Selfie z wypadku

Taka historia. Autentyczna. Spływ Dunajcem dla turystów tydzień temu. Na środku rzeki dwóch flisaków (słowacki właściciel łodzi i jego pomocnik) wprowadzili tratwę (składającą się z kilku wąskich czółen) na skałę wystającą z nurtu rzeki. Tratwa przechyliła się i połowa czółen nabrała wody, stopniowo tonąc. Przewożona wycieczka składała się z kilkunastu obcokrajowców (narodowość litościwie pominę) zdecydowanie ilościowo przewyższających limit dla tego rodzaju łodzi. Właściciel popadł w stan kompletnego zagubienia, zwłaszcza, że flisacy z innych, towarzyszących mu łodzi, zamiast pomóc, przyspieszyli wiosłowanie i zmyli się natychmiast. Woda sięgała tylko do pasa lub nieco ponad, ale przejście kilkunastu metrów do brzegu nie było bezpieczne. Niska temperatura wody mogła sprawić, że ktoś nagle zanurzony mógłby doznać zatrzymania akcji serca, ktoś inny przewrócić się i w szybkim nurcie na śliskich kamieniach uderzyć w coś głową. Część wycieczki składała się z młodych i szczupłych osób, ale kilkoro ważyło znacznie więcej i nie wyglądało na ludzi zbyt sprawnych fizycznie. Pomocnik przewoźnika nie mieszał się w żadne działania, a właściciel łodzi dobrnął do brzegu pod nawis skalny i wrzeszcząc biegał w kółko. Kompletnie stracił głowę, jak się mówi w takich okolicznościach. W komórce nie miał zasięgu, a tratwa przechylając się, pogrążała w nurcie coraz bardziej.

Brzegiem szło dwóch turystów, młody chłopak i nieco starszy mężczyzna, Zatrzymali właściciela łodzi, nieco go uspokoili przedstawiając mu plan ratunkowy. Uznali, że najważniejszą rzeczą jest przeprowadzenie turystów z łodzi na brzeg, ale żeby uniknąć czyhających niebezpieczeństw należało przenieść ich na plecach. Zakotwiczyli między kamieniami bosak, do którego właściciel przywiązał linę, stanowiącą poręcz i przez cały czas ewakuacji trzymali ją usilnie zapierając się stopami w mokry brzeg. Trwało to godzinę albo dłużej. Trudno liczyć czas, kiedy emocje wymuszają akcję ratunkową.

Właściciel stopniowo przenosił „na barana” turystów z łodzi, która zalewana falą, pogrążała się coraz bardziej. Na początek poszły kobiety, a właściwie młode dziewczyny, lekkie i zwinne, potem jednak przyszła kolej na nieco tęższe starsze panie i pewną dziewczynę, ważącą ponad sto kilo. Tutaj właścicielowi tratwy siły odmówiły posłuszeństwa i przewrócił się wraz ze swoją pasażerką, na szczęście dość blisko brzegu.

Wyobraźcie sobie godzinę akcji ratunkowej po pas w zimnej wodzie z ciężarem na plecach! Dwaj przypadkowi wędrownicy też mieli dość trzymania naprężonej liny asekuracyjnej i bosaka, więc coraz głębiej wchodzili w wodę mocząc w niej stopy i buty.

Jak myślicie, co zrobili uratowani wcześniej członkowie wycieczki? Jeśli sądzicie, że pomogli ratować towarzyszy albo przynajmniej wsparli własną siłą dwóch przypadkowych turystów z bosakiem niestabilnie zakotwiczonym między kamieniami, coraz bardziej pogrążających się w zimnym, październikowym nurcie wody (podobno tylko do kolan), to bardzo się mylicie. Na brzegu ustawili się w wachlarz, uruchamiając swoje komórki i nagrywając całą akcję z radością i satysfakcją. Selfie z katastrofą w tle – to jest coś! Możliwe, że emocje przygodnych ratowników i obojętnego pomocnika, a także odchodzącego od zmysłów skrajnie wyczerpanego właściciela, były dla nich jedynie miejscową atrakcją świata, z którym nie mieli nic wspólnego, poza wykupioną wycieczką. Pochodzili zresztą z kraju, w którym światowy język porozumienia – angielski widać nie był im do niczego potrzebny i nie uważali za stosowne zrozumieć tego, o co ich prosili słowacki właściciel oraz polscy turyści. Prawdopodobnie uważali ich za pracowników owego wycieczkowego, słowiańskiego cyrku, wymawiających w dziwaczny sposób szeleszczące spółgłoski, którzy nie oczekują zrozumienia ani pomocy. Wszak ktoś im za to pewnie zapłaci.

Kiedy spytałam jednego z ratowników, dlaczego nie uruchomił swojej komórki i nie nagrał widowiska oraz swojego w nim udziału, odpowiedział mi ze zdziwieniem: przecież trzymałam bosak i napiętą linę, a potem padłem w błoto i byłem tak zmoczony, że musiałem szybko biec do schroniska. Nie dysponuję więc selfie z przypadkowymi bohaterami.

Jako społeczeństwo zatraciliśmy chyba instynkt samozachowawczy. Z opowieści rodzinnych wiem, że w najgorszych chwilach okupacji hitlerowskiej, a także podczas pogromów ukraińskiej na Wołyniu ludzie sobie pomagali: ratowali sąsiadów, albo nawet obcych, bez względu na to, jakiej byli narodowości i co ich mogło za pomoc tę czekać. W odruchu, bez zastanowienia. Dlaczego więc inni flisacy natychmiast odpłynęli? Dlaczego u uratowanych pierwszym odruchem było tylko robienie selfie? Wszak można by przynajmniej pomóc turystom trzymającym bosak z napiętą liną, nikogo to nie narażało na nic groźnego. Czy już zapomnieliśmy, jak wyglądają prawdziwe niebezpieczeństwa i uznaliśmy, że takowe są tylko tam, gdzie nas nie ma?

Ganię tutaj obserwatorów pewnego wydarzenia, ale sama, kiedy trafił mi się podobnego rodzaju widok akcji ratunkowej, zajęłam się robieniem zdjęć, podczas gdy małżeństwo, z którym jechałam, ofiarnie ruszyło na pomoc tłumiąc w zarodku pożar i pomagając kierowcy ciągnika ściągnąć płonące spodnie. Ludzie z następnego, przejeżdżającego samochodu także włączyli się w akcję. A w tym miejscu droga była rzadko uczęszczana.

