Jak się w Polsce remontuje

IMG_6516

Umówiono mnie z firmą instalującą szafki i wyposażenie w wyremontowanej przez inną firmę kuchni. Oba remonty dzielił czas ponad miesiąca – tyle bowiem firma „szafkowa” potrzebowała na realizację zamówienia. Dlatego też w kuchni zostało jej stare wyposażenie (poza wiszącymi szafkami, które zostały zdjęte). Zgodnie z panującą modą gniazdka elektryczne zostały ukryte za stojącą lodówką, tak więc wyłączenia prądu i wyskoczenie korków z niewiadomych przyczyn uniemożliwiało mi przeciągnięcie kabla od lodówki do innego gniazdka, w którym był prąd. Trochę kontestowałam to rozwiązanie, ale moja przyjaciółka Maria z Holandii, u której właśnie przebywałam, oprowadziwszy mnie po swoim mieszkaniu spytała retorycznie: czy ty widzisz tu gdzieś odkryte gniazdka?! Ogarnij się, to dwudziesty pierwszy wiek!. Jasne. Tyle że w Holandii, a nie w Polsce.

Nadmieniam, że skrzynka z bezpiecznikami umieszczona została pod sufitem, iż jedynie mój wnuk (ponad 2 m wzrostu), jest w stanie jej dosięgnąć bez stołka lub drabiny, a na pewno jest to poza moim zasięgiem (dopóki wózki inwalidzkie nie będą miały specjalnych podnośników dla babć albo elektrycy nie zaczną instalować skrzynek w bardziej dogodnych miejscach). Ponieważ jednak wnuk odwiedza mnie niezbyt często, ucieszyłam się, kiedy przyszedł i zawołałam od drzwi:

– Dobrze, że jesteś dziecko, włączysz mi korki.

Dziecko (16 lat) otworzyło drzwiczki i spytało: jak się je włącza? Mój wzrok nie pozwalał mi ich dojrzeć, ale umysł babci spekulował: Skoro wywaliło mi korek sprzęgający elektryczny piekarnik kuchni gazowej z lodówką, to widać ten jeden korek jest inaczej ustawiony, niż reszta z siedmiu. Niestety zdroworozsądkowe wnioskowania na nic się nie przydają w wypadku nowoczesnej techniki. Wnuk stwierdził, że cztery wajchy są skierowane w górę, a trzy w dół. Które więc oznaczają, że prąd dopływa, a które nie? Czy te skierowane w górę, opuścić w dół, czy te ustawione do dołu, podnieść do góry? Oto jest pytanie.

Nie obejdzie się tu od dygresji. Pierwszym, najważniejszym zarzutem mojej mamy wobec swojego męża, a mojego taty, występującego o rozwód, na sprawie sądowej było to, że nie potrafi gwoździa wbić, ani naprawić korków. Kolejne dopiero dotyczyły niezgodności charakterów oraz istnienia innej pani… Dlatego też w moim wychowaniu wbijanie gwoździ i naprawa wysadzonych korków zajmowała poczesne miejsce. Tyle, że świat od tamtego czasu postąpił naprzód, pojawiła się telewizja i komputery, chociaż młotki do wbijania gwoździ zostały. Drzewiej korki to było coś porcelanowego z metalową końcówką, podobną do tej od żarówek, co się wkręcało w gniazdko. Wywalony korek teoretycznie do niczego się nie nadawał, i trzeba było kupić nowy, więc uzdatniano go poprzez okręcanie miedzianym drutem i ponownym wkręceniu. Tak uzdatnianego korka nic już nie wywalało, chyba, że na pobliskim słupie, co wymagało wizyty pana z elektrowni z takimi fajnymi ostrogami na butach, co mnie, jako dziecko fascynowało. Do słupa podłączono kilku sąsiadów, więc przestępcę trudno było zidentyfikować. Postęp techniczny od lat sześćdziesiątych przyspieszył i najpierw wprowadzono tzw. korki automatyczne, gdy wystarczyło wcisnąć, znajdujący się w środku guzik, aż do teraz, gdy nowa skrzynka rozdzielcza prądu, zawiera maciupkie wajchy, podnoszone lub opuszczane, których wcześniej nie zdołałam obejrzeć, a więc nie byłam mądrzejsza od mojego wnuka. Przy okazji poszukiwania pomocy w wymienionej sprawie, powstała wątpliwość, czy istotnie w czasie remontu właściwie przeprowadzono przewody elektryczne, ale to zupełnie inne zagadnienie. Wszystko zakryły kafelki. Wracam zatem do firmy „szafkowej”.

Wieczorem dnia poprzedniego miałam chwile załamania nerwowego, gdy okazało się, iż mimo całodziennej pracy i wynoszenia zawartości kuchni padłam na nos, a zostało jeszcze 2/3 sprzętu do wyniesienia. Na swoim balkoniku wprawdzie zainstalowałam koszyk do umieszczania różnych rzeczy, ale ma on wymiary niezbyt przystające do potrzeb, tak więc nie udało mi się wykonać zadania. Na szczęście Tatiana, moja pani sprzątająca, miała chwilkę wolnego czasu w nocy i dokończyła pracę za mnie. Panowie od firmy „szafkowej” mieli wynieść stare meble i teoretycznie rzecz biorąc babcia powinna słodko spać nie martwiąc się niczym. Ja zaś miałam zmartwienie i to z mojego punktu widzenia poważne. Z korespondencji mailowej wywnioskowałam, że firma „szafkowa” nie instaluje zlewozmywaka, kuchni (zamiana gazowej na indukcyjną), zmywarki, wody itp. Firma „remontowa” oświadczyła mi, że swojego pracownika nie przyśle, bo aktualnie ich nie ma; są na urlopach albo pracują gdzieś indziej. No i właśnie wówczas rozpłakałam się. Moja wyobraźnia poszybowała, kreśląc scenariusze nie do ogarnięcia. Rodzina zamiast pocieszyć mnie, zwymyślała głupią babcię, która histeryzuje i szuka dziury w całym. Otarłam więc łzy i przestałam się rozczulać, szykując na to, co przyniesie mi następny dzień. Wszak światowa sytuacja polityczna jest mocno niepewna, czas więc potrenować dawne umiejętności z czasów zimnej wojny. Co ma być na wierzchu, co pod spodem, co ważne, a co nie, przetrwać należy przynajmniej kilka dni. Wszystko trzeba rozsądnie zaplanować.

No i nie spałam pół nocy. Ciśnienie mi niebezpiecznie wzrosło, a sny oscylowały nieustannie wokół różnych katastrof. Oczywiście, żadna z nich nie przydarzyła się, za to pojawiły się trudności, na które nie byłam przygotowana.

Panowie „szafkowi” przyjechali z niewielkim opóźnieniem i przystąpili do wynoszenia mebli z kuchni. Nową kuchnię do instalacji i resztę przedmiotów ustawili „na 5 minut” w wejściu do mojego pokoju, odcinając mnie całkowicie od telefonu, komputera tudzież czajnika elektrycznego. Poproszeni, aby postawili te przedmioty w innym, wskazanym im miejscu, oświadczyli, że zaraz to zrobią. Lodówkę i zamrażarkę wyłączyli w gniazdka i wysunęli na środek kuchni zapominając ją podłączyć do innego gniazdka w zasięgu. Zrobiłabym to za nich, niestety, dostęp był dla mnie, z moim balkonikiem, niemożliwy. W dodatku dosunęli lodówkę drzwiczkami do ściany. Odłączyli instalację wodną powodując kałużę. Poprosili o mopa, ale nie użyli go, bowiem okazało się, że nie wzięli klucza do odkręcania instalacji wodnej. Po czym oświadczyli, że do wyłączenia kuchni gazowej potrzebny jest gazownik. Przystąpiłam do szukania tegoż i znalazłam go, ale zgodził się przyjść dopiero za godzinę. Zanim się obejrzałam, panowie „szafkowi” znikli na ponad dwie godziny. Na szczęście pojawił się gazownik, a ponieważ jest pracownikiem naszego osiedla od lat i znamy się, oprócz czynności, po które został posłany, odkręcił lodówkę drzwiami od ściany, włączył ją do kontaktu, przesunął graty stojące w drzwiach czym umożliwił mi poruszanie się po mieszkaniu, skorzystanie z toalety oraz ugotowanie herbaty. Na zwróconą uwagę panom „szafkowym” po ich powrocie, że mogli włączyć lodówkę odrzekli, że lodówo-zamrażarka powinna trzymać temperaturę przez 12 godzin, po czym wypełnili korytarz innymi przedmiotami, wprowadzając się jednocześnie do pozostałych pokojów, rozrzucając kartony, folię i inne śmiecie i ciągnąc kable z uporem maniaka samym środkiem pomieszczeń i unieruchamiając mnie, jako więźnia, tym razem w moim pokoju.

Potem było coraz gorzej. Budownictwo z czasów PRL okazało się łamaczem wierteł, na co panowie skarżyli się nieustannie, oświadczając wieczorem, że nie dadzą rady tego dnia (w środę) skończyć. Mieli przyjść następnego dnia, ale zdradzieckie siły w ich szeregach powiadomiły mnie, że owo „jutro” oznacza poniedziałek.

Wyciągnęłam więc zachomikowaną przed synami (wszystko chcą wyrzucać, co ich zdaniem babci już niepotrzebne) maszynkę elektryczną ze spiralą i na labiryncie z szamotki (ciekawe ile osób dziś wie, co to była cegła szamotowa lub szamotka pod spiralę?). Za moich czasów jedno i drugie w maszynkach elektrycznych można było wymieniać, gdy spirala się przepaliła albo szamotka potłukła). Mój tata tego nie umiał, ale mama nas nauczyła. Znalazłszy maszynkę, przystąpiłam do gotowania zupy, ponieważ tę, którą wcześniej przygotowałam na cały dzień, do podgrzania w mikrofali, zjadłam wcześniej, a zdenerwowanie sprawiło, że mogłam bez obaw jeść wyłącznie potrawy płynne.

Udrożnienie dostępu do komputera okazało się błędem, jako że odbierałam kolejne maile od bliskich osób, nie zaangażowanych w ten remont, mające mi udowodnić, że instalacja elektryczna została sknocona (wystający kabel nie ma tyle żyłek ile powinien mieć, a coś tam coś tam powinno/nie powinno wywalać korków, a skoro wywala to świadczy, że… I że jeszcze pogodzę się z kuchnią gazową, więc może powinnam była uprzedzić gazownika, że jeszcze będzie potrzebny, więc żeby nie demontował wszystkiego. Pocieszałam się, że skoro jedna część rodziny, zaangażowana w remont łazienki, musiała znosić krytyczne uwagi drugiej części, zaangażowanej w remont kuchni, istnieje prawdopodobieństwo chęci udowodnienia stronie przeciwnej niedoróbek, co nie musi skutkować ponownym wołaniem gazownika. Na wszelki jednak wypadek kuchni nie wyniosłam do pomieszczenia na śmiecie wielkogabarytowe – jak to teraz ładnie się nazywa.

Podobno nie należy podsłuchiwać, ale niestety, już się stało. Z naglących telefonów panów szafkowych wynikało, że coś tam powinno mieć jakiś kołnierz albo zaślepkę, a nie ma ich w zestawie, więc kupiony nie daje się zamontować. Nie chcę już dociekać jakiej części wyposażenia to dotyczy…

Ale zmartwień nigdy nie zabraknie. Okazało się, że opleciono rusztowaniami mój balkon i przystąpiono do jego remontu. Potrzeba mi gwałtownie płachty folii i człowieka do wejścia na drabinę i otulenia klimatyzatora przed pyłem. Póki co, wciska się mimo zamkniętych okien do mieszkania.

Z niepokojem w sercu czekałam na elektryka od kuchni. Wpadł późnym wieczorem i wypadł natychmiast, stwierdziwszy, że w kablu nie ma prądu. Oczywiście nikt mnie wcześniej nie słuchał, gdy mówiłam to samo, bo podobno przed położeniem kafelków konsultował to wszystko ten elektryk uznając, że można założyć u mnie kuchnię indukcyjną. Ale co to za elektryk, który nie sprawdził, że w mieszkaniu nie ma siły, bo czekamy aż założą ją w bloku, a żeby później nie pruć ścian, przy okazji remontu łazienki, dociągnięto jeszcze nieczynny kabel do kuchni. Dobrze, że nie wyrzuciłam kuchni gazowej, bo może jeszcze będę się musiała z nią przeprosić, chociaż zainstalowane w jej miejscu szafki musiałyby zostać rozebrane, rujnując całą konstrukcję… Podobno pan elektryk będzie miał czas albo w sobotę albo w poniedziałek. Na moje żale zasugerowano mi, żebym poszukała innego.

c.d.n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *