Na marginesie opinii o książkach Deana Koontza i innych horrorach

Do rozważań o czytelnictwie i wyborze gatunków literackich: dodam jeszcze swoją cegiełkę. Przede wszystkim należy postawić sobie pytanie:

Po co się czyta?

Odpowiedź nie zawsze jest jednakowa – zależy od wielu czynników, zwłaszcza intelektualnych, a wśród nich: samopoczucia, wieku, stopnia zmęczenia, a nawet, szczególnie u starszych ludzi, którzy chcą w danej chwili sięgnąć po coś dla zabicia czasu — wielkości i odcienia druku.

Dobrze jest, żeby ten sam czytelnik sięgał po różne gatunki literackie, a nawet po różne ich odmiany; częste zmiany sprzyjają utrzymaniu intelektualnej kondycji – co należy zalecić zwłaszcza ludziom starszym.

„Sęk w Tym” dziękując mi za serię książek Deana Koontza wyobrażał sobie niesłusznie, że było to dla mnie wyrzeczeniem, nawet dużym. Tymczasem nie, nie jestem z zamiłowania zbieraczem. Książki tego autora kupowałam i czytałam wręcz nałogowo w pewnym okresie swojego życia. Miałam wówczas bardzo wymagającą i stresującą pracę, na swojej, zaczynającej siwieć głowie dom i dzieci, gotowanie, sprzątanie itp., męża za granicą, a w drugiej części miasta ciężko chorującą i nie wstającą z łóżka mamę (bez telefonu!), do której jeździłam co drugi dzień na zmianę z siostrą. Były to lata Solidarności, politycznego wrzenia, kartek, kolejek i powszechnych braków wszystkiego.

Jedyne wolne chwile miałam wówczas, gdy dom już spał, ja skończyłam zmywanie i sprzątanie. Siadałam sobie wówczas w kuchni, zapalałam papierosa, parzyłam zbożową kawę (kartkowa, prawdziwa, podobnie jak alkohol była zbierana i odkładana na uroczystości jak święta i imieniny „dla gości”) i sięgałam po książkę Koontza. Wydawał mi się wówczas najwspanialszym pisarzem świata, a gatunek literacki, który reprezentował, jedynym godnym czytania. Horror wymyślony, w zasadzie gorszy od prawdziwie spotykanego w rzeczywistości, a jedynie prawdopodobny, zdaje mi się, odpowiadał ówczesnym warunkom życia, niósł nadzieję, że to, co nas spotyka jest do wytrzymania. Połykałam wówczas jego książki nie zastanawiając się jednak, dlaczego.

Teraz, czytając ich tytuły podczas pakowania paczki ze zdziwieniem odkryłam, że nic z ich treści nie pamiętam. Po prostu mgła mózgowa. Dlatego nie odczuwałam żalu rozstając się z nimi.

Wrażenie, że nic nie pamiętam oczywiście nie jest prawdziwe. Gdzieś w tle, powiedzmy „półpamięci”, zostały oderwane sceny, pojedyncze fragmenty i rozwiązania fabularne, taki „katalog zaskoczeń”. Nie kojarzę jednak nawet tego, co zapamiętałam jako związanego z konkretnym tytułem, a nawet autorem. Ogólnie – nie czuję potrzeby wracania do autora i gatunku, choć pewnie, gdyby wpadło mi w ręce coś nowego, nieznanego, kto wie?

Po książkach nie tylko zostaje rozrywka czy przyjemność, jaką nam dały, ale wiele dobra, jak ogólne rozeznanie w literaturze, oczytanie, informacje ważne, przyswojone mimochodem, wręcz: świadomość kulturalna. Nawet zła literatura daje dobre skutki – po jakiejś dawce naśladownictw, złego stylu, głupich rozwiązań, przewidywalności fabuły ma się tego tak dosyć, że instynktownie szuka się lepszych tekstów, tym samym podnosząc swój poziom i wymagania. Czasem porównując książki i filmy nakręcone w oparciu o nie, zyskuje się dodatkową wiedzę w ocenie pozycji.

Nasycenie jednym gatunkiem pozwala przejść do innego i tak dalej. Stałe pozostawanie kogoś przy jednym rodzaju czy typie fabuły, a nawet, jak się zdarza ku memu rozbawieniu, przez jakieś kilkadziesiąt lat w jakiś sposób zuboża czytelnika. Tak mi się wydaje.

Dla mnie Dean Koontz jest dziś pisarzem, od fascynacji którego uwolniłam się równocześnie z innym nałogiem tj. paleniem papierosów i na zawsze będzie kojarzył się z papierosem w nocy, w posprzątanej kuchni. Tak zresztą nazwałam pewną melodię o nieznanym tytule, której czasem słuchałam na radiomagnetofonie Grunding.

Powrót