Przesyłam do Twojej wiadomości

Urzędy, firmy i politycy uwielbiają przesyłać do Twojej wiadomości rozmaite infpormacje licząc na to, że w świątecznym zapale ich nie przeczytasz, a tym samym nie zadeklarujesz swojej zgody, bądź jej nie wyrazisz w króciutkim terminie ledwie kilku dni; a tym samym próbują cię oszukać i skłonić do niekorzystnego rozporządzenia swoimi prawami. Ongiś, dawnymi czasy czynili tak drobni cwaniaczkowie, dziś po metodę tę sięgają wielkie firmy i korporacje, nawet spółki Skarbu Państwa (podobnie jak Urzędy Skarbowe, Prokuratury, Sądy i inne instytucje rzekomo publicznego zaufania).

W mojej skrzynce pocztowej w okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem pełno takich pism, które udaja życzenia a nie są tymi, czym naprawdę są. Oto ich krótki przegląd:

„Innogy” pisze do mnie: „Gratuluję, dokonałaś dobrego wyboru! Z szerokiej gamy produktów  Innogy Polska wybrali Państwo ofertę, która gwarantuje niezmienność ceny przez cały okres obowiązywania Umowy” Rysunek z dłonią i kółkiem pośrodku niej, niczym odznaka Namiestnika z  serialu „Gra o tron”.

W serialu tym namiestnika nie wybierał lud, podobnie jak ja nie wybierałam Innogy, jako dostarczyciela energii. Gdybym miałą wybierać, nigdy bym nie postawiłą na firmę o takim mało przyjaznym mianie. Na moich rachunkach pojawiła się ona wskutek dziwnych zmian nagłówków i nazw (zapewno jako skutki przyjaznych lub wrogich przejęć, podobnie jak we wspomnianym serialu grały ze sobą różne rody). Abstrahując od historii, cóż pisze do mnie ów Namiestnik?

Informuje, że dokonałam dobrego wyboru, bowiem blablabla z dniem 1 stycznia 2019 roku  wpłynęłam na decyzję Innogy Polska SA o smianie stawek cen i stawek opłat określonych w taryfie blablabla i że (niby) taryfa dla  mnie osobiście pozostała bez zmian), dodając jednocześnie, że załączona taryfa (po cholerę ją załączają, skoro nas nie dotyczy!)  stanowi integralną część zawartej ze mną umowy. A taryfa, jak taryfa – kilka dalszych stron drobnym drukiem do przeczytania w Wigilię przy barszczu z uszkami lub pierogach z kapustą i grzybami. Z telewizji wiem, że oznacza podniesienie cen energii elektrycznej (które rzekomo dla odbiorców prywatnych miały zostać nie podniesione, a taż sama „Innogy” przysłała mi kilkanaście dni wcześniej prognozowany rachunek na rok 2019 ze starymi cenami. Który z tych dokumentów jest kłamliwy?

Ja, jako osoba o zamiłowaniach humanistycznych nie za bardzo mam ochotę rozważać przy świątecznym stole albo sylwestrowym szampanie prawidłowość wzorów,

obliczonych dowodnie na rozmycie mojej uwagi, podobnie jak system TEAD miał rozmywać uwagę odbiorców reklam proszków do prania..

Przechodzę więc do kolejnego pisemka, tym razem dostawcy  telefonii komórkwej, informującego mnie (jak zwykle z opóźnieniem), iż „…z dniem 12 grudnia 2018 roku zmianie ulegną postanowienia zawarte w Państwa umowie o świadczenie usług telekomunikacyjnych” i łaskawie powiadamiająją mnie/nas, iż nie musimy nic robić, podejmować żadnych działań ale (nie wiedzieć czemu) informują nas, co się zmieniło. Wszystko oczywiście, jak w Innogy drobniutkim, nieczytelnym drukiem. Z pomocą lupy dostrzegłam jedynie iż niektóre wyrazy zostały przekreślone, chociaż nadal nie rozumiem jakie zmiany dla mnie osobiście niesie przekreślenie wyrazu „jednego” w zestawieniu „jednego miesiąca” i nadal nie chce mi się męczyć przy użyciu lupy nad tekstem. Wolę tejże lupy użyć do wyciągania ości z leszcza w galarecie, bowiem treść poniższego zdania nadal pozostaje dla mnie niezrozumiałym bełkotem, wszak przecież nie musiałam nic robić, mogłam się oddać konsumpcji wigilijnej ryby, zamiast sprawdzać siłę swojego intelektu. Kiedy jednak dokładnie przeczytałam tekst po Nowym Roku (skanując go i powiększając na monitorze litery odkryłam, że minął termin wypowiedzenia umowy przeze mnie w razie braku akceptacji zmian. Tak naprawdę to minął już, zanim otrzymałam w/w pismo (28 grudnia 2018), a nawet zanim je wysłano (22 grudnia 2018 r), bowiem terminem wyznaczonym na akceptację był 12 grudnia 2018 roku

Kolejny druczek o frapijącej nazwie „Informacja dla mieszkańców posiadających spółdzielcze prawo do lokali mieszkalnych.” Dowiaduję się z niej, iż z dniem przekształcenia prawa wieczystego użytkowania we własność opłata z tytułu wieczystego użtkowania gruntu związanego z gruntem pod budynkiem stanie się opłatą przekształceniową, natomiast za tereny wspólnego korzystania (zapewne grunt pod budynkiem zgodnie z ową dziwaczną logiką nie jest do nich zaliczny), „…wnosić będą Państwo nadal opłatę z tytułu wieczystego użytkowania.” Tak więc tłumacząc z Polskiego na nasze, jeden podatek zostanie zamieniony na dwa o różnych nazwach. Ostatnie zdanie w/w informacji podaje nam do wiadomości, iż indywidualne naliczenie wysokości opłat dostana nam doręczone w terminie póżniejszym. Po cholerę więc zawracają nam głowę, żeby informować, iż nie mają dla nas informacji? Może po to, żeby świąteczny makowiec stanął nam ością w gardle?

Kolejny druczek przekonuje mnie iż koniec ze składaniem PIT-ów i że skarbówka nas rozliczy i że ja oczywiściue nie muszę nic robić, bo wszystko zostaje po staremu. G. prawda. Jak nic nie zrobię, starcę ok. 300 zł – sądząc po latach ubiegłych. Skąd niby skarbówka ma wiedzieć, ile wydałam na leczenie i rehabilitację?

I przedostatni druczek, ten, która spędza mi posylwestrowy sen z powiek – „jak bedziemy segregować śmieci”. Owszem – nowe pojemniki przywieźli i nazajutrz zabrali, segregacja miała obowiązywać od 1 stycznia, ale ponoć nie obowiązuje (chociaż w Warszawie obowiązuje?);  skoro sa tylko stare pojemniki (sprzed 2 ustaw wstecz, tylko nalepki się zmieniają), to co ja mam robić? Czy konstruktor architekt mojego bloku przewidział balkon, jako miejsce segregacji śmieci? Pal diabli w zimie, ale latem jak wytrzymam w smrodzie 6 pojemników? W dodatku każdy pojemnik muszę wyłożyć torbą foliową (bo nie chcę zmagać się z myciem i dezynfekcją pojemników), czyli zwiększę liczbę plastiku nie segregowanego w postaci worków. W moim bloku połowa staruszków nie wychodzi na dwór i czeka na dobrych ludzi, którzy wyniosą im śmieci w odruchu litości. Czy więc jestem już skazana na wszechwładny letni smród i stałe zamknięcie okien?

I ostani druczek kalendarz, z wyróżnionymi krateczką ważnymi datami . Patrzę na kwiecień: egzamin gimnazjalny, pierwszy w historii egzamin ósmoklasisty, Niedziela Palmowa,  wiosenna przerwa świąteczna w szkołach, triduum paschalne, Wielkanoc i dalej miesiąc w miesiąc na zmianę święta religijne, patriotyczne i samozwańcze. A kiedy dzień ważny dla mnie osobiście? Styczeń, luty, kwiecień, maj – zarezerwowane wszystkie dni. Na odwrocie kartki rady na bezsenność STOSUJ WIECZORNE RYTUAŁY. Wśród nich wymieniona KOLACJA, która powinna obfitować w aminokwas tryptofan. Nic nie napisano, czy powinna być przy świecach.

Bo ty zawsze, bo ty nigdy.

To są takie zdania-wytrychy, z pozoru mało ważne, nieistotne; jednak pulsujące niedocenianą siłą, od wielu pokoleń. Stulecie Niepodległości już je znało, a kto wie, czy nie wcześniej. Nasze okowy, kajdany, nigdy nie zerwane. Dla rozważenia tym, których dotyczą.

W bezsenne noce (zwłaszcza na granicach niżów z wyżem – idących najczęściej od Północy), nie mogąc zasnąć, zmagam się z problemami. Udając się na spoczynek, pragnę szybciutko udać się w krainę snów Wielkiego Piękna i Idei Przewspaniałych, a czasem, z powiewem Pólnocnego Wiatru, śmigać bezkresnymi polami i lasami, przemykając między ośnieżonymi choinkami, jednoznacznymi i upartymi w swej symbolicznej trwałości, tymczasem…

Tymczasem. Świat wokół mnie pulsuje zwyczajnością, której nie miałam czasu poświęcić. Jutro mam gościa, co ugotować? Czy mam w zamrażarce coś stosownego, czy może jako relikt czasów, które słusznie minęły, posądzana zazwyczaj o nadmierne gromadzenie zapasów (jak wiadomo – wystanych w kolejkach), bez umiaru korzystajaca z internetowych zakupów, BO TY ZAWSZE MUSISZ MIEĆ ŻARCIA DO PRZESYTU.

BO TY NIGDY NIE ZNASZ UMIARU. Tak, boję się głodu. Kiedyś ukradłam dziecku bułkę z wędliną i ta kradzież do dziś stoi mi kością w gardle.

Boli mnie głowa, mam zawroty. Czy to już? Nie, na szczęście nie. Prześliczna choinka, oszpecona wsiową dyskoteką migajacych kolorów, niebieskiego, czerwonego i zielonego, odbitą w czerni ekranu telewizora.

– Proszę, przełącz choinkowe światełka, żeby nie migały w tak szybkim tempie, a najlepiej w ogóle. Przełącznik jest w kącie, do którego nie mam dostępu z moim chodzikiem.

BO TY ZAWSZE WYDZIWIASZ, KAŻDĄ PRZYJEMNOŚĆ ZEPSUJESZ! MOŻNA BYŁO KUPIĆ DROŻSZE ŚWIATEŁKA, ZA CZTERDZIEŚCI ZŁOTYCH, A NIE ZA DZIESIĘĆ. BYŁABYŚ ZADOWOLONA?

Nie o to chodzi. Podobno kierowcy z padaczką mają problemy, gdy jadąc aleją, wysadzaną drzewami, w słoneczny dzień muszą mierzyć się z słonecznym światłem naprzemiennie z cieniem bijącym po oczach. Może i te światełka tak działają?

ALE TY NIE MASZ PADACZKI!

No, nie mam… Ale głowa mnie boli, i  w niej się kręci, a najwazniejsze, że psuje mi nastrój.

WEŹ SIĘ W GARŚĆ, MA BYĆ MIŁO.

Już, już zasypiam. Chciałabym obejrzeć to Wielkie Piękno, ale ogladam coś zupełnie innego. Segregacja śmieci. Pod zlewozmywakiem (jak większość Polek) mam wiaderko nieduże, wyłożone folią, w którym umieszczam wszystkie śmieci wg. kryterium klasyfikacji: ŚMIERDZĄCE. Tam spoczywają najwyzej dwa dni obierki, fusy, resztki, których obawiam się już zjadać, tudzież plastiki i papiery po mięsie, wędlinach i rybach, i inne rzeczy, o których wiem, że nadługo będą śmierdzieć. Ponieważ nie wychodzę na dwór, co dwa dni zawiązuję ów niewielki woreczek i wkładam do pojemnika na balkon, gdzie w zimnie oczekują na kogoś, kto da się zmobilizować, aby starszej pani wynieść toto do śmietnika. Żeby samej wyjść do śmietnika, musiałabym założyć buciki, a nie paradować w letnich klapkach. Sami rozumiecie, że nie jest to bucik na styczniowy dwór, a poza tym, po remoncie, kafelkarze użyli mojej włóczkowej, moherowej czapki, do polerowania fug (akurat nawinęła im się pod rękę), więc goła głowa w zimie też nie pasuje. No i kurtka, piękna, z futrzanym kapturem, ale jakoś tak, akurat strzyka mnie i boli w prawym barku, więc nawet z pomocą szczypiec od grilla, jej nie założę. Zresztą szczypce się ślizgają po materiale, a chwytak dla starowinek, kaleczy materiał, szkoda niszczyć taką piękną kurtkę tylko po to, żeby wyjść do śmietnika.

Teraz klasyfikacja śmieci się zmienia. Odpady bio muszą być oddzielone od plastiku, nawet brudnego. Zamiast jednego, pod zlewem muszę mieć dwa worki, (a raczej woreczki, bo niewielkie). Gdzie je zmieścić, skoro mam koszyk na kartofle i jeden duży garnek, który mi się gdzieś indziej nie mieści.

Zamiast Wielkiego Piękna widzę inne rozwiązania praktyczne. Kartofle przełożę do koszyczka, który postawię na dużym garnku – nie chcę go wyrzucić, choć używam go raz na rok (BO TY ZAWSZE TRZYMASZ NIEPOTRZEBNE GRATY), ale pokrywkę odwrócę do góry stroną wklęsłą (po co ktoś konstruuje takie pokrywki, zabierające zbyt dużo miejsca?!), a kosz do śmieci, służący do tej pory za pojemnik do kartofli, użyję na śmieci śmierdzące.

No problem rozwiązany, ale chęć do snu, umyka. Nie widzę już Wielkiego Piękna, jestem pełna energii, której nie mogę spożytkować z powodu ogranniczonych możliwości ruchowych. Im bardziej tęsknię za Wielkim Pięknem, tym mniej ono daje się przyciągnąć do mnie i zatrzymać.

Wszak w korytarzu czekają następne pojemniki segregacji śmieci: plastik/papier/puszki – rozdzielane na 3 frakcje i czwarta – butelki, słoiki itp. szkło. (Ileż to nietrafionych tekstów produkuje moja drukarka! Które są ważniejsze, a których więcej?) Już teraz tkwią na stołeczku, o który zawadzam, przemieszczając się w nocy do toalety, (jak czynią to starsi ludzie nie posiadający dywanów na utrapienie młodych sąsiadów) 1 puszka po piwie, 1 stary kalendarz, kilka foliówek i posylwestrowa flaszka po szampanie – 0,5 l, które wypiły 2 starsze panie. Och, czemuż nie jestem młodym, prężnym facetem, który wypija 5 plastikowych flaszek coca-coli i 10 innego badziewia, a w dodatku sam, na własnych nogach, może je wynieść do śmieciowej altanki?

Na szczęście siła wyższa (Ta, która Jest, o ile jest) lituje się nade mną i gdy wreszcie zasypiam, wspinam się po górskiej, kamienistej ścieżce, biegnącej wzdłuż krystalicznego strumyka, a mam na sobie zieloną suknię we kropkowane wzory „Wilczych Szeptów”  Agnieszki Cupak i choć nie doznałam Wielkiego Piękna, (niedostępnego tym, którzy nie rozumieją swoich umysłów) odnalazłam Średnie Piękno, do czasu, aż mglisty poranek z powrotem przywoła segregację śmieci.