Z „Pudelka” jestem

Powiedziano mi ostatnio, że z „Pudelka” jestem. Problem w tym, że nie udowodniono mi, dlaczego niby taka jestem. Tak kończą się dyskusje teoretyków z praktykami – gdy kogoś poniesie złość i zbyt osobiście traktuje odmienne zdanie w dyskusji, kończy się na argumentach ad personam.

Rzecz poszła o kilka spornych spraw różnego gatunku i ciężaru, koncentrujących się wokół trzech problemów, rozpalających społeczne emocje: exodusu Żydów z Polski w 1968 r., zagłady Żydów na Podlasiu w czasie II wojny światowej oraz problemu Wołynia. Ten ostatni służyć miał ekspozycji tezy, że nie do końca istnieją wiarygodne źródła pisane (bardzo często zaś nie istnieją w ogóle) w związku z tym historycy, nawet rzetelni, nie zawsze dysponują dokumentacją uzasadniającą ich tezy. Nie każdemu naukowcowi miejscowy opowie o wstydliwych zachowaniach swoich przodków; trzeba lat, aby zdobyć zaufanie i usłyszeć ich wersje wypadków.

Ale zacznę od początku. Wspomniałam, że jako pracownica Rady Narodowej w Gdańsku, w roku 1968 dowiedziałam się o masowym wyjeździe Żydów z Polski prawie z dnia na dzień. Nie zauważałam wcześniej jakiejś zmasowanej akcji przeciwko Żydom, aż nagle akcja ta wystartowała z niesłychaną siłą: odgrzewanych dowcipów, inwektyw i pomówień. Pech chciał, że załatwiałam z jakąś osobą o charakterystycznym nazwisku – nigdy nad tym się wcześniej nie zastanawiałam – sprawy służbowe i pewnego dnia, zamiast grzecznych zapewnień, że pani ta zajmie się sprawą, kiedy będzie miała czas, usłyszałam, że nie mam co liczyć, że w ogóle się do mnie odezwie, (w atmosferze śmichów-chichów), jako że musiałabym szukać jej w Izraelu.

To były czasy głębokiego PRL i nic nie działo się bez przyczyny. Intuicyjnie ludzie mojego pokolenia wyczuwali, że taka czy inna akcja ma aprobatę władzy, głównie po tym, jak szybko działało coś (przypominam nie była to epoka internetu a telewizja dopiero zdobywała popularność kilkoma godzinami w jednym programie na dobę), a prasa była wyłącznie jednego, oficjalnego pochodzenia i zawsze pisała to samo. Bez słów jasne było, że nagonka na Żydów, przedtem niezbyt chętnie widziana (w każdym razie oficjalnie), nagle stała się oficjalnie popierana, aprobowana i szanowana.

Zilustruję to jeszcze inaczej. Jako żona wykładowcy w liceum  i melioracyjnej szkole pomaturalnej w Gdańsku Oruni, na zakończenie roku szkolnego i matur, uczestniczyłam w nieoficjalnych spotkaniach absolwentów na pobliskim cmentarzu żydowskim, porośniętym drzewami i krzakami ze zrujnowanymi nagrobkami, bez wyrzutów sumienia z tego tytułu, ale także bez specjalnej satysfakcji z bezczeszczenia miejsc dla kogoś świętych. Nie miałam najmniejszego pojęcia, czym dla Żydów są ich cmentarze – dla mnie to po prostu było dobre miejsce na bibki poza zasięgiem dyrektora szkoły. (pisałam o tym w  2014 roku w Tarace:

Bibka na cmentarzu

Do dziś zresztą odczuwam z tego powodu dyskomfort.

Wydarzenia związane z 1968 r ukazały moje działania jako coś oficjalnie zupełnie neutralnego, bowiem nie może tak być, żeby cudza tradycja była ważniejsza niż nasza, a więc z tego, że na cmentarzach katolickich (przynajmniej w Polsce) nie pije się wódki, nie wynikało, że zakaz ten dotyczy cmentarzy żydowskich. To były gorsze cmentarze i stosowne było nie przejmowanie się nimi.

Właśnie to nie wydawało mi się w porządku i uruchomiło we mnie cały proces spostrzeżeń i myślenia, a potem poszukiwania informacji i odczuwania wstydu.

W dyskusji wspomnianej na początku wyraziłam tezę, że wybuch nastrojów antyżydowskich był skoncentrowany w czasie i oczywistym było, iż jest przez kogoś sterowany.

Moja dyskusyjna przeciwniczka prezentowała tezę, że Polacy byli od zawsze antysemitami itp., a jednostkowe doświadczenia nie mogą być świadectwem historii. Powoływała się na nazwiska historyków, którzy to udowodnili, deklarując, że zaprosi jednego z nich na osobistą dyskusję. Dla mnie było to chwalenie się znajomościami, nie mówiąc już o tym, że nie jestem naukowcem i nie mam odpowiedniego warsztatu do dyskutowania z takim. Jestem zwyczajną kobietą i chcę usłyszeć argumenty dla zwyczajnych ludzi, a zwłaszcza takie, które stawiają wyżej dywagacje fachowców nad osobistym doświadczeniem. Fachowiec historyk nie dowie się się tego, co usłyszy obdarzony zaufaniem sąsiad z działki przy flaszce bimbru (jak ja o topieniu Żydów na Bugu albo wyczynach Żołnierza Wyklętego, niejakiego „Młota” na Podlasiu).

Władysław Łukasiuk

‚MŁot’

Odcinek 56 Prababci ezoterycznej

Do tego trzeba mieć zaufanie miejscowych, a to zdobywa się latami (i litrami bimbru też). Obowiązkiem historyka jednakowoż jest też wyłożenie swojej racji wobec bezpośrednich świadków historii. Trzeba sprawdzać prawdziwość opowieści, ale nie można z góry ich przekreślać lub lekceważyć, bo zna się historyków, którzy „wiedzą lepiej”. Nie jest obowiązkiem zwykłego widza sporów odgadywanie, kto jest historykiem, a kto propagandzistą z etykietką historyka. Z  życiowego doświadczenia jednak wiadomo, że propagandziści oczekują, aż bezpośredni świadkowie wydarzeń wymrą, a póki tego nie uczynią, jak moja dyskutantka, oczekują iż przedłożą nazwiska profesorów nad osobiste doświadczenia. Z niechęci (nawet tradycyjnej) wobec Żydów wcale nie wynikało ich mordowanie, przynajmniej proces ten powinien zostać rozważony i rzetelnie zanalizowany. Natężenie antysemityzmu zmieniało się w czasie i tylko czasami osiągało groźne rozmiary, my jednak, jako ludzie generalizujemy i lubimy podkreślać formy najbardziej spektakularne i przerażające, skrzętnie unikając rozmowy o niuansach i przyczynach.

Oczywiście, jak to bywa w dyskusjach zwykłych ludzi, okazało się, ze w gruncie rzeczy nie o to chodzi. Antysemityzm istniał, ale w różnym natężeniu w różnym czasie, czasami tylko się tlił pod powierzchnią, ale nie był zawsze oficjalnie aprobowany i kultywowany. Stanęło na kontrze historyków przeciwko tzw. osobistym świadkom, którzy są niewiarygodni i opowiadają jakieś bzdety, że coś widzieli, skoro historycy udowodnili, że na pewno nie widzieli, bowiem profesor taki a taki udowadnia, że widzieć nie mogli. Tutaj moja przeciwniczka przytoczyła sporo terminów naukowych i naukawych z dziedziny statystyki, mających udowodnić, jak jestem głupia, zresztą nie bardzo dając mi dojść do słowa i rzucająca się na moje wypowiedzi jak drapieżnik na ofiarę w połowie zdania, a czasem nawet na samym jego początku. Oczywiście są to przywary ludzi, którzy wiedzą lepiej i słuchają głównie siebie. Dowody ze statystyki nie są bynajmniej lepszym dowodem niż osobiste świadectwa, mogą i powinny jedynie się uzupełniać. A zajadłość nie jest dowodem racji.

Zeszło na zagładę Żydów na Podlasiu i na to, że moje osobiste świadectwo z rozmów z osobami, którzy znali na przykładzie własnych rodzin proceder topienia Żydów podczas przeprawy przez Bug, wówczas rzekę graniczną między Polską pod okupacją niemiecką, a ZSRR. To właśnie wówczas usłyszałam, że jestem z „Pudelka”, bowiem stawiam osobiste doświadczenia nad prace historyków. Doskonale wiedziałam i wiem, że choć żydowskie pogromy na Podlasiu były faktem, historycy, nawet najbardziej rzetelni, nie zawsze o wszystkim wiedzą, bowiem „miejscowi” wiele lat i przez całe pokolenia ukrywają wstydliwe sprawy. Nikt z nich nie opowie o osobistych doświadczeniach historykowi, choć może opowiedzieć o nich przy  alkoholu komuś, kogo szanuje i komu ufa. Inna rzecz, że trzeba czasem trafić za odległy o niecałe 300 metrów od wsi, grób zamordowanej żydowskiej rodziny, żeby nie spytać siebie jak to możliwe, żeby we wsi nic o wydarzeniu nie wiedziano (?). Czy historycy zawsze zadają sobie takie, wcale nie retoryczne pytanie?

Mam niedobre doświadczenia, kiedy usiłowałam przekazać opowieści o jednym z żołnierzy wyklętych na Podlasiu – „Młocie”, kiedy nawet pamiętniku ojca pewnej korespondentki, członka bandy „Młota” uznano za wymysły starej kobiety i nikt nie chciał się nimi zainteresować, a w komentarzach pod odcinkiem odsądzono ową kobietę i mnie od czci i wiary. Ja słuchałam na jego temat wielu opowieści, cóż, że głównie opowiadały o owych żołnierzach wyklętych wiejskie baby, a one się nie liczyły i nie liczą.

To najbardziej jaskrawe przykłady, że pod pretekstem „naukowości” opowieści bezpośrednich świadków traktowane są jako wymysły z „Pudelka”

Moja miłą koleżanka – dyskutantka wściekła się na tyle, że wyjechała następnego dnia o świcie, a potem wykasowała mnie z fejsbuka, zapewne dlatego, żeby spokojnie obrzucić mnie błotem wśród swoich znajomych.

Opowiadam tę historię nie dlatego, żeby wyrzucić swój żal i dyskomfort na zewnątrz – a przynajmniej nie tylko dlatego. Ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że inne zdanie w sprawach osobiście nas nie dotyczących, wywołuje falę złości i agresji. Dla mnie dyskusja o marcu 1968 roku była poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, czy ktoś akcją tę sterował ( miałam takie podejrzenia, wynikające z szybkości rozprzestrzeniania się nagonki). Oczekiwałam informacji od osoby interesującej się historią, a nie zaprzeczania moim wrażeniom i nie aroganckiej wypowiedzi, że historycy wiedzą lepiej niż jakaś baba, co usłyszała coś na wiosce przy flaszce bimbru.

Cóż, byłam i jestem idealistką. Nie raz słyszałam opowieści, że świadkowie z czasów PRL powinni wymrzeć, żeby historycy mogli rzetelnie analizować ówczesne zdarzenia. Jako ktoś, kto wcześniej czy później jednak wymrze (tworząc wolne pole historykom dla konfabulacji  i rzekomej „aktualizacji” badań), chciałabym zaznaczyć, że pewna, nieżyjąca już kobieta, znalazła na skraju swojej łąki nad Bugiem dogorywającego Żyda, którego nie utopiono i wysłuchała jego opowieści o zagładzie jego rodziny. Opowieść zawierała tyle nietypowych faktów, przeczących obiegowym opiniom o ludzkich losach, że trudno byłoby, aby ktoś ją wymyślił. Kobieta już nie żyje, nie żyją ludzie odpowiedzialni za proceder, a ja na swoją obronę mam jedynie pamięć głupiej baby, która opowiedziała coś paniusi rodem z „Pudelka”.

Zarzucono mi, że nie podniosłam larum, ale wiem, że nawet osób dysponujących pisanymi źródłami (pamiętnikami sprawców) nie chciano słuchać. Mam na myśli IPN. Zrobiłam, co mogłam. Opisałam to w powieści „Sierotka” i w opowiadaniu „Te drzwi” (dostępnym na mojej stronie autorskiej http://kasiaurbanowicz.pl/ ; Kto chce, niech mi wierzy, ale niech nie pyta, dlaczego ludzie nie opowiadają o takich sprawach historykom.

Najzabawniejsze jest to, że gdy przyjechała do mnie wspomniana koleżanka, czytałam książkę Daniela C Denneta „Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia”. Pochwaliła się, że była na wykładzie tego, bardzo znanego profesora, filozofa i kognitywisty i jest nim zachwycona. W swojej książce autor ukazuje rozmaite błędy w myśleniu, a tym samym także w dyskusjach. Moja koleżanka popełniła przynajmniej trzy z tych dwudziestu, o których zdążyłam przeczytać na pierwszych stu stronach książki.

To jest dowód, że człowiek, nawet najbardziej rozwinięty intelektualnie, nie jest istotą racjonalną.

 

 

Jak żyć

Za oknami mojego mieszkania rozciąga się stary cmentarz. W panujących upałach przekraczających 30 stopni C wieczorami po wyłączeniu klimatyzacji napływają do mnie cmentarne zapachy. Ziemi nasączonej gnijącymi szczątkami ludzi, stearyny z cmentarnych lampek, kwiatów więdnących i tracacych swoją barwę. Teoretycznie cmentarz jest zamknięty, ale stale trwają na nim pochówki i rozbrzmiewają tony adagio i marszu Szopena.

Paradoksalnie, w tej atmosferze gorących nocy znaczenia nabiera pytanie „jak żyć” a nie „jak umierać”.

 

W poprzednim odcinku wspomniałam książkę Agnieszki Drotkiewicz, poświęconą temu pytaniu, zadawanemu ludziom kultury. Właściwie nikt z nich nie odpowiada na nie w pełni, raczej czyniąc uniki. Przedstawiają swoje przemyślenia i doświadczenia, unikając generalizowania i łatwych recept. Jest to z gruntu uczciwe i zasługuje na poparcie. Prostej odpowiedzi oczekiwał chyba tylko ów plantator papryki, dzięki któremu pytanie stało się znane.

Jednocześnie moja koleżanka, od dawna rozgryzająca ten problem, pożyczyła mi książkę, ponoć stanowiącą rewelacyjną odpowiedź na zadane pytanie. Jest to pozycja Aleksandra Lowena „Zdrada ciała” zaopatrzona podtytułem: „Dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją”, wydaną przez Centrum pracy z ciałem Joanny Olchowik.  Z dedykacji do pacjentów dowiadujemy się, że inspiracją do napisania książki stała się ich odwaga mierzenia się z trwogą i rozpaczą. Ciekawi mnie więc, jakie rady autor ma dla swoich pacjentów.

