Zimno

Dzienniki telewizyjne od kilku dni są pełne informacji o ludziach nocujących w pustostanach, jak to się nazywa rzekomo „poprawnie” – „w kryzysie bezdomności” Od dwóch dni płyną doniesienia z Łodzi o ludziach umierających z zimna w kamienicach. Moja pierwsza myśl przy tych okazjach, to zdziwienie, że mogli nie zdawać sobie sprawy z zagrożenia życia i nie szukać miejsc dla przeczekania największych mrozów, druga zaś to jeszcze większe zdziwienie, że jeszcze są miejsca (poza letnimi domkami i tzw. „altankami”), gdzie nie ma ogrzewania, nawet w blokach. To niemożliwe w dzisiejszych czasach!

Dzisiaj rano powiedziano, że w jednej takiej kamienicy  zmarły dwie starsze osoby, a w drugiej odnaleziono w ostatniej chwili i zabrano do szpitala staruszkę. Kiedy usłyszałam, że w jej mieszkaniu było -17 stopni i znaleziono szklankę z zamarzniętą wodą, jak woda z przerwanego wodociągu wystrzeliło wspomnienie

Więcej

Velobanku dywagacje w sprawie velowygody veloświata

Dyskutowałam niedawno z pewnym młodzieńcem o literaturze Oto, co mi powiedział, jak wyobraża sobie pisanie książki:

Pisarz powinien przeprowadzić najpierw badania , co ludzie, zwłaszcza młodzi chętnie czytają, jakie tematy ich interesują, jaki sposób narracji preferują i wówczas zacząć pisać książkę tak, żeby jej treść podobała się większości czytających.

Czytaj dalej

Wycieczka na SOR

https://ekoforemki.pl/pl/p/Foremka-KARETKA-POGOTOWIA-8-cm/2179

Problemem naszej służby zdrowia nie jest brak fachowości, a bezduszność. Trafiając w środku nocy na SOR po obejrzeniu wielu filmów (które powinnaś traktować wyłącznie jako kryptoreklamy) możesz się spodziewać że zaczną obok ciebie biegać. Pojawią się pielęgniarki, lekarz, czasem jakaś salowa, pomagająca w czynnościach pielęgnacyjnych i tak dalej. Jesteś zaopiekowana. i czujesz się, że. trafiłaś we właściwe ręce. Jeśli to tylko możliwe.–uratują ciebie i twoje życie. O resztę nie musisz się martwić.

A w życiu?

Czytaj dalej

Wywiad z Wiktorem Żwikiewiczem

Otrzymałam od kolegi, Roberta Azembskiego link do wywiadu z Wiktorem Żwikiewiczem, pisarzem SF. Swego czasu był on bardzo poczytnym autorem ze świetnymi pomysłami i lekkim piórem.

https://www.tysol.pl/a142594-legendarny-polski-pisarz-sf-zostal-bezdomnym-byla-kiedys-polska-w-ktorej-ludzie-czytali-ksiazki

Gdyby nie jego rekomendacja, na pewno nie skończyłabym czytać tego wywiadu.

Więcej

Terytorium wszy

Zawsze chciałam nawiązać kontakt z innymi ludźmi — ja starałam się ich zrozumieć, ale chciałam, żeby oni też mnie rozumieli. Jąkałam się i w pośpiechu połykałam wyrazy, a szczególnie ich końcówki  i na ogół nikt w rodzinie i w szkole nie miał cierpliwości, żeby mnie wysłuchać do końca. Mama wychowywała nas — mnie i siostrę — prawiąc czasem ponad godzinne kazania, których musiałyśmy grzecznie wysłuchiwać. Nie było jednak symetrii w naszej rodzinie, dzieci i ryby głosu nie mają — jak mawiała nasza mama.

Dlatego zaczęłam pisać.

Czytaj dalej :

Do kogo się modlimy ( 2 część)

Jak już gdzieś wspominałam, rozstanie z moim dziadkiem, a właściwie wykluczenie z rodziny było bardzo spokojne, wyważone, ale przyjazne, jak czarna polewka podawana niechcianemu konkurentowi do ręki córki. Dziadek, w którego domu nie piło się alkoholu pod żadną postacią zlecił babci zakupienie butelki wina, którym napełniono kieliszki i wzniesiono toast z okazji wykluczenia mnie z rodziny. Miał on symbolizować fakt, że każdą zbrodnię można zmyć krwią. A zbrodnią było moje zaangażowanie polityczne, czyli w tym przypadku zapisanie się do ZMS – Związku Młodzieży Socjalistycznej.  Przy tej okazji usłyszałam, jakie to zbrodnie popełniali moi przodkowie, i że mogli je zmazać udziałem w jakimś powstaniu. Wbrew pozorom, mnie, ówczesną siedemnastolatkę bardziej związało to z rodziną ze strony ojca niż matki. Ale dziadek też miał swoje tajemnice, kto wie czy nie bardziej niepokojące w świetle głoszonych poglądów…

Więcej

Do kogo się modlimy

Modlitewnik mojej babci

Porządkując i skanując dokumenty odziedziczone po zmarłej rodzinie odnalazłam modlitewnik mojej babci, odłożony na bok z powodu trudności skanowania. W drewnianej szufladeczce stojącej na półce skrzynki z Ikei mam już modlitewników rodzinnych chyba ze cztery + piękne różańce w liczbie dwóch, poświęcone przez papieża oraz cenne ze względu na paciorki, które wykonano z pereł i masy perłowej połączone srebrnym łańcuszkiem. Te czarne bez wyjątku książeczki i precjoza  te trafiły w ręce osoby nie modlącej się, a przez nieumiejętność modlitwy – niepraktykującej. Teraz miał tam spocząć kolejny modlitewnik.

Więcej

Tantos i Eros – wspomnienie pośmiertne

Kochankowie, dawno już nie żyjący. Myślałam o nich, moich dawno zmarłych krewnych. Ona, S. blisko dwukrotnie starsza od niego,  skończyła studia humanistyczne we Lwowie uzyskując tytuł magistra w czerwcu 1939 r., co przerwało świetnie zapowiadającą się karierę naukową i unicestwiło już do połowy napisaną pracę doktorską, zmuszając do wyjazdu do rodziców do Warszawy, gdzie w piwnicy bloku na Pradze szczury zżarły jej maszynopis ze szczętem , podczas gdy ona, skierowana po wojnie do pracy w jakiejś dziurze w Małopolsce, zmagała się z kierownictwem wiejskiej szkółki, przedstawiając zaświadczenie o moralności wyproszone od  obcego proboszcza  mimo stanu wolnego, wieku lekko ponad zwykły wiek wstępowania kobiet w związki tudzież braku znajomych i bliskich w okolicy  i kupując od jakiegoś urzędu stolik nocny za 200 zł jako wyposażenie przydzielonej jej kwatery nauczycielskiej, a opłacając tę transakcję znaczkiem skarbowym wartości 50 zł. Inne władze żądały częstego wypełniania licznych ankiet mających udowodnić polityczną prawomyślność i brak niestosownych znajomości czy pokrewieństw za granicą. Jedną z takich ankiet zamieściłam w odcinku „Babci Ezoterycznej” z cyklu „Z szuflad starego biurka”.

7 lutego 1948 r. „Wydział Administracyjny Zarządu Miejskiego, referat polityczny w miasteczku X stwierdził na podstawie przeprowadzonych dochodzeń że. S. ur. 26.05.1910 w …. zamieszkała w X w czasie pobytu na tut. terenie od roku 1945 pod względem moralnym zachowaniem swoim nie dała powodu do ujemnych spostrzeżeń”  dając prawo do złożenia egzaminu z zakresu wiadomości objętych obowiązkiem samokształcenia ideologicznego, już w Warszawie.”

S. Utrzymywała długoletnią znajomość listowną (z rzadkimi spotkaniami osobistymi) z pewnym nauczycielem ( blog „Babcia ezoteryczna – z szuflad starego biurka” odcinek “Listy nauczyciela z czasów okupacji” – https://www.taraka.pl/listy_nauczyciela_z_czasow

Wróciła do Warszawy, gdy już udało się jej załatwić przeniesienie i po wojnie rozpoczęła pracę w warszawskim liceum, gdzie pracowała do śmierci. Pracy doktorskiej nigdy nie skończyła.

Korespondencyjny, narzekający narzeczony gdzieś przepadł, a możliwe, że został odtrącony.  Z dzisiejszego, mojego, punktu widzenia i tak za późno. Wszak lepiej mieć na głowie starzejących się rodziców i ukochanego niż wiecznie niezadowolonego męża. Może to zresztą nie on był narzeczonym, który według innych opowieści zginął w Powstaniu?

Późna miłość w ramach intrygi, którą obmyśliła z rodzicami i ukochanym związała ich silniej niż wszelkie urzędowe więzy, więzami obowiązku, rezygnacji, powinności i ukrywania prawdy. A jednak czuli się wolni. Na zdjęciach szczęśliwi i swobodni na tle natury.

 On, L., ( rocznik 1934, jego matka to rocznik S), odesłany z domu jako szesnastoletni młodzieniec do seminarium duchownego w innym mieście, bowiem zdaniem ojca zbyt był zżyty z własną matką, po roku jednak, gdy seminarium duchowne zmieniono w zwykłą szkołę, początkowo mieszkał razem z moimi rodzicami, potem przeniósł się do jej rodziców. Jej i jego ojciec byli braćmi, a on zaczął chorować na serce, czym uzasadniano, że po ukończeniu (?) szkoły pracował tylko okresowo i dorywczo i wymagał opieki bliskich, o co było trudno w mojej  rodzinie z dwojgiem małych dzieci. W wieku 25 lat przeżył pierwszy zawał i zawsze już uważał na serce.

Nie wiadomo kiedy zaczęli ze sobą żyć i co sądzili o tym ich rodzice. Wiadomo było o pewnym konflikcie w związku z tym, że jej ojciec nie zawsze był w porządku wobec matki, ale szczegółów nikt z nas nie znał poza tym, że ona broniła matki i wspierała ją wobec apodyktycznego ojca. Tak czy inaczej, rodzice pogodzili się ze stanem faktycznym i nie stali tej parze na przeszkodzie. Kiedy zmarł ojciec, opieka nad matką spadła na tę parę, I tak jakoś z biegiem czasu wszyscy znajomi przywykli traktować ich jako małżeństwo, zwłaszcza że nosili to samo nazwisko. Mieszkanie było kwaterunkowe i  dalej tam mieszkał jako wdowiec. Dopiero po jego śmierci wyszło na jaw, że nigdy nie pracował, nie miał żadnej emerytury ani innego źródła utrzymania. Opiekował się różnymi chorymi osobami i z tego żył. Na dobrą sprawę nie miał też prawa do mieszkania.

Chociaż jednak…

Para była bardzo silnie ze sobą związana, a po jej śmierci znalazłam pewien dziwny dokument. Własnoręcznie pewna osoba opisywała wydarzenia, których podobno była świadkiem. Podobno pewien zakonnik udzielił im ślubu warunkowego „in articulo mortis” ( jako zbyt bliska rodzina nie mogli wziąć ślubu bez specjalnej dyspensy) i tę dyspensę otrzymano w obliczu zagrożenia życia.

Bardzo romantycznie to brzmiało, jeśli nie wiedziało się o tym, że w czasie wojny był on zaledwie dzieckiem (urodź. 1932 r.). Może zresztą chodziło o chorobę L.?

Zostało po nich mnóstwo zdjęć z wędrówek po górach, z namiotem, w różnych uroczych miejscach, zdjęć na których nie widać w ogóle w ogóle ich różnicy wieku.  Często ubierali się nawet tak samo, jak na powyższym zdjęciu.

Jeździli na motorze, potem samochodem Mikrus, który był  był poprzednikiem ich następnej Syreny, zbierali w lesie grzyby, jagody i inne owoce, robili nalewki na ziołach i kwiatach różnych roślin. Ostatnio otrzymałam zdjęcie od kogoś, kto przechowuje jeszcze butlę wina otrzymanego od nich w prezencie hurtem, razem ze zdjęciami grobów. Niestety, nie zostali pochowani razem, jak sobie życzyli. Ale to już historia współczesności, gdzie decyzje podejmuje się w oparciu o kalkulacje finansowe, a nie życzenia zmarłych.

Dla mnie byli zawsze przykładem, jak w niesprzyjającej sytuacji można ułożyć sobie względnie szczęśliwe życie, choć okupione wieloma wyrzeczeniami. Że wyrzeczenia te ponosiła głównie ona, to już inna sprawa – kobiety zawsze miały gorzej.

Za jej sprawą przyśnił mi się kiedyś dziwny sen. Skarżyła mi się w nim, że on już przestał ją kochać, bowiem zwrócił swoją uwagę na inną kobietę, taką – jak ją nazwała – stokrotką czy margarytką, nie pamiętam nazwy kwiatka. Jakiś czas potem, zaproszona do niego na imieniny ze zdziwieniem zobaczyłam sąsiadkę z wyższego piętra, ubraną w sukienkę z wzorem drobnych kwiatków o białych płatkach i żółtym środku. Wiedziałam już, o co jej chodziło w tym śnie – choć to rzecz dziwaczna bardzo – odgadywać myśli osób nieżyjących.

Mam nadzieję, że tam, gdzie są teraz oboje, pogodzili się i są razem, (choć nie leżą w jednym grobie), bo sąsiadka już wcześniej wypadła z gry. On zmarł lata po niej, ale w dzień jej imienin. Jak również mam nadzieję, że swoją szczęśliwą przystań znajdą tam i inne pary, nawet te, którym nie dane było spełnić się w miłości, ale ich wiara w pośmiertne spotkanie zostanie nagrodzona.

Ta nadzieja jednak nie dotyczy mnie, ponieważ ja kilkakrotnie zakochiwałam się bez wzajemności, a przecież nie jest możliwe, żeby tam, w tym szczęśliwszym świecie, żyć w takich pokręconych związkach wieloosobowych – co to, to nie! W każdym razie nie jednocześnie. Nie podejrzewam, żeby to dawało komukolwiek jakąś szczęśliwość, musi więc tam być trochę podobnie jak u nas – choć może trochę inaczej, szczęśliwiej i mądrzej, ale trudno w to uwierzyć. Łatwiej już w to, że tam jest nicość. Tak czy inaczej to sprawa Erosa i Tantosa równocześnie, prpblem tylko w tym, czy walczą ze sobą, czy współpracują..

 

W chorobie

I zdarzyło się, że dość ciężko zachorowałam, ale każda choroba w moim wieku jest niebezpieczna. A covid już obrósł legendą, zwłaszcza w odniesieniu do nieszczepionych staruszków. Tak, wiem, wiem, że to nieodpowiedzialność, ale są przeciwskazania.

Czy to już? – Zadawałam sobie pytanie mając w pamięci pouczenia mojego kuzyna, żebym była Panną Roztropną z Biblii. Jednocześnie pojawiły się w moich wspomnieniach napomnienia mamy: „sen mara – Bóg wiara”, więc dla niej Jezus ze snu byłby raczej kimś/czymś z natury swojej sprzecznym i  nie do przyjęcia. Dla zasady. Lub zasad – wpojonych, ale opartych na odruchu Pawłowa, a nie bliższej refleksji.

Jezus nie miał się śnić, w Jezusa należało wierzyć. Ale też bez przesady i uniesienia, bo to niechrześcijańskie. Zakonnice, które wychowały moją mamę były do przesady praktyczne – prowadziły sierociniec, w którym dzieci umierały na gruźlicę, musiały je uczyć i doprowadzić do skończenia 4 klas, przygotować do praktycznego zawodu: szwaczki, służącej, woźnicy czy węglarza, wykarmić czeredę i przygotować do godnego znoszenia klęsk. Poza tym pędziły „wino” z ryżu, którego butlę trzymała pod łóżkiem siostra przełożona i wydzielała jako lekarstwo chorym lub umierającym dzieciom, lub do nacierania spuchniętych i bolących od reumatyzmu kolan dzieciom,  po długim klęczeniu zimą, na kamiennych płytach w kościele.

Moja mama nie uczyła nas religii i nie chodziła do kościoła, bowiem, jak mówiła, nie miała się w co ubrać. Religii uczyłam się jeszcze w powojennej szkole, ale tam katechetka biła dzieci drewnianą linijką po łapach, co, jak sami rozumiecie, nie prowadziło do bliższego zrozumienia zasad wiary. Resztę zagłuszały kaszle i chrychania wiernych  podczas nudnych kazań o konieczności posłuszeństwa i uległości, w kościele, w którym jeszcze wówczas, stały, jak wszędzie w miejscach publicznych spluwaczki – metalowe emaliowane na biało naczynia, rozstawiane po kątach, z brzegami zawiniętymi do wewnątrz, aby zapobiec wylewaniu się zawartości w razie potrącenia.

Cztery dni później już nie byłam taka pewna, czy w ogóle dobrze interpretowałam sen. Tarzając  się w nocy w hektolitrach potu zadawałam sobie pytanie: Czy to już? Czy  właśnie otrzymałam proroctwo, że nie zjem śniadania? Nie zjem go, bo nie mogę niczego przełknąć. Jestem sama w domu i zaraz będę umierać. W dodatku wcale nie chce mi się myśleć o sprawach najwyższych, a zwłaszcza tym, czy mam być panną roztropną, podczas gdy rozwiązaniu podlegają drobne sprawy tego świata.

Trzeba zmusić się, żeby wstać, przejść do łazienki. Ktoś powinien przyjść i zmienić mi pościel, ale osób, które to zwykle robią, nie ma i nie będzie. Lekarz powiedział przez telefon, że ktoś musi mi kupić test na covid, Ale jak to zrobić, kiedy w pobliżu nikogo takiego nie ma? Są wakacje, a ja we własnym domu w zasadzie jestem samowystarczalna, nie licząc sprzątania. Panie sprzątające i opiekunki myjące nie przychodzą do osób chorych, co zresztą jest zrozumiałe i aprobowane przez wszystkich. Mogłyby przenosić choroby, a  lepiej żeby tego nie robiły. Chory starzec/staruszka zostają więc sami, chyba że zabierają go do szpitala, chociaż tam z reguły jest bardziej samotny niż we własnym domu. No, może z wyjątkiem tej pani, o której ostatnio informowała telewizja, gdy kierowczyni autobusu  zauważyła, że przestała się pojawiać od dwóch tygodni. Przeleżała je na podłodze w łazience, ale pobytu w szpitalu już nie przeżyła. Mnie to nie grozi – mam zegarek z alarmem i rodzina w kraju i za granicą, choć mieszka daleko, w każdej chwili może zawiadomić służby, którym oszczędzone będzie wyważanie drzwi, bowiem starczy im podać kod do zamka.

Kiedy byłam dzieckiem, przy najmniejszym śladzie choroby kładło się delikwenta do łóżka, dając mu do picia rozmaite ziółka i zwalniając ze zwykłych obowiązków, jak również przede wszystkim z pójścia do szkoły. Ale choroby nie były takie, jakie są dziś. Odra, ospa wietrzna (nie mylić z wieczną!), szkarlatyna, gruźlica, krztusiec, najgorsza z nich – heine medina i jeszcze inne, które tuż po wojnie redukowały dziecinna populację. W niektórych częściach Polski występowały tak często i tak bezlitośnie, że w pewnych rodzinach nie zadawano sobie trudu wymyślania imion dla dzieci: funkcjonowały dwa dla chłopca i dla dziewczynki używane kilkakrotnie. Nowe imiona pojawiały się dopiero wówczas, gdy kolejny chłopiec czy kolejna dziewczynka trochę już przeżyli. Miałam tak swojej rodzinie na terenie dzisiejszej Ukrainy – obiektu sentymentalnych westchnień seniorów wielu rodzin, tej wyśnionej i wymarzonej ziemi moich przodków, o której opowiada się cuda, jak tam było wspaniale. Dziecko było po to, aby – jak mówiono – przynieś, podnieś, pozamiataj

Tak więc chore dziecko w warszawskim domu z rozpędu doznawało więcej czułości, bowiem nie wiadomo było kiedy odejdzie. Ale dzieci nie lubiły choroby. Jak tylko mogły, wyrywały się z łóżka.

To zupełnie inaczej niż starcy i staruszki, możliwe że dlatego, iż ich nie przytuli mamusia ani tatuś, nie będzie podawała im pod nos rumianku albo mięty.  Chore dzieci nie myślały o śmierci, bo nikt z ich otoczenia nie umierał od leżenia w łóżku, najczęściej były to bomby I inne okoliczności wojen. Starcy chorują sami.

W dodatku moje objawy były zupełnie dziwaczne, jak na doświadczenie życiowe. Nie miałam żadnej gorączki, nie miałam kaszlu ani kataru, tylko te zlewne poty i aberracje umysłu. Kichałam w bardzo dziwny sposób, z głębi swojego ciała, począwszy od pięt, nie zdając sobie sprawy dotychczas, że są jakieś różne rodzaje kichania.

Choroba jak przyszła, tak minęła, wróciła z urlopu moja opiekunka, pochodząca z ziemi przodków, gdzie niezależnie od narodowości więzi z ziemią narzucają poczucie bliskości, która identyczne objawy przeżyła trzy tygodnie wcześniej w busie stojącym godzinami na granicy, a potem, już w Lwowie, w jakimś podziemnym schronie w tymże busie spędziła kolejny dzień i noc, drżąc  ze strachu na odgłosy wybuchów, aż wreszcie, gdy dojechała do rodzinnej miejscowości nie miała już siły zejść do schronu i została w łóżku, żeby następnego dnia wstać i pójść kopać swojej starszej mamie ziemniaki. Potem sama musiała je zwieść taczką z pola – kilkadziesiąt worków. W ich miejscowości nie ma już mężczyzn (albo się gdzieś skutecznie chowają). Miała szczęście, tak jak wszyscy w jej miejscowości, bomby spadły parę kilometrów dalej. A ziemniaki tego roku obrodziły niesamowicie, jak i pomidory, szkoda, że nie mogła mi przywieźć, zobaczyłabym jak wyglądają i smakują prawdziwe pomidory. Nie takie, jak inne Ukrainki sprzedają na straganach na naszym osiedlu!

Tak czy inaczej, problematyczny Chrystus słusznie mi wyprorokował: przez kilka dni nawet nie pomyślałam o śniadaniu.

Prawdziwy czy uzurpator

(Sen religijny)

Chyba po raz pierwszy w życiu przydarzył mi się sen religijny. Z moją mamą i siostrą siermiężnym starym PRL-owskim autokarem pojechałyśmy zimą na wycieczkę. Wysadzono nas przed skromnym budynkiem, w którym mieściło się coś w rodzaju schroniska lub pensjonatu. Miałyśmy tam przenocować jedną noc, a następnego dnia przyjechać po nas samochodem miał mój syn. Pensjonat był bardzo skromny i składał się z kilku pokojów i czegoś w rodzaju salonu, a raczej salono-kuchni, przy czym trudno było odróżnić mieszkanie prywatne gospodarzy od pokoi gościnnych. W jednym z pokojów ponoć mieszkał ktoś, kto był miejscową sensacją bowiem podawał się za Chrystusa, który ponownie zszedł na ziemię. Oczywiście uznałam to za folklor i w ogóle nie przywiązywałam wagi do tej informacji. W przejściu zobaczyłam w którymś z pokojów leżącego na narzucie tapczana mężczyznę,  który zupełnie nie wyglądał jak Chrystus, ani w ogóle na osobę świętą, czy charyzmatyczną – był to przeciętny młody człowiek w dresach, ciemnowłosy, ostrzyżony normalnie, bez brody i znaków szczególnych.

Ze sobą przywiozłyśmy już wyrobione ciasto, które należało tylko upiec, a było już rozwałkowane na blasze i zapakowane w papier. Piekłyśmy to ciasto w piekarniku opalanym drewnem, którego składzik z trudem odnalazłyśmy, w bardzo skromnych warunkach. Rano wyjęłam je z piekarnika i położyłam na jakimś tapczanie, aby ostygło.

Wówczas do pokoju wszedł ów młody mężczyzna który ponoć podawał się za Chrystusa. Spytał mnie, co robię, na co ja odpowiedziałam, że czekam aż ciasto ostygnie I będę mogła zjeść śniadanie. Nie planowałam żadnej rozmowy z tym człowiekiem, ale tak wyszło że zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowy nie pamiętam; na koniec życzył mi spokojnego śniadania, ale dodał że o ile wiatr nie zwieje tego chleba donikąd. Byliśmy w mieszkaniu, więc tylko spojrzałam na niego ze zdziwieniem i w tym momencie ciasto zwinęło się jak gazeta i pofrunęło gdzieś.

Wyszłyśmy bez śniadania. Potem chodziłyśmy gdzieś, po jakichś ludziach, w jakichś sprawach, które nie pozostały w mojej pamięci i w końcu przyszedł czas, że poszłyśmy na umówione z synem miejsce, gdzie miał po nas podjechać. Mieściło się ono sporo w bok od drogi, między zakrzaczonymi pagórkami, tak że trudno byłoby je potem odnaleźć.

Syna z samochodem nie było, więc kręciłam się trochę po okolicy. Były tam liczne pagórki, gdzie spacerowały różne osoby. Wdałam się w jakieś nieistotne rozmowy z tymi ludźmi ale nie bardzo je pamiętam poza tym,że ich odpowiedzi na moje pytania były enigmatyczne i nic nie znaczące.. W każdym razie, gdy postanowiłam wrócić do siostry i mamy, ich już w tym miejscu nie było, A także nie było syna. Wróciłam więc do szosy, żeby sprawdzić, czy ich tam nie ma, ale także ich tam nie było. Postanowiłam więc pójść z powrotem do tego pensjonatu, lecz tam także ich nie było, przynajmniej w najbliższej okolicy. Problem polegał na tym, że nie mogłam wśród kilku ruder rozpoznać tego domu, w którym nocowaliśmy. Wszystkie były pozabijane deskami, a poza tym nie robiły wrażenia zamieszkanych. 

Pojawił się więc ponownie scenariusz moich koszmarów sennych polegający na tym, że nie mogę trafić tam gdzie chcę i błąkam się bez możliwości schronienia.

Z takimi sytuacjami już się oswoiłam, ale tym razem we śnie nie budząc się, a może w półśnie, zaczęłam rozważać czy moje  senne postępowanie nie spowodowało tego, że pensjonat ukrył się przede mną, niczym ciasto wywiane wiatrem. I tu właśnie pojawił się motyw religijny. Przyszło mi na myśl, że gdybym inaczej zachowała się wobec Chrystusa czy człowieka, który go udawał, to może by to zagubienie w nieznanej okolicy mnie nie spotkało. Powiedział coś, co ja zlekceważyłam, a może stanowiło zapowiedź jakiegoś cudu  – w zamkniętym pomieszczeniu powiał wiatr, skręcił w rulon blachę z ciastem i wywiał gdzieś.

Przypomniał mi się wiatr, który powiał i z przewrócił kartki modlitewnika na trumnie papieża. Czyżby i tam i tu, w moim śnie, pojawił się prawdziwy Chrystus? Nie uwierzyłam w cud i mam za swoje. Rozbudziłam się na dobre i zaczęłam analizować sen.

Później kilkakrotnie zasypiałam i budziłam się, jak to starsze osoby nocą i skojarzyło mi się to wszystko, cały sen i moje o nim rozważania, z płynącą po ostatnim ulewnym deszczu naszą osiedlową ulicą rwącą rzeką i obudziłam się z bardzo złym fizycznym samopoczuciem. Zmarzłam w nocy bardzo pod cienkim kocykiem, ale kiedy spojrzałam na termometr przy łóżku, to temperatura w pokoju wynosiła 26°, a więc należało raczej spocić się, niż zmarznąć. Potem przyszła pani sprzątająca i pojechałyśmy na pocztę. Po drodze okazało się, że osiedlowa ulica jest nieprzejezdna, bowiem trzeba było ją wyremontować po tej rzece która nią płynęła dwa dni temu. I to znowu przypomniało mi sen. A sen mój stosunek do wiary.

Czy starsi ludzie u kresu swojego życia tak mają? I skąd się to bierze, że nawet niewierzący, bardzo zajadli w swojej niewierze (mam przykłady spośród bliskich) pod wpływem podobnych sennych majaków “nawracają się” – nawet radykalnie. Sądziłam, że to z asekuracji “na wszelki wypadek jakby TAM to miało znaczenie i wpływ na PRZYSZŁOŚĆ – która miała istnieć” ale może było to za sprawą podobnych snów niezależnie od tego skąd by się brały? Z naszej świadomości, podświadomości, tkwiącej w nas kultury, czy istotnie z zaświatów?

Na koniec taka jeszcze refleksja: czyżby śmierć zbliżała się do mnie na tyle szybko, żeby koniecznością stało się ustalenie swojego stosunku do wiary i katolicyzmu?

.