Wiosenne tarcie chrzanu

Lata temu, gdy z mężem kupiliśmy naszą działkę na Podlasiu staraliśmy się poznać wszystkie miejscowe zwyczaje, zwłaszcza te związane z pozyskaniem naturalnego pochodzenie pożywienia, przetwarzania go i rytuałów z tym związanych. Nie pochodziliśmy ze wsi, więc wszystko było dla nas nowe i interesujące. Sprzyjało nam też posiadanie sąsiada, Adama, który przyszedł na świat na wsi wielodzietnej rodzinie i wiedział wszystko o uprawie, przycinaniu drzew i krzewów, budowaniu domów na wsi i pracach okołodomowych i wielu, wielu innych, przydatnych rzeczach.

Na działce Adama rósł chrzan, mięta, wysiewał się co roku koper między rzędami posadzonych warzyw i truskawek. Mniej więcej w latach dziewięćdziesiątych produkty dostępne w sklepach zatraciły swój naturalny, jak za PRL charakter i zostawały stopniowo „ulepszane” tj podbarwiane i wzbogacane dodatkami, polepszającymi wygląd, ale nie zawsze jakość i smak. Jako pierwsze tym zabiegom poddane zostały kapusta i właśnie chrzan. Kapusta podzieliła się na kiszoną i kwaszoną, choć dawniej były to tylko regionalne określenia tego samego produktu, to „kiszenie” zaczęło oznaczać nie proces naturalnej fermentacji, a dodawanie octu i innych kwasów „kwaszenie” – co zostało do dziś. Wcześniej nikomu do głowy to nie przyszło takie zastępstwo, chociażby z tego względu, że kiszenie było tańsze, a przetwory przechowywano dłużej. Nikt nie potrzebował kapusty „na już”.

Drugim produktem, który zepsuto jeszcze bardziej niż kapustę, był chrzan w słoiczkach. Tak bardzo potrzebny, zwłaszcza w Wielkanoc, że niektórzy mawiali nawet błędnie w stosunku do tradycji, nie, że idą święcić jajka i sól, tylko chrzan – sądząc że on jest najważniejszym składnikiem wielkanocnego koszyczka – podobnie jak stawały się w tym czasie też pomarańcze – dawniej w święconce nieobecne.

Chrzan dostępny w sklepach, przestał być ostry, stał się łagodny. Mawiano, że był zafałszowany pietruszką, ale w istocie brało się to z parzenia go wrzątkiem. Żeby miał biały, ładny kolor, dodawano mleko w proszku, olej (nie wiadomo po co, być może żeby nie ciemniała wierzchnia warstwa w słoiku), no i najrozmaitsze przyprawy i e-ileś tam.

W moim domu rodzinnym typowo wielkanocnym dodatkiem była ćwikła z buraków z chrzanem i chrzan z jabłkiem w śmietanie. Ćwikła z buraków wymagała chrzanu ostrego i nie zabielonego mlekiem w proszku, bo wyglądała wówczas obrzydliwie ciapciata na biało. Białość kupnego chrzanu nie miała znaczenia, gdy dodawano doń ciemniejące tarte jabłko i śmietanę. Barszcz chrzanowy i sos chrzanowy też smakowały lepiej, gdy był on ostrzejszy. Tak więc do obu tych tradycyjnych dodatków wielkanocnych nie mogłam używać kupnego chrzanu, ale większości ludzi, nie gotującym samemu, to nie przeszkadzało. Woleli chrzan biały, łagodny, który można było jeść łyżeczką, a nie nakładać końcem noża.

Moja mama sama tarła chrzan, kupowany na targu i był to dzień płaczu. Owijała naczynie i tarkę ręcznikiem i manipulowała pod nim, nieraz kalecząc sobie kostki palców i często przerywając pracę, żeby obeschły łzy. Dowiedziałam się od niej, że na wsiach tarto chrzan na brzegu studni, ale do dziś nie wiem czemu. Może powiew, idący z chłodnej głębi pomagał na łzy – nie wiem.

Na mojej działkowej wsi dostawałam chrzan już utarty od zaprzyjaźnionej wioskowej zielarki i gospodyni, mającej całe jego pole nad rzeką, podobnie jak dostawałam syrop z pączków sosny, wino z dzikich porzeczek i sok z brzozy. Kiedy jednak zabrakło tej, bardzo wiekowej już kobiety i dorósł chrzan na grządce mojego sąsiada, zaczęliśmy sami go sporządzać.  W czasie pierwszego, wiosennego pobytu, zazwyczaj przed Wielkanocą, sąsiad wykopywał spłachetek chrzanu i siadał na słońcu, na ławeczce przystawionej do południowej ściany domu, z dwiema miskami. W jednej moczył się chrzan wykopany z ziemi, w drugiej oczyszczone korzenie.

W późniejszych latach siadałam tam z nim i razem skrobaliśmy jego chrzan. Większość korzeni nie była grubsza niż pół centymetra i nie nadawała się do utarcia, ale świetnie do kwaszenia ogórków, tylko do czasu nadejścia ich sezonu, należało zamrozić je w pęczkach. Grubsze korzenie sąsiad tarł na elektrycznej przystawce do maszynki do mięsa, ustawionej na ławce i podłączonej przedłużaczem do prądu z mieszkania (oczywiście gdy już podłączono nam elektryczność, co stało się kilka lat po wybudowaniu domu).

To tarcie chrzanu i nasze nieśpieszne rozmowy zapamiętałam z lat, gdy co roku z mężem, każdy wolny weekend spędzaliśmy na działce, często także zimą, jeśli dojazdu nie uniemożliwił kopny śnieg, nigdy nie odgarniany na leśnych drogach. Bardzo wczesna wiosna, to był sok z brzozy, nieco później tarcie chrzanu i zbieranie pączków sosny, w pełni maja, zbieranie szczawiu na nadbużańskich łąkach, mielenie go przez maszynkę do mięsa i pasteryzowanie go w małych słoiczkach. Po dokonaniu tych wszystkich trzech rytuałów czuliśmy, że wiosna nie tylko nadeszła, ale i zagościła się na dobre (co nie przeszkadzało, że na tamtych terenach ostatnie przymrozki trafiały się nawet w czerwcu, a pierwsze w sierpniu).

Tu na marginesie dodam, że na własne oczy przekonałam się, jak bardzo ociepla się klimat. W końcu lat siedemdziesiątych, gdy kupiliśmy kawałek pola pod dom i działkę, co roku wymarzała winorośl i orzech włoski, także kwiaty drzewek owocowych i zawiązki owoców. Od kilkunastu lat winorośl nie wymarzła nam ani razu, co roku rodząc piękne winogrona, z których kiedyś robiłam wino, a teraz syn robi sok. Także zmieniły się gatunki zwierząt, ptaków i owadów i ich pożywienie. Obecnie zjadają winogrona, aronię, wiśnie szklanki – których ongiś nie tykały.

Wiedziona popędem przywołanym przez wiosnę, nie mogąc udać się na działkę, kupiłam w internetowym sklepie dwa grube korzenie chrzanu i mimo, iż minęła już Wielkanoc, przystąpiłam do jego tarcia. Nie mam w mieszkaniu studni, ręcznik zastąpiłam foliową torebką, w którą wstawiłam pojemnik i końcówkę maszynki. Mimo tej zmiany, magia wiosennego tarcia chrzanu powróciła wraz z potokiem łez, gdy musiałam oczyścić wnętrze maszynki. Nie miałam tylko z kim rozmawiać przy obieraniu i tarciu, bowiem sąsiad pozostał na działce. Ale i on zapewne nie tarł już chrzanu, bowiem po kilku operacjach, które przeszedł, rodzina zlikwidowała jego grządkę mięty i chrzanu, sadząc w tamtym miejscu jakieś mizerne kwiatki.

Ja jednak dostałam od kogoś końcówki korzenia chrzanu i posadziłam w donicach na liście do kwaszenia ogórków i miętę do herbaty, nawet w dwóch gatunkach, w tym jeden pochodzący z Ukrainy. Patrzę teraz na mój mini ogródek, także z bazylią, której smak uwielbiam do pomidorów w każdej postaci, jako przywołanie wspomnień o prawdziwej wiośnie, kiedy nie mieliśmy bladego pojęcia, co naprawdę jest szczęściem.

Dziś symbol chrzanu w wielkanocnym koszyku rozumiem lepiej. Czuję ostrą białość, z którą widzimy naszą przeszłość i która czeka nas u kresu,a którą przyprawiamy nowe życie w postaci jajek ze święconki.

Kiedyś, w latach depresji uważałam, że nie czuję smaku życia, teraz czuję go aż za bardzo. Może taka jest właśnie starość?

Dostępność minus (cz.2)

Słoneczko przygrzało radośnie i nasze osiedle zaroiło się od bladych babć i dziadków, którzy postanowili uzupełnić zasób witaminy D w organizmie i przypatrzyć się światu. O kulach, na wózkach, z chodzikami i bez, chwiejąc się na nieprzyzwyczajonych do spacerów nogach, ruszyli w świat, niektórzy kończąc swoją peregrynację już na murku przed wejściem do bloku.

Moja koleżanka, Maria, postanowiła urządzić mi wycieczkę, a przy okazji wyrobić sobie muskuły i pogląd na sytuację osób niepełnosprawnych, nad którą ostatnio tak bardzo pochylają się decydenci. Pierwotny nasz plan przewidywał, że w czasie spaceru oddamy się rozważaniom filozoficznym i literackim, porównamy nasze pokoleniowe doświadczenia, a przy okazji sformułujemy parę głębokich myśli na użytek naszych tekstów.

W radosnym nastroju ruszyłyśmy w świat (pokonując po drodze kilka klamek, których ja, jako pasażerka, nie dosięgałam, a ona musiała obiegać wózek w celu ich otwarcia) i jedne drzwi samozamykające się, których nie wiadomo było jak zablokować do czasu przekroczenia przez próg. Istniejąca wajcha, służąca do tego celu, wymagała wyjścia na zewnątrz, schylenia się i wprowadzenia jej w specjalny otwór, czego ja z wózka nie mogłam zrobić. To oczywiście stanowiło przeszkodę, która uniemożliwiłaby mi wcześniejszą samodzielną wycieczkę, gdyby nie trafił się ktoś miły, kto przytrzymał drzwi. Jak jednak wspomniałam, po kilku krokach pokonała mnie górka i musiałam, jak niepyszna, wrócić. Tym razem też musiałyśmy skorzystać z cudzej pomocy – Maria nie mogła jednocześnie trzymać otwartych drzwi i przeprowadzić wózka przez próg, jako, że znajdowała się za mną, a ja mogłam  drzwi trzymać dopiero po przekroczeniu progu. Klasyczny przykład na perpetuum mobile.

Moja wina, że zburzyłam ten plan. Dwa dni wcześniej ktoś znajomy odebrał mi recepty z przychodni, na które dwa tygodnie wcześniej złożyłam zamówienie. Zaplanowałam źle i od dwóch dni brakowało mi leku przeciwbólowego, który jeszcze jako tako działa. Ratowałam się środkami ogólnodostępnymi, ale wraz z bólem, zwiększyły się trudności z chodzeniem i przeraziłam się, że już nie dam rady poruszać  się nawet po mieszkaniu. Ponadto złożyłam zapotrzebowanie na wyroby medyczne na trzy miesiące, a otrzymałam zlecenie tylko na jeden miesiąc. Na moim zamówieniu dopisano, że mam przedłożyć  kartę potwierdzenia uprawnień na środki przysługujące comiesięcznie, którą była już przedkładana wcześniej, ale nie wiedziałam o tym, że trzeba przedkładać za każdym razem (zresztą w marcu załatwiały mi to inne osoby – inna składała zapotrzebowanie, inna odbierała recepty, bo podobnie jak ze śmieciami, obarczam tym zadaniem osoby, które akurat mnie odwiedziły w godzinach pracy przychodni. Niestety, syn kończy pracę, gdy przychodnia jest już zamknięta). W każdym razie nie wiedziałam o tym, a mimo, że przychodnia dysponuje komputerami, nie ma możliwości przekazania jakiegokolwiek pisma mailem. Strona internetowa przychodni służy wyłącznie do jej reklamy – nie uda się przez nią także zarejestrować do lekarza – trzeba godzinami wydzwaniać, aż pani z recepcji nie będzie miała interesantów.

Maria zaofiarowała się, że załatwi mi sprawę w przychodni i wykupi leki w aptece przed spacerem, ale czułam, że będą komplikacje. Zresztą było nam po drodze.

Przejechałyśmy całą długość ulicy, żeby dostać się do windy na końcu biurowca (tej o której pisałam rok temu) i tym razem weszłyśmy do niej bez trudu. Co prawda myślałam, że palec mi odpadnie od trzymania przycisku w czasie jazdy, ale jakoś udało się nie puścić go. Za to powstał problem z wyjściem z windy. Była ona za wąska, żeby Maria mogła przejść obok mnie i otworzyć drzwi wyjściowe położone po przeciwnej stronie, ja zaś ręką nie sięgałam do nich. Wózek jest tak skonstruowany, że podpórki pod nogi przeszkadzają w dosięgnięciu ręką czegokolwiek przed sobą. Trzeba zamknąć i zablokować te podpórki, stanąć na własnych nogach i dopiero pchnąć ręką drzwi. Oczywiście na wszystko jest rada, tylko trzeba rozpracować ustrojstwo. Najpierw musi wejść pchacz, potem wjechać sam pasażer wózka i wówczas pchacz może otworzyć drzwi. Jeden warunek, musi to być wyjątkowo szczupła osoba, bo grubaśny osiłek w roli pchacza nie zmieści się w windzie razem z pasażerem.

Wyszłyśmy szczęśliwie z windy, Maria otworzyła drzwi wejściowe do przychodni, a ja wymanewrowałam ustawiając wózek przodem do wejścia na wąskim kawałku podestu nad schodami, z duszą na ramieniu, że zabraknie mi do skrętu te parę centymetrów i bokiem sturlam się z wózkiem po schodach, jak niejednokrotnie oglądałam w filmach, gdzie podła rodzina morduje nieszczęsną babcię/dziadka, dybiąc na ich majątek. Jeśli jednak myślicie, że wjechałam bezproblemowo do przychodni, to się mylicie. Zobaczyłam taki widok:

Tak, dobrze widzicie, to jest próg. Wysportowana Maria nie dała rady go pokonać, nawet z pomocą miłego pana, który akurat przechodził. Dojechała więc wózkiem do niego, ja zwinęłam i zablokowałam podnóżki (jęcząc z bólu), stanęłam na własnych nogach, dałam krok, trzymając się rozpaczliwie widocznej z prawej strony krawędzi szyby i łamiąc paznokieć, Maria przeprowadziła wózek przez próg i z powrotem usiadłam na nim. Nie będę już do tego wracać, ale na trasie wzdłuż biurowca, od zakładu rehabilitacji, poprzez poradnie dla dzieci zdrowych i chorych, do przychodni, recepcji szkoły i wreszcie apteki, takich progów musiałam pokonać (dwukrotnie – tam i z powrotem) 3×2, to jest razem 6 razy. W dodatku powrót był gorszy, bowiem manewrując na podeście, przed sobą widziałam tylko schody, które wprawdzie Maria blokowała swoim ciałem, ale czy ta szczupła dziewczyna utrzymałaby mnie i wózek, zbyt rozpędzony zjeżdżaniem z progu – śmiem wątpić. Nie chcę także myśleć, jak dałabym sobie sama radę bez jej pomocy.

Czekając w kolejce do recepcji Maria studiowała tablicę.

Nie wiedziałam, że już wkrótce zostaną naruszone punkty 3,6,9, ponieważ jako teoretyczki, skupiłyśmy się na punkcie przedostatnim, zastanawiając się nad tym, czy opieka duszpasterska dotyczy także innych wyznań oraz – jako że mam znajomą, zajmującą się przeprowadzaniem dusz na drugą stronę Styksu (nie wiem, jak ona to miejsce nazywa, ponieważ nie musiałam na razie korzystać z jej usług) – także jej opieki nad podopiecznymi. Jeszcze wtedy wydawało mi się, że wszystko będzie proste i bezproblemowe. Niestety, odwykłam od realiów.

Zamiana zlecenia z miesięcznego na trzymiesięczny, okazała się dość prosta. Pani z recepcji weszła bez kolejki do pani doktor i wróciła z naniesioną poprawką. Pozostawało iść ze zleceniem do apteki tuż za drzwiami i złożyć zamówienie na środki medyczne oraz wykupić leki przeciwbólowe. W międzyczasie postanowiłam uzyskać także zaświadczenie od lekarza, pozwalające na uzyskanie okresowej opieki w związku z ograniczeniem możliwości samodzielnej egzystencji – chociaż w orzeczeniu o stopniu niepełnosprawności, wydanym dwa lata wcześniej przez stosowną komisję orzekającą ten punkt wyraźnie wymieniono we wskazaniach. Dwa lata tego nie potrzebowałam, dawałam sobie radę sama, ale teraz przyszedł na mnie czas. Cóż – komisje u nas nie wystarczą, muszą jeszcze dodatkowo wypowiedzieć się inne osoby. Kazano mi zgłosić się do pielęgniarki środowiskowej w przychodni, która miała przyjść za parę minut.

W międzyczasie postanowiłyśmy udać się do apteki złożyć zamówienie. Minęłyśmy recepcję biura i szkołę i ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że od ostatniej mojej bytności sprzed roku, przebudowano ją na samoobsługową, zamiast ściany dzielącej ją od biura wstawiając rozsuwane drzwi. Niestety były zamknięte i zarówno od portiera i od pani w aptece uzyskałam informację „bo zamknięte”. Musiałyśmy wyjechać za drzwi, wymanewrować na podeście (ach te schody, to prawdziwy horror) pokonać próg do apteki i dwie pary samozamykających się drzwi, by wreszcie mokre od potu i z wrażenia dostać się przed ladę pani z apteki.

To ona właśnie naruszyła owe paragrafy, głośno informując zgromadzonych w aptece, o jakie to produkty medyczne chodzi. Ponieważ przysługują rozmaite zamienniki, oprócz zlecenia, wręczyłam jej także kartkę, na której wymienione były potrzebne mi artykuły, zgodnie z informacją zamieszczoną na stronie internetowej producenta. Jej zdaniem, kartka zawierała błędną nazwę produktu, mianowicie o jeden wyraz za dużo, ja zaś wymieniłam najpierw producenta, a potem nazwę wyrobu. Pani autorytarnie stwierdziła, że taki wyrób nie istnieje (nieprawda, w marcu go kupiłam), a Maria, na ekranie swojego telefonu, pokazywała jej stronę internetową. Nawet w tym momencie ich dyskusja mogła odbyć się z poszanowaniem mojej prywatności, ale pani nie przyszło do głowy, że można rozmawiać, zachowując w tajemnicy czyjś stan zdrowia.

Wyobraźmy sobie pana, który przyszedł kupić w sklepie kondomy, a pani głośno wypytuje go o rozmiar członka w stanie wzwodu i w stanie spoczynku, bo pan pomylił nazwę producenta. Ale oczywiście babcie, co one mogą mieć za tajemnice! – jak kiedyś obruszył się w szpitalu ksiądz, spowiadający sąsiadkę z łóżka obok, gdy chciała, żeby mówił o jej grzechach trochę ciszej.

Gdy w dodatku okazało się, że i nie ma leku przeciwbólowego z recepty, postanowiłyśmy udać się do innej apteki. Pokonałyśmy kolejny raz oba progi i podest schodów (widoczny na zdjęciu w poprzednim odcinku) i weszłyśmy z powrotem do przychodni, zobaczyć się z pielęgniarką środowiskową. Niestety, nie okazała się w niczym pomocna. Trzeba zapisać się na wizytę i osobiście stawić przed panią doktor, żeby uzyskać zaświadczenie, co nie jest możliwe w danym dniu. A pani doktor musi obejrzeć pacjenta, mimo, że moja karta była w gabinecie (przed chwilą skorygowała zlecenie). Nikogo nie obchodzi, że nie będzie może mnie komu przywieźć. Nieważne także, że stosowna komisja orzekająca o niepełnosprawności, już dwa lata temu w swoim orzeczeniu zaznaczyła, że wymagam pomocy innej osoby, w związku z ograniczoną możliwością samodzielnej egzystencji i podała instytucje, od których pomoc tę powinnam otrzymać; biurokracja wymaga jeszcze dodatkowych potwierdzeń. Tak działa instytucja lekarza rodzinnego. Muszę dodać, iż pacjentką tej przychodni jestem ponad dwadzieścia lat i chyba nie ma w niej lekarza, pod opieką którego nie pozostawałabym przynajmniej przez jakiś czas.

Ruszyłyśmy więc z Marią do innej apteki, gdzie zostało wszystko załatwione bezproblemowo, a ja czekałam na ulicy, aż wyjdzie. I tutaj pełne zaskoczenie.

Gdy tak stałam w cieniu, aż trzy przechodzące osoby spytały mnie, czy nie mogą w czymś mi pomóc. Podjechałam więc sama kawałek i wystawiłam twarz do słońca udając, że się opalam. Było mi łyso, że zwyczajni ludzie są tak mili, jak nie potrafiła być pielęgniarka środowiskowa ani pani z apteki.

Wielokrotnie spotykam się z argumentem, że przystosowanie budynków i pomieszczeń do użytku osób z różnymi typami niepełnosprawności kosztuje. Owszem to prawda, ale nią zasłania się wszelkie niedoróbki wynikające z bezmyślności i niechlujstwa. Moje pytanie brzmi: jakie koszty pociągnąłby za sobą taki montaż drzwi (w końcu w przychodni i zakładzie rehabilitacji!) aby ułatwić przejazd wózkiem przez próg? Jakie koszty musi ponieść apteka, żeby zamiast zatrudniać niedouczoną dziewczyninę, przyjąć do pracy kogoś bardziej kumatego? Czy aby pielęgniarka środowiskowa była osobą bardziej empatyczną i milszą w sposobie bycia, trzeba zrobić coś innego, niż od czasu do czasu zwrócić uwagę na sposób wykonywania przez nią jej pracy?  Nadmieniam, że przychodnia jest prywatna, wiąże ją jedynie kontrakt z NFZ, ma więc mniej ograniczeń. Niestety nie ma na razie konkurencji.

Argument nieopłacalności moim zdaniem w tym przypadku jest nadużywany. Od kilku lat informuje się mieszkańców naszego osiedla, że będzie budowana nowa siedziba przychodni, co prawdopodobnie zdaniem jej kierownictwa uzasadnia wszelkie niedoróbki.  Mam nadzieję, że dożyję.

 

Dostępność + (cz.1)

Niewiele jest słów równie wieloznacznych jak dostępność. Jeszcze w dodatku z plusem. Pan premier Morawiecki opowiadał historię o sąsiadce znajomej, która była uwięziona na 4 piętrze bez windy i nie mogła wyjść z domu. Rozumiem to, sama często czuję się jak uwięziona, chociaż w moim bloku są windy, jak najbardziej sprawne, a ja dysponuję chodzikiem i wózkiem inwalidzkim. Czy jednak dobudowanie windy, choć zapewne kosztowne, polepszy los tej pani?

Niekoniecznie. Sprawa jest bardziej złożona, niż ktokolwiek z młodszych i sprawniejszych ją rozumie. Zwłaszcza, że nie próbuje zrozumieć, a jedynie puszcza fajerwerk w tłum. Zacznijmy od tego, co najbardziej uradowałoby tę panią. Na pewno nie sama ta kosztowna zabawka. Zapewne sądziłaby, że to strata pieniędzy po to, by mogła zjechać na parter nawet codziennie i wyjrzeć przez okno niżej położone. Pewnie wolałaby mieszkać na parterze, w przyjaznym otoczeniu, bez przeszkód na swojej drodze.

Moja mama mieszkała w bloku na Bródnie, gdzie miała do dyspozycji teoretycznie 3 windy (z tego jedną zazwyczaj sprawną) ale i tak przez ostatnie 3 lata życia nie mogła wyjść na dwór. Działo się tak z powodu kilkunastu schodów prowadzących do wejścia. Windą mogła sobie przejechać najwyżej piętro niżej, do sąsiadki. Ja mam sprawne zazwyczaj, dobre windy, ba, tylko z każdym miesiącem mój zasięg i dostępność świata się zmniejsza. Wczoraj na przykład pokonała mnie taka niewielka górka (po jednej i po drugiej stronie wyjścia z bloku). Po prostu nie dałam rady na nią wjechać.

Cztery lata temu, gdy chodziłam jeszcze o kulach, dbałam o to, by mój codzienny spacer, trwał przynajmniej półtorej godziny, czasem dłużej, gdy miałam lepszy dzień. Narzekałam na zbyt małą liczbę ławek po drodze, albo usytuowanie ich w miejscach, gdzie mi nie były specjalnie potrzebne, np na placach zabaw dziecięcych, a tam (jeden taki miałam po drodze), jedna mama z wózkiem i torbami zaopatrzenia, potrafiła zająć i dwie ławki z trzech. Młode mamy wręcz walczyły o te ławki, więc gdzież bym jeszcze ja włączała się do tej walki! Inny ciąg 2 ławek na mojej drodze okupywali karnie ściśnięci starsi ludzie, więc i ja do tych miejsc nie pretendowałam, zwłaszcza, że gdy któreś się zwolniła, przysiadała na nim zmęczona sprzątaniem, pracownica spółdzielni. Pewnego dnia jednak i ta liczba się zmniejszyła, ponoć z powodu tego, że przesiadywali tam cały dzień panowie z piwkami (zresztą w towarzystwie pewnego niepełnosprawnego na wózku). Tak czy inaczej, bez przynajmniej jednego przystanku po drodze, nie doszłabym do stacji metra (a od metra wiodła moja droga w wielki świat), więc musiałam zmienić trasę.

Na tej drugiej trasie było boisko, zazwyczaj puste, ale doskonale utrzymane i mnóstwo pustych ławek wzdłuż niego, cóż, gdy wycieczka byłaby do nikąd, chyba, że do przystanku autobusowego, którym mogłabym pojechać również do nikąd. Budowano tam nowy blok, a w nim nową Biedronkę, może bym więc za jakiś czas znalazła cel swojej podróży, chociaż wolałabym jakąś konkurencję na osiedlu, a nie same Biedronki. Niestety, gdy budowę zakończono, a Biedronka zaczęła działać, okazało się, że mój dystans zmniejszył się radykalnie. Dostałam w prezencie szwedzki chodzik z ławeczką, przestałam być więc skazana na spółdzielcze ławki , zwłaszcza że te nowe i tak nie nadawały się dla starszych osób, były bowiem za niskie. Niestety, poza Biedronką inne sklepiki na osiedlu przestały być dla mnie dostępne. O kulach i poręczy jakoś pokonywałam 2-3 schodki, z chodzikiem nie dało rady. Pojawiła się nawet w moim zasięgu jakaś Żabka (tylko z 1 schodkiem) ale za to, podobnie do moich najbliższych delikatesów, ze zbyt wąskimi przejściami między półkami (wypełnionymi zazwyczaj stojącymi butelkami napojów), aby wejść tam z chodzikiem, nie mówiąc już o wózku inwalidzkim. W ten sposób, mimo chodzika, dostępność różnych miejsc na moim terenie zmniejszyła się, zamiast zwiększyć się.

Upłynęło znowu kilka miesięcy i mój zasięg zmniejszył się całkowicie. Moja przychodnia wyposażona jest w rząd schodów, więc tam już sama nie wejdę. Wprawdzie dobudowano coś w rodzaju windy, ale w drugim końcu ulicy, za daleko dla mnie. Pisałam zresztą już o tym w odcinku: „Służew Nad Dolinką safari czyli osiedle widziane z chodzików i inwalidzkich wózków”:  http://babciaezoteryczna.pl/2017/04/27/sluzew-nad-dolin…alidzkich-wozkow/

zamieszczając zdjęcia niektórych przeszkód. Czy od tamtego czasu coś się zmieniło?

Teraz dochodzę już tylko do śmietnika. On jednak jest zamykany na klucz, a kawałek chodnika doń prowadzący jest pod górę. Trudno mi się zatrzymać z chodzikiem żeby otworzyć szerokie wrota prowadzące do raju, a już zupełnie niemożliwe jest aby wrota te zamknąć. Mam w końcu tylko 2 ręce, i musiałabym puścić chodzik, żeby manewrować kluczem. Pod górkę jestem w stanie jakoś zaklinować ciałem chodzik, ale w dół, gdy muszę wychylić się, aby złapać kraniec szerokich wrót bez wewnętrznej klamki, jest to niemożliwe. Zbieram więc śmiecie, chowam do zamykanego pojemnika na balkonie i czekam aż trafi mi się gość, który kryjąc obrzydzenie, wyniesie moje śmieci i podrzuci je wstydliwie pod śmietnikiem (jako że nie dysponuje kluczem). Albo bezczelnie zostawiam wrota otwarte. W końcu nie przechowuje się chyba w śmietniku cennych przedmiotów, żeby zamykać go tak skrupulatnie. Wiem, wiem, buszują czasem nocami śmieciarze, robią hałas i smród, rozrzucając śmiecie w poszukiwaniu puszek, ale oni, dziwnym trafem, dysponują kluczem.

Zostają mi wycieczki na balkon. Tu mam tylko 1 schodek, więc jakoś daję radę wyjść. Mam skrzynię, na której mogę usiąść i kontemplować trochę porannego słońca.

Przez parę lat przeszłam kilka etapów, na których pojęcie dostępności oznaczało coś innego. Wymieniłam przeszkody natury fizycznej, istnieją jeszcze inne, może ważniejsze. Pewnie lepiej utrzymałabym przez te lata sprawność (a więc i dostępność świata), gdyby zechciano właściwie leczyć narastający ból. Nie oszukujmy się, jeśli nie boli tylko wtedy, gdy się nie porusza (a i tak czasami), odechciewa się człowiekowi każdej aktywności, poza intelektualną. A i ta jest w pogardzie, bowiem powszechnie przypisuje się starszym osobom mającym trudność z poruszaniem się inne przypadłości jak: głuchotę, głupotę, nadmierną religijność, podatność na sugestie, lewactwo, komunistyczne złogi, pamiętanie niewłaściwych politycznie zdarzeń, a nie pamiętanie właściwych, roszczeniowość, drobiazgowość i inne tu nie wymienione.

Czy więc pan premier Morawiecki zdaje sobie sprawę co obiecuje, pisząc o dostępności? Zapewne wyobraża sobie, że przeznaczą pewną kwotę na budowę wind w domach bez nich i różne samotne staruszki (tudzież ich rodziny, sąsiedzi i znajomi oraz perspektywiczni niepełnosprawni) radośnie zagłosują na ich polityczną opcję. A jak będzie w praktyce? Tak jak z tzw. bezpłatnymi lekami.  Od kilkudziesięciu lat biorę te same leki na nadciśnienie (a więc wg starych receptur) i są one coraz droższe, a nie coraz tańsze, ba, część z nich zaczyna być pełnopłatnymi.  A przecież nadciśnienie tętnicze jest jedną z najpowszechniejszych chorób przewlekłych osób w starszym wieku.

Może więc starczy na windy w co pięćdziesiątym bloku, ale w części z nich okaże się, że z powodu ich starości, konstrukcja nie pozwala na dobudowanie tychże. Niestety, bloki starzeją się razem z ludźmi. Ot, takie komunistyczne złogi.

Są w Polsce oczywiście osiedla dla ludzi starszych, specjalnie budowane z myślą o nich, ale dla większości emerytów poza  zasięgiem ich możliwości finansowych. Dla osób zawsze samodzielnych i czynnych w życiu, trudną byłaby decyzja przeniesienia się do domu pomocy społecznej – którego sama nazwa odstrasza. Zresztą prywatne domy opieki, mimo pobierania dużych opłat, wcale w wielu wypadkach nie są lepsze, a często pozostają poza wszelką kontrolą. W dodatku są tam ogromne kolejki, a standard pobytu zazwyczaj bardzo niski. Tymczasem, przy niewielkiej pomocy z zewnątrz, niepełnosprawny może jeszcze dość długo samodzielnie funkcjonować – w otoczeniu swoich ulubionych przedmiotów, książek, w okolicy. którą zna i do której się przyzwyczaił.

Zaś jak wygląda codzienność po roku od publikacji poprzedniego wpisu – opiszę w drugiej części wczorajsze wrażenia z przychodni i apteki mojego osiedla. Tylko ok. 300 m do przebycia od mojego bloku, a dostępność? Moja młoda koleżanka, służąca mi za siłę napędową wózka inwalidzkiego i zbierająca doświadczenia, przeżyła szok. Szkoda, że nie wybrał się ze mną tam sam premier Morawiecki. Pewnie zrozumiałby, na czym polega prawdziwa dostępność – jeśli by oczywiście chciał. Na koniec, zdjęcie schodów do mojej przychodni, apteki i szkoły – w jednym budynku. W tle dalej nieczynna winda ze zblakłym starym napisem o awarii (od przynajmniej 2 lat – wcześniej wchodziłam sama na schody, więc się nią nie interesowałam).

 

 

Żal wyrzucić

Porządkuję swoją młodość, odkrytą wskutek awarii gniazdka elektrycznego. Ujawniły się wstydliwie pochowane pamiątki, za każdym kolejnym sprzątaniem krytykowane przez rodzinę tym bardziej im częściej wzorcem stawał się hotelowy pokój pozbawiony osobowości  przebywającego w nim człowieka. Zasłonięte komodami gniazdko odmówiło w 1/2 posłuszeństwa, a naprawiacz, prychając z niesmakiem na różne pamiątki wstydliwie przechowywane przez Babcię w zakamarkach szuflad tychże, skłonił mnie do trzeźwego spojrzenia i podjęcia decyzji o pozbyciu się ich. Żal mi wyrzucić do śmietnika pamiątki z lat przynależności do Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Fantastyki (poniżej prezentowanych modnych wówczas znaczków identyfikujących zainteresowania) tudzież mnóstwa  dokumentów z tamtych czasów, jednak nie mam już w domu na nie miejsca, a i nie chcę dawać pożywienia molom książkowym i innym (które z samozaparciem wytrułam). Apeluję więc do reaktywowanego „Fenixa” – jeśli wam się na coś przydadzą – dysponuję mnóstwem pamiątek z lat osiemdziesiątych. Poniżej – znaczki.

 

O wojnie c.d.

Z trzecim głosem o wojnie najtrudniej jest dyskutować.  Zawiera go strona

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-glos-trzeci/

Autorka, Justyna Karolak, znakomicie przerobiła lekcję historii (choć może zbyt wiele czerpiąc od jej interpretatorów zamiast obiektywnych kronikarzy), ale nikt z nas nie jest w stanie być pełnym i obiektywnym, beznamiętnym obserwatorem. Z częścią jej poglądów się zgadzam, z dużą jednak przykrością odnotowuję, że osobiste uprzedzenia, zaciemniają jej pełnię obrazu i tępią osobistą przenikliwość.

Tak już jest, że dyskutując współcześnie, nie zauważa się błędów logicznych, które się popełnia. Jest to wada wychowania szkolnego, niechęć decydentów do nauki logiki i matematyki. Moje pokolenie tego uczono. Zresztą w internecie pełno jest list błędów wraz z ich łacińskimi nazwami (które brzmią bardzo mądrze), choć opisują całkiem zwyczajne zjawiska – podobnie jak w dowcipie, w którym ktoś ze zdziwieniem stwierdza, że niedawno dowiedział się, iż wypowiada się prozą.

Już na wstępie autorka popełnia dwa z owych szkolnych błędów, fałszywej przesłanki i błędnej analogii –  Pisze ona:

„I wojna może być zupełnie nieagresywna – niebrutalna w swym przebiegu, a wręcz nieuchwytna dla naszego percypowania codzienności. Wojna ekonomiczna toczy się przez cały czas, jest dziełem kręgów bankierów i bogatych rodów, osób w garniturach sączących ekskluzywną herbatę albo trunek , obradujących przy eleganckich stołach. I nie sądźcie, że w środowiskach tych nie uczestniczą kobiety – właśnie dlatego napisałam: osoby, a nie panowie.”

Twierdzenie: Wojna nie równa się agresji. Nie wszyscy biorący udział w wojnie muszą być agresywni. Może nim nie być planista, konstruktor broni, operator uzbrojonego drona, siejącego seriami w bezbronną ludność, W każdym razie agresja nie jest nieodłączną cechą jego działań. Tak, jak ja, siedząc przy komputerze i zerkając w otwarte, wiosenne okno, rozkoszując się płynącym stamtąd ciepłem, piszę ten tekst, tak wymieniony wyżej strateg, może planować wojenne działania zupełnie oderwany od agresywnych emocji, a operator uzbrojonego drona kosić ludzkie mrówki bez agresji, jedynie z uciechą dziecka, ćwiczącego swoją celność. Pojęć tych nie należy utożsamiać, jednak suma działań podstawowych, odróżniających wojnę od innych poczynań, to właśnie agresywność. Pod względem skutków, a nie przyczyn. Rozerwane ludzkie ciała, zburzona infrastruktura, zniewolenie. Nie części składowe są ważne – a całość. W postawionym pytaniu chodzi najprawdopodobniej o wojnę ze wszystkimi tymi skutkami, które ze sobą niesie, w dodatku toczącą się na terytorium Polski, chociaż pytania nie postawiono niejednoznacznie.

Twierdzenie: Wojna ekonomiczna równa się wojnie. Agresja ekonomiczna nie ma wiele wspólnego z emocjonalną agresją, może być, a zazwyczaj jest całkowicie beznamiętna.  Pojęcie „wojna ekonomiczna” jest tylko literacką przenośnią, przybliżeniem, a nie terminem o ścisłym znaczeniu. Działania „bankierów w garniturach sączących ekskluzywne drinki” , mimo swej obrazowości, bynajmniej nie są żadną wojną. Jest to działanie w istocie zbliżone do gry, w której planuje się zyski i straty, czegoś w rodzaju bridża na przykład. Brakuje mu dosłowności prawdziwej wojny, chociaż katalog strategii od dawna jest przedmiotem nauk ekonomicznych. Działania takie mogą być przyczyną prawdziwej wojny, ale bynajmniej nią nie są. Obrazek z drinkami oczywiście jest populistyczny.

Podobnie jest z walką, które to pojęcie jako nieuprawnione rozszerzenie, stosuje się do machinacji ekonomicznych i wszelkiego rodzaju konfliktów. Tak wrosło ono w nasz odbiór świata, że nie widzimy nawet śmieszności określenia „Walka o pokój„.

Dalej autorka pisze:

„Gdyby to zależało ode mnie, wprowadziłabym do szkół podstawowych lekcje szachów i przysposobienia obronnego. Nie po to, żeby kształcić dzieci w kierunku obsługi wojny czy zanurzać je w aurze strachu, tylko po to, by uczyć je myślenia logicznego (matematycznego), opatrywania ran, ratowania ludzkiego życia (pierwszej pomocy), a także umiejętności panowania nad emocjami histerii, zachowania się w rozpędzonym tłumie ogarniętym paniką, czy też bezpiecznego i efektywnego rozpalania ogniska. Uważam, że za dużo i nazbyt napastliwie rozmawia się o emocjach i uczuciach, upycha się emocje i uczucia do każdej przestrzeni i szczeliny życia, popierając to pławienie się w emocjonalności ludzkiej złotymi radami tabuna psycholożek z telewizji śniadaniowej, a prawie nikt nie podejmuje rzeczowego dyskursu zogniskowanego na zagadnieniach życia i śmierci – w sposób pilny, chłodny, bezemocjonalny, odnoszący się choćby do podstaw socjologii, ekonomii i politologii.”

W tym przypadku całkowicie się z nią zgadzam. Tylko czy istotnie, takie kształcenie wymaga przekonania o nieuchronności wojny na naszym terytorium, jak w domyśle zakładają wszystkie trzy głosy? Zupełnie nie. Mnie samą przeraża myśl, że w razie jakiegoś większego zawirowania politycznego (nie koniecznie wojny) pokolenie moich wnuków mogłoby zupełnie okazać się niezdolne do przeżycia. Jak można bowiem przeżyć, kiedy dzieciak żywi się wyłącznie jednym rodzajem potraw (bo tak lubi), jest kompletnie niezorganizowany, nie umie zadbać o siebie, brak mu umiejętności przewidywania itp – a takich dzieciaków dziś, w czasach gdy rodzice zdmuchują im pyłki spod nóg, jest całe mnóstwo. Owszem, postawienie mu przed oczami perspektywy nieuchronności wojny może zachęcić go (jeśli przedtem nie zniechęci) do zmiany zachowań – o ile nie potraktuje jej jako kolejny nudny przedmiot szkolny. I inne zagadnienie wychowawcze: czy brak emocji w wychowaniu jest be czy cacy? Za mojej młodości uważano, że beznamiętność w wymierzaniu kary cielesnej jest dobra, emocjonalność zła. Dziś sądzimy, że kary cielesne w ogóle nie powinny istnieć w katalogu oddziaływań. To źle czy dobrze?

Dalej jednak podejrzewam, że autorka pije do mojej krytyki poprzednich dwóch głosów, choć oczywiście wolałabym, żeby zrobiła to z otwartą przyłbicą, dyskutując po rycersku. Jednak łatwiej postawić zarzut pokoleniu, niż konkretnej osobie. Poniżej ten fragment:

Pokolenie mojej babci umie zwierzać się ze swoich przeżyć wojennych, opowiadać o strachu i tęsknocie, te opowieści są naturalnie bardzo wartościowe, ale już nie rozumie dzisiejszych potrzeb w zakresie edukacji oraz prowadzenia dyskursów społecznych. Pokolenie to wypiera się prawdy – nie lubi jej, bo życie nauczyło je maskowania się, dopasowywania, służenia. Upatruje zatem zagrożenia duchowe tam, gdzie ich nie ma, natomiast nie chce, by dzieci uczyły się o wojnie, by były na to niebezpieczeństwo przygotowywane, bo w tym procesie przygotowawczym widzi wyłącznie albo zachęcanie do agresji, albo wychowywanie młodych ludzi w atmosferze strachu. Zbyt dobrze zakodowało sobie tę atmosferę z własnego dzieciństwa i młodości, czemu nie ma się co dziwić, i teraz przenosi ten kod na współczesność. Niemniej nie rozumie wielu aspektów dzisiejszej polityki i obyczajowości, nie akceptuje koniecznych wydatków na obronność i inwestycji w armię, poza tym uważa, że zakaz posiadania broni palnej przez obywateli jest słuszny oraz w dobrym tonie, gdyż wszelką broń intuicyjnie kojarzy jedynie z amokiem, obłędem, dzikością i prymitywizmem (w negatywnym ujęciu tego słowa), a ani trochę nie kojarzy jej z potrzebą normalnej samoobrony.

Nie będę przekonywać kogokolwiek ani przepraszać za  fakt, że mam tyle lat ile mam.  Błędne jest jednak przekonanie, że ktoś kto żył dłużej i osobiście coś przeżył, wypiera się prawdy, nie rozumie danego zagadnienia lub rozumie gorzej niż ten, kto nie miał z nim nic do czynienia w praktyce, bowiem został zainfekowany tym czy tamtym (tu już można dowolnie czerpać ze zbioru ułożonego przez polityków określonego kierunku). Bardziej logiczne jest to, że poszukuje on prawdy, chociażby na przekór tym młodziankom, co wiedzą lepiej. W dodatku do kategorii tego, co ów stary człowiek nie rozumie, można upchnąć wszystko, co się da: zakodowane służalstwo, ocena wydatków na zbrojenia, zakaz posiadania broni palnej itp, bez zapytania adwersarza, co w ogóle na te tematy sądzi. Nieładnie, pani Justyno, oj nieładnie. Cała lista błędów logicznych (nawet ta skrócona, z Wikipedii). Po pierwsze: że argumenty ad personam, po drugie, nieuprawnione uogólnienie, po trzecie, fałszywe argumenty, po czwarte błąd niepełnego dowodu i tak dalej… Same domniemania, w dodatku wygodne mentalne wytrychy.

W ten sposób przemyślany i dość jasno wyłożony stosunek do sprawy Pani Justyny Karolak, zmienia się w emocjonalną przemowę mieszającą wszystko ze wszystkim, zastępującą własny tekst, sloganami polityków, populistów i demagogów: (np. „w kierunku fałszywie pojmowanego liberalizmu, duchowość pacyfistyczna, agresywny weganizm”).  Jest to dowód pewnej niedojrzałości emocjonalnej, dopuszczalny u bardzo młodego człowieka, ale grzech główny kogoś, kto chce być pisarzem. Ten bowiem zawsze powinien wypowiadać się własnym tekstem. Czy takim jest poniższy fragment?

„Dziś modnie, to znaczy „po europejsku”, jest brzydzić się polityką oraz oczywiście wojną – przede wszystkim wskazane jest reagowanie odruchowym, w zasadzie alergicznym obrzydzeniem do własnego narodu, do naszych narodowych doświadczeń wojennych, w których należy dłubać z zaangażowaniem i metodycznością szaleńca tak długo i uporczywie, aż znajdzie się na kartach historii jakiś szczegół, który dostarczy nam odpowiednich alergenów, a więc powie, że to Polacy w czasie wojny z lubością mordowali Żydów i że obozy śmierci na terenie Polski są polskie, mimo że instrukcje obsługi przy piecach do palenia ciał napisano w języku niemieckim. Właśnie do tego typu ojkofobicznych postaw prowadzi nowoczesna, proeuropejska „duchowość pacyfistyczna”, która wszędzie, na każdym kroku dopatruje się srogiego ciosania w rozkoszną i zupełnie nieagresywną matkę naturę i która świetnie, bo z ogromnym entuzjazmem odnajduje się w kontekstach złorzeczenia i pogardzania. W formie dygresji dodam, iż ta sama „duchowość pacyfistyczna”, która postuluje opresywny weganizm (np. dieta z surowych owoców i warzyw stosowana na malutkich, ledwie odstawionych od piersi dzieciach), uwielbia hodować wykastrowanego kota – bo pacyfizm ten oraz miłość do matki natury sięgają tylko do kocich jąder, tam przemieniają się w lodowate kleszcze i robią swoje…”

No i co do cholery ma wspólnego kastrowanie kota z nieuchronnością wojny? Albo dieta malutkich dzieci odstawionych od piersi z pacyfizmem? To już nie dygresja, to emocjonalny fajerwerk i manifest na temat zjawisk współczesności, którą rzekomo autorka lepiej rozumie od leciwej babci. Właśnie te przywołane ad hoc zjawiska są osadzone w prawdziwej współczesności, a nie jakieś teoretyzowanie podkreślanych przez autorkę rozumienia dzisiejszych potrzeb w zakresie edukacji oraz prowadzenia dyskursów społecznych. Istnieją oczywiście mody na rozumienie czegoś, zwłaszcza pojęcia współczesności i postępu są na te mody silnie wrażliwe. Na ton dyskursów społecznych też.

Bardzo cenię „Toster Pandory” i odwagę poruszanych w nim problemów, jednak mam wątpliwości co do bezstronności mierzenia się z rzeczywistością. Może należałoby zacząć od problemów najprostszych, to je, zamiast problemów globalnych, rozbierać na czynniki pierwsze i samodzielnie diagnozować. To nie krytyka – to refleksja pod adresem pani Justyny Karolak i nadzieja jednocześnie. W końcu nikt z nas nie jest wolny od wad – dobrze jest tylko je dostrzegać.

Lodowate kleszcze emocjonalności zbiorowej robiące swoje – być może ta diagnoza jest słuszniejsza niż autorce się wydaje.

O wojnie

Dyskusja o nieuchronności wojny – to całe spektrum problemów. Od astrologów, wizjonerów, historyków, statystyków, po nas, zwyczajnych ludzi. Oczywiście, nie bierzemy pod uwagę, iż wiele z tych głosów ma na celu po prostu kasę, kompromitując problem jako taki. O to chodzi. Mój przyjaciel – fotografik, dokumentuje zbiorowe emocje, więc najlepiej wie, że najłatwiej jest zarzucić bezpośrednim świadkom wydarzeń emocjonalność, z nadzieją, iż znajdzie się podstawę do ich zdyskredytowania. Moherowy beret, biały goździk, siwe włosy, niestosowny wiek. Brzydkie zmarszczki w czasie krzyku, jakieś wąsy czy niemodna kurtka… Niewłaściwe, nieprawomyślne skojarzenie.

W tej, jak i w innych dyskusjach tego typu, lekceważy się głos starców, którzy czegoś doznali na własnej skórze. Niedawno w TVN24 pewien polityk najwyższego szczebla oświadczył, że musi wymrzeć pokolenie bezpośrednich świadków, żeby historycy byli w stanie ocenić sens wydarzeń. O sensie wojen mają dyskutować nie ci, co je przeżyli i co ich doznali na własnej skórze. Kilka tomów ich relacji kupiłam po 5 zł za sztukę na bazarze, jako dziadkowe bredzenie z odzysku (po likwidacji czyjegoś mieszkania). Cena świadczy sama za siebie, choć książki są kopalnią wiadomości o realiach tamtych czasów.

Nie dajmy się zwieść tej manipulacji. Nie mogę pogodzić się z tym, że ktoś lekceważy moje zdanie, bowiem w jego przekonaniu jestem za stara, żeby mierzyć się ze współczesnością. Dlatego ciągle dyskutuję z młodymi. Ale chciałabym też przeczytać o własnych przemyśleniach osób ubezwłasnowolnionych medialnie z powodu ich wieku, nie pasującego do politycznych założeń. Może powinniśmy wreszcie zabrać głos, jak naprawdę było, a nie jak imputują nam młodzi!

Kochani! To ostatnie nasze podrygi! Co nam szkodzi opowiedzieć, jaka naprawdę jest wojna? I jakie traumy na całe życie niesie?

Odkąd byłam dzieckiem, pamiętam szepty dorosłych: „jak myślicie, będzie wojna czy nie?”. Tego rodzaju dywagacje należały do grupy spraw, skrzętnie ukrywanych przed dziećmi, podobnie jak sprawy płci i polityki. Były ku temu powody. Zimna wojna, to co zrobiono z Żydami (nie używano wówczas terminu holocaust), obozy koncentracyjne, wieszanie zbrodniarzy plus rodzinne historie. I panujący strach przed czymś, co tylko najbardziej pewni siebie i zajadli odważali się nazywać „reżimem”, „sowietami”, „UBe” (lista nazw także była odmienna od dzisiejszej).

Mało które dziecko w moim wieku (rocznik 1942) nie zaznało na własnej skórze wojny: wygnania, głodu, niebezpieczeństwa, widoku trupów ludzi i zwierząt. Opowieści o czekającej nas wojnie mogłyby pogorszyć jeszcze psychiczny stan dzieciaków, zwiększyć listę ich nocnych koszmarów. A jednak wszyscy z mojego otoczenia byli pewni, że wojna nadejdzie, rzecz tylko w tym, jak długo da nam jeszcze pooddychać. Wszystko za tym przemawiało. Kiedy wiatr wybił szybę w oknie naszego domu, rodzice zatkali dziurę kawałkiem dykty ze starej szafy, bowiem nie opłacało się wstawić nowej szyby. „Przyjdzie wojna i wszystkie szyby wytłucze” – tłumaczyła się mama. Ślady kul na tynku naszego domu przetrwały do późnych lat sześćdziesiątych i zniknęły razem z domem. Po co bowiem było go tynkować, skoro zaraz pojawią się nowe dziury? Jeśli były na przestrzał – starczyło zatkać czymś. Mama kupowała chleb, suszyła piętki, w kącie stał cały ich worek. Nikt nie kupował mieszkań, remontowano je tylko na aby aby (wbrew propagandzie mówiącej o tym, jak radośnie odbudowujemy swój kraj), a jeżeli już, to bynajmniej nie dawni mieszkańcy Warszawy; ci woleli zadowolić się kwaterunkowym przydziałem i przygodnym łataniem dziur. Gromadzono zapasy żywności. Każde zawirowanie w polityce, to były kolejki i kupowanie cukru, soli, mąki. Ubrania musiały być solidne, żeby wytrzymać w nich wygnania i inne przeciwności losu, meble niekoniecznie, starczyły doraźnie reperowane stare graty. Wiele lat spałyśmy z siostrą na łóżkach, których podstawę dla stelaża stanowiły pięciokilogramowe puszki po darach UNRA, wypełnione piaskiem (plus jedna pełna, zapomniana, otwarta w latach sześćdziesiątych, zawierająca papierosy).

Życie odbudowywano powolutku, raczej skokami, w miarę gdy pojawiała się nieuchronna konieczność, na przykład rodziło się dziecko. Jestem w posiadaniu oryginału pamiętnika, spisywanego przez młodego człowieka, studenta seminarium, którego naukę przerwała wojna. Podróżował po całej Polsce, zatrzymywał się u jakichś znajomych znajomych; wyjeżdżał, gdy czuł, że staje się dla nich zbytnim ciężarem; raczej nie próbował znaleźć stałej pracy i nie robił żadnych planów na przyszłość. Wiele osób tak żyło z dnia na dzień. Przepadły ich domy, majątki, zginęła, zaginęła lub wyemigrowała rodzina, a oni nastawieni byli wyłącznie na doraźne przetrwanie.

Jako młodą dziewczynę utrzymywano mnie w przekonaniu, że wojna jest nieuchronna, zresztą miała to być wojna atomowa, po której życie na Ziemi w najlepszym przypadku będzie się niemrawo tliło. Potem na szczęście ludzie uwierzyli, że pokój jest możliwy i mamy właśnie dzisiaj – czas gdy ludzie kupują domy i mieszkania (także na zarobek), odkładają pieniądze w bankach, podróżują po świecie, planują swoje życie i życie swoich dzieci. Rozpieszczają je czasem nadmiernie, dają im miłość i zrozumienie, zamiast zwierzęcej troski o przeżycie. Niektórym jednak ta stabilizacja przeszkadza, zbyt mało mają mocnych wrażeń albo brak im wyobraźni.

Tworzy się przestrzeń dla wieszczenia, że wojna jest nieuchronna (jest to oczywiście możliwe, ale póki co niesprawdzalne, co nie oznacza, że trzeba o niej nieustannie myśleć). Dobiegają nas echa tych dywagacji, w postaci rozmaitych tez i chwała  Tosterowi Pandory, że zajął się tym tematem. Boję się tylko, że głosy w dyskusji są głosem ludzi młodych, którzy osobiście żadnej wojny nie przeżyli, widzieli tylko mnóstwo filmów i kronik, a przecież mimo wszystko, oglądanie wojny jest czymś innym, niż jej doznawanie. Obejrzawszy nawet najbardziej makabryczną kronikę (a żadna nie zawiera katalogu wszystkich dolegliwości wojny) idziemy spać do własnego, suchego łóżka, a nie czaimy się głodni i zmarznięci w jakichś ruinach, w oczekiwaniu na wizg bomb. Ludzi, którzy wojnę poznali na własnej skórze, jest niewielu wśród Polaków, zaś uchodźcy nie są dla nas wiarygodni w żadnej sprawie i nikt ich nie słucha, nawet gdy są wymyci i nakarmieni, nie śmierdzą i zachowują się spokojnie. Babć i dziadków też się raczej nie słucha. A już na pewno nie czyta się nudnych wspomnień (jeśli w ogóle się czyta dłuższe teksty).

Cykl trzech artykułów o wojnie rozpoczyna:

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-czyli-roznica-pomiedzy-wyborem-jedno-i-obustronnym-glos-pierwszy/

Autor stawia w nim następujące tezy:

  • Pacyfiści są szkodliwi, bo nie widzą, że o wojnie decyduje nie jedna strona, a dwie.  Należy więc najpierw rozprawić się z nimi.
  • Jest tylko kwestią czasu, kiedy będziemy musieli z nią się zmierzyć. Zwłaszcza nie rozumieją tego kobiety, a to źle bo należy:
  • wzmóc wychowanie prowojenne, przygotować dzieci, nauczyć ich tego i tamtego, przydatnego w przyszłych walkach. Zapewne tutaj należy usytuować tzw. „wzmożenie patriotyczne”, często ostatnio dające się zauważyć wśród młodych.
  • Każda reprymenda dla przemocy jest szkodliwa. Świadczy o tym wprost poniższy cytat:

„Szanowne Kobiety, przecież tylko ta agresja sprawia, że chodzicie jeszcze po ulicach prawie zupełnie niezagrożone gwałtem. Polska jest prawie najbezpieczniejszym dla kobiet krajem na świecie, i ma to przecież tak pozostać. Świat się zmienia na niekorzyść. Wobec czego każda reprymenda w stosunku do przemocy męskiej osłabia Wasze naturalne siły odpornościowe, degradując facetów, którzy nadal mogą zrobić potencjalnemu napastnikowi krzywdę.”

Trochę to prostackie, ale logiczne, bo wynikające z całokształtu postawy samca alfa, który po prostu musi dla zdrowia psychicznego i fizycznego powojować: pięściami z kobietą,  sztachetą z sąsiadem, bejsbolowym kijem na ustawce z kumplami, uzbrojonym dronem z wrogiem. Trudno więc mi jako stara, nieprzydatna samica, dyskutować z takim mężnym mężem.

Głos nr. 2 w zasadzie podziela powyższe poglądy, choć czyni to nieco bardziej finezyjnie i inteligentniej.

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-glos-drugi/

Tezy:

  • „Wojna nie przychodzi dlatego, że jej chcemy, przychodzi niezależnie od tego, czy jesteśmy pacyfistami, czy wojownikami, czy jesteśmy wolni, czy zniewoleni. Wojna jest światem samym w sobie.”
  • Stoimy poza wyborem.
  • Wojna bierze się z napięcia globalnych interesów.
  • Cechą równoważenia sił jest nieustanne sprawdzanie. Czasem przekracza ono granice i dochodzi do konfliktu, którego nawet nie oczekiwano. Obecnie mamy w świecie rozchwiany układ sił „Właśnie odbywa się globalna rozgrywka o ustalenie zasad nowego porządku.”

Autor jednak w końcu obnaża swoje zafiksowanie i przestaje starać się o obiektywizm, co uzmysławia nam poniższy cytat:

„Hippisowska wizja tolerancyjnego i spełniającego się poprzez kontakt z naturą człowieka, wspierana przez kokon medialny poprawności politycznej, sprowadziła tegoż człowieka do roli zasobu ludzkiego, demoralizując społeczeństwo i kreując zamiast niego zbiór osób. To, co nazwano końcem historii, okazało się zupełnie nowym początkiem innej. Społeczeństwa odzyskują powoli podmiotowość, otrzepując się z haszyszu lewicowej wrażliwości. Jednak ten okres stagnacji i intelektualnej dezynwoltury na wiele lat zatrzymał postęp, zastępując go psychologizmem i pseudowiedzą. Wojna już jest”

Z zaciekawieniem czekam na trzeci głos, tymczasem jednak postaram się podyskutować ze stanowiskiem nr, 2. W zasadzie wszystko, co autor wyraził, a ja ujęłam w punktach, jest prawdą. Tylko, że z wymienionych argumentów wcale nie wynika przedstawiona teza o nieuchronności wojny. Owszem – o wysokim prawdopodobieństwie jej wybuchu, w miejscach zapalnych dla rozmaitych konfliktów, ale jednak tylko prawdopodobieństwie, bynajmniej nie nieuchronności. W dodatku Europa, w przeciwieństwie do lat poprzedzających I i II Wojnę Światową, jest dość stabilna i powiązana finansowo w sposób raczej utrudniający  niegodziwe zamiary. Uczestnicy tych powiązań więcej mogą stracić na konflikcie zbrojnym, niż zyskać.

Także niebezpieczeństwo rozlania się któregoś ze światowych konfliktów na tereny Europy nie jest zbyt wielkie. Widać to po sposobach reakcji politycznych, wielu osobom wydającymi się nadmiernie ostrożnymi i rozciągniętymi w czasie. Oni woleliby jak małe dzieci: „Spuścić bombę, zabić tę trąbę”.

Skąd więc to namaszczone wręcz przekonywanie otoczenia, że wojna jest nieuchronna i z tą nieuchronnością w pamięci należy nieustannie żyć? Czy jako ludziom odpowiedzialnym, zależy nam na tym, żebyśmy znowu żyli w niepewności losu, żebyśmy chcieli wyłącznie przetrwania, doczekania następnego dnia, miesiąca, roku?

Żaden z powyżej przedstawionych głosów nie przekonuje mnie. Głównie dlatego, że brak im obiektywizmu, pogłębionej analizy (np w postaci przedstawienia splotu interesów skłaniających Europejczyków do udziału w zbrojnym konflikcie), za to aż grają emocje, posługujące się określeniami i ocenami z katalogu myślenia wg jednej politycznej siły.  Dla ludzi tych „wrażliwość lewicowa”, „hipisowska wizja”, „poprawność polityczna”, są rodzajem płachty na byka do tego stopnia, że zgromadziwszy je wszystkie w jednym zdaniem, wyrzucane są z siłą wodospadu zamiast poważnych argumentów. Chcą wojny, więc ich zdaniem wojna jest nieuchronna.

Zanim zajmę się trzecim punktem widzenia – co z uwagi na objętość tekstu nastąpi w kolejnym odcinku – pragnę zachęcić do pobrania z mojej autorskiej strony,  http://kasiaurbanowicz.pl/ bezpłatnego PDF zawierającego jedną z części mojej niewydanej (choć nagrodzonej) powieści p.t. „Nić”. Fragment ten, jak pozostałe części powieści nosi imiona bohaterek, których pierwsze litery imion tworzą alfabet – w zamierzeniu była to droga od urodzin do śmierci kobiety. Część ta nosi tytuł  „CELINA” i opowiada o doświadczeniach dziewczyny, wierzącej w nieuchronność wojny atomowej. W dużej mierze jest ona zapisem nastrojów moich koleżanek, studentek z roku 1960-61. Zapraszam chętnych do lektury.

Naczynia krwionośne

Maria Borkowska zrobiła takie przepiękne zdjęcie i opatrzyła je powyższym tytułem:

Jest ona kimś, kto nieustannie zmusza mnie do zastanawiania się nad drogą naszych dywagujących umysłów, a także nad tym, czy istotnie nasza świadomość mieści się w głębi mózgu, czy może całkiem poza nim  (o czym pisał ostatnio Włodzimierz Zylbertal przytaczając link https://www.youtube.com/watch?v=I_V2n9VmB_g&feature=share do wykładu Ruperta Sheldrake, na tyle kontrowersyjnego, że został on zaliczony do grupy nauki urojonej, a jego rozpowszechnianie ograniczanie, chociaż z tego, co odsłuchałam, sprawa ograniczała się do praktycznej zmienności pewnych praw natury, uznanych za stałe. Polityka w nauce i tyle, jeśli to prawda.

Byłoby to bowiem kolejne skojarzenie Wielkanocy, jakie pojawia się we mnie ostatnio. Pierwsze to fotografia, kojarząca Chrystusa nie z barankiem w ramionach, a z jaszczurem, zmieszczona w poprzednim odcinku. Maria ma to do siebie, że kojarzy obraz z literaturą, co na mnie osobiście często działa jak uderzenie między oczy. Oglądając dzieła sztuki, często zastanawiam się nad związkiem tytułu z przesłaniem obrazu i zdarza się, że nie mogę pojąć takiego związku. Podam przykład.

Mój kuzyn, odnaleziony niedawno, Stanisław Wodyński, fascynat genealogii, zamieścił zdjęcie najsłynniejszego obrazu autorstwa spokrewnionego z nim malarza, Wojciecha Piechowskiego „Ukrzyżowanie” z roku 1889, znanego również pod odautorskim tytułem „Via et vita nostra” (nasza ostoja, droga naszego życia), wraz z notką biograficzną jego dotyczącą, o tematyce jak najbardziej pasującej do Wielkiego Piątku, a mianowicie pod angielskim tytułem „Lord Remember Me” (Wspomnij na mnie Panie).

Oto ten obraz:

Przedstawia on spojrzenie na owe wydarzenie z pozycji pyłku pod stopami bohaterów, ważnych i mniej ważnych. Ja bym zaryzykowała twierdzenie, że patrzący, jest ukryty w niewidocznym naczyniu  poniżej tego, stojącego na palenisku z kamieni. Z tej perspektywy Chrystus i obaj łotrzy  są wysoko ponad nami, bliżej i niżej rozpaczające kobiety i inne postaci, których rozpaczy nie przeszkadza gotowanie (Wody? Potraw?) na kamiennym palenisku. Wszak trwanie w rozpaczy wymaga okresowego podtrzymywania sił. Czy te zwyczajne, praktyczne czynności, są właśnie naszą ostoją, naszą życiową drogą, w przeciwieństwie do spraw wielkich i powszechnie uznanych za najważniejsze? Żaden z tytułów pozornie nie pasuje do obrazu, chyba że spojrzeć na niego z podobnego, jak ja, poziomu. Zazwyczaj na Mękę Pańską artyści patrzą vis a vis, tutaj zaś, spojrzenie z boku sugeruje, że nie chodzi o to, co widzą wszyscy…

Dostrzegam też inne rekwizyty na obrazie. Wiele sznurów, być może podtrzymujących członki ukrzyżowanych dla pomniejszenia ich cierpień, ich ud i ramion, a zaczepienia tych lin biorą swój początek w wywyższonym krzyżu Zbawiciela, jako że on jest wszystkiego przyczyną i, prawdopodobnie, politycznym uzasadnieniem kaźni. Kto tak stara się zmniejszyć cierpienia drugiego człowieka, jak nie kobieta i ich dziecko? Nie pyta o sens wydarzeń, po prostu pomaga.

My, kobiety, mamy to do siebie, że zagospodarowujemy ziemie pomijane przez innych. Widzimy detale, fragmenty, odłamki; lekceważone, a jednak przemawiające do tych. którzy chcą słyszeć. Widzimy to wszystko, czego nie dostrzegają inni, zafascynowani sprawami wielkimi i ważnymi. Próbujemy naprawić to, co inni spieprzyli i nie oczekujemy uznania od otoczenia, chyba, że koniec naszej drogi za bardzo już się zbliża.

Wracam więc do „krwioobiegu” Marii Borkowskiej. Dla znawcy problemów medycznych, zespól naczyń krwionośnych obrazuje coś podobnego do drzewa – z jego pniem i rozgałęzieniami, wyodrębniającego jednostkę z otoczenia. Na fotografii Marii, naczynia krwionośne nie ograniczają się do jednego organizmu, stanowią gąszcz powiązań ze światem i wszystkim, co nas otacza. Mój krwioobieg łączy się z krwioobiegiem moich dzieci (dorosłych zresztą) ale także innych osób, nawet tych przygodnych znajomych z facebooka, nie mówiąc już o przyjaciołach i kontrowersyjnych znajomych. Stanowi siatkę połączeń nie do rozdzielenia i nie podatną na rzeczowe analizy.

Za pośrednictwem siostry mojego prapradziadka, ten zespół naczyń krwionośnych łączy mnie także ze Stanisławem Wodyńskim i z jego kuzynami i powinowatymi, a wśród nich z autorem obrazu  Wojciechem Piechowskim. Wprawdzie ja inaczej rozumiem genealogiczne połączenia, niż Stanisław i mój zmarły mąż, Leonard (szkoda że nie mieli okazji się poznać!) jednak pojęcie naczyń krwionośnych zespala nas z tak wieloma jednostkami, że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie od nikogo się odciąć i uwolnić.

Nie wierzę w Zmartwychwstanie.Wierzę w sens utrzymywania tych garnków na przygodnym, gorącym palenisku, w zapach zupy rozprzestrzeniający się wśród ludzi, którzy cierpią i którzy umierają i którym podtrzymanie życia niesie głupią nadzieję. Jeszcze godzina, jeszcze dzień, jeszcze żyjemy póki zapach się rozlega… Nie nauki, nie ideologie, nie dywagacje – Tylko gorący, podtrzymujący życie, zapach kapuśniaku z kminkiem.

Spisek przeciwko kobietom

Jeden z moich przyjaciół w dyskusji nad tekstem o tym co wypada albo nie, w sprawach publicznych, napisał:

„Ciekawe, ale czekam na felieton o tym, co leży u podstaw tej piramidy. Mam swoje podejrzenia, tylko strach je publicznie głosić.” Zakładam, że nie była to drwina z moich rozważań, mieszających wiele spraw z rozmaitych poziomów istotności, ani drwina z moich drwin w sprawie istnienia duszy i momencie zagnieżdżenia się jej w zlepku komórek i opuszczenia podobnego, choć nie identycznego zlepka. Odpowiem więc nieco ogólnikowo.

Możemy poruszać się na cienkiej granicy między kolejnymi stopniami teorii spiskowych, od prawie pewnych (za wszystkim stoi kler katolicki, niedouczeni księża, patriarchalnie nastawieni mężczyźni, zjednoczeni w niepisanym sojuszu itp.) poprzez prawdopodobne (ktoś opłaca jakąś brazylijską organizację, żeby buszowała  w naszych interesach wykorzystując nasze słabe strony m.i. wymienione wyżej pionki w grze), aż do całkiem schizoidalnych w rodzaju takich, że jest to spisek reptilian w interesie obalenia papieża i zastąpienia go kimś innym.

Nie mam żadnych możliwości wyboru jednego z  możliwych stopni spiskowości, a tym samym zidentyfikowania sił, które stoją za cyklicznymi próbami zaostrzenia prawa dotyczącego aborcji, chociaż raczej eliminuję jaszczury. Nie mam poufnych informacji, nie mam dowodów, a nawet, przyznam się, nie przeczytałam szczegółowo spisu organizacji z wykresu, bowiem nie tyle ich nazwy i połączenia są ważne, ile ich ilość i liczba rozgałęzień. Świadczy ona bowiem o zaangażowaniu w tę sprawę i inne, podobne, znacznych środków finansowych. Ważna jest wynikająca stąd świadomość, że my, kobiety, zaczynamy iść na wojnę z całym światem, a skoro to robimy, róbmy świadomie, odpowiedzialnie, rozważając kolejne kroki. Nie sądźmy, że wyjście na ulice, malowanie haseł, jakieś prywatne opowieści w prasie lub wręcz odwoływanie się do praw człowieka wystarczą. Ważne jest, że podobne schematy mogą stanowić jakąś drogę do rozeznania sytuacji i przemyśleń nad strategią. Za moich młodych lat uczono nas w szkole na PW (przysposobienie wojskowe, potem zastąpione przysposobieniem obronnym) że istnieje różnica między taktyką, a strategią. Ja widzę w kobiecych manifestacjach wyłącznie taktykę, strategii moim zdaniem brak.

Ale wracam do teorii spiskowych. Wszyscy mamy wobec nich odruch protestu – tak bardzo się rozmnożyły, tak wiele nimi się tłumaczy, tak często są absurdalne. Nie wypada wierzyć w żadne teorie, które chociażby zalatują spiskiem; świadczy to o infantylizmie i braku krytycyzmu osoby. W dodatku nie dysponujemy narzędziem, pozwalającym eliminować te nieprawdziwe. Absurdalność jest tylko wskazówką, która może zawodzić.

Chciałabym opowiedzieć jako ilustrację powyższego pewną historyjkę z mojego dzieciństwa.

Mój tata opuścił rodzinę, gdy miałam 12 lat i wówczas zaczęły się poważne kłopoty naszej mamy, moje i młodszej siostry, od zawirowań rodzinnych, do eksmisji z zajmowanego mieszkania. Moja mama urodziła nas w dość późnym wieku i ten trudny dla każdej kobiety czas osobistych klęsk nałożył się na okres przekwitania i załamania zdrowia fizycznego, a także psychicznego. Nie istniał dla niej świat, poza tym, że mąż ją opuścił, a otoczenie pełne jest wrogów, najczęściej nasłanych przez ojca. Mama leżała w szpitalu po zawale i uważano, że powinna zostać przeniesiona do szpitala psychiatrycznego. Jednak problem był w tym, że nie chciała się na to zgodzić, a nie było w rodzinie żadnej osoby pełnoletniej, która zgodę taką wyraziłaby. Po prostu rodzina, to było nas trzy.

Odwiedzałyśmy mamę w szpitalu i kiedyś powiedziała nam, że piętro niżej, na innym oddziale leży kobieta, związana w jakiś sposób z kochanką ojca i za jej podpuszczeniem próbuje nastawić lekarzy i pielęgniarki przeciwko niej, spowodować, żeby uznano ją za psychicznie chorą. Pacjentka ta próbuje także podmieniać jej lekarstwa, a możliwe że i otruć. Takie same opowieści mama serwowała nie tylko nam, ale i ordynatorowi oddziału, na którym leżała, tudzież innym lekarzom.

Rozumiecie sami, że tym postępowaniem tylko potwierdzała opinię o swojej psychicznej niestabilności, wymagającej specjalistycznego leczenia. My z siostrą byłyśmy pewne, że mama wymyśliła sobie to wszystko i drżałyśmy tylko, żeby nie wkroczyli w to urzędnicy z aparatem przymusu. Szczęśliwie jednak najgorszy okres minął, obyło się bez psychiatry, mamę wypuszczono ze szpitala i jakoś żyłyśmy przez kolejnych parę lat.

Minęły kolejne lata i poumierali wszyscy uczestnicy dramatu, a wraz z nimi i nasza mama.

Kiedy zmarł ojciec i później jego żona (wcześniejsza kochanka, z której powodu tak bardzo cierpiała nasza mama), likwidacją jej mieszkania (musiało zostać zwrócone spółdzielni) i jego zawartości zajął się syn jej przyjaciółki, bowiem nie miała ona rodziny. Okazało się, że żona ojca z pietyzmu nie wyrzuciła żadnego z jego ubrań, papierów, listów i przedmiotów osobistych. Nie żył także już nikt z bliskich ojca, poza mną i siostrą, chociaż nie chciał utrzymywać z nami kontaktu. Papierów było zbyt wiele, żeby je od razu przejrzeć, zostały wiec wtłoczone w trzy szafki kuchenne i wywiezione do mnie na działkę, ponieważ chłopak likwidujący mieszkanie uważał, że mamy do nich prawo.

Tam dokonywałam swoistej segregacji. Siedząc przed otwartym paleniskiem kuchni, na której stał gar z zupą, wyciągałam papierek po papierku i dokonywałam wstępnej selekcji  – papiery żony ojca do spalenia, papiery ojca i fotografie do powtórnego przejrzenia. Wówczas wpadły mi do ręki kartki pisane do żony ojca przez kogoś z jej rodziny lub znajomych, a właściwie sprawozdania z poczynań tej osoby w szpitalu. Z papierów tych wynikało, że w świetle zbliżającej się sprawy rozwodowej ojca, oboje uważali, iż powołanie się na chorobę psychiczną może ułatwić ojcu uzyskanie rozwodu. Podmienianie leków naszej mamie było już tylko własnym pomysłem piszącej. Ubolewała, że nie znalazła wystarczająco szkodliwych (podkradała je innym pacjentom). W każdym razie owe sprawozdania w pełni potwierdziły słowa naszej mamy, ba pokazały jeszcze więcej przedsięwzięć, o których nam nie mówiła albo nie wiedziała.

Kto tu więc nadawał się do psychiatry? Nasza mama, czy tamte spiskujące kobiety? Na szczęście nic z ich zamysłów nie wyszło, ale ja wyciągnęłam taki wniosek, iż zdarza się, że najbardziej nieprawdopodobna w danych okolicznościach spiskowa teoria, może okazać się prawdą, ponieważ życie tak komplikuje przebieg rozmaitych spraw, że mogło by się nie udać czegoś takiego komuś wymyślić. Teorii spiskowych nie należy odrzucać tylko dlatego, że są spiskowe.

Nawiasem mówiąc w literaturze sensacyjnej brakuje mi opowieści tego rodzaju, że pozorne absurdy okazują się prawdą, a statystycznie częste rozwiązania, fałszem. Aż tęsknię do opowieści, w których motywem zbrodni nie jest miłość, władza albo pieniądze, tylko coś nieprawdopodobnego, być może przypadkowego.

Wracając jednak do tematu spisku przeciwko kobietom. Oczywiście że jest to przykład na działającą sieć powiązań, stworzoną w nieznanym celu (lub w wielu celach) przez nieznane osoby, w przeważającej mierze nieświadome istnienia jakiegokolwiek spisku. Nie zmienia to faktu, że istnieje on i że mimo rozmaitych dywagacji, wciąż niewiele o nim wiemy. Przede wszystkim tego, co powoduje, że zupełnie nie poddaje się zmianom, widocznym w innych segmentach społecznych. Biologia, psychologia, ekonomia i inne nauki nie tłumaczą odporności tego spisku na zmiany światopoglądowe. Dlatego trochę rozumiem tych, którzy winą obarczają imperium jaszczurów, ba, nawet twierdzą, że ostatni papieże nie są już ludźmi, tylko reptilianami – https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/tag/reptilianie/

A czynią to z powodu, iż Watykan ponoć jest ich ekspozyturą okupującą Polskę, będącą kluczem do wyzwolenia nie tylko naszej planety czy Układu Słonecznego ale wielkiej części Galaktyki Drogi Mlecznej spod ich okupacji. Kluczem jest Łysa Góra i ukryte tam skarby Królewskich Krypt Starożytnych Władców Wielkiego Imperium Lechitów.

(zdjęcie ze strony http://damgrath.blogspot.com/2014/06/watykan-prawdziwe-oblicze.html)

Wracamy więc do romantycznych przekonań, iż Polska jest Chrystusem narodów.

Poniżej zdjęcie ze strony: http://cidadaozinhodeenxofre.blogspot.com/2010/06/meu-pequeno-dinossauro.html

 

Podkreślam jednak mocno, że ja osobiście w jaszczury nie wierzę, a Wielkanocne skojarzenia baranka z jaszczurem nie ja wymyśliłam, tylko nie wiem czemu właśnie przed Wielkanocą odkryłam. Wesołych i spokojnych Świąt wszystkim moim czytelnikom życzę!

Co jest stosowne, a co nie

Czasy wiktoriańskie dawno minęły, zresztą w Polsce ich nigdy nie było, chyba że nasze tzw. drobnomieszczaństwo epoki międzywojnia, utrwalone w literaturze przez Gabrielę Zapolską, zaliczać do zbliżonych tendencji. Na interesującym kobiety polu niemałe zasługi położył też lekarz i pisarz Tadeusz Boy-Żeleński. Od zarania jednak krytykowano ten zespół norm i świadomości, drwiono z niego i z nim walczono.  Aż do teraz. Na fali społecznych protestów, kobiecych i nie tylko, wyłania się pewien wzór tego, co dopuszczalne, a co nie. Wracają dziwaczne konstrukcje, całkowicie nielogiczne, z pogranicza rzeczywistości i psychicznych aberracji, mające uzasadnić przekonania niezgodne z wtłoczonymi od dziecka wzorcami.

Pewna kobieta na przykład usiłuje aprobująco wytłumaczyć przekonanie o konieczności prawnego dopuszczenia aborcji z poglądem, że życie zaczyna się od poczęcia i zabójstwo zarodka jest jednocześnie zabójstwem człowieka? Nie da się? Skądże! wszystko się da. Nawet metodą drapania się lewą nogą za prawym uchem, zwisając jednocześnie, zaczepionym prawą ręką o wartości religijne, a ogonem o duchowość karmiczną . Cytuję (po koniecznych poprawkach ortograficznych):

„Dusza wie, kiedy ciało będzie abortowane i nie wchodzi w nie z tego powodu, wiec to nie zabójstwo, jak poniektórzy, a szczególnie KK próbuje nam wciskać. Wara klechom i politykom od kobiecego ciała, niech się zajmą swoją pedofilią.”

Z wiadomych względów interesują mnie jednak bardziej ograniczenia mentalne dotyczące starszych osób, zwłaszcza kobiet, chociaż nie jest pewne, czy jeszcze mają duszę, czy już je ona opuściła. Jeżeli bowiem dusza wie, kiedy wstąpić w ciało dziecka, i wstępuje weń jedynie w razie potrzeby, powinna też wiedzieć, kiedy przestaje być potrzebna, a wręcz przeciwnie, staje się szkodliwa, skoro nie ma na nic wpływu.

W piątkowych marszach stanowiły one swoiste kuriozum. godne uwiecznienia w telewizji, zwłaszcza prywatnej. Dziennikarze wyławiali je jak rodzynki ze świątecznego ciasta z czasów słusznie minionych, gdy 10 deko musiało starczyć na kilka rodzajów ciast i wydawało się, że dwa grzybki w barszcz i rodzynki w serniku to już przesada.

Starsza pani, ubrana w piękne stonowane kolory czapki i szala (prawdziwe wizualne przeciwieństwo moherowego beretu), tłumacząca się nieśmiało, dlaczego obchodzi ją sprawa aborcji, chociaż ma już córki i wnuczki.  Ale co by było, gdyby miała synów? – tłumaczenie straciłoby swoją wagę? Może zresztą ma ich, tylko pominęła w rozważaniach jako czynniki nieistotne?  Pan w średnim wieku przekonujący, że wspiera swoje bliskie mu kobiety – wstydliwie, zapewne dlatego, że nie jest wystarczająco agresywny w wypowiedzi, a jednocześnie ma obawy czy przesłuchujący go dziennikarz nie zastanawia się nad jego zdolnością do spłodzenia zdolnego do życia zarodka. Tfu, przepraszam, życia poczętego.

I ta cała Kaja Godek – tak pewna siebie i słuszności swoich przekonań – nieprzemakalna dla innych, niezdolna do głębszej refleksji. Wydaje się sympatyczną dziewczyną, ale słuchając jej zastanawiam się, czy w ogóle jej stopień wrażliwości pozwala na przeżywanie lub tylko rozumienie jakichkolwiek  dylematów.

Moglibyśmy sądzić, że problem jest w sporze ideologicznym. G-prawda. Takie Kaje Godek stanowią mielone mięso garmażeryjne, traktowane jako półprodukt do prawdziwych kotletów. Gazeta Wyborcza ujawnia międzynarodowe powiązania prowadzące do organizacji w Polsce, sterujących nieświadomym tłumem obrońców życia poczętego.

Co więcej, ujawnia też mechanizmy zbierania podpisów pod kontrowersyjnymi projektami, a to już perfidne obrzydlistwo. Może nie obchodzi nas za bardzo, jak wygrał wybory w Stanach Zjednoczonych Trump, ale jak wygrywa w polskim sejmie określony projekt ustawy – to już nasza sprawa.

Młode dziewczyny, protestujące przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego nie mają zielonego pojęcia, że nie o aborcję tu chodzi. Czasami docierają do mnie strzępy informacji z innych dziedzin życia, stopniowo opanowywanych przez liderów Ordo Iuris, z wyższych uczelni, środowisk pozornie odległych od problemów religii i życia poczętego. Teorie spiskowe zdają się uzyskiwać potwierdzenie, podobnie jak dawna, nadal aktualna  zasada „cel uświęca środki”. Tyle, że nie na Wschodzie, a w Brazylii nasze polskie problemy światopoglądowe wydają się mieć początek. O ile w ogóle są problemami światopoglądowymi…

Nie czuję się w pełni kompetentna, żeby mierzyć się z tym światem. Jeśli nawet wytoczę armaty pełne swojego życiowego doświadczenia, podobnie jak pani w stonowanej czapce i szalu, ujawniam się podobnie jak naiwna nastolatka, nie mająca zielonego pojęcia jak funkcjonuje ten świat. Kogo to obchodzi co ja myślę i co przeżyłam?!

Jakie znaczenie mają osobiste doświadczenia i przemyślenia, znajomość co najmniej kilkunastu historii kobiecych dramatów, wobec tego jednego schematu i gadek kobiety nakręconej, niczym automat, do głoszenia prawd absolutnych, nie przeżytych, nie odczutych, ale przez innych przeżutych?

Nasze kobiece myślenie nie jest obiektywne, nie jest naukowo doświadczalnie, zgodnie z regułami badań sprawdzone i dlatego ma niewielkie znaczenie i nikt na serio się z nim nie liczy.

Za to powyższy schemat jest już klasyfikacją, przeprowadzoną wg określonych kryteriów i może być poddany sprawdzeniu prawda/fałsz.

 

Gdzie był ten początek?

 

Gdzie był ten początek, kiedy świat przestał być racjonalny i zmienił się w gniazdo bólu? A może nigdy nie był racjonalny? Czy miał kiedyś jakąś przeciwwagę, dla narracji społeczności młodych nawiedzonych, opanowanych przez wchłaniające niczym jamochłony, wszystko co nieprzemyślane, lub nadmiernie przemyślane i emocjonalnie wykorzystane?

Może od zarania był snem pijanego programisty, gaszącego swoje nieuctwo byle używką, także z wnętrza własnej psychiki pochodzącą, a swoją manię wielkości zaspokajającego milionami plastikowych figurek, malowanych przez podległych mu niewolników, najtańszym kosztem na jaskrawe, obrzydliwe barwy? Może wpadł na pomysł (za informacją z dzisiejszej prasy) zebrania 50 mln uczestników głupiej gry, których pełno na FB w rodzaju, „Kim byłeś w poprzednim życiu”, „Jak wyglądałbyś jako władca”, „Ile punktów uzyskałbyś w teście inteligencji”, a nawet pozornie nieszkodliwe quizy, w rodzaju: „Jaki pierwiastek kryje się pod tym symbolem”, „Czy rozpoznasz drzewa po ich liściach”,  itp., na podstawie których zbudowałby machinę oszustwa, wspartego milionami głosów.

Telewizja ostatnio prezentowała sondę uliczną dla kobiet  p.t. „czy przerwałabyś ciążę, gdybyś wiedziała, że urodzisz dziecko homo sapiens? Trudno zgadnąć, ale tylko dwie osoby na kilkadziesiąt, nie uznały tego stworzenia za dziecko dotknięte wrodzoną chorobą! To już jest konkret, na którym można budować charakterystykę danej społeczności i opracować plan wykorzystania jej dla dowolnych celów.

Może zresztą wystarczyło mu wybrać kolor identyfikacji wyznawców guru, jakiś pomarańczowy lub fiolet, biały, czarny czy jakiś inny, kwiatek dostępny powszechnie dla zwolenników, opaskę, wzór, rysunek, figurkę i słowa, najgroźniejsze z dostępnych broni.

Oglądam na Netfliksie film: „13 powodów”, opisujący losy dziewczyny, uczennicy liceum, popełniającej samobójstwo  i obawiam się, że amerykańska wizja problemów nastolatków słabo trafia do polskiego społeczeństwa, nieprzygotowanego mentalnie (choć społecznościowo jak najbardziej), jako że chłoniemy wszystko, co modne i popularne. Słyszałam takie zdania: „Gdyby u nas, w Polsce, były takie szafki w szkołach, takie samochody w dyspozycji dzieciaków, tacy nauczyciele z dobrą wolą… Poprzewracało się w głowach i tyle! Jakby to dzieciaki były w centrum świata! Nic dziwnego, że tak się kończy…” Nie cenimy wniosków, nawet widocznych na pierwszy rzut oka, skupiamy się na bezpiecznych dla nas duperelach. Nie mamy takich szkół, takich samochodów, takich szafek zamykanych na szyfr, takich wydumanych (jak sądzimy) problemów… Nasze dzieci dźwigają kilogramy książek w plecakach, nawet flaszki wody muszą targać ze sobą… Co tam oszukana przyjaźń i nadszarpnięte zaufanie!

Czasami najgorszą przeszkodą zrozumienia, jest przyziemna praktyczność, czasem zaś nieumiejętność ronienia łez, ale trudno ronić łzy, gdy mówi się najczęściej (jak moi rówieśnicy) o rozwydrzonej, egoistycznej młodzieży, o dominacji pieniądza, o zapatrzeniu w siebie. Ja w ich wieku…

Film skojarzył mi się z „Niebezpiecznymi związkami” – słynną powieścią Pierre Choderlos de Laclos. O całej intrydze zawartej w książce i filmie można przeczytać w Wikipedii https://pl.wikipedia.org/wiki/Niebezpieczne_związki

Wyrafinowany świat osiemnastowiecznej Francji różnił się tym od naszego, że zło, które sprowadzono na świat, było perfidnie i perfekcyjnie przemyślane. Dziś nikomu nie chce się już tak trudzić, choć środki techniczne mamy o niebo lepsze. W końcu media społecznościowe to nie to, co pisanie listów na papierze i oczekiwanie na ich rezultat, w który wkalkulowano czas działania poczty. Rezultaty są natychmiastowe dlatego nie potrzeba tak bardzo starannie planować intrygi, wystarczy pierwszy lepszy impuls.

W świecie osób śledzących przejawy duchowości, był taki guru – Osho, czyli Bhagwan Shree Rajneesh. Powyższy obraz ze strony:

https://mariannaeva.deviantart.com/art/Osho-179774984

Jego słowa cytuje się przy każdej możliwej i niemożliwej okazji jako głębię mądrości. Oglądam na wspomnianym Netfliksie dokumentalny film o jego sekcie: „Bardzo dziki kraj”. Moim zdaniem film obiektywnie przedstawia historię tej sekty. Wiele głosu dano ludziom, którzy działali w jej imieniu. Wypowiedzi przeciwników nie miały tej mocy intelektualnej, jaką miały słowa jego zwolenników, nawet tych, którzy zostali później jego wrogami, jednak wrażenie, które pozostaje z tego filmu mówi dobitnie: Jeżeli człowiek może coś spieprzyć – zrobi to zawsze. Podobnie brzmiało zresztą jedno z praw Parkinsona. W naukach Osho uderzała mnie ich nieprawdopodobna wręcz niepraktyczność – w końcu wykorzystana przez jego zwolenników, nie kogo innego. Nie jest tak, że można kochać się bez granic i wierzyć w świat pozbawiony zła i agresji – w końcu samemu tą agresją trzeba się posłużyć w walce o przetrwanie i wypaść z latami utrzymywanej roli.

Niejednokrotnie rozbiór logiczny zdań owego guru – prowadził mnie na ich rzeczywisty sens, mało widoczny wśród paradoksów i  fajerwerków intelektu,ale przeważnie, mimo mojego umiarkowania,  spotykałam się w dyskusjach o nim z agresją, zamiast argumentacji. Zwykły, szary człowiek, mówiący bez zażenowania o tym, że lęka się tego, co nowe i niesprawdzone, wcześniej czy później zwycięży. Nie w Polsce jednakowoż. Tu każdy guru jest mądrzejszy tym bardziej, im bardziej wymyślną i błyszczącą szatę nosi. Argumenty i uzasadnienia nic nie mają do rzeczy, nikt ich nie słucha i nie przejmuje się nimi.

Największa wyznawczyni prawa ręka Osho, zakochana w mistrzu, odstawiona dla innej grupy wpływów, jest autorką jego klęski. Nie przyjdzie jej do głowy, że to jej zaślepienie i korzystanie z niedozwolonych moralnie środków doprowadziło do klęski; winę zrzuca na innych, którzy opanowali dostęp do mistrza. A i mistrz chylił się już ku upadkowi, prawdopodobnie schorowany, lekko odleciały, bez wyzwań i chęci dalszego bycia bogiem, (chociaż silny wewnętrznym cwaniactwem). Na koniec zawiodła go i jego powszechnie wychwalana mądrość. Ona zaś przekroczyła granice moralne. Czasami jest mi żal tego, jak bardzo można się zatracić w kontrowersyjnej idei i jak bardzo pogrążyć siebie i innych.

I pomyśleć, jak wielu ludzi zwiodły jego świetliste oczy! Z własnego doświadczenia wiem, że są tacy ludzie, że chodzą po świecie i jeśli kogoś takiego spotkasz powinieneś (albo powinnaś) uciekać na drugi koniec świata. Sami może nie czynią zła, zawsze znajdą się inni, którzy zrobią to w ich imieniu. Jeśli po latach zastanowisz się, co z tego zostało – na swojej dłoni zobaczysz tylko resztkę miałkiego  pyłu.  Tylko w środku Twojej osoby zionie głęboka, nigdy nie zagojona rana.

Czy to oni, owi guru, powodują, że świat jest pulsującym bólem, czy może oni są tylko złudzeniem, że tego bólu da się uniknąć?

Czasem oczy nie muszą być świetliste, wystarczy sugestywny głos, przemówienie pełne spokojnej i pewnej siebie agresji, przekonanie że mamy do czynienia z kimś, kto się nie cofnie, kto stawia wszystko (łącznie z własnym życiem ) na jedną kartę. Bywa że i bez tego zdobywa się wyznawców.

Wiem doskonale, że nasi politycy są zaledwie cieniem Osho czy innych „mistrzów”, ale w końcu my, jako członkowie społeczeństwa, jesteśmy cieniami tamtych osobowości. Skoro homo sapiens oznacza chorobę, to może wszyscy nasi lekarze nie tę chorobę leczą, którą potrzeba?