Niestety, nie mogę zgodzić się z autorem w większości jego twierdzeń. W rozdziale pierwszym przedstawia swoją pacjentkę, mającą rzekomo problem z tożsamością. Długo i zawile opisuje jej problemy, definiując jej rozczepienie, jako zaburzenie schizoidalne, które ponoć leży u każdego podłoża problemu tożsamości. Twierdzi on, że poczucie tożsamości wyrasta z poczucia kontaktu z własnym ciałem, bowiem „bez świadomości czucia w ciele osoba rozszczepia się na bezcielesnego ducha i rozczarowane ciało”. Opisuje pacjentkę imieniem Barbara, której problemem, jego zdaniem jest konflikt ze służącą i poczucie jej bezradności w tej relacji. Zagłębiając się w teorie, przedstawiając, jak Barbara rysuje obraz swojego ciała i jak widzi ciało mężczyzny, zapomina jednak, że Barbara jest matką czworga dzieci (w tym niemowlęcia) i jej fizyczny odpływ sił może być całkowicie uzasadniony wykonywaną przy nich pracą (i małą pomocą leniwej służącej).

Innego pacjenta, mężczyznę, znanego artystę i jego problemy z tożsamością, autor ocenia już inaczej, zda się pobłaża jego chwilowemu brakowi kontaktu z ciałem (nie uzasadniając zmiany swojego podejścia).

Ale pomińmy detale i brak obiektywizmu autora. W warstwie teoretycznej twierdzi on, że „człowiek doświadcza rzeczywistości świata wyłącznie poprzez ciało. Jeżeli ciało jest stosunkowo mało żywotne, wrażenia i reakcje osoby są ograniczone. Człowiek emocjonalnie martwy zwrócony jest do wewnątrz: myśli i fantazje zastępują czucie i działanie. Przesadna aktywność umysłowa jest substytutem kontaktu ze światem rzeczywistym„. Przywołuje tu przykład deprywacji sensorycznej.

Mierzi mnie takie uproszczenie.

Czucie i działanie nie muszą iść ze sobą w parze, a żywotność nie oznacza bynajmniej warunku posiadania zdolności do czucia. Podam prosty przykład: sparaliżowany człowiek, doświadczający bólu, mimo pozornego bezruchu i małej żywotności (braku aktywności), nie musi porzucać rzeczywistości na rzecz urojeń właściwych deprywacji sensorycznej. Wszak deprywacja polega na braku bodźców, a sparaliżowane ciało dostarcza ich czasem zbyt wielu. Aktywność umysłowa, aczkolwiek bardzo pożądana, nie przyniesie dochodu guru nastawionego na dopieszczenie ciała. Chyba że sparaliżowany człowiek jest na przykład genialnym astrofizykiem, Stephenem Hawkingiem, lub innym tego rodzaju myślicielem, umysłem uwięzionym w chorym ciele.

Zdemaskowanie błędnego myślenia autora nie jest łatwe, ponieważ wielu terminów i określeń używa zamiennie i nieostro. Nie jest moim zamiarem obnażanie braków warsztatowych autora książki, zwłaszcza, że jestem tylko dyletantką, sugeruję jednak, że stawia on pewną tezę i wszystko inne nagina do jej uzasadnienia, żonglując znanymi nazwiskami i teoriami. Sięga także po terminy spoza warsztatu naukowca. Twierdzi na przykład, że „Gdy kobieta przyjmuje męskie ego, rodzi się w niej wiedźma. Wiedźma wyznaje pogląd męskiego ego, że ciało kobiety to obiekt przeznaczony do wykorzystania seksualnego.” Wracając do Barbary, jego zdaniem owa przepracowana trzydziestopięciolatka i matka to w istocie ucieleśnienie problemu: „Seksualna uległość Barbary jest odbiciem jej pogardy dla mężczyzny. Mówi ona w istocie: jestem niczym, a skoro mnie pragniesz, to jesteś głupi”.

Bzdura! Już moja matka, wychowanka sierocińca, powtarzała, że małżeństwo i macierzyństwo, to ciężkie i trudne spełnianie obowiązku, wziętego na siebie, a ja dodam z własnego doświadczenia, że gdy niemowlęta płaczą całą noc, nawet perspektywa seksu z ukochanym mężczyzną nie jest pociągająca. Nie chce się jeść, ani pić, nie chce się seksu, ani miłości lub czułości, jedyne, czego się chce – to spać. Ale widać panu Lowenowi brakuje doświadczenia i empatii, dlatego też sięga po dywagacje na temat przyswajania sobie przez pacjentkę ojcowskiego wizerunku kobiety. Takie dywagacje nie prowadzą jednak do rozwiązania problemu, choć można go zmniejszyć poprzez wspomożenie owych „wiedźm” w ich codziennym trudzie. To jednak wymaga wydatków a nie przysporzy autorowi dochodów ze szkoleń i diagnoz „leczniczych”.

Inny pacjent, przepracowany Henry (nie mający problemów finansowych), poprawił swoją kondycję psychiczną zwracając większą uwagę na swoje ciało. Jasne, miał czas i pieniądze i na pewno dobrze mu zrobiło odwrócenie uwagi od nowych obowiązków i wyzwań zawodowych. Oczywistym jest, że jego ciało wysoko cenionego menadżera było w lepszym stanie, niż ciało Barbary. Przepracowanie fizyczno/psychiczne i tylko psychiczne, to całkiem coś innego. Trochę gimnastyki, dobre kosmetyki, siłownia, masażysta, fryzjer i zakupy wg najświeższej mody, rozwiążą (przynajmniej tymczasowo), problem kontaktu z własnym ciałem.

Nie chcę zagłębiać się w ciąg dalszy dywagacji autora, próbuję odgadnąć tylko skutki jego teorii dla mojej koleżanki, która pożyczyła mi książkę, pracowicie podkreślaną i zaopatrzoną miejscami w wykrzykniki.

Otóż jej zdarza się także ( jak każdemu z nas) tracić kontakt ze swoim ciałem, gdy jest zmęczona, zestresowana, zadumana, lub gdy po prostu na dworze za oknami skierowanymi na południe lub wschód, panuje temperatura przekraczająca 30 stopni C. A tutaj trzeba wstać, umyć się, wygoniwszy przedtem niepracującą matkę, okupującą łazienkę i dopieszczającą lakierem swoje kosmyki, co nie obywa się bez awantury; jechać przepełnionym autobusem do pracy, by przejąć rozkapryszonego bachora z rąk skłóconych rodziców, ze świadomością, że wykręcona poprzedniego dnia ręka, bardziej boli niż powinna, a dzieciak chce „na rączki„. Jeżeli uwierzy ona, że jest osobowością schizoidalną, bowiem straciła kontakt ze swoim ciałem, to prosta droga do utraty wiary w siebie (zwłaszcza, że jako niania pracuje na czarno, bez ubezpieczenia i lekarskiej pomocy, a czas nie jest już dla niej tak łaskawy, jak w młodości przed pięćdziesiątką, gdy wychowywała samotnie własne dzieci).

Paradoksalnie książka pana  Lowena nie pomoże jej w niczym, a wręcz przeciwnie, zaszkodzi. Zadane w podtytule pytanie ” dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją” ma prostą odpowiedź: Bo świat nie jest przyjazny ludziom, ba, staje się coraz mniej przyjaznym, w każdym razie tym, którzy nie zarabiają na doradzaniu biednym kobietom, dla których ich ciało staje się ciężarem, a nie radością.

Wracam jeszcze na chwilę do pierwszego wywiadu Agnieszki Drotkiewicz – „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” z Bellą Szwarcman- Czarnotą, autorką, redaktorką i tłumaczką o szeroko rozumianej kulturze żydowskiej pt. „Tak pamiętać, żeby iść do przodu”. W drugiej części wywiadu, poświęconej rytuałom i gotowaniu, przywołuje słowa swojej ciotki, które stały się tytułem całej książki, wynikające zdaniem rozmówczyni z żydowskiej zasady bycia pożytecznym i poważnego traktowania dzieci.

Nie do końca się z tym zgadzam. W mojej i wielu znajomych rodzin, nie mających nic wspólnego z kulturą żydowską, też panowała taka zasada. Siostra mojej teściowej, moja imienniczka, Katarzyna, zamieszkała w podlaskiej wsi Wólka Plebańska i prowadząca tam gospodarstwo rolne, będąc już starą kobietą po siedemdziesiątce, z podobnym nawykiem pracy bez odpoczynku, miała łóżko, jak to na tamtych ziemiach, pokryte piękną narzutą ze stertą ułożonych poduszek i lalką na ich szczycie. Nigdy w ciągu dnia nie kładła się i bardzo rzadko przysiadała, a jeśli już, to półgębkiem, z brzegu krzesła przy stole, z rękami stale czymś zajętymi. Kiedy doznała zawału serca, po powrocie ze szpitala lekarz kazał jej położyć się codziennie na minimum 2 godziny. Ona po prostu tego nie umiała. Jak to jest położyć się w ciągu dnia? Dlatego też stawiała na stole budzik i siadała na krześle, żeby „odpoczywać” zalecone 2 godziny. Nic dziwnego, że w parę miesięcy później zabił ją kolejny zawał.

Moja mama także mawiała: „jeszcze dzisiaj nie usiadłam” i była z tego dumna.

Przypomina mi się taka śpiewka z czasu studiów nad literaturą słowiańską:

Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić,

bo nas nogi bolą po tym polu chodzić./bis

Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić,

zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić./bis

Żebyś ty, słoneczko, na zarobku było,

to byś ty, słoneczko, prędzej zachodziło./bis

Niewiele się zmieniło od tamtych czasów. Przybyło tylko diagnostów.

Ania Od Polnych Kwiatów i inni dobrzy ludzie

Takie kategorie, jak dobro, zło, sprawiedliwość, uczciwość, odwołują się do odwiecznej formy myślenia przez wartości. Kiedyś były ugruntowane moralnie. Dzisiaj język wartości bądź zanika, bądź przez zaliczanie do sfery banalnej banalności, albo wynaturza się,  wkraczając do politycznych nazw, reklam, lub pośledniejszej literatury rozrywkowej, albo przybiera postać piłeczki do żonglowania, pustą, skostniałą atrapą; nie niesie ze sobą niczego rzeczywistego, często staje się satyrą lub drwiną. Czy Prawo i Sprawiedliwość to istotnie dobre prawo i rzeczywista sprawiedliwość? Czy dobra zmiana ma rzeczywiście w sobie coś dobrego? Czy nadciągające zło, to raczej kategoria z gry internetowej, niż przewidywanie przyszłości? Czy „chodząca uczciwość”, to przypadkiem nie określenie jednej z wielu form ludzkiego dziwactwa?

Możemy to łatwo sprawdzić, przyglądając się używaniu słów z tych kategorii w życiu codziennym. Jeśli ktoś powie do ciebie „dobry człowieku” albo, jeszcze gorzej, „dobra kobieto”, możemy być pewni, że nie darzy cię szacunkiem. Raczej uważa cię za kogoś niskiego intelektu lub gorszej kondycji społecznej, kogoś sobie poddanego, komu wydaje się polecenia, z grzeczności noszące pozór prośby. W istocie uważa cię za kogoś zgoła nieważnego, komu wystarczy machnąć przed oczami świecidełkiem pozornej aprobaty, aby zapewnić sobie bezkolizyjne spełnienie życzenia.

Osoby prawdziwie dobre najczęściej , przynajmniej na którymś etapie życia, bywają nieszczęśliwe. Tak jakoś bywa, że dobroć skłania ludzi mniej lub niezbyt dobrych do wykorzystywania nadarzającej się okazji, a więc kogoś, kto z definicji uważany jest za niezdolnego do wyrządzenia zła. Dobry człowiek nie pobije cię, nie zwymyśla, nie okradnie; nie jest zdolny do wyrządzania zła, więc nie trzeba się z nim specjalnie liczyć, można go bezkarnie wykorzystać, wycisnąć i zostawić w jego samotnej, niedocenianej drodze przez życie.

Są dwie drogi na, chwilową przynajmniej, odmianę naszego, jako społeczeństwa, stosunku do kategorii moralnych – przypominanie znaczeń i pokazywanie przykładów. Ta pierwsza skazana raczej na niepowodzenie; język tak bardzo posuwa się naprzód, że powracanie do dawnych znaczeń, potęguje tylko wrażenie tłumaczenia trudnych do przyswojenia archaizmów  „z polskiego na nasze” ; ta druga może czasem przywołać, właściwą dla naszej chrześcijańskiej kultury myślenia przypowieściami, refleksję, odwołującą się do jakichś szczątków tkwiącego w nas sumienia, opartego na wartościach.

W odcinku ” Traktat przy mieleniu pasztetu i drylowaniu wiśni” pisałam o swoich wątpliwościach w zaliczaniu ludzi do określonych kategorii, zwłaszcza moralnych; teraz jednak chciałabym na chwilę zapomnieć o swoich zastrzeżeniach i poddać się orzeźwiającej mocy prawd starych i uznanych, przedstawiając sylwetkę Ani, jako przykład. Anię pokazywałam w poprzednim odcinku, jako przewodniczką po świecie filmików z pewnej, nie mojej wycieczki, teraz chcę napisać o niej. Ania należy do jednego z niewielu ludzi, których spotkałam i o których mogę orzec, że są prawdziwie dobrzy. Zazwyczaj spotykałam „wystarczająco dobrych” albo ‚”mało dobrych”.

Późno ją poznałam, nie wiem zbyt wiele o jej wcześniejszych latach (Ania jest moją rówieśnicą), mogę tylko odgadywać z niejasnych wskazówek, z czym przez całe życie się borykała. Nie znosi alkoholu, jest osobą głęboko wierzącą, ale w sposób, który ogromnie szanuję – nie narzuca nikomu swoich poglądów w żadnej, także w tej sferze, do tego stopnia, że długo miałam trudność w zorientowaniu się co myśli o współczesności. Trudności w osobistym życiu wykorzystała do działań społecznych. Była harcerką i do dziś kultywuje młodzieńcze zasady, prowadzi działania związane z historią harcerstwa, zbiera fotografie i wspomnienia z tamtych lat. Czynnie działa w hospicjum, zajmuje się także bezdomnymi. W ogóle pomaga każdemu, kogo napotka na swojej drodze, przede wszystkim załatwia sprawy tym, którzy mają trudności z wyjściem z domu (także mnie). Sama nie najlepszego zdrowia, mieszkająca w wysoko położonym mieszkaniu bez windy, gdy każde wyjście z domu jest problemem, mimo tego nie ustaje w swoich zajęciach. Jest tym rodzajem dobrego człowieka, którego dobroci należy się domyślić, bowiem wcale nie próbuje jej pokazywać na zewnątrz. Czasem wydaje się, że w interakcji z innymi, pomija swoją osobę.

Może dlatego wydaje mi się czasem, że ludzie prawdziwie dobrzy napotykali w swoim życiu proste wyzwania, gdy nie trzeba było wybierać między mniejszym, a większym złem – choć przecież takie wybory często są konieczne i nie zależą od nas. Dokonywanie wyborów między sprawami moralnie dwuznacznymi albo w warunkach, gdy nie dostrzega się wszystkich implikacji, może prowadzić do postaw moralnie nieakceptowanych nawet przez siebie samego. A to już prosta droga, żeby stać się mało dobrym albo mniej dobrym (jak w przysłowiu: od rzemyczka do koniczka). Nie wiem czy mam rację, ale najczęściej takich ludzi spotykałam. Sama też nigdy bym nie określiła siebie, jako dobrego człowieka – za dużo jest we mnie mroku, niespójności, niepewności przekonań, wątpliwości, sceptycyzmu, goryczy i zwyczajnie, żalu wobec świata. I, co gorsza, nie usiłuję ich przezwyciężyć, czasami traktując ich komplet, jako zasób, a nie obciążenie. Ot, człowieczeństwo i tyle.

Sądzę, że także pisarstwo ma z tym związek. Ostatnio czytając książkę Agnieszki Dorotkiewicz  „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”, stanowiącą zbiór wywiadów z ludźmi kultury, przeczytawszy wywiad z Dorotą Masłowską, zrozumiałam, dlaczego nigdy nie umiałam i nie udało mi się nauczyć medytować. Na str.175 przeczytałam wypowiedź pisarki: „…wszystkie te sugerowane czynności, zabiegi – czy nazwiesz to różańcem, czy medytacją, czy relaksacją – służą eliminacji myślenia dyskursywnego, myślenia słowami, nazywania. To ma cię uwolnić od nazywania. Po to jest medytacja. Bo myśląc, oceniasz, nie dajesz być rzeczom takimi, jakie są.”

Medytacja zabija słowa.

A ja żyję słowami.

Modlitwa własnymi słowami nie jest modlitwą; prawdziwa, to taka, która posługuje się cudzymi, tradycyjnymi słowami, wypolerowanymi od częstego używania, jak kamienie otoczaki; dopiero one mają moc przeobrażania człowieka wewnątrz. Dobry człowiek ma piękne wnętrze, uporządkowane, widne i czyste, bez pajęczyn po kątach i strużyn z niedobrych przeżyć w ciemnych miejscach za piecem. Dla takich jak ja, dobry człowiek jest jedynie myślokształtem, ideałem nie do spełnienia. Możliwe, że stanęłam na rozstajnych drogach gdzieś w trzecim roku życia, a możliwe, że nigdy nie miałam takiej możliwości, nie przyniosłam jej ze sobą na świat, poczęta i urodzona wśród chaosu najgorszego zła i pomniejszych jego odnóg.

Nie oznacza to, że ci niezbyt dobrzy ludzie, nawet gorsi ode mnie, nigdy nie mającej złych zamiarów, nie mieli dobrego wpływu na moje życie, przekonania i kondycję moralną, choć mogli zastosować perfidną „terapię szokową”. Doceniam tym bardziej tych, którzy swoje wątpliwości i swój mrok przełamali, pominęli, uznali za nieważny i wybrali drogę prostą, jasną i uczciwą, zgodną z własnymi przekonaniami moralnymi i pełni wiary w ich moc sprawczą.
Na koniec Ania w obiektywie Marka Zurna na obozie 121 druzyny harcerskiej z Zoliborza w Podtyniu w 1958 roku. Ania to ta dziewczyna z lokami:

 

Filmy z pewnej imprezy

Obejrzałam filmy z pewnej imprezy, w której nie uczestniczyłam. I poczułam nagle, że żyję cudzym życiem, choć nie własnym, emocjonalnym (jedne osoby interesowały mnie bardziej, niż inne), ale intelektualnym życiem kogoś, kto tak naprawdę nie istnieje. Z autorem filmów nieco wcześniej rozmawiałam o rodzinnej karmie, o hipotetycznych poprzednich egzystencjach i popełnianiu wcześniejszych błędów, neutralnie moralnych, przynoszących jednak przekonanie, że nieprawdą jest, iż można przerobić jakieś lekcje. Jak  można je przerobić, jeśli się nie zapamiętało w kolejnym wcieleniu nic? Popełniasz stale te same błędy, ale czy to w istocie są błędy? Czy to nie świat przypadkiem błądzi, zawłaszczając wszystko i wszystkich, domagający się korzyści z podjętych kroków? Czy najbardziej nieszczęśliwi nie są ci, którzy oczekują od życia satysfakcji, a dostają coś o wiele bardziej dwuznacznego i dołującego przy okazji? I czy w ogóle chcemy wiedzieć, co takiego nas czeka? może lepiej i ciekawiej żyć bez tej wiedzy? A może jej ziarno przekazywane jest w rodzinnych genach, bez naszej wiedzy i woli?

Uważałam i uważam religię za sprawę prywatną i dlatego nie chcę o niej mówić, czy pisać. Jednak istnienie sanktuariów, jako miejsc mających udostępnić słusznie moralną rozrywkę niezbyt wymagającej ludności, już dawno przestało być sprawą religijną. Ostatnio zaś obserwujemy postępujący upadek nawet tej, rozrywkowej części wiary, niezbyt wiele wymagającej od uczestników.

Moim przewodnikiem była Ania, siedemdziesięcioparolatka, działaczka hospicjum i schroniska dla bezdomnych, była harcerka; na filmach wyglądająca jak dawna nastolatka (oprócz bujnych loków, jakie kiedyś miała). Chodziła swoimi drogami i patrzyła swoimi oczami, a ja, choć nie znałam jej, gdy była młodą dziewczyną, nie wiedzieć czemu, zwłaszcza gdy obejrzałam fotkę z naręczem polnych kwiatów, przestałam oglądać rówieśnicę, a zobaczyłam młodą, wrażliwą dziewczynę, która nie zatraciła swojej empatii mimo lat…

Kilka filmików z weekendowej, letniej wycieczki. Misterium Męki Pańskiej w jakiejś świętokrzyskiej miejscowości: Kałków (albo Kolków) Godów – jeśli dobrze usłyszałam. Reklamowanej w internecie, jako Golgota Wschodu. W tle przez głośniki coś homiliowym tonem prawi niezrozumiale ksiądz, a moja sympatia, Ania, kobieta głęboko wierząca, dowiadywała się o hospicjum, choć reszta wycieczki sądziła, że rozszyfruje okazję i sens uroczystości. Puste placyki, zero ludzi, oprócz kilkorga moich znajomych; jedno biegające dziecko + jedna mamusia + wiele krzesełek i kilka stolików pod złożonym (w deszczu) parasolem, nasuwającym skojarzenie z ogródkiem piwnym. Więcej kontestatorów niż uczestników, i hospicjum, które jest gdzieś nad rzeką, choć w istocie nikogo nie obchodzi. Budynek Misterium ozdobiony twarzą Chrystusa w cierniowej koronie, wypasiony niczym pijalnia piwa, ale uczestników brak. Może dlatego, że pogoda niezbyt sprzyja. I że ksiądz nawija księżowskim tonem przez megafony, słyszane w każdym najmarniejszym zakątku miejscowości, na terenie dawnymi czasy znanym ze sporej populacji czarownic.

We mnie sam ten ton kazania budzi niechęć, bowiem odwołuje się nie do mnie, jako do osoby, a do mnie, jako do słuchacza, pozbawionego prawa do własnej refleksji. Nie sugeruje on rozmowy, a bezwzględny nakaz, dla złagodzenia jego wymowy zaopatrzony w jęczącą nutę oszukańczej perswazji. Na szczęście film nie rejestruje sensu słów.

To nie jest moje miejsce i uczestnicy wycieczki chyba też robią dobrą minę do złej gry, komentując kilka samic i samców pawi w miejscowej klatce. Jeden miejscowy + jeden podrostek + opisana, kulturalna do przesady wycieczka. Nie wiem czy odnalazłabym się tam, w tej scenerii, Dobrze, że mnie nie zaproszono.

Kogut, struś emu, lama, daniel, owca i tu już więcej ludzi, przynajmniej kilka osób – po lewej stronie trasy. Wiadomo, zoo, odwiedzają rodzice z dziećmi najchętniej. Po prawej stacje Męki Pańskiej, które nikogo nie obchodzą. Przechodzący z trudnością je zauważają, choć przecież w sanktuarium to one powinny przyciągać ludzi, a nie jakieś średnio egzotyczne zwierzątka.

Dalej, na polanie,  jakiś pseudo wrak samolotu, odtworzony ponoć Smoleński, przed nim donica z czerwono-białymi kwiatami i kraczące bezustannie wrony w tle. Kraczą tak głośno, że przez chwilę zastanawiam się, czy ich głosy  nie są specjalnie emitowane z jakichś nadajników. Makabra. Wcześniej, jak opowiada ktoś, kto widział to na własne oczy, podobno w oknach wraku były twarze, ale już ich nie ma. Poczucie niestosowności, czy RODO – nowe prawo o ochronie wrażliwych danych osobowych? (Podobno, wg autora poniższej fotografii, – zdjęcia w tym cementowym samolocie są, choć zredukowane do najważniejszych twarzy).

Kolejny film. Moja siwowłosa Ania, która trzymała się z tyłu, wdrapuje się z trudem po schodach sanktuarium (bez poręczy). Przez skórę czuję, że uważa to za swój obowiązek. Piękna panorama na Święty Krzyż. Chciałabym wiedzieć, co myśli Ania. Ania Od Polnych Kwiatów. Czy dojrzała stamtąd hospicjum?

Świat widziany cudzymi oczami, z jednej strony jest smutny (mnie tam nie ma i nigdy nie było), z drugiej strony zaś uwalnia nas od obowiązku towarzyskiego odnoszenia się do oglądanej rzeczywistości. Wiem to, gdy porównuję filmy z wycieczek, w których uczestniczyłam, Na przykład, gdy ktoś odwiedził mnie w sanatorium w Gołdapi i obwiózł po okolicznych atrakcjach, zaprowadziwszy na koniec na wieżę widokową i pokrył koszty dojazdu windą na jej szczyt. Piękne to było wszystko, te widoki z wieży, ale jakieś nieważne, jak ładna pocztówka pozbawiona treści. Nie mogłabym jednak powiedzieć tego tym, którzy dołożyli wtedy starań, aby mnie zawieźć i pokazać; okazałabym bowiem im niewdzięczność.

Co do tej wycieczki, mogę wyrazić jedynie uznanie filmującemu, że z tych kilkunastu krótkich migawek, pozwolił mi na wyciągnięcie tak wielu wniosków. Ja sama, osobiście, bez towarzystwa, nie wybrałabym się nigdy na zwiedzanie jakiegokolwiek sanktuarium i mimo najszczerszych chęci, nie potrafiłabym nie uznać tego za stratę czasu. Zawsze byłam przekonana, że wiara to coś, co wymaga odosobnienia w sprzyjającym otoczeniu.