O wojnie

Dyskusja o nieuchronności wojny – to całe spektrum problemów. Od astrologów, wizjonerów, historyków, statystyków, po nas, zwyczajnych ludzi. Oczywiście, nie bierzemy pod uwagę, iż wiele z tych głosów ma na celu po prostu kasę, kompromitując problem jako taki. O to chodzi. Mój przyjaciel – fotografik, dokumentuje zbiorowe emocje, więc najlepiej wie, że najłatwiej jest zarzucić bezpośrednim świadkom wydarzeń emocjonalność, z nadzieją, iż znajdzie się podstawę do ich zdyskredytowania. Moherowy beret, biały goździk, siwe włosy, niestosowny wiek. Brzydkie zmarszczki w czasie krzyku, jakieś wąsy czy niemodna kurtka… Niewłaściwe, nieprawomyślne skojarzenie.

W tej, jak i w innych dyskusjach tego typu, lekceważy się głos starców, którzy czegoś doznali na własnej skórze. Niedawno w TVN24 pewien polityk najwyższego szczebla oświadczył, że musi wymrzeć pokolenie bezpośrednich świadków, żeby historycy byli w stanie ocenić sens wydarzeń. O sensie wojen mają dyskutować nie ci, co je przeżyli i co ich doznali na własnej skórze. Kilka tomów ich relacji kupiłam po 5 zł za sztukę na bazarze, jako dziadkowe bredzenie z odzysku (po likwidacji czyjegoś mieszkania). Cena świadczy sama za siebie, choć książki są kopalnią wiadomości o realiach tamtych czasów.

Nie dajmy się zwieść tej manipulacji. Nie mogę pogodzić się z tym, że ktoś lekceważy moje zdanie, bowiem w jego przekonaniu jestem za stara, żeby mierzyć się ze współczesnością. Dlatego ciągle dyskutuję z młodymi. Ale chciałabym też przeczytać o własnych przemyśleniach osób ubezwłasnowolnionych medialnie z powodu ich wieku, nie pasującego do politycznych założeń. Może powinniśmy wreszcie zabrać głos, jak naprawdę było, a nie jak imputują nam młodzi!

Kochani! To ostatnie nasze podrygi! Co nam szkodzi opowiedzieć, jaka naprawdę jest wojna? I jakie traumy na całe życie niesie?

Odkąd byłam dzieckiem, pamiętam szepty dorosłych: „jak myślicie, będzie wojna czy nie?”. Tego rodzaju dywagacje należały do grupy spraw, skrzętnie ukrywanych przed dziećmi, podobnie jak sprawy płci i polityki. Były ku temu powody. Zimna wojna, to co zrobiono z Żydami (nie używano wówczas terminu holocaust), obozy koncentracyjne, wieszanie zbrodniarzy plus rodzinne historie. I panujący strach przed czymś, co tylko najbardziej pewni siebie i zajadli odważali się nazywać „reżimem”, „sowietami”, „UBe” (lista nazw także była odmienna od dzisiejszej).

Mało które dziecko w moim wieku (rocznik 1942) nie zaznało na własnej skórze wojny: wygnania, głodu, niebezpieczeństwa, widoku trupów ludzi i zwierząt. Opowieści o czekającej nas wojnie mogłyby pogorszyć jeszcze psychiczny stan dzieciaków, zwiększyć listę ich nocnych koszmarów. A jednak wszyscy z mojego otoczenia byli pewni, że wojna nadejdzie, rzecz tylko w tym, jak długo da nam jeszcze pooddychać. Wszystko za tym przemawiało. Kiedy wiatr wybił szybę w oknie naszego domu, rodzice zatkali dziurę kawałkiem dykty ze starej szafy, bowiem nie opłacało się wstawić nowej szyby. „Przyjdzie wojna i wszystkie szyby wytłucze” – tłumaczyła się mama. Ślady kul na tynku naszego domu przetrwały do późnych lat sześćdziesiątych i zniknęły razem z domem. Po co bowiem było go tynkować, skoro zaraz pojawią się nowe dziury? Jeśli były na przestrzał – starczyło zatkać czymś. Mama kupowała chleb, suszyła piętki, w kącie stał cały ich worek. Nikt nie kupował mieszkań, remontowano je tylko na aby aby (wbrew propagandzie mówiącej o tym, jak radośnie odbudowujemy swój kraj), a jeżeli już, to bynajmniej nie dawni mieszkańcy Warszawy; ci woleli zadowolić się kwaterunkowym przydziałem i przygodnym łataniem dziur. Gromadzono zapasy żywności. Każde zawirowanie w polityce, to były kolejki i kupowanie cukru, soli, mąki. Ubrania musiały być solidne, żeby wytrzymać w nich wygnania i inne przeciwności losu, meble niekoniecznie, starczyły doraźnie reperowane stare graty. Wiele lat spałyśmy z siostrą na łóżkach, których podstawę dla stelaża stanowiły pięciokilogramowe puszki po darach UNRA, wypełnione piaskiem (plus jedna pełna, zapomniana, otwarta w latach sześćdziesiątych, zawierająca papierosy).

Życie odbudowywano powolutku, raczej skokami, w miarę gdy pojawiała się nieuchronna konieczność, na przykład rodziło się dziecko. Jestem w posiadaniu oryginału pamiętnika, spisywanego przez młodego człowieka, studenta seminarium, którego naukę przerwała wojna. Podróżował po całej Polsce, zatrzymywał się u jakichś znajomych znajomych; wyjeżdżał, gdy czuł, że staje się dla nich zbytnim ciężarem; raczej nie próbował znaleźć stałej pracy i nie robił żadnych planów na przyszłość. Wiele osób tak żyło z dnia na dzień. Przepadły ich domy, majątki, zginęła, zaginęła lub wyemigrowała rodzina, a oni nastawieni byli wyłącznie na doraźne przetrwanie.

Jako młodą dziewczynę utrzymywano mnie w przekonaniu, że wojna jest nieuchronna, zresztą miała to być wojna atomowa, po której życie na Ziemi w najlepszym przypadku będzie się niemrawo tliło. Potem na szczęście ludzie uwierzyli, że pokój jest możliwy i mamy właśnie dzisiaj – czas gdy ludzie kupują domy i mieszkania (także na zarobek), odkładają pieniądze w bankach, podróżują po świecie, planują swoje życie i życie swoich dzieci. Rozpieszczają je czasem nadmiernie, dają im miłość i zrozumienie, zamiast zwierzęcej troski o przeżycie. Niektórym jednak ta stabilizacja przeszkadza, zbyt mało mają mocnych wrażeń albo brak im wyobraźni.

Tworzy się przestrzeń dla wieszczenia, że wojna jest nieuchronna (jest to oczywiście możliwe, ale póki co niesprawdzalne, co nie oznacza, że trzeba o niej nieustannie myśleć). Dobiegają nas echa tych dywagacji, w postaci rozmaitych tez i chwała  Tosterowi Pandory, że zajął się tym tematem. Boję się tylko, że głosy w dyskusji są głosem ludzi młodych, którzy osobiście żadnej wojny nie przeżyli, widzieli tylko mnóstwo filmów i kronik, a przecież mimo wszystko, oglądanie wojny jest czymś innym, niż jej doznawanie. Obejrzawszy nawet najbardziej makabryczną kronikę (a żadna nie zawiera katalogu wszystkich dolegliwości wojny) idziemy spać do własnego, suchego łóżka, a nie czaimy się głodni i zmarznięci w jakichś ruinach, w oczekiwaniu na wizg bomb. Ludzi, którzy wojnę poznali na własnej skórze, jest niewielu wśród Polaków, zaś uchodźcy nie są dla nas wiarygodni w żadnej sprawie i nikt ich nie słucha, nawet gdy są wymyci i nakarmieni, nie śmierdzą i zachowują się spokojnie. Babć i dziadków też się raczej nie słucha. A już na pewno nie czyta się nudnych wspomnień (jeśli w ogóle się czyta dłuższe teksty).

Cykl trzech artykułów o wojnie rozpoczyna:

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-czyli-roznica-pomiedzy-wyborem-jedno-i-obustronnym-glos-pierwszy/

Autor stawia w nim następujące tezy:

  • Pacyfiści są szkodliwi, bo nie widzą, że o wojnie decyduje nie jedna strona, a dwie.  Należy więc najpierw rozprawić się z nimi.
  • Jest tylko kwestią czasu, kiedy będziemy musieli z nią się zmierzyć. Zwłaszcza nie rozumieją tego kobiety, a to źle bo należy:
  • wzmóc wychowanie prowojenne, przygotować dzieci, nauczyć ich tego i tamtego, przydatnego w przyszłych walkach. Zapewne tutaj należy usytuować tzw. „wzmożenie patriotyczne”, często ostatnio dające się zauważyć wśród młodych.
  • Każda reprymenda dla przemocy jest szkodliwa. Świadczy o tym wprost poniższy cytat:

„Szanowne Kobiety, przecież tylko ta agresja sprawia, że chodzicie jeszcze po ulicach prawie zupełnie niezagrożone gwałtem. Polska jest prawie najbezpieczniejszym dla kobiet krajem na świecie, i ma to przecież tak pozostać. Świat się zmienia na niekorzyść. Wobec czego każda reprymenda w stosunku do przemocy męskiej osłabia Wasze naturalne siły odpornościowe, degradując facetów, którzy nadal mogą zrobić potencjalnemu napastnikowi krzywdę.”

Trochę to prostackie, ale logiczne, bo wynikające z całokształtu postawy samca alfa, który po prostu musi dla zdrowia psychicznego i fizycznego powojować: pięściami z kobietą,  sztachetą z sąsiadem, bejsbolowym kijem na ustawce z kumplami, uzbrojonym dronem z wrogiem. Trudno więc mi jako stara, nieprzydatna samica, dyskutować z takim mężnym mężem.

Głos nr. 2 w zasadzie podziela powyższe poglądy, choć czyni to nieco bardziej finezyjnie i inteligentniej.

http://tosterpandory.pl/o-wojnie-glos-drugi/

Tezy:

  • „Wojna nie przychodzi dlatego, że jej chcemy, przychodzi niezależnie od tego, czy jesteśmy pacyfistami, czy wojownikami, czy jesteśmy wolni, czy zniewoleni. Wojna jest światem samym w sobie.”
  • Stoimy poza wyborem.
  • Wojna bierze się z napięcia globalnych interesów.
  • Cechą równoważenia sił jest nieustanne sprawdzanie. Czasem przekracza ono granice i dochodzi do konfliktu, którego nawet nie oczekiwano. Obecnie mamy w świecie rozchwiany układ sił „Właśnie odbywa się globalna rozgrywka o ustalenie zasad nowego porządku.”

Autor jednak w końcu obnaża swoje zafiksowanie i przestaje starać się o obiektywizm, co uzmysławia nam poniższy cytat:

„Hippisowska wizja tolerancyjnego i spełniającego się poprzez kontakt z naturą człowieka, wspierana przez kokon medialny poprawności politycznej, sprowadziła tegoż człowieka do roli zasobu ludzkiego, demoralizując społeczeństwo i kreując zamiast niego zbiór osób. To, co nazwano końcem historii, okazało się zupełnie nowym początkiem innej. Społeczeństwa odzyskują powoli podmiotowość, otrzepując się z haszyszu lewicowej wrażliwości. Jednak ten okres stagnacji i intelektualnej dezynwoltury na wiele lat zatrzymał postęp, zastępując go psychologizmem i pseudowiedzą. Wojna już jest”

Z zaciekawieniem czekam na trzeci głos, tymczasem jednak postaram się podyskutować ze stanowiskiem nr, 2. W zasadzie wszystko, co autor wyraził, a ja ujęłam w punktach, jest prawdą. Tylko, że z wymienionych argumentów wcale nie wynika przedstawiona teza o nieuchronności wojny. Owszem – o wysokim prawdopodobieństwie jej wybuchu, w miejscach zapalnych dla rozmaitych konfliktów, ale jednak tylko prawdopodobieństwie, bynajmniej nie nieuchronności. W dodatku Europa, w przeciwieństwie do lat poprzedzających I i II Wojnę Światową, jest dość stabilna i powiązana finansowo w sposób raczej utrudniający  niegodziwe zamiary. Uczestnicy tych powiązań więcej mogą stracić na konflikcie zbrojnym, niż zyskać.

Także niebezpieczeństwo rozlania się któregoś ze światowych konfliktów na tereny Europy nie jest zbyt wielkie. Widać to po sposobach reakcji politycznych, wielu osobom wydającymi się nadmiernie ostrożnymi i rozciągniętymi w czasie. Oni woleliby jak małe dzieci: „Spuścić bombę, zabić tę trąbę”.

Skąd więc to namaszczone wręcz przekonywanie otoczenia, że wojna jest nieuchronna i z tą nieuchronnością w pamięci należy nieustannie żyć? Czy jako ludziom odpowiedzialnym, zależy nam na tym, żebyśmy znowu żyli w niepewności losu, żebyśmy chcieli wyłącznie przetrwania, doczekania następnego dnia, miesiąca, roku?

Żaden z powyżej przedstawionych głosów nie przekonuje mnie. Głównie dlatego, że brak im obiektywizmu, pogłębionej analizy (np w postaci przedstawienia splotu interesów skłaniających Europejczyków do udziału w zbrojnym konflikcie), za to aż grają emocje, posługujące się określeniami i ocenami z katalogu myślenia wg jednej politycznej siły.  Dla ludzi tych „wrażliwość lewicowa”, „hipisowska wizja”, „poprawność polityczna”, są rodzajem płachty na byka do tego stopnia, że zgromadziwszy je wszystkie w jednym zdaniem, wyrzucane są z siłą wodospadu zamiast poważnych argumentów. Chcą wojny, więc ich zdaniem wojna jest nieuchronna.

Zanim zajmę się trzecim punktem widzenia – co z uwagi na objętość tekstu nastąpi w kolejnym odcinku – pragnę zachęcić do pobrania z mojej autorskiej strony,  http://kasiaurbanowicz.pl/ bezpłatnego PDF zawierającego jedną z części mojej niewydanej (choć nagrodzonej) powieści p.t. „Nić”. Fragment ten, jak pozostałe części powieści nosi imiona bohaterek, których pierwsze litery imion tworzą alfabet – w zamierzeniu była to droga od urodzin do śmierci kobiety. Część ta nosi tytuł  „CELINA” i opowiada o doświadczeniach dziewczyny, wierzącej w nieuchronność wojny atomowej. W dużej mierze jest ona zapisem nastrojów moich koleżanek, studentek z roku 1960-61. Zapraszam chętnych do lektury.

Jedna myśl nt. „O wojnie

  1. 1. ależ wojna w Europie się już odbyła, czyż nie jest nią – konflikt bałkański
    2. w sensie granic Europa się ciągnie aż do Kaukazu, więc wojna na Kaukazie a na pewno na Dzikich polach należy do tej przestrzeni
    3, jestem pacyfistą
    4. jak płachta na byka działa na mnie tylko fanatyzm w każdej postaci
    5, zdawać sobie sprawę z rzeczywistości to nie znaczy jeszcze chcieć jej realizacji
    6. polecam wykłady o globalnej polityce pana Jacka Bartosiaka, nie chce z nim ani rywalizować ani być specjalistą od wojny, znam się na malarstwie 🙂

    Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *