Bo ty zawsze, bo ty nigdy.

To są takie zdania-wytrychy, z pozoru mało ważne, nieistotne; jednak pulsujące niedocenianą siłą, od wielu pokoleń. Stulecie Niepodległości już je znało, a kto wie, czy nie wcześniej. Nasze okowy, kajdany, nigdy nie zerwane. Dla rozważenia tym, których dotyczą.

W bezsenne noce (zwłaszcza na granicach niżów z wyżem – idących najczęściej od Północy), nie mogąc zasnąć, zmagam się z problemami. Udając się na spoczynek, pragnę szybciutko udać się w krainę snów Wielkiego Piękna i Idei Przewspaniałych, a czasem, z powiewem Pólnocnego Wiatru, śmigać bezkresnymi polami i lasami, przemykając między ośnieżonymi choinkami, jednoznacznymi i upartymi w swej symbolicznej trwałości, tymczasem…

Tymczasem. Świat wokół mnie pulsuje zwyczajnością, której nie miałam czasu poświęcić. Jutro mam gościa, co ugotować? Czy mam w zamrażarce coś stosownego, czy może jako relikt czasów, które słusznie minęły, posądzana zazwyczaj o nadmierne gromadzenie zapasów (jak wiadomo – wystanych w kolejkach), bez umiaru korzystajaca z internetowych zakupów, BO TY ZAWSZE MUSISZ MIEĆ ŻARCIA DO PRZESYTU.

BO TY NIGDY NIE ZNASZ UMIARU. Tak, boję się głodu. Kiedyś ukradłam dziecku bułkę z wędliną i ta kradzież do dziś stoi mi kością w gardle.

Boli mnie głowa, mam zawroty. Czy to już? Nie, na szczęście nie. Prześliczna choinka, oszpecona wsiową dyskoteką migajacych kolorów, niebieskiego, czerwonego i zielonego, odbitą w czerni ekranu telewizora.

– Proszę, przełącz choinkowe światełka, żeby nie migały w tak szybkim tempie, a najlepiej w ogóle. Przełącznik jest w kącie, do którego nie mam dostępu z moim chodzikiem.

BO TY ZAWSZE WYDZIWIASZ, KAŻDĄ PRZYJEMNOŚĆ ZEPSUJESZ! MOŻNA BYŁO KUPIĆ DROŻSZE ŚWIATEŁKA, ZA CZTERDZIEŚCI ZŁOTYCH, A NIE ZA DZIESIĘĆ. BYŁABYŚ ZADOWOLONA?

Nie o to chodzi. Podobno kierowcy z padaczką mają problemy, gdy jadąc aleją, wysadzaną drzewami, w słoneczny dzień muszą mierzyć się z słonecznym światłem naprzemiennie z cieniem bijącym po oczach. Może i te światełka tak działają?

ALE TY NIE MASZ PADACZKI!

No, nie mam… Ale głowa mnie boli, i  w niej się kręci, a najwazniejsze, że psuje mi nastrój.

WEŹ SIĘ W GARŚĆ, MA BYĆ MIŁO.

Już, już zasypiam. Chciałabym obejrzeć to Wielkie Piękno, ale ogladam coś zupełnie innego. Segregacja śmieci. Pod zlewozmywakiem (jak większość Polek) mam wiaderko nieduże, wyłożone folią, w którym umieszczam wszystkie śmieci wg. kryterium klasyfikacji: ŚMIERDZĄCE. Tam spoczywają najwyzej dwa dni obierki, fusy, resztki, których obawiam się już zjadać, tudzież plastiki i papiery po mięsie, wędlinach i rybach, i inne rzeczy, o których wiem, że nadługo będą śmierdzieć. Ponieważ nie wychodzę na dwór, co dwa dni zawiązuję ów niewielki woreczek i wkładam do pojemnika na balkon, gdzie w zimnie oczekują na kogoś, kto da się zmobilizować, aby starszej pani wynieść toto do śmietnika. Żeby samej wyjść do śmietnika, musiałabym założyć buciki, a nie paradować w letnich klapkach. Sami rozumiecie, że nie jest to bucik na styczniowy dwór, a poza tym, po remoncie, kafelkarze użyli mojej włóczkowej, moherowej czapki, do polerowania fug (akurat nawinęła im się pod rękę), więc goła głowa w zimie też nie pasuje. No i kurtka, piękna, z futrzanym kapturem, ale jakoś tak, akurat strzyka mnie i boli w prawym barku, więc nawet z pomocą szczypiec od grilla, jej nie założę. Zresztą szczypce się ślizgają po materiale, a chwytak dla starowinek, kaleczy materiał, szkoda niszczyć taką piękną kurtkę tylko po to, żeby wyjść do śmietnika.

Teraz klasyfikacja śmieci się zmienia. Odpady bio muszą być oddzielone od plastiku, nawet brudnego. Zamiast jednego, pod zlewem muszę mieć dwa worki, (a raczej woreczki, bo niewielkie). Gdzie je zmieścić, skoro mam koszyk na kartofle i jeden duży garnek, który mi się gdzieś indziej nie mieści.

Zamiast Wielkiego Piękna widzę inne rozwiązania praktyczne. Kartofle przełożę do koszyczka, który postawię na dużym garnku – nie chcę go wyrzucić, choć używam go raz na rok (BO TY ZAWSZE TRZYMASZ NIEPOTRZEBNE GRATY), ale pokrywkę odwrócę do góry stroną wklęsłą (po co ktoś konstruuje takie pokrywki, zabierające zbyt dużo miejsca?!), a kosz do śmieci, służący do tej pory za pojemnik do kartofli, użyję na śmieci śmierdzące.

No problem rozwiązany, ale chęć do snu, umyka. Nie widzę już Wielkiego Piękna, jestem pełna energii, której nie mogę spożytkować z powodu ogranniczonych możliwości ruchowych. Im bardziej tęsknię za Wielkim Pięknem, tym mniej ono daje się przyciągnąć do mnie i zatrzymać.

Wszak w korytarzu czekają następne pojemniki segregacji śmieci: plastik/papier/puszki – rozdzielane na 3 frakcje i czwarta – butelki, słoiki itp. szkło. (Ileż to nietrafionych tekstów produkuje moja drukarka! Które są ważniejsze, a których więcej?) Już teraz tkwią na stołeczku, o który zawadzam, przemieszczając się w nocy do toalety, (jak czynią to starsi ludzie nie posiadający dywanów na utrapienie młodych sąsiadów) 1 puszka po piwie, 1 stary kalendarz, kilka foliówek i posylwestrowa flaszka po szampanie – 0,5 l, które wypiły 2 starsze panie. Och, czemuż nie jestem młodym, prężnym facetem, który wypija 5 plastikowych flaszek coca-coli i 10 innego badziewia, a w dodatku sam, na własnych nogach, może je wynieść do śmieciowej altanki?

Na szczęście siła wyższa (Ta, która Jest, o ile jest) lituje się nade mną i gdy wreszcie zasypiam, wspinam się po górskiej, kamienistej ścieżce, biegnącej wzdłuż krystalicznego strumyka, a mam na sobie zieloną suknię we kropkowane wzory „Wilczych Szeptów”  Agnieszki Cupak i choć nie doznałam Wielkiego Piękna, (niedostępnego tym, którzy nie rozumieją swoich umysłów) odnalazłam Średnie Piękno, do czasu, aż mglisty poranek z powrotem przywoła segregację śmieci.