
https://ekoforemki.pl/pl/p/Foremka-KARETKA-POGOTOWIA-8-cm/2179
Problemem naszej służby zdrowia nie jest brak fachowości, a bezduszność. Trafiając w środku nocy na SOR po obejrzeniu wielu filmów (które powinnaś traktować wyłącznie jako kryptoreklamy) możesz się spodziewać że zaczną obok ciebie biegać. Pojawią się pielęgniarki, lekarz, czasem jakaś salowa, pomagająca w czynnościach pielęgnacyjnych i tak dalej. Jesteś zaopiekowana. i czujesz się, że. trafiłaś we właściwe ręce. Jeśli to tylko możliwe.–uratują ciebie i twoje życie. O resztę nie musisz się martwić.
A w życiu?
Jeszcze w karetce z jednej ręki podciągną ci rękaw kurtki, wezmą próbki krwi, założą wenflon. Położą na leżankę. To znaczy niedokładnie „położą” – w sprawie przekładania osób z wózków – noszy z karetki na wózki szpitalne. Może ich parametry powinny być jakoś dostosowane, żeby nie trzeba było chorych po opuszczeniu poręczy przeturlać i zrzucać? (pocieszam się: to kara za to, że się utuczyłam. Szkoda, że jestem za stara, żeby się odchudzać. Ale muszę jeść, choć trochę oprócz proszków).
Nikt cię nie bada ani o niczym nie informuje. Biorą od ciebie dowód osobisty, nie zapalając światła podsuwają do podpisania dwa arkusze, których nigdy nie przeczytasz. Na zapytanie, co zawierają, pani ratownik odburkuje: że pani się zgadza. Próbuję żartować: Po ciemku? Słyszę: „żeby wszystkich budzić?” Istotnie, święta racja. Podaję osobę do kontaktu, jej telefon zapomniałam, okazuje się, że telefon mam rozładowany, zdarza się. Na szczęście mam na ręku zegarek z możliwości kontaktu, osoba wyrwana ze snu w odległej głuszy dyktuje swój telefon. Pani ściąga mi rękaw kurtki z drugiej ręki i podłącza do ciśnieniomierza, nie zwykłego, ale szafkowego, który stan najwyższego napompowania powietrzem przetrzymuje co najmniej minutę, a dla mnie bolesna wieczność. Na nieszczęście trafiła na rękę niesprawną, zwichniętą, stale bolącą, więc jęczę. Pani ratownik mówi, że dlatego, że mam taką grubą rękę, tak długo trwa mierzenie ciśnienia. Nie pytam czy nieznośny ból nie zaburza wyniku, chociaż wiem to, bo sprawdzałam z lekarzem kardiologiem. Dostaję pastylkę na ciśnienie.
Zbadana jestem koło 8 rano Pan doktor prychnął sobie i poszedł. Jeśli dobrze zrozumiałam język jego ciała, to prychnięcie miało dla mnie przekaz pozytywny, mój lęk nieśmiało zmalał. O swoim stanie zdrowia, w przybliżeniu zresztą, dowiaduję się po południu. Najpierw jednak dostaję SMS-em receptę i skierowanie do specjalisty, rozumiem z tego, że odeślą mnie do domu. Od początku do końca, postawiona w obliczu doświadczenia objawów, które wystąpiły pierwszy raz w życiu, jestem skazana na domysły.
Utraciłam wiele krwi i przez cały ten czas odczuwam ogromne pragnienie, a na swoje prośby dostaję ze trzy razy po 100-gramowym kubeczku wody, uraczona za każdym razem informacją że powinnam zabrać wodę z domu. Powinnam, ale w strachu zapomniałam. Jednocześnie obserwuję scenę odgrywającą się obok mnie, za zasłoną z prześcieradła, kiedy pewien pan dwa dni wcześniej przestraszył się badania i uciekł ze szpitala, a po tych dwóch dniach wrócił skruszony wrócił na SOR. Nawiasem mówiąc, prześcieradło powieszone od przodu mojej leżanki nieco odsłania widok na wnękę rejestracji i to, co się w jej pobliżu rozgrywa, a moja ciekawość jest bezmierna i próba odgadywania sensu wydarzeń wydaje się tak niesłychanie ważna, że przypadkowe zaczepienie przez ratowniczkę i zmniejszenie wskutek tego mojego pola widzenia wywołuje nieukierunkowaną złość.
Cały personel po kolei rozmawia z tym roztrzęsionym człowiekiem, bardzo grzecznie, spokojnie, bez objawów zniecierpliwienia (które ja odczuwam), wreszcie na jego prośbę że chce rozmawiać z porządnym lekarzem, taki się zgłasza. Panu temu poświęcono bardzo dużo czasu, kilkakrotnie powtarzając to samo, uspakajając go i informujące o rzeczach, o których nie wiedział itd. jestem pełna podziwu dla ratowników, ale jednocześnie mam żal, że mnie zlekceważono i nie tracę z oczu braku zrozumienia, dlaczego do takich sytuacji dochodzi. Prawdopodobnie temu panu nie poświęcono ani chwili wyjaśnień wówczas, na samym początku, kiedy trafił na SOR. Przerażony bardziej niż ja, z objawami których doznał także pierwszy raz w życiu. Teraz on jest górą.
Morał tej historii jest taki: jak narobisz zamieszania, to może potraktują cię poważnie. jak jesteś cichy, potulny i przerażony, nikt na ciebie nie zwróci uwagi. Potem dopiero w domu zadaję sobie pytanie: dlaczego nie spytałam lekarza o to czy tamto, dlaczego nie poprosiłam ratowniczki o czwarty kubeczek wody, dlaczego nie byłam wystarczająco asertywna? Starość czy wychowanie?
I to już wiem, że bezduszni są nie ludzie, a system. Procedury nie przewidują wstępnego przejmowania się ludźmi, informowania ich z własnej inicjatywy, wychodzenia naprzeciw im lękom, dopóki czegoś nie zaczną domagać się w sposób bardzo intensywny. Prosty przykład: zostałam rzucona jak worek kartofli podczas przekładania z noszy karetki na leżankę szpitalną, bardzo zresztą niewygodną i niższą, bo ratownikom się spieszyło, i nie chcieli czekać aż sama się przeniosę (nie było zresztą czego się przytrzymać). Rzucając mnie oszczędzili część sekundy czasu ale dodali na kilka dni bólu kręgosłupa. Ich wybór nie przewidywał skutków dla mnie.
Celem pobrania krwi zdjęto mi z jednej ręki rękaw kurtki i tak zostawiono. Przy tej całej operacji spadły mi kapcie z nóg na podłogę. a sukienka bardzo się zadarła odsłaniając gołe nogi. Po jakimś czasie zrobiło mi się bardzo zimno, a nie mogąc się przewrócić na bok, zawołałam kogoś, żeby zdjął mi drugi rękaw i przykrył kurtką nogi. No to pani przyniosła mi koc do przykrycia i zasugerowała, żeby nie zdejmować rękawa, bowiem mogę jeszcze więcej zmarznąć. Sądzę że chyba koc powinno zaproponować się na samym początku, odruchowo, Odkąd mnie przywieźli nikt ze mną nie rozmawiał o niczym, o wszystko pytano ratowników z karetki. Czułam się jak osoba nieprzytomna dla otoczenia. Wprawdzie z doświadczenia wiedziałam, że powinnam założyć. dłuższe okrycie, ale sama nie byłam w stanie naciągnąć tamtego sztywnego okrycia. Kiedy wychodzę z domu (poza gorącym latem) ubiera mnie opiekunka przychodząca dwa razy w tygodniu. Kiedy dopada mnie coś niespodziewanego zazwyczaj jestem sama i zakładam to, co sama mogę jakoś nałożyć.
Po odwiezieniu do domu, sanitariusze także musieli mną rzucać, tylko tym razem zręczniej. Siedziałam na małym krzesełku, a przestrzeń między karetką, a żywopłotem okalającym blok nie istniała z powodu zatarasowania podjazdu przez kogoś. Powinnam być przewożona na noszach, ale w windzie w naszym bloku nosze nie mieszczą się, dlatego transportowano mnie na wózku o wiele mniej wygodnym i bezpiecznym niż wózek inwalidzki, na którym poruszam się cały dzień. W związku z tym jeden z ratowników stał w żywopłocie a drugi zrzucał mu z wysokości wózek ze mną. Wprawdzie byłam przypięta pasem ale ważę swoje 100 kilogramów z czymś i naprawdę nietrudno byłoby mnie opuścić na ziemię. Chwała jednak temu niedużemu człowiekowi, że schwycił mnie i oszczędził dodatkowego poturbowani.
Jestem bardzo daleka. od przypisywania winy załogom karetek z powodu ataków dokonywanych przez osoby, którym udzielano pomocy. Bierze się to jednak chyba ze stresu i niepokoju, którym nikt się nie zainteresował. Prymitywna osobowość niektórych (oprócz alkoholu) i przedmiotowe traktowanie przyczynia się do tych incydentów. Dla zapewnienia bezpieczeństwa załogom karetek należałoby zrobić coś więcej, niż zaktualizowanie i zaostrzenie przepisów prawnych. Może pomogłoby tu czasem lepsze procedury? Lepsze wyczucie sytuacji ze strony ratowników, których by także szkolono nie tylko w zakresie obrony fizycznej, ale umiejętności perswazji i łagodzenia sporów.
A na zakończenie: Pani ratowniczka, którą nie poprosiłam o czwarty kubeczek wody i od której dostałam koc wyznała mi rano, że zaczyna właśnie 24-godzinny, drugi z kolei dyżur. Rankiem zrobiło się jaśniej i zauważyłam, że ta niska, wątła kobieta wygląda staro i marnie i może powinna być już na emeryturze albo sama poleżeć trochę. Poczułam się głupio i nie wiadomo czemu pomyślałam, że dla mnie to była tylko wycieczka na SOR (wszak więcej było strachu niż realnych powodów, co wynikło z badań, i że miałam pretensje (na szczęście nie wypowiedziane) podczas gdy ktoś może czuł się jeszcze gorzej niż ja… Po prostu głupio jest w tych okolicznościach być asertywnym. I trudno myśleć o innych niż o sobie.