Dojrzewanie

Kiedy patrzę na swoje fotografie z czasów, gdy miałam 10 – 11 lat, sama siebie nie poznaję. Ze zdjęcia spogląda na mnie dziewczynka o miłej buzi i oczach pełnych światła i nadziei, pogodna i oczekująca wszystkiego najlepszego od życia. Na czole jeszcze nie ma zmarszczek, nie ma ich także w kącikach ust, tych rysów dojrzałej kobiety, ale nie to świadczy o sprawianym wrażeniu. Oczy dziewczynki są spokojne i pogodne, nawet wtedy, gdy na ustach nie ma uśmiechu. (Powyżej zdjęcie z roku 1952 poprawione dzięki Ewie Zofii Wojtasik, pochodzące z próbnej serii na tzw. gazetowym papierze, autorstwa Zofii Nasierowskiej, która wówczas jeszcze jako nastolatka, praktykowała w zakładzie fotograficznym swego ojca przy ul. Cegłowskiej na Bielanach. Już w tamtym czasie mówiono w okolicy, że córka prześcignie ojca).

Jakże inaczej siebie wspominam! Wydaje mi się, że od zawsze byłam zbuntowana, zniechęcona do świata, pełna poczucia niesprawiedliwości panującej wokół, rozgoryczona i zniesmaczona. Przypominam sobie dokładnie, że w wieku 12 lat moje niezadowolenie z życia było tak wielkie, że zaczęłam szukać odpowiedzi w dorosłych lekturach dotyczących poważnych spraw, nie na mój wiek; w książkach podkradanych z biblioteczki mojego ojca, gdy zapomniał przekręcić kluczyk w drzwiczkach. Trafiłam m.in na książki popularnonaukowe, przybliżające filozofię i niektóre z prezentowanych poglądów bardzo mi odpowiadały. Do dziś pamiętam ogromne wrażenie, jakie wywarła na mnie jaskinia Platona, w której dosłowność bardziej uwierzyłam, niż w brzmiące równie nieprawdopodobnie wszystkie opowieści szkolnej katechetki. Czytałam także opisy podróży oraz opasłe dzieło o rewolucji francuskiej, pełne potwornych ilustracji z gilotynowania, z zabójstwa dokonanego przez Karolinę Corday na Maracie leżącym w wannie i tam prowadzącym jakieś zapiski (nie ukrywam, że głównie ze względu na urodę morderczyni i jej piękną suknię) i niemniej okrutnych informacji zawartych w tekście. Wnioskowałam po dziecinnemu: Charlotte Corday zabija Marata, Robespierre stosuje terror, a ktoś, kto ma tyle “R” w nazwisku, musi z natury rzeczy ten terror stosować i od niego ginąć. Świat jest przewidywalny, jeśli umie się wyciągać wnioski z cieni na ścianach jaskini, w której nas zamknięto, odnajdziemy prawa, które nami rządzą.

Usiłowałam rozmawiać o tym z koleżankami szkolnymi, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Nikogo wokół mnie, a także rodziców, sprawy te nie interesowały.Jak się nie złościli na mnie, ani nie opędzali od moich pytań,  to tłumaczyli, że mają dość własnych przeżyć wojennych, żeby myśleć jeszcze o cudzych, przebrzmiałych, zagranicznych strachach. Może jako dziecko, byłam w tym dążeniu do wyjaśniania spraw interesujących mnie zbytnio natarczywa, ale tak czy inaczej, zniechęciłam do siebie całe otoczenie.

Odkrywszy literaturę piękną, zorientowałam się, że wiele z problemów, które mnie drążyły, uwierało  także pisarzy i że niektórzy z nich mieli na to gotowe odpowiedzi. W dodatku literackim punktem wyjścia często były drobne na pozór, codzienne sprawy, bliskie wszystkim, niekoniecznie wielkie, historyczne problemy. Miałam nadzieję, że czytajac książki, natrafię na odpowiedź przeznaczoną właśnie dla mnie, czekającą i gotową.

