Związki

Dziwnymi drogami chodzą różne związki między ludźmi. Sprzątająca u mnie pani z Ukrainy napotkała w domu innej pani, u której też sprząta, moją książkę. Pani ta opowiedziała jej, że bardzo się spłakała przy lekturze, a kiedy dowiedziała się, że Ukrainka mnie zna  i czytała moją książkę, była bardzo zdziwiona. Przy okazji ja dowiedziałam się, że egzemplarz pani sprzątającej jest już na Ukrainie i służy grupce młodych ludzi do nauki języka polskiego. Nie mogę wyjść z podziwu, że przy tak małym nakładzie  i braku reklamy książka dotarła już do następujących krajów: Niemcy, Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Ukraina i że ktoś się uczy z niej języka.

Nasze  życie zdominowanie jest przez związki. Im jesteś starsza, tym bardziej inni zaprzeczają twoim wspomnieniom, bowiem aktualność widzi zdarzenia całkiem inaczej; wszystkie związki, jakie miałaś kiedyś z kimś, z czasem tracą swój sens i znaczenie, a dla innych nigdy go nie miały.

Czytałam kiedyś pamiętniki człowieka, który dzielił się ze mną  swoimi wspomnieniami w nadziei, że zrozumiem te aspekty, które chciał udostępnić otoczeniu, a których ono nie doceniało. Miał on niesłychany dar zapamiętywania i zapisywania szczegółów. Potrafił opisać dokładnie ustawienie mebli w mieszkaniu jego rodziców ok 1900 r. Opisywał Bródno w Międzywojniu i pewną kobietę, pokutującą za nieznany nikomu grzech w taki sposób, że chodziła do kościoła boso po śniegu, a w powrotnej drodze jej ślady były już krwawe. Opisywał rytuały związane z kiszeniem kapusty na zimę, w tym „okrzykiwanie beczki”, celem wypędzenia z niej demonów zepsucia i zgnilizny, wigilijne spożywanie głowy karpia i omawianie każdej najdrobniejszej ości, jako mającej związek z kaźnią Chrystusa, co oczywiście dawało świętom Bożego Narodzenia zupełnie inną perspektywę niż obecnie przyjmowana. Omawiając Ukrzyżowanie przy obchodzch Narodzenia, dawało się świadectwo kolistości biegu rzeczy. Pamiętniki te nie miały wielkiej wartości literackiej, choć były napisane poprawnią polszczyzną, ale niesłychaną wartość jako świadectwo czasów, które minęły. O wielu szczegółach, w nich zawartych nigdy wcześniej nie wiedziałam.

Pan Karol w swoich pamiętnikach opisywał wiele spostrzeżeń poczynionych w swoim długim życiu i pożyczył mi do przeczytania ich 3 tomy. Kończyły się one wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Początkowo pisał na maszynie, potem (jak zapamiętałam) dostał w prezencie od któregoś z wnuków laptop i przystąpił do pisania na nim. Miał mi udostępnić na płycie teksty, kiedy skończy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie z pytaniem: kim jestem i skąd się znamy? Wyjaśnił, że sprawdzał telefony w swoim aparacie, że miał zapisane tylko moje imię i że zapomniał kim jestem. Wytłumaczyłam mu skąd się znamy i jakie były nasze wcześniejsze kontakty, obiecał zapisać sobie, żeby na drugi raz nie zapomnieć.

Okazało się, że gdy niedługo zmarł, nie znając nikogo z rodziny, nie miałam  nadziei dostępu do reszty pamiętników. Tak upłynęło kilka lat, aż natrafiłam na FB na stronę osoby, która moim zdaniem była spokrewniona z panem Karolem, choć nie wiedziałam w jaki sposób. W najlepszej wierze wystąpiłam o zaliczenie do grona znajomych opisując naszą znajomość, ale po krótkiej korespondencji odmówiono mi jej, a tym samym dostępu do informacji o budowie pewnego mostu.

Zaczęły pracować mrówki przesypujące piasek, bowiem czując się wyrzuconą poza zasięg osób uprawnionych do informacji, ale znając innych, wiedzących dużo o tej budowie, odkryłam, że  powodem tego odrzucenia jest najprawdopodobniej naciąganie rzeczywistości, jak przykrótkiej kołdry. Zapytuję siebie czy mam prawo myśleć o rzeczywistości jak myślię, czy jestem powołana, aby wracać pamięcią do człowieka, z którym łączyła mnie kiedyś chęć zrozumienia czasów, które minęły. Może ta jego rodzina jest upoważniona bardziej do strzeżenia jego pamięci i modyfikowania jej według własnego uznania? Takiej polityki historycznej uprawianej na małą skalę? Muszę upewnić się, że pan Karol naprawdę istniał i znajduję nasze fotografie z maja 2007 roku. Oddycham z ulgą, nie wymyśliłam go sobie. Nie jest tak, że jak pan Karol, nie pamietam przeszłości lub pamiętam ją mgliście, ale jestem wobec niej nastawiona bardzo rygorystycznie, zakładam, że inni mogą pamiętać ją lepiej, więc upewniam się i sprawdzam.

Jednocześnie w jakimś odległym mieście, w jakimś zapomnianym areszcie, nieznany mi człowiek, czytający moje teksty, które trafiły do niego przypadkiem, wzdycha: tak było i dobrze że ktoś o tym napisał, a ja się dziwię, że choć nie jest dziewczyną i pochodzi z innych stron kraju, to trafiają do niego moje słowa, które nie zawsze trafiają do bliskich. Czy jego obchodzi to, co jest prawdą, czy tylko śledzi moje emocje? Czy trafiłam swoim słowem w jakieś jego realia i czy to moja zasługa, czy obciążenie? Grzech pamięci jego czy mój? Czy między nami powstał jakiś związek i dla kogo z nas jest ważniejszy? Książka trafiła do więziennej biblioteki, a mnie szkoda, że nigdy nie poznam żadnego z jej czytelników.

Moi bliscy źle znoszą chwilę mojego odprężenia, czasem wydaje się, że moim powołaniem jest wieczna walka o prawo do własnego widzenia świata i równouprawnionego traktowania MOJEGO spojrzenia. A ja chciałabym już odpocząć… Nie chcę niczego udowadniać. Chciałabym odpocząć od udowadniania, argumentowania, przekonywania. Są nudne i jałowe. Potrzebuję odrobiny zaufania. Niech mi zawierzą ci, od których tego oczekuję. Niech nie udowadniają mi, jaka jestem naiwna, niech nie próbują otworzyć moich zlepionych porannym snem powiek. Niech dadzą mi moment wytchnienia od ICH świata.

Były czasy, kiedy pragnąłam miłości, były i minęły. Mijają czasy kiedy potrzebowałam zaufania. Ostatnie, co się ostało, to potrzeba złudzeń. Nie chcę, żeby ktoś mnie wytrącał z moich ułud, z moich snów. Komu to zaszkodzi, jeśli znajdę odrobinę pocieszenia we własnym wewnętrznym świecie własnych złudzeń. Dlaczego uważają, że muszę być trzeźwa do swoich dni ostatnich? Dlaczego chcą mnie przerobić na własną modłę, skoro świat przez nich stworzony nie okazał się wiele lepszy niż mój? Dlaczego moje poszukiwania wydają się im niegodne mojej osoby, moje myśli i moje fascynacje uważają za zbędne w nowoczesnym świecie? Nawet jeśli nie płynę z ławicą.

Wszak to dobrze jest poszukiwać, a każde poszukiwania muszą wiązać się z klęskami i blędnymi ścieżkami. Niektóre z nich z czasem okażą się wcale nie błędne… Tego nie wiesz, ale nie chcesz zamykania ścieżek.

Pisze do mnie przed chwilą moja wieloletnia przyjaciółka, pisarka, Mirka Sędzikowska:

„…bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie ukraińska historia Sierotki. Dobra książka przebija się w najdziwniejszych miejscach. Czy przypuszczałaś kiedyś, że młodzi Ukraińcy będą wzruszali się, czytając Sierotkę i uczyli się z niej języka polskiego? Może też, decydując się na imigracje zarobkową, poczuli się, jakby już kogoś w pewnym sensie znali w nieprzewidywalnej dla imigrantów, Polsce. Miałaś okazje pomóc nieznanym ludziom, a to także dar. Twoja gwiazda, świeci, Kasiu kochana. Wyobrażasz sobie tych młodych ludzi, przekazujących sobie książkę ze słowami zachęty i entuzjazmu? Kiedy ja to sobie wyobrażam, czuje ciarki, biegnące po plecach. To też znak od losu: pisz!”

Jeśli istnieje Kronika Akaszy, nic nie idzie na marne, Moje związki z nieznanymi ludźmi są o wiele bardziej owocne niż z bliskimi. Czemu tak?

„Straszny był świat, gdym susa dał”

Niektórzy astrolodzy prezentują taką teorię, że dziecko przychodzące na świat w pewnym sensie „wybiera” ten moment czasoprzestrzeni, w którym pojawienie się będzie miało największe szanse realizacji jego życiowego zadania. Tym m.in. uzasadniają fakt, iż nie ma sensu badać horoskopu czasu poczęcia, nawet gdy dziecko urodzi się przy pomocy cesarskiego cięcia (co w dzisiejszych czasach jest coraz częstsze), ponieważ i tak moment ten został przez jego duszę uznany za najwłaściwszy. Ma to oczywiście związek z teorią karmy i z przekonaniem, że istnieją dusze, a wolna wola już urodzonego człowieka, poza szczegółami, jest tylko iluzją. Jak jest w istocie – przekonamy się sami w stosownym czasie.

Jeśli miałoby to być prawdą, trudno zrozumieć, dlaczego człowiek wszechstronnie uzdolniony potrafi tak bardzo zagmatwać swoje życie, mimo iż jest tego świadom, a co więcej, potrafi o tym mówić i pisać. To nie jedyny przykład; w moim życiu pojawiło się i pojawia wielu takich ludzi. Odznaczają się rozumem, inteligencją, przenikliwością, ale nie potrafią z tego wyciągnąć praktycznych wniosków. Żyją wbrew swojej świadomości, tak jakby naciągali czasoprzestrzeń niczym tkaninę, badając jej wytrzymałość. Mnie ich bardzo żal, ale muszę gwoli prawdzie dodać, że poniekąd im zazdroszczę. Sama chciałabym coś takiego robić; postępować jak chcę, kierować się czymś innym, niż nudny i przewidywalny rozsądek; cóż jestem na to zbyt wielkim tchórzem.

Młody, tragicznie zmarły poeta, Błażej Sędzikowski kilkanaście lat temu napisał taki wiersz:

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał
William Blake

kiedy pękła ciepła matnia matki
zgubiwszy perłę, której nie skradłem
wyrzucony z domu po raz pierwszy
zachłysnąłem się bólem i światłem

potem czułości, na śmierć zagłaskane
potem ubranka szyte uśmiechem
i wszystkie dzieciństwa strupki zdrapane
co będą przeklinać młodego poetę

dziadek poeta i dziadek powstaniec
ojciec zaszyty kłębkiem milczenia
a ja już wtedy, maleńki wygnaniec
zdrajca i oszust bez przeznaczenia

sprzedałem wszystko co mi zostawili
zdjęcia, ordery, maleńkie mieszkanie
łzy dla nich nawet nie mam w tej chwili
za wszystkie wspomnienia, za całe kochanie

o żonie nie wspomnę, bo po co wspominać
obiad spalony gdy już po musztardzie
wpierw ją uczyłem jak wianki się ścina
potem jak posag zastawia w lombardzie

złym dzieckiem będąc i synem zatraty
takimż i ojcem dokładnie
– powiedz chłopczyku co słychać u taty
„tatuś mój pije i kradnie”

cóż kiedy sensu nie czułem w tym wszystkim
gdy czarny ogień mi serce przewiercił
kamieniem będąc i sobie i bliskim
życia nie ceniąc wciąż bałem się śmierci

rzuciłem więc wszystko, ruszyłem za słońcem
plecak wypchałem najczystszą urazą
plecy sparzyły mi mosty płonące
w sercu bił diament ze skazą

ilu przyjaciół zawiodłem po drodze
ilu nabrałem na swe zagubienie
ilu już na mnie zawiodło się srodze
oddając pieniądze za czyste spojrzenie

oczy marzące miałem to prawda
twarz jasną i miłą po przodkach
i śmiała się skrycie ma siostra pogarda
kupował to każdy kto tylko mnie spotkał

dawno opluwszy najczulsze świętości
Boga szukałem na ciężkim kacu
wierzywszy czemuś w swej bezczelności
że świeci mi gwiazda natchnionych pariasów

szukałem tej gwiazdy z nadzieją wariata
choć oczy mi dawno oślepły od wódki
zmyliłem kierunek na każdej z dróg świata
i szedłem dalej nie bacząc na skutki

(…)

a ty skoro czytasz tą spowiedź żałosną
nie lituj nade mną się wcale
tej perły zgubionej gdy rodziłem się wiosną
nie skradłem więc mogłem ją znaleźć

Ta wersja wiersza była tylko przymiarką. Autor pracował nad nim jeszcze wiele wieczorów, wręcz ślęczał, cóż, możliwe, że ostateczna wersja jeszcze tkwi w nie sprawdzonych papierach.

Kiedy go czytam, zdaje mi się, jakbym rozmawiała z człowiekiem, przed którym nie ma żadnej przyszłości. Starcem osiemdziesięcioparoletnim, podsumowującym swoje  niezbyt udane życie. A przecież, pamiętam, gdy go poznałam, był jeszcze dzieckiem, bystrym, żywym, rozwiniętym intelektualnie nad wiek. Wraz z mamą, pisarką Mirką Sędzikowską i starszym bratem, gościli u mnie na działce. Któregoś dnia chłopcy wybrali się do lasu po susz na ognisko. Zaszli bardzo daleko i natrafili na uschnięte drzewko, na które załadowali całą górę gałęzi, zebranych wcześniej. W którymś momencie okazało się, że miejskie życie nie daje kondycji potrzebnej do przyciągnięcia tego ładunku. Zastanawiali się czy nie zredukować ilości ciągniętego suszu, ale było im żal. Uważali, że zanim obrócą drugi raz, ktoś im może zabrać zebrany opał. Wówczas na ich drodze pojawił się miejscowy dziadek, który pomógł im dociągnąć drzewo i nawet nie chciał słuchać podziękowań. Błażej nie mógł nadziwić się, jak to jest, że ktoś pomaga zupełnie bezinteresownie. Opowiadał jak zachowaliby się w podobnych przypadkach wobec nieważnych dzieciaków ludzie  spotkani w jego okolicy zamieszkania i snuł swoją opowieść, ubarwiając ją coraz większą liczbą szczegółów. Już wtedy widać było jego zdziwienie światem i zaczątki tego, że stawiał się w pozycji obserwatora punktującego wszystkie tego świata braki.

Czy pomogła mu znajomość filozofii, literatury, umiejętność samodzielnego myślenia? Całymi nocami dyskutowali z matką, opozycjonistką, nauczycielką pozostającą z przyczyn politycznych długo bez pracy, polonistką, autorką opowiadań i powieści, a poziom tej dyskusji często przekraczał nie tylko dywagacje stosowne do wieku chłopców, ale także moje rozumienie i mój poziom wykształcenia i erudycji. Czy już wówczas Błażej odkrył w zawirowaniach losu rodziny, że myślenie boli  i że tego bólu istnienia nie wytrzymuje, dopóki nie sięgnął po wspomagacze? Tak przynajmniej sądzę.

Kiedy pisał ten wiersz, jego syn, Julek, był wtedy mały, ok. dwuletni. Jak pisze matka – Mirka, Błażej powracał myślą do swoich wczesnych lat. Przymierzał się do książki, którą, istotnie, napisał kilka lat później.Pracował na jakiejś śmieciowej umowie, bardzo się starał, żeby żona była zadowolona. Ja pamiętam, że nawet kończył kurs spawania, organizowany dla bezrobotnych, w nadziei, że zdobędzie dobry i pewny zawód. Wyobraźcie sobie: drobny, szczuplutki chłopak w ciężkiej odzieży ochronnej z aparaturą w smukłych dłoniach i wierszami w głowie! Moim zdaniem to nie miało sensu.

Pewnego dnia Błażej zniknął. Żona powiedziała rodzinie, że uciekł z cyrkiem, ale nikt nie wiedział, czy to była  prawda. Zostawił kartkę, że jedzie zarobić dużo pieniędzy. Wrócił po tygodniu. Bez pieniędzy, za to z wierszem. O ile matka pamięta, nikt go nie pochwalił. Czy ta pierwsza próba przerwania pępowiny, łączącej z bliskimi wrzuciła go na ruchomy chodnik, który niósł go dalej i dalej, podczas gdy mijane krajobrazy zbyt krótko zostawały w pamięci, poza wrażeniem, że jest źle, źle i jeszcze raz źle…

Za moich młodzieńczych, studenckich lat, 60-tych dwudziestego wieku śpiewano taką piosenkę (często złośliwie) na pochodach pierwszomajowych „Źle było, źle będzie, w Polsce zawsze i wszędzie…” Oczywiście my, dzieci PRL, nie spodziewaliśmy się niczego dobrego w przyszłych latach – przez lat co najmniej trzydzieści parę.

Czyżby podobną piosenkę przywiały Błażejowi nadchodzące nowe czasy, rozbudzające nadzieje, ale nie dające wystarczającej siły i odporności, żeby z nich skorzystać?  Czy to on wybrał sobie niewłaściwy moment czasoprzestrzeni, żeby przyjść na ten świat? 

Matka kwiliła, ojciec łkał
straszny był świat gdziem susa dał

Mam serce po lewej stronie

Mam serce po lewej stronie, jednak nie poznaję polskiej lewicy. Pal diabli, że jest skłócona, że nie do końca rozumie, na czym owa lewicowość polega, że jej liderzy zapatrzeni są w siebie niczym Narcyz przeglądający się w źródełku.

To, co mnie najbardziej razi, to owa zajadłość  rodem z epoki bolszewików (dziś cechująca raczej prawicę, ale lewicy dotykająca też). Media społecznościowe są pełne tego czegoś, co budzi we mnie odruch wymiotny, niezależnie od kierunku. Tak, jakby 73 lata bez wojny wyzwoliło w ludziach głęboką potrzebę mentalnego walenia po mordach wszystkiego, co żyje i co się sprzeciwia. Także lewicowe nakierowanie uwagi na człowieka w niewiarygodny sposób  wywraca koziołki. Czytam oto w opiniotwórczej gazecie, że dla kogoś z klasy pracującej, nazwanie pielęgniarki „siostrą” jest obraźliwe! Lewica zawsze podkreślała swoje nastawienie służenia społeczeństwu, a tu takie lewicowe pielęgniarki oburzają się na „siostrę”! Że nie z jednej matki pochodzimy i nie wypadłyśmy sroce spod ogona i należy zwracać się do nas „pani” a może nawet „szanowna pani”. Za dawnych lat, powojennych jeszcze, i z historycznych tradycji nazwanie kogoś „siostrą” było zawsze  aprobujące i oddające jej honor. Służba była zaszczytem, a nie poniżeniem. Przynajmniej dla lewicowców. Dla tych zresztą czapkowanie było raczej obrzydliwym zajęciem. Tytułomanię wyśmiewano w tysiącach dowcipów.

Przypomina mi się taka anegdota z moich młodych lat (sześćdziesiątych XX wieku): pewien facet w autobusie miał mi za złe, że swoją torbą na ramieniu ( a były to czasy kolejkowych maratonów) zawadzam o jego aktówkę z imitacji jaszczurczej skóry z podwarszawskiego bazaru i mogę ją porysować wystającą z torby kiełbasą, plus podręcznikiem  studentki zaocznych studiów (w twardych okładkach). Moje podejrzenia szły jednak w kierunku takim, że natrafiłam na zazdrośnika, który w kolejce nie wystał swojego przydziału kiełbasy, a jej aromat nie dawał mu spokoju. Rzekłam więc z poczuciem wyższości: „Myślałby ktoś, że z pana taka mimoza!”

Nie wzięłam pod uwagę, że dla kogoś określenia „mimoza” może być szczytem obrazy. Oglądam teraz libański serial Netfliksu i rozumiem wreszcie, na czym polega pojęcie honoru na syryjsko-libańskim pograniczu. Dokładnie na tym samym, co w Polsce wówczas i obecnie. Jeśli jakiegoś słowa nie rozumiesz – zasłużyłeś na  śmierć. Czasem może uratować cię to, że jako kobieta i istota postawiona niżej, nie masz zdolności honorowej (co nie oznacza, że matka rodu nie może manipulować całą resztą dzieci i wnuków). Dlatego wówczas, w tym autobusie, ostatecznie uniknęłam przykrych konsekwencji nieznajomości kulturowych kodów i biologicznych cech niektórych  roślin, przez przeciętnego, niedouczonego Polaka. A już się brał do mnie z pięściami:

– Od mimoz mnie wyzywasz taka, siaka, owaka – ryczał

Wracając do nieszczęsnych pielęgniarek, które obraża nazwanie ich „siostrą”. Naszą polską lewicę obraża wszystko, co zmierza w kierunku dawniej lewicowych standardów.  Obrażanie się na cały świat jest starą strategią kobiet, które nieustannie czuły się zmuszane do potwierdzenia swojego statusu, niepewne jego aktualnej wartości, któż więc nie jak ja, pozbawiona tej umiejętności, zazdrośnie ją rozpoznaję?

Głosowanie przestało mieć wartość potwierdzania czyichś poglądów, a stało się kalkulacją, kogo warto popierać, bo ma szanse. Kalkulacja ta jednak może zawodzić, bowiem silniejsi funduszami dbają o to aby przekonać tych co „za miskę ryżu”, na kogo warto, a na kogo nie warto. Jeśli w dodatku chcą uwierzyć, że z tym, a nie tamtym będzie mu lepiej (bo sami też kalkulowali) całe przedstawienie p.t. kampania wyborcza nie ma najmniejszego sensu.

Bardzo daleko mi było do światopoglądu Hanny Gronkiewicz Waltz, raziła mnie jej kościółkowa przyjaciółka, denerwowała wymowa „r” odkąd w dzieciństwie ktoś mi powiedział, że tak mówią „lepsi”, arystokracja i światowcy, a ja nie miałam szans zaliczyć się ani do jednych ani do drugich – a jednak uważam, że była bardzo dobrym prezydentem Warszawy. Przez ten krótki czas, kiedy jeszcze korzystałam z komunikacji miejskiej odkryłam, że mogę szybko i łatwo dojechać właściwie wszędzie i była to zdecydowana poprawa od czasów, gdy tłoczyłam się z setkami innych nieszczęśników na ciasnej przestrzeni autobusu lub tramwaju i wychodząc rano w Śródmieściu, byłam tak zmęczona i zniechęcona, jakbym właśnie skończyła pracę.

Ważne okazały się nie poglądy polityczne HGW, a fakt, że była wykształcona, poukładana, inteligentna, myśląca i wiedziała, czego chce. Nie ustrzegła się błędów, ale i tak przerosła poprzedników.

W kampanii wyborczej kandydaci właściwie konkurują stylem, urodą i sympatycznością. Co do wypowiedzi i obietnic: im więcej tym lepiej, im bardziej mgliste i ogólnie rzecz biorąc słuszne, tym ponoć mają większą moc wabienia.

Czytam program wyborczy lewicowej kandydatki do mojej dzielnicy, z mojego osiedla, który powinien mnie zadowolić i po raz kolejny (jak wiele osób) stwierdzam, że właściwie nie mam na kogo głosować. No bo poczytajcie:

Wypełniac Państwa wolę będę zabiegała o:

  • zgodne z oczekiwaniami mieszkańców rozwzania
    parkingo
    we i architektoniczne,
  • bezpłatne udostępnienie boisk, miejsce rekreacji oraintegracji
  • wsparcie ob niepełnosprawnych i starszych,
  • szeroką ofertę edukacyjną i kulturalną,
  • ochronę terenów zielonych przed zabudową. 

Mowa trawa, jak dawniej mówiono.

Zgodne z oczekiwaniem mieszkańców rozwiązania. Jakich mieszkańców? Pieszych, rowerzystów, dzieci, posiadaczy aut, niepełnosprawnych staruszków, posiadaczy psów? Kogo w szczególności chce reprezentować ta lewicowa z deklaracji kandydatka? Chce ogrodzić nowo budowane bloki, szumnie nazywane teraz apartamentowcami, czy przeciwnie, je rozgrodzić? Likwidować podjazdy dla niepełnosprawnych celem uzyskania miejsc parkingowych, czy przeciwnie, budować podjazdy tam, gdzie ich brak. Ona reprezentuje moje osiedle. Może najpierw zechce zlikwidować schody prowadzące do przychodni uniemożliwiające niepełnosprawnym uzyskanie porady lekarskiej albo spowoduje naprawienie nieczynnego od trzech lat podnośnika? Ale to już przesada, żądać takiej szczegółowości, nieprawdaż? A jak jej się nie uda?

Mnie także interesuje, co kandydatka ta rozumie pod pojęciem bezpłatnego udostępnienia miejsc integracji i jakich miejsc, na przykład, na naszym osiedlu: deptaka, placów zabaw, skwerka, fontann? A może konkretniej: sprawienie żeby ławki na osiedlu miały taką wysokość aby nadawały się do siedzenia także dla dorosłych, powiedzmy mniej sprawnych? Czy sklep jest miejscem integracji? Pewnie jest. To może spowodować, aby mogły do niego wjechać także osoby na wózkach czy z balkonikami?  Przynajmniej do połowy z nich. Od kogo oczekiwać takich interwencji, jak nie od samorządowców?

Czytam o wsparciu osób niepełnosprawnych i starszych. Jakim wsparciu? Czy kandydatka w ogóle ma jakiś pogląd na ten temat, czego one potrzebują? Na ogół uważa się, że potrzebują potańcówek, wycieczek, towarzystwa. Kto w ogóle pyta takie osoby, co byłoby dla nich wsparciem? Co jest najważniejsze, a nie najłatwiejsze w realizacji. Bez potańcówki można się obyć, bez dostępu do przychodni już nie.

I do tego wszystkiego szeroka oferta edukacyjna i kulturalna. Co mianowicie?

Kandydatka chwali się realizacją kilku projektów budżetu partycypacyjnego. Niepotrzebnie, moim zdaniem te akurat były  nakierowane na zupełnie inną kategorię odbiorców.

Na szczęście różne dobre rzeczy, które pojawiają się w przestrzeni publicznej nie wiążą się z takimi obietnicami, powstają samorzutnie, poza nimi.

Przyznaję się

Przyznaję się, koresponduję z osadzonym w areszcie, osobą mi bliską. Nie obchodzą mnie zarzuty, jakie mu postawiono, nie komentuję tego, iż moim zdaniem jest to sprawa polityczna, sięgam pamięcią do ciemnych lat czterdziestych PRL, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, któremu wdrukowano lęk przed Urzędem Bezpieczeństwa, przestępcami i kontaktem z nimi i ich rodzinami. Lęk ten obudził się we mnie po wielu już latach, wypełnionych pracą nad sobą i swoimi fobiami. Opanowałam nawet i przepracowałam pamięć ciała (drżenie, pot, sztywnienie mięśni, zaciskanie szczęki itp), związaną z bombami i wybuchami Powstania Warszawskiego, uruchamianymi podczas noworocznych fajerwerków, przeżywanymi razem z pieskami i innymi domowymi stworzeniami.

To był ostatni lęk, który miał się już w moim życiu nie powtórzyć, więc w ogóle nad nim nie pracowałam. I mam za swoje. Wszak mądrzy ludzie mówili, że historia kołem się toczy.

Wszyscy się boimy. Ja też. Ale moje nocne zawroty głowy informują mnie, że mój czas jest krótki. Tak czy siak, to, co napiszę, może być ostatnim słowem, które wypowiem. Lęk więc nie jest już na miejscu, nikt nie jest w stanie mi nic zrobić. Czy jednak opłaca się znowu zmieniać siebie, zamiast innych? Może już dość! Czas na podniesienie głowy.

Odeszli wszyscy rówieśnicy i starsi, których kochałam i ci, którzy nie zdecydowali się mnie kochać. Jestem sama w pokoleniu najstarszych bliskich. We snach stąpam po lodowych koleinach i dyskutuję, bronię się, tłumaczę z tego, dlaczego jestem taka, jaka jestem. Ale ich już nie ma.Moje tłumaczenia to najwyżej Kronika Akaszy – o ile jest.

Opowiadając o moich emocjach innym, muszę zacząć od Adama i Ewy lub starożytnych Rzymian. Już w ich świadomości pojawił się archetyp przestępcy i od tamtych czasów, mimo licznych ewolucji, trzyma się mocno i niewzruszenie.

Pierwszą próbą mojego dziecinnego zrozumienia pojęcia zbrodni, była podsłuchana rozmowa rodziców o wykonanych wyrokach Trybunału Norymberskiego na zbrodniarzach hitlerowskich. Z ich rozmowy, niedokładnie usłyszanej, zrozumiałam, że się ich wywiesza. Sądziłam, że za okno, na mróz. Brzmi to wprawdzie jak anegdota, ale jest najprawdziwszą prawdą. Kiedy czterolatek, mój rówieśnik, w czasie zabawy w pogrzeby (tak się wówczas dzieci bawiły po ogródkach, robiąc groby dla martwych ptaszków, żuczków i innych żyjątek) zaczął sypać ziemię do wózka, w którym spała na dworze moja siostra, będąca wówczas niemowlęciem, uznałam, że ją zabił i urządza jej pogrzeb. Wzięłam wówczas duży kamień i uderzyłam go w czoło, po którym to ciosie, zakrwawiony, przewrócił się na ziemię. Świadoma, że popełniłam zbrodnię, uciekłam z domu do pobliskiego lasku i tam schowałam się w jakimś wykrocie po bombie, zarośniętym gęstymi krzakami. Wolałam tam umrzeć, niż zostać wywieszona. Znaleziono mnie dopiero po dwudniowych poszukiwaniach, a znalazca, milicjant, moim zdaniem miał na mnie wykonać wyrok. Zanim sprostowałam swoje mylne przekonanie, zdążyłam pożegnać się już  z życiem.

Nie były to czasy szczególnego pietyzmu dla życia. Pisałam o tym wcześniej w kilku odcinkach Babci, publikowanych jeszcze na łamach „Taraki”. Wspominałam wtedy, że w 1945 i 46 roku na mojej ulicy, nocą napadano na niektóre domy i budziły nas regularne strzelaniny. Opowiadałam też, jak mój ojciec symulował groźbę strzelania przez okno,  z wieszaka na ubranie, do napastników.

Ale wracam do archetypu przestępcy, wdrukowanego mi wówczas, w latach dziecinnych .

Miałam koleżankę szkolną Ewę P. Łączą mnie z nią mnóstwo zdjęć  i wspomnienia, choć nigdy potem jej nie spotkałam. Kiedy w naszym domu zimą zamarzały rury, musiałyśmy nosić wiadrami wodę z kranów sąsiadów. Na naszej ulicy, Lesznowolskiej, było kilkunastu sąsiadów, wszyscy zamieszkali o wiele bliżej,  niż rodzice Ewy, z końca ulicy. Jednak tylko oni pozwalali nam czerpać wodę ze swojego  kranu, a także wchodzili z nami w jakiś kontakt. Bliżej położeni sąsiedzi, z nieznanych mi względów,  byli naszymi wrogami, co podkreślała nasza mama. Byliśmy biedni i nie stać nas było na stałe ogrzewanie węglem mieszkania i dlatego nasze rury z wodą zimą zamarzały. Spałyśmy w paltach i czapkach, nie myłyśmy się, bowiem miski z wodą ustawione przed naszymi łóżkami zamarzały. Woda przyniesiona w wiadrach od rodziców Ewy P. służyła do picia i gotowania. Ubikacja była nieczynna, korzystałyśmy z tej w szkole i u dobrych ludzi. Nasze kiszki i żołądki przystosowały się do cudzych warunków i obcych ludzi. Raz w tygodniu, w czwartki, jeździłam do łaźni na Krakowskim Przedmieściu, w sąsiedztwie Uniwerku, gdy była ona dostępna dla kobiet.

Rodziną Ewy P zarządzała jej babcia, teściowa ojca, z rodziny arystokratycznej „Cz.”. Tata Ewy miał warsztat tkacki,  w którym produkował prześliczne chusteczki ( wszystkie kobiety wówczas chodziły w chustkach na głowie) ale tkane przez tatę Ewy nie były jednobarwne, tylko dwukolorowe, przezroczyste jak mgiełka, biało-czerwone, przechodzące kolorami płynnie. Ich surowcem był nylon, ściśle wówczas reglamentowany, bo nie wytwarzany w Polsce. W sieni rodziców Ewy P stała beczka z kwaszoną kapustą , a pani Cz., babcia Ewy, za każdą moją wizytą, dawała mi jabłka z beczki. Smak tamtej kwaszonej kapusty i kwaszonych jabłek pamiętam do dziś. I do dziś kocham kiszoną kapustę i inne kiszonki. Pani Cz była osobą celebrującą swoją arystokratyczną rodzinę, ale nie mam pojęcia dlaczego faworyzowała Kasię, przeciętną dziewczyninę, córkę mamy wychowanej w sierocińcu, ale taty z pogardzanej inteligencji. Za sprawą pani Cz., złośliwej i niemiłej dla innych kobiety, nigdy nie odczuwałam w tej rodzinie swojej niższości.Do dziś nie mam pojęcia, za co mnie lubiła. Wszak zawsze byłam zbuntowana, nigdy pokorna. I nigdy nie obchodziły mnie hierarchie i porządki dziobania. Byłam maniaczką równości ludzi, a pani Cz. podkreślała swoje arystokratyczne pochodzenie. No i mieli służącą. Nie pomoc domową, a służącą.

Tata Ewy P. podarował mi kiedyś taką śliczną chusteczkę i był to pierwszy prezent od obcej osoby, który otrzymałam. Rodzice i babcia Ewy chyba bardziej mnie lubili, niż sama Ewa, poukładana i realistyczna, nieco młodsza koleżanka. Zawsze chciałam być taka, ale wiedziałam, że jest to poza moją możliwością.

Byłam licealistką, kiedy aresztowano tatę Ewy pod zarzutem nazwanym „aferą włókienniczą”. To był czas afer: mięsnych i innych oraz kar śmierci dla ich bohaterów.

W wyniku  pospiesznego procesu, tata Ewy został skazany na śmierć i wyrok wykonano. Pani Cz. zdołała wcześniej załatwić rozwód córki i formalnie wyrok kary śmierci nie obciążał rodziny. Jednak Ewa P nigdy już nie była taką naszą koleżanką, jak dawniej. W dodatku moja mama, która miała drewnianą komórkę w ogródku, a w komórce tej przechowywała (odpłatnie) dla pana P worki z przędzą na owe dwukolorowe chusteczki, kilka kolejnych lat  spędziła w przerażeniu i stresie, nie wiedząc co robić i jak zlikwidować pozostały u niej trefny towar. Podziwiałyśmy Ewę, wyniosłą i poukładaną i nie odważyłyśmy się do niej przemówić.

Afera, o której piszę,  powstała w sposób nieprzewidywalny. Pewna kobieta, z nieszczęśliwej miłości, powiesiła się w schowku przy kuchni, a przy okazji śledztwa wyszło na jaw, że pośredniczyła w nielegalnym zakupie przędzy w łódzkich tkalniach, które za łapówki, odsprzedawały część przydziałów. Nie przyszło jej do głowy, że pociągnie za sobą innych.

Ten lęk mojej mamy przed niespodziewanymi obrotami losu latami tkwił we mnie i stał u źródła podziwu i dystansu wobec mojej koleżanki Ewy P oraz jej dystansu do świata, Stała się dla mnie trędowatą, ale trędowatą budzącą podziw. Chciałabym taka być, gdyby przyszedł na mnie podobny czas. Ja zawsze byłam realistką i nie rozumiałam, dlaczego, na przykład ludzie pod śledztwem inkwizycji, nie zaparli się swojej wiary. Ja bym to zrobiła w każdej chwili; życie było mi droższe, niż poglądy. W lęku przed śmiercią, obiecałabym wszystko (inna rzecz, czy dopełniłabym później obietnic). Jestem konstrukcją psychiczną opartą na lęku.

Mój stosunek do przestępców ukształtował obraz taty Ewy, małomównego, spokojnego, ciemnowłosego człowieka, z dobrymi odruchami, przyjaznego światu i pogubionemu dziewczęciu.. To, co go spotkało, w moich oczach, było krańcową niesprawiedliwością i wywyższyło  jego dobroć i zwyczajność. I przymusową odwagę. Już na zawsze sylwetka nakrytego i uwięzionego przestępcy budziła moje współczucie zamiast potępienia. Ale inne spotkania, gdy byłam zagrożona osobiście, wymuszały uzasadniony lęk. To było coś, jak schizofreniczne rozdwojenie jaźni, podobne dzisiejszym odczuciom wobec tygrysów z zoo. Za kratami budzą litość, na wolności chętnie by je profilaktycznie zastrzelono. Czy wobec piesków: – pokojowe hołubimy, rozczulamy się nad nimi, ale gdy dopadnie nas wataha bezpańskich psów, licząca kilkanaście osobników zmykamy co sił i oburzamy się, że nikt z nimi nie zrobił porządku, nawet gdyby jego skutkiem stało się Tzw. „psie sadło”, sprzedawane na niektórych targach na wschodzie Polski. I składamy się na naboje dla nieoficjalnych myśliwych, ponieważ psy wyłapane do schronisk w jednym rejonie, po cichu wypuszczane są w lasach innego rejonu (choć ich odstrzał jest zabroniony, a ich łupem pada leśna zwierzyna).

Źródłem jest wdrukowane pojęcie PRZESTĘPSTWA, bez rozróżnień, oszukańczo sugerujące zło, jednakie dla rzezimieszków i wyznawców innych poglądów, czy unikających czegoś, uznanego z opresję w majestacie prawa.

Także i teraz, mając okazję korespondować z osobą aresztowaną, bardziej otwieram się na jej potrzeby i odczucia, niż na stanowisko prokuratora. Staram się go nie dostrzegać, pomijać i nie wnikać weń, bowiem jako polska obywatelka, podchodzę ze sceptycyzmem do przewagi prokuratury nad obroną. Jeśli z tym kimś wiążą mnie więzy sympatii, tym bardziej podkreślam potrzebę wyważenia racji postępowania na wszystkich etapach tzw. sprawiedliwości. Ale jako osoba, która wiele przeżyła, nie łudziłam się i nie łudzę, że surowość kary czemukolwiek zaradzi. Nie łudzę się też, że zmieniamy sądownictwo na lepsze, wskazując palcem zaufanych ludzi, jako jego przedstawicieli. Człowiek zawsze kieruje się w pierwszym rzędzie lękiem i asekuracją, a także uprzedzeniami, co wiem po sobie. Odstąpienie od instytucjonalnych zasad zawsze rodzi NIESPRAWIEDLIWOŚĆ. Teoria zawsze mija się tu z praktyką. Władza deprawuje, ponieważ uzależnia, a normalny człowiek źle znosi uzależnienie, nawet gdy musi mu ulec. Zwłaszcza gdy decydują o tym inni, a nie my. Jedyne, co go może uwolnić, to realna niezależność. Kiedy może być sobą, jest lepszy i mądrzejszy.

Dziś wracam myślami do mojej koleżanki, Ewy P i do tego, co musiała przeżyć i czego doznać i jak bardzo na jej życiu i przyszłym zawodzie musiał się odcisnąć zapał prokuratorów i sędziów tropiących przestępców – prawdziwych i urojonych. Wszak nie tylko oni cierpią, a może nawet nie oni najbardziej. Do kamieni, którymi obrzucano Ewę P, jako córkę burżuja i wroga ludu, także ja dorzuciłam swój kamyczek niechęci i izolacji, kto wie, czy nie uwierający ją bardziej niż inne.

Poniżej: fotografia, która uwidacznia, jak pozornie beztroska młodość jest złudzeniem, gdy na starych fotografiach uśmiechają się dzieci, przeżywające dramat ich życia.. Od lewej: ja, Ewa P. i moja siostra na naszej werandzie domku na Lesznowolskiej. Podtrzymujący słup ogołociły z kafelków bomby Powstania.

Czy jesteśmy w stanie zrozumieć innych?

Wychodzę z siebie i staję obok. Słucham tego, co  z mojej wypowiedzi dociera do  rozmówców.

Niewątpliwie, są to tylko wybrane frazy. Te które brzmią mocniej, ładniej albo potwierdzają ich chęci usłyszenia konkretnej rzeczy. Przypadek czasem chce, że to, co oni podchwytują i z czym dyskutują, akurat nie jest tym, co ja uważam za najważniejsze. W dodatku o sprawach dla siebie ważnych mówię półgębkiem, wstydliwie i z zażenowaniem. To spadek po PRL-u gdy należało zawsze zastanowić się wcześniej, do kogo się mówi i jak zostanie odebrane to, co się mówi, zwłaszcza w przypadkowej rozmowie. Rozmówców dzieliło się na kategorie i wbrew dzisiejszym odczuciom (media społecznościowe na przykład!) ci, których nie było widać, byli mniej groźni niż ci, którzy cię znali. Bez większych problemów można było spowiadać się przypadkowym znajomym z jednej podróży pociągiem niż szkolnej przyjaciółce, czy niektórym członkom rodziny. Okazywało się czasem, iż ci ostatni mieli wiedzę na twój temat znacznie przekraczającą ich zwykłe możliwości, musieli więc czerpać z zatrutych źródeł..

Opowiadam na przykład o problemach dzieci i wnuków, o swoich problemach zdrowotnych. Mówię, że miałam w nocy zawrót głowy. Czynię to czasem z lampką migającą w głowie, ale nie mogę się powstrzymać. Wskutek mojej zwierzęcej natury jestem członkiem stada i długie powstrzymywanie się od stadnych odruchów zwyczajnie szkodzi mojemu zdrowiu.

Ale migająca lampka czyni, że wstydzę się omawiać to, czym najbardziej chciałabym się podzielić – iż przez kilka minut żegnałam się z życiem i że w czasie owych kilku ważnych minut, żaden z omawianych, konkretnych problemów nie był tym najważniejszym i że właśnie owe minuty są ważne, a nie aktualny stan mojego zdrowia. Wbrew odbiorowi moich słów nie narzekam, a usiłuję podzielić się swoimi myślami. Nocny zawrót głowy, to jeszcze nie śmierć, która czai się za załomem poduszki i kiedy skręcisz głowę pod niewłaściwym kątem, możesz ulecieć w przestrzeń, której bynajmniej nie oswoisz, kurczowo trzymając się ramy łóżka, chociaż logika podpowiada ci, że nie spadniesz, jeśli się nie będziesz ruszać.

Cóż, kiedy nie wybierałam członków swojego stada, a ono nie odznacza się szczególnym wyczuleniem na moje słowa wypowiedziane, nie mówiąc już o niewypowiedzianych. Moje stado żąda ode mnie konkretów, ale zanim zdążę powiedzieć przynajmniej o ich części (nie dotykając jeszcze spraw trudniejszych do zmierzenia), zaczyna udowadniać mi, że nie mam racji, bo to i tamto. Albo, co gorsza, niczego nie udowadnia, zakładając a priori, że dziwaczę i dlatego można mnie lekceważyć.

Napomknęłam, że poszukuję miejsca, gdzie można kupić papierowo-plastikową lupę, do włożenia komuś do listu, kto sam jej nie może kupić, a komu czasem wysyłam skany, dla oszczędzenia papieru pomniejszone do formatu A-4 i usłyszałam prawdziwą filipikę przeciwko stwarzaniu sobie niepotrzebnych problemów. Dla zasady: nie była to prośba o kupienie tej lupki, kupił mi ją kto inny, kto sam to zresztą wymyślił.

Kiedyś, zanim jeszcze zaczęłam pisać, uważałam że to  moja wina, bowiem nie umiem wytłumaczyć precyzyjnie rozmówcom, o co mi chodzi. Starałam się więc doskonalić mój kunszt słowa, ale gdy już uznałam, iż z grubsza nie dokonam na tym polu nowych odkryć, właśnie odkryłam, że moje wypowiedzi nie mają większego znaczenia. Dzieje się bowiem tak, że na jakimś pomyślanym liczniku interakcji w stadach, wskazówka przedtem pokazująca taki kontakt, zatrzymująca się w drugiej połowie skali (słuchamy rozmówcy, reagujemy na treści, które nam przekazuje), w przeważającej mierze zaczyna ustawiać się na obszarze pierwszej połowy (słucham siebie i reaguję na swoje nie zawsze wypowiedziane słowa), a nawet czasem stoi jak wryta na początku skali. Ludzie tacy, którzy czasem  nawet głoszą wszem i wobec (jak niektórzy politycy), że pragną rozmawiać z innymi, w gruncie rzeczy to, co mogliby ewentualnie oni powiedzieć, traktują jako imaginacje, a nawet otwarcie o tym mówią. Z niecierpliwości już nie dają nam do zrozumienia, że nie obchodzą ich nasze myśli, a wręcz żądają, abyśmy dla ich wygody zaniechali dywagacji nad sprawami, o których nie chcą wiedzieć. Świat ma być taki, jaki przedstawia się ich oczom, a nie naszym.

Przyspieszenie tempa życia i przesunięcie go w kierunku odbioru obrazkowego, emocjonalnie bardziej bezpośredniego i prymitywniejszego, kieruje nas z powrotem w stronę zwierzęcego stada, u którego porozumieniu członków, niuanse tylko przeszkadzają. Gdy drapieżne oczy spoglądają zza krzaków rozważanie ich koloru jest zbędne, a wręcz szkodliwe.

Nie wyobrażam sobie, jak wytrzymują ci ludzie, którzy nie mają nawyku mówienia o swoich sprawach i dysponują jedynie hipotetyczną możliwością ich głębokiego szyfrowania, jak uprawiający różne dziedziny sztuki takie jak: muzyka, malarstwo, rzeźba, fotografia. Nie wszyscy, nie zawsze i nie w każdych sprawach zdolni są do świadomego szyfrowania, a wówczas chyba się duszą wewnątrz siebie. Tylko prymitywny obrazek zaspokoi potrzeby stada, tymczasem wyrażając siebie własnym szyfrem osoby te zmuszają go do ujawnienia komplikacji. Tylko nieliczni są w stanie zrozumieć  przesłanie ich sztuki (jeśli oczywiście chce się im poświęcić nieco czasu na wgłębianie się w istotę przekazu).

Słyszałam ostatnio o kimś, kto pisze artykuł o sławnym malarzu, którego żona zrezygnowała ze swoich artystycznych ambicji (co nie jest dziwne, gdy się ma ósemkę dzieci), a po latach, gdy do nich wróciła, zaszyfrowała je jeszcze głębiej, projektując tkaniny i sprzęt codziennego użytku. Myślę, że klasyczne malarstwo było dla niej zbyt mało zaszyfrowane. Ale kto to zrozumie, kto nie jest kobietą z ośmiorgiem dzieci uprawiającą sztukę, z której kiedyś musiała zrezygnować.

Czy jest z tego jakieś dobre wyjście?

Śledząc różne możliwości i trendy, odkryłam pewną telewizję, która niewielkim kosztem jednego sms-a pozwala wysłać komuś zaszyfrowaną wiadomość, ale niestety, nie pozwala otrzymać odpowiedzi. O tym jednak napiszę w przyszłości. Jest to zresztą jeden z tych projektów, który budzi pogardliwe parskanie mojego stada.

 

Narzędzia do myślenia

(Daniel C. Dennett – amerykański filozof i kognitywista)

W poprzednim odcinku wspomniałam o błędach w myśleniu ( a w ślad za tym i w dyskusjach lub w tym, co za dyskusje uważamy) w kontekście książki Daniela C. Denneta „Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia”. Jego stosunek do błędów popełnianych przez człowieka znacząco różni się od popularnego podejścia, widocznego najczęściej w mediach społecznościowych, gdzie jakakolwiek wypowiedź, mogąca zostać uznana za krytykę, (nawet zwyczajne sprostowanie ewidentnego błędu ortograficznego), wywołuje falę złości i hejtu oraz próby udowodnienia, że nie masz racji, albowiem JA uważam, że jej nie masz. Podobnie jak pewien sześciolatek, który rozgniewał się na rodzinę, wściekał się i szalał, że usiłowała mu wytłumaczyć, iż 2+1 = 3, a nie 4 i zupełnie nie chciał zrozumieć spokojnych wyjaśnień; nie próbował ich nawet wysłuchać.

Najważniejsza sztuczka pozwalająca na popełnianie dobrych błędów to ich nieukrywanie – zwłaszcza przed samym  sobą. Zamiast się ich wypierać, powinieneś stać się ich koneserem, obracając je w swoim umyśle, tak jakby były dziełami
sztuki, którymi zresztą w pewnym sensie są, Podstawowa reakcja na każdy błąd powinna być taka: „No cóż:, nie zrobię tego ponownie!”. Dobór naturalny tak naprawdę nie myśli tej myśli; po pro stu usuwa głupków, zanim zdążą się rozmnożyć; dobór naturalny nie zrobi tego ponownie, a przynajmniej nie będzie tego robił tak często… My, ludzie… Możemy właśnie pomyśleć tę myśl, zastanawiając się nad tym, co właśnie zrobiliśmy: „No cóż, nie zrobię tego ponownie!”. A kiedy się zastanawiamy, bezpośrednio konfrontujemy się z problemem, który musi zostać rozwiązany przez każdego popełniacza błędów: co to dokładnie jest? Co takiego zrobiłem, ze wplątałem się w te kłopoty? Sztuczka polega na tym, aby wykorzystać konkretne aspekty bałaganu, w którym się znalazłeś, w taki sposób, aby twoja następna próba
była oparta na tej wiedzy i nie stała się tylko kolejnym strzałem na oślep.” (str 35-36)

Postaraj się nabyć osobliwej praktyki delektowania się swoimi błędami, ciesząc się odkrywaniem dziwactw, które spowodowały, że zbłądziłeś. Później, gdy zaczerpniesz z tych błędów wszystkie możliwe korzyści, będziesz mógł z radością zostawić je za sobą i przejść do następnej, wielkiej okazji. Ale to nie wystarczy: powinieneś aktywnie szukać okazji do popełniania wielkich błędów tylko po to, aby móc je później naprawić” (str.37)

Urzeka mnie w tym rozumowaniu jedno: traktowanie myślenia nie jako obowiązek, człowieczą powinność itp. ale jako hobby, zagadki do rozwiązania, które przywołuje nam wszystko co nas otacza. Chociaż autor posługuje się przykładami z nauki, nie trudno znaleźć ich mnóstwo w codziennych interakcjach z ludźmi, na przykład na facebooku. Tropienie błędów rozumowania cudzych i własnych może być znakomitą ale i pouczającą rozrywką, a także przynieść niewymierne korzyści. Jeżeli bowiem mamy do czynienia np z przemówieniami wyborczymi dwóch polityków, z których każdy obiecuje gruszki na wierzbie, możemy spróbować wybrać tego, który wydaje się rozsądniejszy mimo, że jest mniej elokwentny i przystojny (co jest jednak rzeczą gustu) i nie otacza się dziećmi, pieskami i staruszkami. Wierzcie mi, może to sprawić wiele niespodzianek!

Przystępując do opisów technik wykrywania błędów w swoim myśleniu autor zaczyna od najprostszych, jak ZGADYWANIE. Oznacza ono eliminację nietrafnych wyników i kolejne przybliżanie właściwego rozwiązania. Tak działa dobór naturalny automatycznie zachowując wszystko, co działało do tej pory. Najczęściej wszystkie zmiany jako nietrafne prowadzą do śmierci, ale niektóre z nich okazują się korzystne i te są powielane w kolejnych pokoleniach. Wśród przykładów tej taktyki wymieniane są także: nawigacja morska przed wynalezieniem GPS (gdzie kolejne etapy pomiarów przybliżały właściwe rozwiązanie poprzez wprowadzanie poprawek). Także urządzenie GPS używa strategii opartej na popełnianiu i naprawianiu błędów aby zlokalizować położenie wobec satelity. Na taktyce tej oparte są niektóre karciane sztuczki, ukrywające wszystkie błędy (podobnie jak dobór naturalny) a eksponujące sukcesy, gdzie, jak pisze autor „ponad 90% stworzeń, które kiedyś żyły, zmarła bezpotomnie, ale żaden z twoich przodków nie podzielił tego losu”(str.41).

Kolejną strategią wykrywania błędów jest „REDUCTIO AD ABSURDUM” czyli przez parodię rozumowania Polega ona na tym, że bierzesz twierdzenie lub przypuszczenie będące przedmiotem analizy i sprawdzasz, czy możesz wywieść z niego jakieś niedorzeczne konsekwencje. Można poćwiczyć na takim stwierdzeniu:

żadne z nich nie dzierży w dłoni flagi Polski, mimo że zależy im na wolnej Polsce'”. http://tosterpandory.pl/ide-prosto-europejskie-kregi-na-wodzie/

Inne reguły myślenia, o których pisze autor, jak reguły: Rapoporta, prawo Sturgeona (90% wszystkiego to bzdury), Brzytwa Ockhama (nie należy mnożyć bytów ponad konieczność) i Miotła Ockhama (zamiatanie niewygodnych faktów pod dywan), wykorzystanie niefachowej publiczności jako przynęty (błąd niedostatecznego wyjaśnienia), Jootsingowanie (wyskakiwanie z systemu, lekceważenie reguł), gouldowanie – trzy gatunki itp, mimo obcojęzycznych nazw mogą znaleźć mnóstwo przykładów – w reklamie, polityce, perswazji rodzinnej, szkolnych podstawach programowych, dyskusjach zwyczajnych ludzi. Ich identyfikacja i obnażenie sposobu myślenia może przynieść wiele satysfakcji. Mnie ostatnio zafascynowało obnażenie błędów myślenia w takiej reklamie zachęcającej do zakupu: „Chcesz zmiany? Zacznij od wnętrza swojego domu: wybierz z nowych kolekcji na Vivrehome.pl.” Jak również w nieznośnych dla normalnego człowieka, nie będącego fanem motoryzacji, dialogi pseudo-dziennikarza, Macieja Zientarskiego, na temat zalet Toyoty.

Ostatnio pewien człowiek napisał:

Istnieją dwa rodzaje przynależności.
Pierwszym jest przynależność formalna.
Ma ona miejsce wtedy gdy ktoś uczestniczy w przedsięwzięciu fizycznie, osobiście.
Np. jest członkiem partii politycznej lub określonego kościoła czy grupy duchowej.
Działa wtedy czynnie, angażuje się.
Jest to zawsze związane z posiadaniem określonych poglądów, z których wynika taka a nie inna przynależność.
Człowiek taki podejmując życiowe decyzje, podpiera się kanonem wartości, które reprezentowane jest przez środowisko z którym się utożsamia.
Istnieje też inny rodzaj przynależności.
To przynależność fizyczna, oparta na zaszczepionych, często nieuświadomionych kodach mentalnych.” itp

Kiedy skrytykowałam jego rozumowanie pisząc:, że

„Przynależność formalna nie jest przynależnością fizyczną. Można przynależeć formalnie (być na jakiejś liście) ale nie uczestniczyć fizycznie w działaniach grupy. Skoro wywodzimy jakieś prawdy z innych prawd, bądźmy przynajmniej precyzyjni.”

osobnik ów obrzucił mnie zarzutami in personam:

„Pani nie odnosi się do treści tylko fantazjuje w oparciu o własne widzimisię.Nie wylewam żali tylko łajam Pani nadwyrężony intelekt. Widzi Pani różnicę?”

Dowcip w tym, że zmienił w swoim pierwotnym wpisie słowo fizyczna na nieformalna. 

Nie zmienia to jednak faktu, że na przykładzie jego wywodów można omówić cały podręcznik D.C. Denneta, chociaż, niestety, omawiając błędy rozumowania, nie wpadł na pomysł, że można być z gruntu nieuczciwym, zaprzeczając w żywe oczy temu, co się kiedyś powiedziało czy napisało. Ale to właśnie jest Polska i  polski styl myślenia. Podstawowy błąd, z jakim mamy do czynienia. Nie tyle bezmyślność, ile nieuczciwość. Perfidne cwaniactwo drobnego oszusta także w skali państwa.

Polecam wszystkim lekturę tej książki. Mimo, że autor używa przykładów z dyskusji naukowych, można ubawić się do łez. Ja, zgodnie z regułami demaskuję tezę, że zapłodniona komórka to życie poczęte i ze zdziwieniem stwierdzam, że absurdalne wnioski z tego rozumowania wynikające, upowszechniane są jako prawdy niewzruszone. Czyżbyśmy doszli do tego punktu, kiedy zawołanie ze znanej baśni „król jest nagi” budzi obrzydzenie i powszechną niewiarę?

 

 

 

 

Z „Pudelka” jestem

Powiedziano mi ostatnio, że z „Pudelka” jestem. Problem w tym, że nie udowodniono mi, dlaczego niby taka jestem. Tak kończą się dyskusje teoretyków z praktykami – gdy kogoś poniesie złość i zbyt osobiście traktuje odmienne zdanie w dyskusji, kończy się na argumentach ad personam.

Rzecz poszła o kilka spornych spraw różnego gatunku i ciężaru, koncentrujących się wokół trzech problemów, rozpalających społeczne emocje: exodusu Żydów z Polski w 1968 r., zagłady Żydów na Podlasiu w czasie II wojny światowej oraz problemu Wołynia. Ten ostatni służyć miał ekspozycji tezy, że nie do końca istnieją wiarygodne źródła pisane (bardzo często zaś nie istnieją w ogóle) w związku z tym historycy, nawet rzetelni, nie zawsze dysponują dokumentacją uzasadniającą ich tezy. Nie każdemu naukowcowi miejscowy opowie o wstydliwych zachowaniach swoich przodków; trzeba lat, aby zdobyć zaufanie i usłyszeć ich wersje wypadków.

Ale zacznę od początku. Wspomniałam, że jako pracownica Rady Narodowej w Gdańsku, w roku 1968 dowiedziałam się o masowym wyjeździe Żydów z Polski prawie z dnia na dzień. Nie zauważałam wcześniej jakiejś zmasowanej akcji przeciwko Żydom, aż nagle akcja ta wystartowała z niesłychaną siłą: odgrzewanych dowcipów, inwektyw i pomówień. Pech chciał, że załatwiałam z jakąś osobą o charakterystycznym nazwisku – nigdy nad tym się wcześniej nie zastanawiałam – sprawy służbowe i pewnego dnia, zamiast grzecznych zapewnień, że pani ta zajmie się sprawą, kiedy będzie miała czas, usłyszałam, że nie mam co liczyć, że w ogóle się do mnie odezwie, (w atmosferze śmichów-chichów), jako że musiałabym szukać jej w Izraelu.

To były czasy głębokiego PRL i nic nie działo się bez przyczyny. Intuicyjnie ludzie mojego pokolenia wyczuwali, że taka czy inna akcja ma aprobatę władzy, głównie po tym, jak szybko działało coś (przypominam nie była to epoka internetu a telewizja dopiero zdobywała popularność kilkoma godzinami w jednym programie na dobę), a prasa była wyłącznie jednego, oficjalnego pochodzenia i zawsze pisała to samo. Bez słów jasne było, że nagonka na Żydów, przedtem niezbyt chętnie widziana (w każdym razie oficjalnie), nagle stała się oficjalnie popierana, aprobowana i szanowana.

Zilustruję to jeszcze inaczej. Jako żona wykładowcy w liceum  i melioracyjnej szkole pomaturalnej w Gdańsku Oruni, na zakończenie roku szkolnego i matur, uczestniczyłam w nieoficjalnych spotkaniach absolwentów na pobliskim cmentarzu żydowskim, porośniętym drzewami i krzakami ze zrujnowanymi nagrobkami, bez wyrzutów sumienia z tego tytułu, ale także bez specjalnej satysfakcji z bezczeszczenia miejsc dla kogoś świętych. Nie miałam najmniejszego pojęcia, czym dla Żydów są ich cmentarze – dla mnie to po prostu było dobre miejsce na bibki poza zasięgiem dyrektora szkoły. (pisałam o tym w  2014 roku w Tarace:

Bibka na cmentarzu

Do dziś zresztą odczuwam z tego powodu dyskomfort.

Wydarzenia związane z 1968 r ukazały moje działania jako coś oficjalnie zupełnie neutralnego, bowiem nie może tak być, żeby cudza tradycja była ważniejsza niż nasza, a więc z tego, że na cmentarzach katolickich (przynajmniej w Polsce) nie pije się wódki, nie wynikało, że zakaz ten dotyczy cmentarzy żydowskich. To były gorsze cmentarze i stosowne było nie przejmowanie się nimi.

Właśnie to nie wydawało mi się w porządku i uruchomiło we mnie cały proces spostrzeżeń i myślenia, a potem poszukiwania informacji i odczuwania wstydu.

W dyskusji wspomnianej na początku wyraziłam tezę, że wybuch nastrojów antyżydowskich był skoncentrowany w czasie i oczywistym było, iż jest przez kogoś sterowany.

Moja dyskusyjna przeciwniczka prezentowała tezę, że Polacy byli od zawsze antysemitami itp., a jednostkowe doświadczenia nie mogą być świadectwem historii. Powoływała się na nazwiska historyków, którzy to udowodnili, deklarując, że zaprosi jednego z nich na osobistą dyskusję. Dla mnie było to chwalenie się znajomościami, nie mówiąc już o tym, że nie jestem naukowcem i nie mam odpowiedniego warsztatu do dyskutowania z takim. Jestem zwyczajną kobietą i chcę usłyszeć argumenty dla zwyczajnych ludzi, a zwłaszcza takie, które stawiają wyżej dywagacje fachowców nad osobistym doświadczeniem. Fachowiec historyk nie dowie się się tego, co usłyszy obdarzony zaufaniem sąsiad z działki przy flaszce bimbru (jak ja o topieniu Żydów na Bugu albo wyczynach Żołnierza Wyklętego, niejakiego „Młota” na Podlasiu).

Władysław Łukasiuk

‚MŁot’

Odcinek 56 Prababci ezoterycznej

Do tego trzeba mieć zaufanie miejscowych, a to zdobywa się latami (i litrami bimbru też). Obowiązkiem historyka jednakowoż jest też wyłożenie swojej racji wobec bezpośrednich świadków historii. Trzeba sprawdzać prawdziwość opowieści, ale nie można z góry ich przekreślać lub lekceważyć, bo zna się historyków, którzy „wiedzą lepiej”. Nie jest obowiązkiem zwykłego widza sporów odgadywanie, kto jest historykiem, a kto propagandzistą z etykietką historyka. Z  życiowego doświadczenia jednak wiadomo, że propagandziści oczekują, aż bezpośredni świadkowie wydarzeń wymrą, a póki tego nie uczynią, jak moja dyskutantka, oczekują iż przedłożą nazwiska profesorów nad osobiste doświadczenia. Z niechęci (nawet tradycyjnej) wobec Żydów wcale nie wynikało ich mordowanie, przynajmniej proces ten powinien zostać rozważony i rzetelnie zanalizowany. Natężenie antysemityzmu zmieniało się w czasie i tylko czasami osiągało groźne rozmiary, my jednak, jako ludzie generalizujemy i lubimy podkreślać formy najbardziej spektakularne i przerażające, skrzętnie unikając rozmowy o niuansach i przyczynach.

Oczywiście, jak to bywa w dyskusjach zwykłych ludzi, okazało się, ze w gruncie rzeczy nie o to chodzi. Antysemityzm istniał, ale w różnym natężeniu w różnym czasie, czasami tylko się tlił pod powierzchnią, ale nie był zawsze oficjalnie aprobowany i kultywowany. Stanęło na kontrze historyków przeciwko tzw. osobistym świadkom, którzy są niewiarygodni i opowiadają jakieś bzdety, że coś widzieli, skoro historycy udowodnili, że na pewno nie widzieli, bowiem profesor taki a taki udowadnia, że widzieć nie mogli. Tutaj moja przeciwniczka przytoczyła sporo terminów naukowych i naukawych z dziedziny statystyki, mających udowodnić, jak jestem głupia, zresztą nie bardzo dając mi dojść do słowa i rzucająca się na moje wypowiedzi jak drapieżnik na ofiarę w połowie zdania, a czasem nawet na samym jego początku. Oczywiście są to przywary ludzi, którzy wiedzą lepiej i słuchają głównie siebie. Dowody ze statystyki nie są bynajmniej lepszym dowodem niż osobiste świadectwa, mogą i powinny jedynie się uzupełniać. A zajadłość nie jest dowodem racji.

Zeszło na zagładę Żydów na Podlasiu i na to, że moje osobiste świadectwo z rozmów z osobami, którzy znali na przykładzie własnych rodzin proceder topienia Żydów podczas przeprawy przez Bug, wówczas rzekę graniczną między Polską pod okupacją niemiecką, a ZSRR. To właśnie wówczas usłyszałam, że jestem z „Pudelka”, bowiem stawiam osobiste doświadczenia nad prace historyków. Doskonale wiedziałam i wiem, że choć żydowskie pogromy na Podlasiu były faktem, historycy, nawet najbardziej rzetelni, nie zawsze o wszystkim wiedzą, bowiem „miejscowi” wiele lat i przez całe pokolenia ukrywają wstydliwe sprawy. Nikt z nich nie opowie o osobistych doświadczeniach historykowi, choć może opowiedzieć o nich przy  alkoholu komuś, kogo szanuje i komu ufa. Inna rzecz, że trzeba czasem trafić za odległy o niecałe 300 metrów od wsi, grób zamordowanej żydowskiej rodziny, żeby nie spytać siebie jak to możliwe, żeby we wsi nic o wydarzeniu nie wiedziano (?). Czy historycy zawsze zadają sobie takie, wcale nie retoryczne pytanie?

Mam niedobre doświadczenia, kiedy usiłowałam przekazać opowieści o jednym z żołnierzy wyklętych na Podlasiu – „Młocie”, kiedy nawet pamiętniku ojca pewnej korespondentki, członka bandy „Młota” uznano za wymysły starej kobiety i nikt nie chciał się nimi zainteresować, a w komentarzach pod odcinkiem odsądzono ową kobietę i mnie od czci i wiary. Ja słuchałam na jego temat wielu opowieści, cóż, że głównie opowiadały o owych żołnierzach wyklętych wiejskie baby, a one się nie liczyły i nie liczą.

To najbardziej jaskrawe przykłady, że pod pretekstem „naukowości” opowieści bezpośrednich świadków traktowane są jako wymysły z „Pudelka”

Moja miłą koleżanka – dyskutantka wściekła się na tyle, że wyjechała następnego dnia o świcie, a potem wykasowała mnie z fejsbuka, zapewne dlatego, żeby spokojnie obrzucić mnie błotem wśród swoich znajomych.

Opowiadam tę historię nie dlatego, żeby wyrzucić swój żal i dyskomfort na zewnątrz – a przynajmniej nie tylko dlatego. Ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że inne zdanie w sprawach osobiście nas nie dotyczących, wywołuje falę złości i agresji. Dla mnie dyskusja o marcu 1968 roku była poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, czy ktoś akcją tę sterował ( miałam takie podejrzenia, wynikające z szybkości rozprzestrzeniania się nagonki). Oczekiwałam informacji od osoby interesującej się historią, a nie zaprzeczania moim wrażeniom i nie aroganckiej wypowiedzi, że historycy wiedzą lepiej niż jakaś baba, co usłyszała coś na wiosce przy flaszce bimbru.

Cóż, byłam i jestem idealistką. Nie raz słyszałam opowieści, że świadkowie z czasów PRL powinni wymrzeć, żeby historycy mogli rzetelnie analizować ówczesne zdarzenia. Jako ktoś, kto wcześniej czy później jednak wymrze (tworząc wolne pole historykom dla konfabulacji  i rzekomej „aktualizacji” badań), chciałabym zaznaczyć, że pewna, nieżyjąca już kobieta, znalazła na skraju swojej łąki nad Bugiem dogorywającego Żyda, którego nie utopiono i wysłuchała jego opowieści o zagładzie jego rodziny. Opowieść zawierała tyle nietypowych faktów, przeczących obiegowym opiniom o ludzkich losach, że trudno byłoby, aby ktoś ją wymyślił. Kobieta już nie żyje, nie żyją ludzie odpowiedzialni za proceder, a ja na swoją obronę mam jedynie pamięć głupiej baby, która opowiedziała coś paniusi rodem z „Pudelka”.

Zarzucono mi, że nie podniosłam larum, ale wiem, że nawet osób dysponujących pisanymi źródłami (pamiętnikami sprawców) nie chciano słuchać. Mam na myśli IPN. Zrobiłam, co mogłam. Opisałam to w powieści „Sierotka” i w opowiadaniu „Te drzwi” (dostępnym na mojej stronie autorskiej http://kasiaurbanowicz.pl/ ; Kto chce, niech mi wierzy, ale niech nie pyta, dlaczego ludzie nie opowiadają o takich sprawach historykom.

Najzabawniejsze jest to, że gdy przyjechała do mnie wspomniana koleżanka, czytałam książkę Daniela C Denneta „Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia”. Pochwaliła się, że była na wykładzie tego, bardzo znanego profesora, filozofa i kognitywisty i jest nim zachwycona. W swojej książce autor ukazuje rozmaite błędy w myśleniu, a tym samym także w dyskusjach. Moja koleżanka popełniła przynajmniej trzy z tych dwudziestu, o których zdążyłam przeczytać na pierwszych stu stronach książki.

To jest dowód, że człowiek, nawet najbardziej rozwinięty intelektualnie, nie jest istotą racjonalną.

 

 

Jak żyć

Za oknami mojego mieszkania rozciąga się stary cmentarz. W panujących upałach przekraczających 30 stopni C wieczorami po wyłączeniu klimatyzacji napływają do mnie cmentarne zapachy. Ziemi nasączonej gnijącymi szczątkami ludzi, stearyny z cmentarnych lampek, kwiatów więdnących i tracacych swoją barwę. Teoretycznie cmentarz jest zamknięty, ale stale trwają na nim pochówki i rozbrzmiewają tony adagio i marszu Szopena.

Paradoksalnie, w tej atmosferze gorących nocy znaczenia nabiera pytanie „jak żyć” a nie „jak umierać”.

 

W poprzednim odcinku wspomniałam książkę Agnieszki Drotkiewicz, poświęconą temu pytaniu, zadawanemu ludziom kultury. Właściwie nikt z nich nie odpowiada na nie w pełni, raczej czyniąc uniki. Przedstawiają swoje przemyślenia i doświadczenia, unikając generalizowania i łatwych recept. Jest to z gruntu uczciwe i zasługuje na poparcie. Prostej odpowiedzi oczekiwał chyba tylko ów plantator papryki, dzięki któremu pytanie stało się znane.

Jednocześnie moja koleżanka, od dawna rozgryzająca ten problem, pożyczyła mi książkę, ponoć stanowiącą rewelacyjną odpowiedź na zadane pytanie. Jest to pozycja Aleksandra Lowena „Zdrada ciała” zaopatrzona podtytułem: „Dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją”, wydaną przez Centrum pracy z ciałem Joanny Olchowik.  Z dedykacji do pacjentów dowiadujemy się, że inspiracją do napisania książki stała się ich odwaga mierzenia się z trwogą i rozpaczą. Ciekawi mnie więc, jakie rady autor ma dla swoich pacjentów.

Niestety, nie mogę zgodzić się z autorem w większości jego twierdzeń. W rozdziale pierwszym przedstawia swoją pacjentkę, mającą rzekomo problem z tożsamością. Długo i zawile opisuje jej problemy, definiując jej rozczepienie, jako zaburzenie schizoidalne, które ponoć leży u każdego podłoża problemu tożsamości. Twierdzi on, że poczucie tożsamości wyrasta z poczucia kontaktu z własnym ciałem, bowiem „bez świadomości czucia w ciele osoba rozszczepia się na bezcielesnego ducha i rozczarowane ciało”. Opisuje pacjentkę imieniem Barbara, której problemem, jego zdaniem jest konflikt ze służącą i poczucie jej bezradności w tej relacji. Zagłębiając się w teorie, przedstawiając, jak Barbara rysuje obraz swojego ciała i jak widzi ciało mężczyzny, zapomina jednak, że Barbara jest matką czworga dzieci (w tym niemowlęcia) i jej fizyczny odpływ sił może być całkowicie uzasadniony wykonywaną przy nich pracą (i małą pomocą leniwej służącej).

Innego pacjenta, mężczyznę, znanego artystę i jego problemy z tożsamością, autor ocenia już inaczej, zda się pobłaża jego chwilowemu brakowi kontaktu z ciałem (nie uzasadniając zmiany swojego podejścia).

Ale pomińmy detale i brak obiektywizmu autora. W warstwie teoretycznej twierdzi on, że „człowiek doświadcza rzeczywistości świata wyłącznie poprzez ciało. Jeżeli ciało jest stosunkowo mało żywotne, wrażenia i reakcje osoby są ograniczone. Człowiek emocjonalnie martwy zwrócony jest do wewnątrz: myśli i fantazje zastępują czucie i działanie. Przesadna aktywność umysłowa jest substytutem kontaktu ze światem rzeczywistym„. Przywołuje tu przykład deprywacji sensorycznej.

Mierzi mnie takie uproszczenie.

Czucie i działanie nie muszą iść ze sobą w parze, a żywotność nie oznacza bynajmniej warunku posiadania zdolności do czucia. Podam prosty przykład: sparaliżowany człowiek, doświadczający bólu, mimo pozornego bezruchu i małej żywotności (braku aktywności), nie musi porzucać rzeczywistości na rzecz urojeń właściwych deprywacji sensorycznej. Wszak deprywacja polega na braku bodźców, a sparaliżowane ciało dostarcza ich czasem zbyt wielu. Aktywność umysłowa, aczkolwiek bardzo pożądana, nie przyniesie dochodu guru nastawionego na dopieszczenie ciała. Chyba że sparaliżowany człowiek jest na przykład genialnym astrofizykiem, Stephenem Hawkingiem, lub innym tego rodzaju myślicielem, umysłem uwięzionym w chorym ciele.

Zdemaskowanie błędnego myślenia autora nie jest łatwe, ponieważ wielu terminów i określeń używa zamiennie i nieostro. Nie jest moim zamiarem obnażanie braków warsztatowych autora książki, zwłaszcza, że jestem tylko dyletantką, sugeruję jednak, że stawia on pewną tezę i wszystko inne nagina do jej uzasadnienia, żonglując znanymi nazwiskami i teoriami. Sięga także po terminy spoza warsztatu naukowca. Twierdzi na przykład, że „Gdy kobieta przyjmuje męskie ego, rodzi się w niej wiedźma. Wiedźma wyznaje pogląd męskiego ego, że ciało kobiety to obiekt przeznaczony do wykorzystania seksualnego.” Wracając do Barbary, jego zdaniem owa przepracowana trzydziestopięciolatka i matka to w istocie ucieleśnienie problemu: „Seksualna uległość Barbary jest odbiciem jej pogardy dla mężczyzny. Mówi ona w istocie: jestem niczym, a skoro mnie pragniesz, to jesteś głupi”.

Bzdura! Już moja matka, wychowanka sierocińca, powtarzała, że małżeństwo i macierzyństwo, to ciężkie i trudne spełnianie obowiązku, wziętego na siebie, a ja dodam z własnego doświadczenia, że gdy niemowlęta płaczą całą noc, nawet perspektywa seksu z ukochanym mężczyzną nie jest pociągająca. Nie chce się jeść, ani pić, nie chce się seksu, ani miłości lub czułości, jedyne, czego się chce – to spać. Ale widać panu Lowenowi brakuje doświadczenia i empatii, dlatego też sięga po dywagacje na temat przyswajania sobie przez pacjentkę ojcowskiego wizerunku kobiety. Takie dywagacje nie prowadzą jednak do rozwiązania problemu, choć można go zmniejszyć poprzez wspomożenie owych „wiedźm” w ich codziennym trudzie. To jednak wymaga wydatków a nie przysporzy autorowi dochodów ze szkoleń i diagnoz „leczniczych”.

Inny pacjent, przepracowany Henry (nie mający problemów finansowych), poprawił swoją kondycję psychiczną zwracając większą uwagę na swoje ciało. Jasne, miał czas i pieniądze i na pewno dobrze mu zrobiło odwrócenie uwagi od nowych obowiązków i wyzwań zawodowych. Oczywistym jest, że jego ciało wysoko cenionego menadżera było w lepszym stanie, niż ciało Barbary. Przepracowanie fizyczno/psychiczne i tylko psychiczne, to całkiem coś innego. Trochę gimnastyki, dobre kosmetyki, siłownia, masażysta, fryzjer i zakupy wg najświeższej mody, rozwiążą (przynajmniej tymczasowo), problem kontaktu z własnym ciałem.

Nie chcę zagłębiać się w ciąg dalszy dywagacji autora, próbuję odgadnąć tylko skutki jego teorii dla mojej koleżanki, która pożyczyła mi książkę, pracowicie podkreślaną i zaopatrzoną miejscami w wykrzykniki.

Otóż jej zdarza się także ( jak każdemu z nas) tracić kontakt ze swoim ciałem, gdy jest zmęczona, zestresowana, zadumana, lub gdy po prostu na dworze za oknami skierowanymi na południe lub wschód, panuje temperatura przekraczająca 30 stopni C. A tutaj trzeba wstać, umyć się, wygoniwszy przedtem niepracującą matkę, okupującą łazienkę i dopieszczającą lakierem swoje kosmyki, co nie obywa się bez awantury; jechać przepełnionym autobusem do pracy, by przejąć rozkapryszonego bachora z rąk skłóconych rodziców, ze świadomością, że wykręcona poprzedniego dnia ręka, bardziej boli niż powinna, a dzieciak chce „na rączki„. Jeżeli uwierzy ona, że jest osobowością schizoidalną, bowiem straciła kontakt ze swoim ciałem, to prosta droga do utraty wiary w siebie (zwłaszcza, że jako niania pracuje na czarno, bez ubezpieczenia i lekarskiej pomocy, a czas nie jest już dla niej tak łaskawy, jak w młodości przed pięćdziesiątką, gdy wychowywała samotnie własne dzieci).

Paradoksalnie książka pana  Lowena nie pomoże jej w niczym, a wręcz przeciwnie, zaszkodzi. Zadane w podtytule pytanie ” dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją” ma prostą odpowiedź: Bo świat nie jest przyjazny ludziom, ba, staje się coraz mniej przyjaznym, w każdym razie tym, którzy nie zarabiają na doradzaniu biednym kobietom, dla których ich ciało staje się ciężarem, a nie radością.

Wracam jeszcze na chwilę do pierwszego wywiadu Agnieszki Drotkiewicz – „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” z Bellą Szwarcman- Czarnotą, autorką, redaktorką i tłumaczką o szeroko rozumianej kulturze żydowskiej pt. „Tak pamiętać, żeby iść do przodu”. W drugiej części wywiadu, poświęconej rytuałom i gotowaniu, przywołuje słowa swojej ciotki, które stały się tytułem całej książki, wynikające zdaniem rozmówczyni z żydowskiej zasady bycia pożytecznym i poważnego traktowania dzieci.

Nie do końca się z tym zgadzam. W mojej i wielu znajomych rodzin, nie mających nic wspólnego z kulturą żydowską, też panowała taka zasada. Siostra mojej teściowej, moja imienniczka, Katarzyna, zamieszkała w podlaskiej wsi Wólka Plebańska i prowadząca tam gospodarstwo rolne, będąc już starą kobietą po siedemdziesiątce, z podobnym nawykiem pracy bez odpoczynku, miała łóżko, jak to na tamtych ziemiach, pokryte piękną narzutą ze stertą ułożonych poduszek i lalką na ich szczycie. Nigdy w ciągu dnia nie kładła się i bardzo rzadko przysiadała, a jeśli już, to półgębkiem, z brzegu krzesła przy stole, z rękami stale czymś zajętymi. Kiedy doznała zawału serca, po powrocie ze szpitala lekarz kazał jej położyć się codziennie na minimum 2 godziny. Ona po prostu tego nie umiała. Jak to jest położyć się w ciągu dnia? Dlatego też stawiała na stole budzik i siadała na krześle, żeby „odpoczywać” zalecone 2 godziny. Nic dziwnego, że w parę miesięcy później zabił ją kolejny zawał.

Moja mama także mawiała: „jeszcze dzisiaj nie usiadłam” i była z tego dumna.

Przypomina mi się taka śpiewka z czasu studiów nad literaturą słowiańską:

Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić,

bo nas nogi bolą po tym polu chodzić./bis

Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić,

zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić./bis

Żebyś ty, słoneczko, na zarobku było,

to byś ty, słoneczko, prędzej zachodziło./bis

Niewiele się zmieniło od tamtych czasów. Przybyło tylko diagnostów.

Ania Od Polnych Kwiatów i inni dobrzy ludzie

Takie kategorie, jak dobro, zło, sprawiedliwość, uczciwość, odwołują się do odwiecznej formy myślenia przez wartości. Kiedyś były ugruntowane moralnie. Dzisiaj język wartości bądź zanika, bądź przez zaliczanie do sfery banalnej banalności, albo wynaturza się,  wkraczając do politycznych nazw, reklam, lub pośledniejszej literatury rozrywkowej, albo przybiera postać piłeczki do żonglowania, pustą, skostniałą atrapą; nie niesie ze sobą niczego rzeczywistego, często staje się satyrą lub drwiną. Czy Prawo i Sprawiedliwość to istotnie dobre prawo i rzeczywista sprawiedliwość? Czy dobra zmiana ma rzeczywiście w sobie coś dobrego? Czy nadciągające zło, to raczej kategoria z gry internetowej, niż przewidywanie przyszłości? Czy „chodząca uczciwość”, to przypadkiem nie określenie jednej z wielu form ludzkiego dziwactwa?

Możemy to łatwo sprawdzić, przyglądając się używaniu słów z tych kategorii w życiu codziennym. Jeśli ktoś powie do ciebie „dobry człowieku” albo, jeszcze gorzej, „dobra kobieto”, możemy być pewni, że nie darzy cię szacunkiem. Raczej uważa cię za kogoś niskiego intelektu lub gorszej kondycji społecznej, kogoś sobie poddanego, komu wydaje się polecenia, z grzeczności noszące pozór prośby. W istocie uważa cię za kogoś zgoła nieważnego, komu wystarczy machnąć przed oczami świecidełkiem pozornej aprobaty, aby zapewnić sobie bezkolizyjne spełnienie życzenia.

Osoby prawdziwie dobre najczęściej , przynajmniej na którymś etapie życia, bywają nieszczęśliwe. Tak jakoś bywa, że dobroć skłania ludzi mniej lub niezbyt dobrych do wykorzystywania nadarzającej się okazji, a więc kogoś, kto z definicji uważany jest za niezdolnego do wyrządzenia zła. Dobry człowiek nie pobije cię, nie zwymyśla, nie okradnie; nie jest zdolny do wyrządzania zła, więc nie trzeba się z nim specjalnie liczyć, można go bezkarnie wykorzystać, wycisnąć i zostawić w jego samotnej, niedocenianej drodze przez życie.

Są dwie drogi na, chwilową przynajmniej, odmianę naszego, jako społeczeństwa, stosunku do kategorii moralnych – przypominanie znaczeń i pokazywanie przykładów. Ta pierwsza skazana raczej na niepowodzenie; język tak bardzo posuwa się naprzód, że powracanie do dawnych znaczeń, potęguje tylko wrażenie tłumaczenia trudnych do przyswojenia archaizmów  „z polskiego na nasze” ; ta druga może czasem przywołać, właściwą dla naszej chrześcijańskiej kultury myślenia przypowieściami, refleksję, odwołującą się do jakichś szczątków tkwiącego w nas sumienia, opartego na wartościach.

W odcinku ” Traktat przy mieleniu pasztetu i drylowaniu wiśni” pisałam o swoich wątpliwościach w zaliczaniu ludzi do określonych kategorii, zwłaszcza moralnych; teraz jednak chciałabym na chwilę zapomnieć o swoich zastrzeżeniach i poddać się orzeźwiającej mocy prawd starych i uznanych, przedstawiając sylwetkę Ani, jako przykład. Anię pokazywałam w poprzednim odcinku, jako przewodniczką po świecie filmików z pewnej, nie mojej wycieczki, teraz chcę napisać o niej. Ania należy do jednego z niewielu ludzi, których spotkałam i o których mogę orzec, że są prawdziwie dobrzy. Zazwyczaj spotykałam „wystarczająco dobrych” albo ‚”mało dobrych”.

Późno ją poznałam, nie wiem zbyt wiele o jej wcześniejszych latach (Ania jest moją rówieśnicą), mogę tylko odgadywać z niejasnych wskazówek, z czym przez całe życie się borykała. Nie znosi alkoholu, jest osobą głęboko wierzącą, ale w sposób, który ogromnie szanuję – nie narzuca nikomu swoich poglądów w żadnej, także w tej sferze, do tego stopnia, że długo miałam trudność w zorientowaniu się co myśli o współczesności. Trudności w osobistym życiu wykorzystała do działań społecznych. Była harcerką i do dziś kultywuje młodzieńcze zasady, prowadzi działania związane z historią harcerstwa, zbiera fotografie i wspomnienia z tamtych lat. Czynnie działa w hospicjum, zajmuje się także bezdomnymi. W ogóle pomaga każdemu, kogo napotka na swojej drodze, przede wszystkim załatwia sprawy tym, którzy mają trudności z wyjściem z domu (także mnie). Sama nie najlepszego zdrowia, mieszkająca w wysoko położonym mieszkaniu bez windy, gdy każde wyjście z domu jest problemem, mimo tego nie ustaje w swoich zajęciach. Jest tym rodzajem dobrego człowieka, którego dobroci należy się domyślić, bowiem wcale nie próbuje jej pokazywać na zewnątrz. Czasem wydaje się, że w interakcji z innymi, pomija swoją osobę.

Może dlatego wydaje mi się czasem, że ludzie prawdziwie dobrzy napotykali w swoim życiu proste wyzwania, gdy nie trzeba było wybierać między mniejszym, a większym złem – choć przecież takie wybory często są konieczne i nie zależą od nas. Dokonywanie wyborów między sprawami moralnie dwuznacznymi albo w warunkach, gdy nie dostrzega się wszystkich implikacji, może prowadzić do postaw moralnie nieakceptowanych nawet przez siebie samego. A to już prosta droga, żeby stać się mało dobrym albo mniej dobrym (jak w przysłowiu: od rzemyczka do koniczka). Nie wiem czy mam rację, ale najczęściej takich ludzi spotykałam. Sama też nigdy bym nie określiła siebie, jako dobrego człowieka – za dużo jest we mnie mroku, niespójności, niepewności przekonań, wątpliwości, sceptycyzmu, goryczy i zwyczajnie, żalu wobec świata. I, co gorsza, nie usiłuję ich przezwyciężyć, czasami traktując ich komplet, jako zasób, a nie obciążenie. Ot, człowieczeństwo i tyle.

Sądzę, że także pisarstwo ma z tym związek. Ostatnio czytając książkę Agnieszki Dorotkiewicz  „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam”, stanowiącą zbiór wywiadów z ludźmi kultury, przeczytawszy wywiad z Dorotą Masłowską, zrozumiałam, dlaczego nigdy nie umiałam i nie udało mi się nauczyć medytować. Na str.175 przeczytałam wypowiedź pisarki: „…wszystkie te sugerowane czynności, zabiegi – czy nazwiesz to różańcem, czy medytacją, czy relaksacją – służą eliminacji myślenia dyskursywnego, myślenia słowami, nazywania. To ma cię uwolnić od nazywania. Po to jest medytacja. Bo myśląc, oceniasz, nie dajesz być rzeczom takimi, jakie są.”

Medytacja zabija słowa.

A ja żyję słowami.

Modlitwa własnymi słowami nie jest modlitwą; prawdziwa, to taka, która posługuje się cudzymi, tradycyjnymi słowami, wypolerowanymi od częstego używania, jak kamienie otoczaki; dopiero one mają moc przeobrażania człowieka wewnątrz. Dobry człowiek ma piękne wnętrze, uporządkowane, widne i czyste, bez pajęczyn po kątach i strużyn z niedobrych przeżyć w ciemnych miejscach za piecem. Dla takich jak ja, dobry człowiek jest jedynie myślokształtem, ideałem nie do spełnienia. Możliwe, że stanęłam na rozstajnych drogach gdzieś w trzecim roku życia, a możliwe, że nigdy nie miałam takiej możliwości, nie przyniosłam jej ze sobą na świat, poczęta i urodzona wśród chaosu najgorszego zła i pomniejszych jego odnóg.

Nie oznacza to, że ci niezbyt dobrzy ludzie, nawet gorsi ode mnie, nigdy nie mającej złych zamiarów, nie mieli dobrego wpływu na moje życie, przekonania i kondycję moralną, choć mogli zastosować perfidną „terapię szokową”. Doceniam tym bardziej tych, którzy swoje wątpliwości i swój mrok przełamali, pominęli, uznali za nieważny i wybrali drogę prostą, jasną i uczciwą, zgodną z własnymi przekonaniami moralnymi i pełni wiary w ich moc sprawczą.
Na koniec Ania w obiektywie Marka Zurna na obozie 121 druzyny harcerskiej z Zoliborza w Podtyniu w 1958 roku. Ania to ta dziewczyna z lokami:

 

Filmy z pewnej imprezy

Obejrzałam filmy z pewnej imprezy, w której nie uczestniczyłam. I poczułam nagle, że żyję cudzym życiem, choć nie własnym, emocjonalnym (jedne osoby interesowały mnie bardziej, niż inne), ale intelektualnym życiem kogoś, kto tak naprawdę nie istnieje. Z autorem filmów nieco wcześniej rozmawiałam o rodzinnej karmie, o hipotetycznych poprzednich egzystencjach i popełnianiu wcześniejszych błędów, neutralnie moralnych, przynoszących jednak przekonanie, że nieprawdą jest, iż można przerobić jakieś lekcje. Jak  można je przerobić, jeśli się nie zapamiętało w kolejnym wcieleniu nic? Popełniasz stale te same błędy, ale czy to w istocie są błędy? Czy to nie świat przypadkiem błądzi, zawłaszczając wszystko i wszystkich, domagający się korzyści z podjętych kroków? Czy najbardziej nieszczęśliwi nie są ci, którzy oczekują od życia satysfakcji, a dostają coś o wiele bardziej dwuznacznego i dołującego przy okazji? I czy w ogóle chcemy wiedzieć, co takiego nas czeka? może lepiej i ciekawiej żyć bez tej wiedzy? A może jej ziarno przekazywane jest w rodzinnych genach, bez naszej wiedzy i woli?

Uważałam i uważam religię za sprawę prywatną i dlatego nie chcę o niej mówić, czy pisać. Jednak istnienie sanktuariów, jako miejsc mających udostępnić słusznie moralną rozrywkę niezbyt wymagającej ludności, już dawno przestało być sprawą religijną. Ostatnio zaś obserwujemy postępujący upadek nawet tej, rozrywkowej części wiary, niezbyt wiele wymagającej od uczestników.

Moim przewodnikiem była Ania, siedemdziesięcioparolatka, działaczka hospicjum i schroniska dla bezdomnych, była harcerka; na filmach wyglądająca jak dawna nastolatka (oprócz bujnych loków, jakie kiedyś miała). Chodziła swoimi drogami i patrzyła swoimi oczami, a ja, choć nie znałam jej, gdy była młodą dziewczyną, nie wiedzieć czemu, zwłaszcza gdy obejrzałam fotkę z naręczem polnych kwiatów, przestałam oglądać rówieśnicę, a zobaczyłam młodą, wrażliwą dziewczynę, która nie zatraciła swojej empatii mimo lat…

Kilka filmików z weekendowej, letniej wycieczki. Misterium Męki Pańskiej w jakiejś świętokrzyskiej miejscowości: Kałków (albo Kolków) Godów – jeśli dobrze usłyszałam. Reklamowanej w internecie, jako Golgota Wschodu. W tle przez głośniki coś homiliowym tonem prawi niezrozumiale ksiądz, a moja sympatia, Ania, kobieta głęboko wierząca, dowiadywała się o hospicjum, choć reszta wycieczki sądziła, że rozszyfruje okazję i sens uroczystości. Puste placyki, zero ludzi, oprócz kilkorga moich znajomych; jedno biegające dziecko + jedna mamusia + wiele krzesełek i kilka stolików pod złożonym (w deszczu) parasolem, nasuwającym skojarzenie z ogródkiem piwnym. Więcej kontestatorów niż uczestników, i hospicjum, które jest gdzieś nad rzeką, choć w istocie nikogo nie obchodzi. Budynek Misterium ozdobiony twarzą Chrystusa w cierniowej koronie, wypasiony niczym pijalnia piwa, ale uczestników brak. Może dlatego, że pogoda niezbyt sprzyja. I że ksiądz nawija księżowskim tonem przez megafony, słyszane w każdym najmarniejszym zakątku miejscowości, na terenie dawnymi czasy znanym ze sporej populacji czarownic.

We mnie sam ten ton kazania budzi niechęć, bowiem odwołuje się nie do mnie, jako do osoby, a do mnie, jako do słuchacza, pozbawionego prawa do własnej refleksji. Nie sugeruje on rozmowy, a bezwzględny nakaz, dla złagodzenia jego wymowy zaopatrzony w jęczącą nutę oszukańczej perswazji. Na szczęście film nie rejestruje sensu słów.

To nie jest moje miejsce i uczestnicy wycieczki chyba też robią dobrą minę do złej gry, komentując kilka samic i samców pawi w miejscowej klatce. Jeden miejscowy + jeden podrostek + opisana, kulturalna do przesady wycieczka. Nie wiem czy odnalazłabym się tam, w tej scenerii, Dobrze, że mnie nie zaproszono.

Kogut, struś emu, lama, daniel, owca i tu już więcej ludzi, przynajmniej kilka osób – po lewej stronie trasy. Wiadomo, zoo, odwiedzają rodzice z dziećmi najchętniej. Po prawej stacje Męki Pańskiej, które nikogo nie obchodzą. Przechodzący z trudnością je zauważają, choć przecież w sanktuarium to one powinny przyciągać ludzi, a nie jakieś średnio egzotyczne zwierzątka.

Dalej, na polanie,  jakiś pseudo wrak samolotu, odtworzony ponoć Smoleński, przed nim donica z czerwono-białymi kwiatami i kraczące bezustannie wrony w tle. Kraczą tak głośno, że przez chwilę zastanawiam się, czy ich głosy  nie są specjalnie emitowane z jakichś nadajników. Makabra. Wcześniej, jak opowiada ktoś, kto widział to na własne oczy, podobno w oknach wraku były twarze, ale już ich nie ma. Poczucie niestosowności, czy RODO – nowe prawo o ochronie wrażliwych danych osobowych? (Podobno, wg autora poniższej fotografii, – zdjęcia w tym cementowym samolocie są, choć zredukowane do najważniejszych twarzy).

Kolejny film. Moja siwowłosa Ania, która trzymała się z tyłu, wdrapuje się z trudem po schodach sanktuarium (bez poręczy). Przez skórę czuję, że uważa to za swój obowiązek. Piękna panorama na Święty Krzyż. Chciałabym wiedzieć, co myśli Ania. Ania Od Polnych Kwiatów. Czy dojrzała stamtąd hospicjum?

Świat widziany cudzymi oczami, z jednej strony jest smutny (mnie tam nie ma i nigdy nie było), z drugiej strony zaś uwalnia nas od obowiązku towarzyskiego odnoszenia się do oglądanej rzeczywistości. Wiem to, gdy porównuję filmy z wycieczek, w których uczestniczyłam, Na przykład, gdy ktoś odwiedził mnie w sanatorium w Gołdapi i obwiózł po okolicznych atrakcjach, zaprowadziwszy na koniec na wieżę widokową i pokrył koszty dojazdu windą na jej szczyt. Piękne to było wszystko, te widoki z wieży, ale jakieś nieważne, jak ładna pocztówka pozbawiona treści. Nie mogłabym jednak powiedzieć tego tym, którzy dołożyli wtedy starań, aby mnie zawieźć i pokazać; okazałabym bowiem im niewdzięczność.

Co do tej wycieczki, mogę wyrazić jedynie uznanie filmującemu, że z tych kilkunastu krótkich migawek, pozwolił mi na wyciągnięcie tak wielu wniosków. Ja sama, osobiście, bez towarzystwa, nie wybrałabym się nigdy na zwiedzanie jakiegokolwiek sanktuarium i mimo najszczerszych chęci, nie potrafiłabym nie uznać tego za stratę czasu. Zawsze byłam przekonana, że wiara to coś, co wymaga odosobnienia w sprzyjającym otoczeniu.