Bezruch w zapachu krokusa

Wczoraj mój młody znajomy, z którym omawiam wiele problemów egzystencjalnych, ale zawsze teoretycznie, spierał się ze mną w sprawie jakiegoś serialu na Netfliksie. Akurat tu mamy odmienne gusty. On uwielbia mangi i SF, a ja nie mam nabożeństwa do tych gatunków. Przetrzepałam je ongiś jako autorka i nie zamierzam wracać do śmietniska gimbazy. Obejrzałam już wiele seriali, a witryna podsuwa mi złośliwie produkcje z gatunku „zabili mnie i uciekł,” czyli pan albo pani detektyw rozwiązuje zagadkę morderstwa… Dla utrudnienia mają albo zaniki pamięci albo inne deficyty emocjonalne czy intelektualne, Mnie już od samych tytułów zbiera się na wymioty. Dość mam morderstw, sądów, detektywów i prokuratorów oraz sędziów na zawołanie, tudzież procesów z powodu, że ktoś znał prywatnie kogoś, przeciwko komuś kieruje się wszystkie siły i środki. Wolę scenki rodzajowe z Karaibów, dziwne ceremonie wśród postaci w wielkich kapeluszach, seriale historyczne, koniecznie kostiumowe. Mam dosyć silnych kobiet, czarownic, prekursorek czegoś tam, pań detektywów z pogmatwanym życiorysem, wolę słabe kobieciątka, wsparte na męskiej piersi – śliczne oczywiście, jako że mężczyźnie należy się jakaś gratyfikacja za wspieranie podobnie bezbarwnych mentalnie osób.

Mój młody znajomy usiłował mi wytłumaczyć, że serial p.t. „Babcia ezoteryczna siedzi w fotelu” trwający 4 godziny, znuży wszystkich, a ja przyznałam mu rację. Problem w tym, co dzieje się przez te 4 godziny w fotelu Babci Ezoterycznej, a właściwie w jej głowie i w jej mózgu, chociaż postać tkwi bez ruchu, a tło i oświetlenie nie zmienia się. Należałoby ją od razu zamordować w sposób szczególnie wymyślny, żeby coś się działo. Wszak kultura obrazkowa tylko nikłymi aluzjami, dostępnymi nie wszystkim, jest w stanie pokazać „że coś się dzieje”. Wszystko, co tkwi w bezruchu, jest nudziarstwem, chociażby, przykładowo w tym czasie wymyślono jakiś kieszonkowy odpowiednik broni masowej zagłady.

Chcąc przekonać go do tego, że obecny świat filmu (powieści zresztą też) jest tylko katalogiem wątków i scen odznaczających się popularnością wśród dość przeciętnej publiki, stawiałam mu przykłady wydarzeń  typu: wypadek komunikacyjny czy  inne zdarzenia medialne, próbując opisać historie nie zarejestrowane przez TVN 24 albo inne media, nie mające odzwierciedlenia w katalogu wykorzystywanych sytuacji – niewyjaśnionych i zagadkowych, ale nie trafiałam do niego. Świat młodych, mobilnych internetowo ludzi, rozmija się z moim światem. Akurat ten młody człowiek, próbuje mnie zrozumieć, ale chociaż należy moim zdaniem do osób o wspaniałym intelekcie, ja nie potrafię znaleźć do niego klucza. Żyjemy na innych planetach, jego, programistę, fascynują konstrukcje przetworzone w określony sposób, mnie wydarzenia nietypowe, zaskakujące, często nie poddające się wytłumaczeniu.

Zaczynam rozumieć czytelników, którzy preferują biografie, choć sama ich nigdy nie lubiłam, uważając opisywany życiorys za twórcze ograniczenie. Wydarzenia z autentycznego, ludzkiego życia, zawierają jednak wątki nie uwzględnione w fabularnych katalogach, nie poddane ocenie na skali popularności, choć zazwyczaj przetworzone na użytek mniej wymagającego czytelnika. Złudzeniem wszelkiego rodzaju biografii jest jednak przekonanie autora i czytelnika, że rozumieją wszystkie procesy, które odbywały się w głowach i w psychice opisywanej osoby.

W serialu „Babcia ezoteryczna siedzi w fotelu” nikt, nawet sama babcia nie byłby w stanie zrozumieć licznych wątków kłębiących się wewnątrz owej bryły, stosunkowo niewielkiej wobec dekoracji w tle, tkwiącej w bezruchu w jednolitym oświetleniu, zasłuchanej w wycie miotającego śniegiem wiatru za rozszczelnionym oknem, w smugach zapachu przekwitającego krokusa.

Duchowe przeszczepy

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy studiowałam jeszcze na Wydziale Filologicznym UW, wśród moich kolegów i koleżanek furorę robił pewien asystent o ksywie „Motorek”. Prezentował on pełen urok lewicowości, pozbawionej większości często spotykanych idiotyzmów. Nie przejmował się ciężką dolą chłopa pańszczyźnianego na przykład, która stanowiła podstawę omawiania średniowiecznej literatury. Wszystkie dziewczyny się w n im kochały, wśród nich oczywiście i ja, sentymentalna romantyczka, pozbawiona umiejętności sterowania swoimi emocjami, poza tym dziewczyna dość bezbarwna. Wybranka Motorka (albo dwie) były jeszcze mniej wyraziste niż ja, za to już u startu życiowego dające się zaszufladkować, której cechy ja nie posiadałam, więc moje uczucie podziwu, zderzone z realnością,  było usiane nieustannymi klęskami i śmiesznością, widoczną zwłaszcza na kolokwiach. Idąc na prowadzone przez niego egzaminy, wymiotowałam z lęku przed wejściem do sali, a raz zdarzyło mi się zrobić to  nawet w czasie egzaminu.

„Motorek” uwielbiał piosenkę „Murka”, a ja zrozumiałam, że ten wzór kobiety szpiega, ginącej z zemsty współtowarzyszy bandy był heroiczną historią , wzorcem niedoścignionym dla męskiej fascynacji. Murka była dostatecznie niezależna, żeby żyć jak chciała, co nie przeszkadzało jej poddać się zbiorowej, męskiej ocenie i przyjąć oraz zaakceptować karę z jej rąk. Potem kumple mogli ją szczerze opłakiwać, bo nie była już groźna.

Piosenki w wykonaniu Leszka Orkisza można posłuchać tu:  https://www.youtube.com/watch?v=cAIId67pQBI

Historia Motorka jest przykładem życiorysu człowieka przezwyciężającego wszelkie przeszkody, na zdrowy rozsądek nieprzezwyciężone. Karzeł ze wzrostu, niczym Tyrion Lannister z „Gry o tron”, powstaniec warszawski, potem więzień obozu, wychodzący ze wszelkich opresji bez szwanku, chłopak z najniższych sfer Czerniakowa, inteligentny bardziej niż ustawa przewiduje, skończył studia i został asystentem na polonistyce. Przyjaźnił się z wieloma twórcami tamtych czasów, zapraszał ich na nasze zajęcia. Czasami śpiewał nam „Bal na Gnojnej” sam Stanisław Grzesiuk. Motorek był człowiekiem napędzanym niesłychaną energią, co obrazowała zresztą jego ksywka. Już nigdy więcej nie spotkałam w życiu takiego wulkanu. Nie rozumiałam jednak dlaczego  wybierał i oświecał swoim intelektem dziewczyny z dobrych sfer, bardzo konwencjonalne, do których ja się nie mogłam, bynajmniej zaliczać.

Moja rodzina wychowała mnie w przekonaniu, że nad sobą należy pracować bezustannie, przycinać swoje ambicje, a windować umiejętności. Wspominałam o pewnym epizodzie aktorskim w moim życiorysie, gdzie nauczyłam się padać bez szwanku dla siebie – co przydało mi się na starość. Niestety, był to tylko epizod, bowiem obsadzano mnie nie w roli romantycznych div, a w rolach charakterystycznych (najczęściej traktorzystek, robotnic i zadziornych żołnierek), dla których nie miałam żadnego zrozumienia. Chciałam być subtelną, kochającą, romantyczną bohaterką, a kazano mi się brać pod boki i wrzeszczeć knajackim językiem baby z bazaru, albo gadać jak robotnica, murarka najbardziej zabawna, gdy szykowała się do uwodzenia kolegi murarza z budowy, który ją lekceważył, bowiem, jak wszyscy powinni wiedzieć,  ideologicznie była ona całkiem niedojrzała.

W ogóle źle się czułam w swojej skórze i nieustannie poszukiwałam wytycznych i wskazówek, co powinnam ze sobą zrobić. Na pierwszym roku studiów zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną.  Nasza „przyjaźń” była nieco dziwna – spędzałyśmy razem mnóstwo czasu (mieszkała niedaleko Uniwerku, więc zaciągała mnie zawsze do siebie w okienkach między wykładami), ale często odnosiłam wrażenie, że oczekuje ona po mnie czegoś innego, niż było to możliwe. Nie mam na myśli tu jakiś spraw seksualnych, chodziło całkiem o coś innego. Przepytywała mnie, niczym śledczy z moich poglądów, stosunku do rozmaitych rzeczy, wypytywała stale, czy to lub tamto podobało mi się czy nie. Tak była skupiona na moim stosunku do rzeczywistości, że aż było to nużące, mimo że wcześniej nikogo moja osoba tak nie interesowała.

Po jakimś czasie dowiedziałam się, o co chodziło. Od wczesnego dzieciństwa miała ona przyjaciółkę, która tuż po maturze wyemigrowała z rodzicami do Izraela. Pokazała mi mnóstwo jej zdjęć i zdjęcia te potwierdziły fakt, że byłam sobowtórem tamtej. Równie dobrze wszystkie jej fotografie mogłyby znaleźć się w moim albumie! Zapewne poszukiwała we mnie innych cech tamtej, ale chyba charaktery miałyśmy różne, choć temperament podobny. Dla mnie jednak to odkrycie było dramatem – przez parę lat czułam dziwny związek z kimś, kogo nie znałam. Wydawało mi się, jakby część mojej osoby osiadła w innej dziewczynie, a część jej – ta najmniej dla mnie zrozumiała, zagnieździła się we mnie. Oczywiście podjęcie jakiejś podróży w celu poznania tamtej – co zapewne trochę by mnie uzdrowiło – w tamtych czasach nie było możliwe.

Ale wracam do Motorka. Jemu zawdzięczam przekonanie, że to mężczyźni sterują karierą kobiet, co potwierdził inny mój przyjaciel, redaktor naczelny poetyckiego kwartalnika. Był moim prawdziwym przyjacielem, chciał dla mnie dobrze i to on zwrócił moją uwagę na fakt, że nie da się mnie zaszufladkować, co uznał za największą wadę. Miał on żonę (od rodzenia dzieci i pilnowania finansów), przyjaciółkę od dyskusji literackich i taka Kasia, która nie poddawała się segmentowaniu była skądinąd miłą dziewczyną, ale nie znała swojego miejsca. Powinna wiedzieć, że majtkowa poezja nie ma przyszłości, a literatura kobieca nie jest literaturą, tylko produktem dla kucharek.

Dlaczego wspominam z sentymentem tych moich mentorów, chociaż w dobrej wierze wyrządzili mi więcej zła niż pierwszy z brzegu wróg? Na stare lata nauczyli mnie rozpoznawać stereotypy, zresztą zapewne wbrew własnej woli. W tamtych czasach o stereotypach nie myślano w sposób podobny dzisiejszemu. Fetyszem był POSTĘP. Coś mogło być postępowe albo wsteczne. Postęp był dobry, wstecznictwo złe. To, co przed wojną, jako przebrzmiały produkt epigonów, zasługiwało na potępienie, poezja i literatura tamtych lat była wsteczna i ciągnęła za sobą ogon powtórzeń i naśladownictwa. Przedkładano formę nad treść, a przecież to ona miała stanowić wartościowe jądro każdej sztuki, Ważne było polityczne i społeczne zaangażowanie, a nie kunszt formalny.

Pozostaje mi wyjaśnić to, co miałam na myśli pisząc o „duchowych przeszczepach”

To wszystko, co wdrukowano w nasze osobowości z przyjaźni, podstępem czy przemocą, to wszystko, co jest obce naszym własnym doznaniom i przemyśleniem, jest właśnie takim duchowym przeszczepem.

Ayahuasca na przykład, powodująca wężowe wizje, omamy, inwazję obcych światów – czyż nie lepsza polska wódka z dojrzewającą szynką, ogórkiem kiszonym i greckimi czarnymi oliwkami wielkimi jak śliwki? Pozwalają dyskutować nad rolą greckiego chóru w dramacie, i spuścizną tych chórów w naszej kulturze, nad wyższością symboli tebańskich nad symbolami sabiańskimi i nad śmiercią w horoskopie, a także nad umiejętnością posługiwania się językiem polskim, który pozwala tropić treści zawarte w wypowiedziach na piśmie i ujawniać ich drugie lub trzecie dno.

Ceremonie szałasu potu są tradycją indiańską, nie polską. U nas, odnoszę wrażenie, jest zwykła zabawą dużych chłopców w Indian, chociaż ja uważam, że jest to właśnie duchowy przeszczep.Dzieci mają Halloween zamiast Zaduszek, dorośli kamienie grzane w ognisku zamiast w słowiańskiej bani, intencje zamiast modlitw. Reszta jest opowieścią przeplecioną niedomówieniami o wtajemniczeniu.

Tłumaczenie rozlicznych snów poziomami karmy i w oparciu o wschodnią tradycję działa tylko wśród ludzi, którzy w tej tradycji się wychowali. Dla mnie i podejrzewam wielu innych, to nic nie oznacza, bowiem nie mam wielkiego pojęcia o duchowości Wschodu. Nasze sny należy tłumaczyć inaczej, w przeciwnym razie staniemy się częścią swego rodzaju duchowego przeszczepu.

Duchowe przeszczepy trzeba stale podtrzymywać. Nie dają się wyeliminować, nie tylko bez strat, ale nawet mogą sprowadzić chorobę duszy, podobną temu, co przeżywałam, gdy dowiedziałam się, że jestem czyimś sobowtórem.

Spoglądam teraz szerzej. Jako narodowi i jako kobietom zaimplantowano nam taki obcy przeszczep – pewną ideologię i zespół poglądów pochodzących z cudzej tradycji duchowej, ze świata, gdzie ludzi było tak wielu, że pojedynczy człowiek się nie liczył, (z wyjątkiem tego jednego, najważniejszego), a teraz, my wszyscy i wszystkie, jesteśmy jak pacjenci, których organizm odrzuca ten przeszczep. Tym chyba należy tłumaczyć polityczne wstrząsy, które nas dotykają.

Siedzimy z moją koleżanką Marią i przy wódce z dojrzewającą szynką, ogórkiem kiszonym i greckimi czarnymi oliwkami, rozważamy dostępne nam lekarstwa. Niestety, na odrzucenie przeszczepu jest jedna tylko metoda – dokonanie nowego. Własny organ został wycięty i wyrzucony – pozostaje nam się ratować innym, cudzym organem. Ten odrzucony, był chory, nie dał się długo utrzymać. Jaki będzie ten nowy? Czy też dotknięty schorzeniem, którego wcześniej nie dostrzeżono?

Mój świat przemija i dobrze, Ale powinien on jeszcze na  trochę pozostać w świadomości młodych ludzi, żeby było wiadomo, jak badać nowe idee, gdzie szukać w nich zalążków choroby i przeciwko czemu należy się sprzeciwić. Oparcie może dać tylko wiedza, ale w pogoni za szybkością reakcji, na pewno gubimy ją po drodze. Zresztą solidna wiedza nie była i nie jest w cenie.

 

Kwiatki i motyle w brzuchu

Pewna kobieta kiedyś poczuła motyle w brzuchu, a ponieważ zdanie to ładnie brzmiało i medialnie sprzedawało się, powielono je tysiące razy i wreszcie uzyskało status prawdy objawionej. Stąd pewna moja znajoma, Maria, zapewne mając wątpliwości, zamieściwszy poniższy rysunek

zapytała:  Czy to tak działa?

Nie, to działa inaczej. Tam, gdzie narysowano kwiatki, jest wątroba i tam umiejscawiają się zmartwienia i duchowe ciężary. Pęknięte serce nie leży wcale tam, gdzie jest prawdziwe serce – odczuwamy je w gardle albo lekko poniżej. Deszcze i słoty wstrząsają ramionami, tym silniej, im mniej człowiek leje łez. Wielka radość także mieści się w gardle.

Wiem to wszystko. Długie życie rozwija przed człowiekiem całą paletę doznań i doświadczeń, w przeważającej części takich, których nie spodziewał się u schyłku życia. Miły obrazek emerytów, dożywających swoich dni na plaży, lub w otoczeniu pięknego ogrodu, pryska wraz z prozą życia. Nadal jesteśmy przecież zakorzenieni w normalności, mamy przyjaciół, dzieci, wnuki i wraz z nimi wsysamy wszystkie ich problemy, dodając je do własnych. Mamy też własne, wstydliwie skrywane emocje, wcale nie słabsze, niż te, oficjalnie uznane.

W tym dniu, zacieśniającej się koniunkcji Neptuna z Jowiszem, czuję silniej i zapytuję Losu o tego kogoś, kto jest TAM, gdzie jest. Jestem myślą z NIM.

Myślę intensywnie: jak się TAM obywa bez swoich leków, bez książek, bez filmów i bez czego tam jeszcze, muszą się ludzie obywać. Przyzwyczajony do czynnego życia, jak znosi przymusową bezczynność? Czy myśli o mnie? Czy mój sen nie przedostał się do jego snu? Wiem, że cierpiał na bezsenność, ostatniego maila dostałam od niego 22 lutego o godzinie 1, 24. Nic osobistego, tylko gazetka. Ale wówczas nie spał. A rano…

Czy ja mogę jeszcze coś zrobić? Jestem ostatnia w kolejce osób uprawnionych. Jestem ostatnia w kolejce tych, którzy jeszcze coś mogą. Prawdę mówiąc nawet nie ustawiam się w tej kolejce. Tej nocy przesiadłam się z balkonika na fotel. Księżyc ginie w powodzi miejskich świateł, a towarzyszy im błękitny błysk światełka nowego monitora od telewizora. Obudzona w środku nocy, odczytuję przesłanie, którego nie zamawiałam. Ja obudziłam się o czwartej rano z uczuciem, że pali mnie cała skóra. Pomyślałam: odleżyny i z przerażeniem przesiadłam się na fotel. W fotelu tym przespałam do rana. Piekła mnie lewa strona, obojczyk od serca, a na nadgarstku pojawił się wielki wylew. Ucieszyłam się. Lepiej na nadgarstku niż w mózgu. Głupio się cieszyć z czegoś takiego. Miałabym sprawę z głowy, niech inni się martwią! Ale to boli cudze ciało, nie własne.

Patrzę w gwiazdy, w horoskop. On wierzył weń bardziej nawet, niż ja. Niczego nie wskazuje, poza wielkim zamieszaniem i nieporozumieniem. Koniunkcja tranzytującego Jowisza do urodzeniowego Neptuna w opozycji do Księżyca, szczególnie wielkiego tamtej nocy. Poza tym NIC, co mogłoby wskazywać, przestrzec, dać do myślenia. WIELKA POMYŁKA – klasycznie. To, czego nie możemy zrozumieć, ani przewidzieć, jest właśnie pomyłką. Bronimy się.

Wszystko jest pomyłką, możliwe że także nasze życie. Poświęcamy komuś wszystko, co dla nas ważne, a on wygania nas, bosą na śnieg (w przenośni, oczywiście). Inni mówią: przestrzegaliśmy cię, że tak to się skończy. Jeszcze jedna wersja klasycznego „A nie mówiłem?”

Kilkanaście lat temu miałam taką przypadłość, że przewracałam się na ulicy, na równej drodze. Ni z tego, ni z owego, bez przyczyny. Po epizodzie aktorskim z wczesnej młodości, umiem tak upadać, żeby nie wyrządzić sobie krzywdy, więc nic specjalnego się nie działo. Zawsze jednak otaczający mnie ludzie zaczynali nie od pomagania we wstawaniu, a od wyrzutów: „trzeba uważać proszę pani” itp itd. Kochamy udowadniać przy każdej okazji, że mieliśmy rację.

Tymczasem wszystko jest pomyłką, i życie i śmierć, i obecność i odejście, a nasze wybory iluzją. Wrogowie stają się przyjaciółmi, gdy jesteśmy razem myślami TAM. Kto zapłacze razem ze mną, komu starczy odwagi? Kto pominie logiczne racje? Kto nie dołoży swojego „A nie mówiłem?!”

Wiem już jedno : Serce nie jest tam, gdzie się go rysuje. Motyle nie są w brzuchu, a w nadgarstkach i końcach palców. Drganie Wszechświata odczuwamy jako drętwienie, a zapowiedź nieszczęścia, jako senną żałość sprowokowaną byle czym, całkiem nie przystającym fabularnie do rzeczywistego dramatu. Świat posługuje się symbolami i nasza strata, gdy nie potrafimy ich odczytać. Problem w tym, że symbole wiążą się z każdym człowiekiem oddzielnie, za nic mając teorie i fascynacje Jungiem. Wydaje się, że Wszechświat kpi z nas, a zwłaszcza z naszego przekonania, że jesteśmy w stanie zrozumieć jego mowę.

Dlatego ja, Kasia, Ezoteryczna Babcia, zmagam się ze swoimi emocjami, żeby zrozumieć, czego ode mnie oczekiwałeś. Jaką rolę  i wyznaczyłeś, choć nie zdążyłeś mnie o niej poinformować.  Wracam więc do zarzuconej  przed laty osobowości, uruchamiam zapomniane umiejętności i zarządzam tym, co zrzuciłeś na moje barki. Jestem twardą bizneswoman z bolącą wątrobą i dzieckiem we mgle.

Niestety, nie oczekuję profitów w rodzaju motyli w brzuchu. Tak naprawdę to wyglądało całkiem inaczej…

 

Zastanawia mnie

Zastanawia mnie uporczywe przejmowanie się ochroną środowiska, na którą my. Polacy , nie mamy żadnego wpływu. Przejmujemy się stosami opon w oceanach, czy jakimiś drastycznymi zdjęciami z Chin, lub antypodów, gdzie surferzy pływają wśród śmieci; nie obchodzi nas zupełnie to, co my wyprawiamy z naszymi, swojskimi śmieciami, daleko od mórz i oceanów.

Mam takie przyzwyczajenie, że śmieci niesegregowane (obierki, resztki potraw i takie tam) zbieram w małym pojemniku pod zlewem. Mogą tam przeleżeć najwyżej trzy dni, w innym wypadku smród zaszkodzi mojemu mieszkaniu i mojemu powonieniu. Teraz jest zima, wystawiam więc małe reklamówki co dwa dni na balkon, a ponieważ jestem niepełnosprawna i nie wychodzę na zewnątrz, raz w tygodniu obarczam wizytą w śmietniku kogoś, kto do mnie przychodzi z wizytą. Najnowsze ustalenia śmieciowe zlikwidowały małe woreczki plastikowe, wprowadzając wielkie i sztywne torby z podobnego plastiku (rzekomo ekologicznego). Nie jest on w żaden sposób dla mnie przydatny. Torby są za sztywne, za duże i choć mogę je zwrócić dostawcy (korzystam z dostaw internetowych) i tak pobiera się za nie ode mnie opłatę. Nie mam najmniejszego wpływu w czym otrzymuję dostawę, dla mnie może pan przywieźć całą skrzynkę towaru i wyłożyć we wskazanym miejscu. Nie są mi potrzebne jego torby – to ułatwienie dla dostawcy, a nie dla mnie, chociaż ja za to płacę.

Skoro chcemy być ekologiczni, to wydaje mi się, lepszy jest system amerykański z młynkiem w zlewie na odpadki spożywcze . Może też lepiej dostarczyć torby papierowe, które mogłabym wykorzystać do wyłożenia kubła na odpadki i które rozłożyłyby się na kompost.

Na mojej działce sprawa jest prosta: resztki żywności, trawa, liście to kompost przydatny, gdy przychodzi wiosna i potrzeba użyźnić glebę. W bloku jednak to coś innego – nie mam obszaru działki żeby trzymać śmierdzące resztki, muszę posługiwać się dostępnymi materiałami – a te są w mojej sytuacji nieprzydatne. Worki na śmieci są nieekologiczne, za duże jak na ilość produkowanych przeze mnie śmieci, nieprzydatne do segregacji. Nie mam miejsca w malutkiej kuchence, żeby trzymać jakieś sterty plastików czy papieru czy puszek, chociaż akurat tego czegoś niewiele używam.

Altanka śmietnikowa, do której czasem się udaję, gdy pogoda mi sprzyja, ma ogromne i ciężkie wrota i jest zamykana na klucz i dlatego obsłużenie jej przez osobę na wózku inwalidzkim lub chodziku jest drogą przez mękę. Otworzyć, jakoś otworzę, ale spadek terenu powoduje, że zamknąć już jej nie mogę, wysiłek poświęcony na wypchnięcie wrót do góry jest nadmierny. Powrzucam więc jakoś do odpowiednich pojemników śmieci i oddalam się chyłkiem bez zamknięcia wrót, żeby nie zobaczył mnie dozorca.

Chętnie więc korzystałabym z amerykańskiego młynka, inne śmieci, bezzapachowe gromadząc wstydliwie w kącie salonu w jakimś ekologicznym kartonie nie zdradzającym jego wtórnego przeznaczenia. W ostateczności sama poszukam sobie przydatnego materiału wielokrotnego użytku. Nie odpowiada mi decydowanie za mnie i obciążanie mnie kosztami nie moich decyzji.

Powyższy przykład jest ilustracją tego, jak bardzo my Polacy jesteśmy teoretykami. Jesteśmy pro-ekologiczni ale gdy mówimy o zanieczyszczeniu oceanów, a nie naszych, bytowych, codziennych odpadów (które zresztą zależą nie tyle od nas ile od producentów opakowań – a tych nikt nie tyka. Łatwiej bowiem przyczepić się do mieszkańca blokowiska, a nie producentów napojów i butelek od tychże). Łatwiej być pro-life niż martwić się losem już urodzonych, niepełnosprawnych dzieci i ich opiekunów. Łatwiej tropić jakieś afery wśród znanych nazwisk osób, które naraziły się rządzącym i stosować areszt wydobywczy w gronie ich znajomych, niż przyłożyć się do rozwikłania faktów i zależności, jaskrawo widocznych w ogólnie dostępnych dokumentach. Łatwiej produkować nowe ustawy śmieciowe, niż zastanowić się nad nimi. Łatwiej publicznie gadać głupoty niż zajrzeć do podręcznika historii ze szkoły podstawowej.

Przykład: Ongiś moja Spółdzielnia mieszkaniowa miała kawałek nieużytków, gdzie kompostowała liście i skoszoną trawę. Wiosną rozwoziła to pod krzaczki i drzewka. Obecnie skoszoną trawę gromadzi się w plastikowych workach, które rozwłóczą dzieci i zwierzęta, zanim raz na pół roku ktoś gdzieś je wywiezie. W międzyczasie ludzie z dmuchawami pracowicie przedmuchują je z miejsca na miejsce z hałasem i smrodem spalin tam, gdzie kiedyś ktoś posługiwał się ekologicznymi grabiami – w miarę jak ścinano trawę czy przycinano żywopłoty. Pył z tych przedmuchiwań unosi się na wysokość 2 piętra i chociaż jest to lato, musimy zamykać okna i balkonowe drzwi i włączać klimatyzację (jeśli ktoś ją ma) niepotrzebnie zużywając prąd. No i te pyły, niezidentyfikowane, ale istniejące, zarodniki grzybów, pleśni, substancje uczulające.

Płaczemy, że palenie w piecach nieodpowiednim materiałem zanieczyszcza nasze powietrze, ale nie zastanawiamy się, skąd pochodzą zanieczyszczenia w mieście, gdzie powszechne jest c.o. i niewielki ruch samochodowy, jak na moim osiedlu. Dlaczego nie daje się tu otworzyć okna zimą i latem?

Czajnika spalenie

Pewien mój znajomy na FB napisał „spaliłem czajnik” i po 3 godzinach uzyskał 91 polubień.

Za oknem sypie śnieg i jest dzięki temu jest cichutko, jak makiem zasiał.

Pod blokiem przejechała cicha karetka. Możliwe że ktoś w nocy umarł, jak zazwyczaj  w ciągu zimy kilka osób w moim bloku.

Idą siarczyste mrozy, takie jak za moich młodych lat. Kiedy wychodziłam do szkoły, mama sprawdzała czy mam ciepłe majtadasy do kolan, a ja, za rogiem, na cichej ulicy, w padającym śniegu, ściągałam je i chowałam do tornistra, bowiem wydawałam się sobie w nich grubsza.

Ostatnie wielkie śniegi pamiętam z marca 1996 roku w Nałęczowie, gdzie przebywałam w szpitalu kardiologicznym, lecząc skutki wypadku drogowego. Na wąskim chodniku, po którego obu stronach widniały wielkie sterty odgarniętego śniegu wymijałam właśnie kogoś ale za mną niecierpliwie usiłował przepchnąć się jakiś starszy pan z zadyszką, a nie mogąc tego dokonać w jednej chwili wściekał się i ciskał usiłując nas obie odepchnąć w zaspę. Powiedziałam mu, że ma osobowość zawałowca, ale potraktował to jako obelgę.

Rozpakowuję karton z metalowymi kolcami, który przesłano mi ze sklepu kurierem. Muszę zabezpieczyć przestrzeń balkonu nad klimatyzatorem, gdzie trwają bezustanne zakusy na uwicie gniazda przez parę gołębi. Są całkowicie obojętne na próby płoszenia ich mopem oraz obecność plastikowych kruków, do których się przyzwyczaiły tak, że nawet przestały je atakować. Obok kolców niedbale wrzucono do kartonu tubkę kleju, którą kolce przebiły, muszę ją szybko zabezpieczyć przed wyciekaniem. Instynkt rozrodczy u gołębi przekracza wszystkie niedogodności ich życia w mieście. Czemu tak nie dzieje się u wróbli i u nas, ludzi?

I zły sen, sen zbyt okropny, żeby go opisywać, ponieważ składał się głównie z emocji, a nie akcji, sen który miałam kilka dni temu, znalazł swoje rozwiązanie. Już wiem, czemu ktoś mi bliski nie odbiera moich telefonów.

Za oknem wiatr przenika mrozem do szpiku kości, a jak na ironię oświeca wszystko już dość wysoko stojące słońce.

Babcia siedzi w fotelu i nie widzi wyjścia.

 

Popsuty PESEL

Pewna starsza pani wchodząca do windy zobaczywszy mnie z chodzikiem i drugą panią na wózku inwalidzkim, zagadnęła nas:

– To wszystko przez ten nasz, stale psujący się PESEL!

Istotnie. nasze PESEL-e stale się dezaktualizują. Mój rocznik prawie przeszedł już do historii, tylko gdzieniegdzie pętają się jakieś uparte egzemplarze. Przećwiczyłam już na własnej osobie NIP i inne PIN-y ale podając tylko ten PESEL, za każdym razem uświadamiam sobie, że moje stulecie już minęło. Otrzymawszy nowy dowód osobisty z datą ważności pomyślałam: ale optymiści! Chciałabym dożyć następnej wymiany tego kartonika.

Jednak nie to mnie skłoniło do bliższego przyjrzenia się temu dowcipowi. Wywodzi się on z powszechnej taktyki obwiniania o wszystko „tych co na górze”, choć tym razem prześmiewczo, jako psujących się wytworów, których gwarancja minęła. Wszak to nie Bóg nadaje nam PESEL-e, tylko zarządzający krajowymi fabrykami tych numerków. A skoro tak, powinni odpowiadać także za jakość wyrobów. Brakuje im jednak boskiej nieomylności – z jednej strony robią wszystko, żeby było ich jak najwięcej (nawet uszkodzonych na wyjściu), z drugiej zaś ograniczają możliwości produkcji dla chętnych na in vitro. Płaczą, że jest nas za mało i starszymi numerkami nie ma komu się zająć, z drugiej zaś krzywią się na egzemplarze bez, lub z innymi numerami, chcące dołączyć do naszej bazy danych, z tego tylko powodu, że mają inny design, mimo iż nie zmienia się ich funkcjonalność ani ergonomia.

Powiecie, że nie mam się czymś sensowniejszym zajmować, tylko rozbierać na części pierwsze jakiś dowcip rzucony przelotem w windzie. Fakt, mam sporo czasu i umysł, który lubi błądzić. Uprawiam więc pogardzane powszechnie myślactwo. Co innego, oczywiście, gdybym zajęła się rozbiorem logicznym jakiegoś modnego obecnie hasła i próbowała udowodnić, że kompletnie nie przystaje do idei, którą chce reprezentować. Dlatego poświęcę się i zajmę frazą „Aborcja jest OK”.

Dyskutanci w powyższej sprawie zupełnie nie rozumieją, że czymś innym jest stosunek do aborcji (można uważać za całkowicie słuszną jej dopuszczalność), a czymś innym głoszenie jakiegoś głupiego hasła – a to jest wyjątkowo głupie.

Po pierwsze nie może być OK coś, co jest naprawieniem jakiegoś popełnionego wcześniej błędu (np. braku antykoncepcji, niefrasobliwości czy nawet przypadku). Nie może być OK coś, co bywa szkodliwe. Nie może być OK działanie oceniane przez znaczną część społeczności jako złe, niesłuszne, lub nawet budzące wątpliwości. To nie nowy typ makijażu, fryzury, nowe hobby, czy coś podobnie błahego. Niezależnie od ciężaru decyzji o aborcji, takie hasztagi, banalizujące ów zabieg i wszystko, co do niego doprowadza, to podgrzewanie atmosfery na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy, że aborcja, to jednak jest sprawa prywatna, nieodłącznie związana z osobistą historią każdej kobiety, a publiczną stała się ze względów politycznych.

W dyskusjach nad tym hasztagiem i tytułem okładki „Wysokich Obcasów” pada często stwierdzenie, że należy obie te sprawy traktować jako prowokację, rozszerzającą dyskurs. Moim zdaniem cały problem w tym, że wszyscy uważają prowokację za wspaniały środek na propagowanie swoich poglądów, zamiast namysłu, zastanowienia się, przemyślenia jakiegoś zagadnienia. Ja cię prowokuję tym, ktoś inny tamtym. W tym ciągu prowokacji ginie rzeczywisty sens i wartość poglądów, a także możliwości uzgodnionych działań tak, aby jak dla największej liczby ludzi były możliwe do strawienia. A przecież to powinno być skutkiem wprowadzanych praw – nie walka do upadłego i wzajemne prowokacje. A nie chodzi o samą aborcję, a o znaczenie słów – co widać trudniej zrozumieć niż fakt utożsamiania się, bądź nie, z jakimś poglądem! Mnie zaczyna się wydawać czasem, że wcale nie próbujemy czegoś zrozumieć, a tylko znaleźć krąg podzielających nasze poglądy.

W historii tak zazwyczaj bywało, że uciśnieni, gdy zrywali się do buntu, posługiwali się przemocą i jej afirmacją dla okazania, jak bardzo byli kiedyś uciśnieni i jak bardzo mają obecnie prawo do zemsty. Czasami wydaje mi się, że obecny ruch kobiet jest takim rewolucyjnym zrywem i wiele czasu musi upłynąć, zanim spojrzy na swoją sytuację trzeźwo i obiektywnie, bez chęci odegrania się za niegdysiejszą opresję. Zanim współczesne feministki zastanowią się, co tak naprawdę jest dla nich dobre. Jednak rewolucja często pożera swoje dzieci…

Przypominają mi się czasy po II Wojnie Światowej, gdy w Polsce uważano, iż dla kobiety najlepsze jest takie zrównanie w prawach z mężczyznami, żeby mogły, zamiast siedzieć w domu z zawodem „przy mężu” (taki zawód był w spisach i tak określała go w ankietach jeszcze moja mama), pracowały w takich samych zawodach i warunkach, jak mężczyźni. Z tamtych czasów pochodzi nawet hasło „Kobiety na traktory”. Kobiety pracowały w kopalniach i w innych miejscach, rujnując swoje zdrowie, dźwigając ciężary, powodujące później schorzenia, typu nietrzymania moczu. To, wydaje się teoretycznie słuszne hasło, zaowocowało podwójnym obciążeniem kobiet: ciężką pracą zawodową i „drugim etatem” w domu, przy mężu i dzieciach.

Jest jeszcze inna możliwość, ostatnio często jakoś widoczna w życiu publicznym (vide nowa ustawa o IPN). Poszczególne wypowiedzi mogą wydawać się bardzo głupie, ale może też ktoś wykorzystywać okazję i pojawiające się niezręczne sformułowania, żeby skompromitować przeciwników… Mówi się: „Nawet wróg by tego nie wymyślił, co ci wciska przyjaciel”.

Zapędziłam się może zbyt daleko w swoim analizowaniu wypowiedzi, jednak w świecie powszechnego niechlujstwa językowego, dobrze robi uświadomienie czasem sobie, co naprawdę się mówi, często chcąc powiedzieć coś innego albo nie wiedząc w ogóle, co się chce powiedzieć.

 

Pomaganie innym

Są dwa style pomagania innym. Pierwszy z nich, uważany za lepszy, słuszniejszy i bardziej empatyczny, to pomaganie ludziom obcym, spoza rodziny i bliskich.

Drugi styl – uważany za gorszy i wymagający nadzoru, to pomaganie bliskim i rodzinie. Nie jest uważany za coś słusznego i bywa łatwo potępiany. Podejrzewa się go często o bywanie na bakier z prawem.

Jednak gdy zastanowimy się głębiej nad panującym stereotypem, może okazać się, że nie tylko nie oddaje całej złożoności problemu, a często wręcz zakłamuje rzeczywistość. Tylko czasem problem przebija się do publicznego dyskursu, za sprawą nieudanej wyprawy himalaisty, ale wówczas emocje obrońców rodziny zmarłego biorą górę nad społecznym wymiarem jego postępowania – gdy nie jest on w stanie obronić się ani wytłumaczyć – stając się łatwym celem tych, którzy wiedzą lepiej (jakich pełny jest Facebook).

Stereotypy to mają do siebie, że utrwalają poglądy często niesłuszne, ale zawsze aktualizowane w oparcie o widzimisię tych, którzy dominują w publicznym dyskursie. Polityczny punkt widzenia często zakłóca nam zdroworozsądkowy ogląd świata, każąc widzieć przestępstwa i cnoty tam gdzie ich nie ma.

Mam w pamięci całą linię rodową osób reprezentujących „lepszy” rodzaj pomagających. Oto ojciec rodu – rozdający pieniądze na oprawo i lewo obcym. Za stanu wojennego wręczający papierosy żołnierzom, stacjonującym na jednym z placów Warszawy, a odmawiający kartek na papierosy synowi i synowej – nałogowym palaczom. Wersalka starych pełna była flaszek wódki – stanowiącej walutę owych czasów, ale wnukom brakowało słodyczy i wędlin, które można było za sprawą owych „nieoficjalnych środków płatniczych” dzieciom zakupić. Przetrwała ona nawet nie tylko stan wojenny, ale i pierwsze lata III Rzeczypospolitej.

Syn owego dobroczyńcy, rozdawał profity swoim pracownikom (podzielił swoją nagrodę między nich), bowiem uznał, że oni też zasłużyli, choć nie otrzymali – nie pamiętając, że jego dzieci nie stać na dobre, zimowe ubrania i buty.

Rozważając podobne przypadki, po raz kolejny odkrywam, że kierujące społecznymi przekonaniami stereotypy, traktowane z nadmierną powagą i zaufaniem, prowadzą na manowce. U źródeł tego gatunku stereotypu leży przekonanie, że „bliższa koszula ciału” t.j. bliżsi spokrewnieni i przyjaciele niż obcy, ponieważ to co otrzymają bliscy, w jakiś sposób oddadzą w przyszłości, zrewanżują się darczyńcy – co jest jednym z wielu złudzeń. Rzekomo tak nakazuje biologia.

Moim zdaniem znacznie silniejszy jest pęd do podnoszenia swojej własnej wartości. Cóż może tu zrobić rodzina i bliscy? Oni już dawno znają delikwenta, także od gorszej strony i trudno zachwiać ich wyobrażeniem. Wszystko, co otrzymają, zapewne uznają za należne. Rzekomo tak nakazuje biologia.

Inaczej jest z profitami rozdawanymi obcym. Tutaj możemy snuć rojenia o naszej wspaniałej postaci, o naszej mocy i naszej wartości, podzielanej przez wdzięcznych obdarowanych. Uważamy się za lepszych, rozdając dobra nasze i nie nasze we własnej opinii i zdaje się nam, że patrzymy na siebie z pozycji władcy obsypującego złotem poddanych czy cezara rozdającego chleb i igrzyska.

Tylko dlaczego jeden rodzaj uznawany jest za lepszy niż drugi, często ścigany prawem jako prywata?

Walentynki odpięknione

Doskonale widzimy, jak inni upiększają rzeczywistość. Mam znajomą, nieco młodszą ode mnie, matkę jedynaka, wychowywanego w sporze z mężem z innego pokolenia i środowiska. Wszystko, co było trudne w jej życiu, minęło i teraz ona chce widzieć rzeczywistość w różowych barwach. Syn i synowa, wspaniali w jej opowieściach, odwiedzają ją raz na pół roku i zazwyczaj wtedy, gdy czegoś chcą. Są miłymi ludźmi, ale tak nastawionymi na wyłączność wobec siebie, że reszta świata ze starzejącą się, samotną matką, nie jest im do niczego potrzebna (chyba że w czasie kolejnej zagranicznej podróży potrzebny jest ktoś do zaopiekowania się ich kolejnym pieskiem).

Niestety, sami też to robimy, zapędzamy się w marzenia i rojenia o wspaniałym świecie naszej przeszłości  i tylko z rzadka udaje nam się to dostrzec. Mnie to udało się za pomocą snu.

Ja mam od dawna obsesję na punkcie przyjaciół: jacy to są wspaniali, ile im zawdzięczam. To ostatnie może być prawdą, chociaż to, co im zawdzięczam, przyszło wprawdzie za ich sprawą, ale wbrew ich woli, zazwyczaj. Obudzili mnie ze snu. Zmusili do działania, do walki itp. Po latach chcę w nich widzieć świetlane postaci mojego życiorysu i wierzę w to gorliwie od lat, chyba że obudzę się za sprawą pewnego snu. Wiara ta potrzebna była mi przez lata, żeby jakoś znosić przeciwności losu, wierzyć że mogę odmienić go w każdej chwili, gdy tylko zechcę Teraz jej już nie potrzebuję i świat zaczyna jawić się mi takim, jakim jest.

We śnie stałam się kolejną żoną kogoś, w kim się kiedyś bez pamięci kochałam. Los tej żony stał się moją udręką i koszmarem takim, że wstałam dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj. To był bardzo realistyczny sen. Obudziłam się i uznałam, że to, co napisałam wcześniej (poniżej), jako planowany Walentynkowy wpis,  jest jedną wielką bzdurą. Bo nie teraźniejszość z jej złudzeniami, ale przeszłość jest ważna.

Mam wieloletniego przyjaciela, który podobnie, jak ja, nie wychodzi z domu. Ja z powodu niepełnosprawności ruchowej, on z niepełnosprawności (ale nie ruchowej, tylko oddechowej)  i częściowo z powodu zahamowań. Poprosiłam go o zdjęcie jego ścian mieszkania, którego nigdy nie widziałam. Był dla nas kiedyś czas wyborów i ten czas minął  wiele lat temu.  Ongiś robił piękne fotografie mikroświata, zanim piękno kwiatów i przezroczystych skrzydełek, zjadło go, przemieliło i wypluło z przekonaniem, jak niewiele znaczy w świecie realnym. Ja się przebiłam przez ową  intelektualną kurtynę, (mimo, że  nie byłam zawsze świadomą jej istnienia), on został po drugiej stronie;  potem hodował bonsai, ostatnio próbuje rzeźbić. Wszystko po to, by nie wyjść z domu i nie zmierzyć się ze światem. Ja też tak mam, ale umiem sobie wyperswadować swoje ograniczenia (z niewidzialną pomocą innych moich przyjaciół).

Rozmawiamy o lekach przeciwbólowych, jak to babcie/dziadki, a jednak kiedyś zawdzięczałam mu najlepsze karty mojej opowieści, nagrodzonej, choć nie wydanej. Jego wierze w mój talent i jego przekonaniu, że dam sobie radę ze wszystkimi trudnościami, z oporem materii i bliskich mi osób. Jemu zawdzięczam, że obudziłam się ze snu, w jaki popadają czasem kobiety mające rodzinę i nade wszystko stawiające na dobre wykonanie, wziętych kiedyś na siebie obowiązków.

Wszyscy zresztą tak mamy, że nasze uczucia mamią nas i każą wierzyć, że mamy coś do zrobienia (na przykład za PRL-u wystać  coś w kolejkach dla dobra naszych rodzin i dzieci), że jesteśmy sprawcami naszych losów, a nie ofiarami sił, na które nie mamy wpływu.

G…no. prawda. Możemy się wspierać u schyłku, życia, żałując tego i tamtego. Ale wówczas, lata temu, czasy były zgoła inne. Świat wymuszał racjonalność, tyle było naszego, co udało się nam wyrwać wobec niesprzyjającego losu. Nie rozumieliśmy wichrów historii, mało rozumieliśmy siebie. Ceniliśmy (teoretycznie) spontaniczność, w życiu ona przerażała nas. Mój przyjaciel, gdy po zdanym egzaminie z filozofii, rzuciłam się mu na szyję, odepchnął mnie. Kobiety nie powinny przytulać facetów, z którymi nie były w związkach erotycznych – a my nie byliśmy, Miłość, to nie zawsze erotyka – to czasem  po prostu przyjaźń,  zrozumienie i akceptacja, jeśli oczywiście jest prawdziwa, nie udawana. Ale też akceptacja naszych fobii. I zrozumienie – jeśli jest.

Niuanse tamtego, przebrzmiałego już świata, z upływem czasu coraz mniej są dla nas zrozumiałe. Jak mogliśmy budować sobie swoje własne, więzienne klatki i wierzyć, że nas ochronią? Jak nazwać kogoś, z kim nie sypiamy, kogo nie całujemy, z kim tylko rozmawiamy? Kto ma zobowiązania wobec świata, podobne naszym zobowiązaniom? Jak przekonać się o jego oddaniu, skoro nawet w siebie nie wierzymy? Świat aktualny eksponuje erotykę, ale w świecie kobiet, który znał tylko obowiązki ,ważniejsze było uczucie bliskości. Nawet wydumane. Jednak to, co nie nazwane – nie istnieje. Odpowiedzialność zabija wyczuwanie pulsu świata.

My, starzy ludzie, czasem zdajemy sobie sprawę, że nasze życie nie układa się we wzór, powszechnie uznany, opisany, i taki, w stosunku do którego odnoszą się wszelkie komentarze świata. Niektórzy z nas, uświadomiwszy to sobie, chowają się w swoją norkę, zaprzeczają sobie współczesnemu, albo chowają się za parawany niejednoznacznej przeszłości, gdy wszystko jeszcze mogło ulec zmianie. Pewna kobieta, występująca chwilowo jako dziewczyna, opowiada mi swoje przeszłe doznania językiem zranionej nastolatki, Był taki ktoś, kto zafałszował jej korespondencję i sprawił, iż nie mieliśmy już do siebie zaufania… Tak jest, bywają tacy ludzie. Jednocześnie ja dziś już wiem, że wzajemne zaufanie albo jest, albo go nie ma. Wpływ osób z zewnątrz, jeśli następuje, świadczy o tym, że to zaufanie od początku nie było zbyt mocne. Mogło być naszym złudzeniem.

Teraz mój przykład. Byłam kiedyś, jako młodziutka dziewczyna, bardzo zakochana w kimś, kto zranił mnie tak bardzo, jak tylko może zranić zakochaną kobietę obiekt jej miłości. Na moich oczach przespał się z „łatwą” dziewczyną, głupią i brzydką, możliwe, że płatną. Zrobił to świadomie, bowiem jego zdaniem tej mojej miłości było mnóstwo za bardzo i uznał, że zdrowiej będzie sprowadzić zakochaną na drogę rozsądku. Pięknie brzmi, nieprawdaż? Wiele lat wierzyłam w jego dobre intencje i słuszną kurację odwykową, aż pewnego dnia zdałam sobie sprawę, iż moja miłość i moje zaufanie ochroniło go przed więzieniem. To, że zerwał związek potem a nie przedtem, było kluczem całej sprawy. To nie jego argumenty miały sens, choć wierzyłam bardziej jemu, niż sobie.

Wybrałam życiową drogę bezpieczną   Na starość trzeźwiejemy, ale też pytamy siebie, czy nasze wybory były słuszne. Owszem, były, ale nie dawały takiej satysfakcji, jak ewentualne niesłuszne wybory mogłyby ją nam dać.

Świat nie jest pięknym filmem, ani wspaniałą powieścią, zawsze jednak wolimy czytać i oglądać piękno satysfakcjonujące, niż rzeczywistą brzydotę. Walentynki potrzebne są nam, jak jeszcze jedna iluzja, w rodzaju polubień na FB.

Walentynkowe wyznania nie noszą piętna ostateczności, jak nosiły je czasy, gdy wybory uczuciowe mogły oznaczać życie lub śmierć. Najlepsze (moim zdaniem) moje opowiadanie mówi właśnie o miłości w czasach, gdy można było zniszczyć zakochaną osobę z racji poglądów politycznych lub sytuacji rasowej. Niestety, utraciłam prawa autorskie do tego tekstu. Ale wizja tamtych wydarzeń (autentycznych zresztą) stale plącze się w moich snach. Ja i moje pokolenie żyliśmy z traumą dramatów naszych bliskich, które dziś są przedmiotem dywagacji facetów z nażelowanym czubem i pewnością siebie dzieci szczęścia. Co oni wiedzą o prawdziwym życiu, o miłości i śmierci, o wyzwaniach sumienia? Czy zdarzyło im spotkać się z uciekającą kobietą chroniącą własnym ciałem niemowlę w kartoflisku?

Nie przypadkiem zresztą w tym roku Walentynki przypadają w środę popielcową. Może to czas, żebyśmy zatrzymali się i zastanowili nad naszymi fobiami i ewentualnie posypali głowę popiołem zamiast świętować miłość wszechogarniającą?

A co do fotografii „Nasze ściany”? Przyjrzyjmy się im i zrozummy, co oznaczają. Czy powiesiliśmy na nich naszych przodków, czy na najwyższej półce „myśliciela z Bali” czy wreszcie jakieś suche gałązki przycięte tak, aby były artystycznie piękne, ale zupełnie nie wolne?. Co nasza przestrzeń mówi o nas?

IMG_6765

 

Mania prześladowcza

Obserwuję coraz częściej, jak starsze osoby opanowuje mania prześladowcza. Zawdzięczamy to także ostrzeżeniem przed kradzieżami „na wnuczka” albo „na milicjanta” czy „na prokuratora”. Osiedla, mające wielu starszych mieszkańców, organizują nawet spotkania informacyjne z dzielnicowymi. W świecie starszych ludzi, otwartych na kontakty z innymi, świat przestaje być zrozumiały i przyjazny i w końcu nie wiadomo, co lepsze, być okradzionym, czy być nadmiernie ostrożnym.

Wczoraj siedziałam z moją rówieśnicą przy kawie i ciasteczkach w moim mieszkaniu i nadrabiałyśmy zaległości od ostatniego naszego spotkania. Wysłuchałam sprawozdania z pogrzebu pewnej 95-latki i z chorób znajomej. Posłuchałam o różnych rodzinnych zawirowaniach osób mi znanych i nieznanych, Same w sobie takie tematy są dołujące, a towarzyszyły im odgłosy karetek z niedalekiej przelotówki. Cóż, zima nie jest przyjazna starszym ludziom. Ale też dobrze nam robi uświadomienie sobie, że póki co, różne nieszczęścia przytrafiają się innym ludziom, nie nam. Czasem to podnosi na duchu.

Na mój telefon domowy (obecnie Orange, spadkobierca Tepsy, któremu ongiś nakazano udostępnić wszystkie numery konkurencji) zadzwonił jakiś człowiek i zapytał, czy kiedyś zgłaszałam awarię anteny zbiorczej. Owszem, zgłaszałam, a było to wcześniej, jak przed osiemnastu laty, kiedy robiłam remont mieszkania i nie miałam jeszcze kablówki obecnej firmy, bowiem poprzednia zakończyła swoją działalność, a moja spółdzielnia mieszkaniowa nie zgodziła się na współdziałanie kilku mieszkańców i wspólne połączenie internetowe. W każdym razie, były to lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Oczekiwali na ofertę firmy, która przyniesie  profity spółdzielni albo jej kierownictwu, a nie na działalność prywatną z zasięgiem na jednym piętrze. Wówczas oczywiście ważne było dla mnie posiadanie dostępu do anteny zbiorczej w bloku.  Przyszedł wtedy pan monter, wymienił gniazdko, nie ruszane od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zostawił jakiś kabel  z pyckiem na końcu, który do niczego nie pasował, a zwłaszcza do telewizora i zmył się. Antena zbiorcza, jak nie działała  wcześniej, tak nie działała dalej, ale w międzyczasie kablówkę przejęła inna firma i antena przestała mi być potrzebna. Teraz w ogóle, za sprawą Netfliksa, nawet kablówka potrzebna mi tylko jako dostęp do wiadomości, prezentowanych przez różne stacje komercyjne.

Tak więc wieczorową porą zadzwonił na mój numer telefonu domowego (utrzymywanego tylko przez moje lenistwo) pan, który zapytał, czy prawdą jest, że ongiś zgłaszałam awarię anteny. Odpowiedziałam, że istotnie, a było to więcej niż dziesięć lat temu. Na to on, że ktoś z pierwszego piętra nie ma zasięgu w antenie zbiorczej, a na drugim pietrze zamurowano otwór w ścianie kryjący gniazdko, więc jeśli ja nie zamurowałam, to chciałby na chwilę zerknąć i sprawdzić. Jestem na ogół otwarta na problemy techniczne w bloku, ale też dość ostrożna, więc kalkulowałam szybko: ktoś, kto powiązał mój numer telefonu stacjonarnego z adresem (o który nie pytał), musi istotnie mieć związek z administracją spółdzielni, w dodatku nie jestem w mieszkaniu sama, mogę więc na chwile wpuścić człowieka, co zrobiłam.

Za chwilę pożałowałam tego. Pan zachowywał się jak słoń w składzie porcelany, to znaczy między moimi kablami, na tyłach telewizorni. Dla normalnego człowieka to nie problem, jakieś ich rozłączenie. ale dla mnie ogromy. Nie jestem w stanie się pochylić, żeby sprawdzić wszystkie podłączenia, czasami więc po energiczniejszym sprzątaniu czekam kilka dni bez telewizji i internetu, aż trafi się ktoś, kto zrobi to dla mnie. Najniższa półka regału, za którą kryło się gniazdko, zawiera książki rzadko wyciągane i wyjęcie ich wymaga kogoś kto je włoży z powrotem. Tak więc pan przydeptał i szarpnął za jakieś kable, powyciągał książki, przy okazji kabel od klimatyzacji, poświecił sobie jakimś światełkiem za regałem, wyciągnął nieznego przeznaczenia przyrząd i potem niezdarnie usiłował przywrócić porządek. Był bardzo miły, ale też mocno zdziwiony, że w ogóle ktoś ma jakieś wymagania odnośnie szarpania i przydeptywania kabli i sprawdzaniu potem połączeń. Po prostu granice jego rozumienia świata starszych i niepełnosprawnych, były mocno ograniczone. Trochę mnie to bawiło, ale wówczas zwróciłam przede wszystkim uwagę na moją znajomą.

Była wobec pana mocno nieuprzejma i podejrzliwa. Zaglądała mu przez ramię, sprawdzała, niczym prywatny detektyw, panna Fischer, kobieca odmiana Sherlocka, co robi; wyrażała zdziwienie, że nie jest pewien, w którym miejscu przebiega kanał dla przewodów anteny, skoro za PRL na całym osiedlu gniazdka były w tym samym miejscu (jakby pan ten pamiętał PRL!)  i ostentacyjnie demonstrowała brak zaufania do niego. Ostatecznie to nie było moje zmartwienie, ale z zaciekawieniem poznawałam, nieznane mi wcześniej oblicze, skądinąd miłej i uprzejmej osoby.

Kiedy pan wreszcie opuścił moje mieszkanie, stwierdziwszy wcześniej, że u mnie też antena zbiorcza nie ma zasięgu; moja znajoma zaczęła mnie bardzo przepraszać za swoje zachowanie. Zażartowałam sobie trochę z nas, podejrzliwych babć i w ramach wyjaśnień usłyszałam długą opowieść o tym, że w dobie powszechności podsłuchów, wizyta każdego montera (w dodatku znającego prywatny telefon) jest mocno podejrzana. Twierdziła ona, że osoby rzadko opuszczające swoje mieszkanie, muszą się liczyć z takimi wizytami, ponieważ utrudnione jest tajne zakładanie im podsłuchów, w czasie ich nieobecności.

Oczywiście broniłam się, jak każdy naiwny, że nie mam nic do ukrycia, ale wyperswadowano mi, że nikt nie jest pewien, jaki jego kontakt może być podejrzany i powoduje instalację podsłuchów. Na moją uwagę, że dokładnie obserwowała ruchy tego pana i chyba nie zdołałby on niczego takiego zrobić bez zauważenia przez nią, wyśmiała moją bezbrzeżną naiwność.

Wiedziałam, że współczesność bardzo polaryzuje postawy ludzkie. Świat jest albo czarny, albo biały, brak mu szarości, a sprawom, niuansów. Wydawało mi się jednak, że podobne myślenie jest (przywilejem? udręką? właściwością?) ludzi młodych. Sądziłam, że ludzie starsi, którzy wiele przeżyli i przemyśleli, na własnej skórze doznali paroksyzmów propagandy lat tuż po II Wojnie Światowej, są odporniejsi na docierające do nich sugestie. Wszak moja towarzyszka (ani ja) nie mamy niczego „za uszami”, przebywamy w środowisku ludzi uczciwych i nie mających podejrzanych związków, czy kontaktów, powinnyśmy więc patrzeć na otaczający nas świat realnie i zdroworozsądkowo. Nawet gdyby wśród naszych znajomych ktoś taki się trafił, to ewentualny podsłuch okazałby się trafieniem kulą w płot. Uważam teoretycznie, iż karygodne jest nadmierne wykorzystywanie bez sądowej kontroli środków śledzenia obywateli, ale nie powinnyśmy sądzić z tego powodu iż same jesteśmy zagrożone. Ja na przykład (i moja znajoma) nie uważam się za zagrożoną kradzieżami „na wnuczka” i podobnymi, ponieważ nie jestem podatna na manipulacje (ona też). Skąd więc bierze się ta nadmierna, moim zdaniem podejrzliwość? Z ogólnej atmosfery?

Stawiam się w pozycji mojej znajomej i staram się zrozumieć tok jej myślenia. Ostrzeganie starszych ludzi przed przestępcami, ma swoje drugie, ciemniejsze oblicze. Nie pozwala spokojnie spać bez kilkukrotnego wstawania w nocy i sprawdzania, czy drzwi są zamknięte (jeśli często czegoś zapominamy), albo czy gaz jest zakręcony. Wyczuwalny w ostatnim czasie w Warszawie smog, wciskający się nocą przez rozszczelnione, dla dopływu świeżego powietrza okna, w połączeniu z sygnałami straży pożarnej i karetek dobiegającymi często z głównych ciągów komunikacyjnych, w zestawie ze słabym snem starszych ludzi, powoduje, że zrywam się z uczuciem, iż palą się gdzieś, jakieś kable. Może u mnie? może piętro niżej? Może w moim bloku? Uciekać czy dobudzić się?

Nie jesteśmy wolni na starość od naszych fobii, a współczesność tylko je potęguje. Wiadomo, że przechodząc przez pasy, trzeba mieć oczy z tyłu głowy, nawet jeśli nie wychodzimy z domu, że otaczają nas ludzie nieodpowiedzialni, a wielu z nich o złych zamiarach, ale nieustanne przestrzeganie nas przed nimi, burzy nasz wewnętrzny spokój. Dajemy się porwać urojeniom w sprawach nawet nam nie zagrażających. I wobec świata, zamiast uśmiechu i przyjaznej akceptacji ,mamy warczenie i lęk. Ów pan monter, wychodzący z mojego mieszkania, mógł pomyśleć sobie ,że trafił na dwie kopnięte wariatki i że starsi ludzie tak mają, słusznie się więc nikt nimi nie przejmuje. Nie zauważył zapewne, że generalnie jestem przyjazna światu (co obrazuje poniższe zdjęcie zrobione przez znajomą w chwilę po jego wyjściu. Nie zgadniecie jednak, co zawołała, żebym się uśmiechnęła! W każdym razie była to sugestia wobec pewnego polityka, zmyślna i dziwaczna.

IMG_6584

 

O miłości na przednówku

Przeczytałam gdzieś taki cytat:

„Miłość – to pierwsze słowo Boga, myśl pierwsza, jaka przemknęła mu przez mózg. Kiedy rzekł: – Niech się stanie Światło! – wtedy stała się Miłość. I wszystko, co stworzył, było doskonałe, i niczego już nie chciał przetwarzać.” Knut Hamsun (?)”

Jeżeli istotnie tak powiedział, to wykazał się znaczną naiwnością i brakiem rozsądku. Załóżmy, iż wiedział, co Bóg naprawdę pomyślał — to jeżeli istotnie Bóg tak pomyślał, to był jeszcze mniej rozsądny, niż jego apologeta. Jak bowiem ktoś, kto nadał Wszechświatowi martwemu i żywemu tak ogromną różnorodność, mógłby sądzić, że najlepsze jest to, co zastyga w niezmienionej formie i nie podlega żadnym zmianom. Jeśli istotnie Bóg jest Bogiem, powinien stworzyć system samonaprawiający się, bowiem zmiany zachodzą we wszystkich komórkach wszechświata, jedne korzystne inne nie (z różnych, także i boskich punktów widzenia), więc aby nie męczyć się ręcznym sterowaniem całym ustrojstwem, powinien stworzyć swego rodzaju autopilota, zastępującego go, gdy nie ma ochoty zajmować się wszechświatem (możliwe że tylko tym, jednym z wielu).

Akurat miłość nie jest tworem doskonałym, wręcz przeciwnie. Niektórzy historycy twierdzą, że jeśli dodamy do słowa „demokracja” przymiotnik, np. ludowa, robotniczo – chłopska, ateńska, obywatelska itp, to przestajemy już mieć do czynienia z prawdziwą demokracją, jako taką. Skoro więc miłość nie jest tworem jednorodnym, tylko posiada mnóstwo odmian, gatunków i podgatunków ( np: rodzicielska, matczyna, erotyczna, ojczyzny, przyrody, bezgraniczna – a więc znacznie więcej niż demokracja) nie jest prawdziwą miłością, tylko jej licznymi cieniami.

Podobnie ja widzę oddzielny rodzaj miłości – miłość na przednówku. Kiedyś mówiło się o miłosnych wyborach niektórych osób: z braku laku lub lepszy wróbel w ręku niż kanarek na dachu. Miłość na przednówku jest poszukiwaniem ciepła, skądkolwiek by przyszło, zaspokojenia głodu, czymkolwiek się da. Kiedy w przyrodzie jest zimno, ciemno, głodno i chłodno, pomoże nam byle derka, zaspokoi apetyt skórka od chleba. Sęk w tym, że w kulturze, gdzie prawdziwy głód i prawdziwy chłód spotyka się rzadziej niż kiedyś, ludzie na zadowalają się byle skórką od chleba. Cierpiąc głód, wyrzucają kilkudniowe pieczywo, bowiem są głodni na pizzę na przykład, albo na coś, co chwilowo nie jest dostępne. Powstaje więc w ich głowach chaos i nie wiedzą, czego naprawdę potrzebują. Budują więc w swoich mózgach idee i rzekomo dążąc do nich, zaspokajają się przypadkowo wykopanym korzonkiem ze zmarzniętej gleby, na wpół zgniłym i bez daty przydatności do spożycia.

W tym dążeniu do idealnej miłości powstają najpierw wyobrażenia o tym, jaka powinna być. I tak naprawdę to jest interesujące, a nie szczegóły opisu spożywania potrawy. W przeciwnym wypadku stajemy się podobni owej nastolatce, wypytywanej przez kogoś, czy naprawdę kocha swojego chłopaka i jak wyglądał jej pierwszy raz. Dziewczyna odrzekła, iż chłopak jest ideałem wręcz, bardzo go kocha, a pierwszy raz był super, bowiem odbył się w pościeli i pod dachem.

Skąd ten temat? Przeczytałam ostatnio bardzo interesujące dwa artykuły Justyny Karolak, omawiające błędy pisarzy w przedstawianiu spraw erotycznych w literaturze.

http://karolakowo.pl/pisac-sceny-erotyczne-literaturze-pieknej/

http://karolakowo.pl/pisac-sceny-erotyczne-literaturze-pieknej-czesc-ii-haruki-murakami/

Artykuły zawierają wykaz podstawowych błędów oraz przykłady literackie trafionych i nietrafionych fragmentów prozy w świecie kultury obrazkowej, z jaką większość z nas ma do czynienia. Autorka porusza problem nieodpowiedniego doboru słów do opisywanych scen, rozziewu między faktami, a wyobrażeniami; konieczności wyważenia między podniosłością, a zwyczajnością, namacalnością  oraz między stroną jasną, a ciemną w opisie doznań. Artykuły są bardzo ciekawe i warto się z nimi zapoznać.

Czytając je, wydawało mi się jednak, że autorka pomija w swoich rozważaniach coś niemniej istotnego. Przede wszystkim tzw. sceny miłosne są w literaturze prawie wyłącznie scenami erotycznymi, w dodatku takimi, które – jak trafnie zauważa – często powielają sceny z filmów, gdzie to, co tkwi w głowie bohaterów, nie może być przedstawione dosłownie, a wyłącznie w kontekście. Dlatego też dla mnie pisanie scen erotycznych w powieści jest w ogóle stratą czasu, zostawmy je sztukom wizualnym. Udając się na przedstawienie baletowe, nie oczekujemy, że tancerze będą spółkować na scenie, za to wnioskujemy o ich uczuciach z relacji z innymi bohaterami przedstawienia, atmosfery scen, gdy są ze sobą, szczegółów dekoracji i kostiumów, które nawiązują do pewnej symboliki związanej z miłością.

Opisy przyrody w literaturze, nieraz bardzo rozbudowane i finezyjne, sprawdzały się w czasach kina niemego i czarno-białego, lub wcześniej, gdy filmu jeszcze nie znano. Straciły teraz sens bytu, ponieważ inne media są w stanie skuteczniej oddać piękno lub brzydotę tego, co nas otacza i co każdy ma w pamięci z niezliczonych obrazków. Dlatego w literaturze zamiast opisów, wystarczają krótkie przywołania lub odniesienia.

Oczekiwanie więc po literaturze, że będzie pokazywała „szał ciał” łącznie z ich detalami, zapachem, dotykiem, wyglądem, energią itp. jest niewolniczym trzymaniem się sztampy,nawet gdy pisarz robi to z pewną erudycją, jak stawiany za przykład Murakami, który finezyjnie opisuje seks z prostytutką i ze zwykłą dziewczyną sprawiając, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, który opis dotyczy której kobiety.

Dla mnie osobiście, najciekawsze w literackich scenach miłosnych jest nierozładowane napięcie, nie mające żadnego odzwierciedlenia w podejmowanych czynnościach. Nie epatują mnie opisy wizualizujące scenę, ani erotyka z pogranicza zwyczajności,  ani wszystko to, co dostępnymi pisarzowi środkami, usiłuje on dokładnie i detalicznie przedstawić – z prostego powodu. Uważam, że literatura jest obszarem współpracy pisarza z czytelnikiem, gdzie ten pierwszy łaskawie pozostawia swojemu odbiorcy pewne pole do wyobraźni, wspominania własnych marzeń i fascynacji, porównywania ich, poszukiwania odpowiedzi na pytania tylko pośrednio związane z seksem. Wszak wykonywany seks jest kopalnią sensów – może być nie tylko przyjemnością, ale bywa też walką o władzę, próbą rekompensowania sobie doznawanej pogardy, realizacją wyobrażeń (mniej lub więcej udaną), upustem nagromadzonej goryczy i wreszcie, możliwością dostępną danej osobie, czasem dość ograniczoną. Bywa też marzeniem, które zaspokajać może po części coś zupełnie innego. W dodatku nie zawsze wiemy, z czym bohater powieści ma do czynienia; bowiem czasem on też tego nie wie. Prawdy możemy dociec jedynie z kontekstu. I to jest właśnie w literaturze fascynujące, a nie różne, nawet najlepiej skomponowane opisy scen miłosnych. Zawsze będą grzeszyć dosłownością.

Chyba… Chyba, że jest to właśnie miłość na przednówku, dostępna przeciętnemu zjadaczowi chleba w powieści o kolorowej okładce, napisanej krótkimi zdaniami (mniej niż 20 słów), o akapitach liczących nie więcej niż 4-6 wierszy, bez użycia przesadnie mądrych albo rzadko aktualnie używanych słów, starannie unikając strony biernej i zaprzeczeń. Produktem dla jej zaspokojenia sprzedawanym za niewysoką cenę, możliwie jak największej liczbie kupujących lubiących konkrety.