Duchowość codzienna

Kontynuując przegląd starych felietonów dotyczących Bożego Narodzenia – nadal aktualnych:

20 grudnia 2013

Słowo „duchowość” przed świętami odmieniamy przez wszystkie przypadki. W pojęciu tym mieści się wszystko, co o Bogu i religii myślimy, nieważne czy uznajemy czy nie jego istnienie, jakieś słodkie zwierzaczki które akurat teraz musimy ratować, przy czym moda na te zwierzaczki stale się zmienia, (w tym roku modne są karpie), różne biedne sierotki z domów własnych i przysposobionych, potrzebujące na gwałt prezentów. Pod duchowością rozumiemy też wróżby (w rodzaju tarota), działania czarnoksięskie (zwłaszcza czarownic) w tym sezonie występujących w parze nie z czarnym kotem i miotłą, ale z wilkiem o jaskrawych ślepiach (czarownice wręcz marzą o nim, przy czym powinien mieć wąsik, bródkę i być wytatuowany; nie zaszkodzą mu także nażelowane włosy i pełen wachlarz smakowicie brzmiących grubych słów) no i zwyczajne wydarzenia z magicznym wydźwiękiem, jak na przykład to, że w ostatnim miesiącu metro psuło się aż trzy razy i to w każdą kolejną środę albo rozważania podobne tym, czy winny był Adam, czy Ewa, albo może, przypadkiem, wąż? I: czy warto było z losem się droczyć…?

Część osób uważających się za ateistów zapuszcza się w przedświąteczne dyskusje, czy Bóg istnieje czy nie, z zaciekłością godną nawracającym na jakąś religię, jakby istnienie jego w liczbie pojedynczej czy mnogiej (muszę zaznaczyć, że piszę bóg w takim znaczeniu z małej litery, a komputer uparcie mi poprawia na dużą, widać programista był bigotem) miało jakieś znaczenie. Dla mnie osobiście (choć nie czuję się ateistką) nie ma ta liczebność boga/ów najmniejszego sensu, ponieważ jeśli jest, to nie jestem dlań żadną osobą godną zauważenia. Muszę żyć i płacić rachunki niezależnie od tego, czy istnieje, a ludzie z którymi wchodzę w interakcje, zajmują się Bogiem tylko deklaratywnie i nie boją się go, uznając za najlepszą porę formalnego wysyłania swoich roszczeń okres tuż przed świętami, bowiem czas przeznaczony na wniesienie sprzeciwu lub wypowiedzenia umów niepokojąco się kurczy i zawsze jest szansa, że kogoś nie będzie w domu lub w ferworze przedświątecznej gorączki zaniedba terminów.

Duchowość dla mnie jest refleksją nad sobą i ludźmi, ale w atmosferze spokoju i życzliwości dla świata. Czy jednak tę życzliwość widzimy u ludzi szczycących się swoim wysokim poziomem moralnym, wyczuleniem na problemy świata i ludzkości (nie zawsze jednak kierujących swój sokoli wzrok na pojedynczych ludzi)?

Swego czasu byłam szefową bardzo dużej grupy pracownic, co do których istniało niewiele wymagań: musiały sprawnie liczyć (w czasach gdy nie było jeszcze komputerów), sformułować na piśmie dwa-trzy zdania uzasadnień decyzji, mieć doskonałą współpracę z koleżankami, z których każda specjalizowała się w jakimś zagadnieniu, więc wiedzą tą musiały się wymieniać i wspierać. I tyle. Pracownice działu zmieniały się dość często, najczęściej z powodu kłopotów z liczeniem. Były to czasy gdy istniał przymus pracy (niepracującym grożono wysłaniem na Żuławy), więc sporo osób trafiało do nas przypadkiem, w obawie przed władzą i zazwyczaj po trzech miesiącach odchodziły same lub były zwalniane. Najgorzej wspominam te pracownice, które przysyłał i finansował urząd zatrudnienia, a większość z nich odznaczała się nadmierną dbałością o własną duchowość. Oprócz prostytutek i narkomanek oraz wyznawczyń różnych religii i sekt (które dziś są pełnoprawnymi religiami), były to dziewczyny na pograniczu pewnych norm, wymaganych od pracownika. Łączyło je jedno: wszystkie, łącznie z prostytutkami zasłaniały się dbałością o sprawy swego ducha, nie zwracały jednak uwagi na sprawy ciała i ducha innych osób, jakby wysoki poziom ich duchowości rozgrzeszał je z krańcowego często egoizmu. Jedna z dziewczyn na przykład medytowała przynajmniej cztery godziny z ośmiu godzin pracy, inna podkradała koleżankom pieniądze z torebek, ponieważ wskutek nakazu pracy nie mogła żebrać dla swojego zgromadzenia, a uważała, że musi ten brak swojemu guru czymś wyrównać. Pewna Mercedes (to taki stary dowcip o lekkim prowadzeniu), uszczęśliwiała świat w sposób do jakiego powołały ją siły wyższe. Że zaś praca podzielona była stosownie do ilości osób w dziale – jak w fabryce, za wymigujące się od pracy musiały pracować koleżanki.

Zniechęciłam się wówczas do niektórych wyznawczyń takich lub innych kultów, czy duchowości naprawiaczek świata. Podobnie zresztą ogarnęła mnie niechęć po dwukrotnym krótkim epizodzie spotkania z księżmi w szpitalach. Po swoim wypadku poczułam nagle, że zostałam cudem uratowana po coś i postanowiłam wyspowiadać się z grzechów całego życia i oświecona mądrością Bożą, zdać się na jej łaskę w odgadnięciu celu, dla którego przeżyłam. Wyszłam z tego doświadczenia pełna niesmaku i z pustą portmonetką, bo o to chodziło. Księża nie chcieli rozmawiać ze mną o Bogu i jego wszechogarniającej miłości, i Przeznaczeniu; chcieli za to spowiadać w obecności publiki na wieloosobowej sali (zresztą w trakcie zabiegów bolesnych i nie szanując intymności, bo nie mieli czasu kiedy indziej) no i przede wszystkim domagali się datków na kaplicę na samym wstępie. Na koniec zresztą odmówili mi rozgrzeszenia, z powodów takich, że pewne grzechy podlegają kompetencji wyższych szarż.

Ja sama muszę powiedzieć, że w ten obecny świąteczny czas (i z każdym rokiem bardziej) nie odznaczam się szczególną duchowością. Odezwał się sąd z nakazem zapłaty i komornik czyhający na emerytury babć. Trzykrotnie podniesiono mi na przyszły rok podatek z tytułu użytkowania wieczystego gruntu związanego z moim mieszkaniem, za te jakieś piwnice, korytarze, śmietniki i strzępek trawnika, a za trzy lata sześciokrotnie. W styczniu czeka mnie rujnacja mieszkania i remont łazienki i kuchni. Nowy (choć używany) komplet mebli kuchennych wypełnił wszystkie skrawki wolnego miejsca w moim mieszkaniu. Powoli pakuję w kartony rzeczy, które muszą poczekać do wiosny. Na potęgę psują się różne rzeczy i trzeba je reperować na gwałt po przedświątecznych zawyżonych cenach. Nie chce mi się sprzątać, bo i tak będzie brudno.  Znajomi z FB namawiają mnie, żebym znowu była piękna młoda i bogata i polubiła stosowne strony. Poza tym kierują mnie na strony o odchudzaniu, jakby przed świętami były to najbardziej upragnione informacje, ale mają silną konkurencję z przepisami wigilijnych potraw.

Jedyne co mam do czynienia z duchowością, to gdy obudzę się w nocy z nierównym biciem serca, zadaję sobie pytanie: czy to JUŻ? i jak TAM będzie? Zaczynam wyszukiwać na wszelki wypadek dobre strony tegoż wydarzenia (na które niestety, nie będę w stanie zaprosić znajomych z FB, jak oni zapraszają mnie na przedświąteczne kiermasze), na przykład tę, że zagram na nosie komornikowi i Zarządowi Dzielnicy oraz Gazowni i Elektryce, tudzież kablówce, którzy uparli się zmieniać umowy i z nieprzekraczalnym terminem 24 grudnia i każą mi decydować, czy dalej mi mają świadczyć swoje usługi. Gdybym tak umarła przed 24 grudnia, moi spadkobiercy mieli by łatwą drogę do unieważnienia tych umów, bez konieczności zachowania terminów z tytułu zmiany treści umów. I jak w takich warunkach zajmować się duchowością?

Dlatego niniejszym kończę drugi sezon „Babci ezoterycznej”, a jeśli dożyję do wiosny i duchowość z powrotem zawita w moje ciało i do umysłu, zastanowię się, czy nie zająć się czymś innym. Pozdrawiam moich miłych czytelników i załączam stosowną fotkę z mojego byłego letniego domu. Kiedy nocą oddalałam się, światło zapalone na ganku zawsze uosabiało miejsce, do którego się wraca ze świata niepokoju i mroku. Dziś już nie widzę tego światła, ale mam nadzieję, że to, które ujrzę w zakończeniu nocnych koszmarów, będzie równie pociągające, szczęśliwe i słodkie, jak to, które utraciłam.

Wszystkiego najlepszego moi mili, ja już przed wami przebywałam kiedyś tę drogę…

 

Aktualizacja

  • Czarownice aktualnie usuwa się z herbów miast.
  • Karpie gilotynowane na rynku jakiegoś miasteczka budzą powszechną zgrozę. Jednak przysłowie głosi, że ryba psuje się od głowy, stąd obcinanie głów zapobiegnie najprawdopodobniej nieświeżości tejże, (której świeżość zgodnie z internetem należy sprawdzać po oczach). Skoro nie ma głowy, nie ma i oczu, a więc nie ma problemu. Najwyżej wrażliwemu ów zamordowany karp się przyśni, a w rachunku na Sądzie Ostatecznym zostanie mu policzone in minus.
  • Przedświąteczne wezwania do zapłaty – przypomniało się Urzędowi Skarbowemu w roku 2018, iż za rok 2007- 2013 nie zapłaciłam jakiegoś podatku za użytkowanie wieczyste mieszkania, które odziedziczyłam w spadku w roku 2008, tj za część osiedla, różne ścieżki chodniczki i takie tam, za które właściciel nie płacił od roku 1945, niestety zmarł, a roszczenie przedawniło się. Korespondencja, którą prowadził w tej sprawie przez  rok renomowany prawnik, kosztowałaby mnie zapewne setki złotych, gdyby nie to, że ów prawnik robił to dla mnie bezpłatnie, a skutek owych licznych, wielostronicowych pism, kierowanych do różnych podmiotów, (jako że owa przedwojenna Spółdzielnia, nie wyodrębniła nigdy gruntów wspólnych, przypadających na poszczególne mieszkania) i musiał to obliczyć mój prawnik. Wyszła mu jakaś jedna kilkunastotysięczna część osiedla, za którą w majestacie prawa US przesłał groźnie obwarowane żądanie zapłaty, w nieprzekraczalnym, przedświątecznym tradycyjnie terminie 24 grudnia na całych … 17 złotych! Zapłaciłam w pełni szczęśliwa, że mam sprawę z głowy. Chyba że komuś przypomni się, iż mój praprapradziadek zapomniał opłacić coś tam…
  • Poza tym nadal żyję i mam się dobrze, czego i Wam serdecznie życzę.

Choinka jako WISIELEC

Śladem wrocławskiej witryny  „Czy spółki miejskie mogą marzyć”, która przypomniała mój stary tekst Bożonarodzoniowy z roku 2017, sięgam jeszcze głębiej do historii, przypominając stare teksty związane z tymi świętami, najdalej sprzed ośmiu lat, kiedy zaczęłam pisać blog, początkowo w „Tarace”, której gościnne łamy opuściłam w ubiegłym roku, gdy zmienił się profil strony. Sądzę jednak, że poruszane sprawy są ponadczasowe i warto do nich czasem wrócić.

17-12-2012

  1. „Babcia ezoteryczna” : Choinka jako Wisielec, głowa szczupaka i inne zwyczaje bożonarodzeniowe

Usłyszałam w telewizji, że w Stanach Zjednoczonych niektórzy wieszają choinkę od sufitu gałęziami w dół. Zapewne bombki i ozdoby też zwisają w dół (chyba, że ich nie ma). Z czysto praktycznego punktu widzenia taki sposób ekspozycji ma same zalety: pozostawia dużo miejsca w małym mieszkaniu, nie pozwala poddawać się terrorowi „choinki aż do sufitu” i przez swą odmienność pozwala powrócić do źródeł świętowania – kontemplacji. Ja na przykład (gdyby po latach bożonarodzeniowych obowiązków przyszła mi do głowy idiotyczna myśl o kupieniu i postawieniu choinki) bardzo szybko przetłumaczyłabym sobie, że należy uformować ją jak tarotowego WISIELCA, z całą jego (może być wzbogaconą dodatkowo) symboliką.

Pewna moja samotna koleżanka, pracująca i przebywająca cały tydzień poza miejscem zamieszkania, traktuje sobotę i niedzielę jako możliwość  pomieszkania u siebie. Natrętne zapraszanie przez rodzinę, od którego nawet chorobą się nie wykręci, bo rodzina przyjedzie do niej ze świątecznymi potrawami, jest dla niej przykre przez fakt konieczności przyjęcia zaproszenia, jedzenia do przesytu, rozmów i alkoholu. Zaproponowałam jej, żeby postawiła warunek zapraszającym: jeśli powiesicie choinkę gałęziami w dół, wówczas przyjadę — ale nie łudziłam się, że uda jej się to wymusić. Z góry wiadomo, że zwycięży stereotyp. W końcu ortodoksi wigilijni bardzo źle przyjęli pomysł, że Wigilia nie musi być postna, choć wyszło to z kręgów kościelnych…

Że nie wszystko o zwyczajach wigilijnych jednak jest nam znane do końca świadczy o tym pamiętnik pewnego pana, obecnie dziewięćdziesięcioparoletniego.  Pamiętnik zatytułowany jest „Tak zapamiętałem”, i przeczytałam na razie pierwsze dwa tomy obejmujące lata od 1919 do wybuchu wojny. Jest to dzieło zawierające ponad dwa tysiące stron maszynopisu,  z czego przeczytałam na razie około 300. Resztę ma mi dostarczyć za jakiś czas, ponieważ dostał w prezencie laptop i przepisuje tekst do komputera. (Nauczył się tego po 95 roku życia!!!) Oczywiście nie wydał tej historii swojego życia, tylko napisał ją dla wnuków. Nie ma ona wartości literackiej, zresztą autor nie miał wcale takich zamierzeń, był majstrem budowlanym z wykształcenia. Jednak mimo zaledwie średniej szkoły zawodowej, pisze dość poprawnie stylistycznie, tak że czyta się gładko, a najważniejsze, jest poukładany, nie odbiega od tego co zamierzał napisać, nie popada w dygresje, stara się pisać z pozycji obiektywnej, no i jest bardzo szczegółowy, więc wielu rzeczy można się dowiedzieć. Mnie urzekł na przykład dokładny opis umeblowania i urządzenia mieszkania jego rodziców. Każdy szczegół został zapamiętany! Nawet ustawienie palmy!

W pierwszych dwóch tomach opisuje życie przedwojennej Warszawy, a właściwie Bródna, w środowisku kolejarzy, ludzi stosunkowo ubogich i żyjących skromnie. Dużo czasu poświęca opisom realiów, pisze co się jadło, jak się ubierało, jak często kupowano ubrania, jakie były rozrywki itp. Dzięki takiemu stylowi pisania pamiętnik jest kopalnią wiadomości, do których w inny sposób nie miałabym dostępu. No i oczywiście pełen jest nieoczekiwanych „smaczków”, zwłaszcza w opisach ówczesnych obyczajów.

Na przykład pan Karol opisuje otoczenie domku, w którym się wychowali, a ponieważ jest wzrokowcem (malował także rozmaite obrazy dla ozdoby swojego domu letniskowego, zaskakujące czasem niesamowitym nowatorstwem) , niespodziewanie opis robi ogromne wrażenie. Opisuje zaśnieżoną, pustą parcelę wzdłuż ulicy, przeciętą ścieżką wydeptaną przez przechodzących, już nie tak białą i czystą oraz starą kobietę, okrytą czarną chustką, w czarnej długiej spódnicy nie sięgającej jednak ziemi, idącą boso po tej ścieżce. Ta kobieta chodziła tak całą zimę, miała to być forma pokuty, ale pan Karol nie wiedział za co. W końcu zniknęła, przestała chodzić, umarła, a może tylko założyła buty. (to już moja refleksja). (Można przeczytać jego opis Powstania Warszawskiego na stronie Muzeum Powstania (także moje wspomnienia z opowieści mojej mamy)

Opisuje pierwsze kroki pewnego dziecka i to, że zaczęło chodzić dopiero wtedy, gdy dostało do ręki tłuczek od kartofli.

Opisuje zwyczaje wigilijne, o których nie miałam pojęcia, a mianowicie jedzenie głowy szczupaka.

Z jednej strony ma to związek z mnemotechniką ( o której rozgorzała dyskusja po odcinku blogu Wojciecha Jóźwiaka) z drugiej zaś z kontemplacyjną rolą dawnych świąt.

U mnie w rodzinnym domu głowę ryby gotowało się na zupę rybną lub wywar do galarety i głowa szczupaka uważana była za najlepszą, bo dawała w przeciwieństwie do karpia, rosół dość klarowny i stosunkowo przezroczysty. Miała też dość dużo mięsa i pracowicie obierało się ją z ości i blaszek, kręcąc mięso przez maszynkę i robiąc z niego „szczupaka faszerowanego” do galarety. Całe zajęcie było dość pracochłonne, zwłaszcza gotowanie i zastudzanie mielonej ryby z przyprawami w specjalnym woreczku lub szmatce, ale powstawała nowa potrawa do zestawu dań wigilijnych, więc było warto, bo ambicją gospodyni było przygotować potraw tych co najmniej siedem, a najlepiej kilkanaście. Zresztą liczyło się to za dwie potrawy: ryba faszerowana raz i galareta, dwa. Podobnie jak barszcz z uszkami, barszcz raz, uszka dwa. Takie drobne naciąganie tradycji.

Tymczasem pan Karol opisuje jedzenie głowy szczupaka, jako czynność rytualną. W głowie szczupaka znajdowały się ości podobne kształtem do różnych narzędzi używanych do męczenia Jezusa i ojciec jego mówił, że w głowie szczupaka jest cała Męka Pańska. Jedząc ją, opisywał tę mękę dzieciom i rodzinie (nie w Wielkanoc, ale w Boże Narodzenie) chyba dla przypomnienia, że człowiek rodzi się po to, by umrzeć. Niestety, nie zapisałam dokładnie jakie narzędzia symbolizowały ości z głowy szczupaka, ale jeśli uda mi się jeszcze spotkać z sędziwym autorem jeszcze za jego życia (jesienią nie przyjechał na działkę z powodu grypy – i jestem umówiona na wiosnę na naszych działkach) to postaram się to niedopatrzenie nadrobić.

Po śpiewaniu kolęd przychodził czas na opowiadania o duchach i strachach na cmentarzu (było to w pobliżu cmentarza Bródnowskiego), wypełniano tymi opowiadaniami oczekiwanie na pójście na pasterkę. Opowiadano także o duchach dokuczających spóźnionym przechodniom i o zakładach odważnych młodzieńców lekceważących te strachy. Jeden z takich zakładów skończył się tragicznie. Zakład polegał na tym, żeby o północy, w bezksiężycową noc, w określonym miejscu cmentarza, gdzie najwięcej straszyło, przybić do drewnianej ławki białą kokardę. Śmiałek dotarł na miejsce, po omacku przybił kokardę, ale gdy chciał się wyprostować i odejść, nie mógł, bo coś go trzymało. Na drugi dzień znaleziono go martwego, umarł na atak serca. Okazało się, że po ciemku przybił kokardę razem z połą płaszcza.

Dzieci w tamtych czasach grały w cetno i licho, o tym słyszałam, ale nikt nigdy nie opisał na czym ta gra polegała. Okazało się, że cetno to była parzysta ilość, a licho, nieparzysta.

Mnie osobiście zainteresował opis szkolenia szybowcowego i nauka pilotażu. Mój ojciec przebył też taka samą drogę, tylko bardziej zaawansowaną, uczył się pilotażu jako inżynier konstruktor, a szybownictwo uprawiał sportowo, był też instruktorem lotniczym. Miał w klapie zawsze okrągłą odznakę: na niebieskiej emalii trzy ptaki w locie. Niewiele jednak chciał o tym mówić, nawet o tej odznace, zbywał mnie zawsze, że jestem za mała, żeby coś zrozumieć, a poza tym chyba był przekonany, że lotnictwo (jak wiele innych spraw), nie jest sprawą kobiecą.

Dopiero przeczytałam opowieść pana Karola, gdzie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami zostało opisane, jak przygotowywano chłopców do nauki pilotażu, jak ich uczono, jakie niebezpieczeństwa na nich czyhały i jak im zapobiegano. Na przykład zaczynano od tego, że kilku kursantów trzymało szybowiec na długich gumowych linach na uwięzi, napinano je, a potem biegnąc do przodu określoną ilość kroków, zaczynając od dwóch lub trzech, powodowano skoki maszyny o długości metra lub półtora metra. Zadaniem kandydata na pilota było utrzymanie w tym czasie skrzydeł w linii prostej. Pan Karol opisuje wygląd i konstrukcje poszczególnych typów samolotów i szybowców, opisuje rozmaite błędy i przypadki, które się trafiały oraz jakie były wymagania do zdobycia odznak jednej, dwu lub trzech mew. Tak więc dzięki temu opisowi łatwiej mi sobie wyobrazić rzeczy, które pasjonowały mojego ojca w młodości, a o których w domu nie miał zamiaru nikomu opowiadać, mimo moich pytań i zaciekawienia. Z ojca szkoleń pamiętam tylko jedną, dość makabryczną anegdotę, zresztą wspomnianą też w którejś książce o lotnictwie pilotów, rówieśników mojego ojca. Mianowicie ich rocznik kończył szkołę pilotażu w Dęblinie tuż przed wojną i z okazji promocji popili sobie i ruszyli nocą do miasteczka pohałasować trochę i porozrabiać. Któryś z młodzieńców zerwał znad jakiegoś sklepu szyld i postanowił, na dowód, że jest całkiem trzeźwy, wejść na wieżę obserwacyjną i szyld ten tam zawiesić. Kiedy zszedł na dół, wyszedł zza chmur księżyc i okazało się, że był to szyld zerwany znad sklepu z trumnami. Podobno nazajutrz (albo w najbliższym czasie) chłopak ten zginął w katastrofie lotniczej. We wspomnieniach pilota z dywizjonu 303, które czytałam, też opisano tę historię tylko z tym, że chłopak ten zginął w pierwszych dniach wojny, jako pierwszy pilot z ich szkoły.

Może więc lepiej nie wieszać choinki gałęziami w dół? W kultowych opowieściach zamiana rzeczy uświęconych tradycją skutkuje zaburzeniami rozchodzącymi się jak złowrogie fale od źródła zmiany. Na przykład, jak w baśni o dziewczynie, która nie chcąc zamoczyć pantofelków położyła na środku kałuży bochenek chleba. Nawet historia mówi nam o niewykorzystanych zwycięstwach (bitwa pod Grunwaldem) bowiem uświęconą rzeczą jest pozabijać wrogów.

komentarz aktualny 20.12.1018:

Pan Karol już nie żyje, nie zdążył przepisać i udostępnić mi ciągu dalszego pamiętnika, a jego rodzina odmówiła mi przyjęcia do grona znajomych na FB, (a tym samym negocjacji w sprawie przeczytania ciągu dalszego). Pokój z nimi na Boże Narodzenie, jednak mam taką refleksję: smutek, zażenowanie z faktu, jak wiele materiałów ważnych i istotnych dla rozumienia przeszłości, nie przebija się do świata, z racji zamiłowania do cenzurowania wypowiedzi przodków. Przestajemy ich szanować, uważamy, że mamy lepszy ogląd sytuacji, niestety, kierujemy się swoimi przekonaniami i możliwościami intelektualnymi sądząc, że jesteśmy mądrzejsi, i lepiej przewidujący trendy, a wszak trendy są wszystkim. Sami się dzielimy jako społeczeństwo, bowiem inny jest trend dla miłościwie nam panujących, inny dla totalnej opozycji, a inny dla szaraczków próbujących być obiektywnymi.  Tak czy inaczej choinkę stawia się czubem do góry, a nie w dół.

Ilustrację felietonu niech stanowi pocztówka. Oto jej historia:  Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło konkurs plastyczny dla licealistów na kartkę świąteczną. W jury zasiadali artyści plastycy, wykładowcy ASP. Trzy pierwsze miejsca zdobyły prace uczennic krakowskiego liceum plastycznego. Ministerstwo zamieściło zwycięskie prace na swoim profilu w mediach społecznościowych. W ciągu kilku godzin rozpętała się gównoburza. Kartki okazują się „obce ideowo” i „epatujące brzydotą”, o czym piszą tacy wytrawni znawcy sztuki współczesnej, jak wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Ministerstwo usunęło kartki ze swojego profilu, tłumacząc, że padło ofiarą niecnego spisku członków jury, chcących ośmieszyć poważną instytucję państwową . Poniżej III nagroda:

 

Prawda fikcji

Javier Marias, autor ostatnio wydanej powieści „Berta Isla”, w wywiadzie zatytułowanym „Boskie oko internetu”, przeprowadzonym przez Michała Nogasia (GW 8-9 grudnia 2018) opisuje i uzasadnia fakt, że pisze swoje książki na maszynie, a nie na komputerze. Mówi on, że każdą stronę pisze cztery, a nawet pięć razy… Przepisując stronę od nowa, próbuje różnych wariacji, zmienia słowa i układ zdań i odnosi wrażenie, że „papier współpracuje ze mną, podpowiada najdziwniejsze rozwiązania” i dzięki temu zmieniają się wersje tekstu, a ostateczna nijak się ma do początkowej.

Fragment ten zwrócił moją uwagę dzięki temu, że miałam bardzo podobne uczucie, gdy przestawiłam się z pisania na maszynie na komputer. Z pozoru wydaje się, że komputer jest wygodniejszy, łatwiej wprowadzać zmiany i poprawki, można tworzyć kolejne wersje i zapisywać je, a później porównywać. Jeżeli pokonało się barierę odmiennego ustawienia klawiszy w maszynie do pisania i klawiatury w komputerze, pisanie wydaje się łatwiejsze, a przede wszystkim wydajność piszącego jest większa. Nie dziwi więc, że proces powstawania książki jest krótszy i są autorzy, którzy potrafią pisać książkę w dwa, góra trzy miesiące.

Czy istotnie komputer poprawia jakość procesu powstawania książki?  Tego nie jestem już pewna. Szybciej i wydajniej nie oznacza, że lepiej. Oczywiście, gdy mamy do czynienia z tzw. czytadłami autorów popularnych, szybkość pisania jest ważna, bowiem zwielokrotnia dochody pisarzy i pozwala im żyć z literatury. Jeśli jednak pisarzowi zależy na powiedzeniu czegoś nowego, nie koniecznie dla masowego czytelnika, ale dla czytelnika wyrobionego, sytuacja zmienia się diametralnie. Przez takie książki niejednokrotnie trudno przebrnąć, wraca się kilkakrotnie do tekstu, czasem z udręką pragnąc zrozumieć go do głębi, nie tylko w tej pierwszej, wierzchniej warstwie, ale w kolejnych, mieszczących się pod spodem. Wiem coś o tym, bowiem męczę się nad lekturą noblisty z 1998 roku, Jose Saramago, powieści ” Rok śmierci Ricarda Reisa” ze świadomością, iż mam zbyt małą wiedzę, aby dogłębnie zrozumieć komplet literackich i obyczajowych odniesień do historii Portugalii.

Wiem także, iż to, co ja piszę, tylko w części trafia do czytelnika, ale na szczęście do każdego w innej części. Mogę więc powiedzieć, że każdy z moich czytelników czyta inną książkę i to, co łączy mnie z ludźmi, nie dotyczy tylko mnie i innej pojedynczej osoby, kochanej, bliskiej, czy znajomej, tylko wielu ludzi, każdego po części. Uczucie bliskości wiąże mnie w ten sposób z nieznajomymi, którzy czasami myślą moim rytmem, czasami zaś są w pełni odrębnymi istotami.

Jednak czytanie ambitnych książek przypomina poszukiwanie złota w sitowych płuczkach – kopie się tony żwiru, stojąc po kolana w wodzie, mozolnie kręci sitem, żeby po kilkunastu (oby) podejściach, wypłukać grudkę albo szczyptę złotego piasku. Taką grudką złota jest myśl zawarta w tekście, jej sformułowanie tak bardzo bliskie mojemu myśleniu, iż wydaje się, że wypłynęła z głębi mojej własnej głowy. Przez moment wydaje się wówczas, iż dotknęliśmy sedna tego, co łączy nas z innymi ludźmi, wbrew wszystkim, dobiegającym nas szumom bieżących wydarzeń, rozdmuchanych jak pop-corn, niesmacznych, mdłych, a jednak przeżuwanych z uporem godnym lepszej sprawy, tylko po to, aby zatrudnić swoje szczęki, które nie mogą, albo nie chcą, albo nie potrafią przemówić.

We wspomnianym na wstępie wywiadzie przeczytałam jeszcze jedną frapującą myśl: „Jedyną rzeczą, której nie można podważyć jest fikcja”. Marias uzasadnia to następująco: W dobie internetu jest mnóstwo narracji wzajemnie sprzecznych ze sobą. Historycy spierają się nie tylko o interpretacje ale i o fakty. „Pani Bovary umarła dokładnie tak, jak opisał to Gustaw Flaubert. A jeśli znalazłby się głupi pisarz próbujący w inny sposób opisać życie jej czy Don Kichota, to wszyscy wiedzieliby, że to nie jest już ta pani Bovary i ten Don Kichot. Fikcja to jedyne terytorium, po którym – gdy chce się coś opowiedzieć – można się poruszać bez obaw. To w zasadzie jedyny powód, dla którego tworzymy i czytamy fikcję – chcemy być czegokolwiek w naszym życiu pewni.”

Współczesność przyniosła nam tę jedną, niepodważalną prawdę, że próżno się nam silić na dumne twierdzenia w rodzaju „prawda was wyzwoli”, ponieważ zawsze można spytać, co jest prawdą i zawsze spierać się o to. Fikcję natomiast zazwyczaj można komuś przypisać, jednostce lub grupie, a spór można najwyżej toczyć o to, czy nam się podoba, czy nie, czy jest pożyteczna, czy przeciwnie, szkodliwa i wreszcie czy powinniśmy sobie nią zawracać głowę. Dlatego ja mam prawo nie wchodzić w spór na temat pewnej celebrytki (pisałam o niej w odcinku „Z Pudelka jestem”), czego nie powinnam była robić, gdyby wszystko, co o sobie mówi lub pisze, było prawdziwą prawdą.

Takoż wypowiedzi naszych polityków mogę traktować na luzie w myśl powiedzenia, które zasłyszałam o pewnej osobie: „Jeżeli X mówi że Y, to mówi”.

 

 

Przedbożonarodzeniowe skojarzenia

Wszyscy narzekamy, że święta Bożego Narodzenia zaczynają się coraz wcześniej. W tym roku reklamy świąteczne można było  obejrzeć i usłyszeć już nazajutrz po Święcie Zmarłych. W moje urodziny, przypadające w końcu listopada, reklamy prezentów już nie ograniczały się do telefonów, smartfonów i laptopów, przygotowanych przez sieci komórkowe i dostawców internetu, a rozlały się szeroką falą na zabawki, ubrania i kosmetyki, zwłaszcza golarki dla mężczyzn (bo trudno coś w prezencie dla nich wybrać), a nawet olejki do pielęgnacji brody (wcześniej przyciętej specjalnym, najnowszym modelem). Denerwują mnie, jak niejedną osobę, podobnie jak uroczyste strojenie politycznych choinek w Białym Domu i gdzie indziej (nie czekając nawet na tradycyjnego Mikołaja). Złości to, że publiczne choinki nie są prawdziwymi choinkami tylko wymyślnymi konstrukcjami z drutu i światełek, całkowicie zasłaniającymi drzewko (jeśli nawet tam jest).

Nieprawdziwe choinki nie pachną. Nawet to, co dzisiaj nazywamy smogiem i za co obwiniamy palących węglem mieszczuchów, (nie tykając samochodów, które musimy reklamować jako najlepszy prezent dla rodziny), ongiś miał inny, pociągający aromat. Pamiętam swoje dzieciństwo w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W domu było na ogół zimno, nikt nas wówczas nie rozpieszczał; węgiel w Warszawie na Bielanach roznosili w wielkich koszach na plecach usmoleni, potężnie zbudowani węglarze, a kogo nie było stać na ich usługi, sam ciągnął na sankach wiaderka. Tylko przy okazji świąt nie żałowano opału. Kiedy po obowiązkowym odśnieżaniu – Boże Narodzenie ZAWSZE było pod śniegiem – wracało się do ciepłego domu, spalany węgiel pachniał miło, a jeszcze milej ciepłe potrawy. Na warszawskim niebie widać było gwiazdy, a pierwsza gwiazdka nigdy nie była samolotem, czy satelitą, jak dziś, tylko prawdziwą gwiazdą. Choinka pachniała igliwiem i lasem  a świeczki na niej, topioną stearyną.

Tych wrażeń już nie odbieramy, lub uznajemy za godne wytępienia; zastąpiły je nudne reklamy w telewizorach i na portalach społecznościowych.

Jednak, gdy się bliżej zastanowić, nasze oczekiwania w stosunku do świętowania mają  swój głęboki sens, tylko dość luźno związany z pakietem interesów firm handlowych, które nim się żywią. Odzwierciedlają bowiem powszechną nadzieję na przynależne nam szczęście („Jesteś tego warta!”) i chęć wtłoczenia w święta wszystkiego tego, co przyniesie nam korzyść osobistą, nie tylko materialną. Oczekujemy prezentów, ale i miłej, świątecznej atmosfery, kontaktów z rodziną, „nagadania się” z osobami, dla których nie mieliśmy czasu, pokazania im, jacy jesteśmy zdolni, zaradni i pochwalenie się, co udało nam się osiągnąć oraz na co nas stać. Mamy opracowane w głowach całe scenariusze. Wszystko musi być idealne, dopracowane i przewidywalne.

Źle odbieramy najmniejsze odstępstwa. Kiedy okaże się, że nas oszukano rzekomym spadkiem cen (bo najpierw one wzrosły), kiedy dziecko nie wyrazi wdzięczności za prezent (a obecnie nikt nie uczy dzieci okazywania wdzięczności, nawet konwencjonalnego, grzecznościowego – nie mylić ze zdawkowym podziękowaniem), kiedy zaproszona stara ciocia czegoś nie podziwia, albo ma niestrawne dla nas poglądy polityczne, spinamy się i całe nasze projektowane doznanie szczęścia bierze w łeb. Wydawało nam się, że pragniemy tak niewiele, na przykład spokoju i radości, bądź zwykłego zadowolenia, a tu dostajemy prztyczka w nos.

Gdybyśmy się chwilę zastanowili, zrozumieliśmy, że tak musi być. Im bardziej staranne są nasze przygotowania, im w związku z nimi jesteśmy bardziej zmęczeni (a właściwie zmęczone), im bardziej nieswojo czują się mężczyźni, którym nie zawsze zależy na przyjmowanych przez aklamację scenariuszach, tym bardziej prawdopodobny jest niemiły wybuch czy nawet lekki skandal. Ongiś dzieci mogły dostać pod choinkę prezent, ale mogły też nie dostać niczego, albo dostać rózgę. Paradoksalnie, chroniło to je przed nadmiernymi oczekiwaniami. Rozczarowania zazwyczaj były lekkie i ulotne, nie potrzebowaliśmy bowiem wiele aby być zadowolonym. Możliwość siedzenia w cieple, najedzenia się do syta, drzemania w atmosferze pozbawionej zwykłych zagrożeń (poza rodzinnymi monologami o tych, którzy odeszli i przymusem grzecznego ich słuchania) i oczekiwaniem na prezenty, które wręczano zawsze PO, a nie PRZED Wigilią, zaspokajała dziecinne oczekiwania radosnego odpoczynku. Zaczynały się ferie, wolne od szkoły i poza odśnieżaniem i przynoszeniem węgla z piwnic, dzieci nie miewały już specjalnych obowiązków. Nie odrabiało się lekcji, a to było najważniejsze!

Dzisiaj nasze oczekiwania są bardziej wysublimowane. Wypatrywanie pierwszej gwiazdki na niebie jest nudne, lepiej obejrzeć w internecie. Mamy odczuwać szczęście, a nie zwykłe zadowolenie. Mamy być nasyceni doznaniami kulinarnymi, a nie tylko syci. Nie chcemy mieć żadnych obowiązków (nawet wobec rodziny), ale chcemy, żeby je inni mieli wobec nas. Wolelibyśmy wyjechać gdzieś do ciepłych krajów na krótki urlop, a tu babcia, ciocia , i w ogóle rodzina… Dzieci nie przepadają za Wigilią, nie lubią się łamać opłatkiem, wszak w ogóle nie smakuje, taki mdły… Działania symboliczne są im obce, nie na darmo uczymy ich racjonalności w myśleniu i postępowaniu. Kobiety są przepracowane, mężczyźni zagubieni, dzieci znudzone. Tylko prezenty mają czar…

Korzystając więc z okazji informuję, że przez moją stronę autorską można zakupić w prezencie świątecznym „Sierotkę”, która to książka przypomni osobom starszym czasy słusznie minione, a przybliży osobom młodszym ten dziwny czas, gdy nie było nie tylko komputerów, telefonów, tabletów, smartfonów i takich tam, ale nawet internetu telewizorów, ale ludzie jakoś żyli.

Uprzedzam z góry – nie jest to lektura radosna i pokrzepiająca, chociaż konkluzja taką zapewne jest: te czasy już za nami, chyba że zechcemy coś na nowo sknocić i przywrócić PRL w nowej odsłonie.

 

Strona  o książce  „Sierotka ” 

Pamiętniki cesarzowej Katarzyny

„czyli ujawnione zapiski bezwzględnej carycy Katarzyny II (dotyczące lat 1744-1759)

– w zapieczętowanej kopercie znalazł je po śmierci cesarzowej jej syn, Paweł.  Po raz pierwszy zostały wydane drukiem przez Aleksandra Hercena w Londynie w 1858 roku.”

Czasem lektura przed snem może zaszkodzić. Kilkunastoletnia przyszła cesarzowa, wydana za mąż za wielkiego księcia Piotra III Romanowa słucha, jak w przyległej komnacie nastoletni mąż wiesza szczury. Może trochę jej to przeszkadza, ale dla władzy da się znieść bardzo wiele. W moich snach igram z nimi, ich dworakami, jestem leczona piciem wody selcerskiej (to już  moje autentyczne, obrzydliwe wspomnienie), puszczaniem krwi, gdy chce mi się płakać. Jestem równie wesoła, jak oni; bawię się w wojsko musztrując sługi, wywiercam dziurki w drzwiach, żeby podpatrywać cesarzową, tresuję psy, które trzymam w naszej komnacie, godząc się z ich odchodami i smrodem i jego okrucieństwem; bawię się, jak mój małżonek, lalkami. Płaczę, dopóki mi na to pozwalają, kiedy zabraniają, przestaję. Jednocześnie jestem myśląca, przytomna, rejestruję polityczne intrygi, liczę swoje długi i przyjaznych zwolenników, których pozbyto się bez pytanie mnie o zdanie. Jednym słowem – kształcę się na władczynię imperium. Nie ma różnicy między dziecinnym, a poważnym odbiorem świata, wszystko jest równie ważne i intensywne.

Zacznę od tego, skąd się wzięło moje zainteresowanie Katarzyną. Bynajmniej nie z tego powodu, że jestem jej imienniczką. W mojej rodzinie tłumaczono dziwaczne i kłopotliwe z punktu widzenia ortografii moje panieńskie nazwisko faktem, że praprapraprzodek był jednym z licznych kochanków cesarzowej Katarzyny i sprzeniewierzył się jej, przystępując do spisku na jej życie. Tak powszechnie potępiana władczyni, była jednak dość litościwa w stosunku do swoich „byłych”, ograniczyła się więc do pozbawienia go majątku, uwięzienia i wygnania z warunkiem, że ma porzucić szlacheckie nazwisko i zmienić go na inne, nieznane. Ów przodek był żonaty i miał córkę, która wyszła za mąż za rosyjskiego oficera, nowego właściciela majątku, a ojciec dożywał swoich dni na łasce zięcia. Ironiczną ocenę swojej życiowej sytuacji zawarł w nowo wymyślonym nazwisku.

W tym czasie wchodziły przepisy nakazujące przyjęcie nazwisk przez wszystkich zamieszkujących tereny po rozbiorach i przodek ten przybrał nazwisko (potwierdzone w r.1875), zawierające ó kreskowane i rz, które stało się zmorą przyszłych pokoleń i w niektórych gałęziach rodziny uległo zmianie na łatwiejszą ortograficznie wersję (u zwykłe i ż z kropką). Poprzednie nazwisko zostało wymazane i moi już nieżyjący dziadek oraz jego bracia i siostry usiłowali dokopać się bezskutecznie do poprzedniego nazwiska.  To zaciekawienie odziedziczyłam też ja i gdy tylko trafię na materiały o Katarzynie, pilnie je studiuję, szukając pośród jej kochanków tego, który dał początek mojej rodzinie i jej legendzie.

Ciekawe, że nie był to dobry człowiek. Szlachcic zadufany w sobie, wyniosły, okrutny i korzystający ze swojej przewagi. Inna wersja tej rodzinnej legendy głosi, że zanim stał się kochankiem Katarzyny, zabił pańszczyźnianą chłopkę na polowaniu, bo mu w czymś przeszkodziła. Ponieważ było zimno, odarł ją z ciepłej odzieży i owinął sobie nią nogi. Pewna, już nieżyjąca osoba z mojej rodziny twierdziła, że uczynił coś o wiele gorszego, rozciął jej brzuch i wsunął doń zziębnięte stopy. Jak było, tak było, w każdym razie jako banita musiał uchodzić i udał się na dwór Katarzyny, gdzie otrzymał glejt, stanowisko i bezkarność, czego jednak niewdzięcznik nie docenił.

Pewnie ciekawi Was, ile w tym może być prawdy. Nie mam pojęcia. Mój ojciec, który uśmiechał się podobnie krzywo, jak nasz premier Morawiecki (tylko z przeciwnej strony ust)  i lekceważył głupszych od niego, jak b. minister Sienkiewicz, tłumaczył mi, że pochodzi od Krzywoustego i do pewnego czasu mu wierzyłam (dopóki w IV klasie szkoły podstawowej nie zaczęto mnie uczyć historii). W ogóle męska część mojej rodziny chętnie serwowała dzieciom różne opowieści, ku pożytkowi wychowawczemu – jak go rozumieli – bez szczególnego przejmowania się prawdą.  Ale moja wyobraźnia została kiedyś pobudzona i posuwa się nadal dziecinnymi tropami, chociaż od dawna czuję się postawiona w opozycji do rodzinnych postaw pedagogicznych.

Kiedy wiec czytam o czternastoletnim mężu siedemnastoletniej przyszłej cesarzowej, wieszającym z uciechą dla zabawy w swojej sypialni szczury (z całym ceremoniałem wojskowym, przeznaczonym dla nieszczęśników, przekraczających wbrew rozkazom kartonowe mury twierdzy) i tresującego, jak zwierzęta, swoje sługi, przestaję się (odrobinę) dziwić. Świat nigdy nie był przyjaznym miejscem dla zwierząt i mało znaczących ludzi. Co słusznie zauważyła przyszła cesarzowa, szczury nie dostały ani obrońcy, ani nawet możliwości wypowiedzenia słów na swoją obronę. Dla uporządkowania poglądów puszczono jej krew. Dzisiejsza troska o dzieci, o ich bezpieczeństwo, rozwój i kształtowanie własnego zdania nijak się ma do traktowania ich w tamtych czasach, gdy przestrzegano, żeby się do nich nie przywiązywać, ponieważ bardzo często wcześniej umierają. Sądzono, że szkoda zachodu na niepewne prognozy dla ich przyszłości.

Ówczesne pojęcie dobrego człowieka skupiało się na przestrzeganiu postów, modlitw i mszy. Lekarstwa na depresję były bardziej restrykcyjne, niż sama depresja. Kiedy Katarzyna płakała po śmierci ojca, przywołano ją do porządku stwierdzeniem, że nie był wszak królem i nie ma powodu do tak długiej żałoby i kilkanaście razy upuszczano jej krew. Tak lekceważona dziś odra i ospa wietrzna kładła cały dwór na kilka miesięcy i izolowała go od reszty świata.Chorzy na ospę prawdziwą niknęli z pola widzenia pamiętnikarzy. Kiedy Katarzyna pluła krwią po podróży w niesprzyjających warunkach, dodatkowo jeszcze upuszczano jej tę krew.

Śmierć była czymś codziennym, pozbawionym znaczenia, chyba że niszczyła polityczne kalkulacje. Miłość i pożądanie nie miało nic wspólnego z rozsądkiem – wszelkie kalkulacje były bez sensu. Należało chwytać chwile, dopóki się dało i póki się żyło. Przyszła cesarzowa miała kilka ładnych sukienek, otrzymanych przed wyjazdem do Rosji w prezencie, ale gdy była bliska śmierci (odra!!!), jej matka zażądała najdroższej i najpiękniejszej w nadziei, że córka nie będzie już jej potrzebowała. Nie wiedzieć tylko czemu kazała jej ją sobie podarować…

W oparciu o tę wiedzę sądzę, że mój ewentualny prapraprzodek nie był jakimś straszliwym zbrodniarzem, którego nie mogłaby zaakceptować całkiem niebrzydka (sądząc z młodzieńczych portretów) cesarzowa mimo, że ja bym tego nie potrafiła. Lud i poddani w tamtych czasach nie istnieli dla władców, jako przedmiot troski i starań, choć Katarzyna potrafiła zapłakać na widok torturowanego przez męża psa. Ale zdarzało się też, że płakała z nudów.

Ostatnio moja rodzina rozpływa się w rozważaniach, co sprawiło, iż niektórzy z jej członków postępują, jak postępują i mają odmienne życiowe priorytety, niż inni, aktualnie żyjący. Wszelkie rozmowy prowadzą na manowce, bowiem sprowadzają się do ubolewań nad aberracjami poprzednich pokoleń i poszukiwaniem winnych, wśród kandydatów, do których ja, jako jedyna najstarsza żyjąca, prawdopodobnie zajmuję pierwsze miejsce.

To prawda, nigdy nie płynęłam razem z ławicą. Może właśnie we mnie jest to źródło, które ustawicznie bijąc wbrew standardom, nie pozwala przedrzeć się naturze dobrego człowieka – modlącego się, przestrzegającego postów i posłusznego okolicznościom. Zazwyczaj znosiłam łatwo posłuszeństwo okolicznościom (bez modlitw i postów, choć z wyrzeczeniami), ale u schyłku życia coś powoduje, że z bólem przedzieram się przez liczne zasłony słuszności, ignorując uwarunkowania i poszukując własnej prawdy.

Boli mnie czasem to, że jestem w tym sama, że ci, którzy mogliby być ze mną, wracają na wytyczone koleiny i akceptują ich wygodę, jako słuszność poza wszelką dyskusją, nie rozumiejąc niczego, co jawi się czasem w moich snach. Od dawna zresztą mawiano bezmyślnie w mojej rodzinie: „sen mara, Bóg wiara”, dlatego bezmyślnie, że ceniono wyłącznie własne sny.

Nie akceptując samej Katarzyny, rozumiem jej życiową drogę i boleję razem z nią ponad przekazem historii. Zdaję sobie jednak sprawę, że współczesność, preferująca bezpieczeństwo i wygodę ponad wszystko, równie wypacza ludzkie charaktery i generalnie prowadzi nas w kierunku, który w przyszłości także odbije się nam czkawką. Zaczynamy już widzieć złe skutki dla środowiska, na ostatku odkryjemy te, dotykające nas osobiście.

Wieści spod celi 2 (c.d. biuletynów)

Psychiczny narkotyk dla osadzonych ( wypis z biuletynu nr. 3). W Korei Południowej otwarto więzienie dla… zmęczonych!!! Wygląda jak więzienie. Wyposażenie: drzwi zamykane od zewnątrz, przycisk paniki (u naszych polskich osadzonych też tak jest, do wzywania oddziałowego, a w przypadku pilnej potrzeby, żeby zadziałał, wzmocnione waleniem pięścią w drzwi), okno, umywalka, sedes, stolik, a ponadto zestaw do ceremonialnego picia herbaty, mata do jogi i inne wschodnie ezoteryczne wymysły. Według współzałożycielki „więzienie jest postrzegane jako ucieczka do wolności. Zamknięcie w izolatce nie jest prawdziwym więzieniem, prawdziwym więzieniem jest świat na zewnątrz”

Tu dygresja: Ta konstatacja jest niesłychanie bliska mojemu osobniczemu doświadczeniu z PRL, okraszonemu modną wówczas filozofią egzystencjonalną, której przedstawicielami byli J.P. Sartre i inne „francuskie pieski”, ich żony, córki i kochanki (czasem 2 lub 3 w jednym). Ich filozoficzne dylematy prowadziły zawsze do  objawionej prawdy, iż wolność jest do czegoś, a nie od czegoś, co zweryfikowałam u schyłku mojego życia uznając, że wszelkie podrygi zmierzające do… przynoszą jedynie poczucie klęski, podczas, gdy wygrywają ci, którzy zawsze uwalniali się od zobowiązań, nie zaś ci, którzy chcieli naprawiać świat, nawet uprawiając tylko swoje małe ogródki (to już inny prąd filozoficzny).

Co zostało mi z tamtych lat? Zamiłowanie do czarnych bluzek z dekoltem i sentyment do szerokich spódnic na halce, tudzież tzw. trumniaków, to jest malowanych na czarno pastą do butów białych tenisówek z wyciętą, sznurowaną częścią. Och, jakże lekko się biegło z tym zasobem modnej wówczas filozofii i włosami spiętymi w tzw. „koński ogon”, gdy ważyło się czterdzieści parę kilogramów, a nie przynajmniej dwa razy tyle, (a nie da się obecnie zrobić zdjęcia w lustrze bez podpórki kręgosłupa w postaci chodzika lub inwalidzkiego wózka). Ale oczywiście południowi Koreańczycy tego nie wiedzą, no bo niby skąd?

Złośliwy mój korespondent twierdzi, iż hotel ten wymyślił prokurator, który pracował 100 godzin tygodniowo i leczył w nim pracoholizm. Ja dodałabym, że prokuratorka, która po powrocie z pracy gotowała dzieciom obiady i sprzątała mieszkanie do błysku, aż ryzykując zgon zasypiała w wannie, miałaby jeszcze lepsze pomysły. Chociaż czytałam gdzieś, że w Polsce istnieje odrębna wersja „więzienia dla zmęczonych” w postaci klasztornej celi, wynajmowanej za spore pieniądze w czasie wakacji. Ale u nas wszystko musi być posypane wiarą, jak tanią przyprawą w rodzaju pieprzu ziołowego.

W klasztornej celi i w koreańskim „więzieniu dla zmęczonych” obowiązuje zakaz posiadania  komputerów, laptopów, telefonów, tabletów i wszystkiego, do czego potrzeba ładowarki i choć podejrzewam, że w prawdziwym też, w Polsce obowiązkowo dostępny jest program oficjalnej telewizji z jej propagandą i serialami. Osadzeni nieźle znają się na prawie i wyczaili, że niejaka Marysia Domańska z serialu „Pierwsza miłość” za spowodowanie wypadku dostała 12 lat z art. 197par.1 kodeksu karnego, który przewiduje karę do 3 lat. Sugerowaną przyczyną takiego wyroku był stresujący rozwód sędziego.

Internetowa wieść niesie, że skoro jedna z piosenkarek twierdziła, iż ponoć ktoś napisał Biblię pod wpływem ziół, możliwa jest delikatna sugestia polityczna, iż wyrok także spowodowało użycie zioła przez sędziego, a tym samym uzasadnienie konieczności reformy sądownictwa, celem wyeliminowania  ryb, które psują się od głowy i zasiadają w TK i SN. Wydaje mi się to jednak zbyt daleko posuniętą teorią spiskową, choć przymus ogladania takich seriali, moim zdaniem, nie ma walorów wychowawczych.

Jednakowoż  za pośrednictwem jeszcze marniejszej telewizji można wysłać osadzonym gryps. Kosztuje to raptem 1,40 zł, a więc jest tanie bardzo, a polega na wysłanie sms z hasłem LIKE  lub LOVE w określonych godzinach doby. Ponoć, jak twierdzi mój korespondent, można w ten sposób się rozwieść, to znaczy poinformować osadzonego że się go porzuca i nie trzeba czekać, aż tekst wyświetli się trzykrotnie, jak żądają tego wyznawcy Koranu.

Świat rzeczy możliwych i niemożliwych w areszcie nie przystaje do przyzwyczajeń zwykłego człowieka. Mój korespondent napisał podanie o pozwolenie na dostarczenie mu butów i wyrzucenie dziurawych. Nowe przywiozła mu rodzina, pozwolenie na zniszczenie zostało udzielone i wyglądało podobno, jak obiegówka na granicy, upstrzona pieczątkami z najważniejszą z nich: Dyrektora Aresztu. Jednak na wyrzucenie starych potrzebna jest jeszcze zgoda Prokuratury Okręgowej, więc trzeba by rozpocząć procedurę od nowa, co się nie opłaci, bowiem przy wyjściu lub przeniesieniu można wyrzucić je bez żadnej biurokracji.

Moje przerażenie budzi fakt, że jak dzieci w krajach ogarniętych wojną, preferują zabawę w strzelanie, tak osadzeni próbują we własnym zakresie stosować jakieś kary za nie dotrzymanie wymyślonych przez nich samych, często bezsensownych reguł. Ponieważ zakres swobodnego postępowania jest w takich wypadkach wąski, kodyfikacja (i kary) dotyczą najczęściej jedzenia i wydalania. Podobno proponowane są do zatwierdzenia w demokratycznym głosowaniu następujące kary: picie wody z solą lub proszkiem do prania, używanie papieru toaletowego posypanego pieprzem lub ostrą papryką. Mój korespondent twierdzi, że poczuł się jak na kolonii letniej w Broku, gdzie przebywał w II klasie szkoły podstawowej w wieku 9 lat – tyle, że savoir vivre stawiał nieco inne słownikowe wymagania przy wypowiadaniu nakazanych zaklęć. Mnie zaś cierpnie skóra na myśl, jak bardzo ludzie uczestniczący w życiu społecznym, bezkrytycznie uzależniają się od reguł panujących w tym życiu i widzę już przymus maszerowania w jakichś marszach wolności, czy niepodległości, czy czegoś tam, raz w tygodniu lub miesiącu, obowiązkowo z petardami i fajerwerkami.

Ciekawe, że za PRL uznawałam pochody 1-majowe tylko za średnio dolegliwe i to raczej z tego wzgledu, że maszerowało się wśród osób z własnego zakładu pracy (inaczej uczestnictwo nie było odnotowane), a tym samym pochód nie pozwalał na zawrcie nowych, być może ciekawych znajomości. Obecnie reguły są nieco inne, choć jakże bezpiecznie podrywać chłopaków z artykułami wybuchowymi?

Na zakończenie w biuletynie opisana została sprawa pewnego Wietnamczyka, aresztowanego za uprawę krzaków w doniczkach. Wietnamczyk ów wyraził zgodę przez telefon (zwykły, nie wideo) na ugodę w jego sprawie, a jako nie znający polskiego machnął przyzwalająco ręką, co przetłumaczył powołany tłumacz, nie znający wietnamskiego, ale znający gest machnięcia ręką. Otrzymał wymiar kary 3 lat więzienia i ucieszył się bardzo, bo w jego kraju otrzymałby za to samo karę śmierci. W ten sposób nasz minister Ziobro zyskał nowego dozgonnego wielbiciela i zdaniem owego Wietnamczyka, powinien objąć swoją funkcję w jego kraju, gdzie zyskałby opinię nadzwyczajnej łagodności funkcjonariusza.

Co do Ministerstwa Sprawiedliwości, to podobno były plany (chwilowo zarzucone) zwolnienia adwokatów z tajemnicy adwokackiej, aby mozna było ich przesłuchać na okoliczność tego, co dowiedzieliby się od swoich klientów. Redakcja Biuletynu uznała, iż powinna podpowiedzieć adwokatom, aby przyjęli dodatkowo święcenia kapłańskie (tajemnicy spowiedzi nikt nie zamierza znosić), co pomogłoby zażegnać kryzys wiary w Polsce i podniosło dochody przedstawicieli palestry. Można by dodać nakaz udania się do spowiedzi przed demonstracją i byłoby sugerowane (modne jak szampony czy ostrza do golenia) 3 albo nawet 4, czy 5, w jednym.

Przeraziłam się tego, co napisałam. Rozmaite moje żartobliwe pomysły w zamyśle satyryczne, po roku lub dwóch zyskiwały rangę ustaw. Kończę więc, żeby nie posunąć się zbyt daleko w antyproroctwach.

Wieści spod celi

Osadzony w areszcie, z którym koresponduję, wysyła taki biuletyn „Wieści spod celi”, który rozsyłany jest w postaci skanów lub fotografii bliskim i znajomym. Jest to osoba wykształcona, zrównoważona, starająca się dostrzec wszystkie aspekty, negatywne i pozytywne aresztowania. On sam podchodzi do swojej sytuacji filozoficznie – widząc w niej i dobre strony: uregulowanie stanu zdrowia, na które nigdy nie miał czasu, czas na refleksję, przemyślenia, oderwanie się od różnych bieżączych konieczności, fakt, że wiele spraw się rozwiązuje samoistnie bez potrzeby angażowania się w nie. Pozwala mu to traktować wiele spraw z humorem, ale nie sprawia, że osoba czytająca poszczególne numery tego biuletynu, uznaje sytuację aresztowanych w Polsce za normalną, pożąaną i optymalną. O, co to, to nie.

W naszym społeczeństwie funkcjonuje stereotyp PRZESTĘPCY. Jest to szerokokarki, ogolony na łyso, wytatuowany drab, którego pięści albo narzędzia służą do zadawania krzywdy otoczeniu, bez wyboru. Ktoś, kto odwiedza osadzonych w areszcie , przeżywa zdziwienie. Nie ma tam takich osób! No, może gdzieś jeden, w jakimś kącie, ale i tak nie do końca typowy.

Na widzeniach pełno jest wątłych tatusiów licznych, drobnych dzieci, brzuchatych starszych panów i nie zwracających niczyich uwagów szaraczków. O takich mówiono mi zawsze w domu, że są to „ofiary losu” – za mało znaczą i umieją, żeby nie podpaść. Czytam o nich w w/w. Biuletynie.

Ot, starszy gospodarz ze wsi, oskarżony przez rodzinę, chcącą zawładnąć jego majątkiem, zanim jeszcze dziadek umrze, oskarżająca go przed prokuratorem, że dręczył swego psa, poprzez obcięcie mu uszu i ogona. Materiał dowodowy (zebrany przez zwolenników) ukazuje, że rzeczony pies ma uszy i ogon, tyle, że słabo widoczne, bowiem cwana rodzina goni domorosłych fotografów sprzed posesji. Zabawne, nie?  Ale człowiek siedzi już 10 miesięcy, jak by nie było. Młyny sprawiedliwości mielą powoli; żaden minister sprawiedliwości nie zmusi prokuratora, żeby, zanim oskarży biedaka, udał się i dowodnie obejrzał rzeczonego psa. Koledzy z celi żartują z każdej przysłanej człowiekowi fotki, że wprawdzie pies ma uszy i ogon, (możliwe, że doczepione plastrem na potrzeby materiału dowodowego), ale za to nie ma innej ważniejszej części, czyli organów rozrodczych… Adwokat nieszczęśnika oświadczył, iż nie może stawić się w Sądzie 26 października, ponieważ musi zapalić świeczki na grobie, a poza tym w terminie owym jest duży ruch na drogach. Alternatywny termin listopadowy – 13-go, też nie jest pewny z racji określkonych narodowych przesądów dotyczących 13-tki, co powoduje, że nieszczęśnik od psa bez uszu i ogona może posiedzieć jeszcze dłużej… Obrońcy nie przyszło na myśl, że chłopina też miałby ochotę postawić jakieś świeczki na czyimś grobie i wypić krzynkę za duszę nieboszczyka…

Ot, wewnętrznoaresztowe spory. Trwa intensywna walka ze zbyt ciężkimi paczkami na wypisce (dla niezorientowanych: rodzina przekazuje pewne kwoty na konto, z których część środków jest przechowana do wyjścia z aresztu, a część obdarowany może przeznaczyć na zakup w kantynie, zwłaszcza art. spożywczych). Ponieważ nie można przesyłać paczek spożywczych, jest to jedyna droga dla zapewnienia art. dietecznych np.cukrzykom, nietolerującym glukozy, cholesterolu, laktozy, glutenu  i innym uczuleniowcom, tudzież wegeterianom i  „francuskim pieskom” – wg terminologii mojej mamy – (bez wegan, jako że kantyna więzienna nie zapewnia świeżyzny). Nie można zakupić suschi, ale też ogórków, pomidorów i takich tam fanaberii, jak: szczypiorki, czy koperki. Wracając jednak do paczek. Ponieważ w areszcie nie ma windy, delegowani do tej pracy muszą nosić paczki na 4 piętro po schodach. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w biuletynie napisano, że wprawdzie paczki będą lżejsze, za to w zamian muszą nosić na górę wagę i że bilans wychodzi na zero. Nie byłabym tego tak pewna, jak wskazuje prosta rachunkowość, bilans musi uwzględnić ilość zaopatrywanych, kwoty im przysługujące i aktualne widzimisię właścicieli kantyn. Takoż zapewne warunki przetargu na ich prowadzenie. O tym traktuje kolejne doniesienie.

W wyniku jesiennej ofensywy mającej na celu zdyscyplinowanie niezdyscyplinowanych (z definicji) więżniów ograniczono asortyment towarów w kantynie. Akurat mojemu korespondentowi nie ciążył koperek albo szczypiorek, czy nawet kminek (bez którego ja żyć nie mogę, a który zapewne poprawiłby znacząco jakość powietrza w celach), a wyrzucenie ze zbioru dostępnych towarów kiełbasy wiejskiej, podobno jedynej, składającej się z mięsa, jako że pozostałe składają się tłuszczu. Wśród osadzonych szerzą się teorie spiskowe, a jedna z nich głosi, że owe pokłosie „dobrej zmiany” należy łączyć z osobą minister Zalewskiej, co dowodnie widać, gdy zmienia się słowo „tornister” na słowo „kiełbasa”, a słowo „szkoła” na słowo „więzienie”.

Podobno w areszcie zwiększyła się populacja taksówkarzy. Jest to wynikiem zmiany stausu zamówień na dowóz świeżej pizzy na „białą pizzę”. Nie tłumaczę, o co chodzi, bowiem w moim mieszkaniu jest mi wygodnie, nawet gdy nachodzą mnie monterzy anten zbiorczych, mogąch przy okazji montować podsłuchy. Jak nie wiecie, poszukajcie w internecie.

Mój korespondent donosi mi, że sukcesem aresztu jest spadek jego wagi o 34 kg i że nieprawdą jest iż zawdzięcza to codziennemu spożywaniu mortadeli.

W numerze 3 „biuletynu” tematem przewodnim stała się sprawa przezroczystej taśmy klejącej. W tym przedszkolu uznano ją za artykuł zakazany, jako że wychowawczynie zaklejały dzieciom gębusie, a więc więźniowie mogą tym bardziej. Ponadto taśma owa służy cenzurze do zaklejania odklejonych listów (chwała jej za przepuszczenie tych numerów biuletynu – kuda jej do cenzury PRL-u!), możliwe że ktoś podrobiłby ocenzurowanie wieści za pomocą gotowanego jajka odbijając pieczątkę, a potem zaklejając rzekomo odklejony list. Biuletyn donosi, że trwają negocjacje z wychowawczynią w kwestii zmiany tego stanowiska. Mój korespondent twierdzi, że pani Wychowawczyni reprezentuje pogląd iż ona też jest  „kryminalistką” zapominając o tym. ze tylko przez 8 godzin i że chętnie z nią by się zamienił i mataczył przez pozostałe 16 godzin, wychowując w prawdzie i słuszności ludzkość przez 8 godzin. Tu dodam od siebie: Czyż wynik ok 30% zwolenników PiS nie odzwierciedla tego podziału doby na 3 sekwencje narodowego światopoglądu? W 1/3 doby Bóg, honor i ojczyzna, w 2/3 moje życie prywatne, wolność Tomku od szczepionki!

c.d.n

Dla rozrywki :

http://kartkawkratke.eu/kategoria/pocztowki

 

 

Bez pardonu

Zmagania przedwyborcze przyzwyczaiły nas już do tego, że przeciwnicy obrzucają się wyzwiskami, kłamliwie obwieszczają przywary innych polityków, że w powietrzu latają różne zdradzieckie mordy, insekty, szczury i inne obelgi, których nie powtórzę z obawy o swoją wygodną egzystencję. Wszystko to spowszedniało już na tyle, że nawet niektóre sądy oddalają protesty przedwyborcze tłumacząc je prawem do oceny przeciwnika. Chyba że ktoś jest kobietą nie zajmującą się polityką, a na przykład obrończynią zwierząt. O, wtedy przestaje być wesoło. Sąd potrafi pokazać takiej pani, co może grozić za nazwanie kogoś „oszustką”. Wiadomo, w Polsce cykliści, wegetarianie, obrońcy drzew i zwierząt mają przechlapane.

Ludowe poczucie sprawiedliwości wymaga, żeby zarzucając komuś oszustwo, udowodnić prawdziwość takiego twierdzenia, ale nie dotyczy to naszego wymiaru sprawiedliwości. Użył brzydkiego wyrazu, więc jest winny. Należy go ukarać i to surowo.

Czytam więc na stronie pewnej kobiety:

W dniu 24.08.2018 r. Agnieszka Lechowicz (prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt z Jędrzejowa, pomysłodawczyni i…

Opublikowany przez Free Agnieszka Lechowicz Sobota, 25 sierpnia 2018

„W dniu 24.08.2018 r. Agnieszka Lechowicz (prezes Stowarzyszenia Obrona Zwierząt z Jędrzejowa, pomysłodawczyni i koordynator projektu „Nadjeżdża sterylkobus – mobilna sterylizacja psów i kotów https://www.obrona-zwierzat.pl/…/1639-projekt-nadjezdza-ste…) stawiła się w Areszcie Śledczym w Kielcach, celem odbycia kary pozbawienia wolności, orzeczonej przez Sąd Rejonowy w Gdyni (SSR Krzysztof Więckowski, sprawa sygn. akt II K 939/15, art. 212 k.k.) za to, że w styczniu 2015 r., w mailu zatytułowanym „Uwaga na oszusta”, skierowanym do licznych osób, pomówiła Katarzynę Śliwę-Łobacz stwierdzeniem że ta jest oszustem. Razem z Agnieszką Lechowicz skazano za to samo także Jolantę Racką i Tadeusza Wypycha. Apelacje oskarżonych nie zostały uwzględnione przez Sąd Okręgowy w Gdańsku.”

Moja zdroworozsądkowa wyobraźnia podpowiada mi, że gdyby nawet okazało się iż kobieta owa winna jest nieuzasadnionego szkalowania innej kobiety, wyrok powinien opiewać na jakąś grzywnę, odszkodowanie dla niesłusznie pomówionej, bądź prace społeczne (które może nawet dla obwinionej nie byłyby karą, a powołaniem). Nie mówiąc już o tym, że powinno się zbadać prawdziwość jej twierdzeń.  Może więc Wysoki Sąd nakazać jej grabić trawniki, kopać rowy lub zakładać pieluchy umierającym w hospicjum – co pozwoli zrozumieć, jak miałkim jest opinia o człowieku i jak bardzo się należy nad nią zastanowić, zanim się wypowie słowo (chociażby druga strona kłamała na potęgę).

Ja już tak mam, że gdy coś wydaje mi się nieusprawiedliwionym niczym okrucieństwem, stawiam się w położeniu tej osoby, to znaczy widzę siebie ukaraną za to, że nazwałam na przykład jakiegoś premiera kłamcą (lub delikatniej kłamczuszkiem) a jakiegoś prezesa oszustem (oszusteczkiem). Skądinąd wiem, że w jakimś areszcie siedzi pani w moim wieku (76 lat) więc łatwo wyobrazić sobie, jak bym ja się czuła i co by mnie przeraziło.

Czytam więc na stronie pani Agnieszki Lechowicz jej opowieść w kilku częściach o warunkach odbywania kary więzienia i cierpnie mi skóra. Ostatnie doniesienia są dramatyczne.

Kilka dni temu zdarzyła się katastrofa. Od jakiegoś czasu jest źle, ale okazuje się, że zawsze może być jeszcze gorzej… Oddział XIII (żeński zamek jest przepełniony). W związku z tym, kilka tygodni temu na równoległym oddziale męskim jedną z cel przeznaczono dla kobiet i przeniesiono tam 2, dosyć kłopotliwe więźniarki. Otóż nikt nie chce z nimi mieszkać w jednej celi, a ponieważ przebywają w kryminale już po kilka lat, więc wszystkie pozostałe kobiety zdążyły zgłosić z nimi tzw. „konflikt”. Jest to instytucja więziennego prawa obyczajowego nigdzie nieskodyfikowana. Osoby „skonfliktowane” nie mogą być nigdy więcej umieszczone w jednej celi, niemniej zgłoszenie „konfliktu” musi być dobrze umotywowane. Najczęściej jest to kradzież pod celą, długotrwałe świrowanie (częste u więźniów na detoksie), albo sprawy światopoglądowe (chodzi głównie o tzw. „oślizgłe”, czyli dzieciobójczynie, z którymi raczej mało kto chce dzielić celę). No i trzeba ze sobą trochę pomieszkać (przynajmniej kilka tygodni), aby „konflikt” był potraktowany poważnie. Zresztą wychowawcy rękami i nogami bronią się przed przyjmowaniem „konfliktów”, gdyż dobrze wiedzą, jak to im utrudnia pracę. W każdym razie ja z obiema paniami jeszcze nie miałam przyjemności mieszkać, a więc i możliwości zgłoszenia „konfliktu”. Jak łatwo się domyślić byłam więc najoczywistszą, bo jedyną kandydatką do dokwaterowania. Dlatego kiedy kilka dni temu kazano mi pakować mandżur, a potem skierowano na oddział męski, to nogi się pode mną ugięły. Od razu przypomniałam sobie wszystkie dotychczas zasłyszane historie, o tym jak to jedna z nich (narkomanka na detoksie) lubi udawać omdlenia albo pić płyn do mycia naczyń, z kolei druga od 5 lat chodzi w tych samych, niepranych ciuchach. W to ostatnie akurat uwierzyłam natychmiast, gdy tylko smród powalił mnie już na progu celi, zaraz po otwarciu klapy.”

Wspomniałam wcześniej, że koresponduję z inną osobą, osadzoną w areszcie śledczym, mężczyzną. Pisze on:

Pojawiła się nowa metoda na puszczanie śmierdzących bąków. Zgodnie z nowo przyjętym obyczajem wystarczy powiedzieć słowo „butla” aby usankcjonować tę wstydliwą czynność i pozbawić ją jednocześnie przykrych efektów zapachowych. Jakież to tanie i praktyczne! Już teraz na celi leci „butla” za „butlą”, a nam pachnie tylko fijołkami. Lub kapustą, jeśli jest środa”

W obu przypadkach aresztów są problemy z wietrzeniem cel.

Nie zależy mi na przytaczaniu opowieści o realiach osób uwięzionych w Polsce, choć czytającemu czasem chce się śmiać i płakać jednocześnie, tak bardzo wszelkie standardy uwięzienia sięgają dalej niż międzywojnie, może nawet do XVI wieku i lochów pod wieżą z wiązką śmierdzącej słomy na klepisku.

Wiem doskonale, jak bardzo zapachy potrafią namącić w umyśle człowieka. Są bowiem takie rejony mózgu, które przywołują wspomnienia sprzężone z woniami, nadają im sens i wydźwięk, sprawiają, że wspomnienia bywają jednoznaczne. Potrafią one wracać w najmniej oczekiwanej chwili, na granicy snu, w razie wahnięcia ciśnienia lub pobudzenia synaps.

Młoda kobieta, której nie pozwolono zabrać do celi dezodorantu czy perfum, może śmieszyć. Może śmieszyć fakt, że przyzwyczajona do codziennej zmiany majtek, czuje się źle, kiedy śpi na zasikanym i zakrwawionym materacu, przechowującym DNA kilkunastu wcześniejszych użytkowniczek, a jej własne DNA gromadzi się przez kilka dni, skoro nie dysponuje środkami do prania, a przede wszystkim skutecznym mydłem. Wzdycha wówczas do tary, na której ja jeszcze prałam dziecinne pieluchy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i leczyłam tygodniami obłażące ze skóry palce.

Wracam do własnych wspomnień ze szpitala kardiologicznego z lat osiemdziesiątych (zarządzanego przez zakonnice). Na balkonach wysmradzały się stale materace po zmarłych nieszczęśnikach,  a nikt nawet nie mył łóżek pokrytych śluzem i płynami ustrojowymi umierających. Między zdjęciem z łóżka trupa a położeniem na nim nowego przybysza mijało czasem 15-20 minut. Łóżko było jeszcze ciepłe od ciała umierającego, chyba że wyciekło z niego zbyt wiele płynów przy umieraniu, wówczas materac wędrował na balkon, a na łóżko kładziono ten ze zbioru „wysmradzających się”. Cóż zresztą mówić więcej, skoro w listopadzie ubiegłego roku w warszawskim renomowanym szpitalu leżałam 3 tygodnie w zakrwawionej pościeli, bowiem pękła mi żyłka, do której się niewprawnie wkłuto, obserwując jak z biegiem dni krwista plama zmienia kolor i zapach. Ale to była moja krew, akurat.

Nie sądziłam, że te standardy higieniczne dotrwają do XXI wieku. Wszak astrologia nie czyni różnicy między zamknięciem w szpitalu czy w więzieniu, ale wiadomo, że to ostanie nie dysponuje balkonami do wysmradzania materacy. Agnieszka pisze na ten tema po przeniesieniu jej do innej celi:

Od razu przypomniałam sobie wszystkie dotychczas zasłyszane historie, o tym jak to jedna z nich (narkomanka na detoksie) lubi udawać omdlenia albo pić płyn do mycia naczyń, z kolei druga od 5 lat chodzi w tych samych, niepranych ciuchach. W to ostatnie akurat uwierzyłam natychmiast, gdy tylko smród powalił mnie już na progu celi, zaraz po otwarciu klapy. Od razu poczułam, że jestem w wiezieniu do kwadratu. Dotychczas przebywałam w smutnych, szarych celach, ale jednak na żeńskich więc względnie czystych, względnie zadbanych, noszących rozpaczliwe ślady ich ozdobienia, ocieplenia. Tutaj nagie, brudne ściany, wszystkie sprzęty zniszczone, popękane, drzwi kącika zdemolowane – wszędzie dowody na działalność testosteronu. Oprócz tego brud niespotykany nawet na przejściówce… Do wieczora udało mi się doszorować kuwetę i moje półeczki oraz kawałek stołu (aby nie brzydzić się postawić tam talerzy). Pościelenie łózka okazało się prawdziwą traumą – podobno mojej poprzedniczce zdarzało się robić pod siebie, czego dowodne ślady zostawiła na materacach. Jak już opisywałam wymiana tego asortymentu w magazynie nie wchodzi w grę.”

Mój korespondent pisał mi o wypadku, gdy do aresztu trafił człowiek, jakiś urzędnik liczący ponad 2 m wzrostu, a materac i łóżko liczą sobie 180 cm długości Podpuszczony przez kogoś, kto nie lubi „białych kołnierzyków” wystąpił z prośbą o wymianę na dostosowane do jego wzrostu, na co w odpowiedzi przenieśli go do celi wspólnej z sadystycznym mordercą. Pokazuje to tendencje obecne w całym życiu publicznym Polski: Jak komuś można dokuczyć, to należy to zrobić.

Mam więc taki apel do wszystkich miłośników zwierząt (i nie tylko). Może trochę więcej uwagi trzeba by poświęcić ludziom: chorym, zamkniętym w aresztach i więzieniach, szpitalach i domach opieki. Tam też standardy sięgają nieraz dwóch wieków wstecz…

I na koniec dobra wiadomość: sprawa pani Agnieszki Lechowicz znalazła uznanie Trybunału Europejskiego, który zaproponował stronie polskiej ugodę. Cóż… To wszystko trwa i trwa…

 

 

 

 

 

 

Związki

Dziwnymi drogami chodzą różne związki między ludźmi. Sprzątająca u mnie pani z Ukrainy napotkała w domu innej pani, u której też sprząta, moją książkę. Pani ta opowiedziała jej, że bardzo się spłakała przy lekturze, a kiedy dowiedziała się, że Ukrainka mnie zna  i czytała moją książkę, była bardzo zdziwiona. Przy okazji ja dowiedziałam się, że egzemplarz pani sprzątającej jest już na Ukrainie i służy grupce młodych ludzi do nauki języka polskiego. Nie mogę wyjść z podziwu, że przy tak małym nakładzie  i braku reklamy książka dotarła już do następujących krajów: Niemcy, Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Ukraina i że ktoś się uczy z niej języka.

Nasze  życie zdominowanie jest przez związki. Im jesteś starsza, tym bardziej inni zaprzeczają twoim wspomnieniom, bowiem aktualność widzi zdarzenia całkiem inaczej; wszystkie związki, jakie miałaś kiedyś z kimś, z czasem tracą swój sens i znaczenie, a dla innych nigdy go nie miały.

Czytałam kiedyś pamiętniki człowieka, który dzielił się ze mną  swoimi wspomnieniami w nadziei, że zrozumiem te aspekty, które chciał udostępnić otoczeniu, a których ono nie doceniało. Miał on niesłychany dar zapamiętywania i zapisywania szczegółów. Potrafił opisać dokładnie ustawienie mebli w mieszkaniu jego rodziców ok 1900 r. Opisywał Bródno w Międzywojniu i pewną kobietę, pokutującą za nieznany nikomu grzech w taki sposób, że chodziła do kościoła boso po śniegu, a w powrotnej drodze jej ślady były już krwawe. Opisywał rytuały związane z kiszeniem kapusty na zimę, w tym „okrzykiwanie beczki”, celem wypędzenia z niej demonów zepsucia i zgnilizny, wigilijne spożywanie głowy karpia i omawianie każdej najdrobniejszej ości, jako mającej związek z kaźnią Chrystusa, co oczywiście dawało świętom Bożego Narodzenia zupełnie inną perspektywę niż obecnie przyjmowana. Omawiając Ukrzyżowanie przy obchodzch Narodzenia, dawało się świadectwo kolistości biegu rzeczy. Pamiętniki te nie miały wielkiej wartości literackiej, choć były napisane poprawnią polszczyzną, ale niesłychaną wartość jako świadectwo czasów, które minęły. O wielu szczegółach, w nich zawartych nigdy wcześniej nie wiedziałam.

Pan Karol w swoich pamiętnikach opisywał wiele spostrzeżeń poczynionych w swoim długim życiu i pożyczył mi do przeczytania ich 3 tomy. Kończyły się one wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Początkowo pisał na maszynie, potem (jak zapamiętałam) dostał w prezencie od któregoś z wnuków laptop i przystąpił do pisania na nim. Miał mi udostępnić na płycie teksty, kiedy skończy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie z pytaniem: kim jestem i skąd się znamy? Wyjaśnił, że sprawdzał telefony w swoim aparacie, że miał zapisane tylko moje imię i że zapomniał kim jestem. Wytłumaczyłam mu skąd się znamy i jakie były nasze wcześniejsze kontakty, obiecał zapisać sobie, żeby na drugi raz nie zapomnieć.

Okazało się, że gdy niedługo zmarł, nie znając nikogo z rodziny, nie miałam  nadziei dostępu do reszty pamiętników. Tak upłynęło kilka lat, aż natrafiłam na FB na stronę osoby, która moim zdaniem była spokrewniona z panem Karolem, choć nie wiedziałam w jaki sposób. W najlepszej wierze wystąpiłam o zaliczenie do grona znajomych opisując naszą znajomość, ale po krótkiej korespondencji odmówiono mi jej, a tym samym dostępu do informacji o budowie pewnego mostu.

Zaczęły pracować mrówki przesypujące piasek, bowiem czując się wyrzuconą poza zasięg osób uprawnionych do informacji, ale znając innych, wiedzących dużo o tej budowie, odkryłam, że  powodem tego odrzucenia jest najprawdopodobniej naciąganie rzeczywistości, jak przykrótkiej kołdry. Zapytuję siebie czy mam prawo myśleć o rzeczywistości jak myślię, czy jestem powołana, aby wracać pamięcią do człowieka, z którym łączyła mnie kiedyś chęć zrozumienia czasów, które minęły. Może ta jego rodzina jest upoważniona bardziej do strzeżenia jego pamięci i modyfikowania jej według własnego uznania? Takiej polityki historycznej uprawianej na małą skalę? Muszę upewnić się, że pan Karol naprawdę istniał i znajduję nasze fotografie z maja 2007 roku. Oddycham z ulgą, nie wymyśliłam go sobie. Nie jest tak, że jak pan Karol, nie pamietam przeszłości lub pamiętam ją mgliście, ale jestem wobec niej nastawiona bardzo rygorystycznie, zakładam, że inni mogą pamiętać ją lepiej, więc upewniam się i sprawdzam.

Jednocześnie w jakimś odległym mieście, w jakimś zapomnianym areszcie, nieznany mi człowiek, czytający moje teksty, które trafiły do niego przypadkiem, wzdycha: tak było i dobrze że ktoś o tym napisał, a ja się dziwię, że choć nie jest dziewczyną i pochodzi z innych stron kraju, to trafiają do niego moje słowa, które nie zawsze trafiają do bliskich. Czy jego obchodzi to, co jest prawdą, czy tylko śledzi moje emocje? Czy trafiłam swoim słowem w jakieś jego realia i czy to moja zasługa, czy obciążenie? Grzech pamięci jego czy mój? Czy między nami powstał jakiś związek i dla kogo z nas jest ważniejszy? Książka trafiła do więziennej biblioteki, a mnie szkoda, że nigdy nie poznam żadnego z jej czytelników.

Moi bliscy źle znoszą chwilę mojego odprężenia, czasem wydaje się, że moim powołaniem jest wieczna walka o prawo do własnego widzenia świata i równouprawnionego traktowania MOJEGO spojrzenia. A ja chciałabym już odpocząć… Nie chcę niczego udowadniać. Chciałabym odpocząć od udowadniania, argumentowania, przekonywania. Są nudne i jałowe. Potrzebuję odrobiny zaufania. Niech mi zawierzą ci, od których tego oczekuję. Niech nie udowadniają mi, jaka jestem naiwna, niech nie próbują otworzyć moich zlepionych porannym snem powiek. Niech dadzą mi moment wytchnienia od ICH świata.

Były czasy, kiedy pragnąłam miłości, były i minęły. Mijają czasy kiedy potrzebowałam zaufania. Ostatnie, co się ostało, to potrzeba złudzeń. Nie chcę, żeby ktoś mnie wytrącał z moich ułud, z moich snów. Komu to zaszkodzi, jeśli znajdę odrobinę pocieszenia we własnym wewnętrznym świecie własnych złudzeń. Dlaczego uważają, że muszę być trzeźwa do swoich dni ostatnich? Dlaczego chcą mnie przerobić na własną modłę, skoro świat przez nich stworzony nie okazał się wiele lepszy niż mój? Dlaczego moje poszukiwania wydają się im niegodne mojej osoby, moje myśli i moje fascynacje uważają za zbędne w nowoczesnym świecie? Nawet jeśli nie płynę z ławicą.

Wszak to dobrze jest poszukiwać, a każde poszukiwania muszą wiązać się z klęskami i blędnymi ścieżkami. Niektóre z nich z czasem okażą się wcale nie błędne… Tego nie wiesz, ale nie chcesz zamykania ścieżek.

Pisze do mnie przed chwilą moja wieloletnia przyjaciółka, pisarka, Mirka Sędzikowska:

„…bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie ukraińska historia Sierotki. Dobra książka przebija się w najdziwniejszych miejscach. Czy przypuszczałaś kiedyś, że młodzi Ukraińcy będą wzruszali się, czytając Sierotkę i uczyli się z niej języka polskiego? Może też, decydując się na imigracje zarobkową, poczuli się, jakby już kogoś w pewnym sensie znali w nieprzewidywalnej dla imigrantów, Polsce. Miałaś okazje pomóc nieznanym ludziom, a to także dar. Twoja gwiazda, świeci, Kasiu kochana. Wyobrażasz sobie tych młodych ludzi, przekazujących sobie książkę ze słowami zachęty i entuzjazmu? Kiedy ja to sobie wyobrażam, czuje ciarki, biegnące po plecach. To też znak od losu: pisz!”

Jeśli istnieje Kronika Akaszy, nic nie idzie na marne, Moje związki z nieznanymi ludźmi są o wiele bardziej owocne niż z bliskimi. Czemu tak?

„Straszny był świat, gdym susa dał”

Niektórzy astrolodzy prezentują taką teorię, że dziecko przychodzące na świat w pewnym sensie „wybiera” ten moment czasoprzestrzeni, w którym pojawienie się będzie miało największe szanse realizacji jego życiowego zadania. Tym m.in. uzasadniają fakt, iż nie ma sensu badać horoskopu czasu poczęcia, nawet gdy dziecko urodzi się przy pomocy cesarskiego cięcia (co w dzisiejszych czasach jest coraz częstsze), ponieważ i tak moment ten został przez jego duszę uznany za najwłaściwszy. Ma to oczywiście związek z teorią karmy i z przekonaniem, że istnieją dusze, a wolna wola już urodzonego człowieka, poza szczegółami, jest tylko iluzją. Jak jest w istocie – przekonamy się sami w stosownym czasie.

Jeśli miałoby to być prawdą, trudno zrozumieć, dlaczego człowiek wszechstronnie uzdolniony potrafi tak bardzo zagmatwać swoje życie, mimo iż jest tego świadom, a co więcej, potrafi o tym mówić i pisać. To nie jedyny przykład; w moim życiu pojawiło się i pojawia wielu takich ludzi. Odznaczają się rozumem, inteligencją, przenikliwością, ale nie potrafią z tego wyciągnąć praktycznych wniosków. Żyją wbrew swojej świadomości, tak jakby naciągali czasoprzestrzeń niczym tkaninę, badając jej wytrzymałość. Mnie ich bardzo żal, ale muszę gwoli prawdzie dodać, że poniekąd im zazdroszczę. Sama chciałabym coś takiego robić; postępować jak chcę, kierować się czymś innym, niż nudny i przewidywalny rozsądek; cóż jestem na to zbyt wielkim tchórzem.

Młody, tragicznie zmarły poeta, Błażej Sędzikowski kilkanaście lat temu napisał taki wiersz:

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał
William Blake

kiedy pękła ciepła matnia matki
zgubiwszy perłę, której nie skradłem
wyrzucony z domu po raz pierwszy
zachłysnąłem się bólem i światłem

potem czułości, na śmierć zagłaskane
potem ubranka szyte uśmiechem
i wszystkie dzieciństwa strupki zdrapane
co będą przeklinać młodego poetę

dziadek poeta i dziadek powstaniec
ojciec zaszyty kłębkiem milczenia
a ja już wtedy, maleńki wygnaniec
zdrajca i oszust bez przeznaczenia

sprzedałem wszystko co mi zostawili
zdjęcia, ordery, maleńkie mieszkanie
łzy dla nich nawet nie mam w tej chwili
za wszystkie wspomnienia, za całe kochanie

o żonie nie wspomnę, bo po co wspominać
obiad spalony gdy już po musztardzie
wpierw ją uczyłem jak wianki się ścina
potem jak posag zastawia w lombardzie

złym dzieckiem będąc i synem zatraty
takimż i ojcem dokładnie
– powiedz chłopczyku co słychać u taty
„tatuś mój pije i kradnie”

cóż kiedy sensu nie czułem w tym wszystkim
gdy czarny ogień mi serce przewiercił
kamieniem będąc i sobie i bliskim
życia nie ceniąc wciąż bałem się śmierci

rzuciłem więc wszystko, ruszyłem za słońcem
plecak wypchałem najczystszą urazą
plecy sparzyły mi mosty płonące
w sercu bił diament ze skazą

ilu przyjaciół zawiodłem po drodze
ilu nabrałem na swe zagubienie
ilu już na mnie zawiodło się srodze
oddając pieniądze za czyste spojrzenie

oczy marzące miałem to prawda
twarz jasną i miłą po przodkach
i śmiała się skrycie ma siostra pogarda
kupował to każdy kto tylko mnie spotkał

dawno opluwszy najczulsze świętości
Boga szukałem na ciężkim kacu
wierzywszy czemuś w swej bezczelności
że świeci mi gwiazda natchnionych pariasów

szukałem tej gwiazdy z nadzieją wariata
choć oczy mi dawno oślepły od wódki
zmyliłem kierunek na każdej z dróg świata
i szedłem dalej nie bacząc na skutki

(…)

a ty skoro czytasz tą spowiedź żałosną
nie lituj nade mną się wcale
tej perły zgubionej gdy rodziłem się wiosną
nie skradłem więc mogłem ją znaleźć

Ta wersja wiersza była tylko przymiarką. Autor pracował nad nim jeszcze wiele wieczorów, wręcz ślęczał, cóż, możliwe, że ostateczna wersja jeszcze tkwi w nie sprawdzonych papierach.

Kiedy go czytam, zdaje mi się, jakbym rozmawiała z człowiekiem, przed którym nie ma żadnej przyszłości. Starcem osiemdziesięcioparoletnim, podsumowującym swoje  niezbyt udane życie. A przecież, pamiętam, gdy go poznałam, był jeszcze dzieckiem, bystrym, żywym, rozwiniętym intelektualnie nad wiek. Wraz z mamą, pisarką Mirką Sędzikowską i starszym bratem, gościli u mnie na działce. Któregoś dnia chłopcy wybrali się do lasu po susz na ognisko. Zaszli bardzo daleko i natrafili na uschnięte drzewko, na które załadowali całą górę gałęzi, zebranych wcześniej. W którymś momencie okazało się, że miejskie życie nie daje kondycji potrzebnej do przyciągnięcia tego ładunku. Zastanawiali się czy nie zredukować ilości ciągniętego suszu, ale było im żal. Uważali, że zanim obrócą drugi raz, ktoś im może zabrać zebrany opał. Wówczas na ich drodze pojawił się miejscowy dziadek, który pomógł im dociągnąć drzewo i nawet nie chciał słuchać podziękowań. Błażej nie mógł nadziwić się, jak to jest, że ktoś pomaga zupełnie bezinteresownie. Opowiadał jak zachowaliby się w podobnych przypadkach wobec nieważnych dzieciaków ludzie  spotkani w jego okolicy zamieszkania i snuł swoją opowieść, ubarwiając ją coraz większą liczbą szczegółów. Już wtedy widać było jego zdziwienie światem i zaczątki tego, że stawiał się w pozycji obserwatora punktującego wszystkie tego świata braki.

Czy pomogła mu znajomość filozofii, literatury, umiejętność samodzielnego myślenia? Całymi nocami dyskutowali z matką, opozycjonistką, nauczycielką pozostającą z przyczyn politycznych długo bez pracy, polonistką, autorką opowiadań i powieści, a poziom tej dyskusji często przekraczał nie tylko dywagacje stosowne do wieku chłopców, ale także moje rozumienie i mój poziom wykształcenia i erudycji. Czy już wówczas Błażej odkrył w zawirowaniach losu rodziny, że myślenie boli  i że tego bólu istnienia nie wytrzymuje, dopóki nie sięgnął po wspomagacze? Tak przynajmniej sądzę.

Kiedy pisał ten wiersz, jego syn, Julek, był wtedy mały, ok. dwuletni. Jak pisze matka – Mirka, Błażej powracał myślą do swoich wczesnych lat. Przymierzał się do książki, którą, istotnie, napisał kilka lat później.Pracował na jakiejś śmieciowej umowie, bardzo się starał, żeby żona była zadowolona. Ja pamiętam, że nawet kończył kurs spawania, organizowany dla bezrobotnych, w nadziei, że zdobędzie dobry i pewny zawód. Wyobraźcie sobie: drobny, szczuplutki chłopak w ciężkiej odzieży ochronnej z aparaturą w smukłych dłoniach i wierszami w głowie! Moim zdaniem to nie miało sensu.

Pewnego dnia Błażej zniknął. Żona powiedziała rodzinie, że uciekł z cyrkiem, ale nikt nie wiedział, czy to była  prawda. Zostawił kartkę, że jedzie zarobić dużo pieniędzy. Wrócił po tygodniu. Bez pieniędzy, za to z wierszem. O ile matka pamięta, nikt go nie pochwalił. Czy ta pierwsza próba przerwania pępowiny, łączącej z bliskimi wrzuciła go na ruchomy chodnik, który niósł go dalej i dalej, podczas gdy mijane krajobrazy zbyt krótko zostawały w pamięci, poza wrażeniem, że jest źle, źle i jeszcze raz źle…

Za moich młodzieńczych, studenckich lat, 60-tych dwudziestego wieku śpiewano taką piosenkę (często złośliwie) na pochodach pierwszomajowych „Źle było, źle będzie, w Polsce zawsze i wszędzie…” Oczywiście my, dzieci PRL, nie spodziewaliśmy się niczego dobrego w przyszłych latach – przez lat co najmniej trzydzieści parę.

Czyżby podobną piosenkę przywiały Błażejowi nadchodzące nowe czasy, rozbudzające nadzieje, ale nie dające wystarczającej siły i odporności, żeby z nich skorzystać?  Czy to on wybrał sobie niewłaściwy moment czasoprzestrzeni, żeby przyjść na ten świat? 

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał