Filmy z pewnej imprezy

Obejrzałam filmy z pewnej imprezy, w której nie uczestniczyłam. I poczułam nagle, że żyję cudzym życiem, choć nie własnym, emocjonalnym (jedne osoby interesowały mnie bardziej, niż inne), ale intelektualnym życiem kogoś, kto tak naprawdę nie istnieje. Z autorem filmów nieco wcześniej rozmawiałam o rodzinnej karmie, o hipotetycznych poprzednich egzystencjach i popełnianiu wcześniejszych błędów, neutralnie moralnych, przynoszących jednak przekonanie, że nieprawdą jest, iż można przerobić jakieś lekcje. Jak  można je przerobić, jeśli się nie zapamiętało w kolejnym wcieleniu nic? Popełniasz stale te same błędy, ale czy to w istocie są błędy? Czy to nie świat przypadkiem błądzi, zawłaszczając wszystko i wszystkich, domagający się korzyści z podjętych kroków? Czy najbardziej nieszczęśliwi nie są ci, którzy oczekują od życia satysfakcji, a dostają coś o wiele bardziej dwuznacznego i dołującego przy okazji? I czy w ogóle chcemy wiedzieć, co takiego nas czeka? może lepiej i ciekawiej żyć bez tej wiedzy? A może jej ziarno przekazywane jest w rodzinnych genach, bez naszej wiedzy i woli?

Uważałam i uważam religię za sprawę prywatną i dlatego nie chcę o niej mówić, czy pisać. Jednak istnienie sanktuariów, jako miejsc mających udostępnić słusznie moralną rozrywkę niezbyt wymagającej ludności, już dawno przestało być sprawą religijną. Ostatnio zaś obserwujemy postępujący upadek nawet tej, rozrywkowej części wiary, niezbyt wiele wymagającej od uczestników.

Moim przewodnikiem była Ania, siedemdziesięcioparolatka, działaczka hospicjum i schroniska dla bezdomnych, była harcerka; na filmach wyglądająca jak dawna nastolatka (oprócz bujnych loków, jakie kiedyś miała). Chodziła swoimi drogami i patrzyła swoimi oczami, a ja, choć nie znałam jej, gdy była młodą dziewczyną, nie wiedzieć czemu, zwłaszcza gdy obejrzałam fotkę z naręczem polnych kwiatów, przestałam oglądać rówieśnicę, a zobaczyłam młodą, wrażliwą dziewczynę, która nie zatraciła swojej empatii mimo lat…

Kilka filmików z weekendowej, letniej wycieczki. Misterium Męki Pańskiej w jakiejś świętokrzyskiej miejscowości: Kałków (albo Kolków) Godów – jeśli dobrze usłyszałam. Reklamowanej w internecie, jako Golgota Wschodu. W tle przez głośniki coś homiliowym tonem prawi niezrozumiale ksiądz, a moja sympatia, Ania, kobieta głęboko wierząca, dowiadywała się o hospicjum, choć reszta wycieczki sądziła, że rozszyfruje okazję i sens uroczystości. Puste placyki, zero ludzi, oprócz kilkorga moich znajomych; jedno biegające dziecko + jedna mamusia + wiele krzesełek i kilka stolików pod złożonym (w deszczu) parasolem, nasuwającym skojarzenie z ogródkiem piwnym. Więcej kontestatorów niż uczestników, i hospicjum, które jest gdzieś nad rzeką, choć w istocie nikogo nie obchodzi. Budynek Misterium ozdobiony twarzą Chrystusa w cierniowej koronie, wypasiony niczym pijalnia piwa, ale uczestników brak. Może dlatego, że pogoda niezbyt sprzyja. I że ksiądz nawija księżowskim tonem przez megafony, słyszane w każdym najmarniejszym zakątku miejscowości, na terenie dawnymi czasy znanym ze sporej populacji czarownic.

We mnie sam ten ton kazania budzi niechęć, bowiem odwołuje się nie do mnie, jako do osoby, a do mnie, jako do słuchacza, pozbawionego prawa do własnej refleksji. Nie sugeruje on rozmowy, a bezwzględny nakaz, dla złagodzenia jego wymowy zaopatrzony w jęczącą nutę oszukańczej perswazji. Na szczęście film nie rejestruje sensu słów.

To nie jest moje miejsce i uczestnicy wycieczki chyba też robią dobrą minę do złej gry, komentując kilka samic i samców pawi w miejscowej klatce. Jeden miejscowy + jeden podrostek + opisana, kulturalna do przesady wycieczka. Nie wiem czy odnalazłabym się tam, w tej scenerii, Dobrze, że mnie nie zaproszono.

Kogut, struś emu, lama, daniel, owca i tu już więcej ludzi, przynajmniej kilka osób – po lewej stronie trasy. Wiadomo, zoo, odwiedzają rodzice z dziećmi najchętniej. Po prawej stacje Męki Pańskiej, które nikogo nie obchodzą. Przechodzący z trudnością je zauważają, choć przecież w sanktuarium to one powinny przyciągać ludzi, a nie jakieś średnio egzotyczne zwierzątka.

Dalej, na polanie,  jakiś pseudo wrak samolotu, odtworzony ponoć Smoleński, przed nim donica z czerwono-białymi kwiatami i kraczące bezustannie wrony w tle. Kraczą tak głośno, że przez chwilę zastanawiam się, czy ich głosy  nie są specjalnie emitowane z jakichś nadajników. Makabra. Wcześniej, jak opowiada ktoś, kto widział to na własne oczy, podobno w oknach wraku były twarze, ale już ich nie ma. Poczucie niestosowności, czy RODO – nowe prawo o ochronie wrażliwych danych osobowych? (Podobno, wg autora poniższej fotografii, – zdjęcia w tym cementowym samolocie są, choć zredukowane do najważniejszych twarzy).

Kolejny film. Moja siwowłosa Ania, która trzymała się z tyłu, wdrapuje się z trudem po schodach sanktuarium (bez poręczy). Przez skórę czuję, że uważa to za swój obowiązek. Piękna panorama na Święty Krzyż. Chciałabym wiedzieć, co myśli Ania. Ania Od Polnych Kwiatów. Czy dojrzała stamtąd hospicjum?

Świat widziany cudzymi oczami, z jednej strony jest smutny (mnie tam nie ma i nigdy nie było), z drugiej strony zaś uwalnia nas od obowiązku towarzyskiego odnoszenia się do oglądanej rzeczywistości. Wiem to, gdy porównuję filmy z wycieczek, w których uczestniczyłam, Na przykład, gdy ktoś odwiedził mnie w sanatorium w Gołdapi i obwiózł po okolicznych atrakcjach, zaprowadziwszy na koniec na wieżę widokową i pokrył koszty dojazdu windą na jej szczyt. Piękne to było wszystko, te widoki z wieży, ale jakieś nieważne, jak ładna pocztówka pozbawiona treści. Nie mogłabym jednak powiedzieć tego tym, którzy dołożyli wtedy starań, aby mnie zawieźć i pokazać; okazałabym bowiem im niewdzięczność.

Co do tej wycieczki, mogę wyrazić jedynie uznanie filmującemu, że z tych kilkunastu krótkich migawek, pozwolił mi na wyciągnięcie tak wielu wniosków. Ja sama, osobiście, bez towarzystwa, nie wybrałabym się nigdy na zwiedzanie jakiegokolwiek sanktuarium i mimo najszczerszych chęci, nie potrafiłabym nie uznać tego za stratę czasu. Zawsze byłam przekonana, że wiara to coś, co wymaga odosobnienia w sprzyjającym otoczeniu.

 

Jedna myśl nt. „Filmy z pewnej imprezy

  1. Czasem można żyć cudzym życiem, oglądać widoki cudzymi oczami. Na ogół wydarza się to wówczas, gdy stajemy się uwięzionymi we własnym ciele. Z dzieciństwa pamiętam, że babci niewiele się mówiło o swoich sprawach, bowiem (podobno) traktowała je zbyt emocjonalnie. Dziś uważam, że to dlatego, bo chcemy widzieć świat według własnego chcenia i pomysł, że naszymi oczami dysponuje ktoś inny, przekracza sferę naszej akceptacji. Moja mama i babcia moich dzieci z naszych opowieści wysnuwała całkiem inne wnioski niż byśmy wówczas byli gotowi zaakceptować. Nie widziała tego, co chcielibyśmy, żeby widziała. Dlatego obawiam się, że uczestnicy opisanej wycieczki będą na mnie źli. Ale co tam! Przeżyję to, mam nadzieję.

Możliwość komentowania jest wyłączona.