Zimno

Dzienniki telewizyjne od kilku dni są pełne informacji o ludziach nocujących w pustostanach, jak to się nazywa rzekomo „poprawnie” – „w kryzysie bezdomności” Od dwóch dni płyną doniesienia z Łodzi o ludziach umierających z zimna w kamienicach. Moja pierwsza myśl przy tych okazjach, to zdziwienie, że mogli nie zdawać sobie sprawy z zagrożenia życia i nie szukać miejsc dla przeczekania największych mrozów, druga zaś to jeszcze większe zdziwienie, że jeszcze są miejsca (poza letnimi domkami i tzw. „altankami”), gdzie nie ma ogrzewania, nawet w blokach. To niemożliwe w dzisiejszych czasach!

Dzisiaj rano powiedziano, że w jednej takiej kamienicy  zmarły dwie starsze osoby, a w drugiej odnaleziono w ostatniej chwili i zabrano do szpitala staruszkę. Kiedy usłyszałam, że w jej mieszkaniu było -17 stopni i znaleziono szklankę z zamarzniętą wodą, jak woda z przerwanego wodociągu wystrzeliło wspomnienie:

– U nas w domu było kiedyś minus osiemnaście stopni.

We wspomnieniach zobaczyłam ścianę naszego – mojego i siostry pokoiku – z wymalowanym czerwoną farbą „kalendarzem temperatur” z naszym rekordem zimna: minus osiemnaście stopni. Towarzyszył temu cytat z Biblii, z „Pieśni nad Pieśniami” – „Dziś rano szukałam miłego mojego w łożu mojem, szukałam go, ale nie nalazłam…” – coś w tym rodzaju, wersja archaiczna, dziś już dokładnie nie pamiętam – z dopiskiem: „Zwiał z zimna”.

W roku 1959 i 1960 byłam studentką pierwszego roku polonistyki, siostra jeszcze uczennicą. Poza tym na tej ścianie – jedynej wolnej – widniał barwny karnawałowy korowód dam i kawalerów w renesansowych strojach i maskach , niedokończony z powodu zamarznięcia farby, czego nie omieszkałam dopisać tzw. kopiowym ołówkiem, który pośliniony dawał niezmywalną farbę. Niestety, nie miałyśmy i tak niezbyt popularnych jeszcze dla zwykłych ludzi aparatu fotograficznego obrazu nikt tej ściany nie utrwalił, poza komisją z Kwaterunku, (powojenny urząd przydzielający mieszkania) która troskliwie przepisała do protokołu wszystkie nasze dywagacje pt. Kalendarz temperatur”.

Ten zapis na ścianie mama prezentowała Komisji z kwaterunku, od której zależał a wypłata zasiłku na zakup węgla do pieca (jednego, umieszczonego w ściance dzielącej dwa pokoiki). W domu była elektryczność ale wówczas dopływ prądu był odcięty z powodu niepłacenia rachunków, nie było wody, która zamarzła w rurach i musiałyśmy nosić ją od przyjaznej sąsiadki  z drugiego końca ulicy, jakieś 150 metrów w jedną stronę.

Woda ta stała w miednicach pod naszymi łóżkami, oczywiście zamarznięta, myłyśmy się poza domem, w szkole i na uczelni, a raz w tygodniu,  w środy, w graniczącej z Uniwersytetem na Nowym Świecie Łaźni Miejskiej, nazwanej imieniem kobiecym, w środy dostępnej dla kobiet. Można było tam przebywać bez ograniczeń, więc po zajęciach na uczelni wygrzewałam się tam w cieple do czasu zamknięcia.

Po wypłacie zasiłku starczyło go jedynie na opłacenie zaległych rachunków za prąd, i zaledwie kilka wiader węgla przywożonego przez nas sankami ze składu opałowego – wtedy wyciągałyśmy metalową miskę (plastiku jeszcze wówczas nie było) spod łóżka, stawiałyśmy na maszynce elektrycznej ze spirali umieszczonej w trzymającej ciepło w kamionce i myłyśmy się „na kotka”. Spałyśmy oczywiście w pełnym ubraniu: ciepłe majtki i pończochy (spodni dziewczyny jeszcze nie nosiły, nawet na WF), czapki, dwa swetry i płaszcze tzw. „jesionki” z materiału (kurtek jeszcze nie nosiło się wtedy). Nasze były dość przewiewne, bo uszyte przez mamę ze starych garniturów ojca tzw. „przenicowanych” czyli odwróconych na drugą stronę, nowszą, niewytartą i niezblakłą,. Przykrywałyśmy się kołdrami, więc jeszcze zarzucałyśmy na to jakieś inne domowe szmaty – ręczniki i inne.  Niestety, pierzyn nie miałyśmy, w przeciwieństwie do tej pani z Łodzi, która przeżyła pod pierzyną. Śniadań nie jadłyśmy, musiał wystarczyć nam jako jedyny posiłek obiad w szkole i ewentualnie poczęstunek u rodziców jakiejś koleżanki, z którą się uczyłyśmy. Pamiętam jednak że usilnie starałam się, aby nie wyglądać wówczas na głodomora i zjadałam najwyżej 2 kromki kanapki.

Takie były realia naszego życia w zimie, w lutym roku 1959.

Nigdy, w żadnym momencie naszego życia nie przyszło nam do głowy, że igramy ze śmiercią, byłyśmy młode, zdrowe, chciałyśmy być jak wszyscy młodzi, weseli i ogarnięci. Karmione okrutnymi opowieściami z lat wojny i okupacji nie uważałyśmy, że dotyka nas coś nie do przeskoczenia. Wychodząc z domu na lekcje  (po odśnieżeniu naszej połowy uliczki i dróżki do furtki) potajemnie , gdy już mama nie mogła nas zobaczyć z okna. ściągałyśmy ciepłe majtki i chowałyśmy do teczek, żeby w szkole wydawać się szczuplejszymi)

Nasza mama w dzień chodziła gdzieś po znajomych, była schorowana i zrozpaczona po pozostawieniu jej przez ojca bez środków do życia (celem wymuszenia zgody na rozwód), a nam, głupim dziewczynom nie przyszło do głowy, że jej życie mogło być bardziej zagrożone, szczególnie wtedy, gdy spóźniała się do domu, a my wyczekiwałyśmy na nią siedząc na schodkach domu i narzekając, że chciało jej się łazić „po kominkach” Tak wtedy powszechnie mówiono, więc nie widziałyśmy złośliwej ironii tej nazwy.

Kiedyś zabrano ją do szpitala, a myśmy były szczęśliwe, że nie ma jej z nami i nie musimy wysłuchiwać jej narzekań. Uważałyśmy, że same doskonale dałybyśmy sobie radę.

Jak to jest mieć dzieci bez serca? Już nasza mama nam na to nie odpowie.

Dziś bym chyba nie przeżyła w takich warunkach.

Ale, patrząc z drugiej strony, ile dzieci, wychowanych w takich okolicznościach jak my, kończy szkoły i studia, żyje w zgodzie z prawem, prowadzi stabilne życie? Przestępstwo popełniłam wtedy raz: ukradłam jakiemuś dziecku bułkę, której nie chciało jeść. Zawsze obwiniałam się o to, że byłam zbyt leniwa, żeby skończyć te studia, a przecież pracowałam: miałam zastępstwa za nauczycieli w szkołach na Żoliborzu i na Bielanach korepetycje ,– przynajmniej kilka tygodniowo. Nie byłam pełnoletnia, miałam 16 lat i kilka miesięcy, ale wówczas przymykano oczy na brak dowodów osobistych, mnie w każdym razie nie nękano. Nie uczyłam się w ogóle z wyjątkiem 2-3 nocy przed egzaminami i w końcu wyleciałam ze studiów na drugim roku. Potem wyszłam za mąż, wyjechałam z Warszawy z mężem na jedną z wielkich budów „Polski Ludowej”, urodziłam dzieci, skończyłam inne studia i zawsze pracowałam, choć nie zawsze starczało mi do pierwszego.

I napisałam kilka książek

Potem zimy były już nie takie

Powrót