Ciemność wewnętrzna i zewnętrzna

Lektura noblistów (niektórych), choć ciężka i pełna czytelniczych załamań, wolt i pomstowań, zwłaszcza gdy zobowiązani regulaminem wypożyczalni, musimy zmieścić się w określonym czasie, dotyka nas osobiście w chwilach, gdy najmniej tego chcemy:

…” Człowieku, nie bój się przecież ciemności, które cię otaczają, wcale nie są gorsze od tych, jakie masz wewnątrz ciała, to są po prostu dwie ciemności oddzielone skórą, założę się, że nigdy o tym nie pomyślałeś, cały czas nosisz w sobie ciemność i wcale cię to nie przeraża, przed chwilą mało brakowało, a zacząłbyś krzyczeć tylko dlatego, że wyobraziłeś sobie jakieś niebezpieczeństwo, że przypomniał ci się koszmarny sen z dziecinnych lat, mój drogi musisz nauczyć się żyć z zewnętrzną ciemnością tak jak nauczyłeś się żyć z wewnętrzną…”

Unieruchomiona przez nerw kluszowy, zdana w pozycji leżącej na lekturę książek z biblioteki, przyjmuję senny tok narracji, uciążliwie drobiazgowej i z pozoru pozbawionej polotu, jako współgrający z lekarstwami na dolegliwości nadmiernie podrażnionego nerwu, przerywając czytanie, zamyślając się i pozwalając błądzić myślom, które na chwilę odrywają się od jednego, najbardziej bolesnego punktu w mojej wewnętrznej ciemności.

Bohater powieści, starzejący się, samotny urzędnik, Josè (także imię autora, Josè Saramago), pracownik Archiwum Głównego  Akt Stanu Cywilnego, ograniczony nudną pracą i nienaruszalną hierarchią zadań i służbowej podległości, rozciągającej się także na jego życie prywatne, bez żadnego sensownego powodu wdaje się w poszukiwania, które prowadzą go w labirynt własnego umysłu, w jego zastałe przekonania i ograniczenia wyobraźni… Nie da się tego streścić. Powieść musi być nudna jak flaki z olejem, najeżona stwierdzeniami banalnymi i pojawiającymi się jak na zawołanie, po to, żeby, jak to u Saramago, błysnął gdzieś diament czegoś niezwykłego.

Tak myślami docieram do Kafki, mojej młodzieńczej literackiej fascynacji. Inaczej jednak czyta Kafkę człowiek młody, jak ja wówczas, studentka polonistyki, pracownica Biblioteki Narodowej w randze pomocy bibliotekarza, jednej z najniższych szarż (była jeszcze niższa: pomoc magazyniera – nie musiała mieć żadnego wykształcenia), inaczej stary, który w swoim życiu doznał ucisku wielu szarż i wiele z nich spenetrował osobiście.

Jednak wewnętrzne echo odbija dziwne podobieństwa i emocje.Opisywane w powieści Archiwum Główne Akt Stanu Cywilnego, zawierające akta żyjących i zmarłych (wszystkie imiona), m.in. autora Josè, podobnie jak Biblioteka Narodowa zawierała wszystkie dzieła napisane, ważne i nieważne, a kto wie, może i nienapisane, a przede wszystkim, w tej czy innej postaci, zwykłej i symbolicznej, wszystkie możliwe życiorysy i katalog zawirowań losu. Poszukiwania wśród nich odmiennych, niezwykłych, unikatowych, po to, by odnaleźć w sobie losy nie opisane przez nikogo… Zadanie prawie jak dla bohatera Saramago, zwłaszcza gdy nie wie się, jaki jest skutek poszukiwań.

Ciemność zewnętrzna, wciągająca nas, a ciemność wewnętrzna.

Ta druga nie jest całkiem ciemna, wbrew pozorom mamy w niej drogowskazy (jak Josè miał sznurek prowadzący go między regałami) – atlasy anatomiczne, atlasy naszego bólu, opisy schorzeń i leczenia, dywagacje w sprawie przyczyn chorób, liczne propozycje nieusprawiedliwione niczym na temat, co nam w życiu tak zaszkodziło, że mamy jak mamy. Nie mówiąc już o ciemności, kryjącej się wewnątrz naszej czaszki, serca albo wątroby – to jest tej najbardziej wewnętrznej przestrzeni wśród wszystkich wewnętrznych.

Ciemność wewnątrz nas i jej niesprawiedliwość, omyłki, błędy, oszustwa, fetysze, ciągnące za sobą skutki przez kolejne pokolenia

Fetysz: sprawiedliwość.

W czasach PRL obowiązywało prawo dotyczące dziedziczenia dóbr lub uprawnień, które nie były własnością danej osoby, na przykład były własnością państw, urzędu bądź  wspólną. Przykładem może być prawo do mieszkania kwaterunkowego lub spółdzielczego na prawie członkowskim. Kiedy umarła samotnie mieszkająca babcia, jej kwaterunkowe mieszkanie wracało do zasobu miasta, a spółdzielcze – do spółdzielni. Ponieważ obowiązywał meldunek, jako wynik uprawnień do mieszkania, owa babcia nie mogła przez lata zameldować nikogo u siebie „na stałe”. Potem wymyślono obejście prawne, wymuszone problemem opieki nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi, W zamian za opiekę, osoby te mogły zameldować u siebie kogoś z rodziny (ściśle określono stopień pokrewieństwa, np. najczęściej wnuki – pod warunkiem ich pełnoletności), które po kilku latach opieki (chyba 4 czy 5) nabywały prawa do zamieszkania w lokalu po śmierci babci.

Pewna babcia miała 2 wnuków – bruneta i blondyna, Blondyn był spokojny, cichy, grzeczny; brunet żywy, nieposłuszny, stale zainteresowany czymś innym. Kiedy chłopcy skończyli 18, lat ich rodzice przeprowadzili konferencję z babcią na temat, którego z nich zamelduje w swoim mieszkaniu. Babcia była osobą praktyczną i sama nalegała na szybkie załatwienie tej sprawy. Problem miała z wyborem: obu wnuków kochała i miała w stosunku do nich nadzieje, których nie żywiła wobec własnych dzieci, uznawanych za średnio udane.  Zdaniem jej dzieci faworyzowała bruneta, widać lepiej harmonizował z jej niespokojną, choć utemperowaną ciężkim życiem naturą. Podobno zresztą, jako była przedszkolanka zawsze lepiej czuła się wśród trudnych dzieci, niż dobrych i grzecznych. Jednak w momencie meldunku babcia nie wymagała dużej opieki, była samodzielna, a w razie potrzeby pomagali jej wszyscy członkowie rodziny – rodzice i obaj chłopcy. Babcia więc, jako osoba dążąca do sprawiedliwości, uznała iż sprawiedliwsze będzie zameldowanie blondyna, który jest „lepszym” dzieckiem, jako że w owych czasach lepszy oznaczało bardziej posłuszny, cichy i grzeczny, a taki był blondyn. Brunet był gorszy bez wątpienia i należało go naprawiać, chociażby przez to, że stawia się przed nim przeszkody, jakich nie wymagał pozytywnie z natury ukształtowany blondyn.

Takie było myślenie ciemności wewnątrz babcinego umysłu.

Minęło kilkadziesiąt lat. Zmienił się ustrój, prawo, sprawiedliwość, zmieniły się fetysze. Rozumienie natury ludzkiej poszło daleko do przodu dzięki rozwojowi nauki, a także przywiązywaniu większej wagi do praw człowieka. Dodam tylko, iż zasady sprawiedliwości, rządzące ciemnością wewnątrz babci, także uległy zmianie. Zresztą przyszłe losy blondyna i bruneta całkowicie odbiegły od oczekiwań i przewidywań babci. Został do niej żal, choć Bogiem a prawdą, należało mieć żal do ówczesnej sprawiedliwości, która nie pozwoliła babci na przykład zameldować obu wnuków, czy na inne rozwiązanie, mogące w przyszłości skorygować błędy jej pojmowania sprawiedliwości.

Niesprawiedliwa decyzja miała wpływ na następne pokolenia, ale czy odebrać tamtej kobiecie jej prawo poruszania się we własnej ciemności, do jej własnych przesądów? Do zarządzania własnymi fetyszami i własną ciemnością?

Ile fetyszy tkwi w mojej ciemności i czy mogę być pewna, że nie zaważą na losach tych, którzy powstali z mojej ciemności?