Ironia losu chciała, że traktorzysta był miejscowym strażakiem i po akcji jechał na swoje pole. Może był zbyt zmęczony? W każdym razie, gdy przyjechała straż, było już po wszystkim, jeśli nie liczyć poparzonych nóg, które wówczas dopiero poczuł.

Ja się mogę tylko tłumaczyć, że więcej bym przeszkadzała niż zdołała pomóc. Robiąc zdjęcia w jakiś sposób czułam się czynnie uczestniczącą w zdarzeniu. Zaspokajałam swoją potrzebę bezpiecznego udziału, nie byłam bierna.

Może tamci też?

ciagnik

ka-023

Historyczne diety

Przeglądanie starych książek odziedziczonych po zmarłych, wiekowych osobach podobne jest czasem do odkrywania światów całkiem odmiennych od dzisiejszych. Między ich kartkami tkwią prawdziwe rarytasy. Kilkoma z nich, efektem przejrzenia zaledwie czterech półek, z regałów w obszernym garażu, postanowiłam się zająć dzisiaj.

Pierwsza zdobycz to kartki żywnościowe z czasów niemieckiej okupacji:

kartki001

Niestety, brak organu wydającego oraz danych właściciela kartek i jego adresu. Może to była jakaś podróbka? Wszak niżej zapisano że nieważna bez prawidłowej rejestracji, a takowej brak. Zalecono przechowywać starannie i bardzo starannie ją schowano, tak że przetrwała do dziś. Nakazano także dokładnie oddzielać poszczególne odcinki małej wartości. Urzędy mają zawsze tendencję do celebrowania i podkreślania rzeczy oczywistych

Oto porcja na 5 dni dla urlopowicza: na bogatym obszarze? (reichsgebief).

1590 g chleba (ale precyzja!) w tym 1150 g jakiejś jego odmiany, co daje nieco ponad 30 dkg dziennie. 200 g mięsa, tj. 4 dkg Niewiele jak na cały dzień dla mężczyzny, choć mnie by wystarczyło. Inna rzecz, co jeszcze można było kupić oprócz żywności na kartki; jeśli niewiele dla uzupełnienia diety, to musiała być bardzo monotonna.

Teraz przeskoczę na linii czasu kilka lat i zajrzę do zeszytu w kratkę, w którym pewien nauczyciel/ka od dnia 24 czerwca notował swoje dzienne wydatki. Zeszyt jest opatrzony jedynie numerem miesiąca (przy czym zaszła pomyłka, lipiec w części notatek (na zdjęciu) oznaczono jako VI, potem jednak już sierpień oznaczono prawidłowo jako VIII. Dzięki temu korzystając ze stuletniego kalendarza udało mi się ustalić rok zapisków: 1948. Zapisany adres pozwolił zlokalizować miejsce: Stegna k/Gdańska, poste restante.

dieta1954b

Jakże uboga była dieta owego nauczyciela! Prawdopodobnie stołował się gdzieś i codziennie płacił za obiad 5 zł w czerwcu i lipcu. Czasem przebywała z nim/nią rodzina i wówczas płacił 20 zł za 4 osoby lub 10 za 2. Co poza tym kupował? Mleko zwykłe i mleko zsiadłe (po 5 zł), czasem jajka. W lipcu kupił 1 kg jaj za 37 zł, a w sierpniu za 40 zł. Jaja kupował na kilogramy, zresztą do dziś na Podlasiu na targach tak je sprzedają, prawdopodobnie dlatego, że jaja od młodych kurek lub perliczek są dużo mniejsze niż od starych (przeciętnie wchodzi 23-25 a nawet 28 szt/kg)

I oczywiście kupował chleb. Na chleb wydawał 10 zł na kilka dni. W sierpniu zaszalał: raz kupił bułkę + 4 małe bułeczki i zapłacił za nie aż 50 zł. Raz w lipcu kupił 1/4 l śmietany (5 zł), a raz ½ za 20 zł, raz czereśnie (10,40), raz masło (17,50), a w sierpniu kilogram pomidorów za 40 zł. Raz dostał od kogoś za darmo (w każdym razie ceny nie podano) 2 cebule. Z rozpusty były także kiedyś w sierpniu serniczki za 30 zł, ale w ogóle musiał się liczyć z pieniędzmi – za mieszkanie zapłacił za 2 miesiące 1000 zł. 26 sierpnia skończył urlop. W dalszym ciągu zeszyt wykorzystywał już ktoś inny spisujący w nim nazwy narządów odpowiadających numerom stref refleksyjnych pokazanych na rysunku prawej stopy (rysunku brak). Z odwrotnej strony zeszytu ktoś trzeci zamieścił informacje jakie miejsca należy masować w razie określonych chorób i tak na przykład w razie alergii należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz i coś tam jeszcze nieczytelnego. Mnie zainteresował artretyzm  stawu biodrowego ale odpadłam, gdy przeczytałam, że należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz, żołądek i jelita, jakieś m. stawu biodrowego i stawu barkowego i któreś kręgi lędźwiowe. Za dużo tego. Chociaż nawet na białaczkę były sposoby… I na chorobę wieńcową – wystarczyło jedynie masować serce. Logiczne niewątpliwie.

Ceny pochodzą z czasów przed wymianą pieniędzy 30 października 1950 roku, której dokonano w proporcji 100 zł starych na 3 zł nowe(ceny i płace) oraz 100 zł na 1 zł (gotówka) przy założeniu, że nie wszystkie środki zostaną wymienione – obowiązywały limity.

Średnia pensja w roku 1950 wynosiła 551 zł, (wcześniejszych danych sprzed reformy walutowej nie odnalazłam), jednak w roku reformy mój ojciec, inżynier konstruktor w zakładach PLL „LOT” po przeliczeniu otrzymywał ok. 360 zł – znacznie mniej niż robotnik . Nie udało mi się także odnaleźć danych zarobków mojego dziadka, nauczyciela, w 1948 r. inspektora szkolnego, zaszeregowanego do grupy VI urzędników państwowych, natomiast moja ciotka w tymże roku, początkowa nauczycielka kontraktowa w liceum dla dorosłych na Śląsku zarabiała 300 zł/1 godz. tygodniowo w wymiarze miesięcznym 10 godz. tygodniowo, a więc miesięcznie 3000 zł.

Argumenty zgubione w deszczu

Podczas Biesiady Literackiej — imprezy Związku Literatów Polskich, po rozmowie prowadzącego o mojej ostatnio wydanej książce, w kuluarach rozpoczęła się ciekawa dyskusja z pewnym panem, niestety niedokończona z powodu deszczu i poszukiwań lokalu, gdzie można by spokojnie porozmawiać przy piwie, w czasie którego to spaceru grono przyszłych dyskutantów stopniało.

Dyskusja dotyczyła mojego blogu w Tarace. Pan ten chwaląc fragmenty dotyczące wspomnień z przeszłych lat, jednocześnie wyraził wątpliwości, co do sensu partii materiału poświęconych drobiazgom życia codziennego jak np. opowieści o domokrążcach w odcinku „Ludzie z chowu klatkowego”. Na zarzut odpowiedziałam mu jakimś zgrabnym zdaniem sugerującym, że nie wszystko, co ważne dla kogoś, jest równie ważne dla innych, ale potem, mając już czas na zastanowienie się, zaczęłam rozważać wszystkie argumenty za i przeciw.

Co przemawia za wspomnieniami sprzed lat powiedzmy sześćdziesięciu paru? Pewna oczywistość, że osoby wspominające ten czas żyły dłużej niż większość odbiorców wspomnień, a więc mogą udzielić informacji „z pierwszej ręki” jak było naprawdę. Nie zakłada się istnienia sprzeczności między czyimś subiektywnym spojrzeniem, a rzeczywistością, a co więcej, odbiorcy przykładają swoją miarę do wydarzeń z przeszłości, nie chcąc dostrzec tego, co z ich pojmowaniem ówczesnej rzeczywistości się wiąże. Podam na to przykład właśnie z tego spotkania na Biesiadzie Literackiej (nagranie można odsłuchać na mojej stroniehttp://kasiaurbanowicz.pl/?page_id=144

Prowadzący, pan Wacław Holewiński stwierdził, że brakuje mu w mojej książce jakiegokolwiek nawiązania do oceny czasów stalinizmu w Polsce. Oczywiście słusznie zauważył. Brakuje także wielu innych rzeczy: stosunku do problemu aborcji, zniewolenia mediów publicznych i tak dalej. Osoby pamiętające te czasy oczywiście zupełnie inaczej odbierały ówczesną rzeczywistość, niż współczesny czytelnik książki, czy dyskutant. Stalin zmarł w roku 1953, ja miałam wówczas 11 lat. Jako mieszkanka miasta, indoktrynowana w szkole, oczywiście pamiętam ową duszną atmosferę tamtych lat. Jednak będąc dzieckiem odbierałam ten świat jako taki, który jest, był i będzie i usiłowałam się wraz z moimi rodzicami do tego przystosować. Nikt z nas specjalnie nie przejmował się tym, co pisała ówczesna prasa, publikująca przede wszystkim nudne wystąpienia oficjeli. Nie było telewizji, komputerów; telefony u osób prywatnych były rzadkością, a nie w każdym domu było radio. Jeszcze w latach sześćdziesiątych w niektórych rejonach kraju najbliższy telefon był dostępny w odległości 20-30 km, a i to w godzinach do 15-ej. Jaką więc świadomość i zainteresowanie polityką mogło mieć wiejskie dziecko, a nawet jego rodzice z zabitego deskami siedliska? Wiedzieli tylko że są obowiązkowe dostawy, a ubój własnej świni jest nielegalny. To było tło ich życia, które przyjmowali jak pogodę i pory roku, oczywiste oczywistości, o których się nie mówiło.

Współczesny czytelnik nie może zrozumieć, jak można było o takiej opresywności systemu totalitarnego nie myśleć. Można było. Oglądałam parę lat temu film o Korei Północnej i właśnie poczułam się jak w domu mojego dzieciństwa. TERAZ wiem, że to był i czym był stalinizm, ale wówczas o tym się nie myślało. Coraz mniej liczne osoby, pamiętające czasy międzywojnia stopniowo wymierały, ale niewiele mówiły z obawy o własne bezpieczeństwo.

Wracając więc do sprawy argumentów. Prawda jest brutalna. Moje wspomnienia, także te zawarte w „Tarace” nie pomogą zrozumieć, czym był stalinizm dla Polski, chyba że ktoś zechce się z nich dowiedzieć, dlaczego nie był wówczas w oczach ludzi czymś najważniejszym. Więc odpowiadam: był pogodą, deszczem lub zawieją, na którą nikt ze zwykłych ludzi nie miał wpływu, najwyżej mógł przed takimi czy innymi jej aspektami się zabezpieczać, w miarę możliwości, oczywiście. ONI też mogli po każdego przyjść, więc lepiej było ograniczać się do własnych spraw, o innych nie myśleć. Także nie mówić za dużo, na wszelki wypadek o niczym ważnym.

Teraz przejdę do tego, co mój dyskutant zganił. Usiłuję na miarę swoich możliwości zrobić to, czego wówczas nie robiłam – zrozumieć obecny świat. Już wiem, że lata które upłyną, zupełnie zmienią optykę patrzenia, ale pragnę choć odrobinę rozchylić kurtynę niewiedzy. Nie zadowalają mnie naukowe analizy ekspertów, bowiem wiem, jak często się mylą i wiem też, że czasem w przebłysku udaje się zwykłemu człowiekowi przeniknąć poprzez czas i coś ZROZUMIEĆ. A do zrozumienia szczegół, jak ów domokrążca z ostatniego odcinka, może być równie przydatny, jak teorie zbudowane na uogólnieniach płynących z czyjegoś teoretycznego rozumowania.

W takim patrzeniu na szczegóły mam przewagę wieku i doświadczenia nad młodszymi ode mnie. Dla większości osób lata PRL ikomuna to lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Dla mnie to już wtedy nie była żadna komunistyczna Polska, to już były popłuczyny po komunizmie. Pamiętając, co było dawniej, u jej zarania, miewam może złudne przekonanie, że przeniknę przeczuciem tendencje, w kierunku których posuwa się nasz najbliższy świat i widzę ostrzeżenia, których dzieci lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie widzą. Czuję się wówczas jak ukarana przez bogów wieszczka i bynajmniej nie jest to komfortowe uczucie. Staram się więc nie wieszczyć.

Otrzymałam przed chwilą mail od mojego niedoszłego dyskutanta, w którym pisze:

         „To czym byłem zdziwiony, to uwagami prowadzącego dyskusję, iż powieść „Sierotka” – osnuta wokół przeszłości … nie jest optymistyczna… Zdały mi się one osobliwe… dały poczucie… że świat współczesnych dramatów na ziemi polskiej… niekiedy znacznie bardziej zaostrzonych niż w  czasach z poprzedniej epoki… być może nie znalazł jeszcze pełnego swego literackiego odzwierciedlenia. To dało do myślenia…”

Wielka szkoda, że deszcz nam nie dał dokończyć dyskusji. Porównywanie, które czasy były gorsze do niczego nie prowadzi, choć przyznam się że współczesne dramaty na ziemi polskiej moim zdaniem są ledwie cieniem dawnych dramatów. Póki co, nikt nikogo jeszcze nie zabija, nie katuje w specjalnych więzieniach opozycjonistów politycznych, a spory toczą się może w niezbyt grzecznym tonie, choć nawet naszym posłom daleko do wyskoków posłów dwudziestolecia międzywojennego. Nie biją się, nikt koniem nie wjeżdża na salę obrad i brak podobnych ekscesów. Chroni się dzieci i zwierzęta przed przemocą. Teoretycznie jesteśmy osobiście wolni. Jesteśmy informowani o sprawach państwa w nieporównywalnie szerokim zakresie. Co nie oznacza, że jesteśmy w tym wszystkim zabezpieczeni na zawsze.

Mówi się, że w kropli wody pod mikroskopem można dostrzec miniaturę życia. Może więc w kropli współczesności, gdy pod moimi drzwiami stanie handlujący dywanami, bluzgający facet, a ktoś inny zestawi pojęcie zwierząt z chowu klatkowego z klatkami bloków mieszkalnych, uda mi się połączyć te dwie z pozoru odrębne sprawy i przeniknąć to, co przyniesie przyszłość, prawidłowo oceniona i podsumowana dopiero w ileś lat później. Może dzięki temu stanę się dzieckiem w mniejszej mgle.

biesiada-3

 

Ludzie z chowu klatkowego

drzwi-002

Ostatnio zauważyłam, że ludzie, nawet tacy, którzy profesjonalnie nawiązują kontakty z innymi, na przykład handlowcy, mają poważne trudności z wyartykułowaniem głośno i wyraźnie czego chcą. Testuję to prawie codziennie z powodu takiego, a nie innego ułożenia mojego mieszkania. Znajduje się ono na końcu dość długiego korytarza oddzielonego przeszkloną szybą od reszty bloku. Gdy ktoś dzwoni nie zapowiedziany blokowym domofonem, wychodzę przed drzwi mieszkania i pytam głośno, czego sobie życzy. Z powodu trudności z chodzeniem nie idę dalej korytarzem, dopóki nie jestem pewna, że komuś otworzę. W odpowiedzi na moje zapytanie, osoby za matową szybą najczęściej coś niewyraźnie mamroczą, choć słyszalność jest dobra z uwagi na wolne przestrzenie między szybami, no i ja mam dobry słuch i łatwo po odezwaniu się identyfikuję swoich znajomych, wpadających z niespodziewaną wizytą.

Wczoraj taki domokrążca kilkakrotnie na moje zapytanie plątał coś bez ładu i składu, a wezwany do wyraźnego powiedzenia, o co mu chodzi, zaczął rzucać k…ami.

Oniemiałam ze zdziwienia, że ktoś, kto czegoś ode mnie chce, najwyraźniej nie potrafi nawet swojego chcenia grzecznie wyartykułować. Odwróciłam się, żeby wrócić do mieszkania, ale wówczas wyszła do niego sąsiadka i z tego powodu dowiedziałam się, że wystarczyło powiedzieć wyraźnie jedynie dwa słowa aby zostać zrozumianym, (co nie oznacza że wpuszczonym).

Ludzie głośno i wyraźnie miotają przekleństwa, tego się nie wstydzą. Wściekli mogą wreszcie powiedzieć o co im chodzi, na przykład, że o wyprzedaż dywanów. Kiedy powinni być uprzejmi, mamroczą niewyraźnie, widać że bardzo źle się czują w tej roli.

Mój nieżyjący już teść był wielokrotnie okradany przez bandy wyrostków, którym otwierał drzwi bez pytania, a tłumaczącym mu, że powinien chociaż wyjrzeć przez wizjer nieodmiennie odpowiadał, że jak można w ogóle komuś nie otworzyć drzwi? A może on ma do mnie sprawę? Ale gdy sugerowaliśmy mu, żeby spytał o jaką sprawę chodzi, teść odpowiadał: przecież nie będzie wrzeszczał na głos, jaką ma sprawę.

I tu jest pies pogrzebany. Moja znakomita koleżanka, także pisząca czasem w Tarace Maria Borkowska, użyła kiedyś znakomitego określenia: — ludzie z chowu klatkowego — wykorzystując skojarzenie bloków mieszkalnych z fermami kur czy norek. Jak zwierzęta te żyjące w ścisku, tak i mieszkańcy wielkomiejskich bloków poddawani są pewnego rodzaju presjom społecznym, nie będącym wytworami własnej kultury, a wymuszanymi na nich przez innych. W odpowiedzi na to generują swoje własne zwyczaje i zasady oraz odruchy, do jakich są mentalnie zdolni.

Jedną z nich jest nie oznajmianie wszem i wobec niczego o własnych sprawach, nawet najniewinniejszych (bo nie wiadomo kto i kiedy tę wiedzę wykorzysta). Zasada takiego postępowania sięga wielu lat wstecz, do PRL (a może i dawniej), kiedy wywieszenie jakiejkolwiek kartki, niekoniecznie jakiejś oferty w publicznie dostępnym miejscu, np. w bloku przy windzie, skutkowało natychmiastowym jej usunięciem, a nawet groźbami ze strony spółdzielni mieszkaniowej lub „administracji”. Samochodów było mało, więc jeśli ktoś zaparkował w nieoczywistym miejscu (formalnych zakazów nie było tyle co dziś), „administracja” wiedziała o tym i z dużą przyjemnością nawoływała do pokajania się i poprawy. Dlatego zresztą, że powszechne dla katolicyzmu żądanie żalu za grzechy i spowiadania się z nich, przeniknęło bardzo głęboko do naszej podświadomości. Słynne komunistyczne składanie samokrytyk też brało się z tej tradycji. I dlatego każdą wypowiedź o własnych sprawach należało artykułować szeptem, jak na spowiedzi. Co z tego, że za chwilę zadzwoni się do innego sąsiada z tą samą sprawą (nawet sprzedaży dywanów), głośno powiedzieć o tym nie godzi się. Ten zwyczaj wzmacnia jeszcze powszechna nieufność wszystkich wobec wszystkich (niestety, często uzasadniona).

Na wsi bywa inaczej. Wokół domów często biegają psy, nie zawsze jest dzwonek, żeby przywołać kogoś do furtki. Najczęściej psy szczekaniem oznajmiają że obcy stoi przed posesją, wychodzi więc na próg ktoś z gospodarzy i oczywistym jest, że głośno pyta, po co się przyszło i odpowiedzi też należy udzielać głośno i wyraźnie. Dlatego też może dodatkowo chodzi o niechęć mieszkańców bloków do prezentowania „wsiowych” zwyczajów.

Z amerykańskich książek i filmów końca dwudziestego wieku znamy postać domokrążcy, ciężko pracującego człowieka, uprzejmego i wymownego aż do przesady, kogoś, z kim nawet nie kupując niczego, ludzie (zwłaszcza kobiety) chętnie wdawały się w pogawędkę. Sądziliśmy, a właściwie wmawiano nam, że gdy u nas zapanuje wolny rynek, będziemy mieli zawsze chrupiące bułeczki, sprzedawcy będą uprzejmi, a tę cudowną odmianę Polaka miał spowodować fakt, że będzie im się ta uprzejmość finansowo opłacać. Nie braliśmy tego pod uwagę, że uprzejmi domokrążcy poruszali się zazwyczaj na terenie małych, prowincjonalnych miejscowości.

Niestety, Polakowi nic się nie opłaca, a zwłaszcza uprzejmość. Na pobliskiej budowie zatrudnieni są Ukraińcy, w moim sklepie Ukrainki, także siostry, Ukrainki sprzątają na zmianę u mnie w mieszkaniu. Gdyby porównać ich ze spotykanymi w tym sklepie tubylcami, to stwarzają wrażenie osób o wiele bardziej kulturalnych i dobrze wychowanych, niż moi rodacy. Przypadkowo spotkani wyświadczają drobne uprzejmości, jakby pomoc komuś była zupełnie niemęcząca, a przecież są to bez wyjątku ludzie ciężko pracujący. Ciekawe, że często takie zdanie i o Polakach mają niektórzy obcokrajowcy. Musi więc być coś w oderwaniu się od własnego kraju i środowiska, co skłania do zwracanie więcej życzliwej uwagi na otoczenie.

Drążąc głębiej ten problem, na podstawie domokrążcy z wyprzedażą dywanów (już któryś z kolei rok wyprzedających dywany z likwidowanego rzekomo sklepu) można wyciągnąć nie tylko taki wniosek, że taka praca mu się nie opłaci i że prowadzi do niej, jak do wielu zawodów, selekcja negatywna. Prawdopodobnie człowiek ten nie znalazł lepszej i lepiej płatnej pracy z powodu braku umiejętności komunikowania się z otoczeniem, ale także ze złego samopoczucia, spowodowanego faktem, że pracując w cudzej firmie jest się zdanym na cudze nastroje i humory. Trafia więc z deszczu pod rynnę zdany na humory paniuś, którym nie chce się podejść do drzwi, gdy CZŁOWIEK przed nimi czeka. Bo on wciąż jest człowiekiem, choć nie zawsze przyjdzie mu to na myśl.

Kury z chowu klatkowego wyskubują sobie pióra, zagłuszając bólem fizycznym ból istnienia. Ludzie rzucają k…ami i innymi przekleństwami nie umiejąc i nie próbując zrozumieć, dlaczego to robią i co nimi miota. Nawet wbrew własnym żywotnym interesom. Nie zarobi nic przecież chamski domokrążca.

Przyglądając się bliżej zasadom i zwyczajom panującym wśród ludzi z chowu klatkowego, widać także inne niepisane reguły. Dlatego zamiast wściekać się na głupio nieuprzejmych domokrążców przerywających wykonywane zajęcia, lepiej zająć się ich rozgryzaniem i analizą. Co właśnie sobie powtarzam.

 

Ryby żeglujące w powietrzu

W tarocie są karty-bramy. Takie same są w życiu. Problem w tym, że o ile tarotowe karty bramy stosunkowo łatwo rozpoznać, o tyle te życiowe widać dopiero długo po. Tarotowe karty bramy mają wyraźny rysunek określający, czego się można spodziewać, o tyle bramy życiowe czasem dają się rozpoznać, a czasem nie. Zresztą nawet wówczas, gdy je rozpoznajemy, ich sens pozostaje głęboko ukryty, a im bardziej odczuwamy emocjonalnie, że to właśnie jakiś przełom, najczęściej istotę tego przełomu najmniej rozumiemy. Rozpaczliwie wiążemy towarzyszące nam widoczki z sensem wydarzeń, ale zazwyczaj mylimy się, bo nie tu jest ukryte sedno sprawy. Chichot historii naszego życia dociera do naszych uszu, ale jest zazwyczaj szyderstwem z nas samych i naszych oczekiwań. Jak mówią znawcy astrologii (do których się nie zaliczam) Uran jest bezlitosny w obnażaniu nierealnych oczekiwań, a Saturn, jeśli się z Uranem spiknie, zachowuje się jak neofita prawa i porządku.

Jednak problem w przejawianiu się owych archetypów – znaków czasu ­bierze się skądinąd. Uraniczne zadanie, to psucie wszelkich zakorzenionych przekonań i promocja rzeczy nieoczekiwanych, dziwnych i niezrozumiałych.

Uraniczny przyjaciel nie przyniesie ci kwiatów, a kamień; a ty zastanawiaj się nad zawartością w nim ciężkich pierwiastków i jego symbolicznym sensem. Nie podobają mu się Twoje pomysły, ale je wspiera. Pomaga ci w ich realizacji. choć odrzuca go, gdy czyta Twoje teksty. Jego (ich) uraniczność załamuje cię początkowo, skłania do użalania się nad sobą w stylu małych kobieciątek, że „nikt mnie nie rozumie”, po jakimś czasie jednak zmusza do zrozumienia ICH stanowiska, bo tego właśnie chcesz. A wiadomo, że bramy dla jednych, są zaledwie małym progiem dla innych i niczym dla reszty świata. Świat nie niesie łatwych rozwiązań, najłatwiejszym z nich jest położyć się i umrzeć. Ale tak zawsze można, gdy życie zbytnio dokuczy.

Uraniczny znajomy przedstawi ci wadliwość Twoich koncepcji i zachęci do zakupu kilkunastu tomów czegoś, co zawiera informacje, mogące ci się przydać, ale niekoniecznie. Mógłby Ci wysłać jakieś skany paru stron, ale nie przyjdzie mu to do głowy. Nie zastanowi się, że zdobycie jakiejś listy nie jest warte wydatku kilkuset złotych.

Uraniczny wróg obieca ci wszystko, a nie dotrzyma niczego. Zaczeka do czasu, aż nie będziesz miał już żadnej możliwości manewru i zostawi cię. Co gorsza, zniechęci Twoich sojuszników, którzy w przerażeniu pytają Cię co dalej jakbyś to ty była alfą i omegą. Jednym z uroków starości jest brak potrzeby decyzyjności, a ty nie mając sił i środków, raptem musisz do niej wrócić. I zapytać świata słowami piosenki: „Po co mi to było”?

Uraniczne JA samo sobie zaszkodzi, zanim zda sobie z tego sprawę. W rozmaitych aspektach swego życia. I potem – jak mawiała moja mama – płacz i zgrzytanie zębów.

Niedawno przyśnił mi się pewien sen, w którym przez przeszklone ściany jakiegoś baru, czy pawilonu zobaczyłam żeglujące między gałęziami świerków ryby i uświadomiłam sobie absurdalność tego obrazu. Sen ten miał wszelkie cechy tzw. snów proroczych (rozpoznawalne przeze mnie na przestrzeni wielu lat, zwłaszcza intensywność przekazu) więc nic dziwnego, że zastanawiałam się nad jego sensem. W dodatku lokował mnie w czasie i miejscu wiążącym się z planowaną podróżą. Podróż przyszła, minęła i jakkolwiek bardzo udana, nie zawierała żadnych wskazówek, co do rozumienia sensu snu.

Od wielu lat wiem, że problemy z tzw. snami proroczymi wiążą się z właściwym rozumieniem ich sensu – o co bardzo trudno. Najczęściej zrozumienie przychodzi post factum, gdy już niczego w danej sprawie nie może się zrobić. Przynajmniej ja tak mam. Tylko raz sen przygotował mnie na wydarzenia, które miały nastąpić, ale nie mając pojęcia o tym, co się stanie, załapałam w sekundy, to, co się stawało i udało mi się przerwać destrukcyjny proces. Ale rzecz dotyczyła życia i śmierci, co wyostrzało percepcję.

Tym razem wiedziałam (czułam), że sen o rybach żeglujących w powietrzu nie dotyczy konkretnych zdarzeń, a rozumienia – nie wiadomo czego – w czasie gdy usiłowałam odgadnąć i zrozumieć wiele spraw, a żadna z nich nie miała priorytetu.

W tym stanie ducha poprzez znajomych znajomych trafiłam na stronę pewnej dziewczyny, malarki wszechstronnie utalentowanej. Jej mama pokazała mi obrazy córki. W pokoju, gdzie się znajdowałyśmy, w wazonie tkwiły lilie emitujące tak silny zapach, że powodował u mnie stan zbliżony do umierania (wiem co mówię) i natychmiast musiałam wyjść na powietrze. Ta intensywność doznań przerażała. Potem już po powrocie z wojaży trafiłam na stronę

http://www.migrarescultura.es/historias/proyecto-kamani-patrycja-pajak/ i obejrzałam jej obraz

2-madridmit-pajak_-1

To właśnie było to. Ten sen w miejskim krajobrazie, piękny plastycznie, ale gdy przyjrzeć mu się bliżej, bogaty symbolicznie. Oto ryba utworzona ze schematów linii metra. Pamiętam linie paryskiego metra i swoją nieznajomość języka powodującą uparte poszukiwanie zakotwiczenia w schematach. Ale potem, gdy je poznałam i rozgryzłam, uczucie że tu jest świat, który mnie niesprawiedliwie ominął. Świat luzu, nieagresji, tolerancji dla odmienności. Te schematy na obrazie Patty połykają małą różową rybkę, wypełnioną niepotrzebną wiedzą, z trzecim okiem na grzbiecie, wołającym o poznanie sposobu trafienia do domu. Tyle razy śni mi się, że nie jestem w stanie trafić do domu i nie jestem w stanie wyartykułować swojego lęku; mogłabym napisać całą powieść o nie trafianiu we własne miejsce, a tu pewna młoda dziewczyna, zupełnie nieznana mi osobiście, wyraziła go prostym skrótem. Chylę czoło, Patty, przed Twoim geniuszem.

Ale przyjrzyjmy się bliżej obrazowi Patty. Ryby żeglują w powietrzu manewrując między wieloma prawdami współczesnego świata. Sama Patty widzi to jako proces – tryptyk obrazujący trzy części emigracji (podobny tarotowym kartom – bramom). Pisze o ciągłej migracji wielorybów i ich pieśniach, które mogą stać się modnymi, ponieważ mają zdolność roznoszenia się po całym świecie i dzięki temu zmieniania akcentów. Wszyscy jesteśmy migrantami i zostawiamy ślady swojej migracji w kulturze. Tryptyk Patty ukazuje : korzenie i rodzinę (szkolne stół i krzesła, dom, drzewo reprezentujące dzieciństwo), korzenie pokryte „tkaniną naszych babć” i wreszcie nowy świat, przybycie na nieznane wody, poszukiwanie w morzu nowych, niezrozumiałych miejsc i przystanków (pokazanych jako krople odmienności wśród budowli innego kraju), rozszyfrowanie języka, smaków, zapachów i zabarwienia (reprezentowanych przez etykiety). I wreszcie etap ostatni: mieszanka kolorów świata, bogactwo różnorodności, nasze olśnienie i fascynacja nowym – ale bywa też, niebezpiecznym.

Co dla mnie osobiście oznacza symbolika tego dzieła?

Nie mam pojęcia. Ruszyłam w nowy świat pełen niebezpieczeństw i mielizn , wówczas gdy szykowałam się do zimowego snu wieczności. Zmuszona do aktywności rzucam się jak wesz na grzebieniu wmanewrowana w pozorne alternatywy, których nie pojmuję i nie chcę znać. Opuściłam siebie i zdałam się, podobnie jak wieloryby (Grube Ryby albo Najeżki) na prądy, które mnie przerastają. Czasami po bezsennej nocy oglądając świt SM Nad Dolinką, naznaczony zielonym neonem, rozświetlającym moją nową łazienkę z uchwytami dla niepełnosprawnych, wołam do świata: zostawcie w spokoju moje szuflady pełne niespełnionych dzieł, zabierzcie mi moją okrojoną teraz wolność, do której tęskniłam całe życie, wróćcie mi moją młodość i moje możliwości wyborów, dajcie mi świat otwarty, możliwość podróżowania i możliwość życia zgodnego z przygodnymi znajomymi w różnych krajach świata, w lepiankach, jaskiniach, kamiennych domach, wszędzie tam, gdzie mieści się odmienność i przygodna fascynacja, dajcie mi popróbować, posmakować tego wszystkiego. Mnie, sprawnej fizycznie i pełnej wiary w siebie, Zabierzcie mi moje dotychczasowe życie z solennym wypełnianiem obowiązków, prawomyślnością i zrozumieniem mojej kobiecej roli. Możecie wyrzucić je do śmietnika. Nie rozumiem tego, że kogoś ta perspektywa może obecnie uwodzić!

Ale świt już wstał i nie cofnie się na moje życzenie, a mój osobisty horoskop (ascendent w Rybach) do czegoś zobowiązuje. Przede mną perspektywa osobistego poznania Patty, dziewczyny, która burzy moją zaśniedziałość. Babcinizm musi na razie ustąpić. Och, tylko gdzie ta młodość? Przydałaby się. Wszak jutro Uran jest w ścisłej opozycji do Słońca.

Dwoje starych ludzi w parku

Przede mną leży taka fotografia otrzymana niedawno: dwoje starszych, siwych ludzi siedzi w parku. Przed nimi mur, obok drzewa.

Szukam w Googlach stosownej fotki, bowiem nie chcę ujawnić tej prawdziwej, wzorcowej, strzegąc prywatności uwiecznionych na nich osób. Nie znajduję niczego poza reklamami jakichś domów seniorów i fotkami zakochanych par (młodych, oczywiście). No i jedną ryciną, gdzie starość przedstawiono symbolicznie nawiązując do sylwetek i strojów greckich bogów

mezalians_nadal_jest_mozliwy

Musicie więc mi uwierzyć, że taka fotografia naprawdę istnieje. I musicie zrozumieć jej celowe zniekształcenie. Chociaż nie istnieje jej archetypiczny wzorzec w sieci, na ogół nasuwa się sielankowy obraz zmieszanych barw i zadumy. Świadczy o tym układ rąk przedstawionych osób, złudzenie powtarzalności ich pozy, kolor włosów i kolory otaczającej ich zieleni. I bijący z póz obojga spokój, a może tylko zmęczenie udające spokój

dsc_6641

Ale przejdźmy do interpretacji. Można by sądzić, że jest to stare, dobre małżeństwo, które wiele lat spędziło ze sobą i już naprawdę nie ma niczego nadzwyczajnego sobie do powiedzenia. Po prostu są i tak dożywają swojego wieku. W zadumie i spokoju.

Nieprawda. Fotka kłamie. To nie jest tak. Nie jest to żadne dobre stare małżeństwo, nie są to ludzie, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia. Po prostu jest to chwila, kiedy słowo zawieszone w powietrzu dotrze do drugiej osoby, albo nie. Słowa zawisające w powietrzu czasami są wypowiedziane, czasami nie, ale zawsze są słowami, bądź potencjalnymi słowami. Krążą w powietrzu powodując skupienie przedstawionej pary, mylnie wzięte za wieloletnie przyzwyczajenie. Dlaczego więc inercja naszego myślenia skłania nas do takiego a nie innego odczytania zdjęcia? Dlaczego widząc dwoje młodych ludzi spodziewamy się pary, ale niekoniecznie małżeństwa (chyba że towarzyszy im dziecko)? Wszak mogą to być znajomi, rodzeństwo, koledzy z pracy i wiele innych konfiguracji. Jednak widząc starych, zakładamy że są małżeństwem, bowiem czy często zdarzać się może inny układ w tym wieku?

Gdybyśmy popatrzyli na tą fotografię z innego punktu widzenia, na przykład symboliki Tarota, nasze spostrzeżenia będą zupełnie inne. Może właśnie stąd bierze się urok kartomancji, przełamujący „życiowe” i statystyczne stereotypy. Weźmy taką kartę Tarota na przykład „Słońce”. Słońce świeci, dwoje dzieci stoi przed murem

slonce001

Wiadomo, że mur chroni te dzieci od świata i Słońce świeci dla nich obdarzając kroplami swojej uwagi. Gdyby muru nie było, te dzieci może nie byłyby szczęśliwe, może napotykałyby jakieś trudniejsze wyzwania, ale póki co, póki są dziećmi, póki stoi ten mur brzydki, w niektórych taliach czerwono-ceglany, dzieci nie są skazane na rozpoznawanie i ocenianie rzeczywistości.

W parku, wśród drzew, tych dwoje starych ludzi z bardzo, bardzo brzydkim domem w tle jest chronione tym murem i słońcem, którego może nie ma na tej fotografii, ale jest to właśnie ten moment, ta chwila, kiedy coś zawisa w powietrzu i albo ujrzy światło dzienne albo nie, w każdym razie mur i światło są ochroną.

Interpretacja wg symboliki Tarota wskaże na wartość chwili i jej możliwość intelektualnego przetworzenia. Nie jest istotne jak długo ludzie ci się znają i o czym rozmawiają i czy w ogóle rozmawiają. Ważne jest to, że na ów moment, ową chwilę świat uległ zawieszeniu, chroniony przez ceglany mur. Ta chwila już nigdy się nie powtórzy, jakichkolwiek wysiłków ludzie ci by nie podejmowali. Jedno z zawieszonych w powietrzu pytań brzmi: co jest za tym ceglanym murem?

Z okoliczności zrobienia tego zdjęcia wiem, że nastąpiło to po ostatnim głosowaniu w wyborach prezydenckich w małym miasteczku i że czegokolwiek by nie mówić o tych dwojgu, mur izolował ich wówczas (tylko przez moment) od historii, która na naszych oczach dzieje się.

Do czego zmierzam. Wiele rzeczy w naszym odbiorze kłamie. Kłamią słowa, kłamie obraz (rzekomo obiektywny), kłamią symbole, jeśli są źle zastosowane. Co więc nie kłamie? Do czego się odwołać, kiedy nie wiemy czy to, co serwują nam politycy i media zawiera większą część prawdy czy manipulacji? Kogo i o co pytać? Jak sobie dać radę z wątpliwościami, które mnożą się jak muchy w upale? W dodatku stawiamy ewentualnej odpowiedzi swoje wymagania – mianowicie ma być ona jasna i konstruktywna.

Niestety, nie ma dobrej odpowiedzi. Ale nie znaczy to, że jej nie należy poszukiwać i że ścieżki nietypowe, jak tarot i astrologia, mitologia i sztuka są pod tym względem gorsze niż powszechnie uznane. Nie znaczy też, że właśnie odpowiedź konstruktywna jest nam potrzebna, zwłaszcza wówczas, gdy mamy niewielki wpływ na bieg spraw. Potrzebujemy tylko widzieć i myśleć. Najlepiej niestandardowo.

Krzyżówki sprzed piętnastu lat

Powszechnie uważa się, że po śmierci człowieka zostaje jego dzieło. Naukowe, literackie, pamięć jego osobowości, dokonań, miłości lub nienawiści, którą żywili doń jego bliscy, lub wreszcie, wspomnienia innych o chwilach i sprawach wiążących ich ze zmarłym. Zostają czasem pamiątki materialne, przedmioty, często przechowywane z pietyzmem nawet przez kilka pokoleń. Ale zostają też rzeczy przypadkowe i te bywają najtrwalsze, mogą zakonserwować pamięć o zmarłym w sposób nieoczekiwany i dziwaczny.

Mój zmarły mąż na emeryturze zajmował się historią Wołynia, pisał artykuły do czasopism, które już nie wychodzą, na strony internetowe, gdzieś dogorywające po cichu. Pudła pełne jego korespondencji, fotografii, materiałów, niejednokrotnie bardzo cennych poznawczo wypełniają regał w moim pokoju. Oddałam wiele książek, żeby zrobić miejsce na te pudła i przed remontem zabezpieczyć jego materiały w cichej nadziei, że komuś, kiedyś się przydadzą. Że może synowie zainteresują się po latach, gdy mnie już nie będzie, jak ja zainteresowałam się historią rodziny po śmierci moich rodziców. Ja nie nadaję się do kontynuacji jego dzieła, ale żywię do niego szacunek. Tyle włożonej pasji, tyle badań i poszukiwań nie powinno przepaść, choć nasze spojrzenia na rolę genealogii i znaczenie historii rodzin bardzo się od siebie różniły.

Zaczęłam ja, od spisania historii mojej rodziny. Praca urosła do monstrualnej objętości kilku tysięcy znormalizowanych stron i do dziś należałoby wprowadzać do niej zmiany w miarę dopływu nowych materiałów. Jednak główny jej trzon pozostaje nienaruszony. W okresie depresji po wypadku samochodowym, któremu uległam w 1996 roku i konieczności przewartościowania całego swojego życia poszukiwałam odpowiedzi na naglące pytania: jaki jest sens mojego ocalenia i co we mnie jest spuścizną moich przodków, a co mną samą. Kiedy dzieło liczyło już 12 czy 13 tomów mąż zaproponował mi, abym następny poświęciła jego rodzinie. Zaczęłam, ale jemu nie odpowiadało moje podejście, mało naukowe i nie rejestrujące, bardziej refleksyjne, skupione nie na koligacjach, a na zależnościach i obyczajowości. Wobec tego zaczął pracę sam i stopniowo przeszedł do szerszego spojrzenia – historii Wołynia. Zebrał ogromną ilość danych i faktów, choć część, niestety przepadła z powodu awarii prądu i spalenia dysku komputera z całą jego zawartością. Nie wszystko udało się potem odtworzyć, ale przybyło wiele rzeczy nowych. To dzieło jego życia zasługuje bezwzględnie na pamięć, choć chwilowo (mam nadzieję, że tylko chwilowo) nie ma chętnych do kontynuacji.

Tymczasem pamięć o moim mężu wróciła niespodziewanie kultywowana przez kogoś innego i zupełnie gdzie indziej. Można to nazwać chichotem historii.

Po męczących zajęciach na działce usiadłam z sąsiadką przy kawie i cieście ze śliwkami poplotkować nieco o tym, kto z miejscowych zmarł, kto się urodził i tak dalej. Jak zwykle – więcej zmarło niż się urodziło, tym razem nie było chyba takich nowo narodzonych. Koleżanka odsunęła na bok Panoramę Krzyżówek z roku 2001 i powiedziała:

— wiesz, to jeszcze twojego męża.

Istotnie, rozwiązywał krzyżówki, odgadywał hasła i wysyłał. Często wygrywał drobne kwoty i bardzo się nimi cieszył. Lubił wygrywać. Niedokończone krzyżówki oddawał sąsiadce, która wieczorami i w deszczowe dni uzupełniała, jak umiała diagramy. Zapasik był spory – skoro doszła dopiero do egzemplarzy z 2001 roku, sprzed 6 lat przed jego śmiercią.. Ze wzruszeniem spojrzałam na jego charakter pisma, jeszcze wówczas twardy, wyrazisty i odciskający ślad na odwrotnej stronie druku

krzyzowka

Jednak krzyżówki były tylko wypełniaczem czasu, hobby, odpoczynkiem po pracy w zawodzie i na naszej działce. Niczym ważnym ale właśnie one przetrwały.

Co zostanie po mnie?