Pytioni

Koronawirus obnażył pewne dziwne zjawisko, zarówno widoczne w lekturze gazet jak i w telewizji i internecie; mianowicie pojawił się niczym grzyby po deszczu – wysyp proroków. Ludzie ci, najczęściej znani z tego, że są znani, ponadwymiarowo nazywani celebrytami, snują swoje przewidywania, które można podsumować w jeden sposób: nic nie będzie takie jak dawniej; wszystko się zmieni, świat będzie po epidemii zupełnie inny; będziemy żyć inaczej – no i tutaj dalej następowały rozmaite przewidywania, w większości całościowe.

Tych kilka czasopism, które stale śledzę oraz jedna gazeta i z doskoku rozmaite informacje z innych źródeł pokazują ciekawą prawidłowość, mianowicie pośród tych proroków brakuje raczej  prorokiń. Żadna z kobiet, o ile sobie dobrze przypominam, nie pokusiła się o przedstawianie całościowej prognozy na to, co będzie w przyszłości Dlaczego kobiety w tej sprawie nie zabierają głosu albo głos ich niknie? Czy z tego powodu, że z natury rzeczy są bardziej praktyczne, czy dywagacjami swoimi nie lubią udawać się w rejony niesprawdzone, co do których nie mają żadnych danych, żeby wydawać sądy, czy dlatego wreszcie, że są niewygodnymi konkurentkami dla świata, męskich, pożądanych i oczekiwanych przewidywań? Wszak wieszczki, podobnie jak i wiedźmy były kobietami, a to, że jakiś Polak przywłaszczył sobie licencję na nie, tworząc wiedźmina, nie upoważnia nikogo do wiary w wyłącznie w męskich wieszczów. 

Tak jakoś jest, że wszystkie przewidywania Pytionów idą właściwie dwóch kierunkach: co będzie po koronawirusie – po pierwsze, że bardziej wejdziemy w świat oderwany od rzeczywistości, a przekierowany na stronę cyfrową; będziemy się ze sobą kontaktować cyfrowo, będziemy ze sobą w ten sposób pracować zdalnie, będziemy tak rozmawiać, będziemy seks uprawiać za pomocą za pomocą środków cyfrowych – jednym słowem praktyczne kontakty między ludźmi ulegną zmniejszeniu lub zawieszeniu.

Po drugie – rządy i władze wykorzystają sytuację, by wzmocnić nasze klatki, założyć kagańce, posegregować, oznaczyć i  weryfikować pod względem zdrowotnym i każdym innym, jakie przyjdzie prorokom do głowy. Wszczepią nam chipy, przymusowo zaszczepią, zmierzą odległość od innych, programowo sklasyfikują wyraz twarzy i zaliczą do kategorii pożądanych lub nie, rozliczą z każdej zmarszczki, każdego grymasu, przypadkowej bliskości nieznanej ale niepożądanej osoby. Wszystko za pomocą techniki oczywiście. Skoro umożliwia, to dalejże, nieważne koszty, racjonalność stosowania rozwiązań, opór materii także ludzkiej.

Wydawać się może, że nasi Pytioni upajają się tymi wizjami, wyposażając je w zestaw atrakcji obejrzanych w filmach sf, podobnie jak czynią to prolajfiści szokując zdjęciami pokawałkowanego mięsa i każąc domyślać się pod nimi abortowanych płodów, świadomi, że sterowane fantazje wyrazistsze są niż to, co spontanicznie zwykłym ludziom wpadnie do głowy. W dodatku brakuje im talentów takiego Nostradamusa, który proroctwa swoje owijał w literacką formę i tworząc zagadki w zagadkach potęgował napięcie i zmuszał do myślenia. Nasi prorocy wieszczą pałką przez łeb, jedynie dla okrasy używając czasem niezrozumiałych słów, jeśli jednak komuś przyjdzie do głowy sprawdzić ich znaczenie w słowniku – polegnie z powodu niezgodności z prawidłowym użyciem. 

Czy w istocie tak będzie? Czy proroctwa się spełnią? Nie, nie, nie będzie tak, bo nie zostałaby wówczas zaspokojona podstawowa potrzeba człowieka – piramidy władzy. Rząd nami rządzi, ale my musimy też mieć kogoś, kogo opanujemy, weźmiemy za pysk, co dowodnie widać chociażby z porannego mojego przebudzenia, które odbyło się w takt życia pewnej rodziny mieszkającej nade mną i straszliwych wymysłów pana, szlochów pani oraz ciskania rozmaitymi przedmiotami.

 Ludzie potrzebują rozładowania; to rozładowanie musi się pojawić jako złudzenie słusznego ukarania kogoś za coś niewłaściwego, zbyt głęboko wryta w nas jest biblijna zasada winy i kary. Nie zaspokoi tej potrzeby jakiś cyfrowy udział w życiu społecznym, wyprany z emocji, z możliwości potępiania i okazywania tego potępienia jednostkom, bowiem cyfrowy świat musi eliminować jednostkowe egzekucje, rezerwując dla władz ich prawo. Normalny człowiek, żeby żyć, musi komuś od czasu do czasu sprawić łomot, najchętniej rodzinie. Musi czegoś żądać, coś nakazywać, a od czasu do czasu sypnąć pieniądzem (najlepiej fałszywym, jak banknoty które wieczorem spłynęły z wiatrem na mój balkon). Polak to nie Chińczyk, Koreańczyk czy przedstawiciel innej nacji, od dziecka przyzwyczajany do dyscypliny i posłuszeństwa.

Tak czy inaczej, kobiety (jak zwykle) miałyby gorzej. Nie widzą więc potrzeby martwienia się na zapas, skoro na zapas nie mogą odczuć satysfakcji. Cóż im z tego przyjdzie, że w ramach rekompensaty za ograniczenia dostaną więcej możliwości strojenia się, dbania o cerę, cellulit, bezbolesne usuwanie niechcianych włosków, zdrową dietę i rozrywki?

Polska nie jest krajem przyjaznym Pytii (chociaż hołubi Pytionów). Po pierwsze, są brzydkie i stare, a więc dostrzega się je wówczas, gdy chce się nagłośnić jakiś problem, do którego prezentacji mogą zostać użyte. Młode i ładne nie mają talentu wieszczek, jak otworzą buzie, plotą same głupoty; młode i brzydsze leczą się na depresję i inne pokrewne choroby. Po drugie, staruchy są za mądre, jak na zwykłego człowieka, za bardzo skomplikowane, trzeba myśleć, gdy się ich  wysłuchuje. Nie jest to wskazane w przypadku proroków i kandydatów na prezydenta – oni muszą się tylko przypodobać. Czasami wystarczyć musi wymyta i wygolona twarz, błyszcząca od kremu i na odległość, przez ekran telewizora, pachnąca aromatem  modnych perfum albo przeciwnie, prezentująca dwudniowy (ale już nie trzydniowy) zarost, golony innym ostrzem do wąsów, a innym do brody. Dobrze widziany jest także kościółkowy wyraz twarzy i kaznodziejski zaśpiew w głosie, niezależnie co wydostaje się spod maseczki (najchętniej czarnej) w postaci słów, ponieważ na początku ponoć było SŁOWO.

Samochody mają swoje modele, ludzie też muszą być sklasyfikowani. Samochody, prorocy i prezydenci muszą być użyteczni. Komu? Oczywiście użytkownikom. Pytioni są pod tym względem niezastąpieni, łatwo poddają się klasyfikacji, podniecają się nad miarę własnymi słowami, a jeśli któremuś zdarzyło się coś kiedyś opublikować lub publicznie stwierdzić i spotkać się z odzewem, we własnym mniemaniu sądzą, że są warci co najmniej posady pod żyrandolem. Pytie zazwyczaj nie są pewne swojego talentu, uważają, że Pytiami się bywa, a nie jest. Jak takie klasyfikować?

Rozprawmy się więc po kolei z proroctwami. 

Że świat cyfrowy zastąpi rzeczywisty świat w pracy zdalnej. Pudło. Ludzkim dążeniom do wolności w równej mierze odpowiada dążenie do posiadania światłego, ojcowskiego kierownictwa, w postaci na przykład szefa. Że te dążenia się nawzajem wykluczają? Nieprawda! To taki paradoks – w poczuciu pełnej wolności oddaję się w twoje ręce! Wszyscy coache, którzy nabrali wiatru w żagle nawołują, żeby pracując zdalnie, zamknięci we własnej sypialni, łazience lub kuchni, ubierać się jak do pracy, w kostiumy z jedwabną bluzką i szpilki, mężczyźni pod krawatem. Czemu to robią? Zaobserwowali, że człowiek umundurowany z natury rzeczy jest bardziej zdyscyplinowany. I po trosze mają rację. Ja, pisząc odcinki Babci ezoterycznej w koszuli nocnej i kapciach, na szybko zapisując poranne przemyślenia, używam innych słów, niż gdy zasiądę do komputera umyta i ubrana oraz napełniona stosownymi lekarstwami. Nie wyrywam sobie niechcianych włosków, bo wyobrażam sobie, że z każdym takim wyrwaniem usunę jakąś cząstkę ważną dla mojego samopoczucia, zadowalam się przycinaniem co powoduje, że nie odzywają się we mnie ciągoty masochistyczne i nie tęsknię za szefem, bogiem i interpretatorem mojego świata.

Interpretacja jest tu najważniejsza. Pytia tylko wieszczyła, Pytioni także interpretują, a w porywach starają się narzucić nam myślenie uznane przez nich za ważne odkrycie. Pytię nie obchodził status społeczny słuchacza, poziom intelektualny, zdolności, Mówiła, co miała powiedzieć, niezależnie co nią sterowało, a resztę miała w nosie. Pytioni, jak handlowcy, starają się mówić do określonego targetu, segmentu rynku, dla większej pewności objaśniając rzeczy dawno już objaśnione i przeżute, żeby przypadkiem nie zostali źle zrozumiani. Przypadkiem zupełnym chyba bywa, że ponieważ są politycznie zaszufladkowani, dbają o zaszufladkowanie swojego przekazu. Za niejasności nikt wszak nie płaci!

Kolejne proroctwa:

Że cyfrowo będziemy uprawiać sex. Wątpię. Kto będzie, ten będzie, kto woli mózg niż ciało, nie zadowoli się erzacem. Dowodem jest tu wysyp pisarek typu sado-maso, kwalifikujących się spośród facebookowych grup piszących dla rozrywki bitych przez mężów żon, zapobiegliwie łowionych przez wydawców nowej erotycznej prozy, nadających swoim zdobyczom przejściowe pseudonimy i pozostawiając je bez umówionej kasy, kiedy wyciągnie się już maksimum ze sprzedaży ich produkcji. Dzięki nim bowiem nie upada w naszym kraju literatura piękna. Istnieją także ludzie, którzy wolą starodawne sposoby, nie dążący bynajmniej do wyrafinowania i innowacyjności, zwłaszcza cyfrowej.

Że nas zaszczepią, zaczipują i skontrolują biometrycznie. To kosztuje, a państwo nasze kochane się spłukało. W dodatku ludzie pozbawieni pracy i zmuszeni kraść, stanowią część, która może pociągnąć za sobą do zguby tych, którzy kradną w sposób bardziej wyrafinowany – załatwiają sobie miliony na coś tam, jakieś badania i wynalazki, ale już nie wynajdują niczego poza nowymi sposobami załatwiania milionów, czyli metodą na wnuczka w wersji dla wykształciuchów. Śledzenie wszystkich ludzi może przynieść zaskakujące rezultaty, nie dla wszystkich korzystne. Najlepszym dowodem jest wszechobecność kamer, ostatnio nagrywających wpadki rządzących, na tyle słynne, że opiewane w piosenkach, niszczących potem całe składy stacji radiowych.

Moje doświadczenie przywołuje to wszystko, co twierdzono lata temu w sprawie nieuchronnej rzekomo wojny atomowej. Jak wszystkie prognozy katastroficzne i ta nie spełniła się, przynajmniej nie w wersji oczekiwanej. Nie spuszczono nowych bomb atomowych, za to wybuchł pokojowy w zamiarach Czarnobyl. Tysiące budowanych schronów przeciwatomowych nie zabezpieczało ludzi, za to budowano i nadal się wzmacnia sarkofag dla elektrowni. Młodzi ludzie w moim wieku nie wierzyli, że uda im się doczekać starości i w związku z tym spaskudzili swoją młodość tymczasowością swoich przedsięwzięć i zachowań. Ci, którzy nie uwierzyli w proroctwa, budowali swoje życiowe powodzenie, podwaliny majątków i dziś się z nas śmieją. 

Przemoc sukienkowa

Obejrzałam ostatnio w HBO serial „Genialna przyjaciółka” wg włoskiej pisarki Eleny Ferrante. Serial jest mocno zakorzeniony w świecie włoskiej klasy robotniczej lat powojennych, ale znakomicie oddaje to, co było charakterystyczne także dla Polski wczesnego PRL – konflikt starego świata, w którym kobiety miały swoją wyznaczoną rolę i nowego, gdzie wykształcenie dawały z jednej strony perspektywę na lepsze życie, ale z drugiej odbierały wiele szans na szczęście prywatne, jako że mentalnie dominował świat męskiej patriarchalności z przemocą włącznie, osobistą, finansową i mentalną.

Serial pokazuje drogę pisarską dziewczyny, której rodzice ledwie umieli pisać, a która dzięki wykształceniu społecznie awansuje, chociaż jej prywatne życie nie przynosi satysfakcji. Chłopcy zawsze wybierają inne dziewczyny, koleżanki wykorzystują je do własnych celów, a wszyscy uważają ją za dziwadło.

W Polsce wcale nie było inaczej. Nie zapomnę, jak mój teść, nagrywany na okoliczność opisów kresowej Polski, która przeminęła i za którą wszyscy teraz wzdychają, opowiadał o dziewczynie z rodziny, dziwadle jakimś, która skończyła szkołę gospodarstwa domowego opłaconą przez miejscową hrabinę i później, przez tę hrabinę zatrudniona, prowadziła szkolenie dziewcząt ze wsi – uczyła je czytania, pisania, liczenia i gotowania oraz higieny. Teść twierdził, że nikt z rodziny nie chciał mieć z nią do czynienia, takim dziwadłem była i nie pomogło jej, że na pogrzebie wypowiadał się jakiś profesor.

Tenże mój teść opisując nieistniejącą już wieś Zalesie, powiat Kostopol (Ukraina), wymieniał kolejno wszystkie gospodarstwa, imiona i nazwiska gospodarzy oraz ich synów; liczby i imion córek nie pamiętał. Mam nagrania na dowód tegoż.

Matka teścia cierpiała bardzo z powodu przemocy w rodzinie i chociaż nic o tym nie mówiono, jak zazwyczaj o trudnych sprawach, w rodzinie mojego męża raczej nie było przemocy wobec żony. Nie oznacza to jednak, że kobietę uważano za równoprawną mężczyźnie. Od zawsze kobieta była podporządkowana mężowi i musiała ze spokojem znosić los, jaki jej przypadł w udziale, ponieważ jemu zawsze było wolno więcej.

Ja także poznałam na swojej drodze życiowej to, czym jest ostracyzm wobec dziewczyn wybiegających ambicjami ponad przeznaczone im role. Określano je mianem dziwaczek, żartowano z nich, że wszystkie rozumy pozjadały, nie traktowano poważnie jako kandydatek na żony, które w przyszłości mogłyby nie szanować odpowiednio męża. Działo się to oczywiście w określonych środowiskach, a w takim się znajdowałam poprzez ubóstwo i chorobę mamy. Ale także w rodzinie mojego ojca, ludzi światłych i wykształconych, panowało przekonanie, że mężczyzna powinien żenić się z dziewczynami 16-17 letnimi, które będzie miał możliwość wychować według swoich wymagań, chociaż wspierano ich wykształcenie i namawiano do intelektualnego rozwoju. Taką dziewczyną była moja babcia. Z ciekawostek – mój dziadek uważał, że od kobiet i dzieci bezwzględnie należy wymagać uczęszczania do kościoła i praktykowania wiary, mężczyzn to nie obowiązywało. Uważał, że kościół pozwala utrzymać kobiety i dzieci w moralnych ryzach.

W tamtych nastoletnich czasach rozdwoiłam się – na Katarzynę piszącą, swobodnie wypowiadającą się na różne tematy i dorosłą już Katarzynę milczącą – której na co dzień mówiono „ Co ty tam wiesz?”, „Co ty znaczysz w tej swojej pracy?”, „O czym ty ze mną chcesz dyskutować, skoro nie masz pojęcia o…” Nie uważałam za nic dziwnego, że swoją pensję oddawałam mężowi, a on wydzielał mi kwoty na utrzymanie domu i wybierał dla mnie sukienki wg swojego gustu. Niektórych nie lubiłam i nie chciałam zakładać na uroczystości wspólnie obchodzone, wtedy mąż wyrzucał całą zawartość szafy (skromną) i krzyczał na mnie „jak to nie masz co na siebie włożyć! To skąd tu tyle szmat?!” Oczywiście nie było w tym żadnej przemocy fizycznej, gróźb ani poniżania – jak uważałam wówczas. Ale dziś są inne standardy. Mówi się także o przemocy ekonomicznej, gdy o wszystkich wydatkach decyduje mąż, choć nie musi tego czynić w trybie prawdziwej przemocy.

Ta schizofrenia, te dwie Katarzyny, mówiąca i pisząca, zostały do dziś, kiedy już nie muszę być podzielona, ale nadal  jestem. Może dlatego lepiej znoszę izolację niż inni, przyzwyczajeni do swobody wyrażania siebie. Ja taką swobodę miałam w pisaniu, nigdy w mowie. Jako dziecko jąkałam się, odzwyczajana od leworęczności, nazywanej wówczas kalectwem, sądziłam, że moje kłopoty biorą się z nieumiejętności rozmawiania z ludźmi, przekonywania ich do swojej racji. Kiedy pisałam, nikt mi nie przerywał w pół zdania, mogłam uzasadnić swoje poglądy spokojnie, bez napięcia.

Inaczej wyglądała sprawa, gdy przemawiałam cudzym tekstem. Grając amatorsko w studenckich i innych teatrzykach i kabaretach, obsadzana w charakterystycznych rolach wygadanych bab, traktorzystek nie dość uświadomionych politycznie, przekupek ze starego ustroju i różnego rodzaju ksantyp rozpędzałam się, w czym pomagała mi mowa ciała i gestykulacja. W tamtych czasach nauczyłam się brać pod boki i odzwyczajenie się od tego gestu było później bardzo trudne. Miałam jednak tę pewność siebie, której brakowało mi w życiu prywatnym, gdy na zawirowania reagowałam ucieczką, choć czasami, udając przed sobą, że gram, rozpędzałam swoją sztuczną elokwencję najczęściej przy pomocy żartów.

Rozważania te powróciły przy okazji przypomnienia publikacji mojego felietonu sprzed 2 lat publikowanego w „Spółkach Miejskich” https://spolkimiejskie.wordpress.com/2018/05/13/babcia-ezoteryczna-kontakt/

W felietonie tym opisuję trudności jakie powstawały i powstają we mnie przy kontaktach z ważnymi dla mnie osobami. Przypomniał mi on to, że zwiększają się one z biegiem czasu i przestają dotyczyć tylko osób  bliskich lub ważnych dla mnie, trafiają się także w rozmowach bezpośrednich ale też w kontaktach na piśmie (np. w dyskusjach w mediach społecznościowych).

Niektórzy przypisują ten fakt rozszerzającemu się zasięgowi kultury obrazkowej, jej wszechobecności, wymagającej innego sposobu organizowania ludzkich mózgów, jednakże odnajduję też w opracowaniach teoretycznych coś, co mogę uznać za inną przyczynę. Z lektury opracowanie Ericha Fromma „Anatomia ludzkiej destrukcyjności” (wyd REBIS 1998) wyczytałam, że jednostka od wczesnego dzieciństwa musi być stymulowana bodźcami prostymi (popędy) ale i aktywizującymi, wywołującymi dążenia, ponieważ najważniejszą rzeczą dla ludzkiej egzystencji jest poczucie sprawczości. Niestety, sfera bodźców aktywizujących (np. dzieło literackie, krajobraz, idea) wywołująca proces uczenia się, przenikania do korzeni zjawisk, została zagospodarowana pulą bodźców śmieciowych, wywołujących dążenia konsumpcyjne (np reklamy), Fromm pisze (str 267-268) „Współczesne życie w społeczeństwach industrialnych pobudzane jest wyłącznie za pomocą bodźców prostych. Stymulowane są jedynie takie popędy, jak pragnienia seksualne, chciwość, sadyzm, destrukcyjność, narcyzm; bodźce te rozpowszechniane są przez filmy, telewizję, radio, gazety, magazyny oraz rynek towarów. Traktując rzecz całościowo: reklama opiera się na stymulowaniu społecznie wytworzonych pragnień. Mechanizm jest zawsze taki sam: prosta stymulacja strzałka bezpośrednia i pasywna reakcja. Tutaj należy doszukiwać się powodów, dla których bodziec musi się ciągle zmieniać, w przeciwnym razie bowiem stanie się nieskuteczny.”

Zarówno ja jak i wiele osób z mojego pokolenia znieczulonych zostało na działanie reklam (których za wczesnego PRL w ogóle nie było), a nawet reaguje na nie, jak na każdą indoktrynację za sprawą powszechnej propagandy politycznej w szkołach i mediach – złością i niechęcią. Podobną reakcję obserwowałam u mojego wnuka – oglądające namiętnie reklamy kilkuletnie dziecko (zachęcane migającymi kolorowymi obrazkami – czego nie było w propagandzie mojego dzieciństwa także z powodu nieistnienia telewizorów) wyrosło na świadomego młodzieńca, którego reklamy najwyżej śmieszą, jeśli w ogóle zainteresują.

Pozostaje więc pytanie – dlaczego mimo częstej zmiany bodźców stymulacja, o której pisze Fromm, przestaje działać, a właściwie działa podświadomie i drażniąco, co przekłada się na trudności komunikacji osobistej. Wszak często, o wiele za często, zwraca się do nas jak do jednostki “jesteś tego warta” itp. Nawet teraz reklama woła do mnie pokazując galerię kolorowych sukienek na marginesie tego tekstu “Katarzyna kup jedną z nich na wiosnę”. Sądzę, że rozprasza mnie ona (sukienki w istocie są śliczne) i utrudnia tok myślenia. Jakże trudno skonstatować, że jest to w istocie także przemoc.

Przemoc prezentacji sukienek w chwili gdy piszę ten felieton wywołuje proces myślenia drugim torem, że sukienka nie jest mi potrzebna, że fason odbiega od tego co jest dla mnie przydatne itp, jednak trudniej mi się od tej reklamy odizolować, jak od reklamy samochodu, która mnie w ogóle nie obchodzi. W rezultacie moje jednotorowe myślenie rozmywa się, uniemożliwia skondensowane i trafne zakończenie, zaczyna brakować mi własnych słów aby podsumować refleksje. Za to kłębią się wyrazy z innego słownika.

Tak działa przemoc (także sukienkowa).

Wieści z samotni 7 – Dziecko gra na pianinie, tatuś wymachuje ciężkimi przedmiotami, a pisarze zabierają się do charakterystyk postaci

Dziecko dziś gra na pianinie, jak codziennie w epoce koronawirusa. Mieszkanie to wynajmują co roku inni ludzie, a w skład jego wyposażenia wchodzi pianino. Ostatni raz grało na nim jakieś dziecko kilka lat temu. Poznaję, że to dziecko – bo jego uderzenia w klawisze są niepewne, nieskoordynowane, nie mówiąc już o przekazywaniu muzyką emocjonalnych treści. Pianino, fortepian – jakże żałośnie niemodne są to instrumenty. Świat poszedł już daleko naprzód zastępując te wszystkie pożal się Boże sprzęty dźwiękami tworzonymi cyfrowo pod dyktando badań wskazujących na transowe tendencje i popularność. Fortepiany i skrzypce dawno zastąpiły dzikie wrzaski i męskie ryczenie (pod nazwą „męskie granie” z pominiętym przymiotnikiem „piwne”).

Epoka koronawirusa niesie jednak ze sobą inne, mniej ważne albo rzadsze dawniej dźwiękowe treści. Matka dziecka wybiega na balkon (wysoka temperatura otwiera drzwi balkonowe w większości mieszkań) i woła o ratunek. Doskonale ją słychać. Tatusia drażni powtarzana nieudolnie muzyczna fraza, wszak inna estetyka kierowała zapewne jego gustem . Tak niedawno jeszcze  owi mężczyźni zajeżdżali samochodami pod nasz blok, otwierając drzwi swoich rumaków blisko północy i budząc staruszki, którym trudno zasypiać, dożywające swoich dni w mieszkaniach M-3 i z którymi nikt się nie musi liczyć, prezentując najnowszy modny gangsta rap, a tu nagle trwa przymus słuchania własnego dziecka, nierytmicznie wciskające klawisze roztrojonego pianina, z którego trzeba korzystać, skoro wchodzi w skład opłaconego wyposażenia.

Mamusia najpierw się spiera z tatusiem (podejrzewam, że sztuka jest na końcu naszyjnika argumentów), a potem dostaje pięścią pod oko, a skoro nie przejawia stosownej kobietom pokory, krzesłem albo innym ciężkim przedmiotem w ten głupi. babski łeb.Teraz panikę budzą nie ci mężczyźni ze swoimi ryczącymi nocą samochodami, a kobiety, które w tym pięknym, słonecznym dniu wybiegają na balkon wołając na ratunek albo usiłujące wrzaskiem odegnać faceta goniącego je z ciężkimi przedmiotami.

To dla mnie okrutny stres. Wyrywam się do pomocy, ale co mogę zrobić? Generalnie rzecz biorąc w moim bloku częściej można usłyszeć kurwy i skurwysynów niż muzykę (ta dobiega z pobliskiego cmentarza i obejmuje zaledwie kilka utworów), a akustyka jest tak dziwaczna, że nie pozwala zazwyczaj na określenie miejsca powstawania hałasu. Trzeba wyjść na balkon i wyjrzeć, może akurat uda się ustalić pion wołającej o ratunek. Jednak przedsięwzięcie nie jest takie proste, jak z pozoru się wydaje. Nie jestem w stanie zebrać się i wyjść na balkon w ciągu kilku minut. Dla mnie wyjście na balkon to jest wyprawa, wyprawa, która wymaga paru chwil przygotowań. Muszę wstać z tego miejsca, w którym się znajduję, łóżka albo fotela, muszę przytrzymać się balkonika, czasami muszę posmarować sobie maścią przeciwbólową łokcie, które tracą siłę przy podpieraniu się; posuwam na początku stopę za stopą po śliskiej podłodze, aż wreszcie dojdę do drzwi balkonowych, otworzę je kilkakrotnie szarpiąc, przestawię balkonik przez próg futryny, i przygotuję swoje mięśnie lewego biodra  do tego, żeby ponieść nogę. Podniosę tę lewą nogę napinając prawe kolano, ale nie za bardzo, żeby przypadkiem nie poleciało w tył, zsunę balkonik z małego schodka i zanim dostawię drugą nogę, chwilę balansuję i kiedy skończy się ten balans, oprę się dwoma rękami na balkoniku, mogę ją podnieść, przesuną, ale wtedy na przeszkodzie staje mi taki pojemnik na kartofle, marchew i tak dalej. Muszę więc balkonik ustawić w poprzek, przytrzymać się jedną ręką poręczy która jest przy wejściu, drugą ręką chodzika, przesunąć to całe ustrojstwo ze mną na czele do przodu i wówczas mogę opierać się dwoma rękami o balkon i mogę spojrzeć w dół i w bok. na sąsiednie balkony. Gdybym spojrzała na zegarek to trwa, no, może pięć, może więcej minut. W tym czasie ten facet, który gonił kobietę z nogą od krzesła albo jakimś innym przedmiotem, piętnaście razy mógłby ją zabić, a ja nie byłabym w stanie nic zrobić, nawet zawołać. Dlatego każdy głos, każde wołanie o ratunek z sąsiedniego balkonu budzi we mnie przerażenie i lęk. Na szczęście w zimie takich rzeczy nie słychać. Ale na wiosnę, w kwarantannie biją po uszach.

Kobieta, mężczyzna i dziecko ucichli i mam nadzieję, że uspokoili się i poszli spać. Złudzenia babć na wymarciu. Wracam więc do lektury strony zawierającej dobre rady dla pisarzy. Czytam takie wynurzenia:

„Ostatnio zauważyłem, że mam lekki problem z opisami postaci. Sprowadzam całość do wieku, długości oraz koloru włosów i ewentualnie ubioru. Często je też po prostu pomijam.” – pisze jakiś początkujący pisarz, właściciel dumnie brzmiącej strony „XY -PISARZ”.

Zamyślam się. Kiedy byłam młodą dziewczyną, lubiłam w powieściach postaci  dokładnie opisane z wyglądu. Charakter mnie nie interesował, to wynikało z tekstu albo nie. Za to koniecznie bohaterki musiały być młode i ładne, bowiem taki opis sugerował, że dziewczyna zakocha się w kimś równie przystojnym. Ludzie po dwudziestym piątym roku życia nie obchodzili mnie. Powieści z bohaterami w takim wieku (i starszym) lub brzydkimi odrzucałam z niesmakiem. Na szczęście wówczas nie brałam się jeszcze za pisanie, wolałam rysować i malować. Starcy i brzydkie kobiety nie mieli prawa do miłości, za to pełne prawo do dramatycznego umierania.

Wierne koleżanki po twórczości nie dają zbyt długo młodemu literatowi martwić się. Najdzielniejsza z nich udziela mu dobrych rad:

„Ja uwielbiam charakter sheety i staram się je wypełniać szczegółowo, a potem wybiórczo wykorzystuję informacje w tekście 🙂 Jak chcesz, możesz sobie wyszukać w grafikach google np. „araki charakter sheet”, bo jest superkonkretny. Ja sobie odpowiadam na pytania, i zwykle wpadam na coś dodatkowego do wrzucenia w fabułę.
I zauważyłam że jak mam bardzo konkretny obraz bohatera (nawet gdy go nie podaję czytelnikowi), to pisze mi się duuużo lepiej.”

„Takie character sheety są fajne” – dorzuca inna.

Zmartwiłam się ogromnie. Uważam się za pisarkę, a nie mam pojęcia, co to są „Araka character scheety”. Wyobrażam sobie, że to taki zestaw typów, coś jak enneagramy, tyle że dokłądniejszy, skoro przedstawia je tylko grafika. Odstraszyło mnie jednak owo: DeviantArt

Poszukajcie więc sobie sami

https://www.deviantart.com/noblekatana/art/Character-sheets-template-823890029

Ludzie od zawsze chcieli naukowo segregować rozmaite rzeczy – między innymi charaktery. Oprócz enneagramów charakterami zajmowali się astrolodzy (wszak każda planeta ma swój zestaw cech w odniesieniu do urodzonych pod danym znakiem), tarociści (każda karta może oznaczać człowieka o danych cechach), psycholodzy (pod względem naukowości niewiele odbiegający od poprzednio wymienionych), a najsprytniejsi z nich usiłowali połaczyć te wszystkie zestawy w jeden, uniwersalny. Nikogo nie obchodziło, że w praktyce nie sprawdzali się; szpitale znały psychologów nękających umierających pacjentów w przekonaniu, że robią dobrze społeczności. Jakim prawem bowiem umierający terroryzuje bliskich – takie zapytania zgłaszali rodzinom.

Niestety, nie istnieje taki uniwersalny  schemat. Jestem zupełnie przeciętną, raczej ogarniętą osobą, dobrze funkcjonującą w społeczeństwie, a jednak nigdy nie udało mi się wpisać w krąg zestawu jakichkolwiek charakterów. Zawsze pasowały jedne cechy, inne średnio, a inne jeszcze nie. Nawet psychologia nie potrafiła orzec czy jestem ekstrawertykiem, czy introwertykiem (wiem, co piszę, bo na potrzeby pewnego procesu sądowego przeprowadzono na mojej skromnej osobie badania skutkujące kilkadziesiąt stronicową ekspertyzą).

Wyobrażam więc sobie jak okrutnie nudną bohaterką powieści będzie osoba, której cechy charakteru dobrano z tabeli. Dyskutowałyśmy o tym ostatnio z Justyną Karolak, pisarką prowadzącą kursy dla pisarzy o niebo wyższego lotu niż te, pożal się Boże, przygotowujące młodych niedoświadczonych ludzi do opracowywania produktów handlowych nadających się do sprzedaży. Justyna zaleca początkującym pisarzom przygotowywanie charakterystyki postaci, zanim zaczną w ogóle pisać. Ale to nie jest to czerpanie z zasobów przygotowanych przez innych, podobnych modelom wiosennych butów dla pracowników korporacji.

Moi bohaterzy/bohaterki jawią mi się znikąd, nawiedzają mnie jak echo ludzi, których kiedyś znałam, kochałam i nienawidziłam. Jednak żaden nie dał się wtłoczyć w schemat taki, siaki czy owaki – i na szczęście. W jakimś momencie moich tekstów zaczynał żyć własnym życiem na przekór wszelkim teoriom i naukowym kwantyfikacjom. I nikt mi nie wmówi, że blondynka (bez odrostów) z torebką od… kiecką od… i butami od…stanowi lepszą część naszego społeczeństwa, bardziej godną zainteresowania niż taka Basia z kursokonferencji za PRL, szalejąca z jej szefem na śliskim zboczu i mentalnie odbierająca wesele innej, wiejskiej pannie młodej z opowiadania „Wesele”, które niebawem udostępnię chętnym czytelnikom. Albowiem miłość jest okrutna wobec obcych i nikt nie jest w stanie zatrzymać iluzji, nawet setki skrzywdzonych. Co zapewne ma miejsce w epoce koronawirusa. Wszyscy jesteśmy dziećmi grającymi nieporadne gamy na roztrojonym (ale wliczonym w cenę) pianinie. Dopóki nie pogoni nas facet z nogą od krzesła mieniący się naszym tatusiem.

Pokój z wami, przyjaciółmi w izolacji. Poniżej tabela enneagramu (jedna z kilku możliwych wersji)

Wieści z samotni 6 stare długi duchów i bicze boże

Stowarzyszenie Pro life zamieszcza odpowiedź na zamieszczoną przez kogoś makabryczną fotografię nowo narodzonego potworka. Kiedyś przechowywano takie dzieci w słojach, zapewne martwo urodzone albo poronione płody dla nauki  i przestrogi. Ten miał rurkę prowadzącą ze środka bezkształtnej masy z trojgiem wystających oczu  – więc jeszcze żył. Fotografia miała być argumentem przeciwko zmianom  ustawy proponowanym przez Kaję Godek. Nie zamierzam wdawać się w dyskusję o aborcji, tutaj znamy już większość argumentów obu stron, okopanych w swoich przekonaniach, zainteresowało mnie jednak pewne uzasadnienie słuszności zakazu aborcji płodów uszkodzonych. Przytoczę je poniżej:

„Tak, to ludzkie i miłosierne. Duchy w ten sposób wyrównują swoje długi karmiczne, a niektóre mają w tej kwestii naprawdę przesrane i muszą się wcielić setki razy w tak chore ciało, by odkupić swoje winy. To Bóg decyduje o tym. Dokonując aborcji uniemożliwia się choremu duchowi wkroczenie na ścieżkę uleczenia – więc czy to NAPRAWDĘ jest takie miłosierne? Materialiści uważają że mają rację, ponieważ posiadają bardzo szczątkową wiedzę na ten temat. Ja natomiast poznałam spirytyzm, który bardzo dokładnie i niesłychanie logicznie, podpierając się dowodami, omawia ten temat.”

Zainteresowało mnie przekonanie ludzi o tym, co jest dowodem, a co nie. Pomieszanie tradycji chrześciańskich, buddyjskich, spirytystycznych i sam Bog wie jakich, które stało się normą w dzisiejszych czasach, jakkolwiek jaskrawe w swojej bezczelnosci, wzięło się najprawdopodobniej z zapędów literackich gatunku SF, do którego, niestety, ja też swego czasu dołożyłam swoją cegiełkę. Autorzy tej konwencji bawili się swymi pomysłami, radośni, że nie muszą czuć się ograniczani realnością, zapożyczając wszystko od wszystkiego i wszystkich, nawet jak zrobił to nasz tytan sukcesu kradnąc kobietom wiedźmę i nadając mu męską nazwę i męskie cele (zabijać, zabijać, zabijać wszystko co się rusza, a co uznamy za złe) ale zapożyczając zdolności zgodnie z tradycją właściwe jedynie jego pierwowzorom, kobietom. Mea culpa, mea culpa, mea mega culpa.

W świetle tej mieszaniny, w uzasadnieniu odwołującym się do 1) duchów, 2) karmy), 3) Boga, leczenia bądź samolecczenia duchów, wprowadzając podział na materialistów i spirytystów, zastanawia mnie – czym właściwie jest taki dowód. Wszak, jak dotychczas, brak dowodów na istnienie karmy, Boga; może trochę lepiej z dowodami na istnienie duchów, ale wszystkie one (jakkolwiek poważnie je traktować) podkreślają dezorientację tych tworów wobec nowych doświadczeń, które je spotykają. Duchy mogą być głodne, mogą błąkać się, mogą czegoś chcieć od ludzi (wówczas się im ujawniają)  mogą pokutować ale czy mogą dla pokuty wcielać się w zniekształcone płody? Po choler… tfu, tfu,  koronawirusa! Nie lepiej wcielić się w człowieka, trzy czwarte życia wspinającego się po szczeblach najwyższych stanowisk (jak takiego Nicolae Ceaușescu na przykład), żeby go potem zamordowano? Albo może, jeśli cierpień za mało, lepiej udać się do Afryki lub Ameryki Południowej i być chłopem cierpiącym z dwóch stron, od wojska i od partyzantów? Nie bardziej wydajnie można cierpieć w ciele babci,  mającej cztery choroby przewlekłe i dwie bieżące oraz stawy zużyte, starte do kości ze składnika, który miał uzupełnić cudowny lek, ale nie uzupełnił i której odmówiono recepty NFZ, bowiem nadużywa środków przeciwbólowych? W ciele takiej babci cierpi się dłużej i skuteczniej niż w ciele niemowlaka, który umiera po kilku dniach lub tygodniach.

Logika duchów wszak powinna być odmienna od logiki zwykłych ludzi, sprawiedliwsza. Jeżeli logiczne z ich strony jest poszukiwanie cierpienia, to zwiększają sumę tegoż cierpienia na Ziemi, co z kolei jest nielogicznością, jeśli wszystko ma nieustannie się doskonalić. Taka dusza doskonaląc się poprzez wcielanie się w chore dziecko, przysparza cierpienia światu, a więc jego rodzicom, lekarzom, pielęgniarkom, opiekunom, zadowalając jedynie taką Kaję Godek. Czy dla chorych pomysłów jakiejś nawiedzonej kobiety warto naginać postępowanie karmicznych wcieleń, jeśli nawet ich istnienie byłoby potwierdzoną prawdą?

Z drugiej jednak strony nasze czasy wyraźnie cierpią na niedobór cierpienia. Średnia życia poszybowała do niebotycznych rozmiarów osiemdziesięciu paru lat, podczas gdy powinna wynosić trochę ponad trzydziestkę. Kobiety dwudziestoparoletnie zamiast po urodzeniu dziesiątego dziecka szykować się na godną śmierć przy kolejnym porodzie, aby jej mąż i ostoja narodu mógł sobie legalnie wziąć kolejną młódkę, zbiesiły się i chcą nie tylko dalej żyć, ale jeszcze bawić się i stroić. Ciążę przerywają, bo nie chcą stracić talii, a mężczyznom nie chce się pracować, wolą iść na piwo. I tak biedne duchy z karmicznymi długami muszą cierpieć za miliony!

Nie dość dziwnego, że Bóg/bogowie w porozumieniu z Chińczykami, za aprobatą Amerykanów, sprowadzili bicz boży w postaci koronawirusa, dodając nam w pakiecie Prezesa, Prezydenta i Prokuratora Bicz na Lekarzy.

A na mnie – póki co – sprowadził sąsiada, który zamurował swoje kuchenne rury fikuśnymi kafelkami i nie chciał udostępnić ich hydraulikom, aby mogli zlikwidować przeciek, który, że nie dość, że zalewa mi kuchnię, ale uniemożliwia korzystanie ze światła z powodu zamokniętych przewodów. Na szczęście w Polsce pełza dyktatura, która ma środki aby takich gościu przydeptać o szóstej z rana. I jak tu nie głosować na pana Dudę? Moje dwa stopnie świadomości wojują ze sobą – i o to właśnie chodzi! Dwa wykluczające się bicze boże – to aż nadto.

Sprowadził też na mnie trzeci bicz – Ministerstwo Finansów z jego poronionymi pomysłami. Miało być lepiej – za każdego zeznanie podatkowe składa urząd, a ty człowieku tylko wejdziesz na stronę https://epit1.podatki.gov.pl/ i popatrzysz. Z PIT-ami jestem obeznana – od nowości składam je przez internet, teraz zaś tylko chciałam przeczytać i odliczyć ulgę, która mi przysługuje. Obejrzałam filmik, jak to zrobić, zalogowałam się, a tu klops. Zamiast na ekranie pokazać mój PIT pokazuje jakieś głupoty. Ściągam PDF a tu NIC. W ubiegłych latach czasem tak bywało, że strona była zajęta i raz nawet zalogowałam się wieczorem a dostęp był dopiero następnego dnia w południe. Ale teraz nie ma zmiłuj, wylogowują mnie po kilku minutach. W czwartek obudziłam się o trzeciej w nocy i w nadziei, że uzyskam dostęp do swojego, jakby nie było, zeznania i tu dalej nic. Rano przystąpiłam do pracy metodycznie. Obejrzałam jeszcze raz filmik, przeszłam drogę w tę i nazad, aż trafiłam na pytania i odpowiedzi. Na czterdziestej którejś pozycji doczytałam się swojego problemu. Okazuje się, że ktoś tam, czemuś tam, nie chciał współpracować z MF i wszystkie normalne wyszukiwarki  (a mam ich 3) nie „widzą” e-pitów. Trzeba mieć jakąś specjalną. Ta informacja powinna być na pierwszym miejscu, a nie wstydliwie ukryta gdzieś między pytaniami!!!

W poprzednich latach sporządzając PIT przez internet pobierałam specjalny program niejako z automatu co rok aktualizowany. Teraz, gdy ktoś chce przedstawić utrudnienie jako ułatwienie, ukrywając jednocześnie sprytnie, że rząd nie jest w stanie skłonić administratorów wyszukiwarek do pomocy, a jednocześnie nie chce lub nie jest w stanie zaserwować podatnikom programu, lub może bardziej perfidnie – oszczędzić na zwrotach nadpłaconych podatków – wierzę, że istotnie, to „kamieni kupa”.

Pracownicy firm zapewne to wiedzą, mogą ze sobą wszak rozmawiać i poradzić się księgowej, ale skąd mają wiedzieć takie babcie jak ja? Przymusowo podarują naszemu MF (jak w moim przypadku ok 100 zł) lub więcej. Ja tam mam dość podchodów.

Balkonowy dziennik zarazy 2

Na moim balkonie hula wiatr zrywając co i raz pokrywkę z wiadra na śmieci, oczekujące na dobrą duszę do ich wyniesienia, a w mojej głowie hulają obrazoburcze myśli: „a gdyby tak doczekać nocy i wyrzucić worek z woreczkami śmieci prosto w krzaki pod moim balkonem?” Jedna obrazoburcza myśl rodzi inne.

Prenumeruję cyfrową „Politykę”, a w ostatnim numerze okładka wypełniona jest kolorowymi maseczkami. Wszak my, ludzkość rodzaju żeńskiego, celujemy w przyozdabianiu naszych więzień. Śledząc tendencje naszych władz, dbających ogromnie o nasze dobro, moralne zwłaszcza (o czym świadczy procedowanie naszościowych ustaw o zakazie aborcji i wychowania seksualnego tudzież przygotowaniu młodzieży do oglądania masakr wszelakich), możemy podejrzewać, że wkrótce odzieją nas w coś w rodzaju burek, przez jakiś czas dozwalając wzorzyste i kolorowe, potem jednak, jak w Iranie, zezwalając na jedną lub dwie prawomyślne barwy.

Coś, co kiedyś w krajach pustynnych było zapewne osłoną przed piaskiem, niedawno jeszcze w naszym świecie poddane ostracyzmowi jako demonstracja religijności i odmienności, dziś wraca w innym świecie i innej kulturze z innym uzasadnieniem wprawdzie… Argument, że nie można zasłaniać twarzy na przykład w czasie demonstracji, bo nie rozpozna się agresorów, upadł w obliczu prawdy, że każdy ma telefon i jak w Chinach, można mu przypisać kolorowy kod, pozwalający wejść lub nie wejść tu i tam, a przy okazji i na inne ograniczenia zezwoleń i premiować określone zachowania. Śmiało więc można uchwalić nakaz noszenia burek (wszak epidemia ma mieć kolejne fale, nawet do 2025 roku, a same maseczki stanowią wątłą ochronę; wirusa można przynieść na ubraniu). Kobiety zaczną je ozdabiać ale w końcu im się tego zabroni. Na haftach pył się utrzymuje zbyt długo (a idzie susza) i jak śledzę kierunek badań wirusa, odnajduję informacje, że sprawdza się rodzaj tkanin i czas utrzymywania się na nich, a także zależność tego przebywania od koloru. Nosząc na przykład fioletową burkę zagrażasz życiu współobywateli – tak mogą brzmieć uzasadnienia.

Balkonowa wieszczka zachłystuje się własnymi pomysłami i przysięga już więcej w życiu nie tykać SF, tak ją to przeraża.

Powracają jednak buntownicze myśli o wyrzuceniu worka ze śmieciami, Śmierdzą wszak, nawet na balkonie, a tu, póki co, nie zamontowano kamery, jak w śmietniku, bowiem technicznie pozostajemy daleko za Chinami. Od myśli w rodzaju „na złość mamie odmrożę sobie uszy”, a na złość władzy zaśmiecę okolicę, odciąga mnie akurat dobra dusza z workiem marchwi od innej dobrej duszy, z której to marchewki będę mogła robić sobie sok. Wręczam więc dobrej duszy worek ze śmieciami, proszę o kilka drobnych przysług (przykręcić śrubkę, napełnić wodą butle do podlania roślin na balkonie, zdjąć coś z górnej półki, a na inną coś włożyć i takie tam), aż dobra dusza umyka wreszcie w popłochu zabierając worek ze śmieciami ale zapominając zabrać swojego worka i toreb po marchwi, cebuli i jabłkach.

Triumfująca wieszczka balkonowa, przekonana o jeszcze istniejącej własnej sprawczości pociesza się, że zarówno noszenie maseczek jak i przyszły nakaz noszenia burek, a co więcej zakaz aborcji i wychowania seksualnego jej nie dotyczy, w poczuciu  rozwiązania jednego z ważkich problemów życiowych zapada w samozadowolenie. W dodatku nie ma smartfona, a gdyby nawet miała i gdyby ktoś wyświetlał na jej telefonie (nie wiem czemu, jak w Chinach, potrzebny jest smartfon) kolorowe kody: zielony, żółty i czerwony, nie będzie jej to dotyczyć, dopóki ktoś nie wyświetli kodu czarnego.

Jednak póki co kod czarny na razie nie istnieje, a ludzie władzy przyjmują strategię wirusa – jak najdłużej nie zabijać swojego nosiciela, chociaż czasami sam się wykończy. 

Appendix: z samozadowolenia wypędzają mnie ci, co w balkonowej paranoi poszli jeszcze dalej:

„Wielu z Was zdaje sobie sprawę, że jesteśmy blisko harmonogramu ujawnienia i rzeczywiście odsłoni on wiele zaawansowanych technologii, które zostały przekazane ludzkości od naszych galaktycznych braci i sióstr, którzy współistnieją w wymiarowych królestwach wyższych od naszych. Technologie tego typy były dostępne dla ludzkości od wielu, wielu dziesięcioleci, ale są ukrywane przed nami, aby zapewnić firmom i kartelom farmaceutycznym utrzymanie niesamowitych poziomów zysku i ich silnej pozycji w odniesieniu do kontroli świadomości nauk humanistycznych. Technologie te są w stanie skanować cały system cielesny człowieka i rekordyfikować dowolne blokady na dowolnym poziomie – eterycznym, fizycznym, mentalnym czy duchowym. Technologie te są zdolne do liczenia komórek i liczby krwinek oraz do korygowania nierównowagi w zakresie energii i pola fizycznego. Oto cytat z wcześniej ukrytego dokumentu:

„Istnieją trzy rodzaje łóżek medycznych:
(1) Holograficzne łóżka medyczne.
(2) Regeneracyjne łóżka Med, które regenerują tkanki i części ciała, napędzane przez inne źródło.
(3) Re-atomization Med Beds, które w około dwie i pół do trzech minut odrodzą całe ludzkie ciało, od stóp do głów.”

Panie Owsiak! Może załatwiałby Pan takie łóżka dla DPS-ów!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Balkonowy dziennik zarazy 1

Rozprzestrzeniły się dzienniki zarazy, jak sama zaraza. Ich pisanie stało się modne, zwłaszcza przez zamkniętych w domach dziennikarzy. Najczęściej to zapis osobistych doświadczeń plus komentarze zachowania i słów polityków. Pan taki czy inny udaje się do sklepu, gdzie widzi niemiłe scenki agresji, wraca do domu, odpala telewizor, w którym także repertuar jest dwoisty – obrazki ku pokrzepieniu serc przeplecione z słowami i zachowaniem polityków, z kwestią wyborów na czele, po czym udaje się do internetu, a tam jeszcze gorzej niż w sklepie.

Próżno szukać  w tych dziennikach opisu istotnych wydarzeń osobistych, rodzinnych zawirowań, świadectw mierzenia się ze stresem i nerwowością. Oczywiście nie ma też burknięć, wzruszenia ramionami i odwiecznego męskiego tekstu : „daj mi wreszcie spokój”. To nieprawda, że wszystko jest cacy, życie wre jak w tyglu, czego świadectwo mam w swoim jedenastopiętrowym bloku w postaci wyzwisk, hałasów, ciskania meblami i trzaskania drzwiami. Mury mojego budynku wręcz pulsują nieukrywaną agresją, dla której kontrastem jest pusta, spokojna ulica, wypełniona kurzem i oślepiającym słońcem, przerywana jedynie szczękiem śmieciarek i k…ami zza otwieranych dla wietrzenia mieszkań okien i balkonów. Także wyzwiskami pulsują rury w łazienkach, gdy odbywa się poranne opróżnianie organizmów ze złogów ubiegłego dnia, a przy okazji i kawałków duszy.

Zdarza się też, że moi rozmówcy i rozmówczynie w ramach utrzymywania kontaktów ze starszymi ludźmi opowiadają nerwowo i hałaśliwie o doznawanych krzywdach. Zawsze bowiem, jak za dawnych dobrych czasów, starsi ludzie służyli za swego rodzaju śmietnik dla młodych, chyba że byli niereformowalnymi odmieńcami o charakterach przysłowiowej Ksantypy.

Ja, poddana nieustannej kwarantannie, nie wychodząca z domu od ponad roku zdążyłam przywyknąć do swojego więzienia. Paradoksalnie, poszerzyło mi się ono o balkon dzięki przedpołudniowemu słońcu. Raz dziennie pokonuję mały schodek prowadzący do mojego ogrodu z wyrastająca miętą, czosnkiem niedźwiedzim i krzaczkami lawendy. Chwytam dobroczynne promienie i staram się posiedzieć tam  przynajmniej kilkanaście minut, dopóki kręgosłup nie zawoła mnie z powrotem na łóżko.

Pewna kobieta żaliła mi się, że „Ty to masz dobrze, możesz wyjść na balkon opalać się, zazdroszczę ci”. Z czasów gdy jeszcze odwiedzałyśmy się wiem, że ma balkon, więc dziwię się, wywołując lawinę dalszych narzekań. Znajoma ta mieszka z matką, a teraz żali się: „Balkon jest w pokoju matki, więc kiedy pomyślę, że gdy będę wychodziła, ona będzie się na mnie gapić, wolę już siedzieć w swoim pokoju.” Nie jest chora ani na kwarantannie, po prostu ma przymusowy tygodniowy urlop. Matka przeszkadza jej jeszcze bardziej niż zwykle. Syn zadzwonił tylko raz i był niemiły. Nawet nie złożył życzeń.

Czasem wieczorami dopada mnie strach, że się zarażę i nie przeżyję, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że takiego życia, jakie prowadzę nie powinno mi być żal. Życie jest dziwną grą, wygrane i przegrane nie wiążą się ze zdroworozsądkową kalkulacją. Tak na przykład ze dwa tygodnie temu przewróciłam się na podłogę, ponieważ załamał się pode mną stołek na kółkach, którego siedzisko przymocowano niedbale kilkoma śrubami, wkręconymi wprost w płytę paździerzową. Po godzinie udało mi się wstać, przy okazji poznając inną geografię mojego mieszkania. Czołgający się człowiek wolałby podłogę brudną, wręcz lepiącą się, inne meble, cięższe, najlepiej przyśrubowane, a poza nimi same futryny, których można uczepić się obiema rękami. Ale gdy wstałam wreszcie, poczułam się jak zdobywca zatykający sztandar swojego państwa na szczycie góry. Dałam radę! No i moi bliscy dzwonią co parę dni, dbają też o zakupy i czystość podłogi.

Dzwonią także niebliscy, aż telefon się grzeje i muszę codziennie  go  ładować. Jeszcze niedawno w poniedziałki o siódmej rano meldował mi raportem, którego nie potrafiłam wyłączyć „twój średni czas przed telefonem w ostatnim tygodniu wynosił 0,7 minuty dziennie i był krótszy od poprzedniego o 0,1 minuty” Wczoraj zameldował mi, że mój średni czas wyniósł 33 minuty z kawałkiem, co w znacznej części zawdzięczam takim znajomym, jak wyżej opisana.

Nie dzwonią niestety osoby, z którymi najbardziej chciałabym porozmawiać (z wyjątkiem jednej). Dzieje się to także z powodu koronawirusa – układy rodzinne skostniały, głupio tak siedzieć w jednym pokoju z żoną, mężem czy dziećmi i nawijać o sprawach własnej duszy, wszak im nic do tego. Nie po to się ma rodzinę, żeby z nią albo przy niej gadać. Łatwiej pokazać rozmówcy na face time wideo swojego kota goniącego muchy na skrawku ogródka, ponarzekać na kolejki przed sklepem, a najłatwiej zrobić wykład z bieżącej polityki i szans na odłożenie wyborów nie zastanawiając się, czy to w ogóle obchodzi rozmówcę.

Zasypiam wieczorem przy telewizorze i śni mi się moja zmarła dawno temu mama śledząca mnie zza uchylonej zasłony, czy aby przypadkiem nie wychodzę na balkon. Bezgłośnie daje mi do zrozumienia, że tam jest niebezpiecznie. Budzę się przestraszona i słyszę w mieszkaniu nade mną uporczywy kaszel. W telewizji właśnie zabiera głos ekspert mówiący, że bardziej szkodliwe jest przebywanie w mieszkaniu połączonym z innymi kanałami wentylacyjnymi, niż na ulicy, w parku, czy w lesie. Robi mi się duszno, więc wychodzę na balkon. Zbieram przy pomocy mojego chwytaka niedopałki papierosów, którymi ktoś obsiał mój balkon, biorę je w palce i wyrzucam. Przypomina mi się, że wczoraj tym chwytakiem podniosłam z ziemi kawałek upuszczonego jabłka. Czuję jak dopada mnie paranoja. Tyle, że nie mogę zadzwonić do nikogo i pożalić się. Żalę się więc wam.

Na szczęście rano już o niczym nie pamiętam, siadam do komputera i poprawek starych tekstów oraz podłączam do ładowarek wszystko, co mam. Jest już nowy dzień.

Wieści z samotni 5 – Komu wyją wilki i z kim rozmawiają karaluchy

Jest coś fascynującego w domorosłych statystykach związanych z koronawirusem. i upieraniem się przy nich z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy. Otóż pewien użytkownik FB rozwodzi się nad wyliczeniami Forbesa, zapominając, że 8 przypadków to nie żadna statystyka.

„Na osiem osób chorych na COVID-19 dzielących kabinę z innymi pasażerami 3 (trzy) osoby NIE zachorowały na koronawirusa.” Nie napisano „kabiny”, tylko „kabinę”. Tytułem wyjaśnień, bo czy to wyjaśnia, „chodzi o to, że 8 chorych członków załogi spało w dwuosobowej kabinie z kolejnymi 8 zdrowymi załogantami. I teraz: z tych 8 zdrowych zakaziło się 5, ALE 3 osoby pomimo kilkutygodniowej współbytnosci w ciasnej kabinie NIE zaraziły się.”?  Pływałam takimi statkami i wydaje mi się, że nie ma tam tak dużych kabin. Są 2-osobowe i najwyżej połączone ze dobą w grupie po 2. A więc problem jest w nieprecyzyjnym wyrażaniu się. Lepiej jednak iść w zaparte, niż przyznać się do błędu. A to takie proste – użycie liczby pojedynczej zamiast mnogiej.

Przerosłe ego owego dyskutanta nie dozwala mu dostrzec, że zabiera głos w sprawach, na których zupełnie się nie zna. Ani na statkach wycieczkowych ani na statystyce. Przeczytał gdzieś obcojęzyczny artykuł w znanym tytule prasowym, co traktuje jako prawdę absolutną, niepodważalną.

Inni odświeżają zatęchłe już przekonania że komety przynoszą zarazy. Zabawne że wykorzystują do tego takie witryny jak „Dziennik naukowy”. Zapytują: Czyżby kometa koronawirusa? Odkryta 28 grudnia 2019 r. Tuż przed zawiadomieniem WHO przez Chiny o masowych zachorowaniach. „Kometę Atlas (C/2019Y4) odkrył system alarmowy Asteroid Terrestrial-impact Last Alert na Hawajach (stąd nazwa Atlas). Miało to miejsce 28 grudnia 2019 roku. Wówczas obiekt znajdował się w odległości 439 milionów kilometrów od Słońca i był dość słabo widoczny, ale od tego czasu rozjaśnia się tak szybko, że astronomowie mają duże nadzieje na kosmiczny spektakl z jego udziałem. Jednak komety są kapryśne i show, na które się zanosi, może nie dojść skutku.”

https://dzienniknaukowy.pl/kosmos/kometa-atlas-robi-sie-coraz-jasniejsza-zanosi-sie-na-kosmiczne-widowisko?utm_source=facebook&utm_medium=fb_ads&utm_campaign=FB_Dziennik_Naukowy&utm_term=linkpost_24.03.2020&utm_content=post_4_kometaatlas&fbclid=IwAR0d-MLqZPNNBrZ4I9GK3AZnWTT-n1XuC-OVreBYVE-c3htQUIm1AJg_Bn8

Śmieszne, że odzywają się też moralizatorzy, wyważając drzwi dawno otwarte. Z powrotem przeżuwają religię, „cywilizację śmierci” i boskie kary zsyłane za ludzką niegodziwość; idąc śladami dawnych epidemii wyciągają mocno przedwczesne wnioski. „Świat nigdy już nie będzie taki sam”. Oczywiście. Zawsze się zmieniał i zmienia, czasem wolniej czasem szybciej. Zmienia się rzadziej dla zbiorowości, częściej dla pojedynczych osób. Dla nich często w sposób krańcowo ekstremalny, bywa, że gorzej niż dla zbiorowości

Jakie to trywialne! Ile razy już tak bywało, że świat odwracał się do współczesnych plecami, zaczynał wirować jak pies goniący swój ogon, aż wracał do własnej postaci nieco tylko zmieniony, określany nowymi słowami i przyprawiony nowymi ideami. Pojedyncze osoby mogły nie mieć tego szczęścia powrotu do lekko tylko zmodyfikowanej sytuacji.

W osiemnastowiecznym pamiętniku  pewna osiemnastolatka, imieniem Maria, szlachcianka z małego dworku na krańcach Rzeczypospolitej, zmuszona do małżeństwa z nielubianym kuzynem, żegnała swoje panieństwo stojąc w zimową noc na ganku i nasłuchując wycia wilków. Wiedziała, że świat nie będzie już nigdy dla niej taki sam, ale nie spodziewała się że aż tak. Samotnie odbyła podróż za ocean, a pokrótce jej mąż, szuler pływający statkami po Missisipi zginie z rąk nożownika, ona zaś samotnie wychowując dziecko nie usłyszy już wycia swojskich, kresowych wilków. Kilka pokoleń późnej jej potomek zostanie naukowcem, laureatem wielu nagród, wytyczającym nauce nowe szlaki. Nieporadny stylistycznie i ortograficznie tekst Marii przejmuje zapisem owej chwili, gdy świadoma niemożliwości ucieczki nasłuchuje wycia wilków.

W dwudziestowiecznym M-2 w warszawskim bloku samotna, osiemdziesięcioparoletnia wdowa, bez telefonu, poruszająca się z trudem o dwóch laskach, przewraca się na podłogę i nie może wstać. Kluczami do jej mieszkania dysponuje sąsiadka, policjantka, Kobieta może ją przywołać stukając laską w ścianę, do której przylegają zagłówki ich posłań. Pech w tym, że policjantka ma służbę 24-godzinną, potem jakieś szkolenie i kiedy się pojawia w domu, staruszka jest bardzo wyczerpana, przerażona i zmarznięta, ponieważ w PRL-u panował zwyczaj wyłączania i remontowania centralnego ogrzewania zimą. Kobieta zostanie odwieziona do szpitala, gdzie kilkakrotnie z poświęceniem ratują jej zniszczone serce. W międzyczasie rodzina postanawia wyplenić karaluchy, które zagnieździły się w jej mieszkaniu, upodobawszy sobie zwłaszcza jej materac. Wezwana firma rozpyla trutkę, po której okres karencji dla człowieka wynosi 3 dni. Jest trzeci dzień, na podłodze wszędzie leżą trupy owadów, rodzina musi jeszcze odczekać jeden dzień i wejść aby posprzątać. Tymczasem szpital postanawia pozbyć się kobiety. Naraziła się personelowi, odmówiła zgody na bronchoskopię, po której zmarła jej sąsiadka ze szpitalnego łóżka, poza tym zwyczajem polskiej służby zdrowia w dużych miastach jest odsyłanie do domów umierających.

Szpital nie chce słuchać próśb o pozostawienie kobiety jeszcze jeden dzień i jest tak zajadły w swym postanowieniu, że z braku odpowiedniej karetki odsyła kobietę do domu w samochodzie dostawczym, położoną na podłodze, na warstwie koców, bowiem samodzielnie już nie utrzyma się siedząc. Szpital jest po drugiej stronie ulicy, gdzie mieszka kobieta, naprzeciw jej okien, ale liczne światła i korki po drodze przedłużają transport. Kiedy kobieta ląduje wreszcie na własnym łóżku w wyziębionym mieszkaniu, wietrzonym na potęgę po deratyzacji, z jej pościeli wypełza karaluch, ostaniec po pogromie. Kobieta twierdzi, że karaluch rozmawiał z nią i opowiedział jej o zagładzie. Umarła kilka dni później.

Lato, dwadzieścia lat  później, początek dwudziestego pierwszego wieku. Umiera mężczyzna chory na białaczkę. Po 24-godzinnym oczekiwaniu na OIOM-e spadł z krzesła, więc położono go na leżance. Kilka godzin później karetką odwożą go do domu, w środku nocy. Żyje jeszcze tydzień.

Rok później, również lato. Jedenastopiętrowy blok wypełnia smród. Od tygodnia zwiększa się i zwiększa. Wezwane służby dają sobie z tym radę, w bloku śmierdzi jeszcze kilka dni.

Dziesięć lat później. Epidemia. Podobno, bo siedemdziesięciosiedmioletnia kobieta już nie wychodzi z domu od co najmniej roku. W telewizorze ogląda dyskusję nad ewentualnym przełożeniem wyborów. Ma lepiej niż jej matka, dysponuje wózkiem inwalidzkim i balkonikiem. Ale nie ma złudzeń i coraz słabsze ręce. Szykuje sobie kolację, gdy nagle obrotowy stołek załamuje się i kobieta ląduje na ziemi. Nic jej się nie stało, ale pamięta różne rzeczy, trochę za dużo ich jest zresztą. Udaje jej się doczołgać do korytarza, gdzie pod lustrem stoi ławeczka, na której położono cienką gąbkę. Czołganie jest tu pierwszym etapem trudności. Z niedowładem nóg i ograniczoną możliwością ich poruszania, musi liczyć jedynie na swoje, bolące już i słabe ręce. W kuchni jest blat, więc można odepchnąć się od jego krawędzi się i złapać uchwytu lodówki tudzież piekarnika. Udaje się jej dotrzeć do futryny, gdzie może wykorzystać siłę obu rąk. Potem korytarz, dwudziestolitrowa butla z wodą na stołku. Trudny do wykorzystania przedmiot, łatwo się przesuwa. Udaje się jej jednak zrzucić gąbkę z ławeczki na podłogę. Odpoczywa z głową na tej gąbce. Z telewizora dalej dobiegają alarmujące wieści o kłopotach służby zdrowia. Ale jak rozmawiać z telewizorem, z karaluchem chyba łatwiej. Kobieta wie swoje. Wszak przed chwilą polityk wypowiedział myśl głęboką: „koronawirus przemebluje strukturę demograficzną kraju”. To o niej tak powiedział, choć z racji nieustannej kwarantanny może się przed wirusem ustrzec. Koronawirus może być dla niej łaskawy, ale pytanie: jak łaskawe będzie jej własne ciało? Jak litościwy los? Czy jest wystarczająco samowystarczalna, żeby dalej żyć?

Skoro czytacie te słowa, wiecie już, że udało mi się. Klęknęłam na gąbce, oparłam się łokciami o ławeczkę i jakoś uniosłam się do takiego  poziomu, aby oprzeć jedną, potem drugą dłoń na ławeczce. Schwyciłam za nogę stołka, przewróciłam go wraz z butlą (na szczęście zapieczętowaną) i miałam drugie szczęście, że poturlała się w kierunku moich szanownych czterech liter. Przysiadłam na niej i balansując odbiłam się od podłogi stopami, pozbawionymi na szczęście klapek, które zostały w kuchni. Już za pierwszym razem udało mi się złapać pozycję podkowa+, czyli odginanej podkowy. Schwyciłam się brzegu lustra na szczęście przymocowanego solidnie do ściany. Hej, świecie mój! Żyję! Stoję!

Jeszcze tym razem udało mi się uniknąć pomocy służby zdrowia. Trochę mnie boli tu i tam, moje wnętrze nieco się przewartościowało, opuszczać je zaczęły niezdrowe miazmaty, zwłaszcza gdy w odzyskanej świeżo samowystarczalności mogłam zgasić telewizor. Pozostała zadyszka, która, mam nadzieję wkrótce przejdzie. Na wszelki jednak wypadek publikuję ten tekst po, zapewne, jeszcze niewystarczającej korekcie.

Wieści z samotni 4 – Szlachcianki pełły w rękawiczkach

Z Pana Tadeusza Mickiewicza, tak nieludzko katowanego w szkole, zapamiętałam niewiele fragmentów. O Zosi, co wbiegała do domu przez okno, a nie drzwi; o Telimenie, którą oblazły mrówki i o zaściankowych szlachciankach, które tym się chciały odróżnić od chłopek, że pełły w rękawiczkach. Dzięki ojczulkowi Google znalazłam nawet stosowny cytat:

„…Strój także szlachcianek
Najuboższych różni się od chłopskich katanek:

I żną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach.”
A. Mickiewicz, „Pan Tadeusz”, 6,390-394

Także w czasach, gdy chodziłam do szkoły, w latach 50-tych ubiegłego wieku wykonywanie takiej czynności, nie gołymi rękami, jak normalna kobieta, a w rękawiczkach, było fanaberią, starannie podkreślaną przez nauczyciela, jako przejaw zwyrodnienia szlachty i oczywiście ośmieszaną. Czterdzieści lat później i ja na swojej działce porzuciłam klasowo słuszną pracę rąk pozbawionych osłony, bowiem w sklepie ogrodniczym w Łosicach pokazały się cieniutkie, jedwabne rękawiczki, specjalnie do pielenia. Model ten zresztą ewoluował i ewoluuje do dziś. Z tą chwilą przestałam traktować ów cytat jako dowcipno-złośliwy i na długie lata o nim zapomniałam.

Przypomniało mi się to odróżnienie chłopek od szlachcianek (mimo że zaściankowych) przy lekturze powieści mojego dziadka, Benedykta Jacórzyńskiego „Ludzie polni”. Dla niego też podział na szlachtę i chłopów był ważny. Mimo zastrzeżenia zgłoszonego we wstępie do powieści („Ludzie polni… Nie ludzie wiejscy, lecz polni. Oni dostarczyli mi wątku do napisania powieści”) bohaterem uczynił wykształconego wielkim wysiłkiem biednych rodziców chłopa, gospodarzącego na wsi, żonatego ze szlachcianką, z miłości do której musiał wyjechać do Ameryki, gdzie znacznie wzbogacił się i powiększył swoje gospodarstwo. Mój Dziadek jako prawicowy idealista widział przyszłość rolnictwa w sposób jak na owe czasy postępowy, jako działanie ludzi wykształconych, światłych i dobrowolnie się zrzeszających. Czy dziś aktualni prawicowcy tak mają?

Czasy się zmieniają, giną ludzie i miejsca „nie na czasie” , jak słusznie zauważył  Noblista, Haruki Murakami w powieści „Tańcz, tańcz, tańcz…”, która obecnie czytam dzięki uprzejmości pani Jolanty Kolasy z wypożyczalni nr. 140, dbającej o moje lektury bez konieczności wychodzenia z domu, a także w tych trudnych czasach oferującą mi pomoc w zakupach. Wielkie dzięki pani Jolu, Pani i Wypożyczalni nr. 140 na warszawskim Mokotowie!

Nawiasem mówiąc jest to kolejny Noblista piszący powieści, których akcja rozgrywa się nie wśród przeciętnych ludzi, a intelektualistów, jakby to oni pozjadali wszystkie rozumy (o czym piszę w moim wywiadzie, który niebawem się ukaże na pewnym portalu literackim). Nie oznacza to, że nie zachwycam się nim jako autorem, ale czasem łyżka dziegciu w beczce miodu jest potrzebna dla równowagi.

Poczciwe rękawiczki z wyznacznika statusu (poza „pielęgniarkami” – jak nazywano wśród Polaków pracujących w Rosji na kontraktach przy budowie elektrowni atomowej w latach siedemdziesiątych kobiety pracujące na kołchozowych polach, które ich nie używały chociaż pielęgnowały ziemię), użycie rękawiczek było wyznacznikiem niższego statusu. W roku 2019 Ukrainki pielęgnujące staruszków (między nimi i mnie)  już takie rękawiczki miały, bądź wymagały ich dostarczania przez podopiecznych. Ciekawe zresztą, że nie używały ich przy myciu i dezynfekcji toalet w mieszkaniach prywatnych – co oczywiście wiąże je ze statusem i większą obawą przed drugim człowiekiem, niż jakimś zarazkiem. I nie przejmowały się swoim kaszlem, katarem czy grypą twierdząc, ze to skutek uczulenia lub owej coca-coli.

W roku 2020 za sprawą koronawirusa rękawiczki i maseczki awansowały do najbardziej niezbędnych przedmiotów pożądania, mimo, że wielu znawców problemu twierdziło i twierdzi, że te najzwyczajniejsze, przeciwpyłowe dla budowlańców, używane przez jakiś czas jako przeciwsmogowe, teraz dostąpiły przekroczenia kolejnego szczebla niekompetencji i służą podtrzymaniu na duchu ludności, którą aż rozpiera energia, żeby coś zrobić w warunkach, w których najlepiej nic nie robić. Dzielne kobiety, wyrywne do działalności społecznej, szyją owe maseczki ze zwykłych materiałów, tanio wyprzedawanych, zaspokajając swoje ambicje i ambicje odbiorców.

Bezczynne oczekiwanie na chorobę albo śmierć w naszej kulturze nie jest aprobowane, więc śladem innych problemów zamiatanych pod dywan i ten usiłuje się załagodzić działaniem pozornym. Także i ja, podatna na prądy współczesności, świadoma diagnozy Murakamiego bardziej przejmuję się faktem, że nie ma kto mi obciąć wrastających paznokci niż obawą, że mogę umrzeć w swoim odosobnieniu. Męczy mnie ponadto lęk, że nie zdążę opublikować swojej kolejnej powieści przed śmiercią niż przerażająca refleksja, że kiedy umrę może brakować miejsca na moją indywidualną trumnę i jak w pewnej przyszpitalnej kostnicy w latach sześćdziesiątych nieboszczyków układać się będzie nagich w sztaplach po 3 sztuki, bez różnicy kobiet i mężczyzn na stołach, przy których napruty pracownik chłepcze jakąś chińską zupę z makaronem z kolorowego kubka, odsuwając niecierpliwym gestem zsuwające się ramie jakiejś chudej babci. Trudno więc, żeby wobec powyższego wspomnienia (z wyprowadzenia zwłok mojego ojca, zmarłego na zawał) przejmował mnie obraz serwowany przez TVN24 pokoju z kilkunastoma trumnami albo konwojem samochodów wiozących nieboszczyków gdzie indziej. Wszak przygotowano im całkiem ładne trumny, nawet niejednakowe, a w latach kolejnych zaraz wrzucano ich po prostu do dołów. Czasy się zmieniają, jakby co.

Miałam to szczęście w w nieszczęściu, że przeżyłam kawałek wojny i świeże wspomnienie o niej moich bliskich, więc byle co mnie nie przestraszy. Może więc powinniśmy zacząć mówić o śmierci, jako możliwości, oswajając ją, a nie strasząc prymitywnymi nagraniami niedorosłych reporterów?  Może ci, zamknięci w mieszkaniach, powinni robić coś bardziej sensownego dla swoich rodzin i dzieci, niż zajmowanie się głupawym zabijaniem czasu? Na przykład powiedzieć im o rzeczach ważnych, pomocnych w przyszłości, o tym czego samemu się nie zdążyło i czemu, oraz o wysokiej cenie każdej przebimbanej chwili, za którą, być może, przyjdzie kiedyś zapłacić .

Jako społeczność unikaliśmy i unikamy tematów trudnych, przez całe pokolenia kpiąc z rękawiczek zaściankowych szlachcianek. Chyba czas już tego zaprzestać.

Wieści z samotni 3 – kwarantanna nieustanna

Jak wiele starszych osób z mojego osiedla (zasiedlanego w końcu lat 60-tych i na początku 70-tych) należę do grupy nieszczęśników poddanych przymusowej, nieustannej kwarantannie, nie ze względu na koronawirusa, a z uwagi na słabe możliwości poruszania się. Za moich młodych lat mama mawiała: „złej tańcownicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. To prawda, Kiedy idę otwierać drzwi oddzielające odgałęzienie korytarza z moim mieszkaniem od reszty budynku, napotykam na pierwszą trudność. Moją sąsiadką, ciężko chorą odwiedza często syn, przyjeżdżający na rowerze. To dziwne, jak ludzie wrażliwi na ochronę przyrody, są zupełnie niewrażliwi na swoich bliźnich. Korytarz jest dość długi, a ja muszę przejechać go 2 razy (za sprawą pożarników tam z powrotem, by otworzyć i zamknąć drzwi za gościem. Jakiś czas temu wystarczył zamek zatrzaskowy, ale teraz eksperci zażądali zakręcanego paluszkami). Piszę „przejechać”, bo poruszam się z balkonikiem. Otóż syn sąsiadki stawia z uporem maniaka swój rower naprzeciw jej drzwi, zaopatrzonych w dużą wycieraczkę (swoją drogą niepotrzebną zupełnie, bowiem kto przemierzy metry korytarzy, wiele wycieraczek, od wejścia łącznie z wyłożonymi nimi windami, nie ma już śladu błota na butach). Między wycieraczką, a rowerem jest przestrzeń wolna na kilka centymetrów. Chodzący człowiek przejdzie po wycieraczce, balkonik z kółeczkami o średnicy kilka cm nie przejedzie; pchacz musi abo odprowadzić rower w inne miejsce, albo to samo zrobić z wycieraczką. Ręce są zajęte opieraniem się o balkonik (po to on jest), nogą można najwyżej kopnąć cudzą wycieraczkę (o ile danego dnia niezbyt boli i jest mało sztywna). Spotykam czasem owego syna sąsiadki na korytarzu, więc przekazałam mu prośbę, aby stawiał rower nie naprzeciwko wycieraczki. Na to on oświadczył, że oczywiście, już pogotowie zabierające mamę do szpitala miało trudność z przejechaniem obok jego roweru, ale póki co mama jest w szpitalu, a rower dalej sąsiad stawia w tym samym miejscu.

Potem jest już tylko gorzej. Śmietnik z segregowalnią jest pod górkę, a wielkie wrota z trudem dają się pchnąć i zamknąć na klucz. Wśród kwarantannowiczów i kwarantannowiczek panuje przekonanie, że  w śmietniku umieszczono kamery mające śledzić kto i jak posegregowane śmieci wyrzuca i odpowiednio karać zwiększonym czynszem. Ponieważ sporo osób nie wychodzi z domu, śmieci wynosi ich rodzina i znajomi, mają więc złudne przekonanie, że kamerzysta nie zidentyfikuje z którego lokalu pochodzą odpadki.

Więc my, potencjalne ofiary śmiertelne koronawirusa, zaopatrzeni w zapasy (co jak co, ale czasy słusznie minione nauczyły nas zdobywać dobra wszelakie), cieszymy się, że nie jesteśmy narażeni na zarazę i poszukujemy dobrych stron naszej sytuacji.

Ja na przykład wróżę dobry trend dla czytelnictwa. Mimo że z nieznanych mi względów ubolewa się nad osobami poddanymi kwarantannie w szpitalach zakaźnych, które rzekomo nie mogą mieć książek ani laptopów (ale ogłasza się wszem i wobec, że wirus żyje na przedmiotach najwyżej kilkadziesiąt godzin) wierzę, że książka papierowa ma przyszłość, łatwiej się jej pozbyć po przeczytaniu niż laptopa na przykład. Dobry trend dla czytelnictwa wynikać będzie pewnie także z tego faktu iż przeczytawszy z 10 książek Radosława Mroza albo Blanki Lipińskiej może ktoś zechce sięgnąć do Olgi Tokarczuk, która nie pisze wszystkiego jak się mawiało dawniej „na jedno kopyto”‚ Wypożyczalnie pełne są Noblistów od Stanisława Reymonta począwszy.

W ślad zaś za poszukiwaniem dobrych książek może poprawią się notowania recenzentów, osób, których stać na więcej niż ogłaszanie z kilkoma wykrzyknikami, iż oto ukazał się nowy bestseller.

W czasach mojej młodości mieliśmy dwóch literackich Noblistów – Henryka Sienkiewicza i Stanisława Reymonta. Ten drugi wydawał mi się okropnym nudziarzem, kiedy więc mój dziadek, Benedykt Jacórzyński ( piszę o nim w cyklu „Z szuflad starego biurka”) pokazał mi swoje dzieło pt. „Ludzie polni”, uznałam, że jest to literacka dziesiąta woda po kisielu. Moją uwagę, świeżo upieczonej studentki polonistyki przyciągali modni wówczas skandalizujący pisarze zagraniczni, a w szczególności Sartre i jego małżonka, Simone de Beauvoir, autorka „Mandarynów”, powieści opisującej świat francuskich intelektualistów i związków ich łączących, tak odległy od polskiej siermiężności rodem z Reymonta i wiejskiej moralności, pozbawionej niuansów damsko-męskich, dostępnych dopiero w obecnej Polsce młodym za sprawą serwisów randkowych. Nie mogę także zapomnieć, że moja pierwsza powieść, uznana za dzieło nieudane, podpadła krytykom także z powodu, iż główna bohaterka, sekretarka nieszczęśliwie zakochana w szefie-intelektualiście, w odruchu rozpaczy poddaje się samopieszczotom (bez opisów takowych, jedynie w postaci jednego zdania wydanego sobie przez bohaterkę polecenia), co uznano za niedopuszczalne w ambitnej literaturze. Ów krytyk zresztą, w czasie uroczystości mojego 70-lecia z podziwem stwierdził, że wykroczyłam poza dopuszczalną ówczesną moralność, co świadczy iż owo zdanie tkwiło w jego pamięci przez 30 kolejnych lat, co dziś uważam za swój ogromny sukces literacki.

Ale wracam do „Ludzi polnych”. Dziś oczywiście inaczej czytam książkę mojego dziadka. Skanuję kilkaset stronic opisu życia wsi dwudziestolecia międzywojennego i na coś innego zwracam uwagę. Świat ten jawi mi się bynajmniej nie jako sielanka z problemami dawno zapomnianymi (jak posag i opinia wiejskiej dziewczyny tudzież sprawy majątkowe na wsi). Mimo to stateczny, powolny rozwój akcji, długie dialogi bohaterów tak bardzo odbiegają od dzisiejszego życia, jego tempa, że odczuwam to jako kojące.

Przy okazji:  Otrzymałam tomik wierszy Stefana Bardczaka „Wołyń bogaty” i zauroczył mnie jeden z wierszy pt. „Kostopol”. – Jest to miasteczko powiatowe okolic wsi urodzenia mojego zmarłego męża. A oto fragment, który oddaje ten nastrój:

„U fury, co się przez ulice wlecze

u dyszla i uprzęży

wiesza się nuda i siada koniowi na grzbiecie…”

Nie wiem jednak jak długo przyjdzie mi się cieszyć ową nieustanną kwarantanną, bowiem jak słusznie, choć nielitościwie zauważył pewien rozpolitykowany nonszalancki profesor – wirus zapewne zmieni strukturę demograficzną kraju.

Wieści z samotni 2 – Bo żółć się rozlała…

Czytam zbiór 12 opowieści żydowskich Anki Grupińskiej (Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2013 str 206) „A doktór Vogelman był bardziej tradycyjny, z większą brodą. Czasem mnie mama posyłała do niego, żeby pytać, czy kura jest koszerna. kiedy rozlałą się żółć, czy coś takiego.”

Wychowałam się w rodzinie polskiej, kiedy jednak śledzę dokumenty, widzę, że w czasach dwudziestolecia międzywojennego to, społeczeństwo było bardziej zintegrowane niż dziś i to, co nazywamy antysemityzmem, także nie miało barwy, jaką obecnie mu przypisujemy. Owszem, Żydzi byli odmienni, zwłaszcza w ubraniu i obchodzeniu świąt, ale całkiem podobni do nas, mieli te same problemy, drobne i poważne i ciekawiło nas, jak je rozwiązywali. Na przykład rozlana przy sprawianiu kury  żółć…

W dzisiejszych czasach kury kupowane w supermarketach są już sprawione – oskubane, wypatroszone, często pozbawione właściwych im części użytkowych (wątróbki, żołądki) z misternie pozostawionymi częściami nieużytecznymi jak kupry, płucka, grzbiety, szyjki, wkomponowanymi tak na przykład w tzw. „udka kurze” jak płucka w pewnym markecie – pomysłowo, choć całkiem od czapy, jeśli brać pod uwagę  anatomię ptaka i zwierzęcia w ogóle.

W czasach mojego dzieciństwa było inaczej. Kurę przynosiło się żywą z targu i w domu trwał konkurs na jej zabójcę. Dzieci były świadkami zabijania kur, często niezręcznego, a już na pewno ich skubania i sprawiania. Patroszeniu kury przypatrywały się kilkulatki z różnym skutkiem dla ich świadomości. Bezwzględnie w jakimś stopniu pozwalało to dzieciom uzmysłowić sobie czym jest śmierć, czego obecnie, w obliczu kilkunastu żyć w sieci, często nie są w stanie zrozumieć. Ja na przykład po wielu latach zatytułowałam swoją nagrodzoną powieść obyczajową ( nie wydaną z powodów politycznych) „Taniec kury” ponieważ pojawił mi się ów tytuł jako usposobienie lat najgłębszego komunizmu. Pisząc ją miałam przed oczami multum problemów związanych z zabijaniem i sprawianiem zwłok kury, a zwłaszcza ów „taniec”, będący przedśmiertnym biegiem w kółko, bez głowy i w drgawkach.

W książce Anki Grupińskiej autorzy wspomnień piszą o zanoszeniu kur do zabicia do rytualnego rzezaka, po co wysyłano najczęściej dzieci i dzieci te zabijaniu ptaków przyglądały się. Wrażenia zapadały długo w pamięć – podobnie jak mnie.

Oczywiście polska mama nie miała problemów z określeniem tego, czy koszerna jest kura, której woreczek żółciowy pękł i rozlał się, co nie oznacza,  że zwolniono ją z odpowiedzialności za niedokładnie przeprowadzony proces zabijania, rozkrawania brzucha, wyciągania wnętrzności. Mężczyzna mógł nie lubić zabijania kur (jak mój tata) i nie czuć presji odpowiedzialności z tego tytułu, kobieta mogła być świeżo w trakcie awantury z tego powodu (ty nawet gwoździa nie potrafisz wbić w ścianę, cóż dopiero mówić o naprawie elektrycznego gniazdka albo zabicia kury czy królika)… Musiała zrobić to, gdy on nie chciał. Palec mógł się omsknąć i zło się stało – woreczek żółciowy pękł i rozlał substancję psującą smak mięsa, nadającego się w skażonym fragmencie do wyrzucenia.

I tu pytanie prawie egzystencjalne: całość, czy część?

Nie zapominajmy, że były to czasy, gdy nie dzielono kiury na ćwiartki albo inne części jak robi się to obecnie. Kura to była kura w całości. Resztki (wątróbki, płucka, żołądki – wywrócone na wierzch z wyrzuconymi resztkami ziaren z pokarmu jak wynicowane ówczesne palta i garsonki) mieliło się z cebulą i chlebem i nadziewało tuszkę, zaszywając ją bawełnianą nicią.

Czasem w tuszce kury napotykało się „niedokończone dzieci kury” czyli jajka bez skorupki. tylko otoczone błoną, czasem z zarysem kręgosłupa i dzioba. Zawsze wiązała się z tym tajemnica. Duże, uformowane jajko (bez skorupki) można było użyć do ciasta do klusek, ale mniejsze się wyrzucało. Dzieci zawsze są dociekliwe i pytają. Ja pytałam czemu z dużego jajka nie można usmażyć jajecznicy, a grona mniejszych jajeczek po prostu nie ugotować albo nie posiekać ich z wątróbką, sercem i żołądkiem do nadzienia, skoro daje się do niego zwykłe jajko ze skorupki. Moja mama uważała te pytania za mocno niestosowne i oczywiście nie udzieliła mi żadnych wyjaśnień. Co kołatało się jej w głowie, że odpowiedź była zbyt trudna?

Czytając wspomnienia dzieci żydowskich z czasów Międzywojnia natykam się na dziwne podobieństwa w zwyczajach (nie wyjaśnianych naszym dzieciom bez uzasadnienia). Czytam, że istnieje w religii Żydów zakaz gotowania zwierzęcia w „mleku matki jego”, skąd bierze się podział na kuchnię mleczną i mięsną z odrębnymi naczyniami. W polskich rodzinach tego nie było, ale czy tabu używania jajeczek z zabitej kury nie jest jakimś pokłosiem przenikania poglądów?

Dzisiaj mamy inne tabu żywieniowe i choć różnie uzasadniane, zazwyczaj całkiem bez sensu. Na przykład zupa – flaki. Czasem ją gotuję, bo lubię i lubi ją moja rodzina, choć te flaki, które dziś się kupuje w sklepie, to coś innego niż kiedyś. Oczyszczone chemicznie, wybielone, pokrojone zbyt grubo, jak na mój gust, nie wymagające długiej pracy przy czyszczeniu, wielokrotnym obgotowywaniu i odlewaniu wody aż do usunięcia nieprzyjemnego odoru ale przez moczenie w roztworze chemikaliów pozbawione swoistego smaku. W każdym razie jako rosół z flakami pachnie tylko majerankiem i innymi przyprawami. Są osoby z mojego otoczenia (zwłaszcza kobiety), które takich flaków nie wezmą do ust, podając jako powód, że sama nazwa odstręcza.

Jest to równie dobry powód jak „pytanie jest niestosowne” – mojej mamy. Nie wiem czy w kulturze żydowskiej i w ich religii istnieją pytania niestosowne, chociaż w sprawie pożywienia, wyglądu i zakazów czy nakazów znacznie lepiej mieć jasność, niż obywać się dwuznacznością zwyczaju czy lękać się odpowiedzi, którą trzeba by wyartykułować.

W pewnej grupie literackiej, w której biorę udział, niektóre osoby przedstawiają fragmenty swoich tekstów do oceny. Powstała dyskusja na temat sposobu wyrażania swojej opinii, konkretnie, moje niezbyt dobrze przemyślane zdanie „ostatnie zdanie tekstu jest głupie” zostało uznane za niedopuszczalnie ostre. Sprowokowało mnie to, że wg mojego wyczucia autor położył cały tekst ostatnim zdaniem w rodzaju „dopychania dowcipu kolanem” – jak się czasem mówi.  Do dziś nie rozumiem dlaczego część dyskutantów uznała zdanie to za „niedopowiedzenie”, a ja odebrałam je jako równoważne bajkom z obowiązkowym epilogiem „i żyli długo i szczęśliwie”. Niestety, dyskusja zboczyła w kierunku tego, co w danej grupie można uznać za poprawne, nie w stronę meritum sprawy. DLACZEGO NIE WOLNO NAZYWAĆ RZECZY PO IMIENIU?

Czemu ludzie nie chcą uświadamiania seksualnego swych dzieci? Przed czym się bronią? I dlaczego sami tego nie robią? Czego się obawiają?

Ja dostrzegam tu ten sam problem – tego co uważa się za „niestosowne”. Nie powiem, że ktoś kradnie tylko że przywłaszcza sobie, Nie powiem, że ktoś jest zapatrzony w siebie egoistą, tylko że kreatywnie zarządza swoją osobowością. I tak dalej… Podobno dzieje się to dlatego, żeby nikogo niepotrzebnie nie urazić. Ale urazić może wszystko, mimo dokładania przez kogoś starań, bowiem poziom wrażliwości człowieka jest różny – podobnie zresztą jak poziom tolerancji niedopowiedzeń i w ogóle to, co się za niedopowiedzenie uważa.

CHYBA NIE W TYM RZECZ