Wieści z samotni 4 – Szlachcianki pełły w rękawiczkach

Z Pana Tadeusza Mickiewicza, tak nieludzko katowanego w szkole, zapamiętałam niewiele fragmentów. O Zosi, co wbiegała do domu przez okno, a nie drzwi; o Telimenie, którą oblazły mrówki i o zaściankowych szlachciankach, które tym się chciały odróżnić od chłopek, że pełły w rękawiczkach. Dzięki ojczulkowi Google znalazłam nawet stosowny cytat:

„…Strój także szlachcianek
Najuboższych różni się od chłopskich katanek:

I żną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach.”
A. Mickiewicz, „Pan Tadeusz”, 6,390-394

Także w czasach, gdy chodziłam do szkoły, w latach 50-tych ubiegłego wieku wykonywanie takiej czynności, nie gołymi rękami, jak normalna kobieta, a w rękawiczkach, było fanaberią, starannie podkreślaną przez nauczyciela, jako przejaw zwyrodnienia szlachty i oczywiście ośmieszaną. Czterdzieści lat później i ja na swojej działce porzuciłam klasowo słuszną pracę rąk pozbawionych osłony, bowiem w sklepie ogrodniczym w Łosicach pokazały się cieniutkie, jedwabne rękawiczki, specjalnie do pielenia. Model ten zresztą ewoluował i ewoluuje do dziś. Z tą chwilą przestałam traktować ów cytat jako dowcipno-złośliwy i na długie lata o nim zapomniałam.

Przypomniało mi się to odróżnienie chłopek od szlachcianek (mimo że zaściankowych) przy lekturze powieści mojego dziadka, Benedykta Jacórzyńskiego „Ludzie polni”. Dla niego też podział na szlachtę i chłopów był ważny. Mimo zastrzeżenia zgłoszonego we wstępie do powieści („Ludzie polni… Nie ludzie wiejscy, lecz polni. Oni dostarczyli mi wątku do napisania powieści”) bohaterem uczynił wykształconego wielkim wysiłkiem biednych rodziców chłopa, gospodarzącego na wsi, żonatego ze szlachcianką, z miłości do której musiał wyjechać do Ameryki, gdzie znacznie wzbogacił się i powiększył swoje gospodarstwo. Mój Dziadek jako prawicowy idealista widział przyszłość rolnictwa w sposób jak na owe czasy postępowy, jako działanie ludzi wykształconych, światłych i dobrowolnie się zrzeszających. Czy dziś aktualni prawicowcy tak mają?

Czasy się zmieniają, giną ludzie i miejsca „nie na czasie” , jak słusznie zauważył  Noblista, Haruki Murakami w powieści „Tańcz, tańcz, tańcz…”, która obecnie czytam dzięki uprzejmości pani Jolanty Kolasy z wypożyczalni nr. 140, dbającej o moje lektury bez konieczności wychodzenia z domu, a także w tych trudnych czasach oferującą mi pomoc w zakupach. Wielkie dzięki pani Jolu, Pani i Wypożyczalni nr. 140 na warszawskim Mokotowie!

Nawiasem mówiąc jest to kolejny Noblista piszący powieści, których akcja rozgrywa się nie wśród przeciętnych ludzi, a intelektualistów, jakby to oni pozjadali wszystkie rozumy (o czym piszę w moim wywiadzie, który niebawem się ukaże na pewnym portalu literackim). Nie oznacza to, że nie zachwycam się nim jako autorem, ale czasem łyżka dziegciu w beczce miodu jest potrzebna dla równowagi.

Poczciwe rękawiczki z wyznacznika statusu (poza „pielęgniarkami” – jak nazywano wśród Polaków pracujących w Rosji na kontraktach przy budowie elektrowni atomowej w latach siedemdziesiątych kobiety pracujące na kołchozowych polach, które ich nie używały chociaż pielęgnowały ziemię), użycie rękawiczek było wyznacznikiem niższego statusu. W roku 2019 Ukrainki pielęgnujące staruszków (między nimi i mnie)  już takie rękawiczki miały, bądź wymagały ich dostarczania przez podopiecznych. Ciekawe zresztą, że nie używały ich przy myciu i dezynfekcji toalet w mieszkaniach prywatnych – co oczywiście wiąże je ze statusem i większą obawą przed drugim człowiekiem, niż jakimś zarazkiem. I nie przejmowały się swoim kaszlem, katarem czy grypą twierdząc, ze to skutek uczulenia lub owej coca-coli.

W roku 2020 za sprawą koronawirusa rękawiczki i maseczki awansowały do najbardziej niezbędnych przedmiotów pożądania, mimo, że wielu znawców problemu twierdziło i twierdzi, że te najzwyczajniejsze, przeciwpyłowe dla budowlańców, używane przez jakiś czas jako przeciwsmogowe, teraz dostąpiły przekroczenia kolejnego szczebla niekompetencji i służą podtrzymaniu na duchu ludności, którą aż rozpiera energia, żeby coś zrobić w warunkach, w których najlepiej nic nie robić. Dzielne kobiety, wyrywne do działalności społecznej, szyją owe maseczki ze zwykłych materiałów, tanio wyprzedawanych, zaspokajając swoje ambicje i ambicje odbiorców.

Bezczynne oczekiwanie na chorobę albo śmierć w naszej kulturze nie jest aprobowane, więc śladem innych problemów zamiatanych pod dywan i ten usiłuje się załagodzić działaniem pozornym. Także i ja, podatna na prądy współczesności, świadoma diagnozy Murakamiego bardziej przejmuję się faktem, że nie ma kto mi obciąć wrastających paznokci niż obawą, że mogę umrzeć w swoim odosobnieniu. Męczy mnie ponadto lęk, że nie zdążę opublikować swojej kolejnej powieści przed śmiercią niż przerażająca refleksja, że kiedy umrę może brakować miejsca na moją indywidualną trumnę i jak w pewnej przyszpitalnej kostnicy w latach sześćdziesiątych nieboszczyków układać się będzie nagich w sztaplach po 3 sztuki, bez różnicy kobiet i mężczyzn na stołach, przy których napruty pracownik chłepcze jakąś chińską zupę z makaronem z kolorowego kubka, odsuwając niecierpliwym gestem zsuwające się ramie jakiejś chudej babci. Trudno więc, żeby wobec powyższego wspomnienia (z wyprowadzenia zwłok mojego ojca, zmarłego na zawał) przejmował mnie obraz serwowany przez TVN24 pokoju z kilkunastoma trumnami albo konwojem samochodów wiozących nieboszczyków gdzie indziej. Wszak przygotowano im całkiem ładne trumny, nawet niejednakowe, a w latach kolejnych zaraz wrzucano ich po prostu do dołów. Czasy się zmieniają, jakby co.

Miałam to szczęście w w nieszczęściu, że przeżyłam kawałek wojny i świeże wspomnienie o niej moich bliskich, więc byle co mnie nie przestraszy. Może więc powinniśmy zacząć mówić o śmierci, jako możliwości, oswajając ją, a nie strasząc prymitywnymi nagraniami niedorosłych reporterów?  Może ci, zamknięci w mieszkaniach, powinni robić coś bardziej sensownego dla swoich rodzin i dzieci, niż zajmowanie się głupawym zabijaniem czasu? Na przykład powiedzieć im o rzeczach ważnych, pomocnych w przyszłości, o tym czego samemu się nie zdążyło i czemu, oraz o wysokiej cenie każdej przebimbanej chwili, za którą, być może, przyjdzie kiedyś zapłacić .

Jako społeczność unikaliśmy i unikamy tematów trudnych, przez całe pokolenia kpiąc z rękawiczek zaściankowych szlachcianek. Chyba czas już tego zaprzestać.

1 myśl w temacie “Wieści z samotni 4 – Szlachcianki pełły w rękawiczkach

  1. Pani Katarzyno, dziękuję za ten tekst. Były w historii czasy i pokolenia, w których śmierć była częścią życia, choćby poprzez fakt, że żyjąc w rodzinach wielopokoleniowych, zwyczajnie doświadczało się całego cyklu życia – ktoś się rodził, ktoś umierał. Rozmontowanie takich rodzin, podarowanie nam złudnego przekonania, że jesteśmy samodzielnym, rosnącym głęboko w glebie korzeniem, wokół którego obudowuje się najbardziej autentyczna tkanka życia, że od dwójki i ich dzieci zaczynają się i na niej kończą najbliższe więzy, miało dać nam siłę i nową tożsamość. A dało nierealne poczucie, że świat zaczyna się od nas samych, odizolowanych od szerszego kontekstu kulturowego, a w konsekwencji pozbawionych cywilizacyjnej perspektywy. I w Polsce jeszcze pewnie zdarzają się takie rodziny, widzi się, wyłączając ten czas zarazy, starszych ludzi na ulicach i nie sposób ich wygumkować ze swojej świadomości. To co zrobiono na Zachodzie, a mieszkam w kraju skandynawskim, to staranne odseparowanie ludzi w jesieni życia od pozostałych. ,,Jak ja lubię te babcie na ulicach – powiedziała mi w 2006 r. Szwedka, żona właściciela firmy, w której pracowałam – u bas ich nie widać. Dlaczego – spytałam naiwnie – bo starsztch rodziców oddaje się do domów starców, to norma.” O tym, że pokolenie dzisiejszych dziadków jest z tym procederem zupełnie pogodzone przekonałam się, gdy w 2012 roku przeprowadziliśmy się z rodziną do Norwegii. Pogodzone i uznaje to za komfort i zdobycz cywilizacyjną – jak uświadomił mnie przedstawiciel lokalnej elity, emerty już teraz, a gdy rozmawialiśmy kilka lat temu – mój nauczyciel norweskiego. Starannie oddzielono starych od młodych, chorych od zdrowych, żeby nikomu nie zaburzyć komfortu. Zdobycze zaś trzyma się w skostniałej garści, choćby były ostatnią rzeczą łączącą nas z tym światem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *