Wypożyczalnia nr 140

Gdy byłam młodą dziewczyną, nie stać mnie było na kupowanie książek, byłam więc częstym gościem rozmaitych wypożyczalni. Jako „połykaczka słowa drukowanego” – jak złośliwie określała mnie rodzina, mająca wątpliwości, czy czytając tak szybko, można przyswoić sobie właściwe treści; znałam wszystkie żoliborskie wypożyczalnie i wszystkie zatrudnione tam panie. Na ogól były to starsze panie (dla mnie, młodej dziewczyny, kobiety po 40-tce), pracujące tam dla niewielkiej pensji i spokojnego zatrudnienia. Uwielbiały katalogowanie, spisywanie, wypełnianie bibliotecznych kart i szacunek, jakim darzyły je dzieci i młodzież; nie znosiły czytelników/czytelniczek, które prosiły o wybranie stosownej dla nich książki, ponieważ same nie znają się na literaturze, a czymś trzeba wypełnić czas. Dla informacji  młodzieży dodam, że w roku 1956, obejrzałam pierwszy program w telewizji na ekranie Belwedera wielkości pocztówki, w towarzystwie ze trzydziestu sąsiadów pewnej dyplomatycznej rodziny, której córka była moją szkolną koleżanką.

W tamtych latach, jak z powyższego wynika, wyłącznie książka była oknem na świat, odmienny od szarego i nudnego wyobrażenia o prawomyślnym środowisku komunistycznego,  szarego człowieka, który, nawet będąc kucharką, nadawał się do rządzenia. Bowiem kucharce potrzebna była jedynie wiara w słuszność naszej ideologii, a nie wiedza, czy fachowość (jak twierdził sam wielki towarzysz Lenin). Radio serwowało program naładowany wyłącznie polityczną propagandą, a jedynie literatura (poprzez tanie wydania klasyki walcząca z analfabetyzmem), udostępniała niewielkie odmienności i odchyłki od standardu  (tak, tak, znacząca liczba ludzi nie umiała wówczas czytać i pisać!). Ludzie nieco odmienni od reszty populacji mieli przechlapane (jak dziś w Korei Północnej, w którym to kraju odnajduję echa mojego dzieciństwa). Ja też, ku mojemu ubolewaniu, różniłam się nieco od wymogów – przede wszystkim nie byłam kucharką. I czytałam zbyt szybko, pomijając fragmenty których, nie uznawałam za istotne. Byłam leworęczna (to  ówczesne kalectw, raz) i nie umiałam sylabizować – (dwa), co było podstawą ówczesnej nauki czytania. Ale przeczytałam wówczas, jako kilkunastoletnia dziewczyna, w „Literaturze na Świecie” fragmenty tekstów Jeana Geneta i zrozumiałam wówczas, że miłość nie jest czymś ograniczającym się do jednej płci, a jej piękno i siła nie leży w stereotypach, tylko w literackim odwzorowaniu uniesień. Takich odkryć literackich było więcej i dotyczyły różnych sfer życia człowieka. Nie koiły mojego prywatnego bólu, ale pozwalały go oswoić i przetworzyć, początkowo niezdarnie i nieudolnie, z czasem coraz bardziej zgodnie z zamierzeniem.

Nic więc dziwnego, że kiedy ukończyłam szkołę i dostałam się na studia, pierwszej pracy szukałam w żoliborskiej wypożyczalni książek. Zarabiałam grosze, ale kochałam swoją pracę. Owe panie od katalogowania miały problem z polecaniem czytelnikom poszczególnych pozycji, bowiem generalnie same nie lubiły czytać. Najprzyjemniejszym zajęciem było dla nich siedzenie przy dużym stole i naklejanie ex-librysów klejem sporządzonym z wody i mąki i gadanie o dzieciach i wnukach. Gdy więc trafiła im się dziewczynina, która to lubiła i znała wszystkie nowości literackie, ba, była w stanie podyskutować o nich z upierdliwymi staruszkami, hołubiły ją, a nawet przygotowały mi w najdalszym kąciku stanowisko do czytania/przeglądania wszystkich nowości, a potem wpisywania na maszynie informacji o treści książki na karcie katalogowej (nie było wówczas zwyczaju drukowania na okładce informacji o o książce, czasem tylko na tzw skrzydełkach zamieszczano informacje o autorze, jeśli był ważny). Wszystkie upierdliwe babcie w poszukiwaniu czytelniczych miłości kierowano do mnie. Byłam w tym specem, choć osobiście powieści w rodzaju Rodziewiczówny „Między ustami a brzegiem pucharu” przyprawiały mnie o mdłości. Dopiero dziś, po latach, gdy jestem już starą kobietą, doceniam wiktoriańskie powieści i cały ich drobiazgowy opis kultury, która choć wyrafinowana, przeminęła wraz z epoką i została zastąpiona prostszymi symbolami.

Potem przeszłam do pracy w Bibliotece Narodowej, ale to już całkiem inna historia.

Była to najprzyjemniejsza praca, jaką w życiu wykonywałam, niestety nie dałam rady się z niej utrzymać. W tamtych czasach minimum pensji wynosiło netto (bez podatku – nie było ich) 1500 zł, ja zarabiałam 800 zł.

