Strapionych pocieszać

 

Nie pamiętam już skąd pochodziły słowa, które zapamiętałam jako jedną z najważniejszych naukę z dzieciństwa. Czy słyszałam je w kościele, czy w domu, czy na lekcjach, nie przypomnę już sobie. Miały wiele pospolitych przysłowiowych wersji od: „kochaj bliźniego jak siebie samego”, „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie” i jeszcze innych, ale podstawowa, brzmiąca jak przykazanie prosto z Biblii była taka:

„Spragnionych napoić, głodnych nakarmić, strapionych pocieszyć”.

W sondzie ulicznej, przeprowadzonej dla programu „Kwiatki polskie” ludzie w wieku na oko powyżej 60-tki, przeważnie twierdzili stanowczo, iż uchodźcom z Ukrainy należy pomagać jak sąsiadom, bliźnim, czy innym osobom cierpiącym i będącym w potrzebie. Ludzie nieco młodsi, w pełni sił, mieli już inne zdanie, od wręcz przeciwnego, formułowanego bardzo stanowczo do warunkowego: – „Na początku trzeba pomóc, ale potem to już niekoniecznie. Zastanawiałam się, gdzie przypada ta granica, między jednym a drugim poglądem, kiedy nakaz pomocy bliźniemu zmienia się w egoistyczny nakaz pomocy samemu sobie.

Czytaj dalej

Wydaje mi się że granicę tę wytycza rok urodzenia: przed i po tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym. Wraz z nową Polską przyszły nowe wytyczne moralne, a ciężar odpowiedzialności za swoje losy przerzucono na wyłącznie, własną odpowiedzialność.

Gdzieś, tuż przed tą magiczną datą, rozpoczęłam pracę w nowym zakładzie, gdzie zetknęłam się z prenumerowanym przez kogoś czasopismem „Najwyższy Czas”. Przeczytałam tam coś, co mnie osobiście przeraziło: wyraźnie formułowany pogląd, że państwo nie powinno wypłacać emerytur osobom starszym, a ciężar odpowiedzialności za ich utrzymanie powinien spoczywać na dzieciach.

Wywiązała się dyskusja o tych, którzy albo nie mają dzieci albo mają dzieci niewdzięczne, czy takie które wyjechały gdzieś. Młody człowiek, który w dyskusji objaśniał nam tezy owego czasopisma, przekonywał nas, pracownice w średnim wieku, że jeśli nie ma się dzieci, albo ma się dzieci niedobre i nietroskliwe, to wyłącznie wina rodziców, którzy powinni je mieć, albo inaczej te dzieci wychowywać. „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” – przywoływano stare przysłowie.

Narodziła się wówczas idea wolności słowa, jako  podstawowego prawa człowieka (zamiast wcześniej głoszonej zasady, do której mamy dążyć w komunizmie: , „Każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości”. Była nośna i jak zwykle z wszystkimi zasadami bywa, szybko zaczęła obejmować sfery pierwotnie nie przewidywane. W telewizji pokazały się wszędobylskie, ale czasem moralnie wątpliwe reklamy. Małe dzieci w wieku przedszkolnym chłonęły te telewizyjne spoty, ponieważ były kolorowe; dużo w nich było ruchu, nie zawsze uzasadnionego, a ton wypowiadanych słów wybrzmiewał na najwyższych rejestrach entuzjazmu. Rodzice odkryli, że reklamy w telewizji (nie było jeszcze telefonów komórkowych, tabletów, komputery osobiste pojawiały się dopiero w niektórych firmach)  najlepiej zaopiekują się dziećmi w domu, które im nie przeszkadzają podczas sprzątania czy gotowania.

Gdzieś wśród tego przesączały się poglądy o tym, że każdy człowiek odpowiada tylko za siebie i najwyższym jego prawem jest starać się aby było mu dobrze i był zadowolony i szczęśliwy. Odpowiedzialność za swoje postępowanie powoli zanikała, po cichu i bez dyskusji. Po prostu o niej się nie mówiło. Za to innych ludzi, szczególnie tych, których nazywano toksycznymi, powinno się wykluczać ze swojego życia. Toksyczne osobowości definiowano rozszerzająco – to niekoniecznie były osoby w konflikcie ze społeczeństwem, czy komuś wrogie  -nie o to chodziło. Były to także osoby, którym coś źle poszło, miały kłopoty finansowe lub zdrowotne, były brzydkie, biedne lub zaniedbane (mówiono o nich: „zapuściły się”), a sama ich obecność spowodowała nieprzyjemne odczucia. Nie podobały się nam po prostu często z błahych lub głupich powodów. Czasami tylko były „obce”, „inne”. Żeby uznać ich „toksyczność”, dokuczliwość dla otoczenia niekoniecznie musiała być znaczna, o nie, po prostu, jak mawiano, „psuły nam krajobraz”, jak np. matki karmiące piersią publicznie, lub brzydkie, stare kobiety na otwartych basenach. O tych ostatnich z wielkim obrzydzeniem wypowiadał się na nagranym filmiku pewien bardzo znany i uznawany obecnie dziennikarz znanej i uznawanej telewizji, mający obecnie opinię postępowego i tolerancyjnego. Gdzieś mam zapisany ten film, ale chwilowo nie mogę go odnaleźć.

Szczególnie młodzi licealiści zachwycali się poglądami Korwina Mikkiego, ponieważ był on kimś zupełnie odmiennym od rodziców, sączących opowieści o głodnych, spragnionych lub strapionych. Pewien znajomy wówczas młodzieniec z pierwszej klasy liceum tłumaczył mi i swojej mamie pogląd o słuszności likwidacji państwowych emerytur. Dzisiaj osoby tego pokolenia mają około 40 lat. Już są niewiele starsi niż wówczas my i przesiąkli inną moralnością, niż ta, która nie pozwalała przejść obojętnie wobec nieszczęścia. Oczywiście praktyka często rozmijała się z teorią, szczególnie gdy dotyczyła ich własnych interesów, ale większość tych ludzi głosi określone przekonania i ich broni nawet kiedy nie są w stanie im sprostać. To oni uchodźców nazywają nachodźcami, a we wspomnianej ulicznej sondzie twierdzą, że dość już Ukraińcom napomagaliśmy i czas z tym skończyć, przy czym nie są skłonni wysłuchiwać jakichkolwiek argumentów, nawet nie moralnych, a ekonomicznych i politycznych jako, że za ich młodości „mieli trudniej i musieli sami sobie dać radę” – co uznają za jedyny, usprawiedliwiony argument w dyskusji.

Pokolenia od nich starsze  są bardziej uspołecznione w praktyce, niezależnie od tego co głoszą, bardziej skłonne do pomagania innym. Tu przytoczę coś, co może być anegdotą.

W pewnej wsi były dwie wdowy, z jakichś dawnych już zapomniałych przyczyn skłócone ze sobą, przy czym jedna z nich była alkoholiczką. Pewnego listopadowego, zimnego wieczoru druga z nich jadąc gruntową drogą zauważyła sąsiadkę śpiącą w polu. Zadzwoniła do mnie prosząc abym poszła do naszego wspólnego .sąsiada i poprosiła go, aby poszedł i jakoś doholował tamtą do jej domu. Kiedy spytałam ją, czemu do niego nie poszła ani nie zadzwoniła skoro ma bliżej niż ja, odpowiedziała, że to nie wypada jej, bo jest skłócona z tamtą. Oczywiście sprawę załatwiłam, ale kilkakrotnie jeszcze obserwowałam, że miejscowi czyniąc dobro, często ukrywali fakt, że to robią, wyszukując jakiegoś pośrednika.

Moim zdaniem dobrze to tłumaczy fakt, że ludzie spontanicznie pomagali uchodźcom, ale skoro ich zaczęto nazywać „nachodźcami” i oficjalnie głosić, że pomoc ta powinna się skończyć, fakt ten ukrywają, nie zawsze się przyznając, że dalej pomagają i że dzieje się to niezależnie od wyznawanych przez nich poglądów politycznych.

Na pewno zaś o nich pamiętają i pamięć tę, choć anonimowo – okazują.

Powrót