Dominującym moim uczuciem w tamtych czasach był lęk i niepokój, ponieważ nie miałam poczucia bezpieczeństwa. Spowodowane to było z jednej strony opowieściami dorosłych o wojnie, ówczesną propagandą, grożącą wojną atomową, wspomnianymi lekturami, zwłaszcza tą dotyczącą rewolucji francuskiej, ale także sytuacją mieszkaniową mojej rodziny. Żeby o niej napisać, muszę wrócić do czasów sprzed wojny, gdy miała początek. 

W nieistniejącym dziś domu przy ulicy Lesznowolskiej sześć, wybudowanym w roku 1936 jako domek letniskowy z kilkoma innymi na tej ulicy, stanowiącymi plon konkursu architektonicznego, mieszkał właściciel ze swoją służącą. Był to dom o konstrukcji drewnianej z zewnątrz tylko otynkowany, z dużym ogrodem. Kiedy wybuchła wojna, właściciel wyjechał za granicę, zostawiając służącą na straży dobytku wyniesionego na strych i zabitego deskami. Kobietę tę los rzucał w różne miejsca kraju, tak że dom stał długo opuszczony. Po wojnie i Powstaniu Warszawskim (spędzonym przez moją mamę w piwnicy przygodnego domu) moi rodzice wrócili do Warszawy, gdzie utracili swoje mieszkanie przy Alei Szucha, z którego wykwaterowano ich po utworzeniu tam dzielnicy niemieckiej. W ramach rozdzielania powracającym mieszkań przez Urząd  Kwaterunkowy, przydzielono nam ów domek na Bielanach. Mieszkaliśmy tam spokojnie przez lata, do czasu, kiedy dekretem Bieruta przywrócono własność domów jednorodzinnych ich właścicielom lub spadkobiercom (co analogicznie stało się znacznie później z domami wielorodzinnymi, tzw. kamienicami). Wówczas pojawiła się rzekoma właścicielka naszego domu. Na mocy sfałszowanego testamentu właściciela przez zmanipulowane działaniami adwokata władze, została orzeczona jego spadkobierczynią. Wiem to na pewno, bowiem po latach okazało się, że była to grupa zorganizowana, wyłudzająca domy. W jej skład wchodziły władze dzielnicy, adwokaci i inne osoby, ale już wówczas nasz dom nie istniał, sprzedany komuś, rozebrany, z dużym ogrodem wyciętym i podzielonym na mniejsze działki budowlane.

Najpierw władze tzw. “kwaterunku”  domeldowały tę kobietę do nas wykozystując fakt, że nasz ojciec wyprowadził się i wymeldował. W tamtych czasach wzorem ZSRR często domeldowaywano do większych mieszkań zupełnie obce osoby.  Zamieszkała ona w przedzielonym na pół pokoju na parterze domu, właściwie pełniącym rolę holu (z dwoma wejściami bezpośrednio z dworu) z prawem dostępu do kuchni. Nam pozostały dwie sypialnie i łazienka na piętrze. Nowa właścicielka rozpoczęła proces nękania nas różnymi sposobami. Miało to na celu wykwaterowanie nas z domu, albo zmuszenie do dobrowolnej wyprowadzki. Bez ojca moja mama była dość nieporadna i schorowana, żeby podjąć jakąś pracę i załatwić inne lokum, choć i tak udało się jej uchronić nas przed najgorszym – wykwaterowaniem do drewnianych baraków na Młocinach bez wygód, tj wody, elektryczności z wygódką stojącą za domem.

Właścicielka przesuwała codziennie ściankę działową z płyty paździerzowej, ograniczając nasz kawałek pokoju do czasu, aż został tylko wąski kawałek pełniący rolę korytarzyka, prowadzącego do drzwi wejściowych. Z czystej złośliwości wyrywała nasze kwiaty, moje piękne floksy, okalające dróżkę do furtki, przycinała gałęzie i karczowała krzaki. Dom był skanalizowany i miał bieżącą wodę, ale ona wolała nieczystości wylewać przed naszymi drzwiami. Była starą kobietą, ale nie przeszkadzało jej to zogniskować całe swoje życie wokół pozbycia się nas. 

