Ławice

Co mnie męczy i razi we współczesności najbardziej? To, że ludzie poruszają się nawet nie stadami, gdzie każde zwierzę zdążające w tym samym kierunku, wykonuje własne, indywidualne ruchy, a wręcz ławicami, w których pozycja każdej płetwy, każdego osobnika, jest nachylona pod tym samym kątem. W świecie zwierząt ma to swoje uzasadnienie, ale w świecie ludzi współczesnych już nie.

Kiedy społeczeństwo zabierze się za jedną sprawę, jeden news go podnieci lub oszołomi, inne sprawy przestają istnieć. Za bywszego PRL wszystkie gazety pisały to samo, obecnie też to czynią, tyle ze podzielone na 2 połowy. Zaś ludzie, jak ławice śledzi lub sardynek, podążają nie tylko we wskazanym kierunku, ale nawet argumentują według narzuconych kilku schematów. Jest to tak nieznosne, że w moich oczach pogrąża najsłuszniejsze sprawy.

Wskutek tej ławicowości uważa się, że biskupi powinni przepraszać, kościół płacić ofiarom i należy domniemywać, że gdy to się stanie, roszczenia zostaną zaspokojone i wszystko w naszym kraju będzie już cacy. Cała reszta pozostałosci, odpadów po aferze, może zostać zamieciona, wyrzucona na składowisko śmieci. No, jeszcze mozna liczyć się z tym, że ten czy tamten polityk przy okazji wygłosi jakieś głupstwa i oberwie rykoszetem.

Nikomu nie przyjdzie do głowy dyskutowanie nad tym czy i o ile finansowe zadośćuczynienia w istocie bedą równoważne krzywdzie skrzywdzonych. Uważa się, że w ostatecznosci zapewni się im pomoc psychologa i po krzyku. Jednakowoż znając postępowanie niektórych psychologów, buszujacych w poradniach, szpitalach, umieralniach zwanych hospicjami lub domami pomocy społecznej i innych tego rodzaju placówkach, opłacanych przez instytucje, a nie osoby prywatne, śmiem wątpić, na ile ta pomoc będzie skuteczna.

Tu podam przykład ze szpitala w 2007 roku, czyli całkiem niedawno. Umiera tu człowiek w pełni sił i właśnie zdał sobie sprawę z tego, że już niewiele z życia mu pozostało. Nikt tego, łacznie z lekarzami, głośno nie mówi, ale rodzina zaczyna z tego po trochu zdawać sobie sprawę, choć może nie do końca. Umierający jest bardzo niemiły wobec otoczenia. Stawia im różne zarzuty, niektóre uzasadnione inne mniej, jest skoncentrowany na swojej sytuacji, nie bardzo go obchodzą inni, przemęczeni i zestresowani, a ci z kolei, rozumieją umierającego, choć nie bardzo wiedzą, co i jak powiedzieć, jak się zachować. Z jednej strony pobłażają wyskokom chorego, z drugiej zaś strony tłumią własne chęci przywołania go do porządku.

Gdy zastanawiamy się nad rolą psychologa w szpitalu (a była to młoda stażystka, pisząca pracę magisterską i pragnąca wykorzystać w niej ów przykład), należałoby zadać pytanie: kogo ma chronić i komu przede wszystkim pomóc: umierającemu, czy jego rodzinie. W pierwszym przypadku, ochrony umierającego, owa psycholog powinna podążać za jego obawami, ułatwić mu jego odchodzenie poprzez wysłuchanie i okazanie zrozumienia, na tyle na ile to możliwe. Jeżeli jednak ową młodą psycholog kształcono w przekonaniu, że umierający i tak umrze, a bliscy pozostaną w stresie, nabyła przekonania, że chroniąc bliskich, wykonuje swoje podstawowe zadanie (słynne ćwiczenie wczuwania się w rolę maszynisty: rozjechać pięciu na głównym, czy dwoje na bocznym torze), dojdzie do wniosku, iż ci, którzy przeżyją, są ważniejsi; wobec tego należy umierającego przywołać do porządku, pokazać mu jakim jest egoistą, a nawet zwymyślać za brak społecznego podejścia do innych chorych i nie liczenie się z ich dobrostanem.

Ktoś, kto nie płynie z ławicą, zada pytanie: czy może przypadkiem nie jest dostępne rozwiązanie, nie przeciwstawiające sobie obu tych grup, a jednoczace je w ich wzajemnym, choć innym stresie? Oczywiście moim zdaniem umierający jest ważniejszy i jemu należy przede wszystkim ułatwić odejście (psychologów powinno się uczyć jak słuchać ludzi, a nie ich pouczać, a w każdym razie zabronić pouczać umierających).

Zastanówmy się także głębiej nad zjawiskiem pedofilii księży. Oczywiscie ich ofiary są tu najważniejsze i ich odczucia powinny znaleźć największe zrozumienie. Ale na fali wrzasków, powinniśmy zrozumieć, że rekompensata finansowa nie zwróci molestowanym dzieciom ich niewinności i dziecięcego oglądu świata. Dlatego też ważne są nie tyle przeprosiny sprawców (zazwyczaj zdawkowe), ale pokazanie im, co właściwie uczynili, tak aby mogli swoim ofiarom zadośćuczynić także w sferze moralnej, chyba najbardziej oczekiwanej.

Stary, umierający ksiądz, nie potrafiący wobec pokrzywdzonej wyrazić skruchy i dać jej tej satysfakcji, jaką powinna otrzymać, też wymaga pomocy, aby mógł uczestniczyć w pokazaniu niegdysiejszej dziewczynce (która ciągle w niej tkwi!) jak bardzo zrozumiał zło, które wyrzadził. W filmie braci Siekielskich wygladało na to, że jest mu przykro, ale to za mało. On powinien zrozumieć do końca i porzucić swój punkt widzenia, aby dać satysfakcję skrzywdzonej. Ale jako ktoś, kto odchodzi z tego świata, także wymaga pomocy, zrozumienia i pogłębienia – inaczej satysfakcja pokrzywdzonej nie będzie pełna. Skopanie przeciwnika, który za raz umrze, nic nie da. Obalenie jego pomnika (jeśli takowy istnieje) to żałosna pociecha.

Przyznaję, że było mi tego staruszka szczególnie żal. On już właściwie może tylko się bać śmierci. I jeśli jest wierzący – tym bardziej.

Kogo to w ogóle obchodzi? Taka komisja czy inna, z udziałem tych czy tamtych – trwają przepychanki, a ławica, wachlując w jednym rytmie płetwami za tydzień lub dwa przewrzuci się na inną aferę. Nie szkodzi, że sprawa od dawna była wiadoma – teraz powstał film, obejrzały go miliony i zwykli ludzie w programach typu szkło kontaktowe grzmią słowami z mediów publicznych niczym owa pani psycholog wołająca do umierającego: NIECH PAN WRESZCIE SIĘ USPOKOI I PRZESTANIE BYĆ EGOISTĄ! Przykro mi, ale żadnego głosu spoza ławicy nie słyszałam.

Chiron w podróży

Chiron, Themis and Hebe

(Fotografia ze strony:  https://www.theoi.com/Georgikos/KentaurosKheiron.html)

Obejrzałam „Przejście Chirona ze znaku Ryb do Barana” Bartka Sawickiego – jego przemyślenia na temat  roli Chirona w horoskopie.

https://www.youtube.com/watch?v=yXetNdc3Qq4&feature=share

Takie moje prywatne astrologiczne podsumowanie:

Temat jest dla mnie bardzo interesujący, jako, że Chiron w moim horoskopie urodzeniowym zajmuje bardzo ważne miejsce – jest sprzężony koniunkcją z Węzłem Księżycowym Północnym, obrazującym powołanie, wszystko nad czym pracujemy. Capot draconis, jak nazywano go po łacinie – czyli Głowa Smoka – ciągnąca za sobą bierną resztę. Nadaje to Chironowi znaczenie swego rodzaju sterownika tej głowy, który niczym Daeneris Targarien, kieruje go w stronę celu.

W mitologii greckiej Chiron, jako jeden z Centaurów był uzdrowicielem i nauczycielem Achillesa, Asklepiosa, Actaeona, Jasona, Dionizosa i innych bogów i herosów, jak twierdzi się, bardzo kontrowersyjnym. Jako uzdrowiciel nie był skuteczny w stosunku do własnej osoby, jako nauczyciel stosował wątpliwe metody. Kiedy więc odkryto planetoidę i nazwano ją na cześć tego Centaura, zaczęto jej przypisywać te cechy, które w legendzie miał Chiron. Mając ten fakt na uwadze, autor nagrania twierdzi, że: „Rany możesz uleczyć jedynie przez obserwacją własnej blizny”, pomijając jednakowoż fakt, iż Chiron nigdy się nie uleczył, nie zneutralizował trucizny, którą wlano w jego żyły i która krążyła w nich już zawsze. Co zaś do kontrowersyjnych metod nauczania – dziś uważa się jeszcze bardziej za wątpliwe, niż wówczas.

Jednym z wychowanków Chirona był Achilles, uczestnik wojny trojańskiej. Chiron nie tylko uczył Achillesa takich cnót, jak pogarda dla dóbr tego świata, obrzydzenie dla kłamstwa, odporność na namiętności i cierpienie, lecz także karmił go wyłącznie wnętrznościami lwów i dzików oraz szpikiem kostnym niedźwiedzia. Uczył go także zabijania, przekraczając pewne, obecnie uznane granice pedagogiki. W ten sposób centaur przygotowywał Achillesa na obcowanie z brutalną, pierwotną siłą. Innego podopiecznego, Asklepiosa, przyszłego boga-lekarza uczył sztuki uzdrawiania i korzystania z treści snów oraz  ożywiania zmarłych, czym także przekroczył pewną, akceptowalną granicę, bowiem naruszył porządek rzeczy i poniósł tego konsekwencje.

Orbita Chirona, jako most między Saturnem, a Uranem stanowi symboliczny kres fizyczności. Saturn uosabia wszystko to, co dzielimy z innymi, Uran własną drogę, nie opisywaną przez schemat uspołecznienia i socjalizacji, od dzieciństwa po starość. Dlatego też Chiron jest kluczem do zrozumienia przeszkód własnej drogi życia, stanowi odpowiedź na nie zadane czasem pytanie: Dlaczego ciągle żyjesz?

Chiron spędził 7 lat w znaku Ryb (tam gdzie mam swój ascendent i tranzytującego aktualnie przez niego Neptuna, w koniunkcji z inną,  równie ważną w moim horoskopie urodzeniowym planetoidą, Ceres, – pisałam o niej kiedyś, jeszcze w Tarace tu: – Ceres  i w mniej pożądanym towarzystwie, Lilith, Czarnego Księżyca) i rozpoczął swoją podróż po znaku Barana, symbolicznym początku Zodiaku.

To stanowi znaczący krok w podsumowaniu owych 7 lat podróży przez znak Ryb, charakteryzujący mnie jako osobę niejednoznaczną, rozmytą, zmagającą się z próbami wyrażenia siebie i nawiązania kontaktu z innymi, zrozumienia ich ale i siebie w interakcjach ze światem. Na szczęście towarzystwo Ceres utrzymywało mnie na zdroworozsądkowej pozycji, hamowało zapędy Czarnego Księżyca, Lilith, współczesnej patronki Czarnych Parasolek, pierwszej żony Adama, nieposłusznej, o której pisał kiedyś Wojciech Jóżwiak:

„Puste ognisko, to inaczej  rozumiana przez (niektórych) astrologów jako puste ognisko orbity Księżyca. Przypomnę: orbita Księżyca jest elipsą, elipsa ma dwa ogniska, w jednym znajduje się Ziemia, którą Księżyc okrąża, w drugim nie ma nic. Zasugerowałem, żeby ten punkt rozumieć jako siłe tego czego nie ma, a co jednak, i właśnie dlatego, przez swoje nieistnienie, wpływa na ludzkie chęci, dążenia, plany, losy, wyobrażenia, świadomość – czyli na życie.” 

W ogóle w moim horoskopie dziś bardzo wiele się dzieje, ale sen o dziecku na platformie, sprzed paru dni, zawdzięczam prawdopodobnie Chironowi.

„Chiron nie należy do naszego Układu Słonecznego, jest w nim jedynie gościem. Nadejdzie taki moment, kiedy będzie musiał go opuścić. Wypełni się wtedy jego przesłanie”. pisze Piotr Piotrowski

Uważam go za interesujący przede wszystkim dlatego, że idzie pod prąd moim przekonaniom w życiowych sprawach. Zresztą sami zadecydujcie, co może oznaczać:

Idę drogą i widzę jadący samochód, z odkrytą platformą, podobny do jakiegoś rolniczego ciągnika z niską przyczepą. Na przyczepie posadzono dziecko, dziewczynkę obok dużego koszyka na zakupy. Jestem oburzona, że dziecko siedzi na przyczepie (jest bezpieczne, przyczepa ma burty, więc nie może spaść) Wściekła na rodzica/ ów, zabieram dziecko z przyczepy i prowadzę je za rączkę po zapylonej drodze. Po obudzeniu nie rozumiem dlaczego we śnie uważałam, że wożenie dziecka samochodem jest złe, wręcz karygodne aż tak, że budziłam się oburzona i wściekła.

W kontekście moich ostatnich problemów życiowych rzecz jest jeszcze bardziej zastanawiająca, choć zalecenie wynikające ze snu jest mocno kontrowersyjne, jak nauczanie Chirona.

O astrologicznych odniesieniach w moim choroskopie pisałam jeszcze m.in tu: Saturn , Narowiste konie i tranzyt księżyca przez śledziki

 

Pokuszenie

Wszystkie publiczne akcje, nawet w najsłuszniejszych sprawach, prowokują mnie do zajrzenia pod powszechnie pokazywaną pokrywkę garnka.

Jako gospodyni domowa, nie wierzę czasom gotowania podanym w przepisach, mam w nosie harmonogram przyrządzania potrawy i w połowie gotowania muszę uchylić pokrywkę, aby poczuć zapach pary, a nawet popróbować potrawy i pomedytować nad nią (spoglądając na rząd słoiczków z przyprawami). Pragnę też zawsze rozeznać co pochodzi z podstawowych produktów, a co z przypraw, powszechnie stosowanych, aprobowanych albo modnych.

Im głośniejsza sprawa, im bardziej oczywista i słuszna, tym bardziej korci mnie uchylanie tej pokrywki i wdychanie pary. Skoro więc pewna moja znajoma Martyna (nie podaję jej danych, bo nie wiem czy tego chciałaby, jako że ona mieszka za granicą, a ja jestem w Polsce, ale jestem jej niewymownie wdzięczna za rozszerzenie moich horyzontów) zamieściła link do filmu o pedofilach. Od razu dodam, iż są to pedofile nie praktykujący, wolni od przestępstwa, usiłujący poszukiwać grupy wspacia, ale przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego tacy są, jacy są. I mnie to też interesuje. Tyle wiemy o człowieczym mózgu, że orientujemy się już, iż pedofilia (prawdziwa, nie zastępcza, wynikająca z braku moralnosci i umiejętności opanowania swoich niemoralnych odruchów, jak to prawdopodobnie ma to miejsce wśród księży) wiąże się ze zmianami w mózgu, dającymi się zobrazować badaniami USG. Na razie brakuje tylko zrozumienia, jak te zmiany przekładają się na preferencje. Jako osoba leworęczna, pragnę zrozumieć, dlaczego procent leworęcznych wśród pedofili (podobnie jak wśród pisarzy SF) przekracza trzykrotnie normę. Rozumiem, że leworęczność determinuje rozmaite gatunki odmienności. Chcę jednak wierzyć, że wszelkie odmienności dadzą się zdiagnozować i w razie potrzeby ujarzmić, jeśli nie wyleczyć. Można wstrzymać rozwój HIV, chociaż nie wyleczyć, może można też pomóc moralnym pedofilom w ich męce. Pisarzom SF nie potrzeba pomagać, bowiem oni czerpią profity ze swojej odmienności, ale ja na przykład czasami czuję wewnątrz swojego ciała pusty, nadmuchany do krańca wytrzymałości balon, zamiast serca i innych narządów i nie jest to na tyle miłe doznanie, żeby nie próbować go zdiagnozować i zracjonalizować. Nie mam żadnych niemoralnych inklinacji ale wiem, że tkwi we mnie coś, czego inni nie zrozumieją, gdybym im to opisała, nawet z detalami. Chciałabym wiedzieć, czego mi brakuje, a czego mam w nadmiarze, czym się nie mam przejmować, a co zostawić potomnym jako refleksję i ostrzeżenie.SAMOPOZNANIE – używając terminologii mojego niegdyjszego mentora – W. Jóźwiaka.

Wyznam, że bałam się polubić wpis mojej znajomej na FB, co budzi moje wyrzuty sumienia. Zawsze przecież twierdziłam i twierdzę, że ukrywanie prawdy niesie ze sobą stres i brak pogodzenia ze sobą. Ale rodzina, znajomi… Nie chciałabym żeby źle mnie zrozumieli, ale też nie bardzo wierzę w to, że w dobie upadku wszelkich autorytetów i kreowaniu nowych, często mało rozsądnych, obdarzą pełnym zaufaniem mój intelekt i moją wrażliwość. Za o wiele mniej ważne wpisy spotykał mnie ostracyzm i tłumaczenie babci, jak chłop krowie w rowie, że w internecie nic nie ginie, że mogę tym czy tamtym wpisem urazić rodzinną ambicję i dumę, ba wyrządzić szkodę niewinnym latoroślom.

Dlatego też biorę odpowiedzialność wyłącznie na siebie, prosząc aby moimi nieprawomyślnymi poglądami nie obciążano wnuków, prawnuków i przyszłych praprawnuków, jak czyny mojego dziadka, pradziadka i praprapradziadka (tego kochanka carycy Katarzyny, udającego się pod jej skrzydła z powodu zamordowania z błahego powodu na polowaniu własnej pańszczyźnianej chłopki i ogrzewaniu zmarzniętych stóp w jej rozciętym brzuchu), nie obciążają – mam nadzieję – mnie, poza faktem że może odcinkiem swojej linii DNA wpłynął na mój oglad świata i kazał mi poszukiwać we wszystkim drugiej strony.

Może też Bóg go stworzył, bowiem do czegoś był potrzebny…

Dlatego zamieszczam poniższy link:

To jest link dla ludzi dociekliwych, nie dla poszukujących sensacji. I wybaczcie mi, że idę pod prąd aktualnej polityce przedwyborczej. Będę wdzięczna za wszelkie doniesienia o aktualnych wynikach badań.

Oczekiwanie

Oczekiwanie jest jak uczulenie na pyłki, gdy z nosa leje się rzadki śluz, a gdy masz już nadzieję, że przestanie, zaczynasz kichać, to wywraca Ci się żołądek  i jest jeszcze gorzej. Zdarza się, że zapominasz , na co czekałaś, zajęta nieprzyjemnymi objawami z innej parafii i uświadamiasz sobie po jakimś czasie, że twój czerwony nos niedługo ci odpadnie. Jeśli zaś zdarzy się to, na co czekasz, twoje wrażenia będą równie odległe od tych, na jakie oczekiwałaś, bowiem zaczniesz czepiać się jakichś nieważnych drobiazgów, wszystko po to aby rozmydlić, rozmiękczyć i zneutralizować to bywsze czekanie. Nieważne, czy czekałaś na coś pozytywnego, czy na zły los. Zaszkodziło ci samo czekanie.

W czekaniu wszystko, co się dzieje równocześnie, traci sens i przestaje być ważne, może poza fizycznymi dolegliwościami. Unieważnienie następuje w mgnieniu oka, pstryk, coś było i nie ma tego czegoś. Zachwycałaś się trafnymi słowami w jakiejś książce, pstryk, ale banał i bzdet. Ludzie tracą głowę dla jakiegoś filmu, pstryk, łeee… Zatkany odpływ, potrzeba hydraulika, nie masz chęci wydzwaniać: najwyżej się nie umyjesz lub umyjesz w kuchni. Po kilku lub kilkunastu pstrykach zaczynasz dostrzegać jakim jesteś odmieńcem w morzu współplemieńców, współobywateli i w ogóle na całej ziemi nie masz nikogo podobnego doświadczeniem… A nawet, jeśli kogoś masz, to wcale nie masz ochoty go słuchać i oglądać. Żałujesz, że nie jesteś kretem w podziemnych korytarzach, żabą w ciepłym, przyjaznym błocku, rakiem w podwodnej kryjówce, której wejście zastawiłaś kamieniem.

Doczekałaś się nareszcie.

Świat powinien być piękny, radosny, opromieniony, ale nie jest. Może nawet jest jeszcze gorszy, nie masz już bowiem na co czekać.

Wiatru szum, śpiew drzew i oddechy potwora

Blisko czterdzieści lat temu pokochałam pewien niewielki skrawek ziemi, 820 m kw, miłością beznadziejnie niereformowalną, jak wszystkie miłości zresztą. Kilka dni będąc tam może ostatni już raz (nie, nie wybieram się   na tamten świat, ale podróż jest już bardzo uciążliwa), wracałam myślą do pierwszych dni i tego, co mnie w tym miejscu urzekło. Mój skrawek był 1/6 zapuszczonego pola; wzdłuż pozostałych 6/6 i dalej, aż do rzeki i nadrzecznych bagienek ciągnęła się parcela sąsiadów, długa, wąska i porośnięta lasem, jako że oni kupili całe pole w 1945 roku, a od tamtego czasu pole samo zalesiło się, z wyjątkiem skrawka, na którym postawili dom i skopali kawałek pod grządkę kwiatową i zostawili wjazd  z bramą. Na skraju naszego i ich pola zaczynał się gęsty, wysoki, stary las.

Siedząc wieczorem wśród traw, a potem przed domem, wsłuchiwałam się w wiatr. Odkryłam wówczas, jak bardzo różni się wiatr w przestrzeni naturalnej od wiatru w przestrzeni zabudowanej i jak jest odmienny dla siedzącego człowieka i dla człowieka poruszającego się, zwłaszcza w mieście. Wiatr na działce miał swój kształt i logikę akcji.

Najpierw dobiegał mnie szum ze skraju dużego lasu, wyraźnie zlokalizowany w koronach drzew. Szum ten przemieszczał się górą, mijał mnie i cichł gdzieś w kierunku rzeki. Dopiero wtedy zaczynały szumieć trawy i zarośla, na ostatku dobiegając najniższych, u moich stóp. Gdybym zamknęła oczy, miałabym dźwiękowe odwzorowanie przestrzeni w swoich uszach. W mieście nigdy tak wiatr nie zaszumi – za mało jest drzew, a gdyby nawet było ich wystarczająco wiele, w międzyczasie z pewnością pojawią się inne dźwięki, rozpraszające uwagę.

Podobne dźwiękowe odwzorowanie przestrzeni, chociaż w inny sposób, dostrzegałam nocą. W tamtych czasach wzdłuż drogi prowadzącej ze stacji do wsi znajdowało się kilka gospodarstw z psami na łańcuchach, których psim obowiązkiem było szczekanie. Dziś już nie ma tych gospodarstw, nie ma też i psów na łańcuchach, a miejskie psy działkowiczów odzwyczajono od szczekania (podobnie jak niemowlęta od płakania), zaspokajając w mig wszystkie ich potrzeby, Wówczas jednak, gdy nocą szedł ktoś od ostatniego pociągu, obszczekiwał go najdalszy na trasie pies, potem kolejno, przejmowały te zadanie inne psy w miarę, jak spóźniony przechodzień przemieszczał się. Potem, już późną nocą lub nad ranem szczekanie psów odwzorowywało ruchy lisów lub innych leśnych zwierząt. Jedynym dźwiękiem świata, poza przyrodą, był gwizd odległego pociągu, zbliżającego się do przejazdu, a i on inaczej brzmiał w pogodne dni, a zupełnie omiennie, wyraźniej i bardziej frapująco w porannych mgłach.

Człowiek ustawiony w takim miejscu, w jakim ja byłam, jest okrążany przez dźwięki pozwalajace zidentyfikować prawdziwy oddech przyrody.

W tamtych czasach przeczytałam powieść SF (niestety, nie pamiętam autora i tytułu), z gatunku ostatnio modnego, nazywanego „post apo”, gdzie po zagładzie grupa ludzi mieszka w otoczonej murem wiosce, nie wychodząc stamtąd, ponieważ za murem czają się potwory. Dobiegają stamtąd straszliwe odgłosy ich oddechów, od których ludzie popadają w panikę i szaleństwo, ratując się zatykaniem uszu. Nie pamiętam już fabuły, ale ktoś został zmuszony do ucieczki poza mur i odkrył, że ów straszliwy oddech potwora, wokół którego kręci się akcja powieści to… szum wiatru w koronach drzew, przemieszczający się wraz z podmuchami, niczym wielkie groźne cielsko.

W tamtych czasach moi sąsiedzi działkowi mieli paskudny zwyczaj: zajeżdżali samochodem z rodziną przed swój domek, rozkręcali samochodowe radio na pełny regulator, otwierali wszystkie drzwi pojazdu, po czym udawali się do domu. Byli bardzo zdziwieni, kiedy prosiłam ich o zamkniecie radia, wszak chcieli zrobić nam dobrze zostawiając muzykę i gadanie, aby w ciszy nie było nam straszno. W ogóle za PRL na działkach trudno było wytrzymać w weekendy i wakacje – tyle było hałasu, nocnych wrzasków i awantur po wódce, przy grillu, jako że, jak wówczas sądziłam, awanturowanie się po pijaku jest naszym sportem narodowym. Oddech przyrody był stresujący, a cisza dzwoniąca w uszach nieznośna. Nawet śpiew ptaków wraz ze świtem budzący weekendowiczów, nie dający się wyłączyć, uważano za słabą stronę wyjazdów, przeszkadajacych w wypoczynku. Dlatego na działce najlepiej lubiłam późną jesień, gdy nikogo wokół nie było.

Zmienił sie ustrój, Wielki Przyjaciel odszedł w niebyt, a my nadal nie wyobrażamy sobie świętowania bez wrzasków. Na szczęście jednak wyjeżdżanie na działkę stało sie niemodne i pozostali tu tylko staruszkowie, którym jak wiadomo, siły do krzyków nie mają. Chociaż objazdowy sklep, w soboty pętający się po działkowisku, zainstalował nietypowy, ponoć „zagraniczny” klakson i rzekomo dla umilenia działkowiczom czasu, nie uruchamiał go,  dawnym zwyczajem tylko w czasie postoju, ale na ful, całe sobotnie przedpołudnie. Miejscowa blogerka nie mogła się nadziwić, że ktoś ma to temu sklepowemu za złe. Wszak dźwięk klaksonu był taki oryginalny, prawie jak muzyka!

Po latach, wraz z odejściem jednego, zyskaliśmy nowego Wielkiego Brata, dbającego o to, by cisza nie dzwoniła nam w uszach, a oddech potwora skutecznie mozna było zagłuszyć. Odkryłam to podczas wielkanocnego wyjazdu. Z ulgą opusciłam moje osiedle pełne zgiełku trzepanych dywanów (są jeszcze tacy maniacy!), pali zabijanych młotem, zainstalowanym na dźwigu na pobliskim parkingu, tęskniąc do śpiewu ptaków przed świtem i szumu lasu po południu, a nawet szmeru wody, spływającej z blaszanych rynien wokół budynku.

Zaczęło się niewinnie. Prenumeruję znaną gazetę, wydanie internetowe. Wyjeżdżając na święta, nie chciałam zabierać laptopa i wzięłam sobie mały, podręczny tablecik wielkości koperty od listu, używany jako czytnik e-boków i zainstalowałam aplikację pozwalającą pobrać mi ową gazetę w PDF i poczytać sobie w wolnej chwili. Wolna chwila mi się nie trafiła, ale za to aplikacja uznała, że najwiecej w życiu brakuje mi aktualności. Tak więc nawet po powrocie przerywa mi np ogladanie telewizji, sen albo inne zajęcia przeraźliwym sygnałem, zwiastującym, że coś właśnie ważnego nastąpiło i natychmiast siły ukryte w tejże aplikacji muszą mnie o tym powiadomić. Nie, to nie zamach, wojna albo pożoga, tylko…

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w jakiś sposób zero informacji, nawet głupiej, jest uważana za zło, które należy natychmiast zapełnić czymkolwiek. Tak, jak niektórzy ludzie nie znoszą ciszy i muszą włączać radio, żeby im gadało i grało, nawet na okolicę (jak niektórzy moi znajomi na działkach, a w byłym Związku Radzieckim wystawiane w otwarte okna ku zadowolenia sąsiadów), tak dostarczyciele internetowej prasy uważają, że do szczęścia niezbędna jest nam pewna liczba dzwonków, oznajmiających coś, jakby było mało budzików w zegarkach, telefonach i radiu, stacji meteorologicznych piszczących, gdy z animowanych chmurek leje się deszcz (jakbyśmy nie widzieli tego za oknem), zegarków odmierzających godziny i kwadranse, piekarników kończących pieczenie, a zmywarek zmywanie, laptopów i telefonów sygnalizujących konieczność podłączenia do źródeł. Wszystko to razem powoduje, że żyjemy w kakofonii dźwięków, niepotrzebnych i w większości niechcianych, podczas gdy prawdziwe dramaty rozgrywają sie w ciszy. Kiedyś, gdy zalało mi mieszkanie, poznałam to po tym, że wstając z łóżka brodziłam w wodzie po kostki.

Wydawać by się mogło, że bycie tu, teraz i wszędzie, na raz i hałaśliwie, jest warunkiem szczęśliwości człowieka, a najgorszą rzeczą, jaka może go spotkać, jest głuchota lub brak znaku życia od otaczającego nas świata, przy czym nie chodzi tu o życie prawdziwe (jak szum lasu czy głosy ptaków), a o sygnalizację, prostą, prymitywną i natrętną.

Człowiek wieki całe żył w małym kręgu rodziny i znajomych i bywało, że o zmianie władcy na tronie państwa dowiadywał się po roku lub jeszcze później. A przecież osoba władcy miała na jego życie nieraz większy wpływ niż wypowiedź jakiegoś polityka dla prasy, najczęściej nie przekładająca się na istotne wydarzenia, a w każdym razie istotne dla nas.

Ponieważ uwielbiam teorie spiskowe, mam jedną na podorędziu. ONI (tu wstawić właściwe) chcą, abyśmy bedąc ustawicznie pobudzani i rozpraszani, stracili możliwość nawet chwilowego karmienia się własnymi myślami, ponieważ są one (dla NICH) przeszkodą. Jest jeszcze inna poszlaka – wmawia się ludziom, że bezcelowa gonitwa myśli jest dla człowieka chorobliwie szkodliwa i należy z nią walczyć. Stanem idealnym jest nie myślenie o niczym i chłoniecie przekazu (od NICH). Rzeczone dzwonki pomogą nam pozbyć się niepotrzebnego myślenia, przerywając niesłuszne procesy już rozpoczęte w naszych mózgach. Stąd żadna apka nie może obyć się bez dzwonków, przywieszonych do niej, jak dzwonki na szyi krowy.

Zatrzymane w ruchu

Mój przyjaciel fotografik, Mark Zürn, napisał ostatnio w komentaru do ulicznej scenki:

„Lubie klasyczna fotografie uliczna w ktorej na pierwszym planie jest portretowany czlowiek w relacji do innych ludzi i otoczenia. To jest centrum miasteczka ale brak tu wielopoziomowych skrzyzowan, przeszklonych albo obdrapanych elewacji, lsniacej pod swiatlo kostki brukowej czy dramatycznych kontrastow i ”wyzartej” czerni bez szczegolow – czyli scenerii tak lubianej przez wielu street photographers, dla ktorych takie tlo jest wazniejsze od pokazania fotografowanych ludzi a malenka sylwetka czlowieka jest co najwyzej drugorzednym znakiem graficznym w kadrze, anonimowa postacia bez wlasciwosci i indywidualnych cech. Na ponizszym zdjeciu dominuje chaos kolorystyczny, ludziom sie nie spieszy i wlasciwie niewiele tu sie dzieje. Wspolczesni street photographers nie maja tu szans na zrobienie spektakularnego zdjecia. Albo moze maja, o ile czlowiek interesuje ich bardziej niz efektowna sceneria no i nie lekaja sie ludzi by moc otwarcie robic im zdjecia z bliska.
Chetnie przeczytam komentarze tych, co lubia zdjecia uliczne.”

Odpisałam: Urokiem takich fotografii jest możliwość snucia rozmaitych teorii, co do wymowy obrazu, gdy jesteśmy przyzwyczajeni, że ogladany obraz musi coś oznaczać. Ja na przykład (lubiac rozmaite uogólnienia – nie zawsze uprawnione, ale często pociągające) od razu widzę na tym zdjęciu przeciwstawienia świata starych i młodych. Starzy są czynni, dokądś idą (choć nawet z trudem jak ten pan z dalekiego planu), a młodzi mogą sobie pozwolić na nicnierobienie, choć od nich właśnie należałoby oczekiwać czynnego udziału w życiu codziennym. Wymowę tego zdjęcia podkreśla stojacy na pierwszym planie rower. Wyobrażam sobie że taka przeciętna ulica dziewiętnastowieczna pokazywałaby obraz odwrócony: – młodzi pracują, starzy się gapią. Tak czy inaczej wniosek ogólny mój jest taki: starzy i młodzi to są dwa światy, nie przystające do siebie.

Tak się złożyło, że ostatnio wypożyczyłam album malarstwa  Bruegela, pełen setek postaci ujętych w scenach ludowego życia Holendrów (niezależnie od idei jaką miały obrazować dzieła). Z powodu słabego wzroku musiałam posłużyć się lupą, żeby to i tamto obejrzeć. Złościły mnie te obrazy, a jednak przyciągały tym, że nie potrafiłam od razu zrozumieć ich przesłania. Nauczono mnie szukać przesłania w dziełach sztuki, zarówno literackich jak i malarskich i posłuszna temu wpojonemu obowiązkowi uważałam za dowód niedostatku mojego intelektu sytuację, gdy nie mogłam go odgadnąć.

Oczywiście po krótkim czasie odkryłam pewne prawidła ( o których milczeli komentatorzy obrazów), pozostawiający mnie w niepewności spostrzeżeń. Album, który wypożyczyłam, bronił się przed jednoznacznoscią. Zresztą najsłynniejsze obrazy szkoły holenderskiej u profanów budzą takie zawirowania symboliczne, które u każdego powodują obawę przed jednoznacznym wypowiadaniam własnej opinii. Ten problem nie występuje przy ulicznych fotografiach, bowiem nawet ich autor ( w przeciwieństwie do malarza) nie posiadł wiedzy na temat pokazywanych postaci, wszelkie interpretacje, poza zupełnie odjechanymi, są równouprawnione.

Poniżej: By Pieter Bruegel Starszy – 1. The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. ISBN: 3936122202. 2. Christian Vöhringer – Pieter Bruegel. 1525/30–1569, Tandem Verlag 2007 S.70 ISBN 978-3-8331-3852-2, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=148430

ze strony:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_krzy%C5%BCowa_(obraz_Pietera_Bruegla_starszego)

Aktualna tematyka wielkopiątkowa : obraz „Droga Krzyżowa”. Tłum postaci, każdą oglądam pod lupą. W albumie widnieje też fragment obrazujący upadek Chrystusa pod krzyżem, ale w całej (pomnejszonej) przestrzeni obrazu nie sposób go odnależć. Na obrazie setki postaci, wykonujących różne ruchy i czynności, wszystko się myli i mogocze w oczach. Notuję w pamięci: biały koń w tle, układ lin na jego ciele, podwójna postać w czerwonej szacie i ciapciatej przepasce na włosach. Poniżej trójka postaci reagujących emocjonallnie. Ale gdzież u diabła jet ten Chrystus!

Nie widać go w ogóle w całym zamieszaniu. Jedna z wielu scenek, ani mniej ani więcej ważna. Malarz umieścił ją w ścisłym centrum obrazu, ale na dalekim planie, a owo ścisłe centrum zaowocowało zszytym środkiem książki, dopiero w internecie lepiej widać. Ale i tak długo szukałam, zanim znalazłam fragment od którego pochodzi tytuł.

Nie Chrystus jest więc ważny w obrazie p.t. „Droga Krzyżowa” On jest pretekstem, gdyby ktoś się przyczepił, jest w samym centrum, ale kogo on w ogóle obchodzi?

Ktoś ucieka z workiem na plecach, ktoś takie worki sobie wyrywa, inna grupa z podobnymi workami przygląda się, co z tego wyniknie, dwójka chłopaków z towarzyszeniem malca poddusza trzeciego, ktoś spieszy z dzieckiem na barana, aby nie umknęło mu widowisko, dzbanek się przewrócił, a ktoś zbiera końskie g…no na opał albo do użyźnienia ziemi, mnóstwo ludzi zajętych jest nie wiadomo czym. Podobnie jak przez nas obchodzone święta. Rzadko kogo przejmuje cała ogromna ich symbolika, naciekająca przez wieki na kształt uroczystości, nie ograniczona do wypoczynku i jedzenia, poprzedzonych porządkami przedświątecznymi.

Wracam do ulicznej scenki Marka Zürna. Ja tam widzę kilkoro młodych, obijających się ludzi i starszą kobietę w czerwonej kurtce z wysiłkiem pokonującą drogę. Oni sterczą bezproduktywnie pod sklepami, mimo że mają rower (na pierwszym planie), po prostu olewają pomysły o tym, aby wykazać się jakąkolwiek czynnością. Po co, wszak lepiej sterczeć bezmyślnie, czyż nie?

Jak patrzył na świat malarz ze szkoły holenderskiej? Czemu umierając polecił zniszczyć żonie obrazy, które uznał za kontrowersyjne? Czego się obawiał i jak jeszcze w sposób przeze mnie niedostrzegalny szyfrował swój przekaz. Co chciał nam pozostawić jako refleksję? Wszak i wówczas i obecnie  obowiązują nas określone kody kultury i nie każdy jest w stanie im się sprzeciwić.

Na szczęście oglądając utrwalone przez fotografa sceny uliczne nie czuję tak wielkiej odpowiedzialności, jak w przypadku oglądania dzieł malarstwa o wielkiej i uznanej wartości.

Znakomitym ćwiczeniem w tym zakresie jest oglądanie galerii zdjęć z ulicznych demonstracji. Pozornie ludzie związani są jednym celem, ale nie zawsze cel ten wydaje się najważniejszy. Czasami odnosi się wrażenie iż zgromadzonym chodzi całkiem o coś innego – tak jak na przywołanym obrazie Piotra Bruegla

 

Co dzieci zapamiętują ze świąt Wielkanocy

Kolejny rok, kiedy święta Wielkanocy wprawiają mnie w pomieszanie i obawy. Nigdy nie wiem, co będzie, czy wyjadę gdzieś czy nie, tyle spraw przed nimi wymaga zastanowienia, rozwiązań i podjęcia decyzji – jak zwykło bywać wówczas, gdy człowiek nie jest w pełni samodzielny. Plan wyjazdu jest, ale są obawy. Czy tego roku dam radę pokonać trzy schodki prowadzące dodomu, wprawdzie jest zamontowana poręcz, ale boli mnie prawa ręka, a zazwyczaj trzymam się poręczy oburącz, a więc… Co ze sobą zabrać, żeby ci, co mnie odwiozą, nie wyrażali obaw, że nie pomieszczą się z moim oprzyrządowaniem (i tak wyrażają obawy, a ja mam zgryz z podjęciem decyzji, co zostawić).

Aspekty duchowe Świąt Wielkanocy dawno już umykają mojej świadomosci. Pozostały (bynajmniej nie puste) rytuały, jak dzielenie się jajkiem i inne, które mają utrwalać moje więzi z bliskimi przed ostatecznym odejściem. Zwłaszcza, że w gazecie, choć nie czytuję nigdy nekrologów i pomijam je wzrokiem, tym razem zauważyłam, że odszedł ktoś, kogo wieki temu, jako młoda dziewczyna kochałam i ze zdziwieniem poczułam żal, że kilkadziesiąt lat temu, z tej niewyznanej miłości nic nie wyszło.

Sięgnęłam pamiecią jak najdalej wstecz, do dzieciństwa, próbujac sobie uświadomić, jak wówczas przeżywałam Wielkanoc. Wspomniałam już kiedyś, że dla mnie była bardzo miłym świętem w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy mama ustawiała przy stole krzesło „dla tego, który odszedł” zamiast dla zagubionego wędrowca.

Cała moja ówczesna radość kręciła się koło możliwości najedzenia się do syta. To były czasy po II wojnie, biedne, gdy każdy cukierek był oglądany 10 razy, zanim dało się go dziecku. Na Boże Narodzenie cukierki wisiały na gałązkach choinki i dopiero po Trzech Królach, gdy zwyczajowo choinkę rozbierano, można było ich skosztować, a jadło się je jeszcze przez miesiąc. Na Wielkanoc dziecko oczekiwało wędlin, a podczas święcenia potraw mogło obejrzeć koszyczki innych osób, chociaż święconki nie były takie, jak dziś: tylko jajka, sól, chleb w towarzystwie gałązki krzaczka borówki, a kawałek kiełbasy lub pieczeni i chrzan dodano już później, w latach 50-tych).

Przed moim drewnianym kościółkiem na Bielanach, pośród zeschłych traw i badyli, wystawiano długi stół, nakryty śnieżno białym obrusem i przychodzący ludzie ustawiali tam swoje talerzyki w związanej na supeł serwetce (rzadziej koszyczki), rozwiązywano supełki i odsłaniano nęcącą zawartość, nęcącą przez ilość, a nie jakość święconki. Cały, długi stół zastawiony jedzeniem!

Co pół godziny wychodził ksiądz z kropidłem i święcił  przygotowane potrawy. Ci, którzy przyszli bezpośrednio po porzedniej turze święcenia, ustawiali swoje talerzyki jak najbliżej księdza, ci, którzy przyszli później, musieli zadowolić się dalszą odległością. Moja mama nie należała do ludzi, którzy lubią się tłoczyć i przepychać i dlatego zazwyczaj nasza święconka stała daleko od księdza i jego kropidła. Męczyłam wówczas mamę pytaniami, czy napewno święcona woda z kropidła padnie choć kropelką na naszą święconkę. Nie pamietam już co mama mi odpowiadała, ale na pewno nie była to odpowiedź zadowalająca. Kiedyś, gdy ksiądz machał kropidłem zbyt mało energicznie, jak na mój gust, podsunęłam dłonie nad święconkę aby czuć odrobinę święconej wody i rozczarowałam się. Wbrew mętnym tłumaczeniom mamy uważałam, że nasze potrawy nie zostały skutecznie poświęcone.

Innym problemem, któremu poświęcałam dużą uwagę i na który nie uzyskałam odpowiedzi od dorosłych, był odstęp czasowy między Wielkim Piątkiem a Niedzielą Wielkanocną. Pokarmy święciliśmy w sobotę, ale wolno było je jeść dopiero w niedzielę. Wiedziałam z lekcji religii (w tym czasie też była w szkole, zanim ją usunieto na lata), że Chrystus został ukrzyżowany, a po trzech dniach zmartwychwstał, w związku z tym, jeśli ukrzyżowanie odbyło się w piątek, to zmartwychwstanie powinno nastąpić najwcześniej w poniedziałek (licząc od dnia następnego po piątku). I tutaj nie uzyskałam odpowiedzi, a kiedy zadałam pytanie na lekcji religii, dlaczego zaczynamy świętowanie za wcześnie, dostałam od katechetki – pierwszy i ostatni raz drewnianą linijką po łapach.

Do tamtej pory nie miałam starć z katechetka, choć inne dzieci często obrywały. Właściwie wcześniej nie rozumiałam dlaczego, przecież lekcje religii polegały głównie na kolorowaniu ładnych obrazków i zapisywaniu tego, co katechetka nam podyktowała. Moje doświadczenie było bardzo bolesne, bowiem nasza katechetka, wbrew temu co później ogladałam w licznych filmach, biła nie po stronie wewnętrznej dłoni, a po stronie zewnętrznej. W dodatku tak naprawdę nikt nie wiedział, za co obrywał. Zazdrościłyśmy bardzo dwum koleżankom innego wyznania, które mogły spędzać lekcje na korytarzu bez obaw o oberwanie linijką i oczywiście dokuczałyśmy im z tego powodu.

Wspomnienia ze Świąt Wielkanocy zlewają mi się ze sobą. To, co zapamiętałam najlepiej, to był fakt, że kiedyś Wielkanoc wypadła 2 marca i było tak ciepło, że do kościoła poszłam w krótkich skarpetkach i samej sukience, konfrontuję jednak swoje wspomnienie z kalendarzem i albo chodzi o rok 1950, gdy Wielkanoc wypadała 2 kwietnia, albo o inną, marcową niedzielę, nie Wielkanoc.

Nad duchowym wymiarem świąt, ich symboliką zaczęłam zastanawiać się dużo później, gdy już przeżwszy w wieku 14 lat kryzys wiary, na długie lata przestałam w ogóle myśleć o religii. Dziś wiem i rozumiem o wiele wiecej, ale choć bardzo chciałabym wierzyć, nie potrafię. Choć byłoby miło, gdyby okazało się, że po latach spotkam w jakimś miejscu mężczyznę, którego nekrolog dziś przeczytałam. Oczywiście jest jeden warunek – musielibyśmy wszystko pamietać z naszego życia.  I móc porozmawiać o tym, nie tylko głupio siedzieć na chmurce, machajac zieloną gałazką – jak opowiadała nam katechetka.

 

Czego uczono w przedwojennych szkołach

Pisząc w roku 1916 w Tarace blog pt. ” Z szuflad starego biurka” nadałam numer 20 odcinkowi o powyższym tytule. Chciałam wrócić do spraw nauczycieli w Polsce dwudziestolecia Międzywojnia, jako, że prawie wszyscy z mojej rodziny z linii męskiej (tylko z wyjątkiem mojego ojca), a więc dziadek, babcia, ciotka, dziesięcioro rodzeństwa dziadka i siostra babci, tudzież rodzice i dziadkowie dziadka byli nauczycielami. Nawet ja, w czasie studiów polonistycznych i później miałam kilkuletni epizod uczenia w szkole podstawowej na zastępstwach za nauczycieli wykwalifikowanych. Wydaje się więc, że nauczycielskość można mieć w genach. Dziś nie rozumiem, jak bardzo silne wyzwanie stanowi potrzeba przekazywania młodym swoich doświadczeń wbrew wszystkiemu i jak bardzo jest to znienawidzone przez polityków. Wszak wszyscy mamy jedno życie i każdy poszukuje jego sensu, cóż mu sens i wyzwania innych ludzi. Po tym poznaję, że moja młodość odeszła.

Po śmierci ostatniego mojego kuzyna, mieszkającego w mieszkaniu nieżyjących już dziadka, babci i ciotki, po odsunięciu ciężkiego, starego biurka, przystawionego szufladami do ściany otrzymałam całą jego zawartość – czyli dokumenty rodzinne oraz rękopisy powieści dziadka.

Wśród dokumentów wiele miejsca zawierały papiery związane z pracą nauczycielską, fotografie uczniów licznych szkół, w których uczyli, ich świadectwa szkolne i zaświadczenia opisujące karierę zawodową. Wsdzystko to swego czasu zeskanowałam, a oryginały, zapakowane w pudła spoczywają na najwyższych półkach regału w moim mieszkaniu.

Byłam pewna, że odcinek ten napisałam, niestety, gdy otworzyłam dokument, widniała pusta strona. Kiedy wróciłam do dokumentów przypomniałam sobie, co mnie zatrzymało. Otóż skany świadectw szkolnych były składane z kilku części, tak wiele figurowało na nich przedmiotów, że nie mieściły się na formacie A3, nie mówiąc już o A4. Kończący seminarium nauczycielskie młodzi musieli znać 3 języki (w których nauczali dzieci na Podolu – polski, rusiński, niemiecki), uczono ich gry na 3 instrumentach plus wszystkkie i dziś obowiązujące przedmioty ścisłe. Jako że kończyli seminarium nauczycielskie w Zaleszczykach, u zbiegu 3 granic, często znali także rumuński. Format tych świadectw nie mieścił się w moim skanerze.

Potem wysyłano ich na rozmaite zabite deskami wsie, gdzie uczyli dzieci w liczbie kilkunastu, bose, obdarte, nie umiejące się posługiwać jakimkolwiek językiem, przetwarzając te stworzenia w osoby, niejednokrotnie szokujące uzdolnieniami i robiące w przyszłości karierę.

Co skłaniało tych moich przodków do trudnej i niewdzięcznej pracy, do życia w biedzie i niedostatku? Zapewne poczucie, że mogą spowodować, iż takie czy inne dziecko, osiągnie wyżyny, których nikt się po nim nie spodziewał.

Zapewne i dziś nauczycielami kieruje ten sam pęd – uczynienie z jakieś bezkształtnej intelektualnie istoty, kogoś świadomego, pewnego siebie, myślącego.

Tyle, że… Ani w dwudziestoleciu międzywojennym, ani dziś, nikomu z politycznych tuzów nie podobają się ludzie myślący i świadomi. To leży u podstaw sekowania nauczycieli.

To jest walka: światłości z ciemnotą, świadomości z bezkształtnym trwaniem lub poddawaniem się prymitywnym emocjom. I to nas gubi, wówczas i dziś.

Cóż mogę podpowiedzieć nauczycielom? Jeśli macie coś takiego w genach – przetrwacie, mimo śmiesznych pensji i braku szacunku dla Waszego zawodu. Jesteście niczym ten grecki półbóg, dżwigający na głowie Wszechświat; biada nam wszystkim, gdy zegniecie karku i upuścicie kulę ziemską na zbocze góry. Wówczas nikt jej już nie podniesie… Choć tak mało zarabiacie i tak ciężko godzić wam wyzwania zawodowe z życiem prywatnym, na własnych barkach utrzymujecie ciężary przekraczające Wasze siły.

Mam nadzieję, że kiedyś doznacie sprawiedliwości za Wasze wysiłki.

Wojna, pokój i nienawiść

Od zawsze przeciwstawiano wojnę pokojowi nie bacząc, że jest to właściwie jedno zjawisko. W cywilizacji człowieka nie są to sprawy przeciwstawne, a jedynie oscylacyjne ruchy na osi. Dlatego też wezwanie z czasów słusznie minionych „walka o pokój” brzmi głupio, a wszelkie, zwłaszcza poetyckie wezwania do zerwania z wojennym zapałem, trafiają kulą w płot. Zawsze są jakieś wojny, a nasza akceptacja dla nich waha się gdzieś pomiędzy nimi, a stanem nudnego podobno, pokoju.

Trafiłam na wideoklip pięknej piosenki Dimasha Kudaibergena, młodego człowieka o niespotykanych możliwościach wokalnych (6 oktaw od barytonu do sopranu), kompozytora i instrumentalisty,  „Wojna i Mir”,  ilustrowany scenami filmowymi z seroialu „Gra o tron” i pani Annie Popławskiej zawdzięczam go i tłumaczenie tekstu. Nie przez przypadek przytaczam najpierw tekst, zanim udostępnię link do wideoklipu. Tekst bowiem i melodia piosenki wyraża zadumę nad tym, jak uchronić pokój, podczas gdy towarzyszą jej obrazy krwawej  walki na polu bitwy, gdzie trup ściele się gęsto, a przeciwstawni bohaterowie reprezentują siły dobra i zła, jakby w ogóle krwawa walka zawierała w sobie jakiekolwiek dobro.

Oto tekst:

Kto jest gotów zrobić pierwszy krok?
Kto jest gotów otworzyć ramiona?
Lecz nienawiść niszczy niezliczone nadzieje
I odrzuca miłość za horyzont.

Ach, ta wojna i pokój…
Ach, nienawiść i współczucie…
Ile smutku jest w stanie wytrzymać serce?
Ile cierpienia jest w stanie pomieścić?

Jak uchronić ten pokój?
Jak utrzymać równowagę między dobrem a złem?
Jak przetrwać między ogniem a lodem?
Lecz dobro i zło nadal prowadzą bitwę…

Ach, ta wojna i pokój….
Ach, nienawiść i współczucie…
Nawet łzy z czasem mogą zamienić się w kamień.
Czy pozostanie ktokolwiek, kto jeszcze będzie pamiętał o miłości i nienawiści?

Ach, ta wojna i pokój…
Ach, nienawiść i współczucie…
Ile smutku jest w stanie wytrzymać nasze serce?
Ile cierpienia jest w stanie pomieścić?
Ile smutku jest w stanie wytrzymać nasze serce?
Ile cierpienia jest w stanie pomieścić?

A teraz proszę, oto link do wideoklipu:

 

Ogladając klip i słuchając towarzyszącej mu piosenki, opieram się emocjom, próbując patrzeć obiektywnie (na ile to możliwe dla osoby, u której piękna muzyka i wspaniałe głosy przedostają się głębiej, niż zechciałyby dopuścić jakąkolwiek świadomą refleksję, tak że zapomina i 6-ciu oktawach wyszkolonego głosu, operującego świadomie ze znajomością efektów), zapominając na chwilę, że ukochany, przystojny bohater serialu, zabijający w amoku wrogów, w ostateczności jest po prostu zabójcą, niczym innym.

Wszystkim miłośnikiem „Gry o tron” (w wersji filmowej przynajmniej, gdzie życiowe postawy są spolaryzowane i nie zawierają specjalnych niuansów) rzuca się w oczy przeciwstawienie bohaterów. Ten, który reprezentuje dobro, walczy z mieczem do ostatka, sam przeciwko zastępom wrogów, ten który reprezentuje zło, mając za sobą multum wojsk, reaguje krzywym uśmieszkiem. Co oczywiście nie do końca jest prawdą, bowiem po obu stronach stały liczne wojska. Z klipu zostaje nam w pamieci ów krzywy uśmieszek okrutnika i podlca i zapominamy, że do  niego doprowadziło go wiele doznanych krzywd od własnej rodziny i innych – tylko dlatego iż swego czasu nie był odpowiednio stanowczy i jednoznaczny i że poddawał się licznym zawirowaniom emocjonalnym, przez co nieustannie  był wystawiany na cudze ciosy. Zwłaszcza tych, którzy byli mu najbliżsi.

Przypomina mi się inny bohater kultowej opowieści, mianowicie trylogii Tolkena. Ów potworek, Smeagol zwany potem Gollumem, równie rozdarty między sprzecznymi emocjami, przegrywa własną grę ze światem i pragnieniami, ponieważ nie udało mu się zachować etycznej homeostazy. Nawet opierając się na historiach filmowych, czy powieściowych bohaterów, łatwo odgadujemy, iż tzw. „dobrzy ludzie”, stworzeni są przez okolicznosci mniej okrutne, niż te, które stworzyły „złych ludzi”. W tym zakresie przeszliśmy długą drogę od dziewiętnastowiecznego dydaktyzmu i moralizatorstwa do pogłębionej akceptacji odstępstw od umoralniającego wzorca.

Tak jakoś się składa, że motywy, którymi się w danym czasie zajmuję, nakładają się niespostrzeżenie na siebie, a informacje ich dotyczące płyną do mnie z różnych żródeł. Na problem nienawiści i jej przejawów podczas wojnen zwróciłam uwagę  w czasie ostatniej lektury. Zawsze pomijałam książki, których tematem były bitwy, ponieważ sam problem bitewnych strategii i okrucieństw (konieczne czy nie?) nużył mnie. Ostatnio postanowiłam zerwać z pójściem na łatwiznę i korzystając z wypożyczalni przeczytałam trylogię powieści o Hanniballu i jego inwazji na Rzym („Hannibal – wróg Rzymu”, „Hannibal – pola krwi”, „Hannibal – chmury wojny” Bena Kane). W powieściach tych wyraźnie widać zmianę spojrzenia na zmagania wojenne. Główni bohaterowie są przyjaciółmi, choć walczą po obu stronach i nieustannie zmagają się ze sprzecznymi uczuciami: patriotyzmem, lojalnoscią wobec wodzów i towarzyszy, poczuciem braterstwa ale i z przyjaźnią łączącą z wrogami, których narzucił los.

Pani Annie Popławskiej dziękuję za inspirację i tłumaczenie tekstu piosenki.

 

 

 

Moda i uroda

Moja znajoma zamieściła na facebooku zdjęcie z dawnych lat pewnego pana, byłego więźnia obozu koncentracyjnego, przyjaciela jej ojca. Jak wiemy doskonale, fotografie potrafią kłamać, ale jak wszystko co kłamliwe, raczej ograniczają się do pierwszego planu. Można zamalować w photoszopie znaczek serduszka, odchudzić talię, pozbyć się fałdek na brzuchu, ale można też nic nie zrobić, aby godną szcunku starszą kobietę przedstawić ze spojrzeniem Bazyliszka, czy też wycieczkę ważnych polityków w góry we mgle ukazać tak jakby rzeczywiście ich działania odpowiadały standardom „pianego dziecka we mgle” – tylko z powodu śmiuesznych przeciwdeszczowych płaszczy, które założyli. Zresztą słowa też mogą kłamać, mimo braku przekłamań. Ostatnio słyszałam, że jakaś doiewczyna ma nominację (?!) do usunięcia z Big Brothera z tego powodu, że jest „zanadto otwarta”. Doskonały powód, czyż nie?

Ale wracając do mojej znajomej. Na fotografii temu przyjacielowi jej ojca towarzyszyła mała dziewczynka, słabo widoczna w promieniach słońca; właściwie ograniczona do loka na czubku głowy, rozwianych włosów, obciętych „na pazia” i krótkich spodenek.

Sięgnęłam do swojego zdjęcia z roku 1947 i tam zobaczyłam identyczną fryzurę. Mogłabym być tą dziewczynką w słońcu.

Zresztą nie tylko ja i nie tylko na tym zdjęciu. Mamy tamtych lat same czesały się z lokiem na czubku głowy i uważały, że córkom też się on należy, jak psu miska (która w tamtych czasach wcale psu się nie należała) i choć odmawiały tymże córkom statusu wyższego od zwierzęcia. Wszak powtarzały nam zawsze, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Dziewczynki miały być ładne jak laleczki, posłuszne i mieć loki, najlepiej bujne. Wzorcem była dziecinna aktorka – Shirley Temple, nazywania piesczotliwie Szirlejką. Jeśli dziewczynki miały objawy tego, co dziś nazywamy ADHD (np biegały, wrzeszczały i nie umiały usiedzieć na miejscu, brudziły i gniotły sukienki oraz potrącaly przedmioty) leczono je polewaniem naprzemiennym zimną i gorącą wodą wierząc, że pobudzeniem leczy się pobudzenie. Czysta magia kierowała naszymi matkami!

Dyskutowałam ostatnio z moim przyjacielem, filmowcem i fotografem, ściśle przestrzegającym zasady nieingerencji w przedmiot zdjęcia, na temat kłamstw mimowolnych, spowodowanych nie przez fotografującego, a przez odbiorcę konkretnego zdjęcia. Uważał, że przedstawienie dowodów, choć niewątpliwie interesujące, jest bardzo trudne i oczywiście miał rację. Ja na przykład zarzut „zbytniej otwartości” dziewczęcia z big Brothera, przedstawiony w dodatku przez ogolonego na łyso mięśniaka, jej konkurenta w dodatku, traktuję nie jako wadę dziewczęcia, a wadę percepcji tego faceta. Podobnie i w fotografiach – kłamstwo może leżeć nie po stronie przedstawionej sytuacji, a po stronie odbiorcy, nie dopuszczającego na przykład faktu, iż  sfotografowana ceremonia kościelna nie przedstawia konfirmacji, a chrzest i nie niemowlęcia na rękach pani, a stojącego obok nastolatka.

Ale wracam do mody i urody. Zawsze, a szczgólnie dziś, moda była kłamliwym kształtowaniem przekonań o istnieniu bądź nie, urody kobiet. To nie podkreślanie istniejących zalet, a produkcja fałszywek. Sięgając do lat, gdy dominowały dziewczynki z lokiem nad czołem, ich mamy nosiły sukienki z grubymi poduszkami na ramionach. Miały te przedmioty wywołać złudzenie szerszych ramion, niż w rzeczywistosci, a więc sylwetki bardziej energicznej, sprężystej, chłopiecej poniekąd. Wysokie obcasy wysmuklały nogi i dodawały wzrostu, a grube podeszwy butów tworzyły złudzenie stabilności i pewnosci siebie. Biada tym licznym kobietom, które nie mogły (choć czasem chciały) wpasować się w kanon mody! Za szerokie biodra, za wąskie ramiona, wystający brzuch czy krótkie nogi nie były bynajmniej równoważone szczupłą talią. Mogły najwyżej pocieszyć się, że w takiej Turcji byłyby gwiazdą haremu, zwłaszcza gdyby umiały tańczyć taniec brzucha, a w Afryce uroda ich łydek mogłaby zostać podkreślona licznymi bransoletami.

Nic więc dziwnego iż święte przykazania mody z tamtych czasów wydają się dziś głupie. Zakaz łączenia różnych wzorów np. pasków i kropek czy niektórych kolorów ze sobą, wysokich obcasów ze spodniami czy skarpetkami, unikanie jaskrawości, rezerwacja jednej barwy dla kobiecej bielizny – różowego z brudnymi odcieniami, pozwalającymi ukryć zużycie desous albo halki, odeszły już dawno do lamusa. Przyszły na ich miejsce nowe zakazy, choć jest ich już z reguły dużo mniej, bywają równie głupie.

Coś tam ostatnio słyszałam, że duchowni czepiali się skarpetek, podobnie jak za mojego dzieciństwa nadmiernie kobiecych ubrań (wówczas chodziło o to, że dziewczynki miały mieć KRÓTKIE spódniczki, a kobietom przysługiwały DŁUGIE). Paranoja, nieprawdaż? W 1967 roku na uroczystości w technikum w Gdańsku zrobiono mi zdjęcie, które mój pracodawca, dyrektor szkoły, uznał za skandaliczne, ponieważ miałam zbyt krótka spódnicę (to były pierwsze lata tzw. mini spódniczek), więcej niż dopuszczalne 5 cm nad kolano. W Warsza\wie tak chodziły ubrane wszystkie studentki, którą jeszcze niedawno byłam, w Gdańsku dawałam niemoralny przykład uczennicom, zwłaszcza że byłam już matką dwójki dzieci, której takie nowinki nie przystoją! Nikt nie rozumiał argumentu, że miałam tylko tę jedną wizytową sukienkę, w dodatku odziedziczoną po mojej mamie, z czasów Międzywojnia.

W modzie różnych lat zawsze jest element, który we mnie zamiast zachwytu budzi odrazę. Do takich elementów mody lat pięćdziesiątych oprócz loka na czubku głowy i wałka z drutu którym kształtowano kiełbaskę z włosów w tyle głowy, właściwie na szyi (jak czesała się moja mama) należą poduszki na ramionach, buty do kostki, grube i ciężkie z wygladu podeszwy. Lubiłam i lubię od zawsze zawsze baleriny (które kiedyś były z płótna i nazywano trumniakami, a od tenisówek różniły się głębokim wycięciem i brakiem sznurowania). Lubiłam też koronkowe sztywne halki pod szerokimi spódnicami i czarne elastyczne bluzki z dekoltem „w łódkę”.

Wychodzi na to, że nie znosiłam mody moich lat dziecinnych, a lubiłam modę młodych miejskich dziewcząt lat sześćdziesiątych. Może więc moda należy do części  swojej wolności oddawanej innym – dobrowolną znosi się doskonale, przymus rodzi odrazę. Potwierdzeniem byłby jeszcze jeden fakt z mojego życiorysu. W latach dziewięćdziesiątych zajmowałam stanowiska dyrektorskie i stosownie do tego musiałam ubierać się w kostiumy z dopasowanymi spódnicami i żakietami o długich rękawach. Do dziś ich nie znoszę. Na szczęście jako stara kobieta robię, co chcę, mogę więc paradować po własnym mieszkaniu w spłowiałych kieckach szerszych ode mnie, z rąbkiem gdzieniegdzie obszarpanym kółkami balkonika, za to uykanymi z indyjskiej bawełny. Sądzę, że czas rozkładu i recyklingu owych szmat jest porównywalny z czasem rozkładu ich nosicielki.