Kilka miłych słów o mężczyznach

Zobligowano mnie do napisania tego tekstu celem zachowania równowagi, która w przyrodzie niewątpliwie ma miejsce. Mając za mało przykładów pozytywnych z doświadczenia własnego, udałam się po wsparcie do literatury oraz moich znajomych.

Pierwsza z zagadniętych kobiet opowiedziała mi, że mężczyźni mają wiele tajemnic i znakomicie je ukrywają. Dopytywana o szczegóły opowiedziała mi o człowieku, który nigdy z niczego się nie wywiązywał, ponieważ rządził nim alkohol. Zawsze jednak znakomicie udawał, że jest w stanie wszystko zrobić, tylko napotyka na rozmaite niespodziewane przeszkody. Spytałam, czy ukrywał swój stan przed nią skutecznie.

– Ależ nie – zawołała. Wprawdzie zawsze był świeży, pachnący, w garniturze i pod krawatem, ale w jego domu można było napotkać w różnych dziwnych miejscach puste butelki.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że kobietom też to się trafia, tyle że bywają skuteczniejsze i zapewne butelki lepiej chowają albo częściej wyrzucają. Czasem też dla kamuflażu trzymają alkohol w słoikach.

Pewien mężczyzna w oczach swojej rodziny był super przykładnym i wiernym mężem, bo jego dorosły syn twierdził iż jest on jednym z niewielu znanych mu mężczyzn, którzy nie zdradzili żony. Nie wydawało mi się to prawdopodobne, jako że brał udział w wojnie, był wojskowym, a w czasach pokoju chętnie podróżował (bez żony) po licznych krewnych. Oczywiście wszystko wyszło na jaw, gdy zmarł i krewne zaczęły (jak to w rodzinie) dzielić się wspomnieniami. Nie uważam więc, że ukrywał swoje romanse skutecznie, tyle że nikt nie dociekał i go nie sprawdzał. No i po wsiach krążyły opowieści o eleganckim mężczyźnie, który miał zawsze wyczyszczone do połysku buty i przed wejściem do izby pucował je chusteczką do nosa.

Inna znajoma opowiada mi o mężczyźnie, który rozrzucał po całym mieszkaniu brudne majtki i skarpetki, a strofowany udawał, że nie wie o co chodzi. – Wszak twoje dzieci rozrzucają klocki po podłodze, a nie upominasz ich, choć prędzej przez taki klocek można się zabić, niż przez moje skarpetki. Czasami w celach wychowawczych kładł ową bieliznę na stole, między talerzem z zupą, a sztućcami i szklanką z kompotem, wymawiając żonie, że w kawiarniach kobiety kładą swoje torebki, czasem znacznie większe, także na stole. Ponadto są nierozsądnie przesądne, bojąc się stawiać torebki na podłodze.

Zarzucicie mi zaraz (całkiem słusznie), że powołuję się na przykłady banalne, trywialne i przyziemne, a świat jest i był pełen mężczyzn rozwiniętych intelektualnie, myślacych i refleksyjnych, innych niż specjalista od porównywania majtek i torebek.

Sięgnę więc do lektury antologii „Wywiady prasowe wszech czasów” wyboru i opracowania Christophera Silvestera, wyd. „Iskry” 2005. Mocnym początkiem antologii jest wywiad z Brighamem Youngiem z 1859 r. (tak, tak, tym słynnym przywódcą mormonów!). Na pytanie dziennikarza „Czy system panujący w waszym Kościele jest akceptowany przez większość należących do niego kobiet?” odpowiada w sposób nie dający się podważyć: „Nie mogą być bardziej temu przeciwne, niż ja byłem, kiedy po raz pierwszy zostało to nam objawione, jako wola boża. Wydaje mi się, że na ogół pogodziły się z tym, podobnie jak ja, jako z wolą Boga”.

Kolejne wywiady, którego idee mnie zafrapowały to wywiad z Thomasem Edisonem, słynnym wynalazcą, Otto Leopoldem von Bismarckiem i Theodore Roosveltem. Ilość bzdur, które wypowiadali ci panowie, nie mieści się w głowie. Pytani o różne sprawy w swoich dziedzinach zainteresowań, wypowiadają się o nich, jakby w ogóle nie myśleli nad wygłaszanymi twierdzeniami; kierują się logiką pana od majtek i skarpetek oraz damskich torebek.Roosvelt pytany o perspektywy uprawianie sportów w Stanach, utożsamiał go z polowaniami na grubego zwierza i dostępnością przestrzeni dla myśliwych.

Bismarck narzekał na nadmierną liczbę wykształconych biedaków z klas niższych, (zaliczając do nich synów pastorów); z tego, że nie spotkał bankiera zarabiającego miliony i zadowolonego ze swojej pozycji, wysnuwał wniosek, iż robotnicy z naury swej też nie będą nigdy zadowoleni, więc przejmowanie się ich niezadowoleniem jest bez sensu, co uważał w dodatku za bardzo życzliwe do nich podejście. „Narzucanie robotnikom ile godzin powinni lub nie powinni pracować, jak również odbieranie im należnej władzy nad dziećmi w związku z pracą, którą wykonują, by zarobić na chleb, uznaję za niepożądaną impertynencję” – perorował. On uznaje – rozumiecie, nie sami zainteresowani.

Edison uważał za optymalną liczbę godzin pracy 20, a snu 4, które jego zdaniem powinny każdemu wystarczyć. W ogóle nie pojmował, że Francuzi, spotkani na Wystawie Światowej w Paryżu, mogą zajmować się czymś innym, niż ciężką, fizyczną pracą. Uważał, że we Francji panuje wszechwładne lenistwo, a dowodem na to było, że inżynierowie, którzy go odwiedzili, „byli modnie ubrani, w rękach mieli laski”. Negatywnie wypowiadał się o ewentualnych wynalazkach, które dziś odmieniły świat, jak urządzenia do przenoszenia obrazu na odległość, czy aparatura medyczna. Za dobrodziejstwo zdrowotne uważał niesłychane ilości cygar, które wypalał.

Jedynym w tym towarzystwie, dość logicznie wypowiadającym się człowiekiem o przemyślanych opiniach (choć niewątpliwie bardzo przewrotnym), wydawał się Karol Marks.

Literaci i ludzie sztuki też nie wydają się w tym towarzystwie mądrzejsi. Oskar Wilde twierdził, że „starców nie powinno się ogladać ani słuchać”, a analizę porównawczą krytyki francuskiej i angielskiej sprowadza do postaci pojedynczych osób, z którymi wyraźnie ma na pieńku, co powoduje że jest (w tym wywiadzie przynajmniej), okropnym nudziarzem.

Henryk Ibsen w kwestii kobiecej w 1897 roku twierdził, że zrównanie pozycji kobiet z pozycją mężczyzn zajmie kilkaset lat i emancypacja będzie uzależnione od wzrostu siły fizycznej kobiet i „nie ma nic wspólnego z pojedynczą akcją kilku zwariowanych jednostek”.. Wygłasza też takie opinie: „Tam, gdzie społeczeństwo jest niemoralne do szpiku kości, jak to się dzieje w norweskich miastach, a zwłaszcza tutaj (w Christianii) , kobieta cieszy się większą swobodą, niż tam, gdzie cnotliwe życie jest bardziej przestrzegane”.

Wszystkie wymienione przykłady (a przeczytałam dopiero 115 stron książki z 411) wskazują na to, iż znani, cenieni i szanowani członkowie męscy społeczeństw odznaczali się nieusprawiedliwioną zupełnie pewnoscią siebie i dezynwolturą i nonszalancją. Możecie powiedzieć, że były to inne czasy i owe „autorytety” posługiwały się współczesnym stanem wiedzy ogólnej i szczegółówej, ale nie będziecie mieli racji. Nawet wówczas pewne rzeczy były dostępne ludziom z odrobiną pomyślunku. Taki Edison, gdyby trochę poobserwował otaczających go ludzi nie twierdziłby, że są leniwi, gdy nie są w stanie pracować po 20 godzin na dobę, wszak łatwo zauważyć, że on sam był pod tym wzgledem wyjątkiem.

W męskiej połowie ludnosci to nadal tkwi – to przekonanie, iż są pępkiem świata, który ma do nich się dostosować, a którego wcale nie potrzebują zrozumieć. Zagraża im wszelka odmienność, odstająca od standardu.

Jedyną dobrą rzeczą, którą mogę uczciwie napisać o panach (nawet o tym od majtek i skarpetek), jest fakt, że w skali mikro nie dbają o porządek wokół siebie. Niestety, świat kobiecy w tym względzie, kierując się fałszywymi ideami, przywiązuje nadmierną wagę do czystosci i poukładania swojego dobytku. Może to brać się z czasów, gdy przemieszczający się w pierwotnej hordzie mężczyźni nieśli ze sobą oszczepy, a kobiety na własnych plecach całą resztę, plus dzieci, musiały więc mieć dobrze rozmieszczone drobiazgi w swoich zawiniątkach. Niestety, ta dobra strona charakteru mężczyzn, pozwalająca im na odstępstwa od logiki porządkowania, nie rozciąga się na życie państw i przyrody, które pragną uporządkować. Dziki wystrzelać, puszczę wyciąć, ulice wybetonować, ludzi podzielić na zwolenników i przeciwników, tych zaś skupić w partiach, całą resztę zorganizować po swojemu, najlepiej umundurować, określić dopuszczalny kształt bananów i ogórków i tak dalej. A fe, panowie! Wstydźcie się, wszak nie jesteście kobietami, żeby zaprowadzać wokół siebie babskie porządki…

Matka nożownika ostrzegała przed swoim synem

Matka nożownika ostrzegała przed swoim synem – grzmią tytuły internetowych znawców matczynych turbulencji uczuciowych. Dobro pokonuje zło, tak się zachłystują media  – bo matce nożownika udzielono pomocy psychologicznej. W domyśle: tyle jest innych, którzy bardziej zasługujących na pomoc. Chyba… Że jest to matka niesłusznie skazanego Tomasza Komendy – ta oczywiście od dziś (choć nie przedtem, gdy najbardziej tego potrzebowała) zasługuje na wszelką pomoc, jako matka niewinnego. Matki winnych zasługują na potępienie, cokolwiek zrobią.

Wsadzam kij w mrowisko. Matka jest matka. Macierzyństwo jest stanem nigdy nieprzemijającym, wiecznym cierpieniem, zasłużonym lub nie. Czy aprobujemy swoje dzieci, czy nie; kochamy je biologicznie nieodpornie i nieprzemyślanie; zmagamy się z nimi i ze sobą; z nimi w nas, zwłaszcza. Nigdy nie jesteśmy pewne, czy mamy rację. Zawsze musimy wybierać: między sobą, nimi, zasadami etycznymi, naszym doświadczeniem i doświadczeniami, które kształtowały nasze dzieci, często wbrew nam.

Za czasów słusznie minionych dostawałyśmy kartki na buty dla rodziny. Jeśli naszym dzieciom nie podobały się oferowane przez reżim modele, przechodziły całą zimę w tenisówkach, a potem miały do nas, a nie do systemu kartkowego, pretensję o odmrożone palce. Pretensje owe zyskiwały wymiar uniwersalny, jako uzasadnienie walki pokoleń. Czasami nasze dzieci latami nie chciały nas z tego powodu znać, albo dlatego, że ich nie ochrzciłyśmy, albo nie kupiłyśmy butów (i kartki się zmarnowały), albo nie chciałyśmy ich, jako matki zrozumieć. Nie zadawali sobie pytań (oczywiście), czy umieli cośkolwiek z tego nam, matkom, wytłumaczyć. Mea culpa – byłyśmy równie głupie i zagubione, jak i oni.

Jeśli nasze dzieci miały odmienne od nas poglądy – szanowałyśmy je. Tak nas wychowywano. Pocieszałyśmy się, że wychowywałyśmy ich na wolnych ludzi, choć oni o tym nie mieli pojęcia. Wszak pojęcie „wolności” miało zawsze nieodłączny przymiotnik „socjalistyczna”.

Co spieprzyłyśmy po drodze? Może niepotrzebnie uzgadniałyśmy z ich ojcami, wbrew naszym odczuciom, jednolitą linię poglądów? Może dałyśmy ich ojcom zbyt wiele praw, a sobie zbyt mało? Może nie przekazałyśmy im swojej empatii, bowiem same wstydziłyśmy się jej. Człowiek jest racjonalny, a kobieta (zwłaszcza) musi być silna i odporna na krytykę, bo musi przeżyć. To jej podstawowe zadanie. Nie doznanie szczęścia, zadowolenia z życia, a przekazanie instynktu życia. Nasi rodzice przeżyli 3 wojny (1905,1914,1939) i uchronili nas przed śmiercią, nasze zadania były równie poważne.

Lekceważyłyśmy realia, stawiałyśmy na principia. Nigdy więcej wojny – to był mój priorytet. Jakim kosztem on działał? Ile refleksji stłumił w pokoleniu moich dzieci? Pragnęłyśmy dla nich szczęścia, wolności i braku ograniczeń. Wierzyłyśmy, że człowiek z natury swej jest dobry, trzeba mu tylko dać pole do popisu, umożliwić rozwój i postęp. Co zrobiłyśmy nie tak?

Ich pokolenie – dzieci lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Prezydent Gdańska. Wielu ze znanych polityków. Menadżerowie, biznesmeni, nauczyciele, wolne zawody. Dzieci koleżanek i kolegów, posłowie mojej i przeciwnej opcji, często bracia z jednej rodziny. To jest właśnie pokolenie naszych synów.  My, matki, patrzymy na to, co wykluło się ze skorupek i zawiązków. Czy i w jakim stopniu odpowiadamy za to, co dzieje się dziś? Gdzie leży nasza wina?

Napisałam kiedyś opowiadanie, „Imieninowe przyjęcie”, opisujące stereotypy tamtych czasów, zmagające się w swoistym tańcu szkieletów.  Takie imieninowe/urodzeniowe imprezy odbywały się w każdym z domów. Wódka na kartki, albo pędzony bimber, czy przemycane spirytusy niemieckie, rozrabiane miodem, karmelem, lub jak „mama z tatą”, sokiem wiśniowym, uwalniały polityczne emocje. Symbol symbolem poganiał. Mój szwagier wołał, że Solidarność jest naszą przyszłością, mnie tegoż poranka koledzy z pracy wskazali drzewo, na którym zawisnę, bowiem przypadkiem, poszukując czegoś w archiwum, trafiłam na skład broni. Mój przyjaciel ze studiów wskazywał na nowe, które się przed nami otwiera, ale ktoś tańczył tango przytulango z żoną przyjaciela. Oni zostawali na imprezie, a ja musiałam udać się na dyżur w przedsiębiorstwie zmilitaryzowanym, mając w głowie powiewne spódnice i koronkowe majtki mojej rywalki (co nie zmieniało faktu, że w biurze musiałam gościć  prywatną, kartkową kawą żołnierzy reżimu   – wszak oni mieli broń, a ja tylko kawę) podobnie zagubionych, jak ja. I musiałam w Sylwestrową noc, łomem tłuc lód na ulicy Komarowa (przydzielony prostokąt) pod groźbą postawienia pod mur i rozstrzelania (to były pierwsze dni stanu wojennego, gdy wierzono jeszcze we wszystkie groźby), zanim nauczyłam się, jak działa ten system i jak wystawiać go do wiatru.

Moje dzieci patrzyły na to i tworzyły sobie koncepcje  zupełnie niezależne od tego, co tkwiło w mojej głowie. Do dziś nie wiem, jaki obraz tamtych czasów wyrobiły sobie (poza tym co deklarują we wspomnieniach: „chuda, ruda i wściekła”). Osiwiałam wówczas po raz pierwszy i zaczęłam farbować się najtańszą farbą, ruską „chną” plus łupinki cebuli, dotychczas farbujące wielkanocne jajka. Chuda, bowiem kartkowych wyrobów dla mnie już nie starczało i mając w domu 3 mężczyzn z inteligencji, wartych tylko 2,5 kg mięsa miesięcznie (w tym większość z kością), chodziłam zawsze głodna.

My tonowałyśmy wojownicze nastroje naszych mężów. Oni skakali sobie do gardeł, idąc kopali napotkane kamienie, bowiem odruchy buntu tkwiły w nich nieczynne latami i teraz mogły znaleźć wyraz, podczepione pod polityczne nastroje. Nareszcie mogli okazać swoją męskość. My, żony i matki, łagodziłyśmy, nie zastanawiając się, co z tego rozumieją nasze dzieci. Oni przekrzykiwali się swoimi argumentami. Jeden z tych argumentów zapamiętałam do dziś. „Tak teraz opowiadasz, jaki z ciebie był opozycjonista, a zapominasz dodać, że jak przyszło co do czego (stan wojenny), to ubłagałeś księgową, żeby twoje składki na „Solidarność” fikcyjnie przeksięgowała na kasę zapomogowo-pożyczkową!” Pewien tatuś, w odruchu politycznego protestu, wyrzucił przez okno koszulki i buty nastoletniego syna, wystane przez matkę w kolejkach, z nieznanych mi bliżej powodów. Nie zważając na upokorzenie, grzebała bidula w poszukwaniach w krzakach  pod blokiem, ale część zdążono już ukraść.

My wycierałyśmy szklanki do blasku. Oni, źli na nas, podmieniali  szklanki ustawione dla gości, na stole, na musztardówki, wykpiwając dziewictwo Matki Boskiej i brak talentu do prasowania koszul. Każdy argument był dobry, aby nam dopiec i skompromitować nasze starania wobec innych. Zobaczcie, jakie mamy głupie żony! Świat woła o nasze przywództwo, a wam zależy na ładnych, drobnomieszczańskich nakryciach!

Nie narzekam. Moje dzieci i dzieci siostry, zrozumiały. Więcej niż nam się wydawało, choć niewątpliwie inaczej. Ale nasze wnuki? Dlaczego milczymy? Ile przed nimi ukrywamy? Może chcemy wreszcie żyć w spokoju, wybierać nie w plemiennym zacietrzewieniu albo biologicznej konieczności, ale może zniechęceni, nie potrafimy im wytłumaczyć, że pieniądz w ostatecznym rozrachunku z życiem, nie ma większego znaczenia, bowiem same się swego odstępstwa od prawd pospolitych wstydzimy? Może wstydzimy się swoich prawdziwych uczuć i fascynacji, bo  wdrukowano nam wierność zasadom i obowiązkom?

Wszystko to, co nie jest naszym bólem i wyrzutami sumienia, ma wymiar wstydu. Niewiele satysfakcji. Skąd mamy widzieć, czy nie wyhodowaliśmy małego Hitlerka na swoim łonie? Jak się z tym wszystkim pozbierać? Jak przestać być matkami?

Czy istotnie trzeba wojny, wrogów, niebezpieczeństw, żeby świat wrócił na swoje miejsce? Czy może upiory, jakoś ponownie same z siebie, schowają się za ubrania w szafach, jak schowały się wtedy, a nawiedzone kobiety i mężczyźni nadal będą głosić peany o urokach i rozkoszach macierzyństwa? O miłości do piesków i kotków i o szkodliwości glutenu, jako kontrze przed supremacją NARODU, dopóki ich zacietrzewienie nie znajdzie lepszego obiektu?

To nie jest rzeczony nożownik, tylko inne, zwyczajne dziecko urodzone w roku 1966. Ale zapewne tamten ma równie słodkie fotki, na których myśli krążą jak ptaki w jego głowie i nikt, nawet matka nie wie, co się z nich wykluje.

Radość o poranku

Nigdy nie jest nam dana radość bez otrzymania warunków. Dowiadujemy się czegoś miłego, ale (w obecnych czasach – podobno to co jest przed „ale” nie jest ważne) „oczekuję od ciebie, że się dołożysz”.  Gdyby nie to, że miewamy różne drogi uzyskiwania informacji, nie wiedziałabym, że ktoś robi mnie w bambuko. Ja też w odpowiedzi kłamię (choć lata temu obiecywałam, że będę zawsze mówiła prawdę i czuła z tego powodu satysfakcję). Nie mogę jednak dopuścić, żeby traktowano mnie, jako przygłupią staruszkę na wymarciu. Pojęczę trochę, naciągnę odrobinę i skłamię bezpiecznie – nie będę się wdawać w dyskusje z tymi, którzy chcą mnie przechytrzyć. Ja nie kłamię (jak się pocieszam) tylko bronię siebie przed oszustwem. Wiadomo, że babcie w przeciąganiu liny nie są najlepsze, za to w jęczeniu i narzekaniu, owszem. Znakomitą szkołę w tym wzgledzie nabyłam we wczesnym dzieciństwie, towarzysząc mojej mamie podczas wizyt w licznych urzędach, od których zależał nasz byt.

I tak ja, oraz moi adwersarze, nakręcamy spiralę kłamstw. – Tylko nie mów temu i tamtemu, że… -Tylko nie przyznawaj się…  -Tylko powiedz mi najpierw, a ja ci dobrze doradzę… – Wszak wiesz, że mam wyłącznie twoje dobro na względzie… Blablablabla. Kiedy słyszę owo „Tylko” w mojej głowie, świeżo ostrzyżonej, otwiera się nowa zapadka.

Przeliczanie wszystkiego na kasę nie jest złe. Rozumiem, że fryzjerka, czy pedicurzystka, która przychodzi do mnie do domu, zasługuje na wyższą wypłatę niż w lokalu. Wszak w śnieżycy i mrozie musi przejść do mnie,  tracąc cenny czas. Rozumiem, że sprzątająca Ukrainka się spieszy i czasem „zapomni” wyczyścić piekarnik czy mikrofalę i „nie zdąży” zajrzeć pod fotel, gdzie gromadzą się okruszki. Ja, gdy sama sprzątałam, też czasem opuszczałam miejsca, których sprzątania nie lubiłam.

Gdzie więc jest granica kłamstw, które aprobuję?

Niestety, przesuwa się ona w tak zawrotnym tempie, jak bieguny  pola magnetycznego ziemi w ostatnim roku. Podobno jest to wstęp przed przebiegunowaniem Ziemi.