Ówczesne przepisy prawa przewidywały dwa rodzaje eksmisji. Żadna z nich nie gwarantowała powrotu do mieszkania podlegającego wykwaterowaniu, chociaż jedna z nich, celem przeprowadzenia remontu kapitalnego, zobowiązywała właściciela w przyszłości do przydziału mieszkania równorzędnego, mimo że dozwalała “czasowe” wykwaterowanie do tzw. „pomieszczenia zastępczego”, bez żadnych wygód i przydział miejsca na dobytek w magazynach. To nie było rozwiązanie wygodne dla właściciela, bo wymagało nakładów na mieszkanie dla lokatorów. Drugim rozwiązaniem było udowodnienie, że wykwaterowanie dotyczy rodziny patologicznej, jak dziś się mówi, obciążonej wyrokiem sądowym. Długi czas nie udawała się jej  eksmisja, ponieważ nasza mama była schorowana i lekarze wykluczali takie działanie, wystawiając stosowne zaświadczenia lub zabierając ją do szpitala. Tak upłynęło kilka lat, aż wróciliśmy z mężem z delegacji z dziećmi. 

Rozwieszanie pieluch na ogródku i pewien incydent z pieluchami dał początek wydarzeniom, które miały bardzo poważny wpływ na przyszłe moje życie, na poczucie bezpieczeństwa i na poszukiwanie swojego miejsca, którego nikt nie zakwestionuje. 

Pewnego ładnego dnia powiesiłam pranie na ogródku, a ponieważ było bardzo ciepło, wystawiłam wózek z dziećmi na dwór pod drzewa, gdzie panował miły półcień i gdzie lubiły śledzić wzrokiem poruszane wiatrem gałązki. Dzieci słodko spały, więc postanowiłam na chwilę wyskoczyć na róg ulicy do sklepu. Trwało to krótko, ponieważ całą drogę przebyłam biegiem, ale w ciągu tych kilkunastu minut wszystko się zmieniło. 

Ktoś pozrywał w sznurki z pieluchami i wywrócił wózek z dziećmi w kałużę błota, powstałą po deszczu. Schwyciłam dzieci na ręce i zaniosłam do mieszkania, otuliłam je w kocyki i wybiegłam zbierać pieluchy. Wtedy zobaczyłam ową babę i zaczęłam się na nią wydzierać. Ona na to, że ma gości z Czechosłowacji, którym pozwoliła rozbić namiot na JEJ ogródku i że widok widok pieluch tym gościom przeszkadza. Istotnie, zauważyłam rozbity namiot oraz kilku mężczyzn popijających piwo przed nim. Mężczyźni ci zaczęli mi wygrażać, a baba rzuciła się na mnie i mimo że była  staruszką, zdarła mi okulary z twarzy i rozorała paznokciami policzek. Pozbawiona okularów zobaczyłam mgłę i kompletnie straciłam panowanie nad sobą. Rzuciłam się do niej i zaczęłam ją dusić. Wtedy pojawił się mój mąż i odciągnął mnie od tej staruszki, ratując tym chyba jej życie, ponieważ bez tej interwencji pewnie bym jej zrobiła krzywdę. To był odruch biologiczny każdej suki broniącej swego miotu przed drapieżnikiem.

Kobieta ta na policji, którą wezwano, oskarżyła nie mnie, a mojego męża, że ją pobił, A tak zwani turyści byli świadkami. Nie oskarżyła mnie, chociaż to ja byłam winna, do czego zresztą przyznałam się policjantom, ponieważ byłoby to mało wiarygodne, że ktoś kto waży zaledwie 40 parę kilogramów może zaszkodzić nieco ciężej osobie. W wyniku tego oskarżenia, w trybie doraźnym, w jakim wtedy rozpatrywano sprawy o chuligaństwo, mój mąż został skazany na grzywnę. Od wyroku tego tak zwanego sądu społecznego, bowiem nie uczestniczył w nim ani sędzia ani adwokat, a jedynie tzw. “czynnik społeczny”, można było się odwołać do normalnego sądu, ale nie mieliśmy wystarczającej kwoty pieniędzy żeby odwołanie takie wnieść. Mąż  więc nie nadał sprawie dalszego biegu, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyrok ten stanie się podstawą natychmiastowej eksmisji nas z domu, jako osób  aspołecznych i karanych. Wówczas jednak na odwołanie było już za późno.

Całe następne lata to walka na uniki o to, by znaleźć swoje miejsce do życia i mieszkania do czasu, aż otrzymamy mieszkanie spółdzielcze. To chodzenie i jęczenie po różnych urzędach, to pasmo upokorzeń doznawanych od rozmaitych urzędników, których podstawowym argumentem było, że skoro się nieodpowiedzialnie narobiło dzieci, to trzeba teraz wziąć na siebie za nie odpowiedzialność. Ten stan zawieszenia odcisnął się bardzo silnie na mnie i na rodzinie.

Moje dojrzewanie skończyło się wraz z odejściem ojca i dokwaterowaniem właścicielki. Poznałam wówczas całą paletę kłamstw, jakie można bezkarnie stosować w życiu społecznym, jak prawo pomaga kłamcom, a szkodzi tym, którzy nie mają żadnego wsparcia, jak może układać się między kobietą a mężczyzną intymne życie wyciągane w sądach przy sprawach rozwodowych, jak polityka wpływa na bieg spraw prywatnych, W następnycjh latach już moje fotografie prezentują zupełnie inną osobę, a moje spojrzenie utraciło dziecinną świetlistość, tak pięknie ukazaną przez Zofię Nasierowską.

Szkolniaki

Na fotografii: Rok 1947 Kasia w I klasie szkoły podstawowej (zdjęcie z próbnej odbitki, mało czytelne, poprawione przez Ewę Zofię Wojtasik) Fartuszek z podszewki i tornister z tektury, kwiaty przy których stoję, to moje ulubione floksy

Kolejnym, po niemowlęcym i wczesnodziecinnym etapie życia dziecka jest czas pójścia do szkoły. Cofnę się tutaj wiele lat wstecz, do roku tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego, kiedy w wieku pięciu lat i dziewięciu miesięcy zostałam przyjęta do pierwszej klasy szkoły podstawowej.

Jak wyglądały wówczas szkolne klasy? Nie było stołów, tylko ławki z litego drewna z lekko nachylonymi pulpitami i tzw. kasetkami pod spodem, do których wkładało się książki i zeszyty. Szkolne meble musiały być solidne, żeby wytrzymać najrozmaitsze pomysły ówczesnych dzieci, które nie były tak spokojne i dobrze wychowane, jak dzisiejsze. W okresie powojennym wszyscy szaleli, a zwłaszcza dzieci, co na razie ułamkowo znamy z okresów poluzowania zakazów w czasie panademii.

Ławki malowano na zielony lub czarny kolor, farbą ponoć dziecioodporną, co nie zmieniało faktu, że te nożem i szpikulcami od cyrkli wyrzynały na nich najrozmaitsze wzory i napisy. Szkolna ławka i szkolna ubikacja były wówczas czymś w rodzaju muru, postawionego tylko po to, aby dziecko mogło wyładowywać na niej swoją energię, a zwłaszcza jej nadmiar. Napisy na ławkach zamalowywano tylko raz w roku, podobnie jak raz w roku kupowano dzieciom tekturowe tornistry, które były przeznaczone dla uczniów na dźwiganie książek i szkolnych przyborów. Na zdjęciu ja mam na plecach taki tornister. Teczki pozwalano nosić uczniom dopiero w starszych klasach. Nie muszę dodawać, że niewygodne teczki były jednak przez dzieci dobrem upragnionym.

Ławkę zaopatrzono w otwór, wydrążony celem wstawiania doń szklanego kałamarza. Do kałamarza tego pani woźna szkolna każdego ranka nalewała stosowną ilość atramentu; na tyle dużo, żeby wystarczyło dziecku do końca dnia, a na tyle mało, żeby nie zostawało dzieciom do zabawy i wychlapywania, chociaż atrament wlewano do kałamarzy dopiero w starszych klasach, chyba od trzeciej wzwyż. 

