Matki

Matczyna miłość do dziecka nie jest na prawdę miłością, a czymś zupełnie innym. Jest biologicznym, prymitywnym pędem ochrony dziecka, czymś odmiennym od miłości w zwykłym tego słowa znaczeniu, gdzie powinna istnieć równowaga dawania i brania. Z własnego doświadczenia wiem, że w obronie dziecka można zabić lub popełnić inne przestępstwo, nie bacząc na poglądy, rozum i ewentualne skutki. Kobieta zmienia się w zwierzę, w sukę, nie zważającą na skutki swojego postępowania. Na szczęście większość matek nie musi zmierzyć się z takim doświadczeniem.

Z wyjątkiem matek dzieci niepełnosprawnych. Pępowina łącząca matkę z takim dzieckiem nie zostaje nigdy przerwana. Ze zwykłymi dziećmi  w miarę upływu czasu rozluźnia się, jeśli nie związek uczuciowy, to jednak praktyczne opiekowanie się i nadzór, z tymi –  nie. Wszechobecna obawa o ich zdrowie i życie, obserwacja cierpienia,  liczne operacje, zawiedzione nadzieje i świadomość, że nigdy nikt ich nie zastąpi, mąż, żona, partner czy partnerka nie dostrzegają czasem człowieka w zniekształconej powłoce, a decydenci spoza wózków i pieluchomajtek, stanowiących realia upokorzenia – to tylko część obciążeń, jakie do krańca swojego życia, ponoszą te matki.

Wyobraźcie sobie miłość w pieluchomajtkach! Każdy sentyment może od tego prysnąć, nie mówiąc już o stałym związku A jeżeli dziecko w dodatku nie jest w pełni sprawne umysłowo? Lepiej mu czy gorzej? Matki nie mają takiego dylematu. Jeśli go miały – dawno wyzbyły się ciężaru macierzyństwa, a więc przestały być matkami.

Dla dziecka matka jest ostoją, jedynym dostępnym światem, obrońcą i siłą. Jeżeli ten kolos, na przykład zapłacze , świat dziecka potrafi się zawalić, bowiem nie ma już żadnej opoki i żadnego oparcia. Jeżeli ktoś szarpie jego mamę, nie pozwala jej na swobodne zachowanie, niepełnosprawne dziecko w wielokrotności odczuwa ból i lęk. Wszak dalej jest dzieckiem z nie do końca odciętą pępowiną. Żadne głupie wyjaśnienia polityków, żadne argumenty facetów o nażelowanych czubach, jak pan urzędnik o ptasim nazwisku, zmorze szkolnych dyktand, czy inni wygarniturowani, w krawatach i błyszczących spinkach u rękawów koszul,  żadne opinie żadnego Centrum Informacyjnego nie zmienią faktu, że ktoś użył siły wobec ich mam. Świat dzieci wali się i nasz świat z nimi także.

Telewizja serwuje przykłady, że można zabić własne dziecko, politycy serwują przykłady, że można troszczyć się o nie teoretycznie albo jedynie chwilowo, a matki zostają zawsze same. Także przy okazji Dnia Matki – który także obchodzi się raczej sztampowo i bezrefleksyjnie. Jakieś życzenia, może kwiatek, albo i tego nie. Ja protestowi matek niepełnosprawnych dzieci zawdzięczam chwile zastanowienia i, mam nadzieję, wiele osób śledzących związane z nim wydarzenia także.

Dawno, dawno temu w Polsce pokazywano amerykańską wystawę fotograficzną „Rodzina człowiecza”. Macierzyństwu poświęcono na tej wystawie poważny dział. Mnie utkwiła na wiele lat w pamięci fotografia z podpisem „Jestem sama ze swoim smutkiem”. Jak większość matek.

Kapelusze

To, co budziło moje zainteresowanie na ślubie w angielskich sferach wyższych, to kapelusze pań. Sukienki były proste, choć czasem wymyślne, za to kapelusze nadrabiały z nawiązką tę udawaną prostotę.

Nie mam zrozumienia dla podobnych uroczystości, przeciwnie, raczej mnie nudzą i denerwują. Także stroje obecnych – przynajmniej na samym ślubie –  nie budzą zachwytu i nie wytrzymują konkurencji z pokazami mody. To skutek wychowania w siermiężnym kraju, gdzie w ogóle noszenie jakiegokolwiek kapelusza przez kobietę, było wyzwaniem stawianym ustrojowi. Nosiły je jedynie starsze panie, jakieś przeżytki czasów, gdy popularnym zawodem była modystka, nam, młodym, znana jedynie z lektur. Normalna kobieta nosiła chustkę na głowie, choć przyznaję uczciwie, że można było ją wiązać na różne sposoby.

Zdjęcie pierwsze od lewej przedstawia zwykłe wiązanie chustki, kolejne typowo wiejskie wiązanie z przykrytym czołem (na wschodzie Polski zazwyczaj białej), ostatnie w rzędzie tzw. modne wiązanie w zimie. W rzędzie poniżej odpowiednio pierwsze i drugie zdjęcie ukazuje wiązanie przy pracy w lecie, gdy pot spływał z czoła, a włosy przeszkadzały, ostatnie zaś (nomen omen) modne wiązanie chustki na tzw. faraona, po którym już chustki definitywnie wyszły z mody. Różniło się ono od poprzednich tym, że nie składano chustki po przekątnej, tylko wykorzystywano rogi na jednym boku kwadratu. Dwa sąsiednie wiązano nad czołem, pozostałą część spuszczając na plecy i potem zarzucając na czoło, a pozostałe dwa rogi wiążąc na karku, ukrywając węzeł pod spływającą chustką i szeroko rozkładając powstałą kieszeń. Pierwsze dwie chustki w dolnym rzędzie były możliwie najmniejsze, często tylko trójkątne, a nie składane z kwadratu w trójkąt, ostatnia zaś, możliwie jak największa i często wykonana ze świecącej, jednobarwnej  podszewki, podczas gdy pozostałe były raczej kolorowe. Współczesne chustki mają inną fakturę tkaniny, są raczej śliskie i powiewne, dawne zaś były szorstkie i sztywne, żeby lepiej trzymały się na włosach. Dlatego chustki na moim selfie nie wyglądają identycznie, jak ówczesne Poniżej moje zdjęcia z młodości w takich chustkach:

Dopiero w latach sześćdziesiątych panie (a nie kobiety!) nieśmiało zaczęły nosić kapelusze. Były one początkowo proste, czarne albo szare, ze wstążką tylko o ton jaśniejszą lub ciemniejszą. Ja zadawałam szyku starym przedwojennym kapeluszem ojca, z ciemnej pilśni z szerokim rondem i męską wstążką z rypsu. Kapelusz był elegancki, niestety ja, dość niska (choć wówczas mój wzrost 1,58 określano jako średni) czułam się nieco  przez tę elegancję przytłoczona. Nie przypominam sobie wówczas kapeluszy kolorowych (poza słomkowymi na jarmarkach), ale na co dzień nikt ich nie nosił.

Oglądając paradę kapeluszy na ślubie angielskiej pary, przypomniałam sobie, jak bardzo za PRL wyśmiewano wszystko, co odbiegało od standardu ubrań, fryzur i w ogóle wyglądu. Zupełnie inaczej myślano o kolorach – płaszcz królowej angielskiej i stroje arystokracji uznano by wówczas za „jarmarczne”. Inna rzecz, że ówczesne tkaniny, głównie z surowców naturalnych, jak wełna i bawełna i metody ich barwienia, nie pozwalały na osiąganie obecnych efektów. Jednak wbudowano mi przekonanie, że np kolor czerwony i inny jaskrawy, są niestosowne dla eleganckiej kobiety.

Moją ulubioną barwą był turkus i butelkowa zieleń, nie znosiłam zaś brązów i szarości, także różu, szczególnie w postaci „brudny róż” – obowiązkowego koloru majtek i halek damskich, a kolor żółty, w myśl ówczesnych przekonań, był stosowny jedynie dla brunetek. Jednak wszystko były to barwy typu „przydymione”. Pamiętam swoją radość, gdy w sklepach pojawiła się biała damska bielizna, a nieco później nawet czarna. Na fali mody na filozofię egzystencjalistów, która właśnie dotarła do Polski, kobiety zaczęły nosić czarne sukienki, co prawdopodobnie pociągnęło za sobą konieczność noszenia czarnej bielizny.

W ogóle świat tamtych czasów był brudnoszary, jak czarno białe filmy lat pięćdziesiątych i czarno biała telewizja. Amatorskie fotografie, marnej jakości i na najtańszym papierze, własnoręcznie obrabiane przy nikłym świetle czerwonej żarówki, wkręcanej w łazience (gdzie nie było okna), nie przekazały barw, które czasem się trafiły. Pamiętam do dziś moją turkusową sukienkę, robioną własnoręcznie na drutach z francuskiej włóczki boucle, przywiezionej mi przez kogoś, pełnej supełków, nadających dzianinie niepowtarzalną fakturę, którą zadawałam szyku w towarzystwie, a wyglądającą na fotografii, jak szara szmata.

Przy okazji chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawą rzecz, która mnie uderza, zarówno we wspomnieniach „chustkowych”, jak i obrazkach z z krajów islamskich. Widać tam wyraźną tendencję (podobnie jak na polskich wsiach u bardzo starych ich mieszkanek, wcześniej u większości kobiet), noszenia chustki w taki sposób, że zasłania ona czoło. Ten pęd do zasłaniania czoła, nie wiadomo czym kierowany, widać wyraźnie także we współczesnych zdjęciach główek w prasie. Pisałam o tym kiedyś w odcinku Babci ezoterycznej „Magiczne obcinanie czoła”
http://www.taraka.pl/magiczne_obcinanie_czola

Kapelusze pań na ślubie angielskiej książęcej pary, jakkolwiek jawiące mi się dość śmiesznymi i nie zawsze twarzowymi, wydają się dowodem, że żadna etykieta, nawet najbardziej restrykcyjna, nie obejdzie się bez wykwitów oryginalności za wszelką cenę. Stopień tej oryginalności, możliwe że świadczy o stopniu wewnętrznej wolności obserwowanych osób. Przynajmniej tak mi się wydaje – że przekłada się też na wolność danego społeczeństwa.

To co prawdziwe

To, co budzi autentyczne emocje, co jest do bólu prawdziwe, raczej nie jest perfekcyjne. Perfekcja wymaga opanowania, przemyślenia i obróbki. Ale przede wszystkim założenia – które wszystkimi tymi zabiegami kieruje.

Myślałam o tym oglądając ostatnią wizytę w sejmie minister Rafalskiej i słowa niepełnosprawnego chłopca. Nie kontrolował swoich ruchów, powtarzał się w swojej wypowiedzi; towarzyszące mu kobiety płakały i błagały panią minister o przychylność (tak się teraz ładnie mówi – pochylenie się), usiłując powstrzymać spazmatyczne drganie jego nóg, a on w kółko to samo, i to samo. Nikt nie ośmielił się mu przerwać. Żałosne widowisko. Wszyscy, którzy go słuchali chcieli żeby wreszcie przestał, żeby zamilkł, żeby zaczął wyglądać zwyczajnie i nie obnażał tak swojej rozpaczy, żeby nie oddziaływał na widzów z taką siłą.  Moja znajoma mówi pogardliwie o podobnym obnażeniu uczuć, terminem zaczerpniętym od kucharzy – soute. Nawet komentatorka TVN24 z trudem powstrzymywała łzy i drżenie głosu, choć oczywiście potem wypowiedź przycięto i ucywilizowano. Ja zaciskałam dłonie, błagając go w myślach o składniejsze i precyzyjniejsze dobieranie słów.

Sceny, jak opisana, pokazują nam, jak bardzo głęboko w nas tkwią ludzkie dramaty i jak wiele byśmy chcieli zrobić, żeby ich nie widzieć. A kiedy uświadomią nam, jak ogromna bywa skala ludzkich tragedii, nie wiemy sami, jak się zachować. Nasza kultura wymaga opanowania, przemyślenia i dostosowania się do określonych szablonów. Nawet nieszczęścia wymagają podporządkowania się określonym standardom. Inaczej czujemy zażenowanie.

Mam na to prosty przykład.  Jeśli ktoś stanie na ulicy, postawi przed sobą jakieś pudełko i zacznie śpiewać – uznamy, że jest ulicznym śpiewakiem, zarobkującym w ten sposób. Jeśli ktoś inny stanie tyłem do ulicy, nie postawi przed sobą pudełka i zacznie mówić lub śpiewać – uznamy go za wariata. Nad pierwszym może się zlitujemy, drugi wzbudzi raczej niechęć i obawę, jako ktoś, kto może uczynić coś nieoczekiwanego i zagrażającego otoczeniu.

Pan Wojciech Eichelberger ponoć napisał takie zdanie: ” Bólu w związkach z ludźmi doznajemy wtedy, gdy poszukujemy w drugiej osobie ratunku i ukojenia i nie udaje się nam ich wyegzekwować. Prawdziwa miłość nie boli. Cierpienie wynika z jej braku. Domaganie się od Bogu ducha winnych ludzi, aby stali się ratunkiem, remedium na nasze niespełnione życie, jest agresją przebraną za słabość i prowadzi nieuchronnie do konfliktu”

W ten sposób pan WE widzi wszystkie sytuacje, gdy jednostka potrzebuje wsparcia innych (także i protesty osób niepełnosprawnych), jako agresywne i roszczeniowe, a osoby te uznaje  z góry winne za powstały konflikt – co jasno wynika z drugiej części wypowiedzi. Przedkłada więc to, co obrobione, dopasowane do standardów, nad spontaniczne i autentyczne – co może dziwić u kogoś, kto jest psychologiem.

Jednak pierwsza część wypowiedzi jest bardziej bulwersująca, bowiem sięga nie tylko do przejawiania emocji, ale do ich odczuwania, gdy pisze, że prawdziwa miłość nie boli, a cierpienie wynika z jej braku, a właściwie niemożności wyegzekwowania od innych tejże miłości. Tym samym pan WE jest reprezentantem podejścia ekonomicznego czy raczej wolnorynkowego do sfery uczuć człowieka: Cierpisz, bo nie możesz dostać. Brak= niemożność wyegzekwowania.

Mój znajomy, astrolog, W. Czylek, napisał w dyskusji nad tym twierdzeniem:  „Ale cierpienie to nie pies tresowany, to wilk prosto z lasu, wolnowybiegowy” W pełni się z nim zgadzam. Cierpienie nie musi wynikać z braku miłości. Miłość tę można mieć, ale można mieć także dylematy moralne, można zetknąć się z obiektywnymi okolicznościami, uniemożliwiającymi czy utrudniającymi jej realizację (sięgając chociażby do literackiego przykładu Romea i Julii) – jest na to wiele przykładów i dowodów. Dlaczego więc pan WE serwuje nam taki, nieprawdziwy obraz? Wszak nie każdy poszukuje w drugiej osobie ratunku i ukojenia, nie każdy nawet chciałby go przyjąć. Życie jest o wiele bardziej skomplikowane, niż panu WE się wydaje.

Polityka i poglądy polityczne głębiej się wdzierają się w nasze własne przekonania moralne, niż jest to konieczne, potrzebne i zdrowe. Liberalizm w pewnych dziedzinach się sprawdza i jest pożądany, a w pewnych nie – zaciemnia tylko spojrzenie na świat, na nasze człowieczeństwo i nasze powinności. Wszystkie polityczne „izmy” są tylko przybliżeniem, odnoszącym się do wielkich mas ludzkich jako całości, a nie do uczuć pojedynczego człowieka. Wszak między socjologią, a psychologią są istotne różnice.

Posługiwanie się myśleniem ekonomicznym, gdy mówi się lub pisze o miłości (obojętnie jakiej: rodzicielskiej, erotycznej, czasem też bliźniego), jako oczekiwaniem od przedmiotu miłości profitów,  jest fałszywą ścieżką i samo w sobie może być przyczyną innego bólu i smutku. Gdy tak myślimy o uczuciach, nigdy nie będziemy widzieli wyjścia, jak z błędnego koła. Nie da się bowiem innymi sposobami – jak w ekonomii, zdobyć środków na zaspokojenie pragnień, a samo pragnienie, bądź jego odczuwanie, może być celem.

Zdjęcie użytkownika Mariusz Pieczykolan.

 

Pochwała niepamięci

Składałam ostatnio przez telefon komuś życzenia urodzinowe, z okazji wejścia w czwartą (raczej ostatnią) ćwiartkę i chciałam powiedzieć coś oryginalnego. Wiadomo, zaczynamy zawsze od zdrowia, potem pomyślność, pieniądze, spełnienie marzeń (zakładając, że się je ma, albo są możliwe do spełnienia) itd. Trochę buntowałam się, nie lubię stereotypów, więc opędziłam się życzeniem, że zawsze mu dobrze życzę. Nieważne, co powiem, mam nadzieję, że sam to wyczuwa, choć pewnie formalności są istotne dla otoczenia. Powiedziałam też innemu przyjacielowi, który skarżył się wcześniej na swoją marną pamięć, że to czasem jest niedoceniane dobro, a gdy zażądał dowodów, przedstawiam poniższą tezę (tylko z godzin poprzedzających naszą rozmowę – a dowodów na poparcie jest więcej), która bardzo mi się podoba także z racji swojej nieprzewidywalności:

Święte i niewzruszone przestaje być święte i niewzruszone

W rodzinie miałam opinię takiej, która zawsze wie, gdzie wszystko leży. Synowa potrafiła zadzwonić z działki z pytaniem, gdzie są uszczelki, a ja odpowiadałam z marszu: w budce, na trzeciej półce od góry, w czerwonym koszyczku, w buteleczce po potasie uszczelki hydrauliczne, a od butli gazowej w kuchni, w drugiej szufladzie od góry, najbliższej drzwi, w pudełeczku po żółtych cytrynowych landrynkach.

Na starość wydaje mi się, że miejsca przebywania niektórych przedmiotów nie są właściwe. Wynalazczość starszych ludzi nie ma granic! Stare miejsca albo są nielogiczne, albo jest do nich zbyt utrudniony dostęp. Wobec czego zmieniamy je, a potem, jak to na starość bywa, zapominamy, gdzie przenieśliśmy. Ja zapomniałam czy w ogóle rzecz przeniosłam, czy tylko to rozważałam.

Tak i dzisiaj gdy dostałam mail z Innogy, że wystawiono nowe faktury za prąd, odpaliłam stronę na komputerze, żeby je pobrać. Niestety, wyświetlił mi się napis, że moje oprogramowanie nie pozwala na pobranie tychże faktur i powinnam je unowocześnić (oprogramowanie oczywiście, chodź wolałabym unowocześnić faktury, a w ogóle, zamiast udostępniać na stronie, żeby zechciało się tej, o nieprzyjaźnie brzmiącej nazwie, firmie, wysłać mailem, zamiast tylko łaskawie sygnalizować).

Nie miałam zamiaru unowocześniać swojego stacjonarnego komputera akurat w tej chwili (Stary Word odpowiada mi lepiej do pisania tekstów niż nowoczesne wymysły kierujące mnie w stronę marketingu raczej niż twórczości – także w zakresie słownictwa, podpowiadające reklamowe frazy zamiast oryginalnych przenośni), a chciałam znać termin zapłaty pierwszej z czterech faktur. Przeniosłam się więc na laptop, oprogramowany nowocześniej i mniej przyjaźnie  i tam odkryłam, iż supernowoczesna strona Innogy nie toleruje mojego, zapisanego w pamięci hasła. Podejrzewałam, iż problem wynikł z tego, że nowoczesność, która zagościła w większości oprogramowań, bierze się z faktu, iż ludzi traktuje się jak głupków i w związku z tym poprawia rzekome błędy. Często za błąd uznawane jest moje imię, pisane w adresach mailowych lub hasłach z małej litery. Wystarczy, że durna aktualizacja zaczyna poprawiać kasię na Kasię i hasło można o kant d… potłuc. A lubią od tego zaczynać. Cóż, kiedy haseł jest tak dużo, różne strony wymagają takich czy innych znaków w określonej minimalnej liczbie i stosuję od lat pewien prywatny system selekcji, gdzie duża, czy mała litera jest znacząca.

W każdym razie Innogy wyświetla mi nieprawidłowe hasło i nazwę użytkownika.  Postanowiłam się z nim zmierzyć i poprawiam (ten sam problem od miesięcy) na to samo hasło, tyle że pisane małą literą (tak się uparłam – wszak w ludzkim życiu coś musi być niezmienne, żeby można było dalej go korygować). Załóżmy że dany związek jest trwały, nie można go więc unieważnić; trzeba się dostosować do stanu rzeczy i ssać łapę (gdy pouczano dawniej kogoś, kto czegoś chciał i nie mógł dostać) lub szukać wybiegów.

Moje hasła ustawiam wg, oczywiście, prywatnego klucza. Dla sprawdzenia, czy się nie pomyliłam, sięgam po kartkę z najważniejszymi hasłami. Cóż, nie odnajduję jej w zapamiętanym miejscu, gdzie ongiś zalewałam ją stale poranną kawą. Jeżeli nie znajdę jej, będę musiała zmienić 12 stron moich haseł, a to chwilowo jest dla mnie jak horror w telewizji – płaci się ale nie chce się oglądać. Czyli trzeba albo opracować nowy scenariusz, albo zmienić dostarczyciela telewizji. Pamięć starszej osoby (wchodzącej w 4 ćwiartkę koła) szwankuje, więc nie wiem, gdzie schowałam spis haseł. Wydrukować z komputera nie mogę, bo zabezpieczyłam spis hasłem, a hasło to widnieje jedynie na tej zagubionej kartce. Ot i problem!

Po jakimś czasie szukania odnalazłam spis, oczywiście. A wraz z nimi wydruk z apteki, na środki medyczne na kwotę 733 zł. Przypięłam go do spisu haseł w nadziei, że od czasu do czasu będzie sygnałem, żeby coś w nim sprawdzić. Zawsze kwota wydawała mi się to zbyt duża, a przy okazji protestu matek niepełnosprawnych, usłyszałam gdzieś, że od 3 marca NFZ refunduje 70% wydatków za wyroby medyczne, a nie 30%, jak poprzednio. Usiadłam i zaczęłam przeliczać, choć jak wszystkie babcie, nienawidzę liczyć. System liczenia jest skomplikowany, więc wydrukowałam sobie kilkanaście stron z internetu o liczeniu ulg i poświęciłam godzinę na rozgryzanie skomplikowanego układu (oprócz ulgi na środki są limity kwotowe, a ja nie ograniczam się do środków najtańszych). I co wykryłam?

Moje zapominalstwo, co do spisu haseł Innogy, zaprowadziło mnie do odzysku kwoty ok 300 zł za nieprawidłowe koszty policzenie przez aptekę. Natychmiast zadzwoniłam i złożyłam reklamację.

Niech mi teraz ktoś powie, że starcze zapominanie się nie opłaci!

To był dowód numer jeden. Jest jednak ich więcej. Może napiszę o nich kiedy indziej. Teraz tylko nadmienię, że wolę zanik pamięci, niż bezustanne przypominanie rzeczy nieistotnych, jakichś nazw produktów, nazwisk dziennikarzy telewizyjnych i innych głupot, nie mających dla mnie żadnego osobistego znaczenia, a co przytrafia mi się regularnie w nocy, gdy budzę się nie do końca; mój mózg produkuje takie niepotrzebne, a może nawet szkodliwe wykwity.

Zapominanie uważam za proces naturalny i zdrowy, podobne przypominanie, które opisałam, za przejaw chorobowy. Czuję się jakbym goniła coś, czego i tak nie dogonię.

 

komentowanie

Pewien młody człowiek, otwierający przede mną drzwi do korytarza, gdy wręczyłam mu pęk kluczy i powiedziałam, że drzwi otwiera klucz ciemno zielony, rozpoczął serię komentarzy, że w pęku nie ma jasno zielonego, ani w ogóle zielonego w innym odcieniu, w związku z tym, nie jestem wystarczająco precyzyjna. Widocznie nikt go nie poinformował, że komentowanie każdego cudzego słowa nie jest potrzebne, a czasem wręcz niegrzeczne. Dziś myśli się o prawach komentującego, a nie komentowanego – szala przechyliła się na drugą stronę wolności.

To także w kontekście niepełnosprawności, którą zazwyczaj utożsamia się z niepełnosprawnością intelektualną. Jeśli proponuje się młodemu człowiekowi, żeby zabrał na spacer starą kobietę na wózku inwalidzkim, sądzi on, iż za taką babcię należy też myśleć i decydować. A skoro ma decydować, to czyż nie prostsze jest pójście do Biedronki i przyniesienie zakupów, niż wożenie tam ciężkiego ładunku? Ja zaś pytam siebie: czy to wyłącznie na starych kobietach spoczywa obowiązek wyjaśniania młodym świata?

Oczywiście mogłam odpowiedzieć mu szczerze i uczciwie, że w tym pęku miałam klucz w jasno zielonej oprawce, ale mylił mi się w ciemności korytarza z jasno niebieskim, od dolnego zamka drzwi. Właśnie poprzedniego dnia wymieniłam oprawkę, którą ktoś mi przy okazji kupił w punkcie dorabiania kluczy, z czego bardzo się cieszyłam, bowiem z kluczami męczyłam się już jakiś czas. I że w ogóle Sherlock Holmes nie miał racji, kiedy w jakimś opowiadaniu, po śladach zadrapania wokół dziurki od klucza wydedukował, iż właściciel mieszkania jest alkoholikiem.

W ten sposób, tłumacząc się, włączyłabym się w banalnie głupią dyskusję, jakich wiele na FB – pozornych dyskusji zamulających mózgi i zwiększających chaos informacyjny. I dałabym znak, że nie rozróżniając barw w  półcieniu, nie w pełni kontroluję rzeczywistość – a więc muszę poddać się cudzej kurateli. Dałabym też pretekst do dalszego nieżyczliwego komentowania mojej opowieści, jaką by nie była. Wszak kiedy napisałam w poprzednim odcinku, że interakcja z bliskimi bywa trudna (podając przykłady), odpowiedziano mi, że ćwiczenie jest receptą na owe trudności. Biję się w piersi! Chociaż tak zazwyczaj jest, że to JA mam być wyrozumiała i życzliwa, a nie ten DRUGI, bowiem on nie interesuje się naukami psychologów. Ja mam przewidywać skutki, a nie inni uczestnicy kontaktu.

Za mojej młodości mawiano o takich jak ja: kaleki – zaliczając do nich także leworęcznych i innych odmieńców – szczególnie brzydkich, za niskich, za grubych, nieśmiałych. Życzliwie dodawano czasem tylko przymiotnik: „życiowe”. Życiowe kaleki. Od tamtego czasu nie postąpiliśmy ani krok naprzód w ucywilizowaniu. Nadal jesteśmy, jako społeczeństwo, na poziomie plemiennym. Liczba niepełnosprawnych, rosnąca w każdej społeczności, nadal nie zmusza nas do myślenia. Podobnie, jak nie rozumiemy pojęcia gwałtu: (wszak słowiańskiej babie dawało się maczugą w łeb i za włosy ciągnęło w krzaki, hehehe, nikt się nie patyczkował; jak się kobiety nie bije, to w niej wątroba gnije itp.itd.), tak i nie rozumiemy prawa do godnego życia osób innych, niż my. Mają siedzieć cicho i potulnie milczeć. Są brzydcy, koślawi, wiele im brakuje do naszej sprawnej młodości, nie rozumieją nas, na przykład tego, że spocenie się na słońcu i zaniechanie użycia stosownego kremu, jest horrorem, nieporównywalnym z żadnym innym doznaniem niepełnosprawnego egoisty na wózku.

Chociażby ci, którzy protestują w Sejmie! Nie można im pozwolić wychodzić i wracać, bo będą siedzieć nie wiadomo dokąd. Nie można pozwolić otwierać okien chociaż temperatura wewnątrz podobno sięga 40 stopni, szybciej pójdą po rozum do głowy i przestaną zajmować miejsce. A w ogóle to mówimy o matkach niepełnosprawnych dorosłych, jakby ci niepełnosprawni dorośli wszyscy byli niesprawni intelektualnie i nie mieli prawa się wypowiadać (co na szczęście robią).

Pół biedy, jeśli sprawa dotyczy osiemnastolatka, który zgodził się pchać starą babcię na wózku, nie wiedząc naprawdę, o co chodzi. Rzeczą babci jest uświadomić mu, iż nie tyle chodzi o Biedronkę, jako cel wyprawy, ile o samo wyjście z domu, czyli to, co nasz premier Morawiecki określił, jako dostępność plus. Skoro tego nie potrafiła, albo zaniechała – jej strata.

Temu młodemu człowiekowi nie przedstawiono problemu niepełnosprawności, jako nieuchronności losu, która może dotknąć nas wszystkich. Nic więc dziwnego, że on i jego starsi koledzy – posłowie – traktują osoby niepełnosprawne, jako nie będące w stanie podejmować w pełni racjonalnych decyzji, o czym świadczy nieustanne powtarzanie pani rzecznik rządu o zapotrzebowaniu na pieluchomajtki. Czyż może ktoś, kto jak niemowlę sika w pieluchy, zachować rozsądek i jasność myślenia? A przecież niepełnosprawność nie jednakie ma oblicze. I konieczność używania pieluchomajtek (jeśli nawet zachodzi), nie dyskwalifikuje intelektu osoby (nawet jeśli jest kobietą).

Z takim spojrzeniem trudno podejść do osób z porażeniem mózgowym, jako do normalnych ludzi, chociażby (jak dzieci protestujących w sejmie matek), mówili do rzeczy i z sensem. To nieważne, co mówią, ważne że mają głowy przechylone, ręce pokręcone i jąkają się. I z upodobaniem pokazywani są, jak leżą zwinięci w kłębek na przygodnych legowiskach. Zapewne brzydko pachną po dniach braku prysznica! A ich mamusie! Tak się stawiają, a mają czas pomalować sobie brwi, przyciemnić rzęsy i rozjaśnić włosy! Ewidentnie robią sobie popularność w trosce o kasę! Mają być zapuszczone, brudne i zdołowane!

Nie winie wspomnianego osiemnastolatka – wszak wytrwał w przyjętym na siebie dobrowolnie zobowiązaniu – choć nie było to bierne wytrwanie, ale głośne komentowanie publiczne sytuacji, która go spotkała.  Winię siebie i swoich rówieśników, że nie wychowaliśmy pokolenia naszych dzieci na tyle silnie utrwalonego w przekonaniu o konieczności opieki nad babciami/dziadkami (choć akurat one spełniały oczekiwanie w tym zakresie), aby przekazały kolejnemu pokoleniu imperatyw pomocy starszym członkom rodu. Kiedyś opieka nad starymi w rodzie była związana z podejściem patriotycznym, bowiem to oni zachowywali pamięć wieków. Dziś patriotyzm wynaturzył się do cudzych symboli, cudzych znaków i zmanipulowanej tradycji i niczym dziwnym są oczekiwania, iż muszą wymrzeć pokolenia, które pamiętają, jak było, żeby można było właściwie ocenić historię. A skoro muszą wymrzeć (nie chodzi oczywiście o konkretne osoby, o nie), to lepiej wcześniej niż później, mniej zachodu i wydatków.

Relacje i ogląd świata niepełnosprawnych są przeszkodą, a Unia Europejska w dodatku nas zniewala. Tak naprawdę ci młodzi ludzie nie wiedzą, czym jest prawdziwe zniewolenie. I nie zrozumieją, dlaczego ja czuję się lepiej w Holandii, czy Norwegii albo Szwecji, z obcymi (czasem nawet uprzedzonymi do Polaków), niż w mojej Ojczyźnie. Tam jestem człowiekiem. Wystarczy chwila, żebyśmy się zrozumieli mimo nieznajomości języka. Tutaj jestem wyłącznie obiektem manipulacji i cudzych wyobrażeń. Samotna wśród królewiczów i królewien.

Chociaż, może, jeśli ogarnę się, zacznę naprawiać świat i przestanę brać wszystko do siebie, nie odczuwając zranionej ambicji, zacznę tłumaczyć wszystkim dookoła od początku, jak powinno być w cywilizowanym kraju i co mają zrobić, żeby dorosnąć do norm, zanim się one zmienią.  Tylko jakoś zapału i energii mi brak… Cytując wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „I klonom ręce opadły, i mnie…)

Kontakt

Wiele lat temu, gdy zaczynałam swoją przygodę z literaturą SF, w moim pierwszym nagrodzonym tomie opowiadań „Plama na wodzie” właściwie wszystkie opowiadania związane były z problemem kontaktu między ludźmi lub innymi istotami. Dziś widzę to bardzo wyraźnie, jak problem niezrozumienia, nie tylko między cywilizacjami, ale i osobami jednej cywilizacji, był moją obsesją, ubraną w modny  wówczas garniturek science fiction (także z uwagi na cenzurę, która na SF nie znała się zupełnie). O wiele łatwiej bowiem było już wówczas (nie tylko wtedy) mówić o problemach komunikacji między osobami, nawet bardzo bliskimi sobie, ubranymi we wzory podyktowane fantazją, niż przyznać się przed samym sobą, iż to my zawiedliśmy w rozmowie z bliskimi – im czujemy większą bliskość z daną osobą, tym trudniej komunikować się nam z nią na poziomie werbalnym.

W tytułowym opowiadaniu „Plama na wodzie” opiekuńczość Krystyna nad główną bohaterką jest na tyle dwuznaczna, obnażająca jej naiwność i jego przemyślaną strategię ( nie koniecznie w złych intencjach), że uniemożliwia wzajemną i świadomą akceptację, co kończy się katastrofą. W opowiadaniu „Tryptyk” sklepowa ekspedientka Monika Skwarek mogłaby zmienić świat, gdyby nie kartkowy system dystrybucji żywności, blokujący pełen kontakt między ludźmi. W opowiadaniu „Receptura” opisującym zdziczałe dzieci na obcej planecie, (nota bene opisałam autentyczne wydarzenia z mojej wędrówki z plecakiem po Beskidzie Niskim w roku 1966), między wędrowcami (międzyplanetarnymi podróżnikami i  turystami w opustoszałych po wysiedleniu Łemków górach), a „miejscowymi”, nie ma i nie może być żadnego sensownego kontaktu. I tak we wszystkich kolejnych tekstach.

W „Leksykonie polskiej literatury fantastycznonaukowej” Andrzeja Niewiadomskiego i Antoniego Smuszkiewicza (wyd.`Poznań 1990) podsumowano mój dorobek w taki sposób: „W utworach Katarzyny Urbanowicz Ziemianie próbują sobie podporządkować innych, nie dostrzegają bądź nie liczą się z różnorodnymi formami obcej kultury, brutalnie ingerują w psychikę swoich partnerów” (str. 208).

Minęły lata odkąd porzuciłam literaturę SF, ale odkrywam to u schyłku życia – niewiele się w sprawie kontaktu między ludźmi zmieniło – a jeśli już to na gorsze. Obserwuję także siebie. W końcu przybyło mi od tamtego czasu blisko 30 lat, uważam się za osobę mniej emocjonalną niż wówczas, a bardziej refleksyjną i rozsądną, a w sprawie kontaktów międzyludzkich nie postąpiłam naprzód ani o krok. Przybyło tekstów (w tym powieść „Sierotka” i inne, niewydane), gdzie kontakt i bliskość poddawane są testowaniu w warunkach rzeczywistych, a nie wymyślonych. Cóż z tego, praktycznie nie daję sobie rady, gdy osobiście wchodzę w kontakt pod presją czasu, oczekiwań, obaw, prób obiektywnego spojrzenia na sytuację – wszystko w krótkim odcinku czasowym.

Z pewną osobą, kimś bardzo mi bliskim, z przyczyn obiektywnych kontakt został zerwany dwa miesiące temu. I oto nagle, słyszę w słuchawce telefonu jego głos. Przytłumiony, przerywany, zacichający. Czuję nastrój rozmówcy: robienia dobrej miny do złej gry. To takie: „skoro nie możemy nic zmienić w naszym losie, wyciągnijmy z wydarzeń to, co możliwie pozytywne – naukę, refleksję, inne niż zazwyczaj wykorzystanie czasu” Rozmowa trwa zaledwie pięć minut i zostaje niespodziewanie przerwana.

Teraz opiszę wam moją reakcję, której się wstydzę i nad którą boleję, bowiem nie wykorzystałam zupełnie danego mi przez los czasu, tracąc go na bzdety i nie zdążywszy nawet ogarnąć się. Po pierwsze, dzwonek telefonu zadzwonił wówczas, gdy miałam uruchomioną maszynkę do mielenia mięsa. Spowodowany przez nią hałas, prawie zagłuszył sygnał, mimo że telefon miałam w zasięgu ręki. Złapałam zań w ostatniej chwili, ledwie przelotnie spojrzawszy na nieznany numer. Kiedy usłyszałam głos rozmówcy, pierwszą myślą było, że mogłam dzwonka nie usłyszeć i do rozmowy mogło nie dojść. A przecież tyle czasu na nią czekałam! Zamiast mówić o sprawach ważnych, zaczęłam coś bredzić o mięsie na mielone kotlety i obiedzie, który szykuję. W końcu opamiętałam się trochę i przekazałam wiadomości od innych osób, które miałam przekazać, na okoliczność ewentualnego telefonu. Minęło kilka minut i połączenie, które rwało się od początku, a głos rozmówcy zanikał – zostało ostatecznie przerwane. Nie powiedziałam niczego z rzeczy, które chciałabym przekazać rozmówcy. Ani jednego słowa!

Z tego wszystkiego niewiele zapamiętałam, co mówił mi rozmówca, a przecież byłam głodna jego słów. Pamiętałam bzdety, które ja wygadywałam, a przecież one były najmniej ważne. Po wszystkim pomyślałam, że uczepiłam się swoich głupawych słów, żeby złagodzić emocje, spowodowane brakiem czasu na oswojenie się z sytuacją. Próbowałam odtworzyć to, co przekazał mi rozmówca, ale w mojej pamięci powstawała tylko biała plama. Też nie mówił o niczym ważnym, ale ważność polegała na fakcie kontaktu z tą osobą, a nie na literalnym wygłaszanym tekście. Za to w nocy, w przerwie między kolejnymi wybudzeniami, wracały jego słowa zaplątane w dziesiątki znaczeń – widomy znak, jak bardzo mogą szkodzić próby świadomego panowania nad treścią snów.

Wiele moich ważnych rozmów podobnie wyglądało. Sam dźwięk głosu oddalonego rozmówcy, uruchamiał nienaturalne zamieszanie, w jakie popadałam, a w którym rzeczy ważne były spychane na bok, jakby one mogły wszystkiemu w naszym kontakcie zaszkodzić, chociaż to nie jest prawdą. W każdy taki kontakt nie potrafiłam wejść jako swoja, istotna cząstka, a wchodziłam z całością swoich lęków, fobii, z całą historią swoich życiowych niepowodzeń i zdroworozsądkowym rozeznaniem bieżącej sytuacji. Nawet w takiej interakcji miało znaczenie to, że mam nieumyte włosy i spuchnięte nogi, a sytuacja polityczna pobudziła uczucie zdołowania. Mówiłam nienaturalnie piskliwym głosem (możliwe, że rozpoznawalnym tylko dla mnie), nienaturalnie szybko i entuzjastycznie, jak zły aktor w krańcowej tremie.

Żeby kontakt stał się prawdziwy i głęboki, nie potrzebne było żadne odczucie. Potrzebny był czas, wiele spokojnych chwil, wygodne miejsce do siedzenia, brak innych osób i innych spraw na podorędziu. Na szczęście dla mnie, często tego brakowało i dlatego popełniłam w życiu mniej głupstw, niż mogłam.

Wiosenne tarcie chrzanu

Lata temu, gdy z mężem kupiliśmy naszą działkę na Podlasiu staraliśmy się poznać wszystkie miejscowe zwyczaje, zwłaszcza te związane z pozyskaniem naturalnego pochodzenie pożywienia, przetwarzania go i rytuałów z tym związanych. Nie pochodziliśmy ze wsi, więc wszystko było dla nas nowe i interesujące. Sprzyjało nam też posiadanie sąsiada, Adama, który przyszedł na świat na wsi wielodzietnej rodzinie i wiedział wszystko o uprawie, przycinaniu drzew i krzewów, budowaniu domów na wsi i pracach okołodomowych i wielu, wielu innych, przydatnych rzeczach.

Na działce Adama rósł chrzan, mięta, wysiewał się co roku koper między rzędami posadzonych warzyw i truskawek. Mniej więcej w latach dziewięćdziesiątych produkty dostępne w sklepach zatraciły swój naturalny, jak za PRL charakter i zostawały stopniowo „ulepszane” tj podbarwiane i wzbogacane dodatkami, polepszającymi wygląd, ale nie zawsze jakość i smak. Jako pierwsze tym zabiegom poddane zostały kapusta i właśnie chrzan. Kapusta podzieliła się na kiszoną i kwaszoną, choć dawniej były to tylko regionalne określenia tego samego produktu, to „kiszenie” zaczęło oznaczać nie proces naturalnej fermentacji, a dodawanie octu i innych kwasów „kwaszenie” – co zostało do dziś. Wcześniej nikomu do głowy to nie przyszło takie zastępstwo, chociażby z tego względu, że kiszenie było tańsze, a przetwory przechowywano dłużej. Nikt nie potrzebował kapusty „na już”.

Drugim produktem, który zepsuto jeszcze bardziej niż kapustę, był chrzan w słoiczkach. Tak bardzo potrzebny, zwłaszcza w Wielkanoc, że niektórzy mawiali nawet błędnie w stosunku do tradycji, nie, że idą święcić jajka i sól, tylko chrzan – sądząc że on jest najważniejszym składnikiem wielkanocnego koszyczka – podobnie jak stawały się w tym czasie też pomarańcze – dawniej w święconce nieobecne.

Chrzan dostępny w sklepach, przestał być ostry, stał się łagodny. Mawiano, że był zafałszowany pietruszką, ale w istocie brało się to z parzenia go wrzątkiem. Żeby miał biały, ładny kolor, dodawano mleko w proszku, olej (nie wiadomo po co, być może żeby nie ciemniała wierzchnia warstwa w słoiku), no i najrozmaitsze przyprawy i e-ileś tam.

W moim domu rodzinnym typowo wielkanocnym dodatkiem była ćwikła z buraków z chrzanem i chrzan z jabłkiem w śmietanie. Ćwikła z buraków wymagała chrzanu ostrego i nie zabielonego mlekiem w proszku, bo wyglądała wówczas obrzydliwie ciapciata na biało. Białość kupnego chrzanu nie miała znaczenia, gdy dodawano doń ciemniejące tarte jabłko i śmietanę. Barszcz chrzanowy i sos chrzanowy też smakowały lepiej, gdy był on ostrzejszy. Tak więc do obu tych tradycyjnych dodatków wielkanocnych nie mogłam używać kupnego chrzanu, ale większości ludzi, nie gotującym samemu, to nie przeszkadzało. Woleli chrzan biały, łagodny, który można było jeść łyżeczką, a nie nakładać końcem noża.

Moja mama sama tarła chrzan, kupowany na targu i był to dzień płaczu. Owijała naczynie i tarkę ręcznikiem i manipulowała pod nim, nieraz kalecząc sobie kostki palców i często przerywając pracę, żeby obeschły łzy. Dowiedziałam się od niej, że na wsiach tarto chrzan na brzegu studni, ale do dziś nie wiem czemu. Może powiew, idący z chłodnej głębi pomagał na łzy – nie wiem.

Na mojej działkowej wsi dostawałam chrzan już utarty od zaprzyjaźnionej wioskowej zielarki i gospodyni, mającej całe jego pole nad rzeką, podobnie jak dostawałam syrop z pączków sosny, wino z dzikich porzeczek i sok z brzozy. Kiedy jednak zabrakło tej, bardzo wiekowej już kobiety i dorósł chrzan na grządce mojego sąsiada, zaczęliśmy sami go sporządzać.  W czasie pierwszego, wiosennego pobytu, zazwyczaj przed Wielkanocą, sąsiad wykopywał spłachetek chrzanu i siadał na słońcu, na ławeczce przystawionej do południowej ściany domu, z dwiema miskami. W jednej moczył się chrzan wykopany z ziemi, w drugiej oczyszczone korzenie.

W późniejszych latach siadałam tam z nim i razem skrobaliśmy jego chrzan. Większość korzeni nie była grubsza niż pół centymetra i nie nadawała się do utarcia, ale świetnie do kwaszenia ogórków, tylko do czasu nadejścia ich sezonu, należało zamrozić je w pęczkach. Grubsze korzenie sąsiad tarł na elektrycznej przystawce do maszynki do mięsa, ustawionej na ławce i podłączonej przedłużaczem do prądu z mieszkania (oczywiście gdy już podłączono nam elektryczność, co stało się kilka lat po wybudowaniu domu).

To tarcie chrzanu i nasze nieśpieszne rozmowy zapamiętałam z lat, gdy co roku z mężem, każdy wolny weekend spędzaliśmy na działce, często także zimą, jeśli dojazdu nie uniemożliwił kopny śnieg, nigdy nie odgarniany na leśnych drogach. Bardzo wczesna wiosna, to był sok z brzozy, nieco później tarcie chrzanu i zbieranie pączków sosny, w pełni maja, zbieranie szczawiu na nadbużańskich łąkach, mielenie go przez maszynkę do mięsa i pasteryzowanie go w małych słoiczkach. Po dokonaniu tych wszystkich trzech rytuałów czuliśmy, że wiosna nie tylko nadeszła, ale i zagościła się na dobre (co nie przeszkadzało, że na tamtych terenach ostatnie przymrozki trafiały się nawet w czerwcu, a pierwsze w sierpniu).

Tu na marginesie dodam, że na własne oczy przekonałam się, jak bardzo ociepla się klimat. W końcu lat siedemdziesiątych, gdy kupiliśmy kawałek pola pod dom i działkę, co roku wymarzała winorośl i orzech włoski, także kwiaty drzewek owocowych i zawiązki owoców. Od kilkunastu lat winorośl nie wymarzła nam ani razu, co roku rodząc piękne winogrona, z których kiedyś robiłam wino, a teraz syn robi sok. Także zmieniły się gatunki zwierząt, ptaków i owadów i ich pożywienie. Obecnie zjadają winogrona, aronię, wiśnie szklanki – których ongiś nie tykały.

Wiedziona popędem przywołanym przez wiosnę, nie mogąc udać się na działkę, kupiłam w internetowym sklepie dwa grube korzenie chrzanu i mimo, iż minęła już Wielkanoc, przystąpiłam do jego tarcia. Nie mam w mieszkaniu studni, ręcznik zastąpiłam foliową torebką, w którą wstawiłam pojemnik i końcówkę maszynki. Mimo tej zmiany, magia wiosennego tarcia chrzanu powróciła wraz z potokiem łez, gdy musiałam oczyścić wnętrze maszynki. Nie miałam tylko z kim rozmawiać przy obieraniu i tarciu, bowiem sąsiad pozostał na działce. Ale i on zapewne nie tarł już chrzanu, bowiem po kilku operacjach, które przeszedł, rodzina zlikwidowała jego grządkę mięty i chrzanu, sadząc w tamtym miejscu jakieś mizerne kwiatki.

Ja jednak dostałam od kogoś końcówki korzenia chrzanu i posadziłam w donicach na liście do kwaszenia ogórków i miętę do herbaty, nawet w dwóch gatunkach, w tym jeden pochodzący z Ukrainy. Patrzę teraz na mój mini ogródek, także z bazylią, której smak uwielbiam do pomidorów w każdej postaci, jako przywołanie wspomnień o prawdziwej wiośnie, kiedy nie mieliśmy bladego pojęcia, co naprawdę jest szczęściem.

Dziś symbol chrzanu w wielkanocnym koszyku rozumiem lepiej. Czuję ostrą białość, z którą widzimy naszą przeszłość i która czeka nas u kresu,a którą przyprawiamy nowe życie w postaci jajek ze święconki.

Kiedyś, w latach depresji uważałam, że nie czuję smaku życia, teraz czuję go aż za bardzo. Może taka jest właśnie starość?

Dostępność minus (cz.2)

Słoneczko przygrzało radośnie i nasze osiedle zaroiło się od bladych babć i dziadków, którzy postanowili uzupełnić zasób witaminy D w organizmie i przypatrzyć się światu. O kulach, na wózkach, z chodzikami i bez, chwiejąc się na nieprzyzwyczajonych do spacerów nogach, ruszyli w świat, niektórzy kończąc swoją peregrynację już na murku przed wejściem do bloku.

Moja koleżanka, Maria, postanowiła urządzić mi wycieczkę, a przy okazji wyrobić sobie muskuły i pogląd na sytuację osób niepełnosprawnych, nad którą ostatnio tak bardzo pochylają się decydenci. Pierwotny nasz plan przewidywał, że w czasie spaceru oddamy się rozważaniom filozoficznym i literackim, porównamy nasze pokoleniowe doświadczenia, a przy okazji sformułujemy parę głębokich myśli na użytek naszych tekstów.

W radosnym nastroju ruszyłyśmy w świat (pokonując po drodze kilka klamek, których ja, jako pasażerka, nie dosięgałam, a ona musiała obiegać wózek w celu ich otwarcia) i jedne drzwi samozamykające się, których nie wiadomo było jak zablokować do czasu przekroczenia przez próg. Istniejąca wajcha, służąca do tego celu, wymagała wyjścia na zewnątrz, schylenia się i wprowadzenia jej w specjalny otwór, czego ja z wózka nie mogłam zrobić. To oczywiście stanowiło przeszkodę, która uniemożliwiłaby mi wcześniejszą samodzielną wycieczkę, gdyby nie trafił się ktoś miły, kto przytrzymał drzwi. Jak jednak wspomniałam, po kilku krokach pokonała mnie górka i musiałam, jak niepyszna, wrócić. Tym razem też musiałyśmy skorzystać z cudzej pomocy – Maria nie mogła jednocześnie trzymać otwartych drzwi i przeprowadzić wózka przez próg, jako, że znajdowała się za mną, a ja mogłam  drzwi trzymać dopiero po przekroczeniu progu. Klasyczny przykład na perpetuum mobile.

Moja wina, że zburzyłam ten plan. Dwa dni wcześniej ktoś znajomy odebrał mi recepty z przychodni, na które dwa tygodnie wcześniej złożyłam zamówienie. Zaplanowałam źle i od dwóch dni brakowało mi leku przeciwbólowego, który jeszcze jako tako działa. Ratowałam się środkami ogólnodostępnymi, ale wraz z bólem, zwiększyły się trudności z chodzeniem i przeraziłam się, że już nie dam rady poruszać  się nawet po mieszkaniu. Ponadto złożyłam zapotrzebowanie na wyroby medyczne na trzy miesiące, a otrzymałam zlecenie tylko na jeden miesiąc. Na moim zamówieniu dopisano, że mam przedłożyć  kartę potwierdzenia uprawnień na środki przysługujące comiesięcznie, którą była już przedkładana wcześniej, ale nie wiedziałam o tym, że trzeba przedkładać za każdym razem (zresztą w marcu załatwiały mi to inne osoby – inna składała zapotrzebowanie, inna odbierała recepty, bo podobnie jak ze śmieciami, obarczam tym zadaniem osoby, które akurat mnie odwiedziły w godzinach pracy przychodni. Niestety, syn kończy pracę, gdy przychodnia jest już zamknięta). W każdym razie nie wiedziałam o tym, a mimo, że przychodnia dysponuje komputerami, nie ma możliwości przekazania jakiegokolwiek pisma mailem. Strona internetowa przychodni służy wyłącznie do jej reklamy – nie uda się przez nią także zarejestrować do lekarza – trzeba godzinami wydzwaniać, aż pani z recepcji nie będzie miała interesantów.

Maria zaofiarowała się, że załatwi mi sprawę w przychodni i wykupi leki w aptece przed spacerem, ale czułam, że będą komplikacje. Zresztą było nam po drodze.

Przejechałyśmy całą długość ulicy, żeby dostać się do windy na końcu biurowca (tej o której pisałam rok temu) i tym razem weszłyśmy do niej bez trudu. Co prawda myślałam, że palec mi odpadnie od trzymania przycisku w czasie jazdy, ale jakoś udało się nie puścić go. Za to powstał problem z wyjściem z windy. Była ona za wąska, żeby Maria mogła przejść obok mnie i otworzyć drzwi wyjściowe położone po przeciwnej stronie, ja zaś ręką nie sięgałam do nich. Wózek jest tak skonstruowany, że podpórki pod nogi przeszkadzają w dosięgnięciu ręką czegokolwiek przed sobą. Trzeba zamknąć i zablokować te podpórki, stanąć na własnych nogach i dopiero pchnąć ręką drzwi. Oczywiście na wszystko jest rada, tylko trzeba rozpracować ustrojstwo. Najpierw musi wejść pchacz, potem wjechać sam pasażer wózka i wówczas pchacz może otworzyć drzwi. Jeden warunek, musi to być wyjątkowo szczupła osoba, bo grubaśny osiłek w roli pchacza nie zmieści się w windzie razem z pasażerem.

Wyszłyśmy szczęśliwie z windy, Maria otworzyła drzwi wejściowe do przychodni, a ja wymanewrowałam ustawiając wózek przodem do wejścia na wąskim kawałku podestu nad schodami, z duszą na ramieniu, że zabraknie mi do skrętu te parę centymetrów i bokiem sturlam się z wózkiem po schodach, jak niejednokrotnie oglądałam w filmach, gdzie podła rodzina morduje nieszczęsną babcię/dziadka, dybiąc na ich majątek. Jeśli jednak myślicie, że wjechałam bezproblemowo do przychodni, to się mylicie. Zobaczyłam taki widok:

Tak, dobrze widzicie, to jest próg. Wysportowana Maria nie dała rady go pokonać, nawet z pomocą miłego pana, który akurat przechodził. Dojechała więc wózkiem do niego, ja zwinęłam i zablokowałam podnóżki (jęcząc z bólu), stanęłam na własnych nogach, dałam krok, trzymając się rozpaczliwie widocznej z prawej strony krawędzi szyby i łamiąc paznokieć, Maria przeprowadziła wózek przez próg i z powrotem usiadłam na nim. Nie będę już do tego wracać, ale na trasie wzdłuż biurowca, od zakładu rehabilitacji, poprzez poradnie dla dzieci zdrowych i chorych, do przychodni, recepcji szkoły i wreszcie apteki, takich progów musiałam pokonać (dwukrotnie – tam i z powrotem) 3×2, to jest razem 6 razy. W dodatku powrót był gorszy, bowiem manewrując na podeście, przed sobą widziałam tylko schody, które wprawdzie Maria blokowała swoim ciałem, ale czy ta szczupła dziewczyna utrzymałaby mnie i wózek, zbyt rozpędzony zjeżdżaniem z progu – śmiem wątpić. Nie chcę także myśleć, jak dałabym sobie sama radę bez jej pomocy.

Czekając w kolejce do recepcji Maria studiowała tablicę.

Nie wiedziałam, że już wkrótce zostaną naruszone punkty 3,6,9, ponieważ jako teoretyczki, skupiłyśmy się na punkcie przedostatnim, zastanawiając się nad tym, czy opieka duszpasterska dotyczy także innych wyznań oraz – jako że mam znajomą, zajmującą się przeprowadzaniem dusz na drugą stronę Styksu (nie wiem, jak ona to miejsce nazywa, ponieważ nie musiałam na razie korzystać z jej usług) – także jej opieki nad podopiecznymi. Jeszcze wtedy wydawało mi się, że wszystko będzie proste i bezproblemowe. Niestety, odwykłam od realiów.

Zamiana zlecenia z miesięcznego na trzymiesięczny, okazała się dość prosta. Pani z recepcji weszła bez kolejki do pani doktor i wróciła z naniesioną poprawką. Pozostawało iść ze zleceniem do apteki tuż za drzwiami i złożyć zamówienie na środki medyczne oraz wykupić leki przeciwbólowe. W międzyczasie postanowiłam uzyskać także zaświadczenie od lekarza, pozwalające na uzyskanie okresowej opieki w związku z ograniczeniem możliwości samodzielnej egzystencji – chociaż w orzeczeniu o stopniu niepełnosprawności, wydanym dwa lata wcześniej przez stosowną komisję orzekającą ten punkt wyraźnie wymieniono we wskazaniach. Dwa lata tego nie potrzebowałam, dawałam sobie radę sama, ale teraz przyszedł na mnie czas. Cóż – komisje u nas nie wystarczą, muszą jeszcze dodatkowo wypowiedzieć się inne osoby. Kazano mi zgłosić się do pielęgniarki środowiskowej w przychodni, która miała przyjść za parę minut.

W międzyczasie postanowiłyśmy udać się do apteki złożyć zamówienie. Minęłyśmy recepcję biura i szkołę i ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że od ostatniej mojej bytności sprzed roku, przebudowano ją na samoobsługową, zamiast ściany dzielącej ją od biura wstawiając rozsuwane drzwi. Niestety były zamknięte i zarówno od portiera i od pani w aptece uzyskałam informację „bo zamknięte”. Musiałyśmy wyjechać za drzwi, wymanewrować na podeście (ach te schody, to prawdziwy horror) pokonać próg do apteki i dwie pary samozamykających się drzwi, by wreszcie mokre od potu i z wrażenia dostać się przed ladę pani z apteki.

To ona właśnie naruszyła owe paragrafy, głośno informując zgromadzonych w aptece, o jakie to produkty medyczne chodzi. Ponieważ przysługują rozmaite zamienniki, oprócz zlecenia, wręczyłam jej także kartkę, na której wymienione były potrzebne mi artykuły, zgodnie z informacją zamieszczoną na stronie internetowej producenta. Jej zdaniem, kartka zawierała błędną nazwę produktu, mianowicie o jeden wyraz za dużo, ja zaś wymieniłam najpierw producenta, a potem nazwę wyrobu. Pani autorytarnie stwierdziła, że taki wyrób nie istnieje (nieprawda, w marcu go kupiłam), a Maria, na ekranie swojego telefonu, pokazywała jej stronę internetową. Nawet w tym momencie ich dyskusja mogła odbyć się z poszanowaniem mojej prywatności, ale pani nie przyszło do głowy, że można rozmawiać, zachowując w tajemnicy czyjś stan zdrowia.

Wyobraźmy sobie pana, który przyszedł kupić w sklepie kondomy, a pani głośno wypytuje go o rozmiar członka w stanie wzwodu i w stanie spoczynku, bo pan pomylił nazwę producenta. Ale oczywiście babcie, co one mogą mieć za tajemnice! – jak kiedyś obruszył się w szpitalu ksiądz, spowiadający sąsiadkę z łóżka obok, gdy chciała, żeby mówił o jej grzechach trochę ciszej.

Gdy w dodatku okazało się, że i nie ma leku przeciwbólowego z recepty, postanowiłyśmy udać się do innej apteki. Pokonałyśmy kolejny raz oba progi i podest schodów (widoczny na zdjęciu w poprzednim odcinku) i weszłyśmy z powrotem do przychodni, zobaczyć się z pielęgniarką środowiskową. Niestety, nie okazała się w niczym pomocna. Trzeba zapisać się na wizytę i osobiście stawić przed panią doktor, żeby uzyskać zaświadczenie, co nie jest możliwe w danym dniu. A pani doktor musi obejrzeć pacjenta, mimo, że moja karta była w gabinecie (przed chwilą skorygowała zlecenie). Nikogo nie obchodzi, że nie będzie może mnie komu przywieźć. Nieważne także, że stosowna komisja orzekająca o niepełnosprawności, już dwa lata temu w swoim orzeczeniu zaznaczyła, że wymagam pomocy innej osoby, w związku z ograniczoną możliwością samodzielnej egzystencji i podała instytucje, od których pomoc tę powinnam otrzymać; biurokracja wymaga jeszcze dodatkowych potwierdzeń. Tak działa instytucja lekarza rodzinnego. Muszę dodać, iż pacjentką tej przychodni jestem ponad dwadzieścia lat i chyba nie ma w niej lekarza, pod opieką którego nie pozostawałabym przynajmniej przez jakiś czas.

Ruszyłyśmy więc z Marią do innej apteki, gdzie zostało wszystko załatwione bezproblemowo, a ja czekałam na ulicy, aż wyjdzie. I tutaj pełne zaskoczenie.

Gdy tak stałam w cieniu, aż trzy przechodzące osoby spytały mnie, czy nie mogą w czymś mi pomóc. Podjechałam więc sama kawałek i wystawiłam twarz do słońca udając, że się opalam. Było mi łyso, że zwyczajni ludzie są tak mili, jak nie potrafiła być pielęgniarka środowiskowa ani pani z apteki.

Wielokrotnie spotykam się z argumentem, że przystosowanie budynków i pomieszczeń do użytku osób z różnymi typami niepełnosprawności kosztuje. Owszem to prawda, ale nią zasłania się wszelkie niedoróbki wynikające z bezmyślności i niechlujstwa. Moje pytanie brzmi: jakie koszty pociągnąłby za sobą taki montaż drzwi (w końcu w przychodni i zakładzie rehabilitacji!) aby ułatwić przejazd wózkiem przez próg? Jakie koszty musi ponieść apteka, żeby zamiast zatrudniać niedouczoną dziewczyninę, przyjąć do pracy kogoś bardziej kumatego? Czy aby pielęgniarka środowiskowa była osobą bardziej empatyczną i milszą w sposobie bycia, trzeba zrobić coś innego, niż od czasu do czasu zwrócić uwagę na sposób wykonywania przez nią jej pracy?  Nadmieniam, że przychodnia jest prywatna, wiąże ją jedynie kontrakt z NFZ, ma więc mniej ograniczeń. Niestety nie ma na razie konkurencji.

Argument nieopłacalności moim zdaniem w tym przypadku jest nadużywany. Od kilku lat informuje się mieszkańców naszego osiedla, że będzie budowana nowa siedziba przychodni, co prawdopodobnie zdaniem jej kierownictwa uzasadnia wszelkie niedoróbki.  Mam nadzieję, że dożyję.

 

Dostępność + (cz.1)

Niewiele jest słów równie wieloznacznych jak dostępność. Jeszcze w dodatku z plusem. Pan premier Morawiecki opowiadał historię o sąsiadce znajomej, która była uwięziona na 4 piętrze bez windy i nie mogła wyjść z domu. Rozumiem to, sama często czuję się jak uwięziona, chociaż w moim bloku są windy, jak najbardziej sprawne, a ja dysponuję chodzikiem i wózkiem inwalidzkim. Czy jednak dobudowanie windy, choć zapewne kosztowne, polepszy los tej pani?

Niekoniecznie. Sprawa jest bardziej złożona, niż ktokolwiek z młodszych i sprawniejszych ją rozumie. Zwłaszcza, że nie próbuje zrozumieć, a jedynie puszcza fajerwerk w tłum. Zacznijmy od tego, co najbardziej uradowałoby tę panią. Na pewno nie sama ta kosztowna zabawka. Zapewne sądziłaby, że to strata pieniędzy po to, by mogła zjechać na parter nawet codziennie i wyjrzeć przez okno niżej położone. Pewnie wolałaby mieszkać na parterze, w przyjaznym otoczeniu, bez przeszkód na swojej drodze.

Moja mama mieszkała w bloku na Bródnie, gdzie miała do dyspozycji teoretycznie 3 windy (z tego jedną zazwyczaj sprawną) ale i tak przez ostatnie 3 lata życia nie mogła wyjść na dwór. Działo się tak z powodu kilkunastu schodów prowadzących do wejścia. Windą mogła sobie przejechać najwyżej piętro niżej, do sąsiadki. Ja mam sprawne zazwyczaj, dobre windy, ba, tylko z każdym miesiącem mój zasięg i dostępność świata się zmniejsza. Wczoraj na przykład pokonała mnie taka niewielka górka (po jednej i po drugiej stronie wyjścia z bloku). Po prostu nie dałam rady na nią wjechać.

Cztery lata temu, gdy chodziłam jeszcze o kulach, dbałam o to, by mój codzienny spacer, trwał przynajmniej półtorej godziny, czasem dłużej, gdy miałam lepszy dzień. Narzekałam na zbyt małą liczbę ławek po drodze, albo usytuowanie ich w miejscach, gdzie mi nie były specjalnie potrzebne, np na placach zabaw dziecięcych, a tam (jeden taki miałam po drodze), jedna mama z wózkiem i torbami zaopatrzenia, potrafiła zająć i dwie ławki z trzech. Młode mamy wręcz walczyły o te ławki, więc gdzież bym jeszcze ja włączała się do tej walki! Inny ciąg 2 ławek na mojej drodze okupywali karnie ściśnięci starsi ludzie, więc i ja do tych miejsc nie pretendowałam, zwłaszcza, że gdy któreś się zwolniła, przysiadała na nim zmęczona sprzątaniem, pracownica spółdzielni. Pewnego dnia jednak i ta liczba się zmniejszyła, ponoć z powodu tego, że przesiadywali tam cały dzień panowie z piwkami (zresztą w towarzystwie pewnego niepełnosprawnego na wózku). Tak czy inaczej, bez przynajmniej jednego przystanku po drodze, nie doszłabym do stacji metra (a od metra wiodła moja droga w wielki świat), więc musiałam zmienić trasę.

Na tej drugiej trasie było boisko, zazwyczaj puste, ale doskonale utrzymane i mnóstwo pustych ławek wzdłuż niego, cóż, gdy wycieczka byłaby do nikąd, chyba, że do przystanku autobusowego, którym mogłabym pojechać również do nikąd. Budowano tam nowy blok, a w nim nową Biedronkę, może bym więc za jakiś czas znalazła cel swojej podróży, chociaż wolałabym jakąś konkurencję na osiedlu, a nie same Biedronki. Niestety, gdy budowę zakończono, a Biedronka zaczęła działać, okazało się, że mój dystans zmniejszył się radykalnie. Dostałam w prezencie szwedzki chodzik z ławeczką, przestałam być więc skazana na spółdzielcze ławki , zwłaszcza że te nowe i tak nie nadawały się dla starszych osób, były bowiem za niskie. Niestety, poza Biedronką inne sklepiki na osiedlu przestały być dla mnie dostępne. O kulach i poręczy jakoś pokonywałam 2-3 schodki, z chodzikiem nie dało rady. Pojawiła się nawet w moim zasięgu jakaś Żabka (tylko z 1 schodkiem) ale za to, podobnie do moich najbliższych delikatesów, ze zbyt wąskimi przejściami między półkami (wypełnionymi zazwyczaj stojącymi butelkami napojów), aby wejść tam z chodzikiem, nie mówiąc już o wózku inwalidzkim. W ten sposób, mimo chodzika, dostępność różnych miejsc na moim terenie zmniejszyła się, zamiast zwiększyć się.

Upłynęło znowu kilka miesięcy i mój zasięg zmniejszył się całkowicie. Moja przychodnia wyposażona jest w rząd schodów, więc tam już sama nie wejdę. Wprawdzie dobudowano coś w rodzaju windy, ale w drugim końcu ulicy, za daleko dla mnie. Pisałam zresztą już o tym w odcinku: „Służew Nad Dolinką safari czyli osiedle widziane z chodzików i inwalidzkich wózków”:  http://babciaezoteryczna.pl/2017/04/27/sluzew-nad-dolin…alidzkich-wozkow/

zamieszczając zdjęcia niektórych przeszkód. Czy od tamtego czasu coś się zmieniło?

Teraz dochodzę już tylko do śmietnika. On jednak jest zamykany na klucz, a kawałek chodnika doń prowadzący jest pod górę. Trudno mi się zatrzymać z chodzikiem żeby otworzyć szerokie wrota prowadzące do raju, a już zupełnie niemożliwe jest aby wrota te zamknąć. Mam w końcu tylko 2 ręce, i musiałabym puścić chodzik, żeby manewrować kluczem. Pod górkę jestem w stanie jakoś zaklinować ciałem chodzik, ale w dół, gdy muszę wychylić się, aby złapać kraniec szerokich wrót bez wewnętrznej klamki, jest to niemożliwe. Zbieram więc śmiecie, chowam do zamykanego pojemnika na balkonie i czekam aż trafi mi się gość, który kryjąc obrzydzenie, wyniesie moje śmieci i podrzuci je wstydliwie pod śmietnikiem (jako że nie dysponuje kluczem). Albo bezczelnie zostawiam wrota otwarte. W końcu nie przechowuje się chyba w śmietniku cennych przedmiotów, żeby zamykać go tak skrupulatnie. Wiem, wiem, buszują czasem nocami śmieciarze, robią hałas i smród, rozrzucając śmiecie w poszukiwaniu puszek, ale oni, dziwnym trafem, dysponują kluczem.

Zostają mi wycieczki na balkon. Tu mam tylko 1 schodek, więc jakoś daję radę wyjść. Mam skrzynię, na której mogę usiąść i kontemplować trochę porannego słońca.

Przez parę lat przeszłam kilka etapów, na których pojęcie dostępności oznaczało coś innego. Wymieniłam przeszkody natury fizycznej, istnieją jeszcze inne, może ważniejsze. Pewnie lepiej utrzymałabym przez te lata sprawność (a więc i dostępność świata), gdyby zechciano właściwie leczyć narastający ból. Nie oszukujmy się, jeśli nie boli tylko wtedy, gdy się nie porusza (a i tak czasami), odechciewa się człowiekowi każdej aktywności, poza intelektualną. A i ta jest w pogardzie, bowiem powszechnie przypisuje się starszym osobom mającym trudność z poruszaniem się inne przypadłości jak: głuchotę, głupotę, nadmierną religijność, podatność na sugestie, lewactwo, komunistyczne złogi, pamiętanie niewłaściwych politycznie zdarzeń, a nie pamiętanie właściwych, roszczeniowość, drobiazgowość i inne tu nie wymienione.

Czy więc pan premier Morawiecki zdaje sobie sprawę co obiecuje, pisząc o dostępności? Zapewne wyobraża sobie, że przeznaczą pewną kwotę na budowę wind w domach bez nich i różne samotne staruszki (tudzież ich rodziny, sąsiedzi i znajomi oraz perspektywiczni niepełnosprawni) radośnie zagłosują na ich polityczną opcję. A jak będzie w praktyce? Tak jak z tzw. bezpłatnymi lekami.  Od kilkudziesięciu lat biorę te same leki na nadciśnienie (a więc wg starych receptur) i są one coraz droższe, a nie coraz tańsze, ba, część z nich zaczyna być pełnopłatnymi.  A przecież nadciśnienie tętnicze jest jedną z najpowszechniejszych chorób przewlekłych osób w starszym wieku.

Może więc starczy na windy w co pięćdziesiątym bloku, ale w części z nich okaże się, że z powodu ich starości, konstrukcja nie pozwala na dobudowanie tychże. Niestety, bloki starzeją się razem z ludźmi. Ot, takie komunistyczne złogi.

Są w Polsce oczywiście osiedla dla ludzi starszych, specjalnie budowane z myślą o nich, ale dla większości emerytów poza  zasięgiem ich możliwości finansowych. Dla osób zawsze samodzielnych i czynnych w życiu, trudną byłaby decyzja przeniesienia się do domu pomocy społecznej – którego sama nazwa odstrasza. Zresztą prywatne domy opieki, mimo pobierania dużych opłat, wcale w wielu wypadkach nie są lepsze, a często pozostają poza wszelką kontrolą. W dodatku są tam ogromne kolejki, a standard pobytu zazwyczaj bardzo niski. Tymczasem, przy niewielkiej pomocy z zewnątrz, niepełnosprawny może jeszcze dość długo samodzielnie funkcjonować – w otoczeniu swoich ulubionych przedmiotów, książek, w okolicy. którą zna i do której się przyzwyczaił.

Zaś jak wygląda codzienność po roku od publikacji poprzedniego wpisu – opiszę w drugiej części wczorajsze wrażenia z przychodni i apteki mojego osiedla. Tylko ok. 300 m do przebycia od mojego bloku, a dostępność? Moja młoda koleżanka, służąca mi za siłę napędową wózka inwalidzkiego i zbierająca doświadczenia, przeżyła szok. Szkoda, że nie wybrał się ze mną tam sam premier Morawiecki. Pewnie zrozumiałby, na czym polega prawdziwa dostępność – jeśli by oczywiście chciał. Na koniec, zdjęcie schodów do mojej przychodni, apteki i szkoły – w jednym budynku. W tle dalej nieczynna winda ze zblakłym starym napisem o awarii (od przynajmniej 2 lat – wcześniej wchodziłam sama na schody, więc się nią nie interesowałam).

 

 

Żal wyrzucić

Porządkuję swoją młodość, odkrytą wskutek awarii gniazdka elektrycznego. Ujawniły się wstydliwie pochowane pamiątki, za każdym kolejnym sprzątaniem krytykowane przez rodzinę tym bardziej im częściej wzorcem stawał się hotelowy pokój pozbawiony osobowości  przebywającego w nim człowieka. Zasłonięte komodami gniazdko odmówiło w 1/2 posłuszeństwa, a naprawiacz, prychając z niesmakiem na różne pamiątki wstydliwie przechowywane przez Babcię w zakamarkach szuflad tychże, skłonił mnie do trzeźwego spojrzenia i podjęcia decyzji o pozbyciu się ich. Żal mi wyrzucić do śmietnika pamiątki z lat przynależności do Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki (poniżej prezentowanych modnych wówczas znaczków identyfikujących zainteresowania) tudzież mnóstwa  dokumentów z tamtych czasów, jednak nie mam już w domu na nie miejsca, a i nie chcę dawać pożywienia molom książkowym i innym (które z samozaparciem wytrułam). Apeluję więc do reaktywowanego „Fenixa” – jeśli wam się na coś przydadzą – dysponuję mnóstwem pamiątek z lat osiemdziesiątych. Poniżej – znaczki.