Kiedy byłam dzieckiem, za największe dziecinne „przestępstwo” uznawano kłamstwo. — Powiedz prawdę, a nie zostaniesz ukarana – tak mawiali rodzice. Dzisiaj powszechnie uważamy, że kłamstwo jest niezbędne do życia. I nie tylko to, mające na celu ogólnie pojętą litość nad nieszczęśliwym, nie dodawanie mu niepotrzebnych zmartwień do kompletu nieszczęść, które go spotkały (nie mówimy dziewczynie, która straciła matkę, że ostatnio zbrzydła), ani nie oceniamy czegoś co nie jest niezbędne do cudzej egzystencji (Idź na potańcówkę, wiadomo, że każda potwora znajdzie swojego amatora). Uważamy, że kłamstwo jest usprawiedliwione okolicznościami, które uważamy za ważne. Skoro więc życzymy sobie, aby wygrał polityk X, a nie Y, to mamy prawo rozpowszechniać o nim kłamstwa, bowiem czynimy to w słusznym celu (to znaczy takim, który my uznaliśmy za słuszny).

Jeżeli trafi nam się po drodze głupia staruszka, mamy prawo ją okłamać, ponieważ potrzebujemy pieniędzy w „słusznym celu”. Nawet owa głupia staruszka akceptuje cel, więc o co chodzi? Czego się czepia?

Tu nie potrzeba jakiejś wydumanej mowy nienawiści! Chcemy, żeby było tak, jak my chcemy, więc wszystko co robimy, jest słuszne, nieprawdaż? Mamy prawo do dobrostanu. Jesteśmy go warci. Inni mają nam nie przeszkadzać, niczego więcej od nich nie chcemy.

Był kiedyś niejaki Machiawelli. Młodzi nawet nie wiedząc kim on był, uznaliby go za zgreda. Wszak on narzucał sobie jakieś ograniczenia. Coś tam bredził o uzasadnieniach, jakby trzeba było nad tym rozmyślać.

A dlaczego „Radość o poranku”?

„Nie zmąci mej radości żadny cień… Obiecał mi poranek szczęście dziś…”

Złudzenie lat siedemdziesiątych, lat mojej kończącej się młodości. Dziś, zanim coś dostaniemy, musimy za to zapłacić, bez gwarancji otrzymania obiecanego. I musimy potargować się jak na bazarze. A przecież mamy prawo, zasługujemy na (tu wstawić odpowiednie słowo).

To nie mowa nienawiści jest początkiem złego, a mowa kłamstw. Nie możemy być szczęśliwi, gdy wszystko nastawione jest na wszechwładne oszustwo. Obiecano, a nie dotrzymano. Więc ja też nie dotrzymam, bo nie ja obiecywałam. Nie dotrzymuje się umów zapisanych na papierze i przypieczętowanych, a ktoś bredzi o niepisanych umowach społecznych!

W ogladanym ostanio serialu czyjeś ozdrowienie musiało być okupione czyjąś śmiercią. To chyba wyznacznik naszych czasów – Nie mamy prawa się z niczego cieszyć, bowiem nieznany jest nam koszt, który poniesiemy. Za wszystko nusimy płacić z góry I nie wiemy, czy nie opłacamy czyjejś zbrodni lub nieszczęścia. Tylko czasami możemy sobie ulżyć w mowie lub w piśmie. Na tyle – na ile nas nauczono.

Przesyłam do Twojej wiadomości

Urzędy, firmy i politycy uwielbiają przesyłać do Twojej wiadomości rozmaite infpormacje licząc na to, że w świątecznym zapale ich nie przeczytasz, a tym samym nie zadeklarujesz swojej zgody, bądź jej nie wyrazisz w króciutkim terminie ledwie kilku dni; a tym samym próbują cię oszukać i skłonić do niekorzystnego rozporządzenia swoimi prawami. Ongiś, dawnymi czasy czynili tak drobni cwaniaczkowie, dziś po metodę tę sięgają wielkie firmy i korporacje, nawet spółki Skarbu Państwa (podobnie jak Urzędy Skarbowe, Prokuratury, Sądy i inne instytucje rzekomo publicznego zaufania).

W mojej skrzynce pocztowej w okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem pełno takich pism, które udaja życzenia a nie są tymi, czym naprawdę są. Oto ich krótki przegląd:

„Innogy” pisze do mnie: „Gratuluję, dokonałaś dobrego wyboru! Z szerokiej gamy produktów  Innogy Polska wybrali Państwo ofertę, która gwarantuje niezmienność ceny przez cały okres obowiązywania Umowy” Rysunek z dłonią i kółkiem pośrodku niej, niczym odznaka Namiestnika z  serialu „Gra o tron”.

W serialu tym namiestnika nie wybierał lud, podobnie jak ja nie wybierałam Innogy, jako dostarczyciela energii. Gdybym miałą wybierać, nigdy bym nie postawiłą na firmę o takim mało przyjaznym mianie. Na moich rachunkach pojawiła się ona wskutek dziwnych zmian nagłówków i nazw (zapewno jako skutki przyjaznych lub wrogich przejęć, podobnie jak we wspomnianym serialu grały ze sobą różne rody). Abstrahując od historii, cóż pisze do mnie ów Namiestnik?

Informuje, że dokonałam dobrego wyboru, bowiem blablabla z dniem 1 stycznia 2019 roku  wpłynęłam na decyzję Innogy Polska SA o smianie stawek cen i stawek opłat określonych w taryfie blablabla i że (niby) taryfa dla  mnie osobiście pozostała bez zmian), dodając jednocześnie, że załączona taryfa (po cholerę ją załączają, skoro nas nie dotyczy!)  stanowi integralną część zawartej ze mną umowy. A taryfa, jak taryfa – kilka dalszych stron drobnym drukiem do przeczytania w Wigilię przy barszczu z uszkami lub pierogach z kapustą i grzybami. Z telewizji wiem, że oznacza podniesienie cen energii elektrycznej (które rzekomo dla odbiorców prywatnych miały zostać nie podniesione, a taż sama „Innogy” przysłała mi kilkanaście dni wcześniej prognozowany rachunek na rok 2019 ze starymi cenami. Który z tych dokumentów jest kłamliwy?

Ja, jako osoba o zamiłowaniach humanistycznych nie za bardzo mam ochotę rozważać przy świątecznym stole albo sylwestrowym szampanie prawidłowość wzorów,

obliczonych dowodnie na rozmycie mojej uwagi, podobnie jak system TEAD miał rozmywać uwagę odbiorców reklam proszków do prania..

Przechodzę więc do kolejnego pisemka, tym razem dostawcy  telefonii komórkwej, informującego mnie (jak zwykle z opóźnieniem), iż „…z dniem 12 grudnia 2018 roku zmianie ulegną postanowienia zawarte w Państwa umowie o świadczenie usług telekomunikacyjnych” i łaskawie powiadamiająją mnie/nas, iż nie musimy nic robić, podejmować żadnych działań ale (nie wiedzieć czemu) informują nas, co się zmieniło. Wszystko oczywiście, jak w Innogy drobniutkim, nieczytelnym drukiem. Z pomocą lupy dostrzegłam jedynie iż niektóre wyrazy zostały przekreślone, chociaż nadal nie rozumiem jakie zmiany dla mnie osobiście niesie przekreślenie wyrazu „jednego” w zestawieniu „jednego miesiąca” i nadal nie chce mi się męczyć przy użyciu lupy nad tekstem. Wolę tejże lupy użyć do wyciągania ości z leszcza w galarecie, bowiem treść poniższego zdania nadal pozostaje dla mnie niezrozumiałym bełkotem, wszak przecież nie musiałam nic robić, mogłam się oddać konsumpcji wigilijnej ryby, zamiast sprawdzać siłę swojego intelektu. Kiedy jednak dokładnie przeczytałam tekst po Nowym Roku (skanując go i powiększając na monitorze litery odkryłam, że minął termin wypowiedzenia umowy przeze mnie w razie braku akceptacji zmian. Tak naprawdę to minął już, zanim otrzymałam w/w pismo (28 grudnia 2018), a nawet zanim je wysłano (22 grudnia 2018 r), bowiem terminem wyznaczonym na akceptację był 12 grudnia 2018 roku

Kolejny druczek o frapijącej nazwie „Informacja dla mieszkańców posiadających spółdzielcze prawo do lokali mieszkalnych.” Dowiaduję się z niej, iż z dniem przekształcenia prawa wieczystego użytkowania we własność opłata z tytułu wieczystego użtkowania gruntu związanego z gruntem pod budynkiem stanie się opłatą przekształceniową, natomiast za tereny wspólnego korzystania (zapewne grunt pod budynkiem zgodnie z ową dziwaczną logiką nie jest do nich zaliczny), „…wnosić będą Państwo nadal opłatę z tytułu wieczystego użytkowania.” Tak więc tłumacząc z Polskiego na nasze, jeden podatek zostanie zamieniony na dwa o różnych nazwach. Ostatnie zdanie w/w informacji podaje nam do wiadomości, iż indywidualne naliczenie wysokości opłat dostana nam doręczone w terminie póżniejszym. Po cholerę więc zawracają nam głowę, żeby informować, iż nie mają dla nas informacji? Może po to, żeby świąteczny makowiec stanął nam ością w gardle?

Kolejny druczek przekonuje mnie iż koniec ze składaniem PIT-ów i że skarbówka nas rozliczy i że ja oczywiściue nie muszę nic robić, bo wszystko zostaje po staremu. G. prawda. Jak nic nie zrobię, starcę ok. 300 zł – sądząc po latach ubiegłych. Skąd niby skarbówka ma wiedzieć, ile wydałam na leczenie i rehabilitację?

I przedostatni druczek, ten, która spędza mi posylwestrowy sen z powiek – „jak bedziemy segregować śmieci”. Owszem – nowe pojemniki przywieźli i nazajutrz zabrali, segregacja miała obowiązywać od 1 stycznia, ale ponoć nie obowiązuje (chociaż w Warszawie obowiązuje?);  skoro sa tylko stare pojemniki (sprzed 2 ustaw wstecz, tylko nalepki się zmieniają), to co ja mam robić? Czy konstruktor architekt mojego bloku przewidział balkon, jako miejsce segregacji śmieci? Pal diabli w zimie, ale latem jak wytrzymam w smrodzie 6 pojemników? W dodatku każdy pojemnik muszę wyłożyć torbą foliową (bo nie chcę zmagać się z myciem i dezynfekcją pojemników), czyli zwiększę liczbę plastiku nie segregowanego w postaci worków. W moim bloku połowa staruszków nie wychodzi na dwór i czeka na dobrych ludzi, którzy wyniosą im śmieci w odruchu litości. Czy więc jestem już skazana na wszechwładny letni smród i stałe zamknięcie okien?

I ostani druczek kalendarz, z wyróżnionymi krateczką ważnymi datami . Patrzę na kwiecień: egzamin gimnazjalny, pierwszy w historii egzamin ósmoklasisty, Niedziela Palmowa,  wiosenna przerwa świąteczna w szkołach, triduum paschalne, Wielkanoc i dalej miesiąc w miesiąc na zmianę święta religijne, patriotyczne i samozwańcze. A kiedy dzień ważny dla mnie osobiście? Styczeń, luty, kwiecień, maj – zarezerwowane wszystkie dni. Na odwrocie kartki rady na bezsenność STOSUJ WIECZORNE RYTUAŁY. Wśród nich wymieniona KOLACJA, która powinna obfitować w aminokwas tryptofan. Nic nie napisano, czy powinna być przy świecach.

Bo ty zawsze, bo ty nigdy.

To są takie zdania-wytrychy, z pozoru mało ważne, nieistotne; jednak pulsujące niedocenianą siłą, od wielu pokoleń. Stulecie Niepodległości już je znało, a kto wie, czy nie wcześniej. Nasze okowy, kajdany, nigdy nie zerwane. Dla rozważenia tym, których dotyczą.

W bezsenne noce (zwłaszcza na granicach niżów z wyżem – idących najczęściej od Północy), nie mogąc zasnąć, zmagam się z problemami. Udając się na spoczynek, pragnę szybciutko udać się w krainę snów Wielkiego Piękna i Idei Przewspaniałych, a czasem, z powiewem Pólnocnego Wiatru, śmigać bezkresnymi polami i lasami, przemykając między ośnieżonymi choinkami, jednoznacznymi i upartymi w swej symbolicznej trwałości, tymczasem…

Tymczasem. Świat wokół mnie pulsuje zwyczajnością, której nie miałam czasu poświęcić. Jutro mam gościa, co ugotować? Czy mam w zamrażarce coś stosownego, czy może jako relikt czasów, które słusznie minęły, posądzana zazwyczaj o nadmierne gromadzenie zapasów (jak wiadomo – wystanych w kolejkach), bez umiaru korzystajaca z internetowych zakupów, BO TY ZAWSZE MUSISZ MIEĆ ŻARCIA DO PRZESYTU.

BO TY NIGDY NIE ZNASZ UMIARU. Tak, boję się głodu. Kiedyś ukradłam dziecku bułkę z wędliną i ta kradzież do dziś stoi mi kością w gardle.

Boli mnie głowa, mam zawroty. Czy to już? Nie, na szczęście nie. Prześliczna choinka, oszpecona wsiową dyskoteką migajacych kolorów, niebieskiego, czerwonego i zielonego, odbitą w czerni ekranu telewizora.

– Proszę, przełącz choinkowe światełka, żeby nie migały w tak szybkim tempie, a najlepiej w ogóle. Przełącznik jest w kącie, do którego nie mam dostępu z moim chodzikiem.

BO TY ZAWSZE WYDZIWIASZ, KAŻDĄ PRZYJEMNOŚĆ ZEPSUJESZ! MOŻNA BYŁO KUPIĆ DROŻSZE ŚWIATEŁKA, ZA CZTERDZIEŚCI ZŁOTYCH, A NIE ZA DZIESIĘĆ. BYŁABYŚ ZADOWOLONA?

Nie o to chodzi. Podobno kierowcy z padaczką mają problemy, gdy jadąc aleją, wysadzaną drzewami, w słoneczny dzień muszą mierzyć się z słonecznym światłem naprzemiennie z cieniem bijącym po oczach. Może i te światełka tak działają?

ALE TY NIE MASZ PADACZKI!

No, nie mam… Ale głowa mnie boli, i  w niej się kręci, a najwazniejsze, że psuje mi nastrój.

WEŹ SIĘ W GARŚĆ, MA BYĆ MIŁO.

Już, już zasypiam. Chciałabym obejrzeć to Wielkie Piękno, ale ogladam coś zupełnie innego. Segregacja śmieci. Pod zlewozmywakiem (jak większość Polek) mam wiaderko nieduże, wyłożone folią, w którym umieszczam wszystkie śmieci wg. kryterium klasyfikacji: ŚMIERDZĄCE. Tam spoczywają najwyzej dwa dni obierki, fusy, resztki, których obawiam się już zjadać, tudzież plastiki i papiery po mięsie, wędlinach i rybach, i inne rzeczy, o których wiem, że nadługo będą śmierdzieć. Ponieważ nie wychodzę na dwór, co dwa dni zawiązuję ów niewielki woreczek i wkładam do pojemnika na balkon, gdzie w zimnie oczekują na kogoś, kto da się zmobilizować, aby starszej pani wynieść toto do śmietnika. Żeby samej wyjść do śmietnika, musiałabym założyć buciki, a nie paradować w letnich klapkach. Sami rozumiecie, że nie jest to bucik na styczniowy dwór, a poza tym, po remoncie, kafelkarze użyli mojej włóczkowej, moherowej czapki, do polerowania fug (akurat nawinęła im się pod rękę), więc goła głowa w zimie też nie pasuje. No i kurtka, piękna, z futrzanym kapturem, ale jakoś tak, akurat strzyka mnie i boli w prawym barku, więc nawet z pomocą szczypiec od grilla, jej nie założę. Zresztą szczypce się ślizgają po materiale, a chwytak dla starowinek, kaleczy materiał, szkoda niszczyć taką piękną kurtkę tylko po to, żeby wyjść do śmietnika.

Teraz klasyfikacja śmieci się zmienia. Odpady bio muszą być oddzielone od plastiku, nawet brudnego. Zamiast jednego, pod zlewem muszę mieć dwa worki, (a raczej woreczki, bo niewielkie). Gdzie je zmieścić, skoro mam koszyk na kartofle i jeden duży garnek, który mi się gdzieś indziej nie mieści.

Zamiast Wielkiego Piękna widzę inne rozwiązania praktyczne. Kartofle przełożę do koszyczka, który postawię na dużym garnku – nie chcę go wyrzucić, choć używam go raz na rok (BO TY ZAWSZE TRZYMASZ NIEPOTRZEBNE GRATY), ale pokrywkę odwrócę do góry stroną wklęsłą (po co ktoś konstruuje takie pokrywki, zabierające zbyt dużo miejsca?!), a kosz do śmieci, służący do tej pory za pojemnik do kartofli, użyję na śmieci śmierdzące.

No problem rozwiązany, ale chęć do snu, umyka. Nie widzę już Wielkiego Piękna, jestem pełna energii, której nie mogę spożytkować z powodu ogranniczonych możliwości ruchowych. Im bardziej tęsknię za Wielkim Pięknem, tym mniej ono daje się przyciągnąć do mnie i zatrzymać.

Wszak w korytarzu czekają następne pojemniki segregacji śmieci: plastik/papier/puszki – rozdzielane na 3 frakcje i czwarta – butelki, słoiki itp. szkło. (Ileż to nietrafionych tekstów produkuje moja drukarka! Które są ważniejsze, a których więcej?) Już teraz tkwią na stołeczku, o który zawadzam, przemieszczając się w nocy do toalety, (jak czynią to starsi ludzie nie posiadający dywanów na utrapienie młodych sąsiadów) 1 puszka po piwie, 1 stary kalendarz, kilka foliówek i posylwestrowa flaszka po szampanie – 0,5 l, które wypiły 2 starsze panie. Och, czemuż nie jestem młodym, prężnym facetem, który wypija 5 plastikowych flaszek coca-coli i 10 innego badziewia, a w dodatku sam, na własnych nogach, może je wynieść do śmieciowej altanki?

Na szczęście siła wyższa (Ta, która Jest, o ile jest) lituje się nade mną i gdy wreszcie zasypiam, wspinam się po górskiej, kamienistej ścieżce, biegnącej wzdłuż krystalicznego strumyka, a mam na sobie zieloną suknię we kropkowane wzory „Wilczych Szeptów”  Agnieszki Cupak i choć nie doznałam Wielkiego Piękna, (niedostępnego tym, którzy nie rozumieją swoich umysłów) odnalazłam Średnie Piękno, do czasu, aż mglisty poranek z powrotem przywoła segregację śmieci.

 

Duchowość codzienna

Kontynuując przegląd starych felietonów dotyczących Bożego Narodzenia – nadal aktualnych:

20 grudnia 2013

Słowo „duchowość” przed świętami odmieniamy przez wszystkie przypadki. W pojęciu tym mieści się wszystko, co o Bogu i religii myślimy, nieważne czy uznajemy czy nie jego istnienie, jakieś słodkie zwierzaczki które akurat teraz musimy ratować, przy czym moda na te zwierzaczki stale się zmienia, (w tym roku modne są karpie), różne biedne sierotki z domów własnych i przysposobionych, potrzebujące na gwałt prezentów. Pod duchowością rozumiemy też wróżby (w rodzaju tarota), działania czarnoksięskie (zwłaszcza czarownic) w tym sezonie występujących w parze nie z czarnym kotem i miotłą, ale z wilkiem o jaskrawych ślepiach (czarownice wręcz marzą o nim, przy czym powinien mieć wąsik, bródkę i być wytatuowany; nie zaszkodzą mu także nażelowane włosy i pełen wachlarz smakowicie brzmiących grubych słów) no i zwyczajne wydarzenia z magicznym wydźwiękiem, jak na przykład to, że w ostatnim miesiącu metro psuło się aż trzy razy i to w każdą kolejną środę albo rozważania podobne tym, czy winny był Adam, czy Ewa, albo może, przypadkiem, wąż? I: czy warto było z losem się droczyć…?

Część osób uważających się za ateistów zapuszcza się w przedświąteczne dyskusje, czy Bóg istnieje czy nie, z zaciekłością godną nawracającym na jakąś religię, jakby istnienie jego w liczbie pojedynczej czy mnogiej (muszę zaznaczyć, że piszę bóg w takim znaczeniu z małej litery, a komputer uparcie mi poprawia na dużą, widać programista był bigotem) miało jakieś znaczenie. Dla mnie osobiście (choć nie czuję się ateistką) nie ma ta liczebność boga/ów najmniejszego sensu, ponieważ jeśli jest, to nie jestem dlań żadną osobą godną zauważenia. Muszę żyć i płacić rachunki niezależnie od tego, czy istnieje, a ludzie z którymi wchodzę w interakcje, zajmują się Bogiem tylko deklaratywnie i nie boją się go, uznając za najlepszą porę formalnego wysyłania swoich roszczeń okres tuż przed świętami, bowiem czas przeznaczony na wniesienie sprzeciwu lub wypowiedzenia umów niepokojąco się kurczy i zawsze jest szansa, że kogoś nie będzie w domu lub w ferworze przedświątecznej gorączki zaniedba terminów.

Duchowość dla mnie jest refleksją nad sobą i ludźmi, ale w atmosferze spokoju i życzliwości dla świata. Czy jednak tę życzliwość widzimy u ludzi szczycących się swoim wysokim poziomem moralnym, wyczuleniem na problemy świata i ludzkości (nie zawsze jednak kierujących swój sokoli wzrok na pojedynczych ludzi)?

