Teoretycznie a praktycznie

Z pewną przyjaciółką rozmawiałyśmy o młodej pisarce, która wydała dwie książki, świetnie opisujące i diagnozujące toksyczne związki, sama jednak od lat pozostającej w takim związku i nie potrafiącej się z niego wyzwolić.

Ja też należę do takich twórców. Całe życie poszukuję porozumienia z inną osobą i nigdy mi się to nie udaje. Teoretycznie przyjęłam, że jest to winą niewłaściwych wyborów, ale w dalszym ciągu wybieram niewłaściwych ludzi do takiego porozumienia, i, co gorsza, nie interesuje mnie porozumienie z osobami spoza określonego kręgu. Wiem jednak, że w tym kręgu, w którym poszukuję, nie znajdę go w żadnym wypadku. Perpetuum mobile, po raz kolejny, w historii świata, odtwarzane nie jako postęp, a jako wstecznictwo.

Panująca kultura patriarchalna nauczyła mnie oczekiwać sukcesów wyłącznie w wypadku dokonania ustępstw wobec oczekiwań społeczeństwa i w granicach przez to społeczeństwo wyraźnie zaznaczonych. Jako kobieta rocznik 1942, nie powinnam oczekiwać zrozumienia od mężczyzn ukierunkowanych intelektualnie, ponieważ partnerów w dociekaniu praw świata poszukiwali oni wyłącznie wśród mężczyzn. Jako dziewczyna rocznik 1942, nie mogłam poszukiwać zrozumienia wśród mężczyzn zwyczajnych, ponieważ z powodu licznych uczuleń na ówczesne kosmetyki, nie byłam w stanie poprawiać swojej urody. W dodatku nie wierzyłam w swoją atrakcyjność złośliwie do dziś określaną jako „soute”. W sosie własnym, czyli „Jakim mnie stworzyłeś Panie Boże – takim mnie masz”. Podstawowe składniki kosmetyków i leczniczych maści w PRL były tylko 2 – lanolina i alantoina (co ostało się do dziś). Nie mogąc poszukiwać zrozumienia na drodze znaczenia, znajomości, urody i nie mając zadatków na sukcesy w dziedzinie intelektualnej, wegetowałam gdzieś na obrzeżu aktywności dostępnej młodym dziewczynom, niepewnym co do własnej tożsamości i walorów. Po latach ocknęłam się z ówczesnego marazmu i wystrzeliłam w nieznany świat (za sprawą wiary w moje możliwości pewnego mężczyzny, zresztą nie budzącego zaufania u rozsądnych ludzi.) Jako staruszka rocznik 1942 nie spełniam wymogów współczesności co do wyglądów, zachowania i statusu, choć, dzięki Bogu, czytelnicy mojego bloga nie zawsze mają świadomość z kim mają do czynienia.

Jako tak bardzo doświadczona kobieta, życiowo oblatana w stereotypach, co najmniej z ubiegłych 50-ciu lat, nie powinnam była dalej, z uporem maniaka, poszukiwać zrozumienia. Powinnam, jak inne babcie, podziwiać pokolenie wnuków i prawnuków, poszukiwać w nich realizacji swoich najskrytszych marzeń (pozbawionemu atrybutów kobiecej  seksualności widzi się świat wyraźniej i trzeźwiej). Przykro mi, ale tak nie jest. Nie chcę być babcią czy ciocią, która siedzi na kanapie i ma wszystkim wszystko za złe, ale, mimo najszczerszych chęci mój sceptycyzm wobec świata woła o uwagę.

Moja zagraniczna przyjaciółka w trosce o moje samopoczucie w letniej grypie, wymyśliła rozwiązanie pozwalające mi uniknąć wypełniania trzydziestu paru stron ankiety i zwierzania się urzędowi państwowemu z wstydliwego statusu niektórych krewnych, dla uzyskania pełnopłatnej pomocy opiekunki MOPS-u w wymiarze 3 godzin tygodniowo/. Polegało ono na zakwaterowaniu młodej dziewczyny, poszukującej pracy w Warszawie, w zamian za niewielką pomoc w gospodarstwie domowym.

Od razu zaznaczam, że dziewczyna jest bardzo miłą i chętną do pomocy, cóż, kiedy wychowanie i społeczne jej przystosowanie, nijak się ma do oczekiwań starszej, niedzisiejszej pani.

Oczekuje ona zdefiniowania swoich obowiązków (choć swoje prawa uważa z góry za ustanowione wyższym przekazem). Jej obowiązki to rzeczy, które może wykonać w czasie wolnym od pracy, towarzyskich spotkań, zajęć sportowych i innych. Mnie zaś trudno definiować coś po północy, gdy wraca do domu, bądź gdy wpada doń na chwilę z buzią w telefonie. Żeby o coś poprosić, trzeba mieć do czynienia z kimś, kto chce z tobą rozmawiać, a nie z internetową chmurą. Szykuję się, że gdy wróci do domu, to poproszę ją o złożenie suszarki do prania, kupienie mi bułek czy może zaniesienie do przychodni wniosku o receptę – nie mówiąc już o wstydliwym pomyśle, żeby w czasie prysznica umyła mi plecy czy obcięła paznokcie albo podniosła parę rzeczy z podłogi, po które nie dam rady się schylić. Nic z tego – rozmowa trwa, gdy dziewczyna wchodzi i wychodzi z domu. Słysze tylko zgrzyt zamykanego zamka.

Jest w tym połowę mojej winy. Nie potrafię przerwać cudzej konwersacji, wstyd mi prosić o przysługi osobiste ( młode dziewczyny nie lubią oglądać  starych, pomarszczonych ciał – co dowodnie widać na wpisach  na FB). Z doświadczenia wiem, że moje przyjaciółki ani krewni nigdy nie podjęli się obcięcia moich paznokci u nóg, co skutkuje koniecznością wizyt pedicurzystki, raz na miesiąc, za odpowiednią opłatą. Kobiety mojego pokolenia, które pochowały mężów, umierających i złośliwie sikających na ścianę – nie uznawały by tego za szczególną uciążliwość. Ale teraz one same potrzebują pomocy. Kalendarz, niestety!

Jest jednak wina społeczeństwa jako takiego, lekceważącego potrzeby osób niepełnosprawnych. Czy naprawdę muszę szukać daleko, żeby ktoś umył mi (szczotką, nie dotykając ręką ciała) plecy, nasmarował kremem nogi, z których sucha skóra złuszcza się płatami, pomógł spłukać włosy, gdy z bólu nie mogę podnieść rąk w górę? Czy koniecznie muszę wcześniej wypełniać trzydzieści parę stron ankiety, ustalającej ewentualne prawa alimentacyjne do krewnych za granicą? Czy muszę spowiadać się z osobistych uzależnień? Z tego ile razy w tygodniu zdarza mi się wypić lampkę wina?  Ilu mam przyjaciół, odwiedzających przynajmniej raz w miesiącu!  A jeśli moi przyjaciele, to „frakcja intelektualna”, których nie chcę mieszać w swoje problemy cielesne? Czy muszę przerywać cudzą filozoficzną konwersację, może bardzo ważną, żeby wyartykułować swoje potrzeby?

Moja przyjaciółka ze Szwecji namawia mnie do wizyty u niej. Moje serce wyrywa się, ale mój rozsądek mówi mi: „kochana, nasze rozmowy, nasz kontakt, nasze porozumienie, nie powinno łączyć się z obowiązkami. Ja jestem z PRL-u i z Polski, gdy wszak PRL nie minął, wręcz przeciwnie. To pewnik: gdy nie jesteś w stanie panować nad swoim światem, nie jesteś nic warta. Żyjesz Ulu w innym świecie, nie znającym polskich ograniczeń. Ja muszę je opanować, zanim zdecyduję się Ciebie nimi obarczyć. Mój ból powinien obarczyć jedynie mnie. Wszelkie rozwiązania pośrednie nie sprawdzają się.

Przykro mi też Saro, jesteś przemiłą dziewczyną, ale nasze światy nie mają punktów wspólnych. Nie czuję na siłach objaśniać  Ci na nowo świat praw i obowiązków człowieka. Po prostu oczekuję na koniec moich zobowiązań wobec świata  poczucia wielkiej ulgi. Już nic nie muszę i nic nie potrzebuję.

Teoretycznie.

Wypożyczalnia nr 140

Gdy byłam młodą dziewczyną, nie stać mnie było na kupowanie książek, byłam więc częstym gościem rozmaitych wypożyczalni. Jako „połykaczka słowa drukowanego” – jak złośliwie określała mnie rodzina, mająca wątpliwości, czy czytając tak szybko, można przyswoić sobie właściwe treści; znałam wszystkie żoliborskie wypożyczalnie i wszystkie zatrudnione tam panie. Na ogól były to starsze panie (dla mnie, młodej dziewczyny, kobiety po 40-tce), pracujące tam dla niewielkiej pensji i spokojnego zatrudnienia. Uwielbiały katalogowanie, spisywanie, wypełnianie bibliotecznych kart i szacunek, jakim darzyły je dzieci i młodzież; nie znosiły czytelników/czytelniczek, które prosiły o wybranie stosownej dla nich książki, ponieważ same nie znają się na literaturze, a czymś trzeba wypełnić czas. Dla informacji  młodzieży dodam, że w roku 1956, obejrzałam pierwszy program w telewizji na ekranie Belwedera wielkości pocztówki, w towarzystwie ze trzydziestu sąsiadów pewnej dyplomatycznej rodziny, której córka była moją szkolną koleżanką.

W tamtych latach, jak z powyższego wynika, wyłącznie książka była oknem na świat, odmienny od szarego i nudnego wyobrażenia o prawomyślnym środowisku komunistycznego,  szarego człowieka, który, nawet będąc kucharką, nadawał się do rządzenia. Bowiem kucharce potrzebna była jedynie wiara w słuszność naszej ideologii, a nie wiedza, czy fachowość (jak twierdził sam wielki towarzysz Lenin). Radio serwowało program naładowany wyłącznie polityczną propagandą, a jedynie literatura (poprzez tanie wydania klasyki walcząca z analfabetyzmem), udostępniała niewielkie odmienności i odchyłki od standardu  (tak, tak, znacząca liczba ludzi nie umiała wówczas czytać i pisać!). Ludzie nieco odmienni od reszty populacji mieli przechlapane (jak dziś w Korei Północnej, w którym to kraju odnajduję echa mojego dzieciństwa). Ja też, ku mojemu ubolewaniu, różniłam się nieco od wymogów – przede wszystkim nie byłam kucharką. I czytałam zbyt szybko, pomijając fragmenty których, nie uznawałam za istotne. Byłam leworęczna (to  ówczesne kalectw, raz) i nie umiałam sylabizować – (dwa), co było podstawą ówczesnej nauki czytania. Ale przeczytałam wówczas, jako kilkunastoletnia dziewczyna, w „Literaturze na Świecie” fragmenty tekstów Jeana Geneta i zrozumiałam wówczas, że miłość nie jest czymś ograniczającym się do jednej płci, a jej piękno i siła nie leży w stereotypach, tylko w literackim odwzorowaniu uniesień. Takich odkryć literackich było więcej i dotyczyły różnych sfer życia człowieka. Nie koiły mojego prywatnego bólu, ale pozwalały go oswoić i przetworzyć, początkowo niezdarnie i nieudolnie, z czasem coraz bardziej zgodnie z zamierzeniem.

Nic więc dziwnego, że kiedy ukończyłam szkołę i dostałam się na studia, pierwszej pracy szukałam w żoliborskiej wypożyczalni książek. Zarabiałam grosze, ale kochałam swoją pracę. Owe panie od katalogowania miały problem z polecaniem czytelnikom poszczególnych pozycji, bowiem generalnie same nie lubiły czytać. Najprzyjemniejszym zajęciem było dla nich siedzenie przy dużym stole i naklejanie ex-librysów klejem sporządzonym z wody i mąki i gadanie o dzieciach i wnukach. Gdy więc trafiła im się dziewczynina, która to lubiła i znała wszystkie nowości literackie, ba, była w stanie podyskutować o nich z upierdliwymi staruszkami, hołubiły ją, a nawet przygotowały mi w najdalszym kąciku stanowisko do czytania/przeglądania wszystkich nowości, a potem wpisywania na maszynie informacji o treści książki na karcie katalogowej (nie było wówczas zwyczaju drukowania na okładce informacji o o książce, czasem tylko na tzw skrzydełkach zamieszczano informacje o autorze, jeśli był ważny). Wszystkie upierdliwe babcie w poszukiwaniu czytelniczych miłości kierowano do mnie. Byłam w tym specem, choć osobiście powieści w rodzaju Rodziewiczówny „Między ustami a brzegiem pucharu” przyprawiały mnie o mdłości. Dopiero dziś, po latach, gdy jestem już starą kobietą, doceniam wiktoriańskie powieści i cały ich drobiazgowy opis kultury, która choć wyrafinowana, przeminęła wraz z epoką i została zastąpiona prostszymi symbolami.

Potem przeszłam do pracy w Bibliotece Narodowej, ale to już całkiem inna historia.

Była to najprzyjemniejsza praca, jaką w życiu wykonywałam, niestety nie dałam rady się z niej utrzymać. W tamtych czasach minimum pensji wynosiło netto (bez podatku – nie było ich) 1500 zł, ja zarabiałam 800 zł.

Potem moje życie i status materialny się zmienił, stać mnie już było na kupowanie książek i gromadzenie ich w mieszkaniu. Księgozbiory jednak nie były trwałe, pierwszego pozbyliśmy się z mężem po urodzeniu dzieci, sprzedawszy go za grosze, z powodu konieczności zakupu wielkiej ilości pieluch tetrowych i pralki Światowit, do ich prania, drugi wywędrował nie tak dawno w związku z przystosowaniem mieszkania dla osoby niepełnosprawnej. Kilka lat zamawiałam książki w księgarniach internetowych, dopóki nie odkryłam iż reklamują zwykły szajs, nie próbując nawet sugerować literatury wyższego lotu.

Tak doczekałam do dnia dzisiejszego, czytając po raz wtóry stare pozycje, które ocalały z pogromu (muszę dodać, że w zamierzeniu selekcja tytułów nie powiodła się i zapanował chaos, eliminując pozycje, na których mi zależało, a pozostawiając chłam, który nadawał się do wyłożenia na parapecie okna na parterze mojego bloku, w sąsiedztwie nakrętek na cele charytatywne.

I oto przeczytałam w gazetce osiedlowej, że nowo powstała wypożyczalnia dostarcza osobom niepełnosprawnym książki do domu, zmobilizowałam więc wnuka, żeby zawiózł mnie na wózku inwalidzkim do tejże wypożyczalni. To była bardzo owocna wyprawa (nie licząc wiatru we włosach  i innych rozkoszy przebywania na świeżym, powietrzu.)

Współczesna wypożyczalnia okazała się całkiem czymś innym niż ta sprzed lat. Możliwość szperania w księgozbiorze za pomocą internetu, dodawania tytułów do schowka i inne udogodnienia, zaćmiły trudy dostania się wózkiem na piąte piętro (z windą, ale i z ograniczoną możnością manewrowania wózkiem w skąpo zaplanowanej przestrzeni). Tak czy siak wypożyczalnia 140 to nie sąsiedni sklep Żabka, gdzie flaszki z napojami wypełniają wolną przestrzeń między regałami, nie pozwalając osobie na wózku dostać się gdziekolwiek, a senne sprzedawczynie, o buziach nie skażonych myślą i ustach, nie umiejących wypowiedzieć sensownego zdania, za to demonstrujące pogardę dla osób nie będących młodymi, umięśnionymi i wytatuowanymi mężczyznami, nie wyrażają najmniejszych chęci, żeby ruszyć tyłek i coś podać.

W wypożyczalni przemiła młoda i ładna kobieta (wiele uroku ludzie zawdzięczają jednak myślącym obliczom!) wprowadziła mnie z grubsza w tajniki współczesnej wypożyczalni, jakże odmiennej od tej, sprzed lat! Internetowy katalog, możliwość korzystania ze schowka, zdalna rezerwacja  i szeroka informacja o książce, a także poszukiwanie i rezerwacja w innych wypożyczalniach w dzielnicy! Wpadłam jak śliwka w kompot, zalogowałam się i utonęłam w księgozbiorze!

Niestety, cudowne wrażenia mijają, gdy zetkną się z prawdziwym życiem. To, co stanowi podstawę literatury – język – ulega przemianom dla niej niekorzystnym.  W „Tosterze Pandory” czytam artykuł o języku, napisany przez Leonarda Jaszczuka, reklamowany jako: „Nadzwyczajnie fascynujący artykuł pióra Leonarda Jaszczuka – podnoszący temat wolności słowa w Internecie oraz przemiany międzywiekowej (wiek XX i XXI), która przez cały czas dzieje się, odbywa, toczy, zazębia i postępuje, ponieważ jest ona… procesem. Bardzo polecamy tę zwartą lekturę publicystyczną.”

Nie do końca zgadzałam się z konstatacją artykułu, że współcześnie słowa odzyskują treść i znaczenie. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem ich znaczenie zostaje świadomie przesuwane w innym kierunku przez reklamę ale też i propagandę. Znaczenie słów zostaje spłycone, dopasowane do potrzeb nie odbiorców i posługujących się nimi rozmawiających ze sobą osób, a do potrzeb biznesu.

Moje dywagacje zostały przez autora artykułu podsumowane jak bredzenie głupiej kobiety. Napisał on „Obawiam się, iż takie postrzeganie świata wiąże się poniekąd z analizą zawartą w tekście, aby akceptować wyżej wymienioną konkluzję, trzeba być aktywnym udziałowcem interaktywności. System zero – jedynkowy. powoduje obcięcie aparatu krytycznego sprowadzając analizę na jeden tylko format postrzegania rzeczywistości jako powidoków telewizyjnego młynka do mielenia ,,czekolady””. Sam styl tej wypowiedzi dowodnie oznacza degradację języka, który zatraca swą melodię, zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, nie stając się w zamian precyzyjniejszym.

Nie wytrzymałam tego bleble i odpysknęłam: „Chyba wszyscy, tak czy inaczej jesteśmy „aktywnymi udziałowcami interaktywności” i zarzut „obcięcia aparatu krytycznego” wyraża poczucie wyższości w stosunku do jednostek mniej aktywnie zarządzających swoją osobowością, ba, nawet nie zarządzającą nią w pełni świadomie. Jednak uczestniczymy w kształtowaniu języka i czasem świadomie oceniamy zmiany, co bądź by o nas nie mówiono i czego nie zarzucano, a także bez względu na to, z jakiego rodzaju słowników korzystamy.”

Moglibyśmy tak dłużej toczyć naszą dyskusję, gdyby nie dzisiejsza rozmowa z pewną młodą dziewczyną. Powiedziała mi, że czuje się nieswojo, rozmawiając z kimś twarz w twarz, zwłaszcza, gdy ktoś na nią patrzy. Zapewne do tej pory patrzyła swoim rozmówcom ekran w ekran. Przypomniała mi jakieś staroświeckie porady, że polując na tygrysy, nie wolno patrzyć im w oczy i w ogóle dzikie zwierzęta nie znoszą walki na spojrzenia. Przypomniała mi także moje młodzieńcze problemy z wytrzymywaniem wzroku innych ludzi, co rzekomo dowodziło szczerości i uczciwości.

Nie tylko język zaczął wyrażać splątanie współczesności, popadł w obsesję nie określania bezpośrednio niczego, zwłaszcza ważnego; weszło to też na spojrzenia, na dotyk i na zrozumienie. Wszystko to stało się sygnałem, nie do końca zrozumiałym i rozmytym, jak język prawników, urzędników i polityków. Świat przestał wabić skomplikowanym szaradowym wyrafinowaniem, przeobraził się w prymitywny spektakl, o nie zdefiniowanych regułach, odnoszący swój największy triumf w imprezach sportowych.

W końcu jak napisałam w pewnej dyskusji o KK i piłce nożnej, jako religiach współczesności:  „A ja sądzę, że to przemyślana strategia. Gdyby kibole nie mogli się pobić po meczach, napadaliby na spokojnych ludzi na ulicach. Gdyby kibice i ich dziewczyny nie mogły rzewnie płakać po przegranym meczu, ludzie zapomnieliby, że można z jakiegoś powodu czuć smutek. Gdyby nie te flagi, szaliki itp., ludzie zapomnieliby skąd i po co są. Gdyby nie wściekli się na mistrza Nawałkę i swoich idoli, mogliby wściec się na takiego czy innego z rządzących i zrobić jakąś rewolucję. No i wreszcie, jest to rozrywka dostępna także dla najgłupszych debili – jaką drugą znajdziecie? Uważam, że w Polsce obecnie sport jest bardziej potrzebny niż religia. Rozumieli to już starożytni, domagający się chleba i igrzysk. Gdy ich brakło, imperia upadały.”

Przykro mi, ja nie pasuję do tego świata. Dobrze, że zanim umrę, mam dostęp do wypożyczalni nr.140.

 

 

Ta świetlana postać

Odpowiadając Adze:

Irytują mnie celebryci i celebrytki. Nie ze względu na to, kim naprawdę są (wszak nic o nich nie wiem, nie znam ich osobiście), ale ze względu na to, że cała masa chłamu informacyjnego, który ich otacza, jest nie do przebrania, nie do oddzielenia ziarna od plew. Nie chce mi się w tym grzebać, jako że nie uważam, aby miało to jakikolwiek sens; i nawet, jeśli wyrobię sobie na nich uprawniony pogląd, to nic z tego nie wynika. W dodatku jakakolwiek rzucona przelotem opinia, że życie i poglądy tej osoby mnie nie interesują, wywołuje falę agresji i stanowcze żądanie, abym uzasadniła swoją opinię. A ja nie chcę jej uzasadnić, musiałabym studiować życiorys tej osoby, może ją poznać osobiście, a uważam to za stratę czasu, którego i tak nie mam zbyt wiele. Wystarczy mi, że jeśli wprowadzę do wyszukiwarki jej nazwisko i wyświetla mi się z dziesięć poddziałów typu: X partner, X wzrost, X figura, X włosy, X dokonania, nawet X Barbie itp. Może to całkiem fajna osoba, ale ja mam jej dosyć przez medialny szum, który najwyraźniej akceptuje, a nawet nim zarządza.

Czy moim obowiązkiem jest uzasadnianie każdej myśli, która przepłynie mi przez głowę, gdy dzwoni ktoś wieczorem i przerywa moje wyciszenie opowieściami, które średnio mnie interesują (zaangażowanymi oczywiście, a jakże!). Mój brak entuzjazmu dla jakiegoś pseudostrajku, o którym nic nie wiem i w który nie zamierzam się wgłębiać, prowadził akurat do tej kobiety. Niewiele o niej wiem, poza tym, że wszędzie jej pełno, aż za bardzo.

Ostatnio adoptowała dziewczynkę i wszystkie pisemka dla głupich kobieciątek, wszelkie „Pudelki” i Plotki” pełne były ochów i achów. Wówczas ona, prawdopodobnie  dla podniesienia temperatury publicznego zaangażowania, oznajmiła, iż adoptowała nie jedno, lecz kilkoro dzieci – oczywiście w egzotycznych krajach, do których daleko i w których dochód na 1 mieszkańca wynosi coś koło dolara dziennie,w  jakimś Kongo Zimbabwe, czy Burundi, z rocznym PKB około 300$. Uzasadniała to oczywiście, a potakiwacze tłumaczyli ją, że nie jest ona Angeliną Jolie, tylko lepszym jej wydaniem, bowiem nie wyrywa dzieci z tamtego środowiska, nie wtłacza im do głowy europejskich wartości…itp itd.

W sumie to fajna adopcja, podobnie jak adoptowanie śnieżnych panter, czy dzieci poczętych, gdy oznacza ona naprawdę jedynie wydatek kilku dolarów, bez obowiązków adoptującego. Nasza celebrytka nie musi czuwać nad łóżkiem dziecka, gdy choruje, nie zna, ani nie chce zapewne poznać jego języka, żeby snuć mu bajki i pocieszenie w dziecinnych zmartwieniach, nie musi mierzyć się z trudami prawdziwej adopcji. I w dodatku jest lepsza, niż jakaś obca celebrytka Angelina Jolie.

Ale wracam do mnie. Ja mam rzekomo obowiązek uzasadniać swoje zdanie na jej temat! Wokół mnie umierają lub chorują ludzie, z którymi emocjonalne związki sięgają daleko głębiej niż  z  ową celebrytką, prezentowaną przez jedną z telewizji, kobietą, która wszędzie już była, wszystko widziała i ze słodkim, wystudiowanym  uśmiechem sugeruje nam, z kogo winniśmy brać przykład. Jestem w cichej żałobie po nich, po tych, którzy dla mnie wiele znaczyli, nawet nie prywatnie,  a w tym samym czasie społeczeństwo domaga się ode mnie określenia pozytywnego stosunku do kogoś, do kogo pozytywny stosunek wymuszają media i żądaniu temu ulegają z pozoru całkiem rozsądni ludzie. W takiej wszechstronnej osobie  nie każda z kobiet znajdzie cechę, z którą się utożsamia. Jednego pociąga, że wspina się w Himalajach, innego, że adoptuje jakieś dzieci i że wygłasza jednemu z nich sentymentalne przemowy na temat zmarłego tatusia, jeszcze innemu, że ma pieski lub kotki, wreszcie komuś, że ma stanowcze zdanie na temat ochrony środowiska, nawet jeżeli specjalnie na tym się nie zna. Komuś to (jak mawiano w czasach słusznie minionych – zwisa kalafiorem). Moje zdanie na temat, które butelki lepsze: plastikowe czy szklane, nie ma najmniejszego znaczenia. Decydują o tym koncerny, a nie kupujący w sklepach. Tak jak w sprawie torebek – w co mi zapakują, w tym wezmę. Tak więc przekonywanie mnie mija się z celem. Podobnie jak reklama na skrzynce pocztowej, każąca mi powiedzieć, czy jestem za czy przeciw. Ciekawe, że nie pytali mnie, zanim nie uchwalili ustawy. Niech owa celebrytka przekona choć jeden koncern! Mnie może spokojnie sobie odpuścić.

Tymczasem celebryci/tki stali się wzorem wszechstronnym dla ludności naszego grajdołka i biada temu, kto widzi w nich jedynie osobę skutecznie zarządzającą swoim publicznym wizerunkiem, traktowanym jak osobowość. Z przykrością donoszę, że owej kobitce, którą mam na myśli, właśnie osobowości brakuje. Wszystko zresztą jedno. Gorzej, że pewna moja znajoma, skądinąd mądra kobieta, usiłuje wymusić na mnie  uzasadnienie mojego stosunku do owej celebrytki. Nie lubię jej po prostu i tyle. Im bardziej moja koleżanka na mnie naciska, tym mniej lubię tę X-Barbie.

Może na tym właśnie polega moja wolność , że mogę sobie darować opowiedzenie się po jakiejkolwiek stronie. Z czasów głębokiego PRL pamiętam, że kto  nie był z nami, ten był przeciw nam.  I dzisiaj dalej tak jest, choć niewiele osób rozumie wolność, jako nie opowiadanie się po którejkolwiek stronie. Więc przypominam:

Ten, kto stoi z boku, ma do tego prawo, a czasem widzi więcej. Szanujmy to i dajmy mu spokój. Każdy ma prawo do prywatnego świata, poza prezentowanymi przez publiczne media. Tak, jak ja mam prawo do olewania  meczów piłki nożnej i nie interesowania się tym, co piłkarze jedli na podwieczorek, a co ich żony i dziewczyny myślą o problemach swoich mężczyzn i jakości deseru.

Poeta zagubiony w wewnętrznym mroku

Niedawno w Holandii zmarł młody człowiek, świetny, choć nieznany i niedoceniony poeta, zagubiony w swoim wewnętrznym mroku, bezskutecznie balansujący na krawędzi rzeczywistości – Błażej Sędzikowski. Nie jestem pewna, czy pisał coś w ostatnich latach życia; mam tylko jego wcześniejsze wiersze, z okresu naszej znajomości. Porywała mnie zawsze melodia jego wyobraźni i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie udało mu się przebić do artystycznego świata, wszak na to w pełni zasługiwał.

Możliwe, że poezja przychodziła mu zbyt lekko, a sukces zbyt wolno; może myślał wierszami, oczekując natychmiastowego zrozumienia, a odpowiadano mu najpospolitszą prozą. Możliwe że zgubiło go miasteczko, w którym się urodził i późniejsze wojaże po Europie nie zdołały zmazać tej skazy. A ci, którzy go rozumieli, kochali jego poezje i próbowali pomóc. widać niewiele mogli, a on nie miał wystarczającej determinacji, żeby czekać. Czekać – nie wiedząc na co i nie mając żadnej pewności, że się doczeka.

...i za czym tak gonić, przed czym uciekać
przecież nie goni człowieka bezpieka
tu żadnej walki nikt z nikim nie toczy
tylko sam z sobą bój na butelki i papierosy

to wszystko już zgrane, to wszystko już było
ten sen już wielu na wylot prześniło
tych którzy wśród słów się błąkają jak dzieci
kiedyś to byli wielcy poeci

dziś już nie ważne, bo dzisiaj już nie ma
tych ekstaz, pożądań, skończony poemat
rockmeni igłami zdzierali tą płytę
po co wciąż serce szprycować mitem ?

Od młodzieńczych wierszy, śpiewnych i poetyckich, jakby stworzonych do wykonania z towarzyszeniem gitary, poprzez pesymizm okresu, gdy samorealizacja przestała być w zasięgu ręki ( nie mógł znaleźć pracy, uczęszczał m,in na kurs spawaczy) do powiewu optymizmu, gdy  stał się mężem i ojcem, jego wiersze ze szczerością i ogromną siłą sięgały  głąb wewnętrznej ciemności, która nigdy całkowicie nie znikła, aż wreszcie go pokonała.

JAK POWSTAJĄ BAŚNIE

        I tak będzie co ma być
        to co stoi będzie stać
        deszcz cichutko będzie mżyć
        a ja tobie będę grać 

        O jak pięknie pachnie maj
        kwitnie raj kwiatów tysiącem
        ty w tym raju jesteś naj
        długo nic a potem słońce 

        Ty owoców weźmiesz garść
        będę z twoich rąk je jadł
        czyż ich nektar nie jest wart
        by go ciągle Bogu kraść 

        Świtem uciekniemy w las
        po diamentach rosy
        gdzie korony drzew jak płaszcz
        jak baldachim wiecznej nocy        

        Tam aż do utraty tchu
        ścieżkami zwierząt
        pijani tajemnicą mchu
        białym winem swego ciała 

        Potem poznamy sekret wiedźm
        zioła, uroki, zaklęcia
        których magiczny karzeł strzegł
        tam gdzie kończy się tęcza 

        Nie, nie wchłonie nigdy nas
        czarna, kosmiczna pustka
        fantastyczna podróż trwa
        w dół po drugiej stronie lustra 

        Wiem maleńka, że to grzech
        lecz mnie nie nudź słów rozpaczą
        czasem trzeba skończyć źle
        żeby w ogóle móc coś zacząć 

        I tak będzie co ma być
        lecz nie zrozum mnie opacznie
        kocham ciebie co tu kryć
        właśnie tak powstają baśnie 

 

TRZEBA BYŁO ROZSTRZELAĆ POETĘ

Tamtego dnia pełnego stłuczonych butelek
na stołach, pod łóżkiem w śmietniku na dnie
mojego umysłu pęknięty bębenek
upadł potoczył się sam nie wiem gdzie

Dnia gdy uśpione puste listki tabletek
nie zamieniły mi jawy na sen
trzeba było rozstrzelać już wtedy poetę
gdy cierpieć zaczynał rozstrzelać go wiem

Tak trzeba było , już wtedy był powód
by koła żelazne mu przypiąć do nóg
albo rozpędzić widziadeł korowód
i zamiast pióra do ręki dać pług

Teraz za późno gdy skrzydła wezbrały
powietrzem gorącym jak krew wilczych serc
cierpienie minęło , lecz wiersze zostały
wielkie i straszne , trujące jak rtęć

Błażej pisał także opowiadania, a jedno z nich zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Opowiadanie w zasadzie było o śmietnikowym kocie i jego towarzyszach, polujących na kocie przysmaki, reklamowane powszechnie, choć o nie jednakowej wartości; ale w istocie dotyczyło losu outsidera i postępującego procesu uzależnienia. Miało niesłychaną siłę wyrazu, szczerość, wgląd we własny, wewnętrzny świat. Niestety, wówczas, gdy go czytałam, było nie dokończone. Kilkanaście dni temu los kota został ostatecznie zapisany i potwierdzony.

Błażeja już nie ma,  ale nie może przecisnąć się przez moje usta niestosowna w jego wypadku modlitwa” „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”. Nie wyobrażam go sobie jako kogoś, kto chciałby odpocząć…

Mam nadzieję, że ta energia, która zawsze go niosła, przywieje teraz, choć pośmiertnie, zainteresowanie jego poezją.

O nienawiści niesformalizowanej

W poprzednim odcinku pisałam o miłości, przyszedł więc czas napisać o nienawiści – dla zachowania równowagi.

Nie chcę pisać o kimś, kto nienawidził, bowiem i nie jestem w tym dobra, i nie mam do tego żadnych doświadczeń, jako ktoś, kto mimo najszczerszych chęci, nie potrafił czegoś takiego odczuwać. No może raz w życiu, gdy nienawiść mnie zaślepiła, chociaż nie była to prawdziwa nienawiść, a macierzyński instynkt obrony potomstwa raczej. Jednak zdarzało mi się, i to dość często, odczuwać lęk przed cudzą nienawiścią. Zwłaszcza, gdy jest skoncentrowana i zawieszona chwilowo w działaniu. Nie tylko ja tak mam. Dlatego napiszę o tym, co nienawiść może wywołać w znienawidzonych i w czym przetrwać w nich przez lata.

W czasie długiej, kilkunastogodzinnej podróży zachodnioeuropejskimi autostradami,
w strugach deszczu, koleżanka postanowiła się przespać w samochodzie, choć
kilkanaście minut. Zatrzymałyśmy się na przydrożnym parkingu, a ona oparła
głowę o szybę, przykryła się kurtką i zasnęła. Zadziwiająca wydawała mi się ta
jej zdolność do zasypiania i budzenia się na komendę (co zrobiła kilka razy w
czasie ponad 1000-kilometrowej podróży). Nudząc się, zrobiłam zdjęcie zalanej
deszczem szyby i jej głowy opartej o nią. Budząc się spytała:

— Czy mnie dotykałaś, gdy spałam?

Zaprzeczyłam.

— A może patrzyłaś na mnie?

Zaskoczona powiedziałam jej, że robiłam fotografię tablicy z nazwą
miejscowości, widoczną zza zalanej deszczem szyby i oczywiście tyłu jej głowy,
na pierwszym planie. Dodałam, że na pewno nikt jej na zdjęciu nie rozpozna, ale
i tak nie mam zamiaru go publikować. To tylko miał być mój wspomagacz
pamięci, rejestrator zdarzeń zbyt ulotnych, aby pozostały w części trwałej
mojego umysłu. Myliłam się. Był czymś więcej, mimo iż najważniejsza rzecz, na której mi zależało – nazwa miejscowości – znikła w strugach deszczu płynących po szybie.

Koleżanka powiedziała, że pamięć jej ciała przechowuje pewne wydarzenie, o
którym nieraz zapomina w natłoku zdarzeń i spraw jej zwykłego życia. Kiedy
już zupełnie o nim zapomni, czyjeś spojrzenie obudzi przypominanie, bowiem
od tamtego czasu źle reaguje na to, kiedy ktoś jej się przygląda, wręcz dostaje
ataku paniki. Zdarzyło się to ponad trzydzieści lat temu, gdy jej pierwszy mąż
chciał ją udusić we śnie poduszką .

Nie ma pojęcia, czy jego postanowienie zostałoby zrealizowane, gdyby się wówczas nie obudziła pod tym spojrzeniem. I tak zostało jej przez wszystkie kolejne lata życia, nawet gdy obejmujące ją spojrzenia są przyjazne lub neutralne, a nie wrogie, nawet przez sen doznaje czasem ataków paniki.

Poznali się na zabawie we wsi. Przyjechał  na nią ze swoim kolegą późniejszy jej mąż. Kolega podobał się jej bardziej, ale ona się mu tak bardzo
nie podobała – jak mówi dziś. Na złość jemu postanowiła wyjść za tego
drugiego. Z koleżanką szkolną ona, uczennica klasy maturalnej, założyła się, że wyjdzie za chłopaka w ciągu roku i wygrała zakład. Miała wówczas siedemnaście lat. Była zwykłą dziewczyną, bardzo daleką od subtelnych doznań i rozróżnień, które przyszły po wielu latach i zbliżyły nas do siebie.

Planowali, że zamieszkają z rodziną chłopaka: jego rodzicami i trzema
braćmi i dwiema siostrami, jeszcze nieżonatymi, w dużym 4-pokojowym
mieszkaniu, w bloku w mieście, gdzie teść obiecał im jeden pokój.

Tuż po ślubie  została w domu rodziców, gdzie odbywało się wesele, jeszcze przez dwa dni, żeby pomóc sprzątać, ale gdy pojawili się z mężem u teściów, okazało się,
że w ich pokoju zamieszkała siostra teściowej z mężem i wnuczką, którzy
wykorzystali okazję dla swych interesów.

Obrażeni młodzi wynajęli mieszkanie w mieście u kolegi, gdzie mieszkali
dwa lata. Skłóceni z jego rodzicami i niezbyt przychylnie widziani przez jej
rodziców, którzy oczekiwali lepszego mariażu córki, bezskutecznie oczekiwali
na dziecko. W tym czasie w ich mieście prowadzono kursy dla chętnych na
zatrudnienie w NRD, oboje więc zapisali się i postanowili wyjechać. Niemcy Wschodnie zawsze były lepsze niż nasz, polski grajdołek, w który nikt nie chciał inwestować. We wspomnianej fabryce, dla kobiet prowadzono badania sprawdzające, czy przypadkiem nie są w ciąży, a ona, która akurat w nią zaszła, oddała do analizy mocz męża i została
zakwalifikowana.

Pracowali oboje w fabryce, dobrze zarabiali, jak na ówczesne warunki, ale
mąż okazał się lekkoduchem. Spóźniał się do pracy, niedbale wykonywał swoje
zadnia. Ich brygadzistka, Niemka, bardzo ją polubiła, wspomagała,
ukrywając przewinienia jej męża, byle tylko doczekać do czasu, gdy
dziewczynie będzie przysługiwał urlop macierzyński. Należało go wziąć
miesiąc przed terminem porodu, potem przysługiwało pół roku i kobieta
wówczas powinna wrócić do pracy. W czasie urlopu nie przysługiwało jej
jednak zakwaterowanie w hotelu robotniczym, musiała więc wyjechać do
Polski.

Kiedy żona opuściła Niemcy, mąż całkiem opuścił się w pracy i w
życiu. Szlajał się gdzieś z kolegami, kilka razy opuścił pracę. Nazywano to
wówczas bumelanctwem i karano natychmiastowym zwolnieniem z pracy i
nakazem wyjazdu do kraju, co też wobec niego uczyniono bez skrupułów.

To popsuło całkowicie stosunki między nimi, ponieważ on winił ją za wszystkie swoje niepowodzenia, a zwłaszcza za to, że podjęła środki, aby się z nim rozwieść.

Właśnie wtedy doszło do opisanej na wstępie sceny. Obudzona nagłym
przeczuciem zobaczyła męża z poduszką w ręku, stojącego nad jej głową.
Dziś twierdzi, że prawdopodobnie nawet on nie wiedział, czy swój zamiar
zrealizowałby, gdyby się nie obudziła w porę; ona była jednak pewna, że o tym
myślał i obudziła ją intensywność jego myśli. Nazajutrz zgodził się na rozwód i
bez problemów wyprowadził się od jej rodziny.

Po trzydziestu latach, na parkingu przy autostradzie, moja koleżanka, mieszkanka
Zachodniej Europy, mężatka, matka dwujęzycznego dziecka, właścicielka
firmy, od wielu lat sama sterująca swoim losem, nadal budzi się w lęku pod przypadkowym moim spojrzeniem. I nadal nie jest pewna, czy gdyby się nie obudziła w czas, żyłaby do dziś.

O miłości niedopełnionej formalnie

Swego czasu, gdy uczyłam się astrologii, pisałam pracę porównawczą z zagadnień synastrii,  omawianych na przykładzie trzech par, pozostających w wieloletniej  uczuciowej bliskości, ale nie mieszkających ze sobą i nie legalizujących swoich związków. Szukałam w sytuacjach tych osób astrologicznych prawidłowości, dopatrując się rozmaitych zbieżności, jednakowoż nie odkryłam astrologicznej Ameryki i pracę tę porzuciłam. Życie dopisało swój epilog do trzech opisanych wówczas historii. Ku mojemu zdziwieniu również bardzo podobny. Dwóch mężczyzn, o których pisałam, zmarło w ubiegłym roku, jeden zaginął bez wieści.

Wszystkie trzy znam z opowieści zaangażowanych w nie kobiet, więc opisy ich  odzwierciedlają jednostronny punkt widzenia. Jakkolwiek związki te były bardzo różne, łączyło je jedno –  brak decyzji każdej ze stron, zarówno mężczyzn jak i kobiet, zresztą z różnych powodów. Chyba jednak głównie chodziło o pewien rodzaj nieufności. Dojrzali ludzie mogą się bardzo kochać, ale mogą sobie jednocześnie nie ufać. Mając wokół siebie przykłady toksycznych zawikłań i sami ich doznawszy, sparzywszy się raz lub więcej, nie chcą budować życia na sprawach ulotnych i nie zdefiniowanych.

Dziś chcę napisać o jednym z tych trzech. W tej historii, kobieta czuje głęboki żal, że nie była wystarczająco zdeterminowana, aby poznać wszystkie uwarunkowania mężczyzny i zmierzyć się z nimi. Po latach poznaje jego rodzinę, rodzeństwo, jego miejscowość i czuje, że  zaprzepaściła swoją szansę. To bardzo bolesne odczucie, gdy niczego już nie można zmienić. Czy w ogóle można było  zrobić coś wcześniej?

Koniec PRL i dwoje ludzi, Polaków pracujących w wschodnioniemieckiej fabryce, blisko granicy. Na tyle blisko, że dzieckiem kobiety  w czasie jej zmianowej pracy opiekuje się kobieta po polskiej stronie granicy.  Tak jest taniej i wygodniej. Gdy matka ma nocną zmianę, dziecko nocuje u opiekunki. Kochankowie mieszkają razem, kochają się, niczego nie planują. Przychodzi stan wojenny. Matka zostaje po jednej stronie granicy, dziecko po drugiej Opiekunka odwozi dziecko do babci w drugim końcu Polski, ale jednocześnie do tamtej, starej już kobiety, wprowadza się były mąż mojej bohaterki pod pozorem opieki nad porzuconym dzieckiem. Żyje na koszt babci, pije i rozrabia, nikt nie daje rady go wygonić.

Kobieta czuje, że musi wracać. Na mocy jakiegoś porozumienia między państwami po  roku czy dwóch powstaje taka możliwość dla rozdzielonych rodzin, tyle że jest to wyjazd w jedną stronę. Nie ma powrotu. Żaden plan tej pary, gdyby nawet go sporządzali, nie ma sensu, wszak nie mają wpływu na wydarzenia polityczne, umowy międzypaństwowe, a żadne z nich nie ma pojęcia, jak w Polsce teraz jest. Stan wojenny – nie brzmi to specjalnie przyjaźnie. Sami nie byli siebie pewni, wszak on powtarzał jej, że nigdy się nie ożeni.

Pewna kobieta napisała mu, że będzie miała jego dziecko i dla niej to było pretekstem żeby zerwać. Uważała, że lepiej rozstawać się z hukiem i trzaskiem, palić za sobą mosty. Może miała taką wizję końca związków. On niczego nie deklarował, ale raczej nie chciał wracać.

Minęły lata, a ona nie mogła zapomnieć. W zmiennych kolejach losu on był zawsze dla niej światełkiem. Dzwonili do siebie czasem, kilka razy spotkali się gdzieś w Polsce w jakimś hotelu. Niewiele wiedziała o nim i o jego życiu, wiedziała, że zamieszkał z matką dziecka, że choruje, że nie ożenił się. Mieszkał w małej miejscowości, gdzie przebywało także jego dość liczne rodzeństwo i krewni, więc omijała tę miejscowość dużym łukiem. Nigdy nie uległa pokusie zajechania tam i rozejrzenia się dookoła, choć najkrótsza droga samochodem do granicy wiodła tamtędy. Ona zawsze nadkładała kilometry do autostrady.

Ją gnało po świecie za zarobkiem. W rodzinnej miejscowości budowała dom dla syna, którego zostawiła i któremu chciała wynagrodzić brak matki w pierwszych latach jego życia. Potem dom dla syna stał się domem dla syna i synowej i ich dzieci. Więc rozbudowywała go wzdłuż i wszerz (a nawet w głąb), żeby mieć gdzie powrócić na stare lata.

Wciąż była jednak młoda, wyszła za mąż po raz kolejny, pracowała ciężko, urodziła następne dzieci, osiadła z mężem gdzie indziej. Małżeństwo nie było specjalnie udane ani specjalnie nieudane, jak większość. Ale ona pragnęła zostać kolejny raz matką i obiecywała sobie, że temu dziecku da wszystko, czego nie mogła dać tamtemu. A lat jej przybywało. Tylko nie mogła zapomnieć o nim.

Czasami, gdy było jej źle, dzwoniła do niego lub wysyłała sms o uzgodnionej treści. Bała się, że jego choroba postępuje, ponieważ nie odbierał telefonu od pół roku. Pocieszała się, że może zmienił numer i zapomniał, że jej go nie dał.

Kiedyś przy okazji jakiejś rodzinnej imprezy namówiła przyjaciółkę, żeby zadzwoniła pod jego numer i o dziwo, odezwał się kobiecy głos. Rezolutna przyjaciółka poprosiła do telefonu pana… Na to kobiecy głos odpalił grubiańsko: „Rozkłada się w grobie, zapewne mocno śmierdzi i nie chciałaby pani mieć z nim kontaktu”. Dziewczyny upiły się na smutno, ale wówczas moja bohaterka podjęła decyzję, że musi znaleźć jego grób i pomodlić się na nim.

Tym razem nie pojechała autostradą, ale przez jego miejscowość. Na cmentarzu szukała jego grobu, lecz nie potrafiła znaleźć. Czekając na księdza w biurze cmentarza zagadnęła inną, też czekającą kobietę, czy może znała niedawno zmarłego… Tak poznała jedną z jego sióstr. Bardzo szybko poczuły wzajemną przyjaźń. Dowiedziała się też, że jego rzekomy związek w istocie nie był od lat prawdziwym związkiem, jego córka nie była jego córką, a rodzina wiedziała o jej istnieniu, nie wiedziała tylko kim jest. On był człowiekiem bardzo skrytym, preferującym rzeczy stałe i niezmienne. Kiedy do czegoś się przyzwyczaił, niełatwo mu było takie przyzwyczajenie zmienić.Wiele lat wcześniej postanowił, że się nie ożeni i nie uczynił tego, mimo iż mieszkająca z nim kobieta robiła na początku wiele starań w tym kierunku. Nie było też pewne, że ożeniłby się z moją bohaterką, choć niewątpliwie ją kochał.

Moja bohaterka, możliwie że na fali życiowych trudności i niewielkiej satysfakcji ze swojego życia, uznała, że ogromnym życiowym błędem był brak prób nawiązania z nim stałego związku. Wszak oprócz niego była też jego rodzina, siostry i bracia, z którymi od razu, ale zbyt późno poczuła się, jak z własną rodziną. On dla niej był zawsze pocieszeniem – że jest – gdy los nie był dla niej łaskawy i czuła się szczęśliwa, że w ogóle ma do kogo biec myślami. Dopiero teraz uznała, że światełko było błędnym ognikiem i uwierzyła, że miała swoją szansę, którą straciła. Ja nie byłabym tego taka pewna.

Miłośnikom astrologii dodam, iż jego Słońce i parę innych planet było w ścisłej koniunkcji z jej Neptunem. W aspektach ich planet jest kilka kwadratur, a w ogóle brakowało sekstyli – które świadczą o zwykłej, codziennej, współpracy, wspólnie podjętych życiowych wyzwaniach, owocnych, ale bez fajerwerków. Czy taki związek ma w ogóle jakąś szansę? Neptun rozmywa granice, nakłania do tego, żeby błądzić, jest łagodnym oszustem, łasym na kobiece uczucia. To nie może się dobrze skończyć.

Ich romans nie miał prawa być czymś więcej, niż złudzeniem, choć najpiękniejszym złudzeniem jej życia. Jak morze piasku. Niby morze, a nie morze.

 

Matki

Matczyna miłość do dziecka nie jest na prawdę miłością, a czymś zupełnie innym. Jest biologicznym, prymitywnym pędem ochrony dziecka, czymś odmiennym od miłości w zwykłym tego słowa znaczeniu, gdzie powinna istnieć równowaga dawania i brania. Z własnego doświadczenia wiem, że w obronie dziecka można zabić lub popełnić inne przestępstwo, nie bacząc na poglądy, rozum i ewentualne skutki. Kobieta zmienia się w zwierzę, w sukę, nie zważającą na skutki swojego postępowania. Na szczęście większość matek nie musi zmierzyć się z takim doświadczeniem.

Z wyjątkiem matek dzieci niepełnosprawnych. Pępowina łącząca matkę z takim dzieckiem nie zostaje nigdy przerwana. Ze zwykłymi dziećmi  w miarę upływu czasu rozluźnia się, jeśli nie związek uczuciowy, to jednak praktyczne opiekowanie się i nadzór, z tymi –  nie. Wszechobecna obawa o ich zdrowie i życie, obserwacja cierpienia,  liczne operacje, zawiedzione nadzieje i świadomość, że nigdy nikt ich nie zastąpi, mąż, żona, partner czy partnerka nie dostrzegają czasem człowieka w zniekształconej powłoce, a decydenci spoza wózków i pieluchomajtek, stanowiących realia upokorzenia – to tylko część obciążeń, jakie do krańca swojego życia, ponoszą te matki.

Wyobraźcie sobie miłość w pieluchomajtkach! Każdy sentyment może od tego prysnąć, nie mówiąc już o stałym związku A jeżeli dziecko w dodatku nie jest w pełni sprawne umysłowo? Lepiej mu czy gorzej? Matki nie mają takiego dylematu. Jeśli go miały – dawno wyzbyły się ciężaru macierzyństwa, a więc przestały być matkami.

Dla dziecka matka jest ostoją, jedynym dostępnym światem, obrońcą i siłą. Jeżeli ten kolos, na przykład zapłacze , świat dziecka potrafi się zawalić, bowiem nie ma już żadnej opoki i żadnego oparcia. Jeżeli ktoś szarpie jego mamę, nie pozwala jej na swobodne zachowanie, niepełnosprawne dziecko w wielokrotności odczuwa ból i lęk. Wszak dalej jest dzieckiem z nie do końca odciętą pępowiną. Żadne głupie wyjaśnienia polityków, żadne argumenty facetów o nażelowanych czubach, jak pan urzędnik o ptasim nazwisku, zmorze szkolnych dyktand, czy inni wygarniturowani, w krawatach i błyszczących spinkach u rękawów koszul,  żadne opinie żadnego Centrum Informacyjnego nie zmienią faktu, że ktoś użył siły wobec ich mam. Świat dzieci wali się i nasz świat z nimi także.

Telewizja serwuje przykłady, że można zabić własne dziecko, politycy serwują przykłady, że można troszczyć się o nie teoretycznie albo jedynie chwilowo, a matki zostają zawsze same. Także przy okazji Dnia Matki – który także obchodzi się raczej sztampowo i bezrefleksyjnie. Jakieś życzenia, może kwiatek, albo i tego nie. Ja protestowi matek niepełnosprawnych dzieci zawdzięczam chwile zastanowienia i, mam nadzieję, wiele osób śledzących związane z nim wydarzenia także.

Dawno, dawno temu w Polsce pokazywano amerykańską wystawę fotograficzną „Rodzina człowiecza”. Macierzyństwu poświęcono na tej wystawie poważny dział. Mnie utkwiła na wiele lat w pamięci fotografia z podpisem „Jestem sama ze swoim smutkiem”. Jak większość matek.

Kapelusze

To, co budziło moje zainteresowanie na ślubie w angielskich sferach wyższych, to kapelusze pań. Sukienki były proste, choć czasem wymyślne, za to kapelusze nadrabiały z nawiązką tę udawaną prostotę.

Nie mam zrozumienia dla podobnych uroczystości, przeciwnie, raczej mnie nudzą i denerwują. Także stroje obecnych – przynajmniej na samym ślubie –  nie budzą zachwytu i nie wytrzymują konkurencji z pokazami mody. To skutek wychowania w siermiężnym kraju, gdzie w ogóle noszenie jakiegokolwiek kapelusza przez kobietę, było wyzwaniem stawianym ustrojowi. Nosiły je jedynie starsze panie, jakieś przeżytki czasów, gdy popularnym zawodem była modystka, nam, młodym, znana jedynie z lektur. Normalna kobieta nosiła chustkę na głowie, choć przyznaję uczciwie, że można było ją wiązać na różne sposoby.

Zdjęcie pierwsze od lewej przedstawia zwykłe wiązanie chustki, kolejne typowo wiejskie wiązanie z przykrytym czołem (na wschodzie Polski zazwyczaj białej), ostatnie w rzędzie tzw. modne wiązanie w zimie. W rzędzie poniżej odpowiednio pierwsze i drugie zdjęcie ukazuje wiązanie przy pracy w lecie, gdy pot spływał z czoła, a włosy przeszkadzały, ostatnie zaś (nomen omen) modne wiązanie chustki na tzw. faraona, po którym już chustki definitywnie wyszły z mody. Różniło się ono od poprzednich tym, że nie składano chustki po przekątnej, tylko wykorzystywano rogi na jednym boku kwadratu. Dwa sąsiednie wiązano nad czołem, pozostałą część spuszczając na plecy i potem zarzucając na czoło, a pozostałe dwa rogi wiążąc na karku, ukrywając węzeł pod spływającą chustką i szeroko rozkładając powstałą kieszeń. Pierwsze dwie chustki w dolnym rzędzie były możliwie najmniejsze, często tylko trójkątne, a nie składane z kwadratu w trójkąt, ostatnia zaś, możliwie jak największa i często wykonana ze świecącej, jednobarwnej  podszewki, podczas gdy pozostałe były raczej kolorowe. Współczesne chustki mają inną fakturę tkaniny, są raczej śliskie i powiewne, dawne zaś były szorstkie i sztywne, żeby lepiej trzymały się na włosach. Dlatego chustki na moim selfie nie wyglądają identycznie, jak ówczesne Poniżej moje zdjęcia z młodości w takich chustkach:

Dopiero w latach sześćdziesiątych panie (a nie kobiety!) nieśmiało zaczęły nosić kapelusze. Były one początkowo proste, czarne albo szare, ze wstążką tylko o ton jaśniejszą lub ciemniejszą. Ja zadawałam szyku starym przedwojennym kapeluszem ojca, z ciemnej pilśni z szerokim rondem i męską wstążką z rypsu. Kapelusz był elegancki, niestety ja, dość niska (choć wówczas mój wzrost 1,58 określano jako średni) czułam się nieco  przez tę elegancję przytłoczona. Nie przypominam sobie wówczas kapeluszy kolorowych (poza słomkowymi na jarmarkach), ale na co dzień nikt ich nie nosił.

Oglądając paradę kapeluszy na ślubie angielskiej pary, przypomniałam sobie, jak bardzo za PRL wyśmiewano wszystko, co odbiegało od standardu ubrań, fryzur i w ogóle wyglądu. Zupełnie inaczej myślano o kolorach – płaszcz królowej angielskiej i stroje arystokracji uznano by wówczas za „jarmarczne”. Inna rzecz, że ówczesne tkaniny, głównie z surowców naturalnych, jak wełna i bawełna i metody ich barwienia, nie pozwalały na osiąganie obecnych efektów. Jednak wbudowano mi przekonanie, że np kolor czerwony i inny jaskrawy, są niestosowne dla eleganckiej kobiety.

Moją ulubioną barwą był turkus i butelkowa zieleń, nie znosiłam zaś brązów i szarości, także różu, szczególnie w postaci „brudny róż” – obowiązkowego koloru majtek i halek damskich, a kolor żółty, w myśl ówczesnych przekonań, był stosowny jedynie dla brunetek. Jednak wszystko były to barwy typu „przydymione”. Pamiętam swoją radość, gdy w sklepach pojawiła się biała damska bielizna, a nieco później nawet czarna. Na fali mody na filozofię egzystencjalistów, która właśnie dotarła do Polski, kobiety zaczęły nosić czarne sukienki, co prawdopodobnie pociągnęło za sobą konieczność noszenia czarnej bielizny.

W ogóle świat tamtych czasów był brudnoszary, jak czarno białe filmy lat pięćdziesiątych i czarno biała telewizja. Amatorskie fotografie, marnej jakości i na najtańszym papierze, własnoręcznie obrabiane przy nikłym świetle czerwonej żarówki, wkręcanej w łazience (gdzie nie było okna), nie przekazały barw, które czasem się trafiły. Pamiętam do dziś moją turkusową sukienkę, robioną własnoręcznie na drutach z francuskiej włóczki boucle, przywiezionej mi przez kogoś, pełnej supełków, nadających dzianinie niepowtarzalną fakturę, którą zadawałam szyku w towarzystwie, a wyglądającą na fotografii, jak szara szmata.

Przy okazji chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawą rzecz, która mnie uderza, zarówno we wspomnieniach „chustkowych”, jak i obrazkach z z krajów islamskich. Widać tam wyraźną tendencję (podobnie jak na polskich wsiach u bardzo starych ich mieszkanek, wcześniej u większości kobiet), noszenia chustki w taki sposób, że zasłania ona czoło. Ten pęd do zasłaniania czoła, nie wiadomo czym kierowany, widać wyraźnie także we współczesnych zdjęciach główek w prasie. Pisałam o tym kiedyś w odcinku Babci ezoterycznej „Magiczne obcinanie czoła”
http://www.taraka.pl/magiczne_obcinanie_czola

Kapelusze pań na ślubie angielskiej książęcej pary, jakkolwiek jawiące mi się dość śmiesznymi i nie zawsze twarzowymi, wydają się dowodem, że żadna etykieta, nawet najbardziej restrykcyjna, nie obejdzie się bez wykwitów oryginalności za wszelką cenę. Stopień tej oryginalności, możliwe że świadczy o stopniu wewnętrznej wolności obserwowanych osób. Przynajmniej tak mi się wydaje – że przekłada się też na wolność danego społeczeństwa.

To co prawdziwe

To, co budzi autentyczne emocje, co jest do bólu prawdziwe, raczej nie jest perfekcyjne. Perfekcja wymaga opanowania, przemyślenia i obróbki. Ale przede wszystkim założenia – które wszystkimi tymi zabiegami kieruje.

Myślałam o tym oglądając ostatnią wizytę w sejmie minister Rafalskiej i słowa niepełnosprawnego chłopca. Nie kontrolował swoich ruchów, powtarzał się w swojej wypowiedzi; towarzyszące mu kobiety płakały i błagały panią minister o przychylność (tak się teraz ładnie mówi – pochylenie się), usiłując powstrzymać spazmatyczne drganie jego nóg, a on w kółko to samo, i to samo. Nikt nie ośmielił się mu przerwać. Żałosne widowisko. Wszyscy, którzy go słuchali chcieli żeby wreszcie przestał, żeby zamilkł, żeby zaczął wyglądać zwyczajnie i nie obnażał tak swojej rozpaczy, żeby nie oddziaływał na widzów z taką siłą.  Moja znajoma mówi pogardliwie o podobnym obnażeniu uczuć, terminem zaczerpniętym od kucharzy – soute. Nawet komentatorka TVN24 z trudem powstrzymywała łzy i drżenie głosu, choć oczywiście potem wypowiedź przycięto i ucywilizowano. Ja zaciskałam dłonie, błagając go w myślach o składniejsze i precyzyjniejsze dobieranie słów.

Sceny, jak opisana, pokazują nam, jak bardzo głęboko w nas tkwią ludzkie dramaty i jak wiele byśmy chcieli zrobić, żeby ich nie widzieć. A kiedy uświadomią nam, jak ogromna bywa skala ludzkich tragedii, nie wiemy sami, jak się zachować. Nasza kultura wymaga opanowania, przemyślenia i dostosowania się do określonych szablonów. Nawet nieszczęścia wymagają podporządkowania się określonym standardom. Inaczej czujemy zażenowanie.

Mam na to prosty przykład.  Jeśli ktoś stanie na ulicy, postawi przed sobą jakieś pudełko i zacznie śpiewać – uznamy, że jest ulicznym śpiewakiem, zarobkującym w ten sposób. Jeśli ktoś inny stanie tyłem do ulicy, nie postawi przed sobą pudełka i zacznie mówić lub śpiewać – uznamy go za wariata. Nad pierwszym może się zlitujemy, drugi wzbudzi raczej niechęć i obawę, jako ktoś, kto może uczynić coś nieoczekiwanego i zagrażającego otoczeniu.

Pan Wojciech Eichelberger ponoć napisał takie zdanie: ” Bólu w związkach z ludźmi doznajemy wtedy, gdy poszukujemy w drugiej osobie ratunku i ukojenia i nie udaje się nam ich wyegzekwować. Prawdziwa miłość nie boli. Cierpienie wynika z jej braku. Domaganie się od Bogu ducha winnych ludzi, aby stali się ratunkiem, remedium na nasze niespełnione życie, jest agresją przebraną za słabość i prowadzi nieuchronnie do konfliktu”

W ten sposób pan WE widzi wszystkie sytuacje, gdy jednostka potrzebuje wsparcia innych (także i protesty osób niepełnosprawnych), jako agresywne i roszczeniowe, a osoby te uznaje  z góry winne za powstały konflikt – co jasno wynika z drugiej części wypowiedzi. Przedkłada więc to, co obrobione, dopasowane do standardów, nad spontaniczne i autentyczne – co może dziwić u kogoś, kto jest psychologiem.

Jednak pierwsza część wypowiedzi jest bardziej bulwersująca, bowiem sięga nie tylko do przejawiania emocji, ale do ich odczuwania, gdy pisze, że prawdziwa miłość nie boli, a cierpienie wynika z jej braku, a właściwie niemożności wyegzekwowania od innych tejże miłości. Tym samym pan WE jest reprezentantem podejścia ekonomicznego czy raczej wolnorynkowego do sfery uczuć człowieka: Cierpisz, bo nie możesz dostać. Brak= niemożność wyegzekwowania.

Mój znajomy, astrolog, W. Czylek, napisał w dyskusji nad tym twierdzeniem:  „Ale cierpienie to nie pies tresowany, to wilk prosto z lasu, wolnowybiegowy” W pełni się z nim zgadzam. Cierpienie nie musi wynikać z braku miłości. Miłość tę można mieć, ale można mieć także dylematy moralne, można zetknąć się z obiektywnymi okolicznościami, uniemożliwiającymi czy utrudniającymi jej realizację (sięgając chociażby do literackiego przykładu Romea i Julii) – jest na to wiele przykładów i dowodów. Dlaczego więc pan WE serwuje nam taki, nieprawdziwy obraz? Wszak nie każdy poszukuje w drugiej osobie ratunku i ukojenia, nie każdy nawet chciałby go przyjąć. Życie jest o wiele bardziej skomplikowane, niż panu WE się wydaje.

Polityka i poglądy polityczne głębiej się wdzierają się w nasze własne przekonania moralne, niż jest to konieczne, potrzebne i zdrowe. Liberalizm w pewnych dziedzinach się sprawdza i jest pożądany, a w pewnych nie – zaciemnia tylko spojrzenie na świat, na nasze człowieczeństwo i nasze powinności. Wszystkie polityczne „izmy” są tylko przybliżeniem, odnoszącym się do wielkich mas ludzkich jako całości, a nie do uczuć pojedynczego człowieka. Wszak między socjologią, a psychologią są istotne różnice.

Posługiwanie się myśleniem ekonomicznym, gdy mówi się lub pisze o miłości (obojętnie jakiej: rodzicielskiej, erotycznej, czasem też bliźniego), jako oczekiwaniem od przedmiotu miłości profitów,  jest fałszywą ścieżką i samo w sobie może być przyczyną innego bólu i smutku. Gdy tak myślimy o uczuciach, nigdy nie będziemy widzieli wyjścia, jak z błędnego koła. Nie da się bowiem innymi sposobami – jak w ekonomii, zdobyć środków na zaspokojenie pragnień, a samo pragnienie, bądź jego odczuwanie, może być celem.

Zdjęcie użytkownika Mariusz Pieczykolan.

 

Pochwała niepamięci

Składałam ostatnio przez telefon komuś życzenia urodzinowe, z okazji wejścia w czwartą (raczej ostatnią) ćwiartkę i chciałam powiedzieć coś oryginalnego. Wiadomo, zaczynamy zawsze od zdrowia, potem pomyślność, pieniądze, spełnienie marzeń (zakładając, że się je ma, albo są możliwe do spełnienia) itd. Trochę buntowałam się, nie lubię stereotypów, więc opędziłam się życzeniem, że zawsze mu dobrze życzę. Nieważne, co powiem, mam nadzieję, że sam to wyczuwa, choć pewnie formalności są istotne dla otoczenia. Powiedziałam też innemu przyjacielowi, który skarżył się wcześniej na swoją marną pamięć, że to czasem jest niedoceniane dobro, a gdy zażądał dowodów, przedstawiam poniższą tezę (tylko z godzin poprzedzających naszą rozmowę – a dowodów na poparcie jest więcej), która bardzo mi się podoba także z racji swojej nieprzewidywalności:

Święte i niewzruszone przestaje być święte i niewzruszone

W rodzinie miałam opinię takiej, która zawsze wie, gdzie wszystko leży. Synowa potrafiła zadzwonić z działki z pytaniem, gdzie są uszczelki, a ja odpowiadałam z marszu: w budce, na trzeciej półce od góry, w czerwonym koszyczku, w buteleczce po potasie uszczelki hydrauliczne, a od butli gazowej w kuchni, w drugiej szufladzie od góry, najbliższej drzwi, w pudełeczku po żółtych cytrynowych landrynkach.

Na starość wydaje mi się, że miejsca przebywania niektórych przedmiotów nie są właściwe. Wynalazczość starszych ludzi nie ma granic! Stare miejsca albo są nielogiczne, albo jest do nich zbyt utrudniony dostęp. Wobec czego zmieniamy je, a potem, jak to na starość bywa, zapominamy, gdzie przenieśliśmy. Ja zapomniałam czy w ogóle rzecz przeniosłam, czy tylko to rozważałam.

Tak i dzisiaj gdy dostałam mail z Innogy, że wystawiono nowe faktury za prąd, odpaliłam stronę na komputerze, żeby je pobrać. Niestety, wyświetlił mi się napis, że moje oprogramowanie nie pozwala na pobranie tychże faktur i powinnam je unowocześnić (oprogramowanie oczywiście, chodź wolałabym unowocześnić faktury, a w ogóle, zamiast udostępniać na stronie, żeby zechciało się tej, o nieprzyjaźnie brzmiącej nazwie, firmie, wysłać mailem, zamiast tylko łaskawie sygnalizować).

Nie miałam zamiaru unowocześniać swojego stacjonarnego komputera akurat w tej chwili (Stary Word odpowiada mi lepiej do pisania tekstów niż nowoczesne wymysły kierujące mnie w stronę marketingu raczej niż twórczości – także w zakresie słownictwa, podpowiadające reklamowe frazy zamiast oryginalnych przenośni), a chciałam znać termin zapłaty pierwszej z czterech faktur. Przeniosłam się więc na laptop, oprogramowany nowocześniej i mniej przyjaźnie  i tam odkryłam, iż supernowoczesna strona Innogy nie toleruje mojego, zapisanego w pamięci hasła. Podejrzewałam, iż problem wynikł z tego, że nowoczesność, która zagościła w większości oprogramowań, bierze się z faktu, iż ludzi traktuje się jak głupków i w związku z tym poprawia rzekome błędy. Często za błąd uznawane jest moje imię, pisane w adresach mailowych lub hasłach z małej litery. Wystarczy, że durna aktualizacja zaczyna poprawiać kasię na Kasię i hasło można o kant d… potłuc. A lubią od tego zaczynać. Cóż, kiedy haseł jest tak dużo, różne strony wymagają takich czy innych znaków w określonej minimalnej liczbie i stosuję od lat pewien prywatny system selekcji, gdzie duża, czy mała litera jest znacząca.

W każdym razie Innogy wyświetla mi nieprawidłowe hasło i nazwę użytkownika.  Postanowiłam się z nim zmierzyć i poprawiam (ten sam problem od miesięcy) na to samo hasło, tyle że pisane małą literą (tak się uparłam – wszak w ludzkim życiu coś musi być niezmienne, żeby można było dalej go korygować). Załóżmy że dany związek jest trwały, nie można go więc unieważnić; trzeba się dostosować do stanu rzeczy i ssać łapę (gdy pouczano dawniej kogoś, kto czegoś chciał i nie mógł dostać) lub szukać wybiegów.

Moje hasła ustawiam wg, oczywiście, prywatnego klucza. Dla sprawdzenia, czy się nie pomyliłam, sięgam po kartkę z najważniejszymi hasłami. Cóż, nie odnajduję jej w zapamiętanym miejscu, gdzie ongiś zalewałam ją stale poranną kawą. Jeżeli nie znajdę jej, będę musiała zmienić 12 stron moich haseł, a to chwilowo jest dla mnie jak horror w telewizji – płaci się ale nie chce się oglądać. Czyli trzeba albo opracować nowy scenariusz, albo zmienić dostarczyciela telewizji. Pamięć starszej osoby (wchodzącej w 4 ćwiartkę koła) szwankuje, więc nie wiem, gdzie schowałam spis haseł. Wydrukować z komputera nie mogę, bo zabezpieczyłam spis hasłem, a hasło to widnieje jedynie na tej zagubionej kartce. Ot i problem!

Po jakimś czasie szukania odnalazłam spis, oczywiście. A wraz z nimi wydruk z apteki, na środki medyczne na kwotę 733 zł. Przypięłam go do spisu haseł w nadziei, że od czasu do czasu będzie sygnałem, żeby coś w nim sprawdzić. Zawsze kwota wydawała mi się to zbyt duża, a przy okazji protestu matek niepełnosprawnych, usłyszałam gdzieś, że od 3 marca NFZ refunduje 70% wydatków za wyroby medyczne, a nie 30%, jak poprzednio. Usiadłam i zaczęłam przeliczać, choć jak wszystkie babcie, nienawidzę liczyć. System liczenia jest skomplikowany, więc wydrukowałam sobie kilkanaście stron z internetu o liczeniu ulg i poświęciłam godzinę na rozgryzanie skomplikowanego układu (oprócz ulgi na środki są limity kwotowe, a ja nie ograniczam się do środków najtańszych). I co wykryłam?

Moje zapominalstwo, co do spisu haseł Innogy, zaprowadziło mnie do odzysku kwoty ok 300 zł za nieprawidłowe koszty policzenie przez aptekę. Natychmiast zadzwoniłam i złożyłam reklamację.

Niech mi teraz ktoś powie, że starcze zapominanie się nie opłaci!

To był dowód numer jeden. Jest jednak ich więcej. Może napiszę o nich kiedy indziej. Teraz tylko nadmienię, że wolę zanik pamięci, niż bezustanne przypominanie rzeczy nieistotnych, jakichś nazw produktów, nazwisk dziennikarzy telewizyjnych i innych głupot, nie mających dla mnie żadnego osobistego znaczenia, a co przytrafia mi się regularnie w nocy, gdy budzę się nie do końca; mój mózg produkuje takie niepotrzebne, a może nawet szkodliwe wykwity.

Zapominanie uważam za proces naturalny i zdrowy, podobne przypominanie, które opisałam, za przejaw chorobowy. Czuję się jakbym goniła coś, czego i tak nie dogonię.