Co obraca się w pył, a co nadmiarowo przyrasta

Koszmary senne mają to do siebie, że najpierw przerażają, ale po jakimś czasie, jeśli zostały  w pamięci dłużej niż zwyczajne sny, każą się zastanowić nad ich wymową. Nie może przecież być, że przerażenie nie ma na celu ostrzeżenia.

Tak miałam i ja. Okropny, senny koszmar polegający na tym, że spotykam się w moim, nieistniejącym już domu dzieciństwa z obojgiem rodziców, nieżyjących od dawna i próbujemy zaprowadzić w tym domu jakiś porządek. Podobnie jak ja, próbująca zaprowadzić porządek w dokumentach pozostałych po moim teściu i mężu.

Mój ojciec pokazuje mi  sterty pakowego papieru, grubego, różowawego i sztywnego, zapisanego bladym ołówkowymi pismem, częściowo nadpalonego i pyta, czy przypadkiem nie są to moje notatki. Jeżeli tak, to trzeba postarać się je odtworzyć. Biorę do ręki arkusz po arkuszu, a one rozpadają mi się w dłoniach. Nie jestem w stanie przeczytać ani litery, ponieważ mój wzrok się mąci tym bardziej, im więcej go wytężam. Nie wiem nawet, czy te notatki pochodzą z jakiejś mojej zapomnianej twórczości, czy są to zupełnie nieważne odpryski projektów regulaminów postępowania w razie tego i tamtego – czyli pozostałości po pracy zawodowej, w której musiałam też uczyć się mnóstwa rzeczy z zakresu prawa i aby tego nie zapomnieć, robiłam zapiski.

Nadpalony papier nie mógł udzielić mi odpowiedzi, ponieważ pochodził z zupełnie innej historii. W czasach wczesnej młodości uczyłam się malarstwa i wówczas wykorzystywaliśmy sterty papieru pakowego, na którym malowaliśmy z oszczędności farbami przeznaczonymi do malowania ścian, nie przesiąkającymi przez ten rodzaj papieru. Fakt, że moje notatki zapisane były na takim papierze tylko utrudniał ich identyfikację. Ponadto za każdym ruchem rozpadał się coraz bardziej, tworząc sterty ulotnych popiołów.

Po jakimś czasie zrezygnowałam z odtworzenia notatek, ale wtedy poczułam, że moje ciało jest bardzo mocno czymś skrępowane. Zdjęłam z siebie narzucone jakieś podarte koce, w które byłam owinięta, ale nadal krępowały mnie różne inne ciuchy, które miałam pod spodem. Niektóre były tak ciasne, że musiałam je z wysiłkiem rozdzierać zamiast zdejmować. We śnie wiedziałam, że są to ubrania wyrzucone kiedyś albo długo wiszące w szafach i nieużywane lub takie, z którymi było mi żal się rozstać, na przykład pewna robiona na drutach niebieska sukienka z różą na biuście i fioletowa, dziergana szydełkiem chusta. Fizycznie dawno już nie istniały, tymczasem znalazły się nie wiadomo czemu w mojej  rodzinie z dzieciństwa. Owijały mnie szczelnie i musiałam wręcz rozrywać  kolejne części garderoby. Ciekawe, że zapamiętałam tylko te, które sama wytworzyłam: uszyłam lub wydziergałam.

Byłam tym rozbieraniem się bardzo zmęczona, a moja mama jeszcze kazała mi gromadzić te sterty szmat w jednym miejscu, ponieważ chciała skopać ogródek i zasadzić tam coś nowego, a zarówno szmaty jak i sterty papieru przeszkadzały w formowaniu grządek. W końcu moje ręce tak mnie bardzo bolały, że nie dałam już rady odgarniać tych wszystkich rzeczy ode mnie. W tym stanie obudziłem się.

Przesłanie tego snu z pozoru było jasne: rzeczy, które obciążają mnie, to właśnie moje pisanie oraz moje starania o zachowanie mojego doczesnego ciała, ubranie go i prezentacja oraz dbałość w tym o swego rodzaju niepowtarzalność i estetykę. Na koniec zaś nic z tego nie przetrwa, chociaż koszt ograniczeń, jakie ponosiłam kiedyś odczuwałam we śnie, jako zbyt duży. 

Czy istotnie tak jest? Czy rzeczywiście takie rzeczy obciążają i krępują człowieka, czy może wręcz przeciwnie, pozwalają mu żyć z celowym zadaniem na resztę życia; zachować siebie na dłużej i zostawić coś po sobie.

Dlaczego akurat pojawili się we śnie moi rodzice? Nawet nie bardzo pamiętam czasy, kiedy byli razem, ponieważ rozstali się, gdy kończyło się moje dzieciństwo. Byli zupełnie różni, niedobrani zupełnie i różne mieli idee oraz wyobrażenia o małżeństwie. Pobrali się jedynie dlatego, że mój ojciec był chory na gruźlicę i jego rodzina chciała mu zapewnić opiekę na koniec życia. Tymczasem wynaleziono antybiotyki i po wojnie mój ojciec został wyleczony. Ich małżeństwo wskutek tego rozpadło się, a ojciec wrócił do swojej pierwszej sympatii, jeszcze z czasów szkolnych, zostawiając mamę i nas z siostrą bez środków do życia.

Miłość do ojca była pierwszą tragedią mojego dzieciństwa – robiłam wszystko, żeby zyskać jego uznanie, nawet w drobiazgach. Tymczasem on zupełnie mnie nie cenił, uważał zawsze, że jestem dzieckiem nieudanym, nieprzewidywalnym, i nie rokującym nadziei na przyszłość. Więcej go wiązało z moją młodszą siostrą, co spowodowało zaburzenie w konstrukcji rodziny, gdzie zazwyczaj ważniejsi są starsi, tymczasem w naszej rodzinie ważniejsza była młodsza moja siostra.

Nigdy do śmierci ojca nie udało mi się zmienić jego poglądu na mnie, nawet już, gdy miałam własne dzieci i wysłałam do niego list z powiadomieniem o ich urodzeniu, odesłał mi go nawet nie otwierając, dając tym samym znak, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Dziś uważam, że był on pierwszą osobą z serii moich nieszczęśliwych miłości bez wzajemności, które zresztą idealizowałam i uważałam za bardziej wzniosłe i przynoszące szczęście (chociaż gorzkie), niż zwyczajne związki.

Zupełnie nie do pomyślenia wydaje się fakt, że ojciec mógłby interesować się moją pisaniną albo moim malowaniem. Czy dlatego, że sądziłam iż z jego punktu widzenia były czymś obciążającym mnie,jako przejaw potępianej przez rodziców t.zw. „bujnej fantazji”? 

Moja matka była znowu bardzo praktyczna; nigdy nie dopuściłaby, aby w mieszkaniu znajdowały się sterty jakiś nieużywanych ciuchów. Dawno znalazłaby dla nich jakiś użytek. Tak więc oboje moich rodziców nie postępowało we śnie tak, jakby zachowywali się w rzeczywistości. 

Co może więc oznaczać dla mnie dziś, w czasach gdy gotuję się do wielkiego nic, ten sen? Ten koszmar miałby mi uwidocznić, że nadal, wbrew pozorom własnych przekonań, kieruję się poglądami moich rodziców i uważam te sprawy, których sen dotyczył, za obciążenie, a nie za sens istnienia? W pierwszym odruchu natychmiast zaprzeczyłabym takiej interpretacji, ale przecież musi w niej być coś głębszego, skoro sen był koszmarem, a nie zwykłym snem.

Nie rozpoznawanie własnego pisma, czyli mylenie nośników przekazu jest chyba celem jednego ze wskazań tego snu. Uwidocznił on, że wszystkie przejawy mojego indywidualizmu, jak uprawianie sztuki malarskiej, robótek ręcznych i pisarstwa jest z tego punktu widzenia działaniem bez sensu. Wytwory sztuki i literatury zawsze obracają się w pył i są nie do odtworzenia w obliczu katastrof. Odzież i inne rzeczy, służące podtrzymaniu życia są obciążeniem, gdy przydajemy im więcej uwagi i troski o estetykę, niż powinniśmy. Co więc powinno zająć nasze umysły i ręce, żeby być w zgodzie z przesłaniem tego snu? Prostota życia bez wymagań i narzuconych ograniczeń? Życie na wzór przodków? Myśl o końcu życia, a nie jego kształtowaniu? Nadmiar wysiłku? Nadmiar fantazji?  Tych spraw nigdy nie uważałam za ważne, tymczasem wciskają się jakoś w moje myśli i  podświadomość, chcąc na siłę przewartościować moje życie.

Dlaczego? Po co? I czemu wtrącają się tu zmarli dodając ważności sprawie? 

A przecież żadnej z tych rzeczy, które robiłam, nie da się już cofnąć. Rozpacz nad rozlanym mlekiem nie przystoi człowiekowi rozsądnemu. I w końcu dziś, mimo bólu i ograniczeń jestem szczęśliwsza, niż byłam kiedykolwiek w dzieciństwie i młodości. Kto próbuje mi to zburzyć?

Czy wszystko, za mojego jeszcze życia, pójdzie na zmarnowanie?