Swego czasu byłam szefową bardzo dużej grupy pracownic, co do których istniało niewiele wymagań: musiały sprawnie liczyć (w czasach gdy nie było jeszcze komputerów), sformułować na piśmie dwa-trzy zdania uzasadnień decyzji, mieć doskonałą współpracę z koleżankami, z których każda specjalizowała się w jakimś zagadnieniu, więc wiedzą tą musiały się wymieniać i wspierać. I tyle. Pracownice działu zmieniały się dość często, najczęściej z powodu kłopotów z liczeniem. Były to czasy gdy istniał przymus pracy (niepracującym grożono wysłaniem na Żuławy), więc sporo osób trafiało do nas przypadkiem, w obawie przed władzą i zazwyczaj po trzech miesiącach odchodziły same lub były zwalniane. Najgorzej wspominam te pracownice, które przysyłał i finansował urząd zatrudnienia, a większość z nich odznaczała się nadmierną dbałością o własną duchowość. Oprócz prostytutek i narkomanek oraz wyznawczyń różnych religii i sekt (które dziś są pełnoprawnymi religiami), były to dziewczyny na pograniczu pewnych norm, wymaganych od pracownika. Łączyło je jedno: wszystkie, łącznie z prostytutkami zasłaniały się dbałością o sprawy swego ducha, nie zwracały jednak uwagi na sprawy ciała i ducha innych osób, jakby wysoki poziom ich duchowości rozgrzeszał je z krańcowego często egoizmu. Jedna z dziewczyn na przykład medytowała przynajmniej cztery godziny z ośmiu godzin pracy, inna podkradała koleżankom pieniądze z torebek, ponieważ wskutek nakazu pracy nie mogła żebrać dla swojego zgromadzenia, a uważała, że musi ten brak swojemu guru czymś wyrównać. Pewna Mercedes (to taki stary dowcip o lekkim prowadzeniu), uszczęśliwiała świat w sposób do jakiego powołały ją siły wyższe. Że zaś praca podzielona była stosownie do ilości osób w dziale – jak w fabryce, za wymigujące się od pracy musiały pracować koleżanki.

Zniechęciłam się wówczas do niektórych wyznawczyń takich lub innych kultów, czy duchowości naprawiaczek świata. Podobnie zresztą ogarnęła mnie niechęć po dwukrotnym krótkim epizodzie spotkania z księżmi w szpitalach. Po swoim wypadku poczułam nagle, że zostałam cudem uratowana po coś i postanowiłam wyspowiadać się z grzechów całego życia i oświecona mądrością Bożą, zdać się na jej łaskę w odgadnięciu celu, dla którego przeżyłam. Wyszłam z tego doświadczenia pełna niesmaku i z pustą portmonetką, bo o to chodziło. Księża nie chcieli rozmawiać ze mną o Bogu i jego wszechogarniającej miłości, i Przeznaczeniu; chcieli za to spowiadać w obecności publiki na wieloosobowej sali (zresztą w trakcie zabiegów bolesnych i nie szanując intymności, bo nie mieli czasu kiedy indziej) no i przede wszystkim domagali się datków na kaplicę na samym wstępie. Na koniec zresztą odmówili mi rozgrzeszenia, z powodów takich, że pewne grzechy podlegają kompetencji wyższych szarż.

Ja sama muszę powiedzieć, że w ten obecny świąteczny czas (i z każdym rokiem bardziej) nie odznaczam się szczególną duchowością. Odezwał się sąd z nakazem zapłaty i komornik czyhający na emerytury babć. Trzykrotnie podniesiono mi na przyszły rok podatek z tytułu użytkowania wieczystego gruntu związanego z moim mieszkaniem, za te jakieś piwnice, korytarze, śmietniki i strzępek trawnika, a za trzy lata sześciokrotnie. W styczniu czeka mnie rujnacja mieszkania i remont łazienki i kuchni. Nowy (choć używany) komplet mebli kuchennych wypełnił wszystkie skrawki wolnego miejsca w moim mieszkaniu. Powoli pakuję w kartony rzeczy, które muszą poczekać do wiosny. Na potęgę psują się różne rzeczy i trzeba je reperować na gwałt po przedświątecznych zawyżonych cenach. Nie chce mi się sprzątać, bo i tak będzie brudno.  Znajomi z FB namawiają mnie, żebym znowu była piękna młoda i bogata i polubiła stosowne strony. Poza tym kierują mnie na strony o odchudzaniu, jakby przed świętami były to najbardziej upragnione informacje, ale mają silną konkurencję z przepisami wigilijnych potraw.

Jedyne co mam do czynienia z duchowością, to gdy obudzę się w nocy z nierównym biciem serca, zadaję sobie pytanie: czy to JUŻ? i jak TAM będzie? Zaczynam wyszukiwać na wszelki wypadek dobre strony tegoż wydarzenia (na które niestety, nie będę w stanie zaprosić znajomych z FB, jak oni zapraszają mnie na przedświąteczne kiermasze), na przykład tę, że zagram na nosie komornikowi i Zarządowi Dzielnicy oraz Gazowni i Elektryce, tudzież kablówce, którzy uparli się zmieniać umowy i z nieprzekraczalnym terminem 24 grudnia i każą mi decydować, czy dalej mi mają świadczyć swoje usługi. Gdybym tak umarła przed 24 grudnia, moi spadkobiercy mieli by łatwą drogę do unieważnienia tych umów, bez konieczności zachowania terminów z tytułu zmiany treści umów. I jak w takich warunkach zajmować się duchowością?

Dlatego niniejszym kończę drugi sezon „Babci ezoterycznej”, a jeśli dożyję do wiosny i duchowość z powrotem zawita w moje ciało i do umysłu, zastanowię się, czy nie zająć się czymś innym. Pozdrawiam moich miłych czytelników i załączam stosowną fotkę z mojego byłego letniego domu. Kiedy nocą oddalałam się, światło zapalone na ganku zawsze uosabiało miejsce, do którego się wraca ze świata niepokoju i mroku. Dziś już nie widzę tego światła, ale mam nadzieję, że to, które ujrzę w zakończeniu nocnych koszmarów, będzie równie pociągające, szczęśliwe i słodkie, jak to, które utraciłam.

Wszystkiego najlepszego moi mili, ja już przed wami przebywałam kiedyś tę drogę…

 

Aktualizacja

  • Czarownice aktualnie usuwa się z herbów miast.
  • Karpie gilotynowane na rynku jakiegoś miasteczka budzą powszechną zgrozę. Jednak przysłowie głosi, że ryba psuje się od głowy, stąd obcinanie głów zapobiegnie najprawdopodobniej nieświeżości tejże, (której świeżość zgodnie z internetem należy sprawdzać po oczach). Skoro nie ma głowy, nie ma i oczu, a więc nie ma problemu. Najwyżej wrażliwemu ów zamordowany karp się przyśni, a w rachunku na Sądzie Ostatecznym zostanie mu policzone in minus.
  • Przedświąteczne wezwania do zapłaty – przypomniało się Urzędowi Skarbowemu w roku 2018, iż za rok 2007- 2013 nie zapłaciłam jakiegoś podatku za użytkowanie wieczyste mieszkania, które odziedziczyłam w spadku w roku 2008, tj za część osiedla, różne ścieżki chodniczki i takie tam, za które właściciel nie płacił od roku 1945, niestety zmarł, a roszczenie przedawniło się. Korespondencja, którą prowadził w tej sprawie przez  rok renomowany prawnik, kosztowałaby mnie zapewne setki złotych, gdyby nie to, że ów prawnik robił to dla mnie bezpłatnie, a skutek owych licznych, wielostronicowych pism, kierowanych do różnych podmiotów, (jako że owa przedwojenna Spółdzielnia, nie wyodrębniła nigdy gruntów wspólnych, przypadających na poszczególne mieszkania) i musiał to obliczyć mój prawnik. Wyszła mu jakaś jedna kilkunastotysięczna część osiedla, za którą w majestacie prawa US przesłał groźnie obwarowane żądanie zapłaty, w nieprzekraczalnym, przedświątecznym tradycyjnie terminie 24 grudnia na całych … 17 złotych! Zapłaciłam w pełni szczęśliwa, że mam sprawę z głowy. Chyba że komuś przypomni się, iż mój praprapradziadek zapomniał opłacić coś tam…
  • Poza tym nadal żyję i mam się dobrze, czego i Wam serdecznie życzę.

Choinka jako WISIELEC

Śladem wrocławskiej witryny  „Czy spółki miejskie mogą marzyć”, która przypomniała mój stary tekst Bożonarodzoniowy z roku 2017, sięgam jeszcze głębiej do historii, przypominając stare teksty związane z tymi świętami, najdalej sprzed ośmiu lat, kiedy zaczęłam pisać blog, początkowo w „Tarace”, której gościnne łamy opuściłam w ubiegłym roku, gdy zmienił się profil strony. Sądzę jednak, że poruszane sprawy są ponadczasowe i warto do nich czasem wrócić.

17-12-2012

  1. „Babcia ezoteryczna” : Choinka jako Wisielec, głowa szczupaka i inne zwyczaje bożonarodzeniowe

Usłyszałam w telewizji, że w Stanach Zjednoczonych niektórzy wieszają choinkę od sufitu gałęziami w dół. Zapewne bombki i ozdoby też zwisają w dół (chyba, że ich nie ma). Z czysto praktycznego punktu widzenia taki sposób ekspozycji ma same zalety: pozostawia dużo miejsca w małym mieszkaniu, nie pozwala poddawać się terrorowi „choinki aż do sufitu” i przez swą odmienność pozwala powrócić do źródeł świętowania – kontemplacji. Ja na przykład (gdyby po latach bożonarodzeniowych obowiązków przyszła mi do głowy idiotyczna myśl o kupieniu i postawieniu choinki) bardzo szybko przetłumaczyłabym sobie, że należy uformować ją jak tarotowego WISIELCA, z całą jego (może być wzbogaconą dodatkowo) symboliką.

Pewna moja samotna koleżanka, pracująca i przebywająca cały tydzień poza miejscem zamieszkania, traktuje sobotę i niedzielę jako możliwość  pomieszkania u siebie. Natrętne zapraszanie przez rodzinę, od którego nawet chorobą się nie wykręci, bo rodzina przyjedzie do niej ze świątecznymi potrawami, jest dla niej przykre przez fakt konieczności przyjęcia zaproszenia, jedzenia do przesytu, rozmów i alkoholu. Zaproponowałam jej, żeby postawiła warunek zapraszającym: jeśli powiesicie choinkę gałęziami w dół, wówczas przyjadę — ale nie łudziłam się, że uda jej się to wymusić. Z góry wiadomo, że zwycięży stereotyp. W końcu ortodoksi wigilijni bardzo źle przyjęli pomysł, że Wigilia nie musi być postna, choć wyszło to z kręgów kościelnych…

Że nie wszystko o zwyczajach wigilijnych jednak jest nam znane do końca świadczy o tym pamiętnik pewnego pana, obecnie dziewięćdziesięcioparoletniego.  Pamiętnik zatytułowany jest „Tak zapamiętałem”, i przeczytałam na razie pierwsze dwa tomy obejmujące lata od 1919 do wybuchu wojny. Jest to dzieło zawierające ponad dwa tysiące stron maszynopisu,  z czego przeczytałam na razie około 300. Resztę ma mi dostarczyć za jakiś czas, ponieważ dostał w prezencie laptop i przepisuje tekst do komputera. (Nauczył się tego po 95 roku życia!!!) Oczywiście nie wydał tej historii swojego życia, tylko napisał ją dla wnuków. Nie ma ona wartości literackiej, zresztą autor nie miał wcale takich zamierzeń, był majstrem budowlanym z wykształcenia. Jednak mimo zaledwie średniej szkoły zawodowej, pisze dość poprawnie stylistycznie, tak że czyta się gładko, a najważniejsze, jest poukładany, nie odbiega od tego co zamierzał napisać, nie popada w dygresje, stara się pisać z pozycji obiektywnej, no i jest bardzo szczegółowy, więc wielu rzeczy można się dowiedzieć. Mnie urzekł na przykład dokładny opis umeblowania i urządzenia mieszkania jego rodziców. Każdy szczegół został zapamiętany! Nawet ustawienie palmy!

W pierwszych dwóch tomach opisuje życie przedwojennej Warszawy, a właściwie Bródna, w środowisku kolejarzy, ludzi stosunkowo ubogich i żyjących skromnie. Dużo czasu poświęca opisom realiów, pisze co się jadło, jak się ubierało, jak często kupowano ubrania, jakie były rozrywki itp. Dzięki takiemu stylowi pisania pamiętnik jest kopalnią wiadomości, do których w inny sposób nie miałabym dostępu. No i oczywiście pełen jest nieoczekiwanych „smaczków”, zwłaszcza w opisach ówczesnych obyczajów.

Na przykład pan Karol opisuje otoczenie domku, w którym się wychowali, a ponieważ jest wzrokowcem (malował także rozmaite obrazy dla ozdoby swojego domu letniskowego, zaskakujące czasem niesamowitym nowatorstwem) , niespodziewanie opis robi ogromne wrażenie. Opisuje zaśnieżoną, pustą parcelę wzdłuż ulicy, przeciętą ścieżką wydeptaną przez przechodzących, już nie tak białą i czystą oraz starą kobietę, okrytą czarną chustką, w czarnej długiej spódnicy nie sięgającej jednak ziemi, idącą boso po tej ścieżce. Ta kobieta chodziła tak całą zimę, miała to być forma pokuty, ale pan Karol nie wiedział za co. W końcu zniknęła, przestała chodzić, umarła, a może tylko założyła buty. (to już moja refleksja). (Można przeczytać jego opis Powstania Warszawskiego na stronie Muzeum Powstania (także moje wspomnienia z opowieści mojej mamy)

Opisuje pierwsze kroki pewnego dziecka i to, że zaczęło chodzić dopiero wtedy, gdy dostało do ręki tłuczek od kartofli.

Opisuje zwyczaje wigilijne, o których nie miałam pojęcia, a mianowicie jedzenie głowy szczupaka.

Z jednej strony ma to związek z mnemotechniką ( o której rozgorzała dyskusja po odcinku blogu Wojciecha Jóźwiaka) z drugiej zaś z kontemplacyjną rolą dawnych świąt.

U mnie w rodzinnym domu głowę ryby gotowało się na zupę rybną lub wywar do galarety i głowa szczupaka uważana była za najlepszą, bo dawała w przeciwieństwie do karpia, rosół dość klarowny i stosunkowo przezroczysty. Miała też dość dużo mięsa i pracowicie obierało się ją z ości i blaszek, kręcąc mięso przez maszynkę i robiąc z niego „szczupaka faszerowanego” do galarety. Całe zajęcie było dość pracochłonne, zwłaszcza gotowanie i zastudzanie mielonej ryby z przyprawami w specjalnym woreczku lub szmatce, ale powstawała nowa potrawa do zestawu dań wigilijnych, więc było warto, bo ambicją gospodyni było przygotować potraw tych co najmniej siedem, a najlepiej kilkanaście. Zresztą liczyło się to za dwie potrawy: ryba faszerowana raz i galareta, dwa. Podobnie jak barszcz z uszkami, barszcz raz, uszka dwa. Takie drobne naciąganie tradycji.

Tymczasem pan Karol opisuje jedzenie głowy szczupaka, jako czynność rytualną. W głowie szczupaka znajdowały się ości podobne kształtem do różnych narzędzi używanych do męczenia Jezusa i ojciec jego mówił, że w głowie szczupaka jest cała Męka Pańska. Jedząc ją, opisywał tę mękę dzieciom i rodzinie (nie w Wielkanoc, ale w Boże Narodzenie) chyba dla przypomnienia, że człowiek rodzi się po to, by umrzeć. Niestety, nie zapisałam dokładnie jakie narzędzia symbolizowały ości z głowy szczupaka, ale jeśli uda mi się jeszcze spotkać z sędziwym autorem jeszcze za jego życia (jesienią nie przyjechał na działkę z powodu grypy – i jestem umówiona na wiosnę na naszych działkach) to postaram się to niedopatrzenie nadrobić.

Po śpiewaniu kolęd przychodził czas na opowiadania o duchach i strachach na cmentarzu (było to w pobliżu cmentarza Bródnowskiego), wypełniano tymi opowiadaniami oczekiwanie na pójście na pasterkę. Opowiadano także o duchach dokuczających spóźnionym przechodniom i o zakładach odważnych młodzieńców lekceważących te strachy. Jeden z takich zakładów skończył się tragicznie. Zakład polegał na tym, żeby o północy, w bezksiężycową noc, w określonym miejscu cmentarza, gdzie najwięcej straszyło, przybić do drewnianej ławki białą kokardę. Śmiałek dotarł na miejsce, po omacku przybił kokardę, ale gdy chciał się wyprostować i odejść, nie mógł, bo coś go trzymało. Na drugi dzień znaleziono go martwego, umarł na atak serca. Okazało się, że po ciemku przybił kokardę razem z połą płaszcza.

Dzieci w tamtych czasach grały w cetno i licho, o tym słyszałam, ale nikt nigdy nie opisał na czym ta gra polegała. Okazało się, że cetno to była parzysta ilość, a licho, nieparzysta.

Mnie osobiście zainteresował opis szkolenia szybowcowego i nauka pilotażu. Mój ojciec przebył też taka samą drogę, tylko bardziej zaawansowaną, uczył się pilotażu jako inżynier konstruktor, a szybownictwo uprawiał sportowo, był też instruktorem lotniczym. Miał w klapie zawsze okrągłą odznakę: na niebieskiej emalii trzy ptaki w locie. Niewiele jednak chciał o tym mówić, nawet o tej odznace, zbywał mnie zawsze, że jestem za mała, żeby coś zrozumieć, a poza tym chyba był przekonany, że lotnictwo (jak wiele innych spraw), nie jest sprawą kobiecą.

Dopiero przeczytałam opowieść pana Karola, gdzie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami zostało opisane, jak przygotowywano chłopców do nauki pilotażu, jak ich uczono, jakie niebezpieczeństwa na nich czyhały i jak im zapobiegano. Na przykład zaczynano od tego, że kilku kursantów trzymało szybowiec na długich gumowych linach na uwięzi, napinano je, a potem biegnąc do przodu określoną ilość kroków, zaczynając od dwóch lub trzech, powodowano skoki maszyny o długości metra lub półtora metra. Zadaniem kandydata na pilota było utrzymanie w tym czasie skrzydeł w linii prostej. Pan Karol opisuje wygląd i konstrukcje poszczególnych typów samolotów i szybowców, opisuje rozmaite błędy i przypadki, które się trafiały oraz jakie były wymagania do zdobycia odznak jednej, dwu lub trzech mew. Tak więc dzięki temu opisowi łatwiej mi sobie wyobrazić rzeczy, które pasjonowały mojego ojca w młodości, a o których w domu nie miał zamiaru nikomu opowiadać, mimo moich pytań i zaciekawienia. Z ojca szkoleń pamiętam tylko jedną, dość makabryczną anegdotę, zresztą wspomnianą też w którejś książce o lotnictwie pilotów, rówieśników mojego ojca. Mianowicie ich rocznik kończył szkołę pilotażu w Dęblinie tuż przed wojną i z okazji promocji popili sobie i ruszyli nocą do miasteczka pohałasować trochę i porozrabiać. Któryś z młodzieńców zerwał znad jakiegoś sklepu szyld i postanowił, na dowód, że jest całkiem trzeźwy, wejść na wieżę obserwacyjną i szyld ten tam zawiesić. Kiedy zszedł na dół, wyszedł zza chmur księżyc i okazało się, że był to szyld zerwany znad sklepu z trumnami. Podobno nazajutrz (albo w najbliższym czasie) chłopak ten zginął w katastrofie lotniczej. We wspomnieniach pilota z dywizjonu 303, które czytałam, też opisano tę historię tylko z tym, że chłopak ten zginął w pierwszych dniach wojny, jako pierwszy pilot z ich szkoły.

Może więc lepiej nie wieszać choinki gałęziami w dół? W kultowych opowieściach zamiana rzeczy uświęconych tradycją skutkuje zaburzeniami rozchodzącymi się jak złowrogie fale od źródła zmiany. Na przykład, jak w baśni o dziewczynie, która nie chcąc zamoczyć pantofelków położyła na środku kałuży bochenek chleba. Nawet historia mówi nam o niewykorzystanych zwycięstwach (bitwa pod Grunwaldem) bowiem uświęconą rzeczą jest pozabijać wrogów.

komentarz aktualny 20.12.1018:

Pan Karol już nie żyje, nie zdążył przepisać i udostępnić mi ciągu dalszego pamiętnika, a jego rodzina odmówiła mi przyjęcia do grona znajomych na FB, (a tym samym negocjacji w sprawie przeczytania ciągu dalszego). Pokój z nimi na Boże Narodzenie, jednak mam taką refleksję: smutek, zażenowanie z faktu, jak wiele materiałów ważnych i istotnych dla rozumienia przeszłości, nie przebija się do świata, z racji zamiłowania do cenzurowania wypowiedzi przodków. Przestajemy ich szanować, uważamy, że mamy lepszy ogląd sytuacji, niestety, kierujemy się swoimi przekonaniami i możliwościami intelektualnymi sądząc, że jesteśmy mądrzejsi, i lepiej przewidujący trendy, a wszak trendy są wszystkim. Sami się dzielimy jako społeczeństwo, bowiem inny jest trend dla miłościwie nam panujących, inny dla totalnej opozycji, a inny dla szaraczków próbujących być obiektywnymi.  Tak czy inaczej choinkę stawia się czubem do góry, a nie w dół.

Ilustrację felietonu niech stanowi pocztówka. Oto jej historia:  Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło konkurs plastyczny dla licealistów na kartkę świąteczną. W jury zasiadali artyści plastycy, wykładowcy ASP. Trzy pierwsze miejsca zdobyły prace uczennic krakowskiego liceum plastycznego. Ministerstwo zamieściło zwycięskie prace na swoim profilu w mediach społecznościowych. W ciągu kilku godzin rozpętała się gównoburza. Kartki okazują się „obce ideowo” i „epatujące brzydotą”, o czym piszą tacy wytrawni znawcy sztuki współczesnej, jak wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Ministerstwo usunęło kartki ze swojego profilu, tłumacząc, że padło ofiarą niecnego spisku członków jury, chcących ośmieszyć poważną instytucję państwową . Poniżej III nagroda:

 

Prawda fikcji

Javier Marias, autor ostatnio wydanej powieści „Berta Isla”, w wywiadzie zatytułowanym „Boskie oko internetu”, przeprowadzonym przez Michała Nogasia (GW 8-9 grudnia 2018) opisuje i uzasadnia fakt, że pisze swoje książki na maszynie, a nie na komputerze. Mówi on, że każdą stronę pisze cztery, a nawet pięć razy… Przepisując stronę od nowa, próbuje różnych wariacji, zmienia słowa i układ zdań i odnosi wrażenie, że „papier współpracuje ze mną, podpowiada najdziwniejsze rozwiązania” i dzięki temu zmieniają się wersje tekstu, a ostateczna nijak się ma do początkowej.

Fragment ten zwrócił moją uwagę dzięki temu, że miałam bardzo podobne uczucie, gdy przestawiłam się z pisania na maszynie na komputer. Z pozoru wydaje się, że komputer jest wygodniejszy, łatwiej wprowadzać zmiany i poprawki, można tworzyć kolejne wersje i zapisywać je, a później porównywać. Jeżeli pokonało się barierę odmiennego ustawienia klawiszy w maszynie do pisania i klawiatury w komputerze, pisanie wydaje się łatwiejsze, a przede wszystkim wydajność piszącego jest większa. Nie dziwi więc, że proces powstawania książki jest krótszy i są autorzy, którzy potrafią pisać książkę w dwa, góra trzy miesiące.

Czy istotnie komputer poprawia jakość procesu powstawania książki?  Tego nie jestem już pewna. Szybciej i wydajniej nie oznacza, że lepiej. Oczywiście, gdy mamy do czynienia z tzw. czytadłami autorów popularnych, szybkość pisania jest ważna, bowiem zwielokrotnia dochody pisarzy i pozwala im żyć z literatury. Jeśli jednak pisarzowi zależy na powiedzeniu czegoś nowego, nie koniecznie dla masowego czytelnika, ale dla czytelnika wyrobionego, sytuacja zmienia się diametralnie. Przez takie książki niejednokrotnie trudno przebrnąć, wraca się kilkakrotnie do tekstu, czasem z udręką pragnąc zrozumieć go do głębi, nie tylko w tej pierwszej, wierzchniej warstwie, ale w kolejnych, mieszczących się pod spodem. Wiem coś o tym, bowiem męczę się nad lekturą noblisty z 1998 roku, Jose Saramago, powieści ” Rok śmierci Ricarda Reisa” ze świadomością, iż mam zbyt małą wiedzę, aby dogłębnie zrozumieć komplet literackich i obyczajowych odniesień do historii Portugalii.

Wiem także, iż to, co ja piszę, tylko w części trafia do czytelnika, ale na szczęście do każdego w innej części. Mogę więc powiedzieć, że każdy z moich czytelników czyta inną książkę i to, co łączy mnie z ludźmi, nie dotyczy tylko mnie i innej pojedynczej osoby, kochanej, bliskiej, czy znajomej, tylko wielu ludzi, każdego po części. Uczucie bliskości wiąże mnie w ten sposób z nieznajomymi, którzy czasami myślą moim rytmem, czasami zaś są w pełni odrębnymi istotami.

Jednak czytanie ambitnych książek przypomina poszukiwanie złota w sitowych płuczkach – kopie się tony żwiru, stojąc po kolana w wodzie, mozolnie kręci sitem, żeby po kilkunastu (oby) podejściach, wypłukać grudkę albo szczyptę złotego piasku. Taką grudką złota jest myśl zawarta w tekście, jej sformułowanie tak bardzo bliskie mojemu myśleniu, iż wydaje się, że wypłynęła z głębi mojej własnej głowy. Przez moment wydaje się wówczas, iż dotknęliśmy sedna tego, co łączy nas z innymi ludźmi, wbrew wszystkim, dobiegającym nas szumom bieżących wydarzeń, rozdmuchanych jak pop-corn, niesmacznych, mdłych, a jednak przeżuwanych z uporem godnym lepszej sprawy, tylko po to, aby zatrudnić swoje szczęki, które nie mogą, albo nie chcą, albo nie potrafią przemówić.

We wspomnianym na wstępie wywiadzie przeczytałam jeszcze jedną frapującą myśl: „Jedyną rzeczą, której nie można podważyć jest fikcja”. Marias uzasadnia to następująco: W dobie internetu jest mnóstwo narracji wzajemnie sprzecznych ze sobą. Historycy spierają się nie tylko o interpretacje ale i o fakty. „Pani Bovary umarła dokładnie tak, jak opisał to Gustaw Flaubert. A jeśli znalazłby się głupi pisarz próbujący w inny sposób opisać życie jej czy Don Kichota, to wszyscy wiedzieliby, że to nie jest już ta pani Bovary i ten Don Kichot. Fikcja to jedyne terytorium, po którym – gdy chce się coś opowiedzieć – można się poruszać bez obaw. To w zasadzie jedyny powód, dla którego tworzymy i czytamy fikcję – chcemy być czegokolwiek w naszym życiu pewni.”

Współczesność przyniosła nam tę jedną, niepodważalną prawdę, że próżno się nam silić na dumne twierdzenia w rodzaju „prawda was wyzwoli”, ponieważ zawsze można spytać, co jest prawdą i zawsze spierać się o to. Fikcję natomiast zazwyczaj można komuś przypisać, jednostce lub grupie, a spór można najwyżej toczyć o to, czy nam się podoba, czy nie, czy jest pożyteczna, czy przeciwnie, szkodliwa i wreszcie czy powinniśmy sobie nią zawracać głowę. Dlatego ja mam prawo nie wchodzić w spór na temat pewnej celebrytki (pisałam o niej w odcinku „Z Pudelka jestem”), czego nie powinnam była robić, gdyby wszystko, co o sobie mówi lub pisze, było prawdziwą prawdą.

Takoż wypowiedzi naszych polityków mogę traktować na luzie w myśl powiedzenia, które zasłyszałam o pewnej osobie: „Jeżeli X mówi że Y, to mówi”.

 

 

Przedbożonarodzeniowe skojarzenia

Wszyscy narzekamy, że święta Bożego Narodzenia zaczynają się coraz wcześniej. W tym roku reklamy świąteczne można było  obejrzeć i usłyszeć już nazajutrz po Święcie Zmarłych. W moje urodziny, przypadające w końcu listopada, reklamy prezentów już nie ograniczały się do telefonów, smartfonów i laptopów, przygotowanych przez sieci komórkowe i dostawców internetu, a rozlały się szeroką falą na zabawki, ubrania i kosmetyki, zwłaszcza golarki dla mężczyzn (bo trudno coś w prezencie dla nich wybrać), a nawet olejki do pielęgnacji brody (wcześniej przyciętej specjalnym, najnowszym modelem). Denerwują mnie, jak niejedną osobę, podobnie jak uroczyste strojenie politycznych choinek w Białym Domu i gdzie indziej (nie czekając nawet na tradycyjnego Mikołaja). Złości to, że publiczne choinki nie są prawdziwymi choinkami tylko wymyślnymi konstrukcjami z drutu i światełek, całkowicie zasłaniającymi drzewko (jeśli nawet tam jest).

Nieprawdziwe choinki nie pachną. Nawet to, co dzisiaj nazywamy smogiem i za co obwiniamy palących węglem mieszczuchów, (nie tykając samochodów, które musimy reklamować jako najlepszy prezent dla rodziny), ongiś miał inny, pociągający aromat. Pamiętam swoje dzieciństwo w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W domu było na ogół zimno, nikt nas wówczas nie rozpieszczał; węgiel w Warszawie na Bielanach roznosili w wielkich koszach na plecach usmoleni, potężnie zbudowani węglarze, a kogo nie było stać na ich usługi, sam ciągnął na sankach wiaderka. Tylko przy okazji świąt nie żałowano opału. Kiedy po obowiązkowym odśnieżaniu – Boże Narodzenie ZAWSZE było pod śniegiem – wracało się do ciepłego domu, spalany węgiel pachniał miło, a jeszcze milej ciepłe potrawy. Na warszawskim niebie widać było gwiazdy, a pierwsza gwiazdka nigdy nie była samolotem, czy satelitą, jak dziś, tylko prawdziwą gwiazdą. Choinka pachniała igliwiem i lasem  a świeczki na niej, topioną stearyną.

Tych wrażeń już nie odbieramy, lub uznajemy za godne wytępienia; zastąpiły je nudne reklamy w telewizorach i na portalach społecznościowych.

Jednak, gdy się bliżej zastanowić, nasze oczekiwania w stosunku do świętowania mają  swój głęboki sens, tylko dość luźno związany z pakietem interesów firm handlowych, które nim się żywią. Odzwierciedlają bowiem powszechną nadzieję na przynależne nam szczęście („Jesteś tego warta!”) i chęć wtłoczenia w święta wszystkiego tego, co przyniesie nam korzyść osobistą, nie tylko materialną. Oczekujemy prezentów, ale i miłej, świątecznej atmosfery, kontaktów z rodziną, „nagadania się” z osobami, dla których nie mieliśmy czasu, pokazania im, jacy jesteśmy zdolni, zaradni i pochwalenie się, co udało nam się osiągnąć oraz na co nas stać. Mamy opracowane w głowach całe scenariusze. Wszystko musi być idealne, dopracowane i przewidywalne.

Źle odbieramy najmniejsze odstępstwa. Kiedy okaże się, że nas oszukano rzekomym spadkiem cen (bo najpierw one wzrosły), kiedy dziecko nie wyrazi wdzięczności za prezent (a obecnie nikt nie uczy dzieci okazywania wdzięczności, nawet konwencjonalnego, grzecznościowego – nie mylić ze zdawkowym podziękowaniem), kiedy zaproszona stara ciocia czegoś nie podziwia, albo ma niestrawne dla nas poglądy polityczne, spinamy się i całe nasze projektowane doznanie szczęścia bierze w łeb. Wydawało nam się, że pragniemy tak niewiele, na przykład spokoju i radości, bądź zwykłego zadowolenia, a tu dostajemy prztyczka w nos.

Gdybyśmy się chwilę zastanowili, zrozumieliśmy, że tak musi być. Im bardziej staranne są nasze przygotowania, im w związku z nimi jesteśmy bardziej zmęczeni (a właściwie zmęczone), im bardziej nieswojo czują się mężczyźni, którym nie zawsze zależy na przyjmowanych przez aklamację scenariuszach, tym bardziej prawdopodobny jest niemiły wybuch czy nawet lekki skandal. Ongiś dzieci mogły dostać pod choinkę prezent, ale mogły też nie dostać niczego, albo dostać rózgę. Paradoksalnie, chroniło to je przed nadmiernymi oczekiwaniami. Rozczarowania zazwyczaj były lekkie i ulotne, nie potrzebowaliśmy bowiem wiele aby być zadowolonym. Możliwość siedzenia w cieple, najedzenia się do syta, drzemania w atmosferze pozbawionej zwykłych zagrożeń (poza rodzinnymi monologami o tych, którzy odeszli i przymusem grzecznego ich słuchania) i oczekiwaniem na prezenty, które wręczano zawsze PO, a nie PRZED Wigilią, zaspokajała dziecinne oczekiwania radosnego odpoczynku. Zaczynały się ferie, wolne od szkoły i poza odśnieżaniem i przynoszeniem węgla z piwnic, dzieci nie miewały już specjalnych obowiązków. Nie odrabiało się lekcji, a to było najważniejsze!

Dzisiaj nasze oczekiwania są bardziej wysublimowane. Wypatrywanie pierwszej gwiazdki na niebie jest nudne, lepiej obejrzeć w internecie. Mamy odczuwać szczęście, a nie zwykłe zadowolenie. Mamy być nasyceni doznaniami kulinarnymi, a nie tylko syci. Nie chcemy mieć żadnych obowiązków (nawet wobec rodziny), ale chcemy, żeby je inni mieli wobec nas. Wolelibyśmy wyjechać gdzieś do ciepłych krajów na krótki urlop, a tu babcia, ciocia , i w ogóle rodzina… Dzieci nie przepadają za Wigilią, nie lubią się łamać opłatkiem, wszak w ogóle nie smakuje, taki mdły… Działania symboliczne są im obce, nie na darmo uczymy ich racjonalności w myśleniu i postępowaniu. Kobiety są przepracowane, mężczyźni zagubieni, dzieci znudzone. Tylko prezenty mają czar…

Korzystając więc z okazji informuję, że przez moją stronę autorską można zakupić w prezencie świątecznym „Sierotkę”, która to książka przypomni osobom starszym czasy słusznie minione, a przybliży osobom młodszym ten dziwny czas, gdy nie było nie tylko komputerów, telefonów, tabletów, smartfonów i takich tam, ale nawet internetu telewizorów, ale ludzie jakoś żyli.

Uprzedzam z góry – nie jest to lektura radosna i pokrzepiająca, chociaż konkluzja taką zapewne jest: te czasy już za nami, chyba że zechcemy coś na nowo sknocić i przywrócić PRL w nowej odsłonie.

 

Strona  o książce  „Sierotka ” 

Pamiętniki cesarzowej Katarzyny

„czyli ujawnione zapiski bezwzględnej carycy Katarzyny II (dotyczące lat 1744-1759)

– w zapieczętowanej kopercie znalazł je po śmierci cesarzowej jej syn, Paweł.  Po raz pierwszy zostały wydane drukiem przez Aleksandra Hercena w Londynie w 1858 roku.”

Czasem lektura przed snem może zaszkodzić. Kilkunastoletnia przyszła cesarzowa, wydana za mąż za wielkiego księcia Piotra III Romanowa słucha, jak w przyległej komnacie nastoletni mąż wiesza szczury. Może trochę jej to przeszkadza, ale dla władzy da się znieść bardzo wiele. W moich snach igram z nimi, ich dworakami, jestem leczona piciem wody selcerskiej (to już  moje autentyczne, obrzydliwe wspomnienie), puszczaniem krwi, gdy chce mi się płakać. Jestem równie wesoła, jak oni; bawię się w wojsko musztrując sługi, wywiercam dziurki w drzwiach, żeby podpatrywać cesarzową, tresuję psy, które trzymam w naszej komnacie, godząc się z ich odchodami i smrodem i jego okrucieństwem; bawię się, jak mój małżonek, lalkami. Płaczę, dopóki mi na to pozwalają, kiedy zabraniają, przestaję. Jednocześnie jestem myśląca, przytomna, rejestruję polityczne intrygi, liczę swoje długi i przyjaznych zwolenników, których pozbyto się bez pytanie mnie o zdanie. Jednym słowem – kształcę się na władczynię imperium. Nie ma różnicy między dziecinnym, a poważnym odbiorem świata, wszystko jest równie ważne i intensywne.

Zacznę od tego, skąd się wzięło moje zainteresowanie Katarzyną. Bynajmniej nie z tego powodu, że jestem jej imienniczką. W mojej rodzinie tłumaczono dziwaczne i kłopotliwe z punktu widzenia ortografii moje panieńskie nazwisko faktem, że praprapraprzodek był jednym z licznych kochanków cesarzowej Katarzyny i sprzeniewierzył się jej, przystępując do spisku na jej życie. Tak powszechnie potępiana władczyni, była jednak dość litościwa w stosunku do swoich „byłych”, ograniczyła się więc do pozbawienia go majątku, uwięzienia i wygnania z warunkiem, że ma porzucić szlacheckie nazwisko i zmienić go na inne, nieznane. Ów przodek był żonaty i miał córkę, która wyszła za mąż za rosyjskiego oficera, nowego właściciela majątku, a ojciec dożywał swoich dni na łasce zięcia. Ironiczną ocenę swojej życiowej sytuacji zawarł w nowo wymyślonym nazwisku.

W tym czasie wchodziły przepisy nakazujące przyjęcie nazwisk przez wszystkich zamieszkujących tereny po rozbiorach i przodek ten przybrał nazwisko (potwierdzone w r.1875), zawierające ó kreskowane i rz, które stało się zmorą przyszłych pokoleń i w niektórych gałęziach rodziny uległo zmianie na łatwiejszą ortograficznie wersję (u zwykłe i ż z kropką). Poprzednie nazwisko zostało wymazane i moi już nieżyjący dziadek oraz jego bracia i siostry usiłowali dokopać się bezskutecznie do poprzedniego nazwiska.  To zaciekawienie odziedziczyłam też ja i gdy tylko trafię na materiały o Katarzynie, pilnie je studiuję, szukając pośród jej kochanków tego, który dał początek mojej rodzinie i jej legendzie.

Ciekawe, że nie był to dobry człowiek. Szlachcic zadufany w sobie, wyniosły, okrutny i korzystający ze swojej przewagi. Inna wersja tej rodzinnej legendy głosi, że zanim stał się kochankiem Katarzyny, zabił pańszczyźnianą chłopkę na polowaniu, bo mu w czymś przeszkodziła. Ponieważ było zimno, odarł ją z ciepłej odzieży i owinął sobie nią nogi. Pewna, już nieżyjąca osoba z mojej rodziny twierdziła, że uczynił coś o wiele gorszego, rozciął jej brzuch i wsunął doń zziębnięte stopy. Jak było, tak było, w każdym razie jako banita musiał uchodzić i udał się na dwór Katarzyny, gdzie otrzymał glejt, stanowisko i bezkarność, czego jednak niewdzięcznik nie docenił.

Pewnie ciekawi Was, ile w tym może być prawdy. Nie mam pojęcia. Mój ojciec, który uśmiechał się podobnie krzywo, jak nasz premier Morawiecki (tylko z przeciwnej strony ust)  i lekceważył głupszych od niego, jak b. minister Sienkiewicz, tłumaczył mi, że pochodzi od Krzywoustego i do pewnego czasu mu wierzyłam (dopóki w IV klasie szkoły podstawowej nie zaczęto mnie uczyć historii). W ogóle męska część mojej rodziny chętnie serwowała dzieciom różne opowieści, ku pożytkowi wychowawczemu – jak go rozumieli – bez szczególnego przejmowania się prawdą.  Ale moja wyobraźnia została kiedyś pobudzona i posuwa się nadal dziecinnymi tropami, chociaż od dawna czuję się postawiona w opozycji do rodzinnych postaw pedagogicznych.

Kiedy wiec czytam o czternastoletnim mężu siedemnastoletniej przyszłej cesarzowej, wieszającym z uciechą dla zabawy w swojej sypialni szczury (z całym ceremoniałem wojskowym, przeznaczonym dla nieszczęśników, przekraczających wbrew rozkazom kartonowe mury twierdzy) i tresującego, jak zwierzęta, swoje sługi, przestaję się (odrobinę) dziwić. Świat nigdy nie był przyjaznym miejscem dla zwierząt i mało znaczących ludzi. Co słusznie zauważyła przyszła cesarzowa, szczury nie dostały ani obrońcy, ani nawet możliwości wypowiedzenia słów na swoją obronę. Dla uporządkowania poglądów puszczono jej krew. Dzisiejsza troska o dzieci, o ich bezpieczeństwo, rozwój i kształtowanie własnego zdania nijak się ma do traktowania ich w tamtych czasach, gdy przestrzegano, żeby się do nich nie przywiązywać, ponieważ bardzo często wcześniej umierają. Sądzono, że szkoda zachodu na niepewne prognozy dla ich przyszłości.

Ówczesne pojęcie dobrego człowieka skupiało się na przestrzeganiu postów, modlitw i mszy. Lekarstwa na depresję były bardziej restrykcyjne, niż sama depresja. Kiedy Katarzyna płakała po śmierci ojca, przywołano ją do porządku stwierdzeniem, że nie był wszak królem i nie ma powodu do tak długiej żałoby i kilkanaście razy upuszczano jej krew. Tak lekceważona dziś odra i ospa wietrzna kładła cały dwór na kilka miesięcy i izolowała go od reszty świata.Chorzy na ospę prawdziwą niknęli z pola widzenia pamiętnikarzy. Kiedy Katarzyna pluła krwią po podróży w niesprzyjających warunkach, dodatkowo jeszcze upuszczano jej tę krew.

Śmierć była czymś codziennym, pozbawionym znaczenia, chyba że niszczyła polityczne kalkulacje. Miłość i pożądanie nie miało nic wspólnego z rozsądkiem – wszelkie kalkulacje były bez sensu. Należało chwytać chwile, dopóki się dało i póki się żyło. Przyszła cesarzowa miała kilka ładnych sukienek, otrzymanych przed wyjazdem do Rosji w prezencie, ale gdy była bliska śmierci (odra!!!), jej matka zażądała najdroższej i najpiękniejszej w nadziei, że córka nie będzie już jej potrzebowała. Nie wiedzieć tylko czemu kazała jej ją sobie podarować…

W oparciu o tę wiedzę sądzę, że mój ewentualny prapraprzodek nie był jakimś straszliwym zbrodniarzem, którego nie mogłaby zaakceptować całkiem niebrzydka (sądząc z młodzieńczych portretów) cesarzowa mimo, że ja bym tego nie potrafiła. Lud i poddani w tamtych czasach nie istnieli dla władców, jako przedmiot troski i starań, choć Katarzyna potrafiła zapłakać na widok torturowanego przez męża psa. Ale zdarzało się też, że płakała z nudów.

Ostatnio moja rodzina rozpływa się w rozważaniach, co sprawiło, iż niektórzy z jej członków postępują, jak postępują i mają odmienne życiowe priorytety, niż inni, aktualnie żyjący. Wszelkie rozmowy prowadzą na manowce, bowiem sprowadzają się do ubolewań nad aberracjami poprzednich pokoleń i poszukiwaniem winnych, wśród kandydatów, do których ja, jako jedyna najstarsza żyjąca, prawdopodobnie zajmuję pierwsze miejsce.

To prawda, nigdy nie płynęłam razem z ławicą. Może właśnie we mnie jest to źródło, które ustawicznie bijąc wbrew standardom, nie pozwala przedrzeć się naturze dobrego człowieka – modlącego się, przestrzegającego postów i posłusznego okolicznościom. Zazwyczaj znosiłam łatwo posłuszeństwo okolicznościom (bez modlitw i postów, choć z wyrzeczeniami), ale u schyłku życia coś powoduje, że z bólem przedzieram się przez liczne zasłony słuszności, ignorując uwarunkowania i poszukując własnej prawdy.

Boli mnie czasem to, że jestem w tym sama, że ci, którzy mogliby być ze mną, wracają na wytyczone koleiny i akceptują ich wygodę, jako słuszność poza wszelką dyskusją, nie rozumiejąc niczego, co jawi się czasem w moich snach. Od dawna zresztą mawiano bezmyślnie w mojej rodzinie: „sen mara, Bóg wiara”, dlatego bezmyślnie, że ceniono wyłącznie własne sny.

Nie akceptując samej Katarzyny, rozumiem jej życiową drogę i boleję razem z nią ponad przekazem historii. Zdaję sobie jednak sprawę, że współczesność, preferująca bezpieczeństwo i wygodę ponad wszystko, równie wypacza ludzkie charaktery i generalnie prowadzi nas w kierunku, który w przyszłości także odbije się nam czkawką. Zaczynamy już widzieć złe skutki dla środowiska, na ostatku odkryjemy te, dotykające nas osobiście.