Gra o tron

Nie zawsze gramy o tron. Czasami gramy o coś, co inni lekceważą i nie sądzą, że do czegokolwiek jest komukolwiek potrzebne. Możemy jednak podejmując grę, wejść im w obszar, który uważają za swoje poletko, nieuprawiane, zachwaszczone, ale ich. Nie musi to zresztą być jakieś wielkie pole, czasem wystarczy zaśmiecony skrawek, zdeptany wieloma stopami obojętnych przechodniów, żeby obudzić w nich ducha posiadacza. Dlaczego przechodnie go nie obudzili? Bo byli obojętni. A ty nie jesteś.

Teraz kolej na przypowieść, ilustrującą powyższe spostrzeżenie. Było sobie małżeństwo. Ani gorsze ani lepsze niż wiele innych. Pan wykonywał kompetentnie i rzetelnie swój zawód, pani prowadziła mu dom i wychowywała dzieci, jednocześnie pracując w nieważnych miejscach na nieważnych stanowiskach. Pan dbał bardzo o to, żeby pani miała także w domu zajęcie, kontrolował ich wspólną kasę, a gdy przychodziło do kupna dla żony sukienki, wybierał kolor i wzór, jakie mu odpowiadały. I wszystko było dobrze, w każdym razie w domu nie brakowało jedzenia, a podstawowe potrzeby rodziny były zapewnione. Właśnie, podstawowe. Dlatego właśnie był to moment, kiedy pan przestał być wspomagacicielem i uruchomił własne ambicje. Wykraczające poza dobór zielonych „łączek” stosownych na kiecki dla pani.

Pewnego dnia pani, idąc z dzieckiem do wypożyczalni książek, zajrzała na półki dla dorosłych. Tam jej uwagę przyciągnęła powieść, której tytułu już nie pamięta, poza tym, że na okładce widniał dość sielski krajobraz. Pochylona w jedną stronę chata i podpierający ją kamień. Pani przyniosła książkę do domu i wpatrywała się w jej okładkę, która coś jej przypominała. Po chwili przypomniała sobie. Widziała w dzieciństwie taką chatę. Kamień podpierający węgieł był młyńskim kamieniem, pozostałym z rozwalonego młyna. Chata opierała się o niego skrajem, ale komuś zabrakło siły, by wepchnąć go głębiej. Został więc jako świadectwo niepotrzebnych, chybionych usiłowań człowieka. Ciężar młyńskiego kamienia sprzeciwił się woli człowieka.

Pani tego dnia przypaliła pieczeń, co uruchomiło całą kaskadę wydarzeń. Pani postanowiła zapisać swoje wspomnienia związane z połówką młyńskiego kamienia z jej pamięci. Sama nie miała pojęcia dlaczego. Położyła się spać z przekonaniem, że pojawią się ważne chwile w jej życiu i z obawą, że nic z nich nie zrozumie. Z tego snu i opowieści o młyńskim kamieniu oraz prób zrozumienia snu, powstała później powieść, ale to już inna bajka.

Pani, młoda jeszcze wówczas kobieta, mężatka z dwojgiem dzieci, z zapałem uprawiająca swoje pomidorowe i ogórkowe grządki na działce (rzodkiewki się nie udawały), została zaproszona wieczorem do sąsiadów  na bridża. Była ich czwórka, pani i jej mąż, sąsiadka i jej mąż tudzież drugi sąsiad, pan w podeszłym wieku chwilowo nie grający, oczekujący na trójkę swoich partnerów – żonę i córkę z zięciem.

Pani we wczesnej młodości, na studiach humanistycznych, nauczyła się grać w bridża, jako że inteligencki snobizm wczesnego PRL wymagał znajomości zasad bridża, pokera i takich tam gier, jak makao, kanasta, kierki,  wist i takie, gdy rzuca się kostką, a nazwa dawno została zapomniana – bez konieczności ich uprawiania. Pokera pani nie uprawiała z braku środków, ale bridż, traktowany sportowo – czemu nie? Jednak pani wówczas byłą perfekcjonistką z natury (na starość sobie odpuściła) i poznawała zasady w oparciu o podręczniki i mądre kalkulacje, tudzież modne wówczas schematy gry mistrzów, zamieszczane w ekskluzywnej na tamte czasy prasie (np. „Przekroju”). Wówczas (i obecnie) bridż był uważany za grę kalkulacyjną, wymagającą planowania kilku ruchów naprzód i znajomości matematyki, ale dla pani miał znaczenie zupełnie inne. Uważała bridż za grę, a więc rzecz z kategorii rozrywek, gdzie wszelkie zaskoczenia i nieprzewidziane meandry są clou rozrywki. Uznała więc, że nie ma sensu silić się na kalkulowanie posunięć, jak czynią to mistrzowie, a należy puścić wodze swojej wyobraźni i instynktowi.

Partner, jak z jego miny wynikało, z wysiłkiem umysłu liczący prawdopodobieństwa, miał podstawy, żeby wierzyć słuszność swoich przewidywań. Policzył więc zapewne dobrze. Dlaczego ja mam się wysilić i ponownie liczyć, starczy, że wyjdę mu na przeciwko i postąpię tak, jak oczekuje – sądziła pani.

Dopóki pani tak rozumowała, wszystko było w porządku, poza tym, że czasem pan oczekiwał całkiem innych posunięć, niż pani się wydawało. Wówczas wybuchał złością i karcił panią, wymyślając jej od idiotek i głupich bab. Takie postępowanie uruchamiało w pani bunt. – Czy mam obowiązek grać według zamiarów pana? – zapytywała siebie. Jestem partnerką, choć potem stolikiem (bo tak panu wygodniej) czy zawsze musimy zakładać, że moja rola, to rola stolika? Owszem, przydaję się. Kobiety często bywają stolikami – mogą podsunąć panom przekąski i nalać do kieliszków, rozprostować kości i odreagować uwagi na swój temat. Jednak – jak pomyślała wówczas pani – bridż to gra, rozrywka, społeczna, jakby nie było. Skoro mamy się rozrywać, rozrywajmy się wszyscy. Dla mnie rozrywką będą posunięcia losowe – ot, wist spod dużego palca, jak mówią bridżyści. Nikt nic nie wie i w tym jest sens gry, jako gry.

No więc, zawierzyła intuicji i wygrała szlemika. Ale pan planował szlema, całkiem w innej konfiguracji, więc się wściekł. Nawrzeszczał na panią, nawymyślał jej od idiotek. Pani spokojnie odłożyła karty na stół i oświadczyła – „Już nigdy więcej nie zagram w bridża. To ma być gra, rozrywka, a nie dobijanie ofiary po polowaniu”. Nie gramy o tron.

Oświadczenie pani nie wywołało specjalnych emocji. W zapasie był drugi gracz, który z marszu mógł przystąpić do rozgrywek, choć nie umykało nikomu, że z racji wieku i piastowanego w realu stanowiska, nikt nie będzie śmiał wymyślać mu od idiotów. Jednak starszy pan, który wkroczył na miejsce pani w rozgrywkach, będąc stolikiem, opowiedział historię, która pani wyjaśniła prawdziwe zasady gry. Opowiedział o próbach złamania przez UB pewnej rodziny, której rozebrano całą chałupę do fundamentów w oczekiwaniu ujawnienia osób, dziś nazwanych „żołnierzami wyklętymi”. Jedyną rzeczą, której UB-ekom nie udało się rozebrać, był właśnie kamień młyński pod węgłem ich chaty, który przyśnił się pani w chwilach jej stresu. (opowiadanie zawierające tę historię jest dostępne na stronie http://kasiaurbanowicz.pl/teksty  p.t. „Te drzwi”, a także było publikowane w „Tarace”.)

W tamtym czasie pani nie odkryła jeszcze dla prywatnych celów zjawiska synchroniczności – gdy rozmaite wydarzenia i zjawiska z różnych rodzajów i gatunków pojawiają się równocześnie – wyjaśniając swoje , wydawałoby się odległe konotacje.

Pani zrozumiała jednak, że kamień młyński u szyi – pojęcie kulturowo ugruntowane – ma znaczenie o wiele szersze. Jeśli masz u swojej szyi taki kamień – masz szansę stać się Prometeuszem. Oczywiście, możesz usiłować go zwalić, unicestwić, ale to jest skazane na klęskę. Powinnaś go wykorzystać na swoją rzecz – uczynić przykład i wykorzystać ideologicznie, Połączyć za jego sprawą rzeczy odległe i pozornie nieprzystawalne. Odmawiając gry w bridża do końca życia, pozostajesz w pamięci sąsiadów i sąsiadek o wiele bardziej, niż wszyscy ci, którzy z tobą grali wówczas w tę grę i usłyszeli jak cię poniżano i odmawiano ci rozumu. Ba, opowiada się o pani historie, niewiele mające wspólnego z rzeczywistością, a jednak oddające jej ogólnikowy sens.

Teraz wracając do początku – gra o tron jest w istocie grą o zrozumienie. Większość ma ją w tym rozumieniu za nic – wszak to ja powinienem zostać królem (królową) i władcą. Podstępem wedrę się w twoje serce (bowiem wiem co cię boli i uwiera) poddaństwem swoim zaspokoję twój głód uznania. Zawsze będę z tobą i przyjmę na siebie paroksyzmy twojej wściekłości. Jak pisze mój tarakowy znajomy na FB, Robert Palusiński, znawca snów i rojeń, odtwarzając mit o Pięknej i Bestii przywracając tym naturalny porządek rzeczy, gdy kobieta agresywna wobec mężczyzn odnalazła spokój i szczęście w małżeństwie tudzież wspaniałe dzieci w swoim poddaństwie – jeśli tylko przestała się go bać. I we śnie, gdy bez obaw pozwoliła sobie obciąć na gilotynie głowę.

Napisałam mu coś, czego w gruncie rzeczy nie jestem do końca pewna:

Ja inaczej interpretuję bajkę o Pięknej i Bestii. Piękna jest typowym przykładem istoty zbyt dobrej i przez to wykorzystywanej. Ojciec i siostry na niej oszczędzili, zamiast klejnotów, mogli dostarczyć kwiatek. Nie jej wina, że się przeliczyli i musieli ponieść konsekwencję dokonanej kradzieży. Także Bestia za cenę niewielkiego ustępstwa, uzyskała,co chciała – zgodę na małżeństwo, gdy wzięła Piękną na litość (umierając rzekomo z powodu jej dłuższej niż tydzień nieobecności). Końcowa przemiana Bestii w pięknego młodzieńca jest typową obiecanką/cacanką, rzekomą nagrodą za „dobroć”, a w istocie podporządkowanie stereotypom (Kobieta ma być piękna, a mężczyzna silny). I tyle. Potrzebuję ciebie aby być sobą. G… prawda. Potrzebuję ciebie, bo wolę wygodę niż samotność i problemy oraz obowiązki. Czasami potrzebuję ciebie, żeby zrozumieć odmienność. To przypadek pani.

Nie jestem przekonana, że patriarchalna część naszej, kobiet, osobowości mieści się akurat w głowie. Głowa to rozumowanie, świadome myślenie, a patriarchat wrósł w nas czasem tak głęboko, że nie jesteśmy jego w ogóle świadome. Większość kobiet nie ma nawet pojęcia, jak nazwać to, co im doskwiera, owa niepełnoprawność w codzienności, zwłaszcza w starszych pokoleniach. Czują, że coś nie tak ale długo, jeśli wcale nie potrafią tego nazwać. Ja uważam że ten patriarchalizm w nas to coś podobnego tresurze, a tresura nie przejawia się w głowie tresowanego. Wytresowany niedźwiedź porusza rękami i nogami, zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami, ale nie „tańczy” bynajmniej. Kobieta w patriarchacie jest podporządkowana, ale zewnętrznie, dla oka. Co sobie myśli i o czym rozmawia z sąsiadkami, gdy mężczyzn nie ma w pobliżu, co doradza swoim córkom albo co zachowuje dla siebie w swoim wnętrzu – dla patriarchalnego mężczyzny jest niedostępne. Widzi tylko zewnętrzność dostępną dla oka, reszta go nie interesuje, jak widzów tańczącego niedźwiedzia.

Jak wiele przez to traci, nie ma pojęcia. Skoro czegoś nie potrzebuje – nie żal mu straconego.

Pani jednak nie żal tego, że kiedyś z pełną odpowiedzialnością oświadczyła, że nie zagra więcej w życiu w bridża. Nie biorąc udziału w grze o tron, wpasowała się w inną symbolikę młyńskiego kamienia. Może kiedyś, lata naprzód, zostanie zrozumiana. Niestety, będą to raczej złe czasy, które, zda się, nadchodzą. W każdym razie otwieramy, jako społeczeństwo, ramiona na ich przywitanie, nie bacząc na to, że drzewa Puszczy Białowieskiej, roniące swoje soki płaczą, a wilki wyją, tudzież żubry reklamują jakieś piwa. Nie znalazłeś czasu dla mnie, poświęć go rzeczom wielkim i ulotnym – bez gwarancji że cokolwiek to zmieni i że masz na wydarzenia jakiś wpływ. Karm się złudzeniami, że twoje życie to właśnie twoje przekonania.

Tak czy inaczej, nasze prochy zostaną rozsiane nawet wbrew ustawom i uregulowaniom. Wszak z prochu jesteś i w proch się obrócisz…I nikt nie wie jakie cmentarze nas zaspokoją…

https://pl.wiktionary.org/wiki/kamie%C5%84#/media/File:Rocks_(5698304725).jpg

1280px-Rocks_(5698304725)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *