do swojej wiadomości, co w tym liście jest napisane.

— A komu chcesz dać ten list?

Rozejrzałam się po oddziale i spotkałam oczy polityczno-wychowawczego. Wypadki, których był świadkiem, zburzyły od dawna jego pewność i spokój. Niecierpliwiło go fanatyczne i twarde zachowanie się dowódcy, toteż patrzył teraz chwiejnie a życzliwie, jakby chciał mi po cichu użyczyć wsparcie na tej ostatniej drodze. Wydało mi się, że człowiek ten dochowa mi, być może tajemnicy. Wskazałam więc na niego. Dowódca skinął na znak zgody głową. Obejrzałam się na Wisię rozważając, czy zdążę się jeszcze nią zająć, czy też może list jest ważniejszy,

Zdecydowałam się, że po pierwsze napiszę mój list. W pokoju było mroczno, oświetlał go tylko ogień w piecu. Do tego ognia przysunęłam ławkę, która posłużyła mi za stół. Przy świetle ognia pisałam mój ostatni list. Polityczno-wychowawczy widząc, że jest za ciemno zapalił latarkę i puścił snop światła na kartkę, którą miałam przed sobą. Pisałam do mojego męża, bo on jeden mógł ponieść odpowiedzialność za to, że ryzykuję i daję jego nazwisko oddziałowi innej organizacji. Pisałam w tym liście, że umieram za rzeczy, które Armia Krajowa zrobiła w Borowie i życzeniem moim jest, by młyn zemsty zatrzymał się na mnie. Niewątpliwie będzie wiadomo, że nie ma nas w żadnym więzieniu niemieckim, że nie zastrzelili nas Niemcy. Zostanie stwierdzone, gdzie byłyśmy ostatnio i gdzie giną nasze tropy. A wtedy stanie się jasne, kto nas zabił. Proszę więc mój oddział, by nie szukał zemsty, jest to moja ostatnia wola, chcę, by młyn odwetu zatrzymał się na mnie. Mąż ma powiadomić o tym, kogo trzeba. Pożegnałam krótko jego i moje dziecko. Napisałam: — powiedz dziecku, gdy będzie większe, że umiałam sprostać tylko wyjątkowym okolicznościom. Mój dzień powszedni był pełen braków za co przepraszam Ciebie i wszystkich, z którymi żyłam. Powtórz dziecku, że chciałam bardzo, by umiało żyć pięknie również na co dzień. List nie był bardzo długi i przesłałam w nim tylko swoje ostatnie pozdrowienia. Złożyłam go, jak dzieci składają szkolne „depesze” podawane z ławki do ławki, zaadresowałam i podałam polityczno-wychowawczemu.

— Jestem gotowa. — powiedziałam — możecie mnie rozstrzelać.

Za ścianą chaty słychać było szurgot łopat o grunt, widać kopano nam z trudem grób i chrobotała zamarznięta ziemia. Piasek spadał szeleszcząc, zapewne wybrano miejsce tuż koło domu.

— Nie ma na co czekać — oświadczyłam.

Wtedy Wisia oparta o ścianę i nieruchoma, jeszcze raz podjęła swój zwykły gest, dziecinne tupanie nóżką.

— Nie, nie, nie! — zawołała. — To się nie może stać, to jest niedorzeczne.

— Czy to, co się stało w Borowie było dorzeczne? — zapytał ją ponuro polityczno-wychowawczy,

— Co ja mam z tym wspólnego! — protestowała Wisia. — Nigdy nikogo nie smażyłam na blasze. Jesteście źli i niesprawiedliwi. Mnie jest wszystko jedno w jakim jestem oddziale. Walczę o Polskę i tyle. Co mnie mogą obchodzić te obrzydliwości? Równie dobrze mogłabym być u was.

— Skąd możemy wiedzieć, że… — zaczął polityczno-wychowawczy, ale j mu przerwałam.

— Wisiu, uspokój się. Oni ci nie uwierzą. Skąd mają się domyślić, że istnieją uczciwe, proste istoty, takie jak ty? Ich życie opiera się na podejrzliwości. Nie znają ani zaufania, ani poczucia honoru. Więc milcz.

Ale ona z pełnią przekonania o swojej absolutnej niewinności tupnęła znowu nogą:

— Nie, to jest niemożliwe, to się nie może stać!

— A jednak się stanie — powiedziałam — ponieważ ci ludzie nie widzą takiej niemożliwości. Nie są w stanie jak dotąd wyjść poza zemstę.

Oczy Wisi były rozszerzone i wyzierało z nich całkowite niezrozumienie. Zarówno w odniesieniu do moich słów, jak i do postępowania oddziału partyzanckiego w polskim wolnym i bezpiecznym lesie.

Była blada, jakby krew przestała w niej krążyć i powiedziała z dziecinną bezradnością:

— To jest niepojęte. Tego nie można zrozumieć!

Moja bezradność była równie wielka. Nawet z boskiej świadomości nie mogły wypłynąć żadne słowa, które ją oświecą, nic, co przyniosłoby jej ulgę. Oto umrze w zupełnym niezrozumieniu, zabłąkana w niepojętej rzeczywistości i zdziwiona jej okrucieństwem i bezprawiem. Świat jej dziecinnych wierzeń runął wśród tych samych wypadków, w których ja odnalazłam Boga. Gdyż nie ulega wątpliwości, że tę wszechogarniającą świadomość, w jakiej trwałam, ludzie od dawna nazywali Bogiem.

Polityczno-wychowawczy już od dłuższej chwili był całkowicie rozłożony. Wisia mówiła mi potem, że przez ramię czytał mój list i twarz jego drżała. Teraz musiał wysłuchać, co mówiłam do Wisi o jego własnym oddziale. To wszystko jeszcze zniósł. Ale czysta, naiwna niewinność, która przed nim stała w prostocie, wykraczała już poza granice jego wytrzymałości. Miał wciąż w ręku zapaloną latarkę, którą mi przyświecał, gdy pisałam list. Nagle coś w nim wybuchnęło. Cisnął latarką z pasją o ziemię i zawołał:

— To jet nie do wytrzymania!

A następnie wybiegł do kuchni. Latarka potoczyła się z brzękiem po podłodze. Rozejrzałam się po pokoju. Pod drzwiami siedział wartownik i odstawił karabin pod ścianę. Gdyby tak trzepnąć go kolbą po głowie i ogłuszyć, a następnie uciec przez okno? Wszechogarniająca boska miłość doradzała mi ten czyn. Nic mu się nie stanie, a absurd przekracza już istotnie zwykłe wymiary. Posunęłam się nieznacznie w stronę karabinu, ale żołnierz zauważył podejrzany ruch i wziął broń w obie ręce. Szansa zniknęła. Należało przejść w sferę działań psychologicznych.

— Bóg jest miłością — powiedziałam do Wisi nieśmiało. — Wierzyłaś w to przecież. Więc teraz pomyśl, że przyjmie cię z wielką serdecznością. Jesteś nieśmiertelna i śmierć jest złudzeniem, nie wierz w nią.

Starałam się mówić o wszechogarniającym, jakby był dobrym dziadkiem z brodą, który to obraz był jej znany od dzieciństwa i mógł dotrzeć do jej zamąconej w tym co przeżyła świadomości. Ale czas dzieciństwa minął bezpowrotnie, zapytała mnie więc z oburzeniem:

— Gdzie widzisz w tym wszystkim Miłość? To co się tu dzieje jst podłe i zarazem niemożliwe. Niepojęte! I to mają być ludzie? Polacy?

Wartownik zakręcił się na krześle i stuknął parę razy ze zniecierpliwieniem kolbą karabinu o podłogę. Najwyraźniej dosięgła go pogarda tego dziecka. Zapadło milczenie, w tym milczeniu dobitnie słychać było tykanie zegara, a także chrobotanie łopat za ścianą.

— Oni naprawdę kopią grób — powiedziała Wisia z niedowierzaniem.

Pochyliłam głowę i milczałam. Gdyż słowa wyczerpały się. Słychać było tylko niewiele, a mianowicie mijający na zegarze czas. A także gwar podniesionych głosów za ścianą w kuchni. Coś tam właśnie się kluło. Istotnie — po chwili zjawił się dowódca.

Oświadczył:

— Puszczamy was wolno, żebyście powiedziały waszemu dowództwu, że Armia Ludowa nie postępuje tak, jak AK w Borowie i nie pragnie wojny domowej.

Ton jego był drewniany i oficjalny, a w głosie nie czuło się żadnego ludzkiego ciepła. Najwyraźniej nie wymyślił tego sam. Dopomógł mu zapewne oficer polityczno-wychowawczy i oddział, którego sympatia do nas budziła się w miarę przebiegu wypadków. Dowódca nie miał zamiaru pozbawiać siebie wpływu, toteż cofnął się, gdy trzeba było przeciwstawić się wszystkim.

Wisia więc zwyciężyła. Nie darmo mówi się, że dziewice są dobrym środkiem na smoki. Wobec dziewicy niech się schowa św. Jerzy. Dowódca patrzył na mnie w ten sposób, jakbym była myszą, która mu uciekła z pułapki. Ulepiony został niestety z okrutnej i fanatycznej gliny. To znacznie złagodziło sens jego słów. Byłyby one w innych ustach jak policzek, jak uderzenie po twarzy, istnieje bowiem takie uczucie, jak wstyd za swoich. Wstydzić się można za członków swojej rodziny, za swoją organizację, a nawet za swoją Ojczyznę. Nie czułam jednak tego wstydu, gdyż słowa, które mi powiedziano, były obłudne. Miały znaczenie wyłącznie polityczne, a celem ich była propaganda pusta i kłamliwa. Uśmiechnęłam się tylko.

Dla Wisi jednak ta wypowiedź była właściwym objawieniem i oto wreszcie dobry i sprawiedliwy Bóg zrobił porządek w tej zagmatwanej sytuacji i trafił w jakiś sposób do umysłu dowódcy. Cała trudność przejawiania się boskiej miłości wobec woli wolnych i ciasnych ludzi uszła z pola jej uwagi. Istotne było dla niej, jedynie widome wkroczenie Prawa Świata w zewnętrzne wypadki. To wcielenie odbyło się wreszcie prawidłowo, wobec czego Wisia mogła stwierdzić:

— Wśród nas zjawił się Bóg i Jego miłość. — I zwróciła się do mnie z powrotem pełna zapału:

— Czy ci nie powiedziałam, Prawo Świata jest dobre i sprawiedliwe? A teraz widzisz, to się teraz okazało. Acha!

— Och — roześmiałam się — mogło się okazać. Mogło trwać nieprzejawione, a pełne miłości. Do Jego więc nowego wcielenia przyczynił się polityczno-wychowawczy i jeszcze pewna ilość ludzi. Widziałaś przecież, jak polityczno-wychowawczy cisnął latarką. W tym momencie właśnie zaczęło się wcielać w wypadki owo Prawo. Nie dałoby rady bez tej pomocy.

— Ono jest wszechmocne — zaprotestowała Wisia.

— Wszechmocne? — zapytałam. — Jest wszechmoc zatrzymana przez Miłość. Prawdziwa miłość bowiem nie odbiera swobody ukochanym. Obdarza ich wolnością.

Dowódca stał chmurny i obcy pod ścianą, przyglądał się nam, jakbyśmy mówiły po chińsku. Nie wiedział przecież wcale, że przy pomocy tupania nogą i dziecinnych okrzyków wezwano Prawo Świata do odkrycia swojej istoty. Tym mniej mógł zdawać sobie sprawę z faktu, że zaklęcia okazały się skuteczne i że właśnie omawiamy wyniki tego objawienia. Prawo Świata w swoim ogromie pełnym Miłości zwróciło łaskawą uwagę na naszą bezradność, a on, dowódca partyzanckiego oddziału Armii Ludowej był narzędziem przejawienia czegoś całkiem sprzecznego z jego materialistyczną ideologią. Humor tej sytuacji stanowił ukoronowanie zaszłych wypadków. Nie można było zaprzeczyć, że istota Bytu okazała się nie tylko dobra i sprawiedliwa, ale ponadto dowcipna.

Wniesiono w dwóch kotłach bigos i kartofle. Rozesłano słomę pod ścianami i po chwili ożywionego ruchu oddział rozsiadł się na niej i z rąk do rąk powędrowały menażki. Wedle prawa należnego kobietom otrzymałyśmy z kurtuazją swoją porcję pierwsze. Polityczno-wychowawczy przysiadł na małym stołeczku pod piecem i dokładał do niego w miarę potrzeby polana. Nie zamykano drzwiczek pieca, gdyż jedynie palący się tam ogień oświetlał pokój. Życzliwa pogoda ożywiała twarze żołnierzy.

— Jest to piękny wieczór — powiedział polityczno-wychowawczy.

— Tak — zgodziła się Wisia wcinając z zapałem bigos.

— Rozbudzanie się uczuć ludzkich — wyraził rzecz podobną w innej terminologii polityczno-wychowawczy.

—Ta wymiana zdań była bardziej zdumiewająca niż wszystkie zaszłe dotąd wypadki, a to z tego względu, że Wisia i polityczno-wychowawczy zgadzali się w zasadzie z sobą. Widać Duch Święty nie omieszkał również zesłać ducha do wygłaszania jego nauki wszystkimi językami.

Siedziałam milcząc pod ścianą, a wszechogarniająca szczęśliwa świadomość Wiecznego nie opuszczała mnie. Płynęła przeze mnie rzeką Jego Miłość, która budziła w obecnych szczęście widoczne na twarzach.

Wisia i polityczno-wychowawczy wdali się w dyskusję, a żołnierze wtrącali do niej to i owo. Jednocześnie łyżki brzęczały żywo o menażki, gdyż wszyscy byli bardzo głodni. Rozważano, czy lepiej jest należeć do Armii Krajowej, czy też może wyższość posiada Armia Ludowa. Każdy pozostał, oczywiście, przy swoim, co nie mąciło wzajemnej życzliwości.

— Może zapisałybyście się do naszego Oddziału — zaproponował dowódca.

— Czy nie rozumiesz — zaprotestowała Wisia — że każdy jest przywiązany do swoich. Czy opuściłbyś swoich przyjaciół? Więc po co mnie to proponujesz?

Prawdopodobnie dowódca opuściłby swoich przyjaciół, ale zupełnie go zaskoczył zdumiewający i pozbawiony zmysłu politycznego argument Wisi, więc nie powiedział nic. Zwrócił się do mnie:

 — Dlaczego milczysz? Czy chcesz należeć do nas?

— Och — odpowiedziałam. — Nie.

Połów podjęty przez dowódcę spalił na panewce, ale rozmowa potoczyła się w zgodzie dalej, a ja znowu milczałam. Młody chłopak, który siedział obok mnie powiedział cicho:

— A jednak szkoda, że nie będziesz z nami.

— Tak — zgodziłam się — to szkoda. Szkoda, że nie można być ze wszystkimi ludźmi i z każdym z osobna.

— Chcę ci dać coś na pamiątkę tego dnia. Czy masz busolę albo kompas? Popatrz, mam tutaj dziwny kompas, który można nosić nieznacznie.

Podał mi przedmiot z perłowej masy wielkości dużego guzika. Zawieszony on był na złotym łańcuszku i wyglądał jak medalion w swojej złotej oprawie. Otworzył go i wewnątrz ukazała się fotografia starej kobiety.

— To moja matka — wyjaśnił i wyjął paznokciem miniaturowe zdjęcie. Pod spodem ujawniła się drżąca, malutka igiełka kompasu za cienkim szkiełkiem.

— Czy przyjmiesz to? — zapytał. — Nie będziemy się już widzieć nigdy więcej i nic od ciebie nie chcę, mogłabyś więc to przyjąć spokojnie.

— To chyba jest prawdziwe złoto — powiedziałam pełna wątpliwości. Nie ma powodu, byś mi dawał taką drogą rzecz.

— Jest powód — zaprzeczył — ofiarowałaś mi najpiękniejszy dzień w moim życiu. Byłyście obie wspaniałe, a to co mówiłaś tam w kuchni na zawsze zachowam w sercu. Proszę cię, weź to, będę szczęśliwy. Dał mi go jeden angielski zrzutek za to, że uratowałem mu życie. Nic mnie ten kompas nie kosztował. Jest on, jak order, darowuje się go za odwagę z rąk do rąk.

— Nie potrzebuję orderu — powiedziałam — ale zmieniłam zdanie widząc jego smutek. —Mogę wziąć tylko jako wyraz twojej radości. — Zawiesiłam sobie kompas na szyi.

— Niech ci on zawsze wskazuje tak prawdziwą drogę jak dziś — powiedział poważnie żołnierz.

Nigdy nikt nie złożył mi lepszych życzeń. Uśmiechnęłam się i powiedziałam:

— Dziękuję ci bardzo za kompas i życzenia.

Prywatna nasza rozmowa przerwała się. Chłopak zamilkł, a ja milczałam również. Krzątano się i wynoszono menażki, a w końcu również oba kotły, dochodził z kuchni brzęk zmywanych naczyń i nucenie jakiejś wojskowej piosenki. Te domowe dźwięki były jakby akompaniamentem do ciekawej rozmowy, która toczyła się w izbie. Polityczno-wychowawczy  opisywał Wisi wdzięk życia w Związku Radzieckim. Była to opowieść mityczna o szczęśliwym kraju, ale polityczno-wychowawczy przejmował się nią naprawdę w pewien sposób i wierzył w swoje słowa. Wisia wpatrywała się zafascynowana w obraz, który malował. Był on istotnie zachęcający i plastyczny. Uznałam, że należy wtrącić się do rozmowy.

— Dlaczego nie mówisz o tym, że parę milionów ludzi zginęło w Związku Radzieckim podczas kolektywizacji. O tym, że w czasie Wielkiej Czystki w latach trzydziestych zabito dalszych parę milionów? O tym, że wywożono całe narody na zesłanie? Dlaczego nie powiedziałeś, że jeńców polskich wymordowano w Katyniu? To wszystko jest również krajem, który ci się tak podoba.

Oczy polityczno-wychowawczego ściemniały od zmieszania i smutku. Zawahał się, a potem oświadczył:

— to są sprawy zbyt zawiłe. Nie jestem upoważniony, by je wyjaśniać.

Spojrzałam przyjaźnie, gdyż nie zaprzeczył moim słowom, jakkolwiek zrobił dialektyczny unik. Powiedziałam:

— Nie martw się. Może gdzieś się narodzi szczęśliwy kraj, o którym marzymy. Ale go jeszcze nie ma i nie powinniśmy okłamywać samych siebie. Tylko prawda go zbliża. Jeżeli będziemy się jej trzymać, zbudujemy to wszystko.

— Stworzymy Królestwo Boże — powiedziała Wisia.

— To, o to wam chodzi?

— O coś w tym rodzaju — oświadczył jeden z żołnierzy z zapałem. — Walczymy o te rzeczy.

Było to rozbrajające! Dyskusja dawała wszystkim tyle zadowolenia, że toczyła się nieprzerwanie przez całą noc. Nikt nie kładł się spać. To przygasała, to znowu się ożywiała, daremna jak wszystkie dyskusje polityczne i inne. Jakkolwiek nie było mowy o tym, by wszyscy się mogli zgodzić na jedno, towarzyszyło jej poczucie, że ponad różnice zdań trwa ludzka wspólnota i w jakiś tajemniczy sposób wszyscy pragną jednego. Tylko owo coś upragnione przejawia się pod różnymi postaciami, które, niestety, wchodzą w walkę.

A ja słuchałam, oglądając Boską Jedność, w której wszelkie postacie odnaleźć mogą harmonię pełną różnorodności, o ile przestaną być ciasną, do której wszystkie zdążają w poszukiwaniu Pełni i Prawdy.

O świcie oddział szykował się do marszu. Aby się stało zadość formalności, jeden z żołnierzy miał zostać z nami do chwili, gdy partyzanci oddalą się na dobre. Żegnano się z nami. Dowódca skapitulował przed nieznaną prawdą, podał rękę Wisi i oświadczył:

— Jeżeli macie rację, niech wasze będzie zwycięstwo.

— A jeżeli wy macie ją, niech ono należy do was — powiedziała szczerze Wisia.

A ja uzupełniłam:

— niech ono należy do czystej Prawdy, bo nikt z nas jej w pełni nie zna i nikt z nas nie wyraża jej należycie.

Żołnierze wyszli z chaty, dzień był pogodny, mroźny i biały nieskalany śnieg iskrzył się w słońcu. Stanęłam w progu i patrzyłam, jak oni wszyscy oddalali się przez polanę, a potem niknęli powoli i ostatecznie jeden za drugim w lesie. Pozostał po nich szeroki, wydeptany ślad. Dotknęłam kompasu na szyi, żeby stwierdzić, że byli tu rzeczywiście, gdyż wszystko, co właśnie minęło, wydawało się niemożliwe.

Dowiedziałam się później, że oddział miał następnego dnia ciężką walkę, w której wielu z nich zginęło. Zbity został fanatyczny dowódca i chłopak, który dał mi kompas, a także inni ludzie, którzy mi przynieśli najpełniejszą radość i szczęśliwość, do jakiej zdolny jest człowiek.

Niech będzie błogosławiona ich droga przez bogate i tajemne światy Wieczności. Niech prowadzi nas wszystkich drogami jak najbliższymi prawdy.

KONIEC

Pozwólcie, że podzielę się z Wami paroma refleksjami na temat tego, co w istocie moim zdaniem stało się „w polskim wolnym i bezpiecznym lesie”— jak ironicznie w pewnym momencie stwierdza autorka opowiadania.

Nie wypowiedzieć czegoś w złą godzinę – tak brzmi pierwszy morał tej opowieści. Teoretyczna dyskusja za sprawą nieznanych sił staje się sprawdzianem wyznawanych poglądów, co nie zmienia jednak faktu, iż nic się w istocie (wbrew przekonaniu autorki) nie wyjaśnia.

Opowiadanie to wzbudziło we mnie refleksje odbiegające od konkluzji autorki. Urok przeżytej wizji może zaciemniać fakt, że aby uniknąć nieustannego zabijania w imię miłości, można lepiej i łatwiej wyeliminować ową nadmierną miłość, uczynić ją spokojniejszą i bardziej rozsądną, opanować jej destrukcyjne oblicze, nie pragnąć niczego i nikogo zawłaszczać, bowiem wówczas MIŁOŚĆ przeradza się w pożądanie, a to pożądanie, a nie spokojna miłość, zabija. Po drugie idealizacja PRAWDY wcale nie wskazuje, jak do niej dojść, skoro prawd jest wiele i nie do wszystkich mamy dostęp. Nie zadowala mnie przekonanie, że po drugiej stronie istnienia będziemy ją znali; wszak nie wiemy na dobrą sprawę, czy istnieje owo TAM. I na koniec: Owa powszechna zgoda zazwyczaj jest tylko chwilowa; jest to prawo jak dotychczas niezmienne. Niezgoda zatem musi być do czegoś potrzebna, skoro istnieje i ma się dobrze wbrew powszechnemu mniemaniu, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Możemy zapytać zatem: co takiego buduje niezgoda, że jest potrzebna?

Ja uważam osobiście, że niezgoda wywołuje zmiany, a zmiany muszą być niezależne do przekonania o tym, czy powinny być dobre, czy złe. Sądzę że i dobre i złe są potrzebne, tak jak potrzebna oprócz miłości, jest i nienawiść,; oprócz prawdy, kłamstwo. Ale do czego? Niestety, człowiek tego nie wie; może także nie wiedzieć Ten Który Jest Jeżeli Jest, jakkolwiek byśmy go nie nazywali: Bogiem, Naturą, Wszechświadomością, Najwyższą Prawdą i tak dalej.


[1]Po wojnie stwierdziłam, że mord w Borowie popełnił oddział NSZ. Oddział NSZ oświadczył, że należy do AK

Powrót soków w głąb korzeni

Jeden z moich przyjaciół zachęcał mnie do głębszej penetracji zawartości moich szuflad z tekstami odłożonymi do lepszych czasów bądź do nowego ich opracowania. Teksty starzeją się nawet bardziej niż ludzie i ani się obejrzysz, jak stają się przebrzmiałe, pozbawione aktualnie modnych gadżetów, słów, sformułowań, nawiązań do faktów, zwłaszcza medialnych, które dawno się już wszystkim znudziły. Ostatnio nawet Słownik Poprawnej Polszczyzny przestaje być aktualny, skoro pewna, pożal się Boże, dziennikarka, twierdzi że zalatuje jej komunizmem. Cóż, że przesłanie wielu tekstów (jak wszystkie człowiecze sprawy), pozostaje zawsze świeże i aktualne, kiedy ludzi specjalnie nie obchodzą przesłania; oczekują od literatury rozrywki i to możliwie jak najłatwiejszej. No i chwalenia nas, jacy to jesteśmy, jako naród, wspaniali.

W moich zwyczajach leży odkładanie tego, co napisałam na jakiś czas, aby się „odleżało”, ponieważ nie ufam na tyle sobie, aby od razu, w emocji tworzenia orzec, czy tekst jest udany, czy nie. Po jakimś czasie wracam do napisanych słów, jeszcze raz poprawiam to i tamto albo znowu odkładam, aż staje się mi wstrętny i znienawidzony. Wiem, co  chciałam osiągnąć, ale nie jestem pewna, czy mi się to udało. Często tak zostaje na lata…

Ostatnio wstąpiłam do fejsbukowej grupy „Mówi wieko”. Oprócz nawiązania do tytułu czasopisma przybliżającego historię „Mówią Wieki”mają bardzo ciekawy motyw graficzny, Jeden z ciekawszych jakie ostatnio oglądałam!

https://www.facebook.com/mowiwieko/

Wspomagana fajną grafiką oglądałam portrety nagrobne dzieci zmarłych  w Warszawie przed 1918 rokiem – 103 zdjęcia nagrobne z cmentarzy powązkowskiego i bródnowskiego.

Foto na Facebook

Poniżej screen strony „mowiwieko” z fotografiami:

Zadziwiają charakterystyczne twarze zmarłych dzieci, jakże dalekie od przyjętego kanonu „niewinnej duszyczki’ czy „małego aniołka” – aż bierze żal, że nie poznało się tych dzieci, choć były zapewne ciekawymi osobowościami. Współczesne fotografie dzieci, w porównaniu z tamtymi są nudne i zunifikowane.

Ale warto tam zajrzeć także w poszukiwaniu ciekawostek historycznych i rycin z epoki:

Na cmentarzu na Bródnie zabraknie zdjęć rodzeństwa mojej Mamy i Jej samej, pochowanych tam dawno temu, uwiecznionych na jednym zbiorowym portrecie, stanowiącym okładkę mojej nowej powieści, mającej ukazać się się w listopadzie. Mój syn uzgadniał z rodziną sposób „ogarnięcia” tego staruteńkiego grobu i przy tej okazji dowiedzieliśmy się (ja także ze zdziwieniem), iż moja Mama takie życzenie wystroju grobu wyrażała lat kilkadziesiąt wstecz – niestety nie przede mną.

Oto zdjęcie grobu:

Moje ukochane kamienie. Widać Mama też je lubiła. Treść umieszczona na szklanej tablicy nie wyświetliła się na zdjęciu, ale brzmi jak wówczas, gdy w 1992 roku skopiowałam ją z jakiegoś buddyjskiego tekstu:

Takie jest milczenie:
Powrót soków
W głąb korzeni
I choćbyś umarł
Zawsze będziesz

Tablicę ze szkła z wtopionym i napisami sporządziła debiutująca malutka firma z Podhala i była to jej testowa produkcja tania i niesłychanie trwała. Widać się nie przyjęła, nie trafiłam już póżniej na możliwości sporządzania takich tablic, mimo kilku pogrzebów bliskich osób, które współorganizowałam.

Moja Mama i jej rodzina, uwieczniona na zdjęciu, stała się kanwą opowieści z dwudziestolecia międzywojennego. Przedstawiam w niej pewną teorię spiskową, której nikt nie jest w stanie potwierdzić ani odrzucić. Sama powieść jest swego rodzaju eksperymentem: Macie trochę klocków do ułożenia, spróbujcie zrozumieć, dlaczego zginęła młoda dziewczyna u progu artystycznej kariery i – co ważniejsze – czy była w stanie uniknąć swojego losu. Tekst powieści okrasiły wspaniałe piosenki Aleksandry Bacińskiej, w moim przekonaniu dorównujące przebojom Tuwima i innych tuzów kabaretowej poezji dwudziestolecia.

Po tej przydługiej dygresji nawiązuję do umarłych teorii spiskowych. Ongiś sama, na zakręcie mojej kariery zawodowej uległam podszeptom tropicieli spisków i dzięki temu uniknęłam losu bohaterki opowiadania. Nie przesądzam, co pochodziło z jej wyobraźni, a co z realiów, zmieniającego się w 1989 roku świata PRL-u, opisałam jednak firmę podobną tej, w której pracowałam i z której macek wymotałam się, dzięki wypadkowi drogowemu, który położył kres moim możliwościom jakiejkolwiek pracy.

Opowiadanie „Zabłądzić w czekaniu” zamieszczam do pobrania na mojej stronie autorskiej (w zakładce „teksty”) http://kasiaurbanowicz.pl 

Teorie spiskowe umierają wraz z nami, zazwyczaj wcześniej, niż zdołamy się przekonać ile było w nich prawdy. Wyglądają jak sterta kamieni na grobie, sfotografowanym wyżej, chociaż przyozdobiliśmy je, jak umieliśmy najpiękniej.