Potem moje życie i status materialny się zmienił, stać mnie już było na kupowanie książek i gromadzenie ich w mieszkaniu. Księgozbiory jednak nie były trwałe, pierwszego pozbyliśmy się z mężem po urodzeniu dzieci, sprzedawszy go za grosze, z powodu konieczności zakupu wielkiej ilości pieluch tetrowych i pralki Światowit, do ich prania, drugi wywędrował nie tak dawno w związku z przystosowaniem mieszkania dla osoby niepełnosprawnej. Kilka lat zamawiałam książki w księgarniach internetowych, dopóki nie odkryłam iż reklamują zwykły szajs, nie próbując nawet sugerować literatury wyższego lotu.

Tak doczekałam do dnia dzisiejszego, czytając po raz wtóry stare pozycje, które ocalały z pogromu (muszę dodać, że w zamierzeniu selekcja tytułów nie powiodła się i zapanował chaos, eliminując pozycje, na których mi zależało, a pozostawiając chłam, który nadawał się do wyłożenia na parapecie okna na parterze mojego bloku, w sąsiedztwie nakrętek na cele charytatywne.

I oto przeczytałam w gazetce osiedlowej, że nowo powstała wypożyczalnia dostarcza osobom niepełnosprawnym książki do domu, zmobilizowałam więc wnuka, żeby zawiózł mnie na wózku inwalidzkim do tejże wypożyczalni. To była bardzo owocna wyprawa (nie licząc wiatru we włosach  i innych rozkoszy przebywania na świeżym, powietrzu.)

Współczesna wypożyczalnia okazała się całkiem czymś innym niż ta sprzed lat. Możliwość szperania w księgozbiorze za pomocą internetu, dodawania tytułów do schowka i inne udogodnienia, zaćmiły trudy dostania się wózkiem na piąte piętro (z windą, ale i z ograniczoną możnością manewrowania wózkiem w skąpo zaplanowanej przestrzeni). Tak czy siak wypożyczalnia 140 to nie sąsiedni sklep Żabka, gdzie flaszki z napojami wypełniają wolną przestrzeń między regałami, nie pozwalając osobie na wózku dostać się gdziekolwiek, a senne sprzedawczynie, o buziach nie skażonych myślą i ustach, nie umiejących wypowiedzieć sensownego zdania, za to demonstrujące pogardę dla osób nie będących młodymi, umięśnionymi i wytatuowanymi mężczyznami, nie wyrażają najmniejszych chęci, żeby ruszyć tyłek i coś podać.

W wypożyczalni przemiła młoda i ładna kobieta (wiele uroku ludzie zawdzięczają jednak myślącym obliczom!) wprowadziła mnie z grubsza w tajniki współczesnej wypożyczalni, jakże odmiennej od tej, sprzed lat! Internetowy katalog, możliwość korzystania ze schowka, zdalna rezerwacja  i szeroka informacja o książce, a także poszukiwanie i rezerwacja w innych wypożyczalniach w dzielnicy! Wpadłam jak śliwka w kompot, zalogowałam się i utonęłam w księgozbiorze!

Niestety, cudowne wrażenia mijają, gdy zetkną się z prawdziwym życiem. To, co stanowi podstawę literatury – język – ulega przemianom dla niej niekorzystnym.  W „Tosterze Pandory” czytam artykuł o języku, napisany przez Leonarda Jaszczuka, reklamowany jako: „Nadzwyczajnie fascynujący artykuł pióra Leonarda Jaszczuka – podnoszący temat wolności słowa w Internecie oraz przemiany międzywiekowej (wiek XX i XXI), która przez cały czas dzieje się, odbywa, toczy, zazębia i postępuje, ponieważ jest ona… procesem. Bardzo polecamy tę zwartą lekturę publicystyczną.”

Nie do końca zgadzałam się z konstatacją artykułu, że współcześnie słowa odzyskują treść i znaczenie. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem ich znaczenie zostaje świadomie przesuwane w innym kierunku przez reklamę ale też i propagandę. Znaczenie słów zostaje spłycone, dopasowane do potrzeb nie odbiorców i posługujących się nimi rozmawiających ze sobą osób, a do potrzeb biznesu.

Moje dywagacje zostały przez autora artykułu podsumowane jak bredzenie głupiej kobiety. Napisał on „Obawiam się, iż takie postrzeganie świata wiąże się poniekąd z analizą zawartą w tekście, aby akceptować wyżej wymienioną konkluzję, trzeba być aktywnym udziałowcem interaktywności. System zero – jedynkowy. powoduje obcięcie aparatu krytycznego sprowadzając analizę na jeden tylko format postrzegania rzeczywistości jako powidoków telewizyjnego młynka do mielenia ,,czekolady””. Sam styl tej wypowiedzi dowodnie oznacza degradację języka, który zatraca swą melodię, zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, nie stając się w zamian precyzyjniejszym.

Nie wytrzymałam tego bleble i odpysknęłam: „Chyba wszyscy, tak czy inaczej jesteśmy „aktywnymi udziałowcami interaktywności” i zarzut „obcięcia aparatu krytycznego” wyraża poczucie wyższości w stosunku do jednostek mniej aktywnie zarządzających swoją osobowością, ba, nawet nie zarządzającą nią w pełni świadomie. Jednak uczestniczymy w kształtowaniu języka i czasem świadomie oceniamy zmiany, co bądź by o nas nie mówiono i czego nie zarzucano, a także bez względu na to, z jakiego rodzaju słowników korzystamy.”

Moglibyśmy tak dłużej toczyć naszą dyskusję, gdyby nie dzisiejsza rozmowa z pewną młodą dziewczyną. Powiedziała mi, że czuje się nieswojo, rozmawiając z kimś twarz w twarz, zwłaszcza, gdy ktoś na nią patrzy. Zapewne do tej pory patrzyła swoim rozmówcom ekran w ekran. Przypomniała mi jakieś staroświeckie porady, że polując na tygrysy, nie wolno patrzyć im w oczy i w ogóle dzikie zwierzęta nie znoszą walki na spojrzenia. Przypomniała mi także moje młodzieńcze problemy z wytrzymywaniem wzroku innych ludzi, co rzekomo dowodziło szczerości i uczciwości.

Nie tylko język zaczął wyrażać splątanie współczesności, popadł w obsesję nie określania bezpośrednio niczego, zwłaszcza ważnego; weszło to też na spojrzenia, na dotyk i na zrozumienie. Wszystko to stało się sygnałem, nie do końca zrozumiałym i rozmytym, jak język prawników, urzędników i polityków. Świat przestał wabić skomplikowanym szaradowym wyrafinowaniem, przeobraził się w prymitywny spektakl, o nie zdefiniowanych regułach, odnoszący swój największy triumf w imprezach sportowych.

W końcu jak napisałam w pewnej dyskusji o KK i piłce nożnej, jako religiach współczesności:  „A ja sądzę, że to przemyślana strategia. Gdyby kibole nie mogli się pobić po meczach, napadaliby na spokojnych ludzi na ulicach. Gdyby kibice i ich dziewczyny nie mogły rzewnie płakać po przegranym meczu, ludzie zapomnieliby, że można z jakiegoś powodu czuć smutek. Gdyby nie te flagi, szaliki itp., ludzie zapomnieliby skąd i po co są. Gdyby nie wściekli się na mistrza Nawałkę i swoich idoli, mogliby wściec się na takiego czy innego z rządzących i zrobić jakąś rewolucję. No i wreszcie, jest to rozrywka dostępna także dla najgłupszych debili – jaką drugą znajdziecie? Uważam, że w Polsce obecnie sport jest bardziej potrzebny niż religia. Rozumieli to już starożytni, domagający się chleba i igrzysk. Gdy ich brakło, imperia upadały.”

Przykro mi, ja nie pasuję do tego świata. Dobrze, że zanim umrę, mam dostęp do wypożyczalni nr.140.

 

 

Ta świetlana postać

Odpowiadając Adze:

Irytują mnie celebryci i celebrytki. Nie ze względu na to, kim naprawdę są (wszak nic o nich nie wiem, nie znam ich osobiście), ale ze względu na to, że cała masa chłamu informacyjnego, który ich otacza, jest nie do przebrania, nie do oddzielenia ziarna od plew. Nie chce mi się w tym grzebać, jako że nie uważam, aby miało to jakikolwiek sens; i nawet, jeśli wyrobię sobie na nich uprawniony pogląd, to nic z tego nie wynika. W dodatku jakakolwiek rzucona przelotem opinia, że życie i poglądy tej osoby mnie nie interesują, wywołuje falę agresji i stanowcze żądanie, abym uzasadniła swoją opinię. A ja nie chcę jej uzasadnić, musiałabym studiować życiorys tej osoby, może ją poznać osobiście, a uważam to za stratę czasu, którego i tak nie mam zbyt wiele. Wystarczy mi, że jeśli wprowadzę do wyszukiwarki jej nazwisko i wyświetla mi się z dziesięć poddziałów typu: X partner, X wzrost, X figura, X włosy, X dokonania, nawet X Barbie itp. Może to całkiem fajna osoba, ale ja mam jej dosyć przez medialny szum, który najwyraźniej akceptuje, a nawet nim zarządza.

Czy moim obowiązkiem jest uzasadnianie każdej myśli, która przepłynie mi przez głowę, gdy dzwoni ktoś wieczorem i przerywa moje wyciszenie opowieściami, które średnio mnie interesują (zaangażowanymi oczywiście, a jakże!). Mój brak entuzjazmu dla jakiegoś pseudostrajku, o którym nic nie wiem i w który nie zamierzam się wgłębiać, prowadził akurat do tej kobiety. Niewiele o niej wiem, poza tym, że wszędzie jej pełno, aż za bardzo.

Ostatnio adoptowała dziewczynkę i wszystkie pisemka dla głupich kobieciątek, wszelkie „Pudelki” i Plotki” pełne były ochów i achów. Wówczas ona, prawdopodobnie  dla podniesienia temperatury publicznego zaangażowania, oznajmiła, iż adoptowała nie jedno, lecz kilkoro dzieci – oczywiście w egzotycznych krajach, do których daleko i w których dochód na 1 mieszkańca wynosi coś koło dolara dziennie,w  jakimś Kongo Zimbabwe, czy Burundi, z rocznym PKB około 300$. Uzasadniała to oczywiście, a potakiwacze tłumaczyli ją, że nie jest ona Angeliną Jolie, tylko lepszym jej wydaniem, bowiem nie wyrywa dzieci z tamtego środowiska, nie wtłacza im do głowy europejskich wartości…itp itd.

W sumie to fajna adopcja, podobnie jak adoptowanie śnieżnych panter, czy dzieci poczętych, gdy oznacza ona naprawdę jedynie wydatek kilku dolarów, bez obowiązków adoptującego. Nasza celebrytka nie musi czuwać nad łóżkiem dziecka, gdy choruje, nie zna, ani nie chce zapewne poznać jego języka, żeby snuć mu bajki i pocieszenie w dziecinnych zmartwieniach, nie musi mierzyć się z trudami prawdziwej adopcji. I w dodatku jest lepsza, niż jakaś obca celebrytka Angelina Jolie.

Ale wracam do mnie. Ja mam rzekomo obowiązek uzasadniać swoje zdanie na jej temat! Wokół mnie umierają lub chorują ludzie, z którymi emocjonalne związki sięgają daleko głębiej niż  z  ową celebrytką, prezentowaną przez jedną z telewizji, kobietą, która wszędzie już była, wszystko widziała i ze słodkim, wystudiowanym  uśmiechem sugeruje nam, z kogo winniśmy brać przykład. Jestem w cichej żałobie po nich, po tych, którzy dla mnie wiele znaczyli, nawet nie prywatnie,  a w tym samym czasie społeczeństwo domaga się ode mnie określenia pozytywnego stosunku do kogoś, do kogo pozytywny stosunek wymuszają media i żądaniu temu ulegają z pozoru całkiem rozsądni ludzie. W takiej wszechstronnej osobie  nie każda z kobiet znajdzie cechę, z którą się utożsamia. Jednego pociąga, że wspina się w Himalajach, innego, że adoptuje jakieś dzieci i że wygłasza jednemu z nich sentymentalne przemowy na temat zmarłego tatusia, jeszcze innemu, że ma pieski lub kotki, wreszcie komuś, że ma stanowcze zdanie na temat ochrony środowiska, nawet jeżeli specjalnie na tym się nie zna. Komuś to (jak mawiano w czasach słusznie minionych – zwisa kalafiorem). Moje zdanie na temat, które butelki lepsze: plastikowe czy szklane, nie ma najmniejszego znaczenia. Decydują o tym koncerny, a nie kupujący w sklepach. Tak jak w sprawie torebek – w co mi zapakują, w tym wezmę. Tak więc przekonywanie mnie mija się z celem. Podobnie jak reklama na skrzynce pocztowej, każąca mi powiedzieć, czy jestem za czy przeciw. Ciekawe, że nie pytali mnie, zanim nie uchwalili ustawy. Niech owa celebrytka przekona choć jeden koncern! Mnie może spokojnie sobie odpuścić.

Tymczasem celebryci/tki stali się wzorem wszechstronnym dla ludności naszego grajdołka i biada temu, kto widzi w nich jedynie osobę skutecznie zarządzającą swoim publicznym wizerunkiem, traktowanym jak osobowość. Z przykrością donoszę, że owej kobitce, którą mam na myśli, właśnie osobowości brakuje. Wszystko zresztą jedno. Gorzej, że pewna moja znajoma, skądinąd mądra kobieta, usiłuje wymusić na mnie  uzasadnienie mojego stosunku do owej celebrytki. Nie lubię jej po prostu i tyle. Im bardziej moja koleżanka na mnie naciska, tym mniej lubię tę X-Barbie.

Może na tym właśnie polega moja wolność , że mogę sobie darować opowiedzenie się po jakiejkolwiek stronie. Z czasów głębokiego PRL pamiętam, że kto  nie był z nami, ten był przeciw nam.  I dzisiaj dalej tak jest, choć niewiele osób rozumie wolność, jako nie opowiadanie się po którejkolwiek stronie. Więc przypominam:

Ten, kto stoi z boku, ma do tego prawo, a czasem widzi więcej. Szanujmy to i dajmy mu spokój. Każdy ma prawo do prywatnego świata, poza prezentowanymi przez publiczne media. Tak, jak ja mam prawo do olewania  meczów piłki nożnej i nie interesowania się tym, co piłkarze jedli na podwieczorek, a co ich żony i dziewczyny myślą o problemach swoich mężczyzn i jakości deseru.

Poeta zagubiony w wewnętrznym mroku

Niedawno w Holandii zmarł młody człowiek, świetny, choć nieznany i niedoceniony poeta, zagubiony w swoim wewnętrznym mroku, bezskutecznie balansujący na krawędzi rzeczywistości – Błażej Sędzikowski. Nie jestem pewna, czy pisał coś w ostatnich latach życia; mam tylko jego wcześniejsze wiersze, z okresu naszej znajomości. Porywała mnie zawsze melodia jego wyobraźni i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie udało mu się przebić do artystycznego świata, wszak na to w pełni zasługiwał.

Możliwe, że poezja przychodziła mu zbyt lekko, a sukces zbyt wolno; może myślał wierszami, oczekując natychmiastowego zrozumienia, a odpowiadano mu najpospolitszą prozą. Możliwe że zgubiło go miasteczko, w którym się urodził i późniejsze wojaże po Europie nie zdołały zmazać tej skazy. A ci, którzy go rozumieli, kochali jego poezje i próbowali pomóc. widać niewiele mogli, a on nie miał wystarczającej determinacji, żeby czekać. Czekać – nie wiedząc na co i nie mając żadnej pewności, że się doczeka.

...i za czym tak gonić, przed czym uciekać
przecież nie goni człowieka bezpieka
tu żadnej walki nikt z nikim nie toczy
tylko sam z sobą bój na butelki i papierosy

to wszystko już zgrane, to wszystko już było
ten sen już wielu na wylot prześniło
tych którzy wśród słów się błąkają jak dzieci
kiedyś to byli wielcy poeci

dziś już nie ważne, bo dzisiaj już nie ma
tych ekstaz, pożądań, skończony poemat
rockmeni igłami zdzierali tą płytę
po co wciąż serce szprycować mitem ?

Od młodzieńczych wierszy, śpiewnych i poetyckich, jakby stworzonych do wykonania z towarzyszeniem gitary, poprzez pesymizm okresu, gdy samorealizacja przestała być w zasięgu ręki ( nie mógł znaleźć pracy, uczęszczał m,in na kurs spawaczy) do powiewu optymizmu, gdy  stał się mężem i ojcem, jego wiersze ze szczerością i ogromną siłą sięgały  głąb wewnętrznej ciemności, która nigdy całkowicie nie znikła, aż wreszcie go pokonała.

JAK POWSTAJĄ BAŚNIE

        I tak będzie co ma być
        to co stoi będzie stać
        deszcz cichutko będzie mżyć
        a ja tobie będę grać 

        O jak pięknie pachnie maj
        kwitnie raj kwiatów tysiącem
        ty w tym raju jesteś naj
        długo nic a potem słońce 

        Ty owoców weźmiesz garść
        będę z twoich rąk je jadł
        czyż ich nektar nie jest wart
        by go ciągle Bogu kraść 

        Świtem uciekniemy w las
        po diamentach rosy
        gdzie korony drzew jak płaszcz
        jak baldachim wiecznej nocy        

        Tam aż do utraty tchu
        ścieżkami zwierząt
        pijani tajemnicą mchu
        białym winem swego ciała 

        Potem poznamy sekret wiedźm
        zioła, uroki, zaklęcia
        których magiczny karzeł strzegł
        tam gdzie kończy się tęcza 

        Nie, nie wchłonie nigdy nas
        czarna, kosmiczna pustka
        fantastyczna podróż trwa
        w dół po drugiej stronie lustra 

        Wiem maleńka, że to grzech
        lecz mnie nie nudź słów rozpaczą
        czasem trzeba skończyć źle
        żeby w ogóle móc coś zacząć 

        I tak będzie co ma być
        lecz nie zrozum mnie opacznie
        kocham ciebie co tu kryć
        właśnie tak powstają baśnie 

 

TRZEBA BYŁO ROZSTRZELAĆ POETĘ

Tamtego dnia pełnego stłuczonych butelek
na stołach, pod łóżkiem w śmietniku na dnie
mojego umysłu pęknięty bębenek
upadł potoczył się sam nie wiem gdzie

Dnia gdy uśpione puste listki tabletek
nie zamieniły mi jawy na sen
trzeba było rozstrzelać już wtedy poetę
gdy cierpieć zaczynał rozstrzelać go wiem

Tak trzeba było , już wtedy był powód
by koła żelazne mu przypiąć do nóg
albo rozpędzić widziadeł korowód
i zamiast pióra do ręki dać pług

Teraz za późno gdy skrzydła wezbrały
powietrzem gorącym jak krew wilczych serc
cierpienie minęło , lecz wiersze zostały
wielkie i straszne , trujące jak rtęć

Błażej pisał także opowiadania, a jedno z nich zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Opowiadanie w zasadzie było o śmietnikowym kocie i jego towarzyszach, polujących na kocie przysmaki, reklamowane powszechnie, choć o nie jednakowej wartości; ale w istocie dotyczyło losu outsidera i postępującego procesu uzależnienia. Miało niesłychaną siłę wyrazu, szczerość, wgląd we własny, wewnętrzny świat. Niestety, wówczas, gdy go czytałam, było nie dokończone. Kilkanaście dni temu los kota został ostatecznie zapisany i potwierdzony.

Błażeja już nie ma,  ale nie może przecisnąć się przez moje usta niestosowna w jego wypadku modlitwa” „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”. Nie wyobrażam go sobie jako kogoś, kto chciałby odpocząć…

Mam nadzieję, że ta energia, która zawsze go niosła, przywieje teraz, choć pośmiertnie, zainteresowanie jego poezją.

O nienawiści niesformalizowanej

W poprzednim odcinku pisałam o miłości, przyszedł więc czas napisać o nienawiści – dla zachowania równowagi.

Nie chcę pisać o kimś, kto nienawidził, bowiem i nie jestem w tym dobra, i nie mam do tego żadnych doświadczeń, jako ktoś, kto mimo najszczerszych chęci, nie potrafił czegoś takiego odczuwać. No może raz w życiu, gdy nienawiść mnie zaślepiła, chociaż nie była to prawdziwa nienawiść, a macierzyński instynkt obrony potomstwa raczej. Jednak zdarzało mi się, i to dość często, odczuwać lęk przed cudzą nienawiścią. Zwłaszcza, gdy jest skoncentrowana i zawieszona chwilowo w działaniu. Nie tylko ja tak mam. Dlatego napiszę o tym, co nienawiść może wywołać w znienawidzonych i w czym przetrwać w nich przez lata.

W czasie długiej, kilkunastogodzinnej podróży zachodnioeuropejskimi autostradami,
w strugach deszczu, koleżanka postanowiła się przespać w samochodzie, choć
kilkanaście minut. Zatrzymałyśmy się na przydrożnym parkingu, a ona oparła
głowę o szybę, przykryła się kurtką i zasnęła. Zadziwiająca wydawała mi się ta
jej zdolność do zasypiania i budzenia się na komendę (co zrobiła kilka razy w
czasie ponad 1000-kilometrowej podróży). Nudząc się, zrobiłam zdjęcie zalanej
deszczem szyby i jej głowy opartej o nią. Budząc się spytała:

— Czy mnie dotykałaś, gdy spałam?

Zaprzeczyłam.

— A może patrzyłaś na mnie?

Zaskoczona powiedziałam jej, że robiłam fotografię tablicy z nazwą
miejscowości, widoczną zza zalanej deszczem szyby i oczywiście tyłu jej głowy,
na pierwszym planie. Dodałam, że na pewno nikt jej na zdjęciu nie rozpozna, ale
i tak nie mam zamiaru go publikować. To tylko miał być mój wspomagacz
pamięci, rejestrator zdarzeń zbyt ulotnych, aby pozostały w części trwałej
mojego umysłu. Myliłam się. Był czymś więcej, mimo iż najważniejsza rzecz, na której mi zależało – nazwa miejscowości – znikła w strugach deszczu płynących po szybie.

Koleżanka powiedziała, że pamięć jej ciała przechowuje pewne wydarzenie, o
którym nieraz zapomina w natłoku zdarzeń i spraw jej zwykłego życia. Kiedy
już zupełnie o nim zapomni, czyjeś spojrzenie obudzi przypominanie, bowiem
od tamtego czasu źle reaguje na to, kiedy ktoś jej się przygląda, wręcz dostaje
ataku paniki. Zdarzyło się to ponad trzydzieści lat temu, gdy jej pierwszy mąż
chciał ją udusić we śnie poduszką .

Nie ma pojęcia, czy jego postanowienie zostałoby zrealizowane, gdyby się wówczas nie obudziła pod tym spojrzeniem. I tak zostało jej przez wszystkie kolejne lata życia, nawet gdy obejmujące ją spojrzenia są przyjazne lub neutralne, a nie wrogie, nawet przez sen doznaje czasem ataków paniki.

Poznali się na zabawie we wsi. Przyjechał  na nią ze swoim kolegą późniejszy jej mąż. Kolega podobał się jej bardziej, ale ona się mu tak bardzo
nie podobała – jak mówi dziś. Na złość jemu postanowiła wyjść za tego
drugiego. Z koleżanką szkolną ona, uczennica klasy maturalnej, założyła się, że wyjdzie za chłopaka w ciągu roku i wygrała zakład. Miała wówczas siedemnaście lat. Była zwykłą dziewczyną, bardzo daleką od subtelnych doznań i rozróżnień, które przyszły po wielu latach i zbliżyły nas do siebie.

Planowali, że zamieszkają z rodziną chłopaka: jego rodzicami i trzema
braćmi i dwiema siostrami, jeszcze nieżonatymi, w dużym 4-pokojowym
mieszkaniu, w bloku w mieście, gdzie teść obiecał im jeden pokój.

Tuż po ślubie  została w domu rodziców, gdzie odbywało się wesele, jeszcze przez dwa dni, żeby pomóc sprzątać, ale gdy pojawili się z mężem u teściów, okazało się,
że w ich pokoju zamieszkała siostra teściowej z mężem i wnuczką, którzy
wykorzystali okazję dla swych interesów.

Obrażeni młodzi wynajęli mieszkanie w mieście u kolegi, gdzie mieszkali
dwa lata. Skłóceni z jego rodzicami i niezbyt przychylnie widziani przez jej
rodziców, którzy oczekiwali lepszego mariażu córki, bezskutecznie oczekiwali
na dziecko. W tym czasie w ich mieście prowadzono kursy dla chętnych na
zatrudnienie w NRD, oboje więc zapisali się i postanowili wyjechać. Niemcy Wschodnie zawsze były lepsze niż nasz, polski grajdołek, w który nikt nie chciał inwestować. We wspomnianej fabryce, dla kobiet prowadzono badania sprawdzające, czy przypadkiem nie są w ciąży, a ona, która akurat w nią zaszła, oddała do analizy mocz męża i została
zakwalifikowana.

Pracowali oboje w fabryce, dobrze zarabiali, jak na ówczesne warunki, ale
mąż okazał się lekkoduchem. Spóźniał się do pracy, niedbale wykonywał swoje
zadnia. Ich brygadzistka, Niemka, bardzo ją polubiła, wspomagała,
ukrywając przewinienia jej męża, byle tylko doczekać do czasu, gdy
dziewczynie będzie przysługiwał urlop macierzyński. Należało go wziąć
miesiąc przed terminem porodu, potem przysługiwało pół roku i kobieta
wówczas powinna wrócić do pracy. W czasie urlopu nie przysługiwało jej
jednak zakwaterowanie w hotelu robotniczym, musiała więc wyjechać do
Polski.

Kiedy żona opuściła Niemcy, mąż całkiem opuścił się w pracy i w
życiu. Szlajał się gdzieś z kolegami, kilka razy opuścił pracę. Nazywano to
wówczas bumelanctwem i karano natychmiastowym zwolnieniem z pracy i
nakazem wyjazdu do kraju, co też wobec niego uczyniono bez skrupułów.

To popsuło całkowicie stosunki między nimi, ponieważ on winił ją za wszystkie swoje niepowodzenia, a zwłaszcza za to, że podjęła środki, aby się z nim rozwieść.

Właśnie wtedy doszło do opisanej na wstępie sceny. Obudzona nagłym
przeczuciem zobaczyła męża z poduszką w ręku, stojącego nad jej głową.
Dziś twierdzi, że prawdopodobnie nawet on nie wiedział, czy swój zamiar
zrealizowałby, gdyby się nie obudziła w porę; ona była jednak pewna, że o tym
myślał i obudziła ją intensywność jego myśli. Nazajutrz zgodził się na rozwód i
bez problemów wyprowadził się od jej rodziny.

Po trzydziestu latach, na parkingu przy autostradzie, moja koleżanka, mieszkanka
Zachodniej Europy, mężatka, matka dwujęzycznego dziecka, właścicielka
firmy, od wielu lat sama sterująca swoim losem, nadal budzi się w lęku pod przypadkowym moim spojrzeniem. I nadal nie jest pewna, czy gdyby się nie obudziła w czas, żyłaby do dziś.

O miłości niedopełnionej formalnie

Swego czasu, gdy uczyłam się astrologii, pisałam pracę porównawczą z zagadnień synastrii,  omawianych na przykładzie trzech par, pozostających w wieloletniej  uczuciowej bliskości, ale nie mieszkających ze sobą i nie legalizujących swoich związków. Szukałam w sytuacjach tych osób astrologicznych prawidłowości, dopatrując się rozmaitych zbieżności, jednakowoż nie odkryłam astrologicznej Ameryki i pracę tę porzuciłam. Życie dopisało swój epilog do trzech opisanych wówczas historii. Ku mojemu zdziwieniu również bardzo podobny. Dwóch mężczyzn, o których pisałam, zmarło w ubiegłym roku, jeden zaginął bez wieści.

Wszystkie trzy znam z opowieści zaangażowanych w nie kobiet, więc opisy ich  odzwierciedlają jednostronny punkt widzenia. Jakkolwiek związki te były bardzo różne, łączyło je jedno –  brak decyzji każdej ze stron, zarówno mężczyzn jak i kobiet, zresztą z różnych powodów. Chyba jednak głównie chodziło o pewien rodzaj nieufności. Dojrzali ludzie mogą się bardzo kochać, ale mogą sobie jednocześnie nie ufać. Mając wokół siebie przykłady toksycznych zawikłań i sami ich doznawszy, sparzywszy się raz lub więcej, nie chcą budować życia na sprawach ulotnych i nie zdefiniowanych.

Dziś chcę napisać o jednym z tych trzech. W tej historii, kobieta czuje głęboki żal, że nie była wystarczająco zdeterminowana, aby poznać wszystkie uwarunkowania mężczyzny i zmierzyć się z nimi. Po latach poznaje jego rodzinę, rodzeństwo, jego miejscowość i czuje, że  zaprzepaściła swoją szansę. To bardzo bolesne odczucie, gdy niczego już nie można zmienić. Czy w ogóle można było  zrobić coś wcześniej?

Koniec PRL i dwoje ludzi, Polaków pracujących w wschodnioniemieckiej fabryce, blisko granicy. Na tyle blisko, że dzieckiem kobiety  w czasie jej zmianowej pracy opiekuje się kobieta po polskiej stronie granicy.  Tak jest taniej i wygodniej. Gdy matka ma nocną zmianę, dziecko nocuje u opiekunki. Kochankowie mieszkają razem, kochają się, niczego nie planują. Przychodzi stan wojenny. Matka zostaje po jednej stronie granicy, dziecko po drugiej Opiekunka odwozi dziecko do babci w drugim końcu Polski, ale jednocześnie do tamtej, starej już kobiety, wprowadza się były mąż mojej bohaterki pod pozorem opieki nad porzuconym dzieckiem. Żyje na koszt babci, pije i rozrabia, nikt nie daje rady go wygonić.

Kobieta czuje, że musi wracać. Na mocy jakiegoś porozumienia między państwami po  roku czy dwóch powstaje taka możliwość dla rozdzielonych rodzin, tyle że jest to wyjazd w jedną stronę. Nie ma powrotu. Żaden plan tej pary, gdyby nawet go sporządzali, nie ma sensu, wszak nie mają wpływu na wydarzenia polityczne, umowy międzypaństwowe, a żadne z nich nie ma pojęcia, jak w Polsce teraz jest. Stan wojenny – nie brzmi to specjalnie przyjaźnie. Sami nie byli siebie pewni, wszak on powtarzał jej, że nigdy się nie ożeni.

Pewna kobieta napisała mu, że będzie miała jego dziecko i dla niej to było pretekstem żeby zerwać. Uważała, że lepiej rozstawać się z hukiem i trzaskiem, palić za sobą mosty. Może miała taką wizję końca związków. On niczego nie deklarował, ale raczej nie chciał wracać.

Minęły lata, a ona nie mogła zapomnieć. W zmiennych kolejach losu on był zawsze dla niej światełkiem. Dzwonili do siebie czasem, kilka razy spotkali się gdzieś w Polsce w jakimś hotelu. Niewiele wiedziała o nim i o jego życiu, wiedziała, że zamieszkał z matką dziecka, że choruje, że nie ożenił się. Mieszkał w małej miejscowości, gdzie przebywało także jego dość liczne rodzeństwo i krewni, więc omijała tę miejscowość dużym łukiem. Nigdy nie uległa pokusie zajechania tam i rozejrzenia się dookoła, choć najkrótsza droga samochodem do granicy wiodła tamtędy. Ona zawsze nadkładała kilometry do autostrady.

Ją gnało po świecie za zarobkiem. W rodzinnej miejscowości budowała dom dla syna, którego zostawiła i któremu chciała wynagrodzić brak matki w pierwszych latach jego życia. Potem dom dla syna stał się domem dla syna i synowej i ich dzieci. Więc rozbudowywała go wzdłuż i wszerz (a nawet w głąb), żeby mieć gdzie powrócić na stare lata.

Wciąż była jednak młoda, wyszła za mąż po raz kolejny, pracowała ciężko, urodziła następne dzieci, osiadła z mężem gdzie indziej. Małżeństwo nie było specjalnie udane ani specjalnie nieudane, jak większość. Ale ona pragnęła zostać kolejny raz matką i obiecywała sobie, że temu dziecku da wszystko, czego nie mogła dać tamtemu. A lat jej przybywało. Tylko nie mogła zapomnieć o nim.

Czasami, gdy było jej źle, dzwoniła do niego lub wysyłała sms o uzgodnionej treści. Bała się, że jego choroba postępuje, ponieważ nie odbierał telefonu od pół roku. Pocieszała się, że może zmienił numer i zapomniał, że jej go nie dał.

Kiedyś przy okazji jakiejś rodzinnej imprezy namówiła przyjaciółkę, żeby zadzwoniła pod jego numer i o dziwo, odezwał się kobiecy głos. Rezolutna przyjaciółka poprosiła do telefonu pana… Na to kobiecy głos odpalił grubiańsko: „Rozkłada się w grobie, zapewne mocno śmierdzi i nie chciałaby pani mieć z nim kontaktu”. Dziewczyny upiły się na smutno, ale wówczas moja bohaterka podjęła decyzję, że musi znaleźć jego grób i pomodlić się na nim.

Tym razem nie pojechała autostradą, ale przez jego miejscowość. Na cmentarzu szukała jego grobu, lecz nie potrafiła znaleźć. Czekając na księdza w biurze cmentarza zagadnęła inną, też czekającą kobietę, czy może znała niedawno zmarłego… Tak poznała jedną z jego sióstr. Bardzo szybko poczuły wzajemną przyjaźń. Dowiedziała się też, że jego rzekomy związek w istocie nie był od lat prawdziwym związkiem, jego córka nie była jego córką, a rodzina wiedziała o jej istnieniu, nie wiedziała tylko kim jest. On był człowiekiem bardzo skrytym, preferującym rzeczy stałe i niezmienne. Kiedy do czegoś się przyzwyczaił, niełatwo mu było takie przyzwyczajenie zmienić.Wiele lat wcześniej postanowił, że się nie ożeni i nie uczynił tego, mimo iż mieszkająca z nim kobieta robiła na początku wiele starań w tym kierunku. Nie było też pewne, że ożeniłby się z moją bohaterką, choć niewątpliwie ją kochał.

Moja bohaterka, możliwie że na fali życiowych trudności i niewielkiej satysfakcji ze swojego życia, uznała, że ogromnym życiowym błędem był brak prób nawiązania z nim stałego związku. Wszak oprócz niego była też jego rodzina, siostry i bracia, z którymi od razu, ale zbyt późno poczuła się, jak z własną rodziną. On dla niej był zawsze pocieszeniem – że jest – gdy los nie był dla niej łaskawy i czuła się szczęśliwa, że w ogóle ma do kogo biec myślami. Dopiero teraz uznała, że światełko było błędnym ognikiem i uwierzyła, że miała swoją szansę, którą straciła. Ja nie byłabym tego taka pewna.

Miłośnikom astrologii dodam, iż jego Słońce i parę innych planet było w ścisłej koniunkcji z jej Neptunem. W aspektach ich planet jest kilka kwadratur, a w ogóle brakowało sekstyli – które świadczą o zwykłej, codziennej, współpracy, wspólnie podjętych życiowych wyzwaniach, owocnych, ale bez fajerwerków. Czy taki związek ma w ogóle jakąś szansę? Neptun rozmywa granice, nakłania do tego, żeby błądzić, jest łagodnym oszustem, łasym na kobiece uczucia. To nie może się dobrze skończyć.

Ich romans nie miał prawa być czymś więcej, niż złudzeniem, choć najpiękniejszym złudzeniem jej życia. Jak morze piasku. Niby morze, a nie morze.