Okładki książek

Okładki książek

czyli

niezauważane rebusy dla nieuważnych poszukiwaczy ciekawych lektur

Coraz częściej spotykam się na mediach społecznościowych ze skargami na to, że wg wydawnictw każda książka to bestseller, może nawet na skalę światową (gdyby ktoś chciał przetłumaczyć tego bestsellera – jak mawiają niektórzy), a w rzeczywistości, to nudziarstwo niewarte swojej ceny.

Oczywiście, jest w tym dużo racji. Krytykę literacką zastąpiła reklama, z jej ograniczonym słownictwem, niekonsekwencją i pustosłowiem ładnie brzmiącym, udającym głębokie treści. Często  mnie też to irytuje, tyle że nie daję się łatwo nabrać, chociaż nie wybieram książek w księgarniach, czy innych sklepach, a jeśli mam już książkę w ręku, zdarza się, że jest szczelnie zafoliowana, niczym wędzona na zimno makrela z tego sklepu ,dokąd (podobno) zawsze idę, aby swoim smrodem nie psuła dobrego wrażenia złocistej skórki.

Kiedyś, gdy książki jeszcze leżały na ladach księgarń i można było je otwierać i przeglądać do woli, okładki i to, co na nich widniało, informacje zamieszczone dodatkowo na odwrocie lub pierwszej karcie miały nieco mniejsze znaczenie. Tu przeczytało się parę zdań, potem tam, początek i nie zawsze koniec, zajrzeć można było na skrzydełka, czasem obejrzeć fotografię autora/ki (dla osób które lubią oceniać książkę po wyglądzie jej twórcy i np. preferują młode, ładne blondynki) i już można było ryzykować opinię – nie zawsze prawdziwą, ale często bliską prawdy.

W tamtych czasach czasem to zaglądanie tak mnie wciągnęło, że trzeba było uwag sprzedawcy, aby wytrącić mnie z transu, zazwyczaj jednak były one zwiastunem, że książkę kupię, chyba że nie miałam pieniędzy (co często się zdarzało w tamtych czasach, gdy nie było telefonów osobistych, blika i bankomatów, tudzież kart płatniczych) przystępowałam więc do negocjacji  aby odłożono książkę dla mnie na dzień lub dwa, dopóki nie znajdę kogoś, kto pożyczy mi brakującą kasę  „do pierwszego”.

Dziś, kiedy książki kupujemy przez internet i musimy zadowolić się elaboratem wydawcy – handlowca (który nie zawsze jest zgodny z intencjami autora), okładki stanowią nierzadko pewien rebus dla ewentualnego czytelnika, z którego można wyciągnąć wiele wniosków, przy czym nie tylko to jest ważne, co się przedstawia, ale i jak się przedstawia. Pamiętajmy, że książek jest bardzo dużo, nawet za dużo jak na możliwości racjonalnego wyboru bez podpierania się stosownymi autorytetami, które i tak nie gwarantują jednakowego gustu z naszym. Jak się mawia: „są gusty i guściki”.

Obecnie, jako pisarka spoglądam na okładki książek jak na znaki zapytania których jednym, najważniejszym zadaniem jest odgadnąć co najlepiej będzie informować ewentualnych przyszłych czytelników o książce, komu będzie się podobał mój rebus i jak znaleźć dla okładki właściwego twórcę, rozumiejącego mój przekaz, nawet jeśli nie chce się książki mu czytać; no i wszystko to połączyć z możliwie niską ceną, aby wydawca nie zechciał realizować swoich pomysłów (najczęściej ze skąpo ubraną (czy rozebraną) dziewczyną), a uznał, że moja opcja jest tańsza, a tym samym do przyjęcia.

Wskutek tego moje spojrzenie się wyostrza, śledzę mody i trendy (bywa, że z niesmakiem), żeby jednak za bardzo nie odstawać od współczesności (co jest częstą zmorą, nas – starców, ponoć słusznie odchodzących w cienie niebytu, dającym wreszcie sprawiedliwie miejsce młodym, prężnym, nie zawsze lubiącym nadmierny wysiłek bez gwarancji sukcesu.

Chciałabym, aby do okładek książek podchodzić nieco bardziej uważnie, podobnie może, jak zabierając się do gier komputerowych: poznawać ich zasady, stawać się naśladowcą metody Sherlocka Holmesa (dedukcja, rozumowanie od szczegółu do ogółu) lub tropiciela śladów w dżungli.

Na początku ogólna informacja. Wśród zalewu literatury tzw. „kobiecej” i mniej ambitnej, gdzie okładki przedstawiają najczęściej piękną dziewczynę, ładnie ubraną i nie robiącą nic specjalnego poza dobrym wrażeniem i przyciągnięciem czytelnika/czkę oraz literatury SF, gdzie te piękne dziewczyny otacza technika lśniąca metalem i nadmiarem niepotrzebnych śrub, także fantasy, gdzie inne piękne dziewczyny sugerują swym wyglądem kim są: czarownicą, nimfą wodną, syreną czy z jakimś obejmującym ją czy szarpiącym potworem (gdy twórcy okładek mają ambicję wykazania się swym kunsztem i niejako szyfrują obraz, aby uwidocznić temat i przekaz książki.

Nie jest to jednak powszechnie obowiązująca (na szczęście) norma. Z jej kanonów wyłamują się na przykład naukowcy, literaccy buntownicy i pisarze przekonani o swojej genialności lekceważący wskutek tego gusty tych, których kiedyś nazywano „kucharkami”, a odkąd Lenin przekonywał, że kucharka też może z powodzeniem rządzić państwem, zmieniono na „zjadaczy chleba”, „plebs” i tym podobne określenia kategorii czytelników.

Książki autorów z pogranicza literatury i nauk, pisane najczęściej przez ekspertów albo  twórców literatury pięknej, znanych autorów, dla okazania swojego dystansu wobec aktualnej mody ograniczają się do podania nazwiska i tytułu, dużymi, czytelnymi literami. Są to bowiem pozycje, których poszukują określeni czytelnicy ze względu na nazwisko autora lub dziedzinę, którą on reprezentuje i reklama wobec nich ma mniejsze znaczenie. Jest to super  pomysł, oszczędny plastycznie, (choć nie finansowo – za krój liter też trzeba płacić), więc czasami, w razie wątpliwości towarzyszy tytułowi jakiś nie rzucający się w oczy obrazek w tle, wskazujący na dziedzinę lub chęć podkreślenia wymowy przesłania.

Książki z określonych, powszechnie znanych gatunków, np. powieści detektywistyczne, sensacyjne, romanse, fantasy, SF, post-apo, erotyki itp. prezentują okładki, wskazujące na swój rodzaj, używając przykładowo takich atrybutów jak: nóż (zakrwawiony), kajdanki metalowe lub obciągnięte aksamitem, wybuchy, broń, całująca się para, płaczące dziecko w lesie, itp.

Kolejnym elementem zagadki mogą być tytuły. Najlepsze z nich (w oczach handlowca) są te zupełnie nielogiczne, paradoksalne, zderzające dwie lub więcej niemożliwości, a zawierające w sobie jakieś przerażające elementy. Kiedyś brałam udział w towarzyskim konkursie wymyślania chwytliwych tytułów i zapamiętałam taki np.: „Sztachety z ludzkich żeber” Jeżeli trafiamy na taki tytuł, nie ma najmniejszego sensu szukanie w nim rozwiązania zagadki, bo od razu wiadomo, iż ona nie istnieje, lub nic nie znaczy, podobnie jak system TAED, KAX i inne skrótowce tego rodzaju w reklamach środków chemicznych, używanych w gospodarstwach domowych. Trzeba pamiętać jednak, że niektóre tytuły, mogące zawierać w sobie zagadkę, z pozoru, bez zastanowienia, łatwo wziąć za celowo stosowane dla zwrócenia uwagi paradoksy, choć w rzeczywistości są czymś w rodzaju poetyckiej przenośni. Do tego rozpoznania trzeba mieć trochę praktyki i wyczucia, może bowiem się okazać, iż związek tytułu z treścią książki jest bliski i oczywisty – po tym jak autor (chichocząc się w kułak) wyjaśni czytelnikowi „kawa na ławę” o co w nim chodzi. Przychodzą mi na myśl takie tytuły jak „Słoń zjadł kapelusz” „Cykada na parapecie”, „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” i inne. Łatwo je znaleźć w internecie, Google prezentują całe spisy; są nawet grupy wyszukujące lub wymyślające takie frazy.

Jest także grupa tytułów bardzo obszernych, kilkuzdaniowych zawierających podtytuł lub podtytuły, często oddzielane przyimkiem „czyli”, „lub” itp. Nawiązują one do literatury dawniejszej, często barokowej, jednak w przeciwieństwie do niej nie precyzują czy uściślają zdanie początkowe, tylko bardziej gmatwają i udziwniają jego treść.

W dyskusjach nad moimi powieściami i opowiadaniami spotykam się z zarzutem, że nie są atrakcyjne i nie wiadomo, o co w nich chodzi. Dotyczy to zwłaszcza powieści „Taniec kury”, w której wbrew pozorom tytuł stara się przedstawić obraz, który sugeruje przyszłemu czytelnikowi temat i poruszane problemy.

Po pierwsze: tytuł kojarzy się z częstym nazywaniem zwykłych kobiet „kurami domowymi”. Stąd też kura umieszczona na okładce, a w tle budynek sugerujący biedę i opuszczenie, a także siermiężne czasy minione. „Historyczność” (niezbyt dawną, bo z PRL ale budynek z Międzywojnia) opowieści sugeruje ramka, w którą oprawiony jest obrazek. W takich ramkach wieszano na ścianie, nad obowiązkową wersalką rożne obrazki, dopasowane kolorystyką do mebla, najczęściej „Słoneczniki” lub czarno-białe zdjęcia ślubne pokolorowane ręcznie.

W istocie „Taniec kury”, jako tytuł, nawiązuje do dziecinnego przeżycia jednej z bohaterek, gdy kura ze związanymi szmatką łapkami i uciętą głową tłukła się po podwórku, co z daleka wyglądało jak taniec. Wspomnienie to prześladuje ją przez całe życie, gdy dochodzi do wniosku, że w oczach świata łatwo pomylić pośmiertne drgawki z tańcem, podobnie jak niektóre choroby psychiczne nazywano kiedyś „tańcem św. Wita”

Taniec świętego Wita (choreomania) wg „Wikipedii” to historyczne zjawisko tanecznej manii (XIV–XVII w.), w którym grupy ludzi wpadały w trans, tańcząc niekontrolowanie do wycieńczenia lub śmierci. Współcześnie określenie to jest synonimem pląsawicy Sydenhama – neurologicznego zaburzenia u dzieci, objawiającego się mimowolnymi ruchami kończyn i twarzy. 

Nie chcę dopychać przesłania kolanem, ale można go podsumować, jak w przysłowiu przedświątecznym „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ucięli” albo „Życie to nie bajka” itp. powiedzonka

I ostatnia odpowiedź na niezadane pytanie: dlaczego kura na obrazku nie ma obciętej głowy? Autorem zdjęcia budynku jest autor okładki, do którego miał prawa, natomiast zdjęcie kury należało wykupić, a w ofercie nie było kury z obciętą głową. W tym przypadku autor okładki (Leonard Jaszczuk) przedstawił projekt uzgodniony ze mną (autorką tekstu) dlatego można o niej mówić jak o wspólnym przekazie do czytelnika.

Podobny pomysł ramki zastosowało wydawnictwo „Rozpisani” (po mojej sugestii) w okładce mojej innej, wcześniejszej książki, z okresu międzywojnia, powieści historycznej „Papieżyca Odwrócona”, wykorzystując do tego celu ślubne zdjęcie w pewnej rodzinie, której losy były inspiracją do opisanych wydarzeń. Także w tytule powieści odwrócono do góry nogami jedną z liter, sam tytuł zaś jest nazwą  karty tarota w określonym położeniu, zaś znaczenie wróżebne zostało opisane w opisie karty na początku powieści i stanowi odbicie osobowości i losów bohaterów, a w szerszej perspektywie – kraju. Wątek ezoteryczny ma duże znaczenie w treści powieści, znalazł więc także oparcie w wiadomościach ówczesnej codziennej prasy, podobnie jak „aktualności” sprzed ponad stu lat.

Jeszcze inna historia powstania okładki towarzyszyła mojej pierwszej powieści „Sierotka”. Wydawnictwo startowało wówczas i założenia do projektu okładki zleciło mnie. Dzięki wieloletniemu przyjacielowi, fotografowi i operatorowi filmowemu Markowi Zurn otrzymałam od niego prawo wykorzystania jego zdjęć, z czego grafik ułożył kompozycję. Początkowo książkę miało wydać inne wydawnictwo, którego książki wyróżniało czarne tło i pewne wspólne elementy, a potem było już zbyt późno, żeby zmieniać koncepcję, tak więc zostało. Zdjęcie dziewczyny na środku kompozycji jest moją własnością i przedstawia siostrę mojej Babci z końca XIX wieku. Należało tylko przyciąć jej wymyślną fryzurę i została ładna podlaska dziewczyna o czysto słowiańskiej urodzie. Dodam tylko, że ta okładka stanowi jakby migawki z życia, bez specjalnego rebusu czy przesłania – ot, wiejski inwentarz, dziewczę u „płota”, ta polska ostoja naszej bogoojczyźnianej legendy, w przeciwieństwie do której stoi realna rzeczywistość. Już jako dziecko słysząc czy czytając bajkę zakończoną „i żyli długo i szczęśliwie”  zastanawiałam się jak wyglądała naprawdę ta szczęśliwość.

I ostatnio wydana książka – opowiadania z antologii „Wysiedlone dusze”. Tytułowi temu towarzyszyło wiele projektów, którym zarzucałam albo nadmierną dosłowność albo wręcz przeciwnie, oderwanie od życia. Autorem pięknych ilustracji do poszczególnych opowiadań  jest Wiesław Cupała. Przygotowywał też 3 projekty okładki, a ja ciągle marudziłam. Pierwszy bardzo mi się podobał, ale dziwnym trafem dziewczyna przedstawiona na nim mogłaby być portretem kogoś, kogo znałam, a nie chciałam, żeby ją rozpoznano. Trafiają się czasem takie dziwne sytuacje, od przypominania których staramy się trzymać jak najdalej. Drugi projekt też mi się podobał, przedstawiał kobietę i dziewczynkę w zaplątanym korytarzu, ale z kolei uważałam, że są one za bardzo konkretne, cielesne, żeby nazwać je można było „duszami”. Inny grafik oferował swoje usługi, ale ten z kolei potraktował temat „Wysiedlonych dusz” za bardzo komiksowo, rysując jakieś postaci z kulami przy nogach, przykute do bariery mostu podobnie jak „kłódki pamięci”. Ja czułam się uczuciowo związana z tymi duszami, były to moje literackie dzieci, utworzone ze wspomnień i rysów osób, które kiedyś znałam i których losami się przejmowałam. Cytowałam zresztą opinię o nich, pokłosiu (lub nieżyczliwie „złogach”) PRL w prologu:

„Moim zdaniem są to okaleczone dusze,
ponieważ są tak bardzo oszołomione
i mają w sobie tak wiele rozpaczy, a nawet wrogości,
iż pragną, aby ich przewodnicy trzymali się od nich z daleka.”

Jeśli to prawda, PRL zostawił po sobie mnóstwo takich wysiedlonych dusz – część jeszcze żywych – staruszków błądzących wśród wspomnień i ucieczek do niepamięci”

W czasie tej głębokiej rozterki, dodatkowo zdołowana internetowymi poszukiwaniami wśród wieloznaczności ich rozumienia, kierowanego najczęściej religijnie, spotkałam się z kolegą, który w ciągu paru minut wygenerował mi w AI bodajże cztery projekty. Oczywiście, takie, jakie były, nie nadawały się do implementacji, jednak próba znalezienia źródeł obrazów uzmysłowiła mi, że sztuczna rozumiała pojęcie wysiedlonych dusz bardzo konkretnie, identyfikując je po prostu jako „uchodźcy” czy „wysiedleńcy” i w ślad za tym pokazała we wszystkich projektach dworzec pełen ludzi. Cechy charakterystyczne architektury tego dworca pozwoliły odszukać miasteczko na Ziemiach Zachodnich, skąd odjeżdżały pociągi z Niemcami wysiedlonymi po II wojnie światowej i na ostatniej wersji okładki (także autorstwa Wiesława Cupały) usunąć indywidualne cechy tego miasteczka i tego dworca. Na naszej granicy wschodniej jeszcze nie toczyła się wojna hybrydowa, więc nakarmiona historią sztuczna, lokowała wysiedleńców w pociągach, a nie na przykład na drogach, uciekających pieszo z taczkami i wózkami, wiozącymi ich dobytek, co widzimy codziennie w telewizji pokazującej obrazy z Bliskiego Wschodu. W ten sposób przesiedleńcze dusze utraciły praktycznie swą cielesność i aktualność. Nie muszę dodawać, że kobieta, snująca się za dziewczynką w jakichś korytarzach znalazła też swoje miejsce na peronie wraz z moimi imionami i nazwiskiem, bowiem jestem także duchem  czasów między II wojną światową, kiedy się urodziłam i współczesnością, gdy powoli zaczynają nas otaczać wojny, które będą towarzyszką mojego odejścia.

Poniżej okładka e-booka „Wysiedlonych dusz”

A jeszcze poniżej jeden z inspirujących obrazków „sztucznej”.

Ciekawe byłoby zająć się rozszyfrowaniem niektórych okładek książek i jeśli znajdę wspólnika/czkę do tego zadania, może coś jeszcze z tego wyjdzie.

Powrót