Oczywiście w tamtych czasach nie było długopisów; w niższych klasach pisano ołówkiem, a tylko czasem pozwalano na używanie ołówka kopiowego, który zamoczony (albo pośliniony) dawał fioletowy kolor i mimo rozmazywania, nie dawał się wytrzeć gumką. Pozwolenie na użycie ołówka kopiowego, a potem pióra i atramentu, podobnie jak zamiana tornistra na teczkę stanowiło pewien ważny etap dojrzewania w życiorysie szkolnika. O ile dobrze pamiętam następowało to w III klasie.

Szkolne ławki, od strony nauczyciela, (któremu przysługiwało biurko, czasami na podwyższeniu), były mniejsze od tych, które znajdowały się na końcu klasy. Takie odróżnienie wielkości ławek było konieczne, ponieważ w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym do klas pierwszych uczęszczały także dzieci, a właściwie prawie dorośli tzw. “przerośnięci”, którym wojna przeszkodziła w nauce czytania i pisania. W mojej klasie na ostatniej ławce siedziało dwóch wąsatych chłopców/mężczyzn, którzy podobno przyszli do szkoły z partyzantki. W ostatnich ławkach sadzano także dzieci, które nazywano określeniem dziś mocno uwłaczającym, ale zwyczajnym wówczas – “kalekami” albo opóźnionymi w rozwoju  (umysłowym lub ruchowych albo innym), po to, żeby nie przeszkadzały innym dzieciom, jeśli nawet nie były w stanie niczego się nauczyć.

Za moich czasów pamiętam jeszcze innych lokatorów ostatnich ławek oprócz “partyzantów”, także grubego i wielkiego chłopca, który prawie nic nie mówił oraz dziewczynkę, jak najbardziej wygadaną i złośliwą, ofiarę choroby heine medina, z uschniętą jedną nogą, ujętą w szynę i specjalny but ortopedyczny. Nazywała się Ada I miała kłopoty ze wstawaniem, dlatego więc posadzono ją w ostatniej ławce, żeby nie przeszkadzała innym dzieciom i/albo żeby inne dzieci nie przeszkadzały jej. Ady nikt nie lubił, ponieważ była bardzo niemiła w stosunku do reszty dzieci w klasie. Dzisiaj na takie osoby patrzymy w inny sposób; zdajemy sobie sprawę, że ich nieprzyjazność w kontaktach z otoczeniem wzięła się z  stosunku otoczenia do niej i innych “kalek”. Zajmowanie ławek z tyłu stanowiło pewną degradację w hierarchii dzieci i Ada, choć wysoka w stosunku do innych, zapewne to odczuwała.

Do grona kalek zaliczano także mnie, ponieważ byłam leworęczna. Siedziałam po środku rzędu,  zazwyczaj sama w ławce, ponieważ pisząc, trącałam łokciem sąsiadkę. Muszę dodać, że dziewczynki siedziały zawsze z dziewczynkami, a chłopcy z chłopcami. Nasza pani wychowawczyni tylko za karę sadzała czasem dziewczynkę z chłopcem w jednej ławce i był to największy wstyd, jaki mógł dotknąć delikwenów. Ponieważ obok mnie było zazwyczaj wolne miejsce, sadzano tam często chłopców za karę. Powodowało to dużą nieprzyjaźń między nami oraz często rękoczyny z ich strony. Niestety, uderzona przez kogoś, nie potrafiłam mu oddać mimo nauk mojego taty oraz napomknień wychowawczyni. Śmiano się ze mnie, że zamykam oczy, podnoszę pięść i wołam: uciekaj bo mam zamiar cię uderzyć.

W szkole nie było szatni; wieszaki na ubrania stały wzdłuż jednej ze ścian klasy. Najczęściej był to długi na całą szerokość sali stojak z dwiema poprzecznymi belkami – górną, przeznaczoną na czapki i worki z butami, dolną na płaszcze dziewczynek i kurtki chłopców (dziewczynki wówczas nie nosiły kurtek).

W workach noszono kapcie do szkoły, a potem wkładano do nich buty, często brudne i zabłocone. Częste bójki między dziećmi na przerwach odbywały się czasami z użyciem  worków, których uderzenia były bardzo bolesne, a czasem zostawiały ubłocone ślady na fartuszkach (nosiły je zarówno dziewczynki, jak i chłopcy).

W szkole obowiązywało noszenie fartuszków, zarówno dziewczynki jak i chłopców. Szyto je z najtańszego, granatowego materiału podszewkowego i zazwyczaj robiły to matki, bo tak wychodziło taniej, ale nie zawsze dawało dobry rezultat. Dokupywano do nich tylko białe kołnierzyki, które zmieniano co dzień i które dzieci same prały i prasowały. Pod koniec roku nitki w tych fartuszkach były powyciągane a same fartuszki zmechacone i przetarte w wielu miejscach. Żadne z dzieci ich nie lubiło.

Ze mną do szkoły chodziły dzieci, dziewczynki pochodzące z rodzin przybyłych w ramach repatriacji z terenów b. Związku Radzieckiego, gdzie dzieci nosiły fartuszki białe, z falbankami, podobne do fartuszków kelnerek czy pokojówek. Ta odmienność, jak i sposób mówienia odróżniało te dzieci od pozostałych, co miało wpływ na to, że im dokuczano. Po miesiącu czy dwóch, zazwyczaj ich rodzice wystarali się o nasze, polskie brzydkie fartuszki, a dzięki temu reszta dzieci przestała je wyśmiewać. Język w tym przypadku stanowił mniejszą przeszkodę w integracji niż fartuszki.

Szkolnych stresów było dużo. Od razu na myśl przychodzą mi: wizyta u dentystki szkolnej, lekcje religii z katechetką, która lubiła bić dzieci linijką po łapach – nie po spodniej części, a po wierzchniej, bardziej unerwionej, wizyta u szkolnej higienistki, sprawdzającej, czy dziecko nie ma wszy oraz podającej raz w tygodniu całym klasom na tej samej łyżce tran. 

Zacznę od dentystki. Jej pomocnica przychodziła do klasy na lekcje i wywoływała delikwenta. W tamtych czasach wiertła do borowania zębów nie były elektryczne, a na pedał, który dentystka przyciskała z różną siłą i w różnym tempie. Stanowiło to dodatkową udrękę dla dziecka, ponieważ ból w borowanym zębie zwiększał się i przygasał w rytm ruchów dentystki. W sprawach higieny dodam jeszcze, że płukało się buzię wodą z tej samej szklanki, z rozpuszczonymi w niej kalii hipermanganicum, fioletowymi kryształkami, których używano także do mycia odwrotnej strony ciała dziewczynki. Zużyty roztwór zmieniał piękny, fioletowy kolor na brzydki brązowy, po czym poznawano, że jest „brudny”

Jeżeli jesteśmy już przy higienie, to zajmę się innym stresem z powodu higienistki. Mieszkałam w Warszawie, dużym mieście, której mieszkańcy większości byli osobami niedawno powracającymi z różnych miejsc Polski i świata. Wiele dzieci miało wszy i ich przede wszystkim szukała higienistka. U mnie w domu mówiło się, że wszy mają osoby, które nie przestrzegają higieny, ale sprawa nie była tak prosta. Często wszy miały dzieci przyjaźniące się z innymi, rozmawiające ze sobą bez zachowania dystansu, szepczące z ucha na ucho do siebie na lekcjach. Jednak odkrycie wszy u dziecka na głowie było bardzo stresujące. Po pierwsze wszyscy z takiego dziecka wyśmiewali się, po drugie czekała go nieprzyjemna część wizyty higienistki. Na głowę dziecka wylewano mnóstwo śmierdzącego płynu zwanego “sabadylą” i zawijano ją w ręcznik. Z tym ręcznikiem na głowie należało siedzieć do końca lekcji, a więc cała szkoła, nie tylko klasa, wiedziała, kto ma wszy w tym dniu. Był to ogromny wstyd, a w dodatku wracało się do domu z głową owiniętą ręcznikiem i każdy przechodzień na ulicy mógł się domyślić dlaczego dziecko ze szkoły wraca z ręcznikiem na głowie. Jednak w rodzinach wcale nie było lepiej – zazwyczaj golono dziecku głowę “na łyso” zarówno chłopcom jak i dziewczynkom. Ja raz miałam wszy, ale na szczęście moja mama nie poszła po linii najmniejszego oporu i pracowicie wyłuskała wszystkie wszy i gnidy z moich włosów po struciu robactwa, tak że nikt o tym nie wiedział. Przyjaciółka, od której złapałam robactwo, miała gorzej, bo hodowała sobie długie warkocze, ale także jej mama nie obcięła włosów, tylko iskała ją przez kilka dni, nie posyłając do szkoły pod pozorem choroby.

Higienistka była także szafarką ohydnego, śmierdzącego tranu; jak podejrzewam dziś, stojącego zbyt długo i przez to zjełczałego. Czasami trafiał się świeży tran i wówczas jego przełykanie nie było takie odrażające. Tran podawano dzieciom z jednej łyżki, widelcem nabijano kawałek chleba lub trochę kwaszonej kapusty, przygotowanej wcześniej na talerzu i wyjętej ze stołówkowej beczki. Chleb nie pomagał na wstręt związany z piciem tranu, kiszona kapusta była znacznie lepsza, im kwaśniejsza I starsza, tym lepiej maskowała smak. Dzieciom tłumaczono, że to wszystko po to, żeby nie zachorowały na krzywicę, na którą w owych czasach chorowało sporo dzieci. W szkole łatwo było je rozpoznać po krzywych nogach, tzn. jak to nazywano “na beczce prostowanych”. Koleżanki i koledzy z klasy byli dobrym przykładem dla tych, którym tran nie smakował i w których musiano go wmuszać przemocą. 

Przemoc polegała na przytrzymaniu głowy dziecka I zatkaniu jego nosa oraz wlaniu płynu do buzi. Z dzisiejszego punktu widzenia może się to wydawać czymś obrzydliwym, jednak wówczas, w czasach gdy dzieci za karę klęczały w kącie klasy lub stały przez całą lekcje i od czasu do czasu szarpano je za uszy, było czymś zwyczajnym, nie wartym zwracania szczególnej uwagi.

Napisałam, że z dzisiejszego punktu widzenia jest ta przemoc szokująca, ale przecież była w jakiś sposób uzasadniona. Prozdrowotna edukacja społeczeństwa była nikła i pełna przesądów, a istotnie brak witaminy D w diecie dzieci w okresie wojny powodował liczne schorzenia, między innymi tak zwaną krzywicę. Dzisiaj o takiej jednostce chorobowej nikt nie słyszał, choć znamy szkorbut wynikły z braku witaminy C, ale raczej z powieści o piratach i długich morskich wyprawach. Czyż więc lepiej nie było przymuszać dzieci do łykania świństwa z jednej łyżki dla całej klasy, czy też pogodzić się z kolejnymi dziećmi o krzywych nogach i innych dolegliwościach? 

Kiedy wydaje nam się, że jest to tylko historia, która nie powróci, musimy zmierzyć się z koniecznością szczepień przeciw nowej pandemii. Na razie szczepi się wyłącznie ochotników, ale co będzie z resztą ludzi niechętnych, jeżeli poziom wyszczepienia nie osiągnie magicznych 70% populacji, a więc nie zabezpieczy pozostałej części przed chorobą? Czy i jakiej przemocy można i trzeba będzie użyć i na ile będzie ona uzasadniona? Dla dobra wszystkich, oczywiście. Ze szczepieniami w tamtych latach nie mieliśmy żadnego kłopotu, nikt ich nie kwestionował, ale to tylko dlatego, że wszyscy znali śmiertelne skutki wielu dziecinnych chorób, o których dzisiaj mówi się z lekceważeniem, bowiem w młodszych pokoleniach nikt nie znał człowieka na nie chorującego, jednocześnie bojąc się skutków koronawirusa. Zadziwiająca niekonsekwencja! Nasze zachowania stadne nadal są prymitywne i nieoczekiwane. Zdawać się może, że ludzkość jako całość nie uczy się na własnych błędach.

Poniżej: zdjęcie mojej I klasy